Pierwsze dymisje w PZPN

Maciej Sawicki poinformował, że zarząd polskiej federacji piłkarskiej odwołał go z pełnionej przez ostatnie dziewięć lat funkcji sekretarza generalnego PZPN. Ale nie tylko on straci posadę.

Wybory nowych władz Polskiego Związku Piłki Nożnej odbędą się 18 sierpnia, ale już w piłkarskiej centrali zaczęły się ruchy kadrowe. Sawicki był sekretarzem generalnym związku od dziewięciu lat i uważany jest za prawą ręką prezesa Zbigniewa Bońka. Na swoim profilu na jednym z portali społecznościowych ogłosił: „Na moją prośbę, Zarząd PZPN odwołał mnie dzisiaj z funkcji Sekretarza Generalnego ze skutkiem na 19.08. Oznacza to, że z ostatnim dniem prezesury Zbigniewa Bońka kończę swoją pracę jako Sekretarz Generalny. Dziękuję Prezesowi za szansę i zaufanie”.
Odwołanie sekretarza generalnego już w tej chwili to ukłon pod adresem nowego sternika związku, ktokolwiek nim nie zostanie. Na razie jest dwóch kandydatów – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, a nie jest tajemnicą, iż Sawicki opowiada się za kandydaturą Koźmińskiego, więc w przypadku zwycięstwa Kuleszy, co sądząc po przeciekach dochodzących z piłkarskiego środowiska jest wielce prawdopodobne, na zachowanie posady i tak nie miałby szans.
To nie jedyna i zapewne nie ostatnia zmiana w kręgach decyzyjnych piłkarskiej centrali. Z zajmowanej posady odwołano również przewodniczącego Kolegium Sędziów Zbigniew Przesmycki, który pełnił tę funkcję przez ponad dekadę i również był zaliczany do najbardziej zaufanych ludzi Bońka. Odwołano też Magdalenę Urbańską z zajmowanego stanowiska Dyrektora Departamentu Piłki Amatorskiej.
W mediach te zmiany nie wywołały większych emocji. Ale to się zmieni w chwili, gdy dojdzie do zmiany kadrowych w komisji ds. mediów i marketingu, na czele której od dekady stoi inny z zaufanych ludzi Bońka Janusz Basałaj. W owej komisji zasiadają wpływowi przedstawiciele mediów, m.in. Mateusz Borek, Roman Kołtoń, Michał Białoński, Paweł Wilkowicz, Tomasz Smokowski i Jakub Kwiatkowski.

Raków Częstochowa z Superpucharem Polski

Superpuchar Polski to nie jest trofeum dla piłkarzy Legii Warszawa. Licząc od 2012 roku stołeczny zespół miał aż osiem okazji do jego zdobycia i wszystkie zmarnował. W minioną sobotę na własnym stadionie dał się ograć ekipie Rakowa Częstochowa, remisując w regulaminowym czasie gry 1:1 i przegrywając konkurs rzutów karnych 3-4.

Faworytem meczu na stadionie przy Łazienkowskiej byli aktualni mistrzowie Polski. Nie dlatego, że grali u siebie, że Legia jest najsilniejszym polskim klubem, ale przede wszystkim dlatego, że legioniści mieli za sobą dwie zwycięskie potyczki w kwalifikacjach Ligi Mistrzów z mistrzem Norwegii FK Bodo/Glimt, zaś dla Rakowa, który swoje pierwsze spotkania w kwalifikacjach Ligi Konferencji Europy zagra dopiero 22 lipca z Suduvą Mariampol, było to pierwsze spotkanie o stawkę w tym sezonie. Częstochowianie już w 10. minucie objęli prowadzenie po golu Chorwata Frana Tudora. Trener Legii po godzinie gry uznał, że jednak nie obejdzie się bez Luquinhasa i Bartosza Kapustki i obu posłał na boisko.
Ale to Raków zdobył drugą bramkę po uderzeniu Ivi Lopeza, lecz sędzia po konsultacji z VAR anulował gola. Decyzja była mocno kontrowersyjna, podobnie jak doliczenie przez arbitra Damiana Sylwestrzaka aż 10 minut do regulaminowego czasu gry, z czego skorzystali legioniści doprowadzając w końcówce spotkania do wyrównania.
Ponieważ w regulaminie Superpucharu nie przewidziano dogrywki, o zwycięstwie od razu rozstrzygały rzuty karne. W legionistów „jedenastki” zmarnowali Kapustka i Emreli, natomiast w ekipie Rakowa spudłował jedynie Zoran Arsenić, a gdy ostatni z egzekwujących rzuty karne Milan Rundić pokonał bramkarza Legii Cezarego Misztę, Superpuchar Polski po raz pierwszy w historii podnieśli piłkarze Rakowa Częstochowa.

Boniek przepłacił Sousę?

Nie opada fala krytyki pod adresem Paulo Sousy i Zbigniewa Bońka, który w styczniu tego roku samodzielnie podjął decyzję o zatrudnieniu portugalskiego szkoleniowca w miejsce Jerzego Brzęczka. Medialna wrzawa została wywołana na potrzeby toczącej się w piłkarskim środowisku kampanii przed wyborami nowych władz PZPN.

