Tarcia w Premier League

Z pięciu najwyżej notowanych w rankingu UEFA lig piłkarskich najdłużej z przerwaniem rozgrywek zwlekała angielska Premier League. Zrobiła to dopiero 13 marca, po wykryciu koronawirusa u hiszpańskiego trenera Arsenalu Londyn, Mikela Artety. Nie minął nawet miesiąc, a pławiące się dotąd w dostatku angielskie kluby zaczynają lamentować, bowiem prognozy przewidują, że razie niedokończenia tego sezonu poniosą straty na poziomie 1,2 mld funtów.

Takie informacje wedle brytyjskich mediów pojawiły się podczas przeprowadzonej w minioną sobotę sobotniej wideokonferencji z udziałem wszystkich klubów Premier League. Władze najwyższej angielskiej klasy rozgrywkowej podały wyliczenia z których wynika, że jeśli sezonu nie uda się dokończyć, to wpływy z tytułu sprzedanych praw praw telewizyjnych od nadawców takich, jak Sky Sports, BT Sport i zagranicznych zostaną zredukowane o 762 miliony funtów. Dodatkowo przewiduje się, że kluby już straciły około 200 milionów funtów na sprzedaży biletów oraz 175 milionów funtów z powodu wstrzymania wypłat przez część sponsorów.
Łączna kwota jest na tyle pokaźna, że stanowi doskonały pretekst do szukania oszczędności. Menedżerowie z Premier League wybrali najprostsze rozwiązanie, wypraktykowane już w innych ligach, nie tylko piłkarskich, czyli zaproponowali obcięcie zarobków zawodników i kadry szkoleniowej o 30 procent. Ale ku swemu zaskoczeniu napotkali na twardy opór, bo zgodnie z dyrektywami FIFA i UEFA można taką operację przeprowadzić tylko za zgodą piłkarzy, zaś gracze zatrudnieni przez kluby Premier League na razie nie dają przyzwolenia na obniżenie swoich zarobków w czasie pandemii.
Piłkarze stawiają weto
Reprezentujące interesy zawodników Stowarzyszenie Zawodowych Piłkarzy w Anglii w oficjalnym oświadczeniu napisało: „Jesteśmy świadomi, jaka jest powszechna opinia. Wiemy też, że wielu uważa, iż to piłkarze powinni płacić ze swoich wynagrodzeń pracownikom klubów, ale my wychodzimy z założenia, że jeśli klub ma pieniądze, powinien normalnie wypłacać pensje”. Decyzja związku piłkarzy została ostro skrytykowana przez członków brytyjskiego rządu. Minister zdrowia Matt Hancock wezwał w czwartek piłkarzy klubów angielskiej ekstraklasy, aby włączyli się do walki z koronawirusem godząc się na obniżenie zarobków, bo uzyskane w ten sposób pieniądze mogłyby pomóc w pokonaniu pandemii. „Myślę, że każdy musi wziąć udział w tym narodowym wysiłku, a więc także zawodnicy Premier League” – stwierdził Hancock, przywołując przykład swoich kolegów z resortu, którzy poszli do pracy w szpitalu, zarazili się i zmarli. Z kolei przewodniczący komisji sportu Izby Gmin Julian Knight zaproponował obciążenie specjalnym podatkiem klubów Premier League, które obniżają zwykłym pracownikom zarobki, a jednocześnie wypłacają piłkarzom pełne wynagrodzenia, chociaż są to kwoty nieporównanie większe.
W wielu europejskich ligach, także tych z rankingowej czołówki, kluby nie miały takich problemów z uzyskaniem zgody swoich graczy na obniżenie wynagrodzeń. Także dlatego, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze są na ogół przeznaczane na utrzymanie poziomu płac zwykłym pracownikom, którym z powodu zawieszenia rozgrywek groziła utrata źródeł utrzymania. Najwyraźniej w Premier League takie poczucie solidarności nie występuje. A powinno, co trafnie zdefiniował znakomity argentyński piłkarz Carlos Tevez, przed laty zawodnik trzech angielskich zespołów – West Hamu (2006-2007), Manchesteru United (2007-2009) i Manchesteru City (2009-2013). „Piłkarze przeżyją sześć miesięcy czy rok bez pensji. Nie są w dramatycznej sytuacji, nie martwią się, za co utrzymają rodziny, nie muszą wychodzić o szóstej rano i wracać wieczorem, by móc nakarmić dzieci. Dlatego musimy być wdzięczni za to, jak wygląda nasze życie i być w stanie wczuć się w położenie innych. Mam nadzieję, że epidemia koronawirusa wszystkich nas zmieni na lepsze, że wszyscy wyjdziemy z niej cało i lepsi, niż byliśmy wcześniej” – powiedział Tevez.
Kluby wyciągają ręce po pomoc
Najbardziej zdumiewa jednak to, że niektóre z klubów Premier League chcą skorzystać z rządowej pomocy. FC Liverpool w sobotę poinformował, że wysyła niegrającą część personelu na urlop, co uprawnia te osoby do refundacji z państwowej kasy 80 procent ich pensji, do wysokości 2,5 tysiąca funtów miesięcznie, z programu pomocy przedsiębiorstwom. Pozostałe 20 procent miał dopłacić klub, co wywołało oburzenie, bo jeszcze sześć tygodni temu władze Liverpoolu podawały, że mają 533 milionów funtów rocznego obrotu i 42 mln funtów zysku, co daje ekipie „The Reds” siódme miejsce na liście najbogatszych klubów sportowych na świecie. Rządowa pomoc dla takiego giganta, w sytuacji gdy pensje zarabiających kosmiczne pieniądze piłkarzy nie są jeszcze obniżone, zażenowała byłych piłkarzy „Czerwonych Diabłów”, kibiców oraz dziennikarzy. Jamie Carragher, były kapitan Liverpoolu, napisał na Twitterze: „Juergen Klopp okazał współczucie wszystkim na początku pandemii. Starsi gracze mocno zaangażowali się w obniżkę pensji zawodników w Premier League. A potem cały wypracowany szacunek przepadł”. Zaprotestowały też stowarzyszenia kibiców „The Reds” apelując, że to wielki wstyd aby przedsiębiorstwo zarabiające miliony funtów w czasie wielkiego kryzysu naciągało budżet państwa. Poskutkowało – władze Liverpoolu wycofały się z tego pomysłu.
W imieniu zawodników odpór pretensjom próbował dać Wayne Rooney, były reprezentant Anglii, jeden z legendarnych graczy Manchesteru United, obecnie zaś klubowy kolega reprezentanta Polski Krystiana Bielika w II-ligowym Derby County. „Politycy atakując zawodników próbują odwrócić uwagę od swojej nieudolności w walce z pandemią. To co dzieje się teraz w naszym kraju, to wina haniebnych decyzji tego rządu. Ja jestem w takiej sytuacji, że mogę zrezygnować z części pensji, ale nie każdy z moich kolegów z boiska może sobie na to pozwolić. Dlaczego więc z nas próbuje się zrobić tych złych? – pyta Rooney. Jego głos, chociaż ma swoją wagę, nie powstrzyma jednak tego, co wydaje się nieuchronne, więc wkrótce także gracze Premier League dostaną po kieszeni. Na razie jednak żaden klub Premier League nie zredukował zarobków swoich piłkarzy. W Tottenhamie na obniżenie pensji o 20 procent dobrowolnie zgodził się prezes klubu Daniel Levy, a także część kadry kierowniczej. Z trenerów klubowych zgodę na coś takiego wyrazili tylko Eddie Howe z Bournemouth oraz Graham Potter z Brighton&Hove.
Jak podała telewizja Sky, kluby zweryfikowały swoje oczekiwania i rozmawiają teraz z zawodnikami o obniżeniu ich kontraktów o 25 procent, lecz tylko do czasu wznowienia rozgrywek, nawet przy pustych trybunach. Jeśli do tego dojdzie, otrzymają wówczas wyrównanie.
Walka idzie teraz o każdego funta
Dokonany tylko pobieżnie bilans strat jakie w wyniku epidemii koronawirusa doznały już kluby jest dla nich porażający. Nie notują przychodów z tzw. dni meczowych. Najwięcej za jedno spotkanie na własnych stadionach zarabiały Tottenham i Manchester United (po około 6 mln funtów), a w perspektywie grozi im jeszcze utrata wpływów z kontraktu telewizyjnego. Najwyższa klasa rozgrywkowa zostanie pozbawiona z tego tytułu aż 750 mln funtów, a w sumie wszystkie zespoły występujące w Premier League mogą stracić około 925 milionów funtów, zaś cała angielska piłka klubowa zubożeje o blisko 1,1 mld funtów. Epidemia koronawirusa wpłynęła również na sytuację finansową na giełdzie. Spadki notowąń najmocniej odczuł Manchester United, bo wartość akcji tego klubu spadła aż o 613 milionów funtów w ciągu ostatnich trzech tygodni.
Telewizja Sky Sports ma podpisany z Premier League trzyletni kontrakt, na podstawie którego płaci klubom 1,2 mld funtów rocznie. W nabytym pakiecie ma za to zagwarantowane 128 meczów „na żywo”. Drugi z kluczowych partnerów telewizyjnych, BT Sports, placi za sezon 325 mln funtów i za tę kwotę ma w pakiecie 52 transmisje. Do końca sezonu pozostały do rozegrania 92 mecze (25 procent).
Dynamika rozwoju pandemii na Wyspach Brytyjskich nie wróży jednak najlepiej klubom Premier League. Pojawia się coraz więcej sygnałów, że jednak rozgrywki nie zostaną wznowione, a mistrzowski tytuł zostanie przyznany Liverpoolowi. Nie będzie to żadne nadużycie, bo po 29 meczach Liverpool zajmuje 1. miejsce w tabeli mając 25 punktów przewagi nad drugim Manchesterem City, a drużynie prowadzonej przez Juergena Kloppa brakowało zaledwie dwóch zwycięstw do zdobycia mistrzostwa.

