Wyścig snajperów w polskiej kadrze

Na czele aktualnego rankingu najskuteczniejszych polskich piłkarzy znajduje się Robert Lewandowski, który w tym sezonie zdobył już 25 bramek. Tuż za nim z 23 trafieniami w barwach Genoi i AC Milan plasuje się rewelacja włoskiej Serie A Krzysztof Piątek. Trzeci w tym zestawieniu Kamil Wilczek strzelił dla Broendby Kopenhaga 16 goli, a czwarty Arkadiusz Milik dla SSC Napoli zdobył 13 bramek.

Lewandowski i Piątek odskoczyli innym polskim napastnikom w liczbie strzelonych goli, ale trener reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek powinien na bieżąco śledzić także dokonania graczy z dalszych miejsc na liście, bo sezon jest wyczerpujący, ryzyko kontuzji przez to wielkie, więc trzeba zakładać, że eksploatowanych do maksimum w klubowych zespołach snajperów może przed marcowymi meczami biało-czerwonych dopaść jakieś nieszczęście, choćby kontuzja.

Pierwsze miejsce „Lewego” w wyścigu polskich snajperów nie jest zaskoczenia. W obecnym sezonie kapitan naszej reprezentacji zdobył już dla Bayernu Monachium 25 bramek w 29 meczach. Krzysztof Piątek jest jednak od niego gorszy tylko o dwa trafienia (w sumie strzelił już 23 gole). Kolejny w zestawieniu jest Kamil Wilczek, który zdobył dla Broendby 13 bramek, a w sumie ma ich na koncie 16, co czyni go drugim pod względem skuteczności zawodnikiem duńskiej ekstraklasy. Tuż za nim sklasyfikowany jest napastnik SSC Napoli Arkadiusz Milik, autor 13 trafień w tym sezonie (12 w Serie A i jedno w Pucharze Włoch). Jedenaście goli na koncie (dziewięć dla Jagiellonii Białystok i dwa dla PAOK Saloniki) ma na koncie Karol Świderski, a o jedno mniej występujący nieregularnie w bułgarskim Łudogorcu Razgrad Jakub Świerczok (ma trzy bramki w lidze, dwie w Pucharze Bułgarii, aż cztery w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i jedną w fazie grupowej Ligi Europy).

Poza kadrą Polski znajduje się Łukasz Zwoliński (z 9 golami jest w zestawieniu za Świerczokiem), który w chorwackiej lidze walczy o tytuł króla strzelców, więc może nie warto tracić go z pola widzenia. Zwłaszcza że powołany na jesienne mecze Adam Buksa z Pogoni Szczecin ma gorsze osiągnięcia od niego, bo tylko sześć trafień na koncie, tyle samo co trochę zapomniany Mariusz Stępiński, który jednak te bramki zdobył w Serie A, na dodatek w najsłabszym w tej lidze zespole Chievo Werona. A przecież nie można wykluczyć, że do tego grona dołączą wkrótce przeżywający obecnie trudne dni Łukasz Teodorczyk i Dawid Kownacki.

W tej chwili obaj prowadzący w wewnętrznej rywalizacji polskich snajperów gracze mogą spodziewać się powołania na marcowe mecze. Bez obaw na decyzję trenera Brzęczka czeka też Milik. Kamil Wilczek wypadł z kadry jeszcze za kadencji Adama Nawałki, a jego następca nawet nie raczył napastnika Broendby Kopenhaga sprawdzić, chociaż Wilczek w rundzie jesiennej imponował strzelecką formą.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że jeśli chodzi o polskich snajperów to w ostatnich tygodniach najgłośniej było o Piątku, ale najrówniej z nich grał jednak Lewandowski. Wartość kapitana biało-czerwonych wychodzi zwłaszcza przy tzw. punktacji kanadyjskiej, w której liczą się łącznie bramki i asysty. „Lewy” jest w niej poza konkurencją, bo w tym sezonie zaliczył już 11 asyst, co w połączeniu z golami sprawia, że przyczynia się do zdobycia gola przez Bawarczyków co 72 minuty. „El Pistolero”, jak nazywają Piątka Włosi, który jako jedyny stara się nadążyć za narzuconym przez „Lewego” tempem w zdobywaniu bramek, ma na koncie tylko jedną asyst. Inni nasi snajperzy nie są wiele lepsi. Dlatego królem w tym towarzystwie wciąż jest Lewandowski.

 

Szok! Lewandowski zmarnował karnego

W meczu 19. kolejki Bundesligi z VfB Stuttgart Robert Lewandowski znów należał do najlepszych graczy Bayernu Monachium. Strzelił gola i zaliczył asystę, ale w Niemczech większe emocje wzbudził fakt, że zmarnował rzut karny. Nic dziwnego, Polak jest niekwestionowanym mistrzem strzelania „jedenastek”, jednym z najlepszych na świecie.

Lewandowskiemu spudłować z jedenastu metrów zdarza się niezwykle rzadko. W meczu z VfB Stuttgart sam wywalczył rzut karny, a ponieważ jest wyznaczony do egzekwowania „jedenastek”, podszedł do zadania jak dziesiątki razy wcześniej. Wszystko zrobił jak zwykle, włącznie ze swoim „szarpany” podbiegiem do piłki, ale tym razem chyba trochę za bardzo chciał umieścić piłkę w prawym roku bramki, bo trafił nią w słupek. Zaklął po tym szpetnie po polsku, chociaż pod nosem, ale nawet gdyby zrobił to głośno, zostałby zagłuszony przez jęk zawodu dobiegający z trybun Allianz Areny.

Ten zmarnowany karny był dopiero piątą niewykorzystaną „jedenastką” przez Lewandowskiego w jego karierze. Kapitan reprezentacji Polski ma na koncie 36 wykorzystanych rzutów karnych. To oznacza, że stosunek spudłowanych „jedenastek” do wykorzystanych wynosi zaledwie 10,9 procent. Taką skutecznością nie mogą pochwalić się nawet tacy piłkarscy wirtuozi, jak Cristiano Ronaldo i Leo Messi. Procent niewykorzystanych karnych Portugalczyka wynosi 16,9 procent (22 zmarnowane na 108 wykonywanych), a Argentyńczyka 23,1 procent (24 zmarnowane na 80 wykonywanych).