Tematem ostatnich dni w polskich mediach był „paragon grozy” wystawiony rzekomo przez Paulo Sousę za pół roku pracy z polską reprezentacją. Dlaczego akurat paragon, a nie rachunek czy faktura, nie ma tu większego znaczenia, istotniejsze jest natomiast to, że w Polsce chyba tylko Zbigniew Boniek oraz księgowy PZPN wiedzą, ile naprawdę zarabia portugalski selekcjoner biało-czerwonych. Krążące w obiegu publicznym kwoty są jedynie spekulacjami opartymi o przecieki z nieformalnych źródeł. A praktyka dziewięciu lat rządów ekipy Bońka uczy, że wszelkie tego typu „przecieki” są zawsze kontrolowane przez jej wyćwiczone w propagandowych akcjach służby prasowe.
Tak więc wyliczenia podane w publikacjach omawiających rzekomy „paragon grozy” trzeba przyjmować jak klasyczną plotkę, ale że w każdej plotce zawsze jest ziarno prawdy, zaś władze PZPN nie są w tej sprawie transparentne, to możemy te szacunkowe dane przyjąć jako za argument do oceny zasadności zamiany Brzęczka na Sousę.
Wedle nieoficjalnych danych kontrakt z PZPN gwarantuje Paulo Sousie miesięczną gażę w wysokości 70 tys. euro, co oznacza, że do końca umowy wygasającej z końcem eliminacji do MŚ 2022 powinien on zarobić nie mniej niż 850 tys. euro. Taka też kwota pojawiała się przy jego nazwisku w zestawieniach zarobków trenerów reprezentacji uczestniczących w tegorocznych mistrzostwach Europy i sytuowała portugalskiego selekcjonera kadry biało-czerwonych dokładnie w środku stawki. Tak się składa, że dziewięciu lepiej od niego opłacanych szkoleniowców awansowało ze swoimi drużynami do 1/8 finału (nie dali rady Stanisław Czerczesow z drużyną Rosji i Senol Gunes z ekipą Turcji), a pozostałe miejsc wywalczyli trenerzy mniej od Sousy zarabiający: Janne Andersson (Szwecja), Franco Foda (Austria), Zlatko Dalić (Chorwacja), Robert Page (Walia), Kasper Hjulmand (Dania), Jaroslav Silhavy (Czechy) i Andrij Szewczenko (Ukraina). Z tej siódemki Hjulmand, Silhavy i Szewczenko wprowadzili swoje zespoły do 1/4 finału.
Nie można więc powiedzieć, że Boniek przepłacił angażując Sousę, ale też nie sposób zaprzeczyć, że pozostawiając Brzęczka na stanowisku osiągnąłby co najmniej ten sam efekt sportowy dużo mniejszym kosztem. Bo trzeba pamiętać, że gaża Sousy to nie jedyny wydatek PZPN, albowiem Portugalczyk wziął tę robotę pod warunkiem zatrudnienia sześciu jego kompanów w sztabie szkoleniowym (Victor Sanchez Llady, Manuel Cordeira, Antonio Jose Gomez, Lluis Sali, Paulo Grilo i Cosimo Cappagli). Na ich pensje federacja łoży 80 tys. euro miesięcznie, czyli łączny koszt utrzymania sztabu szkoleniowego kadry wynosi teraz co najmniej 150 tys. euro miesięcznie (ok. 675 tys. zł). Żaden sztab trenerski reprezentacji w historii nie był takim obciążeniem dla budżetu PZPN.
Po przeliczeniu pieniędzy wydanych na portugalsko-hiszpańsko-włoski zespół trenerów przez osiągnięte wyniki sportowe można dostać zawrotu głowy. Nasz piłkarska reprezentacja pod wodzą Sousy rozegrała dotąd osiem meczów, z których wygrała tylko z półamatorską Andorą (3:0), zremisowała z Węgrami (3:3), Rosją (1:1), Islandią (2:2), Hiszpanią (1:1), a przegrała z Anglią (1:2), Słowacją (1:2) i Szwecją (2:3). A zatem jedno zwycięstwo kosztowało PZPN 3,83 mln złotych, jeden zdobyty punkt 766 tys. złotych, a jeden gol 273 tys. złotych. I to nie koniec, bo Boniek Sousy nie zwolni, a wybrany 18 sierpnia nowy prezes PZPN, nawet jeśli nie będzie to Marek Koźmiński lub Cezary Kulesza, nie będzie miał czasu na dokonanie zmiany selekcjonera przed spotkaniami z San Marino (2 września), Albanią (5 września) i Anglią (8 września).
Gra va banque ze zwolnieniem Brzęczka 147 dni przed pierwszym meczem Euro 2020 i odważna inwestycja w Sousę prezesowi PZPN się nie opłaciła. Na pozycji Bońka to zapewne znacząco nie zaważy, ale jego antagonistom zapewni mnóstwo medialnej amunicji do zszargania wypucowanego żmudnie przez dziewięć lat wizerunku sprawnego i nieomylnego w swoich decyzjach menedżera. Cokolwiek by Boniek na swoja obronę nie powiedział, zawsze można go zgasić wyliczeniem, że zawarł niekorzystną umowę, bo Sousa za pierwsze pół roku pracy, formalnie 160 dni, zainkasował ok. 1,7 mln złotych, czyli dziennie na jego konto wpływało 10,5 tys. złotych. A w zamian dał nam wszystkim jedno zwycięstwo i najgorszy występ reprezentacji Polski w turnieju rangi mistrzowskiej.
Na dodatek Portugalczyk większość tego czasu spędził poza Polską. Nasz kraj odwiedził cztery razy: 26-28 stycznia, na cały marzec, 2-3 maja i od 16 maja do końca fazy grupowej Euro 2020/21. Przebywał więc między nami tylko przez 74 dni, czyli ledwie 46 procent czasu pracy za jaki ma płacony. Poza tym przez pół roku obejrzał na żywo z trybun tylko cztery mecze polskich drużyn klubowych. W pierwszym tygodniu marca były to ćwierćfinałowe spotkania Pucharu Polski Lech – Raków i Legia – Piast oraz ligowa potyczka Pogoni z Lechem. W maju pojawiła się jeszcze na finałowym meczu Pucharu Polski Raków – Arka. Obserwację rozgrywek w Polsce scedował na zatrudnionych i tak w PZPN trenerów drużyn młodzieżowych – Marcina Dornę, Huberta Małowiejskiego i Macieja Stolarczyka.
Lekceważące zachowanie można byłoby darować Sousie, gdyby broniły go wyniki. Ale nie bronią i nie ma gwarancji, że Portugalczyk zdoła osiągnąć cel najważniejszy, jaki postawił przed nim Boniek – awans do finałów mistrzostw świata. Jeśli tego nie dokona, PZPN straci górę pieniędzy i nowe władze będą musiały zacisnąć mocno pasa. Ale to może mieć nawet dobre strony, bo wtedy przejrzą porządnie finanse związku za ostatnie dziewięć lat.

