Problem z Grosickim

Restart piłkarskich rozgrywek w całej Europie sprawił, że niemal wszyscy piłkarze powoływani przez Jerzego Brzęczka do kadry albo wrócili do gry, albo rozpoczęli przygotowania do nowego sezonu. To daje nadzieję, że do wrześniowych meczów w Lidze Narodów z Holandią oraz Bośnią i Hercegowiną wszyscy kadrowicze zdążą osiągnąć wysoką formę. Na razie prezentują się różnie.

Poza wszelką konkurencją jest w tej chwili Robert Lewandowski, który po restarcie rozgrywek Bundesligi zachwyca skutecznością i mistrzowską formą, więc w jego przypadku możemy być chyba stuprocentowo pewni, że za dwa miesiące nie obniży lotów. Cieszy też coraz lepsza gra Krzysztofa Piątka w Herthcie Berlin, a z kadrowiczów występujących w Bundeslidze jak na razie zawodzi jedynie Dawid Kownacki. Skrzydłowy Fortuny Duessledorf wyleczył już co prawda kontuzję i wrócił do meczowej kadry swojego zespołu, ale na razie grzeje ławę, a na domiar złego Fortunie grozi degradacja do niższej ligi, co może spowodować poważne perturbacje w karierze tego piłkarza. Kownacki jest najdroższym graczem ekipy z Duesseldorfu i po ewentualnym spadku klub pewnie będzie chciał się go szybko pozbyć, a jak wiadomo taka sytuacja raczej nie pomaga w uzyskaniu wysokiej formy.
Po restarcie rozgrywek przeciętnie jak na razie spisują się bramkarze. Wojciech Szczęsny w poniedziałkowym meczu Serie A Juventusu z Bologną (2:0) zachował co prawda czyste konto, ale grał niepewnie i było widać, że długa przerwa źle wpłynęła na jego dyspozycję. Za swój występ zebrał słabe noty. Niewiele lepiej wypadł też grający w Bolognie Łukasz Skorupski. Jeśli chodzi o innych kluczowych kadrowiczów występujących we włoskiej ekstraklasie, to do gry wrócili Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik w SSC Napoli oraz Karol Linetty i Bartosz Bereszyński w Sampdorii Genua. Ale cała czwórka, a także występujący obecnie w ekipie SPAL Arkadiusz Reca, szykują się do zmiany klubowych barw albo negocjują nowe kontrakty, zatem mogą wkrótce znaleźć się w podobnym położeniu, jak wspomniany wyżej Kownacki.
Także Łukasz Fabiański nie błyszczał w bramce West Hamu United w przegranym przez jego zespół 0:2 spotkaniu Premier League z Wolverhampton. Zdecydowanie lepiej oceniono grającego w Southampton na pozycji stopera Jana Bednarka w wygranym przez jego zespół 3:0 wyjazdowym meczu z Norwich. „Święci” mają 11 punktów przewagi nad strefą spadkową i Bednarek nie musi martwić się o swoją przyszłość.
Co innego Fabiański, bo jego drużynie zagraża widmo degradacji do Championship, z której do klubowej elity w Anglii próbują się dostać występujący w drużynie wicelidera tych rozgrywek, Leeds United, Mateusz Klich oraz pozyskany zimą z Hull City przez prowadzący w stawce West Bromwich Albion Kamil Grosicki. Niestety, o ile Klich po wznowieniu rozgrywek nie stracił pozycji podstawowego gracza, to lewoskrzydłowy naszej reprezentacji w nowym klubie nie tylko że nie zdołał wywalczyć miejsca w podstawowej jedenastce, to na dodatek w pierwszej kolejce po restarcie rozgrywek zabrakło dla niego miejsca nawet w szerokiej kadrze na mecz z Birmingham (0:0).
Trener West Bromwich Slaven Bilić w siedmiu ligowych kolejkach rozegranych przed zawieszeniem rozgrywek za każdym razem sadzał reprezentanta Polski na ławce rezerwowych i wpuszczał na boisko dopiero na ostatnie minuty meczów, w starciu z Birmingham nie zdecydował się nawet na takie rozwiązanie. „Chciałem mieć w odwodzie dwóch napastników, dlatego musiałem odesłać na trybuny dwóch pomocników i zdecydowałem, że będą to Conor Townsend i Kamil Grosicki. Wiem, że obaj są tym mocno rozczarowani, ale walczymy o awans i najważniejszy jest interes drużyny” – wyjaśnił chorwacki szkoleniowiec. Miejmy nadzieje, że po bezbramkowym remisie Bilić zmieni zdanie odnośnie przydatności polskiego piłkarza, bo jeśli nie, trener reprezentacji Polski będzie miał we wrześniu problem z obsadą lewego skrzydła, albo będzie musiał postawić na innego zawodnika.
Do gry wróciła też liga rosyjska, ale bez Sebastiana Szymańskiego, który wraz z dwoma innymi graczami Dynama Moskwa zaraził się koronawirusem i wylądował w szpitalu. W trakcie zawieszenia rozgrywek ulotniła się niestety wielka forma Grzegorza Krychowiaka, bo w pierwszym po restarcie meczu Lokomotiwu Moskwa, z FK Orenburg (1:0), nasz piłkarz dostał słabe noty za swój występ. W spotkaniu tym zagrał też Maciej Rybus, który wreszcie wyleczył kontuzję i jest w stanie grać na pełnych obrotach przez cały mecz.
Słabszy występ Krychowiaka nie wywołał w Rosji negatywnych reakcji. „To prawda, zagrał słabiej niż mogliśmy oczekiwać, ale bez wątpienia wkrótce wróci do swojej normalnej formy. Podczas niedzielnego spotkania był dobrze pilnowany i nie był w stanie uwolnić się od rywali. To wszystko dlatego, że jego szybkość nie była jeszcze wystarczająca” – napisano w ocenie występu kluczowego pomocnika reprezentacji Polski. Wypada mieć nadzieję, że „Krycha” szybko nadrobi te braki.

Nowe plany Brzęczka

Gdyby nie pandemia koronawirusa, przez którą przełożono na przyszły roki finały mistrzostw Europy, nasza piłkarska reprezentacja od minionego poniedziałku szykowałaby się na zgrupowaniu do turnieju Euro 2020.

