Stal bez licencji PZPN

Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN rozpatrzyła wnioski o przyznanie licencji dla klubów ekstraklasy oraz I i II ligi. Licencji na występy w PKO Ekstraklasie w nowym sezonie nie otrzymała jedynie Stal Mielec.

Po analizie wniosków Komisja Licencyjna postanowiła przyznać licencje upoważniające do udziału w rozgrywkach pucharowych UEFA w sezonie 2021/2022 14 klubom: Legii Warszawa, Cracovii, Górnikowi Zabrze, Jagiellonii Białystok, Lechowi Poznań, Piastowi Gliwice, Lechii Gdańsk, Zagłębiu Lubin, Pogoni Szczecin, Wiśle Płock, Warcie Poznań (na stadionie w Grodzisku Wlkp.), Rakowowi Częstochowa, Śląskowi Wrocław i Arce Gdynia. Wiadomo już, że w nowym sezonie w kwalifikacjach europejskich pucharach zagrają Legia, Raków i Pogoń, a szanse na to mają jeszcze Piast, Warta, Zagłębie, Lechia i Śląsk. Arka Gdynia pojawiła się w tym zestawieniu jako finalista Pucharu Polski.
Komisja przyznała też licencje w sezonie 2021/2022 na grę w PKO Ekstraklasie, lecz nałożyła nadzór finansowy na Legię Warszawa, Cracovię, Górnika Zabrze, Jagiellonię Białystok, Lecha Poznań, Piasta Gliwice, Lechię Gdańsk i Zagłębie Lubin, natomiast na Pogoń Szczecin, Wisłę Płock, Wartę Poznań, Raków Częstochowa i Śląsk Wrocław dodatkowo, poza nadzorem finansowym dołożyła też nadzór infrastrukturalny. W sposób szczególny potraktowano Podbeskidzie Bielsko Biała i Wisłę Kraków, które także obciążono nadzorem finansowym, ale z obowiązkiem terminowego realizowania zawartych ugód i porozumień bez możliwości ich dalszego odraczania.
Jedynym klubem z obecnego składu PKO Ekstraklasy, któremu Komisja nie przyznała licencji jest Stal Mielec. Powodem odrzucenie wniosku były błędy w rocznym sprawozdaniu finansowym, niejasności w rozliczeniach transferów i niespłacone zobowiązania wobec pracowników oraz na rzecz ZUS i Urzędu Skarbowego. „FKS Stal Mielec złoży w trybie natychmiastowym odwołanie i przedłoży stosowne dokumenty spełniające wszystkie niezbędne wymogi licencyjne” – napisano w komunikacie mieleckiego klubu.

Euro 2021: UEFA narobiła bałaganu

UEFA w minionym tygodniu odebrała Bilbao i Dublinowi rolę gospodarzy turnieju Euro 2021. Akurat w tych dwóch miastach swoje mecze miała rozegrać reprezentacja Polski – w Bilbao biało-czerwoni mieli zmierzyć się z Hiszpanią, a w Dublinie ze Szwecją i Słowacją. Wiadomo już, że z Hiszpanami nasza drużyna zagra w Sewilli, a ze Szwedami i Słowakami w Petersburgu.

W piątek przed południem prezes PZPN Zbigniew Boniek puścił w świat informację, że władze UEFA już oficjalnie przeniosły mecze grupowe Polaków w mistrzostwach Europy. Zamiast w Dublinie i Bilbao nasza reprezentacja zagra w Sewillii i Petersburgu. Bilbao i Dublin straciły status gospodarzy Euro 2021 dlatego, że nie były w stanie zagwarantować wpuszczenia na trybuny ograniczonej liczby widzów – na co najmniej 25 procent miejsc. W związku z tą zmianą PZPN zrewidował też swoje wcześniejsze postanowienia związane z wyborem bazy dla reprezentacji Polski i odwołał rezerwację dokonaną w hotelu Portmarnock Hotel & Golf Links pod Dublinem. „Teraz, gdy już wiemy gdzie zagramy, na pewno zmienimy bazę i nie będzie to Irlandia. Na stole są różne scenariusze. Gdy już będą oficjalne decyzje, o wszystkim poinformujemy” – na gorąco informował media rzecznik związku i reprezentacji Jakub Kwiatkowski.
Ale spekulacji to nie ucięło. Wedle nieoficjalnych jak na razie informacji pracownicy PZPN dokonali już rezerwacji hotelu Radisson Blu w Sopocie, w którym drużyna mieszkała podczas zgrupowania w październiku ub. roku przed meczami z Finlandią, Włochami oraz Bośnią i Hercegowiną. Kadra ma mieszkać w Sopocie, ale trenować będzie na stadionie Lechii Gdańsk, na którym w maju zostanie położona nowa murawa, bo obiekt ten będzie jak wiadomo areną finałowego meczu Ligi Europy. Natomiast na mecze w mistrzostwach Europy w Petersburgu i Sewilli biało-czerwoni latać będą z lotniska w Gdańsku. Miejmy nadzieję, że gdański port lotniczy będą wykorzystywać do podróży także na spotkania w kolejnych fazach turnieju.
Wcześniej jednak kadra Polski ma spotkać się w Opalenicy. To tamtejszym ośrodku 24 maja rozpocznie się zgrupowanie biało-czerwonych, w trakcie którego rozegrają dwa spotkania towarzyskie – z Rosją we Wrocławiu (1 czerwca) oraz z Islandią w Poznaniu (8 czerwca). Pierwszy mecz grupowy w turnieju Euro 2021 nasza reprezentacja rozegra 14 czerwca w Petersburgu ze Słowacją, potem czeka ją wyprawa do Sewilli na mecz z Hiszpanią (19 czerwca), a na koniec grupowych zmagań zmierzy się ponownie w Petersburgu ze Szwecja (23 czerwca).
Na razie jednak nic na sto procent nie jest przesądzone, a będzie dopiero po oficjalnym komunikacie ogłoszonym przez Polski Związek Piłki Nożnej. Chociaż wybór Gdańska na założenie bazy wypadowej na Euro 2021 po zamianie gospodarzy meczów z udziałem naszej drużyny trudno zakwestionować. Rzut oka na mapę Europy wystarczy by dostrzec, że chociaż Sewillę i Petersburg dzieli ponad cztery tysiące kilometrów, to akurat Gdańsk leży mniej więcej pośrodku drogi między tymi miastami, zatem trudno wybrać sensowniejsze usytuowanie bazy dla zespołu, który będzie musiał najpierw zagrać w Petersburgu, potem w Sewilli, a następnie znów w Petersburgu.
Ale trzeba pamiętać, że na pewno swoje trzy grosze co do wyboru miejsca na bazę będzie chciał wtrącić portugalski selekcjoner biało-czerwonych Paulo Sousa, a pewnie i prezes PZPN Zbigniew Boniek zechce mieć w tej kwestii ostatnie słowo. Decyzja musi jednak zapaść względnie szybko i pewnie zapadnie, bo w czym jak w czym, ale w takich organizacyjnych sprawach nasza federacja za rządów Bońka nie prowadziła żadnych społecznych konsultacji.
Dla przypomnienia: tegoroczne mistrzostwa Europy są imprezą przełożoną z powodu pandemii z poprzedniego roku. W turnieju organizowanym w 12 europejskich miastach rywalizować będą 24 drużyny podzielone na sześć czterozespołowych grup. Biało-czerwoni trafili do grupy z zespołami Hiszpanii, Szwecji i Słowacji. Najbardziej utytułowaną w mistrzostwach Europy ekipę w tym towarzystwie mają Hiszpanie, którzy triumfowali w kontynentalnym czempionacie trzykrotnie (1964, 2008, 2012), a raz zdobyli tytuł wicemistrzowski (1984). Szwedzi mają w dorobku półfinał osiągnięty w 1992 roku, a Słowacy w 2016 roku zakończyli rywalizację w 1/8 finału. Najlepszy wynik naszej reprezentacji to awans do ćwierćfinału w turnieju Euro 2016, w którym w rzutach karnych przegrała Portugalczykami, późniejszymi triumfatorami imprezy rozgrywanej na francuskich stadionach.
Warto też zauważyć, że występ biało-czerwonych w obecnych finałach mistrzostw Europy jest czwartym z rzędu w tej imprezie. Jak nie szło naszym piłkarzom, to nie szło do pierwszych 12 turniejów się nie zakwalifikowali. Ale potem awansowali na Euro 2008, gościli Euro 2012 i pięknie zagrali na Euro 2016. Pora teraz wywalczyć w końcu jakiś medal.

