48 godzin sport

Polsat przedłużył umowę z PZPN
Rozgrywki o Puchar Polski oraz w I lidze piłkarskiej przez kolejne trzy lata będą pokazywane na kanałach telewizji Polsat. W miniony poniedziałek stacja zawarła nową umowę z Polskim Związkiem Piłki Nożnej na sezony 2021/2022, 2022/2023 oraz 2023/2024. Nowa umowa licencyjna daje Polsatowi do transmitowania co najmniej 28 meczów każdej edycji Pucharu Polsku (w tym wszystkie od 1/8 finału, a półfinały i finał w kanałach niekodowanych). PZPN zaś może transmitować na własnych platformach internetowych mecze, których zabraknie w telewizji. Jeśli chodzi o I ligę, w każdym sezonie Polsat przeprowadzi co najmniej 102 transmisje na żywo (minimum trzy w każdej kolejce) oraz wszystkie trzy starcia barażowe o awans do ekstraklasy (dwa półfinały i finał).

Szwedzi posłali trenera na urlop
Szwedzka Federacja Piłkarska (SvFF) ogłosiła w poniedziałek zwolnienie tymczasowe do końca maja 90 osób, w tym selekcjonera reprezentacji męskiej Janne Anderssona i jego sztabu. Powodem są kłopoty finansowe wywołane epidemię koronawirusa. W dniach 14 kwietnia-31 maja Andersson, który w SvFF zarabia 400 tysięcy euro rocznie, nie będzie otrzymywał pensji i będzie miał prawo do zasiłku państwowego, jak każdy obywatel w takiej sytuacji. Szwecja będzie grupowym rywalem Polski w przyszłorocznych mistrzostwach Europy.

Zmarł Lucjan Olszewski
W wieku 85 lat zmarł wybitny dziennikarz sportowy Lucjan Olszewski, redaktor naczelny miesięcznika „Boks” w latach 1969-1990, wiceprezes Polskiego Związku Bokserskiego, ale przede wszystkim wielki znawca i propagator pięściarstwa, w ostatnich latach jako ekspert telewizyjny i publicysta. Jego pogrzeb odbędzie się w środę 8 kwietnia w Warszawie.

Kolejna mistrzyni zrezygnowała
Sześciokrotna mistrzyni świata w biathlonie Norweżka Synnoeve Solemdal zakończyła sportową karierę. 30-letnia zawodniczka największe sukcesy odnosiła w sztafetach, w których zdobyła aż sześć złotych medali mistrzostw świata. Ostatni w tym roku we włoskiej Anterselvie. Solemdal ma też na koncie dwa indywidualne triumfy w zawodach Pucharu Świata. Oba odniosła w austriackim Hochfilzen w biegu pościgowym, a miało to miejsce w 2012 i 2013 roku. Po tym sezonie sportowe kariery zakończyło też dwoje innych tuzów biathlonu – Francuz Martin Fourcade i Finka Kaisa Makarainen.

Zmarł Radomir Antić
W wieku 71 lat zmarł słynny serbski trener Radomir Antić. W swojej bogatej karierze szkoleniowej prowadził z sukcesami największe piłkarskie drużyny klubowe. Największe sukcesy odniósł z Atletico Madryt (mistrzostwo i puchar Hiszpanii w sezonie 1995/96), trenował też ekipy FC Barcelona i Realu Madryt. W latach 2008-2010 był selekcjonerem reprezentacji Serbii, a ostatni zespołem, jaki prowadził był chiński Hebei China Fortune (2015).

UEFA chce zakończyć sezon do 3 sierpnia

Epidemia wciąż trwa, ale piłkarzy nikt nie zwalnia z obowiązków – ani kluby, ani krajowe federacje, ani też stojąca na szczycie futbolowej hierarchii FIFA. W miniony weekend prezydent UEFA Aleksander Ceferin podał, że graniczną datą zakończenia obecnego sezonu jest 3 sierpnia. Także w Polsce panuje przekonanie, że to realny termin.