FC Liverpool mistrzem świata

W finale rozgrywanych w Katarze Klubowych Mistrzostw Świata FC Liverpool pokonał po dogrywce Flamengo Rio de Janeiro 1:0. Zwycięskiego gola dla angielskiego zespołu strzelił Brazylijczyk Robert Firmino. Trzecie miejsce zajęła meksykańska drużyna CF Monterrey.

Europejski futbol w tegorocznej edycji Klubowych Mistrzostw Świata reprezentował FC Liverpool, triumfator Ligi Mistrzów z poprzedniego sezonu. Ekipa „The Reds” po raz pierwszy w historii wywalczyła tytuł najlepszej klubowej drużyny na świecie. W finale zorganizowanego z Katarze turnieju podopieczni trenera Juergena Kloppa w regulaminowym czasie gry nie zdołali przełamać oporu graczy Flamengo i dopiero w dogrywce Roberto Firmino pogrążył rodaków, strzelając decydującego gola w 99. minucie. Niemiecki szkoleniowiec ekipy „The Reds” bardzo chciał wygrać w Katarze, bo ekipa z Liverpoolu, chociaż ma na koncie sześć triumfów Pucharze Europy i jego obecnej mutacji Lidze Mistrzów, nigdy jeszcze nie zdobyła tytułu najlepszego klubowego zespołu na świecie. Wcześniej albo przegrywała w finale (trzykrotnie, w tym raz z Flamengo w 1981 roku), albo bojkotowała mecze uznając je za niewarte wysiłku kosztem krajowej ligi. Warto podkreślić, że w Klubowych Mistrzostwach Świata od 2012 roku zawsze zwycięża klub z Europy. Po raz drugi jest to zespół z Anglii.