Zresztą „Lewy” pod tym względem wypada znakomicie na tle większości czołowych graczy występujących w najsilniejszych ligach europejskich. Włoch Mario Balotelli ma na koncie pięć niewykorzystanych karnych na 37 wykonywanych, czyli 11,9 procent zmarnował. Słynny Szwed Zlatan Ibrahimović ma stosunek 10 do 83, czyli 12,05 procent, Belg Eden Hazard 7 do 45 (13,5 procent), Anglik Harry Kane 6 do 28 (17,6 procent), Urugwajczyk Edinson Cavani 12 do 52 (18,8 procent), Brazylijczyk Neymar 12 do 45 (21,1 procent).
Oczywiście w topowych ligach europejskich są piłkarze, którzy w rzutach karnych mają lepszy procent skuteczności, ale są to zawodnicy rzadko egzekwujący „jedenastki”. Jednym z takich zawodników jest choćby Brazylijczyk Fabinho, który w całej karierze z 11 metrów pomylił się tylko raz, ale wykonywał rzuty karne tylko 19 razy. Lewandowskiego nikt więc w Bayernie nie odsunie od wykonywania „jedenastek”. Żeby tak się stało, Polak musiałby chyba spudłować kilka razy z rzędu, jak zdarzyło się to Thomasowi Muellerowi, który w chwili przyjścia Lewandowskiego do Bayernu był w bawarskim zespole etatowym wykonawcą rzutów karnych.
Lewandowski jest najbardziej rozpoznawalnym polskim piłkarzem, ale wizytówkami naszej reprezentacji coraz bardziej stają się dwaj snajperzy występujący w Serie A – Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek. Obaj należą do czołówki strzelców włoskiej ekstraklasy. Piątek ma na koncie 13 ligowych trafień, A Milik 11. „Lewy” w Bundeslidze zdobył jak na razie 12 bramek, ale we wszystkich rozgrywkach ma już na koncie 24 gole. Czy w reprezentacji można z tych trzech znakomitych napastników stworzyć zabójczą linię ataku? Wątpliwe.

Trener biało-czerwonych Jerzy Brzęczek chyba nie ma dobrego pomysłu na wykorzystanie tego bogactwa. Raz spróbował zagrać z dwójką napastników i w spotkaniu Ligi Narodów z Portugalią wystawił Lewandowskiego z Piątkiem. Nie był to jednak udany eksperyment, bo obaj nie stwarzali żadnego zagrożenia. Głównie dlatego, że reszta zespołu nie potrafiła ich obsłużyć dobrymi podaniami, ale i oni sami nie rozumieli swoich intencji na boisku. Polska przegrała 2:3, a Brzęczek chyba stracił wiarę w skuteczność takiego taktycznego ustawienia. Wątpliwe więc aby w marcu wrócił do tego pomysłu i jeszcze znalazł na boisku miejsce dla Arkadiusza Milika.

Kłopot bogactwa chyba zaczyna być problemem polskiej kadry. Selekcjoner nie potrafi zdecydować się na którego z bramkarzy postawić, teraz zaczyna mu się robić tłok w linii obrony i w środku pola, a na domiar złego zewsząd słyszy sugestie, że skoro Lewandowski w kadrze przestał strzelać gole, to może pora dać szansę Piątkowi czy Milikowi. Za kilka lat takie pomysły może nie będą razić, teraz niosą kadrze zgubę.

 

To był najgorszy rok od 18 lat

Fot. Z polskich piłkarzy największą cenę za nieudany występ na mundialu zapłacił Robert Lewandowski

 

 

W 2018 roku biało-czerwony balonik pękł z wielkim hukiem – najpierw nasza narodowa drużyna pod wodzą Adama Nawałki skompromitowała się na mundialu, a potem pod rządami Jerzego Brzęczka nie wygrała żadnego z sześciu rozegranych meczów, spadając w rankingu FIFA na 21. miejsce.

 

W rankingu FIFA z 18 stycznia 2018 roku reprezentacja Polski zajmowała siódmą lokatę, wyprzedzając m.in. późniejszych mistrzów świata Francuzów i wicemistrzów świata Chorwatów. W Polsce panowała napędzana przez media euforia, której nie zdołały przytłumić nawet słabe występy biało-czerwonych w marcowych meczach towarzyskich. Porażkę z Nigerią 0:1 zrównoważyła wygrana z Koreą Południową 3:2, ale w obu spotkaniach nasz zespół zagrał fatalnie. Trener Nawałka uspokajał jednak fanów, że drużyna potrzebuje więcej czasu na opanowanie ustawienia systemem 1-3-5-2 robi, ale robi szybkie postępy i niebawem będzie w tym elemencie groźna dla każdego rywala. Czerwcowe sparingi z Chile (2:2) i Litwą (4:0) także nie zapowiadały mundialowej klęski, chociaż do stylu gry zespołu wciąż zgłaszano mnóstwo zastrzeżeń.

W przededniu wyjazdu do Rosji kontuzji barku doznał Kamil Glik i chyba to był kluczowy moment w dramacie, w jaki zamienił się występ biało-czerwonych w mistrzostwach świata. W spotkaniu z Senegalem Nawałka nagle wycofał się w ćwiczonego wcześniej ustawienia 3-5-2 i wrócił do starego schematu 4-4-2. Rywale bezlitośnie wykorzystali powstały bałagan w szeregach polskiej drużyny.

W tym momencie kolejny mecz z Kolumbią nabrał rangi „spotkania o wszystko”, ale pogubiony już wyraźnie w swoich kadrowych decyzjach Nawałka w tym najważniejszym meczu w roku wystawił do gry m.in. Jacka Góralskiego i Dawida Kownackiego, którzy wcześniej nie grali w meczach o punkty, a na ławce posadził Kamila Grosickiego, ale gdy nasz zespół potrzebował pilnie wzmocnienia linii ataku, selekcjoner zmienił… Michała Pazdana i w jego miejsce posłał na boisko rekonwalescenta Kamila Glika.

O żenującej potyczce z Japonią lepiej nie wspominać, bo chociaż biało-czerwoni ją wygrali, to swoim zachowaniem w końcówce na spółkę z Japończykami stali się pośmiewiskiem kibiców. Nasz zespół w niesławie wrócił do kraju na tarczy, a piłkarze w krótkim czasie zaliczyli bolesny upadek z piedestału.

