Z życia PZPN: Nowy prezes zrobi audyt?

Dziennikarz tygodnika „Gazeta Polska” Piotr Nisztor, z którym w ostatnich miesiącach urzędowania w PZPN zwycięskie sądowe potyczki stoczył były prezes PZPN Zbigniew Boniek, najwyraźniej nie złożył jeszcze broni.

Już w tytule swojego tekstu zamieszczonym w „Gazecie Polskiej” (Tajny plan Cezarego Kuleszy. Jakie trupy wypadną ze związkowej szafy?) Piotr Nisztor sugeruje, że nowy prezes PZPN ma jakieś niecne zamiary wobec swojego poprzednika i zamiast „na wiarę” przejąć po nim piłkarskie przedsiębiorstwo, ponoć doskonale prosperujące i bez żadnych obciążeń, wbrew publicznym zapewnieniom postanowił jednak po cichu zlecić firmie zewnętrznej przeprowadzenie audytu.
„W ostatnich 12 miesiącach agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego (CBA), działając na polecenie prowadzącego śledztwo Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej, dwukrotnie wchodzili na przeszukiwania do piłkarskiej centrali. Zabezpieczyli dokumenty i nośniki danych. To właśnie dlatego Kulesza już pierwszego dnia urzędowania polecił wdrożyć w związku audyt” – pisze Nisztor na łamach „Gazety Polskiej”. I przypomina zarazem, że „pierwsze przeszukiwania w śledztwie przez szczecińska prokuraturę miały miejsce 10 września 2020 roku, kiedy to agenci CBA zabezpieczyli materiały nie tylko w PZPN i 16 Wojewódzki ZPN, ale także w firmach współpracujących ze związkiem”.
Autor „Gazety Polskiej” sugeruje, że to dlatego nowy prezes PZPN Cezary Kulesza chce się przyjrzeć finansom związku, w tym umowom sponsorskim oraz doradczym. I podpiera się wypowiedzią „chcącego zachować anonimowość” współpracownika Kuleszy. „Spodziewamy się, że prokuratura może chcieć postawić zarzuty w niektórych wątkach osobom związanym ze związkiem. Dlatego nowy prezes miał podjąć decyzję o przeprowadzeniu audytu w PZPN, który sięgnie pięć lat wstecz”.
Zbigniewowi Bońkowi rewelacje Nisztora pewnie jakoś specjalnie snu nie zakłóciły. Były już prezes PZPN, ale wciąż jeszcze wiceprezydent UEFA, z całą pewnością przed odejściem z posady zadbał o porządek w papierach. Jego nieprzyjaciele łudzą się więc niepotrzebnie, że jakiś trup wypadnie z pezetpeenowskiej szafy.

Z życia PZPN: Prezes z Białegostoku za prezesa z Rzymu

Zwycięstwo Cezarego Kuleszy (na zdjęciu) w wyborach na prezesa PZPN nie było zaskoczeniem. Ze 118 delegatów na zjazd zagłosowało na niego 92, natomiast na Koźmińskiego tylko 23. Zmiana władzy nie oznacza, że w polskim futbolu zacznie dziać się lepiej lub gorzej, co najwyżej, że będzie inaczej.

Na wyznaczone na 18 sierpnia Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze Delegatów PZPN piłkarskie środowisko czekało z zaciekawieniem, bo chociaż już wcześniej było wiadomo, że wraz z odejściem Zbigniewa Bońka ze stanowiska prezesa dojdzie w federacji do poważnych personalnych zmian na szczytach władzy. Niewiadomą była tylko skala przetasowań, bowiem walka o wyborcze głosy trwała niemal do ostatniej chwili. Triumf Kuleszy został de facto przesądzony już przed rozpoczęciem obrad, w co z obecnych na sali wątpił chyba tylko Koźmiński, czego dowodem może być jego półgodzinna płomienna przemowa przed głosowaniem. Niepotrzebnie strzępił sobie język, bo nic mu to nie pomogło, a tylko zraził do siebie litanią pretensji wielu wpływowych ludzi. Jego rywal przemawiał przez dwie minuty, bo tyle czasu zajęło mu przywitanie delegatów. Nie musiał się sprężać, bo i tak zagłosowało na niego 92 delegatów, a na Koźmińskiego tylko 23. W sumie ze 118 uprawnionych do głosowania delegatów w wyborach wzięło udział 116, z których jeden oddał głos nieważny.
Przyznanie Bońkowi tytułu honorowego prezesa oraz pozostawienie Macieja Sawickiego na posadzie sekretarza generalnego to ewidentny dowód cichego porozumienia między starym a nowym sternikiem naszej futbolowej nawy. To wyjaśnia dlaczego Kulesza odrzucił ofertę Koźmińskiego, który w lipcu był gotów zrezygnować z kandydowania w zamian za miejsce w nowym zarządzie dla siebie i kilku swoich stronników oraz zostawienie Sawickiego w roli „genseka”. Nie jest to pierwszy w najnowszej historii PZPN-u przypadek piętrowej intrygi, z której zwycięsko wychodzą ci, którzy mają mocniejsze karty. Koźmiński w tej rozgrywce grał znaczonymi kartami i musiał przegrać. W nowym rozdaniu stanowisk zwycięski obóz nie znalazł dla wiceprezesa ds. międzynarodowych w pierwszej kadencji Bońka i wiceprezesa ds. szkolenia w drugiej, nawet honorowej funkcji. Bez wątpienia jest on największym przegranym dokonanych zmian, ale trzeba też uczciwie przyznać, że przez dziewięć lat woził się na plecach Bońka i nie pozostawił po sobie nic godnego zapamiętania. A jeśli do czegoś w jakiś istotny sposób się przyczynił, to cały splendor bez żadnej żenady zagarnął Boniek. „Dzięki pracy zarządu PZPN oraz mojemu zaangażowaniu, wychodzę dumny i szczęśliwy, że zostawiam związek w bardzo dobrej sytuacji” – stwierdził w swoim przemówieniu. Mógł pleść sobie co chciał, bo wiedział, że nikt go na zjeździe nie zaatakuje. W potajemnych rokowania zostało przecież ustalone, że przekazanie władzy odbędzie się pokojowo, bez szarpaniny i wywlekania związkowych brudów na światło dzienne. Dlatego też sprawozdanie finansowe za 2020 rok zostało przez delegatów przyjęte, chociaż wyszło z niego, iż Polski Związek Piłki Nożnej zamknął rok ze stratą 54,5 mln złotych. Deficyt wytłumaczono jednak skutkami pandemii koronawirusa i przypomniano, że związek przeznaczył 50 mln złotych na wsparcie klubów – od ekstraklasy do III ligi. Delegaci nie drążyli tematu, nie zgłoszone też sprzeciwu, gdy padł wniosek aby przez aklamację przyznać Bońkowi tytuł honorowego prezesa.
Emocje zaczęły się dopiero wtedy, gdy nowy prezes zaczął kompletować nową ekipę i przydzielać stanowiska. Trochę zaskoczeń przy tym było, bo inne w mediach krążyły spekulacje. Ostatecznie skład nowego zarządu PZPN wygląda następująco. Funkcje wiceprezesów otrzymali: do spraw organizacyjno-finansowych Henryk Kula, do spraw szkoleniowych Maciej Mateńko, do spraw zagranicznych Mieczysław Golba, do spraw piłkarstwa profesjonalnego Wojciech Cygan orazdo spraw piłkarstwa amatorskiego Adam Kaźmierczak. Członkiem zarządu z ramienia klubów ekstraklasy został Jakub Tabisz, a z ramienia klubów I ligi Marcin Janicki. Pozostałymi członkami zarządu PZPN zostali: Tomasz Garbowski, Sławomir Kopczewski, Zbigniew Bartnik, Karol Klimczak, Tomasz Lisiński, Radosław Michalski, Sławomir Pietrzyk, Robert Skowron, Paweł Wojtala i Eugeniusz Nowak. Na pierwszym posiedzeniu zarządu wybrano Macieja Sawickiego na sekretarza generalnego oraz Tomasza Mikulskiego przewodniczącego Kolegium Sędziów.
Nowy prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej nie jest postacią tak znaną, jak jego poprzednik. Cezary Kulesza urodził się 22 czerwca 1962 roku w Białymstoku. Ma za sobą niezbyt spektakularną karierę piłkarską – występował w roli ofensywnego pomocnika w Gwardii Białystok, Olimpii Zambrów i Mławiance, a w latach 1988-1990 trafił do Jagiellonii Białystok, ale na boiskach ekstraklasy pojawił się tylko w 14 meczach. Zaliczył też niewielki epizod w klubach zagranicznych, w trzecioligowym belgijskim RFC Aubel, szybko jednak wrócił do Polski i w 1996 roku zakończył sportową karierę. Ale jeszcze jako czynny piłkarz, w 1994 roku, założył firmę fonograficzną Green Star, promującą głównie muzykę disco polo, m.in. w wykonaniu zespołu Boys i Zenka Martyniuka. W XXI roku zainwestował też w hotele i nieruchomości. Do futbolu, już w roli działacza i sponsora, wrócił w 2008 roku, oczywiście do Jagiellonii. Najpierw był w tym klubie doradcą ds. sportowych, a dwa lata później został prezesem zarządu i pełnił tę funkcję do czerwca tego roku. Za jego kadencji białostocka drużyna zdobyła Superpuchar i Puchar Polski (2010) oraz dwukrotnie wicemistrzostwo Polski (2017 i 2018), a w jej barwach występowali tak znani polscy piłkarze, jak Tomasz Frankowski, Kamil Grosicki, Karol Świderski, Michał Pazdan czy Grzegorz Sandomierski. Od 2012 Kulesza był też w zarządzie PZPN, a od 2016 pełnił funkcję wiceprezesa ds. piłkarstwa profesjonalnego. Pełnił też funkcję wiceprzewodniczącego Rady Nadzorczej Ekstraklasy S.A.
Anonimową postacią w polskim futbolu zatem na pewno nie jest, ale nie można też powiedzieć, że jest powszechnie znany. Na pewno będzie mniej aktywny medialnie od Bońka i całkiem niewykluczone, że na dłuższą metę wyjdzie mu to na korzyść. Na razie trudno coś mu zarzucić, bo decyzje podejmuje roztropne. Jak choćby w przypadku Paulo Sousy informując, iż nie planuje zmiany na stanowisku selekcjonera, bo portugalski szkoleniowiec ma ważną umowę, która w razie awansu polskiej reprezentacji do finałów mistrzostw świata automatycznie przedłuży się do końca 2022 roku. Może zatem zmiana prezesa nie okaże się błędem i za cztery lata nikt za Bońkiem nawet nie zatęskni.

