Z życia PZPN: Prezes z Białegostoku za prezesa z Rzymu

Zwycięstwo Cezarego Kuleszy (na zdjęciu) w wyborach na prezesa PZPN nie było zaskoczeniem. Ze 118 delegatów na zjazd zagłosowało na niego 92, natomiast na Koźmińskiego tylko 23. Zmiana władzy nie oznacza, że w polskim futbolu zacznie dziać się lepiej lub gorzej, co najwyżej, że będzie inaczej.

Na wyznaczone na 18 sierpnia Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze Delegatów PZPN piłkarskie środowisko czekało z zaciekawieniem, bo chociaż już wcześniej było wiadomo, że wraz z odejściem Zbigniewa Bońka ze stanowiska prezesa dojdzie w federacji do poważnych personalnych zmian na szczytach władzy. Niewiadomą była tylko skala przetasowań, bowiem walka o wyborcze głosy trwała niemal do ostatniej chwili. Triumf Kuleszy został de facto przesądzony już przed rozpoczęciem obrad, w co z obecnych na sali wątpił chyba tylko Koźmiński, czego dowodem może być jego półgodzinna płomienna przemowa przed głosowaniem. Niepotrzebnie strzępił sobie język, bo nic mu to nie pomogło, a tylko zraził do siebie litanią pretensji wielu wpływowych ludzi. Jego rywal przemawiał przez dwie minuty, bo tyle czasu zajęło mu przywitanie delegatów. Nie musiał się sprężać, bo i tak zagłosowało na niego 92 delegatów, a na Koźmińskiego tylko 23. W sumie ze 118 uprawnionych do głosowania delegatów w wyborach wzięło udział 116, z których jeden oddał głos nieważny.
Przyznanie Bońkowi tytułu honorowego prezesa oraz pozostawienie Macieja Sawickiego na posadzie sekretarza generalnego to ewidentny dowód cichego porozumienia między starym a nowym sternikiem naszej futbolowej nawy. To wyjaśnia dlaczego Kulesza odrzucił ofertę Koźmińskiego, który w lipcu był gotów zrezygnować z kandydowania w zamian za miejsce w nowym zarządzie dla siebie i kilku swoich stronników oraz zostawienie Sawickiego w roli „genseka”. Nie jest to pierwszy w najnowszej historii PZPN-u przypadek piętrowej intrygi, z której zwycięsko wychodzą ci, którzy mają mocniejsze karty. Koźmiński w tej rozgrywce grał znaczonymi kartami i musiał przegrać. W nowym rozdaniu stanowisk zwycięski obóz nie znalazł dla wiceprezesa ds. międzynarodowych w pierwszej kadencji Bońka i wiceprezesa ds. szkolenia w drugiej, nawet honorowej funkcji. Bez wątpienia jest on największym przegranym dokonanych zmian, ale trzeba też uczciwie przyznać, że przez dziewięć lat woził się na plecach Bońka i nie pozostawił po sobie nic godnego zapamiętania. A jeśli do czegoś w jakiś istotny sposób się przyczynił, to cały splendor bez żadnej żenady zagarnął Boniek. „Dzięki pracy zarządu PZPN oraz mojemu zaangażowaniu, wychodzę dumny i szczęśliwy, że zostawiam związek w bardzo dobrej sytuacji” – stwierdził w swoim przemówieniu. Mógł pleść sobie co chciał, bo wiedział, że nikt go na zjeździe nie zaatakuje. W potajemnych rokowania zostało przecież ustalone, że przekazanie władzy odbędzie się pokojowo, bez szarpaniny i wywlekania związkowych brudów na światło dzienne. Dlatego też sprawozdanie finansowe za 2020 rok zostało przez delegatów przyjęte, chociaż wyszło z niego, iż Polski Związek Piłki Nożnej zamknął rok ze stratą 54,5 mln złotych. Deficyt wytłumaczono jednak skutkami pandemii koronawirusa i przypomniano, że związek przeznaczył 50 mln złotych na wsparcie klubów – od ekstraklasy do III ligi. Delegaci nie drążyli tematu, nie zgłoszone też sprzeciwu, gdy padł wniosek aby przez aklamację przyznać Bońkowi tytuł honorowego prezesa.
Emocje zaczęły się dopiero wtedy, gdy nowy prezes zaczął kompletować nową ekipę i przydzielać stanowiska. Trochę zaskoczeń przy tym było, bo inne w mediach krążyły spekulacje. Ostatecznie skład nowego zarządu PZPN wygląda następująco. Funkcje wiceprezesów otrzymali: do spraw organizacyjno-finansowych Henryk Kula, do spraw szkoleniowych Maciej Mateńko, do spraw zagranicznych Mieczysław Golba, do spraw piłkarstwa profesjonalnego Wojciech Cygan orazdo spraw piłkarstwa amatorskiego Adam Kaźmierczak. Członkiem zarządu z ramienia klubów ekstraklasy został Jakub Tabisz, a z ramienia klubów I ligi Marcin Janicki. Pozostałymi członkami zarządu PZPN zostali: Tomasz Garbowski, Sławomir Kopczewski, Zbigniew Bartnik, Karol Klimczak, Tomasz Lisiński, Radosław Michalski, Sławomir Pietrzyk, Robert Skowron, Paweł Wojtala i Eugeniusz Nowak. Na pierwszym posiedzeniu zarządu wybrano Macieja Sawickiego na sekretarza generalnego oraz Tomasza Mikulskiego przewodniczącego Kolegium Sędziów.
Nowy prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej nie jest postacią tak znaną, jak jego poprzednik. Cezary Kulesza urodził się 22 czerwca 1962 roku w Białymstoku. Ma za sobą niezbyt spektakularną karierę piłkarską – występował w roli ofensywnego pomocnika w Gwardii Białystok, Olimpii Zambrów i Mławiance, a w latach 1988-1990 trafił do Jagiellonii Białystok, ale na boiskach ekstraklasy pojawił się tylko w 14 meczach. Zaliczył też niewielki epizod w klubach zagranicznych, w trzecioligowym belgijskim RFC Aubel, szybko jednak wrócił do Polski i w 1996 roku zakończył sportową karierę. Ale jeszcze jako czynny piłkarz, w 1994 roku, założył firmę fonograficzną Green Star, promującą głównie muzykę disco polo, m.in. w wykonaniu zespołu Boys i Zenka Martyniuka. W XXI roku zainwestował też w hotele i nieruchomości. Do futbolu, już w roli działacza i sponsora, wrócił w 2008 roku, oczywiście do Jagiellonii. Najpierw był w tym klubie doradcą ds. sportowych, a dwa lata później został prezesem zarządu i pełnił tę funkcję do czerwca tego roku. Za jego kadencji białostocka drużyna zdobyła Superpuchar i Puchar Polski (2010) oraz dwukrotnie wicemistrzostwo Polski (2017 i 2018), a w jej barwach występowali tak znani polscy piłkarze, jak Tomasz Frankowski, Kamil Grosicki, Karol Świderski, Michał Pazdan czy Grzegorz Sandomierski. Od 2012 Kulesza był też w zarządzie PZPN, a od 2016 pełnił funkcję wiceprezesa ds. piłkarstwa profesjonalnego. Pełnił też funkcję wiceprzewodniczącego Rady Nadzorczej Ekstraklasy S.A.
Anonimową postacią w polskim futbolu zatem na pewno nie jest, ale nie można też powiedzieć, że jest powszechnie znany. Na pewno będzie mniej aktywny medialnie od Bońka i całkiem niewykluczone, że na dłuższą metę wyjdzie mu to na korzyść. Na razie trudno coś mu zarzucić, bo decyzje podejmuje roztropne. Jak choćby w przypadku Paulo Sousy informując, iż nie planuje zmiany na stanowisku selekcjonera, bo portugalski szkoleniowiec ma ważną umowę, która w razie awansu polskiej reprezentacji do finałów mistrzostw świata automatycznie przedłuży się do końca 2022 roku. Może zatem zmiana prezesa nie okaże się błędem i za cztery lata nikt za Bońkiem nawet nie zatęskni.

