Euro 2020/21: Polacy na wylocie z turnieju

Porażka ze Słowacją zniweczyła rachuby naszej reprezentacji czynione przed rozpoczęciem Euro 2020/21. Plan był taki – wygrana ze Słowakami, skromna porażka z Hiszpanią i co najmniej remis ze Szwedami. Takie rezultaty miały zapewnić jeśli nie drugie, to w najgorszym razie także premiowane awansem trzecie miejsce. Ten plan jest już nieaktualny i w sobotę Polacy nie mogą już z Hiszpanią przegrać. A szanse na to mają znikome, bo są od nich jako zespół gorsi o klasę.

Dla każdego, kto choć trochę rozumie futbol nie ulega wątpliwości, że po tym, co Robert Lewandowski i spółka pokazali w poniedziałek na Gazprom Arenie w Petersburgu oraz po tym co zaprezentowali Hiszpanie i Szwedzi w Sewilli, nie ma co robić sobie złudnych nadziei – szykuje się stały polski zestaw turniejowy: mecz otwarcia, o wszystko i o honor. Na dodatek w najgorszej wersji, bo biało-czerwoni mogą odpaść z turnieju już w sobotę, po drugiej rundzie, jeśli przegrają z Hiszpanią, a Szwedzi pokonają Słowację. W obu przypadkach jest to realny scenariusz, ale bardziej dla o naszej drużyny, która od pięciu lat i meczów fazy grupowej Euro 2016 z Irlandią Północną (1:0) i Ukrainą (1:0) nie wygrała meczu o stawkę z wyżej notowanym w rankingu FIFA rywalem. A Hiszpania to aktualnie szósty zespół w światowym rankingu, a Szwecja zajmuje w tej klasyfikacji 18. lokatę, o trzy miejsca lepszą od Polski, która jest w zestawieniu na 21. pozycji.
Statystyki są w tym względzie mocno dołujące. Po mistrzostwach Europy we Francji dla najmocniejszych drużyn Starego Kontynentu staliśmy się dostarczycielami punktów, by nie powiedzieć: chłopcami do bicia. Od października 2016 roku Polska rozegrała siedem spotkań o stawkę z teoretycznie silniejszymi rywalami, a bilans tych gier jest zawstydzający – zero zwycięstw, dwa remisy i pięć porażek. Biało-czerwoni w tym okresie w rankingu FIFA plasowali się w okolicach 20. miejsca, a grali z Portugalią (7. pozycja w rankingu FIFA), Holandią (14), Włochami (12) i Anglią (4).
Złudzeń pozbawia też statystyka gier z finalistami tegorocznych mistrzostw Europy. Po Euro 2016 reprezentacja Polski rozegrała z zespołami z tego grona 16 spotkań o stawkę i wygrała tylko cztery, trzy zremisowała i aż w dziewięciu doznała porażek. Biało-czerwoni pokonali jedynie Danię (2017), Austrię (2019) i dwukrotnie Macedonię Północną (2019), czyli najniżej notowanego w rankingu FIFA uczestnika mistrzostw. Już po wywalczeniu awansu do turnieju Polska rozegrała sześć meczów o punkty z finalistami Euro 2020 w ramach Ligi Narodów i el. MŚ 2022. Bilans – remis i cztery porażki. Jerzego Brzęczka krytykowano za nieumiejętność gry z faworytami. Tymczasem poprzedni selekcjoner gwarantował przynajmniej zwycięstwa w meczach z równorzędnymi zespołami jak Słowacja. Paulo Sousa na razie pokonał półamatorów z Andory (3:0). A w sobotę czeka go starcie z zespołem, który w meczu ze Szwecją przez 85 procent czasu gry był w posiadaniu piłki i stworzył 17 strzeleckich okazji. Strach pomyśleć co Hiszpanie będą wyczyniać w spotkaniu z Polakami, jeśli na dodatek zagrają oni tak jak ze Słowakami.
Od pół wieku żaden z selekcjonerów reprezentacji Polski nie zaczął tak fatalnie pracy. Nic dziwnego, że na Paulo Sousę spadła potężna fala krytyki, która powoli zmywa też z piedestału Zbigniewa Bońka, bo to on w styczniu tego roku dokonał samodzielnie roszady na stanowisku trenera kadry, zatrudniając portugalskiego szkoleniowca w miejsce Jerzego Brzęczka. Ale tak naprawdę odium nadciągającej nieuchronnie klęski na Euro 2020/21 spadnie na Lewandowskiego, czyli powtórzy się sytuacja z mundialu w Rosji. Media w Polsce i na świecie, co zrozumiałe, jemu poświęcają największą uwagę. Hiszpański dziennik „Marca” podkreślił w komentarzu, że najlepszy piłkarz ubiegłego roku na świecie w meczu ze Słowacją znalazł się w zaledwie trzech sytuacjach bramkowych.
Mimo to trener Luis Enrique, chociaż nigdy nie zmienia stylu gry hiszpańskiej drużyny pod kątem rywala, przygotował plan powstrzymania Lewandowskiego. Tak na wszelki wypadek, bo chociaż kapitan biało-czerwonych do tej pory zawodzi w wielkich turniejach, to pod wpływem presji i przypływu ambicji może pokusić się o przełamanie impasu i rozegrać wreszcie popisowy mecz w narodowych barwach. „To przecież najlepszy napastnik na świecie. Lepiej nie liczyć na to, że znów będzie miał słaby dzień, bo może to nasz zespół drogo kosztować” – ostrzega „Marca”.
Po meczu ze Słowacją nas, Polaków, te obawy trochę śmieszą, ale może jesteśmy słabej wiary? Przekonamy się w sobotę. Początek meczu Hiszpania – Polska o godz. 21:00.

Droga zmiana trenera piłkarskiej reprezentacji Polski

Operacja wymiany selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzona przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka przebiegła bezproblemowo. Ale będzie to najdroższa zmiana szkoleniowca kadry w historii PZPN, bo wedle szacunkowych wyliczeń pochłonie tylko w tym roku około 15 mln złotych. Mamy jednak 2021 i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.

Chociaż Boniek decyzję o zmianie selekcjonera reprezentacji podjął jednoosobowo, Jerzy Brzęczek oddał posadę bez słowa protestu, podobnie postąpili członkowie jego sztabu: Tomasz Mazurkiewicz, Andrzej Woźniak, Leszek Dyja, Radosław Gilewicz, Michał Siwierski, Mateusz Łajczak i Damian Salwin. Finansowo nic na tym nie stracą, bo przecież pod koniec ubiegłego roku władze PZPN przedłużyły im wszystkim kontrakty do końca 2021 roku. Wedle niepotwierdzonych oficjalnie informacji Brzęczek miał w umowie wynagrodzenie w wysokości 160 tys. złotych brutto miesięcznie, a wynagrodzenia dla ludzi z jego sztabu kosztował naszą piłkarską federację pewnie drugie tyle. Tak więc szacunkowo licząc całej tej czeredce ludzi PZPN będzie musiał zapłacić do końca roku około czterech milionów złotych, bo raczej nie mieli w umowach zapisów o odszkodowaniu w przypadku zerwania umowy przez pracodawcę.
Portugalczyk Paulo Sousa (na zdjęciu) nie chciał pracować z żadnym z nich i wymusił zatrudnienie sześciu swoich współpracowników. Opłacenie tej grupy cudzoziemców będzie rekordowym wydatkiem w historii PZPN, ale mamy 2021 rok i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.
Boniek rzecz jasna nie ujawnił zarobków Paulo Sousy, ale w PZPN utrzymywanie takich informacji w tajemnicy to norma obowiązująca chyba od zarania tej organizacji. Pan prezes na odczepnego rzucił tylko, że Portugalczyk będzie zarabiał nieznacznie więcej od Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner biało-czerwonych miał kontrakt gwarantujący mu rocznie 900 tys. euro. Trudno stwierdzić ile dla Bońka w przeliczeniu na pieniądze znaczy „nieznacznie”. Jeśli wierzyć krążącym w mediach plotkom, Paulo Sousa w swoim ostatnim miejscu pracy, czyli w klubie Girondins Bordeaux zarabiał trzy i pół miliona euro rocznie. Pomijając fakt, że portugalski szkoleniowiec został wywalony przez francuskich pracodawców i do dzisiaj ciągnie się za nim podejrzenie, że to dlatego iż nadużył swojego stanowiska czerpiąc dodatkowe dochody z transferów piłkarzy, to trzeba pamiętać, że od sierpnia ubiegłego roku pozostawał bezrobotny, a ponadto nigdy wcześniej nie prowadził żadnej drużyny narodowej, zatem nie bardzo miał argumenty żeby domagać się królewskich apanaży. Możemy jednak przyjąć, że jego agent wynegocjował mu kontrakt na poziomie 1,2 mln euro plus premie za wyniki. Portugalczyk nie chciał jednak pracować ze sztabem Brzęczka i wymusił zatrudnienie sześciu swoich ludzi. Dla kronikarskiego obowiązku wypada podać ich personalia. A zatem w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski co najmniej do zakończenia eliminacji mistrzostw świata 2022, czyli de facto do końca tego roku, pracować będą: w roli asystentów Sousy jego rodak Manuel Julio Cordeiro da Silva Pereira oraz Hiszpan Victor Manuel Sanchez Llado; w roli trenera bramkarzy Portugalczyk Paulo Jorge Fernandes Grilo; w roli trenerów przygotowania fizycznego Hiszpanie Lluis Sala Perez i Antonio Jose Gómez Diaz oraz w roli analityka Włoch Cosimo Cappagli.
Tych sześciu facetów na pewno będzie zarabiać znacznie więcej niż zarabiali współpracownicy Brzęczka, lekko licząc brutto przyjdzie im zapłaci w granicach jednego miliona euro. Zatem łącznie zatrudnienie Paulo Sousy i jego sztabu odchudzi kasę PZPN o jakieś 2,2 do 2,5 mln euro, bo przecież ta międzynarodowa grupa będzie musiała duo podróżować i gdzieś pomieszkiwać podczas pobytu w Polsce. Jeśli doliczymy do tego wynagrodzenie dla zwolnionej ekipy Jerzego Brzęczka, efekt „głębokich świątecznych przemyśleń” prezesa Bońka będzie słono kosztował Polski Związek Piłki Nożnej w 2021 roku. Z już i tak osłabionego ponoć mocno skutkami pandemii koronawirusa budżetu naszej federacji przez zmianę selekcjonera wycieknie prawie 15 mln złotych. Rzecz jasna nowy selekcjoner może ten wydatek zwrócić z nawiązką, wystarczy że wywalczy awans do przyszłorocznego mundialu w Katarze lub doprowadzi nasz zespół do strefy medalowej w turnieju Euro 2021. Strach jednak pomyśleć co ludzie pomyślą, jeśli Paulo Sousa i jego pomagierzy okażą się cieniasami…