48 godzin sport

Red Bull bije Mercedesa
Max Verstappen wykorzystał pole position i pewnie zwyciężył w wyścigu o Grand Prix Styrii Formuły 1. Holenderski kierowca ekip Red Bulla w pokonanym polu pozostawił dwóch zawodników Mercedesa – Brytyjczyka Lewisa Hamiltona Fina Valtteriego Bottasa. W klasyfikacji generalnej F1 prowadzi Verstappen z dorobkiem 156 punktów po osmiu wyścigach i wyprzedza drugiego Hamiltona o 16 punktów. W klasyfikacji konstuktorów na czele z 252 pkt na koncie jest ekipa Red Bul Racin, która na podium wyprzedza Mercedesa (212 pkt) i McLarena (120 pkt).

Federer licytuje swoje pamiątki
Pod koniec kwietnia Roger Federer przekazał na aukcje liczne pamiątki ze swojej bogatej kariery tenisowej. Sympatycy tenisa mogli licytować m.in. stroje i buty, w jakich Szwajcar występował podczas najważniejszych turniejów, oraz jego rakiety. Dom aukcyjny Christie’s, który został organizatorem aukcji, ogłosił, że inicjatywa cieszy się ogromną popularnością. Zebrano już kwotę ponad 1,3 mln funtów. Pieniądze za sprawą działalności Roger Federer Foundation trafią do potrzebujących dzieci w Szwajcarii i w Afryce.

Zaczną sezon Superpucharem
PZPN wyznaczył termin meczu o Superpuchar Polski. O trofeum powalczą mistrz kraju Legia Warszawa i zdobywcą Pucharu Polski Raków Częstochowa. Spotkanie odbędzie się 17 lipca na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie (początek godz. 20:00) i będzie transmitowane na antenie Polsat Sport.

Polskie rugbistki z medalem
Reprezentacja Polski w rugby kobiet zajęła drugie miejsce podczas finałowego turnieju mistrzostw Europy rozgrywanego w Moskwie i zdobyła pierwszy w historii medal dla naszego kraju w tej dyscyplinie sportu. Mistrzowski tytuł zdobyła drużyna Rosji.

Sparta wciąż na czele
Wyniki rozegranej w miniony weekend 10. kolejki żużlowej PGE Ekstraligi: Sparta Wrocław – Motor Lublin 51:39, Stal Gorzów – GKM Grudziądz 49:41, Falubaz Zielona Góra – Włókniarz Częstochowa 44:46, Apator Toruń – Unia Leszno 41:49. Liderem rozgrywek jest Sparta (18 pkt), a trzy kolejne lokaty premiowane udziałem w play off zajmują Stal (17 pkt), Unia (14 pkt) i Motor (14). Ostatnie, spadkowe miejsce w tabeli zajmuje GKM Grudziądz (4 pkt).

Pogwiżdżą polskim zespołom
Albańczyk Juxhin Xhaja poprowadzi pierwszy mecz I rundy eliminacji Ligi Mistrzów, w którym Legia Warszawa zmierzy się z norweskim FK Bodo/Glimt (7 i 14 lipca). Sędzią spotkania rewanżowego będzie Grek Aristotelis Diamantopoulos. UEFA wyznaczyła też arbitrów dla Śląska Wrocław, który w I rundzie kwalifikacji do Ligi Konferencji Europy zmierzy się z estońskim Paide Linnameeskond. Pierwsze spotkanie w Parnawie (8 lipca) posędziuje Ormianin Aszot Ghaltachczjan, a rewanż we Wrocławiu (18 lipca) Bośniak Luka Bilbija.

Euro 2020/21: Gaże trenerów są miarą aspiracji pracodawców

Selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa pod względem zarobków sporo odstaje od najlepiej opłacanych trenerów finalistów mistrzostw Europy. Ale od połowy z nich ma dużo wyższe wynagrodzenie.

W tegorocznym turnieju najlepsza drużyna narodowa na naszym kontynencie zostanie wyłoniona po raz szesnasty. Tytuły w 15 poprzednich edycjach wywalczyło 10 reprezentacji, z których do Euro 2020/21 nie zakwalifikowała się jedynie Grecja (triumfator z 2004 roku). Pozostałych dziewięciu mistrzów Europy zagra o kolejny laur. Najbardziej utytułowane są zespoły Niemiec (mistrzostwo w 1972, 1980 i 1996) oraz Hiszpanii (mistrzostwo w 1964, 2008 i 2012). Francja wygrywała dwukrotnie (1984, 2000), a po jednym tytule mają ekipy Włoch (1968), Czechosłowacji (1976), Portugalii (2016), Holandii (1988), Danii (1992) i ZSRR (1960).
Jeśli spojrzymy na zarobki trenerów 24 drużyn uczestniczących w tegorocznych mistrzostwach Europy, to wychodzi na to, że najwięcej od swojej ekipy oczekują Niemcy, bo to Joachim Loew z zarobkami w wysokości 4 750 000 euro otwiera listę płac szkoleniowców, którzy poprowadzą zespoły w turnieju Euro 2020/21. Niewiele mniej od niego zarabia Didier Deschamps, selekcjoner największego faworyta mistrzostw, reprezentacji Francji, któremu płacą rocznie 4 390 000 euro. Na trzecim miejscu podium uplasowali się trenerzy reprezentacji Anglii Gareth Southgate i Holandii Frank de Boer, którym ich macierzyste federacje płacą za rok pracy po 3 000 000 euro. Na piątym miejscu znalazł się selekcjoner reprezentacji Rosji Stanisław Czerczesow z roczną gażą w wysokości 2 500 000 euro, a dopiero szóstą lokatę z pensją 2 250 000 euro zajmuje trener broniącej tytułu ekipy Portugalii Fernando Santos. Za nim z zarobkami 2 000 000 euro uplasował się szkoleniowiec zespołu Włoch Roberto Mancini, który w Top 10 zestawienia wyprzedził selekcjonera reprezentacji Hiszpanii Luisa Enrique (1 500 000 euro), selekcjonera kadry Szwajcarii Vladimira Petkovica (1 320 000 euro) i trenera Belgii Roberto Martineza (1 200 000 euro).
Portugalski selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa znalazł się na 12. pozycji z gażą 850 000 euro. W stawce wyprzedził go trener Turcji Shenol Gunesh (1 000 000 euro), ale za plecami szkoleniowca biało-czerwonych znalazło się aż 12 szkoleniowców: Andrij Szewczenko (Ukraina) – 700 000 euro, Zlatko Dalic (Chorwacja) – 550 000, Robert Page (Walia) – 500 000, Janne Andersson (Szwecja) – 450 000, Steve Clark (Szkocja) – 420 000, Franco Foda (Austria) – 350 000, Jaroslav Silhavy (Czechy) – 300 000, Marco Rossi (Węgry) – 300 000, Kasper Hjulmand (Dania) – 270 000, Markku Kanerva (Finlandia) – 190 000, Stefan Tarkovic (Słowacja) – 180 000 i Igor Angelovski (Macedonia) – 90 000 euro. Polska gra w jednej grupie z Hiszpanią, Szwecją i Słowacją. Zatem w myśl powiedzenia – jaka płaca, taka praca, możemy oczekiwać, że nasza drużyna pod wodzą Paulo Sousy zajmie co najmniej drugie miejsce, za Hiszpanią, i awansuje do 1/8 finału.

