Kadra pod napięciem

Trener Jerzy Brzęczek ogłosił skład kadry na październikowe mecze z Łotwą i Macedonią Północną. Nowicjuszem w 24-osobowej kadrze jest 19-letni bramkarz Legii Warszawa Radosław Majecki, który zastąpił kontuzjowanego Łukasza Fabiańskiego. W porównaniu z wrześniowymi powołaniami zabrakło w niej leczących urazy Jakuba Błaszczykowskiego i Dawida Kownackiego oraz Michała Pazdana.

Po nieudanych wrześniowych meczach ze Słowenią (0:2) i Austrią (0:0) atmosfera w kadrze biało-czerwonych i wokół niej mocno zgęstniała. Tu i ówdzie w mediach pojawiły się nawet żądania dymisji Jerzego Brzęczka. Pod adresem selekcjonera sypały się kolejne zarzuty, z których większość, niestety, nie była bezpodstawna. Tuż przed rozesłaniem powołań na październikowe zgrupowanie spekulacje w tej kwestii postanowił przeciąć szef PZPN Zbigniew Boniek, który w jednym z telewizyjnych programów branżowych jednoznacznie stwierdził: „Brzęczek jest nie do ruszenia. Postawiłem przed nim cel, czyli awans na Euro 2020 przy jednoczesnym odmłodzeniu kadry. Cel ten jest realizowany. Opornie, ale jest. Nie gramy tak, jak byśmy chcieli, ale jesteśmy na pierwszym miejscu w grupie”.

Prezes przecina spekulacje

Przy okazji Boniek z sobie tylko wiadomego powodu przyładował w kapitana reprezentacji Roberta Lewandowskiego, odnosząc się do jego wypowiedzi po meczu z Austrią, w której stwierdził, że w grze biało-czerwonych brakuje wypracowanych schematów. „Nasza gra nie wyglądała ładnie i nie była płynna. Walka zawsze musi być i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej, ale całość powinna wyglądać lepiej. Nawet przy wychodzeniu z kontrą coś szwankuje i przez to się męczymy sami z sobą” – stwierdził „Lewy”.

Prezes PZPN po trzech tygodniach wrócił do tej wypowiedzi, komentując ją mniej więcej tak: „Słyszałem tę wypowiedź Roberta i rozmawiałem z nim o tym. Uważam, że kapitan reprezentacji nie powinien mówić takich rzeczy po meczu. Nawet jeśli tak uważa i nawet jeśli ma rację. Lepiej jest porozmawiać z drużyną, z trenerem, żeby wyciągnąć wnioski. A taka wypowiedź jakiej udzielił puszczona w obieg, w dzisiejszych czasach powoduje niepotrzebne spekulacje” – powiedział Boniek.

Jego słowa nie ostudziły jednak nastrojów, a nawet wręcz przeciwnie – jedynie potwierdziły medialne przecieki, że po meczu z Austrią także w szatni doszło do słownego starcia między „Lewym” a Brzęczkiem. Ponoć nie pierwszego i zapewne nie ostatniego.

Trener osłabia kapitana

Nie jest chyba żadną tajemnicą, że obaj panowie nie darzą się sympatią, a główną przyczyną tej antypatii jest zadawniony konflikt między Lewandowskim a siostrzeńcem Brzęczka Jakubem Błaszczykowskim. Na zewnątrz obaj piłkarze zachowują rzecz jasna pozory poprawnych relacji, podobnie zresztą jak Brzęczek z Lewandowskim, w praktyce jednak w tym tercecie toczy się cicha rywalizacja, w której selekcjoner trzyma twardo stronę krewniaka i osłabia jak tylko może pozycję „Lewego” w kadrze. Nieprzypadkowo po raz pierwszy od lat Lewandowski w eliminacjach nie jest najskuteczniejszym strzelcem naszej kadry. Problem w tym, że napastnik, który miał go wygryźć z podstawowego składu, czyli Krzysztof Piątek, właśnie zalicza bolesny upadek z bardzo wysokiego konia, natomiast „Lewy” notuje najlepsze w historii Bundesligi wejście w sezon, bo niedawno jako, pierwszy gracz w niemieckiej ekstraklasie w pierwszych sześciu kolejkach strzelił 10 goli. Odesłanie takiego zawodnika na ławkę rezerwowych byłoby zawodowym samobójstwem, ale nawet gdyby Brzęczek na coś takiego chciał się zdecydować, nie pozwoli mu na to jego zwierzchnik, czyli Boniek, który mimo krytycznych opinii o „Lewym” docenia jednak jego piłkarską klasę oraz rolę w kadrze.

Niekonsekwentne odmładzanie

W 24-osobej kadrze Brzeczek znalazł miejsce tylko dla dwóch graczy z PKO Ekstraklasy, na dodatek z jednego klubu, Legii Warszawa (Majecki i Jędrzejczyk). Pewnie gdyby nie kontuzja, liczbę tę powiększyłby grający obecnie w Wiśle Kraków Błaszczykowski, ale gdyby nie kłopoty zdrowotne Fabiańskiego, nie byłoby wśród powołanych Majeckiego. Tak czy owak liczba zawodników z rodzimej ligi jest w tej chwili symboliczna, co nie dziwi, skoro każdy jako tako wyróżniający się w ekstraklasie młody piłkarz jest natychmiast eksportowany za granicę.

Tam też selekcjoner, obojętnie kto nim będzie, musi dzisiaj szukać następców dla zawodników, którzy zbliżają się do końca reprezentacyjnej kariery.

Kadra Polski:
Bramkarze:
Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy), Łukasz Skorupski (Bologna, Włochy), Radosław Majecki (Legia Warszawa).
Obrońcy:
Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Thiago Cionek (SPAL, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Francja), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Arkadiusz Reca (SPAL, Włochy), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja).
Pomocnicy:
Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Kamil Grosicki (Hull City, Anglia), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Krystian Bielik (Derby County, Anglia), Przemysław Frankowski (Chicago Fire, USA), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa, Rosja).
Napastnicy:
Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (SSC Napoli, Włochy), Krzysztof Piątek (AC Milan, Włochy).

 

Kto zastąpi Bońka?

Za niewiele ponad rok, konkretnie 26 października 2020 roku, może dojść do zmiany władz PZPN, bo tego dnia odbędą się wybory nowego prezesa i członków zarządu. Obecny sternik piłkarskiego związku, Zbigniew Boniek, po dwóch kadencjach nie może już kandydować, co wcale nie oznacza, że zamierza zrezygnować z realnej władzy w związku. Warunkiem jest zdobycie miejsca w nowym zarządzie i osadzenie na fotelu prezesa człowieka, którym da się sterować.