Koniec ery Bońka w PZPN

W środę odbędzie się walne zgromadzenie PZPN i tego dnia Zbigniew Boniek po dziewięciu latach przestanie pełnić funkcję prezesa. To jednak nie oznacza, że utraci realną władzę w polskim futbolu. Już ponad 20 lat temu potrafił rządzić związkiem „z drugiego fotela” jako wiceprezes ds. marketingu.

Boniek objął funkcję prezesa PZPN w 2012 roku zastępując dawnego kolegę z reprezentacji Polski Grzegorza Lato. W trakcie dwóch jego kadencji (na kolejne nie pozwalało już polskie prawo) reprezentacja Polski dwukrotnie zagrała w mistrzostwach Europy i raz w mistrzostwach świata. Na stronie internetowej PZPN służby medialne PZPN opublikowały liczącą 70 punktów listę najważniejszych dokonań związku w ostatnich dziewięciu latach. Ale te pożegnalne fanfary nie robią na nikim wrażenia. Piłkarskie środowisko chce odmiany i jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, przedłużone o rok z powodu pandemii koronawirusa rządy Bońka i jego świty dobiegną końca w środę 18 sierpnia.
Kulesza w roli faworyta
Chęć ubiegania się stanowisko sternika naszej piłkarskiej federacji zgłosili dwaj dotychczasowi wiceprezesi PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, ale niewykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jeszcze jacyś inni kandydaci. Wedle medialnych spekulacji murowanym faworytem do zwycięstwa jest Kulesza, do niedawna prezes Jagiellonii Białystok. Musi jednak na niego zagłosować co najmniej 60 ze 118 delegatów. Nie powinien mieć z tym kłopotu. W wyborach w 2012 wszedł do zarządu PZPN z 59 głosami elektorów, ale w 2016 zagłosowało na niego już 115. Uzyskał tym samym lepszy wynik nawet od Bońka, który dostał 99 głosów. Kulesza przez ostatnie lata solidnie pracował na sympatię środowiska – objechał Polskę wzdłuż i wszerz, pobiesiadował, porozmawiał, naobiecywał, czyli zrobił to wszystko, czego nie chciało się robić Koźmińskiemu.
W hermetycznym piłkarskim środowisku po dziewięciu latach rządów lubującej się w luksusie i blichtrze ekipy Bońka wróciła tęsknota za „swojskością” w relacjach i podmiotowością w relacjach z piłkarską centralą. Kulesza nie ma „parcia na szkło”, nie przepada za publicznymi wystąpieniami i w odróżnieniu od Bońka będzie raczej reglamentował swoją obecność w mediach. Na razie nie wyjawił co konkretnie zamierza zmienić w PZPN, poza enigmatyczną obietnicą „poprawienia jakości szkolenia”. A za ten pion w związku przez ostatnie cztery lata odpowiadał właśnie Koźmiński.
Ustępujący prezes oficjalnie nie poparł żadnego z kandydatów. Ogłosił to jednak dopiero po kwietniowych wyborach do komitetu wykonawczego UEFA, w którym to gremium zasiadał już wcześniej i do którego został wybrany ponownie, tym razem na czteroletnią kadencję, a jeszcze na dodatek z awansem na funkcję jednego z wiceprezydentów UEFA. Tak wysoko w strukturach Europejskiej Unii Piłkarskiej nie zaszedł żaden polski działacz. W tej sytuacji Boniek nie musiał już walczyć o zachowanie wpływów w Polskim Związku Piłki Nożnej. Mówiąc kolokwialnie, w tej chwili w polskim futbolu nie ma takiego mocnego, który mógłby mu podskoczyć. Obojętnie zatem kto wygra wybory na nowego prezesa i jacy ludzie wejdą do zarządu, raczej „grzebania w papierach” nie będzie i żadne „kwity” nie wypłyną.
Nikt cię nie chwali, pochwal się sam
Na pewno skończy się jednak era gloryfikowania dokonań Bońka i jego ekipy. Ustępujący prezes chyba ma tego świadomość, bo na odchodnym nie omieszkał zrobić kwerendy po zaprzyjaźnionych mediach i pochwalić się w nich efektami swoich dziewięcioletnich rządów. Dowodzą tego jego wypowiedzi. „Uważam, że w przeciwieństwie do moich poprzedników nie wychodzę ze złamanymi nogami, obciążonym wizerunkiem. Niedawno zrobiliśmy specjalną ankietę i wiem, jak to wygląda. Czuję sympatię ludzi, gdy jestem w przestrzeni publicznej. Oczywiście, zdarza się hejt. Niektórzy dzięki anonimowości czują się odważni. Ale ja wiem doskonale, co ludzie o mnie myślą, bo czuję to codziennie na ulicy. Na pewno nie żałuję żadnego dnia na tym stanowisku” – przekonywał Boniek. Ale w wywiadzie dla PAP odrzucił już jednak pozory skromności. „Chciałem być prezesem, żeby polskiej piłce pomóc. I uważam, że zostawiam nasz futbol w dobrej sytuacji. Zrobiliśmy produkt premium, jeżeli chodzi o postrzeganie federacji, promocję. Dzisiaj reprezentacja Polski, również kobiet, to zupełnie inna rzeczywistość organizacyjnie i logistycznie. A teraz musimy starać się robić produkt premium na boisku. Ale ludzie tego nie widzą. Uważają, że Boniek i PZPN są odpowiedzialni za to, jak kto kopie piłkę. Nie jesteśmy. Odpowiadamy za wiele innych spraw, z których można nas rozliczać” – przekonywał wskazując, za co należy go rozliczać: za reformę szkolenia i rozgrywek, promocję i popularyzację polskiej piłki oraz zarządzanie i finanse federacji.
W tym samym wywiadzie na pytanie, co go zaskoczyło najbardziej podczas sprawowania funkcji prezesa PZPN, odpowiedział: „Uderzyła mnie zmiana postępowania ludzi, wzajemne stosunki, agresywność, hejt, wpływ polityki na codzienne życie. My sobie z tym radziliśmy, ale to będzie największe wyzwanie przed moimi następcami. Gdy Marek Koźmiński zgłosił gotowość startu w wyborach, powiedziałem mu, że jeśli chce, niech się ubiega o stanowisko, bo jest dobrym kandydatem. Później dołączył drugi z naszych wiceprezesów, Cezary Kulesza. Myślałem, że może kontrkandydatem będzie ktoś z zewnątrz. Powiedziałem im, że współpracowali ze mną ponad osiem lat, akceptowali nasze programy, w niektórych brali udział. Dlatego ja się nie będę wypowiadał publicznie na temat ich kandydowania ani wtrącał do ich wyborczych kampanii. I tego się trzymałem do końca” – zapewniał Boniek. I podkreślił, że jedyne czego żałuje, to porażki reprezentacji Polski w meczu ze Słowacją na Euro 2021.
Minusów było jednak sporo
Nie wszyscy w Polsce podzielają jednak wysoką samoocenę ustępującego prezesa. Do tego coraz już liczniejszego grona zalicza się choćby Marek Wawrzynowski, publicysta portalu SportoweFakty pl. (…)Słysząc opowieści o tym, że prezes PZPN zastał piłkę drewnianą, a zostawił murowaną, wyobrażam sobie, że nasza liga jest wśród solidnych europejskich lig, kadra odnotowała pasmo sukcesów, piłkarze są rozchwytywani przez czołowe kluby zagraniczne, nasi trenerzy są postrzegani jako nowatorscy, zaś z małych klubów do dużych akademii przechodzą masowo superutalentowane dzieci. Rzeczywistość jest brutalna. Nasza PKO Ekstraklasa jest jedną ze słabszych w Europie, jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Reprezentacja Polski odpadła w marnym stylu w dwóch kolejnych dużych imprezach już w fazie grupowej, polski piłkarz nie jest pożądany w dużej piłce, zaś na koniec kadencji siłę pokazała drużyna do lat 17, która przegrała 1:10 z Niemcami(…). Gdyby wystawić ocenę Bońkowi za sprawy typu marketing, PR, organizacja, była to kadencja świetna. Ekipa Bońka podniosła piłkę wizerunkowo, opakowała znakomicie produkt. Mecze kadry na Stadionie Narodowym były fantastycznymi widowiskami na wysokim europejskim poziomie. Na pewno bardzo poprawiły się warunki dla kadry narodowej. Zawodnicy nie narzekali na brak niczego, mieli tylko wyjść i grać. Może dla nas, dziennikarzy, warunki do pracy były słabe, ale to pewnie nie jest z punktu widzenia kibica sprawa pierwszorzędna. Do tego doszła sprawna komunikacja z kibicami, m.in. poprzez kanał Łączy Nas Piłka. Przeznaczony bardziej dla młodszych odbiorców pokazywał kulisy kadry. Kapitalne było też wykorzystanie wizerunku kadry. W księgarniach można było kupić zeszyty do kolorowania z piłkarzami, w sklepach, gry i pełno różnych gadżetów. Wątpię, by poprzednia ekipa potrafiła tak wykorzystać wizerunek reprezentacji i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego. Na duży plus są też imprezy, które za kadencji Bońka organizowano w Polsce. Turnieje młodzieżowe rangi międzynarodowej, mecze finałowe europejskich pucharów. Wszystkie te działania sprawiły, że PZPN jako przedsiębiorstwo stoi mocno na nogach, jest bogatą firmą, ma ogromne możliwości. Jest jednak druga strona tych dwóch kadencji. Sportowa. I tu niestety Zbigniew Boniek oblał egzamin. (…)
Ostatnie dwie dekady na Zachodzie to wielkie zmiany w futbolowej edukacji. Szwajcaria od lat gra w dużych turniejach i wychodzi regularnie do II rundy. Efekt reform federacji. Anglia znowu jest wśród największych – efekt pracy federacji. Francja, Dania, Belgia, Hiszpania, Holandia, Austria i tak dalej. Każda licząca się federacja zainwestowała wiele pracy w reformy w szkoleniu piłkarzy oraz trenerów, nasza wprowadzała bezsensowne i nieefektywne programy typu Akademia Młodych Orłów, wydawała na nie fortunę (szacunkowo 20 milionów złotych), obudowywała PR-owo, by po 6 latach po cichu je zlikwidować. Dlaczego szkolenie jest tak istotnym tematem? Widzimy to na co dzień w polskiej ekstraklasie, widzimy w kadrze narodowej. Polski piłkarz nie umie grać jeden na jednego, nie potrafi poruszać się w tłoku, ma często podstawowe braki techniczne, nie jest kreatywny. Są oczywiście wyjątki, ale… to wyjątki”.(…)
Pretensje są słuszne i krytyka zasłużona. Rzecz w tym, że poza osobami osobiści zaangażowanymi w szkolenie mało kto sobie tym zawraca głowę. Dlatego Boniek może spokojnie chadzać po ulicach, z czym jego poprzednik, Grzegorz Lato, u schyłku kadencji miał pewien kłopot.