Trzecie miejsce wywalczył meksykański zespół CF Monterrey, który pokonał w rzutach karnych 4-3 saudyjski Al-Hilal, triumfatora azjatyckiej Ligi Mistrzów. Po 90 minutach był remis 2:2. Za rok mistrzostwa z udziałem najlepszych zespołów z wszystkich kontynentów zostaną ponownie rozegrane w Katarze. A za dwa lata w KMŚ zagrają już 24 zespoły.

 

 

Messi po raz szósty

Argentyńczyk Leo Messi, Holender Virgil van Dijk, Portugalczyk Cristiano Ronaldo – w takiej kolejności elektorzy FIFA zestawili czołową trójkę plebiscytu na najlepszego piłkarza sezonu 2018/2019. Szósty triumf Messiego w tej prestiżowej rywalizacji trudno uznać za sensację, chociaż jest kontrowersyjny.

W plebiscycie głosują selekcjonerzy i kapitanowie wszystkich reprezentacji zrzeszonych w FIFA oraz grupa wybranych z tych krajów dziennikarzy. Polska grupę elektorów tworzyli więc Jerzy Brzęczek i Robert Lewandowski, a tym trzecim był Michał Pol, były już szef „Przeglądu Sportowego”. „Lewy” na pierwszym miejscu wskazał Virgila van Dijka, na drugim Senegalczyka z FC Liverpool Sadio Mane, a na trzecim Frenkiego De Jonga z FC Barcelona. Brzęczek jako zwycięzcę wskazał Virgila van Dijka, na drugim Sadio Mane, a na trzecim Leo Messiego. Pol zagłosował na Messiego, van Dijka i Mane. W wyborze trenera cała trójka była jednomyślna i wskazała na niemieckiego szkoleniowca FC Liverpool Juergena Kloppa.

Dla kibiców ciekawsza była jednak informacja, na kogo swoje głosy oddali Leo Messi jako kapitan zespołu Argentyny i Cristiano Ronaldo jako kapitan zespołu Portugalii. Argentyńczyk na pierwszym miejscu wskazał Sadio Mane, na drugim Cristiano Ronaldo, a na trzecim na Frenkiego De Jonga. Ronaldo w swoim głosowaniu Messiego nie uwzględnił, a najwięcej punktów przyznał swojemu koledze z zespołu Juventusu Matthijsowi de Ligtowi. Na drugim miejscu Portugalczyk wskazał De Jonga, a na trzecim Kyliana Mbappe. Obaj gwiazdorzy zgodnie pominęli jak widać innego Holendra, Virgila van Dijka, który niespełna miesiąc temu otrzymał ich kosztem wyróżnienie dla najlepszego piłkarza sezonu UEFA.

Messi podczas uroczystej gali w Mediolanie odbierał szóste w karierze wyróżnienie dla najlepszego piłkarza sezonu z kamienna twarzą. Nic dziwnego, jego wybór jak żaden wcześniejszy wzbudził mnóstwo kontrowersji. Faworytem mediów był bowiem holenderski piłkarz Liverpoolu Virgil van Dijk, który wraz z ekipą „The Reds” wygrał przecież Ligę Mistrzów, a z reprezentacją Holandii doszedł do finału Ligi Narodów. A skoro już o Lidze Narodów mowa, to wygrała ją przecież drużyna aktualnych mistrzów Europy Portugalczyków, z niekwestionowana pomocą Crystiano Ronaldo, więc portugalski gwiazdor Juventusu, który też miał na koncie pięć tytułów najlepszego na świecie, miał prawo czuć się poszkodowany.

Dlaczego? A choćby dlatego, że Messi poprzedni sezon zakończył bez żadnego drużynowego triumfu, bo z ekipą Argentyny przegrał przecież w finale Copa America, a z Barceloną odpadł w półfinale Champions League. Obiektywnie jednak rzecz biorąc obaj ci genialni piłkarze wciąż nie mają sobie równych na świecie i każdy inny gracz uznany za lepszego od nich, jak Luka Modrić w ubiegłym roku czy de Jong w tegorocznym plebiscycie UEFA, będzie odbierał nagrodę z poczuciem, że na nią nie zasłużył.

Triumfatorzy FIFA The Best 2018/2019
Piłkarz Roku FIFA: Lionel Messi (FC Barcelona, Argentyna);
Piłkarka Roku FIFA: Megan Rapinoe (USA);
Najpiękniejsza bramka: Daniel Zsori (Węgry);
Najlepsza bramkarka: Sari van Veenendaal (Holandia);
Najlepszy bramkarz: Alisson Becker (Liverpool FC, Brazylia);
Trener roku: Juergen Klopp (FC Liverpool);
Kobiecy trener roku: Jill Ellis (USA);
Nagroda FIFA Fair Play: Marcelo Bielsa;
Kobieca jedenastka roku:
Sari van Veenendall – Lucy Bronze, Wendie Renard, Nilla Fischer, Kelley O’Hara – Amandine Henry, Julie Ertz, Marta, Rose Lavelle, Megan Rapinoe – Alex Morgan;
Męska jedenastka roku:
Alisson Becker – Matthijs De Ligt, Sergio Ramos, Virgil van Dijk, Marcelo – Luka Modrić, Frenkie De Jong, Eddie Hazard – Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Kylian Mbappe.