Wyborcza matematyka przy wyborze nowego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jest dosyć prosta. Elektorami będą delegaci na walne zgromadzenie w liczbie 118 osób. Jeden z nich zastąpi na stanowisku Zbigniewa Bońka. Żeby stanąć w wyborcze szranki trzeba jednak przedstawić co najmniej 15 deklaracji poparcia, które mogą udzielić kluby ekstraklasy i I ligi oraz Wojewódzkie Związki Piłki Nożnej. To są trzy najpoważniejsze siły w PZPN: WZPN-y mają do dyspozycji 60 głosów, ekstraklasa 32, a I liga 18, czyli w sumie 110 głosów. Żeby wygrać wybory w pierwszej turze, trzeba zdobyć ponad połowę głosów, czyli minimum 60.

Chociaż do wyborów jeszcze szmat czasu, w mediach już pojawiają się pierwsze informacje o toczących się zakulisowych rozgrywkach. Na przykład tvp.info.pl podaje, że w tej chwili gronie najpoważniejszych kandydatów do objęcia funkcji prezesa PZPN wymieniane są trzy nazwiska: prezesa i współwłaściciela Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, a obecnie znajdującego się poza futbolowym środowiskiem Bogusława Leśnodorskiego oraz obecnego sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego. W Mazowieckim Związku Piłki Nożnej rozważany jest ponoć wariant wystawienia Romana Koseckiego, ale tylko w przypadku, gdy przegra wybory do Sejmu. „Kosa” już raz był kandydatem na prezesa PZPN, ale w 2012 roku ustąpił Bońkowi i zadowolił się posadą wiceprezesa ds. szkoleniowych. Po czterech latach w kolejnym starciu o związkowe posady już nie uczestniczył, ale w Mazowiecki ZPN jest członkiem zarządu i raczej nie będzie miał problemu z uzyskaniem mandatu delegata na zjazd wyborczy. Lecz jeśli utrzyma się w Sejmie, raczej na pewno nie będzie zainteresowany walką o władzę w PZPN. Dlatego na razie nie jest wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów, jak ma to miejsce w przypadku nie kryjących się z takimi ambicjami Kuleszy, Sawickiego czy Leśnodorskiego.

Walka o kluczowe posady zapowiada się emocjonująco, bo piłkarskie środowisko jest już mocno zmęczone autorytarnymi rządami Bońka i chciałoby powrotu do zdecydowanie bardziej demokratycznych reguł obowiązujących za kadencji Michała Listkiewicza. Ta coraz częściej wyrażana tęsknota ośmieliła wciąż lubianego w futbolowych kręgach byłego arbitra do podjęcia starań o odzyskanie utraconej w 2008 roku pozycji. Dla Bońka jednak ewentualne zwycięstwo Listkiewicza to byłaby życiowa klęska, bo po tym jak brutalnie wyrzucił go ze struktur związkowych nie miałby prawa liczy na odpuszczenie win, tylko na srogi rewanż i odpłatę w myśl zasady „oko za oko”.

Dlatego obecny sternik pezetpeenowskiej nawy kombinuje, żeby przeforsować kandydaturę swojego człowieka, a jedynym, na którego lojalność może od biedy liczyć, jest zawdzięczający mu błyskotliwą karierę Sawicki. Za jego plecami w nowych władzach Boniek mógłby objąć funkcję wiceprezesa lub nawet zostać tylko zwykłym członkiem zarządu i zachować realne wpływy na działania PZPN. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o to, że jest to warunek pozwalający Bońkowi utrzymać w przyszłości miejsce w komitecie wykonawczym UEFA. Dodajmy – warunek niezbędny, bo bez jego spełnienia mandatu nie utrzyma.

Wybór Sawickiego byłby jednak tak oczywistym przedłużeniem władzy Bońka, że dla sporej części środowiska taki wariant jest w tej chwili niemożliwy do zaakceptowania. Ale do wyborów jeszcze ponad rok, a zatem dosyć czasu, żeby zbudować Sawickiemu wystarczające poparcie. Jeśli się to nie uda, Boniek u każdego innego zdobywcy prezesowskiego stołka będzie petentem, a od takiej roli przez ostatnie siedem lat zdążył się już przyzwyczaić. No i straci też niekontrolowany dostęp do kasy, a kto wie – może nawet zostanie rozliczony z ośmiu lat ich wydawania?

 

Małe zamieszanie wokół VAR-u

W 30. kolejce wszystkie mecze ekstraklasy zostaną rozegrane w sobotę o jednej porze. Każdy z nich będzie miał jakąś stawkę, ale system VAR zostanie użyty tylko na czterech stadionach. Kibiców bulwersuje jednak wybór dokonany przez PZPN.

PZPN w miniony poniedziałek oficjalnie poinformował, że nie jest w stanie zapewnić systemu wideoweryfikacji VAR na wszystkich ośmiu stadionach, a tylko na czterech i podał, że VAR będzie obecny na meczach Arki Gdynia z Miedzią Legnica, Cracovii z Lechią Gdańsk, Legii Warszawa z Pogonią Szczecin i Zagłębia Sosnowiec z Wisłą Płock. Wybór ten wywołał spore oburzenie części mediów i kibiców. Zastanawiano się, dlaczego VAR nie zostanie użyty choćby w meczach Zagłębia Lubin z Wisłą Kraków i Lech Poznań z Jagiellonią, w których toczyć się będzie walka o miejsce w grupie mistrzowskiej.

Jak zawsze w takich gorących sytuacjach do akcji wkroczył osobiście prezes związku Zbigniew Boniek i za pośrednictwem Twittera wytłumaczył taki, a nie inny wybór. „Wybraliśmy mecze, które mogą decydować o mistrzostwie Polski i o spadku” – napisał prezes. A potem w kilku wypowiedziach dla zaprzyjaźnionych portali internetowych dodał w swoim stylu: „Cracovia – Lechia i Legia – Górnik to mecze drużyn rywalizujących o mistrzostwo Polski, zatem na nich wóz VAR będzie obecny. Podobnie jak na spotkaniach drużyn zagrożonych degradacją. Siłą rzeczy wsparcia VAR-u zabraknie na meczach drużyn rywalizujących o awans do czołowej ósemki. Przy całym szacunku, ale czy ktoś w Polsce wie, kto we Włoszech czy Niemczech bije się o miejsca 7-8?” –uzasadnił Boniek. Co ciekawe, rok temu w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego ekstraklasy PZPN podjął decyzję, żeby w ogóle zrezygnować z VAR-u, jeśli nie można użyć systemu we wszystkich meczach.

