Teraz to Lewy może ustalać cele dla reprezentacji Polski

Reprezentacja Polski wynikami w kończącym się roku specjalnie nie zachwyciła, ale pod jego koniec mocno zyskała wizerunkowo, gdy Robert Lewandowski zaczął seryjnie kolekcjonować indywidualne nagrody. Przed Euro 2021 PZPN z pewnością przekuje ten sukces kapitana biało-czerwonych w marketingową żyłę złota i zarobi na nim kilka dodatkowych złotych. I na tym zapewne się skończy, bo w kadrze Jerzego Brzęczka nie ma wiary nawet w powtórkę wyniku z poprzednich mistrzostw Europy, a co dopiero w walkę o medale, nie wyłączając najcenniejszego.

Lewandowski w 2020 roku w wieku 32 lat osiągnął szczyt światowego futbolu. Został piłkarzem roku FIFA i UEFA, wygrał plebiscyt hiszpańskiego dziennika „AS”, włoskiego „Tuttosport”, organizacji World Football Summit, brytyjskiego dziennika „The Guardian”, brytyjskiego magazynu „FourFourTwo”, serwisu internetowego Goal.com, wybrano go na portowca w dorocznej Ankiecie PAP, a w minioną niedzielę uhonorowano tytułem piłkarza roku Golden Soccer Awards. W tym wyjątkowym z powodu pandemii koronawirusa roku dał Polakom to, czego nie da się przeliczyć na żadną walutę – gigantyczną porcję radości i dumy.
Odbierając w Dubaju nagrodę Golden Soccer Awards Lewandowski został grzecznościowo zapytany, czy liczy na sukces z polską reprezentacją w przyszłorocznych mistrzostwach Europy. „Lewy” nie zwlekał z odpowiedzią i dyplomatycznie odpowiedział: „Będę dumny z wyniku drużyny w takim samym stopniu, jak dumni będą z niej nasi fani”. W Euro 2016 biało-czerwoni odpadli w ćwierćfinale po porażce w rzutach karnych z późniejszymi zwycięzcami turnieju, Portugalczykami. W przełożonych z powodu pandemii na 2021 rok mistrzostwach Europy w grupie E zmierzą się z zespołami Hiszpanii, Szwecji i Słowacji. Do 1/8 finału awansują wszyscy zwycięzcy grup, wszystkie drużyny z drugich miejsc i cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc i awans do tej fazy turnieju jest celem minimum, jaki przed zespołem postawiły władze PZPN. Jeśli jednak Polska nie wyjdzie z grupy, a na dodatek Lewandowski nie zdobędzie bramki, jak zdarzyło mu się to podczas mundialu w Rosji, na kolejny deszcz indywidualnych zaszczytów w przyszłym roku nie będzie miał praktycznie żadnych szans, nawet jeśli znów wygra z Bayernem Bundesligę i Ligę Mistrzów, zdobywając w tych rozgrywkach korony króla strzelców. Taki despekt spotkał przecież Cristiano Ronaldo w 2018 roku, gdy z reprezentacją Portugalii odpadł z mundialu w Rosji już w 1/8 finału i chociaż z Realem Madryt w tym roku po raz trzeci z rzędu wygrał Ligę Mistrzów, to najcenniejsze indywidualne nagrody, także „Złotą Piłkę”, zgarnął jego kolega z ekipy „Królewskich” Luka Modrić, który z drużyną Chorwacji wywalczył w Rosji wicemistrzostwo świata.
Najpoważniejsze wyzwania
Ten biznes tak działa i trzeba być naprawdę piłkarskim herosem na miarę Cristiano Ronaldo i Leo Messiego, żeby utrzymać się na topie przez ponad dekadę. Lewandowski na taką długą dominację nie ma szans, bo chociaż ze swoim ciałem potrafił zdziałać cuda, to praw biologii nie oszuka i teraz z każdym rokiem będzie mu trudniej utrzymać się na szczycie. Inna sprawa, że „Lewy” już wielokrotnie dowiódł, że wszelkie przepowiednie na jego temat trzeba zawsze formułować w trybie przypuszczającym.