 

Nie doceniają Lewego

Magazyn piłkarski „Kicker” co roku w trakcie wakacji wybiera najlepszego piłkarza i trenera minionego sezonu. Elektorami w tym plebiscycie są zaproszeni przez redakcję dziennikarze rodzimych mediów, którzy mogą oddawać głosy zarówno na zawodników Bundesligi, jak też Niemców grających w klubach zagranicznych. W tym plebiscycie mniej jednak ważnej jest jak kto głosuje, tylko kto liczy głosy.

Liczącym głosy bez wątpienia byli Niemcy, na dodatek chyba przepełnieni ponad miarę patriotycznymi uczuciami, bo zwycięzcą plebiscytu nieoczekiwanie został pomocnik Borussii Dortmund Marco Reus. W raporcie podano, że oddano na niego aż 158 głosów. Na drugiego w zestawieniu gracza Bayeru Leverkusen Kaia Havertza zagłosowało ponoć 121 elektorów, a na trzeciego Joshuę Kimmicha z Bayern Monachium już tylko 35. Już sam skład najlepszej trójki tego plebiscytu mocno zastanawia, bo jak wiadomo mistrzostwo i puchar Niemiec w minionym sezonie zdobył Bayern Monachium, także dlatego, że w rundzie wiosennej zespół Borussii Dortmund, w tym także Marco Reus, grał po prostu słabo. Na zdrowy rozum zwycięzcą plebiscytu powinien więc, z czystego szacunku choćby, zawodnik mistrzowskiej drużyny, czyli Bayernu. Tylko czy na taki zaszczyt najbardziej zasłużył sobie akurat Kimmich?

Pytanie nie jest tak całkowicie bezzasadne, zważywszy na fakt, że Robert Lewandowski zakończył rozgrywki z tytułem króla strzelców Bundesligi, był także najskuteczniejszym strzelcem w zmaganiach o Puchar Niemiec oraz najskuteczniejszym graczem niemieckich zespołów rywalizujących w minionym sezonie w Lidze Mistrzów. Warto przypomnieć, że „Lewy” wygrał wyścig o koronę króla strzelców Bundesligi z dorobkiem 22 trafień, ale dołożył do tego jeszcze 10 asyst i wygrał bezdyskusyjnie tzw. punktację kanadyjską, czym tylko potwierdził, że jako piłkarz wciąż się rozwija i przez to staje się coraz bardziej wartościowym zawodnikiem bawarskiego potentata.
Tymczasem Lewandowski w plebiscycie „Kickera” zajął dopiero siódme miejsce z ledwie 21 głosami. Elektorzy wyżej od niego z graczy Bayernu ocenili nie tylko Kimmicha, ale też Serge’a Gnabry’ego. Co takiego przez ostatnie pół roku zdziałał Marco Reus, że niemieccy dziennikarze oddali na niego o 137 więcej głosów niż na „Lewego”. Piłkarz Borussii Dortmund nie zdobył żadnego trofeum. W 36 meczach strzelił 21 goli i dołożył 13 asyst. Do osiągnięć polskiego napastnika wiele mu brakuje. Zbyt wiele, by jego wybór uznać za sprawiedliwy.

Lewandowski, który jeszcze nigdy nie wygrał plebiscytu na najlepszego piłkarza w Niemczech (Reus był laureatem także w 2012 roku), nie skomentował wyników, ale zrobił to jego przyjaciel i doradca Maik Barthel w mediach społecznościowych. „Piłkarz Roku? Nie musisz niczego wygrywać i wtedy masz największe szanse na otrzymanie tego trofeum” – napisał ironicznie na Twitterze.

Rzecz jasna jego ironiczna uwaga przeszła w Niemczech bez większego echa i Lewandowski, chociaż ma na koncie siedem tytułów mistrza Niemiec, czterokrotnie był królem strzelców w Bundeslidze, wciąż nie ma w kolekcji nagrody dla najlepszego piłkarza w Niemczech. Najwyraźniej jego wyczyny na niemieckich boiskach w tym kraju już na nikim nie robią wrażenia, albo wręcz przeciwnie – dla „Lewego” stosuje się tam oddzielne kryteria. Musiałby chyba swoimi golami wprowadzić Bayern do finału Ligi Mistrzów, a w decydującym meczu najlepiej powtórzyć pamiętny wyczyn z Meczu z VfL Wolfsburg (pięć goli w dziewięć minut), żeby w Niemczech uznano go za godnego statuetki najlepszego piłkarza.

Nie było natomiast żadnych niespodzianek w plebiscycie na najlepszego trener. Wygrał go Juergen Klopp, który z Liverpoolem wygrał Ligę Mistrzów. Szkoleniowiec „The Reds” otrzymał 183 głosy, ale drugi w zestawieniu Friedhelm Funkel z Fortuny Duesseldorf aż 139 głosów), zaś trzecie Adi Huetter z Eintrachtu Frankfurt 56. Trener Bayernu Niko Kovac ma zatem pewnie podobny pogląd na solidność liczących głosy w plebiscycie „Kickera”, jak Lewandowski.

Wszystko to zresztą jest już mało ważne, bo w nowym sezonie się okaże, kto jest naprawdę w Niemczech najlepszy.