 

Szczęsny walnął w Recę

Maciej Szczęsny, obecnie zatrudniony w charakterze telewizyjnego eksperta, wywołała burzę stwierdzeniem, iż Jerzy Brzęczek wystawia do gry Arkadiusza Recę, by Wisła Płock dostała od Atalanty Bergamo bonus transferowy wart pół miliona euro.

Za powołanie Arkadiusza Recy, który po przejściu z Wisły Płock (w tym klubie jego trenerem był Jerzy Brzęczek) do Atalanty Bergamo grzał we włoskim klubie ławę, selekcjoner kadry był krytykowany już po jesiennych meczach reprezentacji, a ponieważ w sytuacji tego piłkarza w Atalancie nic od tamtej pory na lepsze się nie zmieniło, jego obecność w kadrze na marcowe mecze eliminacyjne wywołała zrozumiałą fale oburzenia. W spotkaniu z Austrią Reca na boisku się nie pojawił i temat ucichł, lecz z meczu z Łotwą wyszedł w podstawowym składzie i zagrał od pierwszego do ostatniego gwizdka. I trzeba uczciwie przyznać, że zagrał słabo. Miał jednak duży udział w zwycięstwie, bo to z jego podania gola na 1:0 strzelił Robert Lewandowski. Tak na marginesie, Kamil Glik zdobył bramkę na 2:0 z podania Jakuba Błaszczykowskiego, a to drugi z piłkarzy, których obecność w kadrze uważana jest za przejaw nepotyzmu Brzęczka. Można zatem powiedzieć, że w meczu z Łotwą obaj ci zawodnicy dali selekcjonerowi mocne alibi dla podjętych przez niego w ich sprawie decyzji kadrowych.

Obalił to alibi jednak Maciej Szczęsny, który od pewnego czasu próbuje robić karierę telewizyjną w TVP Sport i skwapliwie wykorzystuje każdą wizytę na wizji, żeby utrwalać swój wizerunek bezkompromisowego eksperta. Tym razem pojechał jednak „po bandzie” rzucając w eter, że Arkadiusz Reca dlatego jest w kadrze, bo Brzęczek chce pomóc swojemu byłemu pracodawcy Wiśle Płock w zarobieniu 500 tys. euro. Tyle właśnie pieniędzy, wedle Szczęsnego, płocki klub dostanie, jako transferowy bonus od Atalanty Bergamo, jeśli Reca rozegra co najmniej pięć meczów w reprezentacji Polski.
Piłkarz po meczu z Łotwą nie chciał komentować rewelacji telewizyjnego eksperta, pewnie także dlatego, że jest on ojcem kolegi z reprezentacji Wojciecha Szczęsnego. Jerzy Brzęczek tylko się żachnął i skwitował rzecz krótko: „Nie znam klauzul, jakie są między klubami przy transferach piłkarzy. To opinia pana Szczęsnego, do której ma prawo. Ja patrzę tylko na rozwój i na ewentualną przydatność piłkarzy do kadry”.

Z wyjaśnieniem pospieszyła też Wisła Płock, zamieszczając komunikat tej treści: „W odniesieniu do medialnego zamieszania wokół meczu Polska – Łotwa, Zarząd Wisły Płock informuje, że nie jest upoważniony do ujawniania szczegółów umów transferowych swoich zawodników. Stwierdzamy natomiast stanowczo, że Klub nie otrzymał i nie otrzyma od Atalanty Bergamo środków finansowych z tytułu występów Arkadiusza Recy w reprezentacji Polski. Obecne władze Wisły Płock nigdy w żaden sposób nie podejmowały działań wymuszających grę swoich obecnych lub byłych zawodników w jakichkolwiek reprezentacjach i nie wyobrażają sobie, aby mogło się to stać w przyszłości” – można przeczytać na oficjalnej stronie klubu.
Głos w tej bulwersującej sprawie zabrał też, za pośrednictwem Twittera, prezes PZPN Zbigniew Boniek, który napisał: „Twitterowa szarańcza z tym kontraktem Recy oszalała. Sprawdziłem, klasyczny temat z d..y. Nie pierwszy i ostatni. Skąd w niektórych tyle jadu?”.

Szambo jednak wylało i cała ta sprawa pachnie nieładnie pachnie. Maciej Szczęsny póki co za swoje słowa nie przeprosił ani zarzutów nie odwołał. A są one poważne i nadają się nawet na sądowy procesik, bo chyba tylko tą drogą dałoby się rozwiać wszelkie wątpliwości. A tak wątpliwości pozostaną…

 

Biała Gwiazda gaśnie w oczach

Próba zmiany właścicielskiej w Wiśle Kraków zakończyła się skandalem. Prosta w sumie operacja biznesowa została przez jej uczestników zamieniona w żenującą farsę. Po dwóch tygodniach akcji „ratowania Wisły” ten zasłużony dla polskiego futbolu klub znów stoi na krawędzi przepaści, choć coraz więcej faktów wskazuje, że z tego miejsca nie ruszył się nawet na moment.

 

Przypomnijmy najważniejsze fakty. Gdy w listopadzie ub. roku stało się jasne, że zadłużona po uszy Wisła Kraków może nie dotrwać do końca rozgrywek, a już na pewno nie otrzyma licencji na kolejny sezon i zostanie zdegradowana do czwartej ligi, z ofertą przejęcia należących do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków akcji piłkarskiej spółki wystąpiła grupa krakowskich przedsiębiorców, którą zmontował właściciel sieci aptek „Słoneczna” Wojciech Kwiecień. Wraz z nim wolę ratowania zasłużonego klubu wyrazili jeszcze Wiesława Włodarskiego, właściciela koncernu spożywczego „FoodCare” oraz właściciele firm „Antrans” (spedycja) i „Dasta Invwest” (budownictwo).

Wystarczył jednak tylko pobieżny audyt żeby Kwiecień i spółka wycofali się z pomysłu przejęcia Wisły Kraków SSA. To wtedy do publicznej wiadomości przedostały się informacje, że nad „Białą Gwiazdą” ciąży wciąż powiększający się garb zadłużenia, który już wówczas przekraczał kwotę 40 mln złotych. Takiego ciężaru finansowego krakowscy biznesmeni udźwignąć nie byli w stanie.

 

Biała Gwiazda za symboliczne euro

Informując o końcu rozmów z koalicją stworzoną przez Wojciecha Kwietnia, prezes zarządu spółki Wisła SSA Marzena Sarapata ogłosiła zarazem, że są „kontynuowane rozmowy z innymi podmiotami zainteresowanymi przejęciem akcji klubu”. A w przededniu ostatniej w tym roku ligowej kolejki gruchnęła wieść, że władze klubu potajemnie podczas krótkiego wypadu do Zurychu sprzedały sto procent akcji piłkarskiej spółki Wisła SSA zagranicznym funduszom inwestycyjnym. Fakt ten ujawnił prezydenta Krakowa Jacek Majchrowski w wywiadzie udzielonym oficjalnemu profilowi miejskiemu na Facebooku. Powiedział w nim m.in. „Z tego, co wiem, podpisano umowę z funduszem inwestycyjnym, za którym, jak się dowiedziałem, stoją kambodżańscy inwestorzy. Ten fundusz specjalizuje się w restrukturyzacji przedsiębiorstw”.