Ta graniczna data zmieniała się już kilkakrotnie. Podczas pierwszej telekonferencji na szczycie europejskiej piłki, przeprowadzonej 17 marca, UEFA apelowała do władz krajowych federacji, żeby obecny sezon ligowy zakończyły do 30 czerwca, bo tego dnia kończą się kontrakty zawodnikom. Rozwój pandemii koronawirusa zmusił jednak piłkarskie władze do zmiany stanowiska i już 1 kwietnia oficjalnie podano, że rozgrywki mogą zostać przedłużone, a w klubom dano możliwość zawierania krótkoterminowych umów z tymi graczami, którym kończyły się one 30 czerwca, a byli ważnymi graczami w drużynach.
Stanowisko UEFA jak na razie zlekceważyła jedynie liga belgijska, która postanowiła zakończyć rozgrywki z uznaniem kolejności w tabeli po ostatniej rozegranej kolejce. Decyzja Belgów wywołała burzę w europejskiej federacji, a jej władze zagroziły nawet wykluczeniem belgijskich (i każdej innej ligi, która postąpi podobnie) wyrzuceniem z europejskich pucharów. Nie można było jednak przedłużać tego sezonu w nieskończoność, a już pojawiały się spekulacje, że na przykład Liga Mistrzów może skończyć się dopiero w połowie sierpnia.
Dlatego prezydent Aleksander Ceferin postanowił je przerwać i w wypowiedzi udzielonej niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF oznajmił: „Wszystkie rozgrywki, także Liga Mistrzów i Liga Europy, muszą zostać zakończone do 3 sierpnia. Sytuacja jest nadzwyczajna, więc będzie można grać w tych samych terminach zarówno mecze ligowe, jak i w europejskich pucharach. Musimy być elastyczni”.
Piłkarze wrócą, kibice nie
Ale o ile piłkarze w czerwcu powinni wrócić do gry, to raczej na pewno przyjdzie im rywalizować bez udziału publiczności. „To oczywiste, że piłka nożna bez kibiców nie jest tym samym sportem, co z ich udziałem. Nie mamy jednak wyboru, bo w obecnej sytuacji lepiej jest grać bez kibiców na trybunach, ale mieć transmisje telewizyjne z meczów, bo dzięki temu kluby otrzymają pieniądze z tytułu praw telewizyjnych i od sponsorów” – stwierdził Ceferin.
Z najnowszych ustaleń wynika, że nasze piłkarskie ligi mają wznowić rozgrywki w połowie czerwca, o ile rzecz jasna epidemia koronawirusa zacznie do tego czasu wygasać. Taki termin najczęściej wymieniany jest w dyskusjach podczas wideokonferencji z udziałem klubów ekstraklasy i I ligi. Nie ma jednak pewności, czy uda się rozegrać wszystkie spotkania, bo zostało jeszcze sporo kolejek – w PKO Ekstraklasie 11, zaś w I lidze i II lidze po 12. Piłkarze musieliby grać praktycznie co trzy dni, a przecież pozostaje jeszcze do dokończenia rywalizacja w Pucharze Polski.
Nikt jednak w naszym futbolowym światku nie kwestionuje tych planów, wręcz przeciwnie – panuje powszechna determinacja, żeby z tego rozwalonego kompletnie przez epidemię sezonu uratować tyle pieniędzy, ile się tylko da. Straty zapowiadają się jednak potężne i w klubach już słychać dzwony alarmowe. Władze większości z nich skorzystały już z możliwości obniżenia wynagrodzeń piłkarzy w usankcjonowanej przez rozporządzenie rady nadzorczej Ekstraklasy SA maksymalnej 50-procentowej opcji. Poinformowały o tym m.in. Śląsk Wrocław, Cracovia, Pogoń Szczecin, Wisła Kraków, Lechia Gdańsk. W pozostałych jeszcze toczą się w tej sprawie negocjacje, ale zawodnicy stoją w nich na straconej pozycji.
Nawet Legia tnie zarobki
Nawet w uchodzącej za najbogatszy w PKO Ekstraklasie klub Legii Warszawa pracę straciło już 40 osób zatrudnionych w działach marketingu, sprzedaży i obsługi medialnej, a pozostałym pracownikom, w tym także trenerom z wszystkich pionów szkoleniowych, płace obcięto o 50 procent. W tej sytuacji wątpliwe jest, by piłkarze uniknęli redukcji płac o połowę. A jest z czego kroić, bo Legia ma w swojej kadrze najwięcej zawodników zarabiających ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie, a wśród nich rekordzistów ekstraklasy pod tym względem – Artura Jędrzejczyka (250 tys. złotych miesięcznie), Chorwata Domagoja Antolicia (150 000 zł), Janusza Gola (Cracovia, 130 000 zł), Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech Poznań, 120 000 zł), Holendra serbskiego pochodzenia Marko Vejinović (Arka Gdynia, 120 000 zł), Filipa Starzyńskiego (Zagłębie Lubin, 115 000 zł), Czarnogórca Marko Vesovicia (Legia, 113 000 zł), Litwina Arvydasa Novikovasa (Legia, 100 000 zł), Chorwata Ivana Runje (Jagiellonia Białystok, 100 000 zł), Słowaka Dusana Kuciaka (100 000 zł). Ta lista niekoniecznie musi odzwierciedlać stan faktyczny ani pod względem podawanych kwot, ani stworzonej na ich podstawie hierarchii.
Wysokość zarobków jest we wszystkich klubach pilnie strzeżoną tajemnicą, a jeśli jakieś wiadomości w tej kwestii wyciekają do mediów, zazwyczaj są to „przecieki kontrolowane”, służące do wywołania chwilowego wzburzenia opinii publicznej i nastawienia jej przeciwko „szokująco wysoko opłacanym piłkarzom”. Właśnie teraz mamy do czynienia z taką sytuacją, bo klubowi działacze właśnie zmuszają zawodników do zgody na 50-procentowe cięcia zarobków.
Sponsorzy wypowiadają umowy
Właściciel i prezes Cracovii Janusz Filipiak z powodu epidemii utknął w Szwajcarii i z tego kraju podejmuje decyzje. W wypowiedzi dla TVP Sport przyznał: „U nas wszyscy sponsorzy wypowiedzieli umowy, bo liga nie gra, więc nie mają reklamy, za którą płacą. Piłkarze mogą mieć roszczenia, tylko co z tego, skoro pieniędzy w klubowej kasie nie ma. A banki, o czym jestem przekonany, nie będą dawać klubom kredytów na pensje piłkarzy. To jest oczywiste. Tymczasem Canal+ zapłaci ostatnia transzę za prawa medialne dopiero jak rozgrywki zostaną wznowione. To nie będą przelewy wsteczne”.
Filipiak przyznał, że jego firma, Comarch, będzie musiała zmniejszyć finansowe zaangażowanie w Cracovię. Nie planuje jednak wyjścia z klubu i twierdzi, że poradzi sobie z utrzymaniem drużyny. „Na korzyść Comarchu działa to, że sprzedajemy usługi wirtualne. Cały czas obserwujemy biznesowy barometr firmy i on nie wygląda źle. Dlatego w tej chwili nie rozpatruję wycofania się z dalszego finansowania Cracovii. Ale na pewno rozważymy stopień zaangażowania. On na skali nie będzie wynosił zero, ale też nie sięgnie 100 procent jak do tej pory. Klub utrzymamy, ale tylko przy rozsądnych kosztach” – zapewnia właściciel Cracovii.

FIFA szykuje pomoc

Działacze FIFA zapowiadają, że kończą prace nad projektem zniwelowania finansowych skutków pandemii koronawirusa. Światowa federacja ma na to środki – jej zasoby szacuje się na 2,7 mld dolarów.

Wdrożenia projektu pomocowego zapowiedziało biuro prasowe FIFA. W opublikowanym przez nie komunikacie czytamy m.in. (…)”Futbolowa społeczność na całym świecie w mniejszym lub większym stopniu doświadcza poważnych problemów finansowych z powodu wybuchu koronawirusa. Grozi to zakłóceniem i osłabieniem zdolności związków członkowskich FIFA i innych organizacji piłkarskich, takich jak ligi i kluby, do rozwijania, finansowania i prowadzenia działań piłkarskich na wszystkich poziomach gry. Przewiduje się, że w wielu częściach świata znaczna liczba osób zaangażowanych w piłkę nożną, pozostanie w wyjątkowo trudnych warunkach ekonomicznych. FIFA znajduje się w dobrej sytuacji finansowej, a jako organ nadrzędny w światowym futbolu ma obowiązek pomagać potrzebującym” – napisano w oświadczeniu FIFA.
Plan pomocowy ma zostać ogłoszony „w najbliższej przyszłości”.

