Lotto Ekstraklasa: Lider nie zwalnia tempa

Fot. Piłkarze Lechii Gdańsk nie przegrali w ekstraklasie od 6 października

 

 

Adam Nawałka zaczął pracę w Lechu Poznań od falstartu, przegrywając w debiucie z Cracovią 0:1. Lechici tracą już do prowadzącej Lechii Gdańsk 13 punktów i na razie nie liczą się w walce o mistrzostwo Polski.

 

Trener Nawałka nie naprawił zgrzytającego piłkarskiego mechanizmu „Kolejorza”. Po meczu z Cracovią były selekcjoner reprezentacji Polski miał skwaszona minę i nie szczędził swoim podopiecznym cierpkich słów. Jego rozczarowanie słabym występem lechitów jest zrozumiałe, ale nie powinien być tym zaskoczony, bo w tym sezonie poznański zespół na wyjazdach gra katastrofalnie. W pierwszej kolejce Lech pokonał w Płocku Wisłę 2:1, a potem jeszcze w trzeciej kolejce (5 sierpnia) we Wrocławiu wygrał ze Śląskiem 1:0, ale to było ostatnie wyjazdowe zwycięstwo lechitów. W kolejnych siedmiu występach poza domem wyszarpali tylko dwa remisy (2:2 z Górnikiem Zabrze i 2:2 Jagiellonią Białystok), a pozostałe pięć spotkań przegrali. Pod względem punktowej zdobyczy na wyjazdach Lech jest w lidze na 12. miejscu, a gorsze od niego są tylko zespoły Górnika Zabrze, Miedzi Legnica, Cracovii i Zagłębia Sosnowiec. Ogólne statystyki poznańskiej drużyny też nie napawają optymizmem. Jeszcze pod wodzą trenera Ivana Djurdjevicia wywalczył w pierwszych czterech kolejkach komplet punktów, lecz już w 13 następnych do tego dorobku dorzuciła tylko 12 „oczek” (za trzy zwycięstwa i trzy remisy), notując aż siedem porażek).

Nawałka będzie miał duży problem żeby włączyć się z zespołem do walki o miejsce gwarantujące udział w kwalifikacjach do Ligi Europy, bo w tym sezonie na mistrzostwo Polski nikt już w Lechu raczej nie liczy. Strata 13 punktów do prowadzącej Lechii teoretycznie wciąż jest możliwa do odrobienia, ale lechici musieliby zacząć wygrywać już teraz, choćby po to, żeby przewaga trzech czołowych zespołów nad nimi nie rosła. Przez Puchar Polski do eliminacji Ligi Europy „Kolejorz” w tym sezonie już się nie przebije, bo z tych rozgrywek odpadł w 1/16 finału przegrywając 0:1 z liderem I ligi Rakowem Częstochowa.

Tak więc efekt propagandowy jaki Lech uzyskał zatrudniając byłego selekcjonera kadry już się wyczerpał i teraz uwaga kibiców skupiona jest na wyścigu o fotel lidera. Już w najbliższej, 18. kolejce dojdzie w Gdańsku do hitowego meczu Lechii z Legią. Dzień wcześniej w Krakowie Jagiellonia zagra z Wisłą. Wyniki tych spotkań mogą ustawić czołówkę ligowej tabeli już do końca tegorocznych rozgrywek, bo w przypadku wygranej Lechii i porażki lub remisu białostocczan gdańszczanie na pewno zakończą rok w roli lidera. A Lech musi uważać na pierwszą w grupie spadkowej Arkę Gdynia, bo ma nad nią tylko jeden punkt przewagi, czyli w zasadzie tyle, co nic.

 

Mróz wypłoszył kibiców ze stadionów

Zespoły z czołówki ekstraklasy w 17. kolejce wygrały swoje mecze i spokojnie czekały na niedzielny debiut Adama Nawałki w roli trenera Lecha Poznań.

 

Lechia Gdańsk pod wodzą Piotra Stokowca grała na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław. Gospodarze nie mają ostatnio najlepszej passy, dlatego nie stawili rozpędzonemu liderowi większego oporu. Gdańszczanie ustalili wynik spotkania już po 25 minutach gry, bo tyle czasu potrzebowali na strzelenie dwóch goli. Najpierw w 15. minucie do siatki trafił Michał Nalepa, a dziesięć minut później jego wyczyn powtórzył Lukas Haraslin. Porażkę gospodarzy obejrzało zaledwie 6860 widzów, co na stadionie mogącym pomieścić 42 tysiące osób jest frekwencją kompromitującą.

Legia Warszawa podejmowała u siebie Koronę Kielce i tym razem „Wojskowi” nie zawiedli swoich fanów, których mimo zimna zjawiło się na stadionie przy Łazienkowskiej ponad 12 tysięcy. Po golach Cafu, Michała Kucharczyka i Sebastiana Szymańskiego podopieczni trenera Ricardo Sa Pinto pewnie wygrali 3:0 i uplasowali się na pozycji wicelidera. Trzecia w tabeli Jagiellonia Białystok także grała u siebie i także wykorzystała atut własnego boiska, pokonując Arkę Gdynia 3:1. Ale jej zwycięstwo obejrzało tylko pięć tysięcy kibiców. Jeszcze mniej widzów pofatygowało się na stadion w Płocku (ledwie trzy tysiące), ale ci co postanowili zostać w domach chyba nie żałowali, bo „Nafciarze” dostali tęgie baty od Górnika Zabrze przegrywając z nim aż 0:4. Kolejny mecz przegrała też sypiąca się coraz bardziej krakowska Wisła, ulegając w Legnicy Miedzi 0:2.

