Euro 2020/21: Gaże trenerów są miarą aspiracji pracodawców

Selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa pod względem zarobków sporo odstaje od najlepiej opłacanych trenerów finalistów mistrzostw Europy. Ale od połowy z nich ma dużo wyższe wynagrodzenie.

W tegorocznym turnieju najlepsza drużyna narodowa na naszym kontynencie zostanie wyłoniona po raz szesnasty. Tytuły w 15 poprzednich edycjach wywalczyło 10 reprezentacji, z których do Euro 2020/21 nie zakwalifikowała się jedynie Grecja (triumfator z 2004 roku). Pozostałych dziewięciu mistrzów Europy zagra o kolejny laur. Najbardziej utytułowane są zespoły Niemiec (mistrzostwo w 1972, 1980 i 1996) oraz Hiszpanii (mistrzostwo w 1964, 2008 i 2012). Francja wygrywała dwukrotnie (1984, 2000), a po jednym tytule mają ekipy Włoch (1968), Czechosłowacji (1976), Portugalii (2016), Holandii (1988), Danii (1992) i ZSRR (1960).
Jeśli spojrzymy na zarobki trenerów 24 drużyn uczestniczących w tegorocznych mistrzostwach Europy, to wychodzi na to, że najwięcej od swojej ekipy oczekują Niemcy, bo to Joachim Loew z zarobkami w wysokości 4 750 000 euro otwiera listę płac szkoleniowców, którzy poprowadzą zespoły w turnieju Euro 2020/21. Niewiele mniej od niego zarabia Didier Deschamps, selekcjoner największego faworyta mistrzostw, reprezentacji Francji, któremu płacą rocznie 4 390 000 euro. Na trzecim miejscu podium uplasowali się trenerzy reprezentacji Anglii Gareth Southgate i Holandii Frank de Boer, którym ich macierzyste federacje płacą za rok pracy po 3 000 000 euro. Na piątym miejscu znalazł się selekcjoner reprezentacji Rosji Stanisław Czerczesow z roczną gażą w wysokości 2 500 000 euro, a dopiero szóstą lokatę z pensją 2 250 000 euro zajmuje trener broniącej tytułu ekipy Portugalii Fernando Santos. Za nim z zarobkami 2 000 000 euro uplasował się szkoleniowiec zespołu Włoch Roberto Mancini, który w Top 10 zestawienia wyprzedził selekcjonera reprezentacji Hiszpanii Luisa Enrique (1 500 000 euro), selekcjonera kadry Szwajcarii Vladimira Petkovica (1 320 000 euro) i trenera Belgii Roberto Martineza (1 200 000 euro).
Portugalski selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa znalazł się na 12. pozycji z gażą 850 000 euro. W stawce wyprzedził go trener Turcji Shenol Gunesh (1 000 000 euro), ale za plecami szkoleniowca biało-czerwonych znalazło się aż 12 szkoleniowców: Andrij Szewczenko (Ukraina) – 700 000 euro, Zlatko Dalic (Chorwacja) – 550 000, Robert Page (Walia) – 500 000, Janne Andersson (Szwecja) – 450 000, Steve Clark (Szkocja) – 420 000, Franco Foda (Austria) – 350 000, Jaroslav Silhavy (Czechy) – 300 000, Marco Rossi (Węgry) – 300 000, Kasper Hjulmand (Dania) – 270 000, Markku Kanerva (Finlandia) – 190 000, Stefan Tarkovic (Słowacja) – 180 000 i Igor Angelovski (Macedonia) – 90 000 euro. Polska gra w jednej grupie z Hiszpanią, Szwecją i Słowacją. Zatem w myśl powiedzenia – jaka płaca, taka praca, możemy oczekiwać, że nasza drużyna pod wodzą Paulo Sousy zajmie co najmniej drugie miejsce, za Hiszpanią, i awansuje do 1/8 finału.

Z życia PZPN: Kadra Paulo Sousy w cieniu wyborczej walki

Reprezentacja Polski na zgrupowaniu w Opalenicy wreszcie w minionym tygodniu mogła skupić się na solidnym treningu. Na pełnych obrotach nie ćwiczyli jedynie Arkadiusz Milik i Dawid Kownacki. W medialnych przekazach problemy trenera Paulo Sousy przegrywały jednak z informacjami o kandydatach do wyborczej walki o schedę po prezesie PZPN Zbigniewie Bońku.