Koniec ery Bońka w PZPN

W środę odbędzie się walne zgromadzenie PZPN i tego dnia Zbigniew Boniek po dziewięciu latach przestanie pełnić funkcję prezesa. To jednak nie oznacza, że utraci realną władzę w polskim futbolu. Już ponad 20 lat temu potrafił rządzić związkiem „z drugiego fotela” jako wiceprezes ds. marketingu.

Boniek objął funkcję prezesa PZPN w 2012 roku zastępując dawnego kolegę z reprezentacji Polski Grzegorza Lato. W trakcie dwóch jego kadencji (na kolejne nie pozwalało już polskie prawo) reprezentacja Polski dwukrotnie zagrała w mistrzostwach Europy i raz w mistrzostwach świata. Na stronie internetowej PZPN służby medialne PZPN opublikowały liczącą 70 punktów listę najważniejszych dokonań związku w ostatnich dziewięciu latach. Ale te pożegnalne fanfary nie robią na nikim wrażenia. Piłkarskie środowisko chce odmiany i jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, przedłużone o rok z powodu pandemii koronawirusa rządy Bońka i jego świty dobiegną końca w środę 18 sierpnia.
Kulesza w roli faworyta
Chęć ubiegania się stanowisko sternika naszej piłkarskiej federacji zgłosili dwaj dotychczasowi wiceprezesi PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, ale niewykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jeszcze jacyś inni kandydaci. Wedle medialnych spekulacji murowanym faworytem do zwycięstwa jest Kulesza, do niedawna prezes Jagiellonii Białystok. Musi jednak na niego zagłosować co najmniej 60 ze 118 delegatów. Nie powinien mieć z tym kłopotu. W wyborach w 2012 wszedł do zarządu PZPN z 59 głosami elektorów, ale w 2016 zagłosowało na niego już 115. Uzyskał tym samym lepszy wynik nawet od Bońka, który dostał 99 głosów. Kulesza przez ostatnie lata solidnie pracował na sympatię środowiska – objechał Polskę wzdłuż i wszerz, pobiesiadował, porozmawiał, naobiecywał, czyli zrobił to wszystko, czego nie chciało się robić Koźmińskiemu.
W hermetycznym piłkarskim środowisku po dziewięciu latach rządów lubującej się w luksusie i blichtrze ekipy Bońka wróciła tęsknota za „swojskością” w relacjach i podmiotowością w relacjach z piłkarską centralą. Kulesza nie ma „parcia na szkło”, nie przepada za publicznymi wystąpieniami i w odróżnieniu od Bońka będzie raczej reglamentował swoją obecność w mediach. Na razie nie wyjawił co konkretnie zamierza zmienić w PZPN, poza enigmatyczną obietnicą „poprawienia jakości szkolenia”. A za ten pion w związku przez ostatnie cztery lata odpowiadał właśnie Koźmiński.
Ustępujący prezes oficjalnie nie poparł żadnego z kandydatów. Ogłosił to jednak dopiero po kwietniowych wyborach do komitetu wykonawczego UEFA, w którym to gremium zasiadał już wcześniej i do którego został wybrany ponownie, tym razem na czteroletnią kadencję, a jeszcze na dodatek z awansem na funkcję jednego z wiceprezydentów UEFA. Tak wysoko w strukturach Europejskiej Unii Piłkarskiej nie zaszedł żaden polski działacz. W tej sytuacji Boniek nie musiał już walczyć o zachowanie wpływów w Polskim Związku Piłki Nożnej. Mówiąc kolokwialnie, w tej chwili w polskim futbolu nie ma takiego mocnego, który mógłby mu podskoczyć. Obojętnie zatem kto wygra wybory na nowego prezesa i jacy ludzie wejdą do zarządu, raczej „grzebania w papierach” nie będzie i żadne „kwity” nie wypłyną.
Nikt cię nie chwali, pochwal się sam
Na pewno skończy się jednak era gloryfikowania dokonań Bońka i jego ekipy. Ustępujący prezes chyba ma tego świadomość, bo na odchodnym nie omieszkał zrobić kwerendy po zaprzyjaźnionych mediach i pochwalić się w nich efektami swoich dziewięcioletnich rządów. Dowodzą tego jego wypowiedzi. „Uważam, że w przeciwieństwie do moich poprzedników nie wychodzę ze złamanymi nogami, obciążonym wizerunkiem. Niedawno zrobiliśmy specjalną ankietę i wiem, jak to wygląda. Czuję sympatię ludzi, gdy jestem w przestrzeni publicznej. Oczywiście, zdarza się hejt. Niektórzy dzięki anonimowości czują się odważni. Ale ja wiem doskonale, co ludzie o mnie myślą, bo czuję to codziennie na ulicy. Na pewno nie żałuję żadnego dnia na tym stanowisku” – przekonywał Boniek. Ale w wywiadzie dla PAP odrzucił już jednak pozory skromności. „Chciałem być prezesem, żeby polskiej piłce pomóc. I uważam, że zostawiam nasz futbol w dobrej sytuacji. Zrobiliśmy produkt premium, jeżeli chodzi o postrzeganie federacji, promocję. Dzisiaj reprezentacja Polski, również kobiet, to zupełnie inna rzeczywistość organizacyjnie i logistycznie. A teraz musimy starać się robić produkt premium na boisku. Ale ludzie tego nie widzą. Uważają, że Boniek i PZPN są odpowiedzialni za to, jak kto kopie piłkę. Nie jesteśmy. Odpowiadamy za wiele innych spraw, z których można nas rozliczać” – przekonywał wskazując, za co należy go rozliczać: za reformę szkolenia i rozgrywek, promocję i popularyzację polskiej piłki oraz zarządzanie i finanse federacji.
W tym samym wywiadzie na pytanie, co go zaskoczyło najbardziej podczas sprawowania funkcji prezesa PZPN, odpowiedział: „Uderzyła mnie zmiana postępowania ludzi, wzajemne stosunki, agresywność, hejt, wpływ polityki na codzienne życie. My sobie z tym radziliśmy, ale to będzie największe wyzwanie przed moimi następcami. Gdy Marek Koźmiński zgłosił gotowość startu w wyborach, powiedziałem mu, że jeśli chce, niech się ubiega o stanowisko, bo jest dobrym kandydatem. Później dołączył drugi z naszych wiceprezesów, Cezary Kulesza. Myślałem, że może kontrkandydatem będzie ktoś z zewnątrz. Powiedziałem im, że współpracowali ze mną ponad osiem lat, akceptowali nasze programy, w niektórych brali udział. Dlatego ja się nie będę wypowiadał publicznie na temat ich kandydowania ani wtrącał do ich wyborczych kampanii. I tego się trzymałem do końca” – zapewniał Boniek. I podkreślił, że jedyne czego żałuje, to porażki reprezentacji Polski w meczu ze Słowacją na Euro 2021.
