Szczęsny walnął w Recę

Maciej Szczęsny, obecnie zatrudniony w charakterze telewizyjnego eksperta, wywołała burzę stwierdzeniem, iż Jerzy Brzęczek wystawia do gry Arkadiusza Recę, by Wisła Płock dostała od Atalanty Bergamo bonus transferowy wart pół miliona euro.

Za powołanie Arkadiusza Recy, który po przejściu z Wisły Płock (w tym klubie jego trenerem był Jerzy Brzęczek) do Atalanty Bergamo grzał we włoskim klubie ławę, selekcjoner kadry był krytykowany już po jesiennych meczach reprezentacji, a ponieważ w sytuacji tego piłkarza w Atalancie nic od tamtej pory na lepsze się nie zmieniło, jego obecność w kadrze na marcowe mecze eliminacyjne wywołała zrozumiałą fale oburzenia. W spotkaniu z Austrią Reca na boisku się nie pojawił i temat ucichł, lecz z meczu z Łotwą wyszedł w podstawowym składzie i zagrał od pierwszego do ostatniego gwizdka. I trzeba uczciwie przyznać, że zagrał słabo. Miał jednak duży udział w zwycięstwie, bo to z jego podania gola na 1:0 strzelił Robert Lewandowski. Tak na marginesie, Kamil Glik zdobył bramkę na 2:0 z podania Jakuba Błaszczykowskiego, a to drugi z piłkarzy, których obecność w kadrze uważana jest za przejaw nepotyzmu Brzęczka. Można zatem powiedzieć, że w meczu z Łotwą obaj ci zawodnicy dali selekcjonerowi mocne alibi dla podjętych przez niego w ich sprawie decyzji kadrowych.

Obalił to alibi jednak Maciej Szczęsny, który od pewnego czasu próbuje robić karierę telewizyjną w TVP Sport i skwapliwie wykorzystuje każdą wizytę na wizji, żeby utrwalać swój wizerunek bezkompromisowego eksperta. Tym razem pojechał jednak „po bandzie” rzucając w eter, że Arkadiusz Reca dlatego jest w kadrze, bo Brzęczek chce pomóc swojemu byłemu pracodawcy Wiśle Płock w zarobieniu 500 tys. euro. Tyle właśnie pieniędzy, wedle Szczęsnego, płocki klub dostanie, jako transferowy bonus od Atalanty Bergamo, jeśli Reca rozegra co najmniej pięć meczów w reprezentacji Polski.
Piłkarz po meczu z Łotwą nie chciał komentować rewelacji telewizyjnego eksperta, pewnie także dlatego, że jest on ojcem kolegi z reprezentacji Wojciecha Szczęsnego. Jerzy Brzęczek tylko się żachnął i skwitował rzecz krótko: „Nie znam klauzul, jakie są między klubami przy transferach piłkarzy. To opinia pana Szczęsnego, do której ma prawo. Ja patrzę tylko na rozwój i na ewentualną przydatność piłkarzy do kadry”.

Z wyjaśnieniem pospieszyła też Wisła Płock, zamieszczając komunikat tej treści: „W odniesieniu do medialnego zamieszania wokół meczu Polska – Łotwa, Zarząd Wisły Płock informuje, że nie jest upoważniony do ujawniania szczegółów umów transferowych swoich zawodników. Stwierdzamy natomiast stanowczo, że Klub nie otrzymał i nie otrzyma od Atalanty Bergamo środków finansowych z tytułu występów Arkadiusza Recy w reprezentacji Polski. Obecne władze Wisły Płock nigdy w żaden sposób nie podejmowały działań wymuszających grę swoich obecnych lub byłych zawodników w jakichkolwiek reprezentacjach i nie wyobrażają sobie, aby mogło się to stać w przyszłości” – można przeczytać na oficjalnej stronie klubu.
Głos w tej bulwersującej sprawie zabrał też, za pośrednictwem Twittera, prezes PZPN Zbigniew Boniek, który napisał: „Twitterowa szarańcza z tym kontraktem Recy oszalała. Sprawdziłem, klasyczny temat z d..y. Nie pierwszy i ostatni. Skąd w niektórych tyle jadu?”.

Szambo jednak wylało i cała ta sprawa pachnie nieładnie pachnie. Maciej Szczęsny póki co za swoje słowa nie przeprosił ani zarzutów nie odwołał. A są one poważne i nadają się nawet na sądowy procesik, bo chyba tylko tą drogą dałoby się rozwiać wszelkie wątpliwości. A tak wątpliwości pozostaną…

 

Popis Lewandowskiego w reprezentacji

Reprezentacja Polski meczami z Austrią (1:0) i Łotwą (2:0) rozpoczęła rywalizacje o awans do mistrzostw Europy w 2020 roku. To trzecie z rzędu kwalifikacje do wielkiej piłkarskiej imprezy, w których kluczowym graczem biało-czerwonych jest Robert Lewandowski – teraz już nie tylko kapitan i najskuteczniejszy strzelec drużyny, lecz także jej najlepszy gracz. Sześć zdobytych punktów i pozycja lidera grupy to gównie jego zasługa.

Lewandowski najwięcej stracił wizerunkowo na nieudanym występie naszej drużyny w ubiegłorocznym mundialu w Rosji. Jego kariera, dotąd znajdująca się na kursie wznoszącym, mocno wyhamowała, do czego przyczyniły się także jego plany odejścia z Bayernu Monachium, przez które stał się dla niemieckich mediów workiem do bicia. „Lewy” latem ubiegłego roku gruntownie jednak przemyślał swoją strategię kariery i zmienił w niej pryncypia – zamiast odchodzić z Bayernu, zaczął zabiegać o przedłużenie kontraktu, a nawet okazywać przywiązanie do barw tego klubu, czego wcześniej nie robił. Zaczął też wprowadzać zmiany w swoim stylu gry – nadal był pazernym na gole snajperem, ale coraz częściej i z coraz lepszym skutkiem zaczął też stwarzać okazje bramkowe kolegom.