W lutym ubiegłego roku jako pierwszy swoją kandydaturę w wyborach na nowego prezesa PZPN zgłosił Marek Koźmiński i aż do minionego piątku nikt inny oficjalnie nie poszedł w jego ślady. W końcu zdecydował się na to prezes Jagiellonii Białystok Cezary Kulesza, a nad ogłoszeniem takiej decyzji zastanawia się ponoć także Paweł Wojtala, prezes Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. Kandydatury można jednak składać do 17 sierpnia tego roku, a zjazd wyborczy ma się odbyć dzień później. Każdy z kandydatów musi jednak wykazać się co najmniej 15 głosami poparcia, których mogą udzielić kluby ekstraklasy, 1. ligi oraz wojewódzkie związki. Scena wyborcza w PZPN od lat pozostaje niezmienna: delegatów z prawem głosu na zjeździe jest 118, w tym 60 głosów mają działacze wojewódzkich ZPN, 32 głosy mają kluby PKO Ekstraklasy, 18 głosów kluby 1. ligi, trzy głosy ma Stowarzyszenie Trenerów, po dwa piłka kobieca i futsal, a jeden głos należy do Kolegium Sędziów.
Jeszcze pół roku temu Boniek na swojego następcę otwarcie wskazywał Koźmińskiego, który w jego ekipie w dwóch kadencjach był wiceprezesem – w pierwszej do spraw zagranicznych, zaś w drugiej do spraw szkolenia. Ale po kwietniowych wyborach do Komitetu Wykonawczego UEFA, w których nie tylko został wybrany na drugą kadencję, lecz także awansował na stanowisko wiceprzewodniczącego, Boniek zmienił zdanie i nieoficjalnie ogłosił neutralność w kwestii wyboru swojego następcy. Niewykluczone, że zachęcił tym Kuleszę do wejścia w wyborcze szranki, a gdy prezes Jagiellonii (już były, bo po ogłoszeniu decyzji o kandydowaniu zrzekł się wszelkich funkcji w białostockim klubie) w końcu wyszedł z cienia i ogłosił swoje zamiary, Boniek za pośrednictwem mediów społecznościowych oświadczył: „Nie popieram nikogo. Zarówno Marek, jak i Czarek byli wiceprezesami w moim zarządzie, za obu trzymam kciuki”. Ale gdy w medialnej przestrzeni pojawiła się plotka o wyborczych przymiarkach Wojtali, nie odmówił sobie na Twitterze złośliwej uwagi: „Trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo pomysłów do 18 sierpnia będzie wiele… Szkoda, ze nie zrealizowałem planu Wojciechowskiego – rozdać pieniądze i zaciągnąć kredyty… Ciężko byłoby o kandydatów”.
Koźmiński nie wykorzystał czasu, gdy był jedynym oficjalnym kandydatem chętnym do przejęcia schedy po Bońku. Owszem, udzielił kilku wywiadów, w których rzucił kilkoma ogólnikami, ale jego oferta programowa daje się zawrzeć w jednym zdaniu, które sformułował już półtora roku temu: „Jeśli zostanę wybrany, to postawię na drogę ewolucji. Żaden z projektów zaczętych za kadencji Zbigniewa Bońka nie zostanie zatrzymany, bo uważam, iż wszystkie są dobre. Trzeba je tylko usprawniać, polepszać. Oczywiście mam też swoje inne pomysły, do których będę chciał przekonać ludzi” – powiedział w wywiadzie dla portalu Interia w lutym 2020 roku.
Kulesza zapewnia, że w ostatnich miesiącach objechał Polskę wzdłuż i wszerz, odbywając wiele rozmów i za każdym razem wracał do Białegostoku z przekonaniem, iż cieszy się rosnącym poparciem środowiska. Swoja kandydaturę reklamuje zaś tak: „Znam piłkę od podszewki. Mam do niej serce. I chcę zrobić dla niej coś dobrego. Przygotowałem program oparty na czterech filarach: szkolenie, wsparcie, integracja oraz profesjonalizacja. Będziemy to szczegółowo prezentować w najbliższych tygodniach. Nie będę jednak ukrywał, że priorytetem jest dla mnie udoskonalenie szkolenia”.
W piłkarskim środowisku panuje opinia, że gdyby wybory odbyły się już dzisiaj, Kulesza byłby murowanym faworytem do zwycięstwa. Ale do wyborów jest jeszcze ponad dwa miesiące czasu, a po drodze mamy mistrzostwa Europy. Nie ulega wątpliwości, że wynik uzyskany w tej imprezie przez reprezentację może mieć rozstrzygające znaczenie. W przypadku sukcesu, a za taki zostanie uznana powtórka wyniku z Euro 2016, czyli awans do 1/4 finału, najmocniejsze karty w ręku będą mieli ludzie z obecnej ekipy Zbigniewa Bońka, a tasować będzie je odchodzący ze stanowiska prezes. Tylko w przypadku spektakularnej klęski do wyborczej walki włączą się przyczajeni w tej chwili oponenci obecnej ekipy, bo tylko wtedy będą mieli jakieś szanse na odsunięcie ludzi Bońka od władzy. Ciekawe czy trenujący w pocie czoła w Opalenicy reprezentanci Polski mają świadomość, że od ich postawy w turnieju Euro 2020/2021 tak dużo dla tak niewielu ludzi zależy. Mecz towarzyski z Rosją pokazał, że Paulo Sousa potrafi wycisnąć z wybranej przez siebie grupy polskich piłkarzy zaskakująco duży potencjał. We wtorkowym meczu z Islandią powinien pokazać nam już zespół, z którym zamierza powalczyć w mistrzostwach Europy o coś więcej, niż tylko wyjście z grupy.

Euro 2021: UEFA narobiła bałaganu

UEFA w minionym tygodniu odebrała Bilbao i Dublinowi rolę gospodarzy turnieju Euro 2021. Akurat w tych dwóch miastach swoje mecze miała rozegrać reprezentacja Polski – w Bilbao biało-czerwoni mieli zmierzyć się z Hiszpanią, a w Dublinie ze Szwecją i Słowacją. Wiadomo już, że z Hiszpanami nasza drużyna zagra w Sewilli, a ze Szwedami i Słowakami w Petersburgu.

