Reprezentację czekają dwa trudne lata

Przeniesienie turnieju Euro 2020 na przyszły rok w aspekcie czysto sportowym nie jest wielkim problemem dla reprezentacji Polski. Bez względu na to, kto będzie jej trenerem, przez 15 miesięcy nie zdoła przecież dokonać w kadrze personalnej rewolucji. A nawet gdyby chciał, nie pozwolą mu na to władze PZPN. Nasza piłkarska federacja będzie potrzebowała sukcesów drużyny narodowej, bo bez nich nie odbuduje zrujnowanych przez koronawirus finansów. Selekcjoner nie dostanie więc zgody na żadne eksperymenty.

Po przymusowej przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, drużynę narodową czeka półtoraroczna harówka. Jesienią tego roku biało-czerwoni powalczą w Lidze Narodów, od marca 2021 zaczną eliminacje do mistrzostw świata w Katarze, które potrwają do listopada tego roku, a w ich środku przyjdzie im odrobić zaległości z Euro 2020. Takie skomasowanie ważnych meczów w jednym roku niesie wyzwania, z jakimi żaden selekcjoner polskiej reprezentacji jeszcze się nie mierzył. Na razie nie ma co dywagować, czy ciężar oczekiwań udźwignie Jerzy Brzęczek, bo jego aktualny kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku, a póki co sternicy naszej futbolowej centrali nie kwapią się z jego przedłużeniem. Obsada stanowiska selekcjonera kadry jest jednak w tej chwili kwestią drugorzędną. Trener Brzęczek oraz jego sztab i tak nie mają teraz nic do roboty i wszystko wskazuje na to, że nie będą mieli co najmniej do końca lipca.
Wiek to tylko liczba, ale…
Załóżmy jednak, że umowa Brzęczka zostanie przedłużona i to on poprowadzi Polskę na turnieju, na który ją wprowadził. Po pierwsze, przebudowa drużyny będzie musiała zostać przeprowadzona w trakcie kwalifikacji do MŚ 2020, które mają wystartować w marcu 2021 roku, i być dostosowana do jesiennego terminu mundialu w Katarze. Dotąd reprezentacje narodowe w Europie funkcjonowały według dwuletniego cyklu, a zmiany pokoleniowe w kadrach dokonywały się zazwyczaj po mistrzostwach świata lub Europy i przed startem kwalifikacji do kolejnego turnieju. Teraz jednak selekcjonerzy będą musieli tym samym składem obskoczyć zarówno czerwcowe finały mistrzostw Europy, jak i eliminacje do mundialu w Katarze, co nie jest dobrą wiadomością dla piłkarzy zaawansowanych wiekowo.
Dla kilku graczy powoływanych dotąd regularnie przez trenera Brzęczka przesunięcie finałów mistrzostw Europy na 2021 rok może de facto oznaczać koniec reprezentacyjnej kariery. W tej grupie znajdują się: Jakub Błaszczykowski (rocznik 1985), Łukasz Fabiański (1985), Thiago Cionek (1986) i Artur Jędrzejczyk (1987). Oprócz Fabiańskiego, który przez Brzęczka przy osadzie bramki był dotąd traktowany na równych prawach z Wojciechem Szczęsnym, pozostali z wymienionych są w tej chwili zawodnikami drugiego wyboru, czyli rezerwowymi. Dla każdego z nich występ w tegorocznym turnieju miał być zwieńczeniem reprezentacyjnych karier, ale nawet gdyby pozostali w kadrze jeszcze przez rok, metryki oszukać się nie da. Błaszczykowskiemu już teraz co rusz przytrafiają się kontuzje, przez które nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymać wysokiej formy. Inna sprawa, że był dotąd w kadrze dzięki rodzinnym koneksjom z Brzęczkiem, bo od innego selekcjonera pewnie już po mundialu w Rosji przestałby dostawać powołania. Za rok będzie miał już jednak 36 lat, a podczas mundialu w Katarze 37 i jego przydatność dla reprezentacji będzie żadna. Podobnie jak Thiago Cionka i Jędrzejczyka. Obaj na rezerwowych dla Kamila Glika i Jana Bednarka już teraz słabo się nadawali. W kwalifikacjach Euro 2020 pierwszy z nich nie zagrał nawet minuty, a drugi wystąpił tylko w jednym meczu, a i to dlatego, że nie mógł zagrać kontuzjowany Glik.
Wiek nie powinien być decydującym kryterium przy ocenie przydatności piłkarza do kadry, ale czy to się komuś podoba czy nie, na ogół o tym przesądza. Chyba, że trener nie ma alternatywy, ale w przypadku drużyny narodowej takie sytuacje się nie zdarzają.
Bramkarzy ci u nas dostatek
Na razie nie wiadomo co postanowi Łukasz Fabiański, który po tegorocznym Euro planował pożegnanie z reprezentacją Polski. On jest rówieśnikiem Błaszczykowskiego, co w przypadku bramkarza nie jest jednak takim problemem, bo nie musi przecież w trakcie meczu zaliczać po 10-12 km, czego wymaga się od zawodnika grającego na pozycji skrzydłowego. Nic nie ujmując Fabiańskiemu, który jest filarem West Hamu United, to obiektywnie oceniając, w ubiegłym roku zaczęła uwidaczniać się już wyraźna różnica między nim a Wojciechem Szczęsnym. Różnica na niekorzyść Fabiańskiego, żeby była jasność. A to dlatego, że młodszy o pięć lat Szczęsny jest teraz w apogeum swoich możliwości, gra regularnie w jednym z najlepszych zespołów klubowych na świecie, który w każdym sezonie walczy o najwyższą stawkę w Lidze Mistrzów. I właśnie przedłużył z turyńskim klubem kontrakt do 2024 roku. To są wystarczające powody, żeby w reprezentacyjnej bramce stawiać właśnie na niego. Przy całym szacunku dla Fabiańskiego, gdyby nie błędy Szczęsnego i kilka pechowych dla niego zdarzeń, to Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek ustalanie składu wyjściowej jedenastki zaczynaliby od wpisania nazwiska Szczęsny do rubryki „bramkarz”.