Minusów było jednak sporo
Nie wszyscy w Polsce podzielają jednak wysoką samoocenę ustępującego prezesa. Do tego coraz już liczniejszego grona zalicza się choćby Marek Wawrzynowski, publicysta portalu SportoweFakty pl. (…)Słysząc opowieści o tym, że prezes PZPN zastał piłkę drewnianą, a zostawił murowaną, wyobrażam sobie, że nasza liga jest wśród solidnych europejskich lig, kadra odnotowała pasmo sukcesów, piłkarze są rozchwytywani przez czołowe kluby zagraniczne, nasi trenerzy są postrzegani jako nowatorscy, zaś z małych klubów do dużych akademii przechodzą masowo superutalentowane dzieci. Rzeczywistość jest brutalna. Nasza PKO Ekstraklasa jest jedną ze słabszych w Europie, jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Reprezentacja Polski odpadła w marnym stylu w dwóch kolejnych dużych imprezach już w fazie grupowej, polski piłkarz nie jest pożądany w dużej piłce, zaś na koniec kadencji siłę pokazała drużyna do lat 17, która przegrała 1:10 z Niemcami(…). Gdyby wystawić ocenę Bońkowi za sprawy typu marketing, PR, organizacja, była to kadencja świetna. Ekipa Bońka podniosła piłkę wizerunkowo, opakowała znakomicie produkt. Mecze kadry na Stadionie Narodowym były fantastycznymi widowiskami na wysokim europejskim poziomie. Na pewno bardzo poprawiły się warunki dla kadry narodowej. Zawodnicy nie narzekali na brak niczego, mieli tylko wyjść i grać. Może dla nas, dziennikarzy, warunki do pracy były słabe, ale to pewnie nie jest z punktu widzenia kibica sprawa pierwszorzędna. Do tego doszła sprawna komunikacja z kibicami, m.in. poprzez kanał Łączy Nas Piłka. Przeznaczony bardziej dla młodszych odbiorców pokazywał kulisy kadry. Kapitalne było też wykorzystanie wizerunku kadry. W księgarniach można było kupić zeszyty do kolorowania z piłkarzami, w sklepach, gry i pełno różnych gadżetów. Wątpię, by poprzednia ekipa potrafiła tak wykorzystać wizerunek reprezentacji i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego. Na duży plus są też imprezy, które za kadencji Bońka organizowano w Polsce. Turnieje młodzieżowe rangi międzynarodowej, mecze finałowe europejskich pucharów. Wszystkie te działania sprawiły, że PZPN jako przedsiębiorstwo stoi mocno na nogach, jest bogatą firmą, ma ogromne możliwości. Jest jednak druga strona tych dwóch kadencji. Sportowa. I tu niestety Zbigniew Boniek oblał egzamin. (…)
Ostatnie dwie dekady na Zachodzie to wielkie zmiany w futbolowej edukacji. Szwajcaria od lat gra w dużych turniejach i wychodzi regularnie do II rundy. Efekt reform federacji. Anglia znowu jest wśród największych – efekt pracy federacji. Francja, Dania, Belgia, Hiszpania, Holandia, Austria i tak dalej. Każda licząca się federacja zainwestowała wiele pracy w reformy w szkoleniu piłkarzy oraz trenerów, nasza wprowadzała bezsensowne i nieefektywne programy typu Akademia Młodych Orłów, wydawała na nie fortunę (szacunkowo 20 milionów złotych), obudowywała PR-owo, by po 6 latach po cichu je zlikwidować. Dlaczego szkolenie jest tak istotnym tematem? Widzimy to na co dzień w polskiej ekstraklasie, widzimy w kadrze narodowej. Polski piłkarz nie umie grać jeden na jednego, nie potrafi poruszać się w tłoku, ma często podstawowe braki techniczne, nie jest kreatywny. Są oczywiście wyjątki, ale… to wyjątki”.(…)
Pretensje są słuszne i krytyka zasłużona. Rzecz w tym, że poza osobami osobiści zaangażowanymi w szkolenie mało kto sobie tym zawraca głowę. Dlatego Boniek może spokojnie chadzać po ulicach, z czym jego poprzednik, Grzegorz Lato, u schyłku kadencji miał pewien kłopot.

Pierwsze dymisje w PZPN

Maciej Sawicki poinformował, że zarząd polskiej federacji piłkarskiej odwołał go z pełnionej przez ostatnie dziewięć lat funkcji sekretarza generalnego PZPN. Ale nie tylko on straci posadę.

Wybory nowych władz Polskiego Związku Piłki Nożnej odbędą się 18 sierpnia, ale już w piłkarskiej centrali zaczęły się ruchy kadrowe. Sawicki był sekretarzem generalnym związku od dziewięciu lat i uważany jest za prawą ręką prezesa Zbigniewa Bońka. Na swoim profilu na jednym z portali społecznościowych ogłosił: „Na moją prośbę, Zarząd PZPN odwołał mnie dzisiaj z funkcji Sekretarza Generalnego ze skutkiem na 19.08. Oznacza to, że z ostatnim dniem prezesury Zbigniewa Bońka kończę swoją pracę jako Sekretarz Generalny. Dziękuję Prezesowi za szansę i zaufanie”.
Odwołanie sekretarza generalnego już w tej chwili to ukłon pod adresem nowego sternika związku, ktokolwiek nim nie zostanie. Na razie jest dwóch kandydatów – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, a nie jest tajemnicą, iż Sawicki opowiada się za kandydaturą Koźmińskiego, więc w przypadku zwycięstwa Kuleszy, co sądząc po przeciekach dochodzących z piłkarskiego środowiska jest wielce prawdopodobne, na zachowanie posady i tak nie miałby szans.
To nie jedyna i zapewne nie ostatnia zmiana w kręgach decyzyjnych piłkarskiej centrali. Z zajmowanej posady odwołano również przewodniczącego Kolegium Sędziów Zbigniew Przesmycki, który pełnił tę funkcję przez ponad dekadę i również był zaliczany do najbardziej zaufanych ludzi Bońka. Odwołano też Magdalenę Urbańską z zajmowanego stanowiska Dyrektora Departamentu Piłki Amatorskiej.
W mediach te zmiany nie wywołały większych emocji. Ale to się zmieni w chwili, gdy dojdzie do zmiany kadrowych w komisji ds. mediów i marketingu, na czele której od dekady stoi inny z zaufanych ludzi Bońka Janusz Basałaj. W owej komisji zasiadają wpływowi przedstawiciele mediów, m.in. Mateusz Borek, Roman Kołtoń, Michał Białoński, Paweł Wilkowicz, Tomasz Smokowski i Jakub Kwiatkowski.

