5 grudnia 2022

loader

Droga zmiana trenera piłkarskiej reprezentacji Polski

Operacja wymiany selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzona przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka przebiegła bezproblemowo. Ale będzie to najdroższa zmiana szkoleniowca kadry w historii PZPN, bo wedle szacunkowych wyliczeń pochłonie tylko w tym roku około 15 mln złotych. Mamy jednak 2021 i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.

Chociaż Boniek decyzję o zmianie selekcjonera reprezentacji podjął jednoosobowo, Jerzy Brzęczek oddał posadę bez słowa protestu, podobnie postąpili członkowie jego sztabu: Tomasz Mazurkiewicz, Andrzej Woźniak, Leszek Dyja, Radosław Gilewicz, Michał Siwierski, Mateusz Łajczak i Damian Salwin. Finansowo nic na tym nie stracą, bo przecież pod koniec ubiegłego roku władze PZPN przedłużyły im wszystkim kontrakty do końca 2021 roku. Wedle niepotwierdzonych oficjalnie informacji Brzęczek miał w umowie wynagrodzenie w wysokości 160 tys. złotych brutto miesięcznie, a wynagrodzenia dla ludzi z jego sztabu kosztował naszą piłkarską federację pewnie drugie tyle. Tak więc szacunkowo licząc całej tej czeredce ludzi PZPN będzie musiał zapłacić do końca roku około czterech milionów złotych, bo raczej nie mieli w umowach zapisów o odszkodowaniu w przypadku zerwania umowy przez pracodawcę.
Portugalczyk Paulo Sousa (na zdjęciu) nie chciał pracować z żadnym z nich i wymusił zatrudnienie sześciu swoich współpracowników. Opłacenie tej grupy cudzoziemców będzie rekordowym wydatkiem w historii PZPN, ale mamy 2021 rok i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.
Boniek rzecz jasna nie ujawnił zarobków Paulo Sousy, ale w PZPN utrzymywanie takich informacji w tajemnicy to norma obowiązująca chyba od zarania tej organizacji. Pan prezes na odczepnego rzucił tylko, że Portugalczyk będzie zarabiał nieznacznie więcej od Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner biało-czerwonych miał kontrakt gwarantujący mu rocznie 900 tys. euro. Trudno stwierdzić ile dla Bońka w przeliczeniu na pieniądze znaczy „nieznacznie”. Jeśli wierzyć krążącym w mediach plotkom, Paulo Sousa w swoim ostatnim miejscu pracy, czyli w klubie Girondins Bordeaux zarabiał trzy i pół miliona euro rocznie. Pomijając fakt, że portugalski szkoleniowiec został wywalony przez francuskich pracodawców i do dzisiaj ciągnie się za nim podejrzenie, że to dlatego iż nadużył swojego stanowiska czerpiąc dodatkowe dochody z transferów piłkarzy, to trzeba pamiętać, że od sierpnia ubiegłego roku pozostawał bezrobotny, a ponadto nigdy wcześniej nie prowadził żadnej drużyny narodowej, zatem nie bardzo miał argumenty żeby domagać się królewskich apanaży. Możemy jednak przyjąć, że jego agent wynegocjował mu kontrakt na poziomie 1,2 mln euro plus premie za wyniki. Portugalczyk nie chciał jednak pracować ze sztabem Brzęczka i wymusił zatrudnienie sześciu swoich ludzi. Dla kronikarskiego obowiązku wypada podać ich personalia. A zatem w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski co najmniej do zakończenia eliminacji mistrzostw świata 2022, czyli de facto do końca tego roku, pracować będą: w roli asystentów Sousy jego rodak Manuel Julio Cordeiro da Silva Pereira oraz Hiszpan Victor Manuel Sanchez Llado; w roli trenera bramkarzy Portugalczyk Paulo Jorge Fernandes Grilo; w roli trenerów przygotowania fizycznego Hiszpanie Lluis Sala Perez i Antonio Jose Gómez Diaz oraz w roli analityka Włoch Cosimo Cappagli.
Tych sześciu facetów na pewno będzie zarabiać znacznie więcej niż zarabiali współpracownicy Brzęczka, lekko licząc brutto przyjdzie im zapłaci w granicach jednego miliona euro. Zatem łącznie zatrudnienie Paulo Sousy i jego sztabu odchudzi kasę PZPN o jakieś 2,2 do 2,5 mln euro, bo przecież ta międzynarodowa grupa będzie musiała duo podróżować i gdzieś pomieszkiwać podczas pobytu w Polsce. Jeśli doliczymy do tego wynagrodzenie dla zwolnionej ekipy Jerzego Brzęczka, efekt „głębokich świątecznych przemyśleń” prezesa Bońka będzie słono kosztował Polski Związek Piłki Nożnej w 2021 roku. Z już i tak osłabionego ponoć mocno skutkami pandemii koronawirusa budżetu naszej federacji przez zmianę selekcjonera wycieknie prawie 15 mln złotych. Rzecz jasna nowy selekcjoner może ten wydatek zwrócić z nawiązką, wystarczy że wywalczy awans do przyszłorocznego mundialu w Katarze lub doprowadzi nasz zespół do strefy medalowej w turnieju Euro 2021. Strach jednak pomyśleć co ludzie pomyślą, jeśli Paulo Sousa i jego pomagierzy okażą się cieniasami…

Jan T. Kowalski

Poprzedni

Znów zaważył jeden słaby skok

Następny

Duszna atmosfera w Melbourne Park

Zostaw komentarz