 

Szósty triumf Liverpoolu

W rozegranym w sobotę na stadionie Wanda Metropolitano w Madrycie finale Ligi Mistrzów FC Liverpool pokonał Tottenham Hotspur 2:0 i po raz szósty w historii wygrał te elitarne rozgrywki. Wcześniej „The Reds” triumfowali w latach 1977, 1978, 1981, 1984 i 2005. Poziom spotkania dwóch angielskich zespołów mocno jednak rozczarował.

Drugi z finałów tegorocznych europejskich pucharów, podobnie jak rozegrany w minioną środę bój dwóch londyńskich zespołów, Arsenalu i Chelsea, o triumf w Lidze Europy, był wewnętrzną angielską rozprawą między Liverpoolem a Tottenhamem. Niestety, też okazał się piłkarskim widowiskiem na mizernym poziomie. Ekipa „The Reds” miała furę szczęścia, bo po dyskusyjnym zagraniu ręką słoweński arbiter Damir Skomina już w pierwszej minucie meczu odgwizdał na ich korzyść „jedenastkę”, którą na gola zamienił Egipcjanin Mahomed Salah. Przez następne 85 minut byliśmy świadkami chaotycznej kopaniny w wykonaniu obu zespołów, prowadzonej wedle zdawałoby się dawno już porzuconej przez wyspiarskie zespoły zasady „kopnij i biegnij”.

Kibice tymczasem oczekiwali emocji do jakich przyzwyczaiła ich zwłaszcza ta edycja Ligi Mistrzów, ale na obiekcie na co dzień wykorzystywanym przez lubujący się w brzydkiej defensywnej grze zespół Atletico zatriumfował właśnie taki futbol. Momentami aż trudno było uwierzyć, że topornie grający Liverpool to jest ten sam zespół stworzony przez Juergena Kloppa, którego porażkę w finale ubiegłorocznej edycji tak powszechnie żałowano. Tym razem niemiecki trener poświęcił na ołtarzu swojego pierwszego triumfu w europejskich pucharach piękno i fantazję w grze, zmuszając swoich graczy do pilnowania z rzemieślniczą konsekwencją dostępu do własnej bramki, strzeżonej przez Brazylijczyka Alissona Beckera. Dlatego tegoroczny finał nie był pokazem romantycznego futbolu, bo zespół „The Reds” i jego trener mieli romantycznych porażek po dziurki w nosie. W taki przecież sposób przegrali na finiszu z Manchesterem City walkę o mistrzostwo Anglii.

Oczekiwania zawiódł też Tottenham, który cały zapas futbolowego romantyzmu w grze wyczerpał w półfinałowych bojach z Ajaksem Amsterdam. Podopieczni argentyńskiego trenera Mauricio Pochettino, chociaż mieli już w swoich szeregach wyleczonego w alarmowym tempie Harry’ego Kane’a, nie potrafili przełamać żelaznej defensywy Liverpoolu. Atakowali chaotycznie, zagrywali piłkę niedokładnie, strzelali niecelnie, a jeśli już trafiali w światło bramki, to zawsze jakoś tak niefortunnie, że trafiali piłka w bramkarza Alissona. W ten sposób pomogli Brazylijczykowi zdobyć tytuł bohatera wieczoru, chociaż Alissonowi daleko było do wyczynu Jerzego Dudka sprzed 14 lat, gdy bronił karne w finałowej potyczce z AC Milan. Po takim widowisku wypada tylko prosić los, żeby w nowym sezonie w finale nie grały już zespoły z jednego kraju.

 

Czy Klopp załatwi Bayern?

Fot. Piłkarze Bayernu mieli pecha w losowaniu 1/8 finału Ligi Mistrzów, bo trafili na znakomity w tym sezonie FC Liverpool

 

 

W poniedziałek 17 grudnia w siedzibie UEFA w Nyonie rozlosowano pary 1/8 finału Ligi Mistrzów i 1/16 finału Ligi Europy. Szlagierami będą potyczki Bayernu z FC Liverpool, Manchesteru United z Paris Saint-Germain i Atletico Madryt z Juventusem.

 

W Monachium wyniki losowania przyjęto bez entuzjazmu, chociaż niektórzy gracze, w tym Robert Lewandowski, w komentarzach zamieszczanych w mediach społecznościowych starali sie trzymać fason. „Lewy” na przykład napisał na Twitterze: „To będzie fantastyczna bitwa. Naprzód Bayern, możemy to zrobić!”. Dla kapitana reprezentacji Polski starcie z finalistą poprzedniej edycji Ligi Mistrzów będzie okazją do odświeżenia znajomości z dawnym trenerem z Borussii Dortmund Juergenem Kloppem. Niemiecki szkoleniowiec od trzech lat prowadzi z powodzeniem zespół „The Reds”, z którym w obecnym sezonie ma realne szanse zdobyć oczekiwane przez fanów tego zespołu od 28 lat mistrzostwo Anglii, a także pokusić się po 14 latach przerwy na drugi triumf w Lidze Mistrzów i szósty licząc z dorobkiem w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych.

Dla Kloppa potyczka z Bayernem będzie też okazją do rewanżu za porażkę z Borussią Dortmund w finale Ligi Mistrzów w 2013 roku. Wtedy miał pod komendą trzech polskich graczy – oprócz Lewandowskiego jeszcze Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka. Ostatni z wymienionych wciąż jest ważną postacią w zespole z Dortmundu, którego czeka w 1/8 finału starcie z innym angielskim zespołem – Tottenhamem Hotspur. Ale uwagę niemiecki i angielskich mediów, a także rzecz jasna polskich, bardziej przykuwa starcie Bayernu z Liverpoolem. „Lewemu” będzie na pewno trudno zabłysnąć, bo Klopp zna przecież wszystkie jego mocne i słabe strony. Ale może Polak go zaskoczy? Na razie eksperci na faworyta tej potyczki wskazują angielski zespół.