W piątek przed południem prezes PZPN Zbigniew Boniek puścił w świat informację, że władze UEFA już oficjalnie przeniosły mecze grupowe Polaków w mistrzostwach Europy. Zamiast w Dublinie i Bilbao nasza reprezentacja zagra w Sewillii i Petersburgu. Bilbao i Dublin straciły status gospodarzy Euro 2021 dlatego, że nie były w stanie zagwarantować wpuszczenia na trybuny ograniczonej liczby widzów – na co najmniej 25 procent miejsc. W związku z tą zmianą PZPN zrewidował też swoje wcześniejsze postanowienia związane z wyborem bazy dla reprezentacji Polski i odwołał rezerwację dokonaną w hotelu Portmarnock Hotel & Golf Links pod Dublinem. „Teraz, gdy już wiemy gdzie zagramy, na pewno zmienimy bazę i nie będzie to Irlandia. Na stole są różne scenariusze. Gdy już będą oficjalne decyzje, o wszystkim poinformujemy” – na gorąco informował media rzecznik związku i reprezentacji Jakub Kwiatkowski.
Ale spekulacji to nie ucięło. Wedle nieoficjalnych jak na razie informacji pracownicy PZPN dokonali już rezerwacji hotelu Radisson Blu w Sopocie, w którym drużyna mieszkała podczas zgrupowania w październiku ub. roku przed meczami z Finlandią, Włochami oraz Bośnią i Hercegowiną. Kadra ma mieszkać w Sopocie, ale trenować będzie na stadionie Lechii Gdańsk, na którym w maju zostanie położona nowa murawa, bo obiekt ten będzie jak wiadomo areną finałowego meczu Ligi Europy. Natomiast na mecze w mistrzostwach Europy w Petersburgu i Sewilli biało-czerwoni latać będą z lotniska w Gdańsku. Miejmy nadzieję, że gdański port lotniczy będą wykorzystywać do podróży także na spotkania w kolejnych fazach turnieju.
Wcześniej jednak kadra Polski ma spotkać się w Opalenicy. To tamtejszym ośrodku 24 maja rozpocznie się zgrupowanie biało-czerwonych, w trakcie którego rozegrają dwa spotkania towarzyskie – z Rosją we Wrocławiu (1 czerwca) oraz z Islandią w Poznaniu (8 czerwca). Pierwszy mecz grupowy w turnieju Euro 2021 nasza reprezentacja rozegra 14 czerwca w Petersburgu ze Słowacją, potem czeka ją wyprawa do Sewilli na mecz z Hiszpanią (19 czerwca), a na koniec grupowych zmagań zmierzy się ponownie w Petersburgu ze Szwecja (23 czerwca).
Na razie jednak nic na sto procent nie jest przesądzone, a będzie dopiero po oficjalnym komunikacie ogłoszonym przez Polski Związek Piłki Nożnej. Chociaż wybór Gdańska na założenie bazy wypadowej na Euro 2021 po zamianie gospodarzy meczów z udziałem naszej drużyny trudno zakwestionować. Rzut oka na mapę Europy wystarczy by dostrzec, że chociaż Sewillę i Petersburg dzieli ponad cztery tysiące kilometrów, to akurat Gdańsk leży mniej więcej pośrodku drogi między tymi miastami, zatem trudno wybrać sensowniejsze usytuowanie bazy dla zespołu, który będzie musiał najpierw zagrać w Petersburgu, potem w Sewilli, a następnie znów w Petersburgu.
Ale trzeba pamiętać, że na pewno swoje trzy grosze co do wyboru miejsca na bazę będzie chciał wtrącić portugalski selekcjoner biało-czerwonych Paulo Sousa, a pewnie i prezes PZPN Zbigniew Boniek zechce mieć w tej kwestii ostatnie słowo. Decyzja musi jednak zapaść względnie szybko i pewnie zapadnie, bo w czym jak w czym, ale w takich organizacyjnych sprawach nasza federacja za rządów Bońka nie prowadziła żadnych społecznych konsultacji.
Dla przypomnienia: tegoroczne mistrzostwa Europy są imprezą przełożoną z powodu pandemii z poprzedniego roku. W turnieju organizowanym w 12 europejskich miastach rywalizować będą 24 drużyny podzielone na sześć czterozespołowych grup. Biało-czerwoni trafili do grupy z zespołami Hiszpanii, Szwecji i Słowacji. Najbardziej utytułowaną w mistrzostwach Europy ekipę w tym towarzystwie mają Hiszpanie, którzy triumfowali w kontynentalnym czempionacie trzykrotnie (1964, 2008, 2012), a raz zdobyli tytuł wicemistrzowski (1984). Szwedzi mają w dorobku półfinał osiągnięty w 1992 roku, a Słowacy w 2016 roku zakończyli rywalizację w 1/8 finału. Najlepszy wynik naszej reprezentacji to awans do ćwierćfinału w turnieju Euro 2016, w którym w rzutach karnych przegrała Portugalczykami, późniejszymi triumfatorami imprezy rozgrywanej na francuskich stadionach.
Warto też zauważyć, że występ biało-czerwonych w obecnych finałach mistrzostw Europy jest czwartym z rzędu w tej imprezie. Jak nie szło naszym piłkarzom, to nie szło do pierwszych 12 turniejów się nie zakwalifikowali. Ale potem awansowali na Euro 2008, gościli Euro 2012 i pięknie zagrali na Euro 2016. Pora teraz wywalczyć w końcu jakiś medal.

Boniek został wiceprezydentem

Po blisko dziewięciu latach autorytarnych rządów prezes PZPN Zbigniew Boniek nie ma w krajowym futbolu zbyt wielu lojalnych zwolenników. Ale już nie musi obawiać się ewentualnej zemsty swoich oponentów, bo gdy w sierpniu tego roku będzie oddawał władzę w polskim futbolu, znajdzie się po ochroną immunitet jaki daje funkcja wiceprezydenta UEFA.

Komitet Wykonawczy Europejskiej Unii Piłkarskiej to najwyższy organ wykonawczy tej organizacji. Boniek został jego członkiem w 2017 roku, a teraz podczas odbywającego się w Montreaux kongresu UEFA ubiegał się o reelekcję. W skład Komitetu Wykonawczego wchodzą: prezydent UEFA (jest nim obecnie Słoweniec Alexander Ceferin), 16 członków wybranych przez Kongres UEFA (w tym pięciu wiceprezydentów), dwóch przedstawicieli Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA) oraz jednego delegata Lig Europejskich (EL). Kadencja członków Komitetu Wykonawczego trwa cztery lata, ale co dwa lata wybiera się połowę tego gremium. Tym razem o osiem z 16 miejsc ubiegało się dziewięciu kandydatów, w tym niektórzy w ramach reelekcji. Oprócz Bońka, który otrzymał 47 głosów, ponownie wybrano Szweda Karla-Erika Nilssona (52 głosy), Anglika Davida Gilla (48), Niemca Rainera Kocha (47) i Turka Serveta Yardimciego (47). Natomiast z po raz pierwszy wybrani zostali Włoch Gabriele Gravina (53), Rosjanin Aleksander Diukow (50) i Holender Just Spee (31). W głosowaniu przepadł natomiast kandydat z Belgii Mehdi Bayat, który zebrał jedynie 14 głosów.
Boniek zasiada w Komitecie Wykonawczym od 2017 roku, teraz wybrano go na kolejną czteroletnią kadencję. Ale to nie był jedyny splendor jakiego doświadczył podczas kongresu obecny sternik polskiego futbolu, bo wybrano go także na jednego z wiceprezydentów UEFA. „Cieszę się, że moja czteroletnia praca w Komitecie Wykonawczym, projekty, jakie zgłaszałem, zostały docenione i wybrano mnie na jednego z wiceprezydentów UEFA. To chyba najlepsza forma docenienia czyjejś pracy. Dostałem 87 procent głosów, choć nie prowadziłem żadnej kampanii wyborczej” – przyznał Boniek w rozmowie z portalem Interia.pl.

Wiceprezydentów UEFA jest sześciu: Szwed, Karl-Erik Nilsson, Polak, Węgier Sandor Csanyi, Portugalczyk Fernando Gomes, Hiszpan Luis Rubiales i Anglik David Gill. Pozostali członkowie Komitetu Wykonawczego to: Francuzka Florence Hardouin, Albańczyk Armand Duka, Rosjanin Alexander Djukow, Włoch Gabriele Gravina, Niemiec Rainer Koch, Duńczyk Jesper Moeller, Ukrainiec Andrij Pawlenko, Holender Just Spee, Chorwat Davor Suker, Turek Servat Yardimci, Niemiec Karl-Heinz Rummenigge, Katarczyk Nasser Al-Khelaifi i Hiszpan Javier Tebas. Ta grupa ludzi ma dużą władzę, ponieważ najważniejsze decyzje – choćby o formatach rozgrywek – zapadają właśnie na posiedzeniach Komitetu Wykonawczego UEFA, a nie na kongresach z udziałem przedstawicieli wszystkich 55 europejskich federacji.