Straty wizerunkowe ponieśli wszyscy – trener Nawałka, jego pryncypał Zbigniew Boniek a wraz z nimi cały PZPN. Stracili też rzecz jasna kadrowicze, lecz bez wątpienia najwięcej stracił najlepszy z nich, Robert Lewandowski. Nie ulega wątpliwości, że to głównie przez słaby występ biało-czerwonych na rosyjskim mundialu „Lewy” doznał upokarzających degradacji w najważniejszych plebiscytach organizowanych przez FIFA, UEFA i „France Football”.

 

To nie była dobra zmiana

Trener Nawałka nie utrzymał posady i w sierpniu został zastąpiony przez Jerzego Brzęczka. Nie była to jednak dobra zmiana. Pod wodzą nowego selekcjonera reprezentacja rozegrała sześć meczów. Trzy porażki i trzy remisy to bilans Brzęczka, który na dodatek zaliczył też spadek z Dywizji A Ligi Narodów. Nic dziwnego, że stracił zaufanie kibiców, także za to, że wbrew zasadom powoływał na zgrupowania kadry niegrającego w VfL Wolfsburg siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego. W mediach krytykowano go też za forowanie w kadrze zawodników, których znał z pracy w zespołach klubowych – Damiana Szymańskiego, Adama Dźwigałę i Arkadiusz Reca w Wiśle Płock, Rafała Pietrzaka w GKS Katowice. Żaden z nich nie potwierdził reprezentacyjnych kwalifikacji.

Ani Nawałka ani Brzęczek nie odważyli się na „odstrzelenie” graczy stanowiących od lat trzon reprezentacji – Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka, Piotra Zielińskiego, Kamila Glika, Jakuba Błaszczykowskiego, Kamila Grosickiego, Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego czy… Jana Bednarka. Ten młody środkowy obrońca w 2018 roku rozegrał 847 minut, podczas gdy w klubowej drużynie Southamptonu 1126, z czego w Premier League 778. Krychowiak w reprezentacji zaliczył 960 minut, Zieliński 948 minut, Lewandowski 862 minuty. Za tą czwórką graczy jest próżnia, za którą wyłania się grupa zawodników z gorszymi wynikami – Grosicki miał przerwy z powodu perturbacji w klubie, Glik pauzował sporo przez kontuzję, a bramkarze Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański musieli dzielić się występami – pierwszy zaliczył 585 minut, drugi 405. Na absencjach kluczowych graczy skorzystali m.in. Bartosz Bereszyński (piąty pod względem rozegranych minut), Jacek Góralski (dziesiąty), czy Rafał Kurzawa (piętnasty).

Najmniej minut w reprezentacji zaliczyli Bartosz Białkowski (45), Rafał Pietrzak (27), Jakub Świerczok (23) i Sławomir Peszko (10). Tak przy okazji, te 10 minut Peszko zaliczył na mundialu, bo we wcześniejszych meczach sparingowych Nawałka nie skorzystał z jego usług ani razu. To jedyny gracz, który grając o punkty jednocześnie nie zaliczył ani minuty w sparingu. Odwrotnie niż Marcin Kamiński, który zaliczył najwięcej minut w spotkaniach sparingowych (270), ale ani jednej w spotkaniu o punkty. Ten dziwaczny sposób selekcji stosuje niestety także Brzęczek, który nie wygrał sześciu spotkań z rzędu i jest bliski dogonienia pod tym względem rekordzisty Jerzego Engela. W 2000 roku nasze reprezentacja pod wodzą tego selekcjonera nie wygrał siedmiu meczów z rzędu: zaczęła od porażek z Hiszpanią 0:3 i Francją 0:1, potem były bezbramkowe remisy z Węgrami i Finlandią oraz porażka z Holandią (1:3) oraz remis z Rumunią (1:1) tuż przed rozpoczęciem eliminacji MŚ 2002.

 

Brzęczek goni rekord Engela

Mimo fatalnego startu Engel utrzymał posadę i doczekał przełomu w pamiętnym spotkaniu z Ukrainą w Kijowie, wygranym przez biało-czerwonych 3:1, po którym nasz zespół rozpoczął marsz po pierwszy od 1986 roku awans na mundial. Ale w 2000 roku z 10 meczów pod jego komendą reprezentacja Polski wygrała tylko trzy, cztery zremisowała i trzy przegrała. Tak słaby wynik pod względem wygranych spotkań powtórzyły dopiero 18 lat później ekipy prowadzone przez Nawałkę i Brzęczka.
Obaj wspólnie zapracowali na ten bilans, ale wszystkie trzy zwycięstwa wywalczył Nawałka – z Koreą Południową (3:2), Litwą (4:0) i Japonią (1:0). Brzęczek jeszcze nie poznał smaku wygranej i jeśli będzie miał dalej taki niefart, już wiosną może wyrównać niechlubny rekord Engela siedmiu spotkań bez wygranej.

 

Ile grali kadrowicze w 2018 roku:

1. Grzegorz Krychowiak – 960 minut (w tym 540 minut w meczach o punkty); 2. Piotr Zieliński – 948 (595); 3. Robert Lewandowski – 862 (540); 4. Jan Bednarek – 847 (585); 5. Bartosz Bereszyński – 673 (485); 6. Kamil Grosicki – 598 (363); 7. Kamil Glik – 588 (370); 8. Wojciech Szczęsny – 585 (360); 9. Arkadiusz Milik – 537 (253); 10. Jacek Góralski – 470 (285); 11. Maciej Rybus – 416 (180); 12. Jakub Błaszczykowski – 415 (197); 13. Łukasz Fabiański – 405 (270); 14. Michał Pazdan – 387 (170); 15. Rafał Kurzawa – 375 (234); 16. Thiago Cionek – 360 (180); 17. Łukasz Piszczek – 353 (173); 18. Artur Jędrzejczyk – 343 (183); 19. Tomasz Kędziora – 342 (135); 20. Mateusz Klich – 312 (193); 21. Marcin Kamiński – 270 (0); 22. Arkadiusz Reca – 250 (177); 23. Przemysław Frankowski – 248 (90); 24. Dawid Kownacki – 232 (74); 25. Karol Linetty – 222 (69); 26. Krzysztof Piątek – 151 (90); 27. Łukasz Skorupski – 135 (0); 28. Łukasz Teodorczyk – 132 (27); 29. Damian Szymański – 98 (81); 30. Krzysztof Mączyński – 90 (0); 31. Damian Kądzior – 77 (11); 32. Taras Romanczuk – 61 (0); 33. Bartosz Białkowski – 45 (0); 34. Rafał Pietrzak – 27 (10); 35. Jakub Świerczok – 23 (0); 36. Sławomir Peszko – 10 (10).

