PZPN przegrał w sądzie z kibicem

PZPN musi zapłacić odszkodowanie kibicowi Legii Warszawa za obrażenia, jakich doznał podczas finału Pucharu Polski w 2016 roku. Sąd II instancji niedawno oddalił apelację od wyroku złożoną przez PZPN, co oznacza, że wyrok nakazujący naszej piłkarskiej federacji wypłacenie poszkodowanemu 15 tys. zł jest prawomocny.

Sprawa dotyczy zdarzenia zaistniałego 2 maja 2016 roku podczas rozegranego na Stadionie Narodowym w Warszawie finału Pucharu Polski z udziałem zespołów Lecha Poznań i Legii Warszawa. Organizatorem wydarzenia był Polski Związek Piłki Nożnej, a na trybunach zasiadło 48 563 widzów. W trakcie spotkania, wygranego przez Legię 1:0, kibice zaczęli rzucać racami, m.in. na sektor widowni zajęty przez fanów Legii. Jeden z „ostrzelanych” kibiców stołecznego klubu został przez racę poparzony i wystąpił z tego powodu przeciwko organizatorowi meczu na drogę sądową.
Sąd I instancji przyznał rację poszkodowanemu kibicowi, że PZPN jako organizator wydarzenia sportowego odpowiadał za bezpieczeństwo wszystkich uczestników, a skoro dopuścił do wniesienia środków pirotechnicznych na teren stadionu, dopuścił się tym samym zaniedbania. Ale przyznał poszkodowanemu kibicowi Legii nie żądane 25, lecz 15 tys. złotych. PZPN złożył apelację od wyroku argumentując, że związek wywiązał się ze swoich obowiązków organizatora. Sąd Okręgowy w Warszawie nie dał jednak wiary tym zapewnieniom podkreślając, że race mogły być zostać wniesione wraz z elementami oprawy meczowej, a na jej wniesienie PZPN organizacjom kibicowskim obu klubów zezwolił. Apelacja PZPN została więc oddalona i wyrok utrzymano w mocy. Sprawa jest precedensowa i może stanowić zachętę do wysuwania roszczeń w podobnych przypadkach.

PZPN wypowie wojnę Anglikom za Glika?

Po meczu Polska – Anglia (1:1) FIFA na wniosek Anglików wszczęła dochodzenie w sprawie rzekomego rasistowskiego gestu Kamila Glika. Ponieważ śledztwo nie potwierdziło zarzutów wobec polskiego piłkarza, światowa federacja temat zamknęła. Teraz jednak to władze PZPN rozważają wystąpienie do FIFA z wnioskiem o ukaranie The Football Asssociation za fałszywe oskarżenie.

W minioną środę Jakub Kwiatkowski, menedżer piłkarskiej reprezentacji Polski, ale także rzecznik prasowy PZPN, poinformował za pośrednictwem Twittera o korzystnej decyzji światowej federacji w sprawie Kamila Glika. „Zgodnie z naszym stanowiskiem wyrażanym od samego początku, FIFA nie znalazła podstaw do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego względem Kamila Glika po absurdalnych oskarżeniach ze strony angielskiej federacji. Sprawa, przynajmniej na gruncie FIFA, została zamknięta” – napisał Kwiatkowski. Sam Glik nie miał w tej kwestii żadnych obaw, co dobitnie podkreślał w wypowiedziach przed październikowymi meczami biało-czerwonych z San Marino i Albanią. Co nie zmienia jednak faktu, że przez kilka tygodni ciążyło nad nimi widmo surowych sankcji, w tym kary zawieszenia co najmniej na 10 meczów reprezentacji Polski. I choćby tylko z tego powodu nie powinno się tej sprawy uznać za zakończoną bez stosownej riposty wobec tych, którzy rzucili takie bezpodstawne oskarżenie.
Regulamin Dyscyplinarny FIFA umożliwia polskiej stronie podjęcie takich działań. Jeden z jego punktów wyraźnie stanowi, że „kto dopuszcza się fałszywych oskarżeń, sam może zostać ostatecznie ukarany”. Prezes PZPN Cezary Kulesza w medialnych wypowiedziach nie ukrywał, że w przypadku uniewinnienia Glika, czego był absolutnie pewny, rozważy wystąpienie z pozwem przeciwko Anglikom. I jego stanowisko w tej kwestii chyba nie uległo złagodzeniu, albowiem zaraz po ogłoszeniu decyzji FIFA z kręgów decyzyjnych naszej piłkarskiej federacji wyciekły wieści, iż dyskutowane jest podjęcia takich kroków. „Czekamy na przesłanie akt sprawy z FIFA i po analizie tych dokumentów podejmiemy decyzję, co dalej” – poinformował media dyrektor biura zarządu PZPN Piotr Szefer.
Dla przypomnienia – w trakcie meczu Polska – Anglia doszło do scysji między Kamilem Glikiem a Kyle’m Walkerem, a potem zaraz po gwizdku kończącym pierwszą połowę z naszym piłkarzem słownie starł się też Harry Maguire. I to właśnie on jeszcze w przerwie meczu ponoć zgłosił działaczom angielskiej federacji rasistowskie zachowanie Glika wobec Walkera, a ci jeszcze zanim skończyła się przerwa naskarżyli o tym sędziom. Arbitrzy w myśl obowiązujących przepisów opisali zdarzenie w meczowym protokole podkreślając jednak wyraźnie, że jest to wersja podana przez stronę angielską. Ponieważ jednak oskarżenie zostało zapisane w protokole meczowym, FIFA musiała niejako z urzędu zbadać jego zasadność. Anglicy oskarżali Glika o tzw. gest małpy rzekomo wykonany przez polskiego piłkarza w kierunku Walkera. W rzeczywistości Glik pokazał tylko rywalowi gestem, że „za dużo dyskutujesz”.
Sprawa rewanżu na angielskiej federacji za bezpodstawne oskarżenie nie jest jednak ani tak oczywista, ani też prosta do przeprowadzenia. Co prawda punkt 19.2 Regulaminu Dyscyplinarnego FIFA stanowi, że „Ktokolwiek w bezpodstawny lub nieodpowiedzialny sposób oskarża, sam może być ukarany”, ale jak dotąd nie zdarzyło się, aby po uniewinnieniu jakiegoś piłkarza od oskarżeń o rasizm czy przejaw nietolerancji jego macierzysta federacja wystąpiła z żądaniem ukarania oskarżających. Tak więc gdyby PZPN poszedł na prawną wojnę z Anglikami, byłby to precedens w skali światowej.
Sprawa musiałaby wrócić na wokandę Komitetu Dyscyplinarnego FIFA, o ile w ogóle zostałaby przyjęta do rozpatrzenia. Bo chociaż przepisy na to pozwalają, to w praktyce skorzystanie z tego zapisu nie jest łatwe. PZPN musiałby udowodnić, że angielskie oskarżenia były wyłącznie wynikiem złej woli oskarżających, którzy doskonale wiedzieli, że nagannego zachowania ze strony polskiego piłkarza nie było, a mimo to oskarżyli go z premedytacją, chcąc w rzeczywistości tym sposobem wyeliminować go ze sportowej rywalizacji. Sęk w tym, że Anglicy, a szerzej Brytyjczycy, stoją w awangardzie walki z wszelkimi przejawami rasizmu i nietolerancji, a nawet w ostatnimi czasy popadli w tej kwestii w nadgorliwość i nader chętnie rzucają oskarżeniami, zwłaszcza przeciwko rywalom, z którymi nie za dobrze radzili sobie na boisku.
Ale udowodnić im złe intencje będzie niezwykle trudno, albowiem dla FIFA i UEFA nadgorliwość w walce z rasizmem nie jest grzechem, więc działacze FA zawsze będą mogli powiedzieć, że wydawało im się, że taki gest miał miejsce, dlatego zgłosili sprawę do wyjaśnienia, zgodnie z zasadami krzewionymi przez władze światowego futbolu. Wygrana PZPN w sporze z FA nie jest więc możliwa, zatem wypowiedzenie futbolowej wojny Anglikom nie ma żadnego sensu, bo nie przyniesie żadnych profitów, tylko same straty.

