Wiślacy szukają jelenia

Wisła Kraków jest bankrutem i przez normalnie działający związek piłkarski klub powinien zostać zdegradowany karnie do ligi amatorskiej. Taki los spotkał we Włoszech AC Parmę, a w Szkocji Glasgow Rangers.

PZPN normalnym związkiem widocznie nie jest, skoro wbrew oczywistym faktom przez ostatnie dwa lata przyznawał Wiśle licencję na występy w Lotto Ekstraklasie. Gdy pod koniec ubiegłego roku wybuchła afera ze sprzedażą akcji międzynarodowym hochsztaplerom, związek zawiesił licencję pod pretekstem niemożności ustalenia, kto jest rzeczywistym właścicielem klubu. Tymczasem w mediach już huczało od wieści, że piłkarze nie otrzymywali wynagrodzeń od lipca, a krakowski klub jest zadłużony na ponad 40 mln złotych. Ludzie, którzy do tego doprowadzili, z prezes Marzeną Sarapatą na czele, złożyli rezygnację z funkcji i rozpłynęli się we mgle, ale jeszcze w ostatnich godzinach urzędowania potrafili bezkarnie ogołocić klubowe konto z ostatnich pieniędzy.

Złodzieje uciekli, a długi pozostały. Można zrozumieć intencje kilku zamożnych facetów, którzy dla przyszłych korzyści zdecydowali się zainwestować swoje oszczędności w udzielenie Wiśle pożyczki. Wiadomo, że jeśli „Biała Gwiazda” przetrwa, to za jakiś czas będą mogli te pieniądze odzyskać. Tylko że zebrane przez nich cztery miliony złotych nie starczyły nawet na wypłacenie zaległych wynagrodzeń dla wszystkich piłkarzy. Ale pozwoliły powstrzymać masowy exodus zawodników, z których kilku już odeszło, a reszta złożyła wezwania do zapłaty. I co najważniejsze, dało też pretekst do odwieszenia licencji, chociaż przecież dług Wisły z powodu tej operacji bynajmniej nie zmalał. Nadal przekracza 40 mln złotych, tyle że teraz cztery „bańki” z tej kwoty klub wisi tercetowi pożyczkodawców. Trwają więc poszukiwania jelenia, który to spłaci.

 

Biała Gwiazda gaśnie w oczach

Próba zmiany właścicielskiej w Wiśle Kraków zakończyła się skandalem. Prosta w sumie operacja biznesowa została przez jej uczestników zamieniona w żenującą farsę. Po dwóch tygodniach akcji „ratowania Wisły” ten zasłużony dla polskiego futbolu klub znów stoi na krawędzi przepaści, choć coraz więcej faktów wskazuje, że z tego miejsca nie ruszył się nawet na moment.

 

Przypomnijmy najważniejsze fakty. Gdy w listopadzie ub. roku stało się jasne, że zadłużona po uszy Wisła Kraków może nie dotrwać do końca rozgrywek, a już na pewno nie otrzyma licencji na kolejny sezon i zostanie zdegradowana do czwartej ligi, z ofertą przejęcia należących do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków akcji piłkarskiej spółki wystąpiła grupa krakowskich przedsiębiorców, którą zmontował właściciel sieci aptek „Słoneczna” Wojciech Kwiecień. Wraz z nim wolę ratowania zasłużonego klubu wyrazili jeszcze Wiesława Włodarskiego, właściciela koncernu spożywczego „FoodCare” oraz właściciele firm „Antrans” (spedycja) i „Dasta Invwest” (budownictwo).

Wystarczył jednak tylko pobieżny audyt żeby Kwiecień i spółka wycofali się z pomysłu przejęcia Wisły Kraków SSA. To wtedy do publicznej wiadomości przedostały się informacje, że nad „Białą Gwiazdą” ciąży wciąż powiększający się garb zadłużenia, który już wówczas przekraczał kwotę 40 mln złotych. Takiego ciężaru finansowego krakowscy biznesmeni udźwignąć nie byli w stanie.

 

Biała Gwiazda za symboliczne euro

Informując o końcu rozmów z koalicją stworzoną przez Wojciecha Kwietnia, prezes zarządu spółki Wisła SSA Marzena Sarapata ogłosiła zarazem, że są „kontynuowane rozmowy z innymi podmiotami zainteresowanymi przejęciem akcji klubu”. A w przededniu ostatniej w tym roku ligowej kolejki gruchnęła wieść, że władze klubu potajemnie podczas krótkiego wypadu do Zurychu sprzedały sto procent akcji piłkarskiej spółki Wisła SSA zagranicznym funduszom inwestycyjnym. Fakt ten ujawnił prezydenta Krakowa Jacek Majchrowski w wywiadzie udzielonym oficjalnemu profilowi miejskiemu na Facebooku. Powiedział w nim m.in. „Z tego, co wiem, podpisano umowę z funduszem inwestycyjnym, za którym, jak się dowiedziałem, stoją kambodżańscy inwestorzy. Ten fundusz specjalizuje się w restrukturyzacji przedsiębiorstw”.

