Z Anglią zagramy bez Lewandowskiego

W dwóch marcowych meczach eliminacyjnych nasza reprezentacja zdobyła cztery punkty, strzelając sześć goli. Połowę z nich zdobył Robert Lewandowski, którego jednak z powodu kontuzji odniesionej w meczu z Andorą zabraknie w kończącym marcową serię gier spotkaniu z Anglią na Wembley.

Lewandowski miał ogromnego pecha, bo kontuzji w meczu z Andorą doznał na minutę przed zaplanowaną zmianą. Z relacji lekarza kadry Polski Jacka Jaroszewskiego wynika, że gdy „Lewy” zszedł z boiska i opisał swoje dolegliwości, od razu pojawiły się obawy, że może to być uraz więzadła pobocznego kolana. „Miałem nadzieję, że zostało tylko naciągnięte, ale taką kontuzję można realnie ocenić dopiero po 5-10 godzinach” – opowiadał Jaroszewski. Lewandowski w poniedziałek rano nadal czuł jednak ból w nadwyrężonym prawym kolanie. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało, że więzadło zostało naciągnięte na granicy naderwania. „To nie był jeszcze wielki problem, bo więzadła regenerują się najszybciej i można je dobrze zabezpieczyć. Dlatego gdyby mecz z Anglią był rozgrywany w najbliższy weekend, to pewnie zdołalibyśmy doprowadzić Lewandowski do pełni sił i mógłby zagrać. Ale mecz na Wembley gramy w środę, a dwa dni po urazie to zdecydowanie za mało, bo byłoby ryzyko pogłębienia urazu. Przez pierwsze dwie-trzy doby o kontuzji nie można grać” – przekonywał doktor Jaroszewski. I zapewniał, że Lewandowskiemu jest teraz potrzebne szybkie, kompleksowe leczenie, dlatego od razu wraca do Bayernu. „Realne jest, że zagra 7 kwietnia w Lidze Mistrzów z Paris Saint-Germain, a może nawet będzie gotowy do gry już w najbliższą sobotę w hicie Bundesligi z RB Lipsk” – zapewniał Jaroszewski.
W Niemczech kontuzja Lewandowskiego natychmiast stała się gorącym tematem. Dziennik „Bild” od razu poddał w wątpliwość optymistyczne prognozy sztabu medycznego polskiej reprezentacji i uznał, że występ polskiego snajpera Bayernu w sobotnim starciu z RB Lipsk jest wykluczony, a w środowym meczu Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain wielce wątpliwy. I od razu zaczął spekulować, co zrobi trener Hansi Flick. Nie dał się wmanewrować w ten tok rozumowania dyrektor sportowy RB Lipsk, Markus Kroesche. „Generalnie nikomu nie życzymy kontuzji. Skupiamy się na sobie. Ale wiemy też, że nawet bez Lewandowskiego Bayern wystawi przeciwko nam potężną drużynę” – stwierdził w rozmowie z „Bildem”.
Na Wyspach Brytyjskich absencja kapitana reprezentacji Polski w meczu z Anglią także była szeroko komentowana w mediach. „To ogromny cios dla polskiej drużyny i jej nadziei na uzyskanie znaczącego wyniku w spotkaniu z ekipą Trzech Lwów, która jest największą przeszkodą na drodze do zakwalifikowania się do mistrzostw świata 2022 w Katarze” – napisał „Daily Mail”. W redakcyjnym komentarzu wyrażono opinię, że Lewandowski, jeden z najgroźniejszych napastników w światowym futbolu, pokazał, jak bardzo jest ważny dla Polski i jej nadziei na dobry występ w tegorocznych mistrzostwach Europy, strzelając dwa gole w niedzielnym meczu z Andorą. I podkreślono, iż kibice w obu krajach z niecierpliwością czekali na starcie dwóch kapitanów i liderów w swoich zespołach – Lewandowskiego z Harrym Kane’em. „Szkoda, że nie zobaczymy w bezpośrednim starciu dwóch najlepszych obecnie napastników na świecie i nie przekonamy się, który z nich ma przewagę na arenie reprezentacyjnej” – podsumował „Daily Mail”. Dziennik „The Sun” skupił się bardziej na podkreślaniu dokonań Lewandowskiego, żeby tym bardziej uzmysłowić swoim czytelnikom wagę osłabienia reprezentacji Polski. „Lewandowski zdobył 47 bramek w 42 meczach w tym sezonie dla klubu i reprezentacji, w tym 16 w ostatnich 10 występach. Jego nieobecność zwiększa szanse Anglii na zwycięstwo, które dopełniłoby hat-tricka eliminacyjnych wygranych i umocniłoby ją na pierwszym miejscu w grupie”. A „Daily Telegraph” przypomniał, że Lewandowski był wskazywany przez trenera reprezentacji Anglii Garetha Southgate’a jako największe zagrożenie. „Nie bez powodu, bo 32-letni napastnik Bayernu Monachium jest rekordzistą reprezentacji Polski pod względem liczby strzelonych goli – w 118 meczach zdobył ich 66”.
W Polsce natomiast kontuzja „Lewego” spowodowała lawinę pretensji pod adresem selekcjonera reprezentacji Paulo Sousy. Zarzucano mu, że popełnił gruby błąd wystawiając najlepszego gracza na mecz z Andorą, rywala znacznie słabszego od Węgrów, z którym polska drużyna powinna uporać się nawet bez swojego lidera. Z tymi opiniami polemizował głównie prezes PZPN Zbigniew Boniek, który po meczu z Andorą mocno uaktywnił się nie tylko w mediach społecznościowych, ale chętnie wypowiadał się też na łamach gazet i portali internetowych oraz przez telewizyjnymi kamerami. Na ogół trzymał emocje na wodzy i rzeczowo wypowiadał się na temat czekającej biało-czerwonych środowej potyczki z Anglikami na Wembley. W rozmowie z Pawłem Wilkowiczem z portalu sport.pl tak przewidywał taktykę jaką przyjmie nasz zespół: „Na pewno nie będziemy grali aż tak wysokim pressingiem, jak w innych meczach. Ranga przeciwnika zmusza do zachowania ostrożności. Będziemy starali się dobrze pokryć i zabezpieczyć naszą połowę boiska i wychodzić z kontratakami, starając się zdobyć piłkę w środkowej strefie. Ale zobaczymy jak to wszystko się ułoży” – stwierdził Boniek, dla którego potyczka z Anglią będzie ostatnią w eliminacjach MŚ 2022 w roli prezesa PZPN. „Jeśli nawet przegramy z Anglią, to nic się nie stanie. To jest mój ostatni mecz o punkty jako prezesa PZPN, 33. od czasu, kiedy układałem sobie reprezentację po swojemu. W 32 meczach wygrała 23 razy, sześć razy zremisowała i tylko trzy razy doznała porażek. To nie jest wynik drużyny słabej, to jest wynik dobrej drużyny. I prawdę mówiąc to serce mnie boli, że nie będę z nią do końca eliminacji” – przyznał prezes Boniek.
Koronawirus coraz mocniej miesza szyki trenerowi Sousie, bo do już wcześniej zarażonych Covid-19 Mateusza Klicha i Łukasza Skorupskiego we wtorek dołączyli Kamil Piątkowski i Grzegorz Krychowiak, więc nie wiadomo w jakim składzie i jakim ustawieniu biało-czerwoni zagrają przeciwko Anglikom. W wygranych 5:0 meczu z San Marino w drużynie „Synów Albionu” zagrali: Nick Pope – Reece James (46. Kieran Trippier), Conor Coady, John Stones (46. Tyrone Mings), Ben Chilwell – Jesse Lingard, Kalvin Phillips, James Ward-Prowse, Mason Mount (46. Jude Bellingham), Raheem Sterling (46. Phil Foden) – Dominic Calvert-Lewin (63. Ollie Watkins), natomiast w wygranym 2:0 wyjazdowym spotkaniu z Albanią trener Southgate wystawił taki skład: Nick Pope – Kyle Walker, John Stones, Harry Maguire, Luke Shaw – Raheem Sterling, Kalvin Phillips (71. James Ward-Prowse), Declan Rice, Mason Mount, Phil Foden (81. Jesse Lingard) – Harry Kane.

