Boniek przepłacił Sousę?

Nie opada fala krytyki pod adresem Paulo Sousy i Zbigniewa Bońka, który w styczniu tego roku samodzielnie podjął decyzję o zatrudnieniu portugalskiego szkoleniowca w miejsce Jerzego Brzęczka. Medialna wrzawa została wywołana na potrzeby toczącej się w piłkarskim środowisku kampanii przed wyborami nowych władz PZPN.

Tematem ostatnich dni w polskich mediach był „paragon grozy” wystawiony rzekomo przez Paulo Sousę za pół roku pracy z polską reprezentacją. Dlaczego akurat paragon, a nie rachunek czy faktura, nie ma tu większego znaczenia, istotniejsze jest natomiast to, że w Polsce chyba tylko Zbigniew Boniek oraz księgowy PZPN wiedzą, ile naprawdę zarabia portugalski selekcjoner biało-czerwonych. Krążące w obiegu publicznym kwoty są jedynie spekulacjami opartymi o przecieki z nieformalnych źródeł. A praktyka dziewięciu lat rządów ekipy Bońka uczy, że wszelkie tego typu „przecieki” są zawsze kontrolowane przez jej wyćwiczone w propagandowych akcjach służby prasowe.
Tak więc wyliczenia podane w publikacjach omawiających rzekomy „paragon grozy” trzeba przyjmować jak klasyczną plotkę, ale że w każdej plotce zawsze jest ziarno prawdy, zaś władze PZPN nie są w tej sprawie transparentne, to możemy te szacunkowe dane przyjąć jako za argument do oceny zasadności zamiany Brzęczka na Sousę.
Wedle nieoficjalnych danych kontrakt z PZPN gwarantuje Paulo Sousie miesięczną gażę w wysokości 70 tys. euro, co oznacza, że do końca umowy wygasającej z końcem eliminacji do MŚ 2022 powinien on zarobić nie mniej niż 850 tys. euro. Taka też kwota pojawiała się przy jego nazwisku w zestawieniach zarobków trenerów reprezentacji uczestniczących w tegorocznych mistrzostwach Europy i sytuowała portugalskiego selekcjonera kadry biało-czerwonych dokładnie w środku stawki. Tak się składa, że dziewięciu lepiej od niego opłacanych szkoleniowców awansowało ze swoimi drużynami do 1/8 finału (nie dali rady Stanisław Czerczesow z drużyną Rosji i Senol Gunes z ekipą Turcji), a pozostałe miejsc wywalczyli trenerzy mniej od Sousy zarabiający: Janne Andersson (Szwecja), Franco Foda (Austria), Zlatko Dalić (Chorwacja), Robert Page (Walia), Kasper Hjulmand (Dania), Jaroslav Silhavy (Czechy) i Andrij Szewczenko (Ukraina). Z tej siódemki Hjulmand, Silhavy i Szewczenko wprowadzili swoje zespoły do 1/4 finału.
Nie można więc powiedzieć, że Boniek przepłacił angażując Sousę, ale też nie sposób zaprzeczyć, że pozostawiając Brzęczka na stanowisku osiągnąłby co najmniej ten sam efekt sportowy dużo mniejszym kosztem. Bo trzeba pamiętać, że gaża Sousy to nie jedyny wydatek PZPN, albowiem Portugalczyk wziął tę robotę pod warunkiem zatrudnienia sześciu jego kompanów w sztabie szkoleniowym (Victor Sanchez Llady, Manuel Cordeira, Antonio Jose Gomez, Lluis Sali, Paulo Grilo i Cosimo Cappagli). Na ich pensje federacja łoży 80 tys. euro miesięcznie, czyli łączny koszt utrzymania sztabu szkoleniowego kadry wynosi teraz co najmniej 150 tys. euro miesięcznie (ok. 675 tys. zł). Żaden sztab trenerski reprezentacji w historii nie był takim obciążeniem dla budżetu PZPN.
Po przeliczeniu pieniędzy wydanych na portugalsko-hiszpańsko-włoski zespół trenerów przez osiągnięte wyniki sportowe można dostać zawrotu głowy. Nasz piłkarska reprezentacja pod wodzą Sousy rozegrała dotąd osiem meczów, z których wygrała tylko z półamatorską Andorą (3:0), zremisowała z Węgrami (3:3), Rosją (1:1), Islandią (2:2), Hiszpanią (1:1), a przegrała z Anglią (1:2), Słowacją (1:2) i Szwecją (2:3). A zatem jedno zwycięstwo kosztowało PZPN 3,83 mln złotych, jeden zdobyty punkt 766 tys. złotych, a jeden gol 273 tys. złotych. I to nie koniec, bo Boniek Sousy nie zwolni, a wybrany 18 sierpnia nowy prezes PZPN, nawet jeśli nie będzie to Marek Koźmiński lub Cezary Kulesza, nie będzie miał czasu na dokonanie zmiany selekcjonera przed spotkaniami z San Marino (2 września), Albanią (5 września) i Anglią (8 września).
Gra va banque ze zwolnieniem Brzęczka 147 dni przed pierwszym meczem Euro 2020 i odważna inwestycja w Sousę prezesowi PZPN się nie opłaciła. Na pozycji Bońka to zapewne znacząco nie zaważy, ale jego antagonistom zapewni mnóstwo medialnej amunicji do zszargania wypucowanego żmudnie przez dziewięć lat wizerunku sprawnego i nieomylnego w swoich decyzjach menedżera. Cokolwiek by Boniek na swoja obronę nie powiedział, zawsze można go zgasić wyliczeniem, że zawarł niekorzystną umowę, bo Sousa za pierwsze pół roku pracy, formalnie 160 dni, zainkasował ok. 1,7 mln złotych, czyli dziennie na jego konto wpływało 10,5 tys. złotych. A w zamian dał nam wszystkim jedno zwycięstwo i najgorszy występ reprezentacji Polski w turnieju rangi mistrzowskiej.
Na dodatek Portugalczyk większość tego czasu spędził poza Polską. Nasz kraj odwiedził cztery razy: 26-28 stycznia, na cały marzec, 2-3 maja i od 16 maja do końca fazy grupowej Euro 2020/21. Przebywał więc między nami tylko przez 74 dni, czyli ledwie 46 procent czasu pracy za jaki ma płacony. Poza tym przez pół roku obejrzał na żywo z trybun tylko cztery mecze polskich drużyn klubowych. W pierwszym tygodniu marca były to ćwierćfinałowe spotkania Pucharu Polski Lech – Raków i Legia – Piast oraz ligowa potyczka Pogoni z Lechem. W maju pojawiła się jeszcze na finałowym meczu Pucharu Polski Raków – Arka. Obserwację rozgrywek w Polsce scedował na zatrudnionych i tak w PZPN trenerów drużyn młodzieżowych – Marcina Dornę, Huberta Małowiejskiego i Macieja Stolarczyka.
Lekceważące zachowanie można byłoby darować Sousie, gdyby broniły go wyniki. Ale nie bronią i nie ma gwarancji, że Portugalczyk zdoła osiągnąć cel najważniejszy, jaki postawił przed nim Boniek – awans do finałów mistrzostw świata. Jeśli tego nie dokona, PZPN straci górę pieniędzy i nowe władze będą musiały zacisnąć mocno pasa. Ale to może mieć nawet dobre strony, bo wtedy przejrzą porządnie finanse związku za ostatnie dziewięć lat.

Euro 2020/21: Paulo Sousa pozostanie na stanowisku

Rywalizacja o mistrzostwo Europy wkroczyła w fazę pucharową. W 1/8 finału w spotkaniu z Walią objawił swoją moc „duński dynamit” – reprezentacja Danii wygrała aż 4:0, niemile natomiast zaskoczyli Włosi, którzy z trudem po dogrywce pokonali Austrię 2:1. A w Polsce trwa rozliczanie Paulo Sousy z nieudanego występu biało-czerwonych.