Nowy trener, ale kadra ta sama

Podejmując jednoosobowo decyzję o zwolnieniu Jerzego Brzęczka z posady selekcjonera reprezentacji, prezes PZPN Zbigniew Boniek wziął też odpowiedzialność za konsekwencje tej decyzji. Należy o tym pamiętać, bo nowy selekcjoner Paulo Sousa chcąc nie chcąc będzie musiał oprzeć się na graczach, na których stawiał Brzęczek.

Jak wiadomo przed turniejem Euro 2021 nasza reprezentacja rozegra pięć meczów. W marcu czekają ją trzy niezwykle istotne spotkania eliminacyjne do mistrzostw świata 2022 w Katarze – z Węgrami, Andorą i Anglią, a potem jeszcze w czerwcu dwie towarzyskie potyczki z Rosją i Islandią. Nowy selekcjoner biało-czerwonych będzie zatem musiał weryfikować swoje personalne i taktyczne koncepcje w warunkach bojowych, praktycznie bez marginesu na pomyłki. Jeśli coś może zadziałać na jego korzyść, to chyba tylko to, że w odróżnieniu od Brzęczka nie będzie obciążony żadnymi zobowiązaniami wobec piłkarzy. To cenny atut dla kogoś, kto chce odnieść sukces na wielkim turnieju, bo może mieć w kadrze tylko tych graczy, których sam uzna za przydatnych i znajdujących się w najwyższej formie. Nie musi przy tym kierować się dawnymi zasługami graczy czy układami towarzyskimi w kadrze. To nie daje oczywiście gwarancji sukcesu, ale jak wieść niesie Paulo Sousa włada swobodnie pięcioma językami (angielskim, francuskim, hiszpańskim, włoskim i niemieckim), zatem nie powinien mieć problemów z precyzyjnym przekazaniem wybranym przez siebie piłkarzom swojej wizji gry, oczekiwań jakie zamierza im postawić i zasad współpracy, zanim zobaczy się z nimi na pierwszym zgrupowaniu kadry. Narzędzia internetowe do zdalnego komunikowania się stwarzają takie możliwości.
Co zostawił Brzęczek
W ośmiu meczach rozegranych przez reprezentację Polski w ubiegłym roku wystąpiło w sumie 30 zawodników: bramkarze – Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Łukasz Skorupski i Bartłomiej Drągowski; obrońcy – Kamil Glik, Jan Bednarek, Sebastian Walukiewicz, Paweł Bochniewicz, Tomasz Kędziora, Bartosz Bereszyński, Maciej Rybus, Arkadiusz Reca, Michał Karbownik, Rafał Pietrzak, Alan Czerwiński, Robert Gumny; pomocnicy – Piotr Zieliński, Grzegorz Krychowiak, Sebastian Szymański, Jacek Góralski, Jakub Moder, Kamil Jóźwiak, Przemysław Płacheta, Damian Kądzior, Mateusz Klich, Karol Linetty, Kamil Grosicki; napastnicy – Robert Lewandowski, Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik.
Biało-czerwoni odnieśli cztery zwycięstwa (dwa z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów oraz z Finlandią i Ukrainą w spotkaniach towarzyskich), wywalczyli jeden remis (z Włochami w Lidze Narodów) i doznali trzech porażek (dwa razy z Holandią i z Włochami w Lidze Narodów). Strzelili w tych meczach 13 goli i siedem stracili. Najskuteczniejszy w naszym zespole z czterema trafieniami był Kamil Grosicki, po dwie bramki zdobyli Robert Lewandowski i Krzysztof Piuątek, a po jednej Kamil Glik, Arkadiusz Milik, Karol Linetty, Jakub Moder i Kamil Jóźwiak. W asystach najlepszy był Robert Lewandowski, który na swoim koncie zapisał dwie, a po jednej dorzucili Arkadiusz Milik, Jakub Moder, Damian Kądzior, Michał Karbownik, Piotr Zieliński, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Kamil Jóźwiak i Mateusz Klich.
Jednym z poważniejszych zarzutów pod adresem Brzęczka było to, że chociaż do mistrzostw Europy było coraz mniej czasu, on nie wychodził z laboratorium i wciąż prowadził eksperymenty. W listopadowych meczach z Ukrainą i Włochami wystawił do gry w sumie aż 23 zawodników, a mimo to w ostatnim spotkaniu w Lidze Narodów z Holandią ponownie przemeblował poważnie skład. Te ciągłe roszady sprawiały, że po dwóch latach jego kadencji nie było jasne nawet to, który z bramkarzy jest w kadrze numerem 1.
Bałagan w formacjach
Na dobrą sprawę za pewniaków do gry w podstawowym składzie, poza rzecz jasna Lewandowskim, byli jeszcze tylko Glik i Bednarek, a w razie kontuzji któregoś z nich na pierwszego dublera wyrósł Sebastian Walukiewicz. Na tej pozycji są jeszcze do wykorzystania grający w lidze holenderskiej Paweł Bochniewicz i w angielskiej drugiej lidze Michał Helik. Na prawej flance Brzęczek stawiał na Tomasza Kędziorę lub Bartosza Bereszyńskiego, testował też jednak Roberta Gumnego i Alana Czerwińskiego, na lewej zaś chętnie stawiał na Arkadiusza Recę i niechętnie na Macieja Rybusa, ale dał też szasę na tej pozycji 19-letniemu Michałowi Karbownikowi i raz dał się pokazać Rafałowi Pietrzakowi.
Ale prawdziwy galimatias były już selekcjoner biało-czerwonych powodował w środkowej linii. Nie odważył się zachwiać pozycją najbardziej doświadczonego wśród pomocników Grzegorza Krychowiaka, chociaż w jesiennych meczach grał słabo i wyraźnie już nie nadążał za tempem akcji. Brzęczek nie potrafił jednak należycie wykorzystać Piotra Zielińskiego czy Damiana Kądziora oraz świetnie spisującego się w Premier League Mateusza Klicha, niepotrzebnie odsuwał na boczny tor Kamila Grosickiego, ale trzeba mu też oddać honor, że dał szansę młodym graczom – Jakubowi Moderowi, Kamilowi Jóźwiakowi, Sebastianowi Szymańskiemu i Przemysławowi Płachecie oraz że przezwyciężył swoją głęboką niechęć do Karola Linettego. W tej formacji mamy jednak znacznie więcej dobrych graczy, choćby wracającego do wielkie formy po kontuzji Krystiana Bielika czy świetnie rokującego na przyszłość 19-letniego Jakuba Kamińskiego z Lecha Poznań. A przecież powoli w Fortunie Duesseldorf odradza się po ciężkich przejściach 24-letni Dawid Kownacki, w Legii Warszawa 23-letni Bartosz Kapustka, a w tureckiej lidze 26-letni Radosław Murawski i 23-letni Konrad Michalak, zaś w amerykańskiej MLS 25-letni Przemysław Frankowski.
Nawet w ataku jest problem
Reprezentacja Polski w tym roku może poszczycić się tym, że ma w swoim składzie najlepszego piłkarza na świecie w 2020 roku. Ale Robert Lewandowski w pojedynkę nie wygra wszystkich meczów, a już na pewno nie tych z zespołami z najwyższej półki. W preferowanym przez Brzęczka ustawieniu 1-4-2-3-1 kapitan biało-czerwonych często nie ma wsparcia i marnuje tylko na boisku swój cenny czas. Drugie z preferowanych ustawień, 1-4-4-2 nie daje „Lewemu” więcej luzu, bo i tak jest zwykle pilnowany, lecz wtedy większe pole do popisu ma jego partner w ataku. Brzęczek w tej formacji dodawał „Lewemu” do towarzystwa Piątka i Milika, ale jego następca być może zwróci uwagę na brylującego w lidze greckiej 23-letniego Karola Świderskiego lub coraz śmielszego w Bundeslidze 19-letniego Bartosza Białka oraz błyszczącemu w amerykańskiej MLS 24-letniemu Adamowi Buksie.
Wątpliwe by Paulo Sousa w niespełna trzy miesiące wśród polskich piłkarzy znalazł innych kandydatów do gry w kadrze niż wyżej wymienieni. Musiał zatem uznać, że z tych graczy potrafi zmontować znacznie sprawniej działający piłkarski mechanizm. Może mu się rzecz jasna nie udać, ale wielkiego ryzyka nie ponosi, bo w razie niepowodzenia całe odium i tak spadnie na Bońka.

