Zmarł Alojzy Jarguz – legendarny sędzia piłkarski

W wielkanocny poniedziałek w szpitalu w Olsztynie w wieku 85 lat zmarł Alojzy Jarguz, jeden z najsłynniejszych polskich sędziów piłkarskich, uczestnik mistrzostw świata 1978 w Argentynie oraz 1982 w Hiszpanii.

Jarguz do 1969 roku był zawodowym wojskowym, a potem przez 30 lat pracował jako kierownik ośrodka wypoczynkowego w Mikołajkach. Jako sędzia piłkarski prowadził w swojej karierze ponad 1200 meczów, w tym 250 w polskiej ekstraklasie, 18 spotkań reprezentacji narodowych i 25 w europejskich rozgrywkach klubowych. Na przełomie lat 70. i 80. XX wieku był uważany za najlepszego polskiego arbitra i jednego z najlepszych w Europie. Jego umiejętności zostały docenione przez FIFA i w 1978 roku Jarguz znalazł się w sędziowskiej obsadzie mistrzostw świata w Argentynie.

Podczas tego światowego czempionatu poprowadził jeden mecz jako arbiter główny, czym przeszedł do historii naszego futbolu, bo był pierwszym Polakiem który dostąpił takiego zaszczytu. Cztery lata później podczas mundialu w Hiszpanii także sędziował jedno spotkanie jako główny, a w dwóch jako liniowy, w tym w meczu otwarcia mistrzostw.

O jego śmierci jako pierwszy poinformował Warmińsko-Mazurski Związek Piłki Nożnej.

 

Lotto Ekstraklasa: Porozumienie w sprawie podziału pieniędzy

W środę w siedzibie spółki Ekstraklasa SA doszło do spotkania przedstawicieli wszystkich klubów. Rozmawiano o podziale pieniędzy i zmianie systemu rozgrywek.

Po burzliwej naradzie niejednogłośnie ustalono sposób podziału pieniędzy z rekordowych kontraktów mediowych i marketingowych. Od przyszłego sezonu w puli znajdzie się 225 milionów złotych, więc było się o co kłócić. „Dyskusja o podziale pieniędzy nigdy nie jest prosta. Ostateczne decyzje z jednej strony uwzględniają potrzebę wzmocnienia polskich klubów rywalizujących w europejskich pucharach, a z drugiej strony uwzględniono opinie klubów zajmujących niższe miejsca w tabeli. Istotnym elementem nowego podziału środków jest zwiększenie puli przeznaczanej na szkolenie młodzieży” – poinformował przewodniczący Rady Nadzorczej Ekstraklasy SA Karol Klimczak.

Do tej pory do czterech klubów reprezentujących ekstraklasę w europejskich pucharach trafiało łącznie 8,5 procent z puli. Dziś zwiększono tę kwotę do 14 procent, co oznacza 31 mln zł do podziału plus pieniądze z ogólnej puli przeznaczone dla wszystkich klubów w zależności od zajętych miejsc w ekstraklasie. Do tego dochodzi kwota stała, na którą składa się niemal połowa całej sumy, dzielona po równo między kluby oraz dola za tzw. ranking historyczny. „W ramach podziału uwzględniono także zwiększone środki na szkolenie młodzieży w wysokości ponad 17 milionów złotych. Składa się na to 12 milionów dzielonych po równo na wszystkie kluby oraz dodatkowo ok 5,6 mln złotych dofinansowania do systemu Pro-Junior System” – podano w oficjalnym komunikacie. Ustalono też wsparcie w wysokości 2,25 mln złotych dla drużyn, które spadną z ekstraklasy i utrzymano tzw. opłatę solidarnościową dla pozostałych klubów z dolnej ósemki tabeli. Przeznaczono na ten cel ponad milion złotych.

Znacznie większe rozbieżności wywołała dyskusja o zmianach w systemie rozgrywek. Obecny system, zwany ESA 37, jest mocno krytykowany, m. in. przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który optuje za ligą złożoną z 18 zespołów i rozgrywki w dwóch rundach bez podziału na grupy spadkową i mistrzowską. Za obecnym rozwiązaniem głosują jednak stacje telewizyjne, którym odpowiada i liczba meczów, a najbardziej wyrównany przebieg rywalizacji. Decyzję odłożono do jesiennych obrad.

 

Małe zamieszanie wokół VAR-u

W 30. kolejce wszystkie mecze ekstraklasy zostaną rozegrane w sobotę o jednej porze. Każdy z nich będzie miał jakąś stawkę, ale system VAR zostanie użyty tylko na czterech stadionach. Kibiców bulwersuje jednak wybór dokonany przez PZPN.

PZPN w miniony poniedziałek oficjalnie poinformował, że nie jest w stanie zapewnić systemu wideoweryfikacji VAR na wszystkich ośmiu stadionach, a tylko na czterech i podał, że VAR będzie obecny na meczach Arki Gdynia z Miedzią Legnica, Cracovii z Lechią Gdańsk, Legii Warszawa z Pogonią Szczecin i Zagłębia Sosnowiec z Wisłą Płock. Wybór ten wywołał spore oburzenie części mediów i kibiców. Zastanawiano się, dlaczego VAR nie zostanie użyty choćby w meczach Zagłębia Lubin z Wisłą Kraków i Lech Poznań z Jagiellonią, w których toczyć się będzie walka o miejsce w grupie mistrzowskiej.