Oceniając występ reprezentacji Polski w mistrzostwach Europy wyłącznie przez pryzmat osiągniętego w imprezie rezultatu trudno wystawić jej choćby ocenę dostateczną, bo ostatnie miejsce w grupie z jednym zdobytym punktem to ewidentna porażka. Mówienie jednak o kompromitacji biało-czerwonych jest już grubą przesadą. Jeśli już o coś można mieć do naszych piłkarzy pretensje, to chyba tylko o to, że przegrali ze Słowacją (1:2) i Szwecją (2:3), zespołami bynajmniej nie lepszymi, a można nawet zaryzykować twierdzenie, że gorszymi. Nie zapominajmy, że drużynie Hiszpanii tylko Polacy potrafili strzelić gola, na dodatek prowadząc z nimi względnie wyrównaną grę, bo Szwedzi tylko cudem wywalczyli bezbramkowy remis mając w posiadaniu piłkę ledwie przez 15 procent czasu gry, zaś Słowacy dostali od Hiszpanów tęgie baty przegrywając aż 0:5.
Tak więc zamiast pretensji powinniśmy mieć do Paulo Sousy żal, że zbyt długo eksperymentował ze składem i przez to naszej narodowej drużynie w najważniejszych meczach zabrakło zgrania, czyli jedynego elementu w piłkarskim rzemiośle, w którym byli gorsi od Hiszpanów, Szwedów i Słowaków. Sporo pretensji można mieć też do portugalskiego szkoleniowca co do jego personalnych wyborów. Bartosz Bereszyński miał niebagatelny udział przy stracie czterech goli i tak na dobrą sprawę to już po pierwszym meczu ze Słowacją powinien zostać odesłany na boczny tor. Kamil Glik tylko groźnymi minami przypominał boiskowego wojownika, ale z cała pewnością nie był filarem linii defensywnej. Nie bez powodu w wielu analizach znalazł się w grupie „największych rozczarowań Euro 2020/21”. Podobnie jak Grzegorz Krychowiak, który obok Bereszyńskiego był najgorszym graczem w polskiej ekipie.
Prawda jest jednak dla naszych reprezentacyjnych graczy brutalna – jedynym z nich, który wrócił do domu z tarczą, był ich kapitan i lider Robert Lewandowski. Strzelając w turnieju trzy gole (jeden Hiszpanom i dwa Szwedom) „Lewy” uśmierzył wzbierającą już po meczu ze Słowacją falę krytyki i nie dał swoim antagonistom pola do obarczenia go całą winą z niepowodzenie. A potem do głosu doszli futbolowi statystycy i analitycy. No i na przykład branżowy serwis 90min.com orzekł, że najlepszym zawodnikiem fazy grupowej był… Lewandowski. Portal przedstawił swoje wyniki, opierając się na analizie danych serwisu Opta, zbierającego i analizującego dane meczowe oraz generujący na ich podstawie ocenę gry każdego zawodnika. Drugie miejsce w klasyfikacji zajął Belg Kevin De Bruyne, a trzecie bramkarz reprezentacji Finlandii Lukas Hradecky, a na dalszych pozycjach uplasowali się Romelu Lukaku (Belgia), Joakim Maehle (Dania) oraz Jordi Alba (Hiszpania).
W ocenach zespołowych biało-czerwoni już tak dobrze nie wypadli. W klasyfikacji generalnej turnieju po fazie grupowej Polska jest 21. w stawce 24 drużyn – słabsze były tylko zespoły Turcji, Macedonii Północnej i Szkocji. Z kolei pod względem liczby minut gry, w których przegrywali, nasi piłkarze są w ścisłej czołówce. Dłużej gonić wynik musieli tylko Turcy (179 minut) i… Niemcy (161). Broniąca tytułu Portugalia awansowała do 1/8 finału, choć w trzech meczach fazy grupowej była na prowadzeniu tylko przez 40 minut – najmniej spośród drużyn pozostających w grze o mistrzostwo Europy. Ciekawy jest też przypadek reprezentacji Węgier, która była na prowadzeniu przez 92 minuty, co jest 8. wynikiem na turnieju, a przegrywała tylko przez 6 (6. wynik Euro 2020), a i tak pożegnała się z mistrzostwami już po fazie grupowej. Najdłużej z prowadzenia cieszyli się Holendrzy (177), Włosi (152) i Anglicy (111). To trzy z pięciu zespołów, które w fazie grupowej nie przegrywała ani przez sekundę. Poza nimi w tym gronie są Hiszpanie i Szwedzi.
Paulo Sousa ma więc nad czym myśleć, bo już de facto wiadomo, że nadal będzie selekcjonerem reprezentacji Polski. Portugalczyk ma kontrakt do końca eliminacji mistrzostw świata, z opcją jego przedłużenie w przypadku awansu. Jeszcze panujący w PZPN prezes Zbigniew Boniek, na którego także zwaliła się potężna fala krytyki, twardo oświadczył, że jest z efektów pracy portugalskiego szkoleniowca zadowolony i nie zamierza go zwalniać z posady.
Taką samą deklarację składają też dwaj zgłoszeni już oficjalnie kandydaci w wyborach na nowego prezesa PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza. A zatem wszystko wskazuje, że za dwa miesiące to Paulo Sousa powoła kadrę na wrześniowe mecze eliminacyjne do MŚ 2022 z Albanią, San Marino i Anglią. Na razie żaden z jego kadrowiczów nie ogłosił, że rezygnuje z dalszych występów w reprezentacji.

Euro 2020/21: Polacy grali jak nigdy, odpadli jak zwykle

W XXI wieku nasza piłkarska reprezentacja uczestniczył w siedmiu wielkich piłkarskich turniejach i tylko raz uniknęła kompromitacji wychodząc z grupy. Dokonała tego w 2016 roku we Francji, gdzie dotarła do ćwierćfinału. W tegorocznej edycji biało-czerwoni zajęli ostatnie miejsce w grupie z dorobkiem ledwie jednego punktu.

W sześciu z rozegranych w obecnym stuleciu wielkich turniejach reprezentacja Polski nie zdołała nawet wyjść z grupy. Paulo Sousa nie jest więc jedynym trenerem, któremu nie udało poprowadzić polskich piłkarzy do sukcesu. Przed nim nie potrafili tego dokonać: Jerzy Engel (MŚ 2002), Paweł Janas (MŚ 2006), Holender Leo Beenhaaker (Euro 2008), Franciszek Smuda (Euro 2012) i Adam Nawałka (MŚ 2018), który zarazem jest też jedynym szkoleniowcem z sukcesem na koncie (ćwierćfinał w Euro 2016). Statystyki są nieubłagane – w ostatnich dwóch dekadach nasza narodowa drużyna w mistrzostwach świata i Europy rozegrała 23 mecze, notując 5 zwycięstw, 7 remisów i 11 porażek. Bilans bramkowy – 18:31. W meczach o stawkę wygrała tylko na Euro 2016. We Francji Polacy pokonali w fazie grupowej Irlandię Północną (1:0) oraz Ukrainę (1:0). Poza tym wygrywali jedynie na pożegnanie turniejów (Polska – USA 3:1 w MŚ 2002, Kostaryka – Polska 1:2 w MŚ 2006 i Japonia – Polska 0:1 w MŚ 2018). Obiektywnie zatem rzecz oceniając, występ biało-czerwonych w Euro 2020/21 nie należy traktować jak kompromitację, tylko normę, bo przecież zakończył się rezultatem nie odbiegającym specjalnie od średniej. Biało-czerwoni tym razem wrócili jednak do domu bez jednego choćby zwycięstwa, przegrywając 1:2 ze Słowakami i 2:3 ze Szwedami oraz remisując 1:1 z najsilniejszą w grupie Hiszpanią. Co ciekawe, równie słabo nasza reprezentacja wypadła pod wodzą Leo Beenhaakera w Euro 2008, bo w tym turnieju także zdobyła tylko jeden punkt, ale strzeliła tylko jednego gola przy czterech straconych. To tylko dowodzi, że zatrudnianie za grube pieniądze cudzoziemskich trenerów nie daje żadnej gwarancji sukcesu. Prezes PZPN Zbigniew Boniek będzie więc musiał teraz przyjąć „na klatę” falę krytyki jaka na niego spadnie, bo to on samowładnie w styczniu tego roku dokonał roszady na stanowisku selekcjonera kadry,
zatrudniając Paulo Sousę na miejsce Jerzego Brzęczka.
Pomysł okazał się chybiony i wypadałoby panu prezesowi wystawić teraz za to chociaż jakiś rachunek. Wiadomo, że go nie zapłaci, bo za co prawda za półtora miesiąca straci posadę sternika polskiego futbolu, lecz w kwietniu wielkim nakładem środków i starań ponownie został wybrany do komitetu wykonawczego UEFA i na dodatek został jeszcze wiceprezydentem tej organizacji. Nikt rozsądny przez najbliższe cztery lata nie odważy się rozliczyć go za dziewięć lat autorytarnych rządów w polskim futbolu, ale w przypadku zdobycia władzy w PZPN przez obóz antagonistów Bońka oni w pierwszej kolejności mogą na złość „odstrzelić” właśnie Sousę. Jeden z poważniejszych przeciwników prezesa PZPN, Cezary Kucharski, wpisem w mediach społecznościowych podał argumenty: „Z Jerzym Brzęczkiem byłoby nudniej, nie byłoby tylu emocji, strzelilibyśmy i stracilibyśmy mniej bramek w fazie grupowej, ale byłby awans do 1/8. Szkoda straconej szansy. Nieprzemyślane wybory personalne prezesa PZPN miały kluczowe znaczenie”. Rzecz w tym, że nigdy się już nie dowiemy, czy nasza drużyna pod wodzą Brzęczka faktycznie osiągnęłaby więcej, ale już we wrześniu czekają ją kolejne mecze w eliminacjach mistrzostw świata. Kolejna zmiana selekcjonera raczej nie wchodzi w grę, nawet po zmianie władz PZPN, tym bardziej, że Sousa ma kontrakt do końca roku z opcją przedłużenie w przypadku wywalczenia awansu, a przecież na garnuszku związku jest jeszcze Brzęczek, któremu Boniek pod koniec ubiegłego roku przedłużył umowę do końca 2022 roku. Obaj będą kosztować polską federację grube miliony złotych, a żaden nie gwarantuje sukcesu.
A skoro o pieniądzach mowa… Piłkarze za awans do turnieju finałowego zarobili dla PZPN 9,25 mln euro, a wliczając z premię za remis z Hiszpanią i dotację UEFA na przygotowanie do turnieju wnieśli do kasy związku prawie 12 mln euro. Za miesiąc ciężkiej pracy nie dostaną jednak nawet centa, bo umowa była taka, że premie dostaną dopiero po awansie do 1/8 finału. Ciekawe, że Sousa, Brzęczek, Boniek i z setka innych jeszcze pieczeniarzy na liście płac PZPN swoich wypłat od wyniku reprezentacji nie ma uzależnionych. W tym kontekście apel prezesa Bońka do piłkarzy kadry po meczu ze Szwecją, żeby już zaczęli myśleć o awansie do MŚ 2022 w Katarze, był bezczelny. Dla nich to żaden interes, niestety…

Euro 2020/21: Polacy muszą w środę wygrać ze Szwedami

Reprezentacja Polski w swojej ostatniej potyczce w fazie grupowej mistrzostw Europy zagra w środę w Petersburgu z drużyną Szwecji, która ma już zagwarantowany awans do 1/8 finału. Stało się tak dzięki korzystnym dla niej wynikom w grupach B i C (wygrane Austrii z Ukrainą, Belgii z Finlandią i Danii z Rosją). Biało-czerwonym awans zapewni tylko zwycięstwo.