Ktoś podsłuchiwał prezesa PZPN

W siedzibie PZPN, a konkretnie w gabinecie prezesa Cezarego Kuleszy, odkryto podsłuch. Urządzenie odkryto w piątek podczas kontroli przeprowadzonej przez firmę zewnętrzną. Znajdowało się w obudowie grzejnika i było aktywne. Wezwano policję, która wszczęła dochodzenie, ale z wstępnych ustaleń wynika, że znalezienie sprawcy nie będzie łatwe.

Gwoli przypomnienia – Cezary Kulesza jest prezesem PZPN od 18 sierpnia tego roku. Zastąpił na tym stanowisku Zbigniewa Bońka, który zgodnie z polskim prawem po odbyciu dwóch kadencji nie mógł już ponownie ubiegać się o reelekcję. W wyborczych szrankach Kulesza pokonał Marka Koźmińskiego. Podsłuch w jego gabinecie zapewne nie zostałby wykryty, gdyby nie zlecono kontroli stanu bezpieczeństwa siedziby związku mieszczącej się w Warszawie w biurowcu przy ulicy Bitwy Warszawskiej. Podsłuch typu radiowego zasilany na baterie miał zasięg do 700 metrów i był aktywny, co zdaniem ekspertów oznacza, że musiał zostać zainstalowany najwyżej kilka tygodni temu. Wkrótce po ujawnieniu tej informacji PZPN wydał w tej sprawie oświadczenie. „W piątek, 8 października 2021 roku w godzinach wieczornych, podczas rutynowej kontroli w biurze prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej Cezarego Kuleszy, wykryte zostało urządzenie podsłuchowe. Sprawa została przekazana odpowiednim organom, które zabezpieczyły ślady i rozpoczęły dalsze czynności. O sprawie będziemy informować w kolejnych komunikatach”.
„Zleciłem zewnętrznej firmie sprawdzenie pomieszczeń PZPN pod kątem urządzeń podsłuchowych. Nie miałem żadnych podejrzeń. To było rutynowe działanie. Na początku sprawdzono mój gabinet i okazało się, że ktoś założył podsłuch. Nie mam pojęcia kto za tym stoi, ale na pewno nie spodziewałem się, że coś zostanie znalezione. Na tę chwilę nie wiem czy to jedyny taki aparat w siedzibie związku, bo reszta biur na razie nie została przeszukana. Czuję się zawsze bezpiecznie, bo nic takiego co robię nie sprawia, że mógłbym się obawiać podsłuchów. Ale to przykre, że w moim gabinecie po półtora miesiąca mojej prezesury coś takiego znajdujemy. Nie obwiniam nikogo, nie oskarżam. Nie wiem kto chciał mnie podsłuchiwać. W biurze prowadzimy rozmowy, czasem typowo męskie, ale nie mamy nic do ukrycia. Nie jesteśmy jako związek uwikłani w żadne niejasne sprawy, na nikim z nas nie ciążą podejrzenia o przestępstwo, więc nie mamy nic do ukrycia i nie mam też podejrzeń, kto mógł to zrobić. Policja prowadzi dochodzenie i spokojnie czekam na jego wynik” – powiedział mediom prezes Kulesza.
Według ustaleń portalu Interia.pl podsłuch znaleziono podczas rutynowej kontroli gabinetu, która została zlecona zewnętrznej firmie. Kontrola została przeprowadzona w piątek w godzinach wieczornych i nocnych, po tym jak pracownicy PZPN skończyli pracę i udali się na weekend. Funkcjonariusze policji pojawili się w siedzibie PZPN w sobotę w godzinach porannych. Przesłuchano obecnych w biurze pracowników, m.in. dyrektora biura zarządu PZPN Piotra Szefera.
Podsłuch wykryto skanując częstotliwości radiowe emitowane w jego gabinecie. W ten sposób trafiono na nadajnik pracujący na częstotliwości 418 Mhz, działający ze stabilizacją kwarcową. Dźwięk jest nadawany drogą radiową. Teraz bardziej popularne są nowocześniejsze nadajniki wyposażone w kartę SIM, nadające z pomocą technologii GSM, lecz nadajnik radiowy ma tę przewagę, że zagłuszarka sygnału na sygnał nadawany drogą radiową nie wpływa.
Urządzenie znalezione u prezesa PZPN miało krótką antenę, przełącznik on/off i było zasilane trzema bateriami AA, więc przy takiej konfiguracji sprzętu nie można podsłuchu wyłączyć zdalnie, musi zatem pracować w trybie ciągłym aż do wyczerpania baterii, zatem w praktyce jego maksymalny czas pracy nie jest dłuższy jak miesiąc. Zasięg, z którego można było odbierać dźwięki nagrane w gabinecie prezesa PZPN, eksperci oceniają od 200 do 1500 metrów. Nie trzeba jednak tkwić przy odbiorniku w tej odległości. Żeby wiedzieć co mówiono w podsłuchiwanym gabinecie, wystarczyło w okolicy, na zewnątrz lub wewnątrz budynku, umieścić dyktafon podłączony do odbiornika i nagrać wszystko, co podczas podsłuchu przekazał nadajnik. Eksperci podkreślali jednak zgodnie, iż namierzenie odbiorcy nagrań będzie praktycznie niemożliwe, jeśli w nadajniku nie było karty SIM, a wszystko na to wskazuje, nie takowej w nim nie było. „Pluskwa” w gabinecie Kuleszy to amatorska zabawka, którą można kupić w wyspecjalizowanych w sprzedaży takich gadżetów sklepach za kilkaset złotych. Ale już nadajnik z zasięgiem do 1500 metrów, odbiornikiem i dyktafonem może kosztować do dwóch tysięcy złotych, co dla zarabiający po kilkanaście i więcej tysięcy złotych pracowników PZPN nie jest wydatkiem ponad stan. A ewidentnie sprawa wygląda na próbę znalezienia jakichś „haków” na Kuleszę i jego najbliższych
współpracowników.