I tak pan prezydent, zapewne w dobrej wierze, uwiarygodnił działania międzynarodowej grupki spekulantów ukrytych pod nieźle brzmiącymi nazwami zarejestrowanej w Wielkiej Brytanii spółki Noble Capital Partners Ltd i zarejestrowanego w Luksemburgu funduszu inwestycyjnego Alalega SARL. Krótkotrwałą sławę zdobyło trzech przedstawicieli tych podmiotów – mieszkający na stałe w Berlinie Polak Adam Pietrowski, działający na Wyspach Brytyjskich Szwed Mats Hartling i posiadający francuskie obywatelstwo Kambodżanin Vanna Ly.

Władze TS  Wisła, nawiasem mówiąc te same, co Wisły SSA, potwierdziły ten fakt w lakonicznym w treści komunikacie: „We wtorek 18 grudnia doszło do spotkania przedstawicieli Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków z luksembursko-brytyjskim konsorcjum funduszy inwestycyjnych, podczas którego podpisano warunkową umowę sprzedaży 100 procent akcji Wisły Kraków SA. Szczegóły umowy są objęte ścisłą klauzulą poufności”.

Podano jedynie, że akcje klubu oddano za symboliczne euro, ale nowi właściciele wzięli na siebie spłatę całego zadłużenia oraz podjęli zobowiązanie zainwestowania w ciągu roku w Wisłę 130 milionów złotych.

W polskich mediach natychmiast zaroiło się od coraz bardziej bulwersujących wieści o nowych właścicielach „Białej Gwiazdy”. Z dostępnych informacji wynikało bowiem, że w 2017 roku aktywa Noble Capital Partners Ltd były wycenione na 338 tys. funtów, a nie jest to kapitał, który pozwoliłby na spłatę nawet tzw. długu licencyjnego Wisły szacowanego na 12,2 mln złotych. Pietrowski, który aktywnie udzielał się w mediach, tłumaczył jednak, że głównym inwestorem jest tajemniczy Vanna Ly i należące do niego konsorcjum inwestycyjne Alallega. I wciskał dziennikarzom opowieści, że główny inwestor jest członkiem kambodżańskiej rodziny królewskiej, że chciał kupić włoską Genoę, turecki Fenerbahce, portugalską Vitorię Guimaraes, że ma udziały w Chelsea Londyn.

 

Niepoważny Vanny Ly

Tymczasem po dokładniejszym zbadaniu okazało się, że Alalega, poprzez którą Ly został współwłaścicielem Wisły SA, istnieje od 2013 roku, ale do niego należy dopiero od 2017 roku. Nie zatrudnia żadnego pracownika, a od wielu miesięcy nie ma nawet stałej siedziby. Mimo tych hiobowych wieści kibice Wisły z nadzieją czekali na zapowiedzianą na piątek 21 grudnia wizytę tercetu nowych właścicieli na Reymonta. Wyobraźnię fanów „Białej Gwiazdy” pobudzały kolportowane plotki, że zgodnie z umową do 28 grudnia maja oni przelać na klubowe konto 12,2 mln złotych na spłatę długu licencyjnego, do końca lutego spłacić resztę 40-milionowego zadłużenia, zaś do końca roku zainwestować w klub kolejne 130 milionów złotych.

Warunkiem uprawomocnienia się zmiany właścicielskiej był jednak wymóg zapłacenia do 28 grudnia nieszczęsnego długu licencyjnego, bo z owych 12,2 mln złotych klub miał zapłacić zaległe wynagrodzenia piłkarzom i trenerom, co powstrzymałoby ich od zerwania umów i zapobiegło nieuchronnemu rozpadowi dobrze funkcjonującego w rozgrywkach zespołu.

Ustalony termin minął, a na koncie Wisły Kraków obiecane miliony się nie pojawiły. Prezes Sarapata złożyła rezygnację funkcji prezesa klubu, ale na odchodnym jeszcze wyczyściła konto z pieniędzy, tych 700 tysięcy złotych, które Wisła zarobiła ze sprzedaży biletów za ostatni w tym roku ligowy mecz, z Lechem Poznań, na który przybyło ponad 22 tysiące widzów. Zadbała jednak głównie o siebie i współpracującą z klubem firmę męża, ale chociaż swoim postępkiem wzburzyła krew w fanach „Białej Gwiazdy”, jej rujnująca Wisłę dwuletnia działalność prawdopodobnie ujdzie jej na sucho. Nie pierwszy to przecież taki przypadek w polskim futbolu i na pewno nie ostatni. Pojawiła się jednak szansa wymierzenia sprawiedliwości nieuczciwym działaczom, bo sprawą zainteresowała się polskie organy wymiaru sprawiedliwości.

