Euro 2020: Hiszpania i Szwecja na drodze Polaków

Losowanie grup mistrzostw Europy w Bukareszcie nie było dla naszej reprezentacji szczęśliwe. Jakoś dramatycznie złe też nie było, bo biało-czerwoni nie trafili do „grupy śmierci, jak Niemcy, Francuzi i Portugalczycy, ale Hiszpania i Szwecja, z którymi zagrają w grupie E, to nie będą z pewnością łatwi rywale. A bezpośredni awans do 1/8 finału uzyskają tylko dwie drużyny.

Reprezentacja Polski w fazie grupowej przyszłorocznych mistrzostw Europy w grupie E grać będzie na stadionach w Bilbao i Dublinie z Hiszpanią, Szwecją oraz zwycięzcą barażu B. O wolne miejsce w „polskiej grupie” powalczą cztery zespoły – Bośnia i Hercegowina z Irlandią Północną oraz Słowacja z Irlandią, więc całkiem prawdopodobny jest scenariusz, że tym czwartym rywalem biało-czerwonych będzie któraś z reprezentacji Irlandii. W takiej sytuacji Polacy i Szwedzi musieliby rywalizować z gospodarzami meczów w grupie E. Czy tak się stanie przekonamy się jednak dopiero po koniec marca przyszłego roku. W półfinałach tzw. ścieżki barażowej B Bośnia i Hercegowina zagra u siebie z Irlandią Północną, natomiast Słowacja podejmie Irlandię. Gospodarzem meczu finałowego będzie jednak zwycięzca meczu Bośnia i Hercegowina – Irlandia Północna. Spotkania półfinałowe we wszystkich barażach odbędą się 26 marca, zaś mecze finałowe 31 marca 2020 roku.

Zagrają w Dublinie i Bilbao

W wyniku dokonanego w Bukareszcie losowania podział na grupy Euro 2020 prezentuje się obecnie następująco: grupa A (Rzym, Baku) – Turcja, Włochy, Walia, Szwajcaria; grupa B (Petersburg, Kopenhaga) – Dania, Finlandia, Belgia, Rosja; grupa C (Amsterdam, Bukareszt) – Holandia, Ukraina, Austria, zwycięzca barażu D (tu może dojść jeszcze do zmiany, bo jeżeli ścieżkę barażową A wygra Rumunia, wówczas trafi do grupie C, a zwycięzca baraży D do grupy F); grupa D (Londyn, Glasgow) – Anglia, Chorwacja, zwycięzca barażu C, Czechy; grupa E (Bilbao, Dublin): Hiszpania, Szwecja, Polska, zwycięzca barażu B; grupa F (Monachium, Budapeszt) – zwycięzca barażu A (ten sam wariant zmian jak w grupie D), Portugalia, Francja, Niemcy.
Mecz otwarcia mistrzostw, w którym Turcja zagra z Włochami, zostanie rozegrany 12 czerwca o godz. 21:00 na Stadio Olimpico w Rzymie. Spotkanie finałowe odbędzie się 12 lipca o godz. 21:00 na stadionie Wembley w Londynie.

Nasza reprezentacja swoje grupowe mecze rozegra w takiej kolejności: 15 czerwca w Dublinie zmierzy się ze zwycięzcą barażu, 20 czerwca w Bilbao z Hiszpanią, a 24 czerwca ponownie w Dublinie ze Szwecją. Terminarz pozostałych spotkań w grupie E wygląda zaś tak: Hiszpania – Szwecja, 15 czerwca, Bilbao; Szwecja – zwycięzca ścieżki B, 19 czerwca, Dublin; Hiszpania – zwycięzca ścieżki B, 24 czerwca, Bilbao.

Mieszane odczucia po losowaniu

W Hiszpanii wyniki losowania przyjęto z nieskrywanym zadowoleniem. W tym kraju powszechnie uważa się, że dla ich drużyny rywale w grupie nie są groźni i zespół prowadzony ponownie przez Luisa Enrique bez większego problemu awansuje do następnej fazy europejskiego czempionatu.

W Szwecji nastroje nie były już takie euforyczne, ale też w tamtejszych mediach nikt nie przekreślał szans ekipie „Trzech Koron” na wyjście z grupy. Przypominano, że z reprezentacją Hiszpanii ich zespół rywalizował w eliminacjach w grupie F i wprawdzie na wyjeździe uległ jej aż 0:3, to już jednak w październikowym rewanżu u siebie wywalczył remis 1:1, który rywale mogli uznać za szczęśliwy dla siebie, bo w przekroju całego spotkania byli wyraźnie gorsi.

A w Polsce? Trener naszej kadry Jerzy Brzęczek zaraz po losowaniu stwierdził: „„Bardzo ciekawa grupa i niewygodni przeciwnicy. Hiszpanie i Szwedzi, patrząc na statystyki i historię, nie są drużynami, z którymi było nam łatwo. Ale na mistrzostwach Europy nie ma koncertu życzeń”.

Ostrożnie dobierał też słowa w ocenie szans kapitan polskiej reprezentacji Robert Lewandowski: „To są mistrzostwa Europy. Patrząc na to, jak wyglądało to ostatnio, o wynikach zdecyduje aktualna forma, w jakiej zespoły przystąpią do turnieju. Do rozpoczęcia imprezy jest jeszcze ponad pół roku, a to w futbolu dużo i wiele może się przez ten czas zmienić, choćby w składach drużyn”.

Bilety drogie jak diabli

Z dwóch aren przydzielonych dla grupy E polskim piłkarzom lepiej znana jest Aviva Stadium w Dublinie. Biało-czerwoni graliśmy na nim z Irlandczykami w 2013 (0:2) i 2015 roku (1:1). Pierwszy mecz był towarzyski, drugi w eliminacjach Euro 2016. Stadion w Dublinie to jeden z najnowszych obiektów wśród 12 aren Euro 2020. Został oddany do użytku w 2010 roku, a rok później rozegrano na nim finał Ligi Europy.

Otwarta sprzedaż biletów na Euro 2020 rozpocznie się 4 grudnia od godziny 14:00. Na oba mecze na Aviva Stadium dla polskich kibiców przeznaczono po 20 tysięcy biletów.

Ceny wejściówek na mecze Euro 2020 są zróżnicowane i zależne od miejsca rozgrywania meczu, a także fazy turnieju. Na każde spotkanie obowiązują 3 kategorie cenowe. Na mecze grupowe i 1/16 finału wejściówki, w zależności od stadionu, kosztują 30 (w Baku, Bukareszcie i Budapeszcie) albo 50 euro w trzeciej kategorii, 75 albo 125 euro w drugiej kategorii i 125 albo 185 euro w pierwszej kategorii. Tańsze bilety obowiązują jedynie na mecze w Baku, Bukareszcie i Budapeszcie. Droższe bilety obowiązują na mecz otwarcia w Rzymie i ćwierćfinały w Rzymie, Monachium i Petersburgu – w zależności od kategorii, 75, 145 lub 225 euro. Za bilety na ćwierćfinałowe spotkanie w Baku trzeba będzie zapłacić 30, 75 lub 125 euro. Za obejrzenie półfinałowych meczów, które odbędą się w na stadionie Wembley w Londynie, trzeba będzie już zapłacić 195, 345 lub 595 euro. Z kolei na finał, również na Wembley, bilety wyceniono na 295, 595 lub 945 euro. Nie są to ceny dla zwykłych ludzi.

