PZPN: Tajemnice wychodzą na wierzch

W polskiej piłce zrobiło się gorąco po tym, jak do siedzib PZPN i wszystkich Wojewódzkich ZPN wkroczyło CBA na wniosek prokuratury. Nie wiadomo jakie dokumenty sprawdzali funkcjonariusze, nikomu z piłkarskich działaczy nie postawiono zarzutów, nikogo też nie zatrzymano. Mimo to PZPN rozesłał do WZPN-ów informację wyjaśniającą biznesowe relacje między piłkarską centralą a należącą do brata prezesa PZPN Zbigniewa Bońka firmą Mikrotel.

PZPN z firmą należącą do brata prezesa Zbigniewa Bońka – Mikrotel współpracował bezpośrednio w okresie 23 sierpnia 2017 do 30 września 2018 roku. Zakończyła ją po wejście w życie nowelizacji ustawy o sporcie i potem bydgoska firma świadczyła i nadal świadczy usługi dla współpracującej z PZPN firmą Lagardere (dawniej Sportfive). To m.in. o tę współpracę pytał Bońka dziennikarz „Gazety Polskiej” Piotr Nisztor i w tej też sprawie sąd wydał jemu i gazecie na wniosek prezesa PZPN roczny zakaz publikacji. W wysłanym z piłkarskiej centrali do wojewódzkich oddziałów wyjaśnieniu napisano m.in.: „Firma Mikrotel jest jednym z wielu podwykonawców, którzy świadczą usługi techniczne przy okazji wydarzeń organizowanych przez PZPN. Obejmują one swoim zakresem wykonywanie przez ww. firmę usług związanych z brandingiem wybranych meczów. Do zadań podwykonawcy należy: produkcja nośników (np. bandy statyczne, bannery i bramy reklamowe, ścianki), transport, ekspozycja na terenie obiektów sportowych (montaż i demontaż), bieżąca konserwacja oraz magazynowanie. W okresie 20 lat współpracy Sportfive z Mikrotel, spółka ta nigdy nie brała udziału ani nie pośredniczyła w sprzedaży praw marketingowych, medialnych i telewizyjnych należących do PZPN”. W przekazanej informacji nie podano żadnych kwot, jakie PZPN wypłacił firmie Mikrotel bezpośrednio lub opłacając faktury wystawiane przez Lagardere. Ale nie są już tajemnicą.

Prokuratura i CBA buszują w PZPN

Decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie nakładająca na „Gazetę Polską Codziennie” zakaz pisania przez rok o prezesie PZPN Zbigniewie Bońku wywołała oburzenie w kręgach rządzącej prawicy. Głos w tej sprawie, rzecz jasna krytyczny zabrał nawet prezes PiS Jarosław Kaczyński. Minęło kilka dni i do siedziby piłkarskiego związku zawitali funkcjonariusze CBA.

Pierwszym kamyczkiem, który poruszył lawinę zdarzeń, była decyzja Prokuratury Regionalnej w Warszawie o przystąpieniu do dwóch postępowań sądowych o ochronę dóbr osobistych z powództwa Zbigniewa Bońka przeciwko dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi i „Gazecie Polskiej”. W oficjalnym komunikacie napisano: „Na polecenie Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego Prokuratura Regionalna w Warszawie na podstawie art. 7 Kpc przystąpiła do dwóch postępowań sądowych o ochronę dóbr osobistych prowadzonych przed Sądem Okręgowym w Warszawie z powództwa Zbigniewa Bońka przeciwko dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi oraz Forum SA – wydawcy Gazety Polskiej Codziennie”.
Dla przypomnienia: Boniek wytoczył powództwo w związku z publikacjami Piotra Nisztora, które odnosiły się do przeszłości powoda i jego powiązaniach, jak również do działalności kierowanego przez niego Polskiego Związku Piłki Nożnej. Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował, że „Gazeta Polska Codziennie” przez rok nie może pisać o prezesie PZPN artykułów, w których zawarte będą zarzuty i twierdzenia dotyczące: powiązania (w przeszłości lub obecnie) z władzami komunistycznej Polski, Służbą Bezpieczeństwa; pełnienia w PZPN roli gwaranta i rzecznika systemu komunistycznego; sprawowania funkcji prezesa PZPN w sposób nieetyczny, naruszający prawo i nietransparentny; popełnienia przestępstwa karnoskarbowego poprzez nieujawnienie przed urzędem skarbowym 1,1 mln euro dochodu i nieodprowadzenie podatku od tej kwoty. Prokuratura uznała, że sąd wydał decyzję kontrowersyjną „z uwagi na ograniczenie – pod groźbą sankcji finansowych – konstytucyjnej wolności słowa, która jest wartością nadrzędną, jak również naruszenie prawa obywateli do informacji”. Dlatego swój udział w tych postępowaniach uzasadniła „koniecznością zagwarantowania ochrony praworządności i interesu społecznego”.
W miniony czwartek w warszawskiej siedzibie PZPN przy ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r. 7 oraz w siedzibach 16 wojewódzkich Związków Piłki Nożnej pojawili się funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Formalnie wkroczyli na polecenie Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Szczecinie w związku ze sprawą tzw. afery melioracyjnej, w której głównym podejrzanym jest Stanisław Gawłowski, były sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej. Jednym z wątków afery melioracyjnej są nieprawidłowości finansowych w działalności Fundacji All Sports Promotion, działającej w imieniu AZS Koszalin S.A. W tej sprawie zatrzymano już 7 osób, które usłyszały zarzuty tzw. prania brudnych pieniędzy.
„To są przeszukania związane z jednym z wątków postępowania, które zostało wyłączone z tzw. afery melioracyjnej. W momencie, kiedy skierowaliśmy akt oskarżenia przeciwko Stanisławowi Gawłowskiemu i innych, prokuratura wskazywała, że niektóre wątki są wyłączone i nadal są prowadzone. Jednym z nich jest wątek dotyczący nieprawidłowości finansowych działalności fundacji All Sports Promotion. Przeszukania, które zostały dokonane przez funkcjonariuszy CBA mają związek właśnie z tym wątkiem” – poinformowała rzecznik prasowy Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.
Bońka akurat w czwartek nie było w siedzibie PZPN, bo dzień wcześniej wrócił do Rzymu, a żaden z jego najbliższych współpracowników nie odważył się wypowiedzieć w tej sprawie. Musiał to zdalnie ze stolicy Włoch uczynić dopiero prezes, który w wypowiedziach dla mediów powiedział: „Nie mamy nic do ukrycia. Jesteśmy transparentni. Jeśli CBA bada jakąś sprawę i chce coś sprawdzić, to jesteśmy pierwsi do współpracy i jesteśmy do dyspozycji służb. Przygotowaliśmy wszystkie dokumenty, o które nas poproszono, żeby pomóc tę sprawę wyjaśnić. Z tego, co mi przekazano, chodzi m.in. o organizację przez jeden z wojewódzkich związków jakiegoś turnieju plażowego” – zapewnił Boniek.
Chyba jednak nie do końca jest tak, jak twierdzi prezes PZPN, bo agenci CBA w czwartek wkroczyli nie tylko do biur piłkarskiej centrali i jej regionalnych agend, lecz również do siedziby firmy Mikrotel, kierowanej przez brata Zbigniewa Bońka. Przypadek?