Z życia PZPN: Ludzie Bońka odchodzą

Nowy prezes PZPN Cezary Kulesza konsekwentnie dokonuje zmian personalnych w strukturach związku. Z posadami w federacji pożegnali się m.in. Maciej Sawicki, Stefan Majewski, Dariusz Pasieka i Janusz Basałaj.

Sawicki za rządów Zbigniewa Bońka pełnił w PZPN funkcję sekretarza generalnego. Został zastąpiony przez Łukasza Wachowskiego. Majewski był dyrektorem sportowym i jego obowiązki ma przejąć Marcin Dorna, a Pasiekę, który był szefem Szkoły Trenerów PZPN zastąpi Paweł Grycmann. Basałaj, dawny szef sportowej redakcji Canal+ i TVP, pełnił formalnie niezbyt istotną funkcję dyrektora departamentu ds. mediów i komunikacji, w rzeczywistości był „człowiekiem do czarnej roboty” w dziele pacyfikacji nieprzychylnych PZPN-owi mediów.
Trzeba przyznać, że przez pierwsze lata był skuteczny w swoich zakulisowych działaniach i to jego zasługą była diametralna zmiana medialnych ocen działalności piłkarskiej federacji, co wraz z poprawą wyników reprezentacji zmieniło też radykalnie negatywne po rządach Grzegorza Lato nastawienie opinii publicznej do PZPN. Profity z tej swoistej propagandy sukcesu zebrał też oczywiście prezes Zbigniew Boniek.
Skuteczność Basałaja w powstrzymywaniu medialnej krytyki zaczęła gwałtownie maleć po nieudanych dla polskiej reprezentacji mistrzostwach świata w Rosji. Do końca pozostał jednak wierny Bońkowi i nie zmienił tej niezłomnej postawy nawet już po wyborczym zjeździe, gdy nowym sternikiem związku został Cezary Kulesza. Jak wieść niesie to jego sprawką była intryga, w wyniku której zamiast wspólnego oświadczenia Kuleszy i Bońka w sprawie zarzutów o zachowania rasistowskie jakie Anglicy wysunęli wobec piłkarzy reprezentacji Polski po meczu na Stadionie Narodowym, do wiadomości opinii publicznej dotarło tylko oświadczenie byłego prezesa związku. Za drobniejsze „wpadki” ludzie tracą pracę, więc wedle informacji podanej na łamach portalu „Meczyki” przez Tomasza Włodarczyka, Basałaj rozstanie się z PZPN-em za porozumieniem stron.

Wyniki 7. kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 7. kolejki:
Raków Częstochowa – Lech Poznań 2:2

Gole: Marcin Cebula (14 karny), Sebastian Musiolik (48) – Joao Amaral (57), Mikael Ishak (73 karny). Żółte kartki: Poletanović, Petrasek, Wdowiak – Pedro Tiba, Ishak, Douglas. Sędziował: Szymon Marciniak.
Widzów: 5200.
Śląsk Wrocław – Legia Warszawa 1:0
Gol: Victor Garcia (84). Żółte kartki: Lewkot, Makowski, Exposito – Pekhart, Kastrati, Jędrzejczyk, Charatin, Boruc, Martins. Sędziował: Bartosz Frankowski.
Widzów: 21 997.
Radomiak – Pogoń Szczecin 1:1
Gole: Leandro (90) – Piotr Parzyszek (2).
Żółte kartki: Luis Machado, Kaput, Radecki – Kurzawa. Sędziował: Sebastian Jarzębak. Widzów: 4483.
Wisła Kraków – Lechia Gdańsk 2:2
Gole: Michal Frydrych (71, 90) – Jarosław Kubicki (23), Ilkay Durmus (45). Żółte kartki: Kliment, Brown Forbes, Szota – Kubicki, Nalepa, Zwoliński, Sezonienko. Czerwona kartka: Szota (90., za drugą żółtą). Sędziował: Paweł Raczkowski.
Widzów: 15 869.
Warta Poznań – Bruk-Bet Nieciecza 0:0
Żółte kartki: Zrelak – Tekijaski, Zeman. Sędziował: Sebastian Krasny. Widzów: 1347.
Cracovia – Górnik Zabrze 2:2
Gole: Matej Rodin (84, 90) – Jesus Jimenez (2), Piotr Krawczyk (34). Żółte kartki: Van Amersfoort, Rapa, Loshaj – Gryszkiewicz, Janża, Janicki. Sędziował: Damian Sylwestrzak. Widzów:6836.
Jagiellonia Białystok – Stal Mielec 1:1
Gole: Israel Puerto (20) – Jonathan de Amo (11). Żółte kartki: Augustyn, Struski, Toporkiewicz – Getinger, Mak, Tomasiewicz. Sędziował: Krzysztof Jakubik. Widzów:6847.
Piast Gliwice – Zagłębie Lubin 0:1
Gol: Jewgienij Baszkirow (90). Żółte kartki: Mokwa, Steczyk – Bartolewski, Balić, Zajic. Sędziował: Wojciech Myć. Widzów: 3672.
Górnik Łęczna – Wisła Płock 3:2
Gole: Bartosz Śpiączka (69, 73), Marcel Wędrychowski (90) – Damian Rasak (14), Mateusz Szwoch (55 karny). Żółte kartki: Gol, Śpiączka, Drewniak – Krywociuk, Warchoł.
Sędziował: Tomasz Wajda. Widzów: 3550.

