Nie tylko Brzęczkowi wygasa umowa

Przełożenie przez UEFA turnieju Euro 2020 na przyszły rok postawiło kilka federacji w niezręcznej, a nawet niekomfortowej sytuacji wobec trenerów ich reprezentacji. Selekcjoner kadry Polski Jerzy Brzęczek ma kontrakt z PZPN wygasający z końcem lipca tego roku. W podobnej sytuacji jak on znajdują się jeszcze szkoleniowcy zespołów Belgii, Włoch, Portugalii, Ukrainy, Chorwacji, Danii i Austrii.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek sam wybrał Jerzego Brzęczka na nowego trenera biało-czerwonych i przez dwa lata konsekwentnie utrzymywał, że dokonał słusznego wyboru. Ale niedawno w jednym w programów telewizyjnych nieoczekiwanie stwierdził: „W kontrakcie selekcjonera reprezentacji nie ma klauzuli, która mówi, że awans gwarantuje prowadzenie drużyny także na turnieju Euro. Była tylko taka, która po awansie z automatu przedłużała kontrakt do końca lipca 2020 roku”. Czy to oznacza, że Brzęczek za rok nie poprowadzi biało-czerwonych w finałach mistrzostw Europy? Pewnie poprowadzi, bo mimo licznych zastrzeżeń do jego pracy, wyniki przemawiają na jego korzyść i odebranie mu tej możliwości byłoby dla PZPN „strzałem w stopę. Wygląda na to, że Boniek po prostu przygotował sobie grunt pod czekające go wkrótce negocjacje z selekcjonerem o przedłużeniu wygasającej z końcem lipca umowy.
W podobnej sytuacji co Brzęczek w ekipach finalistów Euro 2020 jest jeszcze siedmiu szkoleniowców. W lipcu kontrakty wygasną też Andrijowi Szewczence (Ukraina), Zlatko Daliciowi (Chorwacja), Roberto Manciniemu (Włochy), Roberto Martinezowi (Belgia) Fernando Santosowi (Portugalia) i Franco Fodzie (Austria). Oni jednak, podobnie jak selekcjoner biało-czerwonych, nie stoją na straconej pozycji i raczej na pewno dostana propozycje przedłużenia dotychczasowych umów. Na co takiego nie może już liczyć trener reprezentacji Danii Age Hareide. Władze duńskiej federacji już wcześniej z nim ustaliły, że odejdzie po Euro 2020, dlatego podpisały kontrakt z jego następcę, Kasparem Hjulmandemj, który przejmie kadrę od 1 sierpnia tego roku.
Hereide jest zatem największym poszkodowanym przez epidemię koronawirusa z trenerów finalistów mistrzostw Europy, bo z powodu przełożenia turnieju na przyszły rok norweski szkoleniowiec stracił okazję do zwieńczenia kilkuletniej pracy z duńską drużyną. Pod jego wodzą Dania w mistrzostwach świata w Rosji doszła do 1/8 finału, odpadając po porażce w rzutach karnych z Chorwacją, która później wywalczyła wicemistrzostwo globu. A potem udanie przeprowadził duńską reprezentacje przez eliminacje Euro 2020 – awansowała z drugiego miejsce w grupie D, zdobywając w ośmiu meczach 16 punktów (pierwsza była Szwajcaria z dorobkiem 17 pkt), ale jego drużyna nie poniosła nawet jednej porażki. Ma więc czego żałować.

Dlaczego Dudę chce zastąpić 40 Polaków, a Bońka tylko jeden?

Polska to dziwny kraj i dziwi w nim wiele rzeczy. Na przykład to, że o posadę prezydenta, wartą obecnie 20 138 złotych brutto miesięcznie, ubiega się aż 40 kandydatów, bo tyle komitetów wyborczych do 16 marca zarejestrowało się w Państwowej Komisji Wyborczej, natomiast do zdobycia co najmniej czterokrotnie lepiej płatnej posady prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jak na razie jest tylko jeden chętny.

W hierarchii społecznej urząd prezydenta rzecz jasna stoi wiele szczebli wyżej od posady prezesa związku sportowego, nieporównana jest też skala ich realnej władzy. Ale w najmniejszym stopniu nie przekłada się to na oficjalne zarobki. Pod tym względem głowa naszego państwa jest mocno ograniczona ustawowymi regulacjami.
Ile zarabia prezydent RP?
Pensję prezydenta Polski można wyliczyć na podstawie ustawy z dnia 31 lipca 1981 roku o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe (Dz.U. 1981 nr 20 poz. 101). W art. 2a. pkt 1. tego dokumentu czytamy, że „wynagrodzenie Prezydenta Polski składa się z wynagrodzenia zasadniczego odpowiadającego siedmiokrotności kwoty bazowej oraz dodatku funkcyjnego odpowiadającego trzykrotności kwoty bazowej, której wysokość ustaloną według odrębnych zasad określa ustawa budżetowa”. Co prawda wysokość pensji prezydenta RP zmienia się co roku, ale nie są to duże wahania – zależą one m.in. od wskaźnika inflacji. Poza tym wysokość zarobków prezydenta ustala Sejm w trakcie głosowania nad ustawą budżetową. Obecny lokator Pałacu Prezydenckiego, Andrzej Duda, oficjalnie zarabia miesięcznie 20 138 złotych brutto, czyli niewiele ponad 14 tys. złotych netto.
Rzecz jasna trzeba do tego doliczyć jeszcze kilka „drobiazgów” finansowanych z budżetu państwa: prezydent RP ma do dyspozycji w Warszawie Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu i apartamenty w Belwederze oraz prezydenckie wille w Wiśle, na Helu i w Ciechocinku. Nie musi się również martwić o bieżące życiowe sprawy, bo spora grupa dobrze opłacanych osób dba o jego wyżywienie, garderobę, także dla żony. Nie płaci też za transport, ma bowiem do dyspozycji limuzyny, samolot i helikopter. W sumie ubogo nie jest, ale po zakończeniu kadencji w portfelu zostaje mu tylko pensja. Rocznie jest tego mniej więcej 170 tysięcy złotych na rękę, jedna pięcioletnia kadencja to niewiele ponad 850 tysięcy złotych, a dwie pełne dają zarobek na poziomie 1,7 mln złotych, plus trzymiesięczna odprawa oraz dożywotnia „renta prezydencka” wynosząca obecnie ok. 6 tys. zł brutto, a do tego 12 tys. złotych miesięcznie na utrzymanie biura i do dyspozycji limuzyna SOP z ochroną. A zatem jest się o co bić, co tłumaczy tak liczną grupę chętnych do wyborczej rywalizacji.
Ile zarabia prezes PZPN?
Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej aż tak dobrze nie ma, co nie znaczy, że ma gorzej. W porównaniu z prezydentem RP nie dysponuje na wyłączność samolotem i helikopterem, nie ma wystawnej siedziby ani kilku willi do dyspozycji, nie chronią go też zastępy uzbrojonych ochroniarzy. Ale poza tym niczego mu nie brakuje.
Co ciekawe, chociaż PZPN jest stowarzyszeniem, w kwestiach finansowych jest transparentne jedynie w ogólnym wymiarze, gdy publikuje w materiałach na zjazdy sprawozdawcze i wyborcze składowe swojego oficjalnego budżetu. W kwestiach płacowych wszystko w tej organizacji jest tajne łamane przez poufne, co wprowadził i żelazną ręką od ośmiu lat egzekwuje jej wszechwładny szef, Zbigniew Boniek. Dlatego oprócz niego oraz być może głównej księgowej, nikt więcej nie wie, ile obecny prezes naszego piłkarskiego związku zarabia.
Możemy więc w tej kwestii jedynie spekulować na bazie trzech punktów odniesienia. Pierwszy, to pensja sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego, której wysokość osiem lat temu jakimś cudem wyciekła do mediów. Dzisiaj pewnie jest wyższa, ale wtedy bylo to 30 tysięcy złotych brutto. Poprzednik Bońka na fotelu prezesa, Grzegorz Lato, nie potrafił ukryć swoich zarobków, więc wiemy, że pod koniec swojej kadencji zarabiał brutto 50 tys. złotych miesięcznie.
Boniek przejmując jego stołek pół żartem, pół serio stwierdził, że jest trzy razy lepszym prezesem niż Lato, zatem powinien też zarabiać trzy razy więcej. Dla jasności, dla PZPN posiadającego na koncie regularnie grubo ponad 220 mln złotych, te 150 tys. złotych dla szefa nie byłoby problemem. Sęk w tym, że mniej więcej tyle to zarabiają selekcjonerzy reprezentacji (mówimy tu o czystej gaży, bez premii za sukcesy), a jak świat światem, nigdy prezes zarządu związku nie kasował więcej od trenera kadry.
Dlatego stawiamy, że oficjalnie szef naszej futbolowej centrali pobiera wynagrodzenie na poziomie mniej więcej 80 tys. złotych miesięcznie, a do tego związek pokrywa mu koszty wynajmu apartamentu w Warszawie, utrzymania, transportu, także lotów do Rzymu, gdzie na co dzień mieszka, służbowych kart kredytowych, telefonu i co tam jeszcze można. Takie koszty można wyśrubować na dowolną wysokość, ale zakładamy, że sternicy polskiego futbolu przestrzegają nie tylko przepisy, ale też zachowują jakiś umiar.
Zarobki na poziomie piłkarzy
Nie jest jednak łatwo samemu się ograniczać, jeśli wysokość pensji uchwala jedynie zarząd związku. A wiadomo, że od ośmiu lat PZPN ma kolektywny zarząd jedynie w statutowym zapisie, bo de facto związkiem jednoosobowo rządzi prezes, który jak wieść niesie, skupił w swoim ręku wszystkie najważniejsze narzędzia sprawowania władzy i z dużą sprawnością się nimi posługuje. Nie musi, jak prezydent RP, liczyć się ze zdaniem prezesa, bo przecież sam jest prezesem. A skoro tak, to byłby frajerem, gdyby nie podyktował kilkunastu całkowicie zależnym od jego woli członkom zarządu, jakich potrzebuje środków finansowych do godnego sprawowania swojej władzy. Zważywszy na jakiej stopie żyje zakładamy, że generowane przez niego koszty to kwota co najmniej tej samej wielkości co wynagrodzenie, a zatem per saldo pan prezes jakoś do tych 150 tysięcy złotych mógł dobić. I to jak najbardziej legalnie oraz bez działania na szkodę spółki. Wszystkie finansowe sprawozdania publikowane przez PZPN jasno przecież pokazuj, że pod rządami byłego piłkarza Widzewa, Juvetusu i AS Roma nasz piłkarski związek wręcz rzyga forsą i stać go na płacenie swojemu szefowi ile tylko zechce.
Można nawet zaoszczędzić
Zbigniew Boniek w tym roku zakończy drugą czteroletnią kadencję. Przez osiem lat lekko licząc był w stanie legalnie zarobić (co nie znaczy, że zarobił, bo przecież tylko spekulujemy z braku oficjalnych danych) mniej więcej 8,5 mln złotych, czyli ponad pięciokrotnie więcej niż prezydent RP. Dlatego aż dziw bierze, że chęć przejęcia sterów w PZPN jak na razie zgłosił jedynie Marek Koźmiński, aktualnie wiceprezes ds. szkoleniowych, ponoć biznesmen w branży nieruchomości, ale zapewne także nie harujący w piłkarskim związku społecznie, jak to drzewiej bywało (zgodnie z korporacyjną logiką, jego zarobki muszą być wyższe niż sekretarza generalnego, ale niższe niż szefa, szacujemy zatem je na mniej więcej 50-60 tys. złotych brutto miesięcznie plus bonusy typu komórka, karta kredytowa, darmowe podróże itp. Koźmiński już zapowiedział, że będzie kontynuował dzieło Bońka, którego rzecz jasna widzi we władzach nowego zarządu, na stanowisku… wiceprezesa. Jeśli swój plan zrealizują, Koźmiński i Boniek zamienią się tylko miejscami, a w kwestiach finansów zrobią, co zechcą, bo przecież nikt w związku nie odważy się zaoponować.
Naprawdę, aż trudno pojąć, jakim cudem takie możliwości, taka absolutna władza, nie przyciągnęły jeszcze tłumu chętnych. Zwłaszcza, że aby zdobyć posadę prezesa PZPN, nie trzeba miesiącami jeździć po Polsce na spotkania z wyborcami i mamić ich obietnicami. Szefa piłkarskiego związku wybiera walne zgromadzenie delegatów składające się ze 118 osób. Prezesem może zostać każdy z obecnych na zjeździe delegatów, musi jednak przedstawić na piśmie zgłoszenie potwierdzone deklaracjami poparcia co najmniej 15 członków PZPN. Do zdobycia tej intratnej posady wystarczy uzyskanie poparcia 60 elektorów. Patrząc z boku wydaje się, że to łatwizna, ale ten jeden kandydat na scenie daje wiele do myślenia. I wiele wyjaśnia…

