Boniek powoli oddaje stery

W miniony wtorek przedstawiciele 16 klubów piłkarskiej ekstraklasy spotkali się w stołecznym hotelu „Sofitel”, żeby wybrać nową radę nadzorczą zarządzającej rozgrywkami spółki. PZPN reprezentował Marek Koźmiński.

Przed tym spotkaniem było wiadomo, że do rady nadzorczej Ekstraklasy SA wejdą przedstawiciele czterech najlepszych klubów w poprzednim sezonie, czyli Legii Warszawa (Dariusz Mioduski), Lecha Poznań (Karol Klimczak), Piasta Gliwice (Grzegorz Jaworski) oraz Lechii Gdańsk (Adam Mandziara). Do obsadzenia dwóch pozostałych miejsc było trzech chętnych – prezes Jagiellonii Białystok Cezary Kulesza, prezes Rakowa Częstochowa Wojciech Cygan i prezes Zagłębia Lubin Artur Jankowski. W szranki nie stanęli natomiast zasiadający w radzie w poprzedniej kadencji Jakub Tabisz z Cracovii oraz Jarosław Mroczek z Pogoni Szczecin. W wyniku głosowania nominacje uzyskali Kulesza oraz Cygan, dla którego jest to debiut we władzach Ekstraklasy SA. Ale faktycznym zwycięzcą został Kulesza, który po raz kolejny został wybrany głosami większości z 12 klubów PKO Ekstraklasy. Z nieoficjalnych informacji wynika, że dostał poparcie 10 z nich, co jest poważnym kapitałem w kontekście przyszłorocznych wyborów na prezesa PZPN. Nie jest żadną tajemnicą, że Kulesza zamierza ubiegać się o fotel, który od 2012 roku okupuje Zbigniew Boniek, lecz o który zgodnie z polskim prawem nie będzie mógł się po dwóch kadencjach w przesuniętych na przyszły rok z powodu pandemii wyborach ubiegać.
Wedle opinii dobiegających ze środowiska piłkarskich działaczy, Kulesza jest w tej chwili faworytem w wyścigu o posadę prezesa PZPN, ale Boniek i jego ekipa nie zamierzają oddać władzy bez walki. Wiadomo, że wystawią w wyborcze szranki obecnego wiceprezesa PZPN Marka Koźmińskiego. Dlatego to właśnie on został desygnowany z ramienia PZPN do rady nadzorczej Ekstraklasy SA, w miejsce Agnieszki Olesińskiej, sekretarz Fundacji Piłkarstwa Polskiego. Czy pomoże to Koźmińskiemu w poprawieniu nie najwyższych notowań w ligowym środowisku, trudno przewidzieć.

W ekstraklasie tną zarobki

Zarządzająca rozgrywkami najwyższej piłkarskiej klasy rozgrywkowej w naszym kraju Ekstraklasa SA, za zgodą PZPN zezwoliła klubom na cięcie wynagrodzeń piłkarzy i trenerów nawet o 50 procent. Nie wszędzie jednak redukcje przebiegają bezkonfliktowo. Największy zamęt z tego powodu zrobił się nieoczekiwanie w Jagiellonii Białystok.