Lewy wciąż stanowi o sile zespołu

Na zgrupowanie przed marcowymi meczami reprezentacji Lewandowski nie jechał jednak z taką pewnością, bo eksplozja strzeleckiej mocy Krzysztofa Piątka w Serie A wznieciła w Polsce dyskusję, czy wobec przeciągającego się braku skuteczności „Lewego” w reprezentacji (osiem kolejnych meczów bez gola) aby nie nadszedł już czas na zmianę w obsadzie pozycji środkowego napastnika na korzyść gracza AC Milan. Poza tym nie jest chyba tajemnicą, że kilku piłkarzy kadry ma duży kłopot z zaakceptowaniem wiodącej roli Lewandowskiego w kadrze, co zresztą doskonale było widać w meczach z Austrią i Łotwą.
Te mecze pokazały jednak dobitnie, że kapitan naszej reprezentacji wciąż stanowi co najmniej połowę piłkarskiej wartości zespołu i ten oczywisty fakt, potwierdzany zresztą w oficjalnych wypowiedziach przez najważniejszych ludzi w polskim futbolu, czyli prezesa PZPN Zbigniewa Bońka i jego zastępcę Marka Koźmińskiego, nie pozwala jego oponentom na podniesienie jawnego buntu.

Wspomniany Koźmiński, przypomnijmy – wiceprezes PZPN ds. szkoleniowych, w jednym z wywiadów udzielonych po meczu Polska – Łotwa stwierdził: „Nie rozumiem osób, które podważają niezaprzeczalną rolę Lewandowskiego w kadrze. Oczywiście Robert nie strzelał goli w kilku meczach, zdarzyły mu się też słabe występy, ale to wciąż lider tej drużyny. Od niego oczekuje się nieprawdopodobnych rzeczy, ale w tych oczekiwaniach trzeba zachować trochę rozsądku. W Wiedniu też grał bardzo dobrze, wypracował fantastyczną sytuację Piątkowi, a z Łotwą oprócz zdobycia kluczowej bramki na 1:0, przez cały mecz ofiarnie walczył i miał jeszcze trzy znakomite podania do kolegów, którym stworzył okazje bramkowe. Jemu takich podań dostarczono mało. Robert dzisiaj jest już trochę innym graczem, nie skupia się wyłącznie na strzelaniu goli, lecz podejmuje się kreować grę zespołu i wypracowuje okazje innym. Nie twierdzę, że nie można go krytykować jeśli zagra słabiej, tylko co u niego znaczy słabiej? Nawet wtedy jest przecież znacznie lepszy od wielu innych zawodników”. Naprawdę trzeba wiele złej woli, żeby nie przyznać Koźmińskiemu racji. Nie ma też podstaw sądzić, że nie zna się na rzeczy.

Dla PZPN awans do Euro 2020 nie jest może kwestią życia i śmierci, ma jednak znaczenie na tyle ważne, żeby nie zostawiać losów awansu wyłącznie w gestii Jerzego Brzęczka. Także dlatego, że jego personalne decyzje i niezrozumiały upór, z jakim przy niektórych obstaje, nie budzą do niego jak na razie pełnego zaufania. Zwycięstwa w spotkaniach z Austrią i Łotwą z pewnością nie da się uznać jako efekt jego trenerskich umiejętności. Biało-czerwoni wygrali te spotkania dosyć szczęśliwie. Nawet Łotysze, chociaż mieli w swoich szeregach graczy z klubów naszej ekstraklasy, a nawet I ligi, sprawiali wrażenie zespołu lepiej przygotowanego do meczu pod względem taktycznym.

Prosta droga do awansu

Po meczu jednak tylko Lewandowski miał odwagę powiedzieć, co w grze biało-czerwonych szwankowała najbardziej. „Parę rzeczy musimy poprawić. Przede wszystkim utrzymywanie się przy piłce i jej rozgrywanie. Musimy szybciej operować piłką, wypracować automatyzmy, dzięki którym będziemy mogli grać „w ciemno”. w meczu z Łotwą zbyt często przyjmowaliśmy piłkę i potem staliśmy z nią w miejscu, a jak wiadomo bez szybkości trudno jest zaskoczyć przeciwnika i stworzyć sytuację do strzelenia gola. Ogólnie rzecz biorąc mamy powody do zadowolenia, bo zrealizowaliśmy założony plan i mamy na koncie komplet punktów. Na kolejnym zgrupowaniu, w czerwcu, będzie trochę więcej czasu na przećwiczenie kilku elementów. Musimy bez przerwy doskonalić naszą grę z myślą nie tylko o eliminacjach, lecz także w kontekście występu w mistrzostwach Europy, do których, w co głęboko wierzę, nasza drużyna awansuje” – zapewniał „Lewy”.

Po pierwszej turze spotkań w grupie G biało-czerwoni znaleźli się na prostej drodze do tego celu, ale sądząc po wynikach innych spotkań to chyba jednak nie Austria będzie ich najtrudniejszym rywalem. Aspiracje do walki o awans z pierwszego miejsca zgłosiły też zespoły Izraela i Macedonii Północnej, a właśnie z tymi zespołami nasza reprezentacja zmierzy się w czerwcu. Najtrudniejszy będzie zapewne mecz z Izraelem na Stadionie Narodowym w Warszawie, niekoniecznie tylko w warstwie sportowej.

Nie mają z kim przegrać?

Po pierwszej turze spotkań nasza reprezentacja ustawiła się w roli faworyta do zwycięstwa w grupie. Gdyby wygrała oba spotkania w czerwcu, pozostałe do rozegrania mecze trener Brzęczek mógłby wykorzystać na przećwiczenie różnych schematów taktycznych, także tych z grą na trzech obrońców i trójkę napastników. Na razie pod tym względem możliwości naszej reprezentacji prezentują się bardzo ubogo. Z Austrią i Łotwą biało-czerwoni zagrali w ustawieniu 1-4-4-2, co łatwo rozszyfrowali i zneutralizowali nawet Łotysze, chociaż to zespół z drugiej setki rankingu FIFA. Przy maksymalnym zaangażowaniu Lewandowskiego, strzeleckim szczęściu Piątka i bramkarskim Wojciecha Szczęsnego polski zespół wyszedł z opresji zwycięsko, lecz bez znaczącej poprawy jakości gry swój ewentualny występ w Euro 2020 zakończy takim samym blamażem jak występ na mundialu w Rosji.