I tak pan prezydent, zapewne w dobrej wierze, uwiarygodnił działania międzynarodowej grupki spekulantów ukrytych pod nieźle brzmiącymi nazwami zarejestrowanej w Wielkiej Brytanii spółki Noble Capital Partners Ltd i zarejestrowanego w Luksemburgu funduszu inwestycyjnego Alalega SARL. Krótkotrwałą sławę zdobyło trzech przedstawicieli tych podmiotów – mieszkający na stałe w Berlinie Polak Adam Pietrowski, działający na Wyspach Brytyjskich Szwed Mats Hartling i posiadający francuskie obywatelstwo Kambodżanin Vanna Ly.

Władze TS  Wisła, nawiasem mówiąc te same, co Wisły SSA, potwierdziły ten fakt w lakonicznym w treści komunikacie: „We wtorek 18 grudnia doszło do spotkania przedstawicieli Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków z luksembursko-brytyjskim konsorcjum funduszy inwestycyjnych, podczas którego podpisano warunkową umowę sprzedaży 100 procent akcji Wisły Kraków SA. Szczegóły umowy są objęte ścisłą klauzulą poufności”.

Podano jedynie, że akcje klubu oddano za symboliczne euro, ale nowi właściciele wzięli na siebie spłatę całego zadłużenia oraz podjęli zobowiązanie zainwestowania w ciągu roku w Wisłę 130 milionów złotych.

W polskich mediach natychmiast zaroiło się od coraz bardziej bulwersujących wieści o nowych właścicielach „Białej Gwiazdy”. Z dostępnych informacji wynikało bowiem, że w 2017 roku aktywa Noble Capital Partners Ltd były wycenione na 338 tys. funtów, a nie jest to kapitał, który pozwoliłby na spłatę nawet tzw. długu licencyjnego Wisły szacowanego na 12,2 mln złotych. Pietrowski, który aktywnie udzielał się w mediach, tłumaczył jednak, że głównym inwestorem jest tajemniczy Vanna Ly i należące do niego konsorcjum inwestycyjne Alallega. I wciskał dziennikarzom opowieści, że główny inwestor jest członkiem kambodżańskiej rodziny królewskiej, że chciał kupić włoską Genoę, turecki Fenerbahce, portugalską Vitorię Guimaraes, że ma udziały w Chelsea Londyn.

 

Niepoważny Vanny Ly

Tymczasem po dokładniejszym zbadaniu okazało się, że Alalega, poprzez którą Ly został współwłaścicielem Wisły SA, istnieje od 2013 roku, ale do niego należy dopiero od 2017 roku. Nie zatrudnia żadnego pracownika, a od wielu miesięcy nie ma nawet stałej siedziby. Mimo tych hiobowych wieści kibice Wisły z nadzieją czekali na zapowiedzianą na piątek 21 grudnia wizytę tercetu nowych właścicieli na Reymonta. Wyobraźnię fanów „Białej Gwiazdy” pobudzały kolportowane plotki, że zgodnie z umową do 28 grudnia maja oni przelać na klubowe konto 12,2 mln złotych na spłatę długu licencyjnego, do końca lutego spłacić resztę 40-milionowego zadłużenia, zaś do końca roku zainwestować w klub kolejne 130 milionów złotych.

Warunkiem uprawomocnienia się zmiany właścicielskiej był jednak wymóg zapłacenia do 28 grudnia nieszczęsnego długu licencyjnego, bo z owych 12,2 mln złotych klub miał zapłacić zaległe wynagrodzenia piłkarzom i trenerom, co powstrzymałoby ich od zerwania umów i zapobiegło nieuchronnemu rozpadowi dobrze funkcjonującego w rozgrywkach zespołu.

Ustalony termin minął, a na koncie Wisły Kraków obiecane miliony się nie pojawiły. Prezes Sarapata złożyła rezygnację funkcji prezesa klubu, ale na odchodnym jeszcze wyczyściła konto z pieniędzy, tych 700 tysięcy złotych, które Wisła zarobiła ze sprzedaży biletów za ostatni w tym roku ligowy mecz, z Lechem Poznań, na który przybyło ponad 22 tysiące widzów. Zadbała jednak głównie o siebie i współpracującą z klubem firmę męża, ale chociaż swoim postępkiem wzburzyła krew w fanach „Białej Gwiazdy”, jej rujnująca Wisłę dwuletnia działalność prawdopodobnie ujdzie jej na sucho. Nie pierwszy to przecież taki przypadek w polskim futbolu i na pewno nie ostatni. Pojawiła się jednak szansa wymierzenia sprawiedliwości nieuczciwym działaczom, bo sprawą zainteresowała się polskie organy wymiaru sprawiedliwości.

 

Koniec farsy czy początek końca?

W środę 2 stycznia działacze Wisły Kraków w końcu przerwali farsę i ogłosili, że transakcja sprzedaży akcji została anulowana, co oznacza, że ponownie sto procent akcji piłkarskiej spółki należy do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków. Jego zarząd wydał oświadczenie: „W środę 2 stycznia 2019 roku unieważniono umowę przejęcia Wisły Kraków SA przez Panów Vanna Ly i Matsa Hartlinga. Oznacza to, że prawnie jedynym akcjonariuszem piłkarskiej spółki jest Towarzystwo Sportowe Wisła Kraków. Jednoczenie informujemy, że na stanowisko Prezesa Zarządu Wisły Kraków SA powołano Tadeusza Czerwińskiego, który od dziś będzie pełnił rolę sternika klubu” –napisano. Ostatecznie jednak Czerwiński nie przyjął funkcji prezesa Wisły SSA zasłaniając się złym stanem zdrowia.