Oczekiwana zmiana miejsc

Ogłoszenie przez Marka Koźmińskiego, że wystartuje w jesiennych wyborach na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, wielkim zaskoczeniem nie jest. Jeśli coś może zastanawiać, to pośpiech. Termin składania zgłoszeń do walki o posadę prezesa związku upływa dopiero 26 września tego roku, a wybory odbędą się 26 października. Można się tylko domyślać, że powodem była chęć skłonienia potencjalnych konkurentów
aby też ujawnili swoje zamiary.

Koźmiński funkcjonuje we władzach PZPN od 2012 roku i zawsze był lojalny wobec wszechwładnego prezesa Zbigniewa Bońka. Za jego pierwszej kadencji (2012-2016) pełnił funkcję wiceprezesa ds. zagranicznych, a w drugiej jest wiceprezesem ds. szkoleniowych. Przez te osiem lat Koźmiński ani razu nie wygłosił publicznie opinii, która byłaby niezgodna z poglądami Bońka, a zatem można śmiało stawiać tezę, że staje w wyborcze szranki nie po to, żeby sięgnąć po rzeczywistą władzę w PZPN, tylko już się zgodził na rolę figuranta w rozgrywce, której celem jest utrzymanie przy władzy obecnej ekipy. Potwierdził to mimo woli podczas zorganizowanej w miniona środę konferencji prasowej, na której poinformował o swoich wyborczych zamiarach. „Polska piłka wciąż potrzebuje Zbigniewa Bońka. Ma ogromną wiedzę i charyzmę, od lat skutecznie zarządza związkiem. Pytanie, czy będzie chciał dalej tu pracować i kontynuować swoją wizję? Mam nadzieję, że tak” – powiedział Koźmiński, czym wzbudził u słuchaczy lekkie rozbawienie. Wiadomo przecież, że Boniek nie chce rezygnować z wygodnego i dostatniego życia na koszt PZPN oraz medialnej pozycji, jaką daje mu funkcja szefa polskiej federacji i zarazem członka komitetu wykonawczego UEFA. Niestety dla niego, przeforsowana na początku tej dekady przez ówczesną koalicję rządzącą PO-PSL ustawa o sporcie wprowadziła ograniczenie okresu sprawowania władzy przez prezesów związków sportowych do dwóch czteroletnich kadencji. Jej twórcy chcieli nią udupić rządzącego wówczas w PZPN Grzegorza Latę, ale jak się ostatecznie okazało, narychtowali wielką armatę na wróbla. W wyborach w 2012 roku, na fali powszechnego niezadowolenia po blamażu reprezentacji na Euro 2012 nawet przychylni Lacie szefowie wojewódzkich związków, zwani powszechnie, choć mocno na wyrost, baronami, nie udzielili mu poparcia i oddali związkowe stery w ręce Bońka – człowieka, którego wcześniej panicznie się bali i któremu wcześniej trzykrotnie zagrodzili drogę do przejęcia rządów. W 2012 roku nie mieli jednak wielkiego wyboru, bo PZPN, chociaż finansowo trzymał się znakomicie, miał jednak fatalną prasę i praktycznie zerową sympatię w społeczeństwie.
Niesposób zaprzeczyć, że pod rządami Bońka ta niekorzystna sytuacja uległa radykalnej poprawie. Wprawdzie większość problemów trapiących polski futbol nie została rozwiązana do dzisiaj, ale zorganizowanej przez nowego prezesa ekipie rządzącej związkiem udało się skutecznie spacyfikować (czytaj: przekupić lub zastraszyć) media. Powiodło się to także dlatego, że akurat zaczęła się era sukcesów reprezentacji pod wodzą trenera Adama Nawałki, co w narodzie rozbudziło falę takiego entuzjazmu, że nikt rozsądny nie próbował nawet płynąć pod jej prąd. Po klęsce zespołu Nawałki na mundialu w Rosji sytuacja znowu uległa zmianie na gorsze, ale nie aż tak, w jakiej znalazł się Grzegorz Lato i jego ludzie po klęsce ekipy Franciszka Smudy na Euro 2012.
Szkoda więc byłoby odchodzić z firmy, w której na kontach drzemie non-stop ponad dwieście milionów złotych, a już wiadomo, że w kolejnych latach zarobi następne dziesiątki milionów i będzie można nimi szastać wedle własnego uznania. Nie dziwi zatem, że Boniek chce zostać w roli wiceprezesa, bo takie stanowisko w PZPN daje mu też legitymację do zasiadania w komitecie wykonawczym UEFA, a na tym, odkąd stało się jasne, że nie zdoła przekonać polityków rządzącej obecnie koalicji do wycofania z ustawy o sporcie zapisu o dwóch kadencjach, zależy mu teraz najbardziej.
Zależy mu też na tym, by jego następca nie bawił się w jakiej audyty, sprawdzania kwitów, zdradzania tajemnic firmy – na przykład komu, ile i za co płaciła w ostatnich ośmiu latach. Ewentualne wyborcze zwycięstwo Koźmińskiego takie gwarancje daje, bo można w ciemno założyć, że nie zmieni on nikogo z obecnej ekipy, może tylko wprowadzi do niej parę osób, a na pewno na wiceprezesa powoła Bońka. A to oznacza status quo przez następne cztery lata, a może nawet osiem.