 

 

Na losowanie do Bukaresztu

W sobotę w Bukareszcie odbędzie się losowanie grup turnieju finałowego piłkarskich mistrzostw Europy, który w przyszłym roku wyjątkowo zostanie rozegrany w 12 krajach. W imprezie zagrają 24 zespoły podzielone na sześć grup. Biało-czerwoni będą dobierani z drugiego koszyka, ale już wiadomo, że do dwóch grup na pewno nie trafią.

Turniej finałowy zostanie rozegrany w dniach 12 czerwca – 12 lipca i odbędzie się na 12 stadionach w 12 krajach. Taki nietypowy pomysł przeforsował ówczesny prezydent UEFA Michel Platini, pod pretekstem uczczenia 60. rocznicy rozegrania pierwszych mistrzostw Europy. Gwoli przypomnienia – odbyły się w 1960 roku we Francji jeszcze pod nazwą Pucharu Narodów Europy, a triumfowała w nich reprezentacja ZSRR. W obecnej, szesnastej edycji europejskiego czempionatu, w eliminacjach wystartowały reprezentacja wszystkich 55 zrzeszonych w UEFA krajowych federacji.

12 krajów, 12 miast, 12 stadionów

Z racji powierzenia organizacji aż 12 krajom, tym razem żaden zespół nie był zwolniony z eliminacji. Bezpośredni awans z kwalifikacji wywalczyło 20 zespołów, o cztery pozostałe miejsca w marcu przyszłego roku odbędą się rozgrywki barażowe z udziałem drużyn, które zapracowały na to dobrymi wynikami w ubiegłorocznej Lidze Narodów.

W kwestiach organizacyjnych przed losowaniem w Bukareszcie zostało ustalone, że grupa A będzie rywalizować w Rzymie (mecz otwarcia) i Baku, grupa B w Kopenhadze i Petersburgu, grupa C w Amsterdamie i Bukareszcie, grupa D w Londynie i Glasgow, grupa E w Bilbao i Dublinie, zaś grupa F w Monachium i Budapeszcie. W każdej z nich może zagrać maksymalnie dwóch współgospodarzy turnieju. Półfinały i finał zostaną rozegrane się na stadionie Wembley w Londynie.

Reprezentacje gospodarzy, które już wywalczyły awans, zostały automatycznie przydzielone do grup w swoim kraju. Zespoły podzielono na cztery koszyki, zgodnie z rankingiem na podstawie wyników uzyskanych w eliminacjach Euro 2020 (oprócz meczów z szóstymi w tabeli drużynami, bowiem niektóre grupy kwalifikacyjne były pięciozespołowe). Reprezentacja Polski znalazła się w drugim koszyku wraz z zespołami Francji, Szwajcarii, Chorwacji, Holandii i Rosji, a zatem nie trafi na żaden z nich. Wiadomo także, że biało-czerwoni nie trafią do grupy B, bo w niej współgospodarzem jest Rosja, a także do grupy C, w której znalazła się m.in. Holandia.

Pierwszy koszyk tworzą ekipy Belgii, Włoch, Anglii, Niemiec, Hiszpanii i Ukrainy, do trzeciego trafiły Portugalia, Turcja, Dania, Austria, Szwecja i Czechy, a do czwartego Walia i Finlandia, zaś cztery wolne miejsca zajmą zwycięzcy przyszłorocznych baraży. Dla przypomnienia – do 1/8 finału awansują po dwa najlepsze zespoły z każdej z sześciu grup oraz cztery z najlepszym bilansem z trzecich miejsc.

Nie chcą grać w Baku

Biało-czerwoni po raz czwarty wystąpią w finałach mistrzostw Europy. Trzy razy wywalczyli awans – w 2008 (trenerem był Leo Beenhakker), 2016 (trenerem był Adam Nawałka) i teraz pod wodzą Jerzego Brzęczka zakwalifikowali sie do Euro 2020), natomiast w 2012 roku mieli zagwarantowany udział jako współgospodarz turnieju (trenerem był wtedy Franciszek Smuda).
Delegacja PZPN na sobotnie losowanie grup Euro 2020 w Bukareszcie liczy osiem osób. Na jej czele stoi rzecz jasna prezes Zbigniew Boniek, obowiązkowo też w składzie ekipy znalazł się selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek. Boniek przed wyjazdem w swoich publicznych wypowiedziach unikał odpowiedzi na pytanie, którego zespołów nie chciałby za grupowego przeciwnika naszej reprezentacji. W końcu jednak, chyba na odczepnego, wyraził opinię, że w gruncie rzeczy jest to obojętne na kogo trafią biało-czerwoni. Rzecznik prasowy związku Jakub Kwiatkowski przyznał natomiast, że nasza ekipa bardzo by nie chciała grać w grupie A, bo to oznacza konieczność dalekich podróży do stolicy Azerbejdżanu Baku. Niestety, takiej możliwości wykluczyć nie można.

Przypomnijmy, że awans do 1/8 finału z każdej z sześciu grup wywalczą po dwa zespoły oraz cztery z najlepszym bilansem z trzecich miejsc. Nie ma zatem co kombinować i liczyć na farta, tylko trzeba założyć, że w turnieju Euro 2020 słabych rywali po prostu nie będzie. Bo nawet debiutująca w mistrzostwach reprezentacja Finlandii może w czerwcu przyszłego roku okazać się lepsza od Holandii czy Włoch.

 

Lewy znów napędzał biało-czerwonych

Krytykowany od początku pracy z kadrą Jerzy Brzęczek może dzisiaj pokazać swoim oponentom środkowy palec, bo w eliminacjach Euro 2020 osiągnął wyniki lepsze od większości swoich poprzedników.

Jakość gry naszej reprezentacji wciąż jest daleka od oczekiwań, ale oczywistym faktom trudno zaprzeczyć. Brzęczek zaczął pracę z kadrą od spadku z Dywizji A Ligi Narodów, trzeba jednak podkreślić, że w grupie przyszło mu rywalizować z odradzającą się po zapaści drużyną Włoch oraz późniejszym triumfatorem Ligi Narodów ekipą Portugalii. Poza tym ostatecznie dzięki zmianie regulaminu nasza drużyna pozostała w europejskiej elicie. Ale głównym celem jaki wyznaczył mu PZPN było zakwalifikowanie się do mistrzostw Europy i z tego zadania wywiązał się bez zarzutu. Prowadzony przez niego zespół zapewnił sobie awans już na dwie kolejki spotkań przed końcem zmagań, czym wyrównał najlepsze wcześniej osiągnięcie kadry Jerzego Engela z eliminacji do MŚ 2002. Drużyna Brzęczka dorównała też najlepszej pod względem liczby punktów zdobytych w eliminacjach ekipie Adama Nawałki, która w kwalifikacji do MŚ 2018 także zdobyła 25 punktów.

Warto też podkreślić, że zespół Brzęczka w eliminacjach Euro 2020 w siedmiu meczach nie stracił gola, a z pięciu straconych bramek aż cztery wbili Polakom Słoweńcy, a jedną zespół Izraela. W eliminacjach Euro 2020 biało-czerwoni nie byli tak skuteczni jak za kadencji Nawałki, ale 18 goli to też niezły wynik. Tyle samo bramek lub więcej nasza reprezentacja zdobywała w przegranych eliminacjach MŚ 2014 (18) i MŚ 2010 (19).