Milik nie zagra z Anglią?

Władze francuskiej Ligue 1 i Ligue 2 podjęły decyzję zakazującą piłkarzom klubów występujących w tych ligach wyjazdów na mecze reprezentacji poza obszar UE. A to oznacza absencję Arkadiusza Milika w meczu z Anglią.

Decyzja o zakazaniu piłkarzom grającym w Ligue 1 i Ligue 2 wyjazdu na mecze poza Unią Europejską zapadła po konsultacjach władz francuskich lig profesjonalnych (LFP). Oznacza to, że żaden zagraniczny zawodnik grający w zawodowych ligach we Francji nie będzie mógł w takcie marcowej przerwy na mecze reprezentacji narodowych wystąpić w spotkania z przeciwnikami spoza Unii Europejskiej, a takim jest obecnie także Wielka Brytania. Milik będzie jednak mógł zagrać z Węgrami i Andorą.
Z tego samego powodu mogą też nie zagrać z Anglią Robert Lewandowski i Krzysztof Piątek, bo w Niemczech nawet krótka wizyta na Wyspach Brytyjskich wiąże się z obowiązkiem odbycia po powrocie dwutygodniowej kwarantanny, a na to nie zamierzają wyrazić zgody Bayern Monachium i Hertha Berlin. W czwartek prezes PZPN Zbigniew Boniek zapewnił jednak, że Milik z Anglią na pewno wystąpi.

Grosicki wyleci z kadry

Kamil Grosicki na razie wciąż jest zawodnikiem West Bromwich Albion, ale nie gra i nie ma już na to szans do końca wygasającego 30 czerwca kontraktu. Jeśli nie zmieni klubu, straci też miejsce w kadrze na Euro 2021.

Tak przynajmniej można wnosić z ostatnich publicznych wypowiedzi prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Sternik polskiego futbolu w wywiadzie dla „PS” stwierdził bez ogródek: „Kamil nie gra i to mnie smuci, bo w ten sposób oddala się od projektu kadra 2020/21. To jeden z symboli kadry w ostatnich sześciu-ośmiu latach. Zawsze można było na niego liczyć, zawsze był przydatny. Mam do niego słabość, czasem piszemy w mediach społecznościowych. Ale w reprezentacji muszą występować zawodnicy będący w formie i grający na co dzień” – przekonuje Boniek.
Grosicki w styczniu dwukrotnie zagrał od pierwszej minuty w Premier League, ale potem trener West Bromwich Sam Allardyce ponownie odesłał go na trybuny i w ostatnich pięciu meczach nie widział nawet w szerokiej kadrze meczowej. To zrodziło natychmiast falę spekulacji o rzekomo rychłym transferze „Grosika” do Legii lub Pogoni, ale oba kluby te rewelacje zdementowały.

Paulo Sousa już rozpoczął pracę z reprezentacją Polski

Zapoczątkowana jednoosobową decyzją prezesa PZPN Zbigniewa Bońka operacja zmiany selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski jak na razie przebiega sprawnie. Nieoczekiwana dymisja Jerzego Brzęczka nie wywołała w Polsce oburzenia i wygląda na to, że do marcowych meczów reprezentacji nic się pod tym względem raczej nie zmieni.

Paulo Sousa w drodze do Warszawy, gdzie zjawił się we wtorek w późnych godzinach wieczornych, zatrzymał się w Monachium. Nie robił z tego żadnej tajemnicy, wręcz przeciwnie, w mediach społecznościowych pochwalił się fotką z Robertem Lewandowskim, którą podpisał entuzjastycznie: „To przyjemność i wielkie wyzwanie, gdy kapitan naszej drużyny jest najlepszym zawodnikiem na świecie. Razem zawsze jesteśmy silniejsi. Razem zawsze zajdziemy dalej. Razem zawsze będziemy ZESPOŁEM. Zróbmy to razem!”. Kapitan biało-czerwonych jak na razie nie zrewanżował się podobnym postem, ale w niektórych mediach pojawiły się „nieoficjalne” informacje, że ponoć też był zadowolony z przebiegu rozmowy z nowym selekcjonerem. Warto w tym miejscu podkreślić, że „Lewy” jak dotąd nie zajął publicznie stanowiska odnośnie zmiany trenera kadry.
A wizyta Sousy w jakiś sposób potwierdza, że plotka sugerująca iż piłkarz roku 2020 na świecie po ostatnim zgrupowaniu kadry pod wodzą Brzęczka zasygnalizował prezesowi PZPN, że nie widzi żadnych szans na postęp w jej grze i w tej sytuacji woli zakończyć reprezentacyjną karierę, niż ryzykować straty wizerunkowe po kolejnym nieudanym występie biało-czerwonych na wielkim turnieju. Boniek zna się na futbolowym biznesie wystarczająco dobrze, żeby nie tylko przyznać „Lewemu” rację, ale też błyskawicznie ocenić, że jego rezygnacja byłaby niepowetowaną stratą sportową dla reprezentacji i marketingową dla PZPN. I całkiem niewykluczone, że mając do wyboru utrzymanie Brzęczka na posadzie z ryzykiem utraty Lewandowskiego i grubych milionów od sponsorów, po dokonaniu kalkulacji uznał, że nie ma w tej sytuacji wyboru i musi zmienić selekcjonera na takiego, którego nazwisko przynajmniej będzie obietnicą nowej jakości w grze biało-czerwonych. Reszta zdarzeń jakich byliśmy świadkami w ostatnich dwóch tygodniach może być tak na prawdę tylko działaniami mającymi skłonić Lewandowskiego do definitywnego porzucenia myśli od rezygnacji z dalszych występów w narodowych barwach.
Prace organizacyjne
Paulo Sousa został we wtorek odebrany z lotniska przez delegację z PZPN i odwieziony do hotelu, ale w środę od rana Portugalczyk nie miał chwili wytchnienia. W pierwszej kolejności odbył spotkanie z prezesem Bońkiem, poznał się też z jego najbliższymi współpracownikami, w tym z sekretarzem generalnym związku Maciejem Sawickim, który przez najbliższy rok będzie nadzorował lub realizował wszystkie finansowe potrzeby selekcjonera i jego sztabu. Ponoć znalazł też czas na rozmowę z wieloletnim szefem banku informacji w sztabie reprezentacji Polski Hubertem Małowiejskim i wszystko wskazuje, że dołączy go do swojego sztabu współpracowników, a także na pogawędkę z trenerami reprezentacji młodzieżowych Maciejem Stolarczykiem i Jackiem Magierą. Potem wziął też udział w sesji zdjęciowej i przymierzył garnitury, w których będzie zakładał jako szkoleniowiec biało-czerwonych, a także treningowy sprzęt Nike, sponsora reprezentacji Polski. Sousa ustalał też szczegóły marcowego zgrupowania przed meczami z Węgrami, Andorą i Anglią, podczas którego po raz pierwszy spotka się z wszystkimi powołanymi kadrowiczami „na żywo”.
W czwartek natomiast musiał zrobić coś, czego ponoć wręcz nie znosi, czy wziąć udział w konferencji prasowej. Nie mógł się jednak z tego wymigać, bo szefom PZPN bardzo zależy na utrzymaniu dobrych relacji w polskimi mediami. Konferencja odbyła się rzecz jasna w formule online, więc żadnemu z zadających pytania żurnalistów nic nie groziło ze strony portugalskiego szkoleniowca. A ma on w swoim trenerskim życiorysie atak na dziennikarza z elementami lekkiego podduszenia. Sousa zna kilka języków, oprócz rodzimego portugalskiego włada też angielskim, hiszpańskim, włoskim, francuskim i niemieckim, ale z polskimi dziennikarzami postanowił komunikować się po angielsku.
Kadra tylko dla zaangażowanych
Zgrzytów nie było, bo być jeszcze nie mogło. Portugalczyk gładkimi zdaniami zbywał każde kontrowersyjne pytanie, ale z sensem odpowiadał na te, na które na tym etapie pracy z polską kadrą mógł bez zobowiązań personalnych na przyszłość coś powiedzieć. Podkreślił, że już teraz ma rozeznania wśród polskich zawodników. „Większość kadrowiczów gra w Niemczech, Anglii i Włoszech, a te ligi śledzę od bardzo długiego czasu. Teraz będę się też przyglądał polskiej ekstraklasie i reprezentacji młodzieżowej. Każdy może dostać powołanie, ale będę oczekiwał odpowiedniego poziomu i zaangażowania. Takiego samego stuprocentowego zaangażowania wymagam od siebie, bo nie mógłbym wymagać od innych czegoś, czego sam nie będę robił. Na naszych barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność, bo koszulka w barwach narodowych wiąże się z reprezentowaniem całego narodu” – przypomniał polskim dziennikarzom, piłkarzom i działaczom PZPN portugalski selekcjoner reprezentacji Polski.
Do ojczyzny Sousa ma wrócić w piątek. Ustalił z prezesem Bońkiem, że ze względu na pandemię oraz fakt, iż większość spraw będzie mógł załatwić online oraz że praktycznie wszyscy potencjalni kadrowicze występują poza Polską, nie ma żadnej potrzeby żeby musiał mieszkać w trakcie obowiązywania kontraktu w naszym kraju, więc będzie, tak jak piłkarze, tylko przyjeżdżał na zgrupowania i mecze. To sensowne rozwiązanie i nie ma powodu z tego powodu kruszyć kopii.
Cudzoziemski sztab i Małowiejski
Paulo Sousa uznał, że na razie, poza Hubertem Małowiejskim, nie są mu potrzebni inni Polacy w sztabie. Prezes PZPN nie naciskał, bo sam ponoć uznał, że grupa współpracowników selekcjonera jest wystarczająco mocna i jeśli potrzebuje poszerzenia, to tuż przed turniejem Euro 2021 i tylko o analityków odpowiadających za rozpracowanie poszczególnych rywali. Paulo Sousa ma w swoim sztabie sześciu ludzi, wszyscy znający się na rzeczy, więc skoro twierdzą, że nie potrzebują od nas nikogo do pomocy, to my nie będziemy im narzucać swoich ludzi na siłę. Poza tym Sousa ma spojrzeć na naszą reprezentację świeżym okiem, zatem lepiej będzie jeśli nikt nie będzie mu mógł niczego choćby tylko sugerować czy podpowiadać.
Poprzedni zagraniczny selekcjoner biało-czerwonych, Holender Leo Beenhakker, pracował z liczną grupą Polaków – z Bogusławem Kaczmarkiem, Andrzejem Dawidziukiem, Adamem Nawałką, Dariuszem Dziekanowskim, Janem Urbanem, a nawet dyrektor techniczny kadry Jan de Zeeuw, chociaż z urodzenia Holender, to na stałe mieszkał w Polsce.
Wbrew pozorom nie było to wcale rozwiązanie specjalnie mniej kosztowne od przyjętego obecnie, ale o naszej ostatecznej ocenie zamiany Brzęczka na Sousę przesądzą wyniki, jakie reprezentacja osiągnie pod rządami Portugalczyka.