  1. Lech 7 15 13:5
  2. Śląsk 7 13 10:6
  3. Pogoń 7 12 10:6
  4. Wisła K. 7 11 13:9
  5. Lechia 7 10 10:8
  6. Piast 7 10 10:9
  7. Radomiak 6 9 7:5
  8. Jagiellonia 7 9 9:8
  9. Zagłębie 6 9 7:11
  10. Raków 5 8 8:9
  11. Stal 7 8 7:10
  12. Cracovia 7 8 8:12
  13. Wisła P. 7 7 11:10
  14. Warta 7 7 8:7
  15. Górnik Z. 6 7 7:9
  16. Legia 5 6 4:5
  17. Górnik Ł. 7 5 6:15
  18. Bruk-Bet 6 3 5:9

Kadra Paulo Sousy mocno się wykruszyła

Selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa niezbyt dobrze trafił z doborem zawodników na wrześniowe mecze w eliminacjach MŚ 2022. Aż 1/5 z powołanych przez niego graczy okazała się niezdolna do gry. W tej sytuacji portugalski szkoleniowiec w trybie alarmowym ściągnął na zgrupowanie kilku graczy.

Selekcjoner reprezentacji Polski już pierwszego dnia zgrupowania kadry musiał na liście powołanych oznaczyć jako niezdolnych do gry aż pięciu graczy. Kontuzje wyeliminowały Sebastiana Szymańskiego (Dynamo Moskwa), Dawida Kownackiego (Fortuna Duesseldorf), Kacpra Kozłowskiego (Pogoń Szczecin), Piotra Zielińskiego (SSC Napoli), Krzysztofa Piątka (Hertha Berlin), a z powodu drugiego już zakażenia koronawirusem wypadł też ze składu Mateusz Klich (Leeds United). 31-letni piłkarz poinformował o pozytywnym wyniku testu w mediach społecznościowych. Został poddany 10-dniowej izolacji. To nie pierwszy problem Klicha z Covid-19, bo za pierwszym razem gdy wykryto u niego wirusa wypadł z kadry przed marcowymi meczami eliminacyjnymi do mistrzostw świata.
Jakby tego było mało uraz kolana zgłosił jeszcze Grzegorz Krychowiak (FK Krasnodar). „Chciałbym wreszcie mieć w kadrze wszystkich najlepszych piłkarzy. To frustrujące, ale nie mam na to żadnego wpływu” – pożalił się portugalski selekcjoner na tradycyjnym spotkaniu z mediami. I do wymienionych wyżej graczy dorzucił kolejnych nieobecnych: Arkadiusza Milika, Krystiana Bielika, Rafała Augustyniaka, a nawet Przemysława Płachetę. Reakcją selekcjonera na plagę kontuzji było wezwanie w trybie awaryjnym dwóch graczy młodzieżówki – Jakuba Kamińskiego z Lecha Poznań i Kamila Piątkowskiego z RB Salzburg, a ponadto Damiana Szymańskiego z AEK Ateny i Bartosza Slisza z Legii Warszawa. Portugalczyk nie krył jednak, że są to jedynie uzupełnienia składu kadry. „Nie jesteśmy Włochami, Niemcami, Hiszpanią czy Portugalią, że w miejsce kontuzjowanego zawodnika możemy powołać kogoś innego na podobnym poziomie” – przyznał szczerze Paulo Sousa. Wyjaśnił też sytuację z Piotrem Zielińskim. „On przyjechał na zgrupowanie z problemem mięśniowym. Sytuacja jest trudna, ale jesteśmy w stałym kontakcie ze sztabem medycznym Napoli. Mamy nadzieję, że zdołamy wspólnie przygotować Piotra chociaż do gry w spotkaniu Anglią. Wtedy będzie nam najbardziej potrzebny”.
Jeśli uraz Krychowiaka okaże się poważny, Paulo Sousa będzie miał ból głowy ze skompletowaniem środkowej linii. W tej chwili w tej formacji zdolni do gry są Karol Linetty, Jakub Moder, Przemysław Frankowski, Bartosz Slisz, Damian Szymański, Jakub Kamiński i debiutant 19-letni Nikola Zalewski, zawodnik wprawdzie z AS Roma, lecz jeszcze bez piłkarskiego dorobku. Sousa przyznał, że do roli defensywnego pomocnika przymierzany jest w tej awaryjnej sytuacji Paweł Bochniewicz. „Taktyki jednak nie zmienimy, bo nie mamy na to czasu” – zapowiedział selekcjoner biało-czerwonych.
„Na pewno nie odetniemy występu na Euro 2021 grubą kreską. Nie możemy zbudować czegoś, jeśli nie będziemy bazować na naszych porażkach. Chodzi mi o mentalność i tożsamość polskiej piłki nożnej. To staramy się budować. Zrobiliśmy postęp, ale jest jeszcze duży margines do poprawy. Strzeliliśmy cztery gole w grupie, ale mimo to nie wyszliśmy z grupy. Musimy nad tym dalej pracować, musimy tworzyć szereg nowych możliwości, strzelać więcej goli. Musimy być agresywniejsi po stracie piłki, musimy lepiej bronić i lepiej kontrolować cały mecz. Ale najbardziej chodzi mi o mentalność i o wykorzystywanie kluczowych momentów. Zawsze nalegam na to, żeby zachować się lepiej mentalnie. Można popełnić błąd indywidualny, ale później możemy jeszcze go naprawić. Nie możemy po błędach tracić bramek. Tego da się uniknąć zmieniając nastawienie” – przekonywał portugalski szkoleniowiec.
Na praktyczne wdrożenie tych założeń nie będzie miał wiele czasu, bo biało-czerwoni pierwszy z trzech wrześniowych meczów, z Albanią na Stadionie Narodowym w Warszawie, rozegra już w najbliższy czwartek (2 września, początek godz. 20:45), trzy dni później, w niedzielę, zmierzy się na wyjeździe z najsłabszą w grupie ekipą San Marino (5 września, godz. 20:45, Serravalle), by na koniec w środę 8 września, ponownie na Stadionie Narodowym, zagrać przeciwko aktualnym wicemistrzom Europy Anglikom (początek spotkania 20:45).
Nasza reprezentacja po trzech marcowych potyczkach (3:3 z Węgrami, 3:0 z Andorą i 1:2 z Anglią) jest w trudnym położeniu. Zajmuje dopiero czwarte miejsce w grupie, z której awansuje bezpośrednio tylko jedna drużyna. Druga zagra w barażach. „Dajemy trenerowi czas i będziemy go oceniać. Te trzy mecze pokażą, gdzie będziemy, ale jestem dobrej myśli” – zapewniał nowy prezes PZPN Cezary Kulesza. Nie ulega jednak wątpliwości, że już we wrześniu może się okazać, iż Paulo Sousa nie wypełni także drugiego z postawionych przed nim zadań (pierwszym było wyjście z grupy w turnieju Eoro 2021) i nie wywalczy awansu na mundial (a stanie się tak, jeśli przegra z Albanią i Anglią). A to całkiem realny scenariusz zważywszy na fakt, że z ośmiu dotychczasowych spotkań pod jego wodzą biało-czerwoni wygrali tylko jedno – ze słabiutką Andorą. Poza tym zanotowali cztery remisy i ponieśli trzy porażki, a start w Euro 2021 zakończyli na ostatnim miejscu w grupie. Żaden inny selekcjoner naszej reprezentacji nie miał tak kiepskich osiągnięć, a jego kontrakt obowiązuje do końca eliminacji i automatycznie przedłuży się tylko w przypadku
wywalczenia awansu.