Jak zawsze w takich gorących sytuacjach do akcji wkroczył osobiście prezes związku Zbigniew Boniek i za pośrednictwem Twittera wytłumaczył taki, a nie inny wybór. „Wybraliśmy mecze, które mogą decydować o mistrzostwie Polski i o spadku” – napisał prezes. A potem w kilku wypowiedziach dla zaprzyjaźnionych portali internetowych dodał w swoim stylu: „Cracovia – Lechia i Legia – Górnik to mecze drużyn rywalizujących o mistrzostwo Polski, zatem na nich wóz VAR będzie obecny. Podobnie jak na spotkaniach drużyn zagrożonych degradacją. Siłą rzeczy wsparcia VAR-u zabraknie na meczach drużyn rywalizujących o awans do czołowej ósemki. Przy całym szacunku, ale czy ktoś w Polsce wie, kto we Włoszech czy Niemczech bije się o miejsca 7-8?” –uzasadnił Boniek. Co ciekawe, rok temu w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego ekstraklasy PZPN podjął decyzję, żeby w ogóle zrezygnować z VAR-u, jeśli nie można użyć systemu we wszystkich meczach.

 

Wiślacy szukają jelenia

Wisła Kraków jest bankrutem i przez normalnie działający związek piłkarski klub powinien zostać zdegradowany karnie do ligi amatorskiej. Taki los spotkał we Włoszech AC Parmę, a w Szkocji Glasgow Rangers.

PZPN normalnym związkiem widocznie nie jest, skoro wbrew oczywistym faktom przez ostatnie dwa lata przyznawał Wiśle licencję na występy w Lotto Ekstraklasie. Gdy pod koniec ubiegłego roku wybuchła afera ze sprzedażą akcji międzynarodowym hochsztaplerom, związek zawiesił licencję pod pretekstem niemożności ustalenia, kto jest rzeczywistym właścicielem klubu. Tymczasem w mediach już huczało od wieści, że piłkarze nie otrzymywali wynagrodzeń od lipca, a krakowski klub jest zadłużony na ponad 40 mln złotych. Ludzie, którzy do tego doprowadzili, z prezes Marzeną Sarapatą na czele, złożyli rezygnację z funkcji i rozpłynęli się we mgle, ale jeszcze w ostatnich godzinach urzędowania potrafili bezkarnie ogołocić klubowe konto z ostatnich pieniędzy.

Złodzieje uciekli, a długi pozostały. Można zrozumieć intencje kilku zamożnych facetów, którzy dla przyszłych korzyści zdecydowali się zainwestować swoje oszczędności w udzielenie Wiśle pożyczki. Wiadomo, że jeśli „Biała Gwiazda” przetrwa, to za jakiś czas będą mogli te pieniądze odzyskać. Tylko że zebrane przez nich cztery miliony złotych nie starczyły nawet na wypłacenie zaległych wynagrodzeń dla wszystkich piłkarzy. Ale pozwoliły powstrzymać masowy exodus zawodników, z których kilku już odeszło, a reszta złożyła wezwania do zapłaty. I co najważniejsze, dało też pretekst do odwieszenia licencji, chociaż przecież dług Wisły z powodu tej operacji bynajmniej nie zmalał. Nadal przekracza 40 mln złotych, tyle że teraz cztery „bańki” z tej kwoty klub wisi tercetowi pożyczkodawców. Trwają więc poszukiwania jelenia, który to spłaci.

 

Biała Gwiazda gaśnie w oczach

Próba zmiany właścicielskiej w Wiśle Kraków zakończyła się skandalem. Prosta w sumie operacja biznesowa została przez jej uczestników zamieniona w żenującą farsę. Po dwóch tygodniach akcji „ratowania Wisły” ten zasłużony dla polskiego futbolu klub znów stoi na krawędzi przepaści, choć coraz więcej faktów wskazuje, że z tego miejsca nie ruszył się nawet na moment.

 

Przypomnijmy najważniejsze fakty. Gdy w listopadzie ub. roku stało się jasne, że zadłużona po uszy Wisła Kraków może nie dotrwać do końca rozgrywek, a już na pewno nie otrzyma licencji na kolejny sezon i zostanie zdegradowana do czwartej ligi, z ofertą przejęcia należących do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków akcji piłkarskiej spółki wystąpiła grupa krakowskich przedsiębiorców, którą zmontował właściciel sieci aptek „Słoneczna” Wojciech Kwiecień. Wraz z nim wolę ratowania zasłużonego klubu wyrazili jeszcze Wiesława Włodarskiego, właściciela koncernu spożywczego „FoodCare” oraz właściciele firm „Antrans” (spedycja) i „Dasta Invwest” (budownictwo).

Wystarczył jednak tylko pobieżny audyt żeby Kwiecień i spółka wycofali się z pomysłu przejęcia Wisły Kraków SSA. To wtedy do publicznej wiadomości przedostały się informacje, że nad „Białą Gwiazdą” ciąży wciąż powiększający się garb zadłużenia, który już wówczas przekraczał kwotę 40 mln złotych. Takiego ciężaru finansowego krakowscy biznesmeni udźwignąć nie byli w stanie.

 

Biała Gwiazda za symboliczne euro

Informując o końcu rozmów z koalicją stworzoną przez Wojciecha Kwietnia, prezes zarządu spółki Wisła SSA Marzena Sarapata ogłosiła zarazem, że są „kontynuowane rozmowy z innymi podmiotami zainteresowanymi przejęciem akcji klubu”. A w przededniu ostatniej w tym roku ligowej kolejki gruchnęła wieść, że władze klubu potajemnie podczas krótkiego wypadu do Zurychu sprzedały sto procent akcji piłkarskiej spółki Wisła SSA zagranicznym funduszom inwestycyjnym. Fakt ten ujawnił prezydenta Krakowa Jacek Majchrowski w wywiadzie udzielonym oficjalnemu profilowi miejskiemu na Facebooku. Powiedział w nim m.in. „Z tego, co wiem, podpisano umowę z funduszem inwestycyjnym, za którym, jak się dowiedziałem, stoją kambodżańscy inwestorzy. Ten fundusz specjalizuje się w restrukturyzacji przedsiębiorstw”.