Tylko czy z Arkadiuszem Recą na lewej obronie (jego asysta przy golu Lewandowskiego nie zmienia niskiej oceny jego występu), chaotycznym i bezproduktywnym Kamilem Grosickim, przewidywalnymi w swojej grze Mateuszem Klichem i Grzegorzem Krychowiakiem, zespół tworzony obecnie przez Brzęczka może w ogóle wznieść się na wyższy poziom?

Grupa G
Austria – Polska 0:1; Macedonia Północna – Łotwa 3:1; Izrael – Słowenia 1:1;
Polska – Łotwa 2:0; Słowenia – Macedonia Płn 1:1; Izrael – Austria 4:2.
1. Polska                   2    6    3:0
2. Izrael                    2    4    5:3
3. Macedonia Płn   2    4    4:2
4. Słowenia             2     2    2:2
5. Austria                2     0    2:5
6. Łotwa                  2     0    1:5
Następne mecze
7 czerwca 2019: Macedonia Płn – Polska; Austria – Słowenia; Łotwa – Izrael.
10 czerwca 2019: Polska – Izrael; Łotwa – Słowenia; Macedonia Płn – Austria

 

Orły wśród słabeuszy

Mecz z mającą wielkie aspiracje i trudną do pokonania na jej terenie drużyną Austrii nie był wybitnym występem reprezentacji Polski. Biało-czerwoni wygrali jednak 1:0 i dali dowód, że mimo słabszego okresu to on są w grupie G faworytami do awansu.

Trener Jerzy Brzęczek przed czwartkowym meczem podjął trzy istotne decyzje kadrowe. Pierwsza – wybrał bramkarza numer 1 i postawił na Wojciecha Szczęsnego, druga – wbrew spekulacjom mediów nie wystawił do gry swojego siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego, i wreszcie trzecia, najmniej fortunna – posadził na ławie Krzysztofa Piątka, a do gry u boku Roberta Lewandowskiego wystawił Arkadiusza Milika. Nie była to trafna decyzja, bo Milik zmagał się przed meczem z jakąś infekcją i na dobrą sprawę to on powinien usiąść na ławie. W przerwie został zmieniony, ale o dziwo – nie przez Piątka, tylko Przemysława Frankowskiego. Dopiero wtedy, gdy urazu doznał Piotr Zieliński, selekcjoner biało-czerwonych posłał w jego miejsce Piątka, a napastnik AC Milan zawstydził go zdobywając zwycięską bramkę.

Piątek tym trafieniem przyćmił trochę Roberta Lewandowskiego, ale bez wątpienia to kapitan naszej reprezentacji zasłużył na wyższe oceny. „Lewy” znów wprawdzie nie zdobył bramki, lecz bez dwóch zdań był jednym z najlepszych graczy w polskiej drużynie. W niedzielnym meczu z Łotwą na Stadionie Narodowym (zakończył się po zamknięciu wydania) cała drużyna powinna w podzięce grać na niego z całych sił, żeby wreszcie trafił do siatki.

Także Piątek, chociaż ten piłkarz jest teraz w takim strzeleckim amoku, że na boisku interesuje go tylko zdobywanie bramek. A już na pewno powinien to robić Kamil Grosicki, który w spotkaniu z Austriakami żadnej ze swoich akcji skrzydłami nie zakończył celnym podaniem. Jeśli dodamy do tego beznadziejnie niecelne dośrodkowania z rzutów rożnych i liczne błędy w grze defensywnej, rodzi się poważna wątpliwość co do przydatności tego piłkarza w kadrze. Niestety, ma on w polskich mediach sporą grupę sympatyków zupełnie ślepych na te mankamenty i dostaje od nich wysokie noty, które zaciemniają faktyczny obraz.
W sumie jednak po meczu z Austrią humory kibiców się poprawiły, bo wreszcie po serii sześciu spotkań bez zwycięstwa biało-czerwoni wygrali mecz. Był to też pierwszy triumf Brzęczka w roli selekcjonera kadry. Nikt nie miał wątpliwości, że w niedzielę reprezentacja pod jego wodzą także wygra, chociaż sporą grupę zawodników dopadło przeziębienie. Drużyna Łotwy jest chyba najsłabsza w grupie (w czwartek przegrała z Macedonią na wyjeździe 1:3) i nie wygrać z nią to dzisiaj obciach.

 

Wiedeński test Szczęsnego

Zanim trener Jerzy Brzeczek podał skład biało-czerwonych na mecz z Austriakami, ujawnił na którego z bramkarzy postawi. Zapowiedział, że przez najbliższe pół roku numerem 1 w bramce będzie Wojciech Szczęsny.

Brzęczek o swoim wyborze bramkarz poinformował oficjalnie. „To była trudna decyzja, bo dla mnie zarówno Wojtek Szczęsny, jak i Łukasz Fabiański są równorzędnymi zawodnikami i każdemu należy się pozycja numer 1 w bramce. Ale przepisy pozwalają na wystawienie do gry tylko jednego zawodnika w bramce. Szczęsny jest moim wyborem na pierwsze półrocze eliminacji. Jak będzie w jesiennych meczach pokaże przyszłość” – zaznaczył selekcjoner biało-czerwonych. Trudno mieć do niego o to pretensje. Jakąś decyzję podjąć musiał.

Ale ta była chyba najłatwiejsza. W wyborze zawodników w środku pola w jego przedmeczowych wypowiedziach dało się wyczuć wahanie. Oczywiście nie w przypadku wszystkich dziesięciu graczy. Pewniakami w jego personalnej układance byli Robert Lewandowski, Kamil Glik, Jan Bednarek, Kamil Grosicki, Grzegorz Krychowiak i Piotr Zieliński, przewidywanie reszty składu to już były jedynie spekulacje, zależne od taktycznego ustawienia zespołu. Brzęczek zdradził jedynie, że rozpatruje wyłącznie dwa warianty: 1-4-4-2 oraz 1-4-2-3-1. Odrzucał tym samym pojawiające się w mediach sugestie, że powinien wykorzystać znakomitą formę strzelecką Lewandowskiego, Krzysztof Piątka i Arkadiusza Milika i zagrać z Austrią trzema napastnikami.