Kadra ma wolne aż do września

Piłkarze z powodu pandemii koronawirusa nie grają, a jeszcze są zmuszani do wyrzeczeń. Ale wciąż wierzą, że to tylko chwilowa niedogodność i wkrótce ich wygodne życie wróci na dawne tory. Ich wiarę podtrzymuje UEFA planująca dokończenie, nawet latem, zawieszonych w marcu rozgrywek.

Dzisiaj nikt nie jest w stanie przewidzieć końca pandemii koronawirusa, ale oceniając po tempie w jakim rozprzestrzenia się po świecie, raczej nie nastąpi to szybko. Zrozumiałe zatem są wdrażane pospiesznie przez kluby sportowe i federacje programy oszczędnościowe, na razie jednak nastawione niemal wyłącznie na obniżki wynagrodzeń zawodników oraz trenerów. W różnych krajach różnie jest to rozwiązywane, ale generalnie zarobki tnie się wszędzie. W piłce nożnej redukcje póki co dotyczą tylko wypłat w kwietniu, maju i czerwcu, bo w środowisku panuje przekonanie, że koronawirus do tego czasu odpuści i będzie można dokończyć zawieszone w marcu rozgrywki.
Dowodzą tego choćby poczynione w minioną środę ustalenia władz UEFA odnośnie nowego futbolowego terminarza. Pierwszeństwo przy jego ustalaniu mają mieć ligi krajowe, w drugiej kolejności Liga Mistrzów i Liga Europy, a na końcu dopiero reprezentacje narodowe. Najnowszy scenariusz zakłada, że rozgrywki ligowe w większości europejskich krajów uda się wznowić w czerwcu, dlatego pozostałe do rozegrania mecze w europejskich pucharach wstępnie planowane są na lipiec, a nawet na sierpień. Przy okazji UEFA rozwiązała też nurtujący klubowych działaczy problem z piłkarzami, którym kontrakty wygasają z końcem czerwca. Uznano, że w tak wyjątkowej sytuacji, w jakiej znalazł się europejski futbol, będzie można z takimi graczami, ale tylko za ich zgodą, przedłużyć umowy o miesiąc czy dwa.
Przy okazji władze UEFA pozbawiły złudzeń właścicieli klubów, także polskiej ekstraklasy, że wydadzą obligatoryjny przepis zezwalający im na swobodne regulowanie zarobków piłkarzy. Pod tym względem wszystko pozostaje po staremu – ustalonych w obowiązujących kontraktach wynagrodzeń nie można zmniejszać bez zgody zawodników. Generalne przekaz jest w tej sprawie jasny – także federacje krajowe nie mają prawnych możliwości, aby ingerować w zapisy kontraktowe między zawodnikiem a klubem.
Na razie wygląda więc na to, że sternicy europejskiego futbolu jeszcze respektują porządek prawny, na straży którego stoi FIFA, ale tylko dlatego, że wciąż żywią nadzieję, iż w czerwcu uda się wznowić ligową i pucharową rywalizację, dzięki czemu na konta bankowe klubów ponownie zaczną płynąć pieniądze od sponsorów i nadawców telewizyjnych oraz ze sprzedaży wejściówek na mecze.
Przesunięcie interesów reprezentacji narodowych na sam koniec „łańcucha pokarmowego” też jest zrozumiałe, bo krajowe federacje piłkarskie na ogół są w lepszej sytuacji finansowej od klubów, jako że ich budżetów płace tak mocno nie obciążają. Ale tu ówdzie, także w Polskim Związku Piłki Nożnej, przycięto wynagrodzenia selekcjonerom. Prezes PZPN Zbigniew Boniek co prawda zapewnia, że Jerzy Brzęczek sam zaproponował obniżkę swojego uposażenia o połowę, a w jego ślady poszli też trenerzy drużyn młodzieżowych. Dotyczy to na razie wynagrodzeń za kwiecień, maj, czerwiec i lipiec, co w przypadku Brzęczka oznacza jednak rezygnację z całkiem sporej kwoty – odpadnie mu z pensji za ten okres mniej więcej ćwierć miliona złotych. Dobrze to świadczy o jego empatii, z drugiej jednak strony wiadomo już, że w tym roku co najmniej do września nie będzie miał nic do roboty, bo wedle nowego scenariusza zaproponowanego w środę przez UEFA, dopiero tym miesiącu zaplanowano pierwszy termin dla reprezentacji. Zostało ustalone, że dwa jesienne terminy FIFA, przeznaczone na dwumecze w Lidze Narodów, zostaną wydłużone o jeden dzień i dzięki temu zamiast dwóch meczów, każda reprezentacja będzie mogła podczas zgrupowania rozegrać trzy w rytmie środa-sobota-środa lub wtorek-piątek-wtorek. Odwołany w marcu mecz z Ukrainą ma być dołączony do pierwszego terminu w Lidze Narodów, a zaległy mecz z Finlandią do drugiego. Natomiast mecze, które były umówione na czerwiec tego roku, z Rosją i Islandią, zostaną przeniesione o rok, na czerwiec 2021. Kluby już zgodziły się na wydłużenie reprezentacyjnych terminów, ale i tak wszystko w tej chwili zależy od efektów walki z pandemią. Jeśli nie uda się jej powstrzymać do czerwca, trzeba będzie kreśli zupełnie nowe scenariusze.

Kontrowersyjny pakiet i cięcie zarobków

PZPN w miniony piątek zatwierdził do realizacji pakiet pomocowy dla polskich klubów, które w wyniku epidemii koronawirusa wpadną w finansowe tarapaty. W sumie w ramach tego projektu przekaże ponad 116 milionów złotych. Jednak cele, na które zostaną przekazane pieniądze, wzbudziły w piłkarskim środowisku wiele kontrowersji.