Z życia PZPN: Kadra Paulo Sousy w cieniu wyborczej walki

Reprezentacja Polski na zgrupowaniu w Opalenicy wreszcie w minionym tygodniu mogła skupić się na solidnym treningu. Na pełnych obrotach nie ćwiczyli jedynie Arkadiusz Milik i Dawid Kownacki. W medialnych przekazach problemy trenera Paulo Sousy przegrywały jednak z informacjami o kandydatach do wyborczej walki o schedę po prezesie PZPN Zbigniewie Bońku.

W lutym ubiegłego roku jako pierwszy swoją kandydaturę w wyborach na nowego prezesa PZPN zgłosił Marek Koźmiński i aż do minionego piątku nikt inny oficjalnie nie poszedł w jego ślady. W końcu zdecydował się na to prezes Jagiellonii Białystok Cezary Kulesza, a nad ogłoszeniem takiej decyzji zastanawia się ponoć także Paweł Wojtala, prezes Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. Kandydatury można jednak składać do 17 sierpnia tego roku, a zjazd wyborczy ma się odbyć dzień później. Każdy z kandydatów musi jednak wykazać się co najmniej 15 głosami poparcia, których mogą udzielić kluby ekstraklasy, 1. ligi oraz wojewódzkie związki. Scena wyborcza w PZPN od lat pozostaje niezmienna: delegatów z prawem głosu na zjeździe jest 118, w tym 60 głosów mają działacze wojewódzkich ZPN, 32 głosy mają kluby PKO Ekstraklasy, 18 głosów kluby 1. ligi, trzy głosy ma Stowarzyszenie Trenerów, po dwa piłka kobieca i futsal, a jeden głos należy do Kolegium Sędziów.
Jeszcze pół roku temu Boniek na swojego następcę otwarcie wskazywał Koźmińskiego, który w jego ekipie w dwóch kadencjach był wiceprezesem – w pierwszej do spraw zagranicznych, zaś w drugiej do spraw szkolenia. Ale po kwietniowych wyborach do Komitetu Wykonawczego UEFA, w których nie tylko został wybrany na drugą kadencję, lecz także awansował na stanowisko wiceprzewodniczącego, Boniek zmienił zdanie i nieoficjalnie ogłosił neutralność w kwestii wyboru swojego następcy. Niewykluczone, że zachęcił tym Kuleszę do wejścia w wyborcze szranki, a gdy prezes Jagiellonii (już były, bo po ogłoszeniu decyzji o kandydowaniu zrzekł się wszelkich funkcji w białostockim klubie) w końcu wyszedł z cienia i ogłosił swoje zamiary, Boniek za pośrednictwem mediów społecznościowych oświadczył: „Nie popieram nikogo. Zarówno Marek, jak i Czarek byli wiceprezesami w moim zarządzie, za obu trzymam kciuki”. Ale gdy w medialnej przestrzeni pojawiła się plotka o wyborczych przymiarkach Wojtali, nie odmówił sobie na Twitterze złośliwej uwagi: „Trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo pomysłów do 18 sierpnia będzie wiele… Szkoda, ze nie zrealizowałem planu Wojciechowskiego – rozdać pieniądze i zaciągnąć kredyty… Ciężko byłoby o kandydatów”.
Koźmiński nie wykorzystał czasu, gdy był jedynym oficjalnym kandydatem chętnym do przejęcia schedy po Bońku. Owszem, udzielił kilku wywiadów, w których rzucił kilkoma ogólnikami, ale jego oferta programowa daje się zawrzeć w jednym zdaniu, które sformułował już półtora roku temu: „Jeśli zostanę wybrany, to postawię na drogę ewolucji. Żaden z projektów zaczętych za kadencji Zbigniewa Bońka nie zostanie zatrzymany, bo uważam, iż wszystkie są dobre. Trzeba je tylko usprawniać, polepszać. Oczywiście mam też swoje inne pomysły, do których będę chciał przekonać ludzi” – powiedział w wywiadzie dla portalu Interia w lutym 2020 roku.
Kulesza zapewnia, że w ostatnich miesiącach objechał Polskę wzdłuż i wszerz, odbywając wiele rozmów i za każdym razem wracał do Białegostoku z przekonaniem, iż cieszy się rosnącym poparciem środowiska. Swoja kandydaturę reklamuje zaś tak: „Znam piłkę od podszewki. Mam do niej serce. I chcę zrobić dla niej coś dobrego. Przygotowałem program oparty na czterech filarach: szkolenie, wsparcie, integracja oraz profesjonalizacja. Będziemy to szczegółowo prezentować w najbliższych tygodniach. Nie będę jednak ukrywał, że priorytetem jest dla mnie udoskonalenie szkolenia”.
W piłkarskim środowisku panuje opinia, że gdyby wybory odbyły się już dzisiaj, Kulesza byłby murowanym faworytem do zwycięstwa. Ale do wyborów jest jeszcze ponad dwa miesiące czasu, a po drodze mamy mistrzostwa Europy. Nie ulega wątpliwości, że wynik uzyskany w tej imprezie przez reprezentację może mieć rozstrzygające znaczenie. W przypadku sukcesu, a za taki zostanie uznana powtórka wyniku z Euro 2016, czyli awans do 1/4 finału, najmocniejsze karty w ręku będą mieli ludzie z obecnej ekipy Zbigniewa Bońka, a tasować będzie je odchodzący ze stanowiska prezes. Tylko w przypadku spektakularnej klęski do wyborczej walki włączą się przyczajeni w tej chwili oponenci obecnej ekipy, bo tylko wtedy będą mieli jakieś szanse na odsunięcie ludzi Bońka od władzy. Ciekawe czy trenujący w pocie czoła w Opalenicy reprezentanci Polski mają świadomość, że od ich postawy w turnieju Euro 2020/2021 tak dużo dla tak niewielu ludzi zależy. Mecz towarzyski z Rosją pokazał, że Paulo Sousa potrafi wycisnąć z wybranej przez siebie grupy polskich piłkarzy zaskakująco duży potencjał. We wtorkowym meczu z Islandią powinien pokazać nam już zespół, z którym zamierza powalczyć w mistrzostwach Europy o coś więcej, niż tylko wyjście z grupy.

Boniek powoli oddaje stery

W miniony wtorek przedstawiciele 16 klubów piłkarskiej ekstraklasy spotkali się w stołecznym hotelu „Sofitel”, żeby wybrać nową radę nadzorczą zarządzającej rozgrywkami spółki. PZPN reprezentował Marek Koźmiński.