Pierwsze zwycięstwo biało-czerwonych

Dokładnie w drugą rocznicę debiutu w roli selekcjonera reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek poprowadził biało-czerwonych do pierwszego zwycięstwa w Lidze Narodów. Nie był to oszałamiający jakościowo występ naszych piłkarzy, ale na pokonanie ekipy Bośni i Hercegowiny wystarczyło. Gole strzeli Kamil Glik i Kamil Grosicki.

Dwa lata temu, 7 września 2018 roku Brzęczek zadebiutował w roli selekcjonera reprezentacji Polski w meczu pierwszej edycji Ligi Narodów z Włochami. W tamtym spotkaniu biało-czerwoni zremisowali 1:1. Nie był to zły wynik, ale do późniejszych efektów jego trenerskiej pracy było wiele zastrzeżeń. Kibicom nie podobał się przede wszystkim styl gry reprezentacji, zwłaszcza w potyczkach z silnymi rywalami, jak Włochy, Portugalia czy Holandia, z którą biało-czerwoni w miniony piątek w pierwszym meczu drugiej edycji Ligi Narodów przegrali w Amsterdamie 0:1. W ponieważ w drugim spotkaniu grupy 1 Dywizji A Włosi nieoczekiwanie zremisowali z Bośnią i Hercegowiną 1:1, nic zatem dziwnego, że na wynik poniedziałkowej potyczki czekaliśmy z niepokojem.
Brzęczek, do którego doszły wieści, jaka fala krytyki na niego spadła po meczu z Holandią, głównie za mocno odbiegającą od powszechnej ocenę występu naszej drużyny, już w przededniu spotkania w Zenicy zapowiedział zmiany w składzie. Tradycyjnie dokonał wymiany bramkarzy, chociaż do występu Wojciecha Szczęsnego w Amsterdamie nie mógł mieć najmniejszych pretensji. Najwyraźniej po dwóch latach na selekcjonerskim stołku wciąż nie potrafi wybrać zawodnika numer 1 na tej pozycji. Łukasz Fabiański nie ułatwił mu zadania, bo przeciwko ekipie Bośni i Hercegowiny zagrał solidnie i bez błędów, a za bramkę wpuszczoną po strzale z rzutu karnego nie można go przecież winić.
Na lewej flance linii obrony po dłuższej przerwie pojawił się wreszcie grający na tej pozycji na co dzień w Lokomotiwie Moskwa Maciej Rybus i z miejsca pokazał, że lewonożny zawodnik po tej stronie boiska zawsze będzie dla zespołu bardziej przydatny, niż przysposobiony na siłę gracz prawonożny jakim jest choćby Bartosz Bereszyński, który nie zawiódł w spotkaniu z Holandią. To Rybus zagrał ze skrzydła piłkę do Grosickiego, który głową posłał ją do bramki rywali, a potem jeszcze niemal skopiował tę akcję dogrywając do Mateusza Klicha, który zmarnował jednak znakomitą okazję na podwyższenie wyniku na 3:1.
Wspomniany Klich, który z Holandią zagrał w podstawowym składzie, w Zenicy zaczął mecz na ławce rezerwowych, a u boku Grzegorza Krychowiaka w roli drugiego defensywnego pomocnika zastąpił go Jacek Góralski. I była to dobra zmiana, bo występujący obecnie w lidze Kazachstanu były piłkarz Jagiellonii Białystok rozegrał świetny mecz, spychając w cień wyraźnie słabszego tego dnia Krychowiaka, którego w 68. minucie Brzęczek w końcu zdjął z boiska, wpuszczając w jego miejsce Klicha. Wielka szkoda, że nie dał szansy na dłuższy występ Karolowi Linettemu, ale dobre i to, że w końcu przełamał niechęć do tego piłkarza i dał mu zagrać po prawie dwóch latach powątpiewania w jego umiejętności, chociaż Linetty w tym czasie brylował w Serie A i zespole Sampdorii Genua, a tego lata za siedem milionów euro przeszedł do AC Torino.
W środku pomocy po staremu zagrał Piotr Zieliński, ale na lewym skrzydle w podstawowym składzie zaczął mecz Kamil Grosicki, który był wyraźnie poirytowany rolą rezerwowego w Amsterdamie. I pokazał, że w meczach z takimi rywalami, jak Bośnia i Hercegowina potrafi przeważyć szalę na korzyść naszej drużyny. To po jego dośrodkowaniu z rzutu rożnego Glik zdobył wyrównującą bramkę, a potem sam strzelił gola na 2:1, więc dla tych dwóch powodów można by go uznać za ojca zwycięstwa. Niestety, w defensywie „Grosik” jest praktycznie nieprzydatny, w rozegraniu co najwyżej przeciętny, a w skuteczności dryblingu lepsi od niego byli grający na prawej flance Kamil Jóźwiak i tradycyjnie już wyróżniający się w tych elementach gry w naszej reprezentacji Zieliński. Poza tym Grosicki nie wytrzymuje już trudów całego meczu.
W ataku zamiast Krzysztofa Piątka, którego wyprawę do Zenicy mocno oprotestował jego macierzysty klub, Hertha Berlin, zagrał Arkadiusz Milik i wypadł nie tylko lepiej w ataku, ale też więcej dawał drużynie w grze obronnej oraz w rozegraniu. Tak na marginesie – to szkoda trzymać tego piłkarz tylko jako rezerwowego dla Roberta Lewandowskiego. Milik jest graczem uniwersalnym i na pewno da się go wkomponować w zespół też na innej pozycji.
Mimo wygranej trudno jednak być w pełni zadowolonym z występu naszej drużyny. Zwycięstwo cieszy, ale trzeba pamiętać, że trener zespołu Bośni i Hercegowiny Dusan Bajevic wystawił przeciwko biało-czerwonym trochę inny skład, niż ten, który sensacyjnie zremisował w piątek z Włochami. Styl gry naszej reprezentacji wciąż jednak pozostawia wiele do życzenia, ale skoro Brzęczka władze PZPN oceniają głównie przez pryzmat wyników, to nie musi on przejmować się medialna krytyka czy fala szyderstw jaka wylała się na niego w internecie. Jak pamiętamy, prezes Boniek przedłużył mu kontrakt do końca 2021 roku z opcją jej przedłużenia w przypadku awansu do mundialu w Katarze. Zatem chociaż statystyki i oceny nie przemawiają na korzyść Brzęczka, to dopóki osiąga wyznaczone mu przez PZPN cele, dalej będzie robił swoje i po swojemu. A nam nie pozostaje nic innego jak czekanie do kolejnych meczów w Lidze Narodów – 11 października biało-czerwoni zagrają z liderem grupy A1 Włochami, a trzy dni później zmierzą się w rewanżu z Bośniakami.
Wyniki 2. kolejki grupy 1 Dywizj A:
Bośnia i Hercegowina – Polska 1:2