Do obowiązków Komitetu Wykonawczego należy np. wybór organizatorów najważniejszych imprez, w tym mistrzostw Europy, finałów Ligi Mistrzów i Ligi Europy, ale także m.in. rozdział środków pomocowych. Boniek jest pierwszym Polakiem w Komitecie Wykonawczym UEFA. Przed nim działaczem tego szacownego gremium był zmarły w 2015 roku w wieku 95 lat wybitny działacz sportowy Leszek Rylski, który we władzach Europejskiej Unii Piłkarskiej zasiadał w latach 1956-1964 oraz 1966-1968).
Boniek kilka tygodni obchodził 65. urodziny, wszedł zatem w wiek emerytalny, lecz od razu zapowiedział, że jeszcze na emeryturę się nie wybiera. Wiadomo już od dawna, że 18 sierpnia tego roku przestanie pełnić funkcję prezesa PZPN, a chociaż jest niezłym graczem w wyborczych szrankach, ma raczej znikome szanse na utrzymanie dotychczasowej dominującej pozycji na szczycie futbolowej hierarchii. Nawet gdyby w wyborach zwyciężyli ludzie z jego obecnej ekipy. Nie ma w tym względzie chyba żadnych złudzeń, bo w końcu sam ma na sumieniu mnóstwo niedotrzymanych obietnic wygłaszanych przy okazji licznych wyborczych potyczek o władzę w PZPN, którą w końcu udało mu się zdobyć dopiero w 2012 roku, gdy zmęczone nagonka medialną futbolowe środowisko po czterech latach rządów ekipy Grzegorza Lato uznało, że wybór Bońka na prezesa związku będzie dla wszystkich „mniejszym złem”.
Nowy prezes przez dziewięć lat rządził żelazną ręką, ale swoje zadanie spełnił, bo faktycznie pod jego ręką PZPN przestał być bębnem, w który bezkarnie walić mógł każdy, kto tylko chciał. Ale chociaż otoczył siedzibę związku murem tajemnicy, to wiadomo przecież, że niektórych spraw ukryć nie zdoła i niewykluczone, że nowi włodarze zechcą to i owo wywlec na światło dzienne. Na przykład zarobki prezesa Bońka i jego najbliższych współpracowników, albo coś jeszcze bardziej ludzi drażniącego.
Jako wiceprezydent UEFA Boniek będzie miał dość władzy i wpływów, by nawet najbardziej zawziętym oponentom wybić z głowy takie szkodliwe wizerunkowo akcje. Tym bardziej, że nie będzie już w żaden sposób finansowo zależy od kaprysów nowych władz PZPN. Wedle nieoficjalnych informacji jako zastępca prezydenta Ceferina Boniek będzie zarabiał co najmniej 250 tys. euro rocznie, czyli około 1,12 mln złotych. W porównaniu z gażą prezesa PZPN to pewnie sporo mniej, ale robota dużo spokojniejsza. No i z Rzymu do Nyonu jest dwa razy bliżej niż z Rzymu do Warszawy.

48 godzin sport

Leon zagrał dla Heynena
Kapitalny występ zanotował Wilfredo Leona w drugim meczu finałowym włoskiej Serie A. Siatkarz reprezentacji Polski zdobył 38 punktów, a jego zespół, Sir Safety Conad Perugia, pokonała na wyjeździe Cucine Lube Civitanova 3:2 i wyrównał stan rywalizacji „do trzech zwycięstw” na 1-1 (wcześniej, w poprzednią środę, zespół z Perugii przegrał u siebie z Cucine Lube 1:3, a dzień później władze klubu zwolniły trenera Vitala Heynen, którego miejsce zajął jego asystent Carmine Fontana).

Mourinho stracił posadę
Tottenham Hotspur potwierdził medialne doniesienia o zmianie trenera. „Klub może dziś ogłosić, że Jose Mourinho i jego sztab trenerski – Joao Sacramento, Nuno Santos, Carlos Lalin i Giovanni Cerra zostali zwolnieni ze swoich obowiązków” – podano w oświadczeniu opublikowanym na oficjalnym profilu Tottenhamu na Twitterze. Do końca obecnych rozgrywek zespół „Kogutów” poprowadzi duet Ryan Mason – Chris Powell. Kontrakt Portugalczyka z Totttenhamem wygasał dopiero z końcem czerwca 2023 roku, ale właściciel londyńskiego klubu Daniel Levy zdecydował o przedwczesnym zakończeniu współpracy z 58-letnim Mourinho. Słynny „The Special One” przejął ekipę Tottenhamu w listopadzie 2019 roku, zastępując na stanowisku menadżera Mauricio Pochettino (obecnie prowadzi Paris Saint-Germain). W tym sezonie po 32 kolejkach „Spurs” zajmują dopiero 7. miejsce.

Zaczną sezon w Niżnym Tagile
Podczas narady komisji skoków narciarskich FIS ustalono kalendarz na przyszły sezon Pucharu Świata, w którym odbędą się także igrzyska olimpijskie w Pekinie oraz mistrzostwa świata w lotach na mamuciej skoczni w Vikersund. Zmagania w Letniej Grand Prix rozpoczną się 17 lipca w Wiśle, a finał zaplanowano na początku października na dużej skoczni w Klingenthal. Inauguracja zmagań w zimowym Pucharze Świata ma odbyć się w przedostatni weekend listopada w Niżnym Tagile. Tym samym po raz pierwszy od czterech lat skoczkowie nie zaczną sezonu w Wiśle. Na skoczni im. Adama Małysza zawody odbędą się w dniach 4-5 grudnia, natomiast konkursy w Zakopanem zaplanowano w dniach 15-16 stycznia 2022 roku. Od 4 lutego zacznie się walka o medale olimpijskie w Pekinie, która zakończy się 20 lutego.

Polka mistrzynią Europy w judo
Beata Pacut zdobyła złoty medal w kategorii do 78 kg podczas rozgrywanych w Lizbonie mistrzostw Europy w judo. 25-letnia zawodniczka jest piątą Polką, która wywalczyła indywidualne mistrzostwo naszego kontynentu, a pierwszą od 2002 roku, gdy po złoty medal sięgnęła Adriana Dadci. A przed nią mistrzowskie tytuły zdobywały: Bogusława Olechnowicz (1985, 1987, 1992), Beata Maksymow (1986, 1991, 1997) i Ewa Krause (1994).