Termin niedoszłego zgrupowania kadry wykorzystał jej selekcjoner Jerzy Brzęczek i przypomniał się kibicom udzielając wypowiedzi należącemu do PZPN serwisowi internetowemu „Łączy nas Piłka”. Skomentował w niej między innymi krytyczne opinie, jakie wzbudziła decyzja władz związku o przedłużeniu kontraktu z nim aż do końca 2021 roku, a w przypadku awansu do finałów mistrzostw świata w Katarze, nawet do 31 grudnia 2022 roku. „To normalne, że kontrakt selekcjonera rodzi dyskusje i ja nie mam z tym problemu. Przedłużenie świadczy, że wywiązaliśmy się ze swoich zadań. Awans jest, ale zachowujemy pokorę, bo trzeba rozwijać zespół. Styl i poziom gry nie zadowala wszystkich. Myślę jednak, że już w trakcie eliminacji widać było progres, zwłaszcza w meczach rozgrywanych jesienią ubiegłego roku” – przekonywał Brzęczek.
Selekcjoner biało-czerwonych ocenił też, czy przełożenie mistrzostw Europy wpłynie na formę zespołu. „Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Najbliższe mecze rozegramy dopiero we wrześniu, więc będziemy mieć aż dziesięć miesięcy przerwy. Nigdy się z czymś takim nie zetknęliśmy. Do Euro pozostał rok, więc nie mogę powiedzieć, że już teraz mam w głowie skład kadry, którą na tę imprezę zabiorę. Pewne plany już były, teraz jednak czeka nas długi okres przygotowań. W tym czasie mogą eksplodować jakieś nowe piłkarskie talenty. Wtedy na mistrzostwa pojedzie zawodnik, który w tej chwili nie jest brany pod uwagę. Pamiętajmy, że jeszcze przed Euro rozpoczną się eliminacje mistrzostw świata, a to też stworzy zupełnie nową sytuację” zapewnia Brzęczek.
Jeśli pandemia zostanie opanowana, to kadra Polski zbierze się na początku września i zagra pierwsze mecze w tegorocznej edycji Ligi Narodów. W październiku i listopadzie też zaplanowano po dwa mecze, ale ponadto po jednym dodatkowym meczu towarzyskim.

Brzęczek ma nowy kontrakt

Prezes PZPN Zbigniew Boniek przerwał w końcu medialne spekulacje o przyszłości Jerzego Brzęczka i raczył ogłosić, że zostawia go na tej posadzie do końca 2021 roku. To oznacza, obecny selekcjoner biało-czerwonych poprowadzi ich w tegorocznej Lidze Narodów oraz w turnieju Euro 2021, a potem jeszcze w kwalifikacjach mistrzostw świata 2022. Jeśli Polska awansuje na mundial w Katarze, jego umowa zostanie automatycznie przedłużona do 31 grudnia 2022 roku.

W komunikacie zamieszczonym na oficjalnej stronie internetowej PZPN Zbigniew Boniek tak wyjaśnia swoją decyzję. „Postanowiliśmy przedłużyć kontrakt z Jerzym Brzęczkiem do końca 2021 roku. Mamy pełne zaufanie do selekcjonera i prowadzonej przez niego reprezentacji. W umowie jest jedna istotna klauzula, która w sierpniu 2021 roku daje PZPN możliwość rozwiązania kontraktu. W tym okresie zakończy się moja kadencja na stanowisku prezesa PZPN i chciałbym, aby nowe władze federacji miały możliwość podjęcia autonomicznej decyzji odnośnie dalszej pracy selekcjonera” – powiedział sternik polskiego futbolu.
Gwoli przypomnienia – Brzęczek, który latem 2018 roku zastąpił na stanowisku selekcjonera reprezentacji Adama Nawałkę, miał kontrakt tylko do końca lipca tego roku, ale ponieważ turniej Euro 2020 przeniesiono z powodu pandemii koronawirusa o rok, logiczne było jej przedłużenie także o 12 miesięcy. Trudno mieć jednak pretensje do Bońka, że dorzucił Brzęczkowi górką jeszcze pół roku, bo pamiętajmy, że półtora miesiąca po turnieju Euro 2021 nasza reprezentacja będzie musiała z marszu zagrać mecze w kwalifikacjach do mistrzostw świata, więc chyba lepiej będzie jak zagra w nich zespół przygotowany przez Brzęczka do zmagań w kontynentalnym czempionacie, choćby nawet nie osiągnęła tam dobrego wyniku, niż drużyna montowana w pośpiechu przez nowego selekcjonera. Przecież doskonale wiemy z przeszłości, że w przeszłości żadnemu nie udawało się zacząć kadencji od serii zwycięstw.
Brzęczek nie przesadzał z wyrażaniem wdzięczności. Na tej samej oficjalnej stronie internetowej PZPN zamieszczono taki oto jego krótki komentarz: „Chciałem podziękować prezesowi Zbigniewowi Bońkowi i PZPN za zaufanie. Od początku jako selekcjoner czułem pełne wsparcie ze strony prezesa i władz związku. Dziś skupiamy się na dalszej pracy i z niecierpliwością czekamy na powrót reprezentacyjnej piłki”.
Decyzja Bońka nie była chyba dla nikogo zaskoczeniem, zatem nie odbiła się w Polsce większym echem, a zbulwersowała chyba tylko konsekwentnie przeciwnego Brzęczkowi Jana Tomaszewskiego. Nasz legendarny bramkarz, „człowiek, który zatrzymał Anglię”, wyraził żal, że prezes PZPN nie wziął pod uwagę jego krytycznych opinii o selekcjonerze. „Kompletnie się nie zgadzam z tą decyzją. Obym się mylił i oby za rok wyszło, że to Zbyszek Boniek miał rację, ale teraz jakoś nie potrafię sobie nawet wyobrazić argumentów, które przemawiały za tym, że to Brzęczek powinien poprowadzić kadrę na turnieju Euro 2021. Awans do turnieju finałowego to żaden wyczyn, bo do turnieju awansowało pół Europy, więc dla biało-czerwonych to był obowiązek, zwłaszcza z takiej słabej grupy. Tylko niech ktoś mi powie, jakim systemem gra reprezentacja Polski? Te ciągłe kombinacje z ustawieniu, z bramkarzami, dwiema dziewiątkami w ataku, z trzema defensywnymi pomocnikami, powodowało, że zespół wciąż nie wypracowała jakichkolwiek automatyzmów w grze. Dlatego uważam, że występ naszej reprezentacji w finałach mistrzostw Europy pod wodzą Brzęczka będzie kolejnym rozczarowaniem dla kibiców. On jako selekcjoner nie jest poważnie traktowany, także dlatego, że wciąż swoimi decyzjami wznieca niepotrzebne emocje, które musi potem gasić. Przykładem są bramkarze. Powiem szczerze – gdybym był na miejscu Wojciecha Szczęsnego, to w pewnym momencie bym zrezygnowałbym z występów w kadrze. Takich rzeczy trener kadry w relacjach z zawodnikami robić nie powinien. Ale widać, że Brzęczek przez te blisko dwa lata wciąż nie pozbył się w swoim działaniu maniery trenera klubowego” – twierdzi z przekonaniem Jan Tomaszewski.
Nasz świetny przed laty bramkarz nie jest odosobniony w swojej krytyce, bo przez ostatnie kilka tygodni, gdy rzekomo ważyły się losy Brzeczka jako trenera kadry, zebrał on z różnych stron mnóstwo cięgów. Czy zasłużonych? Do tej pory prowadził reprezentację w 16 spotkaniach. Jego bilans to osiem zwycięstw, cztery remisy i cztery porażki, a bilans bramkowy 23:13. W eliminacjach do Euro 2020 biało-czerwoni w starciach z zespołami Słowenii, Austrii, Macedonii Północnej, Izraela i Łotwy zanotowali osiem zwycięstw, jeden remis i jedną porażkę (bramki 18:5). Z grupy awansowali z pierwszego miejsca z przewagą sześciu punktów nad drugą Austrią, zatem rzeczywiście oceniając dokonania selekcjonera tylko od strony czysto wynikowej, trudno się do niego przyczepić. Kto jednak pamięta jakość gry prezentowanej w tych spotkaniach przez nasz zespół, w duchu musi przyznać też trochę racji i Tomaszewskiemu.
Tak więc wszyscy chyba powinniśmy trzymać kciuki, żeby pandemia koronawirusa zaczęła ustępować i żeby udało się rozegrać zaplanowane w drugiej połowie roku mecze w Lidze Narodów. Jak wiadomo biało-czerwoni dzięki zmianom regulaminowym utrzymali miejsce w europejskiej elicie i w swojej grupie zmierzą się z mocnymi ekipami Holandii, Włoch oraz Bośni i Hercegowiny. To będzie doskonały sprawdzian nie tylko dla piłkarzy, którzy w tych meczach wystąpią, ale przede wszystkim dla Brzęczka.

