Jednak zagrają w Jerozolimie

Mimo napiętej sytuacji w Izraelu PZPN zdecydował się wysłać reprezentację Polski do Jerozolimy. Prezes Zbigniew Boniek zapewniał, że jeśli pojawi się chociażby jednoprocentowe zagrożenie bezpieczeństwa, ekipa zostanie zawrócona. Spotkanie Izrael – Polska wyznaczono na sobotę 16 listopada. Na razie nic nie wskazuje, że się nie odbędzie.

Aspekty sportowe ostatniego w tym roku zgrupowania reprezentacji Polski z powodu wydarzeń dziejących się w Izraelu zeszły na dalszy plan. We wtorek kadrę opuścił Arkadiusz Milik, który przyjechał z kontuzją mięśni brzucha, a lekarze kadry stwierdzili, że na wyleczenie takiego urazu potrzeba kilku tygodni i odesłali napastnika SSC Napoli do klubu. Reszta powołanych przez Jerzego Brzęczka piłkarzy szykowała się do meczu, śledząc jednak pilnie wszelkie doniesienia o aktualnej sytuacji w Tel Awiwie, gdzie mają wylądować oraz w Jerozolimie, gdzie przyjdzie im w sobotni wieczór zmierzyć się z gospodarzami w meczu o punkty.

Przypomnijmy, że na Izrael od poniedziałku spadają rakiety wystrzeliwane z palestyńskiej enklawy w Strefie Gazy. To odpowiedź na przeprowadzone przez izraelskie siły powietrzne naloty na siedziby bojowników organizacji Palestyński Islamski Dżihad. Według strony palestyńskiej liczba ofiar śmiertelnych izraelskich ataków z powietrza wzrosła do 32. Co najmniej jedna trzecia z nich to cywile. Z kolei w stronę Izraela, jak podaje agencja AFP, z palestyńskiej enklawy wystrzelono w ostatnich dniach co najmniej 360 rakiet. Większość z nich została przechwycona i zniszczona przez izraelski system obrony przeciwrakietowej, ale w wyniku ostrzału rannych zostało co najmniej 60 osób.

Władze Izraela zapewniają, że lotnisko w Tel Awiwie nie jest zagrożone ostrzałem, a życie w Jerozolimie toczy się normalnie, nie ma zatem przeszkód, żeby mecz ich reprezentacji z Polską został rozegrany w zaplanowanym terminie i miejscu. W oficjalnym komunikacie stanowisko takie sformułowało izraelskie ministerstwo spraw zagranicznych. „Państwo Izrael jest świadome, jak ważne jest zapewnienie bezpieczeństwa polskiej drużynie i delegacji. Zrobimy wszystko, co konieczne, aby je zagwarantować. Pragniemy podkreślić, że nie ma obecnie przeszkód, aby zgodnie z planem rozegrać mecz w Jerozolimie, gdzie życie toczy się zupełnie normalnie”. Ponieważ pogląd ten podzieli także działacze UEFA, kończy to de facto dyskusje o ewentualnych zmianach.
Piłkarze reprezentacji Izraela rozumieją obawy Polaków przed przyjazdem do ich kraju. Najlepszy strzelec ekipy, Eran Zahavi, wyraził to dobitnie. „Nie wiem, co bym zrobił będąc na ich miejscu.

Oni nie wiedzą, że rakiety nie spadają we wszystkich częściach naszego kraju, mają więc pełne prawo odczuwać dyskomfort. Wierzę jednak, że nie wpłynie to na ich postawę w meczu i uda nam się wszystkim stworzyć znakomite piłkarskie widowisko”.
Nasza reprezentacja już w poprzedniej serii gier zapewniła sobie awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy i znalazła się w gronie sześciu drużyn, które na dwie kolejki przed końcem eliminacji też dokonały tej sztuki. Występu w Euro 2020 pewni są oprócz Polaków także Belgowie, Hiszpanie, Rosjanie, Ukraińcy oraz Włosi. Biało-czerwoni ku zmartwieniu Izraelczyków nie zamierzają potraktować sobotniego spotkania ulgowo, bowiem chcą zakończyć eliminacje na pierwszym miejscu w grupie i znaleźć się dzięki temu w losowaniu grup w pierwszym koszyku. A nie są jeszcze tego pewni, bo chociaż zgromadzili 19 punktów, to nad drugą w tabeli drużyną Austrii mają tylko trzy „oczka” przewagi. Ekipa gospodarzy po ośmiu kolejkach ma na koncie 11 punktów, co oznacza, że ma już jedynie matematyczne szanse na zajęcie drugiego miejsca w grupie. Austriacy musieliby przegrać oba pozostałe im do rozegrania mecze, z Macedonią Północną i Polską, a oni wygrać w sobotę z Polską i w ostatnim meczu eliminacji pokonać na wyjeździe Macedonię Północną oraz liczyć, że biało-czerwoni we wtorek ograją u siebie Słowenię.