 

 

 

 

Lechia daleko od Lecha

Fot. W meczu na szczycie ekstraklasy Lechia Gdańsk pokonała Jagiellonię Białystok 3:2

 

 

W 16. kolejce były trzy hity. Lechia pokonała wicelidera Jagiellonię 3:2 i umocniła się na prowadzeniu. Porażkę białostocczan wykorzystała Legia, która wywiozła z Lubina komplet punktów i awansowała na drugą pozycję. A w Poznaniu rządy w Lechu objął Adam Nawałka.

 

Były selekcjoner reprezentacji Polski zaraz na przywitanie zaznaczył, że „to nie jest ten czas i ten dzień, żeby mówić o zdobywaniu trofeów”. Ożeż ty orzeszku – chciałoby się rzec. Jeśli nie teraz, na 21 kolejek przed końcem sezonu, gdy do zdobycia są jeszcze 63 punkty, no to kiedy? Nawałka może teraz mówić, co mu ślina na język przyniesie, bo od właścicieli Lecha, kibiców tej drużyny oraz dziennikarzy były selekcjoner naszej reprezentacji dostał ogromny kredyt zaufania. Niemal tak samo duży, jak zakres przyznanej mu w klubie władzy.

„Praca w reprezentacji ma zupełnie inny profil. Mało jest czasu na pracę organiczną. Chcemy rozwijać piłkarzy i skupić się też na rozwoju zawodników z klubowej akademii. Na dzisiejszy trening zaprosiłem pięciu młodych zawodników, żeby wzięli udział w zajęciach teoretycznych i treningu. Chcę się im przyjrzeć, bo zawsze dla mnie wyzwaniem było wprowadzenie młodych zawodników do drużyny i tutaj chcę ten kierunek kontynuować” – przekonywał Nawałka, który został dokooptowany do składu tzw. komitetu transferowego, na dodatek z prawem weta. „Jeśli jakiś piłkarz mu sie nie spodoba, to nie zostanie sprawdzony” – zapewniał dyrektor sportowy Lech Tomasz Rząsa.

Przybyłych na prezentacje nowego trenera „Kolejorza” dziennikarzy bardziej jednak interesowała kwestia, czy Nawałce postawiono za cel walkę o mistrzostwo Polski już w tym sezonie. „To nie jest odpowiedni czas, żeby mówić o trofeach. Chcemy się skupić na najbliższym meczu. Taka będzie nasza strategia. Pamiętamy jednak, że Lech zawsze gra o trofea i z tym nie dyskutujemy” – odpowiedział nowy szkoleniowiec lechitów.

 

W Poznaniu chcą sukcesu od zaraz

Problem w tym, że wszyscy oczekują, że pod wodza Nawałki lechici od razu zaczną zmiatać rywali z boiska. Pierwsi z potęga trenerskiego geniuszu byłego selekcjonera zmierzą się piłkarze Cracovii, którzy podejmą drużynę Lecha na własnym stadionie 2 grudnia. Poznaniacy będą już wtedy znać wyniki spotkań Lechii (zagra 30 listopada na wyjeździe ze Śląskiem) i wicelidera Legii Warszawa (podejmie 1 grudnia Koronę Kielce) oraz trzeciej w tabeli Jagiellonii, która także 30 listopada zmierzy się u siebie z Arką Gdynia. I tak naprawdę to wynik tego spotkania będzie chyba Nawałkę najbardziej interesował, bowiem gdynianie otwierają tabelę grupy spadkowej, a Lech jest w ogonie grupy mistrzowskiej, ale dzieli ich różnica zaledwie jednego punktu. Możliwy jest zatem scenariusz, że w razie niekorzystnego wyniku z Cracovią i wygranej Arki w Białymstoku były selekcjoner zacznie swoja ponowną przygodę z ekstraklasą od zjazdu do grupy spadkowej. Byłby to potężny cios wizerunkowy, więc co by Nawałka nie mówił, już od początku będzie poddany potężnej presji. W Poznaniu nikt nie będzie chciał czekać na sukcesy.

Ostatnio w mediach głośno było o planach powrotu Jakuba Błaszczykowskiego do Wisły Kraków, z której w 2007 roku wykupiła go Borussia Dortmund. Dla 105-krotnego reprezentanta Polski byłaby to szansa na regularną grę i być może odbudowanie podupadłej w VfL Wolfsburg kariery. Sprawa nie jest jednak taka prosta, bo „Biała Gwiazda” w ostatnich tygodniach stoczyła się na skraj przepaści i klubowi grozi nawet upadek. Powrót Błaszczykowskiego byłby z pewnością wielkim wydarzeniem nie tylko dla Wisły, ale też całej ekstraklasy. Rzecz w tym, że w tej chwili chyba nikt na Reymonta 22 w Krakowie nie ma pojęcia, co się stanie z wiślakami w przyszłym roku. Działacze szukają rozpaczliwie chętnego na wykupienie klubu, ale nie jest to łatwe ze względu na ciążące na nim długi.