Triumf koszykarek Arki
Koszykarki VBW Arki Gdynia zdobyły mistrzostwo Polski pokonując w piątym meczu finału CCC Polkowice 97:69. To 13. w historii triumf tej drużyny w ligowych rozgrywkach.

Boniek ponownie wybrany do władz UEFA

Podczas odbywającego się w tym tygodniu Kongresu UEFA w Montreux prezes PZPN Zbigniew Boniek otrzymał 47 głosów i został ponownie wybrany na czteroletnią kadencję do komitetu wykonawczego. Oprócz niego wybrani zostali też: Gabriele Gravina (Włochy) – 53 głosy, Karl-Erik Nilsson (Szwecja) – 52 głosy, Aleksandr Diukow (Rosja) – 50 głosów, David Gill (Anglia) – 48 głosów, Rainer Koch (Niemcy) – 47 głosów, Servet Yardımcı (Turcja) – 47 głosów i Just Spee (Holandia) – 41 głosów.

Z Anglią zagramy bez Lewandowskiego

W dwóch marcowych meczach eliminacyjnych nasza reprezentacja zdobyła cztery punkty, strzelając sześć goli. Połowę z nich zdobył Robert Lewandowski, którego jednak z powodu kontuzji odniesionej w meczu z Andorą zabraknie w kończącym marcową serię gier spotkaniu z Anglią na Wembley.

Lewandowski miał ogromnego pecha, bo kontuzji w meczu z Andorą doznał na minutę przed zaplanowaną zmianą. Z relacji lekarza kadry Polski Jacka Jaroszewskiego wynika, że gdy „Lewy” zszedł z boiska i opisał swoje dolegliwości, od razu pojawiły się obawy, że może to być uraz więzadła pobocznego kolana. „Miałem nadzieję, że zostało tylko naciągnięte, ale taką kontuzję można realnie ocenić dopiero po 5-10 godzinach” – opowiadał Jaroszewski. Lewandowski w poniedziałek rano nadal czuł jednak ból w nadwyrężonym prawym kolanie. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało, że więzadło zostało naciągnięte na granicy naderwania. „To nie był jeszcze wielki problem, bo więzadła regenerują się najszybciej i można je dobrze zabezpieczyć. Dlatego gdyby mecz z Anglią był rozgrywany w najbliższy weekend, to pewnie zdołalibyśmy doprowadzić Lewandowski do pełni sił i mógłby zagrać. Ale mecz na Wembley gramy w środę, a dwa dni po urazie to zdecydowanie za mało, bo byłoby ryzyko pogłębienia urazu. Przez pierwsze dwie-trzy doby o kontuzji nie można grać” – przekonywał doktor Jaroszewski. I zapewniał, że Lewandowskiemu jest teraz potrzebne szybkie, kompleksowe leczenie, dlatego od razu wraca do Bayernu. „Realne jest, że zagra 7 kwietnia w Lidze Mistrzów z Paris Saint-Germain, a może nawet będzie gotowy do gry już w najbliższą sobotę w hicie Bundesligi z RB Lipsk” – zapewniał Jaroszewski.
W Niemczech kontuzja Lewandowskiego natychmiast stała się gorącym tematem. Dziennik „Bild” od razu poddał w wątpliwość optymistyczne prognozy sztabu medycznego polskiej reprezentacji i uznał, że występ polskiego snajpera Bayernu w sobotnim starciu z RB Lipsk jest wykluczony, a w środowym meczu Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain wielce wątpliwy. I od razu zaczął spekulować, co zrobi trener Hansi Flick. Nie dał się wmanewrować w ten tok rozumowania dyrektor sportowy RB Lipsk, Markus Kroesche. „Generalnie nikomu nie życzymy kontuzji. Skupiamy się na sobie. Ale wiemy też, że nawet bez Lewandowskiego Bayern wystawi przeciwko nam potężną drużynę” – stwierdził w rozmowie z „Bildem”.
Na Wyspach Brytyjskich absencja kapitana reprezentacji Polski w meczu z Anglią także była szeroko komentowana w mediach. „To ogromny cios dla polskiej drużyny i jej nadziei na uzyskanie znaczącego wyniku w spotkaniu z ekipą Trzech Lwów, która jest największą przeszkodą na drodze do zakwalifikowania się do mistrzostw świata 2022 w Katarze” – napisał „Daily Mail”. W redakcyjnym komentarzu wyrażono opinię, że Lewandowski, jeden z najgroźniejszych napastników w światowym futbolu, pokazał, jak bardzo jest ważny dla Polski i jej nadziei na dobry występ w tegorocznych mistrzostwach Europy, strzelając dwa gole w niedzielnym meczu z Andorą. I podkreślono, iż kibice w obu krajach z niecierpliwością czekali na starcie dwóch kapitanów i liderów w swoich zespołach – Lewandowskiego z Harrym Kane’em. „Szkoda, że nie zobaczymy w bezpośrednim starciu dwóch najlepszych obecnie napastników na świecie i nie przekonamy się, który z nich ma przewagę na arenie reprezentacyjnej” – podsumował „Daily Mail”. Dziennik „The Sun” skupił się bardziej na podkreślaniu dokonań Lewandowskiego, żeby tym bardziej uzmysłowić swoim czytelnikom wagę osłabienia reprezentacji Polski. „Lewandowski zdobył 47 bramek w 42 meczach w tym sezonie dla klubu i reprezentacji, w tym 16 w ostatnich 10 występach. Jego nieobecność zwiększa szanse Anglii na zwycięstwo, które dopełniłoby hat-tricka eliminacyjnych wygranych i umocniłoby ją na pierwszym miejscu w grupie”. A „Daily Telegraph” przypomniał, że Lewandowski był wskazywany przez trenera reprezentacji Anglii Garetha Southgate’a jako największe zagrożenie. „Nie bez powodu, bo 32-letni napastnik Bayernu Monachium jest rekordzistą reprezentacji Polski pod względem liczby strzelonych goli – w 118 meczach zdobył ich 66”.
W Polsce natomiast kontuzja „Lewego” spowodowała lawinę pretensji pod adresem selekcjonera reprezentacji Paulo Sousy. Zarzucano mu, że popełnił gruby błąd wystawiając najlepszego gracza na mecz z Andorą, rywala znacznie słabszego od Węgrów, z którym polska drużyna powinna uporać się nawet bez swojego lidera. Z tymi opiniami polemizował głównie prezes PZPN Zbigniew Boniek, który po meczu z Andorą mocno uaktywnił się nie tylko w mediach społecznościowych, ale chętnie wypowiadał się też na łamach gazet i portali internetowych oraz przez telewizyjnymi kamerami. Na ogół trzymał emocje na wodzy i rzeczowo wypowiadał się na temat czekającej biało-czerwonych środowej potyczki z Anglikami na Wembley. W rozmowie z Pawłem Wilkowiczem z portalu sport.pl tak przewidywał taktykę jaką przyjmie nasz zespół: „Na pewno nie będziemy grali aż tak wysokim pressingiem, jak w innych meczach. Ranga przeciwnika zmusza do zachowania ostrożności. Będziemy starali się dobrze pokryć i zabezpieczyć naszą połowę boiska i wychodzić z kontratakami, starając się zdobyć piłkę w środkowej strefie. Ale zobaczymy jak to wszystko się ułoży” – stwierdził Boniek, dla którego potyczka z Anglią będzie ostatnią w eliminacjach MŚ 2022 w roli prezesa PZPN. „Jeśli nawet przegramy z Anglią, to nic się nie stanie. To jest mój ostatni mecz o punkty jako prezesa PZPN, 33. od czasu, kiedy układałem sobie reprezentację po swojemu. W 32 meczach wygrała 23 razy, sześć razy zremisowała i tylko trzy razy doznała porażek. To nie jest wynik drużyny słabej, to jest wynik dobrej drużyny. I prawdę mówiąc to serce mnie boli, że nie będę z nią do końca eliminacji” – przyznał prezes Boniek.
Koronawirus coraz mocniej miesza szyki trenerowi Sousie, bo do już wcześniej zarażonych Covid-19 Mateusza Klicha i Łukasza Skorupskiego we wtorek dołączyli Kamil Piątkowski i Grzegorz Krychowiak, więc nie wiadomo w jakim składzie i jakim ustawieniu biało-czerwoni zagrają przeciwko Anglikom. W wygranych 5:0 meczu z San Marino w drużynie „Synów Albionu” zagrali: Nick Pope – Reece James (46. Kieran Trippier), Conor Coady, John Stones (46. Tyrone Mings), Ben Chilwell – Jesse Lingard, Kalvin Phillips, James Ward-Prowse, Mason Mount (46. Jude Bellingham), Raheem Sterling (46. Phil Foden) – Dominic Calvert-Lewin (63. Ollie Watkins), natomiast w wygranym 2:0 wyjazdowym spotkaniu z Albanią trener Southgate wystawił taki skład: Nick Pope – Kyle Walker, John Stones, Harry Maguire, Luke Shaw – Raheem Sterling, Kalvin Phillips (71. James Ward-Prowse), Declan Rice, Mason Mount, Phil Foden (81. Jesse Lingard) – Harry Kane.