Boniek zwolnił Brzęczka, bo uznał, że ma prawo

Prezes PZPN Zbigniew Boniek w poniedziałek odpalił medialną bombę dymisjonując trenera reprezentacji Jerzego Brzęczka. Za pośrednictwem Twittera swoją decyzję wyjaśnił tak: „Czasami trzeba podejmować trudne decyzje, sorry, najważniejsza jest polska piłka”. Na bardziej wyczerpujące uzasadnienie trzeba poczekać do czwartku, bo tego dnia ma się odbyć dedykowana wyłącznie tej sprawie konferencja prasowa.

Decyzja Bońka zaskoczyła wszystkich bez wyjątku, bo podjął ją bez konsultacji z kimkolwiek w związku, nawet z najbliższymi współpracownikami. Przyznał to szczerze wiceprezes PZPN ds. szkoleniowych Marek Koźmiński w wypowiedzi dla portalu Interia.pl. „Otrzymałem wczoraj telefon od prezesa Bońka w tej sprawie. Zachował się lojalnie, bo przekazał mi tę informację, zanim została ogłoszona. Poruszył kilka kwestii związanych z tym tematem. Byłem zaskoczony, bo od listopada nie wydarzyło się nic, co mogłoby wskazywać na taki zwrot w sprawie. Tyle mam do powiedzenia. Nie jestem osobą, która będzie publicznie ujawniała argumentację prezesa. Przekazał mi podjętą jednoosobowo decyzję, a ja ją szanuję. Coś mi powiedział w sprawie argumentacji, ale mediom to on sam powinien o tym opowiedzieć” -–stwierdził Koźmiński.
Inni członkowie zarządu dowiadywali się o dymisji na ogół z przekazów medialnych, albo z lakonicznego komunikatu zamieszczonego na internetowej stronie PZPN. „Więcej informacji o kulisach zwolnienia selekcjonera zaczęło pojawiać się w kolejnych godzinach. Nie spodziewający się niczego złego Brzęczek stawił się w poniedziałek w siedzibie PZPN i w samo południe wszedł do gabinetu Bońka na umówioną wcześniej rozmowę. Jej przebieg zrelacjonował potem w medialnych wypowiedziach sam prezes PZPN. „Próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ta reprezentacja, czy ci piłkarze mogą grać lepiej. Co to za różnica, czy to rozstanie byłoby przed świętami, czy po świętach? Czy w listopadzie, czy w styczniu? Nic się w międzyczasie wielkiego nie stało, nikt nikogo nie pobił, nikt nikomu nic nie zrobił. Po prostu sobie przeanalizowałem pewne rzeczy, próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ta reprezentacja, czy ci piłkarze mogą grać lepiej. To jest moja decyzja, bo ja w związku odpowiadam za zatrudnianie i zwalnianie selekcjonerów. I biorę za tę decyzję pełną odpowiedzialność. Moim prawem było się teraz z trenerem rozstać, tak jak będzie prawem mojego następcy w PZPN wybrać swojego człowieka na to stanowisko. Zaprosiłem Jerzego Brzęczka do siebie, wypiliśmy kawę, porozmawialiśmy. Na pewno nie było mu miło. Mnie również, ale muszę patrzeć na dobro kadry” – przekonywał Boniek, który w trakcie wyznaczonych na 18 sierpnia tego roku wyborów nowych władz zakończy swoją przedłużoną o rok z powodu pandemii drugą i zarazem ostatnią kadencję prezesa PZPN.
Jego autokratyczna decyzja wzbudziła w futbolowym środowisku mnóstwo kontrowersji. Brzęczek nie cieszył się jako selekcjoner reprezentacji sympatią kibiców i większości mediów, więc jego dymisja nikogo tak naprawdę nie wzburzyła, natomiast wzbudziła wątpliwości z tego powodu, że została podjęta na trzy miesiące przed marcowymi meczami biało-czerwonych w eliminacjach mistrzostw świata 2022 (z Anglią, Węgrami i Andorą) i na niespełna pół roku przed turniejem Euro 2021, w którym w fazie grupowej polski zespół zmierzy się z Hiszpanią, Słowacją i Szwecją. Trener, który podejmie się teraz prowadzenia naszej reprezentacji, stanie przed naprawdę piekielnie trudnym wyzwaniem. Przypomnijmy, że Brzęczek przejął kadrę Polski w lipcu 2018 roku po Adamie Nawałce, zdymisjonowanym przez PZPN po nieudanym występie biało-czerwonych na mundialu w Rosji. Poprowadził naszą reprezentację w dwóch edycjach Ligi Narodów, a także w eliminacjach do Euro 2020. W pierwszej edycji Ligi Narodów nasza drużyna zajęła ostatnie miejsce w grupie, w której rywalizowała z Włochami i Portugalią. Utrzymała się w najwyższej dywizji tylko dlatego, że UEFA poszerzyła jej skład z 12 do 16 drużyn. Brzęczkowi zdecydowanie lepiej powiodło się w eliminacjach Euro 2020. Nasza drużyna zakwalifikowała się do turnieju bez większego problemu, ale styl jej gry nie zachwycał i nie dawał nadziei na dobry wynik w kontynentalnym czempionacie, ale przełożenie imprezy z powodu pandemii o rok dało Brzęczkowi czas na poprawę sportowej jakości zespołu. Niestety, żenująco słabe występy reprezentacji w drugiej edycji Ligi Narodów, zwłaszcza w spotkaniach z Włochami i Holandią, utrwaliły w Polsce pogląd, że pod wodzą Brzęczka biało-czerwoni nie mają żadnych szans na sukces w finałach mistrzostwach Europy. Patrząc na sprawę od tej strony trudno decyzję Bońka kwestionować, chociaż liczbowo bilans Brzęczka jako selekcjonera nie wygląda dramatycznie: 24 mecze, 12 zwycięstw, pięć remisów i siedem porażek, bramki 36:20.
Na razie nie znamy powodów decyzji Bońka o zwolnieniu Brzęczka i być może faktycznych przyczyn nigdy nie poznamy. Dużo do myślenia w tej kwestii daje jednak reakcja piłkarzy kadry Polski. Gdy PZPN zwalniał z posady Adama Nawałkę, kapitan biało-czerwonych Robert Lewandowski pożegnał szkoleniowca wpisem w mediach społecznościowych. „Trenerze, współpraca z panem i całym sztabem to był zaszczyt. Zaangażowanie i pasja z jaką pan pracował budziły nasz podziw. Za wszystkie lata wspólnej pracy, za piękne chwile, za wspaniałe zwycięstwa. Za ten wyjątkowy czas dla polskiej piłki nożnej. Wraz z całą drużyną – DZIĘKUJĘ!” – napisał wówczas „Lewy”, a po nim w podobnym tonie żegnali Nawałkę też pozostali kadrowicze. W poniedziałek Lewandowski milczał jak zaklęty, co nie jest sensacją, bo jego relacje z Brzęczkiem nie były, nie są i zapewne nigdy nie będą dobre. Wszyscy pamiętamy wymowną, trwającą kilka sekund ciszę, którą „Lewy” zareagował na pytanie o taktykę Polaków po przegranym w kompromitującym stylu 0:2 meczu z Włochami w Lidze Narodów”. Ale inni gracze także nie zabierali publicznie głosu. Pierwszy tę swoistą zmowę milczenia złamał Kamil Grosicki, który na Twitterze napisał: „Dziękuje trenerze i życzę powodzenia w przyszłości”. Po nim podobne podziękowanie zamieścił Kamil Glik. Reszta być może nie widzi powodu do podziękowań, albo czeka z tym do czwartku, aż prezes PZPN poda na konferencji przyczyny dymisji selekcjonera i być może poda nazwisko jego następcy.
Poprzednik Bońka na fotelu prezesa PZPN, Grzegorz Lato, który ma na sumieniu nieładną w formie dymisję Leo Beenhakkera, tak skomentował zwolnienie Brzęczka: „Jestem zszokowany tą decyzję, ale jeśli Boniek zdecydował się na ten ruch w takim niekorzystnym terminie, to pewnie ma już następcę. Nie będzie robił łapanki. Obstawiam, że postawi na obcokrajowca”. Jeśli Lato ma rację, to nazwisko nowego selekcjonera reprezentacji Polski powinniśmy poznać już w najbliższy czwartek podczas zapowiedzianej na internetowej stronie PZPN konferencji prasowej. Jej początek wyznaczono na godzinę 15:00, a wcześniej ma się odbyć posiedzenie zarządu.