Koniec ery Bońka w PZPN

W środę odbędzie się walne zgromadzenie PZPN i tego dnia Zbigniew Boniek po dziewięciu latach przestanie pełnić funkcję prezesa. To jednak nie oznacza, że utraci realną władzę w polskim futbolu. Już ponad 20 lat temu potrafił rządzić związkiem „z drugiego fotela” jako wiceprezes ds. marketingu.

Boniek objął funkcję prezesa PZPN w 2012 roku zastępując dawnego kolegę z reprezentacji Polski Grzegorza Lato. W trakcie dwóch jego kadencji (na kolejne nie pozwalało już polskie prawo) reprezentacja Polski dwukrotnie zagrała w mistrzostwach Europy i raz w mistrzostwach świata. Na stronie internetowej PZPN służby medialne PZPN opublikowały liczącą 70 punktów listę najważniejszych dokonań związku w ostatnich dziewięciu latach. Ale te pożegnalne fanfary nie robią na nikim wrażenia. Piłkarskie środowisko chce odmiany i jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, przedłużone o rok z powodu pandemii koronawirusa rządy Bońka i jego świty dobiegną końca w środę 18 sierpnia.
Kulesza w roli faworyta
Chęć ubiegania się stanowisko sternika naszej piłkarskiej federacji zgłosili dwaj dotychczasowi wiceprezesi PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, ale niewykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jeszcze jacyś inni kandydaci. Wedle medialnych spekulacji murowanym faworytem do zwycięstwa jest Kulesza, do niedawna prezes Jagiellonii Białystok. Musi jednak na niego zagłosować co najmniej 60 ze 118 delegatów. Nie powinien mieć z tym kłopotu. W wyborach w 2012 wszedł do zarządu PZPN z 59 głosami elektorów, ale w 2016 zagłosowało na niego już 115. Uzyskał tym samym lepszy wynik nawet od Bońka, który dostał 99 głosów. Kulesza przez ostatnie lata solidnie pracował na sympatię środowiska – objechał Polskę wzdłuż i wszerz, pobiesiadował, porozmawiał, naobiecywał, czyli zrobił to wszystko, czego nie chciało się robić Koźmińskiemu.
W hermetycznym piłkarskim środowisku po dziewięciu latach rządów lubującej się w luksusie i blichtrze ekipy Bońka wróciła tęsknota za „swojskością” w relacjach i podmiotowością w relacjach z piłkarską centralą. Kulesza nie ma „parcia na szkło”, nie przepada za publicznymi wystąpieniami i w odróżnieniu od Bońka będzie raczej reglamentował swoją obecność w mediach. Na razie nie wyjawił co konkretnie zamierza zmienić w PZPN, poza enigmatyczną obietnicą „poprawienia jakości szkolenia”. A za ten pion w związku przez ostatnie cztery lata odpowiadał właśnie Koźmiński.
Ustępujący prezes oficjalnie nie poparł żadnego z kandydatów. Ogłosił to jednak dopiero po kwietniowych wyborach do komitetu wykonawczego UEFA, w którym to gremium zasiadał już wcześniej i do którego został wybrany ponownie, tym razem na czteroletnią kadencję, a jeszcze na dodatek z awansem na funkcję jednego z wiceprezydentów UEFA. Tak wysoko w strukturach Europejskiej Unii Piłkarskiej nie zaszedł żaden polski działacz. W tej sytuacji Boniek nie musiał już walczyć o zachowanie wpływów w Polskim Związku Piłki Nożnej. Mówiąc kolokwialnie, w tej chwili w polskim futbolu nie ma takiego mocnego, który mógłby mu podskoczyć. Obojętnie zatem kto wygra wybory na nowego prezesa i jacy ludzie wejdą do zarządu, raczej „grzebania w papierach” nie będzie i żadne „kwity” nie wypłyną.
Nikt cię nie chwali, pochwal się sam
Na pewno skończy się jednak era gloryfikowania dokonań Bońka i jego ekipy. Ustępujący prezes chyba ma tego świadomość, bo na odchodnym nie omieszkał zrobić kwerendy po zaprzyjaźnionych mediach i pochwalić się w nich efektami swoich dziewięcioletnich rządów. Dowodzą tego jego wypowiedzi. „Uważam, że w przeciwieństwie do moich poprzedników nie wychodzę ze złamanymi nogami, obciążonym wizerunkiem. Niedawno zrobiliśmy specjalną ankietę i wiem, jak to wygląda. Czuję sympatię ludzi, gdy jestem w przestrzeni publicznej. Oczywiście, zdarza się hejt. Niektórzy dzięki anonimowości czują się odważni. Ale ja wiem doskonale, co ludzie o mnie myślą, bo czuję to codziennie na ulicy. Na pewno nie żałuję żadnego dnia na tym stanowisku” – przekonywał Boniek. Ale w wywiadzie dla PAP odrzucił już jednak pozory skromności. „Chciałem być prezesem, żeby polskiej piłce pomóc. I uważam, że zostawiam nasz futbol w dobrej sytuacji. Zrobiliśmy produkt premium, jeżeli chodzi o postrzeganie federacji, promocję. Dzisiaj reprezentacja Polski, również kobiet, to zupełnie inna rzeczywistość organizacyjnie i logistycznie. A teraz musimy starać się robić produkt premium na boisku. Ale ludzie tego nie widzą. Uważają, że Boniek i PZPN są odpowiedzialni za to, jak kto kopie piłkę. Nie jesteśmy. Odpowiadamy za wiele innych spraw, z których można nas rozliczać” – przekonywał wskazując, za co należy go rozliczać: za reformę szkolenia i rozgrywek, promocję i popularyzację polskiej piłki oraz zarządzanie i finanse federacji.