Milik wypadł z gry

W przeddzień towarzyskiego meczu z Islandią PZPN ogłosił, że Arkadiusz Milik z powodu urazu łąkotki jednak nie zagra w finałach mistrzostw Europy. Trener Paulo Sousa nie powołał w jego miejsce innego piłkarza.

Milik doznał urazu łąkotki w lewym kolanie pod koniec ostatniego meczu ligowego Olympique Marsylia z FC Metz. Po przyjeździe na zgrupowanie kadry zgłosił uraz i zrobiono mu rezonans, ale w ocenie sztabu medycznego naszej reprezentacji kontuzja nie wyglądała na poważną. Potwierdził to też hiszpański specjalista od tego typu urazów doktor Ramon Cugat, do którego Milik pojechał na konsultacje. On też odradzał zabieg, więc Milik przez cały ostatni tydzień trenował indywidualnie, głównie jednak pływając w basenie i na rowerze stacjonarnym. Dopiero od piątku zaczął ćwiczyć na boisku z piłką i wtedy uszkodzona łąkotka zastrajkowała. Ostateczna decyzja miała zapaść we wtorek po meczu z Islandią, ale już po poniedziałkowym treningu PZPN wydał komunikat, że Milik jednak w turnieju Euro 2021 nie wystąpi. To poważne osłabienie naszej reprezentacji, bo napastnik Olympique Marsylia w ostatnich tygodniach prezentował wysoka formę i w planach trenera Sousy miał być partnerem dla Roberta Lewandowskiego w linii ataku.
Portugalski szkoleniowiec był skłonny zostawić Milika w kadrze, gdyby była nadzieja, że wróci do pełni zdrowia w przyszłym tygodniu. Niestety, jeśli wierzyć w wieści dochodzące z Opalenicy, napastnika Olympique Marsylia czeka co najmniej miesięczny rozbrat z futbolem. „Wcześniej przez kontuzję straciliśmy Krzysztofa Piątka, a teraz Arka Milika, jednego z najlepszych obecnie napastników w Europie. W moim przekonaniu mógł wraz z Robertem Lewandowskim stworzyć być może nawet najlepszy duet napastników w tych mistrzostwach” – przekonywał portugalski selekcjoner biało-czerwonych, który teraz w formacji ataku ma do dyspozycji, oprócz „Lewego”, jedynie Karola Świderskiego i Jakuba Świerczoka oraz zmagającego się z rwą kulszową Dawida Kownackiego.
Sousa przed spotkaniem z Islandią tak ocenił dotychczasowe przygotowania kadry Polski do Euro 2021. „Zrobiliśmy wszystko, co planowaliśmy. W pierwszym tygodniu była odpowiednia intensywność. W meczu z Rosją zobaczyliśmy brak pewnej regularności, ale to część procesu. Nie jest łatwo zmienić grę drużyny, bo wracają wcześniejsze przyzwyczajenia. Dużo jednak rozumiemy. W drugim tygodniu ograniczyliśmy objętość pracy. Także jednak było ciężko pod względem kondycyjnym. Jutro chcemy utrzymać graczy w dobrej kondycji i zobaczyć to, co trenowaliśmy. Nie wprowadzaliśmy wielu nowych rzeczy. Organizacja była niesamowita. Muszę podziękować naszej federacji. Możemy zobaczyć interakcje między zawodnikami. Na boisku jest skupienie, ale poza murawą zawodnicy są nie jak koledzy, a jak przyjaciele. Chcemy, by ta energia utrzymała się przez cały nasz występ w turnieju. Wprowadzam pewne pomysły z federacją, która już wcześniej wybrała Opalenicę na miejsce zgrupowania. Gdy je zobaczyłem, byłem zachwycony. Potem musieliśmy ze sztabę wcielić plan w praktykę. Każdy jest częścią procesu. Ważne są zwłaszcza doświadczenia zawodników. Sposób, w jaki radzą sobie ze wszystkim, co było zorganizowane i jak wchodzili w interakcje z innymi. Presja jest naturalna w momencie rywalizacji. Razem jesteśmy silni” – zapewnia Paulo Sousa.
Efekty jego pracy wciąż są w Polsce niedoceniane, ale już nie przez ludzi z branży z zewnątrz. Dowodzi tego choćby ocena wydana polskiej reprezentacji przez selekcjonera kadry Islandii Arnara Vidassona. „Z przyjemnością patrzy się teraz na grę polskiej drużyny, bo jest nowoczesna, ofensywna, piłkarze wymieniają pozycje, często atakują wysokim pressingiem. Pamiętam polski zespół sprzed kilku lat i wtedy jego gra wyglądała inaczej. Ale swoją opinię opieram jednak tylko na ostatnim meczu Polaków z Rosją, który bardzo mi się podobał” – powiedział Vidasson.
Selekcjoner reprezentacji Islandii, która do Poznania przyjechała po rozegraniu dwóch spotkań – z Meksykiem (1:2) i Wyspami Owczymi (1:0), nie zamierzał w meczu z Polską walczyć o dobry wynik za wszelką cenę. „Nie zagramy przeciwko polskiej drużynie w najsilniejszym składzie, bo wystawię kilku młodych graczy z kadry U-21. Wynik ma dla nas znaczenie o tyle, że zawsze w każdym meczu międzypaństwowym chcemy zwyciężać. Ale jakiś fajerwerków ze strony rywali się nie spodziewam. W ostatnich meczach przed wielkimi turniejami piłkarze zazwyczaj nie pokazują pełnego spektrum swoich możliwości. Ale Polska ma w kadrze wielu znanych piłkarzy z najsilniejszych lig, z Robertem Lewandowskim na czele, co dla moich piłkarzy może być dodatkową motywacją” – ostrzegał trener Islandczyków Arnar Vidasson.
I słusznie ostrzegał, bo biało-czerwoni z trudem zremisowali z Islandią 2:2.