Póki co muszą jednak najpierw pokonać ekipę Jerzego Brzęczka. Nie będzie to łatwe zadanie, bo wiele wskazuje, że nasz zespół wrześniowy kryzys formy ma już definitywnie za sobą.

 

PZPN jak pączek w maśle

Polski Związek Piłki Nożnej jest najbogatszym polskim związkiem sportowym. Tak jest od zawsze i wynika to po prostu z największej popularności piłki nożnej, która utrzymuje się bez względu na sportowe wyniki reprezentacji i zapewnia PZPN-owi rosnące z roku na rok zyski bez względu na to, kto w danym momencie nim rządzi.

Ministerstwo sporu i turystyki właśnie opublikowało sprawozdanie finansowe PZPN za 2018 rok. Przypomnijmy, że pod względem sportowym nie był to rok udany, bo reprezentacja w mistrzostwach świata w Rosji odpadła już po fazie grupowej, a potem równie słabo wypadał w Lidze Narodów, przegrywając w grupie rywalizację z Portugalią i Włochami. Mimo to PZPN chwali się w swoim sprawozdaniu rekordowymi wpływami i zyskiem. W ubiegłym roku zyskał wzrost przychodów o 15,3 proc. do kwoty 240,62 mln złotych, a zysku netto z 15,3 do 26 mln złotych. Skąd ta góra pieniędzy? Głownie od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych. Wpływy z tytułu wpłat od sponsorów zwiększyły się o 31 procent i urosły do kwoty 65,2 mln złotych, natomiast ze sprzedaży praw telewizyjnych zwiększyły się o 39,1 procent do 44,4 mln złotych.

Wciąż rosnąca hojność sponsorzy

Przychody od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych stanowią rosnącą sukcesywnie część budżetu PZPN-u. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły w sumie 81,83 mln złotych i stanowiły blisko 40 procent przychodów organizacji, zaś w ubiegłym roku powiększyły się do kwoty 109,64 mln złotych i stanowiły już prawie 46 procent budżetu. Naszej piłkarskiej federacji finansową pomyślność zapewniają lukratywne kontrakty sponsorskie z Grupą Lotos oraz kilkoma innymi sponsorami, m.in. 99rent, Ustronianką, Oshee i Fakro, Coca-Colą, Totolotkiem, Nike, Allior Bank czy Blachotrapez.

Przychody PZPN-u ze sprzedaży praw telewizyjnych wyniosły w poprzednim roku 44,42 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły 31,93 mln złotych, co oznacza, że urosły o 39,1 procent. To jednak nie jest zasługa naszej federacji, tylko scentralizowania praw telewizyjnych sprzedawanych przez UEFA, a także praw do meczów towarzyskich naszych reprezentacji. PZPN sprzedaje też prawa do pokazywania Pucharu Polski i I Ligi, jesienią 2017 roku Polsat kupił je na wyłączność od połowy 2021 roku.
Wyśrubowane do granic kibicowskiej wytrzymałości ceny biletów na mecze reprezentacji nie pozwalają na wzrost dochodów z tego tytułu i utrzymują się na poziomie mniej więcej 36 mln złotych. W ubiegłym roku reprezentacja rozegrała w kraju osiem meczów – wiosną trzy sparingi przed mistrzostwami świata, a jesienią dwa mecze w Lidze Narodów (z Włochami i Hiszpanią) oraz dwa towarzyskie.

PZPN obłowił się za to na mundialu w Rosji, chociaż reprezentacja nie wyszła tam nawet z grupy. Do kasy związku 39,3 mln złotych, głównie ze sprzedaży przyznanej związkowi puli biletów dla polskich kibiców i części wpływów z praw telewizyjnych i marketingowych. Wpływy z dotacji od UEFA wyniosły 14,5 mln złotych. Budżet naszej futbolowej federacji zasiliły też opłaty transferowe (2,4 mln zł) oraz przychody określone jako pozostałe (wzrosły z 15,9 do 18,9 mln zł).

Dużo chętnych do pilnowania kasy

Rządząca obecnie piłkarską organizacją ekipa Zbigniewa Bońka, licząca wraz z nim 81 zatrudnionych etatowo osób, wydała w 2018 roku 202,6 mln złotych, znacznie więcej niż rok wcześniej, kiedy to na cele statutowe i inne poświęciła z budżetu 179,9 mln zł. Związek wykorzystał w całości 8,42 mln zł dotacji z ministerstwa sportu i turystyki. Koszty występu reprezentacji na mistrzostwach świata wyliczono na 15,5 mln złotych. Były takie stosunkowo niskie, bo związek nie musiał wypłacić piłkarzom żadnych premii. Drużyna miała je dostać dopiero po wyjściu z grupy, a ich wysokość miała rosnąć w zależności od zajętego w turnieju miejsca.