Z punktu widzenia interesu reprezentacji nie ma zatem znaczenia, co postanowi Fabiański, bo w najbliższych latach bramkarzem numer 1 w kadrze będzie Szczęsny. A w rolach dublerów, z których za kilka lat wyłoni się jego następca, powinni być obsadzani występujący obecnie z powodzeniem w Fiorentonie 23-letni Bartłomiej Drągowski oraz 21-letni Radosław Majecki, który latem przeniesie się z Legii Warszawa do AS Monaco, Kamil Grabara (obecnie na wypożyczeniu z FC Liverpool do Huddersfield Town) i Marcin Bułka, na razie jeszcze trzeci bramkarz Paris Saint-Germain. Na tej pozycji reprezentacja Polski nie będzie miała w najbliższej dekadzie deficytu talentów, bo każdego roku ujawniają się nowe.
W defensywie też nie jest źle
W liniach obronnych w tej chwili nikt nie wyobraża sobie kadry Polski bez Kamila Glika (32 lata), Jana Bednarka (24), Macieja Rybusa (31), Tomasza Kędziory (26), Bartosza Bereszyńskiego (28), a nawet Arkadiusza Recy (25). Kto powinien do nich dołączyć? Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie ma sensu powoływać już Jędrzejczyka i Thiago Cionka, natomiast zamiast nich oswajać się z reprezentacją powinni już coraz lepiej radzący sobie w występującej w Serie A drużynie Cagliari 20-letni Sebastian Walukiewicz oraz 19-letni Michał Karbownik, który w Legii Warszawa zrobił furorę jako lewy obrońca, ale grał na tej pozycji z konieczności, bo ponoć to urodzony pomocnik i rozgrywający. Ci dwaj niewątpliwie utalentowani gracze ujawnili już futbolowy potencjał, w który warto inwestować.
Do tej formacji może też przecież dołączyć po wyleczeniu kontuzji więzadeł 22-letni Krystian Bielik, który już zdążył swoimi występami w reprezentacji zaklepać sobie w niej miejsce dla siebie i gdyby nie pech, miałby pewne miejsce w kadrze na Euro 2020. Ten uniwersalny piłkarz świetnie spisywał się też w roli defensywnego pomocnika. W jego przypadku przełożenie Euro 2020 o rok może okazać się zbawienne, o ile rzecz jasna zdoła wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji, co w przypadku graczy wracających po urazie więzadeł zawsze jest loterią.
Kto obok Krychowiaka?
Liderem linii środkowej naszej reprezentacji bez wątpienia jest w tej chwili Grzegorz Krychowiak, który w lidze rosyjskiej wybił się na gwiazdę, a w tym sezonie zadziwia wręcz niesłychaną jak na defensywnego pomocnika skutecznością – w 20 ligowych występach strzelił dziewięć goli i zaliczył cztery asysty. Ten 30-letni piłkarz od sześciu lat jest filarem biało-czerwonych i przez najbliższe dwa lata tej roli może go pozbawić co najwyżej jakaś ciężka kontuzja. Pewniakami w tej formacji są także 26-letni Piotr Zieliński (SSC Napoli), 21-letni Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), 30-letni Mateusz Klich (Leeds United) i 25-letni Przemysław Frankowski (Chicago Fire) i nawet 28-letni Jacek Góralski, chociaż powędrował na koniec świata do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Gdyby turniej Euro 2020 został rozegrany w tym roku, pewne miejsce na lewym skrzydle miałby zapewne 32-letni Kamil Grosicki, ale po przejściu zimą tego roku z Hull City do West Bromwich Albion w nowym klubie ma tylko status zmiennika i zważywszy na jego wiek, niewielkie szanse na wywalczenie miejsca w podstawowym składzie. Tym bardziej, że ekipa WBA, podobnie zresztą jak Leeds United (Klich), jest bliska wywalczenia awansu do Premier League, co z pewnością zaowocuje letnimi transferami nowych graczy. Teoretycznie zatem za kilka miesięcy możemy mieć dwóch kadrowiczów w klubach Premier League, lecz w marginalnych rolach i przez to z malejącym pożytkiem dla reprezentacji.
Na szczęście selekcjoner kadry ma szerszy wybór graczy w tej formacji. Po wyleczeniu kontuzji w drugiej połowie tego roku powinien już wrócić do gry Dawid Kownacki, być może w jakimś nowym klubie po zapowiedzianym odejściu z Leicester City odrodzi się w końcu zapomniany już przez polskich kibiców Bartosz Kapustka, piłkarz po przejściach, ale wciąż perspektywiczny, bo ledwie 24-letni. Może w końcu przebije się w kadrze ewidentnie niedoceniany przez Brzęczka Karol Linetty (Sampdoria Genua), może szansę dostanie rewelacyjnie spisujący się w barwach Uralu Jekaterynburg 26-letni Rafał Augustyniak, zbierający znakomite recenzje w rosyjskiej lidze, w której uznawany jest za najbardziej skutecznego w destrukcji defensywnego pomocnika. Na pewno powinien ją dostać 27-letni Damian Kądzior, który rozgrywa sezon życia w Dinamie Zagrzeb. W zespole mistrza Chorwacji do momentu przerwania rozgrywek miał na koncie 12 bramek i 9 asyst. Może wreszcie powody do wysłania im powołań dadzą tacy gracze, jak 22-letni Patryk Dziczek (Lazio Rzym, obecnie wypożyczony do II-ligowej Salernitany, czy 26-letni Radosław Murawski, grający obecnie w tureckim Denizlisporze.
Lewandowski i kto jeszcze?
W linii ataku poza wszelką konkurencją jest rzecz jasna 31-letni Robert Lewandowski i nic nie zapowiada, żeby przez najbliższe dwa lata miało coś się w tej kwestii zmienić. Drugie miejsce w aktualnej hierarchii napastników zajmuje 26-letni Arkadiusz Milik (SSC Napoli), a trzecie 25-letni Krzysztof Piątek (Hertha Berlin). Za nimi nie stoi jednak kolejka graczy z aspiracjami i umiejętnościami, żeby zająć miejsce tego tercetu. W lidze greckiej w tym sezonie furorę zrobił co prawda 23-letni Karol Świderski, najlepszy strzelec PAOK Saloniki, zaś za oceanem w amerykańskiej MLS mamy 25-letniego Jarosława Niezgodę i 23-letniego Adama Buksę, lecz obiektywnie rzecz biorąc nie są to piłkarze dobrze rokujący na przyszłość. Trzeba zatem trzymać kciuki za zdrowie „Lewego” i Milika oraz żeby Piątek odzyskał jak najszybciej skuteczność z okresu gry w Genui. I czekać na pojawienie się nowych, utalentowanych napastników.