Główny zarzut, jaki stawiają oponenci, dotyczy sposobu dystrybucji owych 116 milionów złotych. Z tej imponująco wyglądającej kwoty niemal połowa to środki, które PZPN i tak miał już wcześniej wpisane do budżetu na ten i przyszły sezon. Na przykład w ramach programu Pro Junior System PZPN wypłaca klubom za wystawianie młodzieżowców 18,1 mln złotych, bo do tego się zobowiązał wymuszając wystawianie do gry graczy do lat 21.
W pakiecie pomocowym umieszczono od razu dwie transze, na ten sezon i następny, co dało kwotę 36,2 mln złotych, która i tak miała przecież wpłynąć na konta klubów. Jako pomoc PZPN uznał też dotacje na rozwój piłki kobiecej, który już wcześniej zostały zatwierdzone. A to kolejne 7,6 mln złotych w pakiecie pomocowym. Kreatywnie policzono też pieniądze za Puchar Polski, bo do planowanych wcześniej sześciu milionów dorzucono cztery, ale do pakietu doliczono dziesięć „baniek”. I tak z wszystkich wcześniej i tak już ujętych w budżecie wydatków uzbierało się blisko 60 milionów złotych, czyli połowa z owych tak szumnie ogłoszonych w pakiecie pomocowym 116 milionów.
Realna pomoc to połowa kwoty
A z realnych pieniędzy, jakie związek przeznaczył na wsparcie klubów, 30 milinów złotych dostaną kluby ekstraklasy. To oznacza, że po zdjęciu z tego pakietu propagandowego opakowania w środku znajdziemy znacznie mniej „ciasteczek”, niż obiecuje kolportowana już szumnie przez bezkrytyczną wobec władz PZPN część mediów. Tymczasem program pomocowy przygotowano pod kątem wsparcia największych graczy na naszym piłkarskim rynku, a dla małych zostawiono okruchy z pańskiego stołu.
Faktyczną pomoc finansową PZPN rozbił jeszcze na kilka etapów. W sezonie 2020/2021 kluby ekstraklasy dostanie do podziału 30 milionów złotych, kluby I ligi 10 mln złotych, kluby II ligi 6 mln złotych, a kluby III ligi 4 mln złotych. Do tego PZPN przesunął m.in. terminy spłaty zobowiązań licencyjnych oraz zwiększył do czterech liczbę miesięcy bez wypłaty, co dla piłkarzy jest podstawą do wnioskowania o rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Do tej pory mogli to robić już po dwóch miesiącach bez wypłaty.
W sumie jednak tak naprawdę to mało kto jest zadowolony z pakietu pomocowego PZPN. Kluby ekstraklasy, które dostaną po 1,8 mln złotych, liczyły rzecz jasna na poważniejsze wsparcie, na znacznie więcej liczyły też kluby w niższych ligach, a najbardziej płaczą akademie piłkarskie i przedstawiciele futbolu amatorskiego. Prezes PZPN Zbigniew Boniek wszystkim niezadowolonym opowiedział w medialnych przekazach.
Prezes odpowiada malkontentom
Jego stanowisko brzmi mniej więcej tak: „Przygotowaliśmy ten plan, aby dać klubom fundamenty. Dzięki nim mają o co się oprzeć przed rozpoczęciem rozgrywek sezonu 2020/2021. Nasza pomoc jest rzeczywiście wyjątkowa, bo chyba nie ma takiej drugiej federacji w Europie, która pomagałaby klubom i ligom, bo to są niezależne podmioty. Natomiast my mamy własną strategię, rządzimy tak, aby polska piłka miała ręce i nogi. Mam nadzieję, że kluby wyciągną wnioski z tego kryzysu i nie odbiorą naszej pomocy na zasadzie takiej, że oto pod dom podjechały sanie, wysiadł z nich Gwiazdor, czy święty Mikołaj, rozdał prezenty, a my bawimy się dalej. Jeżeli nie nastąpi zmiana mentalności, w postrzeganiu piłki, poprawa umiejętności zarządzania w klubach, to za chwilę wróci to, co było. Od dawna twierdzę, że nasze kluby żyją ponad stan, nie mają strategii, są za bardzo uległe piłkarzom, których rola, nawet tych najlepszych, nie powinna się do tego sprowadzać. A to właśnie teraz, w czasie pandemii, mocno przeszkadza w sprawnym radzeniu sobie z kryzysem, bo kluby chcą obniżyć pobory piłkarzom o 50 procent i racja jest po ich stronie, lecz co z tego, skoro z powodu istniejących zaległości płacowych napotykają na zrozumiały opór”.
Mimo tych zastrzeżeń rada nadzorcza Ekstraklasy SA, na wniosek wszystkich klubów, podjęła uchwałę o zasadach ograniczania wynagrodzenia zawodników w związku z nadzwyczajnymi okolicznościami w kraju spowodowanymi przez pandemię wirusa SARS-CoV-2. Zasady podano w oficjalnym komunikacie spółki.
Ekstraklasa tnie zarobki piłkarzy
„Wskutek wprowadzonych w Polsce ograniczeń kluby nie mogą prowadzić zorganizowanych treningów i rozgrywać meczów. W rezultacie, świadczenie usług profesjonalnych przez zawodników na rzecz klubów w dotychczasowym kształcie zostało znacząco ograniczone, a kluby nie osiągają zaplanowanych przychodów. Przyjęta uchwała ma na celu minimalizowanie negatywnych wpływów pandemii na sytuację finansową klubów, a zwłaszcza uchronienie ich przed bankructwem, zachowanie miejsc pracy i ochronę wynagrodzeń, a także zapewnienie integralności rozgrywek. Uchwała rady nadzorczej Ekstraklasy reguluje, że kluby są uprawione do obniżenia wynagrodzenia piłkarzy o 50 procent, jednak do kwot nie niższych niż 10 tys. zł brutto w przypadku umów o pracę lub umów cywilnoprawnych dla zawodników nieprowadzących działalności gospodarczej oraz do 10 tys. zł netto dla piłkarzy rozliczających się z klubami na podstawie faktury VAT. Obniżki wynagrodzeń piłkarzy mają obowiązywać od 14 marca br. do minimum pierwszego meczu ligowego w Ekstraklasie rozgrywanego jako impreza masowa z udziałem publiczności, jednak nie krócej niż do zakończenia sezonu rozgrywkowego 2019/2020 lub do dnia 30 czerwca 2020 r. – zależnie od tego, które z tych zdarzeń nastąpi później. Na bazie uchwały rady nadzorczej zarząd Ekstraklasy zwróci się do zarządu PZPN o przyjęcie stosownych regulacji w Federacji w tym zakresie, obejmujących także zasady wyłączające możliwości rozwiązania kontraktów przez zawodników wskutek obniżek wynagrodzeń dokonanych na bazie uchwalonych zasad. Ta pomoc ze strony Związku jest obecnie traktowana przez kluby jako priorytetowa, gdyż zapewnia wsparcie w bieżącym sezonie i daje szanse na przetrwanie tego trudnego okresu” (…). Podobną uchwalę podjęły też kluby I ligi piłkarskie, z tą różnicą, że one granice nietykalności zarobków obniżyły do kwoty 4 tys. złotych.
Związek zawodowy piłkarzy na razie tylko jęknął, że takie odgórne obniżanie zarobków jest działaniem nieprawnym, lecz teraz nie ma w ręku żadnych argumentów do zmiany tej decyzji.