 

Wiśle grozi upadek na dno

W kasie brakuje ośmiu milionów złotych żeby dokończyć obecny sezon, a piłkarze już od trzech miesięcy nie otrzymują wynagrodzeń, co daje im prawo do składania wniosków o rozwiązanie kontraktów z winy klubu. Na razie tego nie robią, bo jak twierdzi na łamach katowickiego „Sportu” świetnie zorientowany w wiślackich realiach Mateusz Miga, zawodnicy zawarli porozumienie, że będą do dyspozycji trenera Macieja Stolarczyka we wszystkich meczach jakie zostały Wiśle do rozegrania w tym roku. Wiadomo jednak, że rozglądają się już jednak za innymi pracodawcami. Jeśli nic się nie zmieni, jest przesądzone, że Wiusła nie otrzyma licencji na przyszły sezon i będzie musiała wycofać się z rozgrywek i wyląduje w IV lidze.

Możliwość ściągnięcia Błaszczykowskiego do Wisły już w przerwie zimowej to niezły argument w negocjacjach z potencjalnymi nabywcami akcji krakowskiego klubu. Ten piłkarz mimo gorszego okresu w karierze wciąż może wnieść wielki potencjał sportowy i marketingowy. Błaszczykowski ma co prawda kontrakt z VfL Wolfsburg ważny do czerwca 2019 roku, ale jego transferowa wartość szacowana jest przez branżowy niemiecki portal „Transfermarkt” ledwie na milion euro. Niemiecki klub musi wydawać więcej na roczne wynagrodzenie dla Błaszczykowskiego, więc z pewnością chętnie zgodziłby się na jego odejście nawet bez kwoty odstępnego, ale też bez konieczności płacenia mu jakiegokolwiek wynagrodzenia.

W piłkarskim biznesie nikt nie kieruje się sentymentami, Błaszczykowski także, więc mimo deklarowanego przywiązania do Wisły może wybrać finansowo korzystniejszą dla siebie opcję.

 

Żuraw zrobił swoje

Fot. Piłkarze Lecha Poznań pierwsi stracili gola w meczu z Wisłą Płock, ale potem sami zdołali zdobyć dwie bramki

 

 

Dariusz Żuraw jako tymczasowy trener Lecha Poznań był niepokonany – zespół pod jego wodzą zremisował z Jagiellonią 2:2, a w minioną sobotę pokonał u siebie 2:1 Wisłę Płock. Od poniedziałku trenerem „Kolejorza” ma być były selekcjoner kadry Adam Nawałka.

 

Zastępując w trybie alarmowym zwolnionego trzy tygodnie temu za słabe wyniki Ivana Djurdjevicia, pracujący w poznańskim klubie w roli trenera rezerw Dariusz Żuraw miał świadomość, że poprowadzi pierwszy zespół Lecha tylko do momentu, w którym władze klubu nie podpiszą kontraktu z nowym szkoleniowcem. Wedle informacji docierających z klubu ma teraz wrócić do swoich poprzednich zajęć, czyli do prowadzenia trzecioligowej drużyny rezerw. W krótkim czasie jaki spędził w roli pierwszego trenera „Kolejorza” Żuraw wykonał dobrą robotę. Opanował kryzys, uspokoił atmosferę w szatni i odbudował trochę podupadłe morale piłkarzy. Jakości gry lechitów znacząco nie poprawił, ale już się nie dowiemy, czy zdołałby tego dokonać w ostatnich tegorocznych meczach ligowych. Chyba, że w ostatniej chwili szefowie poznańskiego klubu wstrzymają się z decyzją o zatrudnieniu Adama Nawałki, co przecież jest możliwe.

Z medialnych przecieków wynika, że Lech ma oficjalnie ogłosić podpisanie kontraktu z byłym selekcjonerem biało-czerwonych w poniedziałek. Ponieważ jednak nie jest on tani, a wręcz przeciwnie – jeśli wierzyć plotkom utrzymanie Nawałki i jego sztabu ma kosztować Lecha około pięciu milionów złotych rocznie, nie można wykluczyć, że w ostatniej chwili coś może storpedować ten pomysł. Lecz jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, Nawałka będzie mógł zaprowadzać swoje porządki.

Przede wszystkim musi uporządkować grę obronną lechitów, bo w tej chwili to chyba najsłabsze ogniowo zespołu. Ostatni ligowy mecz, w którym nie stracili bramki, miał miejsce w 4. kolejce, czyli w połowie sierpnia. Wygrane w sobotę 2:1 spotkanie z Wisłą Płock było dwunastym z rzędu, w którym poznaniacy dali sobie strzelić gola. Z ośmiu zespołów znajdujących się obecnie w grupie mistrzowskiej to właśnie „Kolejorz” ma najwięcej straconych goli (22).