Nie zmienia to jednak faktu, że za pół roku jego, jak i całą kadrę, czekają najpoważniejsze wyzwania odkąd selekcjonerem reprezentacji został Jerzy Brzęczek. Preludium do występu w turnieju Euro 2020(21) będą wyznaczone pod koniec marca trzy mecze eliminacyjne do mistrzostw świata w Katarze (2022). Jak juz powszechnie wiadomo, biało-czerwoni najpierw zmierzą się na wyjeździe z Węgrami, potem u siebie z Andorą, a na koniec serii ponownie na wyjeździe zagrają z faworytem grupy, Anglią. Awans do finałów mistrzostw świata to dla PZPN ważny cel, może nawet ważniejszy niż ewentualny sukces w Euro 2021. I tu pojawia sie pierwszy problem – jaki wynik w europejskim czempionacie można będzie bezdyskusyjnie uznać za sukces? Powtórkę z Euro 2016, czyli dojście do ćwierćfinału? Prezes PZPN Zbigniew Boniek i jego ludzie dzisiaj zapewne taki rezultat wzięliby „w ciemno”, podobnie zapewne też trener Brzęczek i lwia część jego kadrowiczów. Na „coś więcej” nikt na serio w naszym kraju chyba nie liczy, zwłaszcza po jesiennych występach biało-czerwonych w Lidze Narodów.
Ale to jest błąd, bo obiektywnie rzecz oceniając, mecze z zespołami Holandii i Włoch paradoksalnie pokazały ogromny potencjał drzemiący w naszej narodowej drużynie. Bo skoro do meczów z tymi wymagającymi przeciwnikami wyszła wewnętrznie skłócona, źle przygotowana taktycznie i niedostatecznie zmotywowana, a mimo to z Włochami zremisowała 0:0 i przegrała 0:2, a Holendrom uległa 0:1 i 1:2. Doceńmy to, że mimo ewidentnej słabości naszej reprezentacji nie przydarzyła się wstydliwa klęska, jakiej doświadczyła choćby ekipa Niemiec, która przegrała z Hiszpanią 0:6. Wystarczy więc, że Brzęczek wyeliminuje wspomniane mankamenty, a naszą drużynę stać będzie także na wygrywanie z rywalami z najwyższej półki. Muszą jednak w niej grać najlepsi w danym momencie polscy piłkarze, znajdujący się optymalnej formie i na dodatek zjednoczeni bez żadnych wątpliwości w dążeniu do wytyczonego celu.
Przyzwyczaić się do wygrywania
Dzisiaj nie wiemy, niestety, czy trener Brzęczek potrafi przekształcić naszą reprezentacyjną drużynę w zespół zdolny rzucić wyzwanie europejskim potęgom, nie tylko Anglikom, z którymi zagrają o awans do mundialu, ale też Hiszpanom, z którymi przyjdzie im rywalizować w grupie Euro 2021 oraz zespołom, które zapewne bić się będą o medale mistrzostw Europy – Francji, Niemiec, Belgii, Włoch, Portugalii i Holandii. Wątpliwości co do trenerskich kwalifikacji obecnego selekcjonera było wiele, w większości uzasadnionych, ale prezes PZPN Zbigniew Boniek uznał, że nie będzie zmieniał woźnicy w zaprzęgu przed najtrudniejszym odcinkiem drogi.
Podejmując decyzję o pozostawieniu Brzeczka na posadzie sternik PZPN postąpił jednak wbrew woli kibiców i większości mediów, ale być może nie kierowała nim pycha i chęć pokazania swojej władzy, lecz jakieś inne ukryte przez opinią publiczną motywy. Być może dostrzegł coś, czego my wszyscy jeszcze nie dostrzegamy?