Przed tym spotkaniem było wiadomo, że do rady nadzorczej Ekstraklasy SA wejdą przedstawiciele czterech najlepszych klubów w poprzednim sezonie, czyli Legii Warszawa (Dariusz Mioduski), Lecha Poznań (Karol Klimczak), Piasta Gliwice (Grzegorz Jaworski) oraz Lechii Gdańsk (Adam Mandziara). Do obsadzenia dwóch pozostałych miejsc było trzech chętnych – prezes Jagiellonii Białystok Cezary Kulesza, prezes Rakowa Częstochowa Wojciech Cygan i prezes Zagłębia Lubin Artur Jankowski. W szranki nie stanęli natomiast zasiadający w radzie w poprzedniej kadencji Jakub Tabisz z Cracovii oraz Jarosław Mroczek z Pogoni Szczecin. W wyniku głosowania nominacje uzyskali Kulesza oraz Cygan, dla którego jest to debiut we władzach Ekstraklasy SA. Ale faktycznym zwycięzcą został Kulesza, który po raz kolejny został wybrany głosami większości z 12 klubów PKO Ekstraklasy. Z nieoficjalnych informacji wynika, że dostał poparcie 10 z nich, co jest poważnym kapitałem w kontekście przyszłorocznych wyborów na prezesa PZPN. Nie jest żadną tajemnicą, że Kulesza zamierza ubiegać się o fotel, który od 2012 roku okupuje Zbigniew Boniek, lecz o który zgodnie z polskim prawem nie będzie mógł się po dwóch kadencjach w przesuniętych na przyszły rok z powodu pandemii wyborach ubiegać.
Wedle opinii dobiegających ze środowiska piłkarskich działaczy, Kulesza jest w tej chwili faworytem w wyścigu o posadę prezesa PZPN, ale Boniek i jego ekipa nie zamierzają oddać władzy bez walki. Wiadomo, że wystawią w wyborcze szranki obecnego wiceprezesa PZPN Marka Koźmińskiego. Dlatego to właśnie on został desygnowany z ramienia PZPN do rady nadzorczej Ekstraklasy SA, w miejsce Agnieszki Olesińskiej, sekretarz Fundacji Piłkarstwa Polskiego. Czy pomoże to Koźmińskiemu w poprawieniu nie najwyższych notowań w ligowym środowisku, trudno przewidzieć.

W ekstraklasie tną zarobki

Zarządzająca rozgrywkami najwyższej piłkarskiej klasy rozgrywkowej w naszym kraju Ekstraklasa SA, za zgodą PZPN zezwoliła klubom na cięcie wynagrodzeń piłkarzy i trenerów nawet o 50 procent. Nie wszędzie jednak redukcje przebiegają bezkonfliktowo. Największy zamęt z tego powodu zrobił się nieoczekiwanie w Jagiellonii Białystok.

Rada nadzorcza Ekstraklasy S.A. uchwaliła, że kluby z powodu utraconych w czasie epidemii koronawirusa dochodów, mogą do czasu wznowienia rozgrywek obniżyć wynagrodzenia piłkarzy do 50 procent, jednak tylko tym, którzy zarabiają powyżej 10 tys. złotych miesięcznie. Ustalenia te są jasne i zważywszy na okoliczności, konieczne do zastosowania, dlaczego zatem zawodnicy Jagiellonii się buntują? Powody wyjaśnił w wywiadzie dla „PS” kapitan białostockiej drużyny Taras Romanczuk.
Piłkarzy Jagiellonii zirytowało, że władze klubu postawiły ich przed faktem dokonanym wprowadzając od razu maksymalne dopuszczalne cięcia zarobków, nie oczekując nawet akceptacji. „Jeden zgadza się na 15 procent obniżki, drugi na 25, ale są i tacy, którzy w ogóle nie dają na to zgody. Jak rozwiązać problem? Spotkać się z prezesem Kuleszą i porozmawiać. Myślę, że to normalna rzecz. Ja przekazałem mu, jak zespół przyjął propozycję obcięcia zarobków o 50 procent, ale na tym się skończyło, bo on teraz nie chce spotkania z całym zespołem.
Cezary Kulesza zareagował błyskawicznie, ale też w wypowiedzi dla mediów. „Mówimy o obniżkach, po których piłkarzom zostanie i po 30 tysięcy pensji miesięcznie. Ktoś chce mnie przekonać, że tyle nie wystarczy na utrzymanie rodziny? A nawet jeśli po obniżce zawodnik dostanie 10 tys. złotych brutto, to też przecież jest wynagrodzenie grubo powyżej średniej w kraju. A mówimy o ograniczeniach zarobków przez 3-4 miesiące” – przekonuje Kulesza. I dla przeciwwagi przytacza argument, iż Jagiellonia do końca czerwca poniesie straty finansowe w wysokości blisko 10 mln złotych. Cięcia zarobków w tym czasie pozwolą klubowi zmniejszyć zakładany deficyt o jedną trzecią tej kwoty.
W innych klubach ekstraklasy negocjacje odbywają się bardziej dyskretnie, co nie znaczy, że bez tarć i zgrzytów. Wolny od takich napięć jest chyba tylko Śląsk Wrocław, w którym piłkarze ustalili z zarządem zasady oraz wysokość redukcji płac jeszcze przed uchwałą rady nadzorczej Ekstraklasy SA. Zadziwiająco spokojnie cięcia zarobków przebiegły w obu klubach z Trójmiasta, chociaż Lechia Gdańsk i Arka Gdynia mają chyba w tej chwili największe problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Notorycznie zalegający z wypłatami dla piłkarzy gdański klub zaczął operację od niespodziewanej redukcji o 50 procent wynagrodzeń dla wszystkich członków zarządu „na czas trwania epidemii koronawirusa”, jak napisano w oficjalnym komunikacie.
W zagrożonej degradacją Arce Gdynia dziura budżetowa jest jeszcze większa niż w Lechii, bo władze miasta wstrzymały wypłatę sześciu milionów złotych jakie miały w swoim budżecie na wsparcie klubu. Do tego dochodzi jeszcze wielce prawdopodobne utrata pieniędzy z ostatniej transzy za prawa telewizyjne. Ich nabywcy, Canal+ i TVP, na razie czekają na dalszy rozwój wydarzeń i liczą, że zawieszone rozgrywki uda się wznowić i dokończyć, lecz jeśli okaże się to niemożliwe, na pewno nie zapłacą. Właśnie z Francji dotarła wiadomość, że Canal+ zapowiedział właśnie wstrzymanie wypłat dla Ligue 1.
Grupa Canal+ w związku z epidemią koronawirusa odmówiła zapłacenia trzeciej, ostatniej transzy za prawa do transmisji Ligue 1 w sezonie 2019/2020. Roczny kontrakt opiewa na sumę 558 mln euro, a do tego pokazująca te rozgrywki w niektórych krajach poza Francją telewizja BeIN Sports uiszczała kolejne 201 mln euro (42 mln euro w trzeciej transzy). Brak zapłaty trzeciej transzy oznacza, że do klubów nie trafi 110 milionów euro. „Zawieszenie płatności jest częścią kontekstu, w którym kryzys zdrowotny wpłynął na prawie wszystkie działania naszej grupy. Na naszą działalność w zakresie płatnej telewizji we Francji znaczny wpływ ma zamknięcie dużej części naszych kanałów sprzedaży oraz osłabienie atrakcyjności naszych ofert sportowych. Nasze przychody z reklam spadają. Jesteśmy zatem zobowiązani do podjęcia niezbędnych środków w celu złagodzenia finansowego wpływu tego kryzysu” – napisano w oficjalnym komunikacie Canal+.
Jeśli francuska stacja tak zamierza zrobić we własnym kraju, z pewnością postąpi podobnie również poza jego granicami, czyli z pewnością także w Polsce. Ta wiadomość z pewnością usztywni stanowisko klubowych władz w rozmowach z piłkarzami, a im odbierze ostatni argument przeciwko obniżce wynagrodzeń.

PZPN jak pączek w maśle

Polski Związek Piłki Nożnej jest najbogatszym polskim związkiem sportowym. Tak jest od zawsze i wynika to po prostu z największej popularności piłki nożnej, która utrzymuje się bez względu na sportowe wyniki reprezentacji i zapewnia PZPN-owi rosnące z roku na rok zyski bez względu na to, kto w danym momencie nim rządzi.

Ministerstwo sporu i turystyki właśnie opublikowało sprawozdanie finansowe PZPN za 2018 rok. Przypomnijmy, że pod względem sportowym nie był to rok udany, bo reprezentacja w mistrzostwach świata w Rosji odpadła już po fazie grupowej, a potem równie słabo wypadał w Lidze Narodów, przegrywając w grupie rywalizację z Portugalią i Włochami. Mimo to PZPN chwali się w swoim sprawozdaniu rekordowymi wpływami i zyskiem. W ubiegłym roku zyskał wzrost przychodów o 15,3 proc. do kwoty 240,62 mln złotych, a zysku netto z 15,3 do 26 mln złotych. Skąd ta góra pieniędzy? Głownie od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych. Wpływy z tytułu wpłat od sponsorów zwiększyły się o 31 procent i urosły do kwoty 65,2 mln złotych, natomiast ze sprzedaży praw telewizyjnych zwiększyły się o 39,1 procent do 44,4 mln złotych.