Do końca tego roku Lech zagra jeszcze na wyjeździe z przeciętną ekipą Cracovii, potem u siebie z grającym w kratkę Śląskiem Wrocław, a na koniec na wyjazdach z outsiderem Zagłębiem Sosnowiec oraz rozpadająca się z przyczyn finansowych Wisłą Kraków. Z tego kwartetu tylko ekipa „Białej Gwiazdy” należy do ligowej czołówki. Dla trenera Żurawia wygrana z tymi zespołami byłaby sukcesem, dla Nawałki, jest obowiązkiem. Ale z tym może być różnie, bo przecież nie jest to żaden trenerski cudotwórca.

 

Wyniki 16. kolejki:

Cracovia – Śląsk 1:1, Lech – Wisła Płock 2:1, Korona Kielce – Górnik Zabrze 4:2, Piast Gliwice – Zagłębie Sosnowiec 0:0, Pogoń Szczecin – Miedź Legnica 2:0,  Zagłębia Lubin – Legia Warszawa 0:1.

 

Era Brzęczka: Powodów do radości nie ma

Fot. Arkadiusz Milik w meczu z Portugalią zdobył wyrównującą bramkę z rzutu karnego

 

 

Trener Jerzy Brzęczek uznał remis w meczu z Portugalią za sukces i początek lepszych czasów dla reprezentacji Polski. Czy będą lepsze, to się dopiero okaże, na razie biało-czerwoni zakończyli najgorszy pod względem wyników sezon od 18 lat.

 

Tegoroczny bilans naszej reprezentacji nie zachwyca. Biało-czerwoni pod wodzą najpierw Adama Nawałki, a potem Jerzego Brzęczka rozegrali w sumie 13 meczów. Wygrali trzy, zremisowali cztery, a w sześciu doznali porażek. Bilans bramkowy też mają niekorzystny – 15:17. Brzęczek z obecną reprezentacją jeszcze nie święcił triumfu. Wszystkie trzy zwycięstwa wywalczył Adam Nawałka. Przed mistrzostwami świata pokonał Koreę Południową (3:2) oraz Litwę (4:0). Dołożył jeszcze remis z Chile (2:2) oraz porażkę z Nigerią (0:1). Polska ostatni raz wygrała na mistrzostwach świata, gdy na zakończenie fazy grupowej pokonaliśmy Japonię (1:0).

 

Engel musiał czekać 18 lat

Jerzy Brzęczek miał kilka okazji, żeby wygrać mecz. Choćby z Irlandią we Wrocławiu czy Czechami w Gdańsku. Rywale nie byli z najwyższej półki, ale gra naszej reprezentacyjnej drużyny pozostawiała sporo do życzenia. W efekcie Brzęczek w swoich pierwszych sześciu meczach w roli selekcjonera nie odniósł ani jednego zwycięstwa. Gorzej pod tym względem selekcjonerska kadencję w ostatnich dwóch dekadach zaczął tylko Jerzy Engel, który przejął kadrę na początku 2000 roku i nie wygrał w siedmiu pierwszych spotkaniach. Zadebiutował w meczu z reprezentacją Hiszpanii i przegrał z nią gładko 0:3. Miesiąc później zespół pod jego wodzą uległ 0:1 Francji, tracąc gola w 87. minucie po uderzeniu Zinedine’a Zidane’a, którego nie zdołał obronić Jerzy Dudek. Następnie były bezbramkowe remisy z Węgrami i Finlandią oraz porażka z Holandią (1:3) i wyjazdowy remis z Rumunią (1:1) tuż przed początkiem eliminacji do mistrzostw świata. Jeśli ktoś tego z Czytelników nie pamięta, to przypominamy, że w trakcie tej niechlubnej serii kibice i dziennikarze domagali się dymisji Engela znacznie natarczywiej niż teraz domagają się dymisji Brzęczka.

Gwoli historycznej prawdy wypada jednak przyznać, że po tej wybitnie nieudanej serii reprezentacja pod wodza Engela nagle na otwarcie eliminacji MŚ 2020 wygrała w Kijowie z Ukrainą 3:1 i rozpoczęła zwycięski marsz po pierwszy od 1986 roku awans do finałów mistrzostw świata. Kilka dni później biało-czerwoni pokonali w Łodzi Białoruś 3:0 (hat-trick Radosława Kałużnego), a bilans występów w 2000 roku poprawili jeszcze remisem z Walią i zwycięstwem w spotkaniu z Islandią. W sumie z 10 meczów w 2000 roku nasz zespół wygrał trzy, cztery zremisował i trzy przegrał (bilans bramkowy 9:10). Na przebicie tego słabego wyniku Engel musiał czekać aż 18 lat.