Polska – Islandia 2:2

Gole: Zieliński (34), Świderski (88) – Gudmundsson (26), Bjarnason (47).

Polska: Szczęsny – Kędziora, Glik, Dawidowicz – Puchacz (80. Rybus), Krychowiak (64. Linetty), Moder, Frankowski (64. Płacheta) – Zieliński (46. Kozłowski), Lewandowski (80. Świaderski) – Świerczok (58. Jóźwiak)

Islandia: Runarsson (46. Kristinsson) – Sampsted, Hermannsson, Bjarnason, Thorarinsson – A. Gunnarsson (87. Thordarson) – Anderson (75. Eyjolfsson), Baldursson (78. Thordarson), B. Bjarnason, A. Gudmundsson (90. Thorsteinsson) – Bodvarsson (84. Gudjohnsen)

Żółte kartki: Krychowiak – Baldursson

Sędziował: Balazs Berke (Węgry).

Widzów: 19 614.

Euro 2020/21: UEFA zapłaci klubom za piłkarzy

W rozpoczynających się w piątek 11 czerwca piłkarskich mistrzostwach Europy wystąpi dziewięciu zawodników z siedmiu klubów polskiej ekstraklasy – Legii, Pogoni, Rakowa, Piasta, Lecha, Lechii i Warty Poznań. UEFA zapłaci tym klubom po 2,4 tys. euro za każdy dzień udziału ich zawodników w turnieju, nawet jeśli będą tylko rezerwowymi.

UEFA podzieliła kluby dostarczające graczy do reprezentacji narodowych na trzy kategorie – w pierwszej rekompensaty wyceniono na kwotę 7231 euro dziennie, w drugiej na 4821 euro, a w trzeciej na 2410 euro. Polskie kluby znalazły się w najniższej kategorii. Rekompensaty zaczyna się naliczać już 14 dni przed pierwszym meczem w turnieju, a licznik się zatrzymuje pierwszego dnia po odpadnięciu z imprezy. Rozgrywki grupowe potrwają dziewięć dni, zatem po tej fazie rywalizacji kluby otrzymają rekompensatę za swoich zawodników za 24 dni. W przypadku polskich zespołów będzie to blisko 58 tys. euro (ok. 260 tys. złotych) za jednego piłkarza oddanego do reprezentacji. W przypadku gdy któryś z piłkarzy z naszej ekstraklasy dojdzie ze swoim zespołem do 1/8 finału, wówczas jego klub otrzyma ponad 72 tys. euro (czyli ponad 300 tys. złotych). Za udział w ćwierćfinale UEFA gwarantuje premię na poziomie zaczynającym się od 84 tys. euro (ponad 370 tys. złotych).
Wśród piłkarzy powołanych na tegoroczne finały mistrzostw Europy znalazło się dziewięciu zawodników, którzy na co dzień występują w zespołach PKO Ekstraklasy.
Po dwóch reprezentantów maja Legia Warszawa (Czech Tomas Pekhart i Chorwat Josip Juranović) i Lech Poznań (Tymoteusz Puchacz i Słowak Lubomir Satka), a po jednym Raków Częstochowa (Kamil Piątkowski), Pogoń Szczecin (Kacper Kozłowski), Piast Gliwice (Jakub Świerczok), Lechia Gdańsk (Słowak Dusan Kuciak) i Warta Poznań (Fin Robert Ivanov).
O ile w przypadku Legii czy Lecha nie są to wielkie kwoty, to dla poznańskiej Warty, która w minionym sezonie miała najniższy budżet w naszej piłkarskiej ekstraklasie, będzie to spory zastrzyk gotówki. W sumie UEFA wypłaci wszystkim klubom co najmniej 200 mln euro, ale kwota ta to tylko około 8 procent spodziewanych przychodów Europejskiej Unii Piłkarskiej z praw telewizyjnych, reklam oraz sprzedaży biletów. Warto też przypomnieć, że w poprzednich mistrzostwach Europy w 2016 roku polskie kluby z tytułu rekompensaty na zwolnienie swoich zawodników na mecze eliminacyjne oraz sam turniej finałowy otrzymały od UEFA w sumie 2 051 330 euro.
Pięć lat temu najwięcej zgarnęła wtedy Legia Warszawa – 550 225 euro, ale oprócz stołecznego klubu zastrzyk gotówki dostało jeszcze 16 innych (Lech Poznań, Lechia Gdańsk, Wisła Kraków, Cracovia, Ruch Chorzów, Zagłębie Lubin, Korona Kielce, Jagiellonia Białystok, Górnik Zabrze, Górnik Łęczna, GKS Bełchatów, Piast Gliwice, Miedź Legnica, Śląsk Wrocław, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Zawisza Bydgoszcz.

