Sousa znów w Polsce

Nowy selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Paulo Sousa zastąpił Jerzego Brzęczka na tej posadzie 21 stycznia tego roku. Po pięciu tygodniach pracy zdalnej portugalski szkoleniowiec i jego sztab zjadą w końcu do Polski.

Paulo Sousa ma coraz mniej czasu na zestawienie kadry Polski. Pierwszy mecz w tym roku biało-czerwoni rozegrają już 25 marca na wyjeździe z Węgrami, trzy dni później u siebie zmierzą się z Andorą, a na koniec marcowej serii spotkań eliminacji MŚ 2022 zagrają ponownie na wyjeździe z faworytami grupy I Anglikami. W najbliższy piątek (5 marca) zgodnie portugalski szkoleniowiec ma ogłosić listę kadrowiczów. Być może tylko z klubów zagranicznych, ale niewykluczone, że ogłosi pełny skład kadry i zerwie z wcześniejszym zwyczajem dzielenia kadrowiczów na „krajowych” i „zagranicznych”. Tak czy owak dopiero wtedy poznamy jego pierwsze personalne wybory. Na razie wiemy jedynie tyle, że wybrał już pierwszego bramkarza kadry, chociaż nie podał jego nazwiska oraz że kapitanem zespołu i jego najważniejszym graczem pozostanie Robert Lewandowski, z którym Sousa zdążył się już spotkać osobiście.
Jeśli wierzyć pogłoskom, portugalski selekcjoner biało-czerwonych planuje w najbliższy wtorek osobiście obejrzeć mecz Pucharu Polski Lech Poznań z Rakowem Częstochowa. W zespole „Kolejorza” zapewne będzie uważnie przyglądał się piłkarzom, którymi interesował się już Jerzy Brzęczek, czyli Alanowi Czerwińskiemu, Tymoteuszowi Puchaczowi i Jakubowi Kamińskiemu, natomiast w ekipie z Częstochowy będzie przyglądał się uważnie Kamilowi Piątkowskiemu, który po transferze w zimowym oknie transferowym już jest graczem RB Salzburg, a w Rakowie występuje tylko do końca tego sezonu na zasadzie wypożyczenia. W środę Sousa ma z kolei gościć na pucharowym meczu Legii Warszawa z Piastem Gliwice. W warszawskiej drużynie na pewno będzie uważnie przyglądał się występowi Bartosza Kapustki, Mateusza Wieteski i być może Pawła Wszołka, zaś w ekipie gliwiczan Patryka Lipskiego i Jakuba Świerczoka.

W Legii liczy się Kapustka

W 18. kolejce dwa zespoły z Wisłą w nazwie przyczyniły się do zmiany na pozycji lidera ekstraklasy. Krakowska Wisła pokonała Pogoń 2:1, a płocka pozwoliła Legii na trening strzelecki i przegrała z nią 2:5, dzięki czemu warszawianie wrócili na pierwsze miejsce. Kiepskie serie przerwały zespoły Rakowa i Lecha, a Warta zakończyła długi marsz Piasta bez porażek.