Ekipa trenera Paulo Sousy dzięki remisowi z Hiszpanią (1:1) prolongowała swoje szanse na awans do fazy pucharowej Euro 2020/21. Jeden z możliwych scenariuszy zakładał, że biało-czerwonym promocję z trzeciego miejsca do 1/8 finału może zapewnić nawet remis w ostatnim spotkaniu w fazie grupowej ze Szwecją. Ale po rozegranych w niedzielę meczach stało się jasne, że żaden zespół z dwoma punktami na koncie nie ma już szans na wyjście z grupy (Polska mogła zająć trzecie miejsce z dwoma punktami, gdyby zremisowała ze Szwecją, a Hiszpania przegrałaby ze Słowacją, bo wtedy decydowałby bilans bramkowy).
Szwedzi już nie muszą się szarpać
Rozstrzygnięcia w niedzielnych potyczkach w grupach B i C ten scenariusz wyeliminowały. Wyniki tak się ułożyły, że Szwedzi jeszcze przed środowym spotkaniem z Polską mogli być już pewni awansu do 1/8 finału. Sprawę na korzyść ekipy „Trzech Koron” przesądziły zwycięstwa Belgii nad Finlandią (2:0) i wygrana Danii z Rosją (4:1), bo to oznaczało, że Szwecja mając już cztery punkty po dwóch meczach nawet przegrywając z Polską i kończąc rywalizację w grupie E na trzeciej pozycji, na pewno wyprzedzi Ukrainę oraz Finlandię. A jak wiadomo z sześciu drużyn, które zajmą w grupach trzecie lokaty, do 1/8 finału awansują cztery z najlepszym dorobkiem.
Szwedzi nie zagrają zatem w środę przeciwko reprezentacji Polski z nożem na gardle. Na pewno jednak nie odpuszczą spotkania, bo wciąż mają o co walczyć – wygrana z Polską zapewni im pierwsze miejsce w grupie i perspektywę trafienia na łatwiejszego rywala w fazie pucharowej. W poniedziałek poznaliśmy już pierwsze pary 1/8 finału – Włosi o ćwierćfinał zagrają z Austrią, a Walijczycy z Duńczykami.
Jeśli nasza drużyna wygra ze Szwecją, wówczas na pewno awansuje do 1/8 finału bez względu na wynik starcia Hiszpanów ze Słowacją, które również rozpocznie się w środę o godzinie 18:00. Może nawet zając pierwsze miejsce, o ile wysoko pokona Szwedów, a Hiszpanie zremisują ze Słowacją. Wtedy Polska, Szwecja i Słowacy będą miały po cztery punkty i wówczas będzie decydowała tzw. mała tabela. Każdy inny wynik eliminuje biało-czerwonych z turnieju.
Łatwo jednak nie będzie, ale po remisie z Hiszpanią wiara polskich kibiców w biało-czerwonych odżyła. Trener ekipy „Trzech Koron” Janne Andersson w wypowiedzi udzielonej dla portalu meczyki.pl rozwiał jednak nadzieje, że jego zespół po uzyskaniu awansu potraktuje mecz z Polakami ulgowo. Szkoleniowiec zapewnił, że jego gracze najwięcej uwagi poświęcą najlepszemu polskiemu piłkarzowi, czyli Robertowi Lewandowskiemu. „Nie możemy zrobić inaczej, bo zlekceważenie go choćby na ułamek sekundy może oznaczać dla nas surową karę. W tym roku przekonało się o tym mnóstwo zespołów. Lewandowski to zawodnik światowej klasy” – nie kryje uznania dla kapitana biało-czerwonych selekcjoner reprezentacji Szwecji.
Polacy rzadko wygrywali ze Szwecją
W środowej potyczce faworytem będzie jednak ekipa „Trzech Koron”, nie tylko dlatego, że biało-czerwoni po raz ostatni pokonali ją w meczu o stawkę 47 lat temu, podczas pamiętnych dla nas mistrzostw świata 1974 w RFN. Mecz w Petersburgu będzie dla obu zespołów już 27. pojedynkiem w historii. Bilans dotychczasowych spotkań nie jest jednak korzystny dla Biało-czerwonych, którzy odnieśli tylko osiem zwycięstw. Reprezentacja Szwecji ma na swoim koncie 14 zwycięstw, a cztery spotkania zakończyły się wynikami remisowymi. Nasza drużyna ostatnie zwycięstwo odniosła w towarzyskim meczu w sierpniu 1991 roku, wygrywając na stadionie w Gdyni 2:0. Ale Polacy i Szwedzi dawno ze sobą nie grali, bo ostatni raz obie drużyny zmierzyły się 5 czerwca 2004 roku w towarzyskim starciu w Sztokholmie, zakończonym zwycięstwem gospodarzy 3:1.
Przed Euro 2020/21 Szwedzi rozegrali w tym roku cztery mecze. W eliminacjach MŚ 2022 pokonali Gruzję 1:0 i Kosowo 3:0, a w czerwcowych sparingach Finlandię 2:0 i Armenię 3:1. W dwóch rozegranych już w turnieju spotkaniach zagrali w takich składach. Z Hiszpanią (0:0): Robin Olsen – Mikael Lustig (75. Emil Krafth), Victor Lindeloef, Marcus Danielson, Ludwig Augustinsson – Sebastian Larsson, Kristoffer Olsson (84. Jens Cajuste), Albin Ekdal, Emil Forsberg (84. Pierre Bengtsson) – Marcus Berg (69. Robin Quaison), Alexander Isak (69. Viktor Claesson); a ze Słowacją (1:0): Olsen – Lustig, Lindelof, Danielson, Augustinsson (88’ Bengtsson) – Forsberg (93’ Krafth), Ekdal (88’ Svensson), Olsson (64’ Claesson) , Larsson – Isak, Berg (64’ Quaison).
Reprezentację Polski czeka trudne zadanie, chociaż w rankingu FIFA oba zespoły zajmują lokaty w okolicach 20. miejsca, co powinno sugerować zbliżony poziom sportowy. Ale jak jest z tym naprawdę, przekonamy się w środę.

Kadra Szwecji
Bramkarze: 1. Robin Olsen (Everton, Anglia), 12. Karl-Johan Johnsson (FC Kopenhaga, Dania), 23. Kristoffer Nordfeldt (Genclerbirligi, Turcja);
Obrońcy: 6. Ludwig Augustinsson (Werder Brema, Niemcy), 5. Pierre Bengtsson (Vejle, Dania), 24. Marcus Danielsson (Dalian Professional FC, Chiny), 4. Andreas Granqvist (Helsinborgs IF), 14. Filip Helander (Rangers FC, Szkocja), 18. Pontus Jansson (Brentford FC, Anglia), 16. Emil Krafth (Newcastle United, Anglia), 3. Victor Lindelof (Manchester United, Anglia), 2. Mikael Lustig (AIK Solna);
Pomocnicy: 26. Jens-Lys Cajuste (FC Midtjylland, Dania), 17. Viktor Claesson (FK Krasnodar, Rosja), 8. Albin Ekdal (Sampdoria Genua, Włochy), 10. Emil Forsberg (RB Lipsk, Niemcy), 21. Dejan Kulusevski (Juventus Turyn, Włochy), 7. Sebastian Larsson (AIK Solna), 20. Kristoffer Olsson (FK Krasnodar, Rosja), 15. Ken Sema (Watford, Anglia), 19. Mattias Svanberg (FC Bologna, Włochy), 13. Gustav Svensson (Guangzhou City, Chiny);
Napastnicy: 9. Marcus Berg (FK Krasnodar, Rosja), 11. Alexander Isak (Real Sociedad, Hiszpania), 25. Jordan Larsson (Spartak Moskwa, Rosja), 22. Robin Quaison (FSV Mainz, Niemcy).