Gole: Haris Hajradinović (24 karny) – Kamil Glik (45), Kamil Grosicki (67).
BiH: Asmir Begović – Zoran Kvrżić, Ermin Bicakčić, Sinisa Sanicanin, Eldar Civić (82. Deni Milosević) – Armin Hodzić, Amir Hadziahmetović, Muhamed Besić (60. Edin Dzeko), Haris Hajradinović, Amer Gojak (46. Edin Visca) – Elvir Koljić.
Polska: Łukasz Fabiański – Tomasz Kędziora, Kamil Glik, Jan Bednarek, Maciej Rybus – Kamil Jóźwiak, Jacek Góralski, Grzegorz Krychowiak (68. Mateusz Klich), Piotr Zieliński (85. Karol Linetty), Kamil Grosicki (80. Sebastian Szymański) – Arkadiusz Milik.
Żółte kartki: Hadziahmetović – Bednarek, Milik. Sędziował: Cuneyt Cakir (Turcja).
Mecz bez udziału publiczności.
Holandia – Włochy 0:1
Gol: Nicolo Barella (45).
Holandia: Jasper Cillessen – Hans Hateboer (70. Denzel Dumfries), Joel Veltman, Virgil van Dijk, Nathan Ake (81. Luuk de Jong) – Marten de Roon, Donny van de Beek (57. Steven Bergwijn), Frenkie de Jong – Georginio Wijnaldum, Memphis Depay, Quincy Promes.
Włochy: Gianluigi Donnarumma – Danilo D’Ambrosio, Leonardo Bonucci, Giorgio Chiellini, Leonardo Spinazzola – Nicolo Zaniolo (42. Moise Kean), Jorginho, Manuel Locatelli (81. Bryan Cristante), Nicolo Barella, Lorenzo Insigne (90. Federico Chiesa) – Ciro Immobile.
Żółte kartki: Veltman, Wijnaldum, Depay – D’Ambrosio, Cristante, Chiellini. Sędziował: Felix Brych (Niemcy).
Mecz bez udziału publiczności.


Tabela grupy A1:

  1. Włochy 2 4 2:1
  2. Holandia 2 3 1:1
  3. Polska 2 3 2:2
  4. BiH 2 1 2:3

Na indeksie

Zaszczepiłem się wczoraj na grypę. Bo tak. Potem obejrzałem mecz Polaków z Holendrami. Po meczu przeczytałem gdzieś, że Jarosław Kaczyński nie jest zadowolony z decyzji sędziego Rafała Wagnera, który zakazał dziennikarzowi Gazety Polskiej pisania o Zbigniewie Bońku. Ma prawo być niezadowolony. Ja też nie jestem.

Pod koniec sierpnia stołeczny Sąd Okręgowy w ramach zabezpieczenia procesowego zdecydował, że dziennikarz „Gazety Polskiej” Piotr Nisztor, ma roczny zakaz pisania o Zbigniewie Bońku. Nisztor w swoich artykułach sugerował związki prezesa PZPN z SB oraz dopatrywał się nieprawidłowości finansowych w kierowanym przez Bońka związku. Zbigniew Boniek złożył w tej sprawie pozew. Jarosław Kaczyński łaskaw był skomentować wyrok. Podług jego opinii, ten w pewnych aspektach przebija komunistyczną cenzurę. Ta decyzja jest wręcz niebywała, sprzeczna z konstytucją i ze zdrowym rozsądkiem ocenił Jarosław Kaczyński. Wyrok na Nisztora wydał sędzia Rafał Wagner. Ten sam sędzia, który uznał za zasadny pozew Jarosława Kaczyńskiego przeciwko „Super Expressowi” w 2011 r. Gazeta sugerowała wówczas psychiczną chorobę prezesa. Było to pokłosie głośnej sprawy Janusza Kaczmarka, którą ten wytoczył prezesowi za nazwanie go „agentem-śpiochem”. 10 lat temu sędzia Wagner był dobry. Dzisiaj jest zły, bo uderzył po łapach jednego z naszych. Moralność Kalego w stopniu najwyższym. To jednak aż tak bardzo mnie nie dziwi, bo zdążyłem już po wielekroć napatrzeć się na podwójne standardy, zwłaszcza na polskiej prawicy. Na hipokryzję świętoszków; podwójne i potrójne kościelne śluby poprzedzone rozwodami. Jednakowoż wyrok sędziego na Nisztora podobać mi się nie podoba, podobnie jak prezesowi. Z trochę innych powodów, ale zawsze.

Zakazywanie dziennikarzowi pisania o kimś lub o czymś w XXI wieku traktuję jako ponury żart duraczowskiej szkoły prawnej, który ktoś przeoczył i dlatego znalazł się on we współczesnych kodeksach. To, że nadal tam jest i ma się dobrze, traktuję już nie jako żart, ale zwykły skandal. Bo niedopatrzeniem nazwać tego nie sposób. Przez 30 lat wolnej Polski było dość czasu, żeby powyrywać te i podobne chwasty z polskiego prawa. Oczywiście, zawsze było coś pilniejszego do załatwienia; aborcja, konkordat, in vitro. Został więc sobie chwast, rozlazł się i od czasu do czasu daje o sobie znać. Szkoda, że polscy sędziowie miast omijać to zachwaszczone poletko szerokim łukiem, coraz częściej włażą w szkodę, ku swojej zgubie.