Teraz to Lewy może ustalać cele dla reprezentacji Polski

Reprezentacja Polski wynikami w kończącym się roku specjalnie nie zachwyciła, ale pod jego koniec mocno zyskała wizerunkowo, gdy Robert Lewandowski zaczął seryjnie kolekcjonować indywidualne nagrody. Przed Euro 2021 PZPN z pewnością przekuje ten sukces kapitana biało-czerwonych w marketingową żyłę złota i zarobi na nim kilka dodatkowych złotych. I na tym zapewne się skończy, bo w kadrze Jerzego Brzęczka nie ma wiary nawet w powtórkę wyniku z poprzednich mistrzostw Europy, a co dopiero w walkę o medale, nie wyłączając najcenniejszego.

Lewandowski w 2020 roku w wieku 32 lat osiągnął szczyt światowego futbolu. Został piłkarzem roku FIFA i UEFA, wygrał plebiscyt hiszpańskiego dziennika „AS”, włoskiego „Tuttosport”, organizacji World Football Summit, brytyjskiego dziennika „The Guardian”, brytyjskiego magazynu „FourFourTwo”, serwisu internetowego Goal.com, wybrano go na portowca w dorocznej Ankiecie PAP, a w minioną niedzielę uhonorowano tytułem piłkarza roku Golden Soccer Awards. W tym wyjątkowym z powodu pandemii koronawirusa roku dał Polakom to, czego nie da się przeliczyć na żadną walutę – gigantyczną porcję radości i dumy.
Odbierając w Dubaju nagrodę Golden Soccer Awards Lewandowski został grzecznościowo zapytany, czy liczy na sukces z polską reprezentacją w przyszłorocznych mistrzostwach Europy. „Lewy” nie zwlekał z odpowiedzią i dyplomatycznie odpowiedział: „Będę dumny z wyniku drużyny w takim samym stopniu, jak dumni będą z niej nasi fani”. W Euro 2016 biało-czerwoni odpadli w ćwierćfinale po porażce w rzutach karnych z późniejszymi zwycięzcami turnieju, Portugalczykami. W przełożonych z powodu pandemii na 2021 rok mistrzostwach Europy w grupie E zmierzą się z zespołami Hiszpanii, Szwecji i Słowacji. Do 1/8 finału awansują wszyscy zwycięzcy grup, wszystkie drużyny z drugich miejsc i cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc i awans do tej fazy turnieju jest celem minimum, jaki przed zespołem postawiły władze PZPN. Jeśli jednak Polska nie wyjdzie z grupy, a na dodatek Lewandowski nie zdobędzie bramki, jak zdarzyło mu się to podczas mundialu w Rosji, na kolejny deszcz indywidualnych zaszczytów w przyszłym roku nie będzie miał praktycznie żadnych szans, nawet jeśli znów wygra z Bayernem Bundesligę i Ligę Mistrzów, zdobywając w tych rozgrywkach korony króla strzelców. Taki despekt spotkał przecież Cristiano Ronaldo w 2018 roku, gdy z reprezentacją Portugalii odpadł z mundialu w Rosji już w 1/8 finału i chociaż z Realem Madryt w tym roku po raz trzeci z rzędu wygrał Ligę Mistrzów, to najcenniejsze indywidualne nagrody, także „Złotą Piłkę”, zgarnął jego kolega z ekipy „Królewskich” Luka Modrić, który z drużyną Chorwacji wywalczył w Rosji wicemistrzostwo świata.
Najpoważniejsze wyzwania
Ten biznes tak działa i trzeba być naprawdę piłkarskim herosem na miarę Cristiano Ronaldo i Leo Messiego, żeby utrzymać się na topie przez ponad dekadę. Lewandowski na taką długą dominację nie ma szans, bo chociaż ze swoim ciałem potrafił zdziałać cuda, to praw biologii nie oszuka i teraz z każdym rokiem będzie mu trudniej utrzymać się na szczycie. Inna sprawa, że „Lewy” już wielokrotnie dowiódł, że wszelkie przepowiednie na jego temat trzeba zawsze formułować w trybie przypuszczającym.
Nie zmienia to jednak faktu, że za pół roku jego, jak i całą kadrę, czekają najpoważniejsze wyzwania odkąd selekcjonerem reprezentacji został Jerzy Brzęczek. Preludium do występu w turnieju Euro 2020(21) będą wyznaczone pod koniec marca trzy mecze eliminacyjne do mistrzostw świata w Katarze (2022). Jak juz powszechnie wiadomo, biało-czerwoni najpierw zmierzą się na wyjeździe z Węgrami, potem u siebie z Andorą, a na koniec serii ponownie na wyjeździe zagrają z faworytem grupy, Anglią. Awans do finałów mistrzostw świata to dla PZPN ważny cel, może nawet ważniejszy niż ewentualny sukces w Euro 2021. I tu pojawia sie pierwszy problem – jaki wynik w europejskim czempionacie można będzie bezdyskusyjnie uznać za sukces? Powtórkę z Euro 2016, czyli dojście do ćwierćfinału? Prezes PZPN Zbigniew Boniek i jego ludzie dzisiaj zapewne taki rezultat wzięliby „w ciemno”, podobnie zapewne też trener Brzęczek i lwia część jego kadrowiczów. Na „coś więcej” nikt na serio w naszym kraju chyba nie liczy, zwłaszcza po jesiennych występach biało-czerwonych w Lidze Narodów.
Ale to jest błąd, bo obiektywnie rzecz oceniając, mecze z zespołami Holandii i Włoch paradoksalnie pokazały ogromny potencjał drzemiący w naszej narodowej drużynie. Bo skoro do meczów z tymi wymagającymi przeciwnikami wyszła wewnętrznie skłócona, źle przygotowana taktycznie i niedostatecznie zmotywowana, a mimo to z Włochami zremisowała 0:0 i przegrała 0:2, a Holendrom uległa 0:1 i 1:2. Doceńmy to, że mimo ewidentnej słabości naszej reprezentacji nie przydarzyła się wstydliwa klęska, jakiej doświadczyła choćby ekipa Niemiec, która przegrała z Hiszpanią 0:6. Wystarczy więc, że Brzęczek wyeliminuje wspomniane mankamenty, a naszą drużynę stać będzie także na wygrywanie z rywalami z najwyższej półki. Muszą jednak w niej grać najlepsi w danym momencie polscy piłkarze, znajdujący się optymalnej formie i na dodatek zjednoczeni bez żadnych wątpliwości w dążeniu do wytyczonego celu.
Przyzwyczaić się do wygrywania
Dzisiaj nie wiemy, niestety, czy trener Brzęczek potrafi przekształcić naszą reprezentacyjną drużynę w zespół zdolny rzucić wyzwanie europejskim potęgom, nie tylko Anglikom, z którymi zagrają o awans do mundialu, ale też Hiszpanom, z którymi przyjdzie im rywalizować w grupie Euro 2021 oraz zespołom, które zapewne bić się będą o medale mistrzostw Europy – Francji, Niemiec, Belgii, Włoch, Portugalii i Holandii. Wątpliwości co do trenerskich kwalifikacji obecnego selekcjonera było wiele, w większości uzasadnionych, ale prezes PZPN Zbigniew Boniek uznał, że nie będzie zmieniał woźnicy w zaprzęgu przed najtrudniejszym odcinkiem drogi.
Podejmując decyzję o pozostawieniu Brzeczka na posadzie sternik PZPN postąpił jednak wbrew woli kibiców i większości mediów, ale być może nie kierowała nim pycha i chęć pokazania swojej władzy, lecz jakieś inne ukryte przez opinią publiczną motywy. Być może dostrzegł coś, czego my wszyscy jeszcze nie dostrzegamy?
Oby tak było, bo na razie to co my widzimy, nie napawa optymizmem. Poprzednik Brzęczka, Adam Nawałka, stosował w swojej pracy tzw. selekcję negatywną, czyli powoływał piłkarzy wedle sobie tylko wiadomych kryteriów, przez co do kadry trafiali piłkarze, którzy nie mili prawa do niej trafić. Niektórzy dawali jednak radę i w niej zostawali, jak Michał Pazdan czy Krzysztof Mączyński, ale po jakimś czasie Nawałka skończył z eksperymentami i stawiał głównie na sprawdzonych graczy. Po dwóch latach selekcjonerskich rządów Brzęczka jego polityka personalna budzi mnóstwo wątpliwości. W listopadowych meczach z Ukrainą, Włochami i Holandią wystawił do gry 25 piłkarzy, w we wszystkich spotkaniach rozegranych jesienią tego roku w reprezentacji wystąpiło w sumie 30 piłkarzy. Ale gdybyśmy chcieli wskazać graczy stanowiących wedle Brzęczka trzon naszej reprezentacji, to bez ryzyka błędu możemy wymienić Lewandowskiego, a oprócz niego może jeszcze Kamil Glika i Jana Bednarka na środku obrony. Chętnych do takiego wyróżnienia jest jednak więcej, sęk w tym, że nie wszyscy się do tego nadają, ale co gorsza – niektórzy chcieliby znaczyć w tej drużynie tyle samo, co Lewandowski.
I to jest być może największy problem naszej reprezentacji, bez usunięcia którego nie zacznie ona grać na miarę oczekiwań. A w przyszłym roku będą one jeszcze większe, bo biało-czerwoni będą mieć w swoich szeregach najlepszego aktualnie piłkarza na świecie. W historii polskiego futbolu jeszcze takiej sytuacji nie było, bo „Lewy” jest pierwszym Polakiem, którego nagrodzono takim wyróżnieniem. A Brzęczek pierwszym selekcjonerem kadry Polski, któremu z takim wywyższonym na świecie graczem przyjdzie pracować. To też będzie dla niego wyzwanie zważywszy na zgrzyty w ich dotychczasowych relacjach i obustronny brak sympatii.
Jak zareagują koledzy?
Nie wiemy też jeszcze, jak te wszystkie splendory spadające w tym roku na Lewandowskiego podziałają na innych kadrowiczów Brzęczka. Byłoby świetnie, gdyby wywołały w nich dumę, wykrzesały najgłębsze pokłady ambicji, a także skłoniły do ponownego bezdyskusyjnego uznania jego dominującej roli w zespole. Jeśli tak się stanie, to Lewandowski znów zacznie w szatni wyznaczać cele i możemy być spokojni, że będzie namawiał kolegów do walki o najwyższe laury, bo ma to we krwi, o czym zaświadcza cała jego dotychczasowa kariera.
Piłka nożna jest grą zespołową, więc nie ma co liczyć, że „Lewy” w pojedynkę zapewni naszej reprezentacji awans do mundialu w Katarze czy w Euro 2021 swoimi golami przepchnie ją choćby do ćwierćfinału. Ale on plus dziesięciu kolegów z zespołu, zasuwających na boisku na sto procent swoich możliwości, to w sumie da co najmniej 160 procent tego, co biało-czerwoni zademonstrowali w spotkaniach z Włochami i Holandią. A jeśli jeszcze dołoży się do tego Brzęczek i wyciągnie wnioski ze swoich błędów jeśli chodzi o taktykę i rozpracowanie przeciwników, to już w marcu nasza drużyna może zagrać o dwieście procent lepiej niż jesienią kończącego się 2020 roku.
Istnieje jednak i alternatywa dla tych wyliczeń – bez wkładu „Lewego”, czyli jego 60 procent. Teraz, gdy wszedł na szczyt i nic już nie musi nikomu udowadniać, może przecież uznać, że skoro w kadrze Polski nikt nie chce przyjąć jego warunków i wszyscy chcą, żeby było jak do tej pory, lepiej mu będzie zamiast gry na Euro wybrać długie wakacje z rodziną.