Boniek został wiceprezydentem

Po blisko dziewięciu latach autorytarnych rządów prezes PZPN Zbigniew Boniek nie ma w krajowym futbolu zbyt wielu lojalnych zwolenników. Ale już nie musi obawiać się ewentualnej zemsty swoich oponentów, bo gdy w sierpniu tego roku będzie oddawał władzę w polskim futbolu, znajdzie się po ochroną immunitet jaki daje funkcja wiceprezydenta UEFA.

Komitet Wykonawczy Europejskiej Unii Piłkarskiej to najwyższy organ wykonawczy tej organizacji. Boniek został jego członkiem w 2017 roku, a teraz podczas odbywającego się w Montreaux kongresu UEFA ubiegał się o reelekcję. W skład Komitetu Wykonawczego wchodzą: prezydent UEFA (jest nim obecnie Słoweniec Alexander Ceferin), 16 członków wybranych przez Kongres UEFA (w tym pięciu wiceprezydentów), dwóch przedstawicieli Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA) oraz jednego delegata Lig Europejskich (EL). Kadencja członków Komitetu Wykonawczego trwa cztery lata, ale co dwa lata wybiera się połowę tego gremium. Tym razem o osiem z 16 miejsc ubiegało się dziewięciu kandydatów, w tym niektórzy w ramach reelekcji. Oprócz Bońka, który otrzymał 47 głosów, ponownie wybrano Szweda Karla-Erika Nilssona (52 głosy), Anglika Davida Gilla (48), Niemca Rainera Kocha (47) i Turka Serveta Yardimciego (47). Natomiast z po raz pierwszy wybrani zostali Włoch Gabriele Gravina (53), Rosjanin Aleksander Diukow (50) i Holender Just Spee (31). W głosowaniu przepadł natomiast kandydat z Belgii Mehdi Bayat, który zebrał jedynie 14 głosów.
Boniek zasiada w Komitecie Wykonawczym od 2017 roku, teraz wybrano go na kolejną czteroletnią kadencję. Ale to nie był jedyny splendor jakiego doświadczył podczas kongresu obecny sternik polskiego futbolu, bo wybrano go także na jednego z wiceprezydentów UEFA. „Cieszę się, że moja czteroletnia praca w Komitecie Wykonawczym, projekty, jakie zgłaszałem, zostały docenione i wybrano mnie na jednego z wiceprezydentów UEFA. To chyba najlepsza forma docenienia czyjejś pracy. Dostałem 87 procent głosów, choć nie prowadziłem żadnej kampanii wyborczej” – przyznał Boniek w rozmowie z portalem Interia.pl.

Wiceprezydentów UEFA jest sześciu: Szwed, Karl-Erik Nilsson, Polak, Węgier Sandor Csanyi, Portugalczyk Fernando Gomes, Hiszpan Luis Rubiales i Anglik David Gill. Pozostali członkowie Komitetu Wykonawczego to: Francuzka Florence Hardouin, Albańczyk Armand Duka, Rosjanin Alexander Djukow, Włoch Gabriele Gravina, Niemiec Rainer Koch, Duńczyk Jesper Moeller, Ukrainiec Andrij Pawlenko, Holender Just Spee, Chorwat Davor Suker, Turek Servat Yardimci, Niemiec Karl-Heinz Rummenigge, Katarczyk Nasser Al-Khelaifi i Hiszpan Javier Tebas. Ta grupa ludzi ma dużą władzę, ponieważ najważniejsze decyzje – choćby o formatach rozgrywek – zapadają właśnie na posiedzeniach Komitetu Wykonawczego UEFA, a nie na kongresach z udziałem przedstawicieli wszystkich 55 europejskich federacji.

Do obowiązków Komitetu Wykonawczego należy np. wybór organizatorów najważniejszych imprez, w tym mistrzostw Europy, finałów Ligi Mistrzów i Ligi Europy, ale także m.in. rozdział środków pomocowych. Boniek jest pierwszym Polakiem w Komitecie Wykonawczym UEFA. Przed nim działaczem tego szacownego gremium był zmarły w 2015 roku w wieku 95 lat wybitny działacz sportowy Leszek Rylski, który we władzach Europejskiej Unii Piłkarskiej zasiadał w latach 1956-1964 oraz 1966-1968).
Boniek kilka tygodni obchodził 65. urodziny, wszedł zatem w wiek emerytalny, lecz od razu zapowiedział, że jeszcze na emeryturę się nie wybiera. Wiadomo już od dawna, że 18 sierpnia tego roku przestanie pełnić funkcję prezesa PZPN, a chociaż jest niezłym graczem w wyborczych szrankach, ma raczej znikome szanse na utrzymanie dotychczasowej dominującej pozycji na szczycie futbolowej hierarchii. Nawet gdyby w wyborach zwyciężyli ludzie z jego obecnej ekipy. Nie ma w tym względzie chyba żadnych złudzeń, bo w końcu sam ma na sumieniu mnóstwo niedotrzymanych obietnic wygłaszanych przy okazji licznych wyborczych potyczek o władzę w PZPN, którą w końcu udało mu się zdobyć dopiero w 2012 roku, gdy zmęczone nagonka medialną futbolowe środowisko po czterech latach rządów ekipy Grzegorza Lato uznało, że wybór Bońka na prezesa związku będzie dla wszystkich „mniejszym złem”.
Nowy prezes przez dziewięć lat rządził żelazną ręką, ale swoje zadanie spełnił, bo faktycznie pod jego ręką PZPN przestał być bębnem, w który bezkarnie walić mógł każdy, kto tylko chciał. Ale chociaż otoczył siedzibę związku murem tajemnicy, to wiadomo przecież, że niektórych spraw ukryć nie zdoła i niewykluczone, że nowi włodarze zechcą to i owo wywlec na światło dzienne. Na przykład zarobki prezesa Bońka i jego najbliższych współpracowników, albo coś jeszcze bardziej ludzi drażniącego.
Jako wiceprezydent UEFA Boniek będzie miał dość władzy i wpływów, by nawet najbardziej zawziętym oponentom wybić z głowy takie szkodliwe wizerunkowo akcje. Tym bardziej, że nie będzie już w żaden sposób finansowo zależy od kaprysów nowych władz PZPN. Wedle nieoficjalnych informacji jako zastępca prezydenta Ceferina Boniek będzie zarabiał co najmniej 250 tys. euro rocznie, czyli około 1,12 mln złotych. W porównaniu z gażą prezesa PZPN to pewnie sporo mniej, ale robota dużo spokojniejsza. No i z Rzymu do Nyonu jest dwa razy bliżej niż z Rzymu do Warszawy.