 

Selekcjonerzy jak na bazarze

Fot. Selekcjoner reprezentacji Jerzy Brzęczek nie w PZPN zbyt wiele do powiedzenia

 

 

W siedzibie PZPN w obecności prezesa Zbigniewa Bońka odbyło się spotkanie selekcjonerów trzech reprezentacji Polski – Jerzego Brzęczka, Czesława Michniewicza (U-21) i Jacka Magiery (U-20). Targowano się o pięciu piłkarzy – Dawida Kownackiego, Sebastiana Szymańskiego, Krystiana Bielika, Szymona Żurkowskiego i Bartosza Kapustkę.

 

Jeśli coś w tej informacji może dziwić, to chyba to, że spór między trenerami kadry dotyczył piłkarzy, których Jerzy Brzęczek do tej pory ani razu nie powołał do kadry. No i może jeszcze to, że z normalnej roboczej rozmowy w biurze propagandziści PZPN zrobili jakieś doniosłe spotkanie na szczycie. To tylko potwierdza domysły, że Jerzy Brzęczek nie ma w związku takiej dominującej pozycji, jaką mieli jego poprzednicy na tym stanowisku.

 

Wspólny interes dzielony na trzy

Każda z trzech drużyn narodowych ma swoje cele do osiągnięcia. Pierwsza reprezentacja już 21 marca przyszłego roku zagra w Wiedniu z Austrią i tym meczem rozpocznie eliminacje Euro 2020. Prezes PZPN Zbigniew Boniek stawia sprawę jasno – awans biało-czerwonych jest priorytetem. Dla sternika polskiego futbolu ważny jest jednak także udany występ młodzieżówki w czerwcowych finałach mistrzostw Europy we Włoszech, do których zespół Czesława Michniewicza awansował po barażowym zwycięstwie nad Portugalią. Ale i przed kadrą U-20 prowadzoną przez Jacka Magierę stoją nie lada wyzwania, bo przecież w dniach 23 maja – 15 czerwca wystąpi w roli gospodarza mistrzostw świata U-20.

Brzęczek i Michniewicz doszli do porozumienia odnośnie marcowych terminów dla reprezentacji. Na zaplanowane w tym miesiącu eliminacyjne mecze z Austrią i Łotwą Brzęczek może powołać z kadry U-21 kogo zechce, chociaż wiadomo, że największe szanse na to mają Szymon Żurkowski, Sebastian Szymański, Dawid Kownacki, Krystian Bielik i odradzający się w belgijskiej II lidze dawny pupil Adama Nawałki Bartosz Kapustka.

Ale już w czerwcu, gdy biało-czerwoni będą walczyć o Euro 2020 na wyjeździe z Macedonią (7 czerwca) i u siebie z Izraelem (10 czerwca), trener Brzęczek swoimi ewentualnymi powołaniami tych zawodników wejdzie w szkodę Michniewiczowi. Dlatego ustalono, że będzie mógł powołać z młodzieżówki tylko tych piłkarzy, którzy będą mieli realne szanse na występ w tych spotkaniach. W tej chwili perspektyw na to nie ma żaden z piątki wymienionych wyżej zawodników młodzieżówki, ale za pół roku może się to radykalnie zmienić, czego dowodzi choćby przykład Jana Bednarka w Southampton przed mundialem w Rosji. „Przez pół roku w życiu dwudziestoletniego piłkarza może się zmienić bardzo wiele” – stwierdził prezes Boniek i odłożył sprawę na przyszłość.

 

Wyjątek dla Szymańskiego

Młodzieżowe Mistrzostw Europy odbędą się we Włoszech i San Marino między 16 a 30 czerwca. Zespół Czesława Michniewicza trafił do grupy A, w której zmierzy się z Belgią (16 czerwca), Włochami (19 czerwca w Bolonii) oraz z Hiszpanią (22 czerwca w Bolonii). Szkoleniowcy PZPN podjęli decyzję, że występujący w tej drużynie pomocnik Legii Warszawa Sebastian Szymański nie będzie uwzględniany przez Jacka Magierę w kadrze U-20. Legionista jest jednym z liderów reprezentacji U-21 i jego droga rozwoju ma zmierzać do pierwszej reprezentacji. Choć zespół Magiery rozgrywać będzie MŚ do lat 20 w Polsce, Szymański nie weźmie w nich udziału. Albo pojedzie do Włoch na MME do lat 21, albo zagra w czerwcowych meczach eliminacyjnych Euro 2020.

 

Kadra wciąż w butach Nawałki

Trener Brzęczek w roli selekcjonera reprezentacji Polski jeszcze nie wygrał meczu. W sześciu spotkaniach pod jego wodza biało-czerwoni trzy razy zremisowali i doznali trzech porażek. W tych meczach Brzęczek wystawił do gry w sumie 26 zawodników. Prezes Boniek, którego relacje z nowym selekcjonerem nie są najlepsze, bez ogródek stwierdził, że po pół roku rządów Brzęczka wciąż widzi reprezentację Adama Nawałki. Trudno nie przyznać mu racji, bo też żaden z zawodników wynalezionych przez nowego trenera kadry nie okazał się odkryciem. Arkadiusz Reca, Rafał Pietrzak, Adam Dźwigała, Adam Buksa czy Huberty Matynia nie zostawili po sobie w kadrze żadnego śladu.

Brzęczek nie dostał zgody Bońka na zimowe zgrupowanie dla graczy z klubów krajowych i z kadrowiczami spotka się dopiero w marcu, na kilka dni przed spotkaniem z Austrią. Na żadne personalne eksperymenty nie będzie miał ani czasu, ani nawet sposobności. Jedyna nadzieja w tym, że pod wpływem nacisków Bońka zrezygnuje z powoływania do kadry piłkarzy nie występujących regularnie w swoich klubowych zespołach, co już powinno złagodzić napięcia między zawodnikami, a ponadto zagwarantuje, że na boisko wyjdą gracze znajdujący się w dobrej formie fizycznej i psychicznej. Na Austrię i Łotwę powinno to wystarczyć, jeśli rzecz jasna Brzęczek nie zacznie kombinować czegoś z taktyką. A tego wykluczyć się niestety nie da.