Za rok dojdzie do ostrej walki o władzę nad tym zamożnym związkiem sportowym. Obecny prezes Zbigniew Boniek nie będzie mógł już kandydować, bo właśnie kończy drugą kadencję, a prawo zabrania ubiegania się w związkach sportowych o więcej niż dwie. Wśród potencjalnych następców wymienia się Marka Koźmińskiego, obecnie wiceprezesa ds. szkoleniowych, uważanego za prawą rękę Bońka i gwaranta utrzymania wpływów przez obecną ekipę, ale też Radosława Michalskiego, obecnego szefa Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszę, uwolnionego przez wyborców z sejmowych obowiązków Romana Koseckiego, a także byłego prezesa Legii Bogusława Leśnodorskiego oraz byłego arbitra i prezesa PZPN Michała Listkiewicza.

 

Kto zastąpi Bońka?

Za niewiele ponad rok, konkretnie 26 października 2020 roku, może dojść do zmiany władz PZPN, bo tego dnia odbędą się wybory nowego prezesa i członków zarządu. Obecny sternik piłkarskiego związku, Zbigniew Boniek, po dwóch kadencjach nie może już kandydować, co wcale nie oznacza, że zamierza zrezygnować z realnej władzy w związku. Warunkiem jest zdobycie miejsca w nowym zarządzie i osadzenie na fotelu prezesa człowieka, którym da się sterować.

Wyborcza matematyka przy wyborze nowego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jest dosyć prosta. Elektorami będą delegaci na walne zgromadzenie w liczbie 118 osób. Jeden z nich zastąpi na stanowisku Zbigniewa Bońka. Żeby stanąć w wyborcze szranki trzeba jednak przedstawić co najmniej 15 deklaracji poparcia, które mogą udzielić kluby ekstraklasy i I ligi oraz Wojewódzkie Związki Piłki Nożnej. To są trzy najpoważniejsze siły w PZPN: WZPN-y mają do dyspozycji 60 głosów, ekstraklasa 32, a I liga 18, czyli w sumie 110 głosów. Żeby wygrać wybory w pierwszej turze, trzeba zdobyć ponad połowę głosów, czyli minimum 60.

Chociaż do wyborów jeszcze szmat czasu, w mediach już pojawiają się pierwsze informacje o toczących się zakulisowych rozgrywkach. Na przykład tvp.info.pl podaje, że w tej chwili gronie najpoważniejszych kandydatów do objęcia funkcji prezesa PZPN wymieniane są trzy nazwiska: prezesa i współwłaściciela Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, a obecnie znajdującego się poza futbolowym środowiskiem Bogusława Leśnodorskiego oraz obecnego sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego. W Mazowieckim Związku Piłki Nożnej rozważany jest ponoć wariant wystawienia Romana Koseckiego, ale tylko w przypadku, gdy przegra wybory do Sejmu. „Kosa” już raz był kandydatem na prezesa PZPN, ale w 2012 roku ustąpił Bońkowi i zadowolił się posadą wiceprezesa ds. szkoleniowych. Po czterech latach w kolejnym starciu o związkowe posady już nie uczestniczył, ale w Mazowiecki ZPN jest członkiem zarządu i raczej nie będzie miał problemu z uzyskaniem mandatu delegata na zjazd wyborczy. Lecz jeśli utrzyma się w Sejmie, raczej na pewno nie będzie zainteresowany walką o władzę w PZPN. Dlatego na razie nie jest wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów, jak ma to miejsce w przypadku nie kryjących się z takimi ambicjami Kuleszy, Sawickiego czy Leśnodorskiego.

Walka o kluczowe posady zapowiada się emocjonująco, bo piłkarskie środowisko jest już mocno zmęczone autorytarnymi rządami Bońka i chciałoby powrotu do zdecydowanie bardziej demokratycznych reguł obowiązujących za kadencji Michała Listkiewicza. Ta coraz częściej wyrażana tęsknota ośmieliła wciąż lubianego w futbolowych kręgach byłego arbitra do podjęcia starań o odzyskanie utraconej w 2008 roku pozycji. Dla Bońka jednak ewentualne zwycięstwo Listkiewicza to byłaby życiowa klęska, bo po tym jak brutalnie wyrzucił go ze struktur związkowych nie miałby prawa liczy na odpuszczenie win, tylko na srogi rewanż i odpłatę w myśl zasady „oko za oko”.