W tym samym wywiadzie na pytanie, co go zaskoczyło najbardziej podczas sprawowania funkcji prezesa PZPN, odpowiedział: „Uderzyła mnie zmiana postępowania ludzi, wzajemne stosunki, agresywność, hejt, wpływ polityki na codzienne życie. My sobie z tym radziliśmy, ale to będzie największe wyzwanie przed moimi następcami. Gdy Marek Koźmiński zgłosił gotowość startu w wyborach, powiedziałem mu, że jeśli chce, niech się ubiega o stanowisko, bo jest dobrym kandydatem. Później dołączył drugi z naszych wiceprezesów, Cezary Kulesza. Myślałem, że może kontrkandydatem będzie ktoś z zewnątrz. Powiedziałem im, że współpracowali ze mną ponad osiem lat, akceptowali nasze programy, w niektórych brali udział. Dlatego ja się nie będę wypowiadał publicznie na temat ich kandydowania ani wtrącał do ich wyborczych kampanii. I tego się trzymałem do końca” – zapewniał Boniek. I podkreślił, że jedyne czego żałuje, to porażki reprezentacji Polski w meczu ze Słowacją na Euro 2021.
Minusów było jednak sporo
Nie wszyscy w Polsce podzielają jednak wysoką samoocenę ustępującego prezesa. Do tego coraz już liczniejszego grona zalicza się choćby Marek Wawrzynowski, publicysta portalu SportoweFakty pl. (…)Słysząc opowieści o tym, że prezes PZPN zastał piłkę drewnianą, a zostawił murowaną, wyobrażam sobie, że nasza liga jest wśród solidnych europejskich lig, kadra odnotowała pasmo sukcesów, piłkarze są rozchwytywani przez czołowe kluby zagraniczne, nasi trenerzy są postrzegani jako nowatorscy, zaś z małych klubów do dużych akademii przechodzą masowo superutalentowane dzieci. Rzeczywistość jest brutalna. Nasza PKO Ekstraklasa jest jedną ze słabszych w Europie, jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Reprezentacja Polski odpadła w marnym stylu w dwóch kolejnych dużych imprezach już w fazie grupowej, polski piłkarz nie jest pożądany w dużej piłce, zaś na koniec kadencji siłę pokazała drużyna do lat 17, która przegrała 1:10 z Niemcami(…). Gdyby wystawić ocenę Bońkowi za sprawy typu marketing, PR, organizacja, była to kadencja świetna. Ekipa Bońka podniosła piłkę wizerunkowo, opakowała znakomicie produkt. Mecze kadry na Stadionie Narodowym były fantastycznymi widowiskami na wysokim europejskim poziomie. Na pewno bardzo poprawiły się warunki dla kadry narodowej. Zawodnicy nie narzekali na brak niczego, mieli tylko wyjść i grać. Może dla nas, dziennikarzy, warunki do pracy były słabe, ale to pewnie nie jest z punktu widzenia kibica sprawa pierwszorzędna. Do tego doszła sprawna komunikacja z kibicami, m.in. poprzez kanał Łączy Nas Piłka. Przeznaczony bardziej dla młodszych odbiorców pokazywał kulisy kadry. Kapitalne było też wykorzystanie wizerunku kadry. W księgarniach można było kupić zeszyty do kolorowania z piłkarzami, w sklepach, gry i pełno różnych gadżetów. Wątpię, by poprzednia ekipa potrafiła tak wykorzystać wizerunek reprezentacji i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego. Na duży plus są też imprezy, które za kadencji Bońka organizowano w Polsce. Turnieje młodzieżowe rangi międzynarodowej, mecze finałowe europejskich pucharów. Wszystkie te działania sprawiły, że PZPN jako przedsiębiorstwo stoi mocno na nogach, jest bogatą firmą, ma ogromne możliwości. Jest jednak druga strona tych dwóch kadencji. Sportowa. I tu niestety Zbigniew Boniek oblał egzamin. (…)
Ostatnie dwie dekady na Zachodzie to wielkie zmiany w futbolowej edukacji. Szwajcaria od lat gra w dużych turniejach i wychodzi regularnie do II rundy. Efekt reform federacji. Anglia znowu jest wśród największych – efekt pracy federacji. Francja, Dania, Belgia, Hiszpania, Holandia, Austria i tak dalej. Każda licząca się federacja zainwestowała wiele pracy w reformy w szkoleniu piłkarzy oraz trenerów, nasza wprowadzała bezsensowne i nieefektywne programy typu Akademia Młodych Orłów, wydawała na nie fortunę (szacunkowo 20 milionów złotych), obudowywała PR-owo, by po 6 latach po cichu je zlikwidować. Dlaczego szkolenie jest tak istotnym tematem? Widzimy to na co dzień w polskiej ekstraklasie, widzimy w kadrze narodowej. Polski piłkarz nie umie grać jeden na jednego, nie potrafi poruszać się w tłoku, ma często podstawowe braki techniczne, nie jest kreatywny. Są oczywiście wyjątki, ale… to wyjątki”.(…)
Pretensje są słuszne i krytyka zasłużona. Rzecz w tym, że poza osobami osobiści zaangażowanymi w szkolenie mało kto sobie tym zawraca głowę. Dlatego Boniek może spokojnie chadzać po ulicach, z czym jego poprzednik, Grzegorz Lato, u schyłku kadencji miał pewien kłopot.

Koniec ery Bońka w PZPN

W środę odbędzie się walne zgromadzenie PZPN i tego dnia Zbigniew Boniek po dziewięciu latach przestanie pełnić funkcję prezesa. To jednak nie oznacza, że utraci realną władzę w polskim futbolu. Już ponad 20 lat temu potrafił rządzić związkiem „z drugiego fotela” jako wiceprezes ds. marketingu.