Brzęczek to nie Loew

Wybuch pandemii koronawirusa wywołał mnóstwo perturbacji w toczącym się w rytmie wielkich imprez sportowym światku. U nas pojawił się na przykład problem, jak potraktować kontrakt selekcjonera kadry piłkarzy nożnych Jerzego Brzęczka, którego kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku. Przełożenie przez UEFA piłkarskich mistrzostw Europy na przyszły rok w jego przypadku nie zostało uznane za automatyczne przedłużenie umowy, a w każdym razie potraktował tego w ten sposób prezes PZPN Zbigniew Boniek. I to starczyło, aby w mediach wybuchła na ten temat jałowa dyskusja.

Dyskusja wokół kontraktu i przyszłości Jerzego Brzęczka została wywołana przez Bońka, który w marcu, zaraz po ogłoszeniu decyzji UEFA o przełożeniu Euro 2020 na przyszły rok, publicznie stwierdził, że kontrakt selekcjonera wygasa z końcem lipca tego roku, a nie ma w nim punktu, który nakazywałby piłkarskiej federacji jego automatyczne przedłużenie o rok. Potem jeszcze pojawiły się medialne przecieki, że ponoć władze PZPN oferują Brzęczkowi umowę do końca tego roku, a jej ewentualne wydłużenie do mistrzostw Europy warunkują wynikami osiągniętymi w zaplanowanych na jesień meczach Ligi Narodów i spotkaniach towarzyskich.
Gdyby to była prawda, Bońka i wszystkich członków zarządu PZPN należałoby postawić przed Piłkarskim Trybunałem Stanu, gdyby takowy istniał, bo taka decyzja byłaby jawnym działaniem na korzyść futbolowej konkurencji. Nie ma jednak co odwoływać się aż do takich nadętych argumentów, bo coś takiego byłoby po prostu dowodem rażącej głupoty i niekompetencji, czego wcześniej w działaniach podejmowanych przez obecną ekipę rządzącą naszą piłkarską federacją nie dało się zauważyć. Bońkowi i jego ludziom można zarzucić wiele rzeczy, ale na pewno nie to. Wygląda raczej na to, że pan prezes chciał sobie i mediom tym tematem trochę urozmaicić nudny czas kwarantanny koronawirusowej, albowiem obiektywnie rzecz ujmując – w tej chwili nie ma żadnych przesłanek, żeby Brzęczkowi kontraktu nie przedłużyć co najmniej o rok, czyli do zakończenia Euro 2020/2021.
Z drugiej jednak strony trudno nie przyznać racji nielicznym krytykom obecnego selekcjonera biało-czerwonych. Najbardziej konsekwentny w kwestionowaniu trenerskich kompetencji Brzęczka jest nasz legendarny bramkarz Jan Tomaszewski. Jego zdaniem pod wodzą Brzęczka reprezentacja Polski nie tylko że przestała się rozwijać, ale wręcz pod względem jakości gry nawet cofać do poziomu sprzed ery Adama Nawałki. „Uważam, że Brzęczka nie powinien dalej prowadzić kadry. Nie panuje nad nią, nie wypracował jej jakiegoś wyróżniającego ją stylu gry, nie potrafił dopasować nawet ustawienia taktycznego pasującego do umiejętności wystawianych przez niego zawodników” – grzmiał w wypowiedzi udzielonej portalowi SportoweFakty.pl Tomaszewski.
W Polsce chcą zmieniać selekcjonera
W innych swoich medialnych wypowiedziach szedł jeszcze dalej w formułowaniu zarzutów. „Całe szczęście, że przez pandemię Euro 2020 zostało przełożone, bo zyskaliśmy czas na dokonanie zmiany selekcjonera. Brzęczkowi w lipcu kończy się kontrakt, co ułatwia sprawę. A szczerze wątpię by Zbigniew Boniek uważał, że wywalczenie awansu to wielka zasługa Brzęczka i należy mu się za to nagroda. Bez przesady, nasza drużyna okazała się najlepsza w słabej grupie, a nie zapominajmy, że do finałów mistrzostw Europy awansowały 24 reprezentacje, czyli prawie połowa z naszego kontynentu. Ale na turnieju tak lekko już nie będzie, bo chociaż mamy teraz znakomitą grupę piłkarzy, grających na co dzień w markowych klubach, to nikt naszej drużyny jakoś przesadnie się nie obawia. Adam Nawałka kapitalnie prowadził zespół w Euro 2016 i do końca eliminacji mistrzostw świata, ale na mundialu w Rosji zaczął kombinować i wszystko zepsuł. A Brzęczek zamiast jego błędy naprawić, dalej te błędy pogłębia, dlatego domagam się jego odejścia, bo moim zdaniem po jego wodzą przyszłoroczny występ biało-czerwonych zakończy się blamażem” – przekonuje Tomaszewski.
Wypowiedzi legendarnego bramkarza nie podgrzewają jednak atmosfery sporu, bo ludzie mają teraz na głowie poważniejsze sprawy, a chyba nie tylko dlatego dalsze losy Brzęczka są nam wszystkim raczej obojętne. I to zapewne jest wielkim zaskoczeniem dla prezesa Bońka, który przecież na własnej skórze przeżył medialną jazdę podczas swojej krótkiej kadencjo selekcjonera reprezentacji, a był też we władzach PZPN przy zamianie Janusza Wójcika na Jerzego Engela, widział też z bliska co działo się wokół Pawła Janas, Leo Beenhakkera, Franciszka Smudy i Waldemara Fornalika.
Jako prezes PZPN Boniek dotąd ma „na sumieniu” dwóch trenerów kadry – Adama Nawałkę i właśnie Brzęczka. Żaden z nich nie ma za sobą takiej wielkiej kariery piłkarskiej jaką może pochwalić się prezes PZPN, co pewnie nie ułatwiało pracy ani Nawałce i zapewne nie ułatwia teraz Brzęczkowi. Nie jest to jednak warunek niezbędny, żeby mieć posłuch w szatni reprezentacji Polski, także u graczy pokroju Roberta Lewandowskiego, Wojciecha Szczęsnego, Grzegorza Krychowiaka, Kamila Glika czy Piotra Zielińskiego.
W Niemczech trener kadry ma spokój
O tym, że jest to możliwe, widzimy po drugiej stronie Odry, bo Joachim Loew jest selekcjonerem reprezentacji Niemiec od lipca 2006 roku, a wcześniej przez dwa lata był asystentem Juergena Klinsmanna. Dzisiaj Loew zaliczany jest do gigantów futbolu, bo z niemieckim zespołem zdobył mistrzostwo świata w 2014 roku, wicemistrzostwo Europy w 2008 roku oraz brązowy medal mistrzostw świata w 2010 roku. Jego aktualny kontrakt wygasa w lipcu 2022 roku, zatem dopiero po mundialu w Katarze, więc nawet jeśli reprezentacja Niemiec dozna klęski na Euro 2021, Loew nie straci posady. Tak jak jej nie stracił po fatalnym występie niemieckiej drużyny na mundialu w Rosji, gdzie nie tylko nie obroniła mistrzowskiego tytułu wywalczonego w Brazylii, lecz nawet nie zdołała wyjść z grupy. Adam Nawałka za to samo został wywalony na bruk.
Niemcy dali trenerowi swojej kadry szansę na naprawienie błędów, z której Loew zresztą skorzystał i po nieudanym mundialu w Rosji gruntownie odmłodził i przebudował zespół. Nawałka też mógł to zrobić i całkiem niewykluczone, że gdyby Boniek dał mu ku temu sposobność, dzisiaj reprezentacja Polski grałaby znacznie lepiej niż robi to pod wodzą Brzęczka. Z drugiej jednak strony nie można też wykluczyć i takiej opcji, że za rok zacznie grać swój najlepszy futbol i w Euro 2021 dojdzie aż do finału. Wspomniany Loew piłkarzem był znacznie gorszym od Nawałki i Brzęczka, wielkiej kariery nie zrobił, a kończył już w szwajcarskiej drugiej lidze. Zanim Klinsmann zaproponował mu posadę swojego asystenta, Loew jako szkoleniowiec prowadził drugoligowe zespoły w Niemczech (VfB Stuttgart i Karlsruher) oraz pracował w Turcji (Fenerbahce i Adanaspor) i Austrii (Wacker Insbruck i Admira Wiedeń). Jak na standardy reprezentacji Niemiec nie była to z pewnością kariera uzasadniająca nominację na trenera kadry. Widocznie jednak Loew musiał mieć zalety, które skłoniły szefów federacji do powierzenia mu tej posady. Jakie zalety w Brzęczku zobaczył Boniek, których nie dostrzegają inni i dlaczego teraz zaczął się wahać? I to być może jest ten właściwy temat do rozważań w czasie wolnym od futbolu.