Kadra Polski
Bramkarze: 1. Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy), 12. Łukasz Skorupski (FC Bologna, Włochy), 22. Łukasz Fabiański (West Ham United, Anglia);
Obrońcy: 2. Kamil Piątkowski (Red Bull Salzburg, Austria), 3. Paweł Dawidowicz (Hellas Werona, Włochy), 4. Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), 5. Jan Bednarek (FC Southampton, Anglia), 13. Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja), 15. Kamil Glik (Benevento Calcio, Włochy), 18. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), 25. Michał Helik (FC Barnsley, Anglia), 26. Tymoteusz Puchacz (Union Berlin, Niemcy);
Pomocnicy: 6. Kacper Kozłowski (Pogoń Szczecin), 8. Karol Linetty (AC Torino (Włochy), 10. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), 14. Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), 16. Jakub Moder (Brighton&Hove Albion, Anglia), 17. Przemysław Płacheta (Norwich City, Anglia), 19. Przemysław Frankowski (Chicago Fire, USA), 20. Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), 21. Kamil Jóźwiak (Derby County, Anglia);
Napastnicy: 9. Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), 11. Karol Świderski (PAOK Saloniki, Grecja), 23. Dawid Kownacki (Fortuna Dueseldorf, Niemcy), 24. Jakub Świerczok (Piast Gliwice).

Euro 2020/21: Szczęście sprzyja walecznym

Potężnie krytykowana po porażce ze Słowacją reprezentacja Polski nieoczekiwanie wywalczyła w Sewilli remis w meczu z faworyzowaną Hiszpanią i wciąż ma szanse na awans do 1/8 finału. Musi jednak koniecznie wygrać ze Szwecją w ostatniej serii spotkań w grupie E.

Cała ekipa biało-czerwonych walczyła w sobotę w Sewilli wspaniale. „Czujemy lekki niedosyt, ponieważ gdybyśmy wszystko idealnie zrobili, to moglibyśmy ten mecz wygrać” – stwierdził przed kamerami TVP Sport Robert Lewandowski. Kapitan naszej reprezentacji był bez wątpienia jeśli nie najlepszym, to jednym z najlepszych graczy na boisku. Miał w spotkaniu dwie dobre strzeleckie sytuacje – w 43. minucie z kilku metrów trafił jednak w bramkarza drużyny Hiszpanii, ale w 54. minucie popisał się znakomitym strzałem głową i doprowadził do wyrównania. „Na pewno zdobycie bramki było fantastycznym uczuciem, mnie jednak bardziej cieszył fakt, że zdołaliśmy rozegrać taki dobry mecz. Od pierwszej minuty widać było w każdym z nas ogromną determinację i wolę walki, czego nie zdołała stłumić nawet stracona bramka. Dalej graliśmy swoje z niezłomną wiarą w powodzenie. Nie pozwalaliśmy Hiszpanom na rozgrywać piłki w ich ulubionym stylu. Oni oczywiście posiadali przewagę w jej posiadaniu, ale dobrze prezentowaliśmy się w defensywie i na dodatek sprzyjało nam szczęście. Myślę, że remis to sprawiedliwy wynik. Dopóki mamy wolę walki to nawet gdy nieco zabraknie umiejętności, możemy to nadrobić determinacją. Teraz przed nami trzeci grupowy mecz ze Szwecją, w którym na pewno nie będziemy faworytami. Musimy twardo stąpać po ziemi, bo czeka nas wyzwanie, w którym znów na szali trzeba będzie położyć maksymalne zaangażowanie i wolę walki” – ocenił sytuację polskiego zespołu Lewandowski, który bezdyskusyjnie w swoim 121. występie w narodowych barwach znów był ojcem sukcesu biało-czerwonych. Zdobyta przez niego bramka była 67. trafieniem w reprezentacji. Pod tym względem „Lewy” jest rekordzistą – następny w klasyfikacji snajperów wszech czasów, Włodzimierz Lubański, ma 48 goli.
Remis z Hiszpanią niewątpliwie mocno zaskoczył spory chór krytyków, który zdążył się ujawnić po porażce ze Słowacją. Paulo Sousa na szczęście nie zna języka polskiego, a rzecznik reprezentacji Jakub Kwiatkowski pewnie oszczędził mu tłumaczenia zjadliwych recenzji, bo portugalski szkoleniowiec po meczu nie skomentował nieprzychylnych mu opinii. Nie szczędził za to pochwał swoim graczom, a szczególnie Lewandowskiemu. „Kluczem była mentalność. Próbowaliśmy sprawić, by piłkarze uwierzyli, że mogą grać z ambicją i odwagą. Z podziwem obserwowałem występ Roberta Lewandowskiego. Byłem pod wrażeniem widząc, jak walczy, chociaż był bezlitośnie kopany przez rywali z każdej strony. Mimo to wygrywał z nimi wszystkie pojedynki, strzelił gola i był na boisku przez cały mecz wszędzie, gdzie powinien być. Robert jest liderem tej drużyny, ale różnym od innych liderów. Nie zgadzam się z negatywną oceną jego występu ze Słowacją. Zrobił w tym spotkaniu wszystko, o co go prosiliśmy. Był jednym z najwięcej biegających piłkarzy, angażował się w każdą niemal akcję, a w meczu z Hiszpanią jego energia i determinacja były jeszcze większe. Dla trenera to wielka rzecz jeśli ma w zespole takiego piłkarza. Inni zawodnicy muszą iść w jego kierunku, a jeśli to zrobią, będziemy dużo silniejsi jako kolektyw” – stwierdził Paulo Sousa w pomeczowej wypowiedzi.
Selekcjoner biało-czerwonych wyróżnił też Kamila Glika, który faktycznie był opoką naszej defensywy, ale na wiele ciepłych słów zasłużył też Wojciech Szczęsny, któremu tym razem sprzyjało nadzwyczajnie szczęście, jakby los postanowił mu w meczu wynagrodzić wszystkie dotychczasowe pechowe wpadki na wielkich turniejach. Jego też po występie przeciwko Słowacji w polskich mediach przeczołgano niemiłosiernie. Przy rzucie karnym co prawda większe zasługi w niestrzeleniu gola położyli Gerard Moreno, który trafił w słupek oraz Alvaro Morata, wyśmiany po meczu za to, że niemiłosiernie spudłował przy dobitce, ale wręcz nieprawdopodobną obroną strzału w końcówce meczu zmazał wszelkie grzechy przeszłości. Wydarzeniem, chociaż trochę innego rodzaju, był też występ Kacpra Kozłowskiego, który w 55. minucie zastąpił Mateusza Klicha. Pomocnik Pogoni Szczecin tym samym w wieku 17 lat, 8 miesięcy i 3 dni został najmłodszym debiutantem w historii mistrzostw Europy. Po remisie z Hiszpanami sytuacja biało-czerwonych nadal jest trudna, bo zajmują ostatnie miejsce w grupie, ale mają los w swoich rękach. Muszą jednak wygrać ze Szwecją. Porażka lub remis oznacza koniec przygody z Euro 2020/21. Zwycięstwo natomiast ze względu na wygraną w bezpośrednim starciu pozwoli naszej drużynie na wyprzedzenie ekipy „Trzech Koron”, a także zespołu który przegra w potyczce Słowacji z Hiszpanią. Taki scenariusz gwarantowałby nam wtedy drugie miejsce w tabeli i pewny awans. Jeśli Słowacy zremisują z Hiszpanami, a my pokonamy Szwedów, wówczas na finiszu będziemy mieć tyle samo punktów co Słowacy i Szwedzi. Bilans meczów bezpośrednich układałby się po równo (Słowacja pokonała Polskę, Szwecja pokonała Słowację, a Polska w takim wariancie pokonałaby Szwecję). Na chwilę obecną najlepszy bilans bramkowy (również w takiej małej tabeli) mają Szwedzi. Ale Polska może jeszcze nawet wygrać grupę E, jeśli pokona Szwecją co najmniej dwoma bramkami, a Słowacja zremisuje z Hiszpanami. Wtedy biało-czerwoni mieliby w małej tabeli różnicę goli +1, Słowacy 0, a Szwedzi -1. Te trzy ekipy zebrałyby na finiszu po 4 punkty, a ostatnia lokatę zajęłaby Hiszpania z 3 „oczkami”. To byłaby jednak sensacja na kosmiczną skalę.
My musimy pamiętać też o tym, że istnieje też czarny scenariusz dla biało-czerwonych. Oprócz porażki gwarantuje go też wynik remisowy ze Szwedami. Tak więc w środę od 18:00 w Petersburgu polski zespół musi walczyć o zwycięstwo równie walecznie, jak robił to w sobotę w Sewilli.

Hiszpania – Polska 1:1
Gole: Alvaro Morata (25) – Robert Lewandowski (54).
Hiszpania: Unai Simon – Marcos Llorente, Aymeric Laporte, Pau Torres, Jordi Alba – Koke (68. Pablo Sarabia), Rodri Hernandez, Pedri Gonzalez – Gerard Moreno (68. Fabian Ruiz), Alvaro Morata (87. Mikel Oyarzabal), Dani Olmo (61. Ferran Torres).
Polska: Wojciech Szczęsny – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek (85. Paweł Dawidowicz), – Kamil Jóźwiak, Mateusz Klich (55. Kacper Kozłowski), Piotr Zieliński, Jakub Moder (85. Karol Linetty), Tymoteusz Puchacz – Karol Świderski (68. Przemysław Frankowski), Robert Lewandowski.
Żółte kartki: Torres, Rodri – Klich, Moder, Jóźwiak, Lewandowski.
Sędziował: Daniele Orsato (Włochy).
Widzów: 11 742.