Z Anglią zagramy bez Lewandowskiego

W dwóch marcowych meczach eliminacyjnych nasza reprezentacja zdobyła cztery punkty, strzelając sześć goli. Połowę z nich zdobył Robert Lewandowski, którego jednak z powodu kontuzji odniesionej w meczu z Andorą zabraknie w kończącym marcową serię gier spotkaniu z Anglią na Wembley.

Lewandowski miał ogromnego pecha, bo kontuzji w meczu z Andorą doznał na minutę przed zaplanowaną zmianą. Z relacji lekarza kadry Polski Jacka Jaroszewskiego wynika, że gdy „Lewy” zszedł z boiska i opisał swoje dolegliwości, od razu pojawiły się obawy, że może to być uraz więzadła pobocznego kolana. „Miałem nadzieję, że zostało tylko naciągnięte, ale taką kontuzję można realnie ocenić dopiero po 5-10 godzinach” – opowiadał Jaroszewski. Lewandowski w poniedziałek rano nadal czuł jednak ból w nadwyrężonym prawym kolanie. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało, że więzadło zostało naciągnięte na granicy naderwania. „To nie był jeszcze wielki problem, bo więzadła regenerują się najszybciej i można je dobrze zabezpieczyć. Dlatego gdyby mecz z Anglią był rozgrywany w najbliższy weekend, to pewnie zdołalibyśmy doprowadzić Lewandowski do pełni sił i mógłby zagrać. Ale mecz na Wembley gramy w środę, a dwa dni po urazie to zdecydowanie za mało, bo byłoby ryzyko pogłębienia urazu. Przez pierwsze dwie-trzy doby o kontuzji nie można grać” – przekonywał doktor Jaroszewski. I zapewniał, że Lewandowskiemu jest teraz potrzebne szybkie, kompleksowe leczenie, dlatego od razu wraca do Bayernu. „Realne jest, że zagra 7 kwietnia w Lidze Mistrzów z Paris Saint-Germain, a może nawet będzie gotowy do gry już w najbliższą sobotę w hicie Bundesligi z RB Lipsk” – zapewniał Jaroszewski.
W Niemczech kontuzja Lewandowskiego natychmiast stała się gorącym tematem. Dziennik „Bild” od razu poddał w wątpliwość optymistyczne prognozy sztabu medycznego polskiej reprezentacji i uznał, że występ polskiego snajpera Bayernu w sobotnim starciu z RB Lipsk jest wykluczony, a w środowym meczu Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain wielce wątpliwy. I od razu zaczął spekulować, co zrobi trener Hansi Flick. Nie dał się wmanewrować w ten tok rozumowania dyrektor sportowy RB Lipsk, Markus Kroesche. „Generalnie nikomu nie życzymy kontuzji. Skupiamy się na sobie. Ale wiemy też, że nawet bez Lewandowskiego Bayern wystawi przeciwko nam potężną drużynę” – stwierdził w rozmowie z „Bildem”.
Na Wyspach Brytyjskich absencja kapitana reprezentacji Polski w meczu z Anglią także była szeroko komentowana w mediach. „To ogromny cios dla polskiej drużyny i jej nadziei na uzyskanie znaczącego wyniku w spotkaniu z ekipą Trzech Lwów, która jest największą przeszkodą na drodze do zakwalifikowania się do mistrzostw świata 2022 w Katarze” – napisał „Daily Mail”. W redakcyjnym komentarzu wyrażono opinię, że Lewandowski, jeden z najgroźniejszych napastników w światowym futbolu, pokazał, jak bardzo jest ważny dla Polski i jej nadziei na dobry występ w tegorocznych mistrzostwach Europy, strzelając dwa gole w niedzielnym meczu z Andorą. I podkreślono, iż kibice w obu krajach z niecierpliwością czekali na starcie dwóch kapitanów i liderów w swoich zespołach – Lewandowskiego z Harrym Kane’em. „Szkoda, że nie zobaczymy w bezpośrednim starciu dwóch najlepszych obecnie napastników na świecie i nie przekonamy się, który z nich ma przewagę na arenie reprezentacyjnej” – podsumował „Daily Mail”. Dziennik „The Sun” skupił się bardziej na podkreślaniu dokonań Lewandowskiego, żeby tym bardziej uzmysłowić swoim czytelnikom wagę osłabienia reprezentacji Polski. „Lewandowski zdobył 47 bramek w 42 meczach w tym sezonie dla klubu i reprezentacji, w tym 16 w ostatnich 10 występach. Jego nieobecność zwiększa szanse Anglii na zwycięstwo, które dopełniłoby hat-tricka eliminacyjnych wygranych i umocniłoby ją na pierwszym miejscu w grupie”. A „Daily Telegraph” przypomniał, że Lewandowski był wskazywany przez trenera reprezentacji Anglii Garetha Southgate’a jako największe zagrożenie. „Nie bez powodu, bo 32-letni napastnik Bayernu Monachium jest rekordzistą reprezentacji Polski pod względem liczby strzelonych goli – w 118 meczach zdobył ich 66”.
W Polsce natomiast kontuzja „Lewego” spowodowała lawinę pretensji pod adresem selekcjonera reprezentacji Paulo Sousy. Zarzucano mu, że popełnił gruby błąd wystawiając najlepszego gracza na mecz z Andorą, rywala znacznie słabszego od Węgrów, z którym polska drużyna powinna uporać się nawet bez swojego lidera. Z tymi opiniami polemizował głównie prezes PZPN Zbigniew Boniek, który po meczu z Andorą mocno uaktywnił się nie tylko w mediach społecznościowych, ale chętnie wypowiadał się też na łamach gazet i portali internetowych oraz przez telewizyjnymi kamerami. Na ogół trzymał emocje na wodzy i rzeczowo wypowiadał się na temat czekającej biało-czerwonych środowej potyczki z Anglikami na Wembley. W rozmowie z Pawłem Wilkowiczem z portalu sport.pl tak przewidywał taktykę jaką przyjmie nasz zespół: „Na pewno nie będziemy grali aż tak wysokim pressingiem, jak w innych meczach. Ranga przeciwnika zmusza do zachowania ostrożności. Będziemy starali się dobrze pokryć i zabezpieczyć naszą połowę boiska i wychodzić z kontratakami, starając się zdobyć piłkę w środkowej strefie. Ale zobaczymy jak to wszystko się ułoży” – stwierdził Boniek, dla którego potyczka z Anglią będzie ostatnią w eliminacjach MŚ 2022 w roli prezesa PZPN. „Jeśli nawet przegramy z Anglią, to nic się nie stanie. To jest mój ostatni mecz o punkty jako prezesa PZPN, 33. od czasu, kiedy układałem sobie reprezentację po swojemu. W 32 meczach wygrała 23 razy, sześć razy zremisowała i tylko trzy razy doznała porażek. To nie jest wynik drużyny słabej, to jest wynik dobrej drużyny. I prawdę mówiąc to serce mnie boli, że nie będę z nią do końca eliminacji” – przyznał prezes Boniek.
Koronawirus coraz mocniej miesza szyki trenerowi Sousie, bo do już wcześniej zarażonych Covid-19 Mateusza Klicha i Łukasza Skorupskiego we wtorek dołączyli Kamil Piątkowski i Grzegorz Krychowiak, więc nie wiadomo w jakim składzie i jakim ustawieniu biało-czerwoni zagrają przeciwko Anglikom. W wygranych 5:0 meczu z San Marino w drużynie „Synów Albionu” zagrali: Nick Pope – Reece James (46. Kieran Trippier), Conor Coady, John Stones (46. Tyrone Mings), Ben Chilwell – Jesse Lingard, Kalvin Phillips, James Ward-Prowse, Mason Mount (46. Jude Bellingham), Raheem Sterling (46. Phil Foden) – Dominic Calvert-Lewin (63. Ollie Watkins), natomiast w wygranym 2:0 wyjazdowym spotkaniu z Albanią trener Southgate wystawił taki skład: Nick Pope – Kyle Walker, John Stones, Harry Maguire, Luke Shaw – Raheem Sterling, Kalvin Phillips (71. James Ward-Prowse), Declan Rice, Mason Mount, Phil Foden (81. Jesse Lingard) – Harry Kane.