Dlatego obecny sternik pezetpeenowskiej nawy kombinuje, żeby przeforsować kandydaturę swojego człowieka, a jedynym, na którego lojalność może od biedy liczyć, jest zawdzięczający mu błyskotliwą karierę Sawicki. Za jego plecami w nowych władzach Boniek mógłby objąć funkcję wiceprezesa lub nawet zostać tylko zwykłym członkiem zarządu i zachować realne wpływy na działania PZPN. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o to, że jest to warunek pozwalający Bońkowi utrzymać w przyszłości miejsce w komitecie wykonawczym UEFA. Dodajmy – warunek niezbędny, bo bez jego spełnienia mandatu nie utrzyma.

Wybór Sawickiego byłby jednak tak oczywistym przedłużeniem władzy Bońka, że dla sporej części środowiska taki wariant jest w tej chwili niemożliwy do zaakceptowania. Ale do wyborów jeszcze ponad rok, a zatem dosyć czasu, żeby zbudować Sawickiemu wystarczające poparcie. Jeśli się to nie uda, Boniek u każdego innego zdobywcy prezesowskiego stołka będzie petentem, a od takiej roli przez ostatnie siedem lat zdążył się już przyzwyczaić. No i straci też niekontrolowany dostęp do kasy, a kto wie – może nawet zostanie rozliczony z ośmiu lat ich wydawania?

 

Zadymy na meczach Pucharu Polski

Prowadzone przez PZPN rozgrywki o Puchar Polski stały się imprezą podwyższonego ryzyka. Atmosferę zagrożenia wywołali kibole Śląska Wrocław, którzy przerwali w Łodzi mecz z Widzewem oraz kibole outsidera II ligi Gryfa Wejcherowo strzelający z rakietnic do bramkarza Lechii Gdańsk.

Występujący w II lidze Widzew pokonał wicelidera ekstraklasy Śląsk 2:0, ale na stadionie działy się dantejskie sceny sprowokowane przez kibiców zespołu gości. Mecz w pierwszej połowie został przerwany na kilka minut, bo fani wrocławskiej drużyny odpalili race i próbowali sprawdzić się w walce na pięści z kibicami Widzewa. Ich zapał policjanci ugasili przy pomocy armatki wodnej oraz aresztując kilkudziesięciu najbardziej wyrywnych gości. W Wejherowie służby porządkowe nie miały takich problemów, bo działacze Gryfa nie zgodzili się na przyjęcie kibiców Lechii. Niestety, nie przypilnowali odpowiednio kibiców swojej drużyny, bo kilku z nich urządziło sobie konkurs strzelania z rakietnic do bramkarza gdańskiego zespołu Zlatana Alomerovicia. Gryf przegrał 2:3 z Lechią Gdańsk. „Pierwszy raz coś takiego widziałem na meczu” – skomentował zdarzenie trener Lechii Piotr Stokowiec.

PZPN potępił te przejawy agresji i naruszeń prawa w oficjalnym komunikacie, a organy dyscyplinarne przygotowały stosowne sankcje, nie zmienia to jednak faktu, że w polskim futbolu budzą się jakieś uśpione ciemne moce i trzeba spodziewać się kolejnych takich zadym.

Wyniki 1/32 finału Pucharu Polski:
Cracovia – Jagiellonia Białystok 4:2, Gryf Wejherowo – Lechia Gdańsk 2:3, Ruch Chorzów – Stomil Olsztyn 3:3 pd. 3-4, Pogoń Siedlce – Podbeskidzie Bielsko-Biała 1:0, Chemik Police – Stal Stalowa Wola 0:4, GKS Jastrzębie – Bruk-Bet Nieciecza 1:0, Zagłębie II Lubin – Miedź Legnica 2:2 pd. k. 1-3, Rekord Bielsko-Biała – Concordia Elbląg 2:1, Legia II Warszawa – Wigry Suwałki 2:0, Elana Toruń – Radomiak Radom 1:2, Chełmianka Chełm – Znicz Pruszków 3:3 pd. k. 5-4, Błękitni Stargard – Wisła Kraków 2:1, Chojniczanka Chojnice – Raków Częstochowa 0:1, Stal Rzeszów – Pogoń Szczecin 0:1, KSZO Ostrowiec – Sandecja Nowy Sącz 1:3, GKS Katowice – Warta Poznań 0:0 pd. k. 5-3, Gryf Słupsk – Górnik Łęczna 1:3, Widzew Łódź – Śląsk Wrocław 2:0, Hutnik Kraków – Resovia 2:3, Chemik Bydgoszcz – Wisła Płock 0:1, Stal Brzeg – Olimpia Elbląg 1:2, KS Stilon Gorzów Wlkp. – Olimpia Zambrów 5:1, Chrobry Głogów – Lech Poznań 0:2, Puszcza Niepołomice – Legia Warszawa 0:2.
Czwartkowe mecze Zagłębia Sosnowiec z ŁKS Łódź, Unii Skierniewice z Piastem Gliwice i Odry Opole z Arką Gdynia zakończyły się po zamknięciu wydania.