Euro 2020/21: Polacy na wylocie z turnieju

Porażka ze Słowacją zniweczyła rachuby naszej reprezentacji czynione przed rozpoczęciem Euro 2020/21. Plan był taki – wygrana ze Słowakami, skromna porażka z Hiszpanią i co najmniej remis ze Szwedami. Takie rezultaty miały zapewnić jeśli nie drugie, to w najgorszym razie także premiowane awansem trzecie miejsce. Ten plan jest już nieaktualny i w sobotę Polacy nie mogą już z Hiszpanią przegrać. A szanse na to mają znikome, bo są od nich jako zespół gorsi o klasę.

Dla każdego, kto choć trochę rozumie futbol nie ulega wątpliwości, że po tym, co Robert Lewandowski i spółka pokazali w poniedziałek na Gazprom Arenie w Petersburgu oraz po tym co zaprezentowali Hiszpanie i Szwedzi w Sewilli, nie ma co robić sobie złudnych nadziei – szykuje się stały polski zestaw turniejowy: mecz otwarcia, o wszystko i o honor. Na dodatek w najgorszej wersji, bo biało-czerwoni mogą odpaść z turnieju już w sobotę, po drugiej rundzie, jeśli przegrają z Hiszpanią, a Szwedzi pokonają Słowację. W obu przypadkach jest to realny scenariusz, ale bardziej dla o naszej drużyny, która od pięciu lat i meczów fazy grupowej Euro 2016 z Irlandią Północną (1:0) i Ukrainą (1:0) nie wygrała meczu o stawkę z wyżej notowanym w rankingu FIFA rywalem. A Hiszpania to aktualnie szósty zespół w światowym rankingu, a Szwecja zajmuje w tej klasyfikacji 18. lokatę, o trzy miejsca lepszą od Polski, która jest w zestawieniu na 21. pozycji.
Statystyki są w tym względzie mocno dołujące. Po mistrzostwach Europy we Francji dla najmocniejszych drużyn Starego Kontynentu staliśmy się dostarczycielami punktów, by nie powiedzieć: chłopcami do bicia. Od października 2016 roku Polska rozegrała siedem spotkań o stawkę z teoretycznie silniejszymi rywalami, a bilans tych gier jest zawstydzający – zero zwycięstw, dwa remisy i pięć porażek. Biało-czerwoni w tym okresie w rankingu FIFA plasowali się w okolicach 20. miejsca, a grali z Portugalią (7. pozycja w rankingu FIFA), Holandią (14), Włochami (12) i Anglią (4).
Złudzeń pozbawia też statystyka gier z finalistami tegorocznych mistrzostw Europy. Po Euro 2016 reprezentacja Polski rozegrała z zespołami z tego grona 16 spotkań o stawkę i wygrała tylko cztery, trzy zremisowała i aż w dziewięciu doznała porażek. Biało-czerwoni pokonali jedynie Danię (2017), Austrię (2019) i dwukrotnie Macedonię Północną (2019), czyli najniżej notowanego w rankingu FIFA uczestnika mistrzostw. Już po wywalczeniu awansu do turnieju Polska rozegrała sześć meczów o punkty z finalistami Euro 2020 w ramach Ligi Narodów i el. MŚ 2022. Bilans – remis i cztery porażki. Jerzego Brzęczka krytykowano za nieumiejętność gry z faworytami. Tymczasem poprzedni selekcjoner gwarantował przynajmniej zwycięstwa w meczach z równorzędnymi zespołami jak Słowacja. Paulo Sousa na razie pokonał półamatorów z Andory (3:0). A w sobotę czeka go starcie z zespołem, który w meczu ze Szwecją przez 85 procent czasu gry był w posiadaniu piłki i stworzył 17 strzeleckich okazji. Strach pomyśleć co Hiszpanie będą wyczyniać w spotkaniu z Polakami, jeśli na dodatek zagrają oni tak jak ze Słowakami.
Od pół wieku żaden z selekcjonerów reprezentacji Polski nie zaczął tak fatalnie pracy. Nic dziwnego, że na Paulo Sousę spadła potężna fala krytyki, która powoli zmywa też z piedestału Zbigniewa Bońka, bo to on w styczniu tego roku dokonał samodzielnie roszady na stanowisku trenera kadry, zatrudniając portugalskiego szkoleniowca w miejsce Jerzego Brzęczka. Ale tak naprawdę odium nadciągającej nieuchronnie klęski na Euro 2020/21 spadnie na Lewandowskiego, czyli powtórzy się sytuacja z mundialu w Rosji. Media w Polsce i na świecie, co zrozumiałe, jemu poświęcają największą uwagę. Hiszpański dziennik „Marca” podkreślił w komentarzu, że najlepszy piłkarz ubiegłego roku na świecie w meczu ze Słowacją znalazł się w zaledwie trzech sytuacjach bramkowych.
Mimo to trener Luis Enrique, chociaż nigdy nie zmienia stylu gry hiszpańskiej drużyny pod kątem rywala, przygotował plan powstrzymania Lewandowskiego. Tak na wszelki wypadek, bo chociaż kapitan biało-czerwonych do tej pory zawodzi w wielkich turniejach, to pod wpływem presji i przypływu ambicji może pokusić się o przełamanie impasu i rozegrać wreszcie popisowy mecz w narodowych barwach. „To przecież najlepszy napastnik na świecie. Lepiej nie liczyć na to, że znów będzie miał słaby dzień, bo może to nasz zespół drogo kosztować” – ostrzega „Marca”.
Po meczu ze Słowacją nas, Polaków, te obawy trochę śmieszą, ale może jesteśmy słabej wiary? Przekonamy się w sobotę. Początek meczu Hiszpania – Polska o godz. 21:00.

Euro 2020/21: Paulo Sousa cudu nie dokonał

Piłkarska reprezentacja Polski fatalnie rozpoczęła swój udział w finałach mistrzostw Europy. Na stadionie w Petersburgu biało-czerwoni w kiepskim stylu przegrali ze Słowacją 1:2. Ta porażka de facto przekreśla szanse polskiej drużyny na wyjście z grupy, bo w meczach z Hiszpanią i Szwecją o punkty będzie jeszcze trudniej.