 

 

 

Eliminacje Euro 2020: Jedni się boją, inni cieszą

Różnie przyjęto w Polsce wyniki losowania grupy eliminacyjnych do Euro 2020. Przypomnijmy, że nasza reprezentacja trafiła do grupy G z Austrią, Izraelem, Słowenią, Macedonią i Łotwą. Według jednych rywale biało-czerwonych będą dla nich łatwi do pokonania, wedle innych wręcz odwrotnie – okażą się przeszkodą nie do przejścia.

 

Kto ma rację przekonamy się już 21 marca przyszłego roku, bo tego dnia zespół Jerzego Brzęczka zmierzy się na wyjeździe z Austrią, zdecydowanie najsilniejszym rywalem w grupie. Przyznał to kapitan naszej reprezentacji Robert Lewandowski już w swoim pierwszym komentarzu po losowaniu. „Początek eliminacji będzie kluczowy, zwłaszcza spotkanie z Austrią. Myślę, że to będzie dla nas najtrudniejsze spotkanie w tych kwalifikacjach – przyznał „Lewy”.

Z umiarkowanym optymizmem wyniki losowania ocenił też selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek. „Jestem z niego zadowolony umiarkowanie, bo trafiliśmy do wyrównanej grupy. Austria, Izrael, Macedonia i Słowenia to są drużyny, które na własnym boisku będą bardzo niebezpieczne. Dlatego trzeba się dobrze przygotować, od początku być w formie i punktować od pierwszego meczu. Bo naszym celem jest oczywiście awans do mistrzostw Europy” – mówił selekcjoner.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek także nie był zachwycony wynikami losowania. „Każdy mecz w tej grupie na wyjeździe będzie ciężki. Żadna z tych drużyn nie należy do tzw. elity europejskiej, ale wszystkie są u siebie niebezpieczne. Nie będzie więc łatwo w żadnym spotkaniu, aczkolwiek trzeba przyznać, że można było wylosować dużo gorzej. Ja nie jestem z tych, którzy uważają, że mecze wygrywa się na losowaniu. Mecze wygrywa się na boisku” – powiedział Boniek przed kamerami TVP Sport.
Najbardziej brutalny w ocenie okazał się były sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina, który wręcz stwierdził, że nasza reprezentacja nie ma żadnych szans na awans.

 

Terminarz grupy G:

1. kolejka (21 marca 2019)
Austria – Polska; Macedonia – Łotwa; Izrael – Słowenia

2. kolejka (24 marca 2019)
Izrael – Austria; Polska – Łotwa; Słowenia – Macedonia

3. kolejka (7 czerwca 2019)
Austria – Słowenia; Macedonia – Polska; Łotwa – Izrael

4. kolejka (10 czerwca 2019)
Macedonia – Austria; Łotwa – Słowenia; Polska – Izrael

5. kolejka (5-6 września 2019)
Izrael – Macedonia (5 września); Austria – Łotwa i Słowenia – Polska (6 września)

6. kolejka (9 września 2019)
Łotwa – Macedonia; Polska – Austria; Słowenia – Izrael

7. kolejka (10 października 2019)
Austria – Izrael; Macedonia – Słowenia; Łotwa – Polska

8. kolejka (13-15 października 2019)
Polska – Macedonia (13 października); Słowenia – Austria (13 października); Izrael – Łotwa (15 października)

9. kolejka (16 listopada 2019)
Słowenia – Łotwa; Austria – Macedonia; Izrael – Polska

10. kolejka (19 listopada 2019)
Macedonia – Izrael; Łotwa – Austria; Polska – Słowenia.

 

Rywale pod Brzęczka

Fot. Reprezentacja Polski była losowana z pierwszego koszyka

 

 

W niedzielę w Dublinie rozlosowano grupy eliminacyjne mistrzostw Europy w 2020 roku.
Biało-czerwoni trafili do grupy G z zespołami Austrii, Izraela, Łotwy, Słowenii i Macedonii. Awans wywalczą dwie najlepsze ekipy. Pierwsze mecze zostaną rozegrane w marcu 2019 roku.

 

Mistrzostwa Europy 2020 zostaną po raz pierwszy rozegrane w aż 12 państwach. Miastami-gospodarzami będą Kopenhaga (Dania), Amsterdam (Holandia), Bukareszt (Rumunia), Dublin (Irlandia), Bilbao (Hiszpania), Budapeszt (Węgry), Glasgow (Szkocja), Monachium (Niemcy), Baku (Azerbejdżan), Sankt Petersburg (Rosja), Rzym (Włochy) i Londyn (Anglia). Turniej zostanie rozegrany od 12 czerwca do 12 lipca. Finał odbędzie się na Wembley w Londynie.
Kibice w Polsce się cieszą, bo losujący drużyny Robbie Keane oszczędził naszą reprezentację i nie wpakował jej do towarzystwa najmocniejszego zespołu z drugiego koszyka, Niemców, którzy wylądowali w grupie C, gdzie znów przyjdzie im mierzyć się z Holandią, z którą przegrali rywalizacje w Lidze Narodów.

Zamiast ekipy Joachima Loewa biało-czerwoni z drugiego koszyka Polacy wylosowali Austriaków. To z kolei wymarzony rywal dla obecnego selekcjonera kadry Jerzego Brzęczka, który w Austrii spędził większość swojej piłkarskiej kariery (grał tam w latach 1995-2007, z roczną przerwą na występy w izraelskim Maccabi Haifa).

Na mistrzostwa awansują dwie najlepsze drużyny z każdej grupy. Pozostałe cztery miejsca na mistrzostwach przysługują zwycięzcom barażów. Na turnieju zagrają 24 zespoły. I po raz pierwszy bezpośredni awans nie przysługuje państwom-gospodarzom, one także muszą walczyć w eliminacjach.

 

Podział na grupy el. Euro 2020:

Grupa A: Anglia, Czechy, Bułgaria, Czarnogóra, Kosowo.
Grupa B: Portugalia, Ukraina, Serbia, Litwa, Luksemburg.
Grupa C: Holandia, Niemcy, Irlandia Północna, Estonia, Białoruś.
Grupa D: Szwajcaria, Dania, Irlandia, Gruzja, Gibraltar.
Grupa E: Chorwacja, Walia, Słowacja, Węgry, Azerbejdżan.
Grupa F: Hiszpania, Szwecja, Norwegia, Rumunia, Wyspy Owcze, Malta.
Grupa G: Polska, Austria, Izrael, Słowenia, Macedonia, Łotwa.
Grupa H: Francja, Islandia, Turcja, Albania, Mołdawia, Andorra.
Grupa I: Belgia, Rosja, Szkocja, Cypr, Kazachstan, San Marino.
Grupa J: Włochy, Bośnia i Hercegowina, Finlandia, Grecja, Armenia, Lichtenstein.