„Na pewno drużyna jest lepsza niż przed mundialem w Rosji. Decydującym momentem jest to, czy już jest w stanie to pokazać, na co bardzo liczymy. Miniony rok nie był dla nas udany, rozczarowanie było bardzo duże, ale uważam, że jesienne mecze, chociaż żadnego nie wygraliśmy, pokazały duży potencjał zespołu. Dziś pozycja zawodników kadry w klubach jest silniejsza niż była w ubiegłym roku. Naszym zadaniem jest wykorzystać w stu procentach jakość, jaką wypracowali w klubach” – podkreślał Brzęczek, zarówno w wypowiedziach dla polskich, jak i austriackich mediów. Starał się też rozwiać wątpliwości w kwestii swoich relacji z Lewandowskim. „Robert jest najlepszym strzelcem w historii naszej reprezentacji. Wiadomo, jak ważną jest postacią w polskiej piłce. Cała drużyna liczy na jego skuteczność tak, jak w poprzednich eliminacjach. To jest nasz kapitan, nasza największa gwiazda, na której spoczywa wielka odpowiedzialność” – przekonywał.

Podobnie uważał trener zespołu Austrii Franco Foda, który nie ukrywał, że wyłączenie z gry Lewandowskiego będzie kluczowe dla wyniku spotkania. Mecz z Polska był dla selekcjoner austriackiej kadry 13. w tej rol. Jego bilans jest duo lepszy ni Brzęczka (sześć meczów, trzy remisy i trzy porażki): osiem zwycięstw, jeden remis i trzy porażki. 52-letni niemiecki szkoleniowiec zaczął pracę od pięciu zwycięstw z rzędu. Pokonał m.in. Urugwaj (2:1), Rosję (1:0) i Niemcy (2:1). W Lidze Narodów Austriacy rywalizowali w grupie B trzeciej dywizji z Irlandią Północną oraz Bośnią i Hercegowiną, zajmując drugie miejsce.
Na starcie eliminacji do Euro 2020 pokonanie uważanej za najmocniejsza w grupie reprezentacji Polski byłoby idealnym otwarciem. Foda nie mógł skorzysta z kilku kluczowych piłkarzy, ale ich absencji bagatelizował. „Zmieniają się piłkarze, ale nie nasz plan gry” – zapewniał w wypowiedziach.

I dawał do zrozumienia, że kluczem do powodzenia jego zespołu będzie szczelna defensywa. „ Polacy mają mocną ofensywę z Lewandowskim z Bayernu, Milikiem z Napoli i Piątkiem z Milanu, więc nie możemy podjąć z nimi otwartej gry. Podstawą naszego sukcesu będzie solidna defensywa. Chcemy jak najbardziej zabezpieczyć przestrzenie między formacjami” – zdradzał swój plan Foda.

O dziwo, Brzęczek mówił podobnie. „Nie możemy się koncentrować tylko na ofensywie i pięknej grze, bo decydująca będzie zdyscyplinowana gra w defensywie. Austriacy potrafią bezwzględnie wykorzystać okazję, jeśli trafią na drużynę lekceważącą tę zasadę” – zapewniał. I mieliśmy nadzieję, że wie, co mówi. Nie napiszemy jednak jak było faktycznie, bo mecz Austria – Polska zakończył się po zamknięciu wydania.

 

Wiedeński test kadry

Jeśli wierzyć zapewnieniom selekcjonera Jerzego Brzęczka, reprezentacja Polski jest gotowa do czwartkowego meczu z Austrią – pierwszego w eliminacjach Euro 2020. Ale bukmacherzy są sceptyczni w ocenie szans biało-czerwonych i za zdecydowanego faworyta tej potyczki uważają zespół gospodarzy.

Wybrańcy Jerzego Brzęczka stawili się na zgrupowanie kadry w Warszawie w ustalonych terminach. Pod hotel Double Tree podjeżdżali samochodami, co dla niektórych było dobrą okazją do pochwalenia się swoimi „brykami”. Motoryzacyjne preferencje kadrowiczów zlustrował „Super Express” i wedle opinii tabloidu najdroższym autem pochwalił się Wojciech Szczęsny. „Bramkarza Juventusu Turyn podwiozła żona Marina, a kibice zachwycali się luksusowym Bentleyem wartym ponad milion złotych!” – pisał „SE”.

Niewiele mniejsze wrażenie zrobił Maybach Roberta Lewandowskiego, którego cenę tabloid oszacował na milion złotych. Kapitan biało-czerwonych nie powoził jednak osobiście luksusową bryką, tylko robił to jego ochroniarz. Ale już Arkadiusz Milk podjechał pod hotel Mercedesem klasy A za niewiele ponad sto tysięcy złotych, zaś Krzysztof Piątek w ogóle nie podjął wyzwania, bo przyjechał taksówką.

Trzeba jednak przyznać, że w wydatkach na samochody nasi piłkarze nie oszczędzają i pod hotelem Double Tree urządzili (oprócz Piątka) mały motoryzacyjny pokaz aut z górnej półki cenowej. Wielkiej publiczności jednak nie mieli, bo po nieudanych mistrzostwach świata w Rosji i kiepskich występach w drugiej połowie ubiegłego roku, popularność reprezentantów mocno spadła i póki co pod hotelem nie gromadzą się już takie tłumy fanów jak miało to miejsce przed rosyjskim mundialem. Euforię fanów mogą odrodzić tylko zwycięstwa i awans do finałów mistrzostw Europy. Tylko czy reprezentację Polski na to teraz stać?

Bukmacherzy są sceptyczni

Mimo absencji kilku czołowych graczy kadry Austrii, w zakładach bukmacherskich wyżej stoją akcje gospodarzy czwartkowego meczu. Za każdą złotówkę postawioną na Austriaków można zarobić, w zależności od bukmachera, średnio około 2-3 zł. Za trafnie wytypowane zwycięstwo biało-czerwonych, a także remisu, w zakładach płacone jest 3,5 do 1. Kiepska strzelecka passa Roberta Lewandowskiego w reprezentacji też znalazła odbicie w bukmacherskich stawkach – za każdą złotówkę postawioną na to, że w spotkaniu z Austrią ustrzeli hat-tricka, są gotowi płacić 40 złotych. Nie mają natomiast żadnych wątpliwości co do hierarchii napastników w polskiej kadrze – w zakładach o to, który z nich zagra w podstawowym składzie najmniej da się zarobić stawiając na „Lewego”, a najwięcej stawiając na Piątka.