Boniek objął funkcję prezesa PZPN w 2012 roku zastępując dawnego kolegę z reprezentacji Polski Grzegorza Lato. W trakcie dwóch jego kadencji (na kolejne nie pozwalało już polskie prawo) reprezentacja Polski dwukrotnie zagrała w mistrzostwach Europy i raz w mistrzostwach świata. Na stronie internetowej PZPN służby medialne PZPN opublikowały liczącą 70 punktów listę najważniejszych dokonań związku w ostatnich dziewięciu latach. Ale te pożegnalne fanfary nie robią na nikim wrażenia. Piłkarskie środowisko chce odmiany i jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, przedłużone o rok z powodu pandemii koronawirusa rządy Bońka i jego świty dobiegną końca w środę 18 sierpnia.
Kulesza w roli faworyta
Chęć ubiegania się stanowisko sternika naszej piłkarskiej federacji zgłosili dwaj dotychczasowi wiceprezesi PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, ale niewykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jeszcze jacyś inni kandydaci. Wedle medialnych spekulacji murowanym faworytem do zwycięstwa jest Kulesza, do niedawna prezes Jagiellonii Białystok. Musi jednak na niego zagłosować co najmniej 60 ze 118 delegatów. Nie powinien mieć z tym kłopotu. W wyborach w 2012 wszedł do zarządu PZPN z 59 głosami elektorów, ale w 2016 zagłosowało na niego już 115. Uzyskał tym samym lepszy wynik nawet od Bońka, który dostał 99 głosów. Kulesza przez ostatnie lata solidnie pracował na sympatię środowiska – objechał Polskę wzdłuż i wszerz, pobiesiadował, porozmawiał, naobiecywał, czyli zrobił to wszystko, czego nie chciało się robić Koźmińskiemu.
W hermetycznym piłkarskim środowisku po dziewięciu latach rządów lubującej się w luksusie i blichtrze ekipy Bońka wróciła tęsknota za „swojskością” w relacjach i podmiotowością w relacjach z piłkarską centralą. Kulesza nie ma „parcia na szkło”, nie przepada za publicznymi wystąpieniami i w odróżnieniu od Bońka będzie raczej reglamentował swoją obecność w mediach. Na razie nie wyjawił co konkretnie zamierza zmienić w PZPN, poza enigmatyczną obietnicą „poprawienia jakości szkolenia”. A za ten pion w związku przez ostatnie cztery lata odpowiadał właśnie Koźmiński.
Ustępujący prezes oficjalnie nie poparł żadnego z kandydatów. Ogłosił to jednak dopiero po kwietniowych wyborach do komitetu wykonawczego UEFA, w którym to gremium zasiadał już wcześniej i do którego został wybrany ponownie, tym razem na czteroletnią kadencję, a jeszcze na dodatek z awansem na funkcję jednego z wiceprezydentów UEFA. Tak wysoko w strukturach Europejskiej Unii Piłkarskiej nie zaszedł żaden polski działacz. W tej sytuacji Boniek nie musiał już walczyć o zachowanie wpływów w Polskim Związku Piłki Nożnej. Mówiąc kolokwialnie, w tej chwili w polskim futbolu nie ma takiego mocnego, który mógłby mu podskoczyć. Obojętnie zatem kto wygra wybory na nowego prezesa i jacy ludzie wejdą do zarządu, raczej „grzebania w papierach” nie będzie i żadne „kwity” nie wypłyną.
Nikt cię nie chwali, pochwal się sam
Na pewno skończy się jednak era gloryfikowania dokonań Bońka i jego ekipy. Ustępujący prezes chyba ma tego świadomość, bo na odchodnym nie omieszkał zrobić kwerendy po zaprzyjaźnionych mediach i pochwalić się w nich efektami swoich dziewięcioletnich rządów. Dowodzą tego jego wypowiedzi. „Uważam, że w przeciwieństwie do moich poprzedników nie wychodzę ze złamanymi nogami, obciążonym wizerunkiem. Niedawno zrobiliśmy specjalną ankietę i wiem, jak to wygląda. Czuję sympatię ludzi, gdy jestem w przestrzeni publicznej. Oczywiście, zdarza się hejt. Niektórzy dzięki anonimowości czują się odważni. Ale ja wiem doskonale, co ludzie o mnie myślą, bo czuję to codziennie na ulicy. Na pewno nie żałuję żadnego dnia na tym stanowisku” – przekonywał Boniek. Ale w wywiadzie dla PAP odrzucił już jednak pozory skromności. „Chciałem być prezesem, żeby polskiej piłce pomóc. I uważam, że zostawiam nasz futbol w dobrej sytuacji. Zrobiliśmy produkt premium, jeżeli chodzi o postrzeganie federacji, promocję. Dzisiaj reprezentacja Polski, również kobiet, to zupełnie inna rzeczywistość organizacyjnie i logistycznie. A teraz musimy starać się robić produkt premium na boisku. Ale ludzie tego nie widzą. Uważają, że Boniek i PZPN są odpowiedzialni za to, jak kto kopie piłkę. Nie jesteśmy. Odpowiadamy za wiele innych spraw, z których można nas rozliczać” – przekonywał wskazując, za co należy go rozliczać: za reformę szkolenia i rozgrywek, promocję i popularyzację polskiej piłki oraz zarządzanie i finanse federacji.
W tym samym wywiadzie na pytanie, co go zaskoczyło najbardziej podczas sprawowania funkcji prezesa PZPN, odpowiedział: „Uderzyła mnie zmiana postępowania ludzi, wzajemne stosunki, agresywność, hejt, wpływ polityki na codzienne życie. My sobie z tym radziliśmy, ale to będzie największe wyzwanie przed moimi następcami. Gdy Marek Koźmiński zgłosił gotowość startu w wyborach, powiedziałem mu, że jeśli chce, niech się ubiega o stanowisko, bo jest dobrym kandydatem. Później dołączył drugi z naszych wiceprezesów, Cezary Kulesza. Myślałem, że może kontrkandydatem będzie ktoś z zewnątrz. Powiedziałem im, że współpracowali ze mną ponad osiem lat, akceptowali nasze programy, w niektórych brali udział. Dlatego ja się nie będę wypowiadał publicznie na temat ich kandydowania ani wtrącał do ich wyborczych kampanii. I tego się trzymałem do końca” – zapewniał Boniek. I podkreślił, że jedyne czego żałuje, to porażki reprezentacji Polski w meczu ze Słowacją na Euro 2021.
Minusów było jednak sporo
Nie wszyscy w Polsce podzielają jednak wysoką samoocenę ustępującego prezesa. Do tego coraz już liczniejszego grona zalicza się choćby Marek Wawrzynowski, publicysta portalu SportoweFakty pl. (…)Słysząc opowieści o tym, że prezes PZPN zastał piłkę drewnianą, a zostawił murowaną, wyobrażam sobie, że nasza liga jest wśród solidnych europejskich lig, kadra odnotowała pasmo sukcesów, piłkarze są rozchwytywani przez czołowe kluby zagraniczne, nasi trenerzy są postrzegani jako nowatorscy, zaś z małych klubów do dużych akademii przechodzą masowo superutalentowane dzieci. Rzeczywistość jest brutalna. Nasza PKO Ekstraklasa jest jedną ze słabszych w Europie, jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Reprezentacja Polski odpadła w marnym stylu w dwóch kolejnych dużych imprezach już w fazie grupowej, polski piłkarz nie jest pożądany w dużej piłce, zaś na koniec kadencji siłę pokazała drużyna do lat 17, która przegrała 1:10 z Niemcami(…). Gdyby wystawić ocenę Bońkowi za sprawy typu marketing, PR, organizacja, była to kadencja świetna. Ekipa Bońka podniosła piłkę wizerunkowo, opakowała znakomicie produkt. Mecze kadry na Stadionie Narodowym były fantastycznymi widowiskami na wysokim europejskim poziomie. Na pewno bardzo poprawiły się warunki dla kadry narodowej. Zawodnicy nie narzekali na brak niczego, mieli tylko wyjść i grać. Może dla nas, dziennikarzy, warunki do pracy były słabe, ale to pewnie nie jest z punktu widzenia kibica sprawa pierwszorzędna. Do tego doszła sprawna komunikacja z kibicami, m.in. poprzez kanał Łączy Nas Piłka. Przeznaczony bardziej dla młodszych odbiorców pokazywał kulisy kadry. Kapitalne było też wykorzystanie wizerunku kadry. W księgarniach można było kupić zeszyty do kolorowania z piłkarzami, w sklepach, gry i pełno różnych gadżetów. Wątpię, by poprzednia ekipa potrafiła tak wykorzystać wizerunek reprezentacji i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego. Na duży plus są też imprezy, które za kadencji Bońka organizowano w Polsce. Turnieje młodzieżowe rangi międzynarodowej, mecze finałowe europejskich pucharów. Wszystkie te działania sprawiły, że PZPN jako przedsiębiorstwo stoi mocno na nogach, jest bogatą firmą, ma ogromne możliwości. Jest jednak druga strona tych dwóch kadencji. Sportowa. I tu niestety Zbigniew Boniek oblał egzamin. (…)
Ostatnie dwie dekady na Zachodzie to wielkie zmiany w futbolowej edukacji. Szwajcaria od lat gra w dużych turniejach i wychodzi regularnie do II rundy. Efekt reform federacji. Anglia znowu jest wśród największych – efekt pracy federacji. Francja, Dania, Belgia, Hiszpania, Holandia, Austria i tak dalej. Każda licząca się federacja zainwestowała wiele pracy w reformy w szkoleniu piłkarzy oraz trenerów, nasza wprowadzała bezsensowne i nieefektywne programy typu Akademia Młodych Orłów, wydawała na nie fortunę (szacunkowo 20 milionów złotych), obudowywała PR-owo, by po 6 latach po cichu je zlikwidować. Dlaczego szkolenie jest tak istotnym tematem? Widzimy to na co dzień w polskiej ekstraklasie, widzimy w kadrze narodowej. Polski piłkarz nie umie grać jeden na jednego, nie potrafi poruszać się w tłoku, ma często podstawowe braki techniczne, nie jest kreatywny. Są oczywiście wyjątki, ale… to wyjątki”.(…)
Pretensje są słuszne i krytyka zasłużona. Rzecz w tym, że poza osobami osobiści zaangażowanymi w szkolenie mało kto sobie tym zawraca głowę. Dlatego Boniek może spokojnie chadzać po ulicach, z czym jego poprzednik, Grzegorz Lato, u schyłku kadencji miał pewien kłopot.