Pamiętam, jak w zeszłym roku sąd w Zamościu zakazał lokalnemu tygodnikowi pisania na temat miejskiej spółki, w której redakcja doszukiwała się nieprawidłowości. Ostatecznie wyrok skasowano w drugiej instancji, ale tylko dzięki temu, że środowisko dziennikarskie podniosło raban, że się knebluje wolne media wpisując je na indeks. Dzisiaj, sędzia który dekadę temu słusznie uznał, że nie wolno nikogo stygmatyzować szpitalem psychiatrycznym, staje na stanowisku, że wolno dziennikarzowi zabronić interesowania się człowiekiem i tematem, a co za tym idzie, wykonywania swojej pracy. To trochę tak, jakby murarzowi zabronić stawiania ściany z pustaków na budowie, bo zleceniodawcy nie podoba się, że ten trzyma kielnię w lewej zamiast w prawej dłoni.

Jeśli Zbigniew Boniek wie, że to co pisze Piotr Nisztor to nieprawda, niech go pozywa do sądu z prywatnego aktu oskarżenia, co też, z tego co się orientuję, uczynił. Gdy sąd dopatrzy się przewiny dziennikarza, wyda wyrok. Ten uprawomocni się lub nie. I tyle. Nie do pomyślenia jest prewencyjne cenzurowanie prasy zakazem pisania bądź mówienia o tych albo tamtych, bo prowadzi to mnożenia się w przestrzeni publicznej świętych krów oraz brania pod but wolnej prasy. Niezależnie, czy prawicowej czy lewicowej, ale wolnej. I w obronie tego właśnie staję. Bez względu na to, czy pisze o sprawie Nisztor czy Urban. Żadnemu zabraniać pisania nie wolno. Już nie.

Boniek wojuje z Gazetą Polską

W miniona środę redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz zwołał konferencję prasową, na której poinformował, że przewodniczący I wydziału cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie, sędzia Rafał Wagner, 27 sierpnia wydał postanowienie zakazujące dziennikarzowi tej gazety Piotrowi Nisztorowi publikacji treści związanych ze Zbigniewem Bońkiem.

W „Gazecie Polskiej” w ostatnim czasie pojawiło się kilka artykułów na temat Zbigniewa Bońka i jego aktywności jako prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. Wszystkie były autorstwa Piotra Nisztora, który równolegle wszczął też swoistą kampanie przeciwko prezesowi PZPN za pośrednictwem Twittera, stawiając w swoich wpisach kłopotliwe pytania. Boniek długo nie reagował na te zaczepki, aż w końcu na Twitterze zapowiedział, że skieruje pozew do sądu przeciwko Nisztorowi i gazecie, w której publikuje. Do treści artykułów się nie ustosunkował, poza tym, że uznał je za niezgodne z prawdą. W środę 2 września Boniek triumfalnie poinformował, że sąd zakazał „Gazecie Polskiej” i Nisztorowi publikowania informacji na jego temat, a reprezentujący jego interesy mecenas Maciej Ślusarek wyjaśnił: „Sądowy zakaz dotyczy publikacji sugerujących związki pana Zbigniewa Bońka ze służbami komunistycznymi, przypisujące mu nieprawidłowości w zarządzaniu Polskim Związkiem Piłki Nożnej, w tym relacji gospodarczych PZPN z rodziną pana Bońka oraz nieprawidłowości podatkowe przy sprzedaży akcji Widzewa Łódź. Pan Boniek domaga się w pozwach przeprosin za te jego zdaniem nieprawdziwe informacje i całkowicie nieuprawnione sugestie oraz wpłaty wskazanych kwot na cel społeczny”.
Wraz z pozwami skierowano wnioski o zabezpieczenia powództwa. W zeszłym tygodniu sąd przychylił się do tych wniosków i decyzją podpisana przez sędziego Rafała Wagnera nakazał Nisztorowi i „Gazecie Polskiej Codziennie” usunięcie publikacji wskazanych w pozwach oraz zakazał zamieszczania przez 12 miesięcy kolejnych podobnych materiałów. W przypadku Piotra Nisztora zabezpieczenie obejmuje także jego profile w mediach społecznościowych. Mecenas Ślusarek przekonuje, że zabezpieczenie powództwa w formie zakazu publikacji jest regularnie stosowane przez sądy w sprawach o ochronę dóbr osobistych. „Trybunał Konstytucyjny rozstrzygając tę kwestię stwierdził, że tego rodzaju zabezpieczenia są zgodne z Konstytucją RP, nie są żadną formą cenzury, tylko koniecznością wynikającą z długotrwałości tego rodzaju postępowań. Natomiast nakazał dodanie przepisu wprowadzającego ograniczenie czasowe dla tego typu zakazów sądowych” – zapewnia Ślusarek.
Sam Boniek skomentował sprawę na Twitterze następująco: „Formą zabezpieczenia moich roszczeń jest nałożenie na wydawców i autora publikacji zakazu rozpowszechniania precyzyjnie określonych w postanowieniach sądów tez i informacji na mój temat, m.in. co do niegospodarnego sposobu zarządzania przeze mnie Związkiem oraz rzekomych powiązań mojej osoby z prześladowcami papieża Jana Pawła II oraz esbecją. Zarzuty wymienione w postanowieniach są nieprawdziwe, zmanipulowane i nie opierają się o jakiekolwiek wiarygodne źródła. Decyzje sądów zapadły zgodnie z zasadami prawa i są jedyną formą zabezpieczenia mojego dobrego imienia na czas długotrwałych postępowań sądowych”.
Nisztor zastosował się do zakazu, ale decyzję sądu uznał za „skrajny przykład złamania fundamentalnych zasad demokracji, poważnie ograniczający wolność słowa”. Jego zdaniem orzeczenie jest bulwersujące, bo w ramach zabezpieczenia sąd mógł zastosować znacznie łagodniejsze rozwiązanie, polegające choćby na opatrzeniu tekstów stosownymi oświadczeniami o trwającym sporze sądowym, co byłoby dla czytelnika dostatecznym sygnałem, że informacje lub oceny zawarte w prezentowanej treści są kwestionowane. „Sąd odbiera mi konstytucyjny obowiązek informowania społeczeństwa o funkcjonowaniu największego związku sportowego w Polsce oraz działaniach jego prezesa. PZPN zarządza przecież piłkarską reprezentacją Polski, będącą dobrem narodowym, a także odpowiada za cały system szkolenia decydujący potem o porażkach lub sukcesach naszej piłki. W interesie społecznym leży więc publikacja materiałów prasowych na temat PZPN i jego Prezesa, nawet jeśli zdaniem tych podmiotów są one kontrowersyjne” – przekonuje Nisztor.
Według danych ZKDP w czerwcu średnia sprzedaż „Gazety Polskiej” wynosiła 22 925 egzemplarze. Profil twitterowy Piotra Nisztora ma niewiele ponad 25 tysięcy obserwujących, a jego kanał na You Tube 1,4 tys.

