Nowy trener, ale kadra ta sama

Podejmując jednoosobowo decyzję o zwolnieniu Jerzego Brzęczka z posady selekcjonera reprezentacji, prezes PZPN Zbigniew Boniek wziął też odpowiedzialność za konsekwencje tej decyzji. Należy o tym pamiętać, bo nowy selekcjoner Paulo Sousa chcąc nie chcąc będzie musiał oprzeć się na graczach, na których stawiał Brzęczek.

Jak wiadomo przed turniejem Euro 2021 nasza reprezentacja rozegra pięć meczów. W marcu czekają ją trzy niezwykle istotne spotkania eliminacyjne do mistrzostw świata 2022 w Katarze – z Węgrami, Andorą i Anglią, a potem jeszcze w czerwcu dwie towarzyskie potyczki z Rosją i Islandią. Nowy selekcjoner biało-czerwonych będzie zatem musiał weryfikować swoje personalne i taktyczne koncepcje w warunkach bojowych, praktycznie bez marginesu na pomyłki. Jeśli coś może zadziałać na jego korzyść, to chyba tylko to, że w odróżnieniu od Brzęczka nie będzie obciążony żadnymi zobowiązaniami wobec piłkarzy. To cenny atut dla kogoś, kto chce odnieść sukces na wielkim turnieju, bo może mieć w kadrze tylko tych graczy, których sam uzna za przydatnych i znajdujących się w najwyższej formie. Nie musi przy tym kierować się dawnymi zasługami graczy czy układami towarzyskimi w kadrze. To nie daje oczywiście gwarancji sukcesu, ale jak wieść niesie Paulo Sousa włada swobodnie pięcioma językami (angielskim, francuskim, hiszpańskim, włoskim i niemieckim), zatem nie powinien mieć problemów z precyzyjnym przekazaniem wybranym przez siebie piłkarzom swojej wizji gry, oczekiwań jakie zamierza im postawić i zasad współpracy, zanim zobaczy się z nimi na pierwszym zgrupowaniu kadry. Narzędzia internetowe do zdalnego komunikowania się stwarzają takie możliwości.
Co zostawił Brzęczek
W ośmiu meczach rozegranych przez reprezentację Polski w ubiegłym roku wystąpiło w sumie 30 zawodników: bramkarze – Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Łukasz Skorupski i Bartłomiej Drągowski; obrońcy – Kamil Glik, Jan Bednarek, Sebastian Walukiewicz, Paweł Bochniewicz, Tomasz Kędziora, Bartosz Bereszyński, Maciej Rybus, Arkadiusz Reca, Michał Karbownik, Rafał Pietrzak, Alan Czerwiński, Robert Gumny; pomocnicy – Piotr Zieliński, Grzegorz Krychowiak, Sebastian Szymański, Jacek Góralski, Jakub Moder, Kamil Jóźwiak, Przemysław Płacheta, Damian Kądzior, Mateusz Klich, Karol Linetty, Kamil Grosicki; napastnicy – Robert Lewandowski, Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik.
Biało-czerwoni odnieśli cztery zwycięstwa (dwa z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów oraz z Finlandią i Ukrainą w spotkaniach towarzyskich), wywalczyli jeden remis (z Włochami w Lidze Narodów) i doznali trzech porażek (dwa razy z Holandią i z Włochami w Lidze Narodów). Strzelili w tych meczach 13 goli i siedem stracili. Najskuteczniejszy w naszym zespole z czterema trafieniami był Kamil Grosicki, po dwie bramki zdobyli Robert Lewandowski i Krzysztof Piuątek, a po jednej Kamil Glik, Arkadiusz Milik, Karol Linetty, Jakub Moder i Kamil Jóźwiak. W asystach najlepszy był Robert Lewandowski, który na swoim koncie zapisał dwie, a po jednej dorzucili Arkadiusz Milik, Jakub Moder, Damian Kądzior, Michał Karbownik, Piotr Zieliński, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Kamil Jóźwiak i Mateusz Klich.
Jednym z poważniejszych zarzutów pod adresem Brzęczka było to, że chociaż do mistrzostw Europy było coraz mniej czasu, on nie wychodził z laboratorium i wciąż prowadził eksperymenty. W listopadowych meczach z Ukrainą i Włochami wystawił do gry w sumie aż 23 zawodników, a mimo to w ostatnim spotkaniu w Lidze Narodów z Holandią ponownie przemeblował poważnie skład. Te ciągłe roszady sprawiały, że po dwóch latach jego kadencji nie było jasne nawet to, który z bramkarzy jest w kadrze numerem 1.
Bałagan w formacjach
Na dobrą sprawę za pewniaków do gry w podstawowym składzie, poza rzecz jasna Lewandowskim, byli jeszcze tylko Glik i Bednarek, a w razie kontuzji któregoś z nich na pierwszego dublera wyrósł Sebastian Walukiewicz. Na tej pozycji są jeszcze do wykorzystania grający w lidze holenderskiej Paweł Bochniewicz i w angielskiej drugiej lidze Michał Helik. Na prawej flance Brzęczek stawiał na Tomasza Kędziorę lub Bartosza Bereszyńskiego, testował też jednak Roberta Gumnego i Alana Czerwińskiego, na lewej zaś chętnie stawiał na Arkadiusza Recę i niechętnie na Macieja Rybusa, ale dał też szasę na tej pozycji 19-letniemu Michałowi Karbownikowi i raz dał się pokazać Rafałowi Pietrzakowi.
Ale prawdziwy galimatias były już selekcjoner biało-czerwonych powodował w środkowej linii. Nie odważył się zachwiać pozycją najbardziej doświadczonego wśród pomocników Grzegorza Krychowiaka, chociaż w jesiennych meczach grał słabo i wyraźnie już nie nadążał za tempem akcji. Brzęczek nie potrafił jednak należycie wykorzystać Piotra Zielińskiego czy Damiana Kądziora oraz świetnie spisującego się w Premier League Mateusza Klicha, niepotrzebnie odsuwał na boczny tor Kamila Grosickiego, ale trzeba mu też oddać honor, że dał szansę młodym graczom – Jakubowi Moderowi, Kamilowi Jóźwiakowi, Sebastianowi Szymańskiemu i Przemysławowi Płachecie oraz że przezwyciężył swoją głęboką niechęć do Karola Linettego. W tej formacji mamy jednak znacznie więcej dobrych graczy, choćby wracającego do wielkie formy po kontuzji Krystiana Bielika czy świetnie rokującego na przyszłość 19-letniego Jakuba Kamińskiego z Lecha Poznań. A przecież powoli w Fortunie Duesseldorf odradza się po ciężkich przejściach 24-letni Dawid Kownacki, w Legii Warszawa 23-letni Bartosz Kapustka, a w tureckiej lidze 26-letni Radosław Murawski i 23-letni Konrad Michalak, zaś w amerykańskiej MLS 25-letni Przemysław Frankowski.
Nawet w ataku jest problem
Reprezentacja Polski w tym roku może poszczycić się tym, że ma w swoim składzie najlepszego piłkarza na świecie w 2020 roku. Ale Robert Lewandowski w pojedynkę nie wygra wszystkich meczów, a już na pewno nie tych z zespołami z najwyższej półki. W preferowanym przez Brzęczka ustawieniu 1-4-2-3-1 kapitan biało-czerwonych często nie ma wsparcia i marnuje tylko na boisku swój cenny czas. Drugie z preferowanych ustawień, 1-4-4-2 nie daje „Lewemu” więcej luzu, bo i tak jest zwykle pilnowany, lecz wtedy większe pole do popisu ma jego partner w ataku. Brzęczek w tej formacji dodawał „Lewemu” do towarzystwa Piątka i Milika, ale jego następca być może zwróci uwagę na brylującego w lidze greckiej 23-letniego Karola Świderskiego lub coraz śmielszego w Bundeslidze 19-letniego Bartosza Białka oraz błyszczącemu w amerykańskiej MLS 24-letniemu Adamowi Buksie.
Wątpliwe by Paulo Sousa w niespełna trzy miesiące wśród polskich piłkarzy znalazł innych kandydatów do gry w kadrze niż wyżej wymienieni. Musiał zatem uznać, że z tych graczy potrafi zmontować znacznie sprawniej działający piłkarski mechanizm. Może mu się rzecz jasna nie udać, ale wielkiego ryzyka nie ponosi, bo w razie niepowodzenia całe odium i tak spadnie na Bońka.

Boniek zwolnił Brzęczka, bo uznał, że ma prawo

Prezes PZPN Zbigniew Boniek w poniedziałek odpalił medialną bombę dymisjonując trenera reprezentacji Jerzego Brzęczka. Za pośrednictwem Twittera swoją decyzję wyjaśnił tak: „Czasami trzeba podejmować trudne decyzje, sorry, najważniejsza jest polska piłka”. Na bardziej wyczerpujące uzasadnienie trzeba poczekać do czwartku, bo tego dnia ma się odbyć dedykowana wyłącznie tej sprawie konferencja prasowa.