Boniek wygrał w sądzie z Nisztorem

W miniony piątek Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok w procesie o ochronę dóbr osobistych, wytoczonym przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka Piotrowi Nisztorowi oraz spółce Forum, wydawcy „Gazety Polskiej Codziennie”. Dziennikarz ma zapłacić 10 tys. na cel społeczny oraz opublikować przeprosiny.

Boniek pozwał wydawcę „Gazety Polskiej Codziennie” spółkę Forum oraz dziennikarza tego tytułu Piotra Nisztora za serię artykułów sugerujących m.in. konflikt interesów związany ze sprawowaną przez niego funkcją. Prezes PZPN domaga się przeprosin oraz 150 tys. zł na cel społeczny w przypadku pozwu dotyczącego dziennikarza, a 50 tys. w przypadku pozwu dotyczącego spółki. Podczas rozprawy sam Boniek oraz reprezentujący go prawnicy utrzymywali, iż publikowane przez Piotra Nisztora w „GPC” informacje dotyczące jego rzekomych powiązań ze Służbą Bezpieczeństwa, a także braku transparentności oraz nepotyzmu w PZPN, są nieprawdziwe.
Podjęcie kroków prawnych prezes PZPN tłumaczył tak: „Musiałem to zrobić, to był jedyny ruch. Jestem człowiekiem, który jest znany w całej Europie, człowiekiem, który ma różne stanowiska, nigdy nie był związany z żadną partią opozycyjną ani w ogóle żadną partią polityczną, wręcz przeciwnie, zawsze byłem człowiekiem wolnym, zawsze miałem swoje zdanie. Z racji pełnionych funkcji zawsze jestem przygotowany na wielką krytykę, na to, że ludzie mogą o mnie różnie pisać, natomiast na totalne wymysły, sugerowanie, insynuacje, pozwolenia z mojej strony nie ma”. PSeria artykułów Piotra Nisztora na tematy związane z prezesem PZPN publikowana była w „Gazecie Polskiej” oraz „Gazecie Polskiej Codziennie”. Jeden z nich poświęcono prezesowi Lagardere Sports Poland (wcześniej SportFive) Andrzejowi Placzyńskiemu, a jego główną tezą było to, że ta firma „od lat zarabia miliony na współpracy ze związkiem oraz klubami piłkarskiej ekstraklasy”, a kierujący nią w Polsce Placzyński to „były kapitan SB, który m.in. rozpracowywał Jana Pawła II podczas jego wizyty w Austrii w czerwcu 1988 roku”. Inny z tekstów dotyczył firmy Mikrotel, obecnie należącej do brata Zbigniewa Bońka, lecz wcześniej według informacji gazety przez blisko dwa lata obecny prezes PZPN miał łączyć prowadzenie tej firmy z pracą w najwyższych władzach piłkarskiego związku.
Boniek utrzymuje, że przekazał ją bratu w 2001 roku „czystą, przejrzystą i bez żadnych zobowiązań finansowych”. „Ta firma nie przeszkadzała nikomu i wykonywała swoją normalną, uczciwą pracę. Czy powinienem był powiedzieć bratu, że po tylu latach dobrej współpracy PZPN musi zakończyć współpracę z Mikrotelem tylko dlatego, żeby ktoś na nie oskarżył o jakieś nieczyste powiązania?”. Prezes PZPN zaprzeczył również, jakoby poznając prezesa Lagardere Sports Poland Andrzeja Placzyńskiego wiedział, że w przeszłości współpracował on z SB. Ich relacja miała charakter czysto biznesowy. W piątek sąd przyznał mu rację, co Boniek triumfalnie skomentował na Twitterze: „Sąd Okręgowy w Warszawie uwzględnił dziś moje roszczenia. Tak kończą niesolidni dziennikarze pracujący na zlecenie. Jeżeli mogę podpowiedzieć, to teraz cicho sza. Pokażcie, że jesteście dorośli, a nie pokrzywdzeni smarkacze. PS. Spokojnie czekam na przeprosiny. Panie Piotrze Nisztor, jeżeli nadal ma pan chęć na kieliszek wina…”.
Druga strona sporu nie ogłosiła jednak jeszcze kapitulacji. Nisztor na Twitterze odpowiedział tak: „Dziś sędzia Wagner – nie odnosząc się do tego czy napisałem prawdę i dochowałem staranności dziennikarskiej – orzekł, że mam przeprosić Zbigniewa Bońka za sugestie dot. jego związków z SB i bycia przez niego gwarantem PRL-owskiego układu NIC takiego nie było w tekstach. Jednocześnie sędzia stwierdził, ze wątki dotyczące m.in. Mikrotelu nie naruszają dóbr osobistych prezesa PZPN. Muszę więc przeprosić Zbigniewa Bońka za to, że źle odebrał moje publikacje. Uzasadnienie orzeczenia jest kuriozalne. Oczywiście składamy apelację” – napisał Nisztor.
Przeprosin Boniek raczej się więc nie doczeka i chyba nawet ich nie oczekuje. Potrzebował w tej sprawie korzystnego dla siebie wyroku i taki też otrzymał. Nisztor jest drugim dziennikarzem, którego w ostatnich latach pokonał w sądzie.

Pierwsze dymisje w PZPN

Maciej Sawicki poinformował, że zarząd polskiej federacji piłkarskiej odwołał go z pełnionej przez ostatnie dziewięć lat funkcji sekretarza generalnego PZPN. Ale nie tylko on straci posadę.

Wybory nowych władz Polskiego Związku Piłki Nożnej odbędą się 18 sierpnia, ale już w piłkarskiej centrali zaczęły się ruchy kadrowe. Sawicki był sekretarzem generalnym związku od dziewięciu lat i uważany jest za prawą ręką prezesa Zbigniewa Bońka. Na swoim profilu na jednym z portali społecznościowych ogłosił: „Na moją prośbę, Zarząd PZPN odwołał mnie dzisiaj z funkcji Sekretarza Generalnego ze skutkiem na 19.08. Oznacza to, że z ostatnim dniem prezesury Zbigniewa Bońka kończę swoją pracę jako Sekretarz Generalny. Dziękuję Prezesowi za szansę i zaufanie”.
Odwołanie sekretarza generalnego już w tej chwili to ukłon pod adresem nowego sternika związku, ktokolwiek nim nie zostanie. Na razie jest dwóch kandydatów – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, a nie jest tajemnicą, iż Sawicki opowiada się za kandydaturą Koźmińskiego, więc w przypadku zwycięstwa Kuleszy, co sądząc po przeciekach dochodzących z piłkarskiego środowiska jest wielce prawdopodobne, na zachowanie posady i tak nie miałby szans.
To nie jedyna i zapewne nie ostatnia zmiana w kręgach decyzyjnych piłkarskiej centrali. Z zajmowanej posady odwołano również przewodniczącego Kolegium Sędziów Zbigniew Przesmycki, który pełnił tę funkcję przez ponad dekadę i również był zaliczany do najbardziej zaufanych ludzi Bońka. Odwołano też Magdalenę Urbańską z zajmowanego stanowiska Dyrektora Departamentu Piłki Amatorskiej.
W mediach te zmiany nie wywołały większych emocji. Ale to się zmieni w chwili, gdy dojdzie do zmiany kadrowych w komisji ds. mediów i marketingu, na czele której od dekady stoi inny z zaufanych ludzi Bońka Janusz Basałaj. W owej komisji zasiadają wpływowi przedstawiciele mediów, m.in. Mateusz Borek, Roman Kołtoń, Michał Białoński, Paweł Wilkowicz, Tomasz Smokowski i Jakub Kwiatkowski.