 

Utrzymali się w elicie

Reprezentacja Polski nie spadnie z Dywizji A piłkarskiej Ligi Narodów, chociaż w swojej grupie zajęła ostatnie miejsce. Komitet Wykonawczy UEFA zamierza powiększyć liczbę zespołów w elicie z 12 do 16.

O planowanych zmianach w formacie Ligi Narodów plotkowano od dłuższego czasu, bo chociaż UEFA limitowała wszelkie informacje w tej sprawie, to na kilka dni przed ogłoszeniem decyzji wyciekła wieść, że Komitet Wykonawczy UEFA zatwierdzi nowy format Ligi Narodów, w którym zamiast 12 zespołów w Dywizji A, rywalizować ich będzie 16, podzielonych na cztery grupy. To oznaczało, że wszyscy spadkowicze w pierwszej edycji tych rozgrywek, czyli oprócz Polski także Islandia, Chorwacja i Niemcy, pozostaną Dywizji A.

Nie ulega wątpliwości, że głównie obecność mistrzów świata z 2014 roku w tym gronie skłoniła działaczy UEFA do dyskusji o rozszerzeniu składu zespołów w elicie, ale my akurat na takie forowanie wpływowej w europejskim futbolu niemieckiej federacji nie mamy powodu się skarżyć, bo skorzystał na tym także PZPN. Miejmy tylko nadzieje, że nasza reprezentacja, która pod wodzą Jerzego Brzęczka zajęła w grupie z Włochami i Portugalią ostatnie miejsce, w nowej edycji powalczy w gronie najlepszych europejskich drużyn narodowych co najmniej o zachowanie miejsca w elicie.

Do 12 drużyn, które w poprzednim roku rywalizowały w Dywizji A (Belgia, Hiszpania, Francja, Anglia, Szwajcaria, Portugalia, Polska, Włochy, Islandia, Chorwacja, Holandia, Niemcy) awansują cztery najlepsze ekipy z jej zaplecza, czyli Ukraina, Szwecja, Bośnia i Hercegowina oraz Dania. W turnieju Final Four Ligi Narodów zwyciężył grupowy rywal Polaków – Portugalia. W finale mistrzowie Europy pokonali reprezentację Holandii 1:0.

 

Powtórka z historii

Początek września to nie jest dobry czas dla polskiej kadry. Porażka ze Słowenią 0:2 przypominała równie fatalny występ biało-czerwonych w eliminacjach do rosyjskiego mundialu, gdy przegrali z Danią 0:4. Wtedy „zimny prysznic” podziałał, bo potem ekipa Adama Nawałki już nie doznała porażki i pewnie awansowała. Jak będzie w przypadku zespołu Jerzego Brzęczka? Odpowiedź poznamy już w poniedziałek, w spotkaniu z Austrią.

Trener reprezentacji Słowenii Matjaż Kek skorzystał z patentu wypraktykowanego dwa lata temu z dobrym skutkiem przez norweskiego selekcjonera reprezentacji Danii Age Hareide, który w przegranym w Warszawie meczu z Polakami 2:3 zorientował się, że jeśli odbierze im się swobodę w grze skrzydłami i odetnie Lewandowskiego od podań, to jako zespół przestają na boisku istnieć. Kek miał jeszcze łatwiejsze zadanie, bo Brzęczek wystawił w ataku dwóch napastników, a zatem blokując szarże skrzydłami Kamila Grosickiego i Piotra Zielińskiego, za jednym zamachem odciął od dokładnych podań od tych nie tylko „Lewego”, lecz także Krzysztofa Piątka. A ponieważ w środku pomocy selekcjoner biało-czerwonych ustawił defensywnych pomocników Mateusza Klicha i Grzegorza Krychowiaka, było oczywiste, że żaden z dwójki naszych napastników nie dostanie od nich dobrego podania.

Co jeszcze łączy porażkę z Duńczykami sprzed dwóch lat i tę piątkową ze Słowenią? Dwa late temu, wtedy z powodu żółtych kartek, też nie mógł zagrać Kamil Glik, a bramce Nawałka, tak jak teraz Brzęczek, zamienił Szczęsnego na Fabiańskiego. Michał Pazdan okazał się kosztowną personalną pomyłką, bo przy drugiej bramce dał się ograć jak junior, a i przy pierwszej nie był bez winy. Takie same winy trzeba też przypisać Fabiańskiemu. Nie bardzo wiadomo jakimi racjami kierował się Brzęczek ogłaszając bramkarza West Hamu pierwszym bramkarzem kadry w drugim półroczu. I to w sytuacji, gdy ma w kadrze pierwszego golkipera Juventusu Turyn. Szczęsny z trudem akceptuje decyzję selekcjonera i niewykluczone, że posłucha rady Jana Tomaszewskiego. Nasz legendarny bramkarz stwierdził, że na miejscu Szczęsnego zrezygnowałby z przyjazdów na zgrupowania kadry, skoro nie decydują w niej forma i umiejętności. Takie napięcia w kadrze akurat teraz są niewskazane, bo w poniedziałek zespół musi wygrać z Austrią, a w najgorszym przypadku – nie przegrać. Porażka zniweczy szanse biało-czerwonych na awans, bo reprezentacja przestanie funkcjonować jako zespół.