Rada nadzorcza Ekstraklasy S.A. uchwaliła, że kluby z powodu utraconych w czasie epidemii koronawirusa dochodów, mogą do czasu wznowienia rozgrywek obniżyć wynagrodzenia piłkarzy do 50 procent, jednak tylko tym, którzy zarabiają powyżej 10 tys. złotych miesięcznie. Ustalenia te są jasne i zważywszy na okoliczności, konieczne do zastosowania, dlaczego zatem zawodnicy Jagiellonii się buntują? Powody wyjaśnił w wywiadzie dla „PS” kapitan białostockiej drużyny Taras Romanczuk.
Piłkarzy Jagiellonii zirytowało, że władze klubu postawiły ich przed faktem dokonanym wprowadzając od razu maksymalne dopuszczalne cięcia zarobków, nie oczekując nawet akceptacji. „Jeden zgadza się na 15 procent obniżki, drugi na 25, ale są i tacy, którzy w ogóle nie dają na to zgody. Jak rozwiązać problem? Spotkać się z prezesem Kuleszą i porozmawiać. Myślę, że to normalna rzecz. Ja przekazałem mu, jak zespół przyjął propozycję obcięcia zarobków o 50 procent, ale na tym się skończyło, bo on teraz nie chce spotkania z całym zespołem.
Cezary Kulesza zareagował błyskawicznie, ale też w wypowiedzi dla mediów. „Mówimy o obniżkach, po których piłkarzom zostanie i po 30 tysięcy pensji miesięcznie. Ktoś chce mnie przekonać, że tyle nie wystarczy na utrzymanie rodziny? A nawet jeśli po obniżce zawodnik dostanie 10 tys. złotych brutto, to też przecież jest wynagrodzenie grubo powyżej średniej w kraju. A mówimy o ograniczeniach zarobków przez 3-4 miesiące” – przekonuje Kulesza. I dla przeciwwagi przytacza argument, iż Jagiellonia do końca czerwca poniesie straty finansowe w wysokości blisko 10 mln złotych. Cięcia zarobków w tym czasie pozwolą klubowi zmniejszyć zakładany deficyt o jedną trzecią tej kwoty.
W innych klubach ekstraklasy negocjacje odbywają się bardziej dyskretnie, co nie znaczy, że bez tarć i zgrzytów. Wolny od takich napięć jest chyba tylko Śląsk Wrocław, w którym piłkarze ustalili z zarządem zasady oraz wysokość redukcji płac jeszcze przed uchwałą rady nadzorczej Ekstraklasy SA. Zadziwiająco spokojnie cięcia zarobków przebiegły w obu klubach z Trójmiasta, chociaż Lechia Gdańsk i Arka Gdynia mają chyba w tej chwili największe problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Notorycznie zalegający z wypłatami dla piłkarzy gdański klub zaczął operację od niespodziewanej redukcji o 50 procent wynagrodzeń dla wszystkich członków zarządu „na czas trwania epidemii koronawirusa”, jak napisano w oficjalnym komunikacie.
W zagrożonej degradacją Arce Gdynia dziura budżetowa jest jeszcze większa niż w Lechii, bo władze miasta wstrzymały wypłatę sześciu milionów złotych jakie miały w swoim budżecie na wsparcie klubu. Do tego dochodzi jeszcze wielce prawdopodobne utrata pieniędzy z ostatniej transzy za prawa telewizyjne. Ich nabywcy, Canal+ i TVP, na razie czekają na dalszy rozwój wydarzeń i liczą, że zawieszone rozgrywki uda się wznowić i dokończyć, lecz jeśli okaże się to niemożliwe, na pewno nie zapłacą. Właśnie z Francji dotarła wiadomość, że Canal+ zapowiedział właśnie wstrzymanie wypłat dla Ligue 1.
Grupa Canal+ w związku z epidemią koronawirusa odmówiła zapłacenia trzeciej, ostatniej transzy za prawa do transmisji Ligue 1 w sezonie 2019/2020. Roczny kontrakt opiewa na sumę 558 mln euro, a do tego pokazująca te rozgrywki w niektórych krajach poza Francją telewizja BeIN Sports uiszczała kolejne 201 mln euro (42 mln euro w trzeciej transzy). Brak zapłaty trzeciej transzy oznacza, że do klubów nie trafi 110 milionów euro. „Zawieszenie płatności jest częścią kontekstu, w którym kryzys zdrowotny wpłynął na prawie wszystkie działania naszej grupy. Na naszą działalność w zakresie płatnej telewizji we Francji znaczny wpływ ma zamknięcie dużej części naszych kanałów sprzedaży oraz osłabienie atrakcyjności naszych ofert sportowych. Nasze przychody z reklam spadają. Jesteśmy zatem zobowiązani do podjęcia niezbędnych środków w celu złagodzenia finansowego wpływu tego kryzysu” – napisano w oficjalnym komunikacie Canal+.
Jeśli francuska stacja tak zamierza zrobić we własnym kraju, z pewnością postąpi podobnie również poza jego granicami, czyli z pewnością także w Polsce. Ta wiadomość z pewnością usztywni stanowisko klubowych władz w rozmowach z piłkarzami, a im odbierze ostatni argument przeciwko obniżce wynagrodzeń.