Boniek przepłacił Sousę?

Nie opada fala krytyki pod adresem Paulo Sousy i Zbigniewa Bońka, który w styczniu tego roku samodzielnie podjął decyzję o zatrudnieniu portugalskiego szkoleniowca w miejsce Jerzego Brzęczka. Medialna wrzawa została wywołana na potrzeby toczącej się w piłkarskim środowisku kampanii przed wyborami nowych władz PZPN.

Tematem ostatnich dni w polskich mediach był „paragon grozy” wystawiony rzekomo przez Paulo Sousę za pół roku pracy z polską reprezentacją. Dlaczego akurat paragon, a nie rachunek czy faktura, nie ma tu większego znaczenia, istotniejsze jest natomiast to, że w Polsce chyba tylko Zbigniew Boniek oraz księgowy PZPN wiedzą, ile naprawdę zarabia portugalski selekcjoner biało-czerwonych. Krążące w obiegu publicznym kwoty są jedynie spekulacjami opartymi o przecieki z nieformalnych źródeł. A praktyka dziewięciu lat rządów ekipy Bońka uczy, że wszelkie tego typu „przecieki” są zawsze kontrolowane przez jej wyćwiczone w propagandowych akcjach służby prasowe.
Tak więc wyliczenia podane w publikacjach omawiających rzekomy „paragon grozy” trzeba przyjmować jak klasyczną plotkę, ale że w każdej plotce zawsze jest ziarno prawdy, zaś władze PZPN nie są w tej sprawie transparentne, to możemy te szacunkowe dane przyjąć jako za argument do oceny zasadności zamiany Brzęczka na Sousę.
Wedle nieoficjalnych danych kontrakt z PZPN gwarantuje Paulo Sousie miesięczną gażę w wysokości 70 tys. euro, co oznacza, że do końca umowy wygasającej z końcem eliminacji do MŚ 2022 powinien on zarobić nie mniej niż 850 tys. euro. Taka też kwota pojawiała się przy jego nazwisku w zestawieniach zarobków trenerów reprezentacji uczestniczących w tegorocznych mistrzostwach Europy i sytuowała portugalskiego selekcjonera kadry biało-czerwonych dokładnie w środku stawki. Tak się składa, że dziewięciu lepiej od niego opłacanych szkoleniowców awansowało ze swoimi drużynami do 1/8 finału (nie dali rady Stanisław Czerczesow z drużyną Rosji i Senol Gunes z ekipą Turcji), a pozostałe miejsc wywalczyli trenerzy mniej od Sousy zarabiający: Janne Andersson (Szwecja), Franco Foda (Austria), Zlatko Dalić (Chorwacja), Robert Page (Walia), Kasper Hjulmand (Dania), Jaroslav Silhavy (Czechy) i Andrij Szewczenko (Ukraina). Z tej siódemki Hjulmand, Silhavy i Szewczenko wprowadzili swoje zespoły do 1/4 finału.
Nie można więc powiedzieć, że Boniek przepłacił angażując Sousę, ale też nie sposób zaprzeczyć, że pozostawiając Brzęczka na stanowisku osiągnąłby co najmniej ten sam efekt sportowy dużo mniejszym kosztem. Bo trzeba pamiętać, że gaża Sousy to nie jedyny wydatek PZPN, albowiem Portugalczyk wziął tę robotę pod warunkiem zatrudnienia sześciu jego kompanów w sztabie szkoleniowym (Victor Sanchez Llady, Manuel Cordeira, Antonio Jose Gomez, Lluis Sali, Paulo Grilo i Cosimo Cappagli). Na ich pensje federacja łoży 80 tys. euro miesięcznie, czyli łączny koszt utrzymania sztabu szkoleniowego kadry wynosi teraz co najmniej 150 tys. euro miesięcznie (ok. 675 tys. zł). Żaden sztab trenerski reprezentacji w historii nie był takim obciążeniem dla budżetu PZPN.
Po przeliczeniu pieniędzy wydanych na portugalsko-hiszpańsko-włoski zespół trenerów przez osiągnięte wyniki sportowe można dostać zawrotu głowy. Nasz piłkarska reprezentacja pod wodzą Sousy rozegrała dotąd osiem meczów, z których wygrała tylko z półamatorską Andorą (3:0), zremisowała z Węgrami (3:3), Rosją (1:1), Islandią (2:2), Hiszpanią (1:1), a przegrała z Anglią (1:2), Słowacją (1:2) i Szwecją (2:3). A zatem jedno zwycięstwo kosztowało PZPN 3,83 mln złotych, jeden zdobyty punkt 766 tys. złotych, a jeden gol 273 tys. złotych. I to nie koniec, bo Boniek Sousy nie zwolni, a wybrany 18 sierpnia nowy prezes PZPN, nawet jeśli nie będzie to Marek Koźmiński lub Cezary Kulesza, nie będzie miał czasu na dokonanie zmiany selekcjonera przed spotkaniami z San Marino (2 września), Albanią (5 września) i Anglią (8 września).
Gra va banque ze zwolnieniem Brzęczka 147 dni przed pierwszym meczem Euro 2020 i odważna inwestycja w Sousę prezesowi PZPN się nie opłaciła. Na pozycji Bońka to zapewne znacząco nie zaważy, ale jego antagonistom zapewni mnóstwo medialnej amunicji do zszargania wypucowanego żmudnie przez dziewięć lat wizerunku sprawnego i nieomylnego w swoich decyzjach menedżera. Cokolwiek by Boniek na swoja obronę nie powiedział, zawsze można go zgasić wyliczeniem, że zawarł niekorzystną umowę, bo Sousa za pierwsze pół roku pracy, formalnie 160 dni, zainkasował ok. 1,7 mln złotych, czyli dziennie na jego konto wpływało 10,5 tys. złotych. A w zamian dał nam wszystkim jedno zwycięstwo i najgorszy występ reprezentacji Polski w turnieju rangi mistrzowskiej.
Na dodatek Portugalczyk większość tego czasu spędził poza Polską. Nasz kraj odwiedził cztery razy: 26-28 stycznia, na cały marzec, 2-3 maja i od 16 maja do końca fazy grupowej Euro 2020/21. Przebywał więc między nami tylko przez 74 dni, czyli ledwie 46 procent czasu pracy za jaki ma płacony. Poza tym przez pół roku obejrzał na żywo z trybun tylko cztery mecze polskich drużyn klubowych. W pierwszym tygodniu marca były to ćwierćfinałowe spotkania Pucharu Polski Lech – Raków i Legia – Piast oraz ligowa potyczka Pogoni z Lechem. W maju pojawiła się jeszcze na finałowym meczu Pucharu Polski Raków – Arka. Obserwację rozgrywek w Polsce scedował na zatrudnionych i tak w PZPN trenerów drużyn młodzieżowych – Marcina Dornę, Huberta Małowiejskiego i Macieja Stolarczyka.
Lekceważące zachowanie można byłoby darować Sousie, gdyby broniły go wyniki. Ale nie bronią i nie ma gwarancji, że Portugalczyk zdoła osiągnąć cel najważniejszy, jaki postawił przed nim Boniek – awans do finałów mistrzostw świata. Jeśli tego nie dokona, PZPN straci górę pieniędzy i nowe władze będą musiały zacisnąć mocno pasa. Ale to może mieć nawet dobre strony, bo wtedy przejrzą porządnie finanse związku za ostatnie dziewięć lat.