Kadra Polski:
Bramkarze:
Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn), Bartłomiej Drągowski (AC Fiorentina), Łukasz Skorupski (FC Bologna);
Obrońcy:
Jan Bednarek (FC Southampton), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua), Paweł Dawidowicz (Hellas Werona), Kamil Glik (Benevento Calcio), Michał Helik (FC Barnsley), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Tymoteusz Puchacz (Union Berlin), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Kamil Piątkowski (RB Salzburg);
Pomocnicy:
Piotr Zieliński (SSC Napoli,), Grzegorz Krychowiak (FK Krasnodar), Karol Linetty (AC Torino), Jakub Moder, Brighton&Hove Albion), Przemysław Frankowski (RC Lens), Kamil Jóźwiak (Derby County), Nicola Zalewski (AS Roma), Jakub Kamiński (Lech Poznań), Bartosz Slisz (Legia Warszawa), Damian Szymański (AEK Ateny);
Napastnicy:
Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Adam Buksa (New England Revolution), Krzysztof Piątek (Hertha Berlin, Niemcy), Karol Świderski (PAOK Saloniki, Grecja).

Tabela grupy I el. MŚ 2022:

  1. Anglia 3 9 9:1
  2. Węgry 3 7 10:4
  3. Albania 3 6 3:2
  4. Polska 3 4 7:5
  5. Andora 3 0 1:8
  6. San Marino 3 0 0:10

Z życia PZPN: Nowy prezes zrobi audyt?

Dziennikarz tygodnika „Gazeta Polska” Piotr Nisztor, z którym w ostatnich miesiącach urzędowania w PZPN zwycięskie sądowe potyczki stoczył były prezes PZPN Zbigniew Boniek, najwyraźniej nie złożył jeszcze broni.

Już w tytule swojego tekstu zamieszczonym w „Gazecie Polskiej” (Tajny plan Cezarego Kuleszy. Jakie trupy wypadną ze związkowej szafy?) Piotr Nisztor sugeruje, że nowy prezes PZPN ma jakieś niecne zamiary wobec swojego poprzednika i zamiast „na wiarę” przejąć po nim piłkarskie przedsiębiorstwo, ponoć doskonale prosperujące i bez żadnych obciążeń, wbrew publicznym zapewnieniom postanowił jednak po cichu zlecić firmie zewnętrznej przeprowadzenie audytu.
„W ostatnich 12 miesiącach agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego (CBA), działając na polecenie prowadzącego śledztwo Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej, dwukrotnie wchodzili na przeszukiwania do piłkarskiej centrali. Zabezpieczyli dokumenty i nośniki danych. To właśnie dlatego Kulesza już pierwszego dnia urzędowania polecił wdrożyć w związku audyt” – pisze Nisztor na łamach „Gazety Polskiej”. I przypomina zarazem, że „pierwsze przeszukiwania w śledztwie przez szczecińska prokuraturę miały miejsce 10 września 2020 roku, kiedy to agenci CBA zabezpieczyli materiały nie tylko w PZPN i 16 Wojewódzki ZPN, ale także w firmach współpracujących ze związkiem”.
Autor „Gazety Polskiej” sugeruje, że to dlatego nowy prezes PZPN Cezary Kulesza chce się przyjrzeć finansom związku, w tym umowom sponsorskim oraz doradczym. I podpiera się wypowiedzią „chcącego zachować anonimowość” współpracownika Kuleszy. „Spodziewamy się, że prokuratura może chcieć postawić zarzuty w niektórych wątkach osobom związanym ze związkiem. Dlatego nowy prezes miał podjąć decyzję o przeprowadzeniu audytu w PZPN, który sięgnie pięć lat wstecz”.
Zbigniewowi Bońkowi rewelacje Nisztora pewnie jakoś specjalnie snu nie zakłóciły. Były już prezes PZPN, ale wciąż jeszcze wiceprezydent UEFA, z całą pewnością przed odejściem z posady zadbał o porządek w papierach. Jego nieprzyjaciele łudzą się więc niepotrzebnie, że jakiś trup wypadnie z pezetpeenowskiej szafy.

Nasi młodzi piłkarze grają o awans do MME 2023

Trener młodzieżowej reprezentacji Polski w piłce nożnej Maciej Stolarczyk ogłosił powołania na mecze eliminacji MME 2023, w których Polska zagra z Łotwą (3 września, Jełgawa) oraz Izraelem (7 września, Lublin).

Młodzieżowa kadra Polski: bramkarze – Marcel Lotka (Hertha Berlin, Niemcy), Jakub Stolarczyk (Leicester City, Anglia), Kacper Tobiasz (Legia Warszawa); obrońcy – Łukasz Bejger (Śląsk Wrocław), Jakub Kiwior (MSK Żilina, Słowacja), Maik Nawrocki (Legia), Aleksander Paluszek (FK Pohronie Żiar, Słowacja), Kamil Piątkowski (RB Salzburg, Austria), Sebastian Walukiewicz (Cagliari, Włochy); pomocnicy – Mateusz Bogusz (UD Ibiza, Hiszpania), Wiktor Długosz (Raków Częstochowa), Jakub Kamiński (Lech Poznań), Michał Karbownik (Brighton&Hove, Anglia), Krzysztof Kubica (Górnik Zabrze), Filip Marchwiński (Lech), Mateusz Młyński (Wisła Kraków), Łukasz Poręba (Zagłębie Lubin), Mateusz Praszelik (Śląsk), Kacper Skibicki (Legia), Michał Skóraś (Lech), Kacper Smoliński (Pogoń Szczecin), Daniel Szelągowski (Raków Częstochowa); napastnicy – Adrian Benedyczak (Parma Calcio, Włochy), Filip Szymczak
(GKS Katowice).