Na szczęście to nie bukmacherzy decydują o wynikach i personalnych wyborach (na szczęście póki co nie ma dowodów, że jest inaczej), więc kibice bardziej kierują się opiniami trenerów i zawodników. A w nich obraz sytuacji prezentuje się zgoła odwrotnie. Trener Austriaków Franco Foda w licznych wywiadach podkreślał klasę polskich piłkarzy i zazdrościł Jerzemu Brzęczkowi zwłaszcza kłopotu bogactwa w linii ataku. „My nie mamy napastników tej klasy. Prawdę mówiąc, w mojej drużynie grałby Łukasz Teodorczyk, dla którego w polskiej kadrze zabrakło miejsca” – przyznał austriacki szkoleniowiec. Tak do końca nie można mu jednak wierzyć, bo nie bez powodu po losowaniu grup uśmiechał się od ucha do ucha. W grupie G oprócz Polski i Austrii znalazły się jeszcze zespoły Izraela, Macedonii i Słowenii, ale w powszechnej ocenie o awans bić się będą Polacy i Austriacy. Dlatego czwartkowe spotkanie w Wiedniu jest takie ważne.

Znów mamy boską drużynę?

Brzęczek na początku zgrupowania kadry podczas spotkania z dziennikarzami przeciął spekulacje na temat gry trzema napastnikami. Takie ustawienie sugerowały polskie media zachwycone kapitalną formą strzelecką Lewandowskiego, Piątka i Milika. Selekcjoner biało-czerwonych zamknął jednak temat. „Zaczynając pracę z kadrą mówiłem, że bazowymi ustawieniami będą 1-4-2-3-1 oraz 1-4-4-2. Tak chcemy grać w najbliższych meczach” – stwierdził Brzęczek. No cóż, takie jego prawo, ale warto zauważyć, że nasza reprezentacja pod jego wodzą stosując oba te taktyczne warianty jeszcze nie wygrała meczu. Nie ma co robić z tego tajemnej wiedzy. Prawda jest taka, że to nie systemy taktyczne, nawet najbardziej wymyślne, grają na boisku, tylko piłkarze. Podstawą sukcesu jest zatem wybór odpowiednich zawodników.

Brzęczek ma do dyspozycji 28 graczy, a przed meczem z Austrią zdąży przeprowadzić z nimi tylko jeden normalny trening. Jeśli zatem miałby na jego podstawie dokonać selekcji, to całkiem niewykluczone, że w czwartek o 20:45 na murawę wiedeńskiego stadionu wyjdzie w biało-czerwonych barwach, jak zwykł to określać Jan Tomaszewski – „boska drużyna, bo tylko Bóg wie, jak ona w meczu zagra.

W najlepszych czasach Adama Nawałki ten dowcip został odesłany do lamusa i zaczęliśmy wierzyć, że nigdy go już nie trzeba będzie przytaczać. Po mundialu w Rosji i sześciu meczach Brzęczka bez zwycięstwa sytuacja się zmieniła i ponownie przed meczem biało-czerwonych nie mamy pewności, którzy piłkarze w nim zagrają i jak w nim zagrają. Co gorsza, nie mamy też przekonania, że jakąś wiedzę na ten temat posiada selekcjoner.

 

Brzęczek wyłożył karty

Jerzy Brzęczek ogłosił skład kadry na marcowe mecze eliminacyjne Euro 2020 z Austrią i Łotwą. Selekcjoner biało-czerwonych w zasadzie nie zaskoczył powołaniami, choć nie bardzo wiadomo po co na zgrupowanie zaprosił aż 28 graczy.

O ile może dziwić obecność w kadrze grzejącego notorycznie ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusza Recy, to trudno uznać za sensację powrót do kadry Michała Pazdana. Piłkarz ten po odejściu z Legii zaczął w tureckim Ankaragucu grać regularnie, co już samo w sobie okazało się wystarczającym powodem do przywrócenia reprezentacyjnych uprawnień, chociaż powodem tej decyzji selekcjonera jest raczej niepewność co do aktualnej formy Kamila Glika. Wieloletni filar defensywy biało-czerwonych w tym sezonie gra słabo jak cała drużyna AS Monaco i wcale nie jest powiedziane, że to on będzie partnerem Jana Bednarka na środku obrony. Pozycja zbierającego znakomite recenzje w Premier League stopera Southamptonu wydaje się w tej chwili nie do podważenia.

W odwodzie Brzęczek ma jeszcze prezentującego w tym roku solidną formę w Fortunie Duesseldorf Marcina Kamińskiego, regularnie grającego w Serie A Thiago Cionka i ewentualnie Artura Jędrzejczyka z Legii, chociaż ten piłkarz jest raczej polisą ubezpieczeniową na lewej obronie. Z obsadą tej pozycji selekcjoner ma pod nieobecność kontuzjowanego Macieja Rybusa największy kłopot, którego z pewnością nie będzie w stanie rozwiązać wspomniany Reca. Oprócz Jędrzejczyka opcją jest jeszcze próbowany już w przeszłości na lewej flance Bartosz Bereszyński. Jego przeniesienie nie osłabi prawej flanki, bo tam spokojnie można zaufać grającemu regularnie i dobrze w Dynamie Kijów Tomaszowi Kędziorze, a w odwodzie jest jeszcze wyrwany trochę na wyrost z młodzieżówki Robert Gumny z Lecha.

Z obsadą bramki Brzęczek ma tylko taki kłopot, że będzie musiał w końcu ustalić hierarchię i wybrać bramkarza numer 1, co tej chwili de facto oznacza wybór między Wojciechem Szczęsnym a Łukaszem Fabiańskim. Każdy z nich, a także ten trzeci, Łukasz Skorupski, gwarantują wysoki poziom.