Jednym z najważniejszych aktorów meczu Legii z Wisłą Płock był Bartosz Kapustka. 24-letni pomocnik trafił do stołecznego klubu 13 sierpnia ubiegłego roku po trzech sezonach poniewierki w angielskim Leicester City, która mocno wyhamowała jego świetnie zapowiadającą się po udanych występach w Euro 2016 karierę. W Leicester Kapustka nie przebił się do podstawowego składu, więc najpierw grał w zespole młodzieżowym, potem wypożyczono go do niemieckiego Freiburga, a potem do drugoligowego belgijskiego Oud-Heverlee Leuven. Dopiero w tym klubie zaczął więcej grać, ale gdy powoli zaczął wracać do dawnej formy, dzięki czemu stał się podstawowym graczem młodzieżowej reprezentacji Polski prowadzonej przez trenera Czesława Michniewicza, doznał poważnej kontuzji. Wtedy wielu futbolowych ekspertów postawiło na tym piłkarzu krzyżyk i jego nazwisko pojawiało się już tylko jako przykład zmarnowanej kariery przez przedwczesny lub nieprzemyślany transfer do zachodniego klubu.
Dlatego pojawienie się Kapustki w Legii uznano na początku jako kolejny transferowy bubel stołecznego klubu. Piłkarz miał jednak farta, bo niedługo po transferze właściciel Legii Dariusz Mioduski zwolnił trenera Aleksandara Vukovicia i zatrudnił Czesława Michniewicza. A ten szkoleniowiec akurat miał patent na Kapustkę i wiedział jak wykorzystać jego piłkarski potencjał na boisku. Zamiast powielać taktyczne pomysły Adama Nawałki, który w reprezentacji Polski przestawił Kapustkę na skrzydło pomocy, Michniewicz konsekwentnie wystawiał go w środku w roli rozgrywającego. Nawiasem mówiąc na tej pozycji grał też w drużynach młodzieżowych i tak naprawdę dopiero w trakcie i po Euro 2016 został przypisany na stałe jako skrzydłowy. To było jednak dla tego chłopaka przekleństwo, bo na tej pozycji nie sprostał oczekiwaniom nie tylko w Premier League, ale też Bundeslidze.
Michniewicz postawił na swoim i chociaż w kadrze Legii graczy na środek pomocy nie brakowało (Domagoj Antolić, Andre Martins, Walerian Gwilia, Bartosz Ślisz), to na tej pozycji właśnie Kapustka był przez niego regularnie wystawiany do gry. I w końcu zaczął spłacać trenerowi kredyt zaufania. Już w kilku wcześniejszych meczach zagrał bardzo dobrze, choćby przeciwko Lechowi Poznań. Ale w minioną sobotę w starciu z „Nafciarzami” wraz Luquinhasem grał pierwsze skrzypce w zespole Legii.
Olbrzymim atutem Kapustki jest jego wytrzymałość – w spotkaniu z płocczanami przebiegł ponad 10 km, wykonał 24 sprinty i aż 54 szybkie biegi. We wspomnianym meczu z Lechem przebiegł 12 km. Jeszcze więcej zanotował w spotkaniu z Piastem Gliwice, gdy pokonał 12,3 km. I choć są w naszej ekstraklasie od niego pod tym względem lepsi, potrafiący w meczu zaliczyć ponad 13 km, to mozna ich policzyć na palcach. A Kapustka ma jeszcze ten walor, że potrafi jeszcze biegać bardzo szybko – do niego należy rekord sezonu ustanowiony w spotkaniu z Cracovią, gdy zmierzono mu sprint z prędkością 34,77 km/h.
Trudno też zakwestionować jego umiejętności piłkarskie. Niewielu jest w naszej lidze zawodników tak często i chętnie jak on decydujących się na dryblingi. W meczu z Piastem miał takich indywidualnych akcji osiem, z czego pięć udanych. Piłkarz potrafiący okiwać rywali to w każdej drużynie czysty skarb, bo daje przewagę zarówno w grze kombinacyjnej, jak i w szybkich kontratakach. Michniewicz docenia te walory Kapustki i twardo stawia go nie tylko w roli podstawowego zawodnika swojej drużyny, ale również jej lidera i coraz głośniej poleca swojego ulubieńca nowemu selekcjonerowi reprezentacji Polski Paulo Sousie.