Euro 2020/21: Paulo Sousa pozostanie na stanowisku

Rywalizacja o mistrzostwo Europy wkroczyła w fazę pucharową. W 1/8 finału w spotkaniu z Walią objawił swoją moc „duński dynamit” – reprezentacja Danii wygrała aż 4:0, niemile natomiast zaskoczyli Włosi, którzy z trudem po dogrywce pokonali Austrię 2:1. A w Polsce trwa rozliczanie Paulo Sousy z nieudanego występu biało-czerwonych.

Oceniając występ reprezentacji Polski w mistrzostwach Europy wyłącznie przez pryzmat osiągniętego w imprezie rezultatu trudno wystawić jej choćby ocenę dostateczną, bo ostatnie miejsce w grupie z jednym zdobytym punktem to ewidentna porażka. Mówienie jednak o kompromitacji biało-czerwonych jest już grubą przesadą. Jeśli już o coś można mieć do naszych piłkarzy pretensje, to chyba tylko o to, że przegrali ze Słowacją (1:2) i Szwecją (2:3), zespołami bynajmniej nie lepszymi, a można nawet zaryzykować twierdzenie, że gorszymi. Nie zapominajmy, że drużynie Hiszpanii tylko Polacy potrafili strzelić gola, na dodatek prowadząc z nimi względnie wyrównaną grę, bo Szwedzi tylko cudem wywalczyli bezbramkowy remis mając w posiadaniu piłkę ledwie przez 15 procent czasu gry, zaś Słowacy dostali od Hiszpanów tęgie baty przegrywając aż 0:5.
Tak więc zamiast pretensji powinniśmy mieć do Paulo Sousy żal, że zbyt długo eksperymentował ze składem i przez to naszej narodowej drużynie w najważniejszych meczach zabrakło zgrania, czyli jedynego elementu w piłkarskim rzemiośle, w którym byli gorsi od Hiszpanów, Szwedów i Słowaków. Sporo pretensji można mieć też do portugalskiego szkoleniowca co do jego personalnych wyborów. Bartosz Bereszyński miał niebagatelny udział przy stracie czterech goli i tak na dobrą sprawę to już po pierwszym meczu ze Słowacją powinien zostać odesłany na boczny tor. Kamil Glik tylko groźnymi minami przypominał boiskowego wojownika, ale z cała pewnością nie był filarem linii defensywnej. Nie bez powodu w wielu analizach znalazł się w grupie „największych rozczarowań Euro 2020/21”. Podobnie jak Grzegorz Krychowiak, który obok Bereszyńskiego był najgorszym graczem w polskiej ekipie.
Prawda jest jednak dla naszych reprezentacyjnych graczy brutalna – jedynym z nich, który wrócił do domu z tarczą, był ich kapitan i lider Robert Lewandowski. Strzelając w turnieju trzy gole (jeden Hiszpanom i dwa Szwedom) „Lewy” uśmierzył wzbierającą już po meczu ze Słowacją falę krytyki i nie dał swoim antagonistom pola do obarczenia go całą winą z niepowodzenie. A potem do głosu doszli futbolowi statystycy i analitycy. No i na przykład branżowy serwis 90min.com orzekł, że najlepszym zawodnikiem fazy grupowej był… Lewandowski. Portal przedstawił swoje wyniki, opierając się na analizie danych serwisu Opta, zbierającego i analizującego dane meczowe oraz generujący na ich podstawie ocenę gry każdego zawodnika. Drugie miejsce w klasyfikacji zajął Belg Kevin De Bruyne, a trzecie bramkarz reprezentacji Finlandii Lukas Hradecky, a na dalszych pozycjach uplasowali się Romelu Lukaku (Belgia), Joakim Maehle (Dania) oraz Jordi Alba (Hiszpania).
W ocenach zespołowych biało-czerwoni już tak dobrze nie wypadli. W klasyfikacji generalnej turnieju po fazie grupowej Polska jest 21. w stawce 24 drużyn – słabsze były tylko zespoły Turcji, Macedonii Północnej i Szkocji. Z kolei pod względem liczby minut gry, w których przegrywali, nasi piłkarze są w ścisłej czołówce. Dłużej gonić wynik musieli tylko Turcy (179 minut) i… Niemcy (161). Broniąca tytułu Portugalia awansowała do 1/8 finału, choć w trzech meczach fazy grupowej była na prowadzeniu tylko przez 40 minut – najmniej spośród drużyn pozostających w grze o mistrzostwo Europy. Ciekawy jest też przypadek reprezentacji Węgier, która była na prowadzeniu przez 92 minuty, co jest 8. wynikiem na turnieju, a przegrywała tylko przez 6 (6. wynik Euro 2020), a i tak pożegnała się z mistrzostwami już po fazie grupowej. Najdłużej z prowadzenia cieszyli się Holendrzy (177), Włosi (152) i Anglicy (111). To trzy z pięciu zespołów, które w fazie grupowej nie przegrywała ani przez sekundę. Poza nimi w tym gronie są Hiszpanie i Szwedzi.
Paulo Sousa ma więc nad czym myśleć, bo już de facto wiadomo, że nadal będzie selekcjonerem reprezentacji Polski. Portugalczyk ma kontrakt do końca eliminacji mistrzostw świata, z opcją jego przedłużenie w przypadku awansu. Jeszcze panujący w PZPN prezes Zbigniew Boniek, na którego także zwaliła się potężna fala krytyki, twardo oświadczył, że jest z efektów pracy portugalskiego szkoleniowca zadowolony i nie zamierza go zwalniać z posady.
Taką samą deklarację składają też dwaj zgłoszeni już oficjalnie kandydaci w wyborach na nowego prezesa PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza. A zatem wszystko wskazuje, że za dwa miesiące to Paulo Sousa powoła kadrę na wrześniowe mecze eliminacyjne do MŚ 2022 z Albanią, San Marino i Anglią. Na razie żaden z jego kadrowiczów nie ogłosił, że rezygnuje z dalszych występów w reprezentacji.

Euro 2020/21: Polacy grali jak nigdy, odpadli jak zwykle

W XXI wieku nasza piłkarska reprezentacja uczestniczył w siedmiu wielkich piłkarskich turniejach i tylko raz uniknęła kompromitacji wychodząc z grupy. Dokonała tego w 2016 roku we Francji, gdzie dotarła do ćwierćfinału. W tegorocznej edycji biało-czerwoni zajęli ostatnie miejsce w grupie z dorobkiem ledwie jednego punktu.