Bałagan w linii środkowej

Kluczową formacją w naszym reprezentacyjnym zespole jest linia środkowa, ale akurat w niej panuje największy chaos. Przyjmując, że Brzęczek z Austrią pozostanie przy ustawieniu 1-4-2-3-1 oraz sugerując się aktualną formą zawodników i ich specjalizacjami, optymalny skład linii pomocy w tej chwili rysuje się tak: Grzegorz Krychowiak i Mateusz Klich w roli dwójki defensywnych pomocników, Przemysław Frankowski na prawym skrzydle, Kamil Grosicki na lewym i Piotr Zieliński w środku. A z przodu rzecz jasna Robert Lewandowski.
Problem w tym, że w kadrze są jeszcze rewelacyjnie skuteczni w tym sezonie Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik, a nawet wyrwany z młodzieżówki Dawid Kownacki, który na nieszczęście doznał kontuzji w ostatnim ligowym meczu i prawdopodobnie na zgrupowanie kadry nie przyjedzie. To spora strata, bo Kownacki jest graczem uniwersalnym i może być wystawiany do gry także jako prawoskrzydłowy.

Brzęczek miał pół roku, a zatem dosyć czasu, żeby wyciągnąć odpowiednie wnioski ze swoich ubiegłorocznych niepowodzeń. Kadra pod jego wodzą jak pamiętamy nie wygrała jeszcze meczu, a w sześciu występach zanotowała trzy remisy (z Włochami 1:1, Irlandią 1:1 i Portugalią 1:1) oraz trzy porażki (z Czechami 0:1, Portugalią 2:3 i Włochami 0:1). Selekcjonera biało-czerwonych chyba ma jednak wciąż mętlik w głowie i co gorsza – najwyraźniej słabą orientację w aktualnej formie kadrowiczów, bo gdyby był pewny swoich wyborów, nie wzywałby na zgrupowanie aż 28 zawodników.

Nie wypada nie awansować

Faza grupowa eliminacji Euro 2020 rozpocznie się w marcu i potrwa do listopada 2019 roku. Po dwa najlepsze zespoły z każdej grupy awansują bezpośrednio do turnieju finałowego, a pozostałych czterech uczestników wyłonią baraże, zaplanowane na marzec 2020 roku z udziałem najlepszych drużyny z poszczególnych dywizji Ligi Narodów, które nie zakwalifikowały się do mistrzostw Europy w eliminacjach. Biało-czerwoni rozpoczną zmagania w grupie G od wyjazdowego meczu z Austrią 21 marca, a trzy dni później zmierzą się na Stadionie Narodowym w Warszawie z Łotwą. W tej grupie rywalizuję jeszcze Izrael, Macedonia i Słowenia.

Kadra Polski:
Bramkarze:
Łukasz Fabiański (West Ham, Anglia), Łukasz Skorupski (Bologna, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy);
Obrońcy:
Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Thiago Cionek (SPAL 2013, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Francja), Robert Gumny (Lech Poznań), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Michał Pazdan (Ankaragucu, Turcja), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo, Włochy);
Pomocnicy:
Karol Grosicki (Hull City, Anglia, II liga), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia, II liga), Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Damian Szymański (Achmat Grozny, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Przemysław Frankowski (Chicago Fire, USA), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria), Jakub Błaszczykowski (Wisła Kraków), Szymon Żurkowski (Górnik Zabrze);
Napastnicy:
Dawid Kownacki (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (Napoli, Włochy), Krzysztof Piątek (AC Milan, Włochy).

 

Błaszczykowski na boisku Wiśle nie pomaga

Wkład Jakuba Błaszczykowskiego w ratowanie Wisły Kraków przed upadkiem jest trudny do przecenienia, ale jako piłkarz 105-krotny reprezentant Polski póki co nie przynosi ekipie „Białej Gwiazdy” większego pożytku. Świadczą o tym jego mizerne statystyki.

W czterech dotychczasowych występach po powrocie do Wisły Błaszczykowski zdobył jedną bramkę, w meczu ze Śląskiem Wrocław (1:0) wykorzystał z rzutu karnego. Na razie to jego jedyne celne uderzenie na bramkę rywali w czterech próbach na jakie się zdecydował, co oznacza, że strzelał średnio raz w meczu. Trochę mało jak na gracza z takim dorobkiem i doświadczeniem. Ale to jeszcze nie wszystko. Błaszczykowski nie zaliczył jeszcze asysty, a nawet nie stworzył partnerom choćby jednej okazji bramkowej. Mimo to jego partnerzy z zespołu obdarzają go pełnym zaufaniem i podają do niego piłkę (dostał w sumie 142 podań, najwięcej z wszystkich ofensywnych graczy Wisły), chociaż nie przynosi to zespołowi większych korzyści. Kapitan „Białej Gwiazdy” podawał do kolegów ze skutecznością na poziomie 67 procent. Pod tym względem należy do najsłabszych graczy w ekipie wiślaków. Ponadto z danych zebranych przez inStat Błaszczykowski ma najwięcej strat piłki (41), choć w żadnym meczu nie był pod tym względem najgorszy. Błaszczykowski zatracił też swój mocny kiedyś atut, czyli drvbling. W czterech występach próbował okiwać rywali 18 razy, ale powodzeniem zakończyło się tylko siedem prób.

Trudno oczekiwać, że w kilka tygodni Kuba nadrobi miesiące bez regularnych występów. W poprzednim roku więcej czasu spędził na boisku w meczach reprezentacji (397 minut), niż zagrał w drużynie VfL Wolfsburg (122). Ale za chwilę trener Jerzy Brzęczek ogłosi powołania na marcowe mecze reprezentacji, a wiadomo, że Błaszczykowski wrócił do Wisły głównie po to, żeby odbudować dawną formę i zasłużyć na miejsce w kadrze. Jeśli chodzi o Wisłę, problemu nie ma, bo pamiętajmy, że ten piłkarz gra w tym klubie za 500 złotych miesięcznie. Ale reprezentacja to inna para kaloszy. Niestety, statystyki pokazują, że na kadrę Błaszczykowski na razie jest za slaby.

 

 

 

Niespodziewany kłopot Brzęczka

Do pierwszych meczów reprezentacji Polski o punkty w eliminacjach Euro 2020 coraz bliżej. W tej chwili wygląda na to, że selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek największy problem będzie miał z obsadą… linii ataku.