Najciekawszymi wydarzeniami wtorkowego meczu ze Słowenią była genialna bramka Lewandowskiego na 2:1, strzelona po indywidualnej akcji i ograniu kilku rywali, piękne pożegnanie Łukasza Piszczka, który w swoim pożegnalnym 66. występie opuszczał boisko w szpalerze utworzonym przez kolegów z drużyny, pierwszy gol 20-letniego Sebastiana Szymańskiego w reprezentacji oraz kontuzja Kamila Glika, po której stoper AS Monaco musiał zejść z boiska już na początku spotkania. Dwie stracone później przez biało-czerwonych bramki tylko potwierdziły kluczowe znaczenie tego gracza dla jakości gry defensywnej naszej drużyny, co jest kolejnym wyzwaniem dla Brzęczka, bo przed Euro 2020 musi znaleźć dublera o zbliżonej choćby klasie.

Jeszcze trudniej będzie Brzęczkowi znaleźć zastępcę dla Lewandowskiego. Selekcjoner wciąż liczy na odrodzenie Krzysztofa Piątka, ale na tym piłkarzu jego kadrowe pomysły na razie się kończą. Na szczęście „Lewy” wciąż jest fizycznie niezniszczalny, a ponadto wciąż rozwija swoje piłkarskie umiejętności. To absolutny fenomen, nie tylko w polskim futbolu, niestety wciąż niedoceniany. W meczu ze Słowenią strzelił 61. gola w 112 występie w reprezentacji. Skuteczniejsi w swoich drużynach narodowych od niego z wciąż grających piłkarzy są tylko Cristiano Ronaldo (99), Hindus Sunil Chhetri (72) i Lionel Messi (70), a tyle samo goli co „Lewy” ma też Neymar.

 

Pożegnali Piszczka z honorami

Rozegrany we wtorek ostatni mecz naszej reprezentacji w eliminacjach przyszłorocznych mistrzostw Europy nie miał żadnej stawki. Biało-czerwoni już w poprzedniej kolejce po wygranej z Izraelem zapewnili sobie awans z pierwszego miejsca w grupie. Największym wydarzeniem na Stadionie Narodowym był więc pożegnalny występ Łukasza Piszczka.

Po nieudanych dla naszej reprezentacji ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Rosji Łukasz Piszczek zrezygnował z występów w drużynie narodowej. Do zmiany decyzji nie zdołał go nakłonić nawet zaprzyjaźniony z nim Jerzy Brzęczek. Piłkarz tłumaczył, że jest już zmęczony łączeniem obowiązków w kadrze i Borussii Dortmund. Propozycję pożegnalnego występu też nie przyjął od razu, jednak pokusa zagrania po raz ostatni w reprezentacji na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym okazała się silniejsza i Piszczek ostatecznie znów znalazł się w kadrze. „Nie czuję jakichś wielkich emocji. Nie było mnie trochę w kadrze, ale wiele się nie zmieniło. Hotel jest ten sam, z trenerem Jerzym Brzęczkiem znam się od lat, z większością kadrowiczów miałem okazję grać wcześniej, więc spokojnie podchodzę do swojego wtorkowego występu” – zapewniał 34-letni obrońca.

Trener Brzęczek przed meczem poinformował, że Piszczek zagra co najmniej pół godziny. Szczerze mówiąc sam nie wiem jak zareaguję schodząc z boiska. Teraz myślę, że zejdę z uśmiechem na ustach, bo w reprezentacji spędziłem mnóstwo fajnych chwil. Jeśli czegoś żałuje, to tak jak wszyscy moi koledzy, że nie zdobyłem medalu na wielkiej imprezie, a uczestniczyłem przecież w czterech. Najbliżej sukcesu byliśmy na Euro 2016 i ten turniej zawsze będę wspominał najlepiej” – przyznał Piszczek, który we wtorkowy wieczór po raz 66. w karierze wystąpił w biało-czerwonych barwach.

W mediach przed meczem ze Słowenią sporo było spekulacji na temat szans biało-czerwonych na miejsce w pierwszym koszyku podczas losowania grup Euro 2020. Nasza reprezentacja straciła jednak na to szanse, bo po remisie Ukrainy z Serbią (2:2) oraz wygranych spotkaniach przez Francję i Anglię było już wiadomo, że bez względu na wynik potyczki ze Słoweńcami polski zespół znajdzie się w drugim koszyku. Większego znaczenia to zresztą nie ma, bo uczciwie rzecz ujmując z taką jakością gry, jaką biało-czerwoni prezentują pod rządami Jerzego Brzęczka, na sukces w mistrzostwach Europy nie mamy co liczyć.

Aby znaleźć się w gronie rozstawionych, nie wystarczy wygrać w grupie. W uprzywilejowanej pozycji znajdzie się jedynie sześć zespołów spośród dziesięciu zwycięzców grup. A lepszą zdobyczą punktową od biało-czerwonych legitymują się ekipy Anglii, Belgii, Włoch, Ukrainy, Francji i Niemiec. Z każdą z tych drużyn nasi piłkarze w tej chwili mieliby niewielkie szanse na zwycięstwo. Ryzykowne byłoby też stawianie na ich wygrane w potyczkach z Portugalią, Rosją, Czechami, Chorwacją, Hiszpanią czy Holandią. Jeśli chce się dzisiaj poważnie myśleć o sukcesach w reprezentacyjnym futbolu, trzeba grać na co najmniej na poziomie prezentowanym przez wyżej wymienione ekipy. Wszelkie próby oszukania systemu metodą „na lepszy koszyk” czy liczenie na łut szczęścia w losowaniu, prędzej czy później kończą się porażką.

A ostatnie miesiące bynajmniej nie poprawiły i tak nie najlepszej reputacji naszego zespołu, czego dowodzą choćby pierwsze spekulacje angielskich. One bez ceregieli już piszą, że widzą reprezentacja Polski w grupie marzeń dla reprezentacji Anglii.
Wtorkowy mecz Polska – Słowenia zakończył się po zamknięciu wydania. Na ostatnim treningu trener Brzęczek w grze szkolnej w jednej drużynie wystawił Szczęsnego, Piszczka, Glika, Bednarka, Recę, Szymańskiego, Krychowiaka, Góralskiego, Zielińskiego, Grosickiego i Lewandowskiego. Zgrupowanie opuścili wcześniej z powodu kontuzji Maciej Rybus i Bartosz Bereszyński, zatem było wiadomo, że Piszczka zmieni Kędziora. I jeśli taki zespół faktycznie zaczął mecz ze Słowenią, to powinien wygrać bez problemu. Jeśli rzecz jasna chce coś ugrać podczas Euro 2020.

 

 

Biało-czerwoni najlepsi w grupie G

Chociaż reprezentacja Polski po raz pierwszy od sześciu lat zaczęła mecz bez Roberta Lewandowskiego, a trener Jerzy Brzęczek kompletnie pogubił się w drugiej połowie, to mimo to biało-czerwoni wygrali 2:1 i zapewnili sobie pierwsze miejsce w grupie G. Z drugie go miejsca awans wywalczyła ekipa Austrii, która pokonała w sobotę Macedonię Północną 2:1.

Po raz pierwszy od sześciu lat i 38 spotkań Robert Lewandowski rozpoczął mecz reprezentacji na ławce rezerwowych. Pod jego nieobecność funkcję kapitana drużyny przejął Kamil Glik. W wyjściowym składzie zabrakło też Kamila Grosickiego. Trener Jerzy Brzęczek trochę mętnie tłumaczył, że chciał sprawdzić jak zespół będzie funkcjonował bez tych dwóch zawodników. W mediach pojawiły się też plotki, że ponoć „Lewy” na prośbę Bayernu miał w ogóle z Izraelem nie zagrać, ostatecznie jednak wszedł na boisko na ostatnie pół godziny meczu, ale chyba jedynie po to, żeby zaliczyć 110 występ w narodowej drużynie.