PZPN jak pączek w maśle

Polski Związek Piłki Nożnej jest najbogatszym polskim związkiem sportowym. Tak jest od zawsze i wynika to po prostu z największej popularności piłki nożnej, która utrzymuje się bez względu na sportowe wyniki reprezentacji i zapewnia PZPN-owi rosnące z roku na rok zyski bez względu na to, kto w danym momencie nim rządzi.

Ministerstwo sporu i turystyki właśnie opublikowało sprawozdanie finansowe PZPN za 2018 rok. Przypomnijmy, że pod względem sportowym nie był to rok udany, bo reprezentacja w mistrzostwach świata w Rosji odpadła już po fazie grupowej, a potem równie słabo wypadał w Lidze Narodów, przegrywając w grupie rywalizację z Portugalią i Włochami. Mimo to PZPN chwali się w swoim sprawozdaniu rekordowymi wpływami i zyskiem. W ubiegłym roku zyskał wzrost przychodów o 15,3 proc. do kwoty 240,62 mln złotych, a zysku netto z 15,3 do 26 mln złotych. Skąd ta góra pieniędzy? Głownie od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych. Wpływy z tytułu wpłat od sponsorów zwiększyły się o 31 procent i urosły do kwoty 65,2 mln złotych, natomiast ze sprzedaży praw telewizyjnych zwiększyły się o 39,1 procent do 44,4 mln złotych.

Wciąż rosnąca hojność sponsorzy

Przychody od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych stanowią rosnącą sukcesywnie część budżetu PZPN-u. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły w sumie 81,83 mln złotych i stanowiły blisko 40 procent przychodów organizacji, zaś w ubiegłym roku powiększyły się do kwoty 109,64 mln złotych i stanowiły już prawie 46 procent budżetu. Naszej piłkarskiej federacji finansową pomyślność zapewniają lukratywne kontrakty sponsorskie z Grupą Lotos oraz kilkoma innymi sponsorami, m.in. 99rent, Ustronianką, Oshee i Fakro, Coca-Colą, Totolotkiem, Nike, Allior Bank czy Blachotrapez.

Przychody PZPN-u ze sprzedaży praw telewizyjnych wyniosły w poprzednim roku 44,42 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły 31,93 mln złotych, co oznacza, że urosły o 39,1 procent. To jednak nie jest zasługa naszej federacji, tylko scentralizowania praw telewizyjnych sprzedawanych przez UEFA, a także praw do meczów towarzyskich naszych reprezentacji. PZPN sprzedaje też prawa do pokazywania Pucharu Polski i I Ligi, jesienią 2017 roku Polsat kupił je na wyłączność od połowy 2021 roku.
Wyśrubowane do granic kibicowskiej wytrzymałości ceny biletów na mecze reprezentacji nie pozwalają na wzrost dochodów z tego tytułu i utrzymują się na poziomie mniej więcej 36 mln złotych. W ubiegłym roku reprezentacja rozegrała w kraju osiem meczów – wiosną trzy sparingi przed mistrzostwami świata, a jesienią dwa mecze w Lidze Narodów (z Włochami i Hiszpanią) oraz dwa towarzyskie.