Nie tylko Brzęczkowi wygasa umowa

Przełożenie przez UEFA turnieju Euro 2020 na przyszły rok postawiło kilka federacji w niezręcznej, a nawet niekomfortowej sytuacji wobec trenerów ich reprezentacji. Selekcjoner kadry Polski Jerzy Brzęczek ma kontrakt z PZPN wygasający z końcem lipca tego roku. W podobnej sytuacji jak on znajdują się jeszcze szkoleniowcy zespołów Belgii, Włoch, Portugalii, Ukrainy, Chorwacji, Danii i Austrii.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek sam wybrał Jerzego Brzęczka na nowego trenera biało-czerwonych i przez dwa lata konsekwentnie utrzymywał, że dokonał słusznego wyboru. Ale niedawno w jednym w programów telewizyjnych nieoczekiwanie stwierdził: „W kontrakcie selekcjonera reprezentacji nie ma klauzuli, która mówi, że awans gwarantuje prowadzenie drużyny także na turnieju Euro. Była tylko taka, która po awansie z automatu przedłużała kontrakt do końca lipca 2020 roku”. Czy to oznacza, że Brzęczek za rok nie poprowadzi biało-czerwonych w finałach mistrzostw Europy? Pewnie poprowadzi, bo mimo licznych zastrzeżeń do jego pracy, wyniki przemawiają na jego korzyść i odebranie mu tej możliwości byłoby dla PZPN „strzałem w stopę. Wygląda na to, że Boniek po prostu przygotował sobie grunt pod czekające go wkrótce negocjacje z selekcjonerem o przedłużeniu wygasającej z końcem lipca umowy.
W podobnej sytuacji co Brzęczek w ekipach finalistów Euro 2020 jest jeszcze siedmiu szkoleniowców. W lipcu kontrakty wygasną też Andrijowi Szewczence (Ukraina), Zlatko Daliciowi (Chorwacja), Roberto Manciniemu (Włochy), Roberto Martinezowi (Belgia) Fernando Santosowi (Portugalia) i Franco Fodzie (Austria). Oni jednak, podobnie jak selekcjoner biało-czerwonych, nie stoją na straconej pozycji i raczej na pewno dostana propozycje przedłużenia dotychczasowych umów. Na co takiego nie może już liczyć trener reprezentacji Danii Age Hareide. Władze duńskiej federacji już wcześniej z nim ustaliły, że odejdzie po Euro 2020, dlatego podpisały kontrakt z jego następcę, Kasparem Hjulmandemj, który przejmie kadrę od 1 sierpnia tego roku.
Hereide jest zatem największym poszkodowanym przez epidemię koronawirusa z trenerów finalistów mistrzostw Europy, bo z powodu przełożenia turnieju na przyszły rok norweski szkoleniowiec stracił okazję do zwieńczenia kilkuletniej pracy z duńską drużyną. Pod jego wodzą Dania w mistrzostwach świata w Rosji doszła do 1/8 finału, odpadając po porażce w rzutach karnych z Chorwacją, która później wywalczyła wicemistrzostwo globu. A potem udanie przeprowadził duńską reprezentacje przez eliminacje Euro 2020 – awansowała z drugiego miejsce w grupie D, zdobywając w ośmiu meczach 16 punktów (pierwsza była Szwajcaria z dorobkiem 17 pkt), ale jego drużyna nie poniosła nawet jednej porażki. Ma więc czego żałować.

Brzęczek nawet nie wysłał powołań

Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek miał w miniony poniedziałek rozesłać powołania dla kadrowiczów na marcowe mecze towarzyskie z Finlandią we Wrocławiu i Ukrainą w Chorzowie. Z oczywistego powodu, jakim jest epidemia koronawirusa, już od dawna było wiadome, że oba spotkania się nie odbędą.

Zakaz rozgrywania imprez masowych, nakaz unikania skupisk ludzkich – to tylko niektóre przeszkody w zorganizowaniu marcowego zgrupowania kadry. Wirus COVID-19 dotknął także reprezentantów Polski, bo zaraził się nim występujący na co dzień w Sampdorii Genua Bartosz Bereszyński. Ale nie tylko on nie mógłby przyjechać na zgrupowanie kadry. Także inni gracze grający w lidze włoskiej nie mogliby tego zrobić, a bez Wojciecha Szczęsnego, Piotra Zielińskiego, Arkadiusza Milika, Thiago Cionka, Karola Linettego, Arkadiusza Recy i wspomnianego Bereszyńskiego, trener Brzęczek raczej nie miałby po co organizować sparing reprezentacji. Decyzja o rezygnacji z marcowych meczów była więc jedynie formalnością.
Spotkania z Ukrainą i Finlandią na razie przełożono na czerwiec, lecz szansa na ich rozegranie jest iluzoryczna. Po prostu nie będzie na nie wolnych terminów.

Szewczenko już odkrył karty

Towarzyski mecz Polska – Ukraina zostanie rozegrany na Stadionie Śląskim w Chorzowie dopiero za trzy tygodnie, lecz selekcjoner ukraińskiej reprezentacji Andrij Szewczenko już teraz ogłosił skład 24-osobowej kadry. Przed potyczką z biało-czerwonymi jego wybrańcy zagrają z Francją.

Mecz Polska – Ukraina ma się odbyć 31 marca na Stadionie Śląskim w Chorzowie, a cztery dni wcześniej biało-czerwoni mają podjąć we Wrocławiu Finlandię. Z powodu rozszerzającej się także w Polsce epidemii koronawirusa oba spotkania mogą zostać rozegrane bez udziału publiczności, a nawet w ostatnim momencie odwołane. Na razie jednak przygotowania toczą się ustalonym trybem.
Ukraińcy w marcu także zaplanowali dwa spotkania kontrolne. Zanim pojawią się w Chorzowie, wcześniej zmierzą się z aktualnymi mistrzami świata Francuzami, których powszechnie uważa się za głównych faworytów tegorocznych mistrzostw Europy. Selekcjoner kadry naszych wschodnich sąsiadów, przed laty wybitny napastnik Dynama Kijów, AC Milan i Chelsea Londyn, zdobywca „Złotej Piłki” redakcji „France Football” w 2004 roku, 111-krotny reprezentant swojego kraju, nie eksperymentował z powołaniami. W gronie 24 zawodników, których zaprosił na zgrupowanie, z kluczowych graczy zabrakło jedynie Romana Jaremczuka, który w kwalifikacjach do Euro 2020 zdobył dla Ukrainy cztery bramki i był jej najskuteczniejszym graczem. Nie ma w tym jednak żadnej sensacji, po prostu 24-letni napastnik belgijskiego klubu KAA Gent jeszcze nie doszedł do pełni sił po poważnej kontuzji. Jaremczuk znalazł się jednak na liście rezerwowej. Poza tym w ukraińskiej ekipie znaleźli się wszyscy piłkarze, którzy przyczynili się do wywalczenia awansu do Euro 2020. Dla przypomnienia – Ukraina wygrała grupę B w pokonanym polu pozostawiając broniącą tytuł Portugalię oraz zespoły Serbii, Luksemburga i Litwy.
Trener reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek ma trudniejszą sytuację kadrową od Szewczenki, głównie z powodu kontuzji Roberta Lewandowskiego. Ale o ile „Lewy” ma wrócić do gry na początku kwietnia, to wiadomo już, że w turnieju Euro 2020 na pewno nie będą mogli zagrać Krystian Bielik (Derby County) i Dawid Kownacki (Fortuna Duesseldorf). Ostatnio urazu doznał też Karol Linetty (Sampdoria Genua). Poza wymienionymi pozostali gracze, z którymi wywalczył awans do mistrzostw Europy, powinni być do jego dyspozycji. Kwartet bramkarzy – Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn), Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (Bologna) i Radosław Majecki (Legia Warszawa/AS Monaco) – występuje w swoich klubowych zespołach i nie schodzi poniżej określonego poziomu. W obsadzie bramki Brzęczek nadal ma kłopot bogactwa.
W linii defensywnej też sytuacja nie wygląda źle. Gracze, na których w eliminacjach stawiał trener biało-czerwonych, czyli Jan Bednarek (Southampton), Kamil Glik (AS Monaco), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Arkadiusz Reca, (SPAL 2013), Bartosz Bereszyński (Sampdoria), Thiago Cionek (SPAL 2013) i Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa) – grają regularnie w swoich klubach, natomiast Maciej Rybus w przerwie zimowej przeszedł operację pachwiny i jeszcze nie wrócił do składu Lokomotiwu Moskwa. W tej formacji w kadrze na mecze z Finlandią i Ukrainą może pojawić się najwięcej nowych twarzy.
W środkowej linii selekcjoner też nie ma jakiś wielkich problemów. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa), Piotr Zieliński (SSC Napoli), Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), Mateusz Klich (Leeds United) i Kamil Grosicki (West Bromwich Albion) grają regularnie i trzymają wysoki poziom. Niewiadomą jest aktualna forma Jacka Góralskiego, który zimą przeniósł się z bułgarskiego Łudogorca Razgrad do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Wiadomo jednak, że ma miejsce w podstawowym składzie i gra regularnie w tym zespole. Na powołanie może też liczyć występujący w Chicago Fire Przemysław Frankowski oraz zapewne Jakub Błaszczykowski, jeśli znowu nie przydarzy mu się jakaś kontuzja.
Największy kłopot ma teraz Brzęczek z linią ataku. Jak już zostało wcześniej wspomniane, Lewandowski leczy kontuzję i z informacji przekazywanych przez Bayern ma być gotowy do gry dopiero na początku kwietnia. Krzysztof Piątek po przeprowadzce z AC Milan do Herthy Berlin całkowicie zatracił skuteczność, a Arkadiusz Milik co rusz zmaga się z urazami. W tej sytuacji być może szansę dostanie nieźle grający w PAOK Saloniki Karol Świderski.
Ten krótki przegląd pokazuje, że oba marcowe spotkania bardzo by się naszej piłkarskiej kadrze przydały. W dwóch ostatnich meczach kontrolnych, 2 czerwca z Rosją i 9 czerwca z Islandią, na weryfikację przydatności kadrowiczów będzie już za późno.