Z życia PZPN: Prezes z Białegostoku za prezesa z Rzymu

Zwycięstwo Cezarego Kuleszy (na zdjęciu) w wyborach na prezesa PZPN nie było zaskoczeniem. Ze 118 delegatów na zjazd zagłosowało na niego 92, natomiast na Koźmińskiego tylko 23. Zmiana władzy nie oznacza, że w polskim futbolu zacznie dziać się lepiej lub gorzej, co najwyżej, że będzie inaczej.

Na wyznaczone na 18 sierpnia Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze Delegatów PZPN piłkarskie środowisko czekało z zaciekawieniem, bo chociaż już wcześniej było wiadomo, że wraz z odejściem Zbigniewa Bońka ze stanowiska prezesa dojdzie w federacji do poważnych personalnych zmian na szczytach władzy. Niewiadomą była tylko skala przetasowań, bowiem walka o wyborcze głosy trwała niemal do ostatniej chwili. Triumf Kuleszy został de facto przesądzony już przed rozpoczęciem obrad, w co z obecnych na sali wątpił chyba tylko Koźmiński, czego dowodem może być jego półgodzinna płomienna przemowa przed głosowaniem. Niepotrzebnie strzępił sobie język, bo nic mu to nie pomogło, a tylko zraził do siebie litanią pretensji wielu wpływowych ludzi. Jego rywal przemawiał przez dwie minuty, bo tyle czasu zajęło mu przywitanie delegatów. Nie musiał się sprężać, bo i tak zagłosowało na niego 92 delegatów, a na Koźmińskiego tylko 23. W sumie ze 118 uprawnionych do głosowania delegatów w wyborach wzięło udział 116, z których jeden oddał głos nieważny.
Przyznanie Bońkowi tytułu honorowego prezesa oraz pozostawienie Macieja Sawickiego na posadzie sekretarza generalnego to ewidentny dowód cichego porozumienia między starym a nowym sternikiem naszej futbolowej nawy. To wyjaśnia dlaczego Kulesza odrzucił ofertę Koźmińskiego, który w lipcu był gotów zrezygnować z kandydowania w zamian za miejsce w nowym zarządzie dla siebie i kilku swoich stronników oraz zostawienie Sawickiego w roli „genseka”. Nie jest to pierwszy w najnowszej historii PZPN-u przypadek piętrowej intrygi, z której zwycięsko wychodzą ci, którzy mają mocniejsze karty. Koźmiński w tej rozgrywce grał znaczonymi kartami i musiał przegrać. W nowym rozdaniu stanowisk zwycięski obóz nie znalazł dla wiceprezesa ds. międzynarodowych w pierwszej kadencji Bońka i wiceprezesa ds. szkolenia w drugiej, nawet honorowej funkcji. Bez wątpienia jest on największym przegranym dokonanych zmian, ale trzeba też uczciwie przyznać, że przez dziewięć lat woził się na plecach Bońka i nie pozostawił po sobie nic godnego zapamiętania. A jeśli do czegoś w jakiś istotny sposób się przyczynił, to cały splendor bez żadnej żenady zagarnął Boniek. „Dzięki pracy zarządu PZPN oraz mojemu zaangażowaniu, wychodzę dumny i szczęśliwy, że zostawiam związek w bardzo dobrej sytuacji” – stwierdził w swoim przemówieniu. Mógł pleść sobie co chciał, bo wiedział, że nikt go na zjeździe nie zaatakuje. W potajemnych rokowania zostało przecież ustalone, że przekazanie władzy odbędzie się pokojowo, bez szarpaniny i wywlekania związkowych brudów na światło dzienne. Dlatego też sprawozdanie finansowe za 2020 rok zostało przez delegatów przyjęte, chociaż wyszło z niego, iż Polski Związek Piłki Nożnej zamknął rok ze stratą 54,5 mln złotych. Deficyt wytłumaczono jednak skutkami pandemii koronawirusa i przypomniano, że związek przeznaczył 50 mln złotych na wsparcie klubów – od ekstraklasy do III ligi. Delegaci nie drążyli tematu, nie zgłoszone też sprzeciwu, gdy padł wniosek aby przez aklamację przyznać Bońkowi tytuł honorowego prezesa.
Emocje zaczęły się dopiero wtedy, gdy nowy prezes zaczął kompletować nową ekipę i przydzielać stanowiska. Trochę zaskoczeń przy tym było, bo inne w mediach krążyły spekulacje. Ostatecznie skład nowego zarządu PZPN wygląda następująco. Funkcje wiceprezesów otrzymali: do spraw organizacyjno-finansowych Henryk Kula, do spraw szkoleniowych Maciej Mateńko, do spraw zagranicznych Mieczysław Golba, do spraw piłkarstwa profesjonalnego Wojciech Cygan orazdo spraw piłkarstwa amatorskiego Adam Kaźmierczak. Członkiem zarządu z ramienia klubów ekstraklasy został Jakub Tabisz, a z ramienia klubów I ligi Marcin Janicki. Pozostałymi członkami zarządu PZPN zostali: Tomasz Garbowski, Sławomir Kopczewski, Zbigniew Bartnik, Karol Klimczak, Tomasz Lisiński, Radosław Michalski, Sławomir Pietrzyk, Robert Skowron, Paweł Wojtala i Eugeniusz Nowak. Na pierwszym posiedzeniu zarządu wybrano Macieja Sawickiego na sekretarza generalnego oraz Tomasza Mikulskiego przewodniczącego Kolegium Sędziów.
Nowy prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej nie jest postacią tak znaną, jak jego poprzednik. Cezary Kulesza urodził się 22 czerwca 1962 roku w Białymstoku. Ma za sobą niezbyt spektakularną karierę piłkarską – występował w roli ofensywnego pomocnika w Gwardii Białystok, Olimpii Zambrów i Mławiance, a w latach 1988-1990 trafił do Jagiellonii Białystok, ale na boiskach ekstraklasy pojawił się tylko w 14 meczach. Zaliczył też niewielki epizod w klubach zagranicznych, w trzecioligowym belgijskim RFC Aubel, szybko jednak wrócił do Polski i w 1996 roku zakończył sportową karierę. Ale jeszcze jako czynny piłkarz, w 1994 roku, założył firmę fonograficzną Green Star, promującą głównie muzykę disco polo, m.in. w wykonaniu zespołu Boys i Zenka Martyniuka. W XXI roku zainwestował też w hotele i nieruchomości. Do futbolu, już w roli działacza i sponsora, wrócił w 2008 roku, oczywiście do Jagiellonii. Najpierw był w tym klubie doradcą ds. sportowych, a dwa lata później został prezesem zarządu i pełnił tę funkcję do czerwca tego roku. Za jego kadencji białostocka drużyna zdobyła Superpuchar i Puchar Polski (2010) oraz dwukrotnie wicemistrzostwo Polski (2017 i 2018), a w jej barwach występowali tak znani polscy piłkarze, jak Tomasz Frankowski, Kamil Grosicki, Karol Świderski, Michał Pazdan czy Grzegorz Sandomierski. Od 2012 Kulesza był też w zarządzie PZPN, a od 2016 pełnił funkcję wiceprezesa ds. piłkarstwa profesjonalnego. Pełnił też funkcję wiceprzewodniczącego Rady Nadzorczej Ekstraklasy S.A.
Anonimową postacią w polskim futbolu zatem na pewno nie jest, ale nie można też powiedzieć, że jest powszechnie znany. Na pewno będzie mniej aktywny medialnie od Bońka i całkiem niewykluczone, że na dłuższą metę wyjdzie mu to na korzyść. Na razie trudno coś mu zarzucić, bo decyzje podejmuje roztropne. Jak choćby w przypadku Paulo Sousy informując, iż nie planuje zmiany na stanowisku selekcjonera, bo portugalski szkoleniowiec ma ważną umowę, która w razie awansu polskiej reprezentacji do finałów mistrzostw świata automatycznie przedłuży się do końca 2022 roku. Może zatem zmiana prezesa nie okaże się błędem i za cztery lata nikt za Bońkiem nawet nie zatęskni.