Droga zmiana trenera piłkarskiej reprezentacji Polski

Operacja wymiany selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzona przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka przebiegła bezproblemowo. Ale będzie to najdroższa zmiana szkoleniowca kadry w historii PZPN, bo wedle szacunkowych wyliczeń pochłonie tylko w tym roku około 15 mln złotych. Mamy jednak 2021 i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.

Chociaż Boniek decyzję o zmianie selekcjonera reprezentacji podjął jednoosobowo, Jerzy Brzęczek oddał posadę bez słowa protestu, podobnie postąpili członkowie jego sztabu: Tomasz Mazurkiewicz, Andrzej Woźniak, Leszek Dyja, Radosław Gilewicz, Michał Siwierski, Mateusz Łajczak i Damian Salwin. Finansowo nic na tym nie stracą, bo przecież pod koniec ubiegłego roku władze PZPN przedłużyły im wszystkim kontrakty do końca 2021 roku. Wedle niepotwierdzonych oficjalnie informacji Brzęczek miał w umowie wynagrodzenie w wysokości 160 tys. złotych brutto miesięcznie, a wynagrodzenia dla ludzi z jego sztabu kosztował naszą piłkarską federację pewnie drugie tyle. Tak więc szacunkowo licząc całej tej czeredce ludzi PZPN będzie musiał zapłacić do końca roku około czterech milionów złotych, bo raczej nie mieli w umowach zapisów o odszkodowaniu w przypadku zerwania umowy przez pracodawcę.
Portugalczyk Paulo Sousa (na zdjęciu) nie chciał pracować z żadnym z nich i wymusił zatrudnienie sześciu swoich współpracowników. Opłacenie tej grupy cudzoziemców będzie rekordowym wydatkiem w historii PZPN, ale mamy 2021 rok i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.
Boniek rzecz jasna nie ujawnił zarobków Paulo Sousy, ale w PZPN utrzymywanie takich informacji w tajemnicy to norma obowiązująca chyba od zarania tej organizacji. Pan prezes na odczepnego rzucił tylko, że Portugalczyk będzie zarabiał nieznacznie więcej od Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner biało-czerwonych miał kontrakt gwarantujący mu rocznie 900 tys. euro. Trudno stwierdzić ile dla Bońka w przeliczeniu na pieniądze znaczy „nieznacznie”. Jeśli wierzyć krążącym w mediach plotkom, Paulo Sousa w swoim ostatnim miejscu pracy, czyli w klubie Girondins Bordeaux zarabiał trzy i pół miliona euro rocznie. Pomijając fakt, że portugalski szkoleniowiec został wywalony przez francuskich pracodawców i do dzisiaj ciągnie się za nim podejrzenie, że to dlatego iż nadużył swojego stanowiska czerpiąc dodatkowe dochody z transferów piłkarzy, to trzeba pamiętać, że od sierpnia ubiegłego roku pozostawał bezrobotny, a ponadto nigdy wcześniej nie prowadził żadnej drużyny narodowej, zatem nie bardzo miał argumenty żeby domagać się królewskich apanaży. Możemy jednak przyjąć, że jego agent wynegocjował mu kontrakt na poziomie 1,2 mln euro plus premie za wyniki. Portugalczyk nie chciał jednak pracować ze sztabem Brzęczka i wymusił zatrudnienie sześciu swoich ludzi. Dla kronikarskiego obowiązku wypada podać ich personalia. A zatem w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski co najmniej do zakończenia eliminacji mistrzostw świata 2022, czyli de facto do końca tego roku, pracować będą: w roli asystentów Sousy jego rodak Manuel Julio Cordeiro da Silva Pereira oraz Hiszpan Victor Manuel Sanchez Llado; w roli trenera bramkarzy Portugalczyk Paulo Jorge Fernandes Grilo; w roli trenerów przygotowania fizycznego Hiszpanie Lluis Sala Perez i Antonio Jose Gómez Diaz oraz w roli analityka Włoch Cosimo Cappagli.
Tych sześciu facetów na pewno będzie zarabiać znacznie więcej niż zarabiali współpracownicy Brzęczka, lekko licząc brutto przyjdzie im zapłaci w granicach jednego miliona euro. Zatem łącznie zatrudnienie Paulo Sousy i jego sztabu odchudzi kasę PZPN o jakieś 2,2 do 2,5 mln euro, bo przecież ta międzynarodowa grupa będzie musiała duo podróżować i gdzieś pomieszkiwać podczas pobytu w Polsce. Jeśli doliczymy do tego wynagrodzenie dla zwolnionej ekipy Jerzego Brzęczka, efekt „głębokich świątecznych przemyśleń” prezesa Bońka będzie słono kosztował Polski Związek Piłki Nożnej w 2021 roku. Z już i tak osłabionego ponoć mocno skutkami pandemii koronawirusa budżetu naszej federacji przez zmianę selekcjonera wycieknie prawie 15 mln złotych. Rzecz jasna nowy selekcjoner może ten wydatek zwrócić z nawiązką, wystarczy że wywalczy awans do przyszłorocznego mundialu w Katarze lub doprowadzi nasz zespół do strefy medalowej w turnieju Euro 2021. Strach jednak pomyśleć co ludzie pomyślą, jeśli Paulo Sousa i jego pomagierzy okażą się cieniasami…

Nowy trener, ale kadra ta sama

Podejmując jednoosobowo decyzję o zwolnieniu Jerzego Brzęczka z posady selekcjonera reprezentacji, prezes PZPN Zbigniew Boniek wziął też odpowiedzialność za konsekwencje tej decyzji. Należy o tym pamiętać, bo nowy selekcjoner Paulo Sousa chcąc nie chcąc będzie musiał oprzeć się na graczach, na których stawiał Brzęczek.