Z Węgrami Polacy zagrają po portugalsku?

Powołani przez Paulo Sousę piłkarze stawili się na zgrupowaniu w Warszawie w komplecie i odbyli wspólnie cztery treningi. To była jednak najłatwiejsza część zadania, jakie w marcu ma do wykonania nowy selekcjoner biało-czerwonych. Prawdziwy sprawdzian czeka go dopiero w czwartek w meczu z Węgrami.

Zbliża się pora na weryfikację wielkiego personalnego eksperymentu, na jaki w schyłku swojej drugiej kadencji szarpnął się prezes PZPN Zbigniew Boniek. Bez wątpienia zmiana na stanowisku tenera reprezentacji na kilka tygodni przed ważnymi meczami w eliminacjach mistrzostw świata oraz na niespełna cztery miesiące przed startem w finałach mistrzostw Europy, to było iście pokerowe zagranie, ale póki co największy problem sprawiło włoskiemu selekcjonerowi reprezentacji Węgier Marco Rossiemu. Po zastąpieniu Jerzego Brzęczka przez Paulo Sousę cała praca analityczna jaką wykonał na bazie materiału zebranego po ubiegłorocznych meczach polskiej drużyny zdały się psu na budę. Rossi co prawda miał okazję poznać trochę trenerski warsztat Portugalczyka, gdy obaj na początku minionej dekady pracowali z węgierskimi zespołami klubowymi, lecz teraz nie ma kompletnie pojęcia co jego kolega po fachu zdoła wycisnąć z polskich piłkarzy.
Węgrzy doceniają biało-czerwonych
Na wszelki wypadek w ostatnich medialnych wypowiedziach włoski selekcjoner węgierskiej kadry podkreślał siłę biało-czerwonych. W wywiadzie udzielonym portalowi sportowefakty.pl powiedział: (…) „Dla mnie to nie była dobra informacja, bo znam Paulo Sousę choćby z czasów jego pracy na Węgrzech. To dobry, bardzo poukładany trener, wiedzący czego chce, jak ma grać jego zespół. Dlatego jego nominacja na trenera Polaków mnie zasmuciła, bo wiem, że nie będziemy mieli łatwego zadania. Choć powiem coś, co może w Polsce jest niepopularne: patrząc z boku, z zewnątrz, doceniałem też pracę byłego selekcjonera, Jerzego Brzęczka. Liczba zdobytych punktów, pewny awans na EURO. Zrobiło to na mnie wrażenie”. A w dalszej części przyznał: „Uważam, że na papierze faworytem na pewno są Polacy. Spójrzmy choćby na ranking FIFA – Węgry są na 40. miejscu, a Polska na 19. To spora różnica. Myślę, że różnica między Węgrami a Albanią jest mniejsza na naszą korzyść niż między Anglią, Polską a Węgrami. Wy i Anglicy jesteście zdecydowanymi faworytami tej grupy. Na szczęście to tylko papier. Każdy mecz jest inny. Na pewno mamy dużą ochotę, aby sprawić niespodziankę, zaskoczyć Polaków w pierwszym meczu. Łatwo jednak nie będzie, bo choć mamy dobrych piłkarzy, to jednak liczba zawodników w bardzo dobrych klubach jest po stronie polskiej drużyny”. Ciekawie też Rossi wypowiedział się o Robercie Lewandowskim: „Czy mamy jakiś plan, jak go powstrzymać? Mówimy o najlepszym piłkarzu na świecie w poprzednim sezonie, który od pewnego czasu strzela też najwięcej goli. Gdybym powiedział: tak, mamy plan, wiemy, jak zatrzymać Lewandowskiego i to zrobimy, byłbym skończonym idiotą. Jego praktycznie zatrzymać się nie da, ostatnio ma więcej strzelonych goli niż rozegranych meczów. Natomiast oczywiście, podejmiemy próbę. Jeśli moi piłkarze zagrają na maksimum możliwości, to może się uda, ale żadnych gwarancji tu dać nie mogę”.
Włoski selekcjoner kadry Węgier na mecz z Polską nie mógł powołać najlepszego gracza ekipa Madziarów Dominika Szoboszlaia z RB Lipsk, a tuż przed spotkaniem wypadł mu ze składu z powodu kontuzji pleców Filip Holender, zawodnika Partizana Belgrad, aktualnie grającego na wypożyczeniu w FC Lugano. W tym sezonie ten piłkarz wystąpił w 21 meczach szwajcarskiej drużyny, zdobywając siedem bramek i zaliczając cztery asysty. Był w świetnej formie i jego nieobecność to spore osłabienie węgierskiego zespołu.
Reprezentacja Polski to boski zespół
Na co stać biało-czerwonych pod wodzą Paulo Sousy przekonamy się już w czwartek wieczorem. Na razie jest to, jak zwykł mawiać Jan Tomaszewski, „boski zespół, bo tylko Bóg wie jak zagra”. Podczas otwartego dla mediów poniedziałkowego treningu na stadionie Legii Warszawa było widać, że portugalski szkoleniowiec zamierza ustawić polski zespół w ustawieniu z trzema obrońcami. Trzy lata temu próbował tej taktycznej nowinki, wtedy dopiero zyskującej uznanie w oczach trenerów, ale chyba sam nie do końca pojmował jej niuanse, albo nie potrafił klarownie wyjaśnić jej zasad piłkarzom, bo zamiast nowej jakości w grze biało-czerwonych byliśmy świadkami nędznych występów, po których Nawałka wrócił do ustawienia z czwórką obrońców. Jerzy Brzęczek już nawet nie próbował eksperymentować z tercetem defensorów, chociaż miał w kadrze graczy grających z powodzeniem w tym ustawieniu w swoich klubowych zespołach. Wypada mieć tylko nadzieję, że w czwartek nasza reprezentacyjna drużyna nie pogubi się w tym nowym ustawieniu i nie odwali kabaretowego występu.