W Lidze Narodów znów z Włochami

Reprezentacja Polski nie miała szczęścia w losowaniu grup drugiej edycji Ligi Narodów. Biało-czerwoni trafili na zespoły Włoch, Holandii oraz Bośni i Hercegowiny. Na awans do finału szans nie mają, ale powinni uniknąć spadku.

W losowaniu wzięło udział 55 reprezentacji zrzeszonych w UEFA, które zostały podzielone na cztery dywizje: A, B, C, D. Reprezentacja Polski pozostała w dywizji A, choć w poprzedniej edycji zajęła ostatnie miejsce w grupie z Portugalią i Włochami. UEFA zdecydowała się jednak zmienić format rozgrywek. Najwyższą dywizję poszerzono z 12 do 16 reprezentacji, dzięki czemu polski zespół pozostał wśród najlepszych. Przed losowaniem w Amsterdamie przypomniano regulamin drugiej edycji Ligi Narodów. I tak w dywizjach A, B i C zagra po 16 drużyn (cztery grupy czterozespołowe), a pozostałe siedem w dywizji D (jedna grupa czterozespołowa i jedna trzyzespołowa). Zwycięzcy grup w dywizji A zakwalifikują się do turnieju finałowego, którego zwycięzca zostanie zwycięzcą całej Ligi Narodów. Zwycięzcy grup w dywizjach B, C i D awansują do wyższej dywizji, a czwarte zespoły grup w dywizjach A, B spadną do niższej dywizji. Z dywizji C do D spadną tylko dwie drużyny po barażach.
Mecze grupowe Ligi Narodów odbywać się będą jesienią 2020 r. (3-5 września, 6-8 września, 8-10 października, 11-13 października, 12-14 listopada, 15-17 listopada), a turniej finałowy (półfinały i finał) – w dniach 2-6 czerwca 2021 r. na terenie jednego z finalistów. Mecze barażowe o utrzymanie w dywizji C zostaną rozegrane 24, 25, 28 oraz 29 marca 2021 r. Spotkania grupowe będą rozgrywane w dni powszednie o godz. 20:45, a w soboty i niedziele także o 18:00 i opcjonalnie o 15:00.
Polski Związek Piłki Nożnej w Amsterdamie reprezentowali m.in. selekcjoner reprezentacji Jerzy Brzęczek oraz Marek Koźmiński, aktualnie wiceprezes związku ds. szkoleniowych oraz jedyny jak na razie kandydat w wyborach na nowego prezesa PZPN.
Na razie nasza futbolowa centrala nie ujawnia, gdzie reprezentacja Polski w Lidze Narodów rozegra mecze u siebie. Raczej nie zdecyduje się na PGE Narodowy w Warszawie i wybierze prawdopodobnie Stadion Śląski w Chorzowie, a ma też oferty od operatorów stadionów w Gdańsku i Wrocławiu.
Co do Brzęczka, to w tej chwili o rywalizacji w Lidze Narodów może on rozprawiać jedynie jako aktualny selekcjoner reprezentacji, bo przecież nie jest powiedziane, że utrzyma się na tej posadzie po Euro 2020. W przypadku niepowodzenia może podzielić los Adama Nawałki, chociaż na zdrowy rozum PZPN powinien podpisać z nim kontrakt nie do końca mistrzostw Europy, tylko do końca roku. Właśnie po to, żeby jego kadra płynnie przeszła od jednej imprezy do drugiej. Ewentualna zmiana trenera kadry powinna następować w przerwie zimowej.
Liga Narodów 2020/2021
Dywizja A
Grupa 1
Holandia, Włochy, Polska, Bośnia i Hercegowina;
Grupa 2
Anglia, Belgia, Dania, Islandia;
Grupa 3:
Portugalia, Francja, Szwecja, Chorwacja
Grupa 4:
Szwajcaria, Hiszpania, Ukraina, Niemcy
Dywizja B
Grupa 1:
Austria, Norwegia, Irlandia Płn., Rumunia;
Grupa 2:
Czechy, Szkocja, Słowacja, Izrael;
Grupa 3:
Rosja, Serbia, Turcja, Węgry;
Grupa 4:
Walia, Finlandia, Irlandia, Bułgaria;
Dywizja C
Grupa 1:
Czarnogóra, Cypr, Luksemburg, Azerbejdżan;
Grupa 2:
Gruzja, Macedonia Płn., Estonia, Armenia;
Grupa 3:
Grecja, Kosowo, Słowenia, Mołdawia;
Grupa 4:
Albania, Białoruś, Litwa, Kazachstan;
Dywizja D
Grupa 1:
Wyspy Owcze, Łotwa, Andora, Malta
Grupa 2:
Gibraltar, Liechtenstein, San Marino.
Terminarz gier w polskiej grupie:
Kolejka 1 (3-5 września)
Holandia – Polska (4 września, 20:45); Włochy – Bośnia i Hercegowina (4 września, 20:45);
Kolejka 2 (6-8 września)
Bośnia i Hercegowina – Polska (7 września, 20:45); Holandia – Włochy (7 września, 20:45);
Kolejka 3 (8-10 października)
Polska – Włochy (8 października, 20:45)
Bośnia i Hercegowina – Holandia (8 października, 20:45);
Kolejka 4 (11-13 października)
Polska – Bośnia i Hercegowina (11 października, 20:45); Włochy – Holandia (11 października, 20:45);
Kolejka 5 (12-14 listopada)
Włochy – Polska (14 listopada, 20:45);
Holandia – Bośnia i Hercegowina (14 listopada, 20:45);
Kolejka 6 (15-17 listopada)
Polska – Holandia (17 listopada, 20:45);
Bośnia i Hercegowina – Włochy (17 listopada, 20:45).