Brzęczek po raz kolejny pokazał, że jako trener wciąż fachowcem jest takim sobie. Gdyby znał się na rzeczy jak należy, nie wystawiłby do gry Przemysława Frankowskiego, a już na pewno nie na całe 90 minut. Ten piłkarz od półtora miesiąca nie rozegrał przecież żadnego meczu, bo jego klubowy zespół, Chicago Fire, wcześnie odpadł z rywalizacji w MLS. Co może taka długa przerwa zrobić z formą piłkarza, zobaczyliśmy właśnie na przykładzie Frankowskiego, szczególnie w ostatnich trzydziestu minutach spotkania. W tym okresie gry był dwunastym graczem zespołu Izraela i bezdyskusyjnie nadawał się do zmiany, tymczasem Brzęczek zdjął z boiska wyśmienicie grających Sebastiana Szymańskiego i Grzegorza Krychowiaka. W linii pomocy zastąpił ich Dominikiem Furmanem i Mateuszem Klichem, graczami wybitnie defensywnymi i znacznie gorszymi.

Zastanawiające roszady Brzęczka

Co ciekawe, za Szymańskiego wszedł Lewandowski, więc przez prawie 10 minut mieliśmy na boisku dwóch środkowych napastników, prawonożnego Frankowskiego na lewym, a lewonożnego Zielińskiego na prawym skrzydle, zaś w środku za biegającym bez celu Piątkiem Lewandowskiego. Jeśli miała to być riposta Brzęczka na taktyczne roszady trenera Izraelczyków, który po przerwie wzmocnił akurat środkową linię, to była wybitnie nieudana, bo wprowadziła niepotrzebne zamieszanie w szeregi biało-czerwonych. Rywale natychmiast z tego skorzystali i przejęli inicjatywę, której nawet po korekcie ustawienia i odesłaniu do szatni Piątka już nasi piłkarze nie odzyskali. Prezes PZPN Zbigniew Boniek niesłusznie po meczu ciskał na piłkarzy gromy, jeśli już, powinien mieć pretensje do trenera.

Biało-czerwoni już przed meczem w Jerozolimie mieli awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy w kieszeni, natomiast Izraelczycy na zajęcie także premiowanego awansem drugiego miejsca w grupie tylko matematyczne szanse. Tuż przed spotkaniem UEFA ogłosiła jednak, że ekipa Izraela zagra w barażach. To efekt tzw. klucza Ligi Narodów. Ten przepis mówi, że każdy zwycięzca grupy w Lidze Narodów ma zapewniony start w barażach o Euro 2020.

Jeżeli jednak któraś z drużyn zapewni sobie bezpośredni awans na mistrzostwa Europy, to wtedy do barażów dostaje się kolejna najwyżej sklasyfikowana reprezentacja według rankingu Ligi Narodów. Izrael w Lidze Narodów grał w dywizji C i w pierwszej grupie zajął drugie miejsce. Ponieważ jednak ekipy Finlandii i Szwecji wywalczyły awans do Euro 2020, kolejna w rankingu drużyna Izraela z automatu dostała prawo gry w barażach. Będzie w nich walczyć w dywizji C, a jej potencjalnymi rywalami mogą być Szkocja, Norwegia oraz Bułgaria.

W sobotę z grupy G awans wywalczyła ostatecznie Austria, a wraz z nią na listę zakwalifikowanych uczestników przyszłorocznych mistrzostw naszego kontynentu wpisały się też zespoły Chorwacji, Holandii i Niemiec. Te cztery ekipy dołączyły do już cieszących się z awansu drużyn Belgii, Polski, Rosji, Włoch, Hiszpanii, Ukrainy, Anglii, Czech, Francji, Turcji, Finlandii i Szwecji.

Euro 2020 nie będzie mieć jednego czy dwóch gospodarzy, a odbędzie się w dniach 12 czerwca – 12 lipca na 12 stadionach w 12 krajach. Decyzja o tym formacie ME zapadła w grudniu 2012 na spotkaniu Komitetu Wykonawczego UEFA. W ten sposób władze futbolu na Starym Kontynencie chciały uczcić 60. rocznicę pierwszych mistrzostw Europy.

W Kopenhadze, Bukareszcie, Amsterdamie, Dublinie, Bilbao, Budapeszcie, Glasgow, Monachium, Baku, Sankt Petersburgu, Rzymie oraz w Londynie rywalizować będą 24 zespoły, które zostaną podzielone na sześć grup. Ich losowanie odbędzie się 30 listopada w Bukareszcie.

Czterech ostatnich wyłonią marcowe turnieje barażowe z udziałem najlepszych drużyn pierwszej edycji Ligi Narodów UEFA, które nie przejdą klasycznych kwalifikacji. Wiadomo też, że drużyny z miast-współgospodarzy trafią do grup we własnych krajach i co najmniej dwa spotkania rozegrają przed własną publicznością. Zasady turnieju będą identyczne jak cztery lata wcześniej we Francji.

Pora na rewanż ze Słowenią

Ostatnie spotkanie w obecnych eliminacjach nasza reprezentacja rozegra we wtorek 19 listopada na Stadionie Narodowym w Warszawie, a jej przeciwnikiem będzie zespół Słowenii. Będzie to już mecz bez żadnej stawki, dlatego jego najważniejszym akcentem ma być zaplanowana w jego trakcie ceremonia pożegnania Łukasza Piszczka, chociaż kibice pewnie woleliby zobaczyć solidny rewanż biało-czerwonych na Słoweńcach za wrześniową bolesną porażkę 0:2 w Lublanie.

Izrael – Polska 1:2
Gole: Moanes Dabour (88) – Grzegorz Krychowiak (4), Krzysztof Piątek (54).
Izrael: Ofir Marciano – Loai Taha (43. Dolev Haziza), Eitan Tibi, Nir Biton – Eli Dasa, Dan Glazer, Bibras Natcho, Beram Kayal (79. Ilay Elmkies), Omri Ben Harush (65. Sun Menahem) – Moanes Dabour, Eran Zahavi.
Polska: Wojciech Szczęsny – Tomasz Kędziora, Kamil Glik, Jan Bednarek, Arkadiusz Reca – Przemysław Frankowski, Krystian Bielik, Grzegorz Krychowiak (84. Dominik Furman), Piotr Zieliński, Sebastian Szymański (63. Robert Lewandowski) – Krzysztof Piątek (70. Mateusz Klich).
Żółte kartki: Biton – Bielik.
Sędziował: Mattias Gestranius (Finlandia).
Widzów: 16 700.

Grupa G
9. kolejka
Izrael – Polska 1:2
Austria – Macedonia Północna 2:1
Słowenia – Łotwa 1:0

Tabela grupy G
1. Polska                  9     22   15:3
2. Austria                 9    19    19:8
3. Słowenia              9    14    14:8
4. Macedonia Płn     9    11   11:13
5. Izrael                    9    11    16:17
6. Łotwa                   9      0      2:28

 

Jednak zagrają w Jerozolimie

Mimo napiętej sytuacji w Izraelu PZPN zdecydował się wysłać reprezentację Polski do Jerozolimy. Prezes Zbigniew Boniek zapewniał, że jeśli pojawi się chociażby jednoprocentowe zagrożenie bezpieczeństwa, ekipa zostanie zawrócona. Spotkanie Izrael – Polska wyznaczono na sobotę 16 listopada. Na razie nic nie wskazuje, że się nie odbędzie.