Decyzja Bońka zaskoczyła wszystkich bez wyjątku, bo podjął ją bez konsultacji z kimkolwiek w związku, nawet z najbliższymi współpracownikami. Przyznał to szczerze wiceprezes PZPN ds. szkoleniowych Marek Koźmiński w wypowiedzi dla portalu Interia.pl. „Otrzymałem wczoraj telefon od prezesa Bońka w tej sprawie. Zachował się lojalnie, bo przekazał mi tę informację, zanim została ogłoszona. Poruszył kilka kwestii związanych z tym tematem. Byłem zaskoczony, bo od listopada nie wydarzyło się nic, co mogłoby wskazywać na taki zwrot w sprawie. Tyle mam do powiedzenia. Nie jestem osobą, która będzie publicznie ujawniała argumentację prezesa. Przekazał mi podjętą jednoosobowo decyzję, a ja ją szanuję. Coś mi powiedział w sprawie argumentacji, ale mediom to on sam powinien o tym opowiedzieć” -–stwierdził Koźmiński.
Inni członkowie zarządu dowiadywali się o dymisji na ogół z przekazów medialnych, albo z lakonicznego komunikatu zamieszczonego na internetowej stronie PZPN. „Więcej informacji o kulisach zwolnienia selekcjonera zaczęło pojawiać się w kolejnych godzinach. Nie spodziewający się niczego złego Brzęczek stawił się w poniedziałek w siedzibie PZPN i w samo południe wszedł do gabinetu Bońka na umówioną wcześniej rozmowę. Jej przebieg zrelacjonował potem w medialnych wypowiedziach sam prezes PZPN. „Próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ta reprezentacja, czy ci piłkarze mogą grać lepiej. Co to za różnica, czy to rozstanie byłoby przed świętami, czy po świętach? Czy w listopadzie, czy w styczniu? Nic się w międzyczasie wielkiego nie stało, nikt nikogo nie pobił, nikt nikomu nic nie zrobił. Po prostu sobie przeanalizowałem pewne rzeczy, próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ta reprezentacja, czy ci piłkarze mogą grać lepiej. To jest moja decyzja, bo ja w związku odpowiadam za zatrudnianie i zwalnianie selekcjonerów. I biorę za tę decyzję pełną odpowiedzialność. Moim prawem było się teraz z trenerem rozstać, tak jak będzie prawem mojego następcy w PZPN wybrać swojego człowieka na to stanowisko. Zaprosiłem Jerzego Brzęczka do siebie, wypiliśmy kawę, porozmawialiśmy. Na pewno nie było mu miło. Mnie również, ale muszę patrzeć na dobro kadry” – przekonywał Boniek, który w trakcie wyznaczonych na 18 sierpnia tego roku wyborów nowych władz zakończy swoją przedłużoną o rok z powodu pandemii drugą i zarazem ostatnią kadencję prezesa PZPN.
Jego autokratyczna decyzja wzbudziła w futbolowym środowisku mnóstwo kontrowersji. Brzęczek nie cieszył się jako selekcjoner reprezentacji sympatią kibiców i większości mediów, więc jego dymisja nikogo tak naprawdę nie wzburzyła, natomiast wzbudziła wątpliwości z tego powodu, że została podjęta na trzy miesiące przed marcowymi meczami biało-czerwonych w eliminacjach mistrzostw świata 2022 (z Anglią, Węgrami i Andorą) i na niespełna pół roku przed turniejem Euro 2021, w którym w fazie grupowej polski zespół zmierzy się z Hiszpanią, Słowacją i Szwecją. Trener, który podejmie się teraz prowadzenia naszej reprezentacji, stanie przed naprawdę piekielnie trudnym wyzwaniem. Przypomnijmy, że Brzęczek przejął kadrę Polski w lipcu 2018 roku po Adamie Nawałce, zdymisjonowanym przez PZPN po nieudanym występie biało-czerwonych na mundialu w Rosji. Poprowadził naszą reprezentację w dwóch edycjach Ligi Narodów, a także w eliminacjach do Euro 2020. W pierwszej edycji Ligi Narodów nasza drużyna zajęła ostatnie miejsce w grupie, w której rywalizowała z Włochami i Portugalią. Utrzymała się w najwyższej dywizji tylko dlatego, że UEFA poszerzyła jej skład z 12 do 16 drużyn. Brzęczkowi zdecydowanie lepiej powiodło się w eliminacjach Euro 2020. Nasza drużyna zakwalifikowała się do turnieju bez większego problemu, ale styl jej gry nie zachwycał i nie dawał nadziei na dobry wynik w kontynentalnym czempionacie, ale przełożenie imprezy z powodu pandemii o rok dało Brzęczkowi czas na poprawę sportowej jakości zespołu. Niestety, żenująco słabe występy reprezentacji w drugiej edycji Ligi Narodów, zwłaszcza w spotkaniach z Włochami i Holandią, utrwaliły w Polsce pogląd, że pod wodzą Brzęczka biało-czerwoni nie mają żadnych szans na sukces w finałach mistrzostwach Europy. Patrząc na sprawę od tej strony trudno decyzję Bońka kwestionować, chociaż liczbowo bilans Brzęczka jako selekcjonera nie wygląda dramatycznie: 24 mecze, 12 zwycięstw, pięć remisów i siedem porażek, bramki 36:20.
Na razie nie znamy powodów decyzji Bońka o zwolnieniu Brzęczka i być może faktycznych przyczyn nigdy nie poznamy. Dużo do myślenia w tej kwestii daje jednak reakcja piłkarzy kadry Polski. Gdy PZPN zwalniał z posady Adama Nawałkę, kapitan biało-czerwonych Robert Lewandowski pożegnał szkoleniowca wpisem w mediach społecznościowych. „Trenerze, współpraca z panem i całym sztabem to był zaszczyt. Zaangażowanie i pasja z jaką pan pracował budziły nasz podziw. Za wszystkie lata wspólnej pracy, za piękne chwile, za wspaniałe zwycięstwa. Za ten wyjątkowy czas dla polskiej piłki nożnej. Wraz z całą drużyną – DZIĘKUJĘ!” – napisał wówczas „Lewy”, a po nim w podobnym tonie żegnali Nawałkę też pozostali kadrowicze. W poniedziałek Lewandowski milczał jak zaklęty, co nie jest sensacją, bo jego relacje z Brzęczkiem nie były, nie są i zapewne nigdy nie będą dobre. Wszyscy pamiętamy wymowną, trwającą kilka sekund ciszę, którą „Lewy” zareagował na pytanie o taktykę Polaków po przegranym w kompromitującym stylu 0:2 meczu z Włochami w Lidze Narodów”. Ale inni gracze także nie zabierali publicznie głosu. Pierwszy tę swoistą zmowę milczenia złamał Kamil Grosicki, który na Twitterze napisał: „Dziękuje trenerze i życzę powodzenia w przyszłości”. Po nim podobne podziękowanie zamieścił Kamil Glik. Reszta być może nie widzi powodu do podziękowań, albo czeka z tym do czwartku, aż prezes PZPN poda na konferencji przyczyny dymisji selekcjonera i być może poda nazwisko jego następcy.
Poprzednik Bońka na fotelu prezesa PZPN, Grzegorz Lato, który ma na sumieniu nieładną w formie dymisję Leo Beenhakkera, tak skomentował zwolnienie Brzęczka: „Jestem zszokowany tą decyzję, ale jeśli Boniek zdecydował się na ten ruch w takim niekorzystnym terminie, to pewnie ma już następcę. Nie będzie robił łapanki. Obstawiam, że postawi na obcokrajowca”. Jeśli Lato ma rację, to nazwisko nowego selekcjonera reprezentacji Polski powinniśmy poznać już w najbliższy czwartek podczas zapowiedzianej na internetowej stronie PZPN konferencji prasowej. Jej początek wyznaczono na godzinę 15:00, a wcześniej ma się odbyć posiedzenie zarządu.

Teraz to Lewy może ustalać cele dla reprezentacji Polski

Reprezentacja Polski wynikami w kończącym się roku specjalnie nie zachwyciła, ale pod jego koniec mocno zyskała wizerunkowo, gdy Robert Lewandowski zaczął seryjnie kolekcjonować indywidualne nagrody. Przed Euro 2021 PZPN z pewnością przekuje ten sukces kapitana biało-czerwonych w marketingową żyłę złota i zarobi na nim kilka dodatkowych złotych. I na tym zapewne się skończy, bo w kadrze Jerzego Brzęczka nie ma wiary nawet w powtórkę wyniku z poprzednich mistrzostw Europy, a co dopiero w walkę o medale, nie wyłączając najcenniejszego.