W spotkaniu ze Słowakami trener Paulo Sosua posłał na boisko 15 zawodników, ale po meczu gromy spadły tylko na trzech z nich – Wojciecha Szczęsnego, Grzegorza Krychowiaka i Roberta Lewandowskiego. Pierwszego gola strzelonego przez słowacki zespół zapisano Wojciechowi Szczęsnemu, co uczyniło go pierwszym bramkarzem w historii europejskiego czempionatu z samobójczym trafieniem na koncie. To wręcz nieprawdopodobne jak tego świetnego przecież zawodnika nie odstępuje pech na wielkich imprezach z udziałem reprezentacji Polski. Rzecz jasna media, nie tylko polskie, z miejsca z lubością przypomniały jego wpadki w Euro 2012, Euro 2016 i MŚ 2018. Ale obiektywnie oceniając, to nie Szczęsny zawalił mecz ze Słowacją. Większą winę za utratę pierwszego gola ponoszą na spółkę Bartosz Bereszyński i Kamil Jóźwiak, których Robert Mak ograł jak juniorów, a Bereszyńskiego wręcz ośmieszył puszczając mu bezczelnie piłkę między nogami.
Krytyka pod adresem Krychowiaka jest zdecydowanie bardziej uzasadniona, bo od weterana reprezentacji, który w spotkaniu ze Słowakami po 81. występował w narodowych barwach, można oczekiwać przynajmniej tego, że nie da się „upolować” rywalom i lekko stronniczemu arbitrowi. Niestety, Krychowiak w dwóch sytuacjach zachował się jak nowicjusz i w 62. minucie wyleciał z boiska za dwie żółte kartki. W tym momencie było 1:1, ale siedem minut później słowacki obrońca Milan Skriniar, na co dzień gracz Interu Mediolan, powędrował w pole karne polskiej drużyny i strzelił gola dającego jego drużynie zwycięstwo. Możemy tylko spekulować, że gdyby Krychowiak wtedy był na boisku, to Skriniar pewnie nie miałby tak dużo czasu i swobody na oddanie strzału, bo któryś z naszych piłkarzy by do niego doskoczył.
Co się zaś tyczy krytyki pod adresem Lewandowskiego, to mamy tu powtórkę z mundialu w Rosji. Wtedy także obwiniono go za kiepski występ biało-czerwonych, bo chociaż grał dobrze i walczył ofiarnie, to jednak nie zdobył bramek. W spotkaniu ze Słowacją „Lewy” również gola nie strzelił, lecz teraz na dodatek zaliczył słaby występ. Kapitan naszej reprezentacji nie mógł narzekać na brak podań od kolegów, ani też na brak okazjio strzeleckich, bo w statystykach opublikowanych przez UEFA znalazł się na spółkę z Danim Olmo, pomocnikiem reprezentacji Hiszpanii, na czele klasyfikacji piłkarzy, którzy oddali w pierwszej serii gier najwięcej strzałów, które nie przyniosły ich zespołom bramki – obaj maja taki nieudanych prób na koncie po pięć. Hiszpańskie media alarmują jednak, że trudna sytuacja polskiej drużyny może ją potężnie zmotywować na sobotnie spotkanie z drużyną Hiszpanii. Dziennik „AS” ocenia, że będący teraz pod potężną presją Lewandowski może w tym meczu pokazać swój najwyższy strzelecki kunszt.
Obiektywnie rzecz traktując trzeba jednak uznać, że to nie Szczęsny, Krychowiak i Lewandowski zawalili mecz ze Słowacją, tylko cała polska drużyna, która po doznanej porażce mocno zmniejszyła swoje szanse na awans do fazy pucharowej Euro 2020/21. Wystarczy, że w sobotę biało-czerwoni przegrają z Hiszpanią, co jest przecież wielce prawdopodobne, zaś Szwedzi pokonają Słowaków, co nie będzie żadną sensacją, a polska reprezentacja straci nawet matematyczne szanse na wywalczenie awansu. Osiągnięcie takiego stanu już po drugiej kolejce gier byłoby klęską nie tylko Paulo Sousy, ale przede wszystkim prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. I powodem do zadowolenia dla Jerzego Brzęczka, bo jego portugalski następca na posadzie selekcjonera pozbawił polską drużynę jedynego atutu, jaki miała – skuteczności w grze obronnej. Pod wodzą Brzęczka w meczach z drużynami na podobnym poziomie biało-czerwoni przynajmniej nie dawali strzelać rywalom tyle bramek, a grał przecież m.in. z Włochami, Holandią i Portugalią, natomiast pod wodzą Paulo Sousy w sześciu meczach straciła aż 10 goli. Nasza drużyna w założeniu miała bronić się czwórką obrońców, ale w ataku grać trójką stoperów. Pomysł jak pomysł, wszyscy dzisiaj tak grają, lecz do tego trzeba mieć jeszcze odpowiednich wykonawców, tymczasem Słowacy bili większość naszych piłkarzy nie tylko pod względem technicznym, ale też cechami motorycznymi i nawet walecznością. W kilka dni takich mankamentów nie da się wyeliminować, więc nie ma co się nastawiać na przełom w spotkaniach z genialnie wyszkolonymi Hiszpanami i grającymi atletyczny futbol Szwedami.
Paulo Sousa nie traci jednak rezonu. Na pomeczowej konferencji tak ocenił występ swoich podopiecznych: „Jestem bardzo zawiedziony wynikiem, ale to nie koniec mistrzostw. Mamy jeszcze sześć punktów do zdobycia, ale bez wiary w sukces niczego się nie osiągnie. Muszę teraz odbudować zespół mentalnie. Myślałem w przerwie, czy nie zmienić Krychowiaka z powodu żółtej kartki, ale to zawodnik doświadczony, ważny dla drużyny, więc liczyłem, że sobie poradzi. Po jego zejściu mieliśmy jeszcze trzy okazje na gole. Wszystkie zmarnowane. Zawiodła koncentracja w kluczowych momentach. Pierwsza bramka to był gruby błąd w obronie, ale i fatalny zbieg okoliczności: trzy rykoszety, po których piłka trafiła do siatki. Koncentracja zawiodła też przy drugim golu dla Słowaków. Analizowaliśmy, w jaki sposób wykonują rzuty rożne, wiedzieliśmy, że Milan Skriniar lubi wtedy iść do przodu. Niestety przegapiliśmy go, nikt nie blokował jego uderzenia, zostawiliśmy mu miejsce do strzału. Tak nie wolno nam grać. Nie możemy w taki sposób przegrywać meczów. Źle zaczęliśmy, ale turniej się dla nas jeszcze nie skończył” – zapewnia portugalski selekcjoner biało-czerwonych. Przekonamy się o tym już w najbliższą sobotę.

Polska – Słowacja 1:2
Gole: Karol Linetty (46) – Wojciech Szczęsny (18 samobójcza), Milan Skriniar (69).
Polska: Wojciech Szczęsny – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek – Kamil Jóźwiak, Mateusz Klich (85. Jakub Moder), Grzegorz Krychowiak, Piotr Zieliński (85. Karol Świderski), Karol Linetty (74. Przemysław Frankowski), Maciej Rybus (74. Tymoteusz Puchacz) – Robert Lewandowski.
Słowacja: Martin Dubravka – Peter Pekarik (79. Martin Koscelnik), Lubomir Satka, Milan Skriniar, Tomas Hubocan – Lukas Haraslin (87. Michal Duris), Juraj Kucka, Jakub Hromada (79. Patrik Hrosovsky), Robert Mak (87. Tomas Suslov) – Ondrej Duda (90. Jan Gregus), Marek Hamsik.
Żółte kartki: Krychowiak – Hubocan.
Czerwona kartka: Krychowiak (62., za drugą żółtą).
Sędziował: Ovidiu Alin Hategan (Rumunia).
Widzów: 12 862.

Euro 2020/2021: Słowacy sprawdzą biało-czerwonych w Petersburgu

W poniedziałek reprezentacja Polski zainauguruje swój występ w finałach mistrzostw Europy. O godzinie 18:00 wybrańcy trenera Paulo Sousy rozpoczną na stadionie w Petersburgu mecz ze Słowacją. Będzie to dziewiąta potyczka biało-czerwonych z tym zespołem. Z ośmiu wcześniejszych trzy wygrali, w jednej zanotowali remis, a w czterech doznali porażek.