Aspekty sportowe ostatniego w tym roku zgrupowania reprezentacji Polski z powodu wydarzeń dziejących się w Izraelu zeszły na dalszy plan. We wtorek kadrę opuścił Arkadiusz Milik, który przyjechał z kontuzją mięśni brzucha, a lekarze kadry stwierdzili, że na wyleczenie takiego urazu potrzeba kilku tygodni i odesłali napastnika SSC Napoli do klubu. Reszta powołanych przez Jerzego Brzęczka piłkarzy szykowała się do meczu, śledząc jednak pilnie wszelkie doniesienia o aktualnej sytuacji w Tel Awiwie, gdzie mają wylądować oraz w Jerozolimie, gdzie przyjdzie im w sobotni wieczór zmierzyć się z gospodarzami w meczu o punkty.

Przypomnijmy, że na Izrael od poniedziałku spadają rakiety wystrzeliwane z palestyńskiej enklawy w Strefie Gazy. To odpowiedź na przeprowadzone przez izraelskie siły powietrzne naloty na siedziby bojowników organizacji Palestyński Islamski Dżihad. Według strony palestyńskiej liczba ofiar śmiertelnych izraelskich ataków z powietrza wzrosła do 32. Co najmniej jedna trzecia z nich to cywile. Z kolei w stronę Izraela, jak podaje agencja AFP, z palestyńskiej enklawy wystrzelono w ostatnich dniach co najmniej 360 rakiet. Większość z nich została przechwycona i zniszczona przez izraelski system obrony przeciwrakietowej, ale w wyniku ostrzału rannych zostało co najmniej 60 osób.

Władze Izraela zapewniają, że lotnisko w Tel Awiwie nie jest zagrożone ostrzałem, a życie w Jerozolimie toczy się normalnie, nie ma zatem przeszkód, żeby mecz ich reprezentacji z Polską został rozegrany w zaplanowanym terminie i miejscu. W oficjalnym komunikacie stanowisko takie sformułowało izraelskie ministerstwo spraw zagranicznych. „Państwo Izrael jest świadome, jak ważne jest zapewnienie bezpieczeństwa polskiej drużynie i delegacji. Zrobimy wszystko, co konieczne, aby je zagwarantować. Pragniemy podkreślić, że nie ma obecnie przeszkód, aby zgodnie z planem rozegrać mecz w Jerozolimie, gdzie życie toczy się zupełnie normalnie”. Ponieważ pogląd ten podzieli także działacze UEFA, kończy to de facto dyskusje o ewentualnych zmianach.
Piłkarze reprezentacji Izraela rozumieją obawy Polaków przed przyjazdem do ich kraju. Najlepszy strzelec ekipy, Eran Zahavi, wyraził to dobitnie. „Nie wiem, co bym zrobił będąc na ich miejscu.

Oni nie wiedzą, że rakiety nie spadają we wszystkich częściach naszego kraju, mają więc pełne prawo odczuwać dyskomfort. Wierzę jednak, że nie wpłynie to na ich postawę w meczu i uda nam się wszystkim stworzyć znakomite piłkarskie widowisko”.
Nasza reprezentacja już w poprzedniej serii gier zapewniła sobie awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy i znalazła się w gronie sześciu drużyn, które na dwie kolejki przed końcem eliminacji też dokonały tej sztuki. Występu w Euro 2020 pewni są oprócz Polaków także Belgowie, Hiszpanie, Rosjanie, Ukraińcy oraz Włosi. Biało-czerwoni ku zmartwieniu Izraelczyków nie zamierzają potraktować sobotniego spotkania ulgowo, bowiem chcą zakończyć eliminacje na pierwszym miejscu w grupie i znaleźć się dzięki temu w losowaniu grup w pierwszym koszyku. A nie są jeszcze tego pewni, bo chociaż zgromadzili 19 punktów, to nad drugą w tabeli drużyną Austrii mają tylko trzy „oczka” przewagi. Ekipa gospodarzy po ośmiu kolejkach ma na koncie 11 punktów, co oznacza, że ma już jedynie matematyczne szanse na zajęcie drugiego miejsca w grupie. Austriacy musieliby przegrać oba pozostałe im do rozegrania mecze, z Macedonią Północną i Polską, a oni wygrać w sobotę z Polską i w ostatnim meczu eliminacji pokonać na wyjeździe Macedonię Północną oraz liczyć, że biało-czerwoni we wtorek ograją u siebie Słowenię.

Póki co muszą jednak najpierw pokonać ekipę Jerzego Brzęczka. Nie będzie to łatwe zadanie, bo wiele wskazuje, że nasz zespół wrześniowy kryzys formy ma już definitywnie za sobą.

 

Eliminacje Euro 2020: Lęk przed rakietami

Nasza piłkarska reprezentacja ma do rozegrania dwa ostatnie mecze eliminacyjne. Pierwsze spotkanie, z Izraelem, miało się odbyć w sobotę 16 listopada w Jerozolimie, ale na ten kraj od poniedziałku spadają rakiety.

Izraelska armia przeprowadziła w miniony weekend atak powietrzny na jednego z przywódców Islamskiego Dżihadu Akrama Al Ajouriego, w którym według agencji Reutersa zginęła także jego żona. W rewanżu islamiści ostrzelali Izrael rakietami, które nie wyrządziły szkody, bo wszystkie zostały strącone. Ale we wtorek atak został ponowiony ze Strefy Gazy, tym razem z wykorzystaniem około 50 rakiet, z czego tylko 20 zostało przechwycone przez izraelską obronę przeciwrakietową. Pozostałe uderzyły m.in. w miasta Sderot i Aszdod, powodując zniszczenia i raniąc wiele osób. Rakiety, które doleciały do Aszdod, spadły w odległości 35 km na południe od lotniska w Tel Awiwie, na którym w piątek ma lądować samolot z reprezentacją Polski na pokładzie.

Gdzie zagrają z Izraelem?

Polska ambasada w Izraelu na Twitterze ostrzega: „W związku z alarmami przeciwrakietowymi na terytoriach przyległych do Strefy Gazy (SG) oraz na terenie Tel Awiwu oraz zaostrzeniem sytuacji wokół SG, stanowczo odradzamy podróże do SG i obszarów z nią graniczących oraz przypominamy podstawowe zasady reagowania w przypadku alarmu”.
Z uwagi na nadzwyczajną sytuację we wtorkowej konferencji prasowej, w której pierwotnie mieli uczestniczyć tylko selekcjoner kadry Jerzy Brzęczek i kapitan reprezentacji Robert Lewandowski, wystąpił też prezes PZPN Zbigniew Boniek. Sternik polskiego futbolu tak oto ocenił sytuacje przed meczem z Izraelem: „Żyjemy w świecie, w którym co pięć minut pojawiają się nowe informacje. Jesteśmy w stałym kontakcie z naszym MSZ, z piłkarską federacją Izraela, z UEFA. Rozmawiałem już z prezydentem UEFA i ludźmi, którzy odpowiadają za organizację tego meczu. W ciągu 24 godzin będziemy mieli ostateczną decyzję dotyczący tego meczu. Jako PZPN uważamy, że bezpieczeństwo drużyny jest priorytetem. Chcemy walczyć, ale tylko na boisku, natomiast drużynie, zawodnikom chcemy dać stuprocentową pewność, że jedziemy tylko na mecz i że pobyt będzie całkiem bezpieczny. Jestem przekonany, że wszystko ułoży się pomyślnie, a jedyne ryzyko, jakie nas czeka w Izraelu, to ewentualna porażka naszego zespołu w meczu” – powiedział prezes Boniek.