Z tym może być jednak problem, bo akurat w środku pomocy portugalski szkoleniowiec ma spory wybór (Grzegorz Krychowiak, Piotr Zieliński, Mateusz Klich, Karol Linetty, Jakub Moder, Sebastian Szymański i odradzający się w lidze greckiej Damian Szymański), a deficyt ma akurat na skrzydłach. Właśnie na naszych oczach wypada z kadry kolejny kluczowy gracz na tej pozycji, Kamil Grosicki, który definitywnie stracił miejsce w zespole West Bromwich Albion, ale z powodu swoich wygórowanych oczekiwań finansowych nie może znaleźć nowego pracodawcy. Jeśli wierzyć ostatnim rewelacjom w tej sprawie, to szefowie angielskiego klubu są ponoć skłonni zapłacić „Grosikowi” wszystkie pieniądze jakie należą mu się do końca wygasającego z końcem czerwca kontraktu, byleby odszedł już teraz. To zrodziło spekulacje, wedle których piłkarz ten jeszcze przed kończącym się w środę 24 lutego oknie transferowym w polskiej lidze ma podpisać kontrakt z Legią.
Stołeczny klub konsekwentnie dementuje jednak plotki o pozyskaniu Grosickiego. Z Łazienkowskiej dochodzą wieści, że owszem, były w tej sprawie wstępne rozmowy, lecz piłkarz postawił takie wygórowane warunki finansowe, że właściciel warszawskiego klubu szybko uciął temat. Dariusz Mioduski rzeczywiście realizuje teraz strategię polegającą na zatrudnianiu perspektywicznych piłkarzy, którzy na Łazienkowskiej mają się rozwinąć i zyskać na wartości, żeby następnie można ich było korzystnie transferować do innych klubów. Kapustka jest właśnie doskonałym przykładem takiego projektu. A teraz zamiast płacić setki tysięcy euro 33-letniemu Grosickiemu, „Wojskowi” woleli zatrudnić 24-letniego Uzbeka Jasura Jakszibojewa, 22-letniego Ukraińca Nazarija Rusyna i 19-letniego Albańczyka Ernesta Muciego.
Wracając zaś jeszcze do Grosickiego. Mimo słabego poziomu sportowego nasza ekstraklasa nie jest złym miejscem pracy dla piłkarzy, zwłaszcza takich, którym za granicą zwichnęły się kariery i szukają miejsca do odbudowania formy. Z takiej możliwości skorzystał nie tylko wspomniany już wcześniej Bartosz Kapustka, ale też wielu innych polskich piłkarzy, jak choćby Jakub Świerczok w Piaście, Jarosław Jach w Rakowie, Bartosz Salamon w Lechu czy przymierzający się do gry w Cracovii Jakub Kosecki.
W meczu Lecha ze Śląskiem ważyły się posady szkoleniowców w obu zespołach. Dariusza Żurawia uratował gol strzelony przez debiutującego w ekipie „Kolejorza” Arona Johannssona. Skromne jednobramkowe zwycięstwo przerwało najgorszą w XXI wieku serię ligowych niepowodzeń. Lechici nie potrafili wygrać meczu od 6 grudnia, notując przez ten czas w lidze trzy remisy i trzy porażki, przegraną w Lidze Europy z Glasgow Rangers 0:2 i wygrany dopiero po rzutach karnych mecz we Pucharze Polski z pierwszoligowym Radomiakiem. Trudno jednak stwierdzić czy poznańska drużyna ma już kryzys za sobą, bo Śląsk w tym roku też słabo przędzie i jeszcze nie wygrał meczu, notując w lidze dwa remisy i dwie porażki. Dramatu jeszcze nie ma, bo wrocławski zespół zajmuje w tabeli szóstą lokatę i ma tylko dwa punkty straty do czwartego Górnika, ale w mediach już pojawiły się plotki, że pozycja czeskiego trenera Vitezslava Lavicki jest mocno zagrożona, a jego następcą ma być Jerzy Brzęczek.
Co ciekawe, w drugim z dolnośląskich klubów, Zagłębiu Lubin, też zrobiło się nerwowo po słabym starcie w rundzie wiosennej, bo i tam szukają nowego trenera na miejsce Słowaka Martina Seveli. Te plotki nie muszą się potwierdzić, bo w tym sezonie szefowie klubów są zadziwiająco nieskorzy do zwalniania szkoleniowców, nawet jeśli sami podają się do dymisji (vide Michał Probierz w Cracovii).