Milik nie zagra z Anglią?

Władze francuskiej Ligue 1 i Ligue 2 podjęły decyzję zakazującą piłkarzom klubów występujących w tych ligach wyjazdów na mecze reprezentacji poza obszar UE. A to oznacza absencję Arkadiusza Milika w meczu z Anglią.

Decyzja o zakazaniu piłkarzom grającym w Ligue 1 i Ligue 2 wyjazdu na mecze poza Unią Europejską zapadła po konsultacjach władz francuskich lig profesjonalnych (LFP). Oznacza to, że żaden zagraniczny zawodnik grający w zawodowych ligach we Francji nie będzie mógł w takcie marcowej przerwy na mecze reprezentacji narodowych wystąpić w spotkania z przeciwnikami spoza Unii Europejskiej, a takim jest obecnie także Wielka Brytania. Milik będzie jednak mógł zagrać z Węgrami i Andorą.
Z tego samego powodu mogą też nie zagrać z Anglią Robert Lewandowski i Krzysztof Piątek, bo w Niemczech nawet krótka wizyta na Wyspach Brytyjskich wiąże się z obowiązkiem odbycia po powrocie dwutygodniowej kwarantanny, a na to nie zamierzają wyrazić zgody Bayern Monachium i Hertha Berlin. W czwartek prezes PZPN Zbigniew Boniek zapewnił jednak, że Milik z Anglią na pewno wystąpi.

Grosicki wyleci z kadry

Kamil Grosicki na razie wciąż jest zawodnikiem West Bromwich Albion, ale nie gra i nie ma już na to szans do końca wygasającego 30 czerwca kontraktu. Jeśli nie zmieni klubu, straci też miejsce w kadrze na Euro 2021.

Tak przynajmniej można wnosić z ostatnich publicznych wypowiedzi prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Sternik polskiego futbolu w wywiadzie dla „PS” stwierdził bez ogródek: „Kamil nie gra i to mnie smuci, bo w ten sposób oddala się od projektu kadra 2020/21. To jeden z symboli kadry w ostatnich sześciu-ośmiu latach. Zawsze można było na niego liczyć, zawsze był przydatny. Mam do niego słabość, czasem piszemy w mediach społecznościowych. Ale w reprezentacji muszą występować zawodnicy będący w formie i grający na co dzień” – przekonuje Boniek.
Grosicki w styczniu dwukrotnie zagrał od pierwszej minuty w Premier League, ale potem trener West Bromwich Sam Allardyce ponownie odesłał go na trybuny i w ostatnich pięciu meczach nie widział nawet w szerokiej kadrze meczowej. To zrodziło natychmiast falę spekulacji o rzekomo rychłym transferze „Grosika” do Legii lub Pogoni, ale oba kluby te rewelacje zdementowały.

Paulo Sousa już rozpoczął pracę z reprezentacją Polski

Zapoczątkowana jednoosobową decyzją prezesa PZPN Zbigniewa Bońka operacja zmiany selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski jak na razie przebiega sprawnie. Nieoczekiwana dymisja Jerzego Brzęczka nie wywołała w Polsce oburzenia i wygląda na to, że do marcowych meczów reprezentacji nic się pod tym względem raczej nie zmieni.