Kiepsko trafił też trzeci z naszych reprezentantów w Lidze Mistrzów Wojciech Szczęsny, bo jego Juventus wylosował za przeciwnika zwycięzcę Ligi Europy z poprzedniego sezonu Atletico Madryt. Ten zespół zawsze jest niewygodnym rywalem.

 

Zestaw par 1/8 finału Ligi Mistrzów:

Schalke Gelsenkirchen – Manchester City
Atletico Madryt – Juventus Turyn
Manchester United – Paris Saint-Germain
Tottenham Hotspur – Borussia Dortmund
Olympique Lyon – FC Barcelona
AS Roma – FC Porto
Ajax Amsterdam – Real Madryt
FC Liverpool – Bayern Monachium

 

Zestaw par 1/16 Ligi Europy:

Viktoria Pilzno – Dinamo Zagrzeb
Club Brugge – Red Bull Salzburg
Rapid Wiedeń – Inter Mediolan
Slavia Praga – KRC Genk
FK Krasnodar – Bayer Leverkusen
FC Zurych – SSC Napoli
Malmoe FF – Chelsea Londyn
Szachtar Donieck – Eintracht Frankfurt
Celtic Glasgow – Valencia CF
Stade Rennais – Betis Sewilla
Olympiakos Pireus – Dynamo Kijów
Lazio Rzym – Sevilla FC
Fenerbahce Stambuł – Zenit Petersburg
Sporting Lizbona – Villarreal CF
BATE Borysow – Arsenal Londyn
Galatasaray Stambuł – Benfica Lizbona.

 

Trener bez drużyny

Biało-czerwoni nie wygrali żadnego z czterech meczów rozegranych pod wodzą Jerzego Brzęczka. Nie dziwi więc, że atmosfera w kadrze i wokół niej, już przecież duszna po nieudanym mundialu w Rosji, zrobiła się fatalna.

 

Miesiąc temu w Bolonii Jerzy Brzęczek w swoim debiucie w roli selekcjonera zremisował z Włochami 1:1. W minioną niedzielę na Stadionie Śląskim przegrał 0:1, ale gdyby nie fenomenalnie usposobiony Wojciech Szczęsny, biało-czerwoni pewnie przegraliby czterema lub nawet pięcioma bramkami. Co się takiego stało przez ten miesiąc, że włoski zespół zrobił się tak przytłaczająco lepszy, a nasz taki żenująco słaby? Niefortunnie dobrana przez selekcjonera taktyka chyba nie wyjaśnia sprawy. Wygląda raczej na to, że coś się w polskiej reprezentacji skończyło, a nowe jeszcze nie zaczęło. I co gorsza nic nie zapowiada, żeby miało się zacząć.

 

Motory zostały wyeksploatowane?

Przez ostatnie pięć lat motorem napędowym naszej narodowej drużyny był Robert Lewandowski. Wystarczy rzucić okiem na jego niebotyczne statystyki. Ale oprócz niego w tym okresie swój dobry czas mieli Kamil Glik, Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Michał Pazdan, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański, a swoje trzy grosze dołożyli też mimo trapiących ich kontuzji Jakub Błaszczykowski i Arkadiusz Milik. Z tego grona jak na razie definitywnie odpadł tylko Piszczek, który po mundialu ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, poza kadrą jest znajdujący sie w słabej formie Pazdan, a na ostatnim zgrupowaniu zabrakło kontuzjowanego Rybusa.

Wymienieni piłkarze mają za sobą wygrane eliminacje do mistrzostw Europy w 2016 roku i mistrzostw świata w 2018. No i oczywiście występy w tych prestiżowych turniejach – udany w Euro 2016 i nieudany na tegorocznym mundialu w Rosji. Pytanie o to, czy mają w sobie jeszcze dość ikry, żeby skutecznie zawalczyć o awans do kolejnego wielkiego turnieju, Euro 2020, bynajmniej nie jest bezzasadne. Ani Adam Nawałka, ani teraz Jerzy Brzęczek, nie potrafili znaleźć lepszych od nich graczy. Na rosyjskim mundialu do poziomu prezentowanego przez weteranów zbliżyli się w zasadzie tylko Dawid Kownacki i Jan Bednarek, a teraz nadzieję na to daje rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie w Serie A Krzysztof Piątek.

 

Weteranów lepiej nie wkurzać

Na wielkie wietrzenie szatni i personalne rewolucje Brzęczek pozwolić sobie nie może, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek postawił mu do zrealizowania jasny cel, jakim jest awans do Euro 2020, a póki co jeszcze nie było losowania grup eliminacyjnych i przyszli rywale nie są znani. Nie można jednak wykluczyć, że gdy już znani będą, a okażą się przeciwnikami do przejścia tylko w teorii, wiosną kilku weteranów może uznać, że dalsza gra w nie rokującej sukcesów reprezentacji przyniesie im więcej strat niż korzyści i podąży śladem Piszczka. A dzisiaj naprawdę trudno sobie wyobrazić naszą narodową drużynę bez Glika, Krychowiaka i Lewandowskiego, a jeśli ktoś ma taką bujną wyobraźnię i liczy, że Dźwigała, Reca, Szymański i Piątek dadzą radę, to przecież w listopadzie można ten wariant sprawdzić w spotkaniu z Portugalią.