 

Koniec farsy czy początek końca?

W środę 2 stycznia działacze Wisły Kraków w końcu przerwali farsę i ogłosili, że transakcja sprzedaży akcji została anulowana, co oznacza, że ponownie sto procent akcji piłkarskiej spółki należy do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków. Jego zarząd wydał oświadczenie: „W środę 2 stycznia 2019 roku unieważniono umowę przejęcia Wisły Kraków SA przez Panów Vanna Ly i Matsa Hartlinga. Oznacza to, że prawnie jedynym akcjonariuszem piłkarskiej spółki jest Towarzystwo Sportowe Wisła Kraków. Jednoczenie informujemy, że na stanowisko Prezesa Zarządu Wisły Kraków SA powołano Tadeusza Czerwińskiego, który od dziś będzie pełnił rolę sternika klubu” –napisano. Ostatecznie jednak Czerwiński nie przyjął funkcji prezesa Wisły SSA zasłaniając się złym stanem zdrowia.

Tymczasem uaktywnili się dwaj wspólnicy Vanna Ly – Mats Hartling i Adam Pietrowski. Na razie wypowiedział si co prawda tylko ostatni z wymienionych, Pietrowski, którego Ly i Hartling mianowali pod koniec grudnia p.o. prezesa Wisły. On w oświadczeniu skierowanym do polskich mediów wyraził głębokie oburzenie ostatnimi decyzjami TS Wisła: „Na jakiej podstawie puszcza się taki komunikat? Przecież prima aprilis mamy w kwietniu. To jest w pełni nielegalne. Są stosowne klauzule w umowie. Przecież w środę działacze TS Wisła wysłali do pana Hartlinga e-maila, że chcą jak najszybciej podpisać nową umowę z nami, tylko już bez pana Vanna Ly. Dlatego jestem zdziwiony, gdy kilka godzin później czytam komunikat, że jest nowy prezes i TS ma ma na powrót sto procent akcji klubu. To nieprawda, to jest fejk, to jest nielegalne. Nie wiem, jakich oni mają prawników. Pan Hartling się z tego śmieje i powiedział, że wszystkie klauzule w umowie zostały złamane”.
Pietrowski dał tym samym do zrozumienia, że on i jego szwedzki wspólnik nadal uważają się za właścicieli Wisły, co w praktyce jeszcze bardziej skomplikuje już i tak niemiłosiernie zagmatwaną sytuację prawną krakowskiego klubu.
Do rozgrywki włączył się w końcu PZPN. Do Komisji Licencyjnej został przesłany wniosek o wszczęcie postępowania w sprawie Wisły Kraków, o czym na Twitterze poinformował dyrektor Departamentu Rozgrywek Krajowych PZPN Łukasz Wachowski. Wszczęcie procedury zakończy się prawdopodobnie zawieszeniem licencji na występy w ekstraklasie. Zwłaszcza że gniewnie odezwał się w tej kwestii prezes związku Zbigniew Boniek, pisząc na Twitterze: „Zamiast sygnałów na razie same kłamstwa. Dosyć tego”.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. W czwartek 3 stycznia Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN postanowiła zawiesić Wiśle Kraków licencję „ze względu na niejasną sytuację prawną klubu oraz w związku z licznymi naruszeniami postanowień Podręcznika Licencyjnego”. Jeśli licencja nie zostanie odwieszona przed wznowieniem rozgrywek, wówczas zespół Wisły zostanie usunięty z ligi.

Po tej decyzji piłkarze, którzy wciąż nie otrzymali wynagrodzeń za ostatnie pół roku i dług spółki wobec nich wynosi już z tego tytułu ponad sześć milionów złotych, zaczną zapewne hurtowo składać wezwania do zapłaty, a po dwóch tygodniach wystąpią o rozwiązanie kontraktów z winy klubu. I to będzie gwóźdź do wiślackiej trumny, która w 2019 roku zapewne na długi czas wyląduje na dalekich peryferiach polskiego futbolu.

 

To był najgorszy rok od 18 lat

Fot. Z polskich piłkarzy największą cenę za nieudany występ na mundialu zapłacił Robert Lewandowski

 

 

W 2018 roku biało-czerwony balonik pękł z wielkim hukiem – najpierw nasza narodowa drużyna pod wodzą Adama Nawałki skompromitowała się na mundialu, a potem pod rządami Jerzego Brzęczka nie wygrała żadnego z sześciu rozegranych meczów, spadając w rankingu FIFA na 21. miejsce.