Paulo Sousa w drodze do Warszawy, gdzie zjawił się we wtorek w późnych godzinach wieczornych, zatrzymał się w Monachium. Nie robił z tego żadnej tajemnicy, wręcz przeciwnie, w mediach społecznościowych pochwalił się fotką z Robertem Lewandowskim, którą podpisał entuzjastycznie: „To przyjemność i wielkie wyzwanie, gdy kapitan naszej drużyny jest najlepszym zawodnikiem na świecie. Razem zawsze jesteśmy silniejsi. Razem zawsze zajdziemy dalej. Razem zawsze będziemy ZESPOŁEM. Zróbmy to razem!”. Kapitan biało-czerwonych jak na razie nie zrewanżował się podobnym postem, ale w niektórych mediach pojawiły się „nieoficjalne” informacje, że ponoć też był zadowolony z przebiegu rozmowy z nowym selekcjonerem. Warto w tym miejscu podkreślić, że „Lewy” jak dotąd nie zajął publicznie stanowiska odnośnie zmiany trenera kadry.
A wizyta Sousy w jakiś sposób potwierdza, że plotka sugerująca iż piłkarz roku 2020 na świecie po ostatnim zgrupowaniu kadry pod wodzą Brzęczka zasygnalizował prezesowi PZPN, że nie widzi żadnych szans na postęp w jej grze i w tej sytuacji woli zakończyć reprezentacyjną karierę, niż ryzykować straty wizerunkowe po kolejnym nieudanym występie biało-czerwonych na wielkim turnieju. Boniek zna się na futbolowym biznesie wystarczająco dobrze, żeby nie tylko przyznać „Lewemu” rację, ale też błyskawicznie ocenić, że jego rezygnacja byłaby niepowetowaną stratą sportową dla reprezentacji i marketingową dla PZPN. I całkiem niewykluczone, że mając do wyboru utrzymanie Brzęczka na posadzie z ryzykiem utraty Lewandowskiego i grubych milionów od sponsorów, po dokonaniu kalkulacji uznał, że nie ma w tej sytuacji wyboru i musi zmienić selekcjonera na takiego, którego nazwisko przynajmniej będzie obietnicą nowej jakości w grze biało-czerwonych. Reszta zdarzeń jakich byliśmy świadkami w ostatnich dwóch tygodniach może być tak na prawdę tylko działaniami mającymi skłonić Lewandowskiego do definitywnego porzucenia myśli od rezygnacji z dalszych występów w narodowych barwach.
Prace organizacyjne
Paulo Sousa został we wtorek odebrany z lotniska przez delegację z PZPN i odwieziony do hotelu, ale w środę od rana Portugalczyk nie miał chwili wytchnienia. W pierwszej kolejności odbył spotkanie z prezesem Bońkiem, poznał się też z jego najbliższymi współpracownikami, w tym z sekretarzem generalnym związku Maciejem Sawickim, który przez najbliższy rok będzie nadzorował lub realizował wszystkie finansowe potrzeby selekcjonera i jego sztabu. Ponoć znalazł też czas na rozmowę z wieloletnim szefem banku informacji w sztabie reprezentacji Polski Hubertem Małowiejskim i wszystko wskazuje, że dołączy go do swojego sztabu współpracowników, a także na pogawędkę z trenerami reprezentacji młodzieżowych Maciejem Stolarczykiem i Jackiem Magierą. Potem wziął też udział w sesji zdjęciowej i przymierzył garnitury, w których będzie zakładał jako szkoleniowiec biało-czerwonych, a także treningowy sprzęt Nike, sponsora reprezentacji Polski. Sousa ustalał też szczegóły marcowego zgrupowania przed meczami z Węgrami, Andorą i Anglią, podczas którego po raz pierwszy spotka się z wszystkimi powołanymi kadrowiczami „na żywo”.
W czwartek natomiast musiał zrobić coś, czego ponoć wręcz nie znosi, czy wziąć udział w konferencji prasowej. Nie mógł się jednak z tego wymigać, bo szefom PZPN bardzo zależy na utrzymaniu dobrych relacji w polskimi mediami. Konferencja odbyła się rzecz jasna w formule online, więc żadnemu z zadających pytania żurnalistów nic nie groziło ze strony portugalskiego szkoleniowca. A ma on w swoim trenerskim życiorysie atak na dziennikarza z elementami lekkiego podduszenia. Sousa zna kilka języków, oprócz rodzimego portugalskiego włada też angielskim, hiszpańskim, włoskim, francuskim i niemieckim, ale z polskimi dziennikarzami postanowił komunikować się po angielsku.
Kadra tylko dla zaangażowanych
Zgrzytów nie było, bo być jeszcze nie mogło. Portugalczyk gładkimi zdaniami zbywał każde kontrowersyjne pytanie, ale z sensem odpowiadał na te, na które na tym etapie pracy z polską kadrą mógł bez zobowiązań personalnych na przyszłość coś powiedzieć. Podkreślił, że już teraz ma rozeznania wśród polskich zawodników. „Większość kadrowiczów gra w Niemczech, Anglii i Włoszech, a te ligi śledzę od bardzo długiego czasu. Teraz będę się też przyglądał polskiej ekstraklasie i reprezentacji młodzieżowej. Każdy może dostać powołanie, ale będę oczekiwał odpowiedniego poziomu i zaangażowania. Takiego samego stuprocentowego zaangażowania wymagam od siebie, bo nie mógłbym wymagać od innych czegoś, czego sam nie będę robił. Na naszych barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność, bo koszulka w barwach narodowych wiąże się z reprezentowaniem całego narodu” – przypomniał polskim dziennikarzom, piłkarzom i działaczom PZPN portugalski selekcjoner reprezentacji Polski.
Do ojczyzny Sousa ma wrócić w piątek. Ustalił z prezesem Bońkiem, że ze względu na pandemię oraz fakt, iż większość spraw będzie mógł załatwić online oraz że praktycznie wszyscy potencjalni kadrowicze występują poza Polską, nie ma żadnej potrzeby żeby musiał mieszkać w trakcie obowiązywania kontraktu w naszym kraju, więc będzie, tak jak piłkarze, tylko przyjeżdżał na zgrupowania i mecze. To sensowne rozwiązanie i nie ma powodu z tego powodu kruszyć kopii.
Cudzoziemski sztab i Małowiejski
Paulo Sousa uznał, że na razie, poza Hubertem Małowiejskim, nie są mu potrzebni inni Polacy w sztabie. Prezes PZPN nie naciskał, bo sam ponoć uznał, że grupa współpracowników selekcjonera jest wystarczająco mocna i jeśli potrzebuje poszerzenia, to tuż przed turniejem Euro 2021 i tylko o analityków odpowiadających za rozpracowanie poszczególnych rywali. Paulo Sousa ma w swoim sztabie sześciu ludzi, wszyscy znający się na rzeczy, więc skoro twierdzą, że nie potrzebują od nas nikogo do pomocy, to my nie będziemy im narzucać swoich ludzi na siłę. Poza tym Sousa ma spojrzeć na naszą reprezentację świeżym okiem, zatem lepiej będzie jeśli nikt nie będzie mu mógł niczego choćby tylko sugerować czy podpowiadać.
Poprzedni zagraniczny selekcjoner biało-czerwonych, Holender Leo Beenhakker, pracował z liczną grupą Polaków – z Bogusławem Kaczmarkiem, Andrzejem Dawidziukiem, Adamem Nawałką, Dariuszem Dziekanowskim, Janem Urbanem, a nawet dyrektor techniczny kadry Jan de Zeeuw, chociaż z urodzenia Holender, to na stałe mieszkał w Polsce.
Wbrew pozorom nie było to wcale rozwiązanie specjalnie mniej kosztowne od przyjętego obecnie, ale o naszej ostatecznej ocenie zamiany Brzęczka na Sousę przesądzą wyniki, jakie reprezentacja osiągnie pod rządami Portugalczyka.