 

Ramowy terminarz eliminacyjny:

21-23 marca 2019: kolejka 1
24-26 marca 2019: kolejka 2
7-8 czerwca 2019: kolejka 3
10-11 czerwca 2019: kolejka 4
5-7 września 2019: kolejka 5
8-10 września 2019: kolejka 6
10-12 października 2019: kolejka 7
13-15 października 2019: kolejka 8
14-16 listopada 2019: kolejka 9
17-19 listopada 2019: kolejka 10

Losowanie grup finałów turnieju odbędzie się 1 grudnia 2019 roku.

 

Era Brzęczka: Powodów do radości nie ma

Fot. Arkadiusz Milik w meczu z Portugalią zdobył wyrównującą bramkę z rzutu karnego

 

 

Trener Jerzy Brzęczek uznał remis w meczu z Portugalią za sukces i początek lepszych czasów dla reprezentacji Polski. Czy będą lepsze, to się dopiero okaże, na razie biało-czerwoni zakończyli najgorszy pod względem wyników sezon od 18 lat.

 

Tegoroczny bilans naszej reprezentacji nie zachwyca. Biało-czerwoni pod wodzą najpierw Adama Nawałki, a potem Jerzego Brzęczka rozegrali w sumie 13 meczów. Wygrali trzy, zremisowali cztery, a w sześciu doznali porażek. Bilans bramkowy też mają niekorzystny – 15:17. Brzęczek z obecną reprezentacją jeszcze nie święcił triumfu. Wszystkie trzy zwycięstwa wywalczył Adam Nawałka. Przed mistrzostwami świata pokonał Koreę Południową (3:2) oraz Litwę (4:0). Dołożył jeszcze remis z Chile (2:2) oraz porażkę z Nigerią (0:1). Polska ostatni raz wygrała na mistrzostwach świata, gdy na zakończenie fazy grupowej pokonaliśmy Japonię (1:0).

 

Engel musiał czekać 18 lat

Jerzy Brzęczek miał kilka okazji, żeby wygrać mecz. Choćby z Irlandią we Wrocławiu czy Czechami w Gdańsku. Rywale nie byli z najwyższej półki, ale gra naszej reprezentacyjnej drużyny pozostawiała sporo do życzenia. W efekcie Brzęczek w swoich pierwszych sześciu meczach w roli selekcjonera nie odniósł ani jednego zwycięstwa. Gorzej pod tym względem selekcjonerska kadencję w ostatnich dwóch dekadach zaczął tylko Jerzy Engel, który przejął kadrę na początku 2000 roku i nie wygrał w siedmiu pierwszych spotkaniach. Zadebiutował w meczu z reprezentacją Hiszpanii i przegrał z nią gładko 0:3. Miesiąc później zespół pod jego wodzą uległ 0:1 Francji, tracąc gola w 87. minucie po uderzeniu Zinedine’a Zidane’a, którego nie zdołał obronić Jerzy Dudek. Następnie były bezbramkowe remisy z Węgrami i Finlandią oraz porażka z Holandią (1:3) i wyjazdowy remis z Rumunią (1:1) tuż przed początkiem eliminacji do mistrzostw świata. Jeśli ktoś tego z Czytelników nie pamięta, to przypominamy, że w trakcie tej niechlubnej serii kibice i dziennikarze domagali się dymisji Engela znacznie natarczywiej niż teraz domagają się dymisji Brzęczka.

Gwoli historycznej prawdy wypada jednak przyznać, że po tej wybitnie nieudanej serii reprezentacja pod wodza Engela nagle na otwarcie eliminacji MŚ 2020 wygrała w Kijowie z Ukrainą 3:1 i rozpoczęła zwycięski marsz po pierwszy od 1986 roku awans do finałów mistrzostw świata. Kilka dni później biało-czerwoni pokonali w Łodzi Białoruś 3:0 (hat-trick Radosława Kałużnego), a bilans występów w 2000 roku poprawili jeszcze remisem z Walią i zwycięstwem w spotkaniu z Islandią. W sumie z 10 meczów w 2000 roku nasz zespół wygrał trzy, cztery zremisował i trzy przegrał (bilans bramkowy 9:10). Na przebicie tego słabego wyniku Engel musiał czekać aż 18 lat.

 

Gol Milika dał awans do 1 koszyka

Mimo tych słabiutkich statystyk reprezentacja Polski wciąż zalicza się do europejskiej czołówki, przynajmniej pod względem formalnym, czego najlepszym dowodem jest miejsce w pierwszym koszyku losowania grup eliminacyjnych Euro 2020. Biało-czerwoni zapewnili sobie miejsce wśród 10 najwyżej rozstawionych drużyn dzięki remisowi 1:1 z Portugalią w ostatnim meczu Ligi Narodów (gola na wagę cennego remisu strzelił z rzutu karnego Arkadiusz Milik). Losowanie eliminacji Euro 2020 rozpocznie się 2 grudnia 2018 roku o 12:00 w Dublinie. Po raz pierwszy od 1976 roku gospodarz nie ma zapewnionego awansu do turnieju, bo tym razem wyjątkowo mistrzostwa Europy odbędą się w 12 krajach. Eliminacje Euro 2020 zostaną rozegrane od marca 2019 do listopada 2019 roku. 55 zespołów – wraz debiutującym w tych rozgrywkach Kosowem, zostanie podzielonych na 10 grup. Pięć grup będzie miało po pięć zespołów, a pięć będzie sześciozespołowych.

 

Bałagan, że aż głowa pęka

Trochę bałaganu ta formuła mistrzostw już wprowadziła, Aby wszystkie 12 państw, które będą gospodarzami Euro 2020, czyli Azerbejdżan, Dania, Anglia, Niemcy, Węgry, Włochy, Holandia, Irlandia, Rumunia, Rosja, Szkocja i Hiszpania, mogło bezpośrednio awansować do turnieju, to w jednej grupie mogą się znaleźć tylko po dwa zespoły z grona gospodarzy. A ze względów politycznych do jednej grupy nie mogą trafić Armenia i Azerbejdżan, Gibraltar i Hiszpania, Kosowo z Bośnią i Hercegowiną, Kosowo z Serbią oraz Ukraina i Rosja. Ze względów pogodowych zaś w jednej grupie z grupy drużyn: Białoruś, Estonia, Wyspy Owcze, Finlandia, Islandia, Łotwa, Litwa, Norwegia, Rosja i Ukraina, mogą znaleźć się tylko po dwie ekipy z wymienionych.