Jak wiadomo przed turniejem Euro 2021 nasza reprezentacja rozegra pięć meczów. W marcu czekają ją trzy niezwykle istotne spotkania eliminacyjne do mistrzostw świata 2022 w Katarze – z Węgrami, Andorą i Anglią, a potem jeszcze w czerwcu dwie towarzyskie potyczki z Rosją i Islandią. Nowy selekcjoner biało-czerwonych będzie zatem musiał weryfikować swoje personalne i taktyczne koncepcje w warunkach bojowych, praktycznie bez marginesu na pomyłki. Jeśli coś może zadziałać na jego korzyść, to chyba tylko to, że w odróżnieniu od Brzęczka nie będzie obciążony żadnymi zobowiązaniami wobec piłkarzy. To cenny atut dla kogoś, kto chce odnieść sukces na wielkim turnieju, bo może mieć w kadrze tylko tych graczy, których sam uzna za przydatnych i znajdujących się w najwyższej formie. Nie musi przy tym kierować się dawnymi zasługami graczy czy układami towarzyskimi w kadrze. To nie daje oczywiście gwarancji sukcesu, ale jak wieść niesie Paulo Sousa włada swobodnie pięcioma językami (angielskim, francuskim, hiszpańskim, włoskim i niemieckim), zatem nie powinien mieć problemów z precyzyjnym przekazaniem wybranym przez siebie piłkarzom swojej wizji gry, oczekiwań jakie zamierza im postawić i zasad współpracy, zanim zobaczy się z nimi na pierwszym zgrupowaniu kadry. Narzędzia internetowe do zdalnego komunikowania się stwarzają takie możliwości.
Co zostawił Brzęczek
W ośmiu meczach rozegranych przez reprezentację Polski w ubiegłym roku wystąpiło w sumie 30 zawodników: bramkarze – Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Łukasz Skorupski i Bartłomiej Drągowski; obrońcy – Kamil Glik, Jan Bednarek, Sebastian Walukiewicz, Paweł Bochniewicz, Tomasz Kędziora, Bartosz Bereszyński, Maciej Rybus, Arkadiusz Reca, Michał Karbownik, Rafał Pietrzak, Alan Czerwiński, Robert Gumny; pomocnicy – Piotr Zieliński, Grzegorz Krychowiak, Sebastian Szymański, Jacek Góralski, Jakub Moder, Kamil Jóźwiak, Przemysław Płacheta, Damian Kądzior, Mateusz Klich, Karol Linetty, Kamil Grosicki; napastnicy – Robert Lewandowski, Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik.
Biało-czerwoni odnieśli cztery zwycięstwa (dwa z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów oraz z Finlandią i Ukrainą w spotkaniach towarzyskich), wywalczyli jeden remis (z Włochami w Lidze Narodów) i doznali trzech porażek (dwa razy z Holandią i z Włochami w Lidze Narodów). Strzelili w tych meczach 13 goli i siedem stracili. Najskuteczniejszy w naszym zespole z czterema trafieniami był Kamil Grosicki, po dwie bramki zdobyli Robert Lewandowski i Krzysztof Piuątek, a po jednej Kamil Glik, Arkadiusz Milik, Karol Linetty, Jakub Moder i Kamil Jóźwiak. W asystach najlepszy był Robert Lewandowski, który na swoim koncie zapisał dwie, a po jednej dorzucili Arkadiusz Milik, Jakub Moder, Damian Kądzior, Michał Karbownik, Piotr Zieliński, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Kamil Jóźwiak i Mateusz Klich.
Jednym z poważniejszych zarzutów pod adresem Brzęczka było to, że chociaż do mistrzostw Europy było coraz mniej czasu, on nie wychodził z laboratorium i wciąż prowadził eksperymenty. W listopadowych meczach z Ukrainą i Włochami wystawił do gry w sumie aż 23 zawodników, a mimo to w ostatnim spotkaniu w Lidze Narodów z Holandią ponownie przemeblował poważnie skład. Te ciągłe roszady sprawiały, że po dwóch latach jego kadencji nie było jasne nawet to, który z bramkarzy jest w kadrze numerem 1.
Bałagan w formacjach
Na dobrą sprawę za pewniaków do gry w podstawowym składzie, poza rzecz jasna Lewandowskim, byli jeszcze tylko Glik i Bednarek, a w razie kontuzji któregoś z nich na pierwszego dublera wyrósł Sebastian Walukiewicz. Na tej pozycji są jeszcze do wykorzystania grający w lidze holenderskiej Paweł Bochniewicz i w angielskiej drugiej lidze Michał Helik. Na prawej flance Brzęczek stawiał na Tomasza Kędziorę lub Bartosza Bereszyńskiego, testował też jednak Roberta Gumnego i Alana Czerwińskiego, na lewej zaś chętnie stawiał na Arkadiusza Recę i niechętnie na Macieja Rybusa, ale dał też szasę na tej pozycji 19-letniemu Michałowi Karbownikowi i raz dał się pokazać Rafałowi Pietrzakowi.
Ale prawdziwy galimatias były już selekcjoner biało-czerwonych powodował w środkowej linii. Nie odważył się zachwiać pozycją najbardziej doświadczonego wśród pomocników Grzegorza Krychowiaka, chociaż w jesiennych meczach grał słabo i wyraźnie już nie nadążał za tempem akcji. Brzęczek nie potrafił jednak należycie wykorzystać Piotra Zielińskiego czy Damiana Kądziora oraz świetnie spisującego się w Premier League Mateusza Klicha, niepotrzebnie odsuwał na boczny tor Kamila Grosickiego, ale trzeba mu też oddać honor, że dał szansę młodym graczom – Jakubowi Moderowi, Kamilowi Jóźwiakowi, Sebastianowi Szymańskiemu i Przemysławowi Płachecie oraz że przezwyciężył swoją głęboką niechęć do Karola Linettego. W tej formacji mamy jednak znacznie więcej dobrych graczy, choćby wracającego do wielkie formy po kontuzji Krystiana Bielika czy świetnie rokującego na przyszłość 19-letniego Jakuba Kamińskiego z Lecha Poznań. A przecież powoli w Fortunie Duesseldorf odradza się po ciężkich przejściach 24-letni Dawid Kownacki, w Legii Warszawa 23-letni Bartosz Kapustka, a w tureckiej lidze 26-letni Radosław Murawski i 23-letni Konrad Michalak, zaś w amerykańskiej MLS 25-letni Przemysław Frankowski.
Nawet w ataku jest problem
Reprezentacja Polski w tym roku może poszczycić się tym, że ma w swoim składzie najlepszego piłkarza na świecie w 2020 roku. Ale Robert Lewandowski w pojedynkę nie wygra wszystkich meczów, a już na pewno nie tych z zespołami z najwyższej półki. W preferowanym przez Brzęczka ustawieniu 1-4-2-3-1 kapitan biało-czerwonych często nie ma wsparcia i marnuje tylko na boisku swój cenny czas. Drugie z preferowanych ustawień, 1-4-4-2 nie daje „Lewemu” więcej luzu, bo i tak jest zwykle pilnowany, lecz wtedy większe pole do popisu ma jego partner w ataku. Brzęczek w tej formacji dodawał „Lewemu” do towarzystwa Piątka i Milika, ale jego następca być może zwróci uwagę na brylującego w lidze greckiej 23-letniego Karola Świderskiego lub coraz śmielszego w Bundeslidze 19-letniego Bartosza Białka oraz błyszczącemu w amerykańskiej MLS 24-letniemu Adamowi Buksie.
Wątpliwe by Paulo Sousa w niespełna trzy miesiące wśród polskich piłkarzy znalazł innych kandydatów do gry w kadrze niż wyżej wymienieni. Musiał zatem uznać, że z tych graczy potrafi zmontować znacznie sprawniej działający piłkarski mechanizm. Może mu się rzecz jasna nie udać, ale wielkiego ryzyka nie ponosi, bo w razie niepowodzenia całe odium i tak spadnie na Bońka.