Helik szaleje w Championship

Michał Helik zdobył dwie bramki dla Barnsley w wygranym 2:1 meczu z Huddersfield Town w 21. kolejce Championship. Wyczyn wart odnotowania, bo w zespole angielskiego II-ligowca ten 25-letni były piłkarz Cracovii gra na pozycji środkowego obrońcy. I chociaż to jego pierwszy sezon już jest podstawowym graczem z 18 występami na koncie i trzema golami.

W meczu z Huddersfield Town Helik zagrał po raz 18. w obecnych rozgrywkach. Oba zespoły przed rozpoczęciem spotkania miały identyczny dorobek punktowy (29) i sąsiadowały ze sobą w tabeli. Spotkanie lepiej zaczęli rywale, którzy w 13. minucie wyszli na prowadzenie. Helik najpierw strzelił wyrównującego gola, ale prawdziwym bohaterem wieczoru został w czwartej minucie doliczonego czasu gry, gdy wykorzystał podanie Madsa Juela Andersena i po raz drugi pokonał bramkarza Huddersfield. Dzięki wygranej ekipa Barnsley awansowała na 10. miejsce w tabeli.
Ciekawe czy Helik kiedyś doczeka się powołania do reprezentacji Polski. Jerzy Brzęczek musiał o nim słyszeć, bo w tej chwili w angielskiej II lidze gra przecież trzech jego kadrowiczów – Kamil Jóźwiak i Krystian Bielik w Derby County oraz Przemysław Płacheta w Norwich City.

El. MŚ 2022: Trzeba grać o pierwsze miejsce

Nasza piłkarska reprezentacja swój udział w eliminacjach mistrzostw świata 2022 rozpocznie 25 marca przyszłego roku od wyjazdowego meczu z Węgrami. Trzy dni później biało-czerwoni zagrają u siebie z Andorą, a 31 marca ponownie na wyjeździe zmierzą się z faworytem grupy, zespołem Anglii. Cel postawiony przez władze PZPN trenerowi Jerzemu Brzęczkowi zakłada zdobycie minimum sześciu punktów.

Po losowaniu grup eliminacyjnej MŚ 2022 ustalony został też szczegółowy terminarz gier. W grupie I biało-czerwoni o awans walczyć będą z Anglią, Węgrami, Albanią, Andorą i San Marino. W zaplanowanej na koniec marca pierwszej serii gier zmierzą się z Węgrami, Andorą i Anglią. Nie jest to specjalnie korzystny zestaw przeciwników, zwłaszcza trzecie w kolejności starcie z Anglią będzie zapewne trudnym wyzwaniem. Ale pierwszy w tej serii mecz z Węgrami wcale nie zapowiada się na łatwiejszy. Reprezentacja tego kraju, od 19 czerwca 2018 roku prowadzona przez Włocha Marco Rossiego, w tegorocznej edycji Ligi Narodów wygrali rywalizację w grupie 3 Dywizji B z zespołami Rosji, Turcji i Serbii. Madziarzy przegrali tylko jedno spotkanie, u siebie z Rosją 2:3, ale pokonali dwukrotnie Turków i na wyjeździe Serbię. W następnej edycji będą grać w tych rozgrywkach tam, gdzie teraz grała Polska, czyli w Dywizji A. Mimo to w naszym kraju panuje opinia, że są zespołem dużo słabszym od ekipy Jerzego Brzęczka. 25 marca możemy się boleśnie przekonać, że wcale tak nie jest.
W walce o awans szyki Anglikom, Polakom i Węgrom mogą solidnie pomieszać niedoceniani u nas Albańczycy, którzy w ostatniej edycji Ligi Narodów wygrała swoją grupę w Dywizji C, wyprzedzając Białoruś, Litwę i Kazachstan, dzięki czemu awansowała poziom wyżej. Reprezentacja tego bałkańskiego kraju postęp zawdzięcza w dużym stopniu piłkarzom wychowanych za granicą, głównie w Szwajcarii, gdzie urodzili się podstawowi zawodnicy – Berat Djimsiti, Amir Abrashi i Freddie Veseli, a dorastał Ermir Lenjani. Bramkarz Lazio Thomas Strakosha przyszedł natomiast na świat w Grecji, Klaus Gjasula wychowywał się w Niemczech, a Rey Manaj we Włoszech. Kadrę Albanii od ponad ośmiu lat prowadzą włoscy szkoleniowcy, obecnie robi to 75-letni Edoardo Reja. Nic dziwnego, że na Półwyspie Apenińskim grają dzisiaj najlepsi albańscy piłkarze.
Tak więc nie ma co z góry ustalać kolejności w grupie I zanim zacznie się walka o awans. Celem naszej drużyny powinno być zajęcie pierwszej lokaty, bo drugie miejsce oznacza tylko iluzoryczną szansę w barażach z udziałem 12 zespołów wcale nie gorszych od naszego.
Terminarz grupy I