Droga zmiana trenera piłkarskiej reprezentacji Polski

Operacja wymiany selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzona przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka przebiegła bezproblemowo. Ale będzie to najdroższa zmiana szkoleniowca kadry w historii PZPN, bo wedle szacunkowych wyliczeń pochłonie tylko w tym roku około 15 mln złotych. Mamy jednak 2021 i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.

Chociaż Boniek decyzję o zmianie selekcjonera reprezentacji podjął jednoosobowo, Jerzy Brzęczek oddał posadę bez słowa protestu, podobnie postąpili członkowie jego sztabu: Tomasz Mazurkiewicz, Andrzej Woźniak, Leszek Dyja, Radosław Gilewicz, Michał Siwierski, Mateusz Łajczak i Damian Salwin. Finansowo nic na tym nie stracą, bo przecież pod koniec ubiegłego roku władze PZPN przedłużyły im wszystkim kontrakty do końca 2021 roku. Wedle niepotwierdzonych oficjalnie informacji Brzęczek miał w umowie wynagrodzenie w wysokości 160 tys. złotych brutto miesięcznie, a wynagrodzenia dla ludzi z jego sztabu kosztował naszą piłkarską federację pewnie drugie tyle. Tak więc szacunkowo licząc całej tej czeredce ludzi PZPN będzie musiał zapłacić do końca roku około czterech milionów złotych, bo raczej nie mieli w umowach zapisów o odszkodowaniu w przypadku zerwania umowy przez pracodawcę.
Portugalczyk Paulo Sousa (na zdjęciu) nie chciał pracować z żadnym z nich i wymusił zatrudnienie sześciu swoich współpracowników. Opłacenie tej grupy cudzoziemców będzie rekordowym wydatkiem w historii PZPN, ale mamy 2021 rok i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.
Boniek rzecz jasna nie ujawnił zarobków Paulo Sousy, ale w PZPN utrzymywanie takich informacji w tajemnicy to norma obowiązująca chyba od zarania tej organizacji. Pan prezes na odczepnego rzucił tylko, że Portugalczyk będzie zarabiał nieznacznie więcej od Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner biało-czerwonych miał kontrakt gwarantujący mu rocznie 900 tys. euro. Trudno stwierdzić ile dla Bońka w przeliczeniu na pieniądze znaczy „nieznacznie”. Jeśli wierzyć krążącym w mediach plotkom, Paulo Sousa w swoim ostatnim miejscu pracy, czyli w klubie Girondins Bordeaux zarabiał trzy i pół miliona euro rocznie. Pomijając fakt, że portugalski szkoleniowiec został wywalony przez francuskich pracodawców i do dzisiaj ciągnie się za nim podejrzenie, że to dlatego iż nadużył swojego stanowiska czerpiąc dodatkowe dochody z transferów piłkarzy, to trzeba pamiętać, że od sierpnia ubiegłego roku pozostawał bezrobotny, a ponadto nigdy wcześniej nie prowadził żadnej drużyny narodowej, zatem nie bardzo miał argumenty żeby domagać się królewskich apanaży. Możemy jednak przyjąć, że jego agent wynegocjował mu kontrakt na poziomie 1,2 mln euro plus premie za wyniki. Portugalczyk nie chciał jednak pracować ze sztabem Brzęczka i wymusił zatrudnienie sześciu swoich ludzi. Dla kronikarskiego obowiązku wypada podać ich personalia. A zatem w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski co najmniej do zakończenia eliminacji mistrzostw świata 2022, czyli de facto do końca tego roku, pracować będą: w roli asystentów Sousy jego rodak Manuel Julio Cordeiro da Silva Pereira oraz Hiszpan Victor Manuel Sanchez Llado; w roli trenera bramkarzy Portugalczyk Paulo Jorge Fernandes Grilo; w roli trenerów przygotowania fizycznego Hiszpanie Lluis Sala Perez i Antonio Jose Gómez Diaz oraz w roli analityka Włoch Cosimo Cappagli.
Tych sześciu facetów na pewno będzie zarabiać znacznie więcej niż zarabiali współpracownicy Brzęczka, lekko licząc brutto przyjdzie im zapłaci w granicach jednego miliona euro. Zatem łącznie zatrudnienie Paulo Sousy i jego sztabu odchudzi kasę PZPN o jakieś 2,2 do 2,5 mln euro, bo przecież ta międzynarodowa grupa będzie musiała duo podróżować i gdzieś pomieszkiwać podczas pobytu w Polsce. Jeśli doliczymy do tego wynagrodzenie dla zwolnionej ekipy Jerzego Brzęczka, efekt „głębokich świątecznych przemyśleń” prezesa Bońka będzie słono kosztował Polski Związek Piłki Nożnej w 2021 roku. Z już i tak osłabionego ponoć mocno skutkami pandemii koronawirusa budżetu naszej federacji przez zmianę selekcjonera wycieknie prawie 15 mln złotych. Rzecz jasna nowy selekcjoner może ten wydatek zwrócić z nawiązką, wystarczy że wywalczy awans do przyszłorocznego mundialu w Katarze lub doprowadzi nasz zespół do strefy medalowej w turnieju Euro 2021. Strach jednak pomyśleć co ludzie pomyślą, jeśli Paulo Sousa i jego pomagierzy okażą się cieniasami…