 

Gol Milika dał awans do 1 koszyka

Mimo tych słabiutkich statystyk reprezentacja Polski wciąż zalicza się do europejskiej czołówki, przynajmniej pod względem formalnym, czego najlepszym dowodem jest miejsce w pierwszym koszyku losowania grup eliminacyjnych Euro 2020. Biało-czerwoni zapewnili sobie miejsce wśród 10 najwyżej rozstawionych drużyn dzięki remisowi 1:1 z Portugalią w ostatnim meczu Ligi Narodów (gola na wagę cennego remisu strzelił z rzutu karnego Arkadiusz Milik). Losowanie eliminacji Euro 2020 rozpocznie się 2 grudnia 2018 roku o 12:00 w Dublinie. Po raz pierwszy od 1976 roku gospodarz nie ma zapewnionego awansu do turnieju, bo tym razem wyjątkowo mistrzostwa Europy odbędą się w 12 krajach. Eliminacje Euro 2020 zostaną rozegrane od marca 2019 do listopada 2019 roku. 55 zespołów – wraz debiutującym w tych rozgrywkach Kosowem, zostanie podzielonych na 10 grup. Pięć grup będzie miało po pięć zespołów, a pięć będzie sześciozespołowych.

 

Bałagan, że aż głowa pęka

Trochę bałaganu ta formuła mistrzostw już wprowadziła, Aby wszystkie 12 państw, które będą gospodarzami Euro 2020, czyli Azerbejdżan, Dania, Anglia, Niemcy, Węgry, Włochy, Holandia, Irlandia, Rumunia, Rosja, Szkocja i Hiszpania, mogło bezpośrednio awansować do turnieju, to w jednej grupie mogą się znaleźć tylko po dwa zespoły z grona gospodarzy. A ze względów politycznych do jednej grupy nie mogą trafić Armenia i Azerbejdżan, Gibraltar i Hiszpania, Kosowo z Bośnią i Hercegowiną, Kosowo z Serbią oraz Ukraina i Rosja. Ze względów pogodowych zaś w jednej grupie z grupy drużyn: Białoruś, Estonia, Wyspy Owcze, Finlandia, Islandia, Łotwa, Litwa, Norwegia, Rosja i Ukraina, mogą znaleźć się tylko po dwie ekipy z wymienionych.

Kolejne kryterium to odległość. By reprezentacje nie latały zbyt daleko na mecze wyjazdowe, Azerbejdżan może zagrać tylko z jedną z następujących drużyn: Gibraltar, Islandia i Portugalia, Islandia może zagrać z jedną ekipą z grona Armenia, Cypr, Gruzja i Izrael, za to Kazachstan nie może trafić na więcej niż jedną z następujących reprezentacji: Andory, Anglii, Francji, Wysp Owczych, Gibraltaru, Islandii, Malty, Irlandii Północnej, Portugalii, Irlandii, Szkocji, Hiszpanii i Walii.
Te wymogi sprawią, że losowanie grup będzie cyrkiem jakiego dawno nie było i mało kto wyjdzie z tej zabawy zadowolony. A już na pewno nie nasza reprezentacja, z którą dzisiaj chcą grać wszyscy, bo taką ma teraz słabiutka markę. Trener Brzęczek co prawda twierdzi, że najgorsze ma już za sobą, ale może z takimi stwierdzeniami niech poczeka do losowania grup.

 

Lewy opuścił reprezentację

Fot. Robert Lewandowski przestał strzelać gole w reprezentacji i reprezentacja przestała wygrywać

 

 

Jerzy Brzęczek jeszcze nie wygrał meczu w roli selekcjonera – zanotował dwa remisy i trzy porażki, a we wtorek 20 listopada ten bilans zapewne jeszcze się pogorszy, bo na zwycięstwo z Portugalią nikt nie stawia. Zwłaszcza że nie zagra Robert Lewandowski.

 

Biało-czerwoni po raz kolejny rozczarowali kibiców przegrywając w czwartek w Gdańsku w fatalnym stylu z Czechami 0:1. Po tym meczu po raz pierwszy tu i ówdzie pojawiły się w mediach otwarte żądania dymisji Jerzego Brzęczka, na które prezes PZPN Zbigniew Boniek odpowiedział gromkim „nie!”. Nie zmienia to jednak faktu, że atmosfera wokół kadry robi się coraz duszniejsza, a i chyba w jej środku też nie dzieje się lepiej, skoro na zewnątrz wyciekają plotki o konfliktach między zawodnikami. Jedną z nich Grzegorz Krychowiak nawet uznał za stosowne sprostować, co nie dziwi, bo głosiła, że po meczu z Czechami pobił się z Robertem Lewandowskim. „To jakaś bzdura” – zapewniał pomocnik Lokomotiwu Moskwa. Plotek o konflikcie chyba tym jednak nie uciszył, zwłaszcza że w niedzielę sztab kadry oficjalnie potwierdził, że „Lewy” na pewno nie zagra przeciwko Portugalii w ostatnim spotkaniu Ligi Narodów, bo z powodu lekkiego urazu kolana opuścił zgrupowanie kadry.