Kadra ma wolne aż do września

Piłkarze z powodu pandemii koronawirusa nie grają, a jeszcze są zmuszani do wyrzeczeń. Ale wciąż wierzą, że to tylko chwilowa niedogodność i wkrótce ich wygodne życie wróci na dawne tory. Ich wiarę podtrzymuje UEFA planująca dokończenie, nawet latem, zawieszonych w marcu rozgrywek.

Dzisiaj nikt nie jest w stanie przewidzieć końca pandemii koronawirusa, ale oceniając po tempie w jakim rozprzestrzenia się po świecie, raczej nie nastąpi to szybko. Zrozumiałe zatem są wdrażane pospiesznie przez kluby sportowe i federacje programy oszczędnościowe, na razie jednak nastawione niemal wyłącznie na obniżki wynagrodzeń zawodników oraz trenerów. W różnych krajach różnie jest to rozwiązywane, ale generalnie zarobki tnie się wszędzie. W piłce nożnej redukcje póki co dotyczą tylko wypłat w kwietniu, maju i czerwcu, bo w środowisku panuje przekonanie, że koronawirus do tego czasu odpuści i będzie można dokończyć zawieszone w marcu rozgrywki.
Dowodzą tego choćby poczynione w minioną środę ustalenia władz UEFA odnośnie nowego futbolowego terminarza. Pierwszeństwo przy jego ustalaniu mają mieć ligi krajowe, w drugiej kolejności Liga Mistrzów i Liga Europy, a na końcu dopiero reprezentacje narodowe. Najnowszy scenariusz zakłada, że rozgrywki ligowe w większości europejskich krajów uda się wznowić w czerwcu, dlatego pozostałe do rozegrania mecze w europejskich pucharach wstępnie planowane są na lipiec, a nawet na sierpień. Przy okazji UEFA rozwiązała też nurtujący klubowych działaczy problem z piłkarzami, którym kontrakty wygasają z końcem czerwca. Uznano, że w tak wyjątkowej sytuacji, w jakiej znalazł się europejski futbol, będzie można z takimi graczami, ale tylko za ich zgodą, przedłużyć umowy o miesiąc czy dwa.
Przy okazji władze UEFA pozbawiły złudzeń właścicieli klubów, także polskiej ekstraklasy, że wydadzą obligatoryjny przepis zezwalający im na swobodne regulowanie zarobków piłkarzy. Pod tym względem wszystko pozostaje po staremu – ustalonych w obowiązujących kontraktach wynagrodzeń nie można zmniejszać bez zgody zawodników. Generalne przekaz jest w tej sprawie jasny – także federacje krajowe nie mają prawnych możliwości, aby ingerować w zapisy kontraktowe między zawodnikiem a klubem.
Na razie wygląda więc na to, że sternicy europejskiego futbolu jeszcze respektują porządek prawny, na straży którego stoi FIFA, ale tylko dlatego, że wciąż żywią nadzieję, iż w czerwcu uda się wznowić ligową i pucharową rywalizację, dzięki czemu na konta bankowe klubów ponownie zaczną płynąć pieniądze od sponsorów i nadawców telewizyjnych oraz ze sprzedaży wejściówek na mecze.
Przesunięcie interesów reprezentacji narodowych na sam koniec „łańcucha pokarmowego” też jest zrozumiałe, bo krajowe federacje piłkarskie na ogół są w lepszej sytuacji finansowej od klubów, jako że ich budżetów płace tak mocno nie obciążają. Ale tu ówdzie, także w Polskim Związku Piłki Nożnej, przycięto wynagrodzenia selekcjonerom. Prezes PZPN Zbigniew Boniek co prawda zapewnia, że Jerzy Brzęczek sam zaproponował obniżkę swojego uposażenia o połowę, a w jego ślady poszli też trenerzy drużyn młodzieżowych. Dotyczy to na razie wynagrodzeń za kwiecień, maj, czerwiec i lipiec, co w przypadku Brzęczka oznacza jednak rezygnację z całkiem sporej kwoty – odpadnie mu z pensji za ten okres mniej więcej ćwierć miliona złotych. Dobrze to świadczy o jego empatii, z drugiej jednak strony wiadomo już, że w tym roku co najmniej do września nie będzie miał nic do roboty, bo wedle nowego scenariusza zaproponowanego w środę przez UEFA, dopiero tym miesiącu zaplanowano pierwszy termin dla reprezentacji. Zostało ustalone, że dwa jesienne terminy FIFA, przeznaczone na dwumecze w Lidze Narodów, zostaną wydłużone o jeden dzień i dzięki temu zamiast dwóch meczów, każda reprezentacja będzie mogła podczas zgrupowania rozegrać trzy w rytmie środa-sobota-środa lub wtorek-piątek-wtorek. Odwołany w marcu mecz z Ukrainą ma być dołączony do pierwszego terminu w Lidze Narodów, a zaległy mecz z Finlandią do drugiego. Natomiast mecze, które były umówione na czerwiec tego roku, z Rosją i Islandią, zostaną przeniesione o rok, na czerwiec 2021. Kluby już zgodziły się na wydłużenie reprezentacyjnych terminów, ale i tak wszystko w tej chwili zależy od efektów walki z pandemią. Jeśli nie uda się jej powstrzymać do czerwca, trzeba będzie kreśli zupełnie nowe scenariusze.