Grosicki wyleci z kadry

Kamil Grosicki na razie wciąż jest zawodnikiem West Bromwich Albion, ale nie gra i nie ma już na to szans do końca wygasającego 30 czerwca kontraktu. Jeśli nie zmieni klubu, straci też miejsce w kadrze na Euro 2021.

Tak przynajmniej można wnosić z ostatnich publicznych wypowiedzi prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Sternik polskiego futbolu w wywiadzie dla „PS” stwierdził bez ogródek: „Kamil nie gra i to mnie smuci, bo w ten sposób oddala się od projektu kadra 2020/21. To jeden z symboli kadry w ostatnich sześciu-ośmiu latach. Zawsze można było na niego liczyć, zawsze był przydatny. Mam do niego słabość, czasem piszemy w mediach społecznościowych. Ale w reprezentacji muszą występować zawodnicy będący w formie i grający na co dzień” – przekonuje Boniek.
Grosicki w styczniu dwukrotnie zagrał od pierwszej minuty w Premier League, ale potem trener West Bromwich Sam Allardyce ponownie odesłał go na trybuny i w ostatnich pięciu meczach nie widział nawet w szerokiej kadrze meczowej. To zrodziło natychmiast falę spekulacji o rzekomo rychłym transferze „Grosika” do Legii lub Pogoni, ale oba kluby te rewelacje zdementowały.

Fabiański rzucił wyzwanie Szczęsnemu

West Ham United pokonał na swoim stadionie Sheffield United 3:0 w meczu 24. kolejki Premier League. W bramce zwycięskiego zespołu po raz 23. w tym sezonie zagrał Łukasz Fabiański i po raz siódmy zachował czyste konto. West Ham z dorobkiem 42 punktów zajmuje piąte miejsce, ale liczy się w walce o jedno z czterech miejsc premiowanych występami w Lidze Mistrzów.