Brzęczek dał się ograć Kekowi równie łatwo jak Nawałka dwa lata temu Hareide, co oznacza, że obaj nasi trenerzy nie mają wystarczających kwalifikacji do wykonywania tego zawodu na międzynarodowym poziomie. Nawałce tyłek uratowali piłkarze, bo gdy starszyzna uradziła, że w następnych meczach nikt nie ma prawa odpuścić, każdy gracz na boisku dawał z siebie 120 procent. I to wystarczyło, żeby ograć Kazachstan 3:0, Armenię 6:1 i Czarnogórę 4:2. Niestety, na mundialu w Rosji te ustalenia przestały być respektowane, a że owa starszyzna w drużynie Brzęczka to praktycznie ci sami gracze, co w kadrze Nawałki, można mieć wątpliwości co do jej możliwości motywacyjnych.

Przez porażkę ze Słowenią mecz z Austrią nabrał nieoczekiwanie kluczowego znaczenia nie tylko dla losów rywalizacji w grupie G, ale też dla losów trenera Brzęczka oraz dla planów na przyszłość prezesa PZPN i jego świty.

Słowenia – Polska 2:0
Gole: Aljaż Struna (34), Andraż Sporar (65).
Słowenia: Oblak – Stojanović, Struna, Mevlja, Balkovec – Bezjak, Krhin, Kurtić, Ilicić, Verbić (62. Crnigoj, 90. Berić) – Sporar (85. Popović).
Polska: Fabiański – Kędziora, Bednarek, Pazdan, Bereszyński – Zieliński, Klich (70. Bielik), Krychowiak, Grosicki (70. Błaszczykowski) – Piątek (76. Kownacki), Lewandowski.
Żółte kartki: Struna, Stojanović – Klich, Krychowiak, Bereszyński. Sędziował: Siergiej Karasiow (Rosja). Widzów: 15 231.

5. kolejka (6 września):
Macedonia Północna – Izrael 1:1; Słowenia – Polska 2:0; Austria – Łotwa 6:0
1. Polska 5 12 8:2
2. Austria 5 9 13:6
3. Słowenia 5 8 9:3
4. Izrael 5 8 9:8
5. Macedonia 5 5 6:8
6. Łotwa 5 0 1:19
Następne mecze (wszystkie 9 września, godz. 20:45):
Polska – Austria
Słowenia – Izrael
Łotwa – Macedonia Północna

 

MŚ U-20: Awans Polaków z trzeciego miejsca

Reprezentacja Polski zaczęła organizowane w naszym kraju mistrzostwa świata drużyn do lat 20 od porażki z Kolumbią 0:2, potem jednak pokonała Tahiti 5:0, a w minioną środę zremisowała z Senegalem 0:0, kończąc rywalizację w grupie A na trzecim miejscu, za Senegalem i Kolumbią. Polacy awansowali do 1/8 finału w gronie czterech najlepszych ekip z trzecich miejsc.

Rozegrany w środę mecz z Senegalem był dla podopiecznych trenera Jacka Magiery z gatunku „o wszystko”. Ewentualna porażka eliminowała biało-czerwonych z turnieju, ale ewentualne mogło im zapewnić nawet pierwsze miejsce w grupie A. Magiera dokonał kilku korekt w wyjściowym składzie, ale największą niespodzianką było wystawienie do gry Adriana Benedyczaka. Napastnik Pogoni Szczecin miał zrównoważyć przewagę wzrostu senegalskich obrońców i trzeba mu przyznać, że dał radę – potrafił utrzymać się przy piłce na połowie rywala, a nawet wygrał kilka pojedynków w powietrzu. 18-letni piłkarz „Portowców” rzucił tym udanym występem wyzwanie swojemu konkurentowi w ataku, Dominikowi Steczykowi występującemu na co dzień w zespole rezerw FC Nuernberg. Z dobrej strony pokazał się też piłkarz pierwszoligowego Bruk-Betu Nieciecza Michał Skóraś, który wypadł znacznie lepiej niż grający na jego pozycji Tymoteusz Puchacz w meczu z Kolumbią i David Kopacz w meczu z Tahiti. Wygląda na to, że trener Magiera dopiero w trzecim meczu na mistrzostwach puścił na plac gry właściwych zawodników.