Kownacki na zakręcie kariery

Dawid Kownacki w planach Jerzego Brzęczka miał do odegrania w turnieju Euro 2020 znaczącą rolę na prawym skrzydle. Niestety, występujący obecnie w barwach Fortuny Duesseldorf piłkarz doznał kontuzji więzadeł i wiadomo już, że w tym sezonie na pewno nie zagra. Ale to tylko jeden z powodów przez które jego kariera uległa wyhamowaniu.

Kownacki doznał urazu więzadeł w kolanie na początku lutego, gdy podczas treningu zespołu Fortuny zderzył się z innym zawodnikiem. Obaj zwalili się na murawę z dość sporym impetem, ale Polak miał mniej szczęścia, bo jego kolega całym ciężarem ciała upadł mu na nogę. Więzadła nie wytrzymały obciążenia i uległy zerwaniu, co potwierdziły jednak dopiero szczegółowe badania przeprowadzone w szpitalu. Lekarze uznali, że leczenie nieinwazyjne nie gwarantuje powodzenia i zalecili operację. Sztab medyczny Fortuny po zapoznaniu się z diagnozą doszedł do tego samego wniosku i reprezentant Polski w środę 12 lutego ma przejść zabieg rekonstrukcji uszkodzonych więzadeł. Agent Kownackiego, Marcin Kubacki, pytany przez media po obu stronach Odry o dalsze losy swojego podopiecznego, stwierdził krótko, że po operacji czekają go trzy miesiące przerwy, a potem żmudny proces odbudowy formy.
Kontuzja 23-letniego napastnika to spory kłopot dla trenera kadry Polski Jerzego Brzęczka, ale nie tak wielki, jak dla szkoleniowca Fortuny Duesseldorf. Kownacki jest najdroższym piłkarzem tego klubu w historii. Trafił do niego z Sampdorii Genua na zasadzie wypożyczenia zimą ubiegłego roku i przez pół roku spisywał się na tyle dobrze, że w letnim oknie transferowym 2029 Fortuna zdecydowała się na transfer definitywny i wykupiła polskiego piłkarza za blisko osiem milionów euro.
Niestety, Kownacki jak na razie nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Zerwane więzadła to już jego trzecia poważna kontuzja odkąd jest zawodnikiem drużyny z Duesseldorfu. Wcześniej miał problemy z mięśniem uda i mięśniem przywodziciela, a te urazy na dodatek przytrafiały mu się akurat wtedy, gdy trzeba było jechać na zgrupowania reprezentacji Polski przed meczami eliminacyjnymi do Euro 2020. Trener Fortuny Friedhelm Funkel nie tracił jednak nadziei, że niewątpliwy piłkarski talent Kownackiego w końcu eksploduje, ale tego nie doczekał, bo gdy drużynie zajrzało w oczy widmo degradacji, został zwolniony, a jego miejsce zajął Uwe Rosler.
Nowy szkoleniowiec zaniechał eksperymentów z ustawianiem Polaka na skrzydle i w pierwszej kolejce rundy wiosennej wystawił go w ataku. Kownacki nie wykorzystał szansy, zagrał słabo i po przerwie został zmieniony. Do momentu odniesienia kontuzji stracił też miejsce w podstawowym składzie i na boisku pojawiał się w roli zmiennika. W sumie w tym sezonie zagrał w Bundeslidze w 18 spotkaniach, goli jednak nie strzelał, więc atmosfera wokół niego zaczęła gęstnieć od coraz mniej zawoalowanych pretensji, zwłaszcza że drużynie dalej nie szło i w końcu utknęła na dobre w strefie spadkowej.
Kiepska forma Kownackiego prezentowana w tym sezonie zapewne i tak zniechęciłaby Jerzego Brzęczka do wysłania mu zaproszenia do kadry na mistrzostwa Europy, co byłoby porażką dla tego piłkarza, którego po mundialu w Rosji, gdzie pokazał się z dobrej strony, uznano za wielką nadzieję biało-czerwonych. Tych nadziei jak na razie nie potwierdzi i całkiem niewykluczone, że już się nie potwierdzą. Nie wszyscy piłkarze po kontuzji więzadeł potrafią wrócić do najwyższej formy, czasem po takim urazie załamują się nawet bardzo obiecujące kariery. Doświadczył tego na przykład Michał Żyro, który styczniu 2016 roku przeszedł z Legii Warszawa do Wolverhampton. W debiucie w angielskim zespole zdobył dwie bramki i natychmiast stał się ulubieńcem kibiców. Niestety, po kilku tygodniach doznał zerwania więzadeł, a po wyleczeniu nie tylko że nie wrócił do pierwszego składu „Wilków”, ale nawet Polsce idzie mu kiepsko – w Pogoni Szczecin i Koronie Kielce nie dał rady, a teraz wylądował w I-ligowej Stali Mielec. Kownacki będzie miał teraz kilka miesięcy na przemyślenie paru spraw. Nie ulega wątpliwości, że do tej pory nie dbał o formę i swój organizm jak Robert Lewandowski, co zresztą wytknął Kownackiemu poprzedni trener Fortuny Friedhelm Funkel sugerując, że to jest główną przyczyną jego częstych kontuzji.
Dwadzieścia trzy lata to jeszcze nawet nie środek piłkarskiej kariery i możliwe, że Kownacki za pół roku wróci na boisko odmieniony. Z Fortuną wiąże go kontrakt do końca czerwca 2023 roku, ale dla niemieckiego klubu to teraz tylko kłopot, bo jeśli spadnie, to kontrakt Polaka będzie dużym obciążeniem. Ale transfer raczej nie wchodzi w rachubę. I to nie tylko z powodu kontuzji więzadeł. W rankingu piłkarzy Bundesligi po rundzie jesiennej sporządzonej przez magazyn „Kicker” Kownacki został sklasyfikowany na przedostatnim miejscu. Czyli pod względem piłkarskim już znalazł się na dnie…

Euro 2020: Hiszpania i Szwecja na drodze Polaków

Losowanie grup mistrzostw Europy w Bukareszcie nie było dla naszej reprezentacji szczęśliwe. Jakoś dramatycznie złe też nie było, bo biało-czerwoni nie trafili do „grupy śmierci, jak Niemcy, Francuzi i Portugalczycy, ale Hiszpania i Szwecja, z którymi zagrają w grupie E, to nie będą z pewnością łatwi rywale. A bezpośredni awans do 1/8 finału uzyskają tylko dwie drużyny.