Nowa odsłona wojny o ekstraklasę

Prezes PZPN Zbigniew Boniek ostatni rok swoich rządów zaczął od krucjaty na rzecz kolejnej reformy rozgrywek ekstraklasy. Krótko mówiąc, chce przywrócić tej lidze klasyczną formułę, bez fazy play off i podziału na grupy mistrzowską i spadkową, tylko jak już było u nas dawniej – ekstraklasa ma liczyć 18 drużyn i grać w rytmie dwurundowym jesień-wiosna. Nie bardzo było jednak wiadomo, komu w Ekstraklasie SA pomysł prezesa się podoba, a komu nie, bo w tym gremium zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją w końcu właściciel i prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski.

Sądząc po gniewnym tonie Mioduskiego, sternikowi najsilniejszego polskiego klubu piłkarskiego pomysł powiększenia ekstraklasy do 18 zespołów raczej się spodobał, ale chyba znacznie bardziej zirytowała go arbitralny styl wymuszania przyjęcia tego rozwiązania. „Ogłaszanie decyzji przez media, a potem pozorowanie konsultacji, niekonstruktywna krytyka oraz demonstracja siły poprzez deprecjonowanie i obchodzenie Ekstraklasy, która jest własnością klubów i w której PZPN jest jednym z akcjonariuszy, to droga donikąd. A na pewno nie jest to droga ku lepszej przyszłości. Szkoda, że Zbigniew Boniek chce naprawiać ekstraklasę dopiero na finiszu kadencji. Nie przeczę, zmiany są konieczne, ale samo powiększanie ligi, i to przy ignorowaniu opinii spółki Ekstraklasa oraz klubów, które reprezentuje, nie tylko niczego trwale nie poprawi, ale dodatkowo pogłębi wewnętrzne spory. I dlatego co niektórzy łączą te działania ze czekającymi nas wkrótce wyborami w PZPN, dopatrując się w nich bardziej przyziemnej motywacji, związanej z chęcią podzielenia środowiska związanego z Ekstraklasą i 1. ligą oraz dążeniem do zachowania przez obecnego prezesa wpływów przy założeniu, że nie uda mu się wpłynąć na zmianę prawa umożliwiającą wybór na kolejną kadencję. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale mam nadzieję, że motywy wszczęcia tej dyskusji wynikają wyłącznie z kierowania się dobrem polskiego futbolu” – stwierdził na łamach „PS” prezes Legii, ale także członek rady nadzorczej Ekstraklasy SA, członek Club Competition Committee UEFA oraz wiceprzewodniczący Europejskiego Stowarzyszenia Klubów.
Sześć propozycji prezesa Legii
Prezes Mioduski, żeby nie być gołosłownym w tej kontrze, wymienia sześć pomysłów na naprawę naszej klubowej piłki. Po pierwsze, postuluje zmiany w dystrybucji pieniędzy z praw telewizyjnych i od sponsorów – mniej za bycie w ekstraklasie, a dużo więcej na premiowanie wystawiania do gry polskich piłkarzy i promowanie talentów. Po drugie – domaga się dofinansowania infrastruktury szkoleniowej. Po trzecie – uważa, że przy podziale pieniędzy jeszcze mocniej trzeba premiować kluby ze ścisłej czołówki. Po czwarte – zamiast zwiększać liczbę spadkowiczów, należy wręcz przeciwnie, ograniczyć ją do ostatniej drużyny, a przedostatniej nakazać grać baraż z wicemisterze 1. ligi. Jako piąty postulat wymienia stworzenie koncepcji połączenia praw telewizyjnych pierwszej ligi oraz ekstraklasy i sprzedawania ich wspólnie jako jednego produktu, co bez wątpienia byłoby przełomem i przyjęciem europejskich standardów. I wreszcie w szóstym punkcie Mioduski domaga się zniesienie bezsensownego przepisu zakazującego klubom posiadania zespołu rezerw z klasie rozgrywkowej o szczebel niższej.
Te propozycje, na ogół słuszne, nie wyczerpują rzecz jasna katalogu niezbędnych reform, jakie należałoby wprowadzić w polskim futbolu. Boniek nie zawracał sobie takimi sprawami głowy przez prawie osiem lat swoich rządów i tego grzechu zaniechania przez te ostatnie kilka miesięcy nie zdoła naprawić. Dlatego trudno nie przyznać Mioduskiemu racji, że być może cała ta „zadyma” ma tylko na celu skłócenie środowiska, żeby łatwiej było w wyborach nowych władz PZPN przeforsować układ personalny zdolny do utrzymania wpływów obecnej ekipy rządzącej związkiem.
To sprawy nie powinny być jednak częścią debaty dotyczącej sposobów uzdrowienia najwyższej piłkarskiej klasy rozgrywkowej w Polsce. Bo o tym, że jest chora, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Najlepiej świadczy o tym jej żenująco niskie miejsce w prowadzonym przez UEFA rankingu lig europejskich. W najnowszym notowaniu w 2020 roku PKO Ekstraklasa zjedzie z 29. na 32. miejsce, co jest efektem braku osiągnięć w europejskich pucharach. W ostatnich czterech sezonach żadnej polskiej drużynie klubowej nie udało się awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy.
Mimo spadku sportowego poziomu rozgrywki naszej piłkarskiej ekstraklasy wciąż cieszą się względnie dużym zainteresowaniem. Może dlatego, że polska liga, chociaż słaba, jest produktem ładnie opakowanym. Nawet topowe ligi w Europie nie mają około 100 meczów w sezonie transmitowanych w telewizji w technologii 4K. W tym sezonie TVP pokazuje jeden hitowy mecz z każdej kolejki w kanałach otwartych, co od razu przełożyło się na wzrost wskaźników oglądalności ekstraklasy w telewizji o 36 procent. Dla klubów wpływy ze sprzedaży praw telewizyjnych to główny składnik ich przychodów. Nowa umowa z nadawcami jest dzięki hojności Canal+ i TVP wyższa o 60 procent od poprzedniej i urosła do kwoty blisko ćwierć miliarda złotych za sezon.
Pieniędzy przybywa, poziom słabnie
Dlaczego zatem zespoły grające w PKO Ekstraklasy, mimo rosnących z roku na rok przychodów nie rosną w siłę pod względem sportowym? Czeskie, słowackie, serbskie czy chorwackie kluby mają znacznie niższe budżety od polskich, gorszą infrastrukturę stadionową, słabszą frekwencję, a mimo to przebijają się w miarę regularnie do europejskiej elity. W czym może więc tkwić problem?
Najprościej rzecz ujmując, w braku współpracy. Zarządzająca rozgrywkami Ekstraklasa SA jest wspólną własnością wszystkich biorących udział w rozgrywkach klubów, ale każdy z akcjonariuszy pilnuje tylko własnego interesu i broni zażarcie swojej wolności w podejmowaniu decyzji, kształtowaniu polityki finansowej, kadrowej i szkoleniowej. Czy ktoś lub coś zabrania właścicielom klubów wypracować kilka obowiązujących zasad współdziałania? Na przykład: ustalić limit zatrudniania piłkarzy zagranicznych, zliberalizować system przepływu zawodników z klubu do klubu, także w trakcie trwającego sezonu, stworzyć wspólnie program finansowego wspierania dobrze rokujących zawodników z niższych lig, którzy w zamian byliby w każdym oknie transferowym rozdzielani po klubach na zasadzie znanego z amerykańskich lig draftu. Wszystko to ma służyć podnoszeniu jakości sportowej piłkarskich widowisk i przez to ich atrakcyjności.
A o tym, niestety, animatorzy polskiego futbolu zdają się kompletnie nie myśleć. A powinni, bo przecież rozgrywki ligowe przed wszystkim mają być rozrywką, a skoro tak, to jak każdy show muszą zaspokajać potrzeby widzów. Do tego samo „opakowanie”, nawet najbardziej efektowne, na dłuższą metę nie wystarczy.
Grzech braku współpracy
Większość zespołów PKO Ekstraklasy gra na nowych stadionach, a pod tym względem ekipy beniaminków awansujących ostatnio z I ligi zwykle odstają. Dobrze z tego grona wypada jedynie dysponujące wsparciem możnego mecenasa jakim jest koncern KGHM Zagłębie Lubin, ale już Sandecja Nowy Sącz, Zagłębie Sosnowiec, Bruk-Bet Nieciecza, Miedź Legnica czy grające obecnie ŁKS Łódź i zwłaszcza Raków Częstochowa, zaniżają rażąco poziom. Dlatego bezsensowne wydaje się zwiększanie liczby spadkowiczów z ekstraklasy, zwłaszcza że są zastępowane przez zespoły wyłaniane wyłącznie na podstawie kryterium sportowego, niezbyt przecież w pierwszej lidze wymagającego.
W Europie wymiana drużyn między dwoma najwyższymi ligami jest ograniczana. W 18-zespołowej niemieckiej Bundeslidze bezpośrednio spadają dwa zespoły, w 12-zespołowej austriackiej – jeden. W Czechach, przy podobnym do naszego systemie gier, pewna spadku jest tylko jedna ekipa, a dwie grają baraże z ekipami z niżej ligi.
PZPN i Ekstraklasa SA dysponują wynikami analiz, z których jasno wynika, że wzrost poziomu sportowego ligi jest odwrotnie proporcjonalny do liczby zespołów. Wystarczy sprawdzić, ile zespołów gra w ligach wyżej notowanych od PKO Ekstraklasy: w Austrii 12, Czechach 16, Chorwacji 10, Serbii 16, Szwajcarii 10, Słowacji 12. Ale w tych krajach wspiera się kluby, które mają najwyższe pozycje w europejskim rankingu, bo jest tam świadomość, iż ich ewentualne sukcesy w europejskich pucharach leżą w interesie pozostałych zespołów z krajowej ligi.
W polskim futbolu wciąż jeszcze nikt w ten sposób nie działa, a czasem można nawet odnieść wrażenie, że nawet o tym nie myśli. Na zdrowy rozum oddanie np. drużynie mistrza Polski najlepszego gracza na wypożyczenie niosłoby wymierne korzyści, bo zwiększałoby szanse na przebrnięcie najlepszego zespołu do fazy grupowej Ligi Mistrzów, a co za tym idzie, skutkowałoby cennymi punktami rankingowymi dla całej ligi. Klub wypożyczający bynajmniej na tym by nie stracił, bo zyskałby na wzroście transferowej wartości oddanego zawodnika. W praktyce i tak go zresztą sprzeda za granicę, lecz de facto za półdarmo i często bez sensu, o czym świadczą w ostatnich latach liczne złamane kariery wielu dobrze zapowiadających się młodych piłkarzy. Dzieje się tak także na szkodę reprezentacji Polski – vide przypadek Bartosza Kapustki.
Myślą tylko o pieniądzach
Sytuacja bynajmniej się nie poprawia, wręcz przeciwnie, bo rośnie liczba chybionych transferów z dokonanych w ostatnim roku. Z młodych zawodników dobrze w nowym klubie poradził sobie tak naprawdę tylko Sebastian Szymański, który po przejściu z Legii Warszawa do Dynama Moskwa błyskawicznie wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Inni nie mieli tyle szczęścia. W tej samej lidze rosyjskiej przepadł na przykład szybki jak wiatr skrzydłowy Lechii Gdańsk Konrad Michalak, który w obecnym sezonie uzbierał zaledwie 228 minut w Achmacie Groznym, oglądając aż 13 spotkań ligowych z ławki rezerwowych. Zagrał w sześciu, spotkaniach, ale tylko w jednym w pełnym wymiarze czasowym.
Inny taki smutny przykład, to także młodzieżowy reprezentant Polski Filip Jagiełło, wykupiony z Zagłębia Lubin przez Genoę. W tym włoskim klubie markę wyrobił sobie Krzysztof Piątek, ale Jagiełło już takiego szczęścia nie miał. W tym sezonie zagrał tylko w pięciu meczach, ale tylko dwukrotnie wystawiany był w pierwszym składzie. Miał przy tym pecha, bo gdy on dostawał szansę, zespół zawsze przegrywał i tracił przy tym mnóstwo goli.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda sytuacja ocierającego się o pierwszą reprezentację Polski Szymona Żurkowskiego, za którego Fiorentina zapłaciła Górnikowi Zabrze 3,7 mln euro. 22-letni pomocnik w tym sezonie rozegrał tylko dwa mecze – w pierwszym pojawił się na boisku na 60 sekund, a w drugim na 9 minut. Wielki talent tego piłkarza ewidentnie jest marnotrawiony.
Nie jest tajemnicą, że nasi piłkarze są łatwym celem dla pozbawionych skrupułów agentów. W polskiej lidze pogoń za pieniądzem jest głównym powodem uprawiania tego sportu. Ledwie wchodzący w dorosłe życie młodzi gracze, nie mający za sobą żadnych znaczących dokonań, chętnie ruszają w świat na poniewierkę dla paru euro więcej, niż mogliby zarobić w kraju. Ten szkodliwy trend można przerwać, oferując tym młodym ludziom mądrą wizję rozwoju kariery i finansowe wsparcie. Ekstraklasa SA i PZPN mają na to dość środków i możliwości, muszą jednak zacząć działać wspólnie.

PZPN chce reformy

Zespoły PKO Ekstraklasy szykują formę do wiosennej rundy, która rozpocznie się w piątek 7 lutego, ale wiele wskazuje, że zanim piłkarze wyjdą na boisko, w najwyższych futbolowych gremiach może zapaść decyzja o kolejnej reformie tych rozgrywek. PZPN próbuje przeforsować ligę złożoną z 18 drużyn i rywalizującą bez podziału na grupy mistrzowską i spadkową.

Za pomysłem powiększenia składu Ekstraklasy do 18 zespołów gorąco optuje prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek. W minioną środę obradował w tej sprawie zarząd PZPN, a wnioski z tej narady mają zostać na dniach przedstawione władzom zarządzającej rozgrywkami najwyższej ligi spółki Ekstraklasa SA. Nie jest żadną tajemnicą, że w tym gremium nie ma zgody w tej kwestii, a jeszcze większe rozbieżności panują w poszczególnych klubach.
Gwoli przypomnienia – obecny system rozgrywek, zwany w piłkarskim żargonie ESA-37, wprowadzono od sezonu 2013/2014. Liga liczy 16 drużyn, które grają każda z każdą w systemie dwurundowym jesień-wiosna, a po 30. kolejce następuje podział na dwie osmiozespołowe grupy: mistrzowską i spadkową, które następnie wedle rozgrywają siedem kolejek w fazie play off, czyli każdy z każdym, lecz już bez rewanżów, a przywilej bycia gospodarzem meczu zależy od miejsca zajętego po rundzie zasadniczej.
Powrót do klasycznej ligi
W sumie zatem każdy z zespołów musi w sezonie rozegrać 37 spotkań. W poprzednim sezonie zniesiono przepis o podziale punktów na pół po sezonie zasadniczym, a w obecnym wprowadzono jeszcze jedną zmianę – z ligi spadną trzy, a nie dwie (jak dotychczas) drużyny. Ich miejsce zajmą trzy zespoły z I ligi.
PZPN chce wrócić do klasycznej formuły dwurundowych ligowych rozgrywek i namawia Ekstraklasę SA do rezygnacji z podziału na rundę zasadniczą i play off oraz do powiększenia najwyższej ligi do 18 drużyn przy zachowaniu zasady, że spadają z niej trzy zespoły. Działacze futbolowej centrali uważają, że w ten sposób da się powstrzymać postępujący z roku na rok spadek poziomu sportowego PKO Ekstraklasy, odpływ najlepszych lub dobrze zapowiadających się piłkarzy za granicę, żenująco słabe wyniki w europejskich pucharach oraz pogarszającą się frekwencję na trybunach. Forsując swój pomysł powołują się na ustalenia wypracowane cztery lata temu podczas wspólnej narady z Ekstraklasą SA w Jachrance. Wtedy postanowiono o powiększeniu ligi, zreformowaniu I ligi i Pucharu Polski. A w 2016 roku jeszcze nie było tak źle. Legia Warszawa grała wtedy w fazie grupowej Ligi Mistrzów przeciwko Realowi Madryt, Borussii Dortmund i Sportingowi. Dostała się do 1/16 finału Ligi Europy. Cztery lata później takie sukcesy są już tylko mglistym wspomnieniem, bo przez ten czas polska piłka klubowa zjechała mocno w dół. Żaden z zespołów ekstraklasy nie zakwalifikował się już w tym czasie do fazy grupowej ani w Lidze Mistrzów, ani nawet w Lidze Europy. W konsekwencji w przyszłym roku polska liga w rankingu UEFA wyląduje na 32. miejscu. Czternaście lokat w dół w ciągu czterech lat.
Zapewne rację mają ci, którzy twierdzą, że to efekt przeładowanego kalendarza rozgrywek, bo 37 kolejek ligowych, plus Puchar Polski oraz konieczność wczesnego rozpoczęcia rywalizacji w eliminacjach europejskich pucharów drenuje zasoby kadrowe i finansowe nawet czołowych klubów, przez co nie mają czasu ani możliwości na zbudowanie zespołów zdolnych do nawiązania rywalizacji choćby z europejskimi średniakami.
Ekstraklasa podjęła próby złagodzenia zasad rywalizacji w systemie ESA-37 i od 2017 roku zniesiono podział punktów w grupach mistrzowskiej i spadkowej. Ostatnio dokonano też zmiany w systemie awansów i spadków na dwóch szczeblach rozgrywek. W obecnym sezonie z ekstraklasy spadną trzy drużyny, a w ich miejsce awansują bezpośrednio dwa pierwsze zespoły z I ligi, zaś trzeciego beniaminka wyłonią baraże z udziałem drużyn z miejsc 3-6. W I lidze zaostrzono też warunki licencyjne, wymagając od klubów podgrzewanej murawy, oświetlenia i trybun na minimum 4,5 tys. miejsce siedzących. W październiku 2019 PZPN przeforsował poprawkę w swoim statucie, modyfikując przepis dotyczący powiększenia ligi. Teraz do osiągnięcia celu pozostało pokonanie najważniejszej przeszkody – oporu ze strony władz Ekstraklasy SA.
Normalnie, czyli jak dawniej
„Chcemy powrotu do normalności. Półtora roku temu zreformowaliśmy I ligę, teraz nadszedł czas wdrożenia ostatniego etapu. Widzę, że jest wielkie zaskoczenie, że PZPN coś robi. Tak samo było, kiedy wprowadzaliśmy przepis o młodzieżowcu czy system VAR. Według raportu UEFA, jesteśmy krajem najbardziej rozbudowującym infrastrukturę piłkarską. 18-zespołowa liga wydaje się normalnym, stabilnym pomysłem” – przekonywał prezes Boniek m. in. w wywiadzie udzielonym „Przeglądowi Sportowemu”. Główny sternik polskiego futbolu nie mami jednak obietnicami, że ekstraklasa w formule osiemnastozespołowej okaże się remedium na całe zło. „Kształt ekstraklasy ani żadna formuła rozgrywek nie będą miały wpływu na formę naszych drużyn w pucharach. Co więcej, system szkolenia również, bo któryś z prezesów kupi jedenastu obcokrajowców i z nimi spróbuje podbić Europę. 18 drużyn w ekstraklasie to tylko powrót do normalności. Pomysł z poszerzeniem ligi uważam za dobry” – twierdzi Boniek. Jeśli PZPN przeforsuje ten pomysł, przyszły sezon PKO Ekstraklasy zostanie uznany jako przejściowy. Spadnie tylko jedna drużyna, a z I ligi awansują trzy.
W tym sporze swoje racje mają obie strony. Bez wątpienia obecny system rozgrywek jest atrakcyjny dla kibiców, bo rywalizacja jest wyrównana niemal do ostatniej kolejki gier. Ale prawdą jest też to, że nie daje on trenerom ani zawodnikom wielkiego marginesu na błędy czy doskonalenie. Trudno jest wystawić do gry młodego, perspektywicznego gracza w sytuacji, gdy od wyniku zależy utrzymanie zespołu w ekstraklasie. A po spadku kluby tracą dochody z tytuły praw telewizyjnych i tracą sponsorów, więc ich właściciele wolą stawiać na rutynowanych graczy. Przejście na ligę 18-zespołową dałoby w tym względzie większą swobodę działania, a także szansę na zmianę modelu działania polskich klubów. Żaden z nich nie ma szans dostać się do europejskiej elity, zatem pozostaje im rola dostarczyciela utalentowanych graczy dla potentatów.
Zawsze chodzi o pieniądze
Prawdziwym powodem oporu części działaczy Ekstraklasy SA są jednak pieniądze ze sprzedaży praw telewizyjnych. W 2016 roku prawa te rozdysponowano tylko do sezonu 2018/2019. Kolejny kontrakt medialny miał być przejściowy, dlatego zawarto go jedynie na sezony 2019/2020 i 2020/2021). Ekstraklasa SA chwaliła się rekordową kwotą zapłaconą wspólnie przez Canal+ i TVP, która ponoć wynosi 225 milionów złotych za sezon.
Ale teraz nadchodzi czas negocjowania kolejnej umowy, z tego co wycieka na zewnątrz należy wnosić, że już długoterminowej. Sęk w tym, że potencjalni nabywcy żądają odświeżonego produktu, a takim byłaby liga 18-zespołowa, grająca w podobnym rytmie czasowym jak niemiecka Bundesliga, w komplecie na nowoczesnych stadionach. Za taki „towar” można już zażądać poważnych pieniędzy. Dlatego pomysł PZPN raczej na pewno przejdzie.

Zdążyli przed galą wybrać bazę na Euro 2020

Portmanrock Hotel w Dublinie będzie bazą reprezentacji Polski podczas przyszłorocznych mistrzostw Europy. Przed turniejem biało-czerwoni rozegrają cztery mecze towarzyskie. W marcu zmierzą się z Finlandią i Ukrainą, a w czerwcu z Rosją i Islandią.

Polski Związek Piłki Nożnej kończy 2019 rok w glorii. Reprezentacja po raz czwarty z rzędu dostała się do finałów mistrzostw Europy, związkowa kasa pęka w szwach od nadmiaru pieniędzy, działacze nie muszą więc na niczym oszczędzać. Zafundowali zatem sobie huczne obchody stulecia, które w sobotni wieczór w najlepszym czasie oglądalności pokazała publiczna telewizja. PZPN podczas tej uroczystej gali ogłosił „Reprezentację stulecia”, czyli inaczej mówiąc – najlepszą jedenastkę w historii polskiego futbolu.

Ponieważ nie ma żadnych obiektywnych kryteriów, każdy wybór, nawet taki pokonany pod egidą PZPN, będzie kontrowersyjny. I taka też jest „jedenastka stulecia”. Znaleźli się w niej: Józef Młynarczyk – Łukasz Piszczek, Władysław Żmuda, Jerzy Gorgoń, Antoni Szymanowski – Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek – Grzegorz Lato, Robert Lewandowski, Włodzimierz Lubański.

Ten wybór jest trochę dziwaczny, bo Szymanowski całą swoją karierę grał jako prawy obrońca, Boniek na lewym skrzydle tylko przez przypadek, Lubański był środkowym napastnikiem, zaś lato raczej hasał na prawym skrzydle. Wiadomo jednak, że to tylko zabawa i chodziło pewnie o uhonorowanie konkretnych zawodników.
Do jubileuszu stulecia naszej piłkarskiej federacji wrócimy w wydaniu świątecznym, bo prawdę mówiąc rocznica wypada akurat 21 grudnia, bo dokładnie w tego dnia w 1919 roku powołano w Warszawie do życia Polski Związek Piłki Nożnej.
Zanim jednak obecni działacze związkowi przystąpili do świętowania, załatwili najpilniejsze sprawy związane ze startem reprezentacji w turnieju Euro 2020. Gdy po losowaniu grup znany stał się też terminarz gier, jedyną logiczną decyzją było usytuowanie bazy w Irlandii. To w tym kraju, na Aviva Stadium w Dublinie, biało-czerwoni rozegrają dwa mecze – z rywalem z Ligi Narodów wyłonionym w barażach (15 czerwca) oraz ze Szwecją (24 czerwca), a na jedno spotkanie, z Hiszpanią, będą musieli przenieść się do Bilbao (20 czerwca). Wybrany przez działaczy PZPN na bazę hotel Portmanrock jest położony 20 km od stadionu w Dublinie, a na lotnisko jedzie si z niego w niecałe pół godziny. Jego dodatkowym walorem, który być może nawet przeważył przy wyborze, jest porządne pole golfowe, a jak wiadomo gra w golfa stała się pasją wielu znaczących postaci we władzach związku, zwłaszcza prezesa Zbigniewa Bońka.

Ustalono też przeciwników w spotkaniach towarzyskich przed turniejem Euro 2020. Tu już w działaczach PZPN zwyciężył duch bezwzględnego kapitalizmu, bo dla lepszego zarobku każdy z czterech meczów zaplanowali w innym mieście. I tak z Finlandią nasza reprezentacja zagra 27 marca (piątek) we Wrocławiu, a cztery dni później (31 marca) z Ukrainą na Stadionie Śląskim w Chorzowie.

Podróże czekają też kadrowiczów Jerzego Brzęczka już w trakcie zgrupowania przed mistrzostwami Europy, bo pierwszy sparing zagrają 2 czerwca na Stadionie Narodowym w Warszawie, a tuż przed odlotem do Dublina 9 czerwca zmierzą się w Poznaniu z Islandią.

„Zmierzymy się z bardzo dobrymi, wymagającymi rywalami. Trzech z nich to również finaliści Euro 2020, a czwarty zespół gra w barażu i ma duże szanse znaleźć się na mistrzostwach. Te mecze na pewno pomogą nam w jak najlepszym przygotowaniu się do turnieju” – zapewnia sekretarz generalny PZPN Maciej Sawickiw wypowiedzi dla oficjalnej strony internetowej naszej federacji.

Finlandia, Rosja i Ukraina to także finaliści mistrzostw Europy 2020. Pierwsze dwie drużyny znalazły się nawet w jednej grupie B (Dania, Finlandia, Belgia, Rosja). Ukraina trafiła z kolei do grupy C, w której zmierzy się z Holandią, Austrią i zwycięzcą jednego z baraży.

 

Na losowanie do Bukaresztu

W sobotę w Bukareszcie odbędzie się losowanie grup turnieju finałowego piłkarskich mistrzostw Europy, który w przyszłym roku wyjątkowo zostanie rozegrany w 12 krajach. W imprezie zagrają 24 zespoły podzielone na sześć grup. Biało-czerwoni będą dobierani z drugiego koszyka, ale już wiadomo, że do dwóch grup na pewno nie trafią.

Turniej finałowy zostanie rozegrany w dniach 12 czerwca – 12 lipca i odbędzie się na 12 stadionach w 12 krajach. Taki nietypowy pomysł przeforsował ówczesny prezydent UEFA Michel Platini, pod pretekstem uczczenia 60. rocznicy rozegrania pierwszych mistrzostw Europy. Gwoli przypomnienia – odbyły się w 1960 roku we Francji jeszcze pod nazwą Pucharu Narodów Europy, a triumfowała w nich reprezentacja ZSRR. W obecnej, szesnastej edycji europejskiego czempionatu, w eliminacjach wystartowały reprezentacja wszystkich 55 zrzeszonych w UEFA krajowych federacji.

12 krajów, 12 miast, 12 stadionów

Z racji powierzenia organizacji aż 12 krajom, tym razem żaden zespół nie był zwolniony z eliminacji. Bezpośredni awans z kwalifikacji wywalczyło 20 zespołów, o cztery pozostałe miejsca w marcu przyszłego roku odbędą się rozgrywki barażowe z udziałem drużyn, które zapracowały na to dobrymi wynikami w ubiegłorocznej Lidze Narodów.

W kwestiach organizacyjnych przed losowaniem w Bukareszcie zostało ustalone, że grupa A będzie rywalizować w Rzymie (mecz otwarcia) i Baku, grupa B w Kopenhadze i Petersburgu, grupa C w Amsterdamie i Bukareszcie, grupa D w Londynie i Glasgow, grupa E w Bilbao i Dublinie, zaś grupa F w Monachium i Budapeszcie. W każdej z nich może zagrać maksymalnie dwóch współgospodarzy turnieju. Półfinały i finał zostaną rozegrane się na stadionie Wembley w Londynie.

Reprezentacje gospodarzy, które już wywalczyły awans, zostały automatycznie przydzielone do grup w swoim kraju. Zespoły podzielono na cztery koszyki, zgodnie z rankingiem na podstawie wyników uzyskanych w eliminacjach Euro 2020 (oprócz meczów z szóstymi w tabeli drużynami, bowiem niektóre grupy kwalifikacyjne były pięciozespołowe). Reprezentacja Polski znalazła się w drugim koszyku wraz z zespołami Francji, Szwajcarii, Chorwacji, Holandii i Rosji, a zatem nie trafi na żaden z nich. Wiadomo także, że biało-czerwoni nie trafią do grupy B, bo w niej współgospodarzem jest Rosja, a także do grupy C, w której znalazła się m.in. Holandia.

Pierwszy koszyk tworzą ekipy Belgii, Włoch, Anglii, Niemiec, Hiszpanii i Ukrainy, do trzeciego trafiły Portugalia, Turcja, Dania, Austria, Szwecja i Czechy, a do czwartego Walia i Finlandia, zaś cztery wolne miejsca zajmą zwycięzcy przyszłorocznych baraży. Dla przypomnienia – do 1/8 finału awansują po dwa najlepsze zespoły z każdej z sześciu grup oraz cztery z najlepszym bilansem z trzecich miejsc.

Nie chcą grać w Baku

Biało-czerwoni po raz czwarty wystąpią w finałach mistrzostw Europy. Trzy razy wywalczyli awans – w 2008 (trenerem był Leo Beenhakker), 2016 (trenerem był Adam Nawałka) i teraz pod wodzą Jerzego Brzęczka zakwalifikowali sie do Euro 2020), natomiast w 2012 roku mieli zagwarantowany udział jako współgospodarz turnieju (trenerem był wtedy Franciszek Smuda).
Delegacja PZPN na sobotnie losowanie grup Euro 2020 w Bukareszcie liczy osiem osób. Na jej czele stoi rzecz jasna prezes Zbigniew Boniek, obowiązkowo też w składzie ekipy znalazł się selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek. Boniek przed wyjazdem w swoich publicznych wypowiedziach unikał odpowiedzi na pytanie, którego zespołów nie chciałby za grupowego przeciwnika naszej reprezentacji. W końcu jednak, chyba na odczepnego, wyraził opinię, że w gruncie rzeczy jest to obojętne na kogo trafią biało-czerwoni. Rzecznik prasowy związku Jakub Kwiatkowski przyznał natomiast, że nasza ekipa bardzo by nie chciała grać w grupie A, bo to oznacza konieczność dalekich podróży do stolicy Azerbejdżanu Baku. Niestety, takiej możliwości wykluczyć nie można.

Przypomnijmy, że awans do 1/8 finału z każdej z sześciu grup wywalczą po dwa zespoły oraz cztery z najlepszym bilansem z trzecich miejsc. Nie ma zatem co kombinować i liczyć na farta, tylko trzeba założyć, że w turnieju Euro 2020 słabych rywali po prostu nie będzie. Bo nawet debiutująca w mistrzostwach reprezentacja Finlandii może w czerwcu przyszłego roku okazać się lepsza od Holandii czy Włoch.

 

Jednak zagrają w Jerozolimie

Mimo napiętej sytuacji w Izraelu PZPN zdecydował się wysłać reprezentację Polski do Jerozolimy. Prezes Zbigniew Boniek zapewniał, że jeśli pojawi się chociażby jednoprocentowe zagrożenie bezpieczeństwa, ekipa zostanie zawrócona. Spotkanie Izrael – Polska wyznaczono na sobotę 16 listopada. Na razie nic nie wskazuje, że się nie odbędzie.

Aspekty sportowe ostatniego w tym roku zgrupowania reprezentacji Polski z powodu wydarzeń dziejących się w Izraelu zeszły na dalszy plan. We wtorek kadrę opuścił Arkadiusz Milik, który przyjechał z kontuzją mięśni brzucha, a lekarze kadry stwierdzili, że na wyleczenie takiego urazu potrzeba kilku tygodni i odesłali napastnika SSC Napoli do klubu. Reszta powołanych przez Jerzego Brzęczka piłkarzy szykowała się do meczu, śledząc jednak pilnie wszelkie doniesienia o aktualnej sytuacji w Tel Awiwie, gdzie mają wylądować oraz w Jerozolimie, gdzie przyjdzie im w sobotni wieczór zmierzyć się z gospodarzami w meczu o punkty.

Przypomnijmy, że na Izrael od poniedziałku spadają rakiety wystrzeliwane z palestyńskiej enklawy w Strefie Gazy. To odpowiedź na przeprowadzone przez izraelskie siły powietrzne naloty na siedziby bojowników organizacji Palestyński Islamski Dżihad. Według strony palestyńskiej liczba ofiar śmiertelnych izraelskich ataków z powietrza wzrosła do 32. Co najmniej jedna trzecia z nich to cywile. Z kolei w stronę Izraela, jak podaje agencja AFP, z palestyńskiej enklawy wystrzelono w ostatnich dniach co najmniej 360 rakiet. Większość z nich została przechwycona i zniszczona przez izraelski system obrony przeciwrakietowej, ale w wyniku ostrzału rannych zostało co najmniej 60 osób.

Władze Izraela zapewniają, że lotnisko w Tel Awiwie nie jest zagrożone ostrzałem, a życie w Jerozolimie toczy się normalnie, nie ma zatem przeszkód, żeby mecz ich reprezentacji z Polską został rozegrany w zaplanowanym terminie i miejscu. W oficjalnym komunikacie stanowisko takie sformułowało izraelskie ministerstwo spraw zagranicznych. „Państwo Izrael jest świadome, jak ważne jest zapewnienie bezpieczeństwa polskiej drużynie i delegacji. Zrobimy wszystko, co konieczne, aby je zagwarantować. Pragniemy podkreślić, że nie ma obecnie przeszkód, aby zgodnie z planem rozegrać mecz w Jerozolimie, gdzie życie toczy się zupełnie normalnie”. Ponieważ pogląd ten podzieli także działacze UEFA, kończy to de facto dyskusje o ewentualnych zmianach.
Piłkarze reprezentacji Izraela rozumieją obawy Polaków przed przyjazdem do ich kraju. Najlepszy strzelec ekipy, Eran Zahavi, wyraził to dobitnie. „Nie wiem, co bym zrobił będąc na ich miejscu.

Oni nie wiedzą, że rakiety nie spadają we wszystkich częściach naszego kraju, mają więc pełne prawo odczuwać dyskomfort. Wierzę jednak, że nie wpłynie to na ich postawę w meczu i uda nam się wszystkim stworzyć znakomite piłkarskie widowisko”.
Nasza reprezentacja już w poprzedniej serii gier zapewniła sobie awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy i znalazła się w gronie sześciu drużyn, które na dwie kolejki przed końcem eliminacji też dokonały tej sztuki. Występu w Euro 2020 pewni są oprócz Polaków także Belgowie, Hiszpanie, Rosjanie, Ukraińcy oraz Włosi. Biało-czerwoni ku zmartwieniu Izraelczyków nie zamierzają potraktować sobotniego spotkania ulgowo, bowiem chcą zakończyć eliminacje na pierwszym miejscu w grupie i znaleźć się dzięki temu w losowaniu grup w pierwszym koszyku. A nie są jeszcze tego pewni, bo chociaż zgromadzili 19 punktów, to nad drugą w tabeli drużyną Austrii mają tylko trzy „oczka” przewagi. Ekipa gospodarzy po ośmiu kolejkach ma na koncie 11 punktów, co oznacza, że ma już jedynie matematyczne szanse na zajęcie drugiego miejsca w grupie. Austriacy musieliby przegrać oba pozostałe im do rozegrania mecze, z Macedonią Północną i Polską, a oni wygrać w sobotę z Polską i w ostatnim meczu eliminacji pokonać na wyjeździe Macedonię Północną oraz liczyć, że biało-czerwoni we wtorek ograją u siebie Słowenię.

Póki co muszą jednak najpierw pokonać ekipę Jerzego Brzęczka. Nie będzie to łatwe zadanie, bo wiele wskazuje, że nasz zespół wrześniowy kryzys formy ma już definitywnie za sobą.

 

Eliminacje Euro 2020: Lęk przed rakietami

Nasza piłkarska reprezentacja ma do rozegrania dwa ostatnie mecze eliminacyjne. Pierwsze spotkanie, z Izraelem, miało się odbyć w sobotę 16 listopada w Jerozolimie, ale na ten kraj od poniedziałku spadają rakiety.

Izraelska armia przeprowadziła w miniony weekend atak powietrzny na jednego z przywódców Islamskiego Dżihadu Akrama Al Ajouriego, w którym według agencji Reutersa zginęła także jego żona. W rewanżu islamiści ostrzelali Izrael rakietami, które nie wyrządziły szkody, bo wszystkie zostały strącone. Ale we wtorek atak został ponowiony ze Strefy Gazy, tym razem z wykorzystaniem około 50 rakiet, z czego tylko 20 zostało przechwycone przez izraelską obronę przeciwrakietową. Pozostałe uderzyły m.in. w miasta Sderot i Aszdod, powodując zniszczenia i raniąc wiele osób. Rakiety, które doleciały do Aszdod, spadły w odległości 35 km na południe od lotniska w Tel Awiwie, na którym w piątek ma lądować samolot z reprezentacją Polski na pokładzie.

Gdzie zagrają z Izraelem?

Polska ambasada w Izraelu na Twitterze ostrzega: „W związku z alarmami przeciwrakietowymi na terytoriach przyległych do Strefy Gazy (SG) oraz na terenie Tel Awiwu oraz zaostrzeniem sytuacji wokół SG, stanowczo odradzamy podróże do SG i obszarów z nią graniczących oraz przypominamy podstawowe zasady reagowania w przypadku alarmu”.
Z uwagi na nadzwyczajną sytuację we wtorkowej konferencji prasowej, w której pierwotnie mieli uczestniczyć tylko selekcjoner kadry Jerzy Brzęczek i kapitan reprezentacji Robert Lewandowski, wystąpił też prezes PZPN Zbigniew Boniek. Sternik polskiego futbolu tak oto ocenił sytuacje przed meczem z Izraelem: „Żyjemy w świecie, w którym co pięć minut pojawiają się nowe informacje. Jesteśmy w stałym kontakcie z naszym MSZ, z piłkarską federacją Izraela, z UEFA. Rozmawiałem już z prezydentem UEFA i ludźmi, którzy odpowiadają za organizację tego meczu. W ciągu 24 godzin będziemy mieli ostateczną decyzję dotyczący tego meczu. Jako PZPN uważamy, że bezpieczeństwo drużyny jest priorytetem. Chcemy walczyć, ale tylko na boisku, natomiast drużynie, zawodnikom chcemy dać stuprocentową pewność, że jedziemy tylko na mecz i że pobyt będzie całkiem bezpieczny. Jestem przekonany, że wszystko ułoży się pomyślnie, a jedyne ryzyko, jakie nas czeka w Izraelu, to ewentualna porażka naszego zespołu w meczu” – powiedział prezes Boniek.

Z różnych innych źródeł dochodzą jednak wieści, że w Izraelu rozważane jest przeniesienie meczu z Polską z Jerozolimy do Hajfy, a nawet do innego kraju. Ponoć w grę wchodzi wynajęcie stadionu na Cyprze lub Malcie.

Ostatnie zgrupowanie w 2019

Selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek powołał do kadry 26 zawodników plus gościnnie Łukasza Piszczka, ale z tego grona problemy zdrowotne mają Maciej Rybus, Grzegorz Krychowiak, Arkadiusz Milik, a nawet imponujący strzelecką formą Robert Lewandowski, który tylko odłożył w czasie operację przepukliny pachwinowej. Kadrowicze podczas ostatniego w tym roku zgrupowaniu wiele razem nie potrenują, bo zdołają odbyć w sumie tylko cztery treningi, ale to i tak będzie o jedne zajęcia więcej niż mieli miesiąc wcześniej. Do Izraela maja wylecieć w piątek, wrócą w niedzielę około godziny 15:00, a ze Słowenią zagrają już we wtorek o 20:45.

W miniony weekend w ligowym meczu Lokomotiwu Moskwa z FK Krasnodar (1:1) mocno poturbowany został Grzegorz Krychowiak. Nasz piłkarz strzelił gola, ale na drugą połowę już nie wyszedł, bo po brutalnym ataku rywala doznał wstrząśnienia mózgu i został odwieziony do szpitala. Z tego powodu na zgrupowaniu biało-czerwonych ma się pojawić dopiero w środę. Jego występ w obu spotkaniach kadry nie jest jednak wykluczony, natomiast drugi z naszych graczy występujących w Lokomotiwie, Maciej Rybus, naderwał mięsień uda podczas rozgrzewki i zdaniem sztabu medycznego rosyjskiego klubu nie może zagrać w reprezentacji. Piłkarz przyjechał jednak do Warszawy, gdzie jego uraz we wtorek mieli zdiagnozować lekarze polskiej kadry.
Niepewny jest też występ Arkadiusza Milika, któremu odnowił się uraz spojenia łonowego, z którym zmagał się przez kilka tygodni na początku sezonu. Napastnik SSC Napoli nie zagrał w miniony weekend w Serie A, na zgrupowanie kadry jednak przyjechał, ale póki co jego przydatność do gry jest wielką niewiadomą.
Nie będzie eksperymentów
Brzęczek nie ma więc tym razem wielkiego wyboru w linii ataku, bo zważywszy na fakt, że Krzysztof Piątek i Dawid Kownacki ostatnio nie strzelają goli, to tak naprawdę selekcjoner może w tej formacji liczyć tylko na fenomenalnie grającego w tym sezonie Roberta Lewandowskiego. Kapitan reprezentacji co prawda ma problem z przepukliną pachwinową, ale nie jest to uraz przeszkadzający mu w grze. „Ogólnie z moim zdrowiem wszystko jest dobrze, nie odczuwam bólu ani dyskomfortu i jestem gotowy do gry. Sam zabieg przejdę pod koniec rundy, w grudniu. To co mi dolega, nie przeszkadza w grze czy w wykonywaniu ćwiczeń szybkościowych i siłowych. Mogę więc z tym poczekać” – zapewnia snajper Bayernu Monachium, który w tym sezonie w barwach Bayernu Monachium w 18 meczach zdobył 23 bramki.

Pewniakiem w składzie jest też bramkarz Wojciech Szczęsny, także dlatego, że w miniony weekend błysnął kapitalną formą w ligowym meczu z AC Milan (1:0). W Juventusie Turyn Szczęsny niezmiennie jest numerem 1 i nie ma żadnych powodów, żeby inaczej miało być w reprezentacji.

W środku linii defensywnej raczej na pewno zobaczymy sprawdzony duet Jan Bednarek – Kamil Glik, bo obaj są zdrowi. Większy problem jest na flankach, zwłaszcza na lewej, bo z powodu kontuzji Rybusa Brzęczek ma tam teraz wybór tylko między Arkadiuszem Recą i Bartoszem Bereszyńskim, który na co dzień gra na prawej flance. Na tej pozycji selekcjoner może jednak wystawić grającego regularnie w Dynamie Kijów Tomasza Kędziorę.

W linii środkowej nawet bez Krychowiaka kłopotów kadrowych nie będzie, bo w pełni sił jest Krystian Bielik. Reszta graczy wystawiana ostatnio w tej formacji jest w formie i gotowa do gry.

 

PZPN jak pączek w maśle

Polski Związek Piłki Nożnej jest najbogatszym polskim związkiem sportowym. Tak jest od zawsze i wynika to po prostu z największej popularności piłki nożnej, która utrzymuje się bez względu na sportowe wyniki reprezentacji i zapewnia PZPN-owi rosnące z roku na rok zyski bez względu na to, kto w danym momencie nim rządzi.

Ministerstwo sporu i turystyki właśnie opublikowało sprawozdanie finansowe PZPN za 2018 rok. Przypomnijmy, że pod względem sportowym nie był to rok udany, bo reprezentacja w mistrzostwach świata w Rosji odpadła już po fazie grupowej, a potem równie słabo wypadał w Lidze Narodów, przegrywając w grupie rywalizację z Portugalią i Włochami. Mimo to PZPN chwali się w swoim sprawozdaniu rekordowymi wpływami i zyskiem. W ubiegłym roku zyskał wzrost przychodów o 15,3 proc. do kwoty 240,62 mln złotych, a zysku netto z 15,3 do 26 mln złotych. Skąd ta góra pieniędzy? Głownie od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych. Wpływy z tytułu wpłat od sponsorów zwiększyły się o 31 procent i urosły do kwoty 65,2 mln złotych, natomiast ze sprzedaży praw telewizyjnych zwiększyły się o 39,1 procent do 44,4 mln złotych.

Wciąż rosnąca hojność sponsorzy

Przychody od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych stanowią rosnącą sukcesywnie część budżetu PZPN-u. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły w sumie 81,83 mln złotych i stanowiły blisko 40 procent przychodów organizacji, zaś w ubiegłym roku powiększyły się do kwoty 109,64 mln złotych i stanowiły już prawie 46 procent budżetu. Naszej piłkarskiej federacji finansową pomyślność zapewniają lukratywne kontrakty sponsorskie z Grupą Lotos oraz kilkoma innymi sponsorami, m.in. 99rent, Ustronianką, Oshee i Fakro, Coca-Colą, Totolotkiem, Nike, Allior Bank czy Blachotrapez.

Przychody PZPN-u ze sprzedaży praw telewizyjnych wyniosły w poprzednim roku 44,42 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły 31,93 mln złotych, co oznacza, że urosły o 39,1 procent. To jednak nie jest zasługa naszej federacji, tylko scentralizowania praw telewizyjnych sprzedawanych przez UEFA, a także praw do meczów towarzyskich naszych reprezentacji. PZPN sprzedaje też prawa do pokazywania Pucharu Polski i I Ligi, jesienią 2017 roku Polsat kupił je na wyłączność od połowy 2021 roku.
Wyśrubowane do granic kibicowskiej wytrzymałości ceny biletów na mecze reprezentacji nie pozwalają na wzrost dochodów z tego tytułu i utrzymują się na poziomie mniej więcej 36 mln złotych. W ubiegłym roku reprezentacja rozegrała w kraju osiem meczów – wiosną trzy sparingi przed mistrzostwami świata, a jesienią dwa mecze w Lidze Narodów (z Włochami i Hiszpanią) oraz dwa towarzyskie.

PZPN obłowił się za to na mundialu w Rosji, chociaż reprezentacja nie wyszła tam nawet z grupy. Do kasy związku 39,3 mln złotych, głównie ze sprzedaży przyznanej związkowi puli biletów dla polskich kibiców i części wpływów z praw telewizyjnych i marketingowych. Wpływy z dotacji od UEFA wyniosły 14,5 mln złotych. Budżet naszej futbolowej federacji zasiliły też opłaty transferowe (2,4 mln zł) oraz przychody określone jako pozostałe (wzrosły z 15,9 do 18,9 mln zł).

Dużo chętnych do pilnowania kasy

Rządząca obecnie piłkarską organizacją ekipa Zbigniewa Bońka, licząca wraz z nim 81 zatrudnionych etatowo osób, wydała w 2018 roku 202,6 mln złotych, znacznie więcej niż rok wcześniej, kiedy to na cele statutowe i inne poświęciła z budżetu 179,9 mln zł. Związek wykorzystał w całości 8,42 mln zł dotacji z ministerstwa sportu i turystyki. Koszty występu reprezentacji na mistrzostwach świata wyliczono na 15,5 mln złotych. Były takie stosunkowo niskie, bo związek nie musiał wypłacić piłkarzom żadnych premii. Drużyna miała je dostać dopiero po wyjściu z grupy, a ich wysokość miała rosnąć w zależności od zajętego w turnieju miejsca.

Za rok dojdzie do ostrej walki o władzę nad tym zamożnym związkiem sportowym. Obecny prezes Zbigniew Boniek nie będzie mógł już kandydować, bo właśnie kończy drugą kadencję, a prawo zabrania ubiegania się w związkach sportowych o więcej niż dwie. Wśród potencjalnych następców wymienia się Marka Koźmińskiego, obecnie wiceprezesa ds. szkoleniowych, uważanego za prawą rękę Bońka i gwaranta utrzymania wpływów przez obecną ekipę, ale też Radosława Michalskiego, obecnego szefa Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszę, uwolnionego przez wyborców z sejmowych obowiązków Romana Koseckiego, a także byłego prezesa Legii Bogusława Leśnodorskiego oraz byłego arbitra i prezesa PZPN Michała Listkiewicza.