W drugiej połowie nie działo się zbyt wiele, bo zaskoczeni postawą Polaków Senegalczycy nie chcieli ryzykować utraty bramki, a że remis i tak dawał im pierwsze miejsce w grupie, całą swoją uwagę poświęcali na pilnowaniu dostępu do własnej bramki. Nasi piłkarze też przesadnie nie szarżowali, bo im remis też dawał awans do kolejnej fazy mistrzostw, a że na środku obrony bezbłędnie grali dwaj stoperzy Sobociński i Walukiewicz, kibice tym razem nie doczekali się goli. Nikt jednak nie narzekał, bo najważniejszy był awans. Polski zespół z czterema punktami na koncie i bramkowym bilansem 5:2 zakończył zmagania w grupie A na trzeciej pozycji. W drugim meczu Kolumbia rozgromiła Tahiti 6:0, ale z sześcioma punktami (bramki 8:2) zajęła drugie miejsce za Senegalem, który wygrał grupę z dorobkiem siedmiu punktów (bramki 5:0).

Wszystkie trzy drużyny wywalczyły awans do 1/8 finału, a z mistrzostwami pożegnało się Tahiti.Nasi młodzi piłkarze musieli jednak poczekać na rywala w 1/8 finału. W pięciu możliwych konfiguracjach biało-czerwoni trafiali na reprezentację Włoch. W takim układzie czekała ich przeprowadzka do Gdyni i o ćwierćfinał graliby 2 czerwca. Ale mogli też trafić na Urugwaj lub Nową Zelandię (mecz o pierwsze miejsce w grupie pomiędzy tymi zespołami został rozegrany w czwartek w Łodzi i zakończył się po zamknięciu wydania). Wówczas nasza drużyna musiałaby się przenieść do Lublina, ale mecz w tym mieście rozegrałaby 3 czerwca. Przed czwartkowymi spotkaniami pewnych gry w 1/8 finału MŚ U-20 w Polsce było 11 drużyn: Senegal, Kolumbia, Polska, Włochy, Japonia, Ekwador, Nowa Zelandia, Urugwaj, Ukraina, Francja i Argentyna. Magiera i jego kadra wykonali zatem plan minimum nakreślony przez PZPN. Na wiele więcej mało kto liczy.

Pod jednym względem mistrzostwa U-20 w Polsce można uznać za udane. W środę niemal jednocześnie na antenach TVP transmitowany był mecz Polski z Senegalem i finał Ligi Europy Chelsea – Arsenal. Choć było to jedno z najważniejszych piłkarskich spotkań w tym sezonie, to lepszą oglądalność miał mecz biało-czerwonych, których walkę z Senegalem w TVP1 oglądało ponad trzy miliony widzów. Dla porównania finał Ligi Europy w Baku z udziałem dwóch londyńskich zespołów oglądał tylko niecały milion. Na trybunach stadionu Widzewa, podobnie jak w dwóch poprzednich meczach polskiej drużyny, był komplet publiczności. Kibice prowadzili zorganizowany doping od pierwszej do ostatniej minuty. Obecni na meczu przedstawiciele FIFA z niekłamanym podziwem komentowali gorącą atmosferę na stadionie, bo to rzadki widok na imprezach zespołów młodzieżowych, nawet rangi mistrzostw świata.

 

Zmarł Alojzy Jarguz – legendarny sędzia piłkarski

W wielkanocny poniedziałek w szpitalu w Olsztynie w wieku 85 lat zmarł Alojzy Jarguz, jeden z najsłynniejszych polskich sędziów piłkarskich, uczestnik mistrzostw świata 1978 w Argentynie oraz 1982 w Hiszpanii.

Jarguz do 1969 roku był zawodowym wojskowym, a potem przez 30 lat pracował jako kierownik ośrodka wypoczynkowego w Mikołajkach. Jako sędzia piłkarski prowadził w swojej karierze ponad 1200 meczów, w tym 250 w polskiej ekstraklasie, 18 spotkań reprezentacji narodowych i 25 w europejskich rozgrywkach klubowych. Na przełomie lat 70. i 80. XX wieku był uważany za najlepszego polskiego arbitra i jednego z najlepszych w Europie. Jego umiejętności zostały docenione przez FIFA i w 1978 roku Jarguz znalazł się w sędziowskiej obsadzie mistrzostw świata w Argentynie.

Podczas tego światowego czempionatu poprowadził jeden mecz jako arbiter główny, czym przeszedł do historii naszego futbolu, bo był pierwszym Polakiem który dostąpił takiego zaszczytu. Cztery lata później podczas mundialu w Hiszpanii także sędziował jedno spotkanie jako główny, a w dwóch jako liniowy, w tym w meczu otwarcia mistrzostw.

O jego śmierci jako pierwszy poinformował Warmińsko-Mazurski Związek Piłki Nożnej.

 

Lotto Ekstraklasa: Porozumienie w sprawie podziału pieniędzy

W środę w siedzibie spółki Ekstraklasa SA doszło do spotkania przedstawicieli wszystkich klubów. Rozmawiano o podziale pieniędzy i zmianie systemu rozgrywek.