Tymczasem uaktywnili się dwaj wspólnicy Vanna Ly – Mats Hartling i Adam Pietrowski. Na razie wypowiedział si co prawda tylko ostatni z wymienionych, Pietrowski, którego Ly i Hartling mianowali pod koniec grudnia p.o. prezesa Wisły. On w oświadczeniu skierowanym do polskich mediów wyraził głębokie oburzenie ostatnimi decyzjami TS Wisła: „Na jakiej podstawie puszcza się taki komunikat? Przecież prima aprilis mamy w kwietniu. To jest w pełni nielegalne. Są stosowne klauzule w umowie. Przecież w środę działacze TS Wisła wysłali do pana Hartlinga e-maila, że chcą jak najszybciej podpisać nową umowę z nami, tylko już bez pana Vanna Ly. Dlatego jestem zdziwiony, gdy kilka godzin później czytam komunikat, że jest nowy prezes i TS ma ma na powrót sto procent akcji klubu. To nieprawda, to jest fejk, to jest nielegalne. Nie wiem, jakich oni mają prawników. Pan Hartling się z tego śmieje i powiedział, że wszystkie klauzule w umowie zostały złamane”.
Pietrowski dał tym samym do zrozumienia, że on i jego szwedzki wspólnik nadal uważają się za właścicieli Wisły, co w praktyce jeszcze bardziej skomplikuje już i tak niemiłosiernie zagmatwaną sytuację prawną krakowskiego klubu.
Do rozgrywki włączył się w końcu PZPN. Do Komisji Licencyjnej został przesłany wniosek o wszczęcie postępowania w sprawie Wisły Kraków, o czym na Twitterze poinformował dyrektor Departamentu Rozgrywek Krajowych PZPN Łukasz Wachowski. Wszczęcie procedury zakończy się prawdopodobnie zawieszeniem licencji na występy w ekstraklasie. Zwłaszcza że gniewnie odezwał się w tej kwestii prezes związku Zbigniew Boniek, pisząc na Twitterze: „Zamiast sygnałów na razie same kłamstwa. Dosyć tego”.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. W czwartek 3 stycznia Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN postanowiła zawiesić Wiśle Kraków licencję „ze względu na niejasną sytuację prawną klubu oraz w związku z licznymi naruszeniami postanowień Podręcznika Licencyjnego”. Jeśli licencja nie zostanie odwieszona przed wznowieniem rozgrywek, wówczas zespół Wisły zostanie usunięty z ligi.

Po tej decyzji piłkarze, którzy wciąż nie otrzymali wynagrodzeń za ostatnie pół roku i dług spółki wobec nich wynosi już z tego tytułu ponad sześć milionów złotych, zaczną zapewne hurtowo składać wezwania do zapłaty, a po dwóch tygodniach wystąpią o rozwiązanie kontraktów z winy klubu. I to będzie gwóźdź do wiślackiej trumny, która w 2019 roku zapewne na długi czas wyląduje na dalekich peryferiach polskiego futbolu.

 

To był najgorszy rok od 18 lat

Fot. Z polskich piłkarzy największą cenę za nieudany występ na mundialu zapłacił Robert Lewandowski

 

 

W 2018 roku biało-czerwony balonik pękł z wielkim hukiem – najpierw nasza narodowa drużyna pod wodzą Adama Nawałki skompromitowała się na mundialu, a potem pod rządami Jerzego Brzęczka nie wygrała żadnego z sześciu rozegranych meczów, spadając w rankingu FIFA na 21. miejsce.

 

W rankingu FIFA z 18 stycznia 2018 roku reprezentacja Polski zajmowała siódmą lokatę, wyprzedzając m.in. późniejszych mistrzów świata Francuzów i wicemistrzów świata Chorwatów. W Polsce panowała napędzana przez media euforia, której nie zdołały przytłumić nawet słabe występy biało-czerwonych w marcowych meczach towarzyskich. Porażkę z Nigerią 0:1 zrównoważyła wygrana z Koreą Południową 3:2, ale w obu spotkaniach nasz zespół zagrał fatalnie. Trener Nawałka uspokajał jednak fanów, że drużyna potrzebuje więcej czasu na opanowanie ustawienia systemem 1-3-5-2 robi, ale robi szybkie postępy i niebawem będzie w tym elemencie groźna dla każdego rywala. Czerwcowe sparingi z Chile (2:2) i Litwą (4:0) także nie zapowiadały mundialowej klęski, chociaż do stylu gry zespołu wciąż zgłaszano mnóstwo zastrzeżeń.

W przededniu wyjazdu do Rosji kontuzji barku doznał Kamil Glik i chyba to był kluczowy moment w dramacie, w jaki zamienił się występ biało-czerwonych w mistrzostwach świata. W spotkaniu z Senegalem Nawałka nagle wycofał się w ćwiczonego wcześniej ustawienia 3-5-2 i wrócił do starego schematu 4-4-2. Rywale bezlitośnie wykorzystali powstały bałagan w szeregach polskiej drużyny.

W tym momencie kolejny mecz z Kolumbią nabrał rangi „spotkania o wszystko”, ale pogubiony już wyraźnie w swoich kadrowych decyzjach Nawałka w tym najważniejszym meczu w roku wystawił do gry m.in. Jacka Góralskiego i Dawida Kownackiego, którzy wcześniej nie grali w meczach o punkty, a na ławce posadził Kamila Grosickiego, ale gdy nasz zespół potrzebował pilnie wzmocnienia linii ataku, selekcjoner zmienił… Michała Pazdana i w jego miejsce posłał na boisko rekonwalescenta Kamila Glika.

O żenującej potyczce z Japonią lepiej nie wspominać, bo chociaż biało-czerwoni ją wygrali, to swoim zachowaniem w końcówce na spółkę z Japończykami stali się pośmiewiskiem kibiców. Nasz zespół w niesławie wrócił do kraju na tarczy, a piłkarze w krótkim czasie zaliczyli bolesny upadek z piedestału.

Straty wizerunkowe ponieśli wszyscy – trener Nawałka, jego pryncypał Zbigniew Boniek a wraz z nimi cały PZPN. Stracili też rzecz jasna kadrowicze, lecz bez wątpienia najwięcej stracił najlepszy z nich, Robert Lewandowski. Nie ulega wątpliwości, że to głównie przez słaby występ biało-czerwonych na rosyjskim mundialu „Lewy” doznał upokarzających degradacji w najważniejszych plebiscytach organizowanych przez FIFA, UEFA i „France Football”.

 

To nie była dobra zmiana

Trener Nawałka nie utrzymał posady i w sierpniu został zastąpiony przez Jerzego Brzęczka. Nie była to jednak dobra zmiana. Pod wodzą nowego selekcjonera reprezentacja rozegrała sześć meczów. Trzy porażki i trzy remisy to bilans Brzęczka, który na dodatek zaliczył też spadek z Dywizji A Ligi Narodów. Nic dziwnego, że stracił zaufanie kibiców, także za to, że wbrew zasadom powoływał na zgrupowania kadry niegrającego w VfL Wolfsburg siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego. W mediach krytykowano go też za forowanie w kadrze zawodników, których znał z pracy w zespołach klubowych – Damiana Szymańskiego, Adama Dźwigałę i Arkadiusz Reca w Wiśle Płock, Rafała Pietrzaka w GKS Katowice. Żaden z nich nie potwierdził reprezentacyjnych kwalifikacji.