Nowy selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa nie wyjawił jeszcze, którego z bramkarzy obdarzy zaufaniem i powierzy mu w kadrze rolę numeru 1. Zdradził jedynie, że wyboru już dokonał, ale ogłosi to publicznie dopiero podczas marcowego zgrupowania biało-czerwonych. Jeśli portugalski trener wybrał Wojciecha Szczęsnego, to teraz ma niezły ból głowy, bo West Ham United w Premier League w tym sezonie należy do ścisłej czołówki i pod tym względem praktycznie już nie odstaje od przeżywającego gorsze dni w Serie A Juventusu Turyn. A Fabiański regularnie zbiera nie gorsze recenzje za swoje występy od Szczęsnego.
W miniony poniedziałek ekipa „Młotów” rozbiła 3:0 Sheffield United. Pierwszego gola w 41. minucie strzelił z karnego Declan Rice, na 2:0 podwyższył w 58. minucie po rzucie rożnym środkowy obrońca Issa Diop, a wynik spotkania ustalił Ryan Fredericks, ale to Fabiańskiego w mediach wybrano na najlepszego piłkarza meczu. Nie bez powodu – obronił pięć groźnych strzałów, w tym uderzenie głową Davida McGoldricka z kilku metrów i po raz siódmy w tym sezonie zakończył występ z zerowym kontem strat. W swoich 23. występach (opuścił tylko jeden ligowy mecz – z Evertonem) udało mu się to siedmiokrotnie (z Wolverhampton, Southampton, Chelsea, dwukrotnie z Fulham, Burnley i teraz z Sheffield).
West Ham po 24 kolejkach zajmuje piąte miejsce z dorobkiem 42 punktów. Tyle samo punktów, ale lepszy bilans bramkowy ma czwarta w tabeli Chelsea Londyn, a to już jest miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów. Trzeci Leicester City ma 46 „oczek”, tyle samo co drugi Manchester United, zaś lider, Manchester City, prowadzi z dorobkiem 53 punktów i zapasem jednego rozegranego meczu mniej. Za plecami West Hamu ze stratą dwóch punktów plasuje się FC Liverpool.
A Juventus jak na razie jest w Serie A dopiero czwarty ze stratą ośmiu punktów do prowadzącego AC Milan, siedmiu do wicelidera Interu Mediolan i jednego punktu do trzeciej Romy. Ale ma do rozegrania zaległe spotkanie z Napoli.

Paulo Sousa już rozpoczął pracę z reprezentacją Polski

Zapoczątkowana jednoosobową decyzją prezesa PZPN Zbigniewa Bońka operacja zmiany selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski jak na razie przebiega sprawnie. Nieoczekiwana dymisja Jerzego Brzęczka nie wywołała w Polsce oburzenia i wygląda na to, że do marcowych meczów reprezentacji nic się pod tym względem raczej nie zmieni.