Reprezentacja Polski w fazie grupowej przyszłorocznych mistrzostw Europy w grupie E grać będzie na stadionach w Bilbao i Dublinie z Hiszpanią, Szwecją oraz zwycięzcą barażu B. O wolne miejsce w „polskiej grupie” powalczą cztery zespoły – Bośnia i Hercegowina z Irlandią Północną oraz Słowacja z Irlandią, więc całkiem prawdopodobny jest scenariusz, że tym czwartym rywalem biało-czerwonych będzie któraś z reprezentacji Irlandii. W takiej sytuacji Polacy i Szwedzi musieliby rywalizować z gospodarzami meczów w grupie E. Czy tak się stanie przekonamy się jednak dopiero po koniec marca przyszłego roku. W półfinałach tzw. ścieżki barażowej B Bośnia i Hercegowina zagra u siebie z Irlandią Północną, natomiast Słowacja podejmie Irlandię. Gospodarzem meczu finałowego będzie jednak zwycięzca meczu Bośnia i Hercegowina – Irlandia Północna. Spotkania półfinałowe we wszystkich barażach odbędą się 26 marca, zaś mecze finałowe 31 marca 2020 roku.

Zagrają w Dublinie i Bilbao

W wyniku dokonanego w Bukareszcie losowania podział na grupy Euro 2020 prezentuje się obecnie następująco: grupa A (Rzym, Baku) – Turcja, Włochy, Walia, Szwajcaria; grupa B (Petersburg, Kopenhaga) – Dania, Finlandia, Belgia, Rosja; grupa C (Amsterdam, Bukareszt) – Holandia, Ukraina, Austria, zwycięzca barażu D (tu może dojść jeszcze do zmiany, bo jeżeli ścieżkę barażową A wygra Rumunia, wówczas trafi do grupie C, a zwycięzca baraży D do grupy F); grupa D (Londyn, Glasgow) – Anglia, Chorwacja, zwycięzca barażu C, Czechy; grupa E (Bilbao, Dublin): Hiszpania, Szwecja, Polska, zwycięzca barażu B; grupa F (Monachium, Budapeszt) – zwycięzca barażu A (ten sam wariant zmian jak w grupie D), Portugalia, Francja, Niemcy.
Mecz otwarcia mistrzostw, w którym Turcja zagra z Włochami, zostanie rozegrany 12 czerwca o godz. 21:00 na Stadio Olimpico w Rzymie. Spotkanie finałowe odbędzie się 12 lipca o godz. 21:00 na stadionie Wembley w Londynie.

Nasza reprezentacja swoje grupowe mecze rozegra w takiej kolejności: 15 czerwca w Dublinie zmierzy się ze zwycięzcą barażu, 20 czerwca w Bilbao z Hiszpanią, a 24 czerwca ponownie w Dublinie ze Szwecją. Terminarz pozostałych spotkań w grupie E wygląda zaś tak: Hiszpania – Szwecja, 15 czerwca, Bilbao; Szwecja – zwycięzca ścieżki B, 19 czerwca, Dublin; Hiszpania – zwycięzca ścieżki B, 24 czerwca, Bilbao.

Mieszane odczucia po losowaniu

W Hiszpanii wyniki losowania przyjęto z nieskrywanym zadowoleniem. W tym kraju powszechnie uważa się, że dla ich drużyny rywale w grupie nie są groźni i zespół prowadzony ponownie przez Luisa Enrique bez większego problemu awansuje do następnej fazy europejskiego czempionatu.

W Szwecji nastroje nie były już takie euforyczne, ale też w tamtejszych mediach nikt nie przekreślał szans ekipie „Trzech Koron” na wyjście z grupy. Przypominano, że z reprezentacją Hiszpanii ich zespół rywalizował w eliminacjach w grupie F i wprawdzie na wyjeździe uległ jej aż 0:3, to już jednak w październikowym rewanżu u siebie wywalczył remis 1:1, który rywale mogli uznać za szczęśliwy dla siebie, bo w przekroju całego spotkania byli wyraźnie gorsi.

A w Polsce? Trener naszej kadry Jerzy Brzęczek zaraz po losowaniu stwierdził: „„Bardzo ciekawa grupa i niewygodni przeciwnicy. Hiszpanie i Szwedzi, patrząc na statystyki i historię, nie są drużynami, z którymi było nam łatwo. Ale na mistrzostwach Europy nie ma koncertu życzeń”.

Ostrożnie dobierał też słowa w ocenie szans kapitan polskiej reprezentacji Robert Lewandowski: „To są mistrzostwa Europy. Patrząc na to, jak wyglądało to ostatnio, o wynikach zdecyduje aktualna forma, w jakiej zespoły przystąpią do turnieju. Do rozpoczęcia imprezy jest jeszcze ponad pół roku, a to w futbolu dużo i wiele może się przez ten czas zmienić, choćby w składach drużyn”.

Bilety drogie jak diabli

Z dwóch aren przydzielonych dla grupy E polskim piłkarzom lepiej znana jest Aviva Stadium w Dublinie. Biało-czerwoni graliśmy na nim z Irlandczykami w 2013 (0:2) i 2015 roku (1:1). Pierwszy mecz był towarzyski, drugi w eliminacjach Euro 2016. Stadion w Dublinie to jeden z najnowszych obiektów wśród 12 aren Euro 2020. Został oddany do użytku w 2010 roku, a rok później rozegrano na nim finał Ligi Europy.

Otwarta sprzedaż biletów na Euro 2020 rozpocznie się 4 grudnia od godziny 14:00. Na oba mecze na Aviva Stadium dla polskich kibiców przeznaczono po 20 tysięcy biletów.

Ceny wejściówek na mecze Euro 2020 są zróżnicowane i zależne od miejsca rozgrywania meczu, a także fazy turnieju. Na każde spotkanie obowiązują 3 kategorie cenowe. Na mecze grupowe i 1/16 finału wejściówki, w zależności od stadionu, kosztują 30 (w Baku, Bukareszcie i Budapeszcie) albo 50 euro w trzeciej kategorii, 75 albo 125 euro w drugiej kategorii i 125 albo 185 euro w pierwszej kategorii. Tańsze bilety obowiązują jedynie na mecze w Baku, Bukareszcie i Budapeszcie. Droższe bilety obowiązują na mecz otwarcia w Rzymie i ćwierćfinały w Rzymie, Monachium i Petersburgu – w zależności od kategorii, 75, 145 lub 225 euro. Za bilety na ćwierćfinałowe spotkanie w Baku trzeba będzie zapłacić 30, 75 lub 125 euro. Za obejrzenie półfinałowych meczów, które odbędą się w na stadionie Wembley w Londynie, trzeba będzie już zapłacić 195, 345 lub 595 euro. Z kolei na finał, również na Wembley, bilety wyceniono na 295, 595 lub 945 euro. Nie są to ceny dla zwykłych ludzi.