W takiej sytuacji żaden rozsądny trener nie zadziera z elitą kadry, tak jak po meczu z Włochami zrobił to Brzęczek, gdy na konferencji prasowej zaatakował Lewandowskiego za jego krytyczną wypowiedź o złym wyborze taktyki. Po pierwsze, jako kapitan reprezentacji miał do tego prawo, a po drugie – kadra Polski nie jest niczyim prywatnym folwarkiem, ani też obozem pracy przymusowej i bezwzględny posłuch w niej nie obowiązuje, bo każdy z reprezentantów ma prawo uważać się za jej pełnoprawnego członka. Także w publicznych wypowiedziach.

 

Szacunek podstawą udanej współpracy

Tym bardziej, że większość kadrowiczów ma w swoim piłkarskim CV podległość trenerom o znacznie mocniejszych w tym fachu nazwiskach. Lewandowski pracował pod wodzą Juergena Kloppa, Pepa Guardioli i Juppa Heynckesa, Kamila Glika trenował Leonardo Jardim, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański w Arsenalu Londyn mieli za szefa Arsena Wengera, a Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w Neapolu mają teraz do czynienia z Carlo Ancelottim. A kto wydziera się na tych piłkarzy i publicznie kwestionuje ich zawodowe kompetencje? Były trener III-ligowego Rakowa Częstochowa, I-ligowego GKS Katowice oraz ekstraklasowych Lechii Gdańsk i Wisły Płock. Brzęczek swoimi zawodowymi dokonaniami szału w reprezentacyjnej szatni nie zrobił, a teraz jeszcze pogorszył swoje relacje w weteranami, a przynajmniej ich częścią.

Adam Nawałka na początku też miru u piłkarzy nie miał, a zaczął też słabo, bo od porażki ze Słowacją i remisu z Irlandią. Potem jednak w kolejnych 13 meczach przegrał tylko raz i tym zyskał zaufanie zawodników. Tymczasem Brzęczek w ciągu miesiąca z selekcjonera reprezentacji, który jeszcze nie przegrał meczu, stał się selekcjonerem, który jeszcze nie wygrał meczu. Najgorsze jest jednak to, że w żadnej sferze pracy z kadrą niczego w znaczący sposób nie poprawił, a w tym, co dla nas, kibiców, jest najistotniejsze, czyli w jakości gry, znacząco pogorszył. Gdyby nie Szczęsny, Włosi wygraliby w niedzielę z 5:0, choć wcale nie grali genialnie. Po prostu grali.

 

Walka w Lidze Mistrzów rozpoczęta

Liga Mistrzów rozpoczęła rozgrywki sezonu 2018-2019. Tytułu broni Real Madryt, który mimo odejścia Cristiano Ronaldo zamierza wygrać rywalizację w europejskiej elicie klubowej po raz czwarty z rzędu. W tym sezonie nie będzie to jednak łatwe zadanie.

 

Real Madryt ma już na koncie serię pięciu kolejnych triumfów w tych rozgrywkach – w latach 1956-60 „Królewscy” zwyciężyli w pierwszych pięciu edycjach. Teraz są bliscy powtórzenia tego wyczynu, chociaż po odejściu Cristiano Ronaldo mało kto daje im szanse na wygranie Ligi Mistrzów po raz piąty z rzędu. Zwłaszcza że klub opuścił także trener Zinedine Zidane, pod wodzą którego „Galaktyczni” byli najlepsi w trzech ostatnich edycjach. Ale i tak dokonania Realu budzą podziw. Żaden inny klub nie dorównuje mu w liczbie trofeów. Po trzy triumfy z rzędu mają jeszcze tylko Ajax Amsterdam i Bayern Monachium. W sumie „Królewscy” wygrywali te elitarne rozgrywki aż 13 razy. W tym sezonie Ligi Mistrzów „Królewscy”, już prowadzeni przez nowego trenera, Julena Lopeteguiego, trafili do grupy G z AS Roma, CSKA Moskwa i Viktorią Pilzno.

Który zespół może przerwać dominację potentata z Madrytu? Od 2014 roku tylko hiszpańskie kluby wygrywały Ligę Mistrzów, więc do grona pretendentów trzeba w pierwszej kolejności zaliczyć Barcelonę i lokalnego rywala „Królewskich, Atletico. Na pewno zdolne do przełamania hiszpańskiej dominacji są angielskie kluby, z finalistą poprzednich rozgrywek Liverpoolem i Manchesterem City Pepa Guardioli na czele. Taki cel arabscy szejkowie stawiaj też przed naszpikowaną gwiazdami ekipą Paris Saint-Germain, z Cristiano Ronaldo w składzie w rywalizacji o z pewności będzie się liczył także Juventus Turyn. Niewykluczone, że do gry o najwyższe laury włączy się też Bayern Monachium, który pod wodza nowego trenera Niko Kovaca jeszcze w tym sezonie nie przegra meczu.

Piłkarze w Lidze Mistrzów będą walczyć nie tylko o sławę, ale też o duże pieniądze. Triumfator tej edycji Champions League może zarobić nawet 82,5 mln euro, jeśli wygra wszystkie mecze fazy grupowej. To znacznie większa suma w porównaniu do poprzedniego sezonu, gdy za tę sam boiskową pracę UEFA płaciła 57,5 mln euro. W rozpoczętej we wtorek 18 września fazie grupowej Ligi Mistrzów można zarobić nawet 31,5 mln euro, ale trzeba wygra wszystkie sześć meczów. Premia za awans do 1/8 finału wynosi 9,5 mln euro, za ćwierćfinał 10,5 mln, za półfinał 12 mln euro. Przegrany w finale otrzyma 15 mln euro, a zwycięzca 19 mln euro.