Paulo Sousa w drodze do Warszawy, gdzie zjawił się we wtorek w późnych godzinach wieczornych, zatrzymał się w Monachium. Nie robił z tego żadnej tajemnicy, wręcz przeciwnie, w mediach społecznościowych pochwalił się fotką z Robertem Lewandowskim, którą podpisał entuzjastycznie: „To przyjemność i wielkie wyzwanie, gdy kapitan naszej drużyny jest najlepszym zawodnikiem na świecie. Razem zawsze jesteśmy silniejsi. Razem zawsze zajdziemy dalej. Razem zawsze będziemy ZESPOŁEM. Zróbmy to razem!”. Kapitan biało-czerwonych jak na razie nie zrewanżował się podobnym postem, ale w niektórych mediach pojawiły się „nieoficjalne” informacje, że ponoć też był zadowolony z przebiegu rozmowy z nowym selekcjonerem. Warto w tym miejscu podkreślić, że „Lewy” jak dotąd nie zajął publicznie stanowiska odnośnie zmiany trenera kadry.
A wizyta Sousy w jakiś sposób potwierdza, że plotka sugerująca iż piłkarz roku 2020 na świecie po ostatnim zgrupowaniu kadry pod wodzą Brzęczka zasygnalizował prezesowi PZPN, że nie widzi żadnych szans na postęp w jej grze i w tej sytuacji woli zakończyć reprezentacyjną karierę, niż ryzykować straty wizerunkowe po kolejnym nieudanym występie biało-czerwonych na wielkim turnieju. Boniek zna się na futbolowym biznesie wystarczająco dobrze, żeby nie tylko przyznać „Lewemu” rację, ale też błyskawicznie ocenić, że jego rezygnacja byłaby niepowetowaną stratą sportową dla reprezentacji i marketingową dla PZPN. I całkiem niewykluczone, że mając do wyboru utrzymanie Brzęczka na posadzie z ryzykiem utraty Lewandowskiego i grubych milionów od sponsorów, po dokonaniu kalkulacji uznał, że nie ma w tej sytuacji wyboru i musi zmienić selekcjonera na takiego, którego nazwisko przynajmniej będzie obietnicą nowej jakości w grze biało-czerwonych. Reszta zdarzeń jakich byliśmy świadkami w ostatnich dwóch tygodniach może być tak na prawdę tylko działaniami mającymi skłonić Lewandowskiego do definitywnego porzucenia myśli od rezygnacji z dalszych występów w narodowych barwach.
Prace organizacyjne
Paulo Sousa został we wtorek odebrany z lotniska przez delegację z PZPN i odwieziony do hotelu, ale w środę od rana Portugalczyk nie miał chwili wytchnienia. W pierwszej kolejności odbył spotkanie z prezesem Bońkiem, poznał się też z jego najbliższymi współpracownikami, w tym z sekretarzem generalnym związku Maciejem Sawickim, który przez najbliższy rok będzie nadzorował lub realizował wszystkie finansowe potrzeby selekcjonera i jego sztabu. Ponoć znalazł też czas na rozmowę z wieloletnim szefem banku informacji w sztabie reprezentacji Polski Hubertem Małowiejskim i wszystko wskazuje, że dołączy go do swojego sztabu współpracowników, a także na pogawędkę z trenerami reprezentacji młodzieżowych Maciejem Stolarczykiem i Jackiem Magierą. Potem wziął też udział w sesji zdjęciowej i przymierzył garnitury, w których będzie zakładał jako szkoleniowiec biało-czerwonych, a także treningowy sprzęt Nike, sponsora reprezentacji Polski. Sousa ustalał też szczegóły marcowego zgrupowania przed meczami z Węgrami, Andorą i Anglią, podczas którego po raz pierwszy spotka się z wszystkimi powołanymi kadrowiczami „na żywo”.
W czwartek natomiast musiał zrobić coś, czego ponoć wręcz nie znosi, czy wziąć udział w konferencji prasowej. Nie mógł się jednak z tego wymigać, bo szefom PZPN bardzo zależy na utrzymaniu dobrych relacji w polskimi mediami. Konferencja odbyła się rzecz jasna w formule online, więc żadnemu z zadających pytania żurnalistów nic nie groziło ze strony portugalskiego szkoleniowca. A ma on w swoim trenerskim życiorysie atak na dziennikarza z elementami lekkiego podduszenia. Sousa zna kilka języków, oprócz rodzimego portugalskiego włada też angielskim, hiszpańskim, włoskim, francuskim i niemieckim, ale z polskimi dziennikarzami postanowił komunikować się po angielsku.
Kadra tylko dla zaangażowanych
Zgrzytów nie było, bo być jeszcze nie mogło. Portugalczyk gładkimi zdaniami zbywał każde kontrowersyjne pytanie, ale z sensem odpowiadał na te, na które na tym etapie pracy z polską kadrą mógł bez zobowiązań personalnych na przyszłość coś powiedzieć. Podkreślił, że już teraz ma rozeznania wśród polskich zawodników. „Większość kadrowiczów gra w Niemczech, Anglii i Włoszech, a te ligi śledzę od bardzo długiego czasu. Teraz będę się też przyglądał polskiej ekstraklasie i reprezentacji młodzieżowej. Każdy może dostać powołanie, ale będę oczekiwał odpowiedniego poziomu i zaangażowania. Takiego samego stuprocentowego zaangażowania wymagam od siebie, bo nie mógłbym wymagać od innych czegoś, czego sam nie będę robił. Na naszych barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność, bo koszulka w barwach narodowych wiąże się z reprezentowaniem całego narodu” – przypomniał polskim dziennikarzom, piłkarzom i działaczom PZPN portugalski selekcjoner reprezentacji Polski.
Do ojczyzny Sousa ma wrócić w piątek. Ustalił z prezesem Bońkiem, że ze względu na pandemię oraz fakt, iż większość spraw będzie mógł załatwić online oraz że praktycznie wszyscy potencjalni kadrowicze występują poza Polską, nie ma żadnej potrzeby żeby musiał mieszkać w trakcie obowiązywania kontraktu w naszym kraju, więc będzie, tak jak piłkarze, tylko przyjeżdżał na zgrupowania i mecze. To sensowne rozwiązanie i nie ma powodu z tego powodu kruszyć kopii.
Cudzoziemski sztab i Małowiejski
Paulo Sousa uznał, że na razie, poza Hubertem Małowiejskim, nie są mu potrzebni inni Polacy w sztabie. Prezes PZPN nie naciskał, bo sam ponoć uznał, że grupa współpracowników selekcjonera jest wystarczająco mocna i jeśli potrzebuje poszerzenia, to tuż przed turniejem Euro 2021 i tylko o analityków odpowiadających za rozpracowanie poszczególnych rywali. Paulo Sousa ma w swoim sztabie sześciu ludzi, wszyscy znający się na rzeczy, więc skoro twierdzą, że nie potrzebują od nas nikogo do pomocy, to my nie będziemy im narzucać swoich ludzi na siłę. Poza tym Sousa ma spojrzeć na naszą reprezentację świeżym okiem, zatem lepiej będzie jeśli nikt nie będzie mu mógł niczego choćby tylko sugerować czy podpowiadać.
Poprzedni zagraniczny selekcjoner biało-czerwonych, Holender Leo Beenhakker, pracował z liczną grupą Polaków – z Bogusławem Kaczmarkiem, Andrzejem Dawidziukiem, Adamem Nawałką, Dariuszem Dziekanowskim, Janem Urbanem, a nawet dyrektor techniczny kadry Jan de Zeeuw, chociaż z urodzenia Holender, to na stałe mieszkał w Polsce.
Wbrew pozorom nie było to wcale rozwiązanie specjalnie mniej kosztowne od przyjętego obecnie, ale o naszej ostatecznej ocenie zamiany Brzęczka na Sousę przesądzą wyniki, jakie reprezentacja osiągnie pod rządami Portugalczyka.