I tak pan prezydent, zapewne w dobrej wierze, uwiarygodnił działania międzynarodowej grupki spekulantów ukrytych pod nieźle brzmiącymi nazwami zarejestrowanej w Wielkiej Brytanii spółki Noble Capital Partners Ltd i zarejestrowanego w Luksemburgu funduszu inwestycyjnego Alalega SARL. Krótkotrwałą sławę zdobyło trzech przedstawicieli tych podmiotów – mieszkający na stałe w Berlinie Polak Adam Pietrowski, działający na Wyspach Brytyjskich Szwed Mats Hartling i posiadający francuskie obywatelstwo Kambodżanin Vanna Ly.

Władze TS  Wisła, nawiasem mówiąc te same, co Wisły SSA, potwierdziły ten fakt w lakonicznym w treści komunikacie: „We wtorek 18 grudnia doszło do spotkania przedstawicieli Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków z luksembursko-brytyjskim konsorcjum funduszy inwestycyjnych, podczas którego podpisano warunkową umowę sprzedaży 100 procent akcji Wisły Kraków SA. Szczegóły umowy są objęte ścisłą klauzulą poufności”.

Podano jedynie, że akcje klubu oddano za symboliczne euro, ale nowi właściciele wzięli na siebie spłatę całego zadłużenia oraz podjęli zobowiązanie zainwestowania w ciągu roku w Wisłę 130 milionów złotych.

W polskich mediach natychmiast zaroiło się od coraz bardziej bulwersujących wieści o nowych właścicielach „Białej Gwiazdy”. Z dostępnych informacji wynikało bowiem, że w 2017 roku aktywa Noble Capital Partners Ltd były wycenione na 338 tys. funtów, a nie jest to kapitał, który pozwoliłby na spłatę nawet tzw. długu licencyjnego Wisły szacowanego na 12,2 mln złotych. Pietrowski, który aktywnie udzielał się w mediach, tłumaczył jednak, że głównym inwestorem jest tajemniczy Vanna Ly i należące do niego konsorcjum inwestycyjne Alallega. I wciskał dziennikarzom opowieści, że główny inwestor jest członkiem kambodżańskiej rodziny królewskiej, że chciał kupić włoską Genoę, turecki Fenerbahce, portugalską Vitorię Guimaraes, że ma udziały w Chelsea Londyn.

 

Niepoważny Vanny Ly

Tymczasem po dokładniejszym zbadaniu okazało się, że Alalega, poprzez którą Ly został współwłaścicielem Wisły SA, istnieje od 2013 roku, ale do niego należy dopiero od 2017 roku. Nie zatrudnia żadnego pracownika, a od wielu miesięcy nie ma nawet stałej siedziby. Mimo tych hiobowych wieści kibice Wisły z nadzieją czekali na zapowiedzianą na piątek 21 grudnia wizytę tercetu nowych właścicieli na Reymonta. Wyobraźnię fanów „Białej Gwiazdy” pobudzały kolportowane plotki, że zgodnie z umową do 28 grudnia maja oni przelać na klubowe konto 12,2 mln złotych na spłatę długu licencyjnego, do końca lutego spłacić resztę 40-milionowego zadłużenia, zaś do końca roku zainwestować w klub kolejne 130 milionów złotych.

Warunkiem uprawomocnienia się zmiany właścicielskiej był jednak wymóg zapłacenia do 28 grudnia nieszczęsnego długu licencyjnego, bo z owych 12,2 mln złotych klub miał zapłacić zaległe wynagrodzenia piłkarzom i trenerom, co powstrzymałoby ich od zerwania umów i zapobiegło nieuchronnemu rozpadowi dobrze funkcjonującego w rozgrywkach zespołu.

Ustalony termin minął, a na koncie Wisły Kraków obiecane miliony się nie pojawiły. Prezes Sarapata złożyła rezygnację funkcji prezesa klubu, ale na odchodnym jeszcze wyczyściła konto z pieniędzy, tych 700 tysięcy złotych, które Wisła zarobiła ze sprzedaży biletów za ostatni w tym roku ligowy mecz, z Lechem Poznań, na który przybyło ponad 22 tysiące widzów. Zadbała jednak głównie o siebie i współpracującą z klubem firmę męża, ale chociaż swoim postępkiem wzburzyła krew w fanach „Białej Gwiazdy”, jej rujnująca Wisłę dwuletnia działalność prawdopodobnie ujdzie jej na sucho. Nie pierwszy to przecież taki przypadek w polskim futbolu i na pewno nie ostatni. Pojawiła się jednak szansa wymierzenia sprawiedliwości nieuczciwym działaczom, bo sprawą zainteresowała się polskie organy wymiaru sprawiedliwości.

 

Koniec farsy czy początek końca?

W środę 2 stycznia działacze Wisły Kraków w końcu przerwali farsę i ogłosili, że transakcja sprzedaży akcji została anulowana, co oznacza, że ponownie sto procent akcji piłkarskiej spółki należy do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków. Jego zarząd wydał oświadczenie: „W środę 2 stycznia 2019 roku unieważniono umowę przejęcia Wisły Kraków SA przez Panów Vanna Ly i Matsa Hartlinga. Oznacza to, że prawnie jedynym akcjonariuszem piłkarskiej spółki jest Towarzystwo Sportowe Wisła Kraków. Jednoczenie informujemy, że na stanowisko Prezesa Zarządu Wisły Kraków SA powołano Tadeusza Czerwińskiego, który od dziś będzie pełnił rolę sternika klubu” –napisano. Ostatecznie jednak Czerwiński nie przyjął funkcji prezesa Wisły SSA zasłaniając się złym stanem zdrowia.