Ani Nawałka ani Brzęczek nie odważyli się na „odstrzelenie” graczy stanowiących od lat trzon reprezentacji – Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka, Piotra Zielińskiego, Kamila Glika, Jakuba Błaszczykowskiego, Kamila Grosickiego, Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego czy… Jana Bednarka. Ten młody środkowy obrońca w 2018 roku rozegrał 847 minut, podczas gdy w klubowej drużynie Southamptonu 1126, z czego w Premier League 778. Krychowiak w reprezentacji zaliczył 960 minut, Zieliński 948 minut, Lewandowski 862 minuty. Za tą czwórką graczy jest próżnia, za którą wyłania się grupa zawodników z gorszymi wynikami – Grosicki miał przerwy z powodu perturbacji w klubie, Glik pauzował sporo przez kontuzję, a bramkarze Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański musieli dzielić się występami – pierwszy zaliczył 585 minut, drugi 405. Na absencjach kluczowych graczy skorzystali m.in. Bartosz Bereszyński (piąty pod względem rozegranych minut), Jacek Góralski (dziesiąty), czy Rafał Kurzawa (piętnasty).

Najmniej minut w reprezentacji zaliczyli Bartosz Białkowski (45), Rafał Pietrzak (27), Jakub Świerczok (23) i Sławomir Peszko (10). Tak przy okazji, te 10 minut Peszko zaliczył na mundialu, bo we wcześniejszych meczach sparingowych Nawałka nie skorzystał z jego usług ani razu. To jedyny gracz, który grając o punkty jednocześnie nie zaliczył ani minuty w sparingu. Odwrotnie niż Marcin Kamiński, który zaliczył najwięcej minut w spotkaniach sparingowych (270), ale ani jednej w spotkaniu o punkty. Ten dziwaczny sposób selekcji stosuje niestety także Brzęczek, który nie wygrał sześciu spotkań z rzędu i jest bliski dogonienia pod tym względem rekordzisty Jerzego Engela. W 2000 roku nasze reprezentacja pod wodzą tego selekcjonera nie wygrał siedmiu meczów z rzędu: zaczęła od porażek z Hiszpanią 0:3 i Francją 0:1, potem były bezbramkowe remisy z Węgrami i Finlandią oraz porażka z Holandią (1:3) oraz remis z Rumunią (1:1) tuż przed rozpoczęciem eliminacji MŚ 2002.

 

Brzęczek goni rekord Engela

Mimo fatalnego startu Engel utrzymał posadę i doczekał przełomu w pamiętnym spotkaniu z Ukrainą w Kijowie, wygranym przez biało-czerwonych 3:1, po którym nasz zespół rozpoczął marsz po pierwszy od 1986 roku awans na mundial. Ale w 2000 roku z 10 meczów pod jego komendą reprezentacja Polski wygrała tylko trzy, cztery zremisowała i trzy przegrała. Tak słaby wynik pod względem wygranych spotkań powtórzyły dopiero 18 lat później ekipy prowadzone przez Nawałkę i Brzęczka.
Obaj wspólnie zapracowali na ten bilans, ale wszystkie trzy zwycięstwa wywalczył Nawałka – z Koreą Południową (3:2), Litwą (4:0) i Japonią (1:0). Brzęczek jeszcze nie poznał smaku wygranej i jeśli będzie miał dalej taki niefart, już wiosną może wyrównać niechlubny rekord Engela siedmiu spotkań bez wygranej.

 

Ile grali kadrowicze w 2018 roku:

1. Grzegorz Krychowiak – 960 minut (w tym 540 minut w meczach o punkty); 2. Piotr Zieliński – 948 (595); 3. Robert Lewandowski – 862 (540); 4. Jan Bednarek – 847 (585); 5. Bartosz Bereszyński – 673 (485); 6. Kamil Grosicki – 598 (363); 7. Kamil Glik – 588 (370); 8. Wojciech Szczęsny – 585 (360); 9. Arkadiusz Milik – 537 (253); 10. Jacek Góralski – 470 (285); 11. Maciej Rybus – 416 (180); 12. Jakub Błaszczykowski – 415 (197); 13. Łukasz Fabiański – 405 (270); 14. Michał Pazdan – 387 (170); 15. Rafał Kurzawa – 375 (234); 16. Thiago Cionek – 360 (180); 17. Łukasz Piszczek – 353 (173); 18. Artur Jędrzejczyk – 343 (183); 19. Tomasz Kędziora – 342 (135); 20. Mateusz Klich – 312 (193); 21. Marcin Kamiński – 270 (0); 22. Arkadiusz Reca – 250 (177); 23. Przemysław Frankowski – 248 (90); 24. Dawid Kownacki – 232 (74); 25. Karol Linetty – 222 (69); 26. Krzysztof Piątek – 151 (90); 27. Łukasz Skorupski – 135 (0); 28. Łukasz Teodorczyk – 132 (27); 29. Damian Szymański – 98 (81); 30. Krzysztof Mączyński – 90 (0); 31. Damian Kądzior – 77 (11); 32. Taras Romanczuk – 61 (0); 33. Bartosz Białkowski – 45 (0); 34. Rafał Pietrzak – 27 (10); 35. Jakub Świerczok – 23 (0); 36. Sławomir Peszko – 10 (10).

 

Młodzieżowcy kością niezgody

Zarząd PZPN zlekceważył obiekcje klubów ekstraklasy i wprowadził obowiązek występu młodzieżowca oraz zniósł limit obcokrajowców spoza Unii.

 

Zmiany wejdą w życie już od przyszłego sezonu, a wtedy przy władzy będzie jeszcze ekipa Zbigniewa Bońka. To oznacza, że kluby będą musiały zastosować się do narzuconego im prawa. W kwestii limitu dla obcokrajowców spoza Unii Europejskiej sporu między nimi a działaczami PZPN nie ma, wręcz przeciwnie, bo same zabiegały o jego zniesienie. Limit został zatwierdzony przez związek w listopadzie 2013 roku i zaczął obowiązywać od sezonu 2015/2016. W pierwszym roku w rozgrywkach ekstraklasy mogło występować trzech cudzoziemców spoza UE, a od sezonu 2016/2017 tylko dwóch. To ograniczenie nie powstrzymało jedna napływu obcokrajowców. W tym sezonie do gry w ekstraklasie uprawnionych jest 161 cudzoziemców, a cztery lata temu, gdy nie obowiązywał jeszcze limit, było ich 134.