Ostatni trening przed spotkaniem ze Słowacja nasza reprezentacja odbędzie w Gdańsku na stadionie Lechii. To dlatego, że na wniosek rosyjskich organizatorów UEFA odmówiła zespołom rywalizującym na stadionie w Petersburgu zwyczajowego treningu w przeddzień meczu. Powodem jest duże obłożenie obiektu wynikłe z przeniesienia spotkań uprzednio wyznaczonych w Dublinie do Petersburga. Na stadionie Kriestowskij zostaną rozegrane wcześniej tu zaplanowane spotkania grupy B (Belgia – Rosja, Finlandia – Rosja i Finlandia – Belgia), a gdy UEFA przeniosła do Petersburga trzy mecze z grupy E (Polska – Słowacja, Polska – Szwecja i Szwecja – Słowacja), gospodarze obiektu zaczęli się obawiać o stan murawy. Łącznie na stadionie w Petersburgu odbędzie się sześć meczów fazy grupowej i ćwierćfinał. Jeśli dodatkowo każdy mecz zostałby poprzedzony treningiem każdej drużyny, boisko byłaby eksploatowana praktycznie codziennie. Stąd niecodzienna decyzja UEFA o przeniesieniu treningów na boisko treningowe. Ale kierownictwo polskiej ekipy uznało, że skoro nie będzie możliwości zapoznania się ze stadionem, to lepiej będzie przeprowadzić trening w Gdańsku, a do Petersburga polecieć dopiero w niedzielę po południu. Powrót do Sopotu zaplanowano zaraz po meczu ze Słowacją.
Wynik tego meczu wedle wszelkich rachub może mieć dla obu zespołów kluczowe znaczenie w walce o awans do 1/8 finału. Słowacy mają bardziej komfortową sytuację, bo od nich nikt tego awansu nie oczekuje, natomiast dla reprezentacji Polski jest to plan minimum w tym turnieju. Tymczasem po czerwcowych meczach towarzyskich z Rosją (1:1) i Islandią (2:2) wiara w możliwości polskiej drużyny mocno osłabła, a media przypomniały jeszcze niekorzystny bilans potyczek biało-czerwonych z ekipą naszych południowych sąsiadów (8 meczów, 3 zwycięstwa, 1 remis, 4 porażki). Na szczęście reprezentacja Polski po raz ostatni grała ze Słowacją w 2013 roku, we Wrocławiu, gdzie przegrała 0:2 (był to selekcjonerski debiut Adama Nawałki), więc w zespołach, które w poniedziałek o 18:00 rozpoczną w Petersburgu mecz o punkty w Euro 2020/21, nie zostało wielu graczy uczestniczących w tamtej potyczce. W polskiej kadrze tylko Robert Lewandowski i Grzegorz Krychowiak, a w słowackiej Marek Hamsik, Tomas Hubocan, Juraj Kucka, Robert Mak i Peter Pekarik.
W turnieju Euro 2016 jak pamiętamy biało-czerwoni doszli do ćwierćfinału, w którym odpadli po porażce w rzutach karnych z późniejszym zwycięzcą imprezy Portugalią, natomiast Słowacy dotarli do 1/8 finału i po porażce 0:3 z Niemcami wrócili do domu. Na mundial w Rosji w 2018 roku słowacka drużyna się nie zakwalifikowała (nasza odpadła na tej imprezie w fazie grupowej), a do Euro 2020/21 awansowała po barażach Dywizji B Ligi Narodów. W rankingu FIFA reprezentacja Polski znajduje się na 19. pozycji, a reprezentacja Słowacji na 34. Zatem w statystycznym ujęciu biało-czerwoni wyglądają lepiej od rywali.
W tym roku Słowacy, podobnie jak reprezentacja Polski, rozegrali jak dotąd pięć meczów. W marcowych spotkaniach eliminacji mistrzostwa świata 2022 zremisowali z Cyprem 0:0, z Maltą 2:2 i niespodziewanie pokonali Rosję 2:1, natomiast w dwóch czerwcowych meczach towarzyskich przed Euro 2020/21 zanotowali remisy – 1:1 z Bułgarią i 0:0 z Austrią. Bilans oba zespoły mają zatem podobny i chyba to sprawia, że Słowacy nie pękają przed poniedziałkowym starciem z Polakami.
Trener Tarković ma w kadrze dwóch piłkarzy występujących aktualnie w klubach polskiej ekstraklasy – bramkarza Dusana Kuciaka z Lechii Gdańsk i obrońcę Lecha Poznań Lubomira Satkę, ale grę w polskiej lidze mają też na koncie Ondrej Duda (w Legii Warszawa) i Lukas Haraslin (w Lechii Gdańsk). A w szerokiej kadrze byli jeszcze Jan Holubek z Piasta Gliwice i Erik Jirka (były gracz Górnika Zabrze).
Mecz Polska – Słowacja poprowadzi rumuński arbiter Ovidiu Alin Hategan. Jego asystentami będą rodacy Radu Ghinguleac i Sebastian Gheorghe, a sędzią technicznym Istvan Kovacs. Spotkanie zostanie rozegrane 14 czerwca o godz. 18:00 w Petersburgu. 41-letni Ovidiu Hategan w gronie sędziów międzynarodowych jest od 2008 roku, ma na koncie 33 spotkania Ligi Mistrzów i 29 Ligi Europy. W Euro 2016 prowadził dwa spotkania fazy grupowej, a jednym z nich był mecz Polska – Irlandia Północna (1:0). W Sewilli mecz dwóch pozostałych grupowych rywali Polaków, czyli Hiszpanii i Szwecji, poprowadzi Słoweniec Slavko Vincić. Asystować mu będą rodacy Tomaż Kovacić i Andraż Kovacić, a sędzią technicznym będzie Włoch Davide Massa.
Kadra Słowacji:
Bramkarze: 1. Martin Dubravka (Newcastle United, Anglia), 12. Dusan Kuciak (Lechia Gdańsk, Polska), 23. Marek Rodak (Fulham FC, Anglia);
Obrońcy: 16. David Hancko (Sparta Praga), 2. Peter Pekarik (Hertha Berlin, Niemcy), 15. Tomas Hubocan (Omonia Nikozja, Cypr), 14. Milan Skriniar (Inter Mediolan, Włochy), 5. Lubomir Satka (Lech Poznań, Polska), 24. Martin Koscelnik (Slovan Liberec), 4. Martin Valjent (RCD Mallorca, Hiszpania), 3. Denis Vavro (Huesca, Hiszpania);
Pomocnicy: 6. Jan Gregus (Minnesota United, USA), 25. Jakub Hromada (Slavia Praga), 19. Juraj Kucka (AC Parma, Włochy), 20. Robert Mak (Ferencvaros Budapeszt, Węgry), 8. Ondrej Duda (1.FC Koeln, Niemcy), 13. Patrik Hrosovsky (KRC Genk, Belgia), 18. Lukas Haraslin (Sassuolo, Włochy), 10. Tomas Suslov (FC Groningen, Holandia), 11. Laszlo Benes (FC Augsburg, Niemcy), 17. Marek Hamsik (IFK Goeteborg, Szwecja), 22. Stanislav Lobotka (SSC Napoli, Włochy), 7. Vladimir Weiss (Slovan Bratysława);
Napastnicy: 21. Michal Duris (Omonia Nikozja, Cypr), 9. Robert Bożenik (Feyenoord Rotterdam, Holandia), 26. Ivan Schranz (FK Jablonec/Slavia Praga).
Kadra Polski
Bramkarze: 1. Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy), 12. Łukasz Skorupski (FC Bologna, Włochy), 22. Łukasz Fabiański (West Ham United, Anglia);
Obrońcy: 2. Kamil Piątkowski (Raków Częstochowa, Austria), 3. Paweł Dawidowicz (Hellas Werona, Włochy), 4. Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), 5. Jan Bednarek (FC Southampton, Anglia), 13. Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja), 15. Kamil Glik (Benevento, Włochy), 18. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), 25. Michał Helik (FC Barnsley, Anglia), 26. Tymoteusz Puchacz (Lech Poznań;
Pomocnicy: 6. Kacper Kozłowski (Pogoń Szczecin), 8. Karol Linetty (AC Torino (Włochy), 10. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), 14. Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), 16. Jakub Moder (Brighton&Hove Albion, Anglia), 17. Przemysław Płacheta (Norwich City, Anglia), 19. Przemysław Frankowski (Chicago Fire, USA), 20. Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), 21. Kamil Jóźwiak (Derby County, Anglia);
Napastnicy: 9. Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), 11. Karol Świderski (PAOK Saloniki, Grecja), 23. Dawid Kownacki (Fortuna Dueseldorf, Niemcy), 24. Jakub Świerczok (Piast Gliwice).

Euro 2020/21: Gaże trenerów są miarą aspiracji pracodawców

Selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa pod względem zarobków sporo odstaje od najlepiej opłacanych trenerów finalistów mistrzostw Europy. Ale od połowy z nich ma dużo wyższe wynagrodzenie.

W tegorocznym turnieju najlepsza drużyna narodowa na naszym kontynencie zostanie wyłoniona po raz szesnasty. Tytuły w 15 poprzednich edycjach wywalczyło 10 reprezentacji, z których do Euro 2020/21 nie zakwalifikowała się jedynie Grecja (triumfator z 2004 roku). Pozostałych dziewięciu mistrzów Europy zagra o kolejny laur. Najbardziej utytułowane są zespoły Niemiec (mistrzostwo w 1972, 1980 i 1996) oraz Hiszpanii (mistrzostwo w 1964, 2008 i 2012). Francja wygrywała dwukrotnie (1984, 2000), a po jednym tytule mają ekipy Włoch (1968), Czechosłowacji (1976), Portugalii (2016), Holandii (1988), Danii (1992) i ZSRR (1960).
Jeśli spojrzymy na zarobki trenerów 24 drużyn uczestniczących w tegorocznych mistrzostwach Europy, to wychodzi na to, że najwięcej od swojej ekipy oczekują Niemcy, bo to Joachim Loew z zarobkami w wysokości 4 750 000 euro otwiera listę płac szkoleniowców, którzy poprowadzą zespoły w turnieju Euro 2020/21. Niewiele mniej od niego zarabia Didier Deschamps, selekcjoner największego faworyta mistrzostw, reprezentacji Francji, któremu płacą rocznie 4 390 000 euro. Na trzecim miejscu podium uplasowali się trenerzy reprezentacji Anglii Gareth Southgate i Holandii Frank de Boer, którym ich macierzyste federacje płacą za rok pracy po 3 000 000 euro. Na piątym miejscu znalazł się selekcjoner reprezentacji Rosji Stanisław Czerczesow z roczną gażą w wysokości 2 500 000 euro, a dopiero szóstą lokatę z pensją 2 250 000 euro zajmuje trener broniącej tytułu ekipy Portugalii Fernando Santos. Za nim z zarobkami 2 000 000 euro uplasował się szkoleniowiec zespołu Włoch Roberto Mancini, który w Top 10 zestawienia wyprzedził selekcjonera reprezentacji Hiszpanii Luisa Enrique (1 500 000 euro), selekcjonera kadry Szwajcarii Vladimira Petkovica (1 320 000 euro) i trenera Belgii Roberto Martineza (1 200 000 euro).
Portugalski selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa znalazł się na 12. pozycji z gażą 850 000 euro. W stawce wyprzedził go trener Turcji Shenol Gunesh (1 000 000 euro), ale za plecami szkoleniowca biało-czerwonych znalazło się aż 12 szkoleniowców: Andrij Szewczenko (Ukraina) – 700 000 euro, Zlatko Dalic (Chorwacja) – 550 000, Robert Page (Walia) – 500 000, Janne Andersson (Szwecja) – 450 000, Steve Clark (Szkocja) – 420 000, Franco Foda (Austria) – 350 000, Jaroslav Silhavy (Czechy) – 300 000, Marco Rossi (Węgry) – 300 000, Kasper Hjulmand (Dania) – 270 000, Markku Kanerva (Finlandia) – 190 000, Stefan Tarkovic (Słowacja) – 180 000 i Igor Angelovski (Macedonia) – 90 000 euro. Polska gra w jednej grupie z Hiszpanią, Szwecją i Słowacją. Zatem w myśl powiedzenia – jaka płaca, taka praca, możemy oczekiwać, że nasza drużyna pod wodzą Paulo Sousy zajmie co najmniej drugie miejsce, za Hiszpanią, i awansuje do 1/8 finału.

Euro 2020/21: Nie ma wiary w biało-czerwonych

Jakość gry zaprezentowana przez reprezentację Polski w czerwcowych meczach z Rosją i Islandią nie daje wielu powodów do optymizmu. W przededniu pierwszego występu w mistrzostwach Europy biało-czerwoni znów stali się „boską drużyną”, bo chyba tylko Bóg wie, jak zagrają w poniedziałek w Petersburgu przeciwko Słowacji.