Kolejne kryterium to odległość. By reprezentacje nie latały zbyt daleko na mecze wyjazdowe, Azerbejdżan może zagrać tylko z jedną z następujących drużyn: Gibraltar, Islandia i Portugalia, Islandia może zagrać z jedną ekipą z grona Armenia, Cypr, Gruzja i Izrael, za to Kazachstan nie może trafić na więcej niż jedną z następujących reprezentacji: Andory, Anglii, Francji, Wysp Owczych, Gibraltaru, Islandii, Malty, Irlandii Północnej, Portugalii, Irlandii, Szkocji, Hiszpanii i Walii.
Te wymogi sprawią, że losowanie grup będzie cyrkiem jakiego dawno nie było i mało kto wyjdzie z tej zabawy zadowolony. A już na pewno nie nasza reprezentacja, z którą dzisiaj chcą grać wszyscy, bo taką ma teraz słabiutka markę. Trener Brzęczek co prawda twierdzi, że najgorsze ma już za sobą, ale może z takimi stwierdzeniami niech poczeka do losowania grup.

 

Holendrzy zagrali dla Polski

Fot. Holendrzy do 85. minuty przegrywali z Niemcami 0:2, ale zdążyli przed ostatnim gwizdkiem doprowadzić do remisu

 

 

Remis Niemców z Holandią (2:2) na zakończenie zmagań w grupie A1 Ligi Narodów był korzystny dla reprezentacji Polski, bo dawał jej szansę na rozmieszczenie w pierwszym koszyku w losowani grup eliminacji Euro 2020. Ale żeby ten cel osiągnąć, biało-czerwoni musieli jeszcze przynajmniej zremisować z Portugalią, a najlepiej wygrać.

 

Niemcy zaczęli mecz z Holendrami kapitalnie, bo po 20 minutach gry prowadzili już 2:0 po golach Timo Wernera i Leroya Sane. Później mieli jeszcze kilka okazji na podwyższenie prowadzenia, ale bramki w tym meczu zdobywali już tylko Holendrzy. W 85. minucie kontaktowego gola strzelił Quincy Promes, a w doliczonym czasie gry trafienie na wagę remisu zaliczył Virgil van Dijk. Tym samym ekipa „Oranje” potwierdziła, że pod wodzą trenera Ronalda Koemana czas kompromitujących niepowodzeń ma już za sobą. Przypomnijmy, że Holendrzy nie zakwalifikowali się do Euro 2016 i mistrzostw świata 2018 w Rosji. Teraz w pokonanym polu pozostawili aktualnych mistrzów globu Francuzów oraz czempionów z 2014 roku Niemców.
Dla nas jednak najważniejsze było to, że w meczu z Niemcami podopieczni trenera Koemana zagrali w interesie polskiej reprezentacji. Fatalna postawa w końcówce meczu miała bowiem dla reprezentacji Niemiec swoją wymierną cenę. Nie miała ona już szans na poprawę miejsca w grupie, bo już wcześniej było jasne, że zajmie ostatnią lokatę za Holandią i Francją, przez co zostanie zdegradowana do niższej dywizji.
Dla Niemców rzeczywistą stawką potyczki z pomarańczowymi było miejsce w pierwszym koszyku losowania eliminacji Euro 2020. Żeby się w nim znaleźć mistrzowie świata z 2014 roku musieli wygrać z Holendrami, ale ponieważ tylko z nimi zremisowali, pozostało im liczyć, że Polacy przegrają we wtorkowym meczu z Portugalią. Zwycięstwo lub remis biało-czerwonych (spotkanie w Guimares zakończyło się po zamknięciu wydania) zapewniało biało-czerwonym miejsce w pierwszym koszyku.
Przy ustaleniu koszyków przed losowaniem eliminacji mistrzostw Europy 2020 w pierwszym z nich znajdzie się 10 z 12 drużyn rywalizujących w elicie Ligi Narodów. Po remisie Niemców z Holendrami Polacy zajmują w nim przedostatnią, 11. pozycję. Co prawda zespół Jerzego Brzęczka niżej spaść już nie może (Islandia rozegrała już wszystkie mecze), ale żeby uniknąć losowania z drugiego koszyka musiał w swoim ostatnim występie w Lidze Narodów zdobyć przynajmniej jeden punkt. To pozwoliłoby biało-czerwonym wyprzedzić ekipę Joachima Loewa, która miała od Polaków gorszy bilans bramkowy (3-6).
Tylko czy miejsce w koszyku ma dla naszych piłkarzy jakieś istotne znaczenie? Na mundialu w Rosji kuglowanie z miejscem w światowym rankingu nic biało-czerwonym nie dało, a teraz na domiar złego nasza reprezentacja popadła w głęboki kryzys. Nie zatem większego znaczenia czy w losowaniu grup eliminacyjnych Euro 2020 trafi np. na Niemców z pierwszego, czy drugiego koszyka. O awansie i tak przecież przesądzą bezpośrednie starcia na boisku. Także z rywalami z niższych koszyków.

 

Lewy opuścił reprezentację

Fot. Robert Lewandowski przestał strzelać gole w reprezentacji i reprezentacja przestała wygrywać

 

 

Jerzy Brzęczek jeszcze nie wygrał meczu w roli selekcjonera – zanotował dwa remisy i trzy porażki, a we wtorek 20 listopada ten bilans zapewne jeszcze się pogorszy, bo na zwycięstwo z Portugalią nikt nie stawia. Zwłaszcza że nie zagra Robert Lewandowski.