Reprezentację czekają dwa trudne lata

Przeniesienie turnieju Euro 2020 na przyszły rok w aspekcie czysto sportowym nie jest wielkim problemem dla reprezentacji Polski. Bez względu na to, kto będzie jej trenerem, przez 15 miesięcy nie zdoła przecież dokonać w kadrze personalnej rewolucji. A nawet gdyby chciał, nie pozwolą mu na to władze PZPN. Nasza piłkarska federacja będzie potrzebowała sukcesów drużyny narodowej, bo bez nich nie odbuduje zrujnowanych przez koronawirus finansów. Selekcjoner nie dostanie więc zgody na żadne eksperymenty.

Po przymusowej przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, drużynę narodową czeka półtoraroczna harówka. Jesienią tego roku biało-czerwoni powalczą w Lidze Narodów, od marca 2021 zaczną eliminacje do mistrzostw świata w Katarze, które potrwają do listopada tego roku, a w ich środku przyjdzie im odrobić zaległości z Euro 2020. Takie skomasowanie ważnych meczów w jednym roku niesie wyzwania, z jakimi żaden selekcjoner polskiej reprezentacji jeszcze się nie mierzył. Na razie nie ma co dywagować, czy ciężar oczekiwań udźwignie Jerzy Brzęczek, bo jego aktualny kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku, a póki co sternicy naszej futbolowej centrali nie kwapią się z jego przedłużeniem. Obsada stanowiska selekcjonera kadry jest jednak w tej chwili kwestią drugorzędną. Trener Brzęczek oraz jego sztab i tak nie mają teraz nic do roboty i wszystko wskazuje na to, że nie będą mieli co najmniej do końca lipca.
Wiek to tylko liczba, ale…
Załóżmy jednak, że umowa Brzęczka zostanie przedłużona i to on poprowadzi Polskę na turnieju, na który ją wprowadził. Po pierwsze, przebudowa drużyny będzie musiała zostać przeprowadzona w trakcie kwalifikacji do MŚ 2020, które mają wystartować w marcu 2021 roku, i być dostosowana do jesiennego terminu mundialu w Katarze. Dotąd reprezentacje narodowe w Europie funkcjonowały według dwuletniego cyklu, a zmiany pokoleniowe w kadrach dokonywały się zazwyczaj po mistrzostwach świata lub Europy i przed startem kwalifikacji do kolejnego turnieju. Teraz jednak selekcjonerzy będą musieli tym samym składem obskoczyć zarówno czerwcowe finały mistrzostw Europy, jak i eliminacje do mundialu w Katarze, co nie jest dobrą wiadomością dla piłkarzy zaawansowanych wiekowo.
Dla kilku graczy powoływanych dotąd regularnie przez trenera Brzęczka przesunięcie finałów mistrzostw Europy na 2021 rok może de facto oznaczać koniec reprezentacyjnej kariery. W tej grupie znajdują się: Jakub Błaszczykowski (rocznik 1985), Łukasz Fabiański (1985), Thiago Cionek (1986) i Artur Jędrzejczyk (1987). Oprócz Fabiańskiego, który przez Brzęczka przy osadzie bramki był dotąd traktowany na równych prawach z Wojciechem Szczęsnym, pozostali z wymienionych są w tej chwili zawodnikami drugiego wyboru, czyli rezerwowymi. Dla każdego z nich występ w tegorocznym turnieju miał być zwieńczeniem reprezentacyjnych karier, ale nawet gdyby pozostali w kadrze jeszcze przez rok, metryki oszukać się nie da. Błaszczykowskiemu już teraz co rusz przytrafiają się kontuzje, przez które nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymać wysokiej formy. Inna sprawa, że był dotąd w kadrze dzięki rodzinnym koneksjom z Brzęczkiem, bo od innego selekcjonera pewnie już po mundialu w Rosji przestałby dostawać powołania. Za rok będzie miał już jednak 36 lat, a podczas mundialu w Katarze 37 i jego przydatność dla reprezentacji będzie żadna. Podobnie jak Thiago Cionka i Jędrzejczyka. Obaj na rezerwowych dla Kamila Glika i Jana Bednarka już teraz słabo się nadawali. W kwalifikacjach Euro 2020 pierwszy z nich nie zagrał nawet minuty, a drugi wystąpił tylko w jednym meczu, a i to dlatego, że nie mógł zagrać kontuzjowany Glik.
Wiek nie powinien być decydującym kryterium przy ocenie przydatności piłkarza do kadry, ale czy to się komuś podoba czy nie, na ogół o tym przesądza. Chyba, że trener nie ma alternatywy, ale w przypadku drużyny narodowej takie sytuacje się nie zdarzają.
Bramkarzy ci u nas dostatek
Na razie nie wiadomo co postanowi Łukasz Fabiański, który po tegorocznym Euro planował pożegnanie z reprezentacją Polski. On jest rówieśnikiem Błaszczykowskiego, co w przypadku bramkarza nie jest jednak takim problemem, bo nie musi przecież w trakcie meczu zaliczać po 10-12 km, czego wymaga się od zawodnika grającego na pozycji skrzydłowego. Nic nie ujmując Fabiańskiemu, który jest filarem West Hamu United, to obiektywnie oceniając, w ubiegłym roku zaczęła uwidaczniać się już wyraźna różnica między nim a Wojciechem Szczęsnym. Różnica na niekorzyść Fabiańskiego, żeby była jasność. A to dlatego, że młodszy o pięć lat Szczęsny jest teraz w apogeum swoich możliwości, gra regularnie w jednym z najlepszych zespołów klubowych na świecie, który w każdym sezonie walczy o najwyższą stawkę w Lidze Mistrzów. I właśnie przedłużył z turyńskim klubem kontrakt do 2024 roku. To są wystarczające powody, żeby w reprezentacyjnej bramce stawiać właśnie na niego. Przy całym szacunku dla Fabiańskiego, gdyby nie błędy Szczęsnego i kilka pechowych dla niego zdarzeń, to Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek ustalanie składu wyjściowej jedenastki zaczynaliby od wpisania nazwiska Szczęsny do rubryki „bramkarz”.