Kością niezgody jest natomiast obowiązek wystawiania do gry młodzieżowca, co na poziomie profesjonalnej bądź co bądź ekstraklasy, jest swoistym kuriozum. W niższych klasach rozgrywkowych kluby podlegają temu obowiązkowi już od kilku sezonów. PZPN reguluje to tak: „Zawodnikiem o statusie młodzieżowca jest piłkarz posiadający obywatelstwo polskie lub szkolony w klubie zrzeszonym w PZPN, który w roku kalendarzowym, w którym następuje zakończenie sezonu rozgrywkowego, kończy 21. rok życia oraz zawodnik młodszy. Każda wymiana zawodnika na nie-młodzieżowca i gra w pełnym, 11-osobowym składzie bez wymaganej liczby młodzieżowców, potraktowana zostanie jako wystawienie do gry nieuprawnionego zawodnika. Zawody te zostaną zweryfikowane jako walkower na niekorzyść tej drużyny” – wyjaśnił w stosownym komunikacie PZPN.

 

 

 

Boniek wszędzie chce być pierwszy

Fot. Nie wszystkim kalendarz PZPN w takiej wersji się podoba

 

 

PZPN przygotował specjalny kalendarz na swoje stulecie. Wydawnictwo nie wszystkim się jednak podoba, bo na okładce centralne miejsce zajmuje prezes Zbigniew Boniek.

 

Limitowany kalendarz dopiero od 10 grudnia ma znaleźć się w sprzedaży, ale sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki nie wytrzymał i wrzucił na Twittera zdjęcie pierwszej strony. No i z miejsca wywołał medialną burzę. Na okładce zamieszczono zdjęcia siedmiu wybitnych postaci polskiego futbolu: Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deyny, Gerarda Cieślika, Zbigniewa Bońka, Grzegorza Laty, Kazimierza Górskiego i Roberta Lewandowskiego.

Dlaczego tylko tych siedmiu – wie zapewne tylko artysta, który okładkę skomponował i być może zleceniodawca tego projektu. Skoro to jednak kalendarz nawiązujący do stulecia istnienia Polskiego Związku Piłki Nożnej, to zgrzytem jest pominięcie na jego najważniejszej stronie takich kolumnowych przed wojną postaci, jak Józef Kałuża, Wacław Kuchar i Ernest Wilimowski, czy bardziej współczesnych futbolowych gwiazd, jak Jan Tomaszewski, Józef Młynarczyk czy Jerzy Dudek. A skoro wśród piłkarzy znalazło się miejsce dla trenera Kazimierza Górskiego, nietaktem jest pominięcie Antoniego Piechniczka, który także doprowadził biało-czerwonych do trzeciego miejsca na mistrzostwach świata.

Kibiców i część dziennikarzy nie to jednak zbulwersowała najbardziej, tylko sposób ustawienia siedmiu wybranych postaci na okładce kalendarza, a szczególnie umieszczenie w centralnym punkcie prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Dlaczego nie Kazimierz Górski? – pytają jedni. Dlaczego nie Kazimierz Deyna” – oburzają się inni. Odpowiedź jest prosta – bo ktoś wybrał Bońka i jego wybór jest tak samo zasadny, jak byłby w przypadku Górskiego czy Deyny. a może nawet bardziej, bo obecny prezes PZPN swoimi dokonaniami w profesjonalnym futbolu gasi każdego konkurenta do tytułu najważniejszej postaci stulecia naszej piłkarskiej federacji. Ten fakt nie jest jednak dla wszystkich taki bezsporny, a Boniek aż taki wielkoduszny nie jest, żeby usuwać się na bok komukolwiek, jeśli nie musi. Nie musi, a poza tym lubi być wszędzie pierwszy.

 

Selekcjonerzy jak na bazarze

Fot. Selekcjoner reprezentacji Jerzy Brzęczek nie w PZPN zbyt wiele do powiedzenia

 

 

W siedzibie PZPN w obecności prezesa Zbigniewa Bońka odbyło się spotkanie selekcjonerów trzech reprezentacji Polski – Jerzego Brzęczka, Czesława Michniewicza (U-21) i Jacka Magiery (U-20). Targowano się o pięciu piłkarzy – Dawida Kownackiego, Sebastiana Szymańskiego, Krystiana Bielika, Szymona Żurkowskiego i Bartosza Kapustkę.

 

Jeśli coś w tej informacji może dziwić, to chyba to, że spór między trenerami kadry dotyczył piłkarzy, których Jerzy Brzęczek do tej pory ani razu nie powołał do kadry. No i może jeszcze to, że z normalnej roboczej rozmowy w biurze propagandziści PZPN zrobili jakieś doniosłe spotkanie na szczycie. To tylko potwierdza domysły, że Jerzy Brzęczek nie ma w związku takiej dominującej pozycji, jaką mieli jego poprzednicy na tym stanowisku.

 

Wspólny interes dzielony na trzy

Każda z trzech drużyn narodowych ma swoje cele do osiągnięcia. Pierwsza reprezentacja już 21 marca przyszłego roku zagra w Wiedniu z Austrią i tym meczem rozpocznie eliminacje Euro 2020. Prezes PZPN Zbigniew Boniek stawia sprawę jasno – awans biało-czerwonych jest priorytetem. Dla sternika polskiego futbolu ważny jest jednak także udany występ młodzieżówki w czerwcowych finałach mistrzostw Europy we Włoszech, do których zespół Czesława Michniewicza awansował po barażowym zwycięstwie nad Portugalią. Ale i przed kadrą U-20 prowadzoną przez Jacka Magierę stoją nie lada wyzwania, bo przecież w dniach 23 maja – 15 czerwca wystąpi w roli gospodarza mistrzostw świata U-20.

Brzęczek i Michniewicz doszli do porozumienia odnośnie marcowych terminów dla reprezentacji. Na zaplanowane w tym miesiącu eliminacyjne mecze z Austrią i Łotwą Brzęczek może powołać z kadry U-21 kogo zechce, chociaż wiadomo, że największe szanse na to mają Szymon Żurkowski, Sebastian Szymański, Dawid Kownacki, Krystian Bielik i odradzający się w belgijskiej II lidze dawny pupil Adama Nawałki Bartosz Kapustka.

Ale już w czerwcu, gdy biało-czerwoni będą walczyć o Euro 2020 na wyjeździe z Macedonią (7 czerwca) i u siebie z Izraelem (10 czerwca), trener Brzęczek swoimi ewentualnymi powołaniami tych zawodników wejdzie w szkodę Michniewiczowi. Dlatego ustalono, że będzie mógł powołać z młodzieżówki tylko tych piłkarzy, którzy będą mieli realne szanse na występ w tych spotkaniach. W tej chwili perspektyw na to nie ma żaden z piątki wymienionych wyżej zawodników młodzieżówki, ale za pół roku może się to radykalnie zmienić, czego dowodzi choćby przykład Jana Bednarka w Southampton przed mundialem w Rosji. „Przez pół roku w życiu dwudziestoletniego piłkarza może się zmienić bardzo wiele” – stwierdził prezes Boniek i odłożył sprawę na przyszłość.