Oby tak było, bo na razie to co my widzimy, nie napawa optymizmem. Poprzednik Brzęczka, Adam Nawałka, stosował w swojej pracy tzw. selekcję negatywną, czyli powoływał piłkarzy wedle sobie tylko wiadomych kryteriów, przez co do kadry trafiali piłkarze, którzy nie mili prawa do niej trafić. Niektórzy dawali jednak radę i w niej zostawali, jak Michał Pazdan czy Krzysztof Mączyński, ale po jakimś czasie Nawałka skończył z eksperymentami i stawiał głównie na sprawdzonych graczy. Po dwóch latach selekcjonerskich rządów Brzęczka jego polityka personalna budzi mnóstwo wątpliwości. W listopadowych meczach z Ukrainą, Włochami i Holandią wystawił do gry 25 piłkarzy, w we wszystkich spotkaniach rozegranych jesienią tego roku w reprezentacji wystąpiło w sumie 30 piłkarzy. Ale gdybyśmy chcieli wskazać graczy stanowiących wedle Brzęczka trzon naszej reprezentacji, to bez ryzyka błędu możemy wymienić Lewandowskiego, a oprócz niego może jeszcze Kamil Glika i Jana Bednarka na środku obrony. Chętnych do takiego wyróżnienia jest jednak więcej, sęk w tym, że nie wszyscy się do tego nadają, ale co gorsza – niektórzy chcieliby znaczyć w tej drużynie tyle samo, co Lewandowski.
I to jest być może największy problem naszej reprezentacji, bez usunięcia którego nie zacznie ona grać na miarę oczekiwań. A w przyszłym roku będą one jeszcze większe, bo biało-czerwoni będą mieć w swoich szeregach najlepszego aktualnie piłkarza na świecie. W historii polskiego futbolu jeszcze takiej sytuacji nie było, bo „Lewy” jest pierwszym Polakiem, którego nagrodzono takim wyróżnieniem. A Brzęczek pierwszym selekcjonerem kadry Polski, któremu z takim wywyższonym na świecie graczem przyjdzie pracować. To też będzie dla niego wyzwanie zważywszy na zgrzyty w ich dotychczasowych relacjach i obustronny brak sympatii.
Jak zareagują koledzy?
Nie wiemy też jeszcze, jak te wszystkie splendory spadające w tym roku na Lewandowskiego podziałają na innych kadrowiczów Brzęczka. Byłoby świetnie, gdyby wywołały w nich dumę, wykrzesały najgłębsze pokłady ambicji, a także skłoniły do ponownego bezdyskusyjnego uznania jego dominującej roli w zespole. Jeśli tak się stanie, to Lewandowski znów zacznie w szatni wyznaczać cele i możemy być spokojni, że będzie namawiał kolegów do walki o najwyższe laury, bo ma to we krwi, o czym zaświadcza cała jego dotychczasowa kariera.
Piłka nożna jest grą zespołową, więc nie ma co liczyć, że „Lewy” w pojedynkę zapewni naszej reprezentacji awans do mundialu w Katarze czy w Euro 2021 swoimi golami przepchnie ją choćby do ćwierćfinału. Ale on plus dziesięciu kolegów z zespołu, zasuwających na boisku na sto procent swoich możliwości, to w sumie da co najmniej 160 procent tego, co biało-czerwoni zademonstrowali w spotkaniach z Włochami i Holandią. A jeśli jeszcze dołoży się do tego Brzęczek i wyciągnie wnioski ze swoich błędów jeśli chodzi o taktykę i rozpracowanie przeciwników, to już w marcu nasza drużyna może zagrać o dwieście procent lepiej niż jesienią kończącego się 2020 roku.
Istnieje jednak i alternatywa dla tych wyliczeń – bez wkładu „Lewego”, czyli jego 60 procent. Teraz, gdy wszedł na szczyt i nic już nie musi nikomu udowadniać, może przecież uznać, że skoro w kadrze Polski nikt nie chce przyjąć jego warunków i wszyscy chcą, żeby było jak do tej pory, lepiej mu będzie zamiast gry na Euro wybrać długie wakacje z rodziną.