W tym sezonie nastąpiła zmiana nadawcy Ligi Mistrzów w Polsce. Przez trzy lata wszystkie mecze będzie pokazywać Polsat w kanałach kodowanych, w środy jeden mecz (o 21.00) pokaże TVP. W pierwszej kolejce polscy kibice będa mogli obejrzeć spotkanie Realu Madryt z AS Roma.

 

Wpadka najdroższego bramkarza

FC Liverpool w 4. kolejce Premier League wygrał na wyjeździe z Leicester City 2:1. „The Reds” mają komplet punktów na koncie, ale stracili gola po kompromitującym błędzie brazylijskiego bramkarza Alissona Beckera.

 

Do przerwy wszystko układało się po myśli trenera Liverpoolu Juergena Kloppa. Już w 10. minucie czwartego gola w sezonie strzelił Senegalczyk Sadio Mane, a tuż przed końcem pierwszej połowy na 2:0 podwyższył Brazylijczyk Roberto Firmino. Po zmianie stron obraz gry zaczął się zmieniać, bo gracze „Czerwonych Diabłów” chcieli tylko dowieźć korzystny wynik i zawodnicy gospodarzy momentami nawet przeważali.

Nerwowo na ławce rezerwowych i wśród kibiców Liverpoolu zrobiło się w 63. minucie. To wtedy Alisson, za którego Juergen Klopp nie wahał się zapłacić AS Roma blisko 65 mln euro, co jest kwotą jak na bramkarz wręcz astronomiczną, ośmieszył się błędem niemal tak kompromitującym, jak niemiecki bramkarz Loris Karius w majowym finale Ligi Mistrzów z Realem Madryt. Niepokonany w Premier League przez 332 minuty Alisson w swoim polu karnym chciał przedryblować atakującego go napastnika gospodarzy Kelechiego Iheanacho, ale Nigeryjczyk odebrał mu piłkę, podał ją do Algierczyka Rachida Ghezzala, a ten zdobył kontaktową bramkę.

Poprzedniego gola w rozgrywkach klubowych Brazylijczyk, za którego Liverpool latem zapłacił 62,5 mln euro, puścił jeszcze w barwach Romy w półfinale Ligi Mistrzów, właśnie w potyczce z „The Reds”. Alisson do końca meczu z Leicester już nie wpuścił kolejnego gola i Liverpool odniósł czwarte zwycięstwo w sezonie. Ale jego kompromitująca wpadka nie przeszła bez echa. W mediach i internecie zaroiło się od złośliwych komentarzy w stylu „Zastąpili niepewnego bramkarza też niepewnym, tylko droższym”.

 

Zapłacą furę pieniędzy za brazylijskiego bramkarza

Jeszcze dwa lata temu Brazylijczyk Alisson Becker był tylko zmiennikiem Wojciecha Szczęsnego w AS Roma. Po jego odejściu zaliczył udany sezon w rzymskim zespole zwieńczony niezłym występem w mistrzostwach świata.

 

Dzisiaj Alisson Becker jest najdroższym bramkarzem w historii futbolu, bo FC Liverpool zapłacił za jego transfer z AS Roma aż 75 milionów euro. Ta szokująca kwota to skutek desperacji jaka zapanowała w angielskim klubie po kuriozalnych wpadkach niemieckiego bramkarza Lorisa Kariusa w finałowym meczu Ligi Mistrzów z Realem Madryt, przez które „Czerwone Diabły” straciły szansę na zwycięstwo. Trener ekipy „The Reds” Juergen Klopp próbował ratować markę rodaka, ale Karius rozsypał się psychicznie tak dalece, że popełniał rażące błędy nawet w meczach sparingowych.

Dlatego Klopp chcąc nie chcąc musiał poszukać innego bramkarza i jego wybór padł właśnie na brazylijskiego golkipera. Negocjacje nie były łatwe, bo działacze rzymskiego klubu, którzy wcześniej pozbyli się z klubu Polaka Łukasza Skorupskiego, nawet nie brali pod uwagę odejścia Alissona Beckera. Chcąc zablokować transfer windowali więc cenę ponad wszelkie granice przyzwoitości. Jeszcze w środę wydawało się, że cel osiągną, bo Liverpool oferował w sumie 70 milionów euro, a oni zażądali 75. W czwartek angielski klub zgodził się na tę kwotę i mleko się wylało. Brazylijczyk został najdroższym bramkarzem w historii futbolu i teraz będzie musiał zmierzyć się z bezlitosnymi dla takich krezusów angielskimi mediami. Może być pewny, że najmniejszy nawet błąd zostanie zauważony i wypomniany.

Pozyskanie Alissona Beckera to zarazem koniec marzeń Lorisa Kariusa na odbudowanie zrujnowanej marki, a już na pewno nie w FC Liverpool. Niemiec może być pewny, że dysponujący końskim zdrowiem Brazylijczyk nie wpuści go do bramki. Coś na ten temat może powiedzieć Łukasz Skorupski, który cały poprzedni sezon spędził w AS Roma jako zmiennik Beckera i nie doczekał się ani jego kontuzji, ani gwałtownego załamania formy.

A nie jest powiedziane, że Karius spędzi nowy sezon na ławce rezerwowych Liverpoolu. Klopp jest doświadczonym trenerem i wie, że Alisson Becker w nowym otoczeniu może przejść na początku jakiś kryzys formy. Dlatego będzie szukał dla niego pewniejszego zmiennika. Kto wie, może da szansę 18-letniemu Polakowi Marcinowi Bułce?