Z punktu widzenia interesu reprezentacji nie ma zatem znaczenia, co postanowi Fabiański, bo w najbliższych latach bramkarzem numer 1 w kadrze będzie Szczęsny. A w rolach dublerów, z których za kilka lat wyłoni się jego następca, powinni być obsadzani występujący obecnie z powodzeniem w Fiorentonie 23-letni Bartłomiej Drągowski oraz 21-letni Radosław Majecki, który latem przeniesie się z Legii Warszawa do AS Monaco, Kamil Grabara (obecnie na wypożyczeniu z FC Liverpool do Huddersfield Town) i Marcin Bułka, na razie jeszcze trzeci bramkarz Paris Saint-Germain. Na tej pozycji reprezentacja Polski nie będzie miała w najbliższej dekadzie deficytu talentów, bo każdego roku ujawniają się nowe.
W defensywie też nie jest źle
W liniach obronnych w tej chwili nikt nie wyobraża sobie kadry Polski bez Kamila Glika (32 lata), Jana Bednarka (24), Macieja Rybusa (31), Tomasza Kędziory (26), Bartosza Bereszyńskiego (28), a nawet Arkadiusza Recy (25). Kto powinien do nich dołączyć? Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie ma sensu powoływać już Jędrzejczyka i Thiago Cionka, natomiast zamiast nich oswajać się z reprezentacją powinni już coraz lepiej radzący sobie w występującej w Serie A drużynie Cagliari 20-letni Sebastian Walukiewicz oraz 19-letni Michał Karbownik, który w Legii Warszawa zrobił furorę jako lewy obrońca, ale grał na tej pozycji z konieczności, bo ponoć to urodzony pomocnik i rozgrywający. Ci dwaj niewątpliwie utalentowani gracze ujawnili już futbolowy potencjał, w który warto inwestować.
Do tej formacji może też przecież dołączyć po wyleczeniu kontuzji więzadeł 22-letni Krystian Bielik, który już zdążył swoimi występami w reprezentacji zaklepać sobie w niej miejsce dla siebie i gdyby nie pech, miałby pewne miejsce w kadrze na Euro 2020. Ten uniwersalny piłkarz świetnie spisywał się też w roli defensywnego pomocnika. W jego przypadku przełożenie Euro 2020 o rok może okazać się zbawienne, o ile rzecz jasna zdoła wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji, co w przypadku graczy wracających po urazie więzadeł zawsze jest loterią.
Kto obok Krychowiaka?
Liderem linii środkowej naszej reprezentacji bez wątpienia jest w tej chwili Grzegorz Krychowiak, który w lidze rosyjskiej wybił się na gwiazdę, a w tym sezonie zadziwia wręcz niesłychaną jak na defensywnego pomocnika skutecznością – w 20 ligowych występach strzelił dziewięć goli i zaliczył cztery asysty. Ten 30-letni piłkarz od sześciu lat jest filarem biało-czerwonych i przez najbliższe dwa lata tej roli może go pozbawić co najwyżej jakaś ciężka kontuzja. Pewniakami w tej formacji są także 26-letni Piotr Zieliński (SSC Napoli), 21-letni Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), 30-letni Mateusz Klich (Leeds United) i 25-letni Przemysław Frankowski (Chicago Fire) i nawet 28-letni Jacek Góralski, chociaż powędrował na koniec świata do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Gdyby turniej Euro 2020 został rozegrany w tym roku, pewne miejsce na lewym skrzydle miałby zapewne 32-letni Kamil Grosicki, ale po przejściu zimą tego roku z Hull City do West Bromwich Albion w nowym klubie ma tylko status zmiennika i zważywszy na jego wiek, niewielkie szanse na wywalczenie miejsca w podstawowym składzie. Tym bardziej, że ekipa WBA, podobnie zresztą jak Leeds United (Klich), jest bliska wywalczenia awansu do Premier League, co z pewnością zaowocuje letnimi transferami nowych graczy. Teoretycznie zatem za kilka miesięcy możemy mieć dwóch kadrowiczów w klubach Premier League, lecz w marginalnych rolach i przez to z malejącym pożytkiem dla reprezentacji.
Na szczęście selekcjoner kadry ma szerszy wybór graczy w tej formacji. Po wyleczeniu kontuzji w drugiej połowie tego roku powinien już wrócić do gry Dawid Kownacki, być może w jakimś nowym klubie po zapowiedzianym odejściu z Leicester City odrodzi się w końcu zapomniany już przez polskich kibiców Bartosz Kapustka, piłkarz po przejściach, ale wciąż perspektywiczny, bo ledwie 24-letni. Może w końcu przebije się w kadrze ewidentnie niedoceniany przez Brzęczka Karol Linetty (Sampdoria Genua), może szansę dostanie rewelacyjnie spisujący się w barwach Uralu Jekaterynburg 26-letni Rafał Augustyniak, zbierający znakomite recenzje w rosyjskiej lidze, w której uznawany jest za najbardziej skutecznego w destrukcji defensywnego pomocnika. Na pewno powinien ją dostać 27-letni Damian Kądzior, który rozgrywa sezon życia w Dinamie Zagrzeb. W zespole mistrza Chorwacji do momentu przerwania rozgrywek miał na koncie 12 bramek i 9 asyst. Może wreszcie powody do wysłania im powołań dadzą tacy gracze, jak 22-letni Patryk Dziczek (Lazio Rzym, obecnie wypożyczony do II-ligowej Salernitany, czy 26-letni Radosław Murawski, grający obecnie w tureckim Denizlisporze.
Lewandowski i kto jeszcze?
W linii ataku poza wszelką konkurencją jest rzecz jasna 31-letni Robert Lewandowski i nic nie zapowiada, żeby przez najbliższe dwa lata miało coś się w tej kwestii zmienić. Drugie miejsce w aktualnej hierarchii napastników zajmuje 26-letni Arkadiusz Milik (SSC Napoli), a trzecie 25-letni Krzysztof Piątek (Hertha Berlin). Za nimi nie stoi jednak kolejka graczy z aspiracjami i umiejętnościami, żeby zająć miejsce tego tercetu. W lidze greckiej w tym sezonie furorę zrobił co prawda 23-letni Karol Świderski, najlepszy strzelec PAOK Saloniki, zaś za oceanem w amerykańskiej MLS mamy 25-letniego Jarosława Niezgodę i 23-letniego Adama Buksę, lecz obiektywnie rzecz biorąc nie są to piłkarze dobrze rokujący na przyszłość. Trzeba zatem trzymać kciuki za zdrowie „Lewego” i Milika oraz żeby Piątek odzyskał jak najszybciej skuteczność z okresu gry w Genui. I czekać na pojawienie się nowych, utalentowanych napastników.