Wciąż rosnąca hojność sponsorzy

Przychody od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych stanowią rosnącą sukcesywnie część budżetu PZPN-u. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły w sumie 81,83 mln złotych i stanowiły blisko 40 procent przychodów organizacji, zaś w ubiegłym roku powiększyły się do kwoty 109,64 mln złotych i stanowiły już prawie 46 procent budżetu. Naszej piłkarskiej federacji finansową pomyślność zapewniają lukratywne kontrakty sponsorskie z Grupą Lotos oraz kilkoma innymi sponsorami, m.in. 99rent, Ustronianką, Oshee i Fakro, Coca-Colą, Totolotkiem, Nike, Allior Bank czy Blachotrapez.

Przychody PZPN-u ze sprzedaży praw telewizyjnych wyniosły w poprzednim roku 44,42 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły 31,93 mln złotych, co oznacza, że urosły o 39,1 procent. To jednak nie jest zasługa naszej federacji, tylko scentralizowania praw telewizyjnych sprzedawanych przez UEFA, a także praw do meczów towarzyskich naszych reprezentacji. PZPN sprzedaje też prawa do pokazywania Pucharu Polski i I Ligi, jesienią 2017 roku Polsat kupił je na wyłączność od połowy 2021 roku.
Wyśrubowane do granic kibicowskiej wytrzymałości ceny biletów na mecze reprezentacji nie pozwalają na wzrost dochodów z tego tytułu i utrzymują się na poziomie mniej więcej 36 mln złotych. W ubiegłym roku reprezentacja rozegrała w kraju osiem meczów – wiosną trzy sparingi przed mistrzostwami świata, a jesienią dwa mecze w Lidze Narodów (z Włochami i Hiszpanią) oraz dwa towarzyskie.

PZPN obłowił się za to na mundialu w Rosji, chociaż reprezentacja nie wyszła tam nawet z grupy. Do kasy związku 39,3 mln złotych, głównie ze sprzedaży przyznanej związkowi puli biletów dla polskich kibiców i części wpływów z praw telewizyjnych i marketingowych. Wpływy z dotacji od UEFA wyniosły 14,5 mln złotych. Budżet naszej futbolowej federacji zasiliły też opłaty transferowe (2,4 mln zł) oraz przychody określone jako pozostałe (wzrosły z 15,9 do 18,9 mln zł).

Dużo chętnych do pilnowania kasy

Rządząca obecnie piłkarską organizacją ekipa Zbigniewa Bońka, licząca wraz z nim 81 zatrudnionych etatowo osób, wydała w 2018 roku 202,6 mln złotych, znacznie więcej niż rok wcześniej, kiedy to na cele statutowe i inne poświęciła z budżetu 179,9 mln zł. Związek wykorzystał w całości 8,42 mln zł dotacji z ministerstwa sportu i turystyki. Koszty występu reprezentacji na mistrzostwach świata wyliczono na 15,5 mln złotych. Były takie stosunkowo niskie, bo związek nie musiał wypłacić piłkarzom żadnych premii. Drużyna miała je dostać dopiero po wyjściu z grupy, a ich wysokość miała rosnąć w zależności od zajętego w turnieju miejsca.

Za rok dojdzie do ostrej walki o władzę nad tym zamożnym związkiem sportowym. Obecny prezes Zbigniew Boniek nie będzie mógł już kandydować, bo właśnie kończy drugą kadencję, a prawo zabrania ubiegania się w związkach sportowych o więcej niż dwie. Wśród potencjalnych następców wymienia się Marka Koźmińskiego, obecnie wiceprezesa ds. szkoleniowych, uważanego za prawą rękę Bońka i gwaranta utrzymania wpływów przez obecną ekipę, ale też Radosława Michalskiego, obecnego szefa Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszę, uwolnionego przez wyborców z sejmowych obowiązków Romana Koseckiego, a także byłego prezesa Legii Bogusława Leśnodorskiego oraz byłego arbitra i prezesa PZPN Michała Listkiewicza.

 

Kto zastąpi Bońka?

Za niewiele ponad rok, konkretnie 26 października 2020 roku, może dojść do zmiany władz PZPN, bo tego dnia odbędą się wybory nowego prezesa i członków zarządu. Obecny sternik piłkarskiego związku, Zbigniew Boniek, po dwóch kadencjach nie może już kandydować, co wcale nie oznacza, że zamierza zrezygnować z realnej władzy w związku. Warunkiem jest zdobycie miejsca w nowym zarządzie i osadzenie na fotelu prezesa człowieka, którym da się sterować.

Wyborcza matematyka przy wyborze nowego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jest dosyć prosta. Elektorami będą delegaci na walne zgromadzenie w liczbie 118 osób. Jeden z nich zastąpi na stanowisku Zbigniewa Bońka. Żeby stanąć w wyborcze szranki trzeba jednak przedstawić co najmniej 15 deklaracji poparcia, które mogą udzielić kluby ekstraklasy i I ligi oraz Wojewódzkie Związki Piłki Nożnej. To są trzy najpoważniejsze siły w PZPN: WZPN-y mają do dyspozycji 60 głosów, ekstraklasa 32, a I liga 18, czyli w sumie 110 głosów. Żeby wygrać wybory w pierwszej turze, trzeba zdobyć ponad połowę głosów, czyli minimum 60.

Chociaż do wyborów jeszcze szmat czasu, w mediach już pojawiają się pierwsze informacje o toczących się zakulisowych rozgrywkach. Na przykład tvp.info.pl podaje, że w tej chwili gronie najpoważniejszych kandydatów do objęcia funkcji prezesa PZPN wymieniane są trzy nazwiska: prezesa i współwłaściciela Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, a obecnie znajdującego się poza futbolowym środowiskiem Bogusława Leśnodorskiego oraz obecnego sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego. W Mazowieckim Związku Piłki Nożnej rozważany jest ponoć wariant wystawienia Romana Koseckiego, ale tylko w przypadku, gdy przegra wybory do Sejmu. „Kosa” już raz był kandydatem na prezesa PZPN, ale w 2012 roku ustąpił Bońkowi i zadowolił się posadą wiceprezesa ds. szkoleniowych. Po czterech latach w kolejnym starciu o związkowe posady już nie uczestniczył, ale w Mazowiecki ZPN jest członkiem zarządu i raczej nie będzie miał problemu z uzyskaniem mandatu delegata na zjazd wyborczy. Lecz jeśli utrzyma się w Sejmie, raczej na pewno nie będzie zainteresowany walką o władzę w PZPN. Dlatego na razie nie jest wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów, jak ma to miejsce w przypadku nie kryjących się z takimi ambicjami Kuleszy, Sawickiego czy Leśnodorskiego.

Walka o kluczowe posady zapowiada się emocjonująco, bo piłkarskie środowisko jest już mocno zmęczone autorytarnymi rządami Bońka i chciałoby powrotu do zdecydowanie bardziej demokratycznych reguł obowiązujących za kadencji Michała Listkiewicza. Ta coraz częściej wyrażana tęsknota ośmieliła wciąż lubianego w futbolowych kręgach byłego arbitra do podjęcia starań o odzyskanie utraconej w 2008 roku pozycji. Dla Bońka jednak ewentualne zwycięstwo Listkiewicza to byłaby życiowa klęska, bo po tym jak brutalnie wyrzucił go ze struktur związkowych nie miałby prawa liczy na odpuszczenie win, tylko na srogi rewanż i odpłatę w myśl zasady „oko za oko”.