Po burzliwej naradzie niejednogłośnie ustalono sposób podziału pieniędzy z rekordowych kontraktów mediowych i marketingowych. Od przyszłego sezonu w puli znajdzie się 225 milionów złotych, więc było się o co kłócić. „Dyskusja o podziale pieniędzy nigdy nie jest prosta. Ostateczne decyzje z jednej strony uwzględniają potrzebę wzmocnienia polskich klubów rywalizujących w europejskich pucharach, a z drugiej strony uwzględniono opinie klubów zajmujących niższe miejsca w tabeli. Istotnym elementem nowego podziału środków jest zwiększenie puli przeznaczanej na szkolenie młodzieży” – poinformował przewodniczący Rady Nadzorczej Ekstraklasy SA Karol Klimczak.

Do tej pory do czterech klubów reprezentujących ekstraklasę w europejskich pucharach trafiało łącznie 8,5 procent z puli. Dziś zwiększono tę kwotę do 14 procent, co oznacza 31 mln zł do podziału plus pieniądze z ogólnej puli przeznaczone dla wszystkich klubów w zależności od zajętych miejsc w ekstraklasie. Do tego dochodzi kwota stała, na którą składa się niemal połowa całej sumy, dzielona po równo między kluby oraz dola za tzw. ranking historyczny. „W ramach podziału uwzględniono także zwiększone środki na szkolenie młodzieży w wysokości ponad 17 milionów złotych. Składa się na to 12 milionów dzielonych po równo na wszystkie kluby oraz dodatkowo ok 5,6 mln złotych dofinansowania do systemu Pro-Junior System” – podano w oficjalnym komunikacie. Ustalono też wsparcie w wysokości 2,25 mln złotych dla drużyn, które spadną z ekstraklasy i utrzymano tzw. opłatę solidarnościową dla pozostałych klubów z dolnej ósemki tabeli. Przeznaczono na ten cel ponad milion złotych.

Znacznie większe rozbieżności wywołała dyskusja o zmianach w systemie rozgrywek. Obecny system, zwany ESA 37, jest mocno krytykowany, m. in. przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który optuje za ligą złożoną z 18 zespołów i rozgrywki w dwóch rundach bez podziału na grupy spadkową i mistrzowską. Za obecnym rozwiązaniem głosują jednak stacje telewizyjne, którym odpowiada i liczba meczów, a najbardziej wyrównany przebieg rywalizacji. Decyzję odłożono do jesiennych obrad.

 

Małe zamieszanie wokół VAR-u

W 30. kolejce wszystkie mecze ekstraklasy zostaną rozegrane w sobotę o jednej porze. Każdy z nich będzie miał jakąś stawkę, ale system VAR zostanie użyty tylko na czterech stadionach. Kibiców bulwersuje jednak wybór dokonany przez PZPN.

PZPN w miniony poniedziałek oficjalnie poinformował, że nie jest w stanie zapewnić systemu wideoweryfikacji VAR na wszystkich ośmiu stadionach, a tylko na czterech i podał, że VAR będzie obecny na meczach Arki Gdynia z Miedzią Legnica, Cracovii z Lechią Gdańsk, Legii Warszawa z Pogonią Szczecin i Zagłębia Sosnowiec z Wisłą Płock. Wybór ten wywołał spore oburzenie części mediów i kibiców. Zastanawiano się, dlaczego VAR nie zostanie użyty choćby w meczach Zagłębia Lubin z Wisłą Kraków i Lech Poznań z Jagiellonią, w których toczyć się będzie walka o miejsce w grupie mistrzowskiej.

Jak zawsze w takich gorących sytuacjach do akcji wkroczył osobiście prezes związku Zbigniew Boniek i za pośrednictwem Twittera wytłumaczył taki, a nie inny wybór. „Wybraliśmy mecze, które mogą decydować o mistrzostwie Polski i o spadku” – napisał prezes. A potem w kilku wypowiedziach dla zaprzyjaźnionych portali internetowych dodał w swoim stylu: „Cracovia – Lechia i Legia – Górnik to mecze drużyn rywalizujących o mistrzostwo Polski, zatem na nich wóz VAR będzie obecny. Podobnie jak na spotkaniach drużyn zagrożonych degradacją. Siłą rzeczy wsparcia VAR-u zabraknie na meczach drużyn rywalizujących o awans do czołowej ósemki. Przy całym szacunku, ale czy ktoś w Polsce wie, kto we Włoszech czy Niemczech bije się o miejsca 7-8?” –uzasadnił Boniek. Co ciekawe, rok temu w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego ekstraklasy PZPN podjął decyzję, żeby w ogóle zrezygnować z VAR-u, jeśli nie można użyć systemu we wszystkich meczach.