 

 

Na losowanie do Bukaresztu

W sobotę w Bukareszcie odbędzie się losowanie grup turnieju finałowego piłkarskich mistrzostw Europy, który w przyszłym roku wyjątkowo zostanie rozegrany w 12 krajach. W imprezie zagrają 24 zespoły podzielone na sześć grup. Biało-czerwoni będą dobierani z drugiego koszyka, ale już wiadomo, że do dwóch grup na pewno nie trafią.

Turniej finałowy zostanie rozegrany w dniach 12 czerwca – 12 lipca i odbędzie się na 12 stadionach w 12 krajach. Taki nietypowy pomysł przeforsował ówczesny prezydent UEFA Michel Platini, pod pretekstem uczczenia 60. rocznicy rozegrania pierwszych mistrzostw Europy. Gwoli przypomnienia – odbyły się w 1960 roku we Francji jeszcze pod nazwą Pucharu Narodów Europy, a triumfowała w nich reprezentacja ZSRR. W obecnej, szesnastej edycji europejskiego czempionatu, w eliminacjach wystartowały reprezentacja wszystkich 55 zrzeszonych w UEFA krajowych federacji.

12 krajów, 12 miast, 12 stadionów

Z racji powierzenia organizacji aż 12 krajom, tym razem żaden zespół nie był zwolniony z eliminacji. Bezpośredni awans z kwalifikacji wywalczyło 20 zespołów, o cztery pozostałe miejsca w marcu przyszłego roku odbędą się rozgrywki barażowe z udziałem drużyn, które zapracowały na to dobrymi wynikami w ubiegłorocznej Lidze Narodów.

W kwestiach organizacyjnych przed losowaniem w Bukareszcie zostało ustalone, że grupa A będzie rywalizować w Rzymie (mecz otwarcia) i Baku, grupa B w Kopenhadze i Petersburgu, grupa C w Amsterdamie i Bukareszcie, grupa D w Londynie i Glasgow, grupa E w Bilbao i Dublinie, zaś grupa F w Monachium i Budapeszcie. W każdej z nich może zagrać maksymalnie dwóch współgospodarzy turnieju. Półfinały i finał zostaną rozegrane się na stadionie Wembley w Londynie.

Reprezentacje gospodarzy, które już wywalczyły awans, zostały automatycznie przydzielone do grup w swoim kraju. Zespoły podzielono na cztery koszyki, zgodnie z rankingiem na podstawie wyników uzyskanych w eliminacjach Euro 2020 (oprócz meczów z szóstymi w tabeli drużynami, bowiem niektóre grupy kwalifikacyjne były pięciozespołowe). Reprezentacja Polski znalazła się w drugim koszyku wraz z zespołami Francji, Szwajcarii, Chorwacji, Holandii i Rosji, a zatem nie trafi na żaden z nich. Wiadomo także, że biało-czerwoni nie trafią do grupy B, bo w niej współgospodarzem jest Rosja, a także do grupy C, w której znalazła się m.in. Holandia.

Pierwszy koszyk tworzą ekipy Belgii, Włoch, Anglii, Niemiec, Hiszpanii i Ukrainy, do trzeciego trafiły Portugalia, Turcja, Dania, Austria, Szwecja i Czechy, a do czwartego Walia i Finlandia, zaś cztery wolne miejsca zajmą zwycięzcy przyszłorocznych baraży. Dla przypomnienia – do 1/8 finału awansują po dwa najlepsze zespoły z każdej z sześciu grup oraz cztery z najlepszym bilansem z trzecich miejsc.

Nie chcą grać w Baku

Biało-czerwoni po raz czwarty wystąpią w finałach mistrzostw Europy. Trzy razy wywalczyli awans – w 2008 (trenerem był Leo Beenhakker), 2016 (trenerem był Adam Nawałka) i teraz pod wodzą Jerzego Brzęczka zakwalifikowali sie do Euro 2020), natomiast w 2012 roku mieli zagwarantowany udział jako współgospodarz turnieju (trenerem był wtedy Franciszek Smuda).
Delegacja PZPN na sobotnie losowanie grup Euro 2020 w Bukareszcie liczy osiem osób. Na jej czele stoi rzecz jasna prezes Zbigniew Boniek, obowiązkowo też w składzie ekipy znalazł się selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek. Boniek przed wyjazdem w swoich publicznych wypowiedziach unikał odpowiedzi na pytanie, którego zespołów nie chciałby za grupowego przeciwnika naszej reprezentacji. W końcu jednak, chyba na odczepnego, wyraził opinię, że w gruncie rzeczy jest to obojętne na kogo trafią biało-czerwoni. Rzecznik prasowy związku Jakub Kwiatkowski przyznał natomiast, że nasza ekipa bardzo by nie chciała grać w grupie A, bo to oznacza konieczność dalekich podróży do stolicy Azerbejdżanu Baku. Niestety, takiej możliwości wykluczyć nie można.

Przypomnijmy, że awans do 1/8 finału z każdej z sześciu grup wywalczą po dwa zespoły oraz cztery z najlepszym bilansem z trzecich miejsc. Nie ma zatem co kombinować i liczyć na farta, tylko trzeba założyć, że w turnieju Euro 2020 słabych rywali po prostu nie będzie. Bo nawet debiutująca w mistrzostwach reprezentacja Finlandii może w czerwcu przyszłego roku okazać się lepsza od Holandii czy Włoch.

 

Lewy znów napędzał biało-czerwonych

Krytykowany od początku pracy z kadrą Jerzy Brzęczek może dzisiaj pokazać swoim oponentom środkowy palec, bo w eliminacjach Euro 2020 osiągnął wyniki lepsze od większości swoich poprzedników.

Jakość gry naszej reprezentacji wciąż jest daleka od oczekiwań, ale oczywistym faktom trudno zaprzeczyć. Brzęczek zaczął pracę z kadrą od spadku z Dywizji A Ligi Narodów, trzeba jednak podkreślić, że w grupie przyszło mu rywalizować z odradzającą się po zapaści drużyną Włoch oraz późniejszym triumfatorem Ligi Narodów ekipą Portugalii. Poza tym ostatecznie dzięki zmianie regulaminu nasza drużyna pozostała w europejskiej elicie. Ale głównym celem jaki wyznaczył mu PZPN było zakwalifikowanie się do mistrzostw Europy i z tego zadania wywiązał się bez zarzutu. Prowadzony przez niego zespół zapewnił sobie awans już na dwie kolejki spotkań przed końcem zmagań, czym wyrównał najlepsze wcześniej osiągnięcie kadry Jerzego Engela z eliminacji do MŚ 2002. Drużyna Brzęczka dorównała też najlepszej pod względem liczby punktów zdobytych w eliminacjach ekipie Adama Nawałki, która w kwalifikacji do MŚ 2018 także zdobyła 25 punktów.