Kadra Polski:
Bramkarze: Łukasz Fabiański (West Ham United FC, Anglia), Łukasz Skorupski (Bologna FC 1909, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus FC, Włochy);
Obrońcy: Kamil Glik (Benevento, Włochy), Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria, Włochy), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Arkadiusz Reca (Crotone, Włochy), Paweł Dawidowicz (Hellas Werona, Włochy), Michał Helik (Barnsley, Anglia), Kamil Piątkowski (Raków Częstochowa);
Pomocnicy: Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Kamil Grosicki (West Bromwich Albion, Anglia), Kamil Jóźwiak (Derby County, Anglia), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), Jakub Moder (Brighton&Hove Albion, Anglia), Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa, Rosja), Przemysław Płacheta (Norwich City, Anglia), Rafał Augustyniak (Ural Jekaterynburg, Rosja), Bartosz Slisz (Legia Warszawa), Sebastian Kowalczyk (Pogoń Szczecin), Kacper Kozłowski (Pogoń Szczecin);
Napastnicy: Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (Olympique Marsylia, Francja), Krzysztof Piątek (Hertha Berlin, Niemcy), Karol Świderski (PAOK Saloniki, Grecja).

Kadra Węgier:
Bramkarze: Denes Dibusz (Ferencvarosi), Peter Gulacsi (RB Lipsk, Niemcy), Balazs Toth (Puskas Akademia FC); Obrońcy: Endre Botka (Ferencvarosi TC), Attila Fiola (FC Fehervar), Szilveszter Hangya (FC Fehervar), Akos Kecskes (FC Lugano, Szwajcaria), Adam Lang (Omonia Lefkossias, Cypr), Gergo Lovrencsics (Ferencvarosi TC), Willi Orban (RB Lipsk, Niemcy), Attila Szalai (Fenerbahce Stambuł, Turcja);
Pomocnicy: Tamas Cseri (Mezokovesd-Zsory), Daniel Gazdag (Honved Budapeszt), Zsolt Kalmar (DAC Dunajska Streda, Słowacja), Laszlo Kleinheisler (NK Osijek, Chorwacja), Adam Nagy (Bristol City, Anglia), Loic Nego (FC Fehervar), Andras Schaefer (DAC Dunajska Streda, Słowacja), David Siger (Ferencvarosi TC).
Napastnicy: Krisztian Geresi (Puskas Akademia FC), Nemanja Nikolić (FC Fehervar), Roland Sallai (SC Freiburg, Niemcy), Adam Szalai (FSV Mainz, Niemcy), Kevin Varga (Kasimpasa SK, Turcja), Roland Varga (MTK Budapeszt).

O tym się mówi: Mecz Anglia-Polska nie na Wembley?

Na początku tego tygodnia w mediach w Polsce pojawiły się wieści, że z powodu ograniczeń epidemicznych w relacjach między Niemcami i Francją a Wielką Brytanią w marcowym meczu Anglia – Polska na Wembley nie będą mogli zagrać nasi reprezentanci występujący w klubach Bundesligi i Ligue 1, czyli Robert Lewandowski, Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik.

W poniedziałek niepokój w sercach polskich kibiców wzbudziła informacja, że w meczu z Anglią (31 marca) może nie zagrać Robert Lewandowski, bo wedle obecnie obowiązujących w Niemczech obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa po powrocie z Londynu musiałby przejść w Niemczech wielodniową kwarantannę. A w takiej sytuacji, zgodnie z nadzwyczajnymi przepisami FIFA, główny pracodawca piłkarzy, czyli w przypadku Lewandowskiego Bayern Monachium, może nie wyrazić zgody na występ swojego piłkarz w meczu reprezentacji. Z tego samego powodu także Hertha Berlin będzie miała prawo nie zgodzić się na występ Krzysztofa Piątka, a także Olympique Marsylia może odmówić zgody na grę Arkadiusza Milika, bo rząd francuski wprowadził w swoim kraju podobne co w Niemczech obostrzenia epidemiczne dla osób przyjeżdżających do Francji z Wielkiej Brytanii. Stanowią one, że powrót z Wielkiej Brytanii oznacza konieczność przejścia 10-dniowej kwarantanny.
Dotyczy ona także zawodowych piłkarzy, którzy żyją w izolacji, niczym w bańce i są na okrągło testowani na obecność wirusa COovid-19. Rząd Włoch zrobił wyjątek dla piłkarzy zawodowych – ich nie obowiązuje kwarantanna po powrocie z Wysp, ale to też nie jest decyzja nieodwracalna. Wszystko zależy od rozwoju pandemii i liczby zakażeń.
Z uwagi na sztywne przepisy na terenie Wielkiej Brytanii i Niemiec UEFA przeniosła mecze 1/16 finału Ligi Mistrzów Liverpool – –RB Lipsk i Manchester City – Borussia Moenchengladbach z Anglii do Budapesztu. Natomiast Atletico Madryt poleci do Londynu na starcie z Chelsea, bo Hiszpania nie nałożyła obowiązkowej kwarantanny dla wracających z Wysp. Rzeczniczka Lewandowskiego uspokaja. „Na ten moment nic nie stoi na przeszkodzi, żeby Robert poleciał z reprezentacją do Londynu na mecz z Anglią. Czekamy na bardziej szczegółowe informacje z Bayernu” – powiedziała Interii Monika Bondarowicz.
A w poprzednim tygodniu, zanim sprawa trafiła do mediów, z Bayernem kontaktował się menedżer reprezentacji Polski Jakub Kwiatkowski. „Dostałem od Bayernu prośbę o informację odnośnie tego, gdzie i w jaki sposób będziemy podróżować na Wyspy Brytyjskie, kiedy nasi piłkarze przejdą testy. Bayern otrzymane od nas informacje przekaże do lokalnych władz sanitarnych. Pracownicy Bayernu podziękowali nam, bez choćby słowa o tym, że nie puszczą Roberta do Londynu” – powiedział na łamach portalu Interia.pl Kwiatkowski.
Najbezpieczniej byłoby przeniesienie meczu na teren neutralny, ale na to nie zgodzi się angielska federacja The FA, która ma mocną pozycją w FIFA i UEFA. Przepisy UEFA precyzują pandemiczne rozgrywki dosyć klarownie: dopóki zespół ma 15 zdrowych piłkarzy, w tym bramkarza, to mecz ma się odbyć. Natomiast PZPN nie wyobraża sobie wyprawy na Wyspy bez najlepszego piłkarza naszej reprezentacji Roberta Lewandowskiego, ale także bez jego dwóch dublerów – napastnika Herthy Krzysztofa Piątka i napastnika Olympique Marsylia Arkadiusza Milika, a tak się stanie jeśli po powrocie z Londynu musieliby udać się na kwarantannę. Dlatego PZPN chce uzyskać gwarancję od UEFA, że Lewandowski, Piątek i Milik po meczu z Anglią będą mogli wrócić do swych klubów bez konieczności odbywania kwarantanny, jako osoby podróżujące z Polski, bo wówczas w Niemczech i Francji byliby traktowani jako podróżujący z kraju UE, a nie z Wysp Brytyjskich.
Problemem są jednak także obostrzenia obowiązujące przyjezdnych w Wielkiej Brytanii. Wedle aktualnie obowiązujących każdy przybysz musi przedstawić aktualne (nie starze niż 24 godziny) testy na Covid-19, a po 48 godzinach na własny koszt (ok. 200 euro) musi wykonać kolejne.
PZPN na razie cierpliwie czeka na ruch swego odpowiednika z Anglii, czyli The Football Association. Jeśli Anglicy nie znajdą sposobu na przyjęcie przebadanych polskich piłkarzy bez konieczności przechodzenia przez nich kwarantanny, nasza federacja zażąda przeniesienia meczu na neutralny teren. I zapowiada, że nie podejmie się roli gospodarza. Działacze PZPN liczą, że rewanż we wrześniu z Anglikami odbędzie się już z udziałem kibiców, a to gwarantuje duże wpływy ze sprzedaży biletów.