Z różnych innych źródeł dochodzą jednak wieści, że w Izraelu rozważane jest przeniesienie meczu z Polską z Jerozolimy do Hajfy, a nawet do innego kraju. Ponoć w grę wchodzi wynajęcie stadionu na Cyprze lub Malcie.

Ostatnie zgrupowanie w 2019

Selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek powołał do kadry 26 zawodników plus gościnnie Łukasza Piszczka, ale z tego grona problemy zdrowotne mają Maciej Rybus, Grzegorz Krychowiak, Arkadiusz Milik, a nawet imponujący strzelecką formą Robert Lewandowski, który tylko odłożył w czasie operację przepukliny pachwinowej. Kadrowicze podczas ostatniego w tym roku zgrupowaniu wiele razem nie potrenują, bo zdołają odbyć w sumie tylko cztery treningi, ale to i tak będzie o jedne zajęcia więcej niż mieli miesiąc wcześniej. Do Izraela maja wylecieć w piątek, wrócą w niedzielę około godziny 15:00, a ze Słowenią zagrają już we wtorek o 20:45.

W miniony weekend w ligowym meczu Lokomotiwu Moskwa z FK Krasnodar (1:1) mocno poturbowany został Grzegorz Krychowiak. Nasz piłkarz strzelił gola, ale na drugą połowę już nie wyszedł, bo po brutalnym ataku rywala doznał wstrząśnienia mózgu i został odwieziony do szpitala. Z tego powodu na zgrupowaniu biało-czerwonych ma się pojawić dopiero w środę. Jego występ w obu spotkaniach kadry nie jest jednak wykluczony, natomiast drugi z naszych graczy występujących w Lokomotiwie, Maciej Rybus, naderwał mięsień uda podczas rozgrzewki i zdaniem sztabu medycznego rosyjskiego klubu nie może zagrać w reprezentacji. Piłkarz przyjechał jednak do Warszawy, gdzie jego uraz we wtorek mieli zdiagnozować lekarze polskiej kadry.
Niepewny jest też występ Arkadiusza Milika, któremu odnowił się uraz spojenia łonowego, z którym zmagał się przez kilka tygodni na początku sezonu. Napastnik SSC Napoli nie zagrał w miniony weekend w Serie A, na zgrupowanie kadry jednak przyjechał, ale póki co jego przydatność do gry jest wielką niewiadomą.
Nie będzie eksperymentów
Brzęczek nie ma więc tym razem wielkiego wyboru w linii ataku, bo zważywszy na fakt, że Krzysztof Piątek i Dawid Kownacki ostatnio nie strzelają goli, to tak naprawdę selekcjoner może w tej formacji liczyć tylko na fenomenalnie grającego w tym sezonie Roberta Lewandowskiego. Kapitan reprezentacji co prawda ma problem z przepukliną pachwinową, ale nie jest to uraz przeszkadzający mu w grze. „Ogólnie z moim zdrowiem wszystko jest dobrze, nie odczuwam bólu ani dyskomfortu i jestem gotowy do gry. Sam zabieg przejdę pod koniec rundy, w grudniu. To co mi dolega, nie przeszkadza w grze czy w wykonywaniu ćwiczeń szybkościowych i siłowych. Mogę więc z tym poczekać” – zapewnia snajper Bayernu Monachium, który w tym sezonie w barwach Bayernu Monachium w 18 meczach zdobył 23 bramki.

Pewniakiem w składzie jest też bramkarz Wojciech Szczęsny, także dlatego, że w miniony weekend błysnął kapitalną formą w ligowym meczu z AC Milan (1:0). W Juventusie Turyn Szczęsny niezmiennie jest numerem 1 i nie ma żadnych powodów, żeby inaczej miało być w reprezentacji.

W środku linii defensywnej raczej na pewno zobaczymy sprawdzony duet Jan Bednarek – Kamil Glik, bo obaj są zdrowi. Większy problem jest na flankach, zwłaszcza na lewej, bo z powodu kontuzji Rybusa Brzęczek ma tam teraz wybór tylko między Arkadiuszem Recą i Bartoszem Bereszyńskim, który na co dzień gra na prawej flance. Na tej pozycji selekcjoner może jednak wystawić grającego regularnie w Dynamie Kijów Tomasza Kędziorę.

W linii środkowej nawet bez Krychowiaka kłopotów kadrowych nie będzie, bo w pełni sił jest Krystian Bielik. Reszta graczy wystawiana ostatnio w tej formacji jest w formie i gotowa do gry.

 

Brzęczek wybrał kadrę

Jerzy Brzęczek rozesłał powołania do kadry na dwa ostatnie mecze w eliminacjach mistrzostw Europy. Biało-czerwoni maja jeszcze do rozegrania wyjazdowy mecz z Izraelem, a zmagania zakończą starciem ze Słowenią na Stadionie Narodowym w Warszawie. Selekcjoner biało-czerwonych tym razem zaprosił na zgrupowanie 27 piłkarzy.

Wśród powołanych znalazło się dwóch zawodników znajdujących się na przeciwnych biegunach piłkarskiej kariery. 34-letni Łukasz Piszczek zrezygnował z dalszych występów w reprezentacji po nieudanym dla biało-czerwonych mundialu w Rosji, ale ponieważ jest to gracz nietuzinkowy i dla narodowej drużyny wielce zasłużony, władze PZPN postanowiły godnie go pożegnać. Celebra odbędzie się w trakcie ostatniego meczu naszej drużyny w eliminacjach Euro 2020, czyli w spotkaniu ze Słowenią na Stadionie Narodowym. Obrońca Borussii Dortmund przyjedzie na zgrupowanie kadry dopiero 17 listopada i jego udział w potyczce ze Słoweńcami ma być jedynie symboliczny. Drugi z piłkarzy ze szczególnym statusem to debiutant w kadrze Kamil Jóźwiak. 21-letni pomocnik Lech Poznań do pierwszej reprezentacji dołączy dopiero w Jerozolimie, bo najpierw zagra w meczu kadry U-21 z Bułgarią. Na występ w potyczce z Izraelem nie ma więc żadnych szans, wątpliwe też by zagrał przeciwko Słowenii.

Kilka dni temu pojawiła się plotka, że Robert Lewandowski, który przymierza się do operacji przepukliny pachwinowej, odpuści ostatnie dwa mecze eliminacyjne, ale ostatecznie kapitan biało-czerwonych postanowił uporać się z tym problemem dopiero po sezonie i znalazł się wśród powołanych. Na odpoczynek nie ma co jednak liczyć, bo chociaż nasza reprezentacja już w poprzedniej kolejce spotkań zapewniła sobie awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy, wciąż ma jednak o co grać, bo kończąc rozgrywki na pierwszym miejscu w grupie znajdzie się w gronie najsilniejszych zespołów i będzie losowana z pierwszego koszyka.