Boniek zwolnił Brzęczka, bo uznał, że ma prawo

Prezes PZPN Zbigniew Boniek w poniedziałek odpalił medialną bombę dymisjonując trenera reprezentacji Jerzego Brzęczka. Za pośrednictwem Twittera swoją decyzję wyjaśnił tak: „Czasami trzeba podejmować trudne decyzje, sorry, najważniejsza jest polska piłka”. Na bardziej wyczerpujące uzasadnienie trzeba poczekać do czwartku, bo tego dnia ma się odbyć dedykowana wyłącznie tej sprawie konferencja prasowa.

Decyzja Bońka zaskoczyła wszystkich bez wyjątku, bo podjął ją bez konsultacji z kimkolwiek w związku, nawet z najbliższymi współpracownikami. Przyznał to szczerze wiceprezes PZPN ds. szkoleniowych Marek Koźmiński w wypowiedzi dla portalu Interia.pl. „Otrzymałem wczoraj telefon od prezesa Bońka w tej sprawie. Zachował się lojalnie, bo przekazał mi tę informację, zanim została ogłoszona. Poruszył kilka kwestii związanych z tym tematem. Byłem zaskoczony, bo od listopada nie wydarzyło się nic, co mogłoby wskazywać na taki zwrot w sprawie. Tyle mam do powiedzenia. Nie jestem osobą, która będzie publicznie ujawniała argumentację prezesa. Przekazał mi podjętą jednoosobowo decyzję, a ja ją szanuję. Coś mi powiedział w sprawie argumentacji, ale mediom to on sam powinien o tym opowiedzieć” -–stwierdził Koźmiński.
Inni członkowie zarządu dowiadywali się o dymisji na ogół z przekazów medialnych, albo z lakonicznego komunikatu zamieszczonego na internetowej stronie PZPN. „Więcej informacji o kulisach zwolnienia selekcjonera zaczęło pojawiać się w kolejnych godzinach. Nie spodziewający się niczego złego Brzęczek stawił się w poniedziałek w siedzibie PZPN i w samo południe wszedł do gabinetu Bońka na umówioną wcześniej rozmowę. Jej przebieg zrelacjonował potem w medialnych wypowiedziach sam prezes PZPN. „Próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ta reprezentacja, czy ci piłkarze mogą grać lepiej. Co to za różnica, czy to rozstanie byłoby przed świętami, czy po świętach? Czy w listopadzie, czy w styczniu? Nic się w międzyczasie wielkiego nie stało, nikt nikogo nie pobił, nikt nikomu nic nie zrobił. Po prostu sobie przeanalizowałem pewne rzeczy, próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ta reprezentacja, czy ci piłkarze mogą grać lepiej. To jest moja decyzja, bo ja w związku odpowiadam za zatrudnianie i zwalnianie selekcjonerów. I biorę za tę decyzję pełną odpowiedzialność. Moim prawem było się teraz z trenerem rozstać, tak jak będzie prawem mojego następcy w PZPN wybrać swojego człowieka na to stanowisko. Zaprosiłem Jerzego Brzęczka do siebie, wypiliśmy kawę, porozmawialiśmy. Na pewno nie było mu miło. Mnie również, ale muszę patrzeć na dobro kadry” – przekonywał Boniek, który w trakcie wyznaczonych na 18 sierpnia tego roku wyborów nowych władz zakończy swoją przedłużoną o rok z powodu pandemii drugą i zarazem ostatnią kadencję prezesa PZPN.
Jego autokratyczna decyzja wzbudziła w futbolowym środowisku mnóstwo kontrowersji. Brzęczek nie cieszył się jako selekcjoner reprezentacji sympatią kibiców i większości mediów, więc jego dymisja nikogo tak naprawdę nie wzburzyła, natomiast wzbudziła wątpliwości z tego powodu, że została podjęta na trzy miesiące przed marcowymi meczami biało-czerwonych w eliminacjach mistrzostw świata 2022 (z Anglią, Węgrami i Andorą) i na niespełna pół roku przed turniejem Euro 2021, w którym w fazie grupowej polski zespół zmierzy się z Hiszpanią, Słowacją i Szwecją. Trener, który podejmie się teraz prowadzenia naszej reprezentacji, stanie przed naprawdę piekielnie trudnym wyzwaniem. Przypomnijmy, że Brzęczek przejął kadrę Polski w lipcu 2018 roku po Adamie Nawałce, zdymisjonowanym przez PZPN po nieudanym występie biało-czerwonych na mundialu w Rosji. Poprowadził naszą reprezentację w dwóch edycjach Ligi Narodów, a także w eliminacjach do Euro 2020. W pierwszej edycji Ligi Narodów nasza drużyna zajęła ostatnie miejsce w grupie, w której rywalizowała z Włochami i Portugalią. Utrzymała się w najwyższej dywizji tylko dlatego, że UEFA poszerzyła jej skład z 12 do 16 drużyn. Brzęczkowi zdecydowanie lepiej powiodło się w eliminacjach Euro 2020. Nasza drużyna zakwalifikowała się do turnieju bez większego problemu, ale styl jej gry nie zachwycał i nie dawał nadziei na dobry wynik w kontynentalnym czempionacie, ale przełożenie imprezy z powodu pandemii o rok dało Brzęczkowi czas na poprawę sportowej jakości zespołu. Niestety, żenująco słabe występy reprezentacji w drugiej edycji Ligi Narodów, zwłaszcza w spotkaniach z Włochami i Holandią, utrwaliły w Polsce pogląd, że pod wodzą Brzęczka biało-czerwoni nie mają żadnych szans na sukces w finałach mistrzostwach Europy. Patrząc na sprawę od tej strony trudno decyzję Bońka kwestionować, chociaż liczbowo bilans Brzęczka jako selekcjonera nie wygląda dramatycznie: 24 mecze, 12 zwycięstw, pięć remisów i siedem porażek, bramki 36:20.
Na razie nie znamy powodów decyzji Bońka o zwolnieniu Brzęczka i być może faktycznych przyczyn nigdy nie poznamy. Dużo do myślenia w tej kwestii daje jednak reakcja piłkarzy kadry Polski. Gdy PZPN zwalniał z posady Adama Nawałkę, kapitan biało-czerwonych Robert Lewandowski pożegnał szkoleniowca wpisem w mediach społecznościowych. „Trenerze, współpraca z panem i całym sztabem to był zaszczyt. Zaangażowanie i pasja z jaką pan pracował budziły nasz podziw. Za wszystkie lata wspólnej pracy, za piękne chwile, za wspaniałe zwycięstwa. Za ten wyjątkowy czas dla polskiej piłki nożnej. Wraz z całą drużyną – DZIĘKUJĘ!” – napisał wówczas „Lewy”, a po nim w podobnym tonie żegnali Nawałkę też pozostali kadrowicze. W poniedziałek Lewandowski milczał jak zaklęty, co nie jest sensacją, bo jego relacje z Brzęczkiem nie były, nie są i zapewne nigdy nie będą dobre. Wszyscy pamiętamy wymowną, trwającą kilka sekund ciszę, którą „Lewy” zareagował na pytanie o taktykę Polaków po przegranym w kompromitującym stylu 0:2 meczu z Włochami w Lidze Narodów”. Ale inni gracze także nie zabierali publicznie głosu. Pierwszy tę swoistą zmowę milczenia złamał Kamil Grosicki, który na Twitterze napisał: „Dziękuje trenerze i życzę powodzenia w przyszłości”. Po nim podobne podziękowanie zamieścił Kamil Glik. Reszta być może nie widzi powodu do podziękowań, albo czeka z tym do czwartku, aż prezes PZPN poda na konferencji przyczyny dymisji selekcjonera i być może poda nazwisko jego następcy.
Poprzednik Bońka na fotelu prezesa PZPN, Grzegorz Lato, który ma na sumieniu nieładną w formie dymisję Leo Beenhakkera, tak skomentował zwolnienie Brzęczka: „Jestem zszokowany tą decyzję, ale jeśli Boniek zdecydował się na ten ruch w takim niekorzystnym terminie, to pewnie ma już następcę. Nie będzie robił łapanki. Obstawiam, że postawi na obcokrajowca”. Jeśli Lato ma rację, to nazwisko nowego selekcjonera reprezentacji Polski powinniśmy poznać już w najbliższy czwartek podczas zapowiedzianej na internetowej stronie PZPN konferencji prasowej. Jej początek wyznaczono na godzinę 15:00, a wcześniej ma się odbyć posiedzenie zarządu.