Zaczynając swoją pracę z kadrą Polski Paulo Sousa był dobrej myśli. „Polscy zawodnicy mają jakość, ale muszą ją przenieść z klubów do reprezentacji. Moim zadaniem jest im w tym pomóc” – twierdził. Na razie nic nie wskazuje, by wywiązał się z tego zadania. Pod jego wodzą biało-czerwoni rozegrali jak dotąd pięć meczów – w marcu trzy o punkty w eliminacjach mistrzostw świata z Węgrami (3:3), Andorą (3:0) i Anglią (1:2), a na początku czerwca towarzysko zmierzyli się z Rosją (1:1) i Islandią (2:2). Bilans nie oszałamia, chociaż nie jest też jakiś tragiczny – jedno zwycięstwo, trzy remisy i jedna porażka, a w bramkach 10:8. Problem w tym, że po żadnym z tych spotkań nie dało się z czystym sumieniem powiedzieć, że Polacy zagrali świetnie.
Osiem straconych goli w pięciu meczach to stanowczo zbyt wiele, chyba że było to wkalkulowane ryzyko w proces przestawiania naszej drużyny na grę trzema obrońcami. Próbowali to bez powodzenia robić już wcześniej Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek, a Sousa w takim ustawieniu zaczął spotkanie z Węgrami. Przejechał się na tym mocno, bo już w 6. minucie było 1:0 dla rywali, a w 52. już 2:0. Zastanawia też dlaczego portugalski selekcjoner za każdym razem grał innym składem. Można to jeszcze zrozumieć w przypadku trzech marcowych meczów, bo miał z kadrą ledwie kilka treningów i nie do końca orientował się w możliwościach poszczególnych zawodników. Ale w Opalenicy miał już dość czasu na poznanie aktualnych możliwości wszystkich kadrowiczów i dokonanie najlepszych wyborów.
W meczu z Rosją wystawił jednak skład jakby na odczepnego, zwłaszcza w linii defensywnej, bo posłał do gry tercet Kędziora, Helik, Piątkowski, natomiast w sparingu z Islandią, ostatnim przecież przed startem w turnieju Euro 2020, postawił na Kędziorę, Glika i Dawidowicza. Dla przypomnienia – w marcu z Węgrami zagrali Bereszyński, Helik (59. minuty zastąpił go Glik) i Bednarek: z Andorą Bereszyński (w 60. minucie wszedł za niego Dawidowicz), Glik i Piątkowski, a z Anglią Helik (w drugiej połowie zastąpił go na tej pozycji Bereszyński), Glik i Bednarek.
Selekcjoner w spotkaniu z Islandczykami zamieszał też w taktycznym ustawieniu zespołu, bo zaczął mecz systemem1-4-4-2 (Szczęsny – Kędziora, Glik, Dawidowicz, Puchacz – Frankowski, Krychowiak, Moder, Zieliński – Lewandowski, Świerczok), by po zmianie stron i dokonaniu czterech pierwszych zmian przestawić drużynę na schemat 1-4-3-3 (Szczęsny – Kędziora, Glik, Dawidowicz, Puchacz, od 80. Rybus – Kozłowski, Linetty, Moder – Płacheta, Lewandowski, od 81. Świderski, Jóźwiak). Niestety, w żadnym z tych ustawień nasza reprezentacja nie potrafiła zdominować przeciwników, nie potrafiła też ułatwić gry Robertowi Lewandowskiemu, co zapowiadał przed zgrupowaniem kadry Sousa. Inna sprawa, że gdy w 81. minucie „Lewy” zszedł z boiska na własną prośbę, to jego zmiennik Karol Świderski strzelił wyrównującego gola, odpowiadając tym najlepiej jak można na złośliwy żart jednej z angielskich firm bukmacherskich, która na Twitterze napisała: „Reprezentacja Polski w 10 słowach: znana z gry w wyjątkowym systemie taktycznym: cokolwiek – cokolwiek – Lewandowski”.
Przypomnijmy zatem w przededniu rozpoczęcia Euro 2020/21 jak wybrańcy Paulo Sousy radzili sobie w ligowych zespołach.
W bramce w meczu z Rosją zagrał Łukasz Fabiański, a z Islandią Wojciech Szczęsny, lecz wiadomo już, że w spotkaniu ze Słowacją wystąpi ten drugi. To subiektywny wybór selekcjonera, bo obaj dużo grali w swoich klubowych zespołach i mają zbliżone statystyki – Szczęsny zaliczył w Juventusie Turyn 38 występów, wpuścił 40 goli, a w 9 meczach zachował czyste konto. Na boisku spędził 3428 minut, natomiast Fabiański w West Ham United rozegrał 37 meczów, puścił 44 gole, a czyste konto zachował w 10 spotkaniach i w sumie zaliczył na boisku 3150 minut. Trzeci z golkiperów, Łukasz Skorupski, ma na koncie w FC Bologna 28 meczów, 46 puszczonych goli, 4 czyste konta i 2520 minut, więc gdyby zaszła taka konieczność, też sobie w turnieju poradzi.
Z obrońców po ligowym sezonie najwięcej w nogach ma Michał Helik, który w barwach Barnsley rozegrał 52 mecze, strzelił 6 goli, zaliczył 2 asysty i spędził na boisku 4591 minut. Drugi w kolejności pod tym względem jest Jan Bednarek (Southampton) – 42 mecze, 1 gol, 1 asysta, 3628 minut, a trzeci Tymoteusz Puchacz (Lech Poznań – 41 meczów, 3 gole, 6 asyst, 3132 minuty. Kolejne miejsca zajmują: Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów) – 40 meczów, 1 gol, 4 asysty, 3550 minut; Kamil Glik (Benevento) – 37 meczów, 2 gole, 1 asysta, 3297 minut; Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa) – 37 meczów, 1 gol, 4 asysty, 3330 minut; Kamil Piątkowski (Raków Częstochowa) – 33 mecze, 3 gole, 4 asysty, 2970 minut; Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua) – 32 mecze, 1 gol, 2696 minut i Paweł Dawidowicz (Hellas Werona) – 32 mecze, 1957 minut.
Wśród pomocników najbardziej zapracowany w klubowym zespole był Piotr Zieliński (SSC Napoli), który rozegrał 47 meczów, strzelił 10 goli, zaliczył 13 asyst i spędził na boisku 3155 minut. Drugi w kolejności jest Kamil Jóźwiak (Derby County) – 45 meczów, 1 gol, 5 asyst, 3022 minuty, a trzeci Jakub Moder (pół sezonu w Lechu, a pół w Brighton & Hove) – 38 meczów, 4 gole, 3 asysty, 2783 minuty. Dalsze miejsca w zestawieniu zajmują: Mateusz Klich (Leeds United) – 35 meczów, 4 gole, 5 asyst, 2397 minut; Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa) – 35 meczów, 11 goli, 4 asysty, 3071 minut; Karol Linetty (AC Torino) – 30 meczów, 1 gol, 2029 minut; Kacper Kozłowski (Pogoń Szczecin) – 25 meczów, 3 gole, 4 asysty, 1496 minut; Przemysław Frankowski (Chicago Fire) – 6 meczów, 519 minut, ale MLS dopiero rozpoczęła sezon.
Wśród napastników prym wiedzie Robert Lewandowski, od którego co prawda więcej meczów ma na koncie Karol Świderski, ale w liczbie minut spędzonych na boisku i dokonaniach gwiazdor Bayernu Monachium bije innych graczy ofensywnych kadry na głowę. „Lewy” ma na koncie 40 meczów, 48 goli, 9 asyst i 3379 minut; wspomniany Świderski zagrał w 49 spotkaniach PAOK Saloniki, strzelił 11 goli, miał 8 asyst, ale na boisku przebywał przez 2442 minuty. Pozostali napastnicy zaliczyli taką samą liczbę spotkań: Jakub Świerczok (Piast Gliwice) – 28 meczów, 17 goli, 3 asysty, 2055 minut; Przemysław Płacheta (Norwich City) – 28 meczów, 1 gol, 2 asysty, 1117 minut; Dawid Kownacki (Fortuna Düsseldorf) – 28 meczów, 7 goli, 5 asyst, 1449 minut.
Jak widać trener Sousa ma pod swoją komendą całkiem niezłą grupę zawodników i trzeba wierzyć, że wie jak stworzyć z niej wysokiej klasy piłkarski zespół. My przestaliśmy wierzyć, że potrafi i że mu się uda, ale w innych krajach (może poza Anglią) aż tak źle biało-czerwonych się nie postrzega. Niedawno hiszpański dziennikarz Jose Alvarez Haya programie stacji telewizyjnej MEGA wyraził taki oto pogląd: „Jako rewelację Euro 2020 widzę Polskę i chociaż jest w jednej grupie z Hiszpanią, to uważam, że awansuje z pierwszego miejsca. I potem stać ja na dojście co najmniej do ćwierćfinału, co zważywszy na osiągnięcia tego zespołu w mistrzostwach Europy na pewno będzie rewelacją”.
Dla przypomnienia: nasza reprezentacja zacznie turniej w poniedziałek 14 czerwca w Petersburgu meczem ze Słowacją.