W sześciu z rozegranych w obecnym stuleciu wielkich turniejach reprezentacja Polski nie zdołała nawet wyjść z grupy. Paulo Sousa nie jest więc jedynym trenerem, któremu nie udało poprowadzić polskich piłkarzy do sukcesu. Przed nim nie potrafili tego dokonać: Jerzy Engel (MŚ 2002), Paweł Janas (MŚ 2006), Holender Leo Beenhaaker (Euro 2008), Franciszek Smuda (Euro 2012) i Adam Nawałka (MŚ 2018), który zarazem jest też jedynym szkoleniowcem z sukcesem na koncie (ćwierćfinał w Euro 2016). Statystyki są nieubłagane – w ostatnich dwóch dekadach nasza narodowa drużyna w mistrzostwach świata i Europy rozegrała 23 mecze, notując 5 zwycięstw, 7 remisów i 11 porażek. Bilans bramkowy – 18:31. W meczach o stawkę wygrała tylko na Euro 2016. We Francji Polacy pokonali w fazie grupowej Irlandię Północną (1:0) oraz Ukrainę (1:0). Poza tym wygrywali jedynie na pożegnanie turniejów (Polska – USA 3:1 w MŚ 2002, Kostaryka – Polska 1:2 w MŚ 2006 i Japonia – Polska 0:1 w MŚ 2018). Obiektywnie zatem rzecz oceniając, występ biało-czerwonych w Euro 2020/21 nie należy traktować jak kompromitację, tylko normę, bo przecież zakończył się rezultatem nie odbiegającym specjalnie od średniej. Biało-czerwoni tym razem wrócili jednak do domu bez jednego choćby zwycięstwa, przegrywając 1:2 ze Słowakami i 2:3 ze Szwedami oraz remisując 1:1 z najsilniejszą w grupie Hiszpanią. Co ciekawe, równie słabo nasza reprezentacja wypadła pod wodzą Leo Beenhaakera w Euro 2008, bo w tym turnieju także zdobyła tylko jeden punkt, ale strzeliła tylko jednego gola przy czterech straconych. To tylko dowodzi, że zatrudnianie za grube pieniądze cudzoziemskich trenerów nie daje żadnej gwarancji sukcesu. Prezes PZPN Zbigniew Boniek będzie więc musiał teraz przyjąć „na klatę” falę krytyki jaka na niego spadnie, bo to on samowładnie w styczniu tego roku dokonał roszady na stanowisku selekcjonera kadry,
zatrudniając Paulo Sousę na miejsce Jerzego Brzęczka.
Pomysł okazał się chybiony i wypadałoby panu prezesowi wystawić teraz za to chociaż jakiś rachunek. Wiadomo, że go nie zapłaci, bo za co prawda za półtora miesiąca straci posadę sternika polskiego futbolu, lecz w kwietniu wielkim nakładem środków i starań ponownie został wybrany do komitetu wykonawczego UEFA i na dodatek został jeszcze wiceprezydentem tej organizacji. Nikt rozsądny przez najbliższe cztery lata nie odważy się rozliczyć go za dziewięć lat autorytarnych rządów w polskim futbolu, ale w przypadku zdobycia władzy w PZPN przez obóz antagonistów Bońka oni w pierwszej kolejności mogą na złość „odstrzelić” właśnie Sousę. Jeden z poważniejszych przeciwników prezesa PZPN, Cezary Kucharski, wpisem w mediach społecznościowych podał argumenty: „Z Jerzym Brzęczkiem byłoby nudniej, nie byłoby tylu emocji, strzelilibyśmy i stracilibyśmy mniej bramek w fazie grupowej, ale byłby awans do 1/8. Szkoda straconej szansy. Nieprzemyślane wybory personalne prezesa PZPN miały kluczowe znaczenie”. Rzecz w tym, że nigdy się już nie dowiemy, czy nasza drużyna pod wodzą Brzęczka faktycznie osiągnęłaby więcej, ale już we wrześniu czekają ją kolejne mecze w eliminacjach mistrzostw świata. Kolejna zmiana selekcjonera raczej nie wchodzi w grę, nawet po zmianie władz PZPN, tym bardziej, że Sousa ma kontrakt do końca roku z opcją przedłużenie w przypadku wywalczenia awansu, a przecież na garnuszku związku jest jeszcze Brzęczek, któremu Boniek pod koniec ubiegłego roku przedłużył umowę do końca 2022 roku. Obaj będą kosztować polską federację grube miliony złotych, a żaden nie gwarantuje sukcesu.
A skoro o pieniądzach mowa… Piłkarze za awans do turnieju finałowego zarobili dla PZPN 9,25 mln euro, a wliczając z premię za remis z Hiszpanią i dotację UEFA na przygotowanie do turnieju wnieśli do kasy związku prawie 12 mln euro. Za miesiąc ciężkiej pracy nie dostaną jednak nawet centa, bo umowa była taka, że premie dostaną dopiero po awansie do 1/8 finału. Ciekawe, że Sousa, Brzęczek, Boniek i z setka innych jeszcze pieczeniarzy na liście płac PZPN swoich wypłat od wyniku reprezentacji nie ma uzależnionych. W tym kontekście apel prezesa Bońka do piłkarzy kadry po meczu ze Szwecją, żeby już zaczęli myśleć o awansie do MŚ 2022 w Katarze, był bezczelny. Dla nich to żaden interes, niestety…

Euro 2020/21: Gaże trenerów są miarą aspiracji pracodawców

Selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa pod względem zarobków sporo odstaje od najlepiej opłacanych trenerów finalistów mistrzostw Europy. Ale od połowy z nich ma dużo wyższe wynagrodzenie.

W tegorocznym turnieju najlepsza drużyna narodowa na naszym kontynencie zostanie wyłoniona po raz szesnasty. Tytuły w 15 poprzednich edycjach wywalczyło 10 reprezentacji, z których do Euro 2020/21 nie zakwalifikowała się jedynie Grecja (triumfator z 2004 roku). Pozostałych dziewięciu mistrzów Europy zagra o kolejny laur. Najbardziej utytułowane są zespoły Niemiec (mistrzostwo w 1972, 1980 i 1996) oraz Hiszpanii (mistrzostwo w 1964, 2008 i 2012). Francja wygrywała dwukrotnie (1984, 2000), a po jednym tytule mają ekipy Włoch (1968), Czechosłowacji (1976), Portugalii (2016), Holandii (1988), Danii (1992) i ZSRR (1960).
Jeśli spojrzymy na zarobki trenerów 24 drużyn uczestniczących w tegorocznych mistrzostwach Europy, to wychodzi na to, że najwięcej od swojej ekipy oczekują Niemcy, bo to Joachim Loew z zarobkami w wysokości 4 750 000 euro otwiera listę płac szkoleniowców, którzy poprowadzą zespoły w turnieju Euro 2020/21. Niewiele mniej od niego zarabia Didier Deschamps, selekcjoner największego faworyta mistrzostw, reprezentacji Francji, któremu płacą rocznie 4 390 000 euro. Na trzecim miejscu podium uplasowali się trenerzy reprezentacji Anglii Gareth Southgate i Holandii Frank de Boer, którym ich macierzyste federacje płacą za rok pracy po 3 000 000 euro. Na piątym miejscu znalazł się selekcjoner reprezentacji Rosji Stanisław Czerczesow z roczną gażą w wysokości 2 500 000 euro, a dopiero szóstą lokatę z pensją 2 250 000 euro zajmuje trener broniącej tytułu ekipy Portugalii Fernando Santos. Za nim z zarobkami 2 000 000 euro uplasował się szkoleniowiec zespołu Włoch Roberto Mancini, który w Top 10 zestawienia wyprzedził selekcjonera reprezentacji Hiszpanii Luisa Enrique (1 500 000 euro), selekcjonera kadry Szwajcarii Vladimira Petkovica (1 320 000 euro) i trenera Belgii Roberto Martineza (1 200 000 euro).
Portugalski selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa znalazł się na 12. pozycji z gażą 850 000 euro. W stawce wyprzedził go trener Turcji Shenol Gunesh (1 000 000 euro), ale za plecami szkoleniowca biało-czerwonych znalazło się aż 12 szkoleniowców: Andrij Szewczenko (Ukraina) – 700 000 euro, Zlatko Dalic (Chorwacja) – 550 000, Robert Page (Walia) – 500 000, Janne Andersson (Szwecja) – 450 000, Steve Clark (Szkocja) – 420 000, Franco Foda (Austria) – 350 000, Jaroslav Silhavy (Czechy) – 300 000, Marco Rossi (Węgry) – 300 000, Kasper Hjulmand (Dania) – 270 000, Markku Kanerva (Finlandia) – 190 000, Stefan Tarkovic (Słowacja) – 180 000 i Igor Angelovski (Macedonia) – 90 000 euro. Polska gra w jednej grupie z Hiszpanią, Szwecją i Słowacją. Zatem w myśl powiedzenia – jaka płaca, taka praca, możemy oczekiwać, że nasza drużyna pod wodzą Paulo Sousy zajmie co najmniej drugie miejsce, za Hiszpanią, i awansuje do 1/8 finału.