Lewandowski w 2020 roku w wieku 32 lat osiągnął szczyt światowego futbolu. Został piłkarzem roku FIFA i UEFA, wygrał plebiscyt hiszpańskiego dziennika „AS”, włoskiego „Tuttosport”, organizacji World Football Summit, brytyjskiego dziennika „The Guardian”, brytyjskiego magazynu „FourFourTwo”, serwisu internetowego Goal.com, wybrano go na portowca w dorocznej Ankiecie PAP, a w minioną niedzielę uhonorowano tytułem piłkarza roku Golden Soccer Awards. W tym wyjątkowym z powodu pandemii koronawirusa roku dał Polakom to, czego nie da się przeliczyć na żadną walutę – gigantyczną porcję radości i dumy.
Odbierając w Dubaju nagrodę Golden Soccer Awards Lewandowski został grzecznościowo zapytany, czy liczy na sukces z polską reprezentacją w przyszłorocznych mistrzostwach Europy. „Lewy” nie zwlekał z odpowiedzią i dyplomatycznie odpowiedział: „Będę dumny z wyniku drużyny w takim samym stopniu, jak dumni będą z niej nasi fani”. W Euro 2016 biało-czerwoni odpadli w ćwierćfinale po porażce w rzutach karnych z późniejszymi zwycięzcami turnieju, Portugalczykami. W przełożonych z powodu pandemii na 2021 rok mistrzostwach Europy w grupie E zmierzą się z zespołami Hiszpanii, Szwecji i Słowacji. Do 1/8 finału awansują wszyscy zwycięzcy grup, wszystkie drużyny z drugich miejsc i cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc i awans do tej fazy turnieju jest celem minimum, jaki przed zespołem postawiły władze PZPN. Jeśli jednak Polska nie wyjdzie z grupy, a na dodatek Lewandowski nie zdobędzie bramki, jak zdarzyło mu się to podczas mundialu w Rosji, na kolejny deszcz indywidualnych zaszczytów w przyszłym roku nie będzie miał praktycznie żadnych szans, nawet jeśli znów wygra z Bayernem Bundesligę i Ligę Mistrzów, zdobywając w tych rozgrywkach korony króla strzelców. Taki despekt spotkał przecież Cristiano Ronaldo w 2018 roku, gdy z reprezentacją Portugalii odpadł z mundialu w Rosji już w 1/8 finału i chociaż z Realem Madryt w tym roku po raz trzeci z rzędu wygrał Ligę Mistrzów, to najcenniejsze indywidualne nagrody, także „Złotą Piłkę”, zgarnął jego kolega z ekipy „Królewskich” Luka Modrić, który z drużyną Chorwacji wywalczył w Rosji wicemistrzostwo świata.
Najpoważniejsze wyzwania
Ten biznes tak działa i trzeba być naprawdę piłkarskim herosem na miarę Cristiano Ronaldo i Leo Messiego, żeby utrzymać się na topie przez ponad dekadę. Lewandowski na taką długą dominację nie ma szans, bo chociaż ze swoim ciałem potrafił zdziałać cuda, to praw biologii nie oszuka i teraz z każdym rokiem będzie mu trudniej utrzymać się na szczycie. Inna sprawa, że „Lewy” już wielokrotnie dowiódł, że wszelkie przepowiednie na jego temat trzeba zawsze formułować w trybie przypuszczającym.
Nie zmienia to jednak faktu, że za pół roku jego, jak i całą kadrę, czekają najpoważniejsze wyzwania odkąd selekcjonerem reprezentacji został Jerzy Brzęczek. Preludium do występu w turnieju Euro 2020(21) będą wyznaczone pod koniec marca trzy mecze eliminacyjne do mistrzostw świata w Katarze (2022). Jak juz powszechnie wiadomo, biało-czerwoni najpierw zmierzą się na wyjeździe z Węgrami, potem u siebie z Andorą, a na koniec serii ponownie na wyjeździe zagrają z faworytem grupy, Anglią. Awans do finałów mistrzostw świata to dla PZPN ważny cel, może nawet ważniejszy niż ewentualny sukces w Euro 2021. I tu pojawia sie pierwszy problem – jaki wynik w europejskim czempionacie można będzie bezdyskusyjnie uznać za sukces? Powtórkę z Euro 2016, czyli dojście do ćwierćfinału? Prezes PZPN Zbigniew Boniek i jego ludzie dzisiaj zapewne taki rezultat wzięliby „w ciemno”, podobnie zapewne też trener Brzęczek i lwia część jego kadrowiczów. Na „coś więcej” nikt na serio w naszym kraju chyba nie liczy, zwłaszcza po jesiennych występach biało-czerwonych w Lidze Narodów.
Ale to jest błąd, bo obiektywnie rzecz oceniając, mecze z zespołami Holandii i Włoch paradoksalnie pokazały ogromny potencjał drzemiący w naszej narodowej drużynie. Bo skoro do meczów z tymi wymagającymi przeciwnikami wyszła wewnętrznie skłócona, źle przygotowana taktycznie i niedostatecznie zmotywowana, a mimo to z Włochami zremisowała 0:0 i przegrała 0:2, a Holendrom uległa 0:1 i 1:2. Doceńmy to, że mimo ewidentnej słabości naszej reprezentacji nie przydarzyła się wstydliwa klęska, jakiej doświadczyła choćby ekipa Niemiec, która przegrała z Hiszpanią 0:6. Wystarczy więc, że Brzęczek wyeliminuje wspomniane mankamenty, a naszą drużynę stać będzie także na wygrywanie z rywalami z najwyższej półki. Muszą jednak w niej grać najlepsi w danym momencie polscy piłkarze, znajdujący się optymalnej formie i na dodatek zjednoczeni bez żadnych wątpliwości w dążeniu do wytyczonego celu.
Przyzwyczaić się do wygrywania
Dzisiaj nie wiemy, niestety, czy trener Brzęczek potrafi przekształcić naszą reprezentacyjną drużynę w zespół zdolny rzucić wyzwanie europejskim potęgom, nie tylko Anglikom, z którymi zagrają o awans do mundialu, ale też Hiszpanom, z którymi przyjdzie im rywalizować w grupie Euro 2021 oraz zespołom, które zapewne bić się będą o medale mistrzostw Europy – Francji, Niemiec, Belgii, Włoch, Portugalii i Holandii. Wątpliwości co do trenerskich kwalifikacji obecnego selekcjonera było wiele, w większości uzasadnionych, ale prezes PZPN Zbigniew Boniek uznał, że nie będzie zmieniał woźnicy w zaprzęgu przed najtrudniejszym odcinkiem drogi.
Podejmując decyzję o pozostawieniu Brzeczka na posadzie sternik PZPN postąpił jednak wbrew woli kibiców i większości mediów, ale być może nie kierowała nim pycha i chęć pokazania swojej władzy, lecz jakieś inne ukryte przez opinią publiczną motywy. Być może dostrzegł coś, czego my wszyscy jeszcze nie dostrzegamy?
Oby tak było, bo na razie to co my widzimy, nie napawa optymizmem. Poprzednik Brzęczka, Adam Nawałka, stosował w swojej pracy tzw. selekcję negatywną, czyli powoływał piłkarzy wedle sobie tylko wiadomych kryteriów, przez co do kadry trafiali piłkarze, którzy nie mili prawa do niej trafić. Niektórzy dawali jednak radę i w niej zostawali, jak Michał Pazdan czy Krzysztof Mączyński, ale po jakimś czasie Nawałka skończył z eksperymentami i stawiał głównie na sprawdzonych graczy. Po dwóch latach selekcjonerskich rządów Brzęczka jego polityka personalna budzi mnóstwo wątpliwości. W listopadowych meczach z Ukrainą, Włochami i Holandią wystawił do gry 25 piłkarzy, w we wszystkich spotkaniach rozegranych jesienią tego roku w reprezentacji wystąpiło w sumie 30 piłkarzy. Ale gdybyśmy chcieli wskazać graczy stanowiących wedle Brzęczka trzon naszej reprezentacji, to bez ryzyka błędu możemy wymienić Lewandowskiego, a oprócz niego może jeszcze Kamil Glika i Jana Bednarka na środku obrony. Chętnych do takiego wyróżnienia jest jednak więcej, sęk w tym, że nie wszyscy się do tego nadają, ale co gorsza – niektórzy chcieliby znaczyć w tej drużynie tyle samo, co Lewandowski.
I to jest być może największy problem naszej reprezentacji, bez usunięcia którego nie zacznie ona grać na miarę oczekiwań. A w przyszłym roku będą one jeszcze większe, bo biało-czerwoni będą mieć w swoich szeregach najlepszego aktualnie piłkarza na świecie. W historii polskiego futbolu jeszcze takiej sytuacji nie było, bo „Lewy” jest pierwszym Polakiem, którego nagrodzono takim wyróżnieniem. A Brzęczek pierwszym selekcjonerem kadry Polski, któremu z takim wywyższonym na świecie graczem przyjdzie pracować. To też będzie dla niego wyzwanie zważywszy na zgrzyty w ich dotychczasowych relacjach i obustronny brak sympatii.
Jak zareagują koledzy?
Nie wiemy też jeszcze, jak te wszystkie splendory spadające w tym roku na Lewandowskiego podziałają na innych kadrowiczów Brzęczka. Byłoby świetnie, gdyby wywołały w nich dumę, wykrzesały najgłębsze pokłady ambicji, a także skłoniły do ponownego bezdyskusyjnego uznania jego dominującej roli w zespole. Jeśli tak się stanie, to Lewandowski znów zacznie w szatni wyznaczać cele i możemy być spokojni, że będzie namawiał kolegów do walki o najwyższe laury, bo ma to we krwi, o czym zaświadcza cała jego dotychczasowa kariera.
Piłka nożna jest grą zespołową, więc nie ma co liczyć, że „Lewy” w pojedynkę zapewni naszej reprezentacji awans do mundialu w Katarze czy w Euro 2021 swoimi golami przepchnie ją choćby do ćwierćfinału. Ale on plus dziesięciu kolegów z zespołu, zasuwających na boisku na sto procent swoich możliwości, to w sumie da co najmniej 160 procent tego, co biało-czerwoni zademonstrowali w spotkaniach z Włochami i Holandią. A jeśli jeszcze dołoży się do tego Brzęczek i wyciągnie wnioski ze swoich błędów jeśli chodzi o taktykę i rozpracowanie przeciwników, to już w marcu nasza drużyna może zagrać o dwieście procent lepiej niż jesienią kończącego się 2020 roku.
Istnieje jednak i alternatywa dla tych wyliczeń – bez wkładu „Lewego”, czyli jego 60 procent. Teraz, gdy wszedł na szczyt i nic już nie musi nikomu udowadniać, może przecież uznać, że skoro w kadrze Polski nikt nie chce przyjąć jego warunków i wszyscy chcą, żeby było jak do tej pory, lepiej mu będzie zamiast gry na Euro wybrać długie wakacje z rodziną.

Odszedł król strzelców MŚ’82

W nocy z środy na czwartek zmarł Paolo Rossi, legendarny włoski piłkarz, król strzelców mistrzostw świata 1982 roku. Miał 64 lata. W pamięci polskich kibiców zapisał się dwoma golami strzelonymi naszej reprezentacji w półfinale turnieju Espana’82, dającymi drużynie Włoch awans do finału mundialu, w którym pokonała ekipę RFN 3:1. Biało-czerwoni w tym turnieju ostatecznie wywalczyli brązowy medal wygrywając w meczu o 3. miejsce z Francją 3:2.

O śmierci legendarnego napastnika jako pierwszy poinformował dziennik „La Gazzetta dello Sport”. „Tragiczna wiadomość w środku nocy, która wstrząsnęła światem piłki nożnej i dotknęła wszystkich Włochów. Paolo Rossi zmarł w wieku 64 lat, pokonany przez nieubłagane zło. Na MŚ 1982 pokonał Brazylię Zico, Argentynę Maradony, Polskę Bońka i w finale Niemcy Rummeniggego” – napisała włoska gazeta. Informację na Instagramie potwierdziła wkrótce potem żona zmarłego piłkarza, Federica Cappelletti. Z nieoficjalnych informacji wynika, że przyczyną jego śmierci był nowotwór płuc.
Paolo Rossi urodził się 23 września 1956 roku w Prato. Karierę piłkarską zaczął w 1976 roku w Como, a potem kontynuował ją w Vicenzie (1976-1979), Perugia (1979-1981), Juventusie Turyn (1982-1985), AC Milan (1985-1986), a zakończył w Hellas Werona (1986-1987). W klubowej piłce największe sukcesy odniósł w barwach Juventusu, zdobywając z nim dwukrotnie mistrzostwo Włoch (1981/82, 1983/84), Puchar Włoch (1982/83), Puchar Zdobywców Pucharów (1983/84), Superpuchar Europy (1984) i najcenniejsze trofeum – Puchar Europy (1984/85). W tym czasie jego kolegą z zespołu był m.in. obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Rano zadzwonił do mnie Michel Platini z informacją o śmierci Paolo. To była dla mnie strasznie przykra wiadomość. Spędziłem z nim w Juventusie trzy lata, w szczytowym momencie naszych karier. Nie chodziło tyko o wspólne podnoszenie pucharów, ale życie na co dzień, piłkarski rozwój każdego z nas. Połączyło nas wiele wspaniałych chwil. Gdy przyszedłem do Juventusu, na pierwszym obozie Paolo nauczył mnie popularnej we Włoszech gry w karty o nazwie scopa i tak spędzaliśmy czas. Mieliśmy świetne relacje i często spotykaliśmy się także w późniejszych latach. Zawsze był uśmiechnięty, wesoły. Jeden z wąskiego grona żelaznych przyjaciół, których masz najbliżej” – tak wspominał Rossiego Boniek w wypowiedzi udzielonej portalowi Interia.pl.
Najlepszym momentem w piłkarskiej karierze Rossiego był mundial w Hiszpanii. W tym zwycięskim dla reprezentacji Włoch turnieju strzelił sześć goli i został królem strzelców. Na ten jego dorobek złożyły się trzy trafienia w ćwierćfinałowym spotkaniu z Brazylią (3:2), dwa w wygranym 2:0 półfinałowym meczu z Polską i jedno w finałowej potyczce z zespołem Republiki Federalnej Niemiec, wygrany przez „Squadra Azzurra” 3:1. Za swój znakomity występ na hiszpańskim mundialu został uhonorowany przez redakcję „France Football” nagrodą „Złotej Piłki” (trzecie miejsce w plebiscycie zdobył wtedy Zbigniew Boniek). Nikt nie chciał potem pamiętać, że Rossi znalazł się w kadrze Włoch na mundial w Hiszpanii tylko dlatego, że skrócono jego trzyletnią dyskwalifikację za udział w aferze korupcyjnej (słynne Tottonero). Wrócił na boisko na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu ligowego, a mimo to ówczesny selekcjoner reprezentacji Italii Enzo Bearzot powołał go do kadry na turniej Espana’82. Był w swoim kraju za to najpierw mocno krytykowany, a potem wychwalany pod niebiosa. W sumie Rossi zagrał w drużynie narodowej tylko w 48 meczach – debiutował w 1977, a po raz ostatni reprezentacyjną koszulkę założył w 1986 roku. Zdobył w tych występach 20 bramek.
W 2016 roku Paolo Rossi wydał wspomnienia „1982. Mój mityczny Mundial”. W jednym z wywiadów w związku z premierą książki król strzelców opowiedział: „Byliśmy jak bracia, a trener Enzo Bearzot jak nasz ojciec. Tamto lato odzwierciedla naszą włoską duszę. Kiedy czujemy się przegrani, potrafimy znaleźć drogę wyjścia. To były Włochy piękne i solidarne; zaczęliśmy źle, a zakończyliśmy triumfem. Pokonaliśmy Argentynę, Brazylię, Polskę i Niemcy”. Rossi przyznał, że nikt nie spodziewał się, iż w mistrzostwach świata strzeli trzy bramki Brazylii, dwie Polsce i jedną w finale Niemcom. „Nie byłem szczególnie mocny. Miałem za sobą poważne wypadki i dyskwalifikację w rezultacie afery korupcyjnej, chociaż nic złego nie zrobiłem. Reprezentacja była moją prawdziwą drużyną, bardziej niż klub. Byliśmy rodziną; także dzisiaj jesteśmy dla siebie kimś więcej niż byłymi kolegami”
Po zakończeniu sportowej kariery Paolo Rossi, przez rodaków pieszczotliwie zwany „Pablito” przez wiele lat był cenionym komentatorem sportowym w kilku włoskich stacjach telewizyjnych. W 2011 roku wystąpił w „Tańcu z gwiazdami” w stacji RAI. Prowadził także ośrodek agroturystyczny w Toskanii. W związku z Federiką Cappelletti dochował się trójki dzieci – Sofii Eleny, Marii Vittorii i Alessandro.

El. MŚ 2022: Trzeba grać o pierwsze miejsce

Nasza piłkarska reprezentacja swój udział w eliminacjach mistrzostw świata 2022 rozpocznie 25 marca przyszłego roku od wyjazdowego meczu z Węgrami. Trzy dni później biało-czerwoni zagrają u siebie z Andorą, a 31 marca ponownie na wyjeździe zmierzą się z faworytem grupy, zespołem Anglii. Cel postawiony przez władze PZPN trenerowi Jerzemu Brzęczkowi zakłada zdobycie minimum sześciu punktów.

Po losowaniu grup eliminacyjnej MŚ 2022 ustalony został też szczegółowy terminarz gier. W grupie I biało-czerwoni o awans walczyć będą z Anglią, Węgrami, Albanią, Andorą i San Marino. W zaplanowanej na koniec marca pierwszej serii gier zmierzą się z Węgrami, Andorą i Anglią. Nie jest to specjalnie korzystny zestaw przeciwników, zwłaszcza trzecie w kolejności starcie z Anglią będzie zapewne trudnym wyzwaniem. Ale pierwszy w tej serii mecz z Węgrami wcale nie zapowiada się na łatwiejszy. Reprezentacja tego kraju, od 19 czerwca 2018 roku prowadzona przez Włocha Marco Rossiego, w tegorocznej edycji Ligi Narodów wygrali rywalizację w grupie 3 Dywizji B z zespołami Rosji, Turcji i Serbii. Madziarzy przegrali tylko jedno spotkanie, u siebie z Rosją 2:3, ale pokonali dwukrotnie Turków i na wyjeździe Serbię. W następnej edycji będą grać w tych rozgrywkach tam, gdzie teraz grała Polska, czyli w Dywizji A. Mimo to w naszym kraju panuje opinia, że są zespołem dużo słabszym od ekipy Jerzego Brzęczka. 25 marca możemy się boleśnie przekonać, że wcale tak nie jest.
W walce o awans szyki Anglikom, Polakom i Węgrom mogą solidnie pomieszać niedoceniani u nas Albańczycy, którzy w ostatniej edycji Ligi Narodów wygrała swoją grupę w Dywizji C, wyprzedzając Białoruś, Litwę i Kazachstan, dzięki czemu awansowała poziom wyżej. Reprezentacja tego bałkańskiego kraju postęp zawdzięcza w dużym stopniu piłkarzom wychowanych za granicą, głównie w Szwajcarii, gdzie urodzili się podstawowi zawodnicy – Berat Djimsiti, Amir Abrashi i Freddie Veseli, a dorastał Ermir Lenjani. Bramkarz Lazio Thomas Strakosha przyszedł natomiast na świat w Grecji, Klaus Gjasula wychowywał się w Niemczech, a Rey Manaj we Włoszech. Kadrę Albanii od ponad ośmiu lat prowadzą włoscy szkoleniowcy, obecnie robi to 75-letni Edoardo Reja. Nic dziwnego, że na Półwyspie Apenińskim grają dzisiaj najlepsi albańscy piłkarze.
Tak więc nie ma co z góry ustalać kolejności w grupie I zanim zacznie się walka o awans. Celem naszej drużyny powinno być zajęcie pierwszej lokaty, bo drugie miejsce oznacza tylko iluzoryczną szansę w barażach z udziałem 12 zespołów wcale nie gorszych od naszego.
Terminarz grupy I

  1. kolejka (25 marca 2021): Węgry – Polska, Andora – Albania, Anglia – San Marino;
  2. kolejka (28 marca): Albania – Anglia, Polska – Andora, San Marino – Węgry;
  3. kolejka (31 marca): Anglia – Polska, Andora – Węgry, San Marino – Albania;
  4. kolejka (2 września): Polska – Albania,
    Andora – San Marino, Węgry – Anglia;
  5. kolejka (5 września): Albania – Węgry, Anglia – Andora, San Marino – Polska;
  6. kolejka (8 września): Polska – Anglia,
    Albania – San Marino, Węgry – Andora;
  7. kolejka (9 października): Polska – San Marino, Andora – Anglia, Węgry – Albania;
  8. kolejka (12 października): Albania – Polska, Anglia – Węgry, San Marino – Andora;
  9. kolejka (12 listopada): Andora – Polska,
    Anglia – Albania, Węgry – San Marino;
  10. kolejka (15 listopada): Polska – Węgry,
    Albania – Andora, San Marino – Anglia.

I znów Anglicy na drodze do mundialu

Nasza piłkarska reprezentacja nie miała szczęścia w losowaniu grup eliminacji MŚ 2022. Po raz siódmy w historii o awans do światowego czempionatu będzie musiała walczyć z drużyną Anglii, od której lepsza była dotąd tylko raz – w eliminacjach do MŚ’74. Stawkę w grupie I uzupełniają zespoły Węgier, Albanii, Andory i San Marino.

Faktem jest, że w starciach z Anglikami reprezentacja Polski ma fatalny bilans – z 19 rozegranych dotychczas meczów biało-czerwoni wygrali tylko jeden, 6 czerwca 1973 roku na Stadionie Śląskim zwyciężyli 2:0 po golach Roberta Gadochy i Włodzimierza Lubańskiego. Ten niewątpliwy sukces nasz zespół okupił jednak ciężką kontuzją Lubańskiego, która złamała piękną karierę tego najwybitniejszego polskiego napastnika przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Potem był legendarny dzisiaj remis 1:1 na Wembley, do czego swoimi genialnymi interwencjami w bramce przyczynił się Jan Tomaszewski, zapewniający naszej drużynie awans do MŚ’74 w RFN (wcześniej reprezentacja Polski grała z Anglią dwa razy towarzysko w 1966 roku, remisując z nią na wyjeździe 1:1 i przegrywając w rewanżu na Stadionie Śląskim 0:1). Od tamtej pory nasi reprezentacyjni piłkarze nie potrafili pokonać Anglików w piętnastu kolejnych meczach. W finałach mistrzostw świata zmierzyli się z nimi tylko raz, podczas mundialu w Meksyku (1986) i po trzech trafieniach Garry’ego Linekera przegrali gładko 0:3. W naszym zespole grał wtedy m.in. obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek.
Wciąż stawali nam na drodze
A potem mieliśmy prawdziwy festiwal eliminacyjnych potyczek biało-czerwonych z Anglikami, bo w losowaniach grup trafiali na siebie w eliminacjach mistrzostw świata w 1990, 1994, 1998, 2006 i 2014 roku (10 meczów, 3 remisy i 10 porażek, bramki 5:18), a na dokładkę jeszcze dwukrotnie mierzyli się w eliminacjach mistrzostw Europy 1992 i 2000 (cztery mecze, dwie porażki i dwa remisy, bramki 2:6). W sumie zatem w eliminacjach mistrzostw globu reprezentacja Polski rozegrała z Anglią 12 meczów, z których jeden wygrała, cztery zremisowała, a w siedmiu doznała porażek. Łączny bilans polsko-angielskich konfrontacji to 19 meczów, 1 zwycięstwo, 7 remisów i 11 porażek, bramki 11:30.Media na Wyspach Brytyjskich w poprzednich eliminacjach nie kryły zadowolenia z wylosowania Polaków i z góry wieszczyły swojej drużynie łatwy sukces.
Tym razem jednak w komentarzach lekceważenie nie było, raczej przeważały opinie, że dwumecz z biało-czerwonymi wcale nie będzie spacerkiem. „Daily Mail” stwierdził, że „Polacy to drużyna, której napastnik, Robert Lewandowski, to prawdopodobnie najlepszy gracz na świecie w 2020 roku i choćby dlatego będzie to najtrudniejszy przeciwnik w grupie”. „Anglicy za najtrudniejszych rywali będą mieli Polaków i Węgrów” – uznał też Sky Sports, nawet nie wspominając o pozostałych rywalach. „To korzystne losowanie dla ekipy trenera Garetha Southgate’a, chociaż w tej grupie znajdziemy wiele fascynujących historii. Jedną z nich jest ta z 1973 roku, kiedy po remisie na Wembley Polacy awansowali na mistrzostwa świata naszym kosztem. A z Węgrami mamy złe wspomnienia z „meczu stulecia” w 1953 roku, w którym pokonali na na Wembley 6:3. I to wszystkie nasze obawy, bo reprezentacja Anglii dotąd jeszcze nie przegrała z Albanią, Andorą i San Marino”.
Anglicy są faworytami grupy I choćby z formalnego punktu widzenia, bo zajmują najwyższe miejsce w rankingu FIFA (czwarte). Biało-czerwoni w rankingu FIFA zajmują 19. lokatę, a ich najgroźniejsi konkurenci do zajęcia drugiego miejsca, Węgrzy, są na 40. pozycji. Lekceważona Albania zajmuje 66. miejsce, Andora 151, a San Marino 210 (ostatnie w rankingu FIFA).
Nie ulega wątpliwości, że obecna reprezentacja Anglii jest znacznie mocniejsza od tej, z którą biało-czerwoni potykali się po raz ostatni, w eliminacjach MŚ 2014, przegrywając z nią 0:2 i remisując 1:1. Trener Gareth Southgate dysponuje obecnie grupą młodych i utalentowanych piłkarzy, a ton nadają tacy gracze, jak Harry Kane, Jadon Sancho, Raheem Sterling, Jack Grealish, Dominic Calvert-Lewin i Marcus Rashford. Ale także nasza drużyna jest silniejsza od tej sprzed siedmiu lat, dlatego trzeba od niej oczekiwać, że nie tylko nawiąże walkę o pierwsze miejsce w grupie, ale wyjdzie z niej zwycięsko. I tak trzeba do tej rywalizacji podchodzić, jeśli się chce zagrać w Katarze. Liczenia na awans w barażach to jak gra w loterię. Dla przypomnienia – na mundial w Katarze w 2022 roku z Europy zakwalifikuje się 13 zespołów z Europy. Bezpośredni awans wywalczy 10 zwycięzców grup, o trzy pozostałe miejsca odbędą się baraże z udziałem zespołów, które w swoich grupach zajmą drugie lokaty.
Trzeba bić się o pierwsze miejsce
Selekcjoner kadry biało-czerwonych Jerzy Brzęczek, który w swoim piłkarskim dorobku ma gola strzelonego Anglikom w przegranym w 1999 roku na Wembley 1:3 meczu eliminacyjnym do Euro 2000, losowanie grup MŚ 2022 ocenił tak: „Jeśli chodzi o skalę trudności to jest ona umiarkowana, chociaż zawsze można powiedzieć, że to losowanie mogło być dla nas korzystniejsze. Zdecydowanym faworytem jest reprezentacja Anglii, na pewno ciekawy zespół mają teraz Węgrzy, a Albańczycy, jak każda reprezentacja z Bałkanów, to bardzo niewygodny przeciwnik. Ekipy Andory i San Marino są najsłabsze w stawce, ale dzisiaj nie można nikogo lekceważyć”.
Wypada wspomnieć, że z aktualnych reprezentantów Polski zawodnikami klubów angielskiej ekstraklasy są: bramkarz Łukasz Fabiański (West Ham), obrońca Jan Bednarek (Southampton) oraz pomocnicy Mateusz Klich (Leeds), Kamil Grosicki (West Bromwich, a w drugiej lidze występują Kamil Jóźwiak i Krystian Bielik (Derby County) oraz Przemysław Płacheta (Norwich). Eliminacje rozpoczną się 24 marca, a zakończą 16 listopada. Dwurundowe baraże z udziałem 10 zespołów z drugich miejsc oraz dwóch zespołów wyłonionych w rozgrywkach Ligi Narodów zaplanowano na wiosnę 2022 roku. W obu rundach przewidziano tylko pojedyncze mecze, bez rewanżów.
Podział na grupy eliminacyjne:
Grupa A: Portugalia, Serbia, Irlandia, Luksemburg, Azerbejdżan
Grupa B: Hiszpania, Szwecja, Grecja, Gruzja, Kosowo
Grupa C: Włochy, Szwajcaria, Irlandia Północna, Bułgaria, Litwa
Grupa D: Francja, Ukraina, Finlandia, Bośnia i Hercegowina, Kazachstan
Grupa E: Belgia, Walia, Czechy, Białoruś, Estonia
Grupa F: Dania, Austria, Szkocja, Izrael, Wyspy Owcze, Mołdawia
Grupa G: Holandia, Turcja, Norwegia, Czarnogóra, Łotwa, Gibraltar
Grupa H: Chorwacja, Słowacja, Rosja, Słowenia, Cypr, Malta
Grupa I: Anglia, Polska, Węgry, Albania, Andora, San Marino
Grupa J: Niemcy, Rumunia, Islandia, Macedonia Północna, Armenia, Liechtenstein

Czołganie Cracovii

Kolejne derby Krakowa Cracovia – Wisła, odbiła się szerokim echem w Polsce, ale bynajmniej nie za sprawą genialnej gry piłkarzy, tylko mocno kontrowersyjnego zachowania prezesa ekipy „Pasów” Janusza Filipiaka, który w niewybrednych słowach komentował decyzje sędziującego spotkanie Daniela Stefańskiego.

Piątkowe derby Krakowa zapewne przeszłyby do historii bez echa, gdyby w 61. minucie sędzia Daniel Stefański nie podyktował rzutu karnego dla zespołu Wisły. W tym momencie był remis 0:0, zatem taka decyzja miała duże znaczenie dla przebiegu rywalizacji. Nic dziwnego, że decyzja arbitra wzburzyła nie tylko graczy zespołu gospodarzy, poderwała z łąwki trenera Michała Probierza i wszystkich rezerwowych, ale doprowadziła też do furii obecnych na trybunach szefów Cracovii i zaproszonych przez nich do ich loży gości. Ponieważ jak wiadomo z powodu pandemii mecze odbywają się przy pustych trybunach, głośne okrzyki są doskonale słyszalne w telewizyjnych relacjach.
Wygląda na to, że prezes ekipy „Pasów” i zarazem właściciel klubu oraz towarzyszący mu w loży współpracownicy o tym zapomnieli i ich wyzwiska, jak to się zwykło mówić, poszły w świat. „Stefański! Jesteś ch…! – darł się Janusz Filipiak. „Stefański! Ty ch…! Obejrzyj sobie VAR” – wtórował mu wiceprezes klubu i prawa ręka właściciela Jakub Tabisz. „Ty pajacu, ty skończona mendo!” – wykrzyczał gość Filipiaka, poseł Ireneusz Raś, znany sympatyk Cracovii. „Stefański! Co ty odp…? Masz żonę z Wisły?!” – krzyczano jeszcze z loży VIP-ów.
Zrobiła się z tych okrzyków afera, bo przez media przeszła potężna fala oburzenia z powodu fatalnych manier właściciela Cracovii, który oprócz tego, że jest właścicielem wielkiej firmy i milionerem, jest także profesorem, więc powszechnie uznano, że komuś takiemu używać wulgaryzmów nie przystoi.
Szefowie Cracovii najpierw zbagatelizowali swoją wpadkę, bo jeszcze w sobotę na oficjalnej stronie internetowej klubu napisano, że „W meczu z Legią sędzia Lasyk wypaczył wynik meczu, pozbawił Cracovię ewidentnego rzutu karnego. A żona sędziego Stefańskiego (Karolina Bojar-Stefańska, również arbiter piłkarski) według wpisów w internecie jest kibicką Wisły”. Dopiero po kilku dnia prezes Filipiak trochę się zreflektował i w medialnych wypowiedziach wykrztusił słowa przeprosin. „Emocje mnie poniosły, bardzo mi przykro. Przepraszam opinię publiczną za swoje zachowanie”.
Ale już wobec sędziego Stefańskiego na taki gest zdobyć się nie potrafił. „Tutaj mam problem. Czujemy się pokrzywdzeni przez jego sędziowanie. Zobaczymy, jak zareaguje PZPN. Podaliśmy przykłady ewidentnych błędów arbitra. Raz jeszcze przepraszam za swoje zachowanie, chcę jednak przy tym zaznaczyć, że ja na meczu nie jestem profesorem czy prezesem, tylko przede wszystkim jestem wtedy kibicem Cracovii. Gdyby kibice byli na meczu, to ten mój okrzyk byłby pewnie pomnożony przez kilkanaście tysięcy gardeł. To był krzyk bezsilności. Tak ludzie reagują, kiedy są bezradni wobec ewidentnego kręcenia wyników. W takich meczach jak derby, które generują bardzo duże emocje, PZPN powinien zadbać o przejrzystą obsadę sędziowską, a nie powodować takie konteksty” – stwierdził prezes Filipiak.
Przysłowie mówi – uderz w stół, a nożyce się odezwą… W tym przypadku w roli nożyczek wystąpił prezes PZPN Zbigniew Boniek, który na łamach portalu Interia odpowiedział mniej więcej tak: „ Niestety, dochodzę do wniosku, że 80 procent energii Cracovii idzie na to, aby usprawiedliwić czasami brak sukcesów błędami sędziów. Trzeba zacząć od tego, że klub w ogóle nie powinien się wypowiadać na temat sędziów. To nie jest jego sprawa. Jako prezes PZPN nigdy nie bluzgałem na sędziów, bo wiem, że ich błędy są wkomponowane w widowisko piłkarskie. A jeśli się panu Filipiakowi to nie podoba, to ja się pytam co on robi w piłce? Jeżeli uważa, że ktoś go celowo przekręca, to niech sobie da spokój”.
Jeśli wierzyć plotkom, Komisja Ligi chce ukarać oficjeli Cracovii karą finansową w wysokości 250 tys. złotych. Portfela Janusza Filipiaka ta kwota nie zrujnuje, bo jak już zostało wspomniane, jest milionerem. Na pewno go jednak wkurzy i pchnie do działania.

Brzęczek marnuje Lewego

W 2020 roku Robert Lewandowski wszedł w końcu na sam szczyt światowego futbolu i znalazł się w miejscu, do którego przed nim nie dotarł żaden polski piłkarz. Osiągnął więc status gwiazdy, ale jego zwarcie z Jerzym Brzęczkiem, jakiego byliśmy świadkami podczas listopadowych meczów biało-czerwonych w Lidze Narodów, nie był jednak typowym „kaprysem gwiazdora”, raczej sygnałem, że ma coraz mniejszą ochotę na grę pod wodzą tego trener. Prezes PZPN Zbigniew Boniek zlekceważył to ostrzeżenie.

Chyba nawet Cezary Kucharski nie może zaprzeczyć, że jest to najlepszy czas Lewandowskiego, który w tym roku wygrywa w cuglach niemal wszystkie plebiscyty. W wyborach na „Piłkarza Roku UEFA” pokonał z dużą przewagą Kevina De Bruyne i Manuela Neuera, w za kilka dni być może zgarnie także nagrodę dla „Piłkarza Roku FIFA”. Pewnie nawet wyraźnie mu niechętna redakcja „France Football” przyznałaby mu „Złotą Piłkę”, gdyby nie odwołała plebiscytu pod pretekstem pandemii koronawirusa, chociaż ostatnio wyszło na jaw, że prawdziwym powodem były finansowe kłopoty nierentownego pisma,. Jaki z tego wniosek? Oczywisty – czy to się komuś podoba czy też nie, Lewandowski jest jako jedyny z naszych graczy tak zwana globalną marką, czyli zawodnikiem powszechnie rozpoznawalnym na całym świecie. Nie jest to jednak zasługą sukcesu osiągniętego z reprezentacją Polski, z czego w przeszłości, po zdobyciu trzeciego miejsca w mistrzostwach świata w 1974 roku skorzystał Kazimierz Deyna, a w 1982 roku Zbigniew Boniek. Obaj, jak dobrze pamiętamy, w plebiscycie „Złotej Piłki” zajęli trzecie lokaty.
Lewy jako wartość dodana
Lewandowski od sześciu lat jest kapitanem reprezentacji, jej liderem i najbardziej rozpoznawalnym polskim piłkarzem. Poprowadził biało-czerwonych w zakończonych w ćwierćfinale po porażce w rzutach karnych z Portugalią mistrzostwach Europy w 2016 oraz w zakończonych blamażem mistrzostwach świata w 2018 roku. Po nieudanym mundialu w Rosji to właśnie „Lewy”, jako najbardziej znany piłkarz w polskiej ekipie, najbardziej stracił wizerunkowo. Niewykluczone, że być może już wtedy zaczął się zastanawiać, czy dalsze granie w reprezentacji Polski ma sens, skoro dotąd w żaden sposób nie przyczyniło się do rozwoju jego piłkarskiej kariery. A że po mundialu w Rosji akurat stuknęła mu „trzydziestka”, miał też świetny powód, żeby pod pretekstem „wypalenia” czy „zmęczenia” ogłosić koniec swojej reprezentacyjnej przygody. I nie musiałby wchodzić w duszne, pełne niedomówień i nieskrywanej wzajemnej niechęci relacje z Brzęczkiem, który wolą prezesa Bońka zastąpił w roli selekcjonera Adama Nawałkę.
Lewandowski z jakiegoś powodu jednak w kadrze został. Dzisiaj, po publikacjach nagrań rozmów ze swoim byłym agentem Cezarym Kucharskim, które odbył już po zakończeniu z nim współpracy, a stało się to formalnie właśnie po mundialu w Rosji, musiał zdać sobie sprawę, że czeka go z nim bezpardonowa walka na wielu polach, więc słusznie uznał, iż utrzymanie statusu reprezentanta kraju może mu w tej rozgrywce pomóc. Podjęcie decyzji ułatwił mu też bez wątpienia prezes Boniek, który trochę poniewczasie pojął, że tlący się od lat konflikt w dawnym „dortmundzkim tercetem”, czyli Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka z Lewandowskim, może pod rządami Brzęczka rozgorzeć na nowo, bo spokrewniony z Błaszczykowskim selekcjoner nawet nie krył czyją stronę trzyma.
Sternik PZPN umie jednak pilnować swoich interesów, co w tym przypadku oznacza pieniądze, jakie PZPN zgarnia od licznych sponsorów i patronów biznesowych. Gdyby reprezentacja wywalczyła medale w Euro 2016 i MŚ 2018, mógłby machnąć ręką na fochy nawet takiego gwiazdora, jak „Lewy”. Lecz gdy sukcesów nie ma, trzeba dbać o niego jak o marketingową kurtę, która znosi złote jajka. Dzisiaj mało kto pamięta, że dwa lata temu Boniek szybko przeciął medialne spekulacje wokół tematu, czy Brzęczek zmieni kapitana zespołu. Lewandowski kapitańską opaskę zatrzymał, z czego zadowolony nie był, ale nie parł do otwartego konfliktu. Nic dziwnego, reprezentacja pod jego rządami gra słabo, zwłaszcza z zespołami z górnej półki, toteż selekcjoner prasę ma kiepską i media co rusz wzywają PZPN do jego dymisji.
Po listopadowym meczu z Włochami, przegranymi przez nasz zespół w żenującym stylu 0:2, Lewandowski wywołał jednak potężne zamieszanie dwuznacznym milczeniem na pytanie dziennikarza TVP o taktykę w tym meczu. Media od razu uznały to za wotum nieufności dla selekcjonera. Rozgrzanej atmosfery nie ostudził też przegrany 1:2 trzy dni później na Stadionie Śląskim mecz z Holandią. I znów do akcji musiał wkroczyć Boniek, który później w licznych wypowiedziach tak tłumaczył swoje stanowisko w tej sprawie. „Gdybym zwolnił Brzęczka, on byłby jedynym zwycięzcą. Bo zostałby skrzywdzony. Miał za zadanie awansować na Euro i utrzymać się w Dywizji A Ligi Narodów. Oba zadania wykonał. A co nam dałaby zmiana trenera, nawet na zagranicznego z tak zwanym nazwiskiem. Zapłacić mu trzeba by było miliony euro bez żadnej gwarancji na sukces, bo nie znałby piłkarzy i mógłby przegrać pierwsze mecze eliminacyjne do mundialu. Dopiero wtedy zaczęłaby się na mnie nagonka. Uspokójmy więc emocje, bo oprócz tego, że zagraliśmy ostatnio słabe mecze, nic złego z kadrą się nie dzieje. Gramy dalej” – zapewniał prezes PZPN.
Niby wszystko gra, tylko słabo
Nie minęło jednak wiele czasu, a Boniek radykalnie zmienił swoje nastawienie. W rozmowie z Rafałem Stecem dla „Gazety Wyborczej” powiedział: (…) Kapitan ma reprezentować drużynę, ma wszystko robić w jej imieniu najlepiej, jak potrafi, i grać najlepiej, jak potrafi. P Nie jest powiedziane, że jeśli Robert Lewandowski coś powie, to ma zawsze rację”. I na koniec jeszcze dowalił „Lewemu”, że w listopadowych występach w kadrze prezentował się „przeciętnie”.
Tylko nie wyjaśnił w czym tkwi przyczyna, że Lewandowski w 18 meczach za kadencji Brzęczka strzelił tylko 8 goli, podczas gdy za kadencji Adama Nawałki w 37 spotkaniach zdobył aż 40 bramek. Nie wszystko jednak da się wytłumaczyć tym, że w reprezentacji Polski gra z graczami gorszymi od Goretzki, Muellera czy Kimmicha. Problem w tym, że niemal w każdym meczu zespół grał w innym składzie personalnym i najczęściej w rozszyfrowanym już dokładnie przez rywali ustawieniu 1-4-2-3-1, z wysuniętym na szpicy Lewandowskim, którego wystarczy odciąć od podań i faulować przy każdym dojściu do piłki. Tak właśnie zagrali z nami Włosi, którzy wyciągnęli właściwe wnioski ze zremisowanego miesiąc wcześniej spotkania w Gdańsku, a także Holendrzy. Ale tak w zasadzie grają z polskim zespołem wszyscy rywale, tylko niektórzy nie są wystarczająco mocni, żeby zatrzymać „Lewego”.
Listopadowe mecze z Włochami i Holendrami, ale też z Finlandią i Ukrainą, po raz kolejny pokazały, że Brzęczek jako taktyk dość mocno odstaje od fachowców z górnej półki. I to chyba jest właśnie ten problem, na który wymowną pauzą zwrócił uwagę Lewandowski. Poza tym Brzęczek, chociaż selekcjonerem kadry jest już dwa lata, wciąż nie wyzbył się mentalności typowego polskiego trenera klubowego. Z grubsza polega ona na tym, że w klubie trener może wymyślić sobie jakąś koncepcję i dobierać pod nią zawodników, aż „zaskoczy”. W reprezentacji nie ma czasu na takie długie eksperymenty i trzeba tworzyć schemat zespołu uwzględniając indywidualne możliwości i nawyki zawodników. Jeśli się tego nie zrobi należycie, to Bereszyński przestawiony z prawej na lewą obronę jako tako wypadnie meczu np. z Bośnią i Hercegowiną, ale na pewno już nie przeciwko Włochom, Niemcom, Holendrom czy Hiszpanom.
Lewandowski chyba to dostrzegł i pojął, że na sukces tak montowanego zespołu w turnieju Euro 2021 nie ma żadnych szans, bo mimo szumnych deklaracji celem Brzęczka w tej imprezie będzie co najwyżej uniknięcie blamażu, a nie walka o medale. Nie dlatego, że brakuje mu ambicji, tylko że najważniejszym celem w 2021 roku, jaki postawił przed nim prezes PZPN, jest awans do mundialu w Katarze. Ewentualny sukces w finałach mistrzostw Europy, na który nikt nie liczy i w który nikt w Polsce nie wierzy, będzie „wartością dodaną”. A „Lewemu” akurat najbardziej zależy właśnie na sukcesie w europejskim czempionacie. Gdyby Brzęczkowi też na tym zależało, powinien pomyśleć jak najlepiej wykorzystać jego wciąż rosnący piłkarski potencjał. Niestety, wygląda na to, że woli go tłamsić, czego dowodem choćby pomysł zatrudnienia w roli asystenta Łukasz Piszczka. Szkoda, bo zamiast tracić energię na takie poboczne sprawy, w meczu z Włochami i Holendrami powinien cofnąć „Lewego” do drugiej linii, a na szpicy wystawić Piątka i Milika. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie Lewandowskiego w roli rozgrywającego, to znaczy, że nie ma wyobraźni.

Za słabi na silnych, za mocni na słabych

Po fatalnym występie biało-czerwonych w spotkaniu z Włochami na Jerzego Brzęczka spadła lawina krytyki i żądań jego dymisji. Mecz z Holendrami był więc dla selekcjonera z gatunku „o życie”, bo w przypadku ponownego blamażu nawet podkreślający swoją niezależność w tej kwestii prezes PZPN Zbigniew Boniek nie miałby innego wyboru. Po porażce z ekipą „Oranje” 1:2 zwalniać Brzęczka nie ma powodu, co jednak wcale nie znaczy, że nie musi już się nad tym zastanawiać.