Boniek ocenił elektorat prezydenta

Prezes PZPN Zbigniew Boniek po raz kolejny wywołał burzę na Twitterze. Tym razem nie zaczepił jednak celebryty, dziennikarza czy któregoś z polityków „lżejszego kalibru”, tylko skomentował wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich. Ale tak źle dobrał słowa, że jego wpis odebrano jako obraźliwy dla wyborców Andrzeja Dudy.

Boniek w swoim wpisie na Twitterze napisał: „Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska”. Prezes PZPN często wypowiada się na tym portalu społecznościowym i przez lata aktywności dorobił się ponad miliona odbiorców jego postów. Jego wypowiedź nie mogła zatem przejść bez echa, a już na pewno zlekceważona przez obóz polityczny obecnego prezydenta. Na Bońka głównie z tej strony sceny politycznej posypały się krytyczne opinie, głos zabrał nawet Jan Tomaszewski, kiedyś zawzięty antagonista Bońka, a dzisiaj jego gorący wielbiciel. Legendarny bramkarz to jednak także były poseł PiS-u, więc jego ocena nie mogła być pozytywna. „Uważam, że mój przyjaciel z boiska po prostu trochę przeholował. Mieszanie się prezesa największego sportowego związku do polityki jest niefortunne” – stwierdził Tomaszewski.
Ta lawina krytyki, także ze strony wielu zwykłych użytkowników Twittera, chyba trochę Bońka zaskoczyła, ale zareagował błyskawicznie udzielając w zaprzyjaźnionych mediach obszernych wywiadów. Na przykład w rozmowie z Cezarym Kowalskim z Polsatu Sport prezes PZPN tłumaczył się tak: „Ja przecież napisałem jedynie to co przeczytałem w gazecie. Że 70 procent elektoratu jednego z kandydatów to ludzie ze środowisk wiejskich, z podstawowym wykształceniem i emerytów. Przecież to nic obraźliwego, jedynie stwierdzenie faktu. Jesteśmy jednak tak podzieleni, że jakakolwiek ocena wywołuje lawinę emocji”.
Na wynik wyborów opinia Bońka raczej nie wpłynie, więc i jemu też zapewne specjalnie nie zaszkodzi. Póki w reprezentacji grają tacy znani na świecie gracze, jak Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny czy Arkadiusz Milik, politycy będą zabiegać o miejsca w lożach dla VIP-ów na Stadionie Narodowym. Barwy polityczne nie mają tu żadnego znaczenia. Boniek doskonale o tym wie, bo odkąd ma coś do powiedzenia w PZPN, trochę darmowych wejściówek różnym wpływowym osobom rozdał.

Musiał na Cracovii

Poniedziałkowy mecz Cracovii z Pogonią Szczecin (2:1) zakończył 33. kolejkę ekstraklasy. Wydarzeniem tego spotkania było to, że sędziował je krakowianin Tomasz Musiał. „Portowcy” nie musieli jednak obawiać się braku stronniczości z jego strony, bo to syn Adama Musiała, legendarnego lewego obrońcy „Orłów Górskiego” z MŚ’74, ale też piłkarza i trenera Wisły Kraków.

Sędziowie w PKO Ekstraklasy już od dawna są zawodowi, a wynagrodzenie dostają z kasy PZPN, więc ich terytorialna przynależność straciła na znaczeniu. Ale utrwalonych przez lata nawyków i obaw nie dało się łatwo wyeliminować. Paradoksalnie znakomitym pretekstem do podjęcia takiej próby stały się ograniczenia wprowadzone z powodu pandemii koronawirusa. Żeby skrócić ryzykowne podróże arbitrów po kraju prezes PZPN Zbigniew Boniek zdjął z Kolegium Sędziów obowiązek kierowania się eksterytorialnością przy ustalaniu obsady sędziowskiej na meczach. I tak warszawianin Tomasz Kwiatkowski już dwa razy prowadził mecze Legii przy Łazienkowskiej, a w 33. kolejce mecz na szczycie Legii z Piastem prowadził przecież Szymon Marciniak, który wprawdzie formalnie jest z Płocka, ale organizacyjnie przynależy do Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej. Wspomniany Tomasz Musiał w przeszłości był już arbitrem głównym spotkania rozgrywanego w Krakowie, ale wtedy prowadził mecz Wisły Kraków na jej stadionie.
Kiedy jednak jego nazwisko pojawiło się w sędziowskiej obsadzie meczu Cracovii z Pogonią, wśród sympatyków zespołu „Pasów” zagotowało się z oburzenia. Jak to, syn piłkarza i siatkarki Wisły, klubu który jest odwiecznym rywalem i największym wrogiem, ma być rozjemcą na stadionie przy Kałuży? Ale szef Kolegium Sędziów Zbigniew Przesmycki nie zważał na te protesty, chociaż pewnie miał świadomość, że jakiś ewentualny błąd Musiała na niekorzyść Cracovii może wywołać nietrudne do przewidzenia skutki.
Nic takiego na szczęście się nie zdarzyło. I to bynajmniej nie dlatego, że na trybunach stadionu przy Kałuży 1 pojawiło się niewiele ponad 2800 widzów. Po prostu 39-letni Tomasz Musiał sędziował w tym spotkaniu bez zrzutu, co zgodnie podkreślili po meczu trenerzy obu zespołów. „Sędziował bardzo dobrze, a miał kilka bardzo trudnych sytuacji do rozstrzygnięcia, choćby przy naszej drugiej bramce, ale nie tylko za to muszę go pochwalić. Po prostu dobrze prowadził mecz” – ocenił szkoleniowiec Cracovii Michał Probierz, a takie pozytywne opinie o pracy arbitrów nie są u niego częste. Podobna opinię wyraził opiekun „Portowców” Kosta Runjaić, chociaż jego zespół przegrał mecz mimo wyraźnej przewagi. „Nie mam żadnych zastrzeżeń do pracy sędziego. Dobrze wykonał swoją pracę” – stwierdził niemiecki trener.
Musiała pochwalił też jego bezpośredni przełożony, czyli szef Kolegium Sędziów Przesmycki. „Teraz mogę powiedzieć, że była to trochę ryzykowna decyzja, ale zanim ją podjąłem najpierw odbyłem z Tomkiem długą rozmowę. On mnie zapewnił, że czuje się na siłach poprowadzić ten mecz. Intensywny finisz sezonu i nadzwyczajne warunki dokończenia rozgrywek pomogły nam w przełamaniu oporów środowiska. Skoro odpowiedni arbiter był na miejscu w Krakowie, odpadła konieczność długiej podróży” – powiedział Przesmycki i zapewnił przy okazji, że kibice powinni zacząć się do takich sytuacji przyzwyczajać.
Zwłaszcza Cracovii, bo jest pomysł, żeby Musiał poprowadził także derby Krakowa. Zbigniew Boniek zaś stwierdził: „To krok w kierunku normalności i uznania profesjonalizmu sędziów. Oni chcą gwizdać jak najlepiej, a ich adres zamieszkania się nie liczy” – przekonuje sternik polskiego futbolu.
Wśród arbitrów wyznaczonych do prowadzenia meczów PKO Ekstraklasie jest w tej chwili sześciu, którzy pochodzą z miast mających swoje kluby w najwyższej lidze. Poza Kwiatkowskim (Warszawa) i Musiałem (Kraków) są to Zbigniew Dobrynin (Łódź), Szymon Marciniak (Płock), Paweł Raczkowski (Warszawa) i Dominik Sulikowski (Gdańsk). Żaden z nich do tej pory nie został wyznaczony do sędziowania meczu drużyny ze swojego miasta, ale teraz to już jest chyba tylko kwestią czasu.