Dlatego Brzęczek nie kombinował z powołaniami, tylko postawił na sprawdzonych już wcześniej przez siebie zawodników, czyniąc wyjątek jedynie dla wspomnianych już wcześniej Piszczka i Jóźwiaka. I jest raczej pewne, że w spotkaniach z Izraelem i Słowenią wystawi do gry najsilniejszy skład, czyli z Lewandowskim. Ale niewykluczone, że przy korzystnym rozwoju wydarzeń na boisku „Lewy” będzie zmieniany przez Krzysztofa Piątka lub Arkadiusza Milika. Raczej na pewno biało-czerwoni w obu ostatnich spotkaniach eliminacyjnych zagrają w sprawdzonym ustawieniu 1-4-2-3-1. Selekcjoner ma komfort, bo kluczowi piłkarze utrzymują się w wysokiej formie. Na każdej praktycznie pozycji Brzęczek ma wybór między dwoma równorzędnymi graczami, może za wyjątkiem „Lewego”, Szczęsnego w bramce oraz Krychowiaka i Grosickiego w linii pomocy.

Kadra Polski:
Bramkarze:
Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy), Łukasz Skorupski (FC Bologna, Włochy), Radosław Majecki (Legia Warszawa).
Obrońcy:
Kamil Glik (AS Monaco, Francja), Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Thiago Cionek (SPAL 2013, Włochy), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Arkadiusz Reca (SPAL 2013, Włochy), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund, Niemcy).
Pomocnicy:
Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Kamil Grosicki (Hull City, Anglia), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa, Rosja), Krystian Bielik (Derby County, Anglia), Przemysław Frankowski (Chicago Fire, USA), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria), Kamil Jóźwiak (Lech Poznań), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Dominik Furman (Wisła Płock).
Napastnicy:
Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (SSC Napoli, Włochy), Dawid Kownacki (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Krzysztof Piątek (AC Milan, Włochy).

 

Czas Sobolewskiego

Radosław Sobolewski przyćmił swoimi trenerskimi osiągnięciami w Wiśle Płock nawet Jerzego Brzęczka. Obecny selekcjoner reprezentacji nie zdołał wywindować „Nafciarzy” na szczyt ligowej tabeli, a Sobolewskiemu to się udało. To pierwszy taki wyczyn w 72-letniej historii płockiego klubu.

Niewykluczone, że właśnie na naszych oczach w osobie Sobolewskiego objawił się wielki trenerski talent. Jeśli w dalszej części sezonu zdoła utrzymać ekipę „Nafciarzy” w czołówce ekstraklasy, szefowie krakowskiej Wisły będą sobie pluć w brodę, że w sierpniu dali mu odejść. Inna sprawa, że Sobolewski nigdy nie dostał pod Wawelem szansy całkowicie samodzielnego poprowadzenia zespołu. Gdy w Górniku Zabrze w wieku blisko 38 lat w 2016 roku zakończył karierę piłkarską, wrócił do Wisły Kraków i w tym klubie, w którym grał w latach 2005-2013, dostał posadę asystenta Dariusza Wdowczyka, który był wtedy pierwszym trenerem „Białej Gwiazdy”. Po jego odejściu w listopadzie 2016 roku Sobolewski wraz z Kazimierzem Kmiecikiem prowadzili tymczasowo zespół. W styczniu 2017 został asystentem nowego trenera Wisły Hiszpana Kiko Ramíreza, którego w grudniu tego roku zastąpił tymczasowo w dwóch meczach. Potem był przez pół roku asystentem kolejnego hiszpańskiego szkoleniowca, Joana Carrillo, a od 18 czerwca ubiegłego roku pomagał w tej roli Maciejowi Stolarczykowi.

W piłkarskim światku o trenerskim talencie Sobolewskiego krążyły pozytywne relacje, więc gdy w Płocku na początku obecnego sezonu pilnie szukano szkoleniowca na miejsce Leszka Ojrzyńskiego, który zrezygnował z pracy z powodów osobistych, działacze postanowili zaryzykować i jemu zaproponowali tę posadę. Sobolewski nie od razu przyjął ofertę, bo jako piłkarz nie miał najlepszych wspomnień związanych z „Nafciarzami”. Ostatecznie podjął wyzwanie i od 5 sierpnia tego roku jest pierwszym trenerem Wisły Płock.

Przejął zespół znajdujący się w trudnej sytuacji, bo po trzech kolejkach miał jeden punkt na koncie i zajmowali w tabeli przedostatnie miejsce. Swoje trenerskie rządy w płockim klubie Sobolewski zaczął od porażki 0:1 z Piastem Gliwice, ale potem wygrał dwa mecze z rzędu – z Pogonią Szczecin (2:1) i ŁKS Łódź (2:1). Potem zaliczył jednak ciężkie lanie w Lubinie, przegrywając z Zagłębiem 0:5. Trzy dni po tej klęsce (18 września) „Nafciarze” pokonali jednak u siebie w zaległym spotkaniu Legię 1:0, co było epokowym wydarzeniem, bo płocczanie pokonali u siebie stołeczny zespół po raz pierwszy od 16 lat.
Od tej pory jeszcze w ekstraklasie Wisła Płock nie przegrała, pokonując kolejno: Wisłę Kraków 2:1, Raków Częstochowa 2:1, Arkę Gdynia 4:1, Koronę Kielce 1:0 i Jagiellonię Białystok 3:1. Po serii sześciu zwycięstw z rzędu „Nafciarze” w 13. kolejce wywindowali się na pierwsze miejsce w tabeli. W swojej 72-letniej historii płocki zespół nigdy nie był liderem ekstraklasy, więc jest to wielki sukces.

Sobolewski w naszym futbolu jest nietypową postacią. Całą piłkarską karierę spędził w polskich klubach. Zaczynał w Jagiellonii Białystok (1994-1997), potem grał w Petrochemii Płock (1998-2002), Groclinie Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski (2003-2004), Wiśle Kraków (2005-2013) i zakończył w Górniku Zabrze (2013-2016). W sumie zaliczył w naszej ekstraklasie 512 występów, w których strzelił 60 goli. Ma też w swoim dorobku 32 mecze w reprezentacji Polski i jedną zdobytą bramkę, ale mało kto pamięta, że w 2007 roku wieku 31 lat sam z własnej woli zrezygnował z gry w drużynie narodowej.

Nie jest futbolowym celebrytą. Jeszcze jako piłkarz unikał kontaktów z mediami i pod tym względem nie zmienił nastawienia także jako szkoleniowiec. Ogranicza je do minimum, czyli do zwyczajowych konferencji prasowych. Prawie każdą swój występ zaczyna od wygłoszenia peanów pod adresem podległych sobie piłkarzy. Może właśnie dlatego ma dobre relacje drużyną, co jest wyczynem, bo przecież przejął już ukształtowaną przez poprzedników kadrę, z której okiełznaniem nie poradzili sobie ani Dariusz Dźwigała, ani Hiszpan Kibu Vicuna, ani nawet Leszek Ojrzyński.

Wisła Płock jest dobrym miejscem do pracy dla piłkarzy – dzięki mecenatowi PKN Orlen jest klubem stabilnym finansowo, a nie ma nad głową falangi fanatycznych kibiców, przed którymi trzeba się kryć po porażkach. W klubowej kadrze jest siedmiu cudzoziemców – Niemiec, Serb, Kosowianin, Brazylijczyk, Gruzin, Hiszpan i Litwin, ale szatnię trzymają Polacy, wśród których jest kilku weteranów, jak 35-letni Cezary Stefańczyk i Bartłomiej Sielawski, 33-letni Jakub Rzeźniczak, 32-letni Grzegorz Kuświk i Piotr Tomasik, ale liderem zespołu jest 27-letni Dominik Furman. Czy jest to zespół zdolny do walki o najwyższe laury w lidze? Raczej nie, ale w naszej słabej sportowo ekstraklasie gorsze kadrowo zespoły sięgały po laury.

