Optymizm Borisa

Poczynając od swojego przemówienia w Izbie Gmin nowy premier Wielkiej Brytanii wręcz tryska pomysłami i optymizmem. Brexit nie napawa go obawami. Wręcz przeciwnie.

Znając Borisa Johnsona i jego poglądy, trudno poczuć się zaskoczonym. Ale poziom jego beztroskiego optymizmu zupełnie poraża. Choć szef rządu przyznaje, że chce renegocjować umowę brexitową podpisaną przez jego poprzedniczkę Theresę May, do której pomimo usiłowań i namów nie potrafiła przekonać Izby Gmin, to nawet i brexit „twardy”, czyli bezumowny nie napawa go obawami.
To, co dla większości analityków jest zagrożeniem i otwarciem drzwi kryzysowi gospodarczemu, odpływowi kapitału, wzrostowi cen, a nawet brakom niektórych towarów, które Zjednoczone Królestwo będzie musiało importować z Europy, a które po jego wyjściu z unii celnej będą znacznie droższe – to w jego perspektywie „wielka okazja” – tak przynajmniej oświadczył podczas wystąpienia w manchesterze. Jego zdaniem na taką okoliczność kraj jest „przygotowany lepiej niż wielu się wydaje” i zapowiadał okres prosperity. Nazwał opuszczenie UE przez Wielką Brytanię „wielką okazją gospodarczą”, która pozwoli zmienić przepisy, podatki, uruchomić inwestycje, a nawet ożywić budownictwo mieszkaniowe. Zapowiedział także ożywienie w dawnych ośrodkach przemysłowych, takich jak właśnie Manchester, zaniedbywanych przez poprzednie ekipy. „Zdaję sobie sprawę, że ludzie którzy głosowali za wyjściem z UE, nie głosowali tylko przeciw Brukseli, głosowali też przeciw Londynowi i przeciw wszelkiej koncentracji władzy w odległych centrach – powiedział.
Kto ma być teraz głównym partnerem gospodarczym królestwa też wiadomo. Chyba pierwszą zapowiedzią złożoną przez Johnsona po objęciu funkcji premiera było poinformowanie, że zaraz po brexicie rozpoczną się rozmowy na temat umowy gospodarczej ze Stanami Zjednoczonymi. Z prezydentem Donaldem Trumpem Johnson rozumie się znacznie lepiej niż Theresa May, ale czy zgoda we wszystkim, co tylko sojusznik zza oceanu proponuje to wystarczający warunek? W gruncie rzeczy to sprawa osobistych sympatii, ale pod rządami Theresy May Wielka Brytania także prowadziła politykę amerykańską, może co najwyżej wykazując lekki dystans do sprawy Iranu i umowy nuklearnej, ale i to stopniowo się zmieniało, a stanowisko Londynu wobec sankcji stało się bardzo bliskie waszyngtońskiego – do tego stopnia, że oba kraje wzajemnie zajmują sobie tankowce.
Wobec tego co najważniejsze w przewidywalnym okresie – czyli brexitu – nie wydaje się, żeby po stronie unijnej była jakakolwiek wola zmiany stanowiska. Przewodniczący KE Jean-Claude Juncker w rozmowie telefonicznej z Johnsonem po raz kolejny stwierdził, że umowa o wyjściu Zjednoczonego Królestwa z UE, uzgodniona przez w listopadzie 2018 r. jest najlepszą i jedyną możliwą umową ze Wspólnotą. Tez zaś uważa ją za nieakceptowalną, zwłaszcza w odniesieniu do tzw. mechanizmu awaryjnego, czyli prowizji pozwalającej, aby granica między Irlandią Północną a Republiką Irlandii nie była granicą celną UE. W konsekwencji by to oznaczało, że cała Wielka Brytania w praktyce mogłaby prowadzić wymianę handlową z UE w obrębie jednej przestrzeni celnej. Rozbieżności dotyczą także finansowych zobowiązań brytyjskich wobec Unii – kalkulacja Brukseli i Londynu także różnią się w tej mierze. A że na kolejne odkładanie brexitu nie zanosi się już zdecydowanie wskazuje też fakt, że Boris Johnson nie zamierza proponować kandydata do Komisji Europejskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *