Sousa chce mieć w kadrze Casha

Wygląda na to, że w listopadowych meczach eliminacji MŚ 2022 w reprezentacji Polski zadebiutuje 24-letni boczny obrońca Aston Villi Matty Cash. Syn polskiej emigrantki Barbary Tomaszewskiej i Anglika Stuarta Casha, piłkarza i trenera który wystąpił już o polskie obywatelstwo i wszystko wskazuje, że otrzyma je lada dzień.

Portugalski selekcjoner kadry Polski Paulo Sousa najwyraźniej nie ma nic przeciwko „farbowanym lisom”, jak swego czasu nazywano piłkarzy z polskimi korzeniami występującym w biało-czerwonych barwach. Za rządów Zbigniewa Bońka PZPN nie szukał wzmocnień dla pierwszej reprezentacji wśród zawodników innych nacji, ale teraz w naszej piłkarskiej federacji rządzi mniej pod tym względem rygorystyczna grupa działaczy i Paulo Sousa dostał od nich wolna rękę w kwestii powołania Casha do kadry. Portugalski szkoleniowiec ruszył więc do Wielkiej Brytanii żeby osobiście porozmawiać z potencjalnym kadrowiczem, z którym wcześniej miał okazję rozmawiać jedynie telefonicznie. Ale najpierw obejrzał go w akcji podczas rozegranego w piątek ligowego meczu Aston Villi z Arsenalem Londyn.
Paulo Sousa i Matty Cash odbyli półtoragodzinne spotkanie w sobotnie przedpołudnie w londyńskim hotelu Marriott County Hall. Piłkarz miał wolny dzień po meczu z „Kanonierami” (1:3) i nie musiał się nigdzie spieszyć. Z nieoficjalnych informacji wynika, że potwierdził chęć reprezentowania Polski. W spotkaniu uczestniczył też dyrektor reprezentacji Jakub Kwiatkowski oraz rodzice zawodnika – Stuart i Barbara Cash.
Po południu Matty Cash miał też umówioną wizytę w polskiej ambasadzie w Londynie. Oficjalnie pojawił się tam na spotkaniu młodych piłkarzy mających polskie korzenie, zorganizowanym przez Macieja Chorążyka, szefa komórki PZPN odpowiedzialnej za wynajdywanie zawodników mogących reprezentować nasz kraj. Poza Cashem i Sousą w ambasadzie mają pojawić się rodzice 24-letniego obrońcy oraz jego ciocia Teresa, siostra Barbary.
Problemem jest wciąż brak polskiego paszportu dla Casha. Ale ponoć prezes PZPN Cezary Kulesza spotkał się w tej sprawie z prezydentem Andrzejem Dudą. Ponieważ nie ma żadnych przeszkód w nadaniu obywatelstwa, sprawa pewnie zostanie załatwiona „na cito”.

Nagły kłopot bogactwa w polskiej kadrze

Napastnikiem numer 1 w reprezentacji Polski jest bezsprzecznie Robert Lewandowski, ale za jego plecami hierarchia w erze Paulo Sousy już taka jednoznaczna nie jest. Arkadiusz Buksa i Karol Świderski świetnie wykorzystali okres nieobecności w kadrze Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka i teraz portugalski selekcjoner ma w linii ataku kłopot bogactwa.

Trzeba przyznać, że takiej rywalizacji w linii ataku w reprezentacji Polski dawno nie było. Występujący na co dzień w PAOK Saloniki Karol Świderski oraz grający w zespole amerykańskiej MLS New England Revolution Adam Buksa są bez wątpienia odkryciami jesiennych meczów naszej narodowej drużyny. Obaj wykorzystali szansę jaką stworzyła im kilkumiesięczna nieobecność w kadrze leczących kontuzje Krzysztofa Piątka i Arkadiusza Milika, a także niespodziewany letni transfer Jakuba Świerczoka z Piasta Gliwice do japońskiego klubu Nagoya Grampus. Sądząc po wypowiedziach Paulo Sousy z tej właśnie piątki napastników będzie na razie dobierał graczy do Roberta Lewandowskiego.
Portugalski szkoleniowiec przejął reprezentację Polski z marszu, ale mimo to odważył się niemal w przededniu meczów o stawkę dokonać rewolucji z taktycznym ustawieniu zespołu. Gra w systemie z trzeba obrońcami i dwoma napastnikami nie była nowością dla ekipy biało-czerwonych, bo takiego taktycznego wariantu próbował już Adam Nawałka, ale jak dobrze pamiętamy wprowadził tym jedynie chaos i wycofał się z pomysłu. Jego następca, Jerzy Brzęczek, także chyba nie zgłębił tajników tego powszechnego dzisiaj systemu gry, bo trzymał się ustawienia czwórką obrońców, wpieranych przez dwóch defensywnych pomocników, przed którymi w linii ustawiał trójkę pomocników, a na szpicy osamotnionego Lewandowskiego. Nie powielał więc nawet sprawdzonego za kadencji Nawałki ustawienia z „Lewym” i Milikiem w linii ataku. Paulo Sousa od początku, czyli od marcowych meczów eliminacyjnych do MŚ 2022 zaczął grać dwójką napastników, a w spotkaniu z Andorą rzucił nawet do walki trójkę – oprócz Lewandowskiego i Milika jeszcze Piątka.
Ten eksperyment nie wypadł najlepiej, ale w październikowych potyczkach z San Marino i Albanią mieliśmy momentami trójkę napastników. Największym osiągnięciem było jednak to, że wchodzący z ławki zmiennicy wnosili do gry tyle samo, co gracze których zastępowali, a bywało, że nawet więcej. I to trzeba uznać za wielki sukces Paulo Sousy, bo zdołał przekonać polskich piłkarzy, że na sukces w meczu pracuje cała kadra, a rezerwowi znaczą tyle samo, co gracze z wyjściowego składu.
Wiosną tego roku Lewandowski kończył swój najlepszy strzelecki sezon, Milik po wyrwaniu się z półrocznego zawieszenia bez gry z SSC Napoli strzelił wiosną dla Olimpique Marsylia 10 goli, więc wobec słabszej formy Piątka i jego kłopotów z wywalczeniem miejsca w zespole Herthy Berlin, rywalizacja o drugie miejsce w linii ataku biało-czerwonych w turnieju Euro 2020/21 wydawała się przesądzona na korzyść Milika. Niestety, w przededniu mistrzostw doznał on poważnej kontuzji, a niedługo po nim poważny uraz wykluczył z gry na długie miesiące także Piątka. W tej sytuacji Sousa musiał sięgnąć po zmienników. Odkurzył już trochę zapomnianego w Polsce Dawida Kownackiego, wysłał powołanie do strzelającego gole w lidze greckiej Świderskiego oraz do najskuteczniejszego Polaka w polskiej ekstraklasie Jakuba Świerczoka. To jeden z nich miał objąć rolę drugiego napastnika kadry pod nieobecność Piątka i Milika. Rywalizację wygrał Świderski, ale w pierwszym meczu Euro 2020/21 Sousa skrewił i do gry wystawił tylko Lewandowskiego. W trakcie meczu z ławki wszedł do gry właśnie Świderski i on też zagrał w pierwszym składzie z Hiszpanią i był nawet blisko strzelenia gola (Hiszpanów uratował słupek). Także w meczu ze Szwecją Świderski pojawił się u boku Lewandowskiego. I tak już pozostało, bo Świerczok po mistrzostwach Europy zdecydował się na transfer do Japonii, a stamtąd na zgrupowania na razie przyjeżdżać nie może z powodu ograniczeń epidemicznych.
„Pamiętam, jak było sporo krytyki, że powołuję Świderskiego. On ma zupełnie inną mobilność, jest coraz bardziej skoncentrowany, jeśli chodzi o zdobywanie bramek, coraz bardziej mobilny, lepiej dogrywa i współpracuje z kolegami z zespołu. Po prostu się rozwija” – zachwalał Świderskiego Paulo Sousa po wygranym w Tiranie 1:0 meczu z Albanią, w którym zwycięskiego gola strzelił właśnie ten piłkarz. Ale Paulo Sousa w jesiennych meczach wynalazł dla kadry Polski kolejnego napastnika – Adama Buksę. Piłkarz New England Revolution udowodnił swoją wartość i pokazał, że MLS jest ligą na wysokim poziomie. Oczywiście, należy pamiętać, że strzelał gole San Marino. Ale nie zawiódł też w pozostałych meczach – strzelił gola w pierwszym meczu z Albanią, walczył też ofiarnie z Anglikami. Ponieważ także w MLS strzela gole jak na zawołanie, interesuje się nim wiele klubów europejskich i niewykluczone, że już zimą Buksa wróci do Europy, wzorem Przemysława Frankowskiego , który z Chicago Fire latem przeszedł do RC Lens i robi obecnie furorę w lidze francuskiej.
Milik i Piątek, którzy w końcu wrócili na boiska po wyleczeniu kontuzji, nie mogą być pewni powrotu do kadry Polski na poprzednie pozycje. Miejsce w hierarchii będą musieli wywalczyć na nowo, a Sousa ma ten komfort, że przed listopadowymi meczami z Andorą i Węgrami ma w tej chwili do dyspozycji pięciu napastników. I niewykluczone, że powołania otrzyma cała piątka.
Warto podkreślić, że za kadencji Paulo Sousy biało-czerwoni odzyskali utraconą pod rządami Jerzego Brzeczka skuteczność. W 13 meczach pod wodza Portugalczyka reprezentacja Polski zdobyła 32 bramki. Aż 22 z nich były dziełem napastników. Dziewięć trafień zanotował Lewandowski, który korzysta na taktyce Sousy. Za kadencji Brzęczka „Lewy” zdobywał 0,44 gola na mecz, u Portugalczyka współczynnik podskoczył mu do 0,81. Po pięć goli zdobyli Świderski i Buksa, dwie Piątek i jedną Świerczok. Spośród napastników, których powoływał Paulo Sousa bez goli pozostają jedynie Kownacki i Milik.
Teraz pozostało nam tylko śledzić występy naszych snajperów w ich klubowych zespołach. Na razie Lewandowski jest poza konkurencją (w niedzielę zdobył dwie bramki w spotkaniu z Bayerem Leverkusen), ale Milik w miniony weekend strzelił pierwszego gola w tym sezonie w wygranym przez jego Olympique Marsylia 4:1 meczu z Lorient w 10. kolejce francuskiej Ligue 1. Czyli podjął rękawicę i włączył się do rywalizacji o miejsce w linii ataku biało-czerwonych. Na razie najbardziej odstaje Piątek, ale może i on się przełamie?

El. MŚ Katar 2022: Biało-czerwoni już mogą szykować się do baraży

Zespół Albanii nie okazał się dla naszej piłkarskiej reprezentacji groźną przeszkodą. Biało-czerwoni w dwóch meczach z tym przeciwnikiem zdobyli komplet punktów przy bramkowym bilansie 5:1. Na stadionie w Tiranie dla strzegącego polskiej bramki Wojciecha Szczęsnego większym zagrożeniem były rzucane w niego przez albańskich kibiców butelki z napojami, niż strzały oddawane przez rywali.

Porażka 0:1 z Polską to dla reprezentacji Albanii de facto koniec marzeń o pierwszym w historii awansie do finałów mistrzostw świata. Dzięki trzem punktom wywalczonym w Tiranie kadra Paula Sousy na dwie kolejki przed zakończeniem eliminacji wróciła na premiowane udziałem w przyszłorocznych barażach drugie miejsce w tabeli, spychając o miejsce niżej właśnie Albańczyków. I taki obrót sprawy nie jest żadną sensacją, tylko potwierdzeniem rzeczywistego potencjału zespołów rywalizujących w grupie I o awans do katarskiego mundialu. W rankingu FIFA prowadząca w tabeli Anglia jest na 4. miejscu, Polska zajmuje 24. lokatę, Węgry 37., a Albania dopiero 66.
Mocarstwowe ambicje Albańczyków byłyby w tej sytuacji nawet trochę komiczne, gdyby nie przełożyły się na agresywne i niebezpieczne dla polskich piłkarzy zachowanie rozczarowanych bezsilnością swojej drużyny miejscowych kibiców. Nie wszystko, co wydarzyło się na stadionie w Tiranie po zwycięskim dla biało-czerwonych golu Karola Świderskiego zobaczyliśmy w telewizorach, bo zgodnie z dyrektywami UEFA i FIFA takie skandaliczne zachowania widzów są w telewizyjnych relacjach skrzętnie pomijane, ale to co było widać w zupełności wystarczyło, żeby wyrobić sobie zdanie.
Mecz jak wiadomo został przerwany i chociaż widmo walkowera trochę uspokoiło chuligańskie zachowania na trybunach, dzięki czemu jakoś udało się spotkanie dokończyć, ale w naszym kraju sympatia do albańskiego narodu, jeśli takowa była, na jakiś czas z pewnością mocno osłabła. I chyba byłoby najlepiej, żeby w kolejnych eliminacjach los nie zetknął reprezentacji obu krajów ponownie w jednej grupie. Albańskie media więcej rozwodziły się o słabszej od oczekiwanej grze swojej drużyny, niż o skandalicznym zachowaniu kibiców. Ba, nawet próbowały obciążyć odpowiedzialnością za ten wybuch niezadowolenia… Karola Świderskiego, sugerując, iż polski napastnik po strzeleniu gola dopuścił się prowokacji. No cóż, jeśli za prowokacyjne zachowanie przyjmuje się manifestację radości po zdobyciu bramki, to chyba nie mamy z Albańczykami wspólnej płaszczyzny do dyskusji. Trzeba machnąć na ich pretensje ręka i zostawić sprawę działaczom FIFA i UEFA. Ale nie spodziewajmy się jakichś specjalnie dotkliwych sankcji. Kara finansowa i zamknięcie stadionu na mecz lub dwa – to chyba wszystko, co Albańczyków może spotkać. UEFA szarpać się za sprawę specjalnie nie będzie, bo na stadionie w Tiranie w przyszłym roku zaplanowano rozegranie finału Ligi Konferencji, zaś FIFA w jednym komunikacie połączyła wydarzenia z meczu Albania – Polska z wydarzeniami do jakich doszło podczas meczu Anglia – Węgry na Wembley. „FIFA obecnie analizuje sprawozdania z wtorkowych spotkań el. MŚ w związku z planem wyciągnięcia odpowiednich konsekwencji. FIFA stanowczo potępia incydenty w trakcie meczów Anglia – Węgry i Albania – Polska i chce jednoznacznie wyrazić, że nie zgadza się na jakąkolwiek formę przemocy, dyskryminacji czy nękania. Nie ma tolerancji dla tak karygodnych zachowań w futbolu” – czytamy w komunikacie światowej federacji piłkarskiej.
Czyżby? Przeczy temu choćby taka wypowiedź. „Najpierw chcę podziękować niezwykłej albańskiej publiczności. Dla takich kibiców warto było walczyć do końca o sukces. Brakowało nam 6-7 graczy. Oczywiście przykro mi, że zdarzyły nam się nieobecności w tak ważnym meczu, ale jestem dumny z tego, co zrobiliśmy dzisiaj na boisku” – powiedział po meczu włoski trener albańskiej reprezentacji Eduardo Reja.
Na Wembley grupa węgierskich kibiców znów wygwizdała klęczących angielskich piłkarzy, co skłoniło służby porządkowe do interwencji, która jednak spotkała się z agresywna odpowiedzią ze strony Madziarów. Trwająca kilka minut bijatyka z wezwanymi na pomoc policjantami znów pewnie obciąży konto węgierskiej federacji, bo Anglicy jak to mają ostatnio w zwyczaju na pewno oskarżą węgierskich fanów o zachowania rasistowskie, a może nawet zmyślą taki zarzut pod adresem któregoś z piłkarzy reprezentacji Węgier. Tak przecież postąpili wobec Kamila Glika po wrześniowym meczu w Warszawie. Po ponad miesiącu dochodzenia FIFA nie znalazła podstaw, aby wszcząć postępowanie dyscyplinarne w sprawie absurdalnych oskarżeniach ze strony angielskiej federacji, że polski obrońca miał dopuścić się rasistowskiego zachowania względem reprezentanta Anglii Kyle’a Walkera. Za te ewidentne oszczerstwo angielska federacja powinna teraz Glika oficjalnie przeprosić, ale sama z siebie pewnie tego nie uczyni, więc może FIFA powinna ją do tego zobligować pod groźbą nałożenia sankcji. Z wszelkimi przejawami rasizmu i nietolerancji należy bezsprzecznie walczyć, ale też z tymi, którzy nadużywają tej słusznej idei. A Anglicy chyba są w awangardzie nadużywających.
Wróćmy jednak do sportu. Po zwycięstwie w Tiranie nasza reprezentacja Polski jest już tylko o mały krok od wywalczenia prawa gry w przyszłorocznych barażach o awans do finałów mistrzostw świata w Katarze. Na wyprzedzenie Anglików raczej szans już biało-czerwoni nie mają, chociaż po ich remisie z Węgrami strata naszego zespołu do lidera grupy I stopniała do trzech punktów. W listopadzie „Synowie Albionu” zagrają u siebie z Albanią i na wyjeździe z San Marino, więc raczej posiadanej nad Polakami przewagi nie roztrwonią.
Nasza kadra musi więc już teraz szykować się na do potyczek barażowych. Wiadomo, że w marcu przyszłego roku do walki o trzy wolne miejsca przystąpi 12 drużyn. W tej chwili na dwie kolejki przed zakończeniem europejskich kwalifikacji drugie lokaty w poszczególnych grupach, oprócz Polski, zajmują zespoły Portugalii, Hiszpanii, Szwajcarii, Ukrainy, Czech, Szkocji, Norwegii, Chorwacji i Rumunia. Do tych 10 drużyn dojdą dwie najlepsze ekipy z Ligi Narodów, które w tych kwalifikacjach nie wywalczą pierwszego lub drugiego miejsca w grupie.
Ostateczny skład uczestników baraży poznamy jednak dopiero w listopadzie. Wtedy też okaże się, które z nich zostaną rozstawione, bo taki przywilej przysługiwać będzie sześciu zespołom z najlepszym dorobkiem. O awansie decydować będzie wynik tylko jednego meczu, którego gospodarzem będzie drużyna rozstawiona. W II rundzie baraży zagrają zwycięzcy, ale w tej fazie gospodarzy spotkań wyłoni losowanie. Baraże odbędą się w dniach 24-29 marca 2022 roku.

Pierwszy raz graliśmy o wszystko z Albanią

Reprezentacja Albanii w rankingu FIFA zajmuje 69. miejsce, Polska 24. We wrześniu w Warszawie biało-czerwoni rozbili Albańczyków 4:1, a w ogóle w 11 spotkaniach przegrali z nimi tylko raz, w 1953 roku. Nie było więc większych powodów do niepokoju przed wtorkową potyczką w Tiranie. Ale dla obu drużyn był to „mecz o wszystko” i jak to w takich meczach bywa, mogło być różnie. Na szczęście obyło się bez sensacji – Polska wygrała 1:0 i wróciła na 2. miejsce w grupie za Anglią, która sensacyjnie zremisowała na Wembley z Węgrami 1:1.

Wtorkowy mecz z Albanią był 10 występem naszej piłkarskiej reprezentacji pod wodzą trenera Paulo Sousy. Portugalski szkoleniowiec zaczął pracę z kadrą biało-czerwonych w marcu od remisu w eliminacjach MŚ 2022 z Węgrami (3:3), zwycięstwa z Andorą (3:0) i porażki na Wembley z Anglią (1:2). Potem były dwa remisy w spotkaniach towarzyskich z Rosją (1:1) i Islandią (2:2), a następnie w fazie grupowej Euro 2020/21 porażki 1:2 ze Słowacją i 2:3 ze Szwecją oraz remis 1:1 z Hiszpanią.
Nic dziwnego, że do efektów pracy Paulo Sousy mieliśmy wiele zastrzeżeń i z obawą czekaliśmy na kolejne mecze w kwalifikacjach do przyszłorocznego mundialu w Katarze. We wrześniu biało-czerwoni zaskoczyli jednak pozytywnie zwycięstwami nad Albanią (4:1), San Marino (7:1) i remisem 1:1 z Anglią na Stadionie Narodowym w Warszawie. Jednak mimo zdobycia siedmiu punktów sytuacja polskiej drużyny w tabeli grupy I nie była najlepsza. Na zajęcie premiowanego bezpośrednim awansem do finałów mistrzostw świata pierwszego miejsca biało-czerwoni szanse mieli już tylko teoretyczne, bo liderzy grupy Anglicy musieliby przegrać co najmniej dwa z ostatnich czterech spotkań, a ponieważ jedyne punkty i bramki w tych eliminacjach stracili w potyczkach z Polakami, nikt nawet nie zakładał, że u siebie na Wembley „Synowie Albionu” przegrają z Węgrami i Albańczykami, a na wyjazdach z najsłabszymi w stawce ekipami Andory i San Marino.
Naszej drużynie pozostawał więc tylko walka o zajęcie drugiej lokaty premiowanej udziałem w przyszłorocznych barażach. W siódmej kolejce gier nieoczekiwanie na najgroźniejszego konkurenta biało-czerwonych do zajęcia drugiego miejsca w grupie I wyrosła drużyna Albanii, która w Budapeszcie pokonała Węgry 1:0 i zepchnęła reprezentację Polski na trzecią pozycję. Sytuacja nie była jeszcze na naszych piłkarzy całkiem beznadziejna, bo tracili do Albańczyków tylko jeden punkt, lecz w perspektywie mieli rewanżowy mecz w Tiranie. I nie mogli go przegrać, bowiem w takim przypadku ich strata urosłaby do czterech punktów, a w listopadowej serii gier zespół Albanii miał do rozegrania mecze z Anglią na wyjeździe i Andorą u siebie, zatem w ciemno można było założyć, że zdobędzie co najmniej trzy punkty.
Tak więc wtorkowy mecz był dla naszej reprezentacji z gatunku tych „o wszystko”, ale takim był także dla trenera Paulo Sousy i jego licznego sztabu współpracowników. Ewentualna porażka oznaczałaby przecież de facto koniec szans na wywalczenie awansu do mistrzostw świata w Katarze, a co za tym idzie, również koniec misji portugalskiego szkoleniowca. Czarny scenariusz na szczęście się nie ziścił.
Mimo wysokiej wygranej biało-czerwonych we wrześniowej potyczce z Albańczykami na Stadionie Narodowym (4:1) nikt w Polsce przed rewanżowym meczem w Tiranie nie był pewny wygranej. Zespół prowadzony przez włoskiego szkoleniowca Edoarda Reję swoim występem w Warszawie mocno zaskoczył, bo dotąd panowało u nas przekonanie, ze reprezentacja Albanii to wciąż europejski outsider, niewiele tylko lepszy od Andory, San Marino, Gibraltaru czy Kosowa. Tymczasem od wielu lat w tym niewielkim, liczącym niewiele ponad trzy miliony mieszkańców bałkańskim kraju piłka nożna jest sportem planowo rozwijanym. Stoi za tym miejscowy oligarcha Armand Duka, który od 20 lat jest nie tylko szefem albańskiej federacji, ale też jej hojnym mecenasem. Jego zasługą jest znacząca poprawa piłkarskiej infrastruktury oraz jakości szkolenia piłkarzy, do czego przyczyniają się głównie włoscy trenerzy.
I właśnie włoski futbol jest wzorcem, który Albańczycy naśladują u siebie, ale też który ich piłkarze najchętniej wybierają decydując się na zagraniczny transfer. Ten trend jest widoczny w składzie kadry narodowej, w której występuje regularnie 8-10 zawodników na co dzień grających w klubach Serie A. Drugim kierunkiem popularnym wśród albańskich piłkarzy jest liga turecka, z której do reprezentacji trener Reja powołuje co najmniej 6-8 kadrowiczów.
Włoski selekcjoner reprezentacji Albanii ma więc do dyspozycji całkiem sporą grupę niezłej klasy zawodników, z której jeszcze na dodatek potrafił zestawić mocny i wciąż rozwijający się piłkarsko zespół. Pięć lat temu, o czym mało kto w Polsce pamięta, Albania także grała w mistrzostwach Europy, po raz pierwszy w historii, a teraz chce po raz pierwszy wystąpić też w finałach mistrzostw świata. Tacy piłkarze, jak Keidi Bare, który na co dzień gra w Espanyolu Barcelona, Erat Djimsiti z Atalanty Bergamo czy klubowy kolega Jana Bednarka z Southamptonu Armando Broja, nie są już w europejskim futbolu anonimowi.
Zwycięzca wtorkowego meczu nie był więc oczywisty w przypadku obu zespołów, bo przecież „na papierze” więcej atutów miał polski zespół i nawet bukmacherzy dawali mu większe szanse na triumf. W medialnych spekulacjach przewidywany skład biało-czerwonych różnił się diametralnie od tego, który w minioną sobotę pokonał w Warszawie San Marino 5:0. Pewniakami do występu przeciwko Albańczykom byli Wojciech Szczęsny, Kamil Glik, Jan Bednarek, Bartosz Bereszyński, Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich, Przemysław Frankowski, Jakaub Moder, Piotr Zieliński, Adam Buksa, Karol Świderski i rzecz jasna Robert Lewandowski.
Polska ekipa nie zaniedbała niczego pod względem organizacyjnym. Przyleciał do Tirany w poniedziałek, zamieszkała niespełna pół kilometra od Air Albania Stadium, na którym został rozegrany wtorkowy mecz. To najnowocześniejszy sportowy obiekt w Albanii – został oddany do użytku w 2019 roku. W jednym z rogów stadionu znajduje się 24-piętrowy, najwyższy w Albanii budynek (112 metrów), w którym mieści się m.in. hotel. Reprezentacja Anglii wygrała na tym stadionie z Albańczykami 2:0. Taki rezultat urządzał także biało-czerwonych, ale ponieważ nawet po rządami Paulo Sousy nasza reprezentacja wciąż jest „boską drużyną”, w takim rozumieniu, że tylko Bóg wie, jak zagra w danym meczu, nie mogliśmy mieć we wtorek o 20:45 takiego samego miłego uczucia pewności zwycięstwa biało-czerwonych, jakie nam towarzyszyło przed rozpoczęciem sobotniego spotkania z San Marino.

W tym kluczowym dla rywalizacji o awans do mistrzostw świata meczu 8. kolejki grupy I reprezentacja Polski wygrała z Albańczykami 1:0. Gola dla biało-czerwonych strzelił w 77. minucie wprowadzony po przerwie za Adama Buksę Karol Świderski, a asystę zanotował Mateusz Klich. Nasi piłkarze nie mogli się nawet nacieszyć tym golem, bo albańscy kibice zaczęli ich obrażać i obrzucać różnymi przedmiotami. Sędzia przerwał mecz na blisko kwadrans, ale po wznowieniu gry na boisku wciąż panował niepodzielnie polski zespół i zasłużenie zdobył komplet punktów. Dzięki wygranej biało-czerwoni wyprzedzili w tabeli Albańczyków i przed listopadowymi meczami z Andorą i Węgrami ponownie są na drugim miejscu w tabeli. Mają jednak tylko trzy punkty straty do prowadzących Anglików, którzy niespodziewanie tylko zremisowali na Wembley 1:1.

Albania – Polska 0:1
Gol: Karol Świderski (77).
Albania: 1. Etrit Berisha – 4. Elseid Hysaj, 18. Ardian Ismajli, 15. Marash Kumbulla, 5. Frédéric Veseli, 20. Lorenc Trashi (65, 3. Ermir Lenjani) – 21. Odise Roshi (78, 22. Nedim Bajrami), 19. Ylber Ramadani, 7. Keidi Bare (78, 9. Enis Çokaj), 11. Myrto Uzuni (58, 17. Armando Broja) – 10. Rey Manaj.
Polska: 1. Wojciech Szczęsny – 3. Paweł Dawidowicz, 15. Kamil Glik, 5. Jan Bednarek (90, 6. Michał Helik) – 7. Kamil Jóźwiak (71, 19. Przemysław Frankowski), 10. Grzegorz Krychowiak, 20. Piotr Zieliński, 16. Jakub Moder (46, 14. Mateusz Klich), 21. Tymoteusz Puchacz (90, 18. Bartosz Bereszyński) – 8. Adam Buksa (71, 11. Karol Świderski), 9. Robert Lewandowski.
Żółte kartki: Ismajli, Hysaj, Ramadani – Buksa, Bednarek, Puchacz.
Sędziował: Clément Turpin (Francja).
Widzów: 22 000.
Mecz przerwany w 78. minucie z powodu obrzucenia boiska przedmiotami przez kibiców.

Tabela grupy I:

  1. Anglia 8 20 24:3
  2. Polska 8 17 25:8
  3. Albania 8 15 11:7
  4. Węgry 8 11 1:12
  5. Andora 8 6 7:19
  6. San Marino 8 0 1:32

Eliminacje MŚ 2022: Biało-czerwoni nadal na trzecim miejscu

Wygrana 5:0 z San Marino nie poprawiła sytuacji biało-czerwonych w grupie I. Nasza reprezentacja pozostała na trzecim miejscu, za Anglią i Albanią, bo te zespoły także wygrały swoje mecze w 7. kolejce – Anglicy pokonali 5:0 Andorę, a Albańczycy w Budapeszcie Węgrów 1:0.

Tak więc we wtorek w Tiranie ekipa Paulo Sousy zagra „o wszystko” , bo ewentualna porażka przekreśli jej szanse na zajęcie drugiej lokaty w grupie premiowanej grą w barażach. Już po wrześniowych meczach polski zespół spadł na trzecie miejsce w grupie. Biało-czerwoni po remisie z Anglią (1:1) zostali wyprzedzeni przez zespół Albanii, który po zwycięstwie 5:0 z San Marino awansował na pozycję wicelidera z jednym punktem przewagi nad Polakami. Nadzieję na zamianę miejsc mieliśmy przed 7. kolejką, bo wiadomo było, że nasza drużyna wygra z San Marino, natomiast zwycięstwo Albańczyków w Budapeszcie nad także walczącymi o premiowane udziałem w barażach drugie miejsce Węgrami wydawało się mało prawdopodobne.
Reprezentacja Polski nie zawiodła oczekiwań co do wyniku, gorzej było z jakością gry, ale zważywszy na fakt, że trener Paulo Sousa posłał do walki z najsłabszym zespołem w grupie mocno eksperymentalny skład, którego pewnie już nigdy na boisku w takim zestawieniu nie zobaczymy. I to nie tylko dlatego, że w bramce przez 57. minut po raz ostatni w karierze stał Łukasz Fabiański. Pożegnalny występ 36-letniego bramkarza był bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem tego niezbyt ciekawego piłkarskiego widowiska. Wypada jednak zauważyć, że Wojciech Szczęsny nie znalazł się nawet w kadrze meczowej, a roli zmiennika „Fabiana” nie chciał się podjąć nawet Łukasz Skorupski i w tej sytuacji szansę debiutu w reprezentacji dostał powołany w ostatniej chwili w miejsce kontuzjowanego Bartłomieja Drągowskiego rezerwowy golkiper AS Monaco Radosław Majecki. Na boisku nie pojawili się też Kamil Glik, Grzegorz Krychowiak, Jan Bednarek, Paweł Dawidowicz, Piotr Zieliński, Tymoteusz Puchacz i Kamil Jóźwiak. Robert Lewandowski wyszedł w podstawowym składzie i przebywał na boisku przez 66 minut. Schodził jednak z boiska niezadowolony, bo sam gola nie strzelił, a jeszcze kilka razy oberwał mocno po nogach od brutalnie grających rywali. Jeśli jego obecność na boisku miała być premią od PZPN dla 56 tysięcy widzów przybyłych na Stadion Narodowy, to z pewnością była. Ale jeśli był to koleżeński gest „Lewego” wobec Fabiańskiego, to chyba okazany przez niego szacunek dla schodzącego z reprezentacyjnej areny bramkarza, nie należącego przecież do najbliższego kręgu jego boiskowych towarzyszy, nie zostało należycie docenione. Na trybunach zbyt manifestacyjnie swoje lepsze relacje z „Fabianem” manifestowali obecni osobiście na meczu Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek, a z nimi jak wiadomo Lewandowskiemu nigdy nie było, nie jest w tej chwili i chyba już nigdy nie będzie po drodze.
Lewandowski miał prawo być zły także z innego powodu, bo tylko on z czwórki napastników nie zdobył bramki. Gole strzelili Karol Świderski, Adam Buksa i Krzysztof Piątek, co być może ludzi z różnych powodów niechętnie usposobionych do „Lewego” mogło nawet ucieszyć, ale można chyba w ciemno założyć, że już we wtorek w kluczowym dla układu tabeli w grupie I starciu z Albańczykami wszystko wróci do normy i znowu przyjdzie nam się przekonać, ile dla polskiej reprezentacji wciąż znaczy Robert Lewandowski. Jeśli zagra na swoim najwyższym poziomie, a reszta naszych graczy dołoży do tego tyle zaangażowania i woli walki, ile włożyła w meczu z Anglią, to nasz zespół wygra w Tiranie bez większego problemu i wróci na drugie miejsce w grupie.
Lecz jeśli Albańczycy zwyciężą, uzyskają nad naszym zespołem już cztery punkty przewagi, a ponieważ w listopadzie Albania zagra z Andorą, odrobienie takiej straty graniczyłoby z cudem. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku remisu, bo co prawda biało-czerwoni pozostaliby na trzecim miejscu, ale terminarz dwóch ostatnich serii gier daje im spore nadzieje na odrobienie jednego punktu straty do Albanii, bo przecież trudno zakładać, że Anglicy u siebie z Albańczykami przegrają. A biało-czerwoni w dwóch listopadowych spotkaniach najpierw zmierzą się na wyjeździe z Andorą, a na koniec w Warszawie na Narodowym z Węgrami, którzy w najbliższy wtorek zmierzą się z Anglią na Wembley i raczej tam punktów nie zdobędą, a mają już cztery „oczka” straty do Polski i pięć do Albanii. Wszystko wskazuje, że dla Madziarów potyczka w Warszawie z Polską będzie spotkaniem „o pietruszkę”, więc gdyby wynik tego meczu miał przesądzić o tym, czy drugą lokatę w grupie zajmą Polacy czy Albańczycy, można liczyć, że gryźć trawy w starciu z biało-czerwonymi na Narodowym pewnie by nie gryźli.
Ale rzecz jasna takie kalkulacje bywają często zawodne i najlepiej by było, gdyby nasz zespół odniósł w Tiranie zwycięstwo i dzięki temu wrócił na 2. miejsce w tabeli grupy I, chociaż jak się okazuje także trzecia lokata daje naszej drużynie szanse na zakwalifikowanie się do przyszłorocznych baraży. Wszystko dzięki wynikom w Lidze Narodów. Do trzech turniejów barażowych (rozgrywanych w formie półfinałów i finału) awansuje w sumie 12 zespołów – dziesięciu wiceliderów wszystkich grup eliminacyjnych, a także dwie najwyżej notowane ekipy z Ligi Narodów, które nie wywalczą awansu z kwalifikacji. A w zbiorczej tabeli Ligi Narodów biało-czerwoni są w tej chwili na 10. miejscu, a przed nimi w zestawieniu są sami potentaci – Włochy, Holandia, Belgia, Dania, Anglia, Francja, Portugalia, Hiszpania i Niemcy. Wątpliwe by z tych dziewięciu zespołów dwa nie wygrały w swoich grupach
eliminacyjnych.

Wyniki grupy I el. MŚ 2022

  1. kolejka: Węgry – Polska 3:3, Andora – Albania 0:1, Anglia – San Marino 5:0;
  2. kolejka: Polska – Andora 3:0, Albania – Anglia 0:2, San Marino – Węgry 0:3;
  3. kolejka: Anglia – Polska 2:1, Andora – Węgry 1:4, San Marino – Albania 0:2;
  4. kolejka: Polska – Albania 4:1, Węgry – Anglia 0:4, Andora – San Marino 2:0;
  5. kolejka: San Marino – Polska 1:7, Anglia – Andora 4:0, Albania – Węgry 1:0;
  6. kolejka: Polska – Anglia 1:1, Węgry – Andora 2:1; Albania – San Marino 5:0;
  7. kolejka: Polska – San Marino 5:0, Andora –Polska – San Marino 5:0
    Gole: Karol Świderski (10), Cristian Brolli (20 samobójcza), Tomasz Kędziora (50), Adam Buksa (84), Krzysztof Piątek (90).
    Polska: Łukasz Fabiański (57. Radosław Majecki) – Robert Gumny, Michał Helik, Tomasz Kędziora – Przemysław Frankowski (65. Bartosz Bereszyński), Mateusz Klich (46. Krzysztof Piątek), Karol Linetty, Kacper Kozłowski, Przemysław Płacheta – Karol Świderski (72. Adam Buksa), Robert Lewandowski (66. Jakub Moder).
    Widzów: 56 128.
    Anglia 0:5, Węgry – Albania 0:1.

Tabela grupy I

  1. Anglia 7 19 23:2
  2. Albania 7 15 11:6
  3. Polska 7 14 24:8
  4. Węgry 7 10 12:11
  5. Andora 7 3 4:19
  6. San Marino 7 0 1:29
    Następne mecze (12 października):
  7. kolejka: Albania – Polska, Anglia – Węgry, San Marino – Andora.

Eliminacje M Ś Katar 2022: Lewy i spółka przed walką o druga lokatę

We wrześniu nasza piłkarska reprezentacja uspokoiła trochę atmosferę wokół portugalskiego selekcjonera Paulo Sousy, zdobywając w trzech meczach siedem punktów i remisując w niezłym stylu z Anglia 1:1. W październiku biało-czerwonych czekają dwa spotkania – u siebie z San Marino i na wyjeździe z drugą w tabeli grupy I Albanią.

Tylko zwycięstwa w tych meczach pozwolą naszej drużynie zachować szanse na zajęcie premiowanego udziałem w barażach drugiego miejsca. O wyprzedzeniu prowadzącej w tabeli reprezentacji Anglii biało-czerwoni mogą już tylko pomarzyć, bo ekipa „Synów Albionu” ma już nad nimi pięć punktów przewagi. A zatem dla ostatecznego układu tabeli w grupie I będą miały październikowe starcie Albańczyków z Węgrami w Budapeszcie i Polakami w Tiranie oraz Węgrów z Anglikami oraz w listopadzie z Polakami na Stadionie Narodowym w Warszawie.
Ewentualna wpadka naszej drużyny w potyczce z Albanią może więc de facto przekreślić nadzieje na zakwalifikowanie się do przyszłorocznych baraży o awans do katarskiego mundialu. Anglicy z sześciu rozegranych spotkań wygrali pięć, a zremisowali jeden, właśnie z Polakami. I tylko w meczach z naszym zespołem stracili bramki, zatem w czterech ostatnich spotkaniach w grupie pewnie zgarną komplet punktów. O drugie miejsce walka zatem rozstrzygnie się w trójkącie Polska – Węgry – Albania. Najłatwiejszy terminarz wydają się mieć Polacy. Ekipa Paulo Sousy ma jeszcze spotkania z outsiderami grupy I San Marino (u siebie) i Andorą (na wyjeździe), wyjazdowy mecz z Albanią (u siebie biało-czerwoni wygrali 4:1) i z Węgrami na Stadionie Narodowym (w Budapeszcie był remis 3:3). Ale kluczową potyczką w tej układance jest zwycięstwo nad Albańczykami.
Paulo Sousa z listy powołanych w pierwszej wersji kadrowiczów musiał w przededniu zgrupowania w Warszawie wykreślić kontuzjowanych bocznych obrońców Macieja Rybusa i Arkadiusza Recę, rezerwowego bramkarza Bartłomieja Drągowskiego oraz 19-letniego Nikolę Zalewskiego, któremu niedawno zmarł ojciec i z tego powodu nie mógł przyjechać do Polski. W miejsce Drągowskiego Sousa zaprosił na zgrupowanie rezerwowego bramkarza AS Monaco Radosława Majeckiego, czym znowu ściągnął na siebie gromy, bo mamy kilku nie gorszych golkiperów, którzy regularnie grają w swoich klubowych drużynach.
Nie bramkarze są jednak problemem w kadrze, tylko wobec absencji Rybusa i Recy niewielka konkurencja na lewej flance, bo z powołanych na tej pozycji występuje tylko Tymoteusz Puchacz, lecz w tym sezonie gracz Unionu Berlin grzeje ławę i na razie nic nie zapowiada zmiany tej sytuacji. „Tymek miał rozmowę z trenerami Unionu i wie, nad czym musi pracować. Motorykę ma na fajnym poziomie, ale musi poprawić jeszcze trochę wytrzymałość. Tego mu brakuje. Oczywiście wytrzyma cały mecz, ale chodzi o to, by w 70. minucie spotkania przyspieszał na tym samym poziomie, by jego sprint nie był dużo wolniejszy i to właśnie obecnie ulepszamy” – zapewniał w mediach Piotr Kurek, trener przygotowania fizycznego współpracujący na co dzień z Puchaczem.
Do kadry po kilku miesiącach przerwy wrócił Krzysztof Piątek. Jego powołanie tym razem nie wzbudziło kontrowersji, bo w miniony weekend strzelił gola dla Herthy Berlin, ale nie ulega wątpliwości, że w hierarchii napastników w kadrze Piątek jest teraz na końcu, za Karolem Świderskim i Adamem Buksą. Z San Marino na pewno jednak zagra, tym bardziej, że Robert Lewandowski jeszcze nie postanowił czy w tym meczu zagra. Z jednej strony dla niego kusząca jest perspektywa kolejnego występu i kilku łatwych bramek, z drugiej jednak strony może szkoda trwonić jego siły na z góry wygrany mecz, bo będą z pewnością bardziej potrzebne w starciu z Albańczykami.
Zanim jednak reprezentacja zmierzy się z Albanią, w sobotę zagra z San Marino. To musi być łatwy i przyjemny dla oka mecz, i zapewne tak się stanie. Kibice spodziewają się wielu goli na Stadionie Narodowym, a okazję pożegnania się z fanami dostanie Łukasz Fabiański. Bramkarz niedawno ogłosił zakończenie kariery w kadrze, a z San Marino rozegra ostatnie, 57. spotkanie w narodowych barwach.

Kadra Polski:
Bramkarze: Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn), Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (Bologna FC, Radosław Majecki (AS Monaco);
Obrońcy: Jan Bednarek (Southampton FC), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua), Paweł Dawidowicz (Hellas Werona), Kamil Glik (Benevento Calcio), Robert Gumny (FC Augsburg), Michał Helik (Barnsley FC), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Tymoteusz Puchacz (Union Berlin), Arkadiusz Reca (Spezia Calcio);
Pomocnicy: Przemysław Frankowski (RC Lens), Kamil Jóźwiak (Derby County), Mateusz Klich (Leeds United), Kacper Kozłowski (Pogoń Szczecin), Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa), Karol Linetty (Torino FC), Jakub Moder (Brighton and Hove Albion), Przemysław Płacheta (Norwich City), Damian Szymański (AEK Ateny), Piotr Zieliński (SSC Napoli);
Napastnicy:
Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Karol Świderski (PAOK Saloniki), Krzysztof Piątek (Hertha Berlin), Arkadiusz Buksa (New England Revolution).

Dziwne decyzje kadrowe Paulo Sousy

Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Paulo Sousa powołał kadrę na październikowe mecze eliminacji mistrzostw świata 2022 z San Marino i Albanią. Portugalski szkoleniowiec dokonał kilku personalnych roszad, które wywołały sporo kontrowersji.

Po sześciu dotychczasowych meczach w eliminacjach MŚ Katar 2022 nasza reprezentacja zajmuje w grupie I trzecią lokatę – za Anglią i Albanią. Biało-czerwoni mają na koncie 11 punktów i drugich w tabeli Albańczyków tracą jedno „oczko”, a do prowadzących w stawce „Synów Albionu” aż pięć. Za polską drużyną z jednopunktową stratą plasują się Węgrzy, z którymi ekipa Paulo Sousy zagra w listopadzie, w ostatnim spotkaniu grupowych  rozgrywek.
Dwa obowiązkowe zwycięstwa
We wrześniu polski zespół pokonał na Stadionie Narodowym w Warszawie Albanię 4:1, a San Marino na wyjeździe aż 7:1. Teraz zmierzy się z tymi drużynami w spotkaniach rewanżowych. Wygrana z San Marino jest oczywista, ale wynik potyczki z Albańczykami może okazać się kluczowy w wyścigu o premiowana startem w przyszłorocznych barażach druga lokatę w grupie. Na wyprzedzenie Anglików ani Polacy, ani Albańczycy, ani tym bardziej Węgrzy szans już raczej nie mają. W obu najbliższych spotkaniach, 9 października z San Marino i 12 października z Albanią biało-czerwoni muszą więc koniecznie zwyciężyć i najlepiej jak największą różnicą bramek, bo gole mogą decydować o kolejności w grupie i przy losowaniu grup par barażowych.
W miniony poniedziałek Paulo Sousa ogłosił powołania na te mecze. Obecność w kadrze Łukasza Fabiańskiego, który latem ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, jest okolicznościowa, bo golkipera West Hamu United PZPN postanowił pożegnać uroczyście na Stadionie Narodowym. Wypadło akurat w meczu z San Marino, rywalem niezbyt atrakcyjnym, ale Fabiański się zgodził, więc chyba nie miało to dla niego znaczenia. Zagra pewnie z godzinę, a potem zapewne zejdzie, jak Łukasz Piszczek, w szpalerze utworzonym przez graczy naszej drużyny przy owacjach publiczności. Do jego obecności w kadrze nikt rzecz jasna nie zgłasza pretensji, wręcz przeciwnie.
Co tu robi ten Płacheta?
Największe kontrowersje wzbudzają powołania wysłane dla Przemysława Płachety i Arkadiusza Recy oraz dla wracającego dopiero na boisko po kontuzji Krzysztofa Piątka. Ponownie w kadrze znalazł się 19-letni rezerwowy piłkarz AS Roma Nikola Zalewski, a szansę na wykazanie się dostał występujący na prawej obronie w niemieckim FC Augsburg Robert Gumny. Największym zaskoczeniem jest pominięcie w kadrze pomocnika Dynama Moskwa Sebastiana Szymańskiego, który w swoim klubowym zespole gra dobrze i regularnie, ale z jakiś tylko Paulo Sousie znanych powodów nie dostaje powołania do kadry narodowej.
Nie mają z tym natomiast problemów, również z powodów tylko Sousie wiadomych, Przemysła Płacheta, który w tym sezonie nie łapie się nawet do szerokiej kadry meczowej Norwich City, oraz Arkadiusz Reca, na razie trzymany w głębokiej rezerwie w zespole Crotone Calcio. W Bundeslidze nie gra też Tymoteusz Puchacz, bo trener Unionu Berlin stawia na innego gracza.
W porównaniu do ostatniego zgrupowania portugalski trener pominął też Kamila Piątkowskiego (coraz lepiej radzący sobie w Red Bull Salzburg), Bartosza Slisza (Legia Warszawa) i Jakuba Kamińskiego (Lech Poznań), zaproszenia na zgrupowanie nie dostał też Dawid Kownacki, ale on i tak nie mógłby przyjechać, bo zerwał więzadła krzyżowe.
Kadra Polski:
Bramkarze:
Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy), Bartłomiej Drągowski (AC Fiorentina, Włochy), Łukasz Fabiański (West Ham United, Anglia), Łukasz Skorupski (FC Bologna, Włochy);
Obrońcy:
Jan Bednarek (FC Southampton, Anglia), Michał Helik (FC Barnsley, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Kamil Glik (Benevento Calcio, Włochy), Paweł Dawidowicz (Hellas Werona, Włochy), Tymoteusz Puchacz (Union Berlin, Niemcy), Arkadiusz Reca (Crotone Calcio, Włochy), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Robert Gumny (FC Augsburg, Niemcy);
Pomocnicy:
Przemysław Frankowski (RC Lens, Francja), Kamil Jóźwiak (Derby County, Anglia), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), Kacper Kozłowski (Pogoń Szczecin), Grzegorz Krychowiak (FK Krasnodar, Rosja), Karol Linetty (AC Torino, Włochy), Jakub Moder (Brighton&Hove Albion, Anglia), Przemysław Płacheta (Norwich City, Amglia), Damian Szymański (AEK Ateny, Grecja), Nicola Zalewski (AS Roma, Włochy), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy);
Napastnicy:
Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Adam Buksa (New England Revolution, USA), Krzysztof Piątek (Hertha Berlin, Niemcy), Karol Świderski (PAOK Saloniki, Grecja).

Synowie Albionu drwią z biało-czerwonych

Reprezentacja Anglii jest jedynym niepokonanym zespołem w grupie I. We wrześniowej serii spotkań pokonała w Budapeszcie Węgry 4:0 i u siebie Andorę również 4:0. Przed środowym starciem z Polską na Stadionie Narodowym w Warszawie Anglicy są więc pewni kolejnego zwycięstwa i drwią z biało-czerwonych.

W brytyjskich mediach więcej miejsca poświęcono przed meczem na spekulacje dotyczące zachowania polskich kibiców. Na Wyspach panowało przekonanie, że fani reprezentacji Polski dopuszczą się podobnych rasistowskich ekscesów, jakie miały miejsce podczas meczu Anglików w Budapeszcie, gdzie węgierscy kibice lżyli ciemnoskórych graczy kadry Garetha Southgate’a. Niespecjalnie natomiast przejmowali się faktem, że reprezentacja Polski w dwóch wrześniowych spotkaniach, z Albanią i San Marino, zdobyła komplet punktów strzelając 11 goli. I chociaż Robert Lewandowski strzelił tylko trzy z nich, dziennik „Daily Mail” podtrzymał lekceważącą opinię, że kapitan biało-czerwonych jest jedynym graczem, na którego angielscy piłkarze będą musieli zwracać uwagę. I na potwierdzenie tej tezy z lubością cytowali wypowiedzi portugalskiego selekcjonera polskiej kadry Paulo Sousy udzielone po meczu z Albanią. „Lewandowski robi różnicę. Ale drużyna nie jest na tym samym poziomie. To jest różnica, którą staramy się niwelować. Chcemy rywalizować z najlepszymi, ale zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy na tym samym poziomie, co Anglia. Jeśli im wypadnie jeden zawodnik, to jest dwóch albo trzech innych graczy na tym samym poziomie. Tutaj jest tylko Robert, a między nim a resztą piłkarzy jest ogromna różnica. Robert też rozumie sytuację i zdaje sobie sprawę, że w reprezentacji musi zrobić sześć razy więcej niż w Bayernie” – taka ocenę Paulo Sousy cytowały media na Wyspach Brytyjskich.
Angielski dziennikarze zapewniają swoich czytelników, że Lewandowski jest jedyną nadzieją Polaków na odniesienie zwycięstwa w środowym spotkaniu z „Synami Albionu”. Niektórzy dodają jeszcze Stadion Narodowy w Warszawie, który jest twierdzą biało-czerwonych. Dotychczas z 28 rozegranych na nim spotkań Polska przegrała tylko dwa – z Ukrainą 1:3 (el. MŚ 2014) oraz 0:1 w towarzyskim spotkaniu w marcu 2014 ze Szkocją. „W naszym domu jesteśmy w stanie skutecznie konkurować z zespołami lepszymi od nas” – cytuje słowa Lewandowskiego „Daily Mail”.
W pierwszym meczu Anglików z Polakami kapitan biało-czerwonych nie mógł zagrać z powodu kontuzji, jakiej nabawił się we wcześniejszej potyczce z Andorą. Ale jego strzelecki dorobek mimo to wygląda imponująco – w czterech występach zdobył sześć bramek (jedną z Węgrami, dwie z Andorą, jedną z Albania i dwie z San Marino) i w europejskich eliminacjach skuteczniejszy od niego jest jedynie napastnik reprezentacji Serbii Aleksandar Mitrović, który ma na koncie siedem trafień.
W Polsce nie też nie ma wiary w drużynę Paulo Sousy i jego trenerskie umiejętności. Nie zmieniły tego nawet wysokie zwycięstwa nad Albanią i San Marino, chociaż, dla porównania, Anglicy z tymi zespołami wygrali u siebie w skromniejszym rozmiarze – Albańczyków pokonali na wyjeździe 2:0, a San Marino na Wembley 5:0. To prawda, nie stracili w tych spotkaniach goli, czego nie zdołali uniknąć nasi piłkarze, ale saldo 11:2 i 7:0 nie jest przecież dla biało-czerwonych w żaden sposób kompromitujące. Ale nad Wisłą większą zdecydowanie wagę przywiązuje się do straconych bramek, niż do strzelonych.
Inna sprawa, że Paulo Sousa jak na razie dość niefrasobliwie traktuje obsadę linii defensywnej. W spotkaniu z San Marino wystawił na przykład Tomasza Kędziorę, od zawsze przecież prawego obrońcę, na lewej flance, trzymał na boisku przez cały mecz rozdygotanego i niepewnego w interwencjach Kamila Piątkowskiego i nie zmienił go nawet po jego fatalnym błędzie, po której zespół San Marino zdobył swoją pierwszą bramkę w tych eliminacjach. No i nie udało się przez to biało-czerwonym przerwać serii spotkań ze straconą bramką, tylko powiększyli ją do ośmiu, a grali z najsłabszym zespołem reprezentacyjnym na świecie.
Lewandowski po przerwie już nie pojawił się na boisku, zastąpiony przez Adama Buksę, co najwyraźniej źle podziałało na jego kolegów z drużyny, natomiast najwyraźniej pobudziło do działania graczy San Marino. Gdy Piątkowski sprezentował im gola w 48. minucie, to przez następne 20 minut stworzyli sobie jeszcze trzy sytuacje bramkowe i oddali dwa celne strzały na bramkę, czyli zrobili w tym czasie więcej, niż we wszystkich czterech wcześniejszych spotkaniach eliminacyjnych. Nasi piłkarze w końcu się jednak ogarnęli i opanowali sytuację na boisku. W 67. minucie Buksa zdobył piątą bramkę, a w doliczonym czasie gry dołożył jeszcze dwie. Ostatniego gola strzelił po znakomitym dośrodkowaniu debiutującego w polskich barwach 19-letniego Nikoli Zalewskiego. Występ tych dwóch piłkarzy trzeba uznać za obiecujący – Zalewskiego jeszcze niekoniecznie w kontekście środowego meczu z Anglia, ale Buksy na pewno. Ponieważ wszystko wskazuje, że Piotra Zielińskiego nie uda się doprowadzić do pełnej sprawności, rolę rozgrywającego w potyczce z Anglikami Sousa powinien powierzyć Lewandowskiemu, a na szpicy wystawić właśnie 24-letniego snajpera zespołu amerykańskiej MLS New England Revolution.
Kluczowa dla wyniku potyczki z Anglikami będzie jednak postawa linii obrony. Po pięciu meczach w grupie nasza reprezentacja ma 10 punktów i 18 zdobytych bramek, ale już siedem straconych. Wśród drużyn uczestniczących w turnieju Euro 2020, czyli de facto najlepszych obecnie na naszym kontynencie, więcej straconych goli mają tylko Węgrzy i Austriacy. Pod wodzą Paulo Sousy biało-czerwoni w 10 występach stracili aż 16 goli. Prawie dwa razy więcej niż traciła kadra Brzęczka i dużo więcej niż zespoły prowadzone przez Adama Nawałkę, Waldemara Fornalika, a nawet Franciszka Smudę. Na plus portugalskiemu szkoleniowcowi trzeba zapisać jednak to, że w każdym spotkaniu pod jego komendą nasi piłkarze zdobywają bramki. Dlatego trzeba mieć nadzieję, że nie inaczej będzie też w środowej potyczce z Anglikami. I oby Polacy strzelili jednego gola więcej od rywali.

San Marino – Polska 1:7
Gole: Nicola Nanni (48) – Robert Lewandowski (4, 21), Karol Świderski (16), Karol Linetty (44), Adam Buksa (67, 90, 90).
Skład Polski: 1. Wojciech Szczęsny (46, 12. Łukasz Skorupski) – 2. Kamil Piątkowski, 6. Michał Helik, 4. Tomasz Kędziora – 19. Jakub Kamiński, 17. Damian Szymański, 8. Karol Linetty (79, 21. Przemysław Frankowski), 16. Jakub Moder (46, 20. Bartosz Slisz), 23. Tymoteusz Puchacz (66, 18. Nicola Zalewski) – 11. Karol Świderski, 9. Robert Lewandowski (46, 14. Adam Buksa).
Sędziował: Mattias Gestranius (Finlandia). Widzów: 500.

Tabela grupy I:

  1. Anglia 5 15 17:1
  2. Polska 5 10 18:7
  3. Albania 5 9 5:6
  4. Węgry 5 7 10:9
  5. Andora 5 3 3:12
  6. San Marino 5 0 1:19

Lewandowski pcha kadrę Polski do Kataru

Rozegrany w czwartek mecz z Albanią był dla biało-czerwonych pierwszym występem na tym obiekcie po blisko dwuletniej przerwie, lecz jego magia nie przestała im sprzyjać. Wygrali pewnie 4:1, a „królem polowania” znów był Robert Lewandowski, bezsprzecznie najlepszy piłkarz na boisku.

Stadion Narodowy okazał się więc po raz kolejny twierdzą nie do zdobycia dla rywali polskiej reprezentacji. Biało-czerwoni w spotkaniach na tym obiekcie mają korzystny bilans 19 zwycięstw, ośmiu remisów i tylko dwóch porażek, ale po raz ostatni przegrali tu siedem lat temu, ulegając 0:1 w spotkaniu towarzyskim drużynie Szkocji. Wygrana 4:1 z Albańczykami nie jest najbardziej spektakularnym zwycięstwem naszej drużynie na tym stadionie. Na takie miano zasługuje pierwszy w historii triumf w spotkaniu z reprezentacją Niemiec w 2014 roku odniesiony pod wodza trenera Adama Nawałki. Przebić to osiągnięcie może jednak już w najbliższą środę Paulo Sousa, jeśli jego zespół pokona Anglików, aktualnych wicemistrzów Europy, ale przede wszystkim niepokonanych jak dotąd liderów grupy I eliminacji mistrzostw świata w Katarze. Wiadomo już, że ten obejrzy komplet publiczności, będzie to zatem pierwszy taki przypadek od wybuchu pandemii koronawirusa.
Stadion Narodowy jest twierdzą reprezentacji Polski, ale też bez wątpienia jedną z ulubionych aren Roberta Lewandowskiego. Kapitan biało-czerwonych w meczu z Albanią zdobył jedną bramkę i zaliczył asystę, ale w łącznie we wszystkich 24 rozegranych przez niego na Narodowym spotkaniach naszej narodowej strzelił już 27 goli. Żaden inny polski piłkarz nawet w przybliżeniu nie może równać się z tym wyczynem.
123 mecze, 70 goli – to bilans prawie 13 lat występów w reprezentacji Polski Roberta Lewandowskiego. Do najlepszego snajpera biało-czerwonych w historii należy wiele rekordów drużyny narodowej. 33-letni obecnie kapitan biało-czerwonych zadebiutował w naszej narodowej drużynie 10 września 2008 roku w spotkaniu eliminacji mistrzostw świata w Serravalle z… San Marino. Rok zajęło mu rozegranie 10 spotkań w kadrze, a po kolejnym miał ich już 25. Jubileusz 50. przypadł na towarzyską potyczkę z Urugwajem w Gdańsku, przegraną 1:3 w listopadzie 2012. Mecz numer 75 to także towarzyski pojedynek z Finlandią we Wrocławiu 26 marca 2016. Setny występ miał miejsce 11 października 2018 w przegranym 2:3 meczu Ligi Narodów z Portugalią w Chorzowie. W żadnym z nich nie wpisał się na listę strzelców. Czwartkowy mecz z Albanią (4:1) o punkty eliminacji MŚ był jego 123. występem w drużynie narodowej, czym śrubuje krajowy rekord. Do historii polskiego futbolu Lewandowski przeszedł też 5 października 2017 roku, kiedy dzięki trzem golom w wyjazdowym spotkaniu z Armenią został najlepszym strzelcem reprezentacji, dystansując dotychczasowego lidera zestawienia Włodzimierza Lubańskiego (48 goli). Do dziś uzbierał 70 trafień. W Europie lepszym osiągnięciem może się pochwalić jedynie czterech zawodników. W zestawieniu bezapelacyjnie prowadzi Cristiano Ronaldo, który dla Portugalii zdobył już 111 bramek i jest to najlepszy wynik w historii futbolu. Drugi miejsce w Europie jest jednak w zasięgu Lewandowskiego, bo zajmuje je Węgier Ferenc Puskas z 84 trafieniami. W najbliższym czasie „Lewy” może jednak wskoczyć na podium zestawienia, bo trzeci w klasyfikacji Węgier Sandor Kocsis ma 75 goli, a czwarty Niemiec Miroslav Klose – 71. W klasyfikacji światowej drugie miejsce, za Cristiano Ronaldo, zajmuje Irańczyk Ali Daeiz dorobkiem 109 goli, a trzecie Malezyjczyk Mokhtar Dahari (89 goli). San Marino to idealny rywal na poprawienie statystyk strzeleckich i nic dziwnego, że sam Lewandowski chciał w tym meczu zagrać.
Biało-czerwoni z San Marino grali nie tylko o trzy punkty, po które sięgnęliby pewnie i bez „Lewego”, ale też o nabicie konta bramkowego. Wszystko przez ustalony przez FIFA regulamin kwalifikacji do MŚ 2022, według którego o kolejności w tabeli decyduje kolejno: łączna liczba punktów zdobytych we wszystkich meczach, bilans bramkowy po wszystkich meczach, łączna liczba bramek zdobytych we wszystkich meczach. To oznacza, że jeśli po 10. kolejce eliminacji Polska będzie miała tyle samo punktów co Anglia albo Węgry, to wyższe miejsce zajmie zespół skuteczniejszy: z większą różnicą bramek albo większą liczbą strzelonych goli. Sprawa była więc oczywista: im więcej goli strzeli Polska w niedzielę, tym lepiej. Tak więc w meczu z San Marino Polacy mieli interes, żeby nastrzelać jak najwięcej goli, a i sam Lewandowski był chętny do gry, bo pewnie liczył, że dorzuci coś do swojego strzeleckiego dorobku w kadrze. A z żadnym innym rywalem reprezentacja Polski nie ma tak korzystnego bilansu bramkowego. Drużyn, które nigdy nie wygrały czy choćby zremisowały z naszym zespołem jest wiele – Algieria, Boliwia, Chiny, Ghana, Gibraltar, Indie, Iran, Kanada, Kostaryka, Malta, Nowa Zelandia, Peru, Singapur, Tajlandia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Wyspy Owcze, Zjednoczone Emiraty Arabskie no i oczywiście San Marino, z którego reprezentacją biało-czerwoni w niedzielę grali po raz dziewiąty w historii. W poprzednich ośmiu potyczkach, co ciekawe wszystkich o stawkę, nasi piłkarze strzelili 33 gole i stracili tylko jednego, zresztą w ostatnim meczu z San Marino w Serravalle w 2013 roku. Nikt jednak przed niedzielnym meczem nie zakładał powtórki z pierwszego spotkania Polski z San Marino w 1993 roku. Wtedy w Łodzi biało-czerwoni, których trenerem był obecny futbolowy ekspert Andrzej Strejlau, wygrali ledwie 1:0 po golu Jana Furtoka strzelonym ręką.
W spotkaniu z Albanią Lewandowski pokazał, że chociaż to dopiero początek sezonu, to już znajduje się w wybornej formie i jego gole strzelone w ligowych meczach Bayernu Monachium nie były dziełem przypadku. Pozostaje mieć nadzieję, że co najmniej równie dobrze „Lewy” zaprezentuje się też w środowym meczu z Anglią. Będzie trudniej, bo wicemistrzowie Europy w czwartek rozjechali w Budapeszcie Węgrów 4:0, więc wygląda na to, że już o Euro 2021 zapomnieli i teraz całą swoją uwagę skupiają na walce o awans do mundialu w Katarze. Żeby ich pokonać, trzeba będzie zagrać jeszcze lepiej niż w starciu z chaotycznymi i chyba zbytnio przekonanymi o swojej wyższości Albańczykami. Oni może momentami sprawiali lepsze wrażenie, ale nie na tyle, żeby to usprawiedliwiało żałobny ton relacji zamieszczanych w polskich mediach. Najbardziej krzywdzące dla polskich piłkarzy były stwierdzenia, ż wygrali „fartem” „szczęśliwie”, „niezasłużenie”. To bzdura, bo fartem to wygrywa się 1:0 po meczu, w którym zwycięski zespół broni się przez 90 minut, a gola strzela po błędzie bramkarza rywali.
A Lewandowski i spółka wygrali z Albańczykami 4:1. To jest wynik, który bezdyskusyjnie przesądza, który z dwóch zespołów był lepszy. Czepianie się stylu to jakaś aberracja umysłowa, nic ponadto.

