Bój o posadę z murowanym alibi

Jan T. Kowalski
Bój o posadę z murowanym alibi

W środę 19 stycznia PZPN miał ogłosić nazwisko nowego selekcjonera. Na posiedzeniu zarządu związku decyzji w tej sprawie jednak nie podjęto, chociaż media już odtrąbiły, że na 99 procent kadrę ponownie przejmie Adam Nawałka. Co w tej sprawie naprawdę się dzieje, wie w tej chwili chyba tylko prezes Cezary Kulesza.

Najważniejszym celem sportowym jaki PZPN stawia kandydatom na nowego selekcjonera reprezentacji Polski, jest wygranie marcowych baraży do mistrzostw świata w Katarze i udany występ w tym turnieju. Drugim w kolejności jest utrzymanie zespołu w elicie Ligi Narodów. Żaden trener nie jest w stanie zagwarantować realizacji tych zadań, bo zestawić drużynę na najważniejszy w tej układance mecz z Rosją będzie musiał po jednym wspólnym treningu kadry, ale takie okoliczności preferują szkoleniowców dobrze znających kadrowiczów i mających doświadczenie w pracy z reprezentacją. Prezes Kulesza ma w tej chwili do wyboru dwóch takich trenerów, poprzedników Paula Sousy na fotelu selekcjonera biało-czerwonych: Jerzego Brzęczka oraz Adama Nawałkę. Pierwszy ma obowiązujący jeszcze do końca tego roku kontrakt, w tytułu którego pobiera z kasy związku 160 tys. złotych miesięcznie, drugi po blisko czterech latach bezrobocia jest gotów pracować za taką samą kwotę. Z ekonomicznego punktu widzenia dla PZPN najkorzystniej byłoby po prostu przywrócić do pracy Brzęczka, którego jak pamiętamy w styczniu ubiegłego roku poprzedni prezes PZPN Zbigniew Boniek znienacka pozbawił posady, mimo iż trener zrealizował wszystkie postawione przed nim sportowe cele. Była to decyzja wtedy jedynie krzywdząca, dzisiaj po roku już wiemy, że także bezsensowna i kosztowna, bo zatrudniony przez Bońka Portugalczyk Paulo Sousa i jego liczny sztab współpracowników sukcesów nie osiągnął, a tylko wydrenował związkowy budżet. Zatem danie Brzęczkowi drugiej szansy byłoby też formą rekompensaty dla tego szkoleniowca za wyrządzoną mu krzywdę, ale też rozstrzygnęłoby raz na zawsze wątpliwości, czy odsunięcie go od prowadzenia kadry to był rzeczywiście taki słuszny i nieodzowny ruch, jak utrzymuje do dzisiaj Boniek. Przekonalibyśmy się o tym już w barażach.
Z jakiegoś jednak powodu w Polsce temat powrotu Brzęczka na fotel selekcjonera kadry nie jest w ogóle w mediach rozpatrywany. A powinien choćby z tego względu, że ma on zdecydowanie bardziej aktualną wiedzę na temat reprezentacji i potencjalnych kadrowiczów niż Nawałka, który przecież od blisko czterech lat jest poza zawodem. Tymczasem w medialnych spekulacjach to jego nazwisko wymieniano najczęściej jako pewniaka do objęcia porzuconej przez Paulo Sousę posady. Nazwiska cudzoziemskich trenerów, które pojawiały się na tej personalnej giełdzie w ostatnim czasie, to były tylko dziennikarskie fantazje, które ktoś regularnie podsycał, zapewne dla wywołania wrażenia, że wybór nowego trenera polskiej reprezentacji, której gwiazdą jest przecież „Piłkarz Roku FIFA” Robert Lewandowski, to wydarzenie na światową skalę. A jak z tym jest naprawdę, dziennikarze przekonali się próbując zweryfikować plotkę, iż prezes Kulesza negocjuje warunki kontraktu z Andrijem Szewczenką. Ukraiński trener właśnie stracił posadę w Genoi, gdzie zarabiał dwa miliony euro za sezon, ale ma kontrakt ważny do końca czerwca 2024 roku, więc musiałby upaść na głowę, żeby zrezygnować z tych pieniędzy na rzecz pracy