Brzęczek czekał z decyzją na wynik sobotniego meczu Portugalczyków z Włochami. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, co oznacza, że grupę A3 wygrali aktualni mistrzowie Europy i to oni zagrają w czerwcu przyszłego roku w finale tych rozgrywek, którego na dodatek będą gospodarzami. Ponieważ już wcześniej było wiadomo, że do niższej dywizji zostanie zdegradowany nasz zespół, więc rezultat kończącego zmagania w grupie A3 spotkania Portugalia – Polska miałby znaczenie jedynie w przypadku zwycięstwa Włochów w sobotniej potyczce z podopiecznymi trenera Fernando Santosa. Teraz już wiadomo, że będzie to mecz o „pietruszkę”, w którym Portugalczycy zapewne wystawią drugi garnitur swojej reprezentacji, co w jakim stopniu zmniejsza ryzyko kompromitująco wysokiej porażki polskiego zespołu. Patrząc na sprawę z tego punktu widzenia odesłanie Lewandowskiego miało sens, ale biorąc pod uwagę fakt, że ewentualne pokonanie Portugalii mogłoby zapewnić biało-czerwonym rozstawienie w losowaniu grup eliminacyjnych do Euro 2020, już niekoniecznie.

Zbigniew Boniek w jednej ze swoich licznych ostatnio publicznych wypowiedzi w sprawie reprezentacji stwierdził, że jej problem tkwi wewnątrz zespołu. Nie sprecyzował co prawda w czym rzecz, ale chyba bez ryzyka większej pomyłki możemy dopowiedzieć, że reprezentacja Polski już pod koniec ery Adama Nawałki miała kryzys przywództwa, który po zmianie selekcjonera jeszcze bardziej się pogłębił. Brzęczek wie co to znaczy, bo sam przeżył to jako piłkarz i kapitan reprezentacji, ale nie ma w tej kwestii właściwie żadnego wyboru. Chyba że reprezentacja bez „Lewego” wygra we wtorek z Portugalią.

 

Przecena Adama Nawałki

W tym samym czasie w którym selekcjoner Jerzy Brzęczek szykował w Gdańsku reprezentację do czwartkowego meczu towarzyskiego z Czechami, w Poznaniu jego poprzednik, Adam Nawałka, stawiał działaczom Lecha warunki kontraktu. Mało kto dawał obu trenerom szanse na sukces, a zwłaszcza Nawałce, którego finansowe wymagania obrastają już w legendę.

 

Po niepowodzeniu biało-czerwonych na mundialu w Rosji Adam Nawałka stracił lukratywną posadę u najbogatszego pracodawcy w polskim futbolu, jakim jest PZPN. Na ostatnim zjeździe szefowie związku pochwalili się budżetem przekraczającym 230 milionów złotych, co jest kwotą nieosiągalną dla żadnego polskiego klubu, z Legią Warszawa włącznie. A właśnie stołeczny klub, konkretnie zaś jego właściciel Dariusz Mioduski, jako pierwszy złożył ofertę pracy zdymisjonowanemu selekcjonerowi reprezentacji. Jak wiadomo negocjacje zakończyły się fiaskiem, a o powodach żadna ze stron nie chciała oficjalnie rozmawiać. Potem pojawiła się plotka, że zatrudnienie Nawałki rozpatrują władze Zagłębia Lubin. Niewykluczone, że po kryjomu odbyły się nawet jakieś rozmowy w tej sprawie. Widać jednak, że nawet dla sponsorowanego przez miedziowy koncern klubu były selekcjoner okazał się zbyt drogi, choć jeśli wierzyć plotkom, Nawałka w porównaniu z wcześniejszymi żądaniami wobec Legii, w negocjacjach z Zagłębiem Lubin mocno „zjechał z ceny”.

Całkiem możliwe, że właśnie ta plotka skłoniła działaczy Lecha Poznań do złożenia oferty Nawałce. W mediach od razu jednak zaczęły pojawiać się „przecieki” o kulisach prowadzonych negocjacji. Można było się z nich dowiedzieć, że były selekcjoner reprezentacji Polski zażyczył sobie miesięcznej pensji w wysokości 150 tys. złotych, czyli niewiele mniejszej niż wypłacał mu PZPN, a do tego dodatkowych wysokich premii za ewentualne sukcesy. To jednak nie koniec jego żądań. Nawałka chce mieć wokół siebie grupę zaufanych współpracowników, konkretnie złożoną z ośmiu osób, w większości pracujących z nim wcześniej przy reprezentacji Polski. Poza asystentami Bogdanem Zającem i Jarosławem Tkoczem są to jeszcze trener przygotowania fizycznego Remigiusz Rzepka, fizjoterapeuta Bartłomiej Spałek, trener Gerard Juszczak, analityk Dawid Zajączkowski, terapeuta Stanisław Gadziński i psycholog Paweł Frelik. Oczywiście każdy z nich ma zarabiać godnie, co dla Nawałki oznacza pensje powyżej 30 tys. miesięcznie.

Tak więc jak szybko podliczyli znani z niechęci do rozrzutności poznaniacy, Nawałka i jego ferajna kosztowaliby ich rocznie ponad pięć milionów złotych. No i rozmowy utknęły w martwym punkcie, a w mediach zaraz pojawiły się nazwiska innych trenerów.