 

Wyjątek dla Szymańskiego

Młodzieżowe Mistrzostw Europy odbędą się we Włoszech i San Marino między 16 a 30 czerwca. Zespół Czesława Michniewicza trafił do grupy A, w której zmierzy się z Belgią (16 czerwca), Włochami (19 czerwca w Bolonii) oraz z Hiszpanią (22 czerwca w Bolonii). Szkoleniowcy PZPN podjęli decyzję, że występujący w tej drużynie pomocnik Legii Warszawa Sebastian Szymański nie będzie uwzględniany przez Jacka Magierę w kadrze U-20. Legionista jest jednym z liderów reprezentacji U-21 i jego droga rozwoju ma zmierzać do pierwszej reprezentacji. Choć zespół Magiery rozgrywać będzie MŚ do lat 20 w Polsce, Szymański nie weźmie w nich udziału. Albo pojedzie do Włoch na MME do lat 21, albo zagra w czerwcowych meczach eliminacyjnych Euro 2020.

 

Kadra wciąż w butach Nawałki

Trener Brzęczek w roli selekcjonera reprezentacji Polski jeszcze nie wygrał meczu. W sześciu spotkaniach pod jego wodza biało-czerwoni trzy razy zremisowali i doznali trzech porażek. W tych meczach Brzęczek wystawił do gry w sumie 26 zawodników. Prezes Boniek, którego relacje z nowym selekcjonerem nie są najlepsze, bez ogródek stwierdził, że po pół roku rządów Brzęczka wciąż widzi reprezentację Adama Nawałki. Trudno nie przyznać mu racji, bo też żaden z zawodników wynalezionych przez nowego trenera kadry nie okazał się odkryciem. Arkadiusz Reca, Rafał Pietrzak, Adam Dźwigała, Adam Buksa czy Huberty Matynia nie zostawili po sobie w kadrze żadnego śladu.

Brzęczek nie dostał zgody Bońka na zimowe zgrupowanie dla graczy z klubów krajowych i z kadrowiczami spotka się dopiero w marcu, na kilka dni przed spotkaniem z Austrią. Na żadne personalne eksperymenty nie będzie miał ani czasu, ani nawet sposobności. Jedyna nadzieja w tym, że pod wpływem nacisków Bońka zrezygnuje z powoływania do kadry piłkarzy nie występujących regularnie w swoich klubowych zespołach, co już powinno złagodzić napięcia między zawodnikami, a ponadto zagwarantuje, że na boisko wyjdą gracze znajdujący się w dobrej formie fizycznej i psychicznej. Na Austrię i Łotwę powinno to wystarczyć, jeśli rzecz jasna Brzęczek nie zacznie kombinować czegoś z taktyką. A tego wykluczyć się niestety nie da.

 

 

 

Eliminacje Euro 2020: Jedni się boją, inni cieszą

Różnie przyjęto w Polsce wyniki losowania grupy eliminacyjnych do Euro 2020. Przypomnijmy, że nasza reprezentacja trafiła do grupy G z Austrią, Izraelem, Słowenią, Macedonią i Łotwą. Według jednych rywale biało-czerwonych będą dla nich łatwi do pokonania, wedle innych wręcz odwrotnie – okażą się przeszkodą nie do przejścia.

 

Kto ma rację przekonamy się już 21 marca przyszłego roku, bo tego dnia zespół Jerzego Brzęczka zmierzy się na wyjeździe z Austrią, zdecydowanie najsilniejszym rywalem w grupie. Przyznał to kapitan naszej reprezentacji Robert Lewandowski już w swoim pierwszym komentarzu po losowaniu. „Początek eliminacji będzie kluczowy, zwłaszcza spotkanie z Austrią. Myślę, że to będzie dla nas najtrudniejsze spotkanie w tych kwalifikacjach – przyznał „Lewy”.

Z umiarkowanym optymizmem wyniki losowania ocenił też selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek. „Jestem z niego zadowolony umiarkowanie, bo trafiliśmy do wyrównanej grupy. Austria, Izrael, Macedonia i Słowenia to są drużyny, które na własnym boisku będą bardzo niebezpieczne. Dlatego trzeba się dobrze przygotować, od początku być w formie i punktować od pierwszego meczu. Bo naszym celem jest oczywiście awans do mistrzostw Europy” – mówił selekcjoner.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek także nie był zachwycony wynikami losowania. „Każdy mecz w tej grupie na wyjeździe będzie ciężki. Żadna z tych drużyn nie należy do tzw. elity europejskiej, ale wszystkie są u siebie niebezpieczne. Nie będzie więc łatwo w żadnym spotkaniu, aczkolwiek trzeba przyznać, że można było wylosować dużo gorzej. Ja nie jestem z tych, którzy uważają, że mecze wygrywa się na losowaniu. Mecze wygrywa się na boisku” – powiedział Boniek przed kamerami TVP Sport.
Najbardziej brutalny w ocenie okazał się były sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina, który wręcz stwierdził, że nasza reprezentacja nie ma żadnych szans na awans.

 

Terminarz grupy G:

1. kolejka (21 marca 2019)
Austria – Polska; Macedonia – Łotwa; Izrael – Słowenia

2. kolejka (24 marca 2019)
Izrael – Austria; Polska – Łotwa; Słowenia – Macedonia

3. kolejka (7 czerwca 2019)
Austria – Słowenia; Macedonia – Polska; Łotwa – Izrael

4. kolejka (10 czerwca 2019)
Macedonia – Austria; Łotwa – Słowenia; Polska – Izrael

5. kolejka (5-6 września 2019)
Izrael – Macedonia (5 września); Austria – Łotwa i Słowenia – Polska (6 września)

6. kolejka (9 września 2019)
Łotwa – Macedonia; Polska – Austria; Słowenia – Izrael

7. kolejka (10 października 2019)
Austria – Izrael; Macedonia – Słowenia; Łotwa – Polska

8. kolejka (13-15 października 2019)
Polska – Macedonia (13 października); Słowenia – Austria (13 października); Izrael – Łotwa (15 października)

9. kolejka (16 listopada 2019)
Słowenia – Łotwa; Austria – Macedonia; Izrael – Polska

10. kolejka (19 listopada 2019)
Macedonia – Izrael; Łotwa – Austria; Polska – Słowenia.