Eliminacje MŚ Katar 2022: Z Albanią trzeba było wygrać

Żeby wrócić do gry o awans na mundial, we wrześniowej serii meczów eliminacyjnych nasza piłkarska reprezentacja nie mogła już sobie pozwolić na stratę punktów. Zwłaszcza w rozegranym w czwartek na Stadionie Narodowym w Warszawie meczu z Albanią.

Nowy prezes PZPN Cezary Kulesza przejął rządy 18 sierpnia i w pierwszej kolejności uciął spekulacje co do przyszłości Paulo Sousy na posadzie selekcjonera reprezentacji. W medialnych wypowiedziach zapewnił, że Portugalczyk dokończy eliminacje do mistrzostw świata.
„Paulo Sousę wybrał mój poprzednik, Zbigniew Boniek, który jedynie poinformował zarząd PZPN, w którym i ja zasiadałem, o swojej decyzji. A my ją zaakceptowaliśmy. Teraz jednak jest to także „mój trener” i będę z n im ściśle współpracował. Odbyliśmy już dwa spotkania, pierwsze było raczej kurtuazyjne, ale w drugim rozmawialiśmy już o konkretach. Selekcjoner bierze pełną odpowiedzialność za wyniki zespołu. W mojej opinii kluczowy dla nas będzie mecz z Albanią, który koniecznie musimy wygrać, bo z San Marino nie przewiduję komplikacji, zaś w starciu z Anglikami, aktualnymi wicemistrzami Europy, oczekuję podjęcia walki o komplet punktów. Tak więc mam apetyt na dziewięć punktów i taki cel przed naszym zespołem stawiam, podobnie zresztą jak Paulo Sousa, lecz wiem z doświadczenia wyniesionego z Jagiellonii, że trener nie zawsze ma na wszystko wpływ. Najwięcej zależy od zawodników i ich podejścia do gry. Nie mam powodów sądzić, iż coś w tym względzie w kadrze nie funkcjonuje, dlatego w ogóle nie ma tematu zmiany selekcjonera. Paulo Sousa ma ważny kontrakt do końca eliminacji i wierzę, że go wypełni zgodnie z naszymi oczekiwaniami, czyli wywalczy awans do finałów mistrzostw świata” – wyraził nadzieję prezes Kulesza jeszcze przed czwartkową potyczką biało-czerwonych z Albańczykami.
Nasza reprezentacja w czwartek zagrała z reprezentacją Albanii po trzynastoletniej przerwie, a w meczu o punkty po raz pierwszy od 1989 roku, kiedy to oba zespoły rywalizowały o awans na mundial Italia’90. Bilans w starciach z drużyną Albanii biało-czerwoni i maja korzystny – przegrali z nimi dotąd tylko raz, w 1953 roku (0:2).
Mimo to włoski trener albańskiej kadry Edoardo Reja przed czwartkową potyczką nie zdradzał obaw o korzystny wynik dla swojej drużyny. „Mamy świadomość, że Polska ma wartościowy zespół. Ale my też rozwijamy się jako drużyna, w ostatnich spotkaniach spisywaliśmy się dobrze. Mamy solidną defensywę i potrafimy bardzo dobrze grać w kontrataku, co pokazaliśmy w ostatnich meczach. Naszym największym zmartwieniem było opracowanie skutecznej metody na powstrzymanie najlepszego strzelca ekipy rywali, czyli Roberta Lewandowskiego. Uznałem, że jeden zawodnik z tym zadaniem sobie nie poradzi, skutecznie można to zrobić tylko grupowo i podwajając krycie. Lewandowskiemu nie wolno zostawić nawet odrobiny wolnej przestrzeni, bo on natychmiast to wykorzysta. Od początku kwalifikacji do mistrzostw świata jesteśmy zdeterminowani do walki o punkty, niezależnie od przeciwnika. Naszą dewizą jest szacunek dla wszystkich rywali, ale absolutnie nikogo się nie boimy. I w Warszawie damy temu wyraz” – zapewniał selekcjoner reprezentacji Albanii.
Tą deklaracją pewnie Paulo Sousy nie zaskoczył, ani też nią nie przestraszył. Portugalski szkoleniowiec już wcześniej sam z siebie podkreślał, że do potyczki z Albańczykami jego podopieczni będą musieli podejść z maksymalną koncentracją i zaangażowaniem, bo to będzie trudny mecz, a wynik może okazać się kluczowy dla dalszego przebiegu rywalizacji o dwie czołowe lokaty w grupie. „Albania jest dobrze zorganizowanym zespołem, który pozostawia mało miejsca między formacjami. Żeby poradzić sobie z jego defensywą, potrzeba dużo ruchliwości w naszej grze na skrzydłach. Musimy być silni w pojedynkach, kreatywnie szukać wolnych przestrzeni. Ponadto uważać, ponieważ Albania potrafi szybko transportować piłkę do ataku. Mamy więcej jakości w zespole, ale trzeba to potwierdzić na boisku” – przyznał portugalski selekcjoner biało-czerwonych.

Nasi piłkarze wyższą jakość wykazali w specyficznej formie, bo przez 90 minut spotkania wizualnie wcale nie byli lepsi od rywali, lecz w odróżnieniu od nich zdecydowanie lepiej strzelali na bramkę. No i mieli w swoich szeregach Roberta Lewandowskiego, który otworzył wynik już w 12. minucie. Było to jego 70. trafienie w narodowych barwach. Potem zaliczył jeszcze asystę przy golu Krychowiaka, a dwie kolejne bramki zdobyli debiutujący w polskiej reprezentacji Adam Buksa oraz wprowadzony po przerwie na boisko Karol Linetty. Biało-czerwoni wygrali 4:1 i w lepszych nastrojach pojadą na niedzielny mecz do San Marino. Zapowiada się tam kanonada, bo w czwartek nawet ekipa Andory wygrała z reprezentacja San Marino 2:0. Zdecydowanie trudniej zapowiada się środowy mecz z Anglią, bo wicemistrzowie Europy bynajmniej nie stracili po turnieju Euro 2021 formy. W czwartek rozbili w Budapeszcie drużynę Węgier 4:0 i z kompletem punktów po czterech kolejkach prowadzą w grupie. Nasza reprezentacja awansowała na druga pozycję, ale ma do Anglików pięć punktów straty, musi zatem z nimi w środę koniecznie wygrać.
Następne spotkanie, z San Marino, nasza reprezentacja rozegra w niedzielę na wyjeździe, a w środę 8 września ponownie na Narodowym w Warszawie zmierzy się z zespołem Anglii.