Z życia PZPN: Kadra Paulo Sousy w cieniu wyborczej walki

Reprezentacja Polski na zgrupowaniu w Opalenicy wreszcie w minionym tygodniu mogła skupić się na solidnym treningu. Na pełnych obrotach nie ćwiczyli jedynie Arkadiusz Milik i Dawid Kownacki. W medialnych przekazach problemy trenera Paulo Sousy przegrywały jednak z informacjami o kandydatach do wyborczej walki o schedę po prezesie PZPN Zbigniewie Bońku.

W lutym ubiegłego roku jako pierwszy swoją kandydaturę w wyborach na nowego prezesa PZPN zgłosił Marek Koźmiński i aż do minionego piątku nikt inny oficjalnie nie poszedł w jego ślady. W końcu zdecydował się na to prezes Jagiellonii Białystok Cezary Kulesza, a nad ogłoszeniem takiej decyzji zastanawia się ponoć także Paweł Wojtala, prezes Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. Kandydatury można jednak składać do 17 sierpnia tego roku, a zjazd wyborczy ma się odbyć dzień później. Każdy z kandydatów musi jednak wykazać się co najmniej 15 głosami poparcia, których mogą udzielić kluby ekstraklasy, 1. ligi oraz wojewódzkie związki. Scena wyborcza w PZPN od lat pozostaje niezmienna: delegatów z prawem głosu na zjeździe jest 118, w tym 60 głosów mają działacze wojewódzkich ZPN, 32 głosy mają kluby PKO Ekstraklasy, 18 głosów kluby 1. ligi, trzy głosy ma Stowarzyszenie Trenerów, po dwa piłka kobieca i futsal, a jeden głos należy do Kolegium Sędziów.
Jeszcze pół roku temu Boniek na swojego następcę otwarcie wskazywał Koźmińskiego, który w jego ekipie w dwóch kadencjach był wiceprezesem – w pierwszej do spraw zagranicznych, zaś w drugiej do spraw szkolenia. Ale po kwietniowych wyborach do Komitetu Wykonawczego UEFA, w których nie tylko został wybrany na drugą kadencję, lecz także awansował na stanowisko wiceprzewodniczącego, Boniek zmienił zdanie i nieoficjalnie ogłosił neutralność w kwestii wyboru swojego następcy. Niewykluczone, że zachęcił tym Kuleszę do wejścia w wyborcze szranki, a gdy prezes Jagiellonii (już były, bo po ogłoszeniu decyzji o kandydowaniu zrzekł się wszelkich funkcji w białostockim klubie) w końcu wyszedł z cienia i ogłosił swoje zamiary, Boniek za pośrednictwem mediów społecznościowych oświadczył: „Nie popieram nikogo. Zarówno Marek, jak i Czarek byli wiceprezesami w moim zarządzie, za obu trzymam kciuki”. Ale gdy w medialnej przestrzeni pojawiła się plotka o wyborczych przymiarkach Wojtali, nie odmówił sobie na Twitterze złośliwej uwagi: „Trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo pomysłów do 18 sierpnia będzie wiele… Szkoda, ze nie zrealizowałem planu Wojciechowskiego – rozdać pieniądze i zaciągnąć kredyty… Ciężko byłoby o kandydatów”.
Koźmiński nie wykorzystał czasu, gdy był jedynym oficjalnym kandydatem chętnym do przejęcia schedy po Bońku. Owszem, udzielił kilku wywiadów, w których rzucił kilkoma ogólnikami, ale jego oferta programowa daje się zawrzeć w jednym zdaniu, które sformułował już półtora roku temu: „Jeśli zostanę wybrany, to postawię na drogę ewolucji. Żaden z projektów zaczętych za kadencji Zbigniewa Bońka nie zostanie zatrzymany, bo uważam, iż wszystkie są dobre. Trzeba je tylko usprawniać, polepszać. Oczywiście mam też swoje inne pomysły, do których będę chciał przekonać ludzi” – powiedział w wywiadzie dla portalu Interia w lutym 2020 roku.
Kulesza zapewnia, że w ostatnich miesiącach objechał Polskę wzdłuż i wszerz, odbywając wiele rozmów i za każdym razem wracał do Białegostoku z przekonaniem, iż cieszy się rosnącym poparciem środowiska. Swoja kandydaturę reklamuje zaś tak: „Znam piłkę od podszewki. Mam do niej serce. I chcę zrobić dla niej coś dobrego. Przygotowałem program oparty na czterech filarach: szkolenie, wsparcie, integracja oraz profesjonalizacja. Będziemy to szczegółowo prezentować w najbliższych tygodniach. Nie będę jednak ukrywał, że priorytetem jest dla mnie udoskonalenie szkolenia”.
W piłkarskim środowisku panuje opinia, że gdyby wybory odbyły się już dzisiaj, Kulesza byłby murowanym faworytem do zwycięstwa. Ale do wyborów jest jeszcze ponad dwa miesiące czasu, a po drodze mamy mistrzostwa Europy. Nie ulega wątpliwości, że wynik uzyskany w tej imprezie przez reprezentację może mieć rozstrzygające znaczenie. W przypadku sukcesu, a za taki zostanie uznana powtórka wyniku z Euro 2016, czyli awans do 1/4 finału, najmocniejsze karty w ręku będą mieli ludzie z obecnej ekipy Zbigniewa Bońka, a tasować będzie je odchodzący ze stanowiska prezes. Tylko w przypadku spektakularnej klęski do wyborczej walki włączą się przyczajeni w tej chwili oponenci obecnej ekipy, bo tylko wtedy będą mieli jakieś szanse na odsunięcie ludzi Bońka od władzy. Ciekawe czy trenujący w pocie czoła w Opalenicy reprezentanci Polski mają świadomość, że od ich postawy w turnieju Euro 2020/2021 tak dużo dla tak niewielu ludzi zależy. Mecz towarzyski z Rosją pokazał, że Paulo Sousa potrafi wycisnąć z wybranej przez siebie grupy polskich piłkarzy zaskakująco duży potencjał. We wtorkowym meczu z Islandią powinien pokazać nam już zespół, z którym zamierza powalczyć w mistrzostwach Europy o coś więcej, niż tylko wyjście z grupy.