Tymczasem uaktywnili się dwaj wspólnicy Vanna Ly – Mats Hartling i Adam Pietrowski. Na razie wypowiedział si co prawda tylko ostatni z wymienionych, Pietrowski, którego Ly i Hartling mianowali pod koniec grudnia p.o. prezesa Wisły. On w oświadczeniu skierowanym do polskich mediów wyraził głębokie oburzenie ostatnimi decyzjami TS Wisła: „Na jakiej podstawie puszcza się taki komunikat? Przecież prima aprilis mamy w kwietniu. To jest w pełni nielegalne. Są stosowne klauzule w umowie. Przecież w środę działacze TS Wisła wysłali do pana Hartlinga e-maila, że chcą jak najszybciej podpisać nową umowę z nami, tylko już bez pana Vanna Ly. Dlatego jestem zdziwiony, gdy kilka godzin później czytam komunikat, że jest nowy prezes i TS ma ma na powrót sto procent akcji klubu. To nieprawda, to jest fejk, to jest nielegalne. Nie wiem, jakich oni mają prawników. Pan Hartling się z tego śmieje i powiedział, że wszystkie klauzule w umowie zostały złamane”.
Pietrowski dał tym samym do zrozumienia, że on i jego szwedzki wspólnik nadal uważają się za właścicieli Wisły, co w praktyce jeszcze bardziej skomplikuje już i tak niemiłosiernie zagmatwaną sytuację prawną krakowskiego klubu.
Do rozgrywki włączył się w końcu PZPN. Do Komisji Licencyjnej został przesłany wniosek o wszczęcie postępowania w sprawie Wisły Kraków, o czym na Twitterze poinformował dyrektor Departamentu Rozgrywek Krajowych PZPN Łukasz Wachowski. Wszczęcie procedury zakończy się prawdopodobnie zawieszeniem licencji na występy w ekstraklasie. Zwłaszcza że gniewnie odezwał się w tej kwestii prezes związku Zbigniew Boniek, pisząc na Twitterze: „Zamiast sygnałów na razie same kłamstwa. Dosyć tego”.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. W czwartek 3 stycznia Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN postanowiła zawiesić Wiśle Kraków licencję „ze względu na niejasną sytuację prawną klubu oraz w związku z licznymi naruszeniami postanowień Podręcznika Licencyjnego”. Jeśli licencja nie zostanie odwieszona przed wznowieniem rozgrywek, wówczas zespół Wisły zostanie usunięty z ligi.

Po tej decyzji piłkarze, którzy wciąż nie otrzymali wynagrodzeń za ostatnie pół roku i dług spółki wobec nich wynosi już z tego tytułu ponad sześć milionów złotych, zaczną zapewne hurtowo składać wezwania do zapłaty, a po dwóch tygodniach wystąpią o rozwiązanie kontraktów z winy klubu. I to będzie gwóźdź do wiślackiej trumny, która w 2019 roku zapewne na długi czas wyląduje na dalekich peryferiach polskiego futbolu.

 

To był najgorszy rok od 18 lat

Fot. Z polskich piłkarzy największą cenę za nieudany występ na mundialu zapłacił Robert Lewandowski

 

 

W 2018 roku biało-czerwony balonik pękł z wielkim hukiem – najpierw nasza narodowa drużyna pod wodzą Adama Nawałki skompromitowała się na mundialu, a potem pod rządami Jerzego Brzęczka nie wygrała żadnego z sześciu rozegranych meczów, spadając w rankingu FIFA na 21. miejsce.

 

W rankingu FIFA z 18 stycznia 2018 roku reprezentacja Polski zajmowała siódmą lokatę, wyprzedzając m.in. późniejszych mistrzów świata Francuzów i wicemistrzów świata Chorwatów. W Polsce panowała napędzana przez media euforia, której nie zdołały przytłumić nawet słabe występy biało-czerwonych w marcowych meczach towarzyskich. Porażkę z Nigerią 0:1 zrównoważyła wygrana z Koreą Południową 3:2, ale w obu spotkaniach nasz zespół zagrał fatalnie. Trener Nawałka uspokajał jednak fanów, że drużyna potrzebuje więcej czasu na opanowanie ustawienia systemem 1-3-5-2 robi, ale robi szybkie postępy i niebawem będzie w tym elemencie groźna dla każdego rywala. Czerwcowe sparingi z Chile (2:2) i Litwą (4:0) także nie zapowiadały mundialowej klęski, chociaż do stylu gry zespołu wciąż zgłaszano mnóstwo zastrzeżeń.

W przededniu wyjazdu do Rosji kontuzji barku doznał Kamil Glik i chyba to był kluczowy moment w dramacie, w jaki zamienił się występ biało-czerwonych w mistrzostwach świata. W spotkaniu z Senegalem Nawałka nagle wycofał się w ćwiczonego wcześniej ustawienia 3-5-2 i wrócił do starego schematu 4-4-2. Rywale bezlitośnie wykorzystali powstały bałagan w szeregach polskiej drużyny.

W tym momencie kolejny mecz z Kolumbią nabrał rangi „spotkania o wszystko”, ale pogubiony już wyraźnie w swoich kadrowych decyzjach Nawałka w tym najważniejszym meczu w roku wystawił do gry m.in. Jacka Góralskiego i Dawida Kownackiego, którzy wcześniej nie grali w meczach o punkty, a na ławce posadził Kamila Grosickiego, ale gdy nasz zespół potrzebował pilnie wzmocnienia linii ataku, selekcjoner zmienił… Michała Pazdana i w jego miejsce posłał na boisko rekonwalescenta Kamila Glika.