Teraz to Lewy może ustalać cele dla reprezentacji Polski

Reprezentacja Polski wynikami w kończącym się roku specjalnie nie zachwyciła, ale pod jego koniec mocno zyskała wizerunkowo, gdy Robert Lewandowski zaczął seryjnie kolekcjonować indywidualne nagrody. Przed Euro 2021 PZPN z pewnością przekuje ten sukces kapitana biało-czerwonych w marketingową żyłę złota i zarobi na nim kilka dodatkowych złotych. I na tym zapewne się skończy, bo w kadrze Jerzego Brzęczka nie ma wiary nawet w powtórkę wyniku z poprzednich mistrzostw Europy, a co dopiero w walkę o medale, nie wyłączając najcenniejszego.

Lewandowski w 2020 roku w wieku 32 lat osiągnął szczyt światowego futbolu. Został piłkarzem roku FIFA i UEFA, wygrał plebiscyt hiszpańskiego dziennika „AS”, włoskiego „Tuttosport”, organizacji World Football Summit, brytyjskiego dziennika „The Guardian”, brytyjskiego magazynu „FourFourTwo”, serwisu internetowego Goal.com, wybrano go na portowca w dorocznej Ankiecie PAP, a w minioną niedzielę uhonorowano tytułem piłkarza roku Golden Soccer Awards. W tym wyjątkowym z powodu pandemii koronawirusa roku dał Polakom to, czego nie da się przeliczyć na żadną walutę – gigantyczną porcję radości i dumy.
Odbierając w Dubaju nagrodę Golden Soccer Awards Lewandowski został grzecznościowo zapytany, czy liczy na sukces z polską reprezentacją w przyszłorocznych mistrzostwach Europy. „Lewy” nie zwlekał z odpowiedzią i dyplomatycznie odpowiedział: „Będę dumny z wyniku drużyny w takim samym stopniu, jak dumni będą z niej nasi fani”. W Euro 2016 biało-czerwoni odpadli w ćwierćfinale po porażce w rzutach karnych z późniejszymi zwycięzcami turnieju, Portugalczykami. W przełożonych z powodu pandemii na 2021 rok mistrzostwach Europy w grupie E zmierzą się z zespołami Hiszpanii, Szwecji i Słowacji. Do 1/8 finału awansują wszyscy zwycięzcy grup, wszystkie drużyny z drugich miejsc i cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc i awans do tej fazy turnieju jest celem minimum, jaki przed zespołem postawiły władze PZPN. Jeśli jednak Polska nie wyjdzie z grupy, a na dodatek Lewandowski nie zdobędzie bramki, jak zdarzyło mu się to podczas mundialu w Rosji, na kolejny deszcz indywidualnych zaszczytów w przyszłym roku nie będzie miał praktycznie żadnych szans, nawet jeśli znów wygra z Bayernem Bundesligę i Ligę Mistrzów, zdobywając w tych rozgrywkach korony króla strzelców. Taki despekt spotkał przecież Cristiano Ronaldo w 2018 roku, gdy z reprezentacją Portugalii odpadł z mundialu w Rosji już w 1/8 finału i chociaż z Realem Madryt w tym roku po raz trzeci z rzędu wygrał Ligę Mistrzów, to najcenniejsze indywidualne nagrody, także „Złotą Piłkę”, zgarnął jego kolega z ekipy „Królewskich” Luka Modrić, który z drużyną Chorwacji wywalczył w Rosji wicemistrzostwo świata.
Najpoważniejsze wyzwania
Ten biznes tak działa i trzeba być naprawdę piłkarskim herosem na miarę Cristiano Ronaldo i Leo Messiego, żeby utrzymać się na topie przez ponad dekadę. Lewandowski na taką długą dominację nie ma szans, bo chociaż ze swoim ciałem potrafił zdziałać cuda, to praw biologii nie oszuka i teraz z każdym rokiem będzie mu trudniej utrzymać się na szczycie. Inna sprawa, że „Lewy” już wielokrotnie dowiódł, że wszelkie przepowiednie na jego temat trzeba zawsze formułować w trybie przypuszczającym.
Nie zmienia to jednak faktu, że za pół roku jego, jak i całą kadrę, czekają najpoważniejsze wyzwania odkąd selekcjonerem reprezentacji został Jerzy Brzęczek. Preludium do występu w turnieju Euro 2020(21) będą wyznaczone pod koniec marca trzy mecze eliminacyjne do mistrzostw świata w Katarze (2022). Jak juz powszechnie wiadomo, biało-czerwoni najpierw zmierzą się na wyjeździe z Węgrami, potem u siebie z Andorą, a na koniec serii ponownie na wyjeździe zagrają z faworytem grupy, Anglią. Awans do finałów mistrzostw świata to dla PZPN ważny cel, może nawet ważniejszy niż ewentualny sukces w Euro 2021. I tu pojawia sie pierwszy problem – jaki wynik w europejskim czempionacie można będzie bezdyskusyjnie uznać za sukces? Powtórkę z Euro 2016, czyli dojście do ćwierćfinału? Prezes PZPN Zbigniew Boniek i jego ludzie dzisiaj zapewne taki rezultat wzięliby „w ciemno”, podobnie zapewne też trener Brzęczek i lwia część jego kadrowiczów. Na „coś więcej” nikt na serio w naszym kraju chyba nie liczy, zwłaszcza po jesiennych występach biało-czerwonych w Lidze Narodów.