PZPN obłowił się za to na mundialu w Rosji, chociaż reprezentacja nie wyszła tam nawet z grupy. Do kasy związku 39,3 mln złotych, głównie ze sprzedaży przyznanej związkowi puli biletów dla polskich kibiców i części wpływów z praw telewizyjnych i marketingowych. Wpływy z dotacji od UEFA wyniosły 14,5 mln złotych. Budżet naszej futbolowej federacji zasiliły też opłaty transferowe (2,4 mln zł) oraz przychody określone jako pozostałe (wzrosły z 15,9 do 18,9 mln zł).

Dużo chętnych do pilnowania kasy

Rządząca obecnie piłkarską organizacją ekipa Zbigniewa Bońka, licząca wraz z nim 81 zatrudnionych etatowo osób, wydała w 2018 roku 202,6 mln złotych, znacznie więcej niż rok wcześniej, kiedy to na cele statutowe i inne poświęciła z budżetu 179,9 mln zł. Związek wykorzystał w całości 8,42 mln zł dotacji z ministerstwa sportu i turystyki. Koszty występu reprezentacji na mistrzostwach świata wyliczono na 15,5 mln złotych. Były takie stosunkowo niskie, bo związek nie musiał wypłacić piłkarzom żadnych premii. Drużyna miała je dostać dopiero po wyjściu z grupy, a ich wysokość miała rosnąć w zależności od zajętego w turnieju miejsca.

Za rok dojdzie do ostrej walki o władzę nad tym zamożnym związkiem sportowym. Obecny prezes Zbigniew Boniek nie będzie mógł już kandydować, bo właśnie kończy drugą kadencję, a prawo zabrania ubiegania się w związkach sportowych o więcej niż dwie. Wśród potencjalnych następców wymienia się Marka Koźmińskiego, obecnie wiceprezesa ds. szkoleniowych, uważanego za prawą rękę Bońka i gwaranta utrzymania wpływów przez obecną ekipę, ale też Radosława Michalskiego, obecnego szefa Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszę, uwolnionego przez wyborców z sejmowych obowiązków Romana Koseckiego, a także byłego prezesa Legii Bogusława Leśnodorskiego oraz byłego arbitra i prezesa PZPN Michała Listkiewicza.

 

Kto zastąpi Bońka?

Za niewiele ponad rok, konkretnie 26 października 2020 roku, może dojść do zmiany władz PZPN, bo tego dnia odbędą się wybory nowego prezesa i członków zarządu. Obecny sternik piłkarskiego związku, Zbigniew Boniek, po dwóch kadencjach nie może już kandydować, co wcale nie oznacza, że zamierza zrezygnować z realnej władzy w związku. Warunkiem jest zdobycie miejsca w nowym zarządzie i osadzenie na fotelu prezesa człowieka, którym da się sterować.

Wyborcza matematyka przy wyborze nowego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jest dosyć prosta. Elektorami będą delegaci na walne zgromadzenie w liczbie 118 osób. Jeden z nich zastąpi na stanowisku Zbigniewa Bońka. Żeby stanąć w wyborcze szranki trzeba jednak przedstawić co najmniej 15 deklaracji poparcia, które mogą udzielić kluby ekstraklasy i I ligi oraz Wojewódzkie Związki Piłki Nożnej. To są trzy najpoważniejsze siły w PZPN: WZPN-y mają do dyspozycji 60 głosów, ekstraklasa 32, a I liga 18, czyli w sumie 110 głosów. Żeby wygrać wybory w pierwszej turze, trzeba zdobyć ponad połowę głosów, czyli minimum 60.