Jubileusz sędziego Marciniaka

W minioną niedzielę Szymon Marciniak sędziował ligowe spotkanie Cracovii z Zagłębiem Lubin (2:4). Dla arbitra z Płocka, uważanego za najlepszego w Polsce, był to 300. mecz jaki prowadził w naszej piłkarskiej ekstraklasie. Wyrzucając z boiska dwóch graczy gospodarzy i dając karnego gościom pokazał w nim, dlaczego jest u nas numerem 1.

W styczniu tego roku UEFA opublikowała podzieloną na cztery kategorie listę 285 sędziów głównych, których będzie wyznaczać do prowadzenia spotkań w europejskich pucharach oraz w meczach międzypaństwowych. W najwyższej kategorii (Elite) liczącej tylko 27 arbitrów polski futbol ma tylko jednego reprezentanta i jest nim właśnie 40-letni obecnie Szymon Marciniak. To daje mu także niekwestionowana pozycję numer 1 także na krajowych boiskach, co oznacza także, że podobnie jak w UEFA powinien być wyznaczany w pierwszej kolejności do prowadzenia najważniejszych meczów. Tak na marginesie – w 19. kolejce do takich spotkań na pewno nie zaliczała się potyczka Cracovii z Zagłębiem Lubin, bo z pewnością większą rankę miały spotkania z udziałem zespołów walczących o mistrzostwo Polski: Legii z Górnikiem Zabrze, Pogoni Szczecin ze Śląskiem Wrocław czy Rakowa Częstochowa z Podbeskidziem Bielsko-Biała, a nawet derbowy mecz dwóch poznańskich zespołów – Lecha i Warty. Ktoś jednak w PZPN uznał, że najwyżej stojący w sędziowskiej hierarchii polski arbiter powinien akurat kopnąć się do Krakowa i poprowadzić mecz drużyn nie liczących się już w rywalizacji o czołowe miejsca w rozgrywkach.
Kończąc zaś wątek hierarchii polskich arbitrów w strukturach UEFA, to w kategorii 1, do której zakwalifikowano 55 sędziów, znalazło się czterech Polaków – awansował do niej Bartosz Frankowski z Torunia, a miejsca utrzymali Paweł Gil z Lublina, Paweł Raczkowski z Warszawy i Daniel Stefański z Bydgoszczy. W kategorii 2 (91 sędziów) utrzymał się Krzysztof Jakubik z Siedlec, zaś w kategorii 3 (105 sędziów) Tomasz Musiał z Krakowa.
Wracając do Marciniaka warto wspomnieć, że w roli sędziego międzynarodowego zadebiutował w 2011 roku jako rozjemca meczu Mistrzostw Europy U17 Francja – Białoruś, a do sędziowskiej elity (UEFA Elite) należy on od 20 lipca 2015 roku. Był w sędziowskiej obsadzie turnieju Euro 2016 we Francji i mistrzostw świata 2018 roku w Rosji. 15 sierpnia 2018 roku poprowadził mecz Superpucharu Europy, w którym Atletico Madryt pokonało Real Madryt 4:2. Niespełna rok później pełnił rolę sędziego VAR w finałowym meczu Ligi Europy Chelsea Londyn – Arsenal Londyn (4:1), a w sierpniu ubiegłego roku był sędzią półfinału Ligi Europy Inter Mediolan – Szachtar Donieck (5:0). W Lidze Mistrzów sędziował 27 spotkań, w których 111 razy sięgał po żółte kartki, czterokrotnie po czerwone i podyktował trzy „jedenastki”. W naszej ekstraklasie w 300 prowadzonych meczach Marciniak 1212 razy karał piłkarzy żółtymi kartkami (średnio robił to cztery razy w meczu), a 79 razy czerwonymi, z których 39 było regulaminową karą za drugą żółtą kartkę w tym samym spotkaniu. Podyktował też 131 rzutów karnych.
Te liczby pokazują, że płocki arbiter z piłkarzami się nie patyczkuje oraz że nie pęka przed najpoważniejszymi wyzwaniami. Niespecjalnie przejmuje się też krytyką, chociaż zdarzało mu się już kilka razy wykrztusić słowo „przepraszam” pod adresem klubów, którym zaszkodził swoimi decyzjami. W sędziowskiej ekipie Marciniaka wspierają dwaj asystenci – Tomasz Listkiewicz i Paweł Sokolnicki, jako sędzia techniczny Paweł Raczkowski, a jako sędziowie VAR najczęściej Paweł Gil i Tomasz Kwiatkowski.
Cracovia w tym roku jest najsłabszym zespołem w ekstraklasie – w pięciu kolejkach zdobyła tylko dwa punkty notując dwa remisy (z Podbeskidziem 1:1 i Stalą Mielec 0:0) i zaliczając trzy porażki (z Wartą 0:1, Pogonią 0:1 i teraz z Zagłębiem 2:4), ponadto przed sezonem odebrano jej pięć punktów za dawne grzechy korupcyjne, a na dodatek od grudnia po karczemnym potraktowaniu w derbach Krakowa przez działaczy „Pasów” arbitra głównego Daniela Stefańskiego ma też na pieńku z gildią sędziowską. W takich sytuacja niezapomniany trener Janusz Wójcik zwykł mawiać: „Tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić”. Być może wystarczy wykonać tylko jeden telefon, ale tanio tym razem już raczej nie będzie…