Decyzja w sprawie ewentualnego zatrudnienia w Lechu byłego selekcjonera ma ponoć zapaść „na dniach”. Wynik meczu z Czechami (zakończył się po zamknięciu wydania) raczej na nią nie wpłynie. Zabawne jest jednak to, że obojętnie jaki padnie i tak spowoduje „przecenę Nawałki” do jego realnej obecnie wartości.

 

Brzęczek w butach Nawałki

W tym roku nasza piłkarska reprezentacja nie zachwyca ani wynikami, ani stylem gry. Zmiana selekcjonera niewiele w tym względzie zmieniła, może dlatego, że Jerzy Brzęczek zbyt dosłownie „wchodzi w buty” po Adamie Nawałce.

 

Przed niedzielnym meczem z Włochami (zakończył się po zamknięciu wydania) Jerzy Brzęczek w roli selekcjonera biało-czerwonych nie miał jeszcze na koncie zwycięstwa. Zaliczył dwa remisy po 1:1 z Włochami w Bolonii i Irlandią we Wrocławiu oraz porażkę 2:3 z Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. „Jeśli weźmiemy pod uwagę, jacy to byli przeciwnicy, to mój start nie wygląda tak źle. Patrząc na to, jak radzili sobie moi poprzednicy, uważam, że nie mam się czego wstydzić” – stwierdził Brzęczek w na łamach pezetpeenowskiego portalu „Łączy nas piłka”. Nie wszyscy pewnie podzielają jego pogląd, ale to szczegół. Większe kontrowersje wywołuje jego ocena spotkania z Portugalią. „Brakowało nam nieco agresywności, doskoku do rywala, zwłaszcza w bocznych sektorach. Przy szybkich piłkarzach, jakim dysponował przeciwnik, było to szczególnie widoczne” – wyjaśniał selekcjoner.

Można i tak, tylko że w licznych komentarzach i opiniach lista pretensji pod adresem reprezentacji była znacznie dłuższa. Kwestionowano pomysł ustawienia lewonożnego Piotra Zielińskiego na prawym skrzydle, przez co ten piłkarz stracił połowę swojej przydatności. Brzęczek mógł rzecz jasna tłumaczyć, że akurat Rafał Kurzawa, którego wystawił do gry na lewej flance, także jest lewonożny, ale skoro tak, to dlaczego w meczu z aktualnymi mistrzami Europy zdecydował się na taki personalny wariant, skoro powołał na zgrupowanie 27 piłkarzy, wśród których byli też ofensywni gracze prawonożni. Inne pytanie dotyczy obsady lewej strony linii defensywnej. Brzęczek uparcie zaprasza na zgrupowania specjalistów na tej pozycji, Arkadiusza Recę z Atalanty Bergamo i Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków, zaś w meczu z Portugalią do gry posłał Artura Jędrzejczyka, a przed spotkaniem z Włochami spekulowano, że zagra na tej pozycji Bartosz Bereszyński, a jego miejsce na prawej flance zajmie Paweł Olkowski.

W tym przypadku nieistotne są nazwiska, lecz łamanie fundamentalnej piłkarskiej zasady, że piłkarz nie grający na co dzień na określonej pozycji zawsze wypadnie gorzej od tego, który nas tej pozycji gra. Powód jest oczywisty – w dzisiejszym zdominowanym przez schematy taktyczne futbolu automatyzm w zachowaniach boiskowych jest podstawą w organizacji gry zespołów reprezentacyjnych, które nigdy nie mają dość czasu na porządne wyćwiczenie odpowiednich zachowań. Skutki zlekceważenia tej zasady widzieliśmy – na lewej stronie Portugalczycy hasali jak po łące, bo Jędrzejczyka ciągnęło do środka boiska, gdzie na cod zień gra w Legii. Pod tym względem Brzęczek powiela błędy Nawałki, ale to jest temat na inną opowieść.

 

Nikt nie chce zatrudnić farbowanego lisa

Były reprezentant Polski Eugen Polanski od czerwca pozostaje bez klubu. Piłkarz jest skłonny przyjąć ofertę nawet w egzotycznych krajach, tylko w Polsce grać nie chce, bo w Lotto Ekstraklasie za mało płacą. To już woli zakończyć karierę.

 

Eugen Polanski urodził się w Sosnowcu jako Bogusław Eugeniusz Polański. Jego ojciec był również piłkarzem występującym na poziomie polskiej III ligi[24]. W wieku trzech lat wyemigrował z rodzicami do Niemiec. Rodzina zamieszkała w miejscowości Viersen w pobliżu granicy z Holandią. Podczas wyrabiania nowych dokumentów w Niemczech, tamtejsi urzędnicy uznali, że nie ma niemieckiego odpowiednika imienia Bogusław, więc do nowych dokumentów wpisano Eugen jako odpowiednik jego drugiego imienia. Polanski ukończył niemieckie gimnazjum im. Erazma z Rotterdamu w Viersen, a następnie wyższą szkołę zawodową ekonomii i administracji w Moenchengladbach.