Warto też podkreślić, że zespół Brzęczka w eliminacjach Euro 2020 w siedmiu meczach nie stracił gola, a z pięciu straconych bramek aż cztery wbili Polakom Słoweńcy, a jedną zespół Izraela. W eliminacjach Euro 2020 biało-czerwoni nie byli tak skuteczni jak za kadencji Nawałki, ale 18 goli to też niezły wynik. Tyle samo bramek lub więcej nasza reprezentacja zdobywała w przegranych eliminacjach MŚ 2014 (18) i MŚ 2010 (19).

Najciekawszymi wydarzeniami wtorkowego meczu ze Słowenią była genialna bramka Lewandowskiego na 2:1, strzelona po indywidualnej akcji i ograniu kilku rywali, piękne pożegnanie Łukasza Piszczka, który w swoim pożegnalnym 66. występie opuszczał boisko w szpalerze utworzonym przez kolegów z drużyny, pierwszy gol 20-letniego Sebastiana Szymańskiego w reprezentacji oraz kontuzja Kamila Glika, po której stoper AS Monaco musiał zejść z boiska już na początku spotkania. Dwie stracone później przez biało-czerwonych bramki tylko potwierdziły kluczowe znaczenie tego gracza dla jakości gry defensywnej naszej drużyny, co jest kolejnym wyzwaniem dla Brzęczka, bo przed Euro 2020 musi znaleźć dublera o zbliżonej choćby klasie.

Jeszcze trudniej będzie Brzęczkowi znaleźć zastępcę dla Lewandowskiego. Selekcjoner wciąż liczy na odrodzenie Krzysztofa Piątka, ale na tym piłkarzu jego kadrowe pomysły na razie się kończą. Na szczęście „Lewy” wciąż jest fizycznie niezniszczalny, a ponadto wciąż rozwija swoje piłkarskie umiejętności. To absolutny fenomen, nie tylko w polskim futbolu, niestety wciąż niedoceniany. W meczu ze Słowenią strzelił 61. gola w 112 występie w reprezentacji. Skuteczniejsi w swoich drużynach narodowych od niego z wciąż grających piłkarzy są tylko Cristiano Ronaldo (99), Hindus Sunil Chhetri (72) i Lionel Messi (70), a tyle samo goli co „Lewy” ma też Neymar.

 

Pożegnali Piszczka z honorami

Rozegrany we wtorek ostatni mecz naszej reprezentacji w eliminacjach przyszłorocznych mistrzostw Europy nie miał żadnej stawki. Biało-czerwoni już w poprzedniej kolejce po wygranej z Izraelem zapewnili sobie awans z pierwszego miejsca w grupie. Największym wydarzeniem na Stadionie Narodowym był więc pożegnalny występ Łukasza Piszczka.

Po nieudanych dla naszej reprezentacji ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Rosji Łukasz Piszczek zrezygnował z występów w drużynie narodowej. Do zmiany decyzji nie zdołał go nakłonić nawet zaprzyjaźniony z nim Jerzy Brzęczek. Piłkarz tłumaczył, że jest już zmęczony łączeniem obowiązków w kadrze i Borussii Dortmund. Propozycję pożegnalnego występu też nie przyjął od razu, jednak pokusa zagrania po raz ostatni w reprezentacji na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym okazała się silniejsza i Piszczek ostatecznie znów znalazł się w kadrze. „Nie czuję jakichś wielkich emocji. Nie było mnie trochę w kadrze, ale wiele się nie zmieniło. Hotel jest ten sam, z trenerem Jerzym Brzęczkiem znam się od lat, z większością kadrowiczów miałem okazję grać wcześniej, więc spokojnie podchodzę do swojego wtorkowego występu” – zapewniał 34-letni obrońca.

Trener Brzęczek przed meczem poinformował, że Piszczek zagra co najmniej pół godziny. Szczerze mówiąc sam nie wiem jak zareaguję schodząc z boiska. Teraz myślę, że zejdę z uśmiechem na ustach, bo w reprezentacji spędziłem mnóstwo fajnych chwil. Jeśli czegoś żałuje, to tak jak wszyscy moi koledzy, że nie zdobyłem medalu na wielkiej imprezie, a uczestniczyłem przecież w czterech. Najbliżej sukcesu byliśmy na Euro 2016 i ten turniej zawsze będę wspominał najlepiej” – przyznał Piszczek, który we wtorkowy wieczór po raz 66. w karierze wystąpił w biało-czerwonych barwach.

W mediach przed meczem ze Słowenią sporo było spekulacji na temat szans biało-czerwonych na miejsce w pierwszym koszyku podczas losowania grup Euro 2020. Nasza reprezentacja straciła jednak na to szanse, bo po remisie Ukrainy z Serbią (2:2) oraz wygranych spotkaniach przez Francję i Anglię było już wiadomo, że bez względu na wynik potyczki ze Słoweńcami polski zespół znajdzie się w drugim koszyku. Większego znaczenia to zresztą nie ma, bo uczciwie rzecz ujmując z taką jakością gry, jaką biało-czerwoni prezentują pod rządami Jerzego Brzęczka, na sukces w mistrzostwach Europy nie mamy co liczyć.

Aby znaleźć się w gronie rozstawionych, nie wystarczy wygrać w grupie. W uprzywilejowanej pozycji znajdzie się jedynie sześć zespołów spośród dziesięciu zwycięzców grup. A lepszą zdobyczą punktową od biało-czerwonych legitymują się ekipy Anglii, Belgii, Włoch, Ukrainy, Francji i Niemiec. Z każdą z tych drużyn nasi piłkarze w tej chwili mieliby niewielkie szanse na zwycięstwo. Ryzykowne byłoby też stawianie na ich wygrane w potyczkach z Portugalią, Rosją, Czechami, Chorwacją, Hiszpanią czy Holandią. Jeśli chce się dzisiaj poważnie myśleć o sukcesach w reprezentacyjnym futbolu, trzeba grać na co najmniej na poziomie prezentowanym przez wyżej wymienione ekipy. Wszelkie próby oszukania systemu metodą „na lepszy koszyk” czy liczenie na łut szczęścia w losowaniu, prędzej czy później kończą się porażką.

A ostatnie miesiące bynajmniej nie poprawiły i tak nie najlepszej reputacji naszego zespołu, czego dowodzą choćby pierwsze spekulacje angielskich. One bez ceregieli już piszą, że widzą reprezentacja Polski w grupie marzeń dla reprezentacji Anglii.
Wtorkowy mecz Polska – Słowenia zakończył się po zamknięciu wydania. Na ostatnim treningu trener Brzęczek w grze szkolnej w jednej drużynie wystawił Szczęsnego, Piszczka, Glika, Bednarka, Recę, Szymańskiego, Krychowiaka, Góralskiego, Zielińskiego, Grosickiego i Lewandowskiego. Zgrupowanie opuścili wcześniej z powodu kontuzji Maciej Rybus i Bartosz Bereszyński, zatem było wiadomo, że Piszczka zmieni Kędziora. I jeśli taki zespół faktycznie zaczął mecz ze Słowenią, to powinien wygrać bez problemu. Jeśli rzecz jasna chce coś ugrać podczas Euro 2020.