Stulecie urodzin Kazimierza Górskiego

We wtorek 2 marca przypadła setna rocznica urodzin Kazimierza Górskiego, twórcy wielkich sukcesów piłkarskiej reprezentacji Polskiw latach 70. XX wieku. To odpowiednia okazja, żeby przypomnieć historię życia tego dobrego, nietuzinkowego człowieka, który nawet w roli prezesa PZPN nie roztrwonił ogromnego kapitału sympatii, jakim został obdarzony.

Urodził się 2 marca 1921 roku we Lwowie, w dzielnicy Bogdanówka, na ulicy Gródeckiej na parterze dwupiętrowego domu. Na tym miejscu stoi dziś Dom Towarowy. Jego ojciec pracował w warsztatach kolejowych, matka prowadziła dom. Kazimierz był najstarszy spośród sześciorga rodzeństwa (miał brata i cztery siostry). Chodził do szkoły powszechnej na ulicy Sienkiewicza, potem do IX Gimnazjum im. Jana Kochanowskiego na ulicy Chocimskiej. Ale nie skończył tej szkoły, poszedł do technikum mechanicznego, bo chciał mieć fach w ręku. Umiejętności ślusarza później przydały mu się w czasie II Wojny Światowej. Po zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną pracował jako mechanik w spółdzielni pracy, a po agresji niemieckiej na Związek Radziecki i ponownym zajęciu Lwowa przez Niemców pracował w warsztatach kolejowych. W 1944 roku wstąpił do wojska polskiego i służył w jednostce artylerii.
W życiu Kazimierza Górskiego zdecydowanie bardziej przydatną umiejętnością, chociaż nie nabytą w szkolnej ławce, była jednak umiejętność gry w piłkę nożną. Przed wojną grał w RKS Lwów jako prawoskrzydłowy, ale marzył żeby dostać się do zespołu Pogoni Lwów, najlepszego wtedy w Rzeczpospolitej. Był niski i drobnej budowy, za to szybki i zwinny, nieźle też potrafił kiwać. Koledzy nadali mu pseudonim „Sarenka”. Gdy wybuchła wojna, miał 18 lat. Jego marzenia o występach w Pogoni pozostały marzeniami, ale w 1945 roku jako żołnierz zawędrował do zrujnowanej Warszawy i zgłosił się do Legii. I już w stolicy pozostał do końca życia, a z lwowskiego okresu na zawsze pozostał mu charakterystyczny akcent, za który także uwielbiali go kibice, którzy po złotym medalu olimpijskim w 1972 roku i trzecim miejscu na mistrzostwach świata w RFN dwa lata później do końca jego dni darzyli go niewyczerpaną i bezwarunkową sympatią.
Zawodnikiem Legii Kazimierz Górski był w latach 1945-1953. Rozegrał w barwach warszawskiej drużyny 81 meczów ligowych, w których strzelił 34 gole. W reprezentacji Polski zaliczył tylko jeden występ. Miało to miejsce 26 czerwca w Kopenhadze w meczu z Danią. Trenerem biało-czerwonych był wtedy Zygmunt Alfus. Polski zespół przegrał sromotnie 0:8, a Górski, zmieniony w 34. minucie przez Józefa Kohuta, został uznany za współwinnego klęski. Tymczasem tak naprawdę jej sprawcą był Alfus, który w przeddzień spotkania z nadgorliwości zaordynował piłkarzom katorżniczy wręcz trening, po którym następnego dnia wszyscy mieli zakwasy i nie nadążali za duńskimi zawodnikami.
W styczniu 1948 roku Kazimierz Górski ożenił się z rodowitą warszawianką, Marią Stefańczak (1919-2005). Doczekali się dwójki dzieci – w 1953 roku na świat przyszedł syn Dariusz, uznany fotoreporter piłkarski, a 1956 roku córka Urszula, której pasją stało się łyżwiarstwo figurowe, a druga ojczyzną Grecja.
W 1952 roku Górski ukończył kurs trenerski w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Krakowie i rozpoczął nowy rozdział w swojej zawodowej karierze. Rok później został asystentem pierwszego trenera Legii Wacława Kuchara. W 1954 roku na rok przeniósł się do Marymontu Warszawa, a w latach 1955-1959 był selekcjonerem kadry Polski do lat 19. Wrócił do Legii już w roli głównego trenera w 1960 roku i prowadził zespół przez dwa sezony zdobywając wicemistrzostwo w 1961 i trzecie miejsce w 1962 roku. Potem był szkoleniowcem zespołów Lublinianki (1963-1964) i Gwardii Warszawa (1964-1966), a w 1966 roku ponownie został trenerem w PZPN i do 1970 roku prowadził kadrę młodzieżową. W 1971 roku został selekcjonerem pierwszej reprezentacji Polski. Debiutował w spotkaniu ze Szwajcarią, wygranym przez biało-czerwonych 4:2.
Gdy przed wyjazdem na igrzyska 1972 roku w Monachium mówił, że jego zespół ma szanse zdobyć medal, nikt w Polsce nie potraktował jego słów poważnie, bo wszystkie wcześniejsze starty olimpijskie piłkarzy kończyły się niepowodzeniami. Nie tym razem. W pierwszej połowie finałowego meczu z Węgrami z powodu błędu Kazimierza Deyny rywale zdobyli bramkę, ale sprawca nieszczęścia po zmianie stron z nawiązką odrobił ten błąd, strzelając dwa gole zapewniające reprezentacji Polski pierwszy medal olimpijski w historii i od razu złoty.
A potem były wciąż w Polsce przypominane z rozrzewnieniem eliminacje do mistrzostw świata w RFN i pamiętne mecze z Anglią – wygrany przez biało-czerwonych w Chorzowie 2:0 i zremisowany 1:1 na Wembley. Kibice starszego pokolenia doskonale pamiętają wyniki naszego zespołu na niemieckich boiskach – 3:2 z Argentyną, 7:0 z Haiti, 2:1 z Włochami, 1:0 ze Szwecją, 2:1 z Jugosławią i 0:1 z RFN oraz 1:0 w meczu o 3. miejsce z Brazylią. Drużyna Górskiego dwukrotnie rywalizowała również w eliminacjach do ME (1972, 1976), nie udało jej się jednak awansować do turnieju finałowego. W 1976 Polska sięgnęła po srebrny medal na turnieju olimpijskim 1976 w Montrealu, co uznano w kraju za porażkę. Kazimierz Górski po powrocie z igrzysk podał się do dymisji. Łącznie w latach 1966–1976 prowadził reprezentację Polski w 68 oficjalnych meczach (37 zwycięstw, 12 remisów, 19 porażek, bramki 138:66).
Dostał zgodę ówczesnych władz na podjęcie pracy za granicą. Wybrał Grecję i w tym kraju odniósł niekwestionowany sukces – jako trener Panathinaikosu i Olympiakosu zdobywał kilka razy mistrzostwo i puchar kraju. Wrócił do Polski w glorii w 1986 roku, ale porzuci trenerski fach i został działaczem PZPN – w latach 1987-1991 był wiceprezesem, następnie w latach 1991-1995 prezesem związku. Jego rządy nie były malowane, funkcję sprawował rzetelnie i z poświęceniem, czym jeszcze mocniej zaskarbił sobie nie tylko sympatię fanów futbolu, ale też uznanie futbolowego środowiska, czego najlepszym dowodem było obdarowanie go 3 lipca 1995 roku tytułem honorowego prezesa PZPN.
W ostatnich latach życia szwankowało mu zdrowie, nad czym ubolewał. 85. urodziny świętował przykuty przez chorobę nowotworową do łóżka, ale nie tracił pogody ducha. „Wiem, że już nigdy nie wstanę. Jedną nogą jestem już chyba gdzie indziej, jednak jestem szczęśliwy, że tak dobrze mi w życiu poszło. Nie sprawiłem ludziom zawodu – to najważniejsze. Ucałowałbym piłkę, gdybym miał ją pod ręką. Służy co prawda do zabawy, ale jak bardzo łączy ludzi”. Zmarł 23 maja 2006 roku. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach. Jego pamięć uczczono minutą ciszy przed rozpoczęciem mistrzostw świata w Niemczech w 2006 roku.