Chociaż do wyborów jeszcze szmat czasu, w mediach już pojawiają się pierwsze informacje o toczących się zakulisowych rozgrywkach. Na przykład tvp.info.pl podaje, że w tej chwili gronie najpoważniejszych kandydatów do objęcia funkcji prezesa PZPN wymieniane są trzy nazwiska: prezesa i współwłaściciela Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, a obecnie znajdującego się poza futbolowym środowiskiem Bogusława Leśnodorskiego oraz obecnego sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego. W Mazowieckim Związku Piłki Nożnej rozważany jest ponoć wariant wystawienia Romana Koseckiego, ale tylko w przypadku, gdy przegra wybory do Sejmu. „Kosa” już raz był kandydatem na prezesa PZPN, ale w 2012 roku ustąpił Bońkowi i zadowolił się posadą wiceprezesa ds. szkoleniowych. Po czterech latach w kolejnym starciu o związkowe posady już nie uczestniczył, ale w Mazowiecki ZPN jest członkiem zarządu i raczej nie będzie miał problemu z uzyskaniem mandatu delegata na zjazd wyborczy. Lecz jeśli utrzyma się w Sejmie, raczej na pewno nie będzie zainteresowany walką o władzę w PZPN. Dlatego na razie nie jest wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów, jak ma to miejsce w przypadku nie kryjących się z takimi ambicjami Kuleszy, Sawickiego czy Leśnodorskiego.

Walka o kluczowe posady zapowiada się emocjonująco, bo piłkarskie środowisko jest już mocno zmęczone autorytarnymi rządami Bońka i chciałoby powrotu do zdecydowanie bardziej demokratycznych reguł obowiązujących za kadencji Michała Listkiewicza. Ta coraz częściej wyrażana tęsknota ośmieliła wciąż lubianego w futbolowych kręgach byłego arbitra do podjęcia starań o odzyskanie utraconej w 2008 roku pozycji. Dla Bońka jednak ewentualne zwycięstwo Listkiewicza to byłaby życiowa klęska, bo po tym jak brutalnie wyrzucił go ze struktur związkowych nie miałby prawa liczy na odpuszczenie win, tylko na srogi rewanż i odpłatę w myśl zasady „oko za oko”.

Dlatego obecny sternik pezetpeenowskiej nawy kombinuje, żeby przeforsować kandydaturę swojego człowieka, a jedynym, na którego lojalność może od biedy liczyć, jest zawdzięczający mu błyskotliwą karierę Sawicki. Za jego plecami w nowych władzach Boniek mógłby objąć funkcję wiceprezesa lub nawet zostać tylko zwykłym członkiem zarządu i zachować realne wpływy na działania PZPN. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o to, że jest to warunek pozwalający Bońkowi utrzymać w przyszłości miejsce w komitecie wykonawczym UEFA. Dodajmy – warunek niezbędny, bo bez jego spełnienia mandatu nie utrzyma.

Wybór Sawickiego byłby jednak tak oczywistym przedłużeniem władzy Bońka, że dla sporej części środowiska taki wariant jest w tej chwili niemożliwy do zaakceptowania. Ale do wyborów jeszcze ponad rok, a zatem dosyć czasu, żeby zbudować Sawickiemu wystarczające poparcie. Jeśli się to nie uda, Boniek u każdego innego zdobywcy prezesowskiego stołka będzie petentem, a od takiej roli przez ostatnie siedem lat zdążył się już przyzwyczaić. No i straci też niekontrolowany dostęp do kasy, a kto wie – może nawet zostanie rozliczony z ośmiu lat ich wydawania?

 

Trudno jest rządzić w ekstraklasie

Pod względem sportowym nasza piłkarska ekstraklasa to europejska druga liga, czego najlepszym dowodem jest żenująco słaba postawa jej najlepszych drużyn w europejskich pucharach. Prezes PZPN Zbigniew Boniek mówi wprost, że winni temu są ludzie zarządzający na co dzień klubami. Ta raczej kontrowersyjna ocena.