Reprezentację czekają dwa trudne lata

Przeniesienie turnieju Euro 2020 na przyszły rok w aspekcie czysto sportowym nie jest wielkim problemem dla reprezentacji Polski. Bez względu na to, kto będzie jej trenerem, przez 15 miesięcy nie zdoła przecież dokonać w kadrze personalnej rewolucji. A nawet gdyby chciał, nie pozwolą mu na to władze PZPN. Nasza piłkarska federacja będzie potrzebowała sukcesów drużyny narodowej, bo bez nich nie odbuduje zrujnowanych przez koronawirus finansów. Selekcjoner nie dostanie więc zgody na żadne eksperymenty.

Po przymusowej przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, drużynę narodową czeka półtoraroczna harówka. Jesienią tego roku biało-czerwoni powalczą w Lidze Narodów, od marca 2021 zaczną eliminacje do mistrzostw świata w Katarze, które potrwają do listopada tego roku, a w ich środku przyjdzie im odrobić zaległości z Euro 2020. Takie skomasowanie ważnych meczów w jednym roku niesie wyzwania, z jakimi żaden selekcjoner polskiej reprezentacji jeszcze się nie mierzył. Na razie nie ma co dywagować, czy ciężar oczekiwań udźwignie Jerzy Brzęczek, bo jego aktualny kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku, a póki co sternicy naszej futbolowej centrali nie kwapią się z jego przedłużeniem. Obsada stanowiska selekcjonera kadry jest jednak w tej chwili kwestią drugorzędną. Trener Brzęczek oraz jego sztab i tak nie mają teraz nic do roboty i wszystko wskazuje na to, że nie będą mieli co najmniej do końca lipca.
Wiek to tylko liczba, ale…
Załóżmy jednak, że umowa Brzęczka zostanie przedłużona i to on poprowadzi Polskę na turnieju, na który ją wprowadził. Po pierwsze, przebudowa drużyny będzie musiała zostać przeprowadzona w trakcie kwalifikacji do MŚ 2020, które mają wystartować w marcu 2021 roku, i być dostosowana do jesiennego terminu mundialu w Katarze. Dotąd reprezentacje narodowe w Europie funkcjonowały według dwuletniego cyklu, a zmiany pokoleniowe w kadrach dokonywały się zazwyczaj po mistrzostwach świata lub Europy i przed startem kwalifikacji do kolejnego turnieju. Teraz jednak selekcjonerzy będą musieli tym samym składem obskoczyć zarówno czerwcowe finały mistrzostw Europy, jak i eliminacje do mundialu w Katarze, co nie jest dobrą wiadomością dla piłkarzy zaawansowanych wiekowo.
Dla kilku graczy powoływanych dotąd regularnie przez trenera Brzęczka przesunięcie finałów mistrzostw Europy na 2021 rok może de facto oznaczać koniec reprezentacyjnej kariery. W tej grupie znajdują się: Jakub Błaszczykowski (rocznik 1985), Łukasz Fabiański (1985), Thiago Cionek (1986) i Artur Jędrzejczyk (1987). Oprócz Fabiańskiego, który przez Brzęczka przy osadzie bramki był dotąd traktowany na równych prawach z Wojciechem Szczęsnym, pozostali z wymienionych są w tej chwili zawodnikami drugiego wyboru, czyli rezerwowymi. Dla każdego z nich występ w tegorocznym turnieju miał być zwieńczeniem reprezentacyjnych karier, ale nawet gdyby pozostali w kadrze jeszcze przez rok, metryki oszukać się nie da. Błaszczykowskiemu już teraz co rusz przytrafiają się kontuzje, przez które nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymać wysokiej formy. Inna sprawa, że był dotąd w kadrze dzięki rodzinnym koneksjom z Brzęczkiem, bo od innego selekcjonera pewnie już po mundialu w Rosji przestałby dostawać powołania. Za rok będzie miał już jednak 36 lat, a podczas mundialu w Katarze 37 i jego przydatność dla reprezentacji będzie żadna. Podobnie jak Thiago Cionka i Jędrzejczyka. Obaj na rezerwowych dla Kamila Glika i Jana Bednarka już teraz słabo się nadawali. W kwalifikacjach Euro 2020 pierwszy z nich nie zagrał nawet minuty, a drugi wystąpił tylko w jednym meczu, a i to dlatego, że nie mógł zagrać kontuzjowany Glik.
Wiek nie powinien być decydującym kryterium przy ocenie przydatności piłkarza do kadry, ale czy to się komuś podoba czy nie, na ogół o tym przesądza. Chyba, że trener nie ma alternatywy, ale w przypadku drużyny narodowej takie sytuacje się nie zdarzają.
Bramkarzy ci u nas dostatek
Na razie nie wiadomo co postanowi Łukasz Fabiański, który po tegorocznym Euro planował pożegnanie z reprezentacją Polski. On jest rówieśnikiem Błaszczykowskiego, co w przypadku bramkarza nie jest jednak takim problemem, bo nie musi przecież w trakcie meczu zaliczać po 10-12 km, czego wymaga się od zawodnika grającego na pozycji skrzydłowego. Nic nie ujmując Fabiańskiemu, który jest filarem West Hamu United, to obiektywnie oceniając, w ubiegłym roku zaczęła uwidaczniać się już wyraźna różnica między nim a Wojciechem Szczęsnym. Różnica na niekorzyść Fabiańskiego, żeby była jasność. A to dlatego, że młodszy o pięć lat Szczęsny jest teraz w apogeum swoich możliwości, gra regularnie w jednym z najlepszych zespołów klubowych na świecie, który w każdym sezonie walczy o najwyższą stawkę w Lidze Mistrzów. I właśnie przedłużył z turyńskim klubem kontrakt do 2024 roku. To są wystarczające powody, żeby w reprezentacyjnej bramce stawiać właśnie na niego. Przy całym szacunku dla Fabiańskiego, gdyby nie błędy Szczęsnego i kilka pechowych dla niego zdarzeń, to Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek ustalanie składu wyjściowej jedenastki zaczynaliby od wpisania nazwiska Szczęsny do rubryki „bramkarz”.