Mecz Polska – Rosja z kibicami na trybunach

Przygotowania do Euro 2020/2021 wkraczają w decydującą fazę. We wtorek reprezentacja Polski rozegrała mecz towarzyski z Rosją, remisując 1:1. Dla selekcjonera biało-czerwonych Paulo Sousy była to pierwsza okazja do sprawdzenia formy swoich wybrańców. Portugalczyk przed meczem zapowiedział, że Robert Lewandowski zacznie spotkanie na ławce rezerwowych, ale napastnik Bayernu Monachium na boisku się nie pojawił. Mecz z Rosją był też sprawdzianem sprawności dla PZPN, bo po raz pierwszy od wybuchu pandemii na trybuny mogli wejść kibice.

Za sprawą najnowszych złagodzeń epidemicznych przepisów Polski Związek Piłki Nożnej mógł w meczu z Rosją zapełnić stadion w połowie miejsc, co oznaczało, że na stadionie we Wrocławiu mogło pojawić się ponad 20 tysięcy kibiców. Nasz piłkarska federacja zapewniała, że bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Oficjalnie potwierdził to rzecznik prasowy PZPN Jakub Kwiatkowski na przedmeczowej konferencji prasowej: „W obu czerwcowych spotkaniach towarzyskich kadry spodziewamy się około 20 tysięcy kibiców. Bilety, które trafiły do sprzedaży, zostały już wykupione, więc na meczach będzie głośno”. Ale obostrzenia epidemiczne wciąż obowiązują, chociaż nie są już jakoś przesadnie dolegliwe. „Trzeba będzie zachować odpowiedni dystans, na co stewardzi będą zwracać uwagę. Rodziny będą jednak mogły siedzieć obok siebie. Nie przewidujemy jako organizatorzy obowiązku noszenia maseczek, bo na powietrzu nie trzeba już tego robić” – wyjaśnił rzecznik Kwiatkowski.
Polscy piłkarze z powrotu kibiców cieszyli się bardzo, bo wszyscy mieli już serdecznie dosyć kopania piłki przy pustych trybunach. Może za wyjątkiem występujących na co dzień w Lokomotiwie Moskwa Grzegorza Krychowiaka i Macieja Rybusa, bo w rosyjskiej lidze mecze w tym roku rozgrywane były z udziałem publiczności. Ale to oznaczało też, że dla rosyjskich piłkarzy, których do gry wystawił trener „Sbornej” Stanisław Czerczesow, doping fanów polskiej drużyny nie będzie czymś szczególnym. Ale dla reszty polskich zawodników był to powrót do normalności. „Występując w Serie A, od dawna nie widziałem fanów na trybunach. Dlatego przygotowałem się mentalnie na duże emocje” – przyznał Bartosz Bereszyński.
Mecz z Rosją był pierwszym występem reprezentacji Polski z udziałem publiczności od ośmiu miesięcy. Po raz ostatni spotkania reprezentacji były dostępne dla fanów w październiku ubiegłego roku. Listopadowe mecze Ligi Narodów i marcowe eliminacji MŚ 2022 odbyły się bez widzów. Przed spotkaniem z Rosją wielką niewiadomą było jednak to, jak zachowają się polscy kibice. Swój powrót na stadiony ekstraklasy w ostatniej ligowej kolejce zaakcentowali zakazanymi pirotechnicznymi popisami, ale organizatorzy zapewniali, że postarają się do tego na stadionie we Wrocławiu nie dopuścić.
Trener Paulo Sousa w przeddzień meczu z Rosjanami poinformował, że Robert Lewandowski nie zacznie meczu w wyjściowym składzie. Ostatecznie kapitan naszej reprezentacji nie zagrał w ogóle, podobnie jak dziewięciu innych kadrowiczów, wśród których byli m.in. Wojciech Szczęsny, Kamil Glik i Arkadiusz Milik. „Mając na uwadze jego długi sezon i kontuzję, której nabawił się w końcówce, na szczęście niezbyt poważną, uznaliśmy wspólnie, że zacznie spotkanie na ławce rezerwowych” – ogłosił portugalski szkoleniowiec. Nie ma w tym nic szokującego, bo „Lewy” nie musi udowadniać swojej przydatności do gry w podstawowej jedenastce, a ma przecież jeszcze w nogach wysiłek jaki włożył w maju w pobicie legendarnego rekordu strzeleckiego Gerda Muellera. Mecz, w którym kapitan naszej reprezentacji strzelił 41. ligowego gola w minionym sezonie i ustanowił nowy rekord Bundesligi, został rozegrany 22 maja, czyli ledwie dwa dni przed rozpoczęciem zgrupowania kadry biało-czerwonych w Opalenicy. W sumie w sezonie 2020/21 Lewandowski spędził na boisku 3389 minut w 40 spotkaniach licząc wszystkie rozgrywki. Zdobył łącznie 48 bramek i zaliczył ponadto dziewięć asyst.
Przed wtorkowym meczem trener reprezentacji Rosji przestrzegł naszych piłkarzy przed zespołem Słowacji, z którym biało-czerwoni 14 czerwca rozegrają pierwsze spotkanie w turnieju Euro 2020/21. „Musicie uważać przede wszystkim na stałe fragmenty gry. Widać, że mają je dobrze wyćwiczone. My tak straciliśmy gola w meczu z nimi” – powiedział Stanisław Czerczesow. I zapewnił, że jego zawodnicy podejdą do spotkania z Polakami bardzo poważnie. „Oczywiście zwycięstwo nie jest naszym głównym celem, bo mecz jest tylko elementem przygotowań do startu w mistrzostwach Europy, ale spodziewam się zobaczyć we Wrocławiu u moich piłkarzy maksymalne zaangażowanie w grę” – przekonywał selekcjoner „Sbornej”. Rosyjski zespół w Euro 2020/2021 w fazie grupowej będzie rywalizował z Belgią, Finlandią i Danią, a nasza drużyna zmierzy się ze Słowacją, Hiszpanią i Szwecją.
W przedostatnim sprawdzianie przed startem w Euro 2020/2021 trener Sousa dał pograć głównie piłkarzom drugiego rzutu kadry i w sumie był z ich występu zadowolony. Najlepszym dowodem jest to, że nie dokonał żadnej zmiany w 26-osobowej kadrze i ta grupa zawodników została zgłoszona do UEFA. „Graliśmy bardzo dobrze do momentu strzelenia gola. Potem cofnęliśmy się zdecydowanie za głęboko. Pozwalaliśmy rywalowi na wyprowadzanie piłki i stwarzanie korytarzy. Rosjanie wykorzystywali przestrzenie pomiędzy cofniętym Krychowiakiem i Klichem a atakiem, to był problem. W drugiej połowie wyglądało to lepiej, rywale już nie stwarzali tak dużego zagrożenia. W przerwie przeanalizowaliśmy błędy. Pokazaliśmy zawodnikom, co można zrobić lepiej i poprawić. Piłkarze mogli czuć w nogach trudy tego wymagającego tygodnia. W pewnych momentach po prostu brakowało nam sił. Nie zamierzam wprowadzać żadnych zmian. Odpowiada mi obecna kadra” – zapewniał portugalski szkoleniowiec. To dla zawodników z listy rezerwowej oznacza koniec marzeń o występie w mistrzostwach Europy. Dla przypomnienia – znaleźli się na niej bramkarz Radosław Majecki oraz pomocnicy Kamil Grosicki, Sebastian Szymański i Rafał Augustyniak.
Remis 1:1 w spotkaniu z Rosją trzeba uznać za wynik sprawiedliwy. Z naszych reprezentantów na wyróżnienie zasłużył strzelec gola Jakub Świerczok i Grzegorz Krychowiak, a najsłabiej wypadł ustawiony na lewym skrzydle Dawid Kownacki, któremu ta pozycja najwyraźniej nie pasowała.
Ostatnie spotkanie kontrolne przed Euro 2020/2021, z Islandią, biało-czerwoni rozegrają 8 czerwca w Poznaniu.