W odróżnieniu od prezesa PZPN, który jako szef piłkarskiego związku nie wykłada na jego działalność własnych pieniędzy, większość sterników ligowych klubów w większym lub mniejszym stopniu łoży na ich utrzymanie ze swojej kieszeni. Do prezesów, którzy zarazem są też właścicielami lub co najmniej współudziałowcami klubów, zaliczają się Janusz Filipiak (Cracovia), Dariusz Mioduski (Legia), Cezary Kulesza (Jagiellonia), Jarosław Mroczek (Pogoń Szczecin) i Tomasz Salski (ŁKS Łodź). Trudno stwierdzić, za którym z nich stoją większe pieniądze, ale jeśli wierzyć informacjom o wysokości budżetów poszczególnych klubów, to na szali największe kwoty kładzie właściciel stu procent akcji stołecznej Legii.

Mioduski pojawił się w Legii już w 2004 roku, gdy klub przejął holding ITI. Został wtedy członkiem rady nadzorczej, a 10 lat później do spółki z Leśnodorskim odkupił Legię od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a potem wykupił od współudziałowców pozostałe 40 i od 2,5 roku jest jedynym właścicielem stołecznego klubu. Przejął Legię pół roku po awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale jak do tej pory nie zdołał powtórzyć tego osiągnięcia. W dwóch kolejnych sezonach legioniści odpadali w kwalifikacjach europejskich pucharów w żenującym stylu, a w minionym sezonie straciła nawet prymat na krajowym podwórku na rzecz Piasta Gliwice. To jednak Legia w tym sezonie jako jedyna z kwartetu naszych „pucharowiczów” dotarła do ostatniej fazy eliminacji (rewanżowy mecz z Glasgow Rangers zakończył się po zamknięciu wydania).

Filipiak z kolei jest jedynym w gronie właścicieli naszych piłkarskich klubów szefem i właścicielem spółki notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych. Jego Comarch jest jedną z największych polskich firm informatycznych, działa w 31 krajach. Na liście najbogatszych Polaków „Forbesa” znalazł się na 95. miejscu. Poza nim w tym zestawieniu nie ma innego właściciela polskiego klubu piłkarskiego.

Wszechwładny szef Jagiellonii Cezary Kulesza działa w branży muzycznej specjalizującej się w segmencie disco polo i finansowa przejrzystość nie jest mu potrzebna. Kulesza w Jagiellonii jako działacz pojawił się 2008 roku, zostając dyrektorem sportowym. Potem wszedł do zarządu klubu, a w styczniu 2010 roku został jego prezesem. W białostocki klub zainwestował własne pieniądze, ale dzisiaj jest jednym z dziewięciu współwłaścicieli. Takiego rozproszenia nie ma w żadnym innym klubie ekstraklasy, ale nie jest tajemnicą, że Kulesza ma w Jagiellonii decydujące zdanie. Jak wieść niesie w najbliższych wyborach władz PZPN zostanie wystawiony do walki o fotel prezesa i ma duże szanse go zdobyć.

Jarosław Mroczek tuż przed ustrojową transformacją założył z kolegami w Szczecinie firmę EPA, dzisiaj jednego z największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosili się działacze odradzającej się po bankructwie Pogoni. Nie odmówił, bo jako dziecko sam grał w szczecińskim klubie. Dzisiaj EPA ma 74 procent akcji, zaś Mroczek od 2011 roku pełni z powodzeniem także funkcję prezesa Pogoni.