Z punktu widzenia interesu reprezentacji nie ma zatem znaczenia, co postanowi Fabiański, bo w najbliższych latach bramkarzem numer 1 w kadrze będzie Szczęsny. A w rolach dublerów, z których za kilka lat wyłoni się jego następca, powinni być obsadzani występujący obecnie z powodzeniem w Fiorentonie 23-letni Bartłomiej Drągowski oraz 21-letni Radosław Majecki, który latem przeniesie się z Legii Warszawa do AS Monaco, Kamil Grabara (obecnie na wypożyczeniu z FC Liverpool do Huddersfield Town) i Marcin Bułka, na razie jeszcze trzeci bramkarz Paris Saint-Germain. Na tej pozycji reprezentacja Polski nie będzie miała w najbliższej dekadzie deficytu talentów, bo każdego roku ujawniają się nowe.
W defensywie też nie jest źle
W liniach obronnych w tej chwili nikt nie wyobraża sobie kadry Polski bez Kamila Glika (32 lata), Jana Bednarka (24), Macieja Rybusa (31), Tomasza Kędziory (26), Bartosza Bereszyńskiego (28), a nawet Arkadiusza Recy (25). Kto powinien do nich dołączyć? Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie ma sensu powoływać już Jędrzejczyka i Thiago Cionka, natomiast zamiast nich oswajać się z reprezentacją powinni już coraz lepiej radzący sobie w występującej w Serie A drużynie Cagliari 20-letni Sebastian Walukiewicz oraz 19-letni Michał Karbownik, który w Legii Warszawa zrobił furorę jako lewy obrońca, ale grał na tej pozycji z konieczności, bo ponoć to urodzony pomocnik i rozgrywający. Ci dwaj niewątpliwie utalentowani gracze ujawnili już futbolowy potencjał, w który warto inwestować.
Do tej formacji może też przecież dołączyć po wyleczeniu kontuzji więzadeł 22-letni Krystian Bielik, który już zdążył swoimi występami w reprezentacji zaklepać sobie w niej miejsce dla siebie i gdyby nie pech, miałby pewne miejsce w kadrze na Euro 2020. Ten uniwersalny piłkarz świetnie spisywał się też w roli defensywnego pomocnika. W jego przypadku przełożenie Euro 2020 o rok może okazać się zbawienne, o ile rzecz jasna zdoła wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji, co w przypadku graczy wracających po urazie więzadeł zawsze jest loterią.
Kto obok Krychowiaka?
Liderem linii środkowej naszej reprezentacji bez wątpienia jest w tej chwili Grzegorz Krychowiak, który w lidze rosyjskiej wybił się na gwiazdę, a w tym sezonie zadziwia wręcz niesłychaną jak na defensywnego pomocnika skutecznością – w 20 ligowych występach strzelił dziewięć goli i zaliczył cztery asysty. Ten 30-letni piłkarz od sześciu lat jest filarem biało-czerwonych i przez najbliższe dwa lata tej roli może go pozbawić co najwyżej jakaś ciężka kontuzja. Pewniakami w tej formacji są także 26-letni Piotr Zieliński (SSC Napoli), 21-letni Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), 30-letni Mateusz Klich (Leeds United) i 25-letni Przemysław Frankowski (Chicago Fire) i nawet 28-letni Jacek Góralski, chociaż powędrował na koniec świata do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Gdyby turniej Euro 2020 został rozegrany w tym roku, pewne miejsce na lewym skrzydle miałby zapewne 32-letni Kamil Grosicki, ale po przejściu zimą tego roku z Hull City do West Bromwich Albion w nowym klubie ma tylko status zmiennika i zważywszy na jego wiek, niewielkie szanse na wywalczenie miejsca w podstawowym składzie. Tym bardziej, że ekipa WBA, podobnie zresztą jak Leeds United (Klich), jest bliska wywalczenia awansu do Premier League, co z pewnością zaowocuje letnimi transferami nowych graczy. Teoretycznie zatem za kilka miesięcy możemy mieć dwóch kadrowiczów w klubach Premier League, lecz w marginalnych rolach i przez to z malejącym pożytkiem dla reprezentacji.
Na szczęście selekcjoner kadry ma szerszy wybór graczy w tej formacji. Po wyleczeniu kontuzji w drugiej połowie tego roku powinien już wrócić do gry Dawid Kownacki, być może w jakimś nowym klubie po zapowiedzianym odejściu z Leicester City odrodzi się w końcu zapomniany już przez polskich kibiców Bartosz Kapustka, piłkarz po przejściach, ale wciąż perspektywiczny, bo ledwie 24-letni. Może w końcu przebije się w kadrze ewidentnie niedoceniany przez Brzęczka Karol Linetty (Sampdoria Genua), może szansę dostanie rewelacyjnie spisujący się w barwach Uralu Jekaterynburg 26-letni Rafał Augustyniak, zbierający znakomite recenzje w rosyjskiej lidze, w której uznawany jest za najbardziej skutecznego w destrukcji defensywnego pomocnika. Na pewno powinien ją dostać 27-letni Damian Kądzior, który rozgrywa sezon życia w Dinamie Zagrzeb. W zespole mistrza Chorwacji do momentu przerwania rozgrywek miał na koncie 12 bramek i 9 asyst. Może wreszcie powody do wysłania im powołań dadzą tacy gracze, jak 22-letni Patryk Dziczek (Lazio Rzym, obecnie wypożyczony do II-ligowej Salernitany, czy 26-letni Radosław Murawski, grający obecnie w tureckim Denizlisporze.
Lewandowski i kto jeszcze?
W linii ataku poza wszelką konkurencją jest rzecz jasna 31-letni Robert Lewandowski i nic nie zapowiada, żeby przez najbliższe dwa lata miało coś się w tej kwestii zmienić. Drugie miejsce w aktualnej hierarchii napastników zajmuje 26-letni Arkadiusz Milik (SSC Napoli), a trzecie 25-letni Krzysztof Piątek (Hertha Berlin). Za nimi nie stoi jednak kolejka graczy z aspiracjami i umiejętnościami, żeby zająć miejsce tego tercetu. W lidze greckiej w tym sezonie furorę zrobił co prawda 23-letni Karol Świderski, najlepszy strzelec PAOK Saloniki, zaś za oceanem w amerykańskiej MLS mamy 25-letniego Jarosława Niezgodę i 23-letniego Adama Buksę, lecz obiektywnie rzecz biorąc nie są to piłkarze dobrze rokujący na przyszłość. Trzeba zatem trzymać kciuki za zdrowie „Lewego” i Milika oraz żeby Piątek odzyskał jak najszybciej skuteczność z okresu gry w Genui. I czekać na pojawienie się nowych, utalentowanych napastników.