O żenującej potyczce z Japonią lepiej nie wspominać, bo chociaż biało-czerwoni ją wygrali, to swoim zachowaniem w końcówce na spółkę z Japończykami stali się pośmiewiskiem kibiców. Nasz zespół w niesławie wrócił do kraju na tarczy, a piłkarze w krótkim czasie zaliczyli bolesny upadek z piedestału.

Straty wizerunkowe ponieśli wszyscy – trener Nawałka, jego pryncypał Zbigniew Boniek a wraz z nimi cały PZPN. Stracili też rzecz jasna kadrowicze, lecz bez wątpienia najwięcej stracił najlepszy z nich, Robert Lewandowski. Nie ulega wątpliwości, że to głównie przez słaby występ biało-czerwonych na rosyjskim mundialu „Lewy” doznał upokarzających degradacji w najważniejszych plebiscytach organizowanych przez FIFA, UEFA i „France Football”.

 

To nie była dobra zmiana

Trener Nawałka nie utrzymał posady i w sierpniu został zastąpiony przez Jerzego Brzęczka. Nie była to jednak dobra zmiana. Pod wodzą nowego selekcjonera reprezentacja rozegrała sześć meczów. Trzy porażki i trzy remisy to bilans Brzęczka, który na dodatek zaliczył też spadek z Dywizji A Ligi Narodów. Nic dziwnego, że stracił zaufanie kibiców, także za to, że wbrew zasadom powoływał na zgrupowania kadry niegrającego w VfL Wolfsburg siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego. W mediach krytykowano go też za forowanie w kadrze zawodników, których znał z pracy w zespołach klubowych – Damiana Szymańskiego, Adama Dźwigałę i Arkadiusz Reca w Wiśle Płock, Rafała Pietrzaka w GKS Katowice. Żaden z nich nie potwierdził reprezentacyjnych kwalifikacji.

Ani Nawałka ani Brzęczek nie odważyli się na „odstrzelenie” graczy stanowiących od lat trzon reprezentacji – Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka, Piotra Zielińskiego, Kamila Glika, Jakuba Błaszczykowskiego, Kamila Grosickiego, Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego czy… Jana Bednarka. Ten młody środkowy obrońca w 2018 roku rozegrał 847 minut, podczas gdy w klubowej drużynie Southamptonu 1126, z czego w Premier League 778. Krychowiak w reprezentacji zaliczył 960 minut, Zieliński 948 minut, Lewandowski 862 minuty. Za tą czwórką graczy jest próżnia, za którą wyłania się grupa zawodników z gorszymi wynikami – Grosicki miał przerwy z powodu perturbacji w klubie, Glik pauzował sporo przez kontuzję, a bramkarze Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański musieli dzielić się występami – pierwszy zaliczył 585 minut, drugi 405. Na absencjach kluczowych graczy skorzystali m.in. Bartosz Bereszyński (piąty pod względem rozegranych minut), Jacek Góralski (dziesiąty), czy Rafał Kurzawa (piętnasty).

Najmniej minut w reprezentacji zaliczyli Bartosz Białkowski (45), Rafał Pietrzak (27), Jakub Świerczok (23) i Sławomir Peszko (10). Tak przy okazji, te 10 minut Peszko zaliczył na mundialu, bo we wcześniejszych meczach sparingowych Nawałka nie skorzystał z jego usług ani razu. To jedyny gracz, który grając o punkty jednocześnie nie zaliczył ani minuty w sparingu. Odwrotnie niż Marcin Kamiński, który zaliczył najwięcej minut w spotkaniach sparingowych (270), ale ani jednej w spotkaniu o punkty. Ten dziwaczny sposób selekcji stosuje niestety także Brzęczek, który nie wygrał sześciu spotkań z rzędu i jest bliski dogonienia pod tym względem rekordzisty Jerzego Engela. W 2000 roku nasze reprezentacja pod wodzą tego selekcjonera nie wygrał siedmiu meczów z rzędu: zaczęła od porażek z Hiszpanią 0:3 i Francją 0:1, potem były bezbramkowe remisy z Węgrami i Finlandią oraz porażka z Holandią (1:3) oraz remis z Rumunią (1:1) tuż przed rozpoczęciem eliminacji MŚ 2002.

 

Brzęczek goni rekord Engela

Mimo fatalnego startu Engel utrzymał posadę i doczekał przełomu w pamiętnym spotkaniu z Ukrainą w Kijowie, wygranym przez biało-czerwonych 3:1, po którym nasz zespół rozpoczął marsz po pierwszy od 1986 roku awans na mundial. Ale w 2000 roku z 10 meczów pod jego komendą reprezentacja Polski wygrała tylko trzy, cztery zremisowała i trzy przegrała. Tak słaby wynik pod względem wygranych spotkań powtórzyły dopiero 18 lat później ekipy prowadzone przez Nawałkę i Brzęczka.
Obaj wspólnie zapracowali na ten bilans, ale wszystkie trzy zwycięstwa wywalczył Nawałka – z Koreą Południową (3:2), Litwą (4:0) i Japonią (1:0). Brzęczek jeszcze nie poznał smaku wygranej i jeśli będzie miał dalej taki niefart, już wiosną może wyrównać niechlubny rekord Engela siedmiu spotkań bez wygranej.