Sędziowski skandal w I lidze

Rywalizacja w I lidze piłkarskiej zbliża się do finiszu i zaczynają się w niej dziać cuda. Ale takie „numery”, jaki zdarzył się w piątkowym meczu Zagłębia Sosnowiec z Odrą Opole (1:3), to nawet najstarsi górale nie pamiętają.

Walczący o utrzymanie w I lidze opolanie objęli prowadzenie już w 5. minucie po strzale znanego z występów w ekstraklasie (m.in. w Śląsku i Legii) 35-letniego weterana Arkadiusza Piecha. Do przerwy wynik nie uległ zmianie, ale po zmianie stron obie drużyny toczyły wyrównaną walkę. Do wspomnianej już kuriozalnej pomyłki arbitrów doszło w 55. minucie pomocnik gospodarzy Bartłomiej Babiarz, 31-letni piłkarz także mający w dorobku występy w ekstraklasie, zagrał bezmyślnie piłkę do bramkarza swojej drużyny, ale nie zauważył, że w polu karnym stoi Piech, który przejął podanie, przedryblował spokojnie rozpaczliwie interweniującego golkipera i posłał futbolówkę do pustej bramki. Gdyby dostał piłkę od któregoś z graczy Odry, byłby oczywisty spalony, ale piłkę zagrywał zawodni drużyny przeciwnej, a w takiej sytuacji spalonego rzecz jasna nie ma. Sędzia Piotr Urban miał jednak w tej kwestii odmienne zdanie i bramki… nie uznał. To dziwne, bo miał do pomocy dwóch asystentów – Tomasza Niemirowskiego i Jakuba Wójcika, a na dodatek przy linii bocznej jeszcze sędziego technicznego Sebastiana Jarzębaka. Cała czwórka miała do dyspozycji komunikatory, mogła się zatem wymienić opiniami, a wydaje się wręcz nieprawdopodobne, żeby chociaż jeden z tej czwórki nie widział, że piłkę do Piecha zagrał Babiarz, a nie któryś z zawodników Odry. Urban raz podjętej decyzji już jednak nie zmienił. Na szczęście dla niego Odra strzeliła jeszcze dwa gole – na 2:0 podwyższył Miłosz Trojak, a Piech trafił na 3:1. Sędzia Urban tłumaczył się po meczu tak: „Przed tym, jak piłka wpadła do bramki, był użyty gwizdek. Gdyby piłka wpadła do bramki, zaś gwiazdek zostałby użyty po tym fakcie, bramka zostałaby zdobyta prawidłowo. A tak odgwizdaliśmy spalonego”.
Nie powiedział jednak, czy widział, że Piech przejął piłkę po zagraniu rywala, a nie partnera z zespołu. Prezes PZPN Zbigniew Boniek na Twitterze zbagatelizował cała sytuację: „Niestety, sędzia gwizdnął przed tym, jak piłka wpadła do bramki (oczywisty błąd), więc nawet VAR by tutaj nie zadziałał. Dobrze, że drużyna pokrzywdzona i tak wygrała” – napisał prezes PZPN. A gdyby Odra przez taki błąd przegrała?

Piłkarze grają, a płace się mrożą

Piłkarze zespołów PKO Ekstraklasy szykują się do 28. ligowej kolejki. W środku tygodnia dołączyli do nich gracze I i II ligi, zatem wszystkie trzy zawodowe ligi w naszym kraju wróciły jakoś do życia po blisko trzech miesiącach bezruchu spowodowanego pandemią koronawirusa. Radość trwała jednak krótko, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek włożył kij w mrowisko sugerując, żeby redukcję zarobków piłkarzy wprowadzić na stałe.