Dlatego obecny sternik pezetpeenowskiej nawy kombinuje, żeby przeforsować kandydaturę swojego człowieka, a jedynym, na którego lojalność może od biedy liczyć, jest zawdzięczający mu błyskotliwą karierę Sawicki. Za jego plecami w nowych władzach Boniek mógłby objąć funkcję wiceprezesa lub nawet zostać tylko zwykłym członkiem zarządu i zachować realne wpływy na działania PZPN. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o to, że jest to warunek pozwalający Bońkowi utrzymać w przyszłości miejsce w komitecie wykonawczym UEFA. Dodajmy – warunek niezbędny, bo bez jego spełnienia mandatu nie utrzyma.

Wybór Sawickiego byłby jednak tak oczywistym przedłużeniem władzy Bońka, że dla sporej części środowiska taki wariant jest w tej chwili niemożliwy do zaakceptowania. Ale do wyborów jeszcze ponad rok, a zatem dosyć czasu, żeby zbudować Sawickiemu wystarczające poparcie. Jeśli się to nie uda, Boniek u każdego innego zdobywcy prezesowskiego stołka będzie petentem, a od takiej roli przez ostatnie siedem lat zdążył się już przyzwyczaić. No i straci też niekontrolowany dostęp do kasy, a kto wie – może nawet zostanie rozliczony z ośmiu lat ich wydawania?

 

Trudno jest rządzić w ekstraklasie

Pod względem sportowym nasza piłkarska ekstraklasa to europejska druga liga, czego najlepszym dowodem jest żenująco słaba postawa jej najlepszych drużyn w europejskich pucharach. Prezes PZPN Zbigniew Boniek mówi wprost, że winni temu są ludzie zarządzający na co dzień klubami. Ta raczej kontrowersyjna ocena.

W odróżnieniu od prezesa PZPN, który jako szef piłkarskiego związku nie wykłada na jego działalność własnych pieniędzy, większość sterników ligowych klubów w większym lub mniejszym stopniu łoży na ich utrzymanie ze swojej kieszeni. Do prezesów, którzy zarazem są też właścicielami lub co najmniej współudziałowcami klubów, zaliczają się Janusz Filipiak (Cracovia), Dariusz Mioduski (Legia), Cezary Kulesza (Jagiellonia), Jarosław Mroczek (Pogoń Szczecin) i Tomasz Salski (ŁKS Łodź). Trudno stwierdzić, za którym z nich stoją większe pieniądze, ale jeśli wierzyć informacjom o wysokości budżetów poszczególnych klubów, to na szali największe kwoty kładzie właściciel stu procent akcji stołecznej Legii.

Mioduski pojawił się w Legii już w 2004 roku, gdy klub przejął holding ITI. Został wtedy członkiem rady nadzorczej, a 10 lat później do spółki z Leśnodorskim odkupił Legię od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a potem wykupił od współudziałowców pozostałe 40 i od 2,5 roku jest jedynym właścicielem stołecznego klubu. Przejął Legię pół roku po awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale jak do tej pory nie zdołał powtórzyć tego osiągnięcia. W dwóch kolejnych sezonach legioniści odpadali w kwalifikacjach europejskich pucharów w żenującym stylu, a w minionym sezonie straciła nawet prymat na krajowym podwórku na rzecz Piasta Gliwice. To jednak Legia w tym sezonie jako jedyna z kwartetu naszych „pucharowiczów” dotarła do ostatniej fazy eliminacji (rewanżowy mecz z Glasgow Rangers zakończył się po zamknięciu wydania).

Filipiak z kolei jest jedynym w gronie właścicieli naszych piłkarskich klubów szefem i właścicielem spółki notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych. Jego Comarch jest jedną z największych polskich firm informatycznych, działa w 31 krajach. Na liście najbogatszych Polaków „Forbesa” znalazł się na 95. miejscu. Poza nim w tym zestawieniu nie ma innego właściciela polskiego klubu piłkarskiego.

Wszechwładny szef Jagiellonii Cezary Kulesza działa w branży muzycznej specjalizującej się w segmencie disco polo i finansowa przejrzystość nie jest mu potrzebna. Kulesza w Jagiellonii jako działacz pojawił się 2008 roku, zostając dyrektorem sportowym. Potem wszedł do zarządu klubu, a w styczniu 2010 roku został jego prezesem. W białostocki klub zainwestował własne pieniądze, ale dzisiaj jest jednym z dziewięciu współwłaścicieli. Takiego rozproszenia nie ma w żadnym innym klubie ekstraklasy, ale nie jest tajemnicą, że Kulesza ma w Jagiellonii decydujące zdanie. Jak wieść niesie w najbliższych wyborach władz PZPN zostanie wystawiony do walki o fotel prezesa i ma duże szanse go zdobyć.

Jarosław Mroczek tuż przed ustrojową transformacją założył z kolegami w Szczecinie firmę EPA, dzisiaj jednego z największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosili się działacze odradzającej się po bankructwie Pogoni. Nie odmówił, bo jako dziecko sam grał w szczecińskim klubie. Dzisiaj EPA ma 74 procent akcji, zaś Mroczek od 2011 roku pełni z powodzeniem także funkcję prezesa Pogoni.

ŁKS-em z nie mniejszym powodzeniem rządzi natomiast Tomasz Salski, właściciel firmy „Klepsydra” zarządzającej siecią domów pogrzebowych i krematoriów na terenie Łodzi, Koluszek i Krakowa. Przy jego dużym udziale łódzki zespół powrócił do ekstraklasy po siedmiu latach przerwy. Najpierw tylko wspierał klub finansowo, ale w 2016 roku stanął na jego czele zastępując Marka Saganowskiego i Tomasza Wieszczyckiego. Pod wodzą Salskiego piłkarze ŁKS-u awansowali rok po roku z III ligi do ekstraklasy.
Trudno powiedzieć dlaczego ekstraklasa, mając w swoich szeregach takich obrotnych ludzi, nie jest w stanie w swoim gronie wypracować takie zasady współpracy, żeby jej poziom sportowy systematycznie wzrastał. Zwłaszcza, że w pozostałych 11 klubach rządzą ludzie znający się na rzeczy. Prezesami na pełny etat są Karol Klimczok w Lechu, Wojciech Cygan w Rakowie Częstochowa, Piotr Waśniewski w Śląsku Wrocław, Grzegorz Stańczuk w Arce Gdynia, Paweł Żelem w Piaście Gliwice, Piotr Obidziński w Wiśle Kraków, Mateusz Drożdż w Zagłębia Lubin, Krzysztof Zając w Koronie Kielce czy wreszcie pełniący od niedawna funkcję prezesa zarządu Lechii Gdańsk Janusz Biesiada, wcześniej znany w działalności w siatkówce.
Tymczasem jest tak, że skauci z klubów zachodniej Europy bezkarnie buszują po Polsce i wyciągają za bezcen utalentowanych graczy, a jeśli już na boiskach ekstraklasy objawi się jakiś talent, jest sprzedawany w porównaniu z europejskimi realiami za przysłowiową czapkę gruszek.

Wspomniany już Janusz Filipiak jeszcze dekadę temu stawiał w Cracovii na polskich piłkarzy, także na wychowanków. Teraz w ekipie „Pasów” są gracze z całego świata, ale największe pieniądze w ostatnich latach na transferach krakowski klub zarobił ze sprzedaży Bartosza Kapustki i Krzysztofa Piątka.

Zestaw par 7. kolejki PKO Ekstraklasy
Piątek: Arka Gdynia – Górnik Zabrze, godz. 18:00, sędziuje Jarosław Przybył;
Korona Kielce – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak.
Sobota: Wisła Płock – ŁKS Łódź, godz. 15:00, sędziuje Krzysztof Jakubik;
Piast Gliwice – Lechia Gdańsk, godz. 17:30, sędziuje Paweł Raczkowski;
Wisła Kraków – Zagłębie Lubin, godz. 20:00, sędziuje Daniel Stefański.
Niedziela: Śląsk Wrocław – Pogoń Szczecin, godz. 15:00, sędziuje Piotr Lasyk;
Lech Poznań – Cracovia, godz. 17:30, sędziuje Bartosz Frankowski;
Legia Warszawa – Raków Częstochowa, godz. 20:00, sędziuje Tomasz Musiał.