  1. kolejka (25 marca 2021): Węgry – Polska, Andora – Albania, Anglia – San Marino;
  2. kolejka (28 marca): Albania – Anglia, Polska – Andora, San Marino – Węgry;
  3. kolejka (31 marca): Anglia – Polska, Andora – Węgry, San Marino – Albania;
  4. kolejka (2 września): Polska – Albania,
    Andora – San Marino, Węgry – Anglia;
  5. kolejka (5 września): Albania – Węgry, Anglia – Andora, San Marino – Polska;
  6. kolejka (8 września): Polska – Anglia,
    Albania – San Marino, Węgry – Andora;
  7. kolejka (9 października): Polska – San Marino, Andora – Anglia, Węgry – Albania;
  8. kolejka (12 października): Albania – Polska, Anglia – Węgry, San Marino – Andora;
  9. kolejka (12 listopada): Andora – Polska,
    Anglia – Albania, Węgry – San Marino;
  10. kolejka (15 listopada): Polska – Węgry,
    Albania – Andora, San Marino – Anglia.

I znów Anglicy na drodze do mundialu

Nasza piłkarska reprezentacja nie miała szczęścia w losowaniu grup eliminacji MŚ 2022. Po raz siódmy w historii o awans do światowego czempionatu będzie musiała walczyć z drużyną Anglii, od której lepsza była dotąd tylko raz – w eliminacjach do MŚ’74. Stawkę w grupie I uzupełniają zespoły Węgier, Albanii, Andory i San Marino.

Faktem jest, że w starciach z Anglikami reprezentacja Polski ma fatalny bilans – z 19 rozegranych dotychczas meczów biało-czerwoni wygrali tylko jeden, 6 czerwca 1973 roku na Stadionie Śląskim zwyciężyli 2:0 po golach Roberta Gadochy i Włodzimierza Lubańskiego. Ten niewątpliwy sukces nasz zespół okupił jednak ciężką kontuzją Lubańskiego, która złamała piękną karierę tego najwybitniejszego polskiego napastnika przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Potem był legendarny dzisiaj remis 1:1 na Wembley, do czego swoimi genialnymi interwencjami w bramce przyczynił się Jan Tomaszewski, zapewniający naszej drużynie awans do MŚ’74 w RFN (wcześniej reprezentacja Polski grała z Anglią dwa razy towarzysko w 1966 roku, remisując z nią na wyjeździe 1:1 i przegrywając w rewanżu na Stadionie Śląskim 0:1). Od tamtej pory nasi reprezentacyjni piłkarze nie potrafili pokonać Anglików w piętnastu kolejnych meczach. W finałach mistrzostw świata zmierzyli się z nimi tylko raz, podczas mundialu w Meksyku (1986) i po trzech trafieniach Garry’ego Linekera przegrali gładko 0:3. W naszym zespole grał wtedy m.in. obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek.
Wciąż stawali nam na drodze
A potem mieliśmy prawdziwy festiwal eliminacyjnych potyczek biało-czerwonych z Anglikami, bo w losowaniach grup trafiali na siebie w eliminacjach mistrzostw świata w 1990, 1994, 1998, 2006 i 2014 roku (10 meczów, 3 remisy i 10 porażek, bramki 5:18), a na dokładkę jeszcze dwukrotnie mierzyli się w eliminacjach mistrzostw Europy 1992 i 2000 (cztery mecze, dwie porażki i dwa remisy, bramki 2:6). W sumie zatem w eliminacjach mistrzostw globu reprezentacja Polski rozegrała z Anglią 12 meczów, z których jeden wygrała, cztery zremisowała, a w siedmiu doznała porażek. Łączny bilans polsko-angielskich konfrontacji to 19 meczów, 1 zwycięstwo, 7 remisów i 11 porażek, bramki 11:30.Media na Wyspach Brytyjskich w poprzednich eliminacjach nie kryły zadowolenia z wylosowania Polaków i z góry wieszczyły swojej drużynie łatwy sukces.
Tym razem jednak w komentarzach lekceważenie nie było, raczej przeważały opinie, że dwumecz z biało-czerwonymi wcale nie będzie spacerkiem. „Daily Mail” stwierdził, że „Polacy to drużyna, której napastnik, Robert Lewandowski, to prawdopodobnie najlepszy gracz na świecie w 2020 roku i choćby dlatego będzie to najtrudniejszy przeciwnik w grupie”. „Anglicy za najtrudniejszych rywali będą mieli Polaków i Węgrów” – uznał też Sky Sports, nawet nie wspominając o pozostałych rywalach. „To korzystne losowanie dla ekipy trenera Garetha Southgate’a, chociaż w tej grupie znajdziemy wiele fascynujących historii. Jedną z nich jest ta z 1973 roku, kiedy po remisie na Wembley Polacy awansowali na mistrzostwa świata naszym kosztem. A z Węgrami mamy złe wspomnienia z „meczu stulecia” w 1953 roku, w którym pokonali na na Wembley 6:3. I to wszystkie nasze obawy, bo reprezentacja Anglii dotąd jeszcze nie przegrała z Albanią, Andorą i San Marino”.
Anglicy są faworytami grupy I choćby z formalnego punktu widzenia, bo zajmują najwyższe miejsce w rankingu FIFA (czwarte). Biało-czerwoni w rankingu FIFA zajmują 19. lokatę, a ich najgroźniejsi konkurenci do zajęcia drugiego miejsca, Węgrzy, są na 40. pozycji. Lekceważona Albania zajmuje 66. miejsce, Andora 151, a San Marino 210 (ostatnie w rankingu FIFA).
Nie ulega wątpliwości, że obecna reprezentacja Anglii jest znacznie mocniejsza od tej, z którą biało-czerwoni potykali się po raz ostatni, w eliminacjach MŚ 2014, przegrywając z nią 0:2 i remisując 1:1. Trener Gareth Southgate dysponuje obecnie grupą młodych i utalentowanych piłkarzy, a ton nadają tacy gracze, jak Harry Kane, Jadon Sancho, Raheem Sterling, Jack Grealish, Dominic Calvert-Lewin i Marcus Rashford. Ale także nasza drużyna jest silniejsza od tej sprzed siedmiu lat, dlatego trzeba od niej oczekiwać, że nie tylko nawiąże walkę o pierwsze miejsce w grupie, ale wyjdzie z niej zwycięsko. I tak trzeba do tej rywalizacji podchodzić, jeśli się chce zagrać w Katarze. Liczenia na awans w barażach to jak gra w loterię. Dla przypomnienia – na mundial w Katarze w 2022 roku z Europy zakwalifikuje się 13 zespołów z Europy. Bezpośredni awans wywalczy 10 zwycięzców grup, o trzy pozostałe miejsca odbędą się baraże z udziałem zespołów, które w swoich grupach zajmą drugie lokaty.
Trzeba bić się o pierwsze miejsce
Selekcjoner kadry biało-czerwonych Jerzy Brzęczek, który w swoim piłkarskim dorobku ma gola strzelonego Anglikom w przegranym w 1999 roku na Wembley 1:3 meczu eliminacyjnym do Euro 2000, losowanie grup MŚ 2022 ocenił tak: „Jeśli chodzi o skalę trudności to jest ona umiarkowana, chociaż zawsze można powiedzieć, że to losowanie mogło być dla nas korzystniejsze. Zdecydowanym faworytem jest reprezentacja Anglii, na pewno ciekawy zespół mają teraz Węgrzy, a Albańczycy, jak każda reprezentacja z Bałkanów, to bardzo niewygodny przeciwnik. Ekipy Andory i San Marino są najsłabsze w stawce, ale dzisiaj nie można nikogo lekceważyć”.
Wypada wspomnieć, że z aktualnych reprezentantów Polski zawodnikami klubów angielskiej ekstraklasy są: bramkarz Łukasz Fabiański (West Ham), obrońca Jan Bednarek (Southampton) oraz pomocnicy Mateusz Klich (Leeds), Kamil Grosicki (West Bromwich, a w drugiej lidze występują Kamil Jóźwiak i Krystian Bielik (Derby County) oraz Przemysław Płacheta (Norwich). Eliminacje rozpoczną się 24 marca, a zakończą 16 listopada. Dwurundowe baraże z udziałem 10 zespołów z drugich miejsc oraz dwóch zespołów wyłonionych w rozgrywkach Ligi Narodów zaplanowano na wiosnę 2022 roku. W obu rundach przewidziano tylko pojedyncze mecze, bez rewanżów.
Podział na grupy eliminacyjne:
Grupa A: Portugalia, Serbia, Irlandia, Luksemburg, Azerbejdżan
Grupa B: Hiszpania, Szwecja, Grecja, Gruzja, Kosowo
Grupa C: Włochy, Szwajcaria, Irlandia Północna, Bułgaria, Litwa
Grupa D: Francja, Ukraina, Finlandia, Bośnia i Hercegowina, Kazachstan
Grupa E: Belgia, Walia, Czechy, Białoruś, Estonia
Grupa F: Dania, Austria, Szkocja, Izrael, Wyspy Owcze, Mołdawia
Grupa G: Holandia, Turcja, Norwegia, Czarnogóra, Łotwa, Gibraltar
Grupa H: Chorwacja, Słowacja, Rosja, Słowenia, Cypr, Malta
Grupa I: Anglia, Polska, Węgry, Albania, Andora, San Marino
Grupa J: Niemcy, Rumunia, Islandia, Macedonia Północna, Armenia, Liechtenstein