Ale to jest błąd, bo obiektywnie rzecz oceniając, mecze z zespołami Holandii i Włoch paradoksalnie pokazały ogromny potencjał drzemiący w naszej narodowej drużynie. Bo skoro do meczów z tymi wymagającymi przeciwnikami wyszła wewnętrznie skłócona, źle przygotowana taktycznie i niedostatecznie zmotywowana, a mimo to z Włochami zremisowała 0:0 i przegrała 0:2, a Holendrom uległa 0:1 i 1:2. Doceńmy to, że mimo ewidentnej słabości naszej reprezentacji nie przydarzyła się wstydliwa klęska, jakiej doświadczyła choćby ekipa Niemiec, która przegrała z Hiszpanią 0:6. Wystarczy więc, że Brzęczek wyeliminuje wspomniane mankamenty, a naszą drużynę stać będzie także na wygrywanie z rywalami z najwyższej półki. Muszą jednak w niej grać najlepsi w danym momencie polscy piłkarze, znajdujący się optymalnej formie i na dodatek zjednoczeni bez żadnych wątpliwości w dążeniu do wytyczonego celu.
Przyzwyczaić się do wygrywania
Dzisiaj nie wiemy, niestety, czy trener Brzęczek potrafi przekształcić naszą reprezentacyjną drużynę w zespół zdolny rzucić wyzwanie europejskim potęgom, nie tylko Anglikom, z którymi zagrają o awans do mundialu, ale też Hiszpanom, z którymi przyjdzie im rywalizować w grupie Euro 2021 oraz zespołom, które zapewne bić się będą o medale mistrzostw Europy – Francji, Niemiec, Belgii, Włoch, Portugalii i Holandii. Wątpliwości co do trenerskich kwalifikacji obecnego selekcjonera było wiele, w większości uzasadnionych, ale prezes PZPN Zbigniew Boniek uznał, że nie będzie zmieniał woźnicy w zaprzęgu przed najtrudniejszym odcinkiem drogi.
Podejmując decyzję o pozostawieniu Brzeczka na posadzie sternik PZPN postąpił jednak wbrew woli kibiców i większości mediów, ale być może nie kierowała nim pycha i chęć pokazania swojej władzy, lecz jakieś inne ukryte przez opinią publiczną motywy. Być może dostrzegł coś, czego my wszyscy jeszcze nie dostrzegamy?
Oby tak było, bo na razie to co my widzimy, nie napawa optymizmem. Poprzednik Brzęczka, Adam Nawałka, stosował w swojej pracy tzw. selekcję negatywną, czyli powoływał piłkarzy wedle sobie tylko wiadomych kryteriów, przez co do kadry trafiali piłkarze, którzy nie mili prawa do niej trafić. Niektórzy dawali jednak radę i w niej zostawali, jak Michał Pazdan czy Krzysztof Mączyński, ale po jakimś czasie Nawałka skończył z eksperymentami i stawiał głównie na sprawdzonych graczy. Po dwóch latach selekcjonerskich rządów Brzęczka jego polityka personalna budzi mnóstwo wątpliwości. W listopadowych meczach z Ukrainą, Włochami i Holandią wystawił do gry 25 piłkarzy, w we wszystkich spotkaniach rozegranych jesienią tego roku w reprezentacji wystąpiło w sumie 30 piłkarzy. Ale gdybyśmy chcieli wskazać graczy stanowiących wedle Brzęczka trzon naszej reprezentacji, to bez ryzyka błędu możemy wymienić Lewandowskiego, a oprócz niego może jeszcze Kamil Glika i Jana Bednarka na środku obrony. Chętnych do takiego wyróżnienia jest jednak więcej, sęk w tym, że nie wszyscy się do tego nadają, ale co gorsza – niektórzy chcieliby znaczyć w tej drużynie tyle samo, co Lewandowski.
I to jest być może największy problem naszej reprezentacji, bez usunięcia którego nie zacznie ona grać na miarę oczekiwań. A w przyszłym roku będą one jeszcze większe, bo biało-czerwoni będą mieć w swoich szeregach najlepszego aktualnie piłkarza na świecie. W historii polskiego futbolu jeszcze takiej sytuacji nie było, bo „Lewy” jest pierwszym Polakiem, którego nagrodzono takim wyróżnieniem. A Brzęczek pierwszym selekcjonerem kadry Polski, któremu z takim wywyższonym na świecie graczem przyjdzie pracować. To też będzie dla niego wyzwanie zważywszy na zgrzyty w ich dotychczasowych relacjach i obustronny brak sympatii.
Jak zareagują koledzy?
Nie wiemy też jeszcze, jak te wszystkie splendory spadające w tym roku na Lewandowskiego podziałają na innych kadrowiczów Brzęczka. Byłoby świetnie, gdyby wywołały w nich dumę, wykrzesały najgłębsze pokłady ambicji, a także skłoniły do ponownego bezdyskusyjnego uznania jego dominującej roli w zespole. Jeśli tak się stanie, to Lewandowski znów zacznie w szatni wyznaczać cele i możemy być spokojni, że będzie namawiał kolegów do walki o najwyższe laury, bo ma to we krwi, o czym zaświadcza cała jego dotychczasowa kariera.
Piłka nożna jest grą zespołową, więc nie ma co liczyć, że „Lewy” w pojedynkę zapewni naszej reprezentacji awans do mundialu w Katarze czy w Euro 2021 swoimi golami przepchnie ją choćby do ćwierćfinału. Ale on plus dziesięciu kolegów z zespołu, zasuwających na boisku na sto procent swoich możliwości, to w sumie da co najmniej 160 procent tego, co biało-czerwoni zademonstrowali w spotkaniach z Włochami i Holandią. A jeśli jeszcze dołoży się do tego Brzęczek i wyciągnie wnioski ze swoich błędów jeśli chodzi o taktykę i rozpracowanie przeciwników, to już w marcu nasza drużyna może zagrać o dwieście procent lepiej niż jesienią kończącego się 2020 roku.
Istnieje jednak i alternatywa dla tych wyliczeń – bez wkładu „Lewego”, czyli jego 60 procent. Teraz, gdy wszedł na szczyt i nic już nie musi nikomu udowadniać, może przecież uznać, że skoro w kadrze Polski nikt nie chce przyjąć jego warunków i wszyscy chcą, żeby było jak do tej pory, lepiej mu będzie zamiast gry na Euro wybrać długie wakacje z rodziną.