z reprezentacją Polski za mniej niż połowę tej kwoty. To już więcej niż Paulo Sousa w PZPN, Szewczenko wcześniej zarabiał jako selekcjoner reprezentacji Ukrainy, a mimo to porzucił tę pracę, bo włoski klub zaproponował mu dużo większe zarobki. Nic zatem dziwnego, że z otoczenia ukraińskiego szkoleniowca popłynął do Polski jasny przekaz – jeśli PZPN zaoferuje kontrakt na poziomie trzech milionów euro rocznie, to Szewczenko jest gotów przystąpić do negocjacji. Taki warunek rzecz jasna kończy definitywnie temat angażu tego trenera, bo działacze w polskiej federacji mentalnie nie są jeszcze gotowi nawet do myślenia o tym, żeby płacić selekcjonerowi reprezentacji takie pieniądze. Cezary Kulesza na taką rozrzutność też nie może sobie pozwolić, bo po pół roku piastowania funkcji prezesa PZPN zdążył już zyskać kilku śmiertelnych wrogów oraz dowody, że mają oni w jego najbliższym otoczeniu swoich cichych sojuszników, chętnie wynoszących za zewnątrz związkowe tajemnice. Próby ukrócenia tego szkodliwego wizerunkowo procederu wzbudziły na razie tylko ironiczne komentarze, lecz tu i ówdzie pojawiły się już pierwsze przytyki – że prezes nie zna języków obcych, poza rosyjskim, dlatego chce mieć polskiego trenera, z którym będzie mógł rozmawiać bez pośrednictwa tłumacza, albo takiego, z którym dogada się po rosyjsku (pewnie dlatego wśród cudzoziemskich kandydatów znaleźli się Stanisław Czerczesow, a teraz Szewczenko).
Po odbytym w minioną środę posiedzeniu zarządu PZPN nadal niewiele wiadomo, kto ostatecznie poprowadzi biało-czerwonych. Faworytem pozostaje Nawałka, który ponoć przystał na oferowane mu 200 tys. złotych brutto miesięcznej pensji, lecz chce w zamian dwuletniego kontraktu, tymczasem Kulesza obstaje przy rocznej umowie z opcją przedłużenia w przypadku osiągnięcia wytyczonych celów. Kamil Glik publicznie opowiedział się za jego kandydaturą: „Trener Nawałka byłby przez nas przyjęty lepiej niż dobrze. Jest z nami w stałym kontakcie, nie stracił nas z radaru nawet wtedy, gdy przestał być selekcjonerem” – zapewniał w wypowiedzi dla portalu Interia.pl. Przeciwko powrotowi Nawałki nie protestuje też Robert Lewandowski, chociaż on akurat podkreślił: „Trener, który nas zna, będzie miał większe szanse na osiągnięcie dobrego wyniku w Moskwie”. Za Nawałka opowiadają się też kibice, ale wśród nich opinie rozkładają się pół na pół. Na razie oficjalne stanowisko naszej piłkarskiej federacji w tej kwestii brzmi tak: „Polski Związek Piłki Nożnej informuje, że podczas posiedzenia Zarządu 19 stycznia 2022 roku, Prezes Cezary Kulesza przedstawił aktualną sytuację związaną z wyborem selekcjonera reprezentacji Polski. Prezes poinformował Członków Zarządu, że trwają negocjacje z kandydatami na trenera. Przez wzgląd na ich pomyślny przebieg oraz spokój niezbędny dla najlepszej decyzji, PZPN nie będzie udzielał więcej informacji w tym temacie do czasu jej podjęcia” (pisownia oryginalna).
Do barażu z Rosją zostały dwa miesiące. Im później władze PZPN wybiorą nowego selekcjonera, tym większe dadzą mu alibi w przypadku niepowodzenia w barażach. Nie powinniśmy mieć jednak w tej kwestii złudzeń – ktokolwiek nim zostanie, 24 marca na stadionie Łużniki w Moskwie do barażowego meczu z Rosją po naszej stronie wyjdzie prawdziwie „boska drużyna”, bo tylko Bóg wie, jak ona zagra.

Poprzedni

Australian Open 2022: Tylko Świątek zagra w trzeciej rundzie

Następny

Brazylijski piłkarz ukarany za gwałt