Brzęczek marnuje Lewego

W 2020 roku Robert Lewandowski wszedł w końcu na sam szczyt światowego futbolu i znalazł się w miejscu, do którego przed nim nie dotarł żaden polski piłkarz. Osiągnął więc status gwiazdy, ale jego zwarcie z Jerzym Brzęczkiem, jakiego byliśmy świadkami podczas listopadowych meczów biało-czerwonych w Lidze Narodów, nie był jednak typowym „kaprysem gwiazdora”, raczej sygnałem, że ma coraz mniejszą ochotę na grę pod wodzą tego trener. Prezes PZPN Zbigniew Boniek zlekceważył to ostrzeżenie.

Chyba nawet Cezary Kucharski nie może zaprzeczyć, że jest to najlepszy czas Lewandowskiego, który w tym roku wygrywa w cuglach niemal wszystkie plebiscyty. W wyborach na „Piłkarza Roku UEFA” pokonał z dużą przewagą Kevina De Bruyne i Manuela Neuera, w za kilka dni być może zgarnie także nagrodę dla „Piłkarza Roku FIFA”. Pewnie nawet wyraźnie mu niechętna redakcja „France Football” przyznałaby mu „Złotą Piłkę”, gdyby nie odwołała plebiscytu pod pretekstem pandemii koronawirusa, chociaż ostatnio wyszło na jaw, że prawdziwym powodem były finansowe kłopoty nierentownego pisma,. Jaki z tego wniosek? Oczywisty – czy to się komuś podoba czy też nie, Lewandowski jest jako jedyny z naszych graczy tak zwana globalną marką, czyli zawodnikiem powszechnie rozpoznawalnym na całym świecie. Nie jest to jednak zasługą sukcesu osiągniętego z reprezentacją Polski, z czego w przeszłości, po zdobyciu trzeciego miejsca w mistrzostwach świata w 1974 roku skorzystał Kazimierz Deyna, a w 1982 roku Zbigniew Boniek. Obaj, jak dobrze pamiętamy, w plebiscycie „Złotej Piłki” zajęli trzecie lokaty.
Lewy jako wartość dodana
Lewandowski od sześciu lat jest kapitanem reprezentacji, jej liderem i najbardziej rozpoznawalnym polskim piłkarzem. Poprowadził biało-czerwonych w zakończonych w ćwierćfinale po porażce w rzutach karnych z Portugalią mistrzostwach Europy w 2016 oraz w zakończonych blamażem mistrzostwach świata w 2018 roku. Po nieudanym mundialu w Rosji to właśnie „Lewy”, jako najbardziej znany piłkarz w polskiej ekipie, najbardziej stracił wizerunkowo. Niewykluczone, że być może już wtedy zaczął się zastanawiać, czy dalsze granie w reprezentacji Polski ma sens, skoro dotąd w żaden sposób nie przyczyniło się do rozwoju jego piłkarskiej kariery. A że po mundialu w Rosji akurat stuknęła mu „trzydziestka”, miał też świetny powód, żeby pod pretekstem „wypalenia” czy „zmęczenia” ogłosić koniec swojej reprezentacyjnej przygody. I nie musiałby wchodzić w duszne, pełne niedomówień i nieskrywanej wzajemnej niechęci relacje z Brzęczkiem, który wolą prezesa Bońka zastąpił w roli selekcjonera Adama Nawałkę.
Lewandowski z jakiegoś powodu jednak w kadrze został. Dzisiaj, po publikacjach nagrań rozmów ze swoim byłym agentem Cezarym Kucharskim, które odbył już po zakończeniu z nim współpracy, a stało się to formalnie właśnie po mundialu w Rosji, musiał zdać sobie sprawę, że czeka go z nim bezpardonowa walka na wielu polach, więc słusznie uznał, iż utrzymanie statusu reprezentanta kraju może mu w tej rozgrywce pomóc. Podjęcie decyzji ułatwił mu też bez wątpienia prezes Boniek, który trochę poniewczasie pojął, że tlący się od lat konflikt w dawnym „dortmundzkim tercetem”, czyli Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka z Lewandowskim, może pod rządami Brzęczka rozgorzeć na nowo, bo spokrewniony z Błaszczykowskim selekcjoner nawet nie krył czyją stronę trzyma.
Sternik PZPN umie jednak pilnować swoich interesów, co w tym przypadku oznacza pieniądze, jakie PZPN zgarnia od licznych sponsorów i patronów biznesowych. Gdyby reprezentacja wywalczyła medale w Euro 2016 i MŚ 2018, mógłby machnąć ręką na fochy nawet takiego gwiazdora, jak „Lewy”. Lecz gdy sukcesów nie ma, trzeba dbać o niego jak o marketingową kurtę, która znosi złote jajka. Dzisiaj mało kto pamięta, że dwa lata temu Boniek szybko przeciął medialne spekulacje wokół tematu, czy Brzęczek zmieni kapitana zespołu. Lewandowski kapitańską opaskę zatrzymał, z czego zadowolony nie był, ale nie parł do otwartego konfliktu. Nic dziwnego, reprezentacja pod jego rządami gra słabo, zwłaszcza z zespołami z górnej półki, toteż selekcjoner prasę ma kiepską i media co rusz wzywają PZPN do jego dymisji.
Po listopadowym meczu z Włochami, przegranymi przez nasz zespół w żenującym stylu 0:2, Lewandowski wywołał jednak potężne zamieszanie dwuznacznym milczeniem na pytanie dziennikarza TVP o taktykę w tym meczu. Media od razu uznały to za wotum nieufności dla selekcjonera. Rozgrzanej atmosfery nie ostudził też przegrany 1:2 trzy dni później na Stadionie Śląskim mecz z Holandią. I znów do akcji musiał wkroczyć Boniek, który później w licznych wypowiedziach tak tłumaczył swoje stanowisko w tej sprawie. „Gdybym zwolnił Brzęczka, on byłby jedynym zwycięzcą. Bo zostałby skrzywdzony. Miał za zadanie awansować na Euro i utrzymać się w Dywizji A Ligi Narodów. Oba zadania wykonał. A co nam dałaby zmiana trenera, nawet na zagranicznego z tak zwanym nazwiskiem. Zapłacić mu trzeba by było miliony euro bez żadnej gwarancji na sukces, bo nie znałby piłkarzy i mógłby przegrać pierwsze mecze eliminacyjne do mundialu. Dopiero wtedy zaczęłaby się na mnie nagonka. Uspokójmy więc emocje, bo oprócz tego, że zagraliśmy ostatnio słabe mecze, nic złego z kadrą się nie dzieje. Gramy dalej” – zapewniał prezes PZPN.
Niby wszystko gra, tylko słabo
Nie minęło jednak wiele czasu, a Boniek radykalnie zmienił swoje nastawienie. W rozmowie z Rafałem Stecem dla „Gazety Wyborczej” powiedział: (…) Kapitan ma reprezentować drużynę, ma wszystko robić w jej imieniu najlepiej, jak potrafi, i grać najlepiej, jak potrafi. P Nie jest powiedziane, że jeśli Robert Lewandowski coś powie, to ma zawsze rację”. I na koniec jeszcze dowalił „Lewemu”, że w listopadowych występach w kadrze prezentował się „przeciętnie”.
Tylko nie wyjaśnił w czym tkwi przyczyna, że Lewandowski w 18 meczach za kadencji Brzęczka strzelił tylko 8 goli, podczas gdy za kadencji Adama Nawałki w 37 spotkaniach zdobył aż 40 bramek. Nie wszystko jednak da się wytłumaczyć tym, że w reprezentacji Polski gra z graczami gorszymi od Goretzki, Muellera czy Kimmicha. Problem w tym, że niemal w każdym meczu zespół grał w innym składzie personalnym i najczęściej w rozszyfrowanym już dokładnie przez rywali ustawieniu 1-4-2-3-1, z wysuniętym na szpicy Lewandowskim, którego wystarczy odciąć od podań i faulować przy każdym dojściu do piłki. Tak właśnie zagrali z nami Włosi, którzy wyciągnęli właściwe wnioski ze zremisowanego miesiąc wcześniej spotkania w Gdańsku, a także Holendrzy. Ale tak w zasadzie grają z polskim zespołem wszyscy rywale, tylko niektórzy nie są wystarczająco mocni, żeby zatrzymać „Lewego”.
Listopadowe mecze z Włochami i Holendrami, ale też z Finlandią i Ukrainą, po raz kolejny pokazały, że Brzęczek jako taktyk dość mocno odstaje od fachowców z górnej półki. I to chyba jest właśnie ten problem, na który wymowną pauzą zwrócił uwagę Lewandowski. Poza tym Brzęczek, chociaż selekcjonerem kadry jest już dwa lata, wciąż nie wyzbył się mentalności typowego polskiego trenera klubowego. Z grubsza polega ona na tym, że w klubie trener może wymyślić sobie jakąś koncepcję i dobierać pod nią zawodników, aż „zaskoczy”. W reprezentacji nie ma czasu na takie długie eksperymenty i trzeba tworzyć schemat zespołu uwzględniając indywidualne możliwości i nawyki zawodników. Jeśli się tego nie zrobi należycie, to Bereszyński przestawiony z prawej na lewą obronę jako tako wypadnie meczu np. z Bośnią i Hercegowiną, ale na pewno już nie przeciwko Włochom, Niemcom, Holendrom czy Hiszpanom.
Lewandowski chyba to dostrzegł i pojął, że na sukces tak montowanego zespołu w turnieju Euro 2021 nie ma żadnych szans, bo mimo szumnych deklaracji celem Brzęczka w tej imprezie będzie co najwyżej uniknięcie blamażu, a nie walka o medale. Nie dlatego, że brakuje mu ambicji, tylko że najważniejszym celem w 2021 roku, jaki postawił przed nim prezes PZPN, jest awans do mundialu w Katarze. Ewentualny sukces w finałach mistrzostw Europy, na który nikt nie liczy i w który nikt w Polsce nie wierzy, będzie „wartością dodaną”. A „Lewemu” akurat najbardziej zależy właśnie na sukcesie w europejskim czempionacie. Gdyby Brzęczkowi też na tym zależało, powinien pomyśleć jak najlepiej wykorzystać jego wciąż rosnący piłkarski potencjał. Niestety, wygląda na to, że woli go tłamsić, czego dowodem choćby pomysł zatrudnienia w roli asystenta Łukasz Piszczka. Szkoda, bo zamiast tracić energię na takie poboczne sprawy, w meczu z Włochami i Holendrami powinien cofnąć „Lewego” do drugiej linii, a na szpicy wystawić Piątka i Milika. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie Lewandowskiego w roli rozgrywającego, to znaczy, że nie ma wyobraźni.