Droga zmiana trenera piłkarskiej reprezentacji Polski

Operacja wymiany selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzona przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka przebiegła bezproblemowo. Ale będzie to najdroższa zmiana szkoleniowca kadry w historii PZPN, bo wedle szacunkowych wyliczeń pochłonie tylko w tym roku około 15 mln złotych. Mamy jednak 2021 i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.

Chociaż Boniek decyzję o zmianie selekcjonera reprezentacji podjął jednoosobowo, Jerzy Brzęczek oddał posadę bez słowa protestu, podobnie postąpili członkowie jego sztabu: Tomasz Mazurkiewicz, Andrzej Woźniak, Leszek Dyja, Radosław Gilewicz, Michał Siwierski, Mateusz Łajczak i Damian Salwin. Finansowo nic na tym nie stracą, bo przecież pod koniec ubiegłego roku władze PZPN przedłużyły im wszystkim kontrakty do końca 2021 roku. Wedle niepotwierdzonych oficjalnie informacji Brzęczek miał w umowie wynagrodzenie w wysokości 160 tys. złotych brutto miesięcznie, a wynagrodzenia dla ludzi z jego sztabu kosztował naszą piłkarską federację pewnie drugie tyle. Tak więc szacunkowo licząc całej tej czeredce ludzi PZPN będzie musiał zapłacić do końca roku około czterech milionów złotych, bo raczej nie mieli w umowach zapisów o odszkodowaniu w przypadku zerwania umowy przez pracodawcę.
Portugalczyk Paulo Sousa (na zdjęciu) nie chciał pracować z żadnym z nich i wymusił zatrudnienie sześciu swoich współpracowników. Opłacenie tej grupy cudzoziemców będzie rekordowym wydatkiem w historii PZPN, ale mamy 2021 rok i nikogo już w Polsce taka rozrzutność nie bulwersuje.
Boniek rzecz jasna nie ujawnił zarobków Paulo Sousy, ale w PZPN utrzymywanie takich informacji w tajemnicy to norma obowiązująca chyba od zarania tej organizacji. Pan prezes na odczepnego rzucił tylko, że Portugalczyk będzie zarabiał nieznacznie więcej od Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner biało-czerwonych miał kontrakt gwarantujący mu rocznie 900 tys. euro. Trudno stwierdzić ile dla Bońka w przeliczeniu na pieniądze znaczy „nieznacznie”. Jeśli wierzyć krążącym w mediach plotkom, Paulo Sousa w swoim ostatnim miejscu pracy, czyli w klubie Girondins Bordeaux zarabiał trzy i pół miliona euro rocznie. Pomijając fakt, że portugalski szkoleniowiec został wywalony przez francuskich pracodawców i do dzisiaj ciągnie się za nim podejrzenie, że to dlatego iż nadużył swojego stanowiska czerpiąc dodatkowe dochody z transferów piłkarzy, to trzeba pamiętać, że od sierpnia ubiegłego roku pozostawał bezrobotny, a ponadto nigdy wcześniej nie prowadził żadnej drużyny narodowej, zatem nie bardzo miał argumenty żeby domagać się królewskich apanaży. Możemy jednak przyjąć, że jego agent wynegocjował mu kontrakt na poziomie 1,2 mln euro plus premie za wyniki. Portugalczyk nie chciał jednak pracować ze sztabem Brzęczka i wymusił zatrudnienie sześciu swoich ludzi. Dla kronikarskiego obowiązku wypada podać ich personalia. A zatem w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski co najmniej do zakończenia eliminacji mistrzostw świata 2022, czyli de facto do końca tego roku, pracować będą: w roli asystentów Sousy jego rodak Manuel Julio Cordeiro da Silva Pereira oraz Hiszpan Victor Manuel Sanchez Llado; w roli trenera bramkarzy Portugalczyk Paulo Jorge Fernandes Grilo; w roli trenerów przygotowania fizycznego Hiszpanie Lluis Sala Perez i Antonio Jose Gómez Diaz oraz w roli analityka Włoch Cosimo Cappagli.
Tych sześciu facetów na pewno będzie zarabiać znacznie więcej niż zarabiali współpracownicy Brzęczka, lekko licząc brutto przyjdzie im zapłaci w granicach jednego miliona euro. Zatem łącznie zatrudnienie Paulo Sousy i jego sztabu odchudzi kasę PZPN o jakieś 2,2 do 2,5 mln euro, bo przecież ta międzynarodowa grupa będzie musiała duo podróżować i gdzieś pomieszkiwać podczas pobytu w Polsce. Jeśli doliczymy do tego wynagrodzenie dla zwolnionej ekipy Jerzego Brzęczka, efekt „głębokich świątecznych przemyśleń” prezesa Bońka będzie słono kosztował Polski Związek Piłki Nożnej w 2021 roku. Z już i tak osłabionego ponoć mocno skutkami pandemii koronawirusa budżetu naszej federacji przez zmianę selekcjonera wycieknie prawie 15 mln złotych. Rzecz jasna nowy selekcjoner może ten wydatek zwrócić z nawiązką, wystarczy że wywalczy awans do przyszłorocznego mundialu w Katarze lub doprowadzi nasz zespół do strefy medalowej w turnieju Euro 2021. Strach jednak pomyśleć co ludzie pomyślą, jeśli Paulo Sousa i jego pomagierzy okażą się cieniasami…