Swój aktualny pogląd na kwestię zarobków piłkarzy w polskiej lidze prezes PZPN wyłożył w wypowiedzi opublikowanej na łamach „PS”. „W naszej piłce na epidemii najwięcej stracił PZPN – na dzień dobry 80 milionów złotych. Gdyby spotkało to któryś z klubów, byłby na łopatkach. My natomiast potrafiliśmy się zorganizować i jeszcze ponad 100 milionów złotych przeznaczyliśmy na pomoc w ramach tarczy. Kluby szybko ustaliły, że w czasie kryzysu piłkarze powinni zarabiać połowę pensji, a ja uważam, że trzeba by obniżyć wynagrodzenia na stałe. Wtedy chcieliby trenować trzy razy mocniej, by wyjechać za granicę i zarobić więcej. W Polsce wielu piłkarzy ma eldorado, zwłaszcza ci z Europy Środkowej i Bałkanów. Ci gracze są ważną częścią niektórych zespołów, ale nie sądzę, by pomagali nam w osiąganiu sukcesów w europejskich pucharach. Gdyby zarabiali mniej, nie przyjeżdżaliby do Polski tak chętnie” – stwierdził Boniek. Dodał też: „W Polsce piłkarze mają za dobrze. Wszyscy o nich dbają, od dziennikarzy po działaczy. Najlepiej, gdyby istniał przepis, że po pierwszej połowie można wymienić całą jedenastkę, żeby tylko nikt się nie spocił. W czasie pandemii zatroszczyliśmy o piłkarzy bardziej niż na przykład o lekarzy. Sportowcy są uprzywilejowaną grupą, która daje społeczeństwu dużo, ale też dostaje trzy razy więcej i powinna o tym pamiętać” – przekonuje sternik polskiego futbolu. Wskazał też klubowym włodarzom właściwy kierunek: „Pandemia pokazała, że niektóre kluby były zarządzane w sposób zbyt ryzykowny. Każdy chce zostać mistrzem, ale rezultat osiągnięty na boisku powinien być wynikiem rozsądnej strategii. Zamiast dwudziestu obcokrajowców, wolałbym trzech, czterech, którzy zarabialiby więcej, ale mogliby czegoś nauczyć młodych polskich piłkarzy. Chwalimy się, że nie mamy kominów płacowych. A ja uważam, że w taki sposób nie robi się poważnej piłki. W Bayernie, Juventusie czy Barcelonie piłkarze, którzy robią różnicę, zarabiają zdecydowanie więcej i to jest normalne” – mówi Zbigniew Boniek.
Na szczęście dla piłkarzy, opinie prezesa PZPN nie są stałe i ulegają częstej zmianie, w zależności od aktualnej sytuacji lub potrzeb. Teraz akurat taka potrzeba występuje, bo – przypomnijmy – kluby od blisko trzech miesięcy praktycznie nie zarabiają pieniędzy ze sprzedaży biletów, nie dostają ich też od sponsorów i telewizyjnych nadawców. Zawodnicy i trenerzy zgodzili się na obniżkę płac do 50 procent, ale tylko na czas przerwy w rozgrywkach. A ta przerwa właśnie się skończyła i już za czerwiec trzeba będzie im wypłacić pełne wynagrodzenia, co przy znacznie zmniejszonych wpływach mocno zrujnuje i tak już nadszarpnięte klubowe budżety.
Po drugiej stronie barykady są jednak dobrze zorganizowani i prawnie zabezpieczeni pracobiorcy, czyli piłkarze i trenerzy. FIFA i UEFA dały wprawdzie przyzwolenie na cięcie płac w czasie pandemii, lecz wyłącznie za zgodą zawodników. Po restarcie rozgrywek ustalenia sprzed kilku tygodni przestały obowiązywać i kluby będą musiały na nowo negocjować z piłkarzami i trenerami wysokość ich kontraktów. Boniek ma pewnie już jakąś wiedzę o rodzących się na tym tle napięciach, skoro zdecydował się zająć stanowisko w takiej drażliwej sprawie. PZPN w kwestiach płacowych niewiele ma do powiedzenia, bo to wewnętrzna sprawa klubów, widocznie jednak uznał, że jeśli jako szef związku rzuci hasło powszechnej i trwałej obniżki płac, to może trochę tym pomoże właścicielom klubów w negocjacjach. Szkoda tylko, że domagając się cięcia zarobków, skupił się tylko na piłkarzach. Sam przecież zarabia miesięcznie więcej niż większość graczy ekstraklasy, nie wspominając o niższych ligach, a taki ludzi jak on, zarabiających wielkie pieniądze w polskim futbolu bez konieczności kopania piłki i narażania zdrowia, jest więcej niż samych piłkarzy.
Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to temat wymagający otwartej dyskusji, ale w Polsce o pieniądzach, szczególnie własnych, nikt nie lubi publicznie rozmawiać. Sprawa zostanie więc pewnie załatwiona po cichu, co oznacza, że ktoś zostanie pokrzywdzony.

Zestaw par 28. kolejki:
Piątek: Korona Kielce – Piast Gliwice, godz. 18:00; Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk, godz. 20:30.
Sobota: Jagiellonia Białystok – Wisła Płock, godz. 15:00; Zagłębie Lubin – Lech Poznań, godz. 17:30; Pogoń Szczecin – Cracovia, godz. 20:00.
Niedziela: Raków Częstochowa – ŁKS Łódź, godz. 12:30; Arka Gdynia – Śląsk Wrocław, godz. 15:00; Wisła Kraków – Legia Warszawa, godz. 17:30.

PZPN przerwał wojnę Hutnika z Motorem

Prowadzący rozgrywki w grupie 4. III ligi Lubelski Związek Piłki Nożnej arbitralnie postanowił przyznać awans do wyższej ligi zajmującemu drugą lokatę Motorowi Lublin. Operację przeprowadzono kosztem lidera grupy, Hutnika Kraków, co wywołało histeryczną reakcję w krakowskim klubie oraz Małopolskim ZPN. Zanim jednak zrobiła się z tego większa afera, awanturę zdusił w zarodku prezes PZPN Zbigniew Boniek. Na jego polecenie Komisja ds. nagłych PZPN postanowiła przyznać też awans Hutnikowi. To oznacza, że w nowym sezonie w II lidze zagra 19 zespołów.

Sprawa krzywdzącego dla Hutnika werdyktu zbulwersowała futbolowe środowisko, chociaż już na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest jednoznacznie krzywdząca dla krakowskiego klubu. Przypomnijmy: w monecie zawieszenia rozgrywek w 4. grupie III ligi, co nastąpiło w marcu po rozegranej 7 i 8 marca 19. kolejce, liderem był Hutnik Kraków, a Motor zajmował drugą lokatę. Oba zespoły miały tyle samo punktów (po 36), ale wedle zapisów regulaminu rozgrywek, w takiej sytuacji o kolejności przesądzał bilans bezpośrednich spotkań, a w drugiej kolejności bilans bramkowy. W pierwszym przypadku górą był Hutnik, bowiem w jedynym spotkaniu rozegranym z Motorem wygrał na swoim boisku 1:0. Rewanżu na terenie lubelskiego zespołu już nie zdążono rozegrać, zatem ten przepis regulaminu był z kolei krzywdzący dla drużyny Motoru.