Koniec ery Bońka w PZPN

W środę odbędzie się walne zgromadzenie PZPN i tego dnia Zbigniew Boniek po dziewięciu latach przestanie pełnić funkcję prezesa. To jednak nie oznacza, że utraci realną władzę w polskim futbolu. Już ponad 20 lat temu potrafił rządzić związkiem „z drugiego fotela” jako wiceprezes ds. marketingu.

Boniek objął funkcję prezesa PZPN w 2012 roku zastępując dawnego kolegę z reprezentacji Polski Grzegorza Lato. W trakcie dwóch jego kadencji (na kolejne nie pozwalało już polskie prawo) reprezentacja Polski dwukrotnie zagrała w mistrzostwach Europy i raz w mistrzostwach świata. Na stronie internetowej PZPN służby medialne PZPN opublikowały liczącą 70 punktów listę najważniejszych dokonań związku w ostatnich dziewięciu latach. Ale te pożegnalne fanfary nie robią na nikim wrażenia. Piłkarskie środowisko chce odmiany i jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, przedłużone o rok z powodu pandemii koronawirusa rządy Bońka i jego świty dobiegną końca w środę 18 sierpnia.
Kulesza w roli faworyta
Chęć ubiegania się stanowisko sternika naszej piłkarskiej federacji zgłosili dwaj dotychczasowi wiceprezesi PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, ale niewykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jeszcze jacyś inni kandydaci. Wedle medialnych spekulacji murowanym faworytem do zwycięstwa jest Kulesza, do niedawna prezes Jagiellonii Białystok. Musi jednak na niego zagłosować co najmniej 60 ze 118 delegatów. Nie powinien mieć z tym kłopotu. W wyborach w 2012 wszedł do zarządu PZPN z 59 głosami elektorów, ale w 2016 zagłosowało na niego już 115. Uzyskał tym samym lepszy wynik nawet od Bońka, który dostał 99 głosów. Kulesza przez ostatnie lata solidnie pracował na sympatię środowiska – objechał Polskę wzdłuż i wszerz, pobiesiadował, porozmawiał, naobiecywał, czyli zrobił to wszystko, czego nie chciało się robić Koźmińskiemu.
W hermetycznym piłkarskim środowisku po dziewięciu latach rządów lubującej się w luksusie i blichtrze ekipy Bońka wróciła tęsknota za „swojskością” w relacjach i podmiotowością w relacjach z piłkarską centralą. Kulesza nie ma „parcia na szkło”, nie przepada za publicznymi wystąpieniami i w odróżnieniu od Bońka będzie raczej reglamentował swoją obecność w mediach. Na razie nie wyjawił co konkretnie zamierza zmienić w PZPN, poza enigmatyczną obietnicą „poprawienia jakości szkolenia”. A za ten pion w związku przez ostatnie cztery lata odpowiadał właśnie Koźmiński.
Ustępujący prezes oficjalnie nie poparł żadnego z kandydatów. Ogłosił to jednak dopiero po kwietniowych wyborach do komitetu wykonawczego UEFA, w którym to gremium zasiadał już wcześniej i do którego został wybrany ponownie, tym razem na czteroletnią kadencję, a jeszcze na dodatek z awansem na funkcję jednego z wiceprezydentów UEFA. Tak wysoko w strukturach Europejskiej Unii Piłkarskiej nie zaszedł żaden polski działacz. W tej sytuacji Boniek nie musiał już walczyć o zachowanie wpływów w Polskim Związku Piłki Nożnej. Mówiąc kolokwialnie, w tej chwili w polskim futbolu nie ma takiego mocnego, który mógłby mu podskoczyć. Obojętnie zatem kto wygra wybory na nowego prezesa i jacy ludzie wejdą do zarządu, raczej „grzebania w papierach” nie będzie i żadne „kwity” nie wypłyną.
Nikt cię nie chwali, pochwal się sam
Na pewno skończy się jednak era gloryfikowania dokonań Bońka i jego ekipy. Ustępujący prezes chyba ma tego świadomość, bo na odchodnym nie omieszkał zrobić kwerendy po zaprzyjaźnionych mediach i pochwalić się w nich efektami swoich dziewięcioletnich rządów. Dowodzą tego jego wypowiedzi. „Uważam, że w przeciwieństwie do moich poprzedników nie wychodzę ze złamanymi nogami, obciążonym wizerunkiem. Niedawno zrobiliśmy specjalną ankietę i wiem, jak to wygląda. Czuję sympatię ludzi, gdy jestem w przestrzeni publicznej. Oczywiście, zdarza się hejt. Niektórzy dzięki anonimowości czują się odważni. Ale ja wiem doskonale, co ludzie o mnie myślą, bo czuję to codziennie na ulicy. Na pewno nie żałuję żadnego dnia na tym stanowisku” – przekonywał Boniek. Ale w wywiadzie dla PAP odrzucił już jednak pozory skromności. „Chciałem być prezesem, żeby polskiej piłce pomóc. I uważam, że zostawiam nasz futbol w dobrej sytuacji. Zrobiliśmy produkt premium, jeżeli chodzi o postrzeganie federacji, promocję. Dzisiaj reprezentacja Polski, również kobiet, to zupełnie inna rzeczywistość organizacyjnie i logistycznie. A teraz musimy starać się robić produkt premium na boisku. Ale ludzie tego nie widzą. Uważają, że Boniek i PZPN są odpowiedzialni za to, jak kto kopie piłkę. Nie jesteśmy. Odpowiadamy za wiele innych spraw, z których można nas rozliczać” – przekonywał wskazując, za co należy go rozliczać: za reformę szkolenia i rozgrywek, promocję i popularyzację polskiej piłki oraz zarządzanie i finanse federacji.