Brzęczek w wypowiedziach udzielanych po meczu z Włochami z naciskiem podkreślał, że w jego ocenie nie ma żadnych przesłanek do udzielenia mu dymisji, bo wykonał wszystkie zadania, jakie postawiły przed nim władze PZPN. Wywalczył awans do finałów mistrzostw Europy, utrzymał zespół w najwyższej dywizji Ligi Narodów, a w trakcie tych zmagań wprowadził jeszcze do kadry całą grupę młodych i obiecujących zawodników. Jego ogólny bilans spotkań też nie wygląda tragicznie. Reprezentacja pod wodzą Brzęczka rozegrała dotąd 24 mecze, z których 12 wygrała, pięć zremisowała, a w siedmiu doznała porażek. Gdy jednak weźmie się pod uwagę wyłącznie potyczki z zespołami z najwyższej europejskiej półki, to bilans już taki korzystny nie jest. W ostatnich dwóch latach biało-czerwoni rozegrali osiem meczów z zespołami z elity – cztery z ekipą Włoch, a po dwa z Portugalią i Holandią. Nie wygrali żadnego z tych spotkań, trzy zremisowali, a w pięciu doznali porażek.
Inna sprawa, że nawet grając tak beznadziejnie słabo, jak w niedzielę przeciwko Włochom, ekipa Brzęczka nie doznała przez te dwa lata ani jednej upokarzającej pod względem wyniku klęski, takiej choćby jaka przydarzyła się w środę Niemcom w spotkaniu z Hiszpanią (0:6). Dla przypomnienia: dwa lata temu z Portugalczykami biało-czerwoni przegrali u siebie 2:3 i na wyjeździe zremisowali 1:1, z Włochami w pierwszej edycji Ligi Narodów zremisowali 1:1 i przegrali 0:1, a w drugiej zremisowali 0:0 i przegrali 0:2, zaś z Holandią w tej edycji na wyjeździe przegrali 0:1.
Dwanaście zwycięstw Brzęczek odnotował natomiast w spotkaniach z zespołami równorzędnymi lub słabszymi od naszej reprezentacji – dwukrotnie wygrał z Łotwą, Macedonią Północną, Izraelem, Bośnią i Hercegowiną oraz po jednym razie z Austrią, Słowenią, Finlandią i Ukrainą. To tylko potwierdza opinię o naszej reprezentacji, że jest za słaba dla najmocniejszych zespołów w Europie, a za mocna dla niżej od niej notowanych. Takim bez wątpienia jest ekipa Bośni i Hercegowiny, z którą biało-czerwoni pewnie wygrali rywalizację o zajęcie gwarantującej pozostanie w Dywizji A trzeciej lokaty w grupie. Chwilowe prowadzenie w grupie A po październikowych kolejkach rozbudziło jednak na nowo nadzieje polskich kibiców na sukcesy. To trochę wina magii jaką zauroczył Polaków swoimi wyczynami w Bayernie Monachium Robert Lewandowski, bo ona zrodziła przekonanie, że z nim w składzie do wielkich wyczynów powinna być też zdolna reprezentacja. Tym bardziej, że większość kadrowiczów gra na co dzień w mocnych europejskich klubach. Nie ma się więc co dziwić, że po katastrofalnym pod względem jakości gry występie przeciwko Włochom większość Polaków obstawiających wynik spotkania z Holandią stawiało na zwycięstwo gości. A w mediach społecznościowych przeważały życzenia dotkliwej porażki, bo ona zmusiłaby władze PZPN do zmiany selekcjonera.
Dzisiaj w Polsce poza Małgorzatą Domagalik (autorką jego mocno kontrowersyjnej biografii Jerzego Brzęczka) chyba nikt nie wierzy w jego trenerski geniusz. Po listopadowych meczach można też odnieść wrażenie, że do grona niedowiarków dołączyli także piłkarze kadry, z Robertem Lewandowskim na czele. W meczu z Holandią nie wbili jednak selekcjonerowi noża w plecy, wręcz odwrotnie – zagrali z taką ambicją i zaangażowaniem, jakby walczyli o jego posadę. A jak jest naprawdę, to wiedzą chyba tylko oni sami, bo nie ulega wątpliwości, że w kadrze wraz z pojawieniem się dużej grupy nowych graczy zaczął nabrzmiewać też naturalny w takich sytuacjach konflikt pokoleniowy.

Odszedł Adam Musiał

W wieku 71 lat zmarł Adam Musiał, lewy obrońca jedenastki legendarnych „Orłów Górskiego” – piłkarskiej reprezentacji Polski, która w mistrzostwach świata w RFN w 1974 roku wywalczyła trzecie miejsce. Był niezwykle barwną postacią jako piłkarz i trener, nietuzinkowy też jako człowiek.

W pamiętnej drużynie Kazimierza Górskiego było wielu znakomitych piłkarzy, ale kilku z nich miało w tej grupie specjalne znaczenie. Kazimierz Deyna był kapitanem zespołu i jego liderem, ale jeśli trzeba się było z działaczami PZPN wykłócać o pieniądze, to „szatnia” do tego zadania delegowała Antoniego Szymanowskiego, zaś po meczu pierwszy do dziennikarzy wychodził Jan Tomaszewski, natomiast Adam Musiał był tym, który tworzył odpowiednią atmosferę. W archiwalnych nagraniach naszej reprezentacji z mistrzostw świata w RFN ta jego rola jest wyraźnie zauważalna – słychać go jak inicjuje chóralne śpiewy, żartuje z kolegów albo rywali i jak wszystkich prowokuje do zabawy. Na boisku już jednak taki wesołkiem i przyjemniaczkiem nie był – zarówno w Wiśle Kraków (był zawodnikiem tego klubu w latach 1967-1977), jak i w reprezentacji słynął z twardej i nieustępliwej gry, ale też z niezbyt sportowego trybu życia. Nie dlatego jednak zaliczył w reprezentacji Polski tylko 34 występy. Zadebiutował wprawdzie w drużynie narodowej już jako 20-latek, w 1968 roku, ale na lewej obronie miał w owym czasie konkurenta z najwyższej światowej półki – Zygmunta Anczoka, uczestnika pożegnalnego meczu Lwa Jaszyna w barwach reprezentacji FIFA, do której został zaproszony wraz z Włodzimierzem Lubańskim.
W futbolu czasem jednak tak bywa, że pech jednego piłkarza stwarza szansę innemu. Tak było w przypadku Musiała, którego Kazimierz Górski prowadził już w reprezentacji młodzieżowej, więc gdy Anczok po złotych dla naszej narodowej drużyny igrzyskach olimpijskich w 1972 roku wypadł z kadry z powodu poważnej kontuzji, zwolnione przez niego miejsce na lewej obronie powierzył właśnie Musiałowi, a nie jak się spodziewano graczowi Lecha Poznań Zbigniewowi Gutowi.
Na niemieckim mundialu Musiał nie zagrał tylko w jednym spotkaniu, ze Szwecją. Pauzował za karę, bo ze świętujących „na mieście” awans do drugiej rundy turnieju kadrowiczów wrócił po ustalonym czasie w ostatniej grupie balowiczów, na dodatek nie wziął przykładu z kolegów i nie przemknął do swojego pokoju bocznym wejściem, tylko wszedł od frontu i jeszcze uciął sobie pogawędkę z czekającym w holu trenerem Górskim.
„Trener Tysiąclecia” nie zrobił z tej niesubordynacji wielkiej afery, posadził niesfornego piłkarza na jeden mecz, a potem znów wystawiał go w podstawowym składzie – z Jugosławią, Niemcami i w meczu o 3. miejsce z Brazylią. Dzięki temu Musiał w pamięci potomnych na zawsze zapisał się jako jeden z najlepszych lewych obrońców w historii polskiego futbolu. Miał wtedy dopiero 26 lat i w kolejnych latach, obfitych w sukcesy reprezentacji, mógł swoją legendę jeszcze bardziej wzbogacić. Choćby o srebrny medal olimpijski w Montrealu czy piąte miejsce na kolejnym mundialu, w Argentynie. Życie miało jednak dla niego mniej ciekawy scenariusz.
Musiał miał wielką słabość do alkoholu i szybkich samochodów. Jak twierdził po latach, z tej pierwszej przywary wyleczył go w latach 90. Bogusław Cupiał, bo gdy został właścicielem Wisły Kraków wyciągnął do znajdującego się wtedy na życiowym zakręcie byłego piłkarza i trenera „Białej Gwiazdy” i dał mu dobrze płatną posadę. Ale pod warunkiem, że odstawi kieliszek. Z miłości do samochodów wyleczył się sam. Jeszcze w trakcie mistrzostw świata koncern BMW zaoferował piłkarzom polskiej reprezentacji kupno swoich aut po bardzo okazyjnej cenie. Konkretnie za 30 procent ich normalnej wartości. Musiał się wtedy szarpnął i po powrocie z mundialu zadawał szyku w Krakowie czarną „beemwicą”. Po latach w jednym z wywiadów przyzna, że był to jego najlepszy zakup, bo solidne niemieckie auto wytrzymało w nocy z 31 października na 1 listopada zderzenie z ciężarówką na drodze z Krakowa do Wieliczki. Musiał wypadek przeżył, ale jego skutki dla jego organizmu okazały się nieodwracalne. Doznał złamania żuchwy, stłuczenia klatki piersiowej, połamania żeber, kości ramienia, kości promieniowej i ogólnych potłuczeń, w tym głowy i twarzy. Analiza pobranej do badania krwi wykazała 1,6 promila alkoholu. Sąd nie był wyrozumiały – piłkarz dostał grzywnę w wysokości 20 tysięcy złotych, karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata i zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na pięć lat.
Po tym wypadku wrócił jeszcze na boisko, ale do reprezentacji powołania już nigdy nie dostał. Po latach przyznał, że sam to trenerowi Górskiemu zasugerował, bo o ile jako tako radził sobie z grą w polskiej lidze, to na kadrę to już było stanowczo za mało. W 1977 roku okazało się też niewystarczające dla ówczesnego trenera Wisły Oresta Lenczyka i Musiał musiał odejść. Przeniósł się do Arki Gdynia i z tego klubu pod koniec lat 70. wyjechał na zagraniczne saksy, do IV-ligowego angielskiego klubu Hereford United, z którego przeniósł się do polonijnego zespołu Polish-American Eagles Nowy Jork, w którym w 1987 roku oficjalnie zakończył piłkarska karierę.
Po powrocie do Polski skończył kurs trenerski i z powodzeniem prowadził zespoły Wisły Kraków (1988-1992), z którą wywalczył 1 sezonie 1990/91 trzecie miejsce w ekstraklasie, a potem Stali Stalowa Wola (1993-95) oraz GKS Katowice (1995/96). Potem jednak wypadł z trenerskiej karuzeli i przez ostatnie ćwierć wieku zarabiał na życie jako kierownik wiślackich obiektów sportowych. Dochował się dwóch synów – Tomasz jest znanym sędzią piłkarskim, a Maciej pracuje jako trener, obecnie w Łódzkim Klubie Sportowym.
Wieść o śmierci 34-krotnego reprezentanta Polski przekazał za pośrednictwem Twittera prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Odszedł Adam Musiał. Wybitny Piłkarz, znakomity Kolega. Medalista MŚ. Spoczywaj w spokoju Adamie. Wyrazy współczucia dla Rodziny. Smutny dzień…”.