Nie tylko Brzęczkowi wygasa umowa

Przełożenie przez UEFA turnieju Euro 2020 na przyszły rok postawiło kilka federacji w niezręcznej, a nawet niekomfortowej sytuacji wobec trenerów ich reprezentacji. Selekcjoner kadry Polski Jerzy Brzęczek ma kontrakt z PZPN wygasający z końcem lipca tego roku. W podobnej sytuacji jak on znajdują się jeszcze szkoleniowcy zespołów Belgii, Włoch, Portugalii, Ukrainy, Chorwacji, Danii i Austrii.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek sam wybrał Jerzego Brzęczka na nowego trenera biało-czerwonych i przez dwa lata konsekwentnie utrzymywał, że dokonał słusznego wyboru. Ale niedawno w jednym w programów telewizyjnych nieoczekiwanie stwierdził: „W kontrakcie selekcjonera reprezentacji nie ma klauzuli, która mówi, że awans gwarantuje prowadzenie drużyny także na turnieju Euro. Była tylko taka, która po awansie z automatu przedłużała kontrakt do końca lipca 2020 roku”. Czy to oznacza, że Brzęczek za rok nie poprowadzi biało-czerwonych w finałach mistrzostw Europy? Pewnie poprowadzi, bo mimo licznych zastrzeżeń do jego pracy, wyniki przemawiają na jego korzyść i odebranie mu tej możliwości byłoby dla PZPN „strzałem w stopę. Wygląda na to, że Boniek po prostu przygotował sobie grunt pod czekające go wkrótce negocjacje z selekcjonerem o przedłużeniu wygasającej z końcem lipca umowy.
W podobnej sytuacji co Brzęczek w ekipach finalistów Euro 2020 jest jeszcze siedmiu szkoleniowców. W lipcu kontrakty wygasną też Andrijowi Szewczence (Ukraina), Zlatko Daliciowi (Chorwacja), Roberto Manciniemu (Włochy), Roberto Martinezowi (Belgia) Fernando Santosowi (Portugalia) i Franco Fodzie (Austria). Oni jednak, podobnie jak selekcjoner biało-czerwonych, nie stoją na straconej pozycji i raczej na pewno dostana propozycje przedłużenia dotychczasowych umów. Na co takiego nie może już liczyć trener reprezentacji Danii Age Hareide. Władze duńskiej federacji już wcześniej z nim ustaliły, że odejdzie po Euro 2020, dlatego podpisały kontrakt z jego następcę, Kasparem Hjulmandemj, który przejmie kadrę od 1 sierpnia tego roku.
Hereide jest zatem największym poszkodowanym przez epidemię koronawirusa z trenerów finalistów mistrzostw Europy, bo z powodu przełożenia turnieju na przyszły rok norweski szkoleniowiec stracił okazję do zwieńczenia kilkuletniej pracy z duńską drużyną. Pod jego wodzą Dania w mistrzostwach świata w Rosji doszła do 1/8 finału, odpadając po porażce w rzutach karnych z Chorwacją, która później wywalczyła wicemistrzostwo globu. A potem udanie przeprowadził duńską reprezentacje przez eliminacje Euro 2020 – awansowała z drugiego miejsce w grupie D, zdobywając w ośmiu meczach 16 punktów (pierwsza była Szwajcaria z dorobkiem 17 pkt), ale jego drużyna nie poniosła nawet jednej porażki. Ma więc czego żałować.

Brzęczek nawet nie wysłał powołań

Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek miał w miniony poniedziałek rozesłać powołania dla kadrowiczów na marcowe mecze towarzyskie z Finlandią we Wrocławiu i Ukrainą w Chorzowie. Z oczywistego powodu, jakim jest epidemia koronawirusa, już od dawna było wiadome, że oba spotkania się nie odbędą.

Zakaz rozgrywania imprez masowych, nakaz unikania skupisk ludzkich – to tylko niektóre przeszkody w zorganizowaniu marcowego zgrupowania kadry. Wirus COVID-19 dotknął także reprezentantów Polski, bo zaraził się nim występujący na co dzień w Sampdorii Genua Bartosz Bereszyński. Ale nie tylko on nie mógłby przyjechać na zgrupowanie kadry. Także inni gracze grający w lidze włoskiej nie mogliby tego zrobić, a bez Wojciecha Szczęsnego, Piotra Zielińskiego, Arkadiusza Milika, Thiago Cionka, Karola Linettego, Arkadiusza Recy i wspomnianego Bereszyńskiego, trener Brzęczek raczej nie miałby po co organizować sparing reprezentacji. Decyzja o rezygnacji z marcowych meczów była więc jedynie formalnością.
Spotkania z Ukrainą i Finlandią na razie przełożono na czerwiec, lecz szansa na ich rozegranie jest iluzoryczna. Po prostu nie będzie na nie wolnych terminów.

Szewczenko już odkrył karty

Towarzyski mecz Polska – Ukraina zostanie rozegrany na Stadionie Śląskim w Chorzowie dopiero za trzy tygodnie, lecz selekcjoner ukraińskiej reprezentacji Andrij Szewczenko już teraz ogłosił skład 24-osobowej kadry. Przed potyczką z biało-czerwonymi jego wybrańcy zagrają z Francją.

Mecz Polska – Ukraina ma się odbyć 31 marca na Stadionie Śląskim w Chorzowie, a cztery dni wcześniej biało-czerwoni mają podjąć we Wrocławiu Finlandię. Z powodu rozszerzającej się także w Polsce epidemii koronawirusa oba spotkania mogą zostać rozegrane bez udziału publiczności, a nawet w ostatnim momencie odwołane. Na razie jednak przygotowania toczą się ustalonym trybem.
Ukraińcy w marcu także zaplanowali dwa spotkania kontrolne. Zanim pojawią się w Chorzowie, wcześniej zmierzą się z aktualnymi mistrzami świata Francuzami, których powszechnie uważa się za głównych faworytów tegorocznych mistrzostw Europy. Selekcjoner kadry naszych wschodnich sąsiadów, przed laty wybitny napastnik Dynama Kijów, AC Milan i Chelsea Londyn, zdobywca „Złotej Piłki” redakcji „France Football” w 2004 roku, 111-krotny reprezentant swojego kraju, nie eksperymentował z powołaniami. W gronie 24 zawodników, których zaprosił na zgrupowanie, z kluczowych graczy zabrakło jedynie Romana Jaremczuka, który w kwalifikacjach do Euro 2020 zdobył dla Ukrainy cztery bramki i był jej najskuteczniejszym graczem. Nie ma w tym jednak żadnej sensacji, po prostu 24-letni napastnik belgijskiego klubu KAA Gent jeszcze nie doszedł do pełni sił po poważnej kontuzji. Jaremczuk znalazł się jednak na liście rezerwowej. Poza tym w ukraińskiej ekipie znaleźli się wszyscy piłkarze, którzy przyczynili się do wywalczenia awansu do Euro 2020. Dla przypomnienia – Ukraina wygrała grupę B w pokonanym polu pozostawiając broniącą tytuł Portugalię oraz zespoły Serbii, Luksemburga i Litwy.
Trener reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek ma trudniejszą sytuację kadrową od Szewczenki, głównie z powodu kontuzji Roberta Lewandowskiego. Ale o ile „Lewy” ma wrócić do gry na początku kwietnia, to wiadomo już, że w turnieju Euro 2020 na pewno nie będą mogli zagrać Krystian Bielik (Derby County) i Dawid Kownacki (Fortuna Duesseldorf). Ostatnio urazu doznał też Karol Linetty (Sampdoria Genua). Poza wymienionymi pozostali gracze, z którymi wywalczył awans do mistrzostw Europy, powinni być do jego dyspozycji. Kwartet bramkarzy – Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn), Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (Bologna) i Radosław Majecki (Legia Warszawa/AS Monaco) – występuje w swoich klubowych zespołach i nie schodzi poniżej określonego poziomu. W obsadzie bramki Brzęczek nadal ma kłopot bogactwa.
W linii defensywnej też sytuacja nie wygląda źle. Gracze, na których w eliminacjach stawiał trener biało-czerwonych, czyli Jan Bednarek (Southampton), Kamil Glik (AS Monaco), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Arkadiusz Reca, (SPAL 2013), Bartosz Bereszyński (Sampdoria), Thiago Cionek (SPAL 2013) i Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa) – grają regularnie w swoich klubach, natomiast Maciej Rybus w przerwie zimowej przeszedł operację pachwiny i jeszcze nie wrócił do składu Lokomotiwu Moskwa. W tej formacji w kadrze na mecze z Finlandią i Ukrainą może pojawić się najwięcej nowych twarzy.
W środkowej linii selekcjoner też nie ma jakiś wielkich problemów. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa), Piotr Zieliński (SSC Napoli), Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), Mateusz Klich (Leeds United) i Kamil Grosicki (West Bromwich Albion) grają regularnie i trzymają wysoki poziom. Niewiadomą jest aktualna forma Jacka Góralskiego, który zimą przeniósł się z bułgarskiego Łudogorca Razgrad do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Wiadomo jednak, że ma miejsce w podstawowym składzie i gra regularnie w tym zespole. Na powołanie może też liczyć występujący w Chicago Fire Przemysław Frankowski oraz zapewne Jakub Błaszczykowski, jeśli znowu nie przydarzy mu się jakaś kontuzja.
Największy kłopot ma teraz Brzęczek z linią ataku. Jak już zostało wcześniej wspomniane, Lewandowski leczy kontuzję i z informacji przekazywanych przez Bayern ma być gotowy do gry dopiero na początku kwietnia. Krzysztof Piątek po przeprowadzce z AC Milan do Herthy Berlin całkowicie zatracił skuteczność, a Arkadiusz Milik co rusz zmaga się z urazami. W tej sytuacji być może szansę dostanie nieźle grający w PAOK Saloniki Karol Świderski.
Ten krótki przegląd pokazuje, że oba marcowe spotkania bardzo by się naszej piłkarskiej kadrze przydały. W dwóch ostatnich meczach kontrolnych, 2 czerwca z Rosją i 9 czerwca z Islandią, na weryfikację przydatności kadrowiczów będzie już za późno.