Za słabi na silnych, za mocni na słabych

Po fatalnym występie biało-czerwonych w spotkaniu z Włochami na Jerzego Brzęczka spadła lawina krytyki i żądań jego dymisji. Mecz z Holendrami był więc dla selekcjonera z gatunku „o życie”, bo w przypadku ponownego blamażu nawet podkreślający swoją niezależność w tej kwestii prezes PZPN Zbigniew Boniek nie miałby innego wyboru. Po porażce z ekipą „Oranje” 1:2 zwalniać Brzęczka nie ma powodu, co jednak wcale nie znaczy, że nie musi już się nad tym zastanawiać.

Brzęczek w wypowiedziach udzielanych po meczu z Włochami z naciskiem podkreślał, że w jego ocenie nie ma żadnych przesłanek do udzielenia mu dymisji, bo wykonał wszystkie zadania, jakie postawiły przed nim władze PZPN. Wywalczył awans do finałów mistrzostw Europy, utrzymał zespół w najwyższej dywizji Ligi Narodów, a w trakcie tych zmagań wprowadził jeszcze do kadry całą grupę młodych i obiecujących zawodników. Jego ogólny bilans spotkań też nie wygląda tragicznie. Reprezentacja pod wodzą Brzęczka rozegrała dotąd 24 mecze, z których 12 wygrała, pięć zremisowała, a w siedmiu doznała porażek. Gdy jednak weźmie się pod uwagę wyłącznie potyczki z zespołami z najwyższej europejskiej półki, to bilans już taki korzystny nie jest. W ostatnich dwóch latach biało-czerwoni rozegrali osiem meczów z zespołami z elity – cztery z ekipą Włoch, a po dwa z Portugalią i Holandią. Nie wygrali żadnego z tych spotkań, trzy zremisowali, a w pięciu doznali porażek.
Inna sprawa, że nawet grając tak beznadziejnie słabo, jak w niedzielę przeciwko Włochom, ekipa Brzęczka nie doznała przez te dwa lata ani jednej upokarzającej pod względem wyniku klęski, takiej choćby jaka przydarzyła się w środę Niemcom w spotkaniu z Hiszpanią (0:6). Dla przypomnienia: dwa lata temu z Portugalczykami biało-czerwoni przegrali u siebie 2:3 i na wyjeździe zremisowali 1:1, z Włochami w pierwszej edycji Ligi Narodów zremisowali 1:1 i przegrali 0:1, a w drugiej zremisowali 0:0 i przegrali 0:2, zaś z Holandią w tej edycji na wyjeździe przegrali 0:1.
Dwanaście zwycięstw Brzęczek odnotował natomiast w spotkaniach z zespołami równorzędnymi lub słabszymi od naszej reprezentacji – dwukrotnie wygrał z Łotwą, Macedonią Północną, Izraelem, Bośnią i Hercegowiną oraz po jednym razie z Austrią, Słowenią, Finlandią i Ukrainą. To tylko potwierdza opinię o naszej reprezentacji, że jest za słaba dla najmocniejszych zespołów w Europie, a za mocna dla niżej od niej notowanych. Takim bez wątpienia jest ekipa Bośni i Hercegowiny, z którą biało-czerwoni pewnie wygrali rywalizację o zajęcie gwarantującej pozostanie w Dywizji A trzeciej lokaty w grupie. Chwilowe prowadzenie w grupie A po październikowych kolejkach rozbudziło jednak na nowo nadzieje polskich kibiców na sukcesy. To trochę wina magii jaką zauroczył Polaków swoimi wyczynami w Bayernie Monachium Robert Lewandowski, bo ona zrodziła przekonanie, że z nim w składzie do wielkich wyczynów powinna być też zdolna reprezentacja. Tym bardziej, że większość kadrowiczów gra na co dzień w mocnych europejskich klubach. Nie ma się więc co dziwić, że po katastrofalnym pod względem jakości gry występie przeciwko Włochom większość Polaków obstawiających wynik spotkania z Holandią stawiało na zwycięstwo gości. A w mediach społecznościowych przeważały życzenia dotkliwej porażki, bo ona zmusiłaby władze PZPN do zmiany selekcjonera.
Dzisiaj w Polsce poza Małgorzatą Domagalik (autorką jego mocno kontrowersyjnej biografii Jerzego Brzęczka) chyba nikt nie wierzy w jego trenerski geniusz. Po listopadowych meczach można też odnieść wrażenie, że do grona niedowiarków dołączyli także piłkarze kadry, z Robertem Lewandowskim na czele. W meczu z Holandią nie wbili jednak selekcjonerowi noża w plecy, wręcz odwrotnie – zagrali z taką ambicją i zaangażowaniem, jakby walczyli o jego posadę. A jak jest naprawdę, to wiedzą chyba tylko oni sami, bo nie ulega wątpliwości, że w kadrze wraz z pojawieniem się dużej grupy nowych graczy zaczął nabrzmiewać też naturalny w takich sytuacjach konflikt pokoleniowy.