 

Ile grali kadrowicze w 2018 roku:

1. Grzegorz Krychowiak – 960 minut (w tym 540 minut w meczach o punkty); 2. Piotr Zieliński – 948 (595); 3. Robert Lewandowski – 862 (540); 4. Jan Bednarek – 847 (585); 5. Bartosz Bereszyński – 673 (485); 6. Kamil Grosicki – 598 (363); 7. Kamil Glik – 588 (370); 8. Wojciech Szczęsny – 585 (360); 9. Arkadiusz Milik – 537 (253); 10. Jacek Góralski – 470 (285); 11. Maciej Rybus – 416 (180); 12. Jakub Błaszczykowski – 415 (197); 13. Łukasz Fabiański – 405 (270); 14. Michał Pazdan – 387 (170); 15. Rafał Kurzawa – 375 (234); 16. Thiago Cionek – 360 (180); 17. Łukasz Piszczek – 353 (173); 18. Artur Jędrzejczyk – 343 (183); 19. Tomasz Kędziora – 342 (135); 20. Mateusz Klich – 312 (193); 21. Marcin Kamiński – 270 (0); 22. Arkadiusz Reca – 250 (177); 23. Przemysław Frankowski – 248 (90); 24. Dawid Kownacki – 232 (74); 25. Karol Linetty – 222 (69); 26. Krzysztof Piątek – 151 (90); 27. Łukasz Skorupski – 135 (0); 28. Łukasz Teodorczyk – 132 (27); 29. Damian Szymański – 98 (81); 30. Krzysztof Mączyński – 90 (0); 31. Damian Kądzior – 77 (11); 32. Taras Romanczuk – 61 (0); 33. Bartosz Białkowski – 45 (0); 34. Rafał Pietrzak – 27 (10); 35. Jakub Świerczok – 23 (0); 36. Sławomir Peszko – 10 (10).

 

Lotto Ekstraklasa dopiero 25. ligą w Europie

Fot. Legia Warszawa w 19. kolejce pokonała Piasta Gliwice 2:0

 

 

Słabe wyniki polskich drużyn w europejskich pucharach osłabiły pozycję Lotto Ekstraklasy w rankingu UEFA. W najnowszym zestawieniu została sklasyfikowana na 25. miejscu i od sezonu 2020/2021 nasze zespoły będą zaczynały eliminacje już od I rundy.

 

Ligowy ranking UEFA służy do rozdziału miejsc w europejskich pucharowych rozgrywkach. Kluby z lig krajowych zajmujących sklasyfikowane na miejscach 1-4 maja prawo do wystawiania czterech zespołów w Lidze Mistrzów i trzech w Lidze Europy. Ligi zajmujące pozycje 5-6 w rankingu dostają po trzy miejsca w LM i LE, a zajmujące lokaty od siódmej do piętnastej po dwie drużyny w Lidze Mistrzów i trzy w Lidze Europy. Pozostałe ligi krajowe, z wyjątkiem wyjątkiem Andory, Gibraltaru, Liechtensteinu, Kosowa i San Marino i Kosowa mogą wystawić po jednym zespole w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i po trzy w Lidze Europy.

 

Kto przegrywa, ten spada

Przed obecnym sezonem nasza ekstraklasa zajmowała w ligowym rankingu UEFA 21. lokatę, ale po katastrofalnym występie Legii Warszawa w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i równie beznadziejnym występie tego zespołu z kwalifikacjach Ligi Europy (legioniści przegrali rywalizację o awans do fazy grupowej z luksemburskim zespołem F91 Dudelange) oraz słabiutkich występach trzech pozostałych polskich zespołów w kwalifikacjach Ligi Europy (Górnik Zabrze odpadł w II rundzie ze Słowackim AS Trencin, a w III rundzie Jagiellonia Białystok z KAA Gent, zaś Lech Poznań z KRC Genk) Lotto Ekstraklasa spadła w klasyfikacji o cztery pozycje. To najgorszy wynik od 2010 roku, kiedy to nasza liga była klasyfikowana na 26. miejscu. 25. miejsce w rankingu sprawi, że od sezonu 2020/2021 wszystkie polskie drużyny będą musiały rozpoczynać rywalizację w obu pucharowych rozgrywkach już od pierwszej rundy.

Przywilej przystąpienia do gry dopiero od II rundy straci zdobywca Pucharu Polski. Przejmie go zespół z Kazachstanu, bo liga tego kraju wyprzedzi w rankingu naszą ekstraklasę. Teraz obie mają 19.250 pkt, ale Kazachstan był znacznie lepszy w tym sezonie (zdobył 4.250 pkt, a Lotto Ekstraklasa tylko 2.250). W tym sezonie nasza najwyższa klasa rozgrywkowa w europejskim rankingu zajęła dopiero 35. miejsce. Lepsze od niej okazały się ligi z Kosowa (jej dwa zespoły zdobyły średnio 2.5 pkt), Litwy (2.625 pkt) i Luksemburga (2.625 pkt). Jeśli nasze klubowe zespoły nie zaczną już od przyszłego sezonu lepiej radzić sobie w pucharowej rywalizacji, zjadą w rankingu jeszcze dotkliwiej. W kolejnych notowaniach odpadną jej wyniki z sezonów 2014/2015 i 2015/2016, które były całkiem niezłe, bo polskie drużyny zdobywały w nich odpowiednio 4.750 i 5.500 pkt. A to oznacza w 2020 roku spadek na 27. miejsce, a w 2021 na 30.

 

Przyszłość w czarnych barwach

Pozycja Lotto Ekstraklasy w najbliższych latach rysuje się w czarnych barwach, bo drużyny z lig z którymi ściga się w rankingu, lepiej sobie radzą. Czesi mają jeszcze dwie drużyny w Lidze Europy (Viktorię Pilzno i Slavię Praga), dzięki czemu mogą wyprzedzić Szwajcarię lub Danię i wywalczyć dwa miejsca w eliminacjach Ligi Mistrzów (gwarantuje to 15. miejsce w rankingu). Taki sam cel stawiają sobie Chorwaci, znajdujący się ledwie 0,5 pkt za Czechami. Naszej ekstraklasie mogą też uciec Szkocja, Białoruś i Szwecja, bo zespoły z tych lig nadal grają w LE (Celtic Glasgow, BATE Borisow i Malmoe). W świetle powyższych wyliczeń aż trudno uwierzyć, że Lotto Ekstraklasa, chociaż jest tak nisko notowana w Europie, właśnie wydębiła od telewizyjnych nadawców, w tym Telewizji Polskiej, dwuletni kontrakt na sprzedaż praw medialnych za pół miliarda złotych. W porównaniu z kwotami, które otrzymuje na podstawie obecnie obowiązującej umowy, jest to niczym nieuzasadniona podwyżka aż o 200 milionów złotych.