W znudzonych wieloletnią dominacją Roberta Lewandowskiego polskich mediach od jakiegoś czasu trwa festiwal zachwytów nad wyczynami Krzysztofa Piątka w AC Milan, który co jakiś czas tylko przerywa jakimś spektakularnym wyczynem rywalizujący z nim w Barwach SSC Napoli Arkadiusz Milik. Lewandowski w lutym przegrywał strzelecką rywalizację z młodszymi kolegami z kadry, więc coraz częściej zaczęły pojawiać się sugestie, że skoro mamy trzech takich świetnych napastników, to może w marcowych meczach z Austria i Łotwą Brzęczek powinien całą trójkę wystawić do gry. Na poparcie tej śmiałej sugestii przytaczano dokonania tercetu LPM, z których jasno wynika, że ma on obecnie lepszą skuteczność nawet od napastników reprezentacji Francji, czyli aktualnych mistrzów świata. Lewandowski, Piątek i Milik w tym sezonie łącznie zdobyli już 66 bramek.

Piątek w barwach Genoi i Milanu zaliczył we wszystkich meczach 26 trafień, „Lewy” 25, a Milik 15. Poza tym Piątek z 18 golami jest wiceliderem strzelców Serie A, a Lewandowski z 13 golami wiceliderem w Bundeslidze oraz z ośmioma jest najskuteczniejszym graczem Ligi Mistrzów. Z kolei Piątek jest najskuteczniejszy w Pucharze Włoch (8 bramek, najlepszy wynik w tych rozgrywkach od 15 lat), zaś Milik trafia do siatki rywali najczęściej z wszystkich graczy Serie A, co 103 minuty.
Z łącznym dorobkiem 66 bramek nasi snajperzy nie mają sobie równych w porównaniu z reprezentacjami innych europejskich nacji. Uwzględniając tylko pięć najsilniejszych lig na Starym Kontynencie (angielską, francuską, hiszpańską, niemiecką i hiszpańską), kroku Polakom dotrzymują jedynie Francuzi, których kwartet reprezentacyjnych napastników zdobył dotąd 65 bramek (Kylian Mbappe 27 dla Paris Saint-Germain, Antoine Griezmann 18 dla Atletico Madryt, Alassane Plea 13 dla Borussii Moenchengladbach i Olivier Giroud siedem dla Chelsea Londyn).

Didier Deschamps nie musi zatem niczego Brzęczkowi zazdrościć, ale inni selekcjonerzy już mają czego. Wicemistrzowie świata Chorwaci Andrej Kramarić (Hoffenheim) i Ante Rebić (Eintracht Frankfurt) zaliczyli łącznie 24 gole. Mario Mandzukić zakończył już karierę reprezentacyjną, ale nawet doliczenie jego dorobku z Juventusu Turyn (9 goli) Chorwatom pod względem skuteczności wciąż byłoby daleko do Polaków. Podobnie jak liderom rankingu FIFA Belgom (w sumie czterech graczy uzbierało 27 goli) czy czwartym na mundialu w Rosji Anglikom (42 gole).

Czy te liczby przekonają Brzęczka do gry trójką napastników? Na pewno nie. No to może chociaż dwójką? Z tego co ostatnio na ten temat mówił, też raczej nie. Miejmy chociaż nadzieję, że postawi na napastnika w najwyższej formie.

 

Wyścig snajperów w polskiej kadrze

Na czele aktualnego rankingu najskuteczniejszych polskich piłkarzy znajduje się Robert Lewandowski, który w tym sezonie zdobył już 25 bramek. Tuż za nim z 23 trafieniami w barwach Genoi i AC Milan plasuje się rewelacja włoskiej Serie A Krzysztof Piątek. Trzeci w tym zestawieniu Kamil Wilczek strzelił dla Broendby Kopenhaga 16 goli, a czwarty Arkadiusz Milik dla SSC Napoli zdobył 13 bramek.

Lewandowski i Piątek odskoczyli innym polskim napastnikom w liczbie strzelonych goli, ale trener reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek powinien na bieżąco śledzić także dokonania graczy z dalszych miejsc na liście, bo sezon jest wyczerpujący, ryzyko kontuzji przez to wielkie, więc trzeba zakładać, że eksploatowanych do maksimum w klubowych zespołach snajperów może przed marcowymi meczami biało-czerwonych dopaść jakieś nieszczęście, choćby kontuzja.

Pierwsze miejsce „Lewego” w wyścigu polskich snajperów nie jest zaskoczenia. W obecnym sezonie kapitan naszej reprezentacji zdobył już dla Bayernu Monachium 25 bramek w 29 meczach. Krzysztof Piątek jest jednak od niego gorszy tylko o dwa trafienia (w sumie strzelił już 23 gole). Kolejny w zestawieniu jest Kamil Wilczek, który zdobył dla Broendby 13 bramek, a w sumie ma ich na koncie 16, co czyni go drugim pod względem skuteczności zawodnikiem duńskiej ekstraklasy. Tuż za nim sklasyfikowany jest napastnik SSC Napoli Arkadiusz Milik, autor 13 trafień w tym sezonie (12 w Serie A i jedno w Pucharze Włoch). Jedenaście goli na koncie (dziewięć dla Jagiellonii Białystok i dwa dla PAOK Saloniki) ma na koncie Karol Świderski, a o jedno mniej występujący nieregularnie w bułgarskim Łudogorcu Razgrad Jakub Świerczok (ma trzy bramki w lidze, dwie w Pucharze Bułgarii, aż cztery w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i jedną w fazie grupowej Ligi Europy).

Poza kadrą Polski znajduje się Łukasz Zwoliński (z 9 golami jest w zestawieniu za Świerczokiem), który w chorwackiej lidze walczy o tytuł króla strzelców, więc może nie warto tracić go z pola widzenia. Zwłaszcza że powołany na jesienne mecze Adam Buksa z Pogoni Szczecin ma gorsze osiągnięcia od niego, bo tylko sześć trafień na koncie, tyle samo co trochę zapomniany Mariusz Stępiński, który jednak te bramki zdobył w Serie A, na dodatek w najsłabszym w tej lidze zespole Chievo Werona. A przecież nie można wykluczyć, że do tego grona dołączą wkrótce przeżywający obecnie trudne dni Łukasz Teodorczyk i Dawid Kownacki.