W tym samym wywiadzie na pytanie, co go zaskoczyło najbardziej podczas sprawowania funkcji prezesa PZPN, odpowiedział: „Uderzyła mnie zmiana postępowania ludzi, wzajemne stosunki, agresywność, hejt, wpływ polityki na codzienne życie. My sobie z tym radziliśmy, ale to będzie największe wyzwanie przed moimi następcami. Gdy Marek Koźmiński zgłosił gotowość startu w wyborach, powiedziałem mu, że jeśli chce, niech się ubiega o stanowisko, bo jest dobrym kandydatem. Później dołączył drugi z naszych wiceprezesów, Cezary Kulesza. Myślałem, że może kontrkandydatem będzie ktoś z zewnątrz. Powiedziałem im, że współpracowali ze mną ponad osiem lat, akceptowali nasze programy, w niektórych brali udział. Dlatego ja się nie będę wypowiadał publicznie na temat ich kandydowania ani wtrącał do ich wyborczych kampanii. I tego się trzymałem do końca” – zapewniał Boniek. I podkreślił, że jedyne czego żałuje, to porażki reprezentacji Polski w meczu ze Słowacją na Euro 2021.
Minusów było jednak sporo
Nie wszyscy w Polsce podzielają jednak wysoką samoocenę ustępującego prezesa. Do tego coraz już liczniejszego grona zalicza się choćby Marek Wawrzynowski, publicysta portalu SportoweFakty pl. (…)Słysząc opowieści o tym, że prezes PZPN zastał piłkę drewnianą, a zostawił murowaną, wyobrażam sobie, że nasza liga jest wśród solidnych europejskich lig, kadra odnotowała pasmo sukcesów, piłkarze są rozchwytywani przez czołowe kluby zagraniczne, nasi trenerzy są postrzegani jako nowatorscy, zaś z małych klubów do dużych akademii przechodzą masowo superutalentowane dzieci. Rzeczywistość jest brutalna. Nasza PKO Ekstraklasa jest jedną ze słabszych w Europie, jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Reprezentacja Polski odpadła w marnym stylu w dwóch kolejnych dużych imprezach już w fazie grupowej, polski piłkarz nie jest pożądany w dużej piłce, zaś na koniec kadencji siłę pokazała drużyna do lat 17, która przegrała 1:10 z Niemcami(…). Gdyby wystawić ocenę Bońkowi za sprawy typu marketing, PR, organizacja, była to kadencja świetna. Ekipa Bońka podniosła piłkę wizerunkowo, opakowała znakomicie produkt. Mecze kadry na Stadionie Narodowym były fantastycznymi widowiskami na wysokim europejskim poziomie. Na pewno bardzo poprawiły się warunki dla kadry narodowej. Zawodnicy nie narzekali na brak niczego, mieli tylko wyjść i grać. Może dla nas, dziennikarzy, warunki do pracy były słabe, ale to pewnie nie jest z punktu widzenia kibica sprawa pierwszorzędna. Do tego doszła sprawna komunikacja z kibicami, m.in. poprzez kanał Łączy Nas Piłka. Przeznaczony bardziej dla młodszych odbiorców pokazywał kulisy kadry. Kapitalne było też wykorzystanie wizerunku kadry. W księgarniach można było kupić zeszyty do kolorowania z piłkarzami, w sklepach, gry i pełno różnych gadżetów. Wątpię, by poprzednia ekipa potrafiła tak wykorzystać wizerunek reprezentacji i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego. Na duży plus są też imprezy, które za kadencji Bońka organizowano w Polsce. Turnieje młodzieżowe rangi międzynarodowej, mecze finałowe europejskich pucharów. Wszystkie te działania sprawiły, że PZPN jako przedsiębiorstwo stoi mocno na nogach, jest bogatą firmą, ma ogromne możliwości. Jest jednak druga strona tych dwóch kadencji. Sportowa. I tu niestety Zbigniew Boniek oblał egzamin. (…)
Ostatnie dwie dekady na Zachodzie to wielkie zmiany w futbolowej edukacji. Szwajcaria od lat gra w dużych turniejach i wychodzi regularnie do II rundy. Efekt reform federacji. Anglia znowu jest wśród największych – efekt pracy federacji. Francja, Dania, Belgia, Hiszpania, Holandia, Austria i tak dalej. Każda licząca się federacja zainwestowała wiele pracy w reformy w szkoleniu piłkarzy oraz trenerów, nasza wprowadzała bezsensowne i nieefektywne programy typu Akademia Młodych Orłów, wydawała na nie fortunę (szacunkowo 20 milionów złotych), obudowywała PR-owo, by po 6 latach po cichu je zlikwidować. Dlaczego szkolenie jest tak istotnym tematem? Widzimy to na co dzień w polskiej ekstraklasie, widzimy w kadrze narodowej. Polski piłkarz nie umie grać jeden na jednego, nie potrafi poruszać się w tłoku, ma często podstawowe braki techniczne, nie jest kreatywny. Są oczywiście wyjątki, ale… to wyjątki”.(…)
Pretensje są słuszne i krytyka zasłużona. Rzecz w tym, że poza osobami osobiści zaangażowanymi w szkolenie mało kto sobie tym zawraca głowę. Dlatego Boniek może spokojnie chadzać po ulicach, z czym jego poprzednik, Grzegorz Lato, u schyłku kadencji miał pewien kłopot.