Sousa znów w Polsce

Nowy selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Paulo Sousa zastąpił Jerzego Brzęczka na tej posadzie 21 stycznia tego roku. Po pięciu tygodniach pracy zdalnej portugalski szkoleniowiec i jego sztab zjadą w końcu do Polski.

Paulo Sousa ma coraz mniej czasu na zestawienie kadry Polski. Pierwszy mecz w tym roku biało-czerwoni rozegrają już 25 marca na wyjeździe z Węgrami, trzy dni później u siebie zmierzą się z Andorą, a na koniec marcowej serii spotkań eliminacji MŚ 2022 zagrają ponownie na wyjeździe z faworytami grupy I Anglikami. W najbliższy piątek (5 marca) zgodnie portugalski szkoleniowiec ma ogłosić listę kadrowiczów. Być może tylko z klubów zagranicznych, ale niewykluczone, że ogłosi pełny skład kadry i zerwie z wcześniejszym zwyczajem dzielenia kadrowiczów na „krajowych” i „zagranicznych”. Tak czy owak dopiero wtedy poznamy jego pierwsze personalne wybory. Na razie wiemy jedynie tyle, że wybrał już pierwszego bramkarza kadry, chociaż nie podał jego nazwiska oraz że kapitanem zespołu i jego najważniejszym graczem pozostanie Robert Lewandowski, z którym Sousa zdążył się już spotkać osobiście.
Jeśli wierzyć pogłoskom, portugalski selekcjoner biało-czerwonych planuje w najbliższy wtorek osobiście obejrzeć mecz Pucharu Polski Lech Poznań z Rakowem Częstochowa. W zespole „Kolejorza” zapewne będzie uważnie przyglądał się piłkarzom, którymi interesował się już Jerzy Brzęczek, czyli Alanowi Czerwińskiemu, Tymoteuszowi Puchaczowi i Jakubowi Kamińskiemu, natomiast w ekipie z Częstochowy będzie przyglądał się uważnie Kamilowi Piątkowskiemu, który po transferze w zimowym oknie transferowym już jest graczem RB Salzburg, a w Rakowie występuje tylko do końca tego sezonu na zasadzie wypożyczenia. W środę Sousa ma z kolei gościć na pucharowym meczu Legii Warszawa z Piastem Gliwice. W warszawskiej drużynie na pewno będzie uważnie przyglądał się występowi Bartosza Kapustki, Mateusza Wieteski i być może Pawła Wszołka, zaś w ekipie gliwiczan Patryka Lipskiego i Jakuba Świerczoka.

Kara dla hazardzisty

Wygląda na to, że kariera napastnika Pogoni Szczecin Pawła Cibickiego zostanie przerwana. Na 27-letniego szwedzkiego piłkarza polskiego pochodzenia spadły sankcje za udział w korupcyjnych działaniach w Szwecji.

Szwedzka prokuratura ustaliła, że Cibicki jako zawodnik klubu IF Elfsborg w 26 maja 2019 roku w spotkaniu z Kalmar (1:1) w 60. minucie spotkania celowo doprowadził do ukarania go przez arbitra żółtą kartką, wybijając piłkę po gwizdku w trybuny, co miało być przedmiotem niedozwolonego zakładu bukmacherskiego. W wyniku dochodzenia wyszło na jaw, że trzy zamieszane w nielegalny proceder hazardowy osoby postawiło aż 18 zakładów na to, że Cibicki otrzyma w tym meczu żółtą kartkę. Dwa dni później piłkarz otrzymał przelew na 300 tysięcy koron (ok. 140 tys. złotych).
Wszyscy zamieszeni ustawienie zakładu zostali przesłuchani przez policję. Przedstawiono im niezbite dowody przestępstwa, w tym skany rozmów na WhatsAppie. Dochodzenie wykazało, że Cibicki zgodził się na udział w tym przekręcie z powodu kłopotów finansowych spowodowanych jego uzależnieniem od hazardu. „Przegrałem wszystkie pieniądze, jakie zarobiłem w piłce, poza BMW, które kupiłem mojemu ojcu” – miał wedle szwedzkich mediów przyznać Cibicki podczas przesłuchania w prokuraturze.
Federacja piłkarska w Szwecji po sformułowaniu zarzutów przez prokuraturę zawiesiła 27-letniego Cibickiego w prawach zawodnika, ale dyskwalifikacja obowiązywała tylko na terenie Szwecji. 10 lutego także PZPN podjął decyzję o zawieszeniu tego piłkarza, aktualnie związanego kontraktem z Pogonią Szczecin, ale tylko do czasu zakończeniu postępowania przeciwko niemu i nie dłużej niż na 90 dni. Pięć dni później sankcje na Cibickiego nałożyła też FIFA.
Ukarany piłkarz jest zawodnikiem Pogoni Szczecin od stycznia ubiegłego roku, ale w obecnym sezonie rozegrał tylko pięć meczów (cztery w ekstraklasie i jeden w Pucharze Polski). Po raz ostatni pojawił się na boisku 19 września 2020 roku. Władze szczecińskiego klubu zapowiedziały już rozwiązanie kontraktu z Cibickim.