 

PZPN mobilizuje ekstraklasę

Polski Związek Piłki Nożnej niedawno narzucił klubom Lotto Ekstraklasy obowiązek wystawiania w meczach ligowych co najmniej jednego młodzieżowca w podstawowym składzie. Przepis ten zacznie obowiązywać o sezonu 2019/2020. Zmiana nie podoba się klubowym działaczom, sporo zastrzeżeń zgłaszają też pod jej adresem różnej maści eksperci. Ale jej gorącym orędownikiem jest prezes PZPN Zbigniew Boniek, co de facto oznacza, że dopóki on będzie stał na czele związku, to kluby będą musiały utrzymywać w kadrach swoich zespołów zawodników do lat 21. Boniek stwierdził wprost: „Musimy coś zmienić, bo inaczej umrzemy. Nasza liga jest bardzo słaba. Przepis o obowiązku wystawiania młodych zawodników na pewno nie wpłynie negatywnie na jakość rozgrywek. Jeśli ktoś kwestionuje sens tego przepisu i twierdzi, że na jego mocy młodzi piłkarze będą dostawali miejsce w zespołach klubowych praktycznie za darmo, to wygłasza absurdy. Żaden polski zawodnik w ekstraklasy nie dostaje nic za darmo. Ten zarzut pasuje natomiast do wielu obcokrajowców występujących w polskiej lidze. Wystarczy zobaczyć jak grają” – twardo stawia sprawę sternik polskiego futbolu.

 

19. kolejka Lotto Ekstraklasy

Wyniki piątkowych i sobotnich meczów: Legia Warszawa – Piast Gliwice 2:0, Jagiellonia Białystok – Zagłębie Lubin 0:4, Wisła Płock – Wisła Kraków, Górnik Zabrze – Arka Gdynia 1:1, Cracovia – Pogoń Szczecin 2:1. Niedzielne spotkania Zagłębia Sosnowiec z Lechem Poznań i Śląska Wrocław z Koroną Kielce zakończyły się po zamknięciu wydania. Mecz Miedzi Legnica z Lechią Gdańsk w poniedziałek.

 

Lotto Ekstraklasa: Kontrakt mocno przepłacony

Fot. Nasza piłkarska ekstraklasa oprawą dorównuje najlepszym ligom w Europie, ale poziomem sportowym od nich odstaje

 

 

Zarządzająca rozgrywkami piłkarskimi w najwyższej klasie rozgrywkowej spółka Ekstraklasa SA odniosła sukces – podpisała dwuletni kontrakt z nC+ i Telewizją Polską o wartości pół miliarda złotych. Umowa zacznie obowiązywać od sezonu 2019-2020.

 

Obecny kontrakt na prawa telewizyjne do pokazywania meczów naszej piłkarskiej ekstraklasy wygasa z końcem obecnego sezonu. Umowa obowiązuje od edycji rozgrywek 2015-2016 i na jej podstawie sześć meczów w każdej kolejce ligowej pokazywane jest na żywo w kanałach nC+, natomiast dwa (pierwszy piątkowy oraz poniedziałkowy) – w Eurosporcie. Prawo do transmisji dwóch wybranych spotkań w sezonie ma również TVP. Łączna wartość tego czteroletniego kontraktu wynosi około 600 mln złotych, co oznacza, że za każdy sezon na konto spółki Ekstraklasa SA nadawcy przekazują około 150 mln złotych. Zważywszy na żenujące wyniki polskich zespołów uzyskiwane w europejskich pucharach w tym okresie oraz na ogólny regres jaki panuje ostatnio na rynku praw telewizyjnych w Europie, nowy dwuletni kontrakt został przez nabywców przepłacony. Platforma nC+ na spółkę z TVP zgodziły się płacić Ekstraklasie SA około 250 mln złotych za sezon, co potwierdził prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki. „Wartość dwuletniego kontraktu opiewa na pół miliarda złotych, co oznacza, że jest to najwyższy kontrakt medialny w historii polskiej ligi”.

Z przekazanych do publicznej wiadomości informacji wynika, że wszystkie mecze w sezonie (296) będą transmitowane przez nC+. TVP pokaże 37 meczów, po jednym spotkaniu z każdej kolejki rozgrywanym w sobotę lub niedzielę o godz. 17.30. Prezes TVP Jacek Kurski rzecz jasna uznał to za sukces. „Po zakupie praw do reprezentacji Polski, mistrzostw świata i Europy, po tym jak TVP Sport jest kanałem ogólnodostępnym, przyszedł czas na ostatni element. Jeden mecz w każdej kolejce ekstraklasy przez dwa sezony to spełnienie marzeń, a także oczekiwań naszych wiernych widzów, którzy na to czekali. Spełniamy obietnice, nie rzucamy słów na wiatr. Nigdy wcześniej ekstraklasa nie była obecna w takim wymiarze w Telewizji Polskiej. Widzowie TVP będą mogli oglądać mecze na żywo, nie tylko w TVP Sport, lecz także w TVP1 czy w TVP2” – chwalił się Kurski. Z nieoficjalnych przecieków wiadomo, że TVP zamierza wybierać z tego tortu tylko mecze z udziałem najbardziej medialnych zespołów – Legii Warszawa, Lecha Poznań i ze względu na kibicowską sympatię prezesa Lechii Gdańsk.