Widząc, jak krakowska Wisła płynie w odwrotnym kierunku, Sobolewski pewnie nie żałuje, że z niej odszedł. W 13. kolejce „Biała Gwiazda” przegrała w Warszawie z Legią aż 0:7. Była to najwyższa ligowa wygrana stołecznej drużyny od 51 lat, zaś dla ekipy „Białej Gwiazdy” najwyższa porażka w XXI wieku. Co gorsze, było to też piąte przegrane spotkanie wiślaków w obecnym sezonie ekstraklasy, przez co zespół Macieja Stolarczyka stoczył się do strefy spadkowej.

Marnym pocieszeniem dla fanów krakowskiego klubu jest to, że Sąd Okręgowy w Poznaniu zdecydował we wtorek o tymczasowym aresztowaniu na trzy miesiące byłej prezes Wisły Kraków Marzeny S. i byłego wiceprezesa klubu Roberta Sz. pod zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej działającej na szkodę klubu.

 

Tylko awans się liczy

Nasza piłkarska reprezentacja pod rządami Jerzego Brzęczka przestała być zgraną drużyną, lecz na pokonanie 3:0 słabiutkich Łotyszy nawet jej przeciętna gra wystarczyła. Wszystkie trzy gole strzelił Robert Lewandowski, lecz mimo to nikt nie był z tej wygranej zadowolony i z obawą oczekiwano niedzielnej potyczki z Macedonią Północną.

Mimo łatwego zwycięstwa 3:0 w obozie biało-czerwonych nie było euforii, wręcz przeciwnie. Nawet strzelec trzech goli Robert Lewandowski schodził z boiska z chmurną miną i nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, a przecież nigdy wcześniej taki „numerów” nie robił. Tym bardziej, że sam miał powody do chwały. W meczu z Łotwą zagrał w reprezentacji po raz 109 i po doliczeniu niedzielnego meczu z Macedonią Północną jest teraz w liczbie występów w barwach narodowych samodzielnym liderem.

Lewandowski staje się legendą

W liczbie strzelonych goli na czele stawki w klasyfikacji wszech czasów jest już od dawna, konkretnie od 5 października 2017 roku, kiedy to dzięki trzem golom w wyjazdowym spotkaniu eliminacji MŚ 2018 z Armenią przeskoczył legendę polskiego futbolu Włodzimierza Lubańskiego (48 goli). W Rydze „Lewy” ustrzelił szóstego hat-tricka w kadrze i poprawił swój snajperski dorobek w drużynie narodowej do 60 trafień. A warto przypomnieć, że 31-letni obecnie Lewandowski zadebiutował w reprezentacji 10 września 2008 roku w spotkaniu eliminacji mistrzostw świata z San Marino w Serravalle. Trener Leo Beenhakker wpuścił go na boisko w 59. minucie, a osiem minut później „Lewy” cieszył się z pierwszego trafienia w biało-czerwonych barwach, ustalając wynik na 2:0.

Roku potrzebował na  zebranie 10 spotkań w kadrze, a po kolejnym miał ich już 25. Jubileusz 50. przypadł na towarzyską potyczkę z Urugwajem w Gdańsku, przegraną 1:3 w listopadzie 2012. Mecz numer 75 to także towarzyski pojedynek z Finlandią we Wrocławiu 26 marca 2016. Setny występ miał miejsce dokładnie przed rokiem, 11 października 2018 w przegranym 2:3 meczu Ligi Narodów z Portugalią w Chorzowie. W żadnym z nich nie wpisał się na listę strzelców.

Bez dwóch zdań „Lewy” jest w historii polskiego futbolu absolutnym fenomenem, wciąż jednak niedocenianym, chyba także przez część graczy naszej kadry, zwłaszcza tych z dużym stażem i ambicjami odgrywania w niej co najmniej tak samo ważnej roli. I to być może jest rzeczywistą przyczyną kwasów psujących atmosferę w reprezentacji.

Brzęczek wciąż w ogniu krytyki

Trener Jerzy Brzęczek wciąż nie ma najlepszej prasy w Polsce i mimo wysokiej wygranej z Łotwą przed niedzielnym meczem z Macedonią Północną nie szczędzono mu słów krytyki. Wytykano mu przede wszystkim mierny styl gry prezentowany przez nasz zespół, co było wyraźnie widoczne zwłaszcza we wrześniowych meczach ze Słowenią i Austrią. W statystycznym ujęciu kadencja obecnego selekcjonera też nie prezentuje się imponująco: przed niedzielną potyczką z zespołem Macedonii Północnej biało-czerwoni pod jego wodzą mieli na koncie pięć zwycięstw, cztery remisy i cztery porażki. Poprzednicy Brzęczka w pierwszych 13 meczach w roli selekcjonera notowali na ogół lepsze wyniki. Mniej zwycięstw na tym etapie od niego miał tylko Franciszek Smuda (cztery), natomiast Jerzy Engel, Waldemar Fornalik i Adam Nawałka mieli już po sześć wygranych spotkań. Rekordzistami pod tym względem pozostają Paweł Janas i Leo Beenhakker, którzy z 13 pierwszych meczów wygrali po osiem.
Trzeba jednak uczciwie dodać, że Brzęczek musiał od pierwszego spotkania walczyć o punkty, bo swoją kadencję zaczął od rywalizacji w nowych rozgrywkach Ligi Narodów. Jego poprzednicy natomiast zaczynali pracę od potyczek towarzyskich poprzedzających rywalizację w eliminacjach albo do mundialu, albo do mistrzostw Europy.

Brak awansu byłby grzechem
Wygrana biało-czerwonych z Łotwą zwiększyła dorobek naszej reprezentacji do 16 punktów i tylko kataklizm mógłby sprawić, że nie zakwalifikuje się na mistrzostwa Europy. Biało-czerwoni mogli przypieczętować awans już w niedzielnym starciu z drużyną Macedonii Północnej, tym bardziej, że grali w swojej twierdzy, Stadionie Narodowym w Warszawie. Ale nawet w przypadku niekorzystnego rezultatu, całkiem możliwego zważywszy na fakt, że nasi piłkarze zagrali z Łotwą słabo, a Macedończycy w czwartek pokonali u siebie Słowenię, z którą we wrześniu przecież ekipa Brzęczka przegrał w fatalnym stylu 0:2.

„Na pewno w ich zespole będzie panowała euforia. To niewygodny rywal, twardo gra w defensywie, a z przodu też ma kilku piłkarzy, którzy potrafią pograć. Wszystko zależy jednak od nas, od tego na co im na boisku pozwolimy. Poza tym to my zagramy u siebie, przy komplecie publiczności, więc mam nadzieję, że wróci nasz styl, płynność w naszych akcjach. W tym meczu damy z siebie wszystko, bo przecież wszyscy wiemy, że zwycięstwo może nam zapewnić awans do finałów mistrzostw Europy” – podkreślał przed meczem z Macedończykami Lewandowski, który po chwilowym wycofaniu się z roli lidera zespołu po meczu z Łotwą, po powrocie do Warszawy ponownie zaczął mobilizować ekipę do walki.
Czy skutecznie, tego w chwili oddawania gazety do druku wiedzieć nie mogliśmy, bowiem mecz Polska – Macedonia Północna zakończył się po zamknięciu wydania. Wiedzieliśmy jednak to, co wszyscy – brak awansu naszej drużyny byłby niewybaczalnym grzechem.