Nowy trener, ale kadra ta sama

Podejmując jednoosobowo decyzję o zwolnieniu Jerzego Brzęczka z posady selekcjonera reprezentacji, prezes PZPN Zbigniew Boniek wziął też odpowiedzialność za konsekwencje tej decyzji. Należy o tym pamiętać, bo nowy selekcjoner Paulo Sousa chcąc nie chcąc będzie musiał oprzeć się na graczach, na których stawiał Brzęczek.

Jak wiadomo przed turniejem Euro 2021 nasza reprezentacja rozegra pięć meczów. W marcu czekają ją trzy niezwykle istotne spotkania eliminacyjne do mistrzostw świata 2022 w Katarze – z Węgrami, Andorą i Anglią, a potem jeszcze w czerwcu dwie towarzyskie potyczki z Rosją i Islandią. Nowy selekcjoner biało-czerwonych będzie zatem musiał weryfikować swoje personalne i taktyczne koncepcje w warunkach bojowych, praktycznie bez marginesu na pomyłki. Jeśli coś może zadziałać na jego korzyść, to chyba tylko to, że w odróżnieniu od Brzęczka nie będzie obciążony żadnymi zobowiązaniami wobec piłkarzy. To cenny atut dla kogoś, kto chce odnieść sukces na wielkim turnieju, bo może mieć w kadrze tylko tych graczy, których sam uzna za przydatnych i znajdujących się w najwyższej formie. Nie musi przy tym kierować się dawnymi zasługami graczy czy układami towarzyskimi w kadrze. To nie daje oczywiście gwarancji sukcesu, ale jak wieść niesie Paulo Sousa włada swobodnie pięcioma językami (angielskim, francuskim, hiszpańskim, włoskim i niemieckim), zatem nie powinien mieć problemów z precyzyjnym przekazaniem wybranym przez siebie piłkarzom swojej wizji gry, oczekiwań jakie zamierza im postawić i zasad współpracy, zanim zobaczy się z nimi na pierwszym zgrupowaniu kadry. Narzędzia internetowe do zdalnego komunikowania się stwarzają takie możliwości.
Co zostawił Brzęczek
W ośmiu meczach rozegranych przez reprezentację Polski w ubiegłym roku wystąpiło w sumie 30 zawodników: bramkarze – Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Łukasz Skorupski i Bartłomiej Drągowski; obrońcy – Kamil Glik, Jan Bednarek, Sebastian Walukiewicz, Paweł Bochniewicz, Tomasz Kędziora, Bartosz Bereszyński, Maciej Rybus, Arkadiusz Reca, Michał Karbownik, Rafał Pietrzak, Alan Czerwiński, Robert Gumny; pomocnicy – Piotr Zieliński, Grzegorz Krychowiak, Sebastian Szymański, Jacek Góralski, Jakub Moder, Kamil Jóźwiak, Przemysław Płacheta, Damian Kądzior, Mateusz Klich, Karol Linetty, Kamil Grosicki; napastnicy – Robert Lewandowski, Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik.
Biało-czerwoni odnieśli cztery zwycięstwa (dwa z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów oraz z Finlandią i Ukrainą w spotkaniach towarzyskich), wywalczyli jeden remis (z Włochami w Lidze Narodów) i doznali trzech porażek (dwa razy z Holandią i z Włochami w Lidze Narodów). Strzelili w tych meczach 13 goli i siedem stracili. Najskuteczniejszy w naszym zespole z czterema trafieniami był Kamil Grosicki, po dwie bramki zdobyli Robert Lewandowski i Krzysztof Piuątek, a po jednej Kamil Glik, Arkadiusz Milik, Karol Linetty, Jakub Moder i Kamil Jóźwiak. W asystach najlepszy był Robert Lewandowski, który na swoim koncie zapisał dwie, a po jednej dorzucili Arkadiusz Milik, Jakub Moder, Damian Kądzior, Michał Karbownik, Piotr Zieliński, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Kamil Jóźwiak i Mateusz Klich.
Jednym z poważniejszych zarzutów pod adresem Brzęczka było to, że chociaż do mistrzostw Europy było coraz mniej czasu, on nie wychodził z laboratorium i wciąż prowadził eksperymenty. W listopadowych meczach z Ukrainą i Włochami wystawił do gry w sumie aż 23 zawodników, a mimo to w ostatnim spotkaniu w Lidze Narodów z Holandią ponownie przemeblował poważnie skład. Te ciągłe roszady sprawiały, że po dwóch latach jego kadencji nie było jasne nawet to, który z bramkarzy jest w kadrze numerem 1.
Bałagan w formacjach
Na dobrą sprawę za pewniaków do gry w podstawowym składzie, poza rzecz jasna Lewandowskim, byli jeszcze tylko Glik i Bednarek, a w razie kontuzji któregoś z nich na pierwszego dublera wyrósł Sebastian Walukiewicz. Na tej pozycji są jeszcze do wykorzystania grający w lidze holenderskiej Paweł Bochniewicz i w angielskiej drugiej lidze Michał Helik. Na prawej flance Brzęczek stawiał na Tomasza Kędziorę lub Bartosza Bereszyńskiego, testował też jednak Roberta Gumnego i Alana Czerwińskiego, na lewej zaś chętnie stawiał na Arkadiusza Recę i niechętnie na Macieja Rybusa, ale dał też szasę na tej pozycji 19-letniemu Michałowi Karbownikowi i raz dał się pokazać Rafałowi Pietrzakowi.
Ale prawdziwy galimatias były już selekcjoner biało-czerwonych powodował w środkowej linii. Nie odważył się zachwiać pozycją najbardziej doświadczonego wśród pomocników Grzegorza Krychowiaka, chociaż w jesiennych meczach grał słabo i wyraźnie już nie nadążał za tempem akcji. Brzęczek nie potrafił jednak należycie wykorzystać Piotra Zielińskiego czy Damiana Kądziora oraz świetnie spisującego się w Premier League Mateusza Klicha, niepotrzebnie odsuwał na boczny tor Kamila Grosickiego, ale trzeba mu też oddać honor, że dał szansę młodym graczom – Jakubowi Moderowi, Kamilowi Jóźwiakowi, Sebastianowi Szymańskiemu i Przemysławowi Płachecie oraz że przezwyciężył swoją głęboką niechęć do Karola Linettego. W tej formacji mamy jednak znacznie więcej dobrych graczy, choćby wracającego do wielkie formy po kontuzji Krystiana Bielika czy świetnie rokującego na przyszłość 19-letniego Jakuba Kamińskiego z Lecha Poznań. A przecież powoli w Fortunie Duesseldorf odradza się po ciężkich przejściach 24-letni Dawid Kownacki, w Legii Warszawa 23-letni Bartosz Kapustka, a w tureckiej lidze 26-letni Radosław Murawski i 23-letni Konrad Michalak, zaś w amerykańskiej MLS 25-letni Przemysław Frankowski.
Nawet w ataku jest problem
Reprezentacja Polski w tym roku może poszczycić się tym, że ma w swoim składzie najlepszego piłkarza na świecie w 2020 roku. Ale Robert Lewandowski w pojedynkę nie wygra wszystkich meczów, a już na pewno nie tych z zespołami z najwyższej półki. W preferowanym przez Brzęczka ustawieniu 1-4-2-3-1 kapitan biało-czerwonych często nie ma wsparcia i marnuje tylko na boisku swój cenny czas. Drugie z preferowanych ustawień, 1-4-4-2 nie daje „Lewemu” więcej luzu, bo i tak jest zwykle pilnowany, lecz wtedy większe pole do popisu ma jego partner w ataku. Brzęczek w tej formacji dodawał „Lewemu” do towarzystwa Piątka i Milika, ale jego następca być może zwróci uwagę na brylującego w lidze greckiej 23-letniego Karola Świderskiego lub coraz śmielszego w Bundeslidze 19-letniego Bartosza Białka oraz błyszczącemu w amerykańskiej MLS 24-letniemu Adamowi Buksie.
Wątpliwe by Paulo Sousa w niespełna trzy miesiące wśród polskich piłkarzy znalazł innych kandydatów do gry w kadrze niż wyżej wymienieni. Musiał zatem uznać, że z tych graczy potrafi zmontować znacznie sprawniej działający piłkarski mechanizm. Może mu się rzecz jasna nie udać, ale wielkiego ryzyka nie ponosi, bo w razie niepowodzenia całe odium i tak spadnie na Bońka.