Do 2011 roku w publicznych wypowiedziach stanowczo twierdził, że chociaż urodził się w Polsce, to czuje się Niemcem i chciałby reprezentować barwy drugiej ojczyzny. Ale ponieważ jego usługami w kadrze Niemiec nie było zainteresowania, w 2011 roku zmienił zdanie, wystąpił o polski paszport i dostał powołanie od ówczesnego selekcjonera Franciszka Smudy. Nie był jedynym graczem pozyskanym w ten sposób dla reprezentacji, ale to jemu najczęściej przypisywano łatkę „farbowanego lisa”, przypominając jego wcześniejsze zapewnienia o przywiązaniu do Niemiec. Zagrał jednak w Euro 2012, potem znalazł się też w kadrze Waldemara Fornalika, a nawet Adama Nawałki, lecz w maju 2014 roku niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z dalszych występów w biało-czerwonych barwach. Potem tej decyzji żałował, przepraszał za krytyczne wypowiedzi i był gotów wrócić, lecz drzwi do polskiej kadry pozostały dla niego zamknięte.

Latem tego roku Polanskiemu wygasł pięcioletni kontrakt z Hoffenheim, a klub nie wyraził zainteresowania jego przedłużeniem. 32-letni środkowy pomocnik liczył, że szybko znajdzie nowego pracodawcę, lecz minęło kilka miesięcy, a on wciąż jest bezrobotny. Latem chęć jego zatrudnienia wyraziła Pogoń Szczecin, ale 19-krotny reprezentant Polski uznał, że byłaby to dla niego sportowa degradacja, skoro do tej pory w 1. Bundeslidze zaliczył 254 mecze i strzelił czternaście goli. Jeden sezon grał też w hiszpańskiej La Liga w barwach Getafe. Pewnie dlatego oczekuje gaży w wysokości 15 tys. euro tygodniowo netto. To jednak nie tylko dla polskich klubów stanowczo zbyt wygórowane żądanie.

 

Olkowski jak feniks

Zdumiewający jest renesans formy jaki w drugoligowym angielskim Boltonie przeżywa obecnie 28-letni prawy obrońca Paweł Olkowski. Aż trudno zrozumieć jakim cudem ten piłkarz pół roku temu w niemieckim FC Koeln był wyrzucany do zespołu rezerw.

 

Olkowski na szersze piłkarskie wody wypłynął w Górniku Zabrze pod wodzą ówczesnego trenera tej drużyny Adama Nawałki, u którego też zadebiutował w reprezentacji Polski. Jeśli tylko nie miał kontuzji był powoływany do kadry dość regularnie. Grał w meczach towarzyskich oraz w eliminacjach do turnieju Euro 2016. W sumie przez dwa lata w biało-czerwonych barwach uzbierał 13 występów. Nie miał też w tym czasie problemów z miejscem w składzie FC Koeln, do którego trafił za godziwą sumę z zabrzańskiej ekipy. O powołania zrobiło się trudniej, gdy w Kolonii przestał łapać się do pierwszej jedenastki, co przydarzyło mu się po raz pierwszy na wiosnę sezonu 2015-2016. Na mistrzostwa Europy do Francji nie pojechał, a że potem jego kłopoty w kolońskim klubie robiły się coraz większe, Nawałka całkowicie wykreślił jego nazwisko ze swego notesu.

W sezonie 2017-2018 Olkowski nie miał już nawet miejsca w szerokiej kadrze meczowej FC Koeln, chociaż zespół grał fatalnie i ostatecznie z hukiem wyleciał z 1. Bundesligi. Latem poniżany notorycznie w niemieckim klubie polski piłkarz rozwiązał umowę za porozumieniem stron. Gdy wkrótce potem podpisał kontrakt z drugoligowym Boltonem, zostało to uznane za niespodziankę. A już niemal prawdziwą sensacją stało się to, że Olkowski od pierwszej kolejki zaczął występować w wyjściowej jedenastce angielskiego drugoligowca.

„On grał na najwyższym poziomie w Bundeslidze oraz w reprezentacji. Gdy analizowałem jego występy, to z każdym podobał mi się coraz bardziej. Dlatego nie bałem się na niego postawić od razu. Ma fajne podejście do futbolu i jest dobrze przygotowany fizycznie” – tłumaczył swoją decyzję trener Boltonu Phil Parkinson.

Wysoka forma, pełne zaufanie ze strony trenera oraz życzliwy klimat w klubie zaprocentowały. Olkowski ma chyba najlepsze wejście w sezon w całej swojej karierze. Nawet lepsze niż miał w FC Koeln, gdzie też szybko wszedł do podstawowego składu. Spodobał się kibicom Boltonu, którzy docenili jego zaangażowanie i piłkarskie umiejętności. Z obsadą prawej flanki obrony Bolton od kilku lat miał problem, który po przybyciu Olkowskiego zniknął. Jego grę doceniaj też nieskore do pochwał dla polskich graczy angielskie media. Umieszczono go już w jedenastce kolejki i uważa za czołowego prawego obrońcę w Championship.

Trudno powiedzieć jak długo Olkowski utrzyma się na tym poziomie, ale pytanie o jego powrót do reprezentacji jest jak najbardziej zasadne. Sportowo druga liga angielska bije przecież naszą ekstraklasę na głowę.