Polska – Rosja 1:1
Gole: Jakub Świerczok (4) – Wiaczesław Karawajew (21).

Polska: Łukasz Fabiański – Tomasz Kędziora (56. Bartosz Bereszyński), Michał Helik, Kamil Piątkowski (57. Jan Bednarek), Tymoteusz Puchacz – Przemysław Frankowski (80. Karol Linetty), Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich (70. Kacper Kozłowski), Karol Świderski (67. Jakub Moder), Dawid Kownacki (56. Kamil Jóźwiak) – Jakub Świerczok.
Rosja: Anton Szunin (63. Matwiej Safonow) – Wiaczesław Karawajew, Andriej Siemionow (46. Igor Diwiejew), Gieorgij Dżykija, Fiodor Kudriaszow, Daler Kuziajew (67. Jurij Żyrkow) – Aleksiej Miranczuk (63. Rifat Żemaletdinow), Roman Zobnin, Magomied Ozdojew (57. Maksim Muchin), Aleksandr Gołowin – Artiom Dziuba (67. Anton Zabołotnyj).
Żółte kartki: Siemionow, Kudriaszow.
Sędziował: Marco Guida (Włochy).
Widzów: 20 000.

Stal bez licencji PZPN

Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN rozpatrzyła wnioski o przyznanie licencji dla klubów ekstraklasy oraz I i II ligi. Licencji na występy w PKO Ekstraklasie w nowym sezonie nie otrzymała jedynie Stal Mielec.

Po analizie wniosków Komisja Licencyjna postanowiła przyznać licencje upoważniające do udziału w rozgrywkach pucharowych UEFA w sezonie 2021/2022 14 klubom: Legii Warszawa, Cracovii, Górnikowi Zabrze, Jagiellonii Białystok, Lechowi Poznań, Piastowi Gliwice, Lechii Gdańsk, Zagłębiu Lubin, Pogoni Szczecin, Wiśle Płock, Warcie Poznań (na stadionie w Grodzisku Wlkp.), Rakowowi Częstochowa, Śląskowi Wrocław i Arce Gdynia. Wiadomo już, że w nowym sezonie w kwalifikacjach europejskich pucharach zagrają Legia, Raków i Pogoń, a szanse na to mają jeszcze Piast, Warta, Zagłębie, Lechia i Śląsk. Arka Gdynia pojawiła się w tym zestawieniu jako finalista Pucharu Polski.
Komisja przyznała też licencje w sezonie 2021/2022 na grę w PKO Ekstraklasie, lecz nałożyła nadzór finansowy na Legię Warszawa, Cracovię, Górnika Zabrze, Jagiellonię Białystok, Lecha Poznań, Piasta Gliwice, Lechię Gdańsk i Zagłębie Lubin, natomiast na Pogoń Szczecin, Wisłę Płock, Wartę Poznań, Raków Częstochowa i Śląsk Wrocław dodatkowo, poza nadzorem finansowym dołożyła też nadzór infrastrukturalny. W sposób szczególny potraktowano Podbeskidzie Bielsko Biała i Wisłę Kraków, które także obciążono nadzorem finansowym, ale z obowiązkiem terminowego realizowania zawartych ugód i porozumień bez możliwości ich dalszego odraczania.
Jedynym klubem z obecnego składu PKO Ekstraklasy, któremu Komisja nie przyznała licencji jest Stal Mielec. Powodem odrzucenie wniosku były błędy w rocznym sprawozdaniu finansowym, niejasności w rozliczeniach transferów i niespłacone zobowiązania wobec pracowników oraz na rzecz ZUS i Urzędu Skarbowego. „FKS Stal Mielec złoży w trybie natychmiastowym odwołanie i przedłoży stosowne dokumenty spełniające wszystkie niezbędne wymogi licencyjne” – napisano w komunikacie mieleckiego klubu.