ŁKS-em z nie mniejszym powodzeniem rządzi natomiast Tomasz Salski, właściciel firmy „Klepsydra” zarządzającej siecią domów pogrzebowych i krematoriów na terenie Łodzi, Koluszek i Krakowa. Przy jego dużym udziale łódzki zespół powrócił do ekstraklasy po siedmiu latach przerwy. Najpierw tylko wspierał klub finansowo, ale w 2016 roku stanął na jego czele zastępując Marka Saganowskiego i Tomasza Wieszczyckiego. Pod wodzą Salskiego piłkarze ŁKS-u awansowali rok po roku z III ligi do ekstraklasy.
Trudno powiedzieć dlaczego ekstraklasa, mając w swoich szeregach takich obrotnych ludzi, nie jest w stanie w swoim gronie wypracować takie zasady współpracy, żeby jej poziom sportowy systematycznie wzrastał. Zwłaszcza, że w pozostałych 11 klubach rządzą ludzie znający się na rzeczy. Prezesami na pełny etat są Karol Klimczok w Lechu, Wojciech Cygan w Rakowie Częstochowa, Piotr Waśniewski w Śląsku Wrocław, Grzegorz Stańczuk w Arce Gdynia, Paweł Żelem w Piaście Gliwice, Piotr Obidziński w Wiśle Kraków, Mateusz Drożdż w Zagłębia Lubin, Krzysztof Zając w Koronie Kielce czy wreszcie pełniący od niedawna funkcję prezesa zarządu Lechii Gdańsk Janusz Biesiada, wcześniej znany w działalności w siatkówce.
Tymczasem jest tak, że skauci z klubów zachodniej Europy bezkarnie buszują po Polsce i wyciągają za bezcen utalentowanych graczy, a jeśli już na boiskach ekstraklasy objawi się jakiś talent, jest sprzedawany w porównaniu z europejskimi realiami za przysłowiową czapkę gruszek.

Wspomniany już Janusz Filipiak jeszcze dekadę temu stawiał w Cracovii na polskich piłkarzy, także na wychowanków. Teraz w ekipie „Pasów” są gracze z całego świata, ale największe pieniądze w ostatnich latach na transferach krakowski klub zarobił ze sprzedaży Bartosza Kapustki i Krzysztofa Piątka.

Zestaw par 7. kolejki PKO Ekstraklasy
Piątek: Arka Gdynia – Górnik Zabrze, godz. 18:00, sędziuje Jarosław Przybył;
Korona Kielce – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak.
Sobota: Wisła Płock – ŁKS Łódź, godz. 15:00, sędziuje Krzysztof Jakubik;
Piast Gliwice – Lechia Gdańsk, godz. 17:30, sędziuje Paweł Raczkowski;
Wisła Kraków – Zagłębie Lubin, godz. 20:00, sędziuje Daniel Stefański.
Niedziela: Śląsk Wrocław – Pogoń Szczecin, godz. 15:00, sędziuje Piotr Lasyk;
Lech Poznań – Cracovia, godz. 17:30, sędziuje Bartosz Frankowski;
Legia Warszawa – Raków Częstochowa, godz. 20:00, sędziuje Tomasz Musiał.

 

Liga jest słaba, ale dochodowa

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy spółki Ekstraklasy S.A. wyłoniło nowy skład rady nadzorczej, która udzieliła zarządowi jednogłośnego absolutorium.

 

W komunikacie prasowym Ekstraklasa S.A. poinformowała, że do rady nadzorczej automatycznie weszli przedstawiciele czterech najlepszych klubów w ubiegłym sezonie – Legii Warszawa (właściciel i prezes w jednej osobie Dariusz Mioduski), Jagiellonii Białystok (prezes i główny akcjonariusz Cezary Kulesza), Lecha Poznań (prezes klubu Karol Klimczak) oraz Górnika Zabrze (prezes zarządu Roman Kusz). Dwóch kolejnych członków rady zostały wybranych z przedstawicieli pozostałych 12 klubów ekstraklasy, a otrzymali je prezes Korony Kielce Krzysztof Zając oraz przewodniczący rady nadzorczej Piasta Gliwice Grzegorz Jaworski. W składzie rady nadzorczej Ekstraklasy S.A. pozostał reprezentujący w niej PZPN Zbigniew Boniek.

Walne zgromadzenie akcjonariuszy zatwierdziło sprawozdanie z działalności spółki za sezon 2017-2018. Ekstraklasa S.A. zanotowała w tym czasie rekordowe przychody, które przekroczyły 181 mln złotych. Jest to kwota o prawie 8 mln wyższa niż w poprzednim sezonie. To skąd ten żenująco słaby poziom sportowy rozgrywek?