Liga czterech województw

W grupie 4. III ligi rywalizują zespoły z czterech województw, więc rozgrywki prowadzone są rotacyjnie przez działające na ich terenie Małopolski ZPN, Świętokrzyski ZPN, Podkarpacki ZPN oraz Lubelski ZPN, któremu właśnie w tym sezonie przypadła rola administratora. Po ogłoszeniu decyzji o niewznawianiu przerwanych z powodu pandemii koronawirusa zmagań w niższych ligach, władze PZPN pozostawiły lubelskim działaczom decyzję o wytypowaniu zespołu, któremu przypadnie awans do II ligi (to trzeci poziom rozgrywek w naszym kraju).
Zanim nad sprawą pochylili się działacze Lubelskiego ZPN, swoje racje wygłosili prezesi obu zainteresowanych klubów. Paweł Majka (Motor): „Owszem, Hutnik jest liderem po 18 kolejkach, ale to nie jest ostateczna tabela. Przecież drugi mecz miał być grany u nas, a my mamy mocniejszy zespół. Ale to sprawa drugorzędna, bo skoro nie ma rozegranych dwóch spotkań, to nie mogą decydować mecze bezpośrednie, tylko bilans bramkowy. A my mamy lepszy”.
Prezes Hutnika, Artur Trębacz, miał rzecz jasna zdanie odmienne: „Dla nas sytuacja jest jasna. W tabeli, którą opublikował Lubelski Związek Piłki Nożnej, to my jesteśmy liderem. Mamy opinię czterech niezależnych kancelarii prawnych i one nie zostawiają pola do interpretacji. Liderem jesteśmy my i to my powinniśmy awansować”.
Nie ulega wątpliwości, że rację miały obie strony, ale pewnie gdyby administratorem rozgrywek w tym sezonie były Podkarpacki ZPN lub Świętokrzyski ZPN, w tej sytuacji prawdopodobnie ich działacze trzymaliby się litery prawa i decyzję podjęli w duchu ustalonego regulaminu.


W Lublinie potrzebowali awansu

Arena Lublin to nowoczesny stadion na 15 tysięcy widzów, zbudowany w latach 2012-2014 od podstaw za pieniądze z budżetu miasta, z którego wysupłano na ten cel 160 mln złotych. To jest obiekt na poziomie ekstraklasy, z której Motor po raz ostatni i jak na razie bezpowrotnie spadł w 1992 roku. Jego powstanie było wyrazem aspiracji lubinian do odzyskania miejsca w najwyższej klasie rozgrywkowej. Z planów budowy silnej drużyny sześć lat temu nic jednak nie wyszło, bo deklarujący wstępnie chęć zainwestowania w klub biznesmeni, wśród których był nawet jeden z naszych największych rekinów giełdowych Zbigniew Jakubas, ostatecznie zrejterowali. Teraz jednak znowu pojawiły się plotki, że Jakubas rozważa samodzielne przejęcie Motoru. Jeśli jest w nich coś na rzeczy, to decyzja działaczy Lubelskiego ZPN nabiera innego sensu.
Pomagając w awansie najpopularniejszemu klubowi w regionie być może chcieli w ten sposób zachęcić potężnego inwestora do podjęcia ostatecznej decyzji. Ale to z pewnością nie jedyny powód. Mówi sie, że prezes Lubelskiego ZPN Zbigniew Bartnik, który ponownie kandyduje na to stanowisko, jest byłym trenerem i działaczem Motoru, więc miał podwójny interes w przeforsowaniu korzystnej dla tego klubu uchwały. Gdyby zadziałał na niekorzyść Motoru, na reelekcję nie miałby większych szans.
Decyzja o przyznaniu awansu Motorowi wywołała rzecz jasna gigantyczne niezadowolenie w Małopolskim ZPN, którego prezes, Ryszard Niemiec, sam kiedyś w niewiele mniej kontrowersyjny sposób wspierający w walce o awans Cracovię, z miejsca zagroził konsekwencjami prawnymi. Pozwami sądowymi postraszył też oczywiście prezes Hutnika, zapowiadało się zatem na karczemną awanturę, jakiej już dawno w polskim futbolu nie było.

Boniek wkracza do akcji

Dla najważniejszego obecnie człowieka w PZPN, czyli prezesa Bońka, takie trudne sprawy to kaszka z mleczkiem. Na jego wniosek Komisja d. Spraw Nagłych błyskawicznie zawyrokowała, że awans należy przyznać też Hutnikowi, nie bacząc na fakt, że ta decyzja spowoduje potężny bałagan w nowym sezonie, bo w II lidze będzie musiało grać 19 zespołów. Ale za rok spadnie pięć drużyn i sytuacja wróci do normy, czyli liga ponownie będzie 18-zespołowa.
Prezes krakowskiego klubu w jednej z publicznych wypowiedzi przyznał, że tę dobrą wiadomość jako pierwszy obwieścił mu Marek Koźmiński, obecnie wiceprezes PZPN ds. szkolenia oraz prawa ręka Bońka, ale także jak na razie jedyny kandydat w wyborach na nowego prezesa związku, który oficjalnie chęć kandydowania ogłosił. Być może niepotrzebnie, bo wybory decyzją ministerstwa sportu można legalnie przesunąć o rok, a być może przez ten czas dojdzie do zmiany przepisu o dwukadencyjności i Boniek nie będzie musiał oddawać tej posady, do której już mocno się przywiązał.
Tak czy owak ten duet gra teraz w PZPN pierwsze skrzypce i może załatwić praktycznie każdą sprawę, a co dopiero jakiś nieistotny spór na czwartym poziomie ligowych rozgrywek, bo tak sytuuje się obecnie III liga. I pewnie na tę równie arbitralną jak Lubelskiego ZPN decyzję nie miał wpływu fakt, iż Koźmiński jest wychowankiem Hutnika. W nim zaczynał w 1980 roku jako trampkarz, w jego barwach grał w ekstraklasie w latach 1989-1992 i stąd wyruszył do włoskiej Serie A, gdzie zrobił przyzwoitą karierę jako piłkarza Udinese, Bresci i Ancony.