Piłkarskie ligi w Polsce pauzują do 26 kwietnia

W Polsce epidemia koronawirusa nie słabnie, chociaż rozwija się znacznie wolniej niż w wielu innych europejskich krajach. Mimo to władze wprowadzają kolejne ograniczenia i podtrzymują zakaz zgromadzeń. W tej sytuacji PZPN i Ekstraklasa SA przedłużyły do 26 kwietnia okres zawieszenia wszelkich rozgrywek piłkarskich.

Departament Logistyki Rozgrywek Ekstraklasy SA poinformował, że „w związku z aktualną sytuacją związaną z wprowadzonym stanem zagrożenia epidemicznego i wynikającym z tego przedłużającym się brakiem możliwości kontynuacji rozgrywek w zaplanowanym pierwotnie okresie, mecze PKO Ekstraklasy zostają odwołane do 26 kwietnia 2020 roku włącznie”. O ewentualnych decyzjach dotyczących wznowienia rozgrywek czy też ich kolejnego przesunięcia Ekstraklasa SA informować będzie natychmiast po ich podjęciu.
Polski Związek Piłki Nożnej także opublikował komunikat dotyczącym zawieszenia rozgrywek w niższych ligach, nad którymi sprawuje bezpośrednia pieczę. „Mecze Fortuna I ligi, II ligi, III ligi oraz pozostałych klas rozgrywkowych piłki nożnej i futsalu, kobiet i mężczyzn, wszystkich kategorii wiekowych zostają odwołane do 26 kwietnia 2020 roku włącznie” – poinformował PZPN.
Do zakończenia rywalizacji w PKO Ekstraklasie pozostało 11 kolejek, tyle samo mają też do rozegrania zespoły w I i II lidze. Liderem PKO Ekstraklasy po 26 kolejkach jest Legia Warszawa, która o osiem punktów wyprzedza Piasta Gliwice. W I lidze prowadzi Podbeskidzie Bielsko-Biała przed Wartą Poznań, zaś w II lidze liderem jest Widzew Łódź przed Górnikiem Łęczna.

Zagrają bez kibiców

W najbliższy weekend odbędzie się 27. kolejka piłkarskiej ekstraklasy. Będzie wyjątkowa, bo z powodu koronawirusa wszystkie mecze zostaną rozegrane bez udziału publiczności oraz… dziennikarzy.

Zarządzająca rozgrywkami spółka Ekstraklasa SA zastosowała się do decyzji władz państwowych zawieszającej do 3 kwietnia wszystkie mprezy masowe w naszym kraju i najbliższe ligowe kolejki postanowiła rozegrać przy pustych trybunach. Ograniczenie dotknęło też dziennikarzy i fotoreporterów. „Trybuny prasowe zostaną zamknięta dla przedstawicieli mediów zewnętrznych. Proces akredytacji jednorazowych został przerwany, nie będą też obowiązywać akredytacje stałe” – podano w komunikacie. Kluby ekstraklasy zapewniają jednak, że udostępnią bezpłatnie mediom m.in. zdjęcia i materiały audio oraz wideo. „Dokonamy wszelkich starań, żeby transmitować pomeczowe wypowiedzi trenerów oraz zawodników na żywo w telewizyjnych kanałach klubowych” – zapowiedziano. Na piłkarskie stadiony będą mogli wejść jedynie przedstawiciele telewizji posiadających prawa do transmitowania meczów, czyli głównie stacji Canal+. Jej szefowie poinformowali, że relacje ze spotkań w najbliższej kolejce zostaną odkodowane.
Hitem ligowego weekendu będzie mecz Lecha z prowadzącą w tabeli Legią, która przyjedzie do Poznania osłabiona brakiem swojego najskuteczniejszego strzelca w rundzie wiosennej, Gwinejczyka Jose Kante, który pauzuje za czerwoną kartkę w meczu z Piastem w poprzedniej kolejce. Interesująco zapowiadają się też potyczki Piasta z Wisłą Kraków i Cracovii z Jagiellonią oraz Lechii z Arką.
Zestaw par 27. kolejki.
Piątek: ŁKS Łódź – Górnik Zabrze, godz. 18:00; Śląsk Wrocław – Raków Częstochowa, godz. 20:30.
Sobota: Pogoń Szczecin – Zagłębie Lubin, godz. 15:00; Piast Gliwice – Wisła Kraków, godz. 17:30; Lech Poznań – Legia Warszawa, godz. 20:00.
Niedziela: Cracovia – Jagiellonia Białystok, godz. 15:00; Lechia Gdańsk – Arka Gdynia, godz. 17:30.
Poniedziałek: Wisła Płock – Korona Kielce, godz. 18:00.

Będą grali przy pustych trybunach

We wtorek polski rząd podjął decyzję o zawieszeniu imprez masowych. Piłkarska ekstraklasa będzie jednak grała dalej, tyle że przy pustych trybunach. Także marcowe mecze reprezentacji z Finlandią i Ukrainą zostaną rozegrane bez kibiców.

W Polsce sytuacja nie jest jeszcze tak zła, jak w wielu innych europejskich krajach. Do tej pory stwierdzono u nas 18 przypadków zachorowań na koronawirusa Covid-19, ale służby sanitarne utrzymują, że wirus jest w ofensywie i liczba zakażeń na pewno znacznie się powiększy. Władze państwowe próbują temu przeciwdziałać m.in. poprzez odwołanie wszystkich imprez masowych, ale organizatorom rozgrywek dały możliwość ich kontynuowania, lecz bez udziału kibiców. Z tej możliwości skorzystała już PKO Ekstraklasa, której zarząd w stosownym komunikacie poinformował, iż „do odwołania mecze będą organizowane bez publiczności”. Prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki wyjaśnił, że z uwagi na napięty terminarz nie ma możliwości przełożenia ligowych kolejek, zwłaszcza że nie wiadomo jak długo potrwa stan zagrożenia epidemiologicznego. Do rządowego zarządzenia dostosował się też PZPN komunikując, iż marcowe mecze towarzyskie reprezentacji Polski z Finlandią we Wrocławiu oraz Ukrainą na Stadionie Śląskim w Chorzowie zostaną rozegrane bez udziału kibiców.
W myśl polskiego prawa impreza masowa uzyskuje taki status, jeśli na widowni pojawi się więcej niż 999 osób. To oznacza, że w niższych ligach piłkarskich oraz w grach halowych, gdzie frekwencja rzadko przekracza tę barierę, spotkania będą mogły odbywać się z udziałem widzów, chyba że stosowne władze wydadzą dodatkowe zakazy. „Podjęliśmy decyzję o odwołaniu wszystkich imprez masowych, ale jeśli organizatorzy imprezy uznają, że dalej będzie miała sens bez udziału publiczności, to wojewodowie w tym zakresie będą elastyczni” – zapewnił szef resortu MSWiA Mariusz Kamiński.
Jednak minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk zaleca przekładanie imprez na inny termin. „Rekomendujemy odwołanie wszystkich imprez sportowych, nie tylko masowych, ale też tych o mniejszym zasięgu, ze względu na ryzyko zakażenia koronawirusem. Dotyczy to także imprez organizowanych dla dzieci i młodzieży. Sytuacja jest dynamiczna, a najbliższe tygodnie będą w tej kwestii kluczowe” – podkreśla minister sportu.