Odszedł król strzelców MŚ’82

W nocy z środy na czwartek zmarł Paolo Rossi, legendarny włoski piłkarz, król strzelców mistrzostw świata 1982 roku. Miał 64 lata. W pamięci polskich kibiców zapisał się dwoma golami strzelonymi naszej reprezentacji w półfinale turnieju Espana’82, dającymi drużynie Włoch awans do finału mundialu, w którym pokonała ekipę RFN 3:1. Biało-czerwoni w tym turnieju ostatecznie wywalczyli brązowy medal wygrywając w meczu o 3. miejsce z Francją 3:2.

O śmierci legendarnego napastnika jako pierwszy poinformował dziennik „La Gazzetta dello Sport”. „Tragiczna wiadomość w środku nocy, która wstrząsnęła światem piłki nożnej i dotknęła wszystkich Włochów. Paolo Rossi zmarł w wieku 64 lat, pokonany przez nieubłagane zło. Na MŚ 1982 pokonał Brazylię Zico, Argentynę Maradony, Polskę Bońka i w finale Niemcy Rummeniggego” – napisała włoska gazeta. Informację na Instagramie potwierdziła wkrótce potem żona zmarłego piłkarza, Federica Cappelletti. Z nieoficjalnych informacji wynika, że przyczyną jego śmierci był nowotwór płuc.
Paolo Rossi urodził się 23 września 1956 roku w Prato. Karierę piłkarską zaczął w 1976 roku w Como, a potem kontynuował ją w Vicenzie (1976-1979), Perugia (1979-1981), Juventusie Turyn (1982-1985), AC Milan (1985-1986), a zakończył w Hellas Werona (1986-1987). W klubowej piłce największe sukcesy odniósł w barwach Juventusu, zdobywając z nim dwukrotnie mistrzostwo Włoch (1981/82, 1983/84), Puchar Włoch (1982/83), Puchar Zdobywców Pucharów (1983/84), Superpuchar Europy (1984) i najcenniejsze trofeum – Puchar Europy (1984/85). W tym czasie jego kolegą z zespołu był m.in. obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Rano zadzwonił do mnie Michel Platini z informacją o śmierci Paolo. To była dla mnie strasznie przykra wiadomość. Spędziłem z nim w Juventusie trzy lata, w szczytowym momencie naszych karier. Nie chodziło tyko o wspólne podnoszenie pucharów, ale życie na co dzień, piłkarski rozwój każdego z nas. Połączyło nas wiele wspaniałych chwil. Gdy przyszedłem do Juventusu, na pierwszym obozie Paolo nauczył mnie popularnej we Włoszech gry w karty o nazwie scopa i tak spędzaliśmy czas. Mieliśmy świetne relacje i często spotykaliśmy się także w późniejszych latach. Zawsze był uśmiechnięty, wesoły. Jeden z wąskiego grona żelaznych przyjaciół, których masz najbliżej” – tak wspominał Rossiego Boniek w wypowiedzi udzielonej portalowi Interia.pl.
Najlepszym momentem w piłkarskiej karierze Rossiego był mundial w Hiszpanii. W tym zwycięskim dla reprezentacji Włoch turnieju strzelił sześć goli i został królem strzelców. Na ten jego dorobek złożyły się trzy trafienia w ćwierćfinałowym spotkaniu z Brazylią (3:2), dwa w wygranym 2:0 półfinałowym meczu z Polską i jedno w finałowej potyczce z zespołem Republiki Federalnej Niemiec, wygrany przez „Squadra Azzurra” 3:1. Za swój znakomity występ na hiszpańskim mundialu został uhonorowany przez redakcję „France Football” nagrodą „Złotej Piłki” (trzecie miejsce w plebiscycie zdobył wtedy Zbigniew Boniek). Nikt nie chciał potem pamiętać, że Rossi znalazł się w kadrze Włoch na mundial w Hiszpanii tylko dlatego, że skrócono jego trzyletnią dyskwalifikację za udział w aferze korupcyjnej (słynne Tottonero). Wrócił na boisko na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu ligowego, a mimo to ówczesny selekcjoner reprezentacji Italii Enzo Bearzot powołał go do kadry na turniej Espana’82. Był w swoim kraju za to najpierw mocno krytykowany, a potem wychwalany pod niebiosa. W sumie Rossi zagrał w drużynie narodowej tylko w 48 meczach – debiutował w 1977, a po raz ostatni reprezentacyjną koszulkę założył w 1986 roku. Zdobył w tych występach 20 bramek.
W 2016 roku Paolo Rossi wydał wspomnienia „1982. Mój mityczny Mundial”. W jednym z wywiadów w związku z premierą książki król strzelców opowiedział: „Byliśmy jak bracia, a trener Enzo Bearzot jak nasz ojciec. Tamto lato odzwierciedla naszą włoską duszę. Kiedy czujemy się przegrani, potrafimy znaleźć drogę wyjścia. To były Włochy piękne i solidarne; zaczęliśmy źle, a zakończyliśmy triumfem. Pokonaliśmy Argentynę, Brazylię, Polskę i Niemcy”. Rossi przyznał, że nikt nie spodziewał się, iż w mistrzostwach świata strzeli trzy bramki Brazylii, dwie Polsce i jedną w finale Niemcom. „Nie byłem szczególnie mocny. Miałem za sobą poważne wypadki i dyskwalifikację w rezultacie afery korupcyjnej, chociaż nic złego nie zrobiłem. Reprezentacja była moją prawdziwą drużyną, bardziej niż klub. Byliśmy rodziną; także dzisiaj jesteśmy dla siebie kimś więcej niż byłymi kolegami”
Po zakończeniu sportowej kariery Paolo Rossi, przez rodaków pieszczotliwie zwany „Pablito” przez wiele lat był cenionym komentatorem sportowym w kilku włoskich stacjach telewizyjnych. W 2011 roku wystąpił w „Tańcu z gwiazdami” w stacji RAI. Prowadził także ośrodek agroturystyczny w Toskanii. W związku z Federiką Cappelletti dochował się trójki dzieci – Sofii Eleny, Marii Vittorii i Alessandro.

El. MŚ 2022: Trzeba grać o pierwsze miejsce

Nasza piłkarska reprezentacja swój udział w eliminacjach mistrzostw świata 2022 rozpocznie 25 marca przyszłego roku od wyjazdowego meczu z Węgrami. Trzy dni później biało-czerwoni zagrają u siebie z Andorą, a 31 marca ponownie na wyjeździe zmierzą się z faworytem grupy, zespołem Anglii. Cel postawiony przez władze PZPN trenerowi Jerzemu Brzęczkowi zakłada zdobycie minimum sześciu punktów.

Po losowaniu grup eliminacyjnej MŚ 2022 ustalony został też szczegółowy terminarz gier. W grupie I biało-czerwoni o awans walczyć będą z Anglią, Węgrami, Albanią, Andorą i San Marino. W zaplanowanej na koniec marca pierwszej serii gier zmierzą się z Węgrami, Andorą i Anglią. Nie jest to specjalnie korzystny zestaw przeciwników, zwłaszcza trzecie w kolejności starcie z Anglią będzie zapewne trudnym wyzwaniem. Ale pierwszy w tej serii mecz z Węgrami wcale nie zapowiada się na łatwiejszy. Reprezentacja tego kraju, od 19 czerwca 2018 roku prowadzona przez Włocha Marco Rossiego, w tegorocznej edycji Ligi Narodów wygrali rywalizację w grupie 3 Dywizji B z zespołami Rosji, Turcji i Serbii. Madziarzy przegrali tylko jedno spotkanie, u siebie z Rosją 2:3, ale pokonali dwukrotnie Turków i na wyjeździe Serbię. W następnej edycji będą grać w tych rozgrywkach tam, gdzie teraz grała Polska, czyli w Dywizji A. Mimo to w naszym kraju panuje opinia, że są zespołem dużo słabszym od ekipy Jerzego Brzęczka. 25 marca możemy się boleśnie przekonać, że wcale tak nie jest.
W walce o awans szyki Anglikom, Polakom i Węgrom mogą solidnie pomieszać niedoceniani u nas Albańczycy, którzy w ostatniej edycji Ligi Narodów wygrała swoją grupę w Dywizji C, wyprzedzając Białoruś, Litwę i Kazachstan, dzięki czemu awansowała poziom wyżej. Reprezentacja tego bałkańskiego kraju postęp zawdzięcza w dużym stopniu piłkarzom wychowanych za granicą, głównie w Szwajcarii, gdzie urodzili się podstawowi zawodnicy – Berat Djimsiti, Amir Abrashi i Freddie Veseli, a dorastał Ermir Lenjani. Bramkarz Lazio Thomas Strakosha przyszedł natomiast na świat w Grecji, Klaus Gjasula wychowywał się w Niemczech, a Rey Manaj we Włoszech. Kadrę Albanii od ponad ośmiu lat prowadzą włoscy szkoleniowcy, obecnie robi to 75-letni Edoardo Reja. Nic dziwnego, że na Półwyspie Apenińskim grają dzisiaj najlepsi albańscy piłkarze.
Tak więc nie ma co z góry ustalać kolejności w grupie I zanim zacznie się walka o awans. Celem naszej drużyny powinno być zajęcie pierwszej lokaty, bo drugie miejsce oznacza tylko iluzoryczną szansę w barażach z udziałem 12 zespołów wcale nie gorszych od naszego.
Terminarz grupy I

  1. kolejka (25 marca 2021): Węgry – Polska, Andora – Albania, Anglia – San Marino;
  2. kolejka (28 marca): Albania – Anglia, Polska – Andora, San Marino – Węgry;
  3. kolejka (31 marca): Anglia – Polska, Andora – Węgry, San Marino – Albania;
  4. kolejka (2 września): Polska – Albania,
    Andora – San Marino, Węgry – Anglia;
  5. kolejka (5 września): Albania – Węgry, Anglia – Andora, San Marino – Polska;
  6. kolejka (8 września): Polska – Anglia,
    Albania – San Marino, Węgry – Andora;
  7. kolejka (9 października): Polska – San Marino, Andora – Anglia, Węgry – Albania;
  8. kolejka (12 października): Albania – Polska, Anglia – Węgry, San Marino – Andora;
  9. kolejka (12 listopada): Andora – Polska,
    Anglia – Albania, Węgry – San Marino;
  10. kolejka (15 listopada): Polska – Węgry,
    Albania – Andora, San Marino – Anglia.