 

Biało-czerwoni po raz kolejny rozczarowali kibiców przegrywając w czwartek w Gdańsku w fatalnym stylu z Czechami 0:1. Po tym meczu po raz pierwszy tu i ówdzie pojawiły się w mediach otwarte żądania dymisji Jerzego Brzęczka, na które prezes PZPN Zbigniew Boniek odpowiedział gromkim „nie!”. Nie zmienia to jednak faktu, że atmosfera wokół kadry robi się coraz duszniejsza, a i chyba w jej środku też nie dzieje się lepiej, skoro na zewnątrz wyciekają plotki o konfliktach między zawodnikami. Jedną z nich Grzegorz Krychowiak nawet uznał za stosowne sprostować, co nie dziwi, bo głosiła, że po meczu z Czechami pobił się z Robertem Lewandowskim. „To jakaś bzdura” – zapewniał pomocnik Lokomotiwu Moskwa. Plotek o konflikcie chyba tym jednak nie uciszył, zwłaszcza że w niedzielę sztab kadry oficjalnie potwierdził, że „Lewy” na pewno nie zagra przeciwko Portugalii w ostatnim spotkaniu Ligi Narodów, bo z powodu lekkiego urazu kolana opuścił zgrupowanie kadry.

Brzęczek czekał z decyzją na wynik sobotniego meczu Portugalczyków z Włochami. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, co oznacza, że grupę A3 wygrali aktualni mistrzowie Europy i to oni zagrają w czerwcu przyszłego roku w finale tych rozgrywek, którego na dodatek będą gospodarzami. Ponieważ już wcześniej było wiadomo, że do niższej dywizji zostanie zdegradowany nasz zespół, więc rezultat kończącego zmagania w grupie A3 spotkania Portugalia – Polska miałby znaczenie jedynie w przypadku zwycięstwa Włochów w sobotniej potyczce z podopiecznymi trenera Fernando Santosa. Teraz już wiadomo, że będzie to mecz o „pietruszkę”, w którym Portugalczycy zapewne wystawią drugi garnitur swojej reprezentacji, co w jakim stopniu zmniejsza ryzyko kompromitująco wysokiej porażki polskiego zespołu. Patrząc na sprawę z tego punktu widzenia odesłanie Lewandowskiego miało sens, ale biorąc pod uwagę fakt, że ewentualne pokonanie Portugalii mogłoby zapewnić biało-czerwonym rozstawienie w losowaniu grup eliminacyjnych do Euro 2020, już niekoniecznie.

Zbigniew Boniek w jednej ze swoich licznych ostatnio publicznych wypowiedzi w sprawie reprezentacji stwierdził, że jej problem tkwi wewnątrz zespołu. Nie sprecyzował co prawda w czym rzecz, ale chyba bez ryzyka większej pomyłki możemy dopowiedzieć, że reprezentacja Polski już pod koniec ery Adama Nawałki miała kryzys przywództwa, który po zmianie selekcjonera jeszcze bardziej się pogłębił. Brzęczek wie co to znaczy, bo sam przeżył to jako piłkarz i kapitan reprezentacji, ale nie ma w tej kwestii właściwie żadnego wyboru. Chyba że reprezentacja bez „Lewego” wygra we wtorek z Portugalią.

 

Przecena Adama Nawałki

W tym samym czasie w którym selekcjoner Jerzy Brzęczek szykował w Gdańsku reprezentację do czwartkowego meczu towarzyskiego z Czechami, w Poznaniu jego poprzednik, Adam Nawałka, stawiał działaczom Lecha warunki kontraktu. Mało kto dawał obu trenerom szanse na sukces, a zwłaszcza Nawałce, którego finansowe wymagania obrastają już w legendę.

 

Po niepowodzeniu biało-czerwonych na mundialu w Rosji Adam Nawałka stracił lukratywną posadę u najbogatszego pracodawcy w polskim futbolu, jakim jest PZPN. Na ostatnim zjeździe szefowie związku pochwalili się budżetem przekraczającym 230 milionów złotych, co jest kwotą nieosiągalną dla żadnego polskiego klubu, z Legią Warszawa włącznie. A właśnie stołeczny klub, konkretnie zaś jego właściciel Dariusz Mioduski, jako pierwszy złożył ofertę pracy zdymisjonowanemu selekcjonerowi reprezentacji. Jak wiadomo negocjacje zakończyły się fiaskiem, a o powodach żadna ze stron nie chciała oficjalnie rozmawiać. Potem pojawiła się plotka, że zatrudnienie Nawałki rozpatrują władze Zagłębia Lubin. Niewykluczone, że po kryjomu odbyły się nawet jakieś rozmowy w tej sprawie. Widać jednak, że nawet dla sponsorowanego przez miedziowy koncern klubu były selekcjoner okazał się zbyt drogi, choć jeśli wierzyć plotkom, Nawałka w porównaniu z wcześniejszymi żądaniami wobec Legii, w negocjacjach z Zagłębiem Lubin mocno „zjechał z ceny”.

Całkiem możliwe, że właśnie ta plotka skłoniła działaczy Lecha Poznań do złożenia oferty Nawałce. W mediach od razu jednak zaczęły pojawiać się „przecieki” o kulisach prowadzonych negocjacji. Można było się z nich dowiedzieć, że były selekcjoner reprezentacji Polski zażyczył sobie miesięcznej pensji w wysokości 150 tys. złotych, czyli niewiele mniejszej niż wypłacał mu PZPN, a do tego dodatkowych wysokich premii za ewentualne sukcesy. To jednak nie koniec jego żądań. Nawałka chce mieć wokół siebie grupę zaufanych współpracowników, konkretnie złożoną z ośmiu osób, w większości pracujących z nim wcześniej przy reprezentacji Polski. Poza asystentami Bogdanem Zającem i Jarosławem Tkoczem są to jeszcze trener przygotowania fizycznego Remigiusz Rzepka, fizjoterapeuta Bartłomiej Spałek, trener Gerard Juszczak, analityk Dawid Zajączkowski, terapeuta Stanisław Gadziński i psycholog Paweł Frelik. Oczywiście każdy z nich ma zarabiać godnie, co dla Nawałki oznacza pensje powyżej 30 tys. miesięcznie.

Tak więc jak szybko podliczyli znani z niechęci do rozrzutności poznaniacy, Nawałka i jego ferajna kosztowaliby ich rocznie ponad pięć milionów złotych. No i rozmowy utknęły w martwym punkcie, a w mediach zaraz pojawiły się nazwiska innych trenerów.

Decyzja w sprawie ewentualnego zatrudnienia w Lechu byłego selekcjonera ma ponoć zapaść „na dniach”. Wynik meczu z Czechami (zakończył się po zamknięciu wydania) raczej na nią nie wpłynie. Zabawne jest jednak to, że obojętnie jaki padnie i tak spowoduje „przecenę Nawałki” do jego realnej obecnie wartości.