Będzie reorganizacja

Opór ze strony tylko sześciu klubów ekstraklasy okazał się niewystarczający i PZPN przeforsował zmianę formuły rozgrywek. Od sezonu 2021/2022 w najwyższej piłkarskiej klasie rozgrywkowej w naszym kraju rywalizować będzie 18 zespołów. Na razie walka toczy się jeszcze wedle uśmierconego właśnie systemu ESA-37.

Nowa formuła rozgrywek nie jest bynajmniej nowatorska. W latach 1991-1998 w ekstraklasie występowało już 18 drużyn, ale do niższej ligi spadały cztery ostatnie. Ten format rozgrywek utrzymał się tylko przez siedem sezonów, a w tym czasie mistrzowskie tytuły zdobywały po dwa razy zespoły Lecha Poznań, Legii Warszawa i Widzewa łódź, a raz ŁKS Łódź. W najnowszej wersji degradowane będą trzy zespoły, które zostaną zastąpione przez trzy najlepsze ekipy z I ligi.
Po usankcjonowaniu przez zarząd PZPN zmiany formatu rozgrywek, następny sezon PKO Ekstraklasy będzie traktowany jako przejściowy. Według nowego projektu do niższej ligi spadnie tylko jeden zespół, zaś do ekstraklasy awansują bezpośrednio dwie drużyny, a kolejne cztery zagrają w barażach o trzecie premiowane awansem miejsce. W ten sposób zostanie wyłoniony 18-zespoły skład ekstraklasy na sezon 2021/2022, w którym rywalizacja o tytuł mistrza Polski toczyć się będzie w 34 kolejkach w dwóch rundach, jesiennej i wiosennej.
Obecny sezon rzecz jasna zostanie dokończony według obowiązującego od sezonu 2013/2014 systemu ESA-37. Dla przypomnienia – obecnie w ekstraklasie występuje 16 zespołów. Po 30. kolejkach rozegranych w systemie mecz i rewanż liga zostanie podzielona na dwie ośmiozespołowe grupy – mistrzowską i spadkową, które w fazie play off rozegrają po siedem spotkań tylko w ramach grupy. Po czterech latach obowiązywania tego formatu zniesiono przepis o podziale punktów po sezonie zasadniczym, a w tym sezonie po raz pierwszy najwyższą klasę opuszczą trzy ostatnie drużyny, a w ich miejsca awansują trzy ekipy z 1. ligi.
Mleko się zatem wylało i dalszych dyskusji w tej kwestii już nie będzie. „Nowy format ułatwi ułożenie optymalnego kalendarza rozgrywek na potrzeby przygotowania klubów do gry w europejskich pucharach” – stwierdził Marcin Animucki, prezes zarządu spółki Ekstraklasa SA. Nie jest żadną tajemnicą, że projekt ESA-37 zarzucono głównie dlatego, iż po sześciu sezonach jego obowiązywania doszło do drastycznego obniżenia poziomu sportowego i co za tym idzie, konkurencyjności naszych drużyn w europejskich pucharach, a ekstraklasa przymierza się właśnie do negocjowania nowej umowy sprzedaży praw medialnych. Obecna, która zapewnia klubom blisko ćwierć miliarda złotych rocznie, wygasa po sezonie 2020/2021.
Póki co rywalizacja toczy się po staremu i po trzech tegorocznych kolejkach coraz wyraźniejszą przewagę nad konkurentami zaczyna zdobywać lider rozgrywek, Legia Warszawa. W miniony weekend „Wojskowi” rozgromili u siebie Jagiellonię Białystok 4:0. To już siódme z rzędu zwycięstwo legionistów na stadionie przy Łazienkowskiej. W następnej, 24. kolejce, stołeczny zespół podejmie na swoim boisku wicelidera ekstraklasy Cracovię, która w sobotę przegrała w Gliwicach z broniącym mistrzowskiego tytułu Piastem 0:1 i chociaż utrzymała drugą lokatę w tabeli, to ma już do Legii trzy punkty straty. Tak więc bezpośrednie starcie tych drużyn będzie dosłownie z rodzaju „za sześć punktów”, bo w przypadku zwycięstwa warszawianie na taki dystans odskoczą „Pasom”. Będzie to też pierwszy od dłuższego czasu sprawdzian rzeczywistych możliwości zespołu prowadzonego przez trenera Aleksandara Vukovicia, który wspomniane siedem zwycięstw z rzędu na swoim stadionie odniósł z przeciwnikami zajmującymi miejsca od ósmego w dół. A potem lidera ekstraklasy czeka seria gier z czołowymi zespołami – wyjazdowa potyczka z Lechią Gdańsk, u siebie z Piastem Gliwice, a następnie dwa trudne wyjazdowe starcia jedno po drugim z Lechem Poznań i Wisłą Kraków.
Wyniki 23. kolejki:
Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok 4:0, Piast Gliwice – Cracovia 1:0, Śląsk Wrocław – Górnik Zabrze 2:1, ŁKS Łódź – Pogoń Szczecin 0:0, Arka Gdynia – Raków Częstochowa 3:2, Wisła Płock – Zagłębie Lubin 1:1. Niedzielne spotkania Wisły Kraków z Koroną Kielce oraz Lecha Poznań z Lechią Gdańsk zakończyły się po zamknięciu wydania.