W Lidze Narodów znów z Włochami

Reprezentacja Polski nie miała szczęścia w losowaniu grup drugiej edycji Ligi Narodów. Biało-czerwoni trafili na zespoły Włoch, Holandii oraz Bośni i Hercegowiny. Na awans do finału szans nie mają, ale powinni uniknąć spadku.

W losowaniu wzięło udział 55 reprezentacji zrzeszonych w UEFA, które zostały podzielone na cztery dywizje: A, B, C, D. Reprezentacja Polski pozostała w dywizji A, choć w poprzedniej edycji zajęła ostatnie miejsce w grupie z Portugalią i Włochami. UEFA zdecydowała się jednak zmienić format rozgrywek. Najwyższą dywizję poszerzono z 12 do 16 reprezentacji, dzięki czemu polski zespół pozostał wśród najlepszych. Przed losowaniem w Amsterdamie przypomniano regulamin drugiej edycji Ligi Narodów. I tak w dywizjach A, B i C zagra po 16 drużyn (cztery grupy czterozespołowe), a pozostałe siedem w dywizji D (jedna grupa czterozespołowa i jedna trzyzespołowa). Zwycięzcy grup w dywizji A zakwalifikują się do turnieju finałowego, którego zwycięzca zostanie zwycięzcą całej Ligi Narodów. Zwycięzcy grup w dywizjach B, C i D awansują do wyższej dywizji, a czwarte zespoły grup w dywizjach A, B spadną do niższej dywizji. Z dywizji C do D spadną tylko dwie drużyny po barażach.
Mecze grupowe Ligi Narodów odbywać się będą jesienią 2020 r. (3-5 września, 6-8 września, 8-10 października, 11-13 października, 12-14 listopada, 15-17 listopada), a turniej finałowy (półfinały i finał) – w dniach 2-6 czerwca 2021 r. na terenie jednego z finalistów. Mecze barażowe o utrzymanie w dywizji C zostaną rozegrane 24, 25, 28 oraz 29 marca 2021 r. Spotkania grupowe będą rozgrywane w dni powszednie o godz. 20:45, a w soboty i niedziele także o 18:00 i opcjonalnie o 15:00.
Polski Związek Piłki Nożnej w Amsterdamie reprezentowali m.in. selekcjoner reprezentacji Jerzy Brzęczek oraz Marek Koźmiński, aktualnie wiceprezes związku ds. szkoleniowych oraz jedyny jak na razie kandydat w wyborach na nowego prezesa PZPN.
Na razie nasza futbolowa centrala nie ujawnia, gdzie reprezentacja Polski w Lidze Narodów rozegra mecze u siebie. Raczej nie zdecyduje się na PGE Narodowy w Warszawie i wybierze prawdopodobnie Stadion Śląski w Chorzowie, a ma też oferty od operatorów stadionów w Gdańsku i Wrocławiu.
Co do Brzęczka, to w tej chwili o rywalizacji w Lidze Narodów może on rozprawiać jedynie jako aktualny selekcjoner reprezentacji, bo przecież nie jest powiedziane, że utrzyma się na tej posadzie po Euro 2020. W przypadku niepowodzenia może podzielić los Adama Nawałki, chociaż na zdrowy rozum PZPN powinien podpisać z nim kontrakt nie do końca mistrzostw Europy, tylko do końca roku. Właśnie po to, żeby jego kadra płynnie przeszła od jednej imprezy do drugiej. Ewentualna zmiana trenera kadry powinna następować w przerwie zimowej.
Liga Narodów 2020/2021
Dywizja A
Grupa 1
Holandia, Włochy, Polska, Bośnia i Hercegowina;
Grupa 2
Anglia, Belgia, Dania, Islandia;
Grupa 3:
Portugalia, Francja, Szwecja, Chorwacja
Grupa 4:
Szwajcaria, Hiszpania, Ukraina, Niemcy
Dywizja B
Grupa 1:
Austria, Norwegia, Irlandia Płn., Rumunia;
Grupa 2:
Czechy, Szkocja, Słowacja, Izrael;
Grupa 3:
Rosja, Serbia, Turcja, Węgry;
Grupa 4:
Walia, Finlandia, Irlandia, Bułgaria;
Dywizja C
Grupa 1:
Czarnogóra, Cypr, Luksemburg, Azerbejdżan;
Grupa 2:
Gruzja, Macedonia Płn., Estonia, Armenia;
Grupa 3:
Grecja, Kosowo, Słowenia, Mołdawia;
Grupa 4:
Albania, Białoruś, Litwa, Kazachstan;
Dywizja D
Grupa 1:
Wyspy Owcze, Łotwa, Andora, Malta
Grupa 2:
Gibraltar, Liechtenstein, San Marino.
Terminarz gier w polskiej grupie:
Kolejka 1 (3-5 września)
Holandia – Polska (4 września, 20:45); Włochy – Bośnia i Hercegowina (4 września, 20:45);
Kolejka 2 (6-8 września)
Bośnia i Hercegowina – Polska (7 września, 20:45); Holandia – Włochy (7 września, 20:45);
Kolejka 3 (8-10 października)
Polska – Włochy (8 października, 20:45)
Bośnia i Hercegowina – Holandia (8 października, 20:45);
Kolejka 4 (11-13 października)
Polska – Bośnia i Hercegowina (11 października, 20:45); Włochy – Holandia (11 października, 20:45);
Kolejka 5 (12-14 listopada)
Włochy – Polska (14 listopada, 20:45);
Holandia – Bośnia i Hercegowina (14 listopada, 20:45);
Kolejka 6 (15-17 listopada)
Polska – Holandia (17 listopada, 20:45);
Bośnia i Hercegowina – Włochy (17 listopada, 20:45).