W tej chwili obaj prowadzący w wewnętrznej rywalizacji polskich snajperów gracze mogą spodziewać się powołania na marcowe mecze. Bez obaw na decyzję trenera Brzęczka czeka też Milik. Kamil Wilczek wypadł z kadry jeszcze za kadencji Adama Nawałki, a jego następca nawet nie raczył napastnika Broendby Kopenhaga sprawdzić, chociaż Wilczek w rundzie jesiennej imponował strzelecką formą.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że jeśli chodzi o polskich snajperów to w ostatnich tygodniach najgłośniej było o Piątku, ale najrówniej z nich grał jednak Lewandowski. Wartość kapitana biało-czerwonych wychodzi zwłaszcza przy tzw. punktacji kanadyjskiej, w której liczą się łącznie bramki i asysty. „Lewy” jest w niej poza konkurencją, bo w tym sezonie zaliczył już 11 asyst, co w połączeniu z golami sprawia, że przyczynia się do zdobycia gola przez Bawarczyków co 72 minuty. „El Pistolero”, jak nazywają Piątka Włosi, który jako jedyny stara się nadążyć za narzuconym przez „Lewego” tempem w zdobywaniu bramek, ma na koncie tylko jedną asyst. Inni nasi snajperzy nie są wiele lepsi. Dlatego królem w tym towarzystwie wciąż jest Lewandowski.

 

Szok! Lewandowski zmarnował karnego

W meczu 19. kolejki Bundesligi z VfB Stuttgart Robert Lewandowski znów należał do najlepszych graczy Bayernu Monachium. Strzelił gola i zaliczył asystę, ale w Niemczech większe emocje wzbudził fakt, że zmarnował rzut karny. Nic dziwnego, Polak jest niekwestionowanym mistrzem strzelania „jedenastek”, jednym z najlepszych na świecie.

Lewandowskiemu spudłować z jedenastu metrów zdarza się niezwykle rzadko. W meczu z VfB Stuttgart sam wywalczył rzut karny, a ponieważ jest wyznaczony do egzekwowania „jedenastek”, podszedł do zadania jak dziesiątki razy wcześniej. Wszystko zrobił jak zwykle, włącznie ze swoim „szarpany” podbiegiem do piłki, ale tym razem chyba trochę za bardzo chciał umieścić piłkę w prawym roku bramki, bo trafił nią w słupek. Zaklął po tym szpetnie po polsku, chociaż pod nosem, ale nawet gdyby zrobił to głośno, zostałby zagłuszony przez jęk zawodu dobiegający z trybun Allianz Areny.

Ten zmarnowany karny był dopiero piątą niewykorzystaną „jedenastką” przez Lewandowskiego w jego karierze. Kapitan reprezentacji Polski ma na koncie 36 wykorzystanych rzutów karnych. To oznacza, że stosunek spudłowanych „jedenastek” do wykorzystanych wynosi zaledwie 10,9 procent. Taką skutecznością nie mogą pochwalić się nawet tacy piłkarscy wirtuozi, jak Cristiano Ronaldo i Leo Messi. Procent niewykorzystanych karnych Portugalczyka wynosi 16,9 procent (22 zmarnowane na 108 wykonywanych), a Argentyńczyka 23,1 procent (24 zmarnowane na 80 wykonywanych).

Zresztą „Lewy” pod tym względem wypada znakomicie na tle większości czołowych graczy występujących w najsilniejszych ligach europejskich. Włoch Mario Balotelli ma na koncie pięć niewykorzystanych karnych na 37 wykonywanych, czyli 11,9 procent zmarnował. Słynny Szwed Zlatan Ibrahimović ma stosunek 10 do 83, czyli 12,05 procent, Belg Eden Hazard 7 do 45 (13,5 procent), Anglik Harry Kane 6 do 28 (17,6 procent), Urugwajczyk Edinson Cavani 12 do 52 (18,8 procent), Brazylijczyk Neymar 12 do 45 (21,1 procent).
Oczywiście w topowych ligach europejskich są piłkarze, którzy w rzutach karnych mają lepszy procent skuteczności, ale są to zawodnicy rzadko egzekwujący „jedenastki”. Jednym z takich zawodników jest choćby Brazylijczyk Fabinho, który w całej karierze z 11 metrów pomylił się tylko raz, ale wykonywał rzuty karne tylko 19 razy. Lewandowskiego nikt więc w Bayernie nie odsunie od wykonywania „jedenastek”. Żeby tak się stało, Polak musiałby chyba spudłować kilka razy z rzędu, jak zdarzyło się to Thomasowi Muellerowi, który w chwili przyjścia Lewandowskiego do Bayernu był w bawarskim zespole etatowym wykonawcą rzutów karnych.
Lewandowski jest najbardziej rozpoznawalnym polskim piłkarzem, ale wizytówkami naszej reprezentacji coraz bardziej stają się dwaj snajperzy występujący w Serie A – Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek. Obaj należą do czołówki strzelców włoskiej ekstraklasy. Piątek ma na koncie 13 ligowych trafień, A Milik 11. „Lewy” w Bundeslidze zdobył jak na razie 12 bramek, ale we wszystkich rozgrywkach ma już na koncie 24 gole. Czy w reprezentacji można z tych trzech znakomitych napastników stworzyć zabójczą linię ataku? Wątpliwe.

Trener biało-czerwonych Jerzy Brzęczek chyba nie ma dobrego pomysłu na wykorzystanie tego bogactwa. Raz spróbował zagrać z dwójką napastników i w spotkaniu Ligi Narodów z Portugalią wystawił Lewandowskiego z Piątkiem. Nie był to jednak udany eksperyment, bo obaj nie stwarzali żadnego zagrożenia. Głównie dlatego, że reszta zespołu nie potrafiła ich obsłużyć dobrymi podaniami, ale i oni sami nie rozumieli swoich intencji na boisku. Polska przegrała 2:3, a Brzęczek chyba stracił wiarę w skuteczność takiego taktycznego ustawienia. Wątpliwe więc aby w marcu wrócił do tego pomysłu i jeszcze znalazł na boisku miejsce dla Arkadiusza Milika.

Kłopot bogactwa chyba zaczyna być problemem polskiej kadry. Selekcjoner nie potrafi zdecydować się na którego z bramkarzy postawić, teraz zaczyna mu się robić tłok w linii obrony i w środku pola, a na domiar złego zewsząd słyszy sugestie, że skoro Lewandowski w kadrze przestał strzelać gole, to może pora dać szansę Piątkowi czy Milikowi. Za kilka lat takie pomysły może nie będą razić, teraz niosą kadrze zgubę.