Głównym nadawcą telewizyjnym z meczów piłkarskiej ekstraklasy jest platforma nC+, która przejęła prawa po fuzji z Canal+, który był ich właścicielem od 1995 roku. W 2008 roku Canal+ na spółkę z Orange Sport zapłaciły za trzyletnią umowę z Ekstraklasą SA 360 mln złotych (120 mln zł za sezon), ale wysokość kolejnego czteroletniego kontraktu zmniejszono do 90 mln zł za sezon. To dowodzi, że przy słabych wynikach w Europie można się z ekstraklasą skutecznie targować.

 

Młodzieżowcy kością niezgody

Zarząd PZPN zlekceważył obiekcje klubów ekstraklasy i wprowadził obowiązek występu młodzieżowca oraz zniósł limit obcokrajowców spoza Unii.

 

Zmiany wejdą w życie już od przyszłego sezonu, a wtedy przy władzy będzie jeszcze ekipa Zbigniewa Bońka. To oznacza, że kluby będą musiały zastosować się do narzuconego im prawa. W kwestii limitu dla obcokrajowców spoza Unii Europejskiej sporu między nimi a działaczami PZPN nie ma, wręcz przeciwnie, bo same zabiegały o jego zniesienie. Limit został zatwierdzony przez związek w listopadzie 2013 roku i zaczął obowiązywać od sezonu 2015/2016. W pierwszym roku w rozgrywkach ekstraklasy mogło występować trzech cudzoziemców spoza UE, a od sezonu 2016/2017 tylko dwóch. To ograniczenie nie powstrzymało jedna napływu obcokrajowców. W tym sezonie do gry w ekstraklasie uprawnionych jest 161 cudzoziemców, a cztery lata temu, gdy nie obowiązywał jeszcze limit, było ich 134.

Kością niezgody jest natomiast obowiązek wystawiania do gry młodzieżowca, co na poziomie profesjonalnej bądź co bądź ekstraklasy, jest swoistym kuriozum. W niższych klasach rozgrywkowych kluby podlegają temu obowiązkowi już od kilku sezonów. PZPN reguluje to tak: „Zawodnikiem o statusie młodzieżowca jest piłkarz posiadający obywatelstwo polskie lub szkolony w klubie zrzeszonym w PZPN, który w roku kalendarzowym, w którym następuje zakończenie sezonu rozgrywkowego, kończy 21. rok życia oraz zawodnik młodszy. Każda wymiana zawodnika na nie-młodzieżowca i gra w pełnym, 11-osobowym składzie bez wymaganej liczby młodzieżowców, potraktowana zostanie jako wystawienie do gry nieuprawnionego zawodnika. Zawody te zostaną zweryfikowane jako walkower na niekorzyść tej drużyny” – wyjaśnił w stosownym komunikacie PZPN.

 

 

 

Boniek wszędzie chce być pierwszy

Fot. Nie wszystkim kalendarz PZPN w takiej wersji się podoba

 

 

PZPN przygotował specjalny kalendarz na swoje stulecie. Wydawnictwo nie wszystkim się jednak podoba, bo na okładce centralne miejsce zajmuje prezes Zbigniew Boniek.

 

Limitowany kalendarz dopiero od 10 grudnia ma znaleźć się w sprzedaży, ale sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki nie wytrzymał i wrzucił na Twittera zdjęcie pierwszej strony. No i z miejsca wywołał medialną burzę. Na okładce zamieszczono zdjęcia siedmiu wybitnych postaci polskiego futbolu: Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deyny, Gerarda Cieślika, Zbigniewa Bońka, Grzegorza Laty, Kazimierza Górskiego i Roberta Lewandowskiego.

Dlaczego tylko tych siedmiu – wie zapewne tylko artysta, który okładkę skomponował i być może zleceniodawca tego projektu. Skoro to jednak kalendarz nawiązujący do stulecia istnienia Polskiego Związku Piłki Nożnej, to zgrzytem jest pominięcie na jego najważniejszej stronie takich kolumnowych przed wojną postaci, jak Józef Kałuża, Wacław Kuchar i Ernest Wilimowski, czy bardziej współczesnych futbolowych gwiazd, jak Jan Tomaszewski, Józef Młynarczyk czy Jerzy Dudek. A skoro wśród piłkarzy znalazło się miejsce dla trenera Kazimierza Górskiego, nietaktem jest pominięcie Antoniego Piechniczka, który także doprowadził biało-czerwonych do trzeciego miejsca na mistrzostwach świata.

Kibiców i część dziennikarzy nie to jednak zbulwersowała najbardziej, tylko sposób ustawienia siedmiu wybranych postaci na okładce kalendarza, a szczególnie umieszczenie w centralnym punkcie prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Dlaczego nie Kazimierz Górski? – pytają jedni. Dlaczego nie Kazimierz Deyna” – oburzają się inni. Odpowiedź jest prosta – bo ktoś wybrał Bońka i jego wybór jest tak samo zasadny, jak byłby w przypadku Górskiego czy Deyny. a może nawet bardziej, bo obecny prezes PZPN swoimi dokonaniami w profesjonalnym futbolu gasi każdego konkurenta do tytułu najważniejszej postaci stulecia naszej piłkarskiej federacji. Ten fakt nie jest jednak dla wszystkich taki bezsporny, a Boniek aż taki wielkoduszny nie jest, żeby usuwać się na bok komukolwiek, jeśli nie musi. Nie musi, a poza tym lubi być wszędzie pierwszy.