 

W rankingu FIFA z 18 stycznia 2018 roku reprezentacja Polski zajmowała siódmą lokatę, wyprzedzając m.in. późniejszych mistrzów świata Francuzów i wicemistrzów świata Chorwatów. W Polsce panowała napędzana przez media euforia, której nie zdołały przytłumić nawet słabe występy biało-czerwonych w marcowych meczach towarzyskich. Porażkę z Nigerią 0:1 zrównoważyła wygrana z Koreą Południową 3:2, ale w obu spotkaniach nasz zespół zagrał fatalnie. Trener Nawałka uspokajał jednak fanów, że drużyna potrzebuje więcej czasu na opanowanie ustawienia systemem 1-3-5-2 robi, ale robi szybkie postępy i niebawem będzie w tym elemencie groźna dla każdego rywala. Czerwcowe sparingi z Chile (2:2) i Litwą (4:0) także nie zapowiadały mundialowej klęski, chociaż do stylu gry zespołu wciąż zgłaszano mnóstwo zastrzeżeń.

W przededniu wyjazdu do Rosji kontuzji barku doznał Kamil Glik i chyba to był kluczowy moment w dramacie, w jaki zamienił się występ biało-czerwonych w mistrzostwach świata. W spotkaniu z Senegalem Nawałka nagle wycofał się w ćwiczonego wcześniej ustawienia 3-5-2 i wrócił do starego schematu 4-4-2. Rywale bezlitośnie wykorzystali powstały bałagan w szeregach polskiej drużyny.

W tym momencie kolejny mecz z Kolumbią nabrał rangi „spotkania o wszystko”, ale pogubiony już wyraźnie w swoich kadrowych decyzjach Nawałka w tym najważniejszym meczu w roku wystawił do gry m.in. Jacka Góralskiego i Dawida Kownackiego, którzy wcześniej nie grali w meczach o punkty, a na ławce posadził Kamila Grosickiego, ale gdy nasz zespół potrzebował pilnie wzmocnienia linii ataku, selekcjoner zmienił… Michała Pazdana i w jego miejsce posłał na boisko rekonwalescenta Kamila Glika.

O żenującej potyczce z Japonią lepiej nie wspominać, bo chociaż biało-czerwoni ją wygrali, to swoim zachowaniem w końcówce na spółkę z Japończykami stali się pośmiewiskiem kibiców. Nasz zespół w niesławie wrócił do kraju na tarczy, a piłkarze w krótkim czasie zaliczyli bolesny upadek z piedestału.

Straty wizerunkowe ponieśli wszyscy – trener Nawałka, jego pryncypał Zbigniew Boniek a wraz z nimi cały PZPN. Stracili też rzecz jasna kadrowicze, lecz bez wątpienia najwięcej stracił najlepszy z nich, Robert Lewandowski. Nie ulega wątpliwości, że to głównie przez słaby występ biało-czerwonych na rosyjskim mundialu „Lewy” doznał upokarzających degradacji w najważniejszych plebiscytach organizowanych przez FIFA, UEFA i „France Football”.

 

To nie była dobra zmiana

Trener Nawałka nie utrzymał posady i w sierpniu został zastąpiony przez Jerzego Brzęczka. Nie była to jednak dobra zmiana. Pod wodzą nowego selekcjonera reprezentacja rozegrała sześć meczów. Trzy porażki i trzy remisy to bilans Brzęczka, który na dodatek zaliczył też spadek z Dywizji A Ligi Narodów. Nic dziwnego, że stracił zaufanie kibiców, także za to, że wbrew zasadom powoływał na zgrupowania kadry niegrającego w VfL Wolfsburg siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego. W mediach krytykowano go też za forowanie w kadrze zawodników, których znał z pracy w zespołach klubowych – Damiana Szymańskiego, Adama Dźwigałę i Arkadiusz Reca w Wiśle Płock, Rafała Pietrzaka w GKS Katowice. Żaden z nich nie potwierdził reprezentacyjnych kwalifikacji.

Ani Nawałka ani Brzęczek nie odważyli się na „odstrzelenie” graczy stanowiących od lat trzon reprezentacji – Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka, Piotra Zielińskiego, Kamila Glika, Jakuba Błaszczykowskiego, Kamila Grosickiego, Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego czy… Jana Bednarka. Ten młody środkowy obrońca w 2018 roku rozegrał 847 minut, podczas gdy w klubowej drużynie Southamptonu 1126, z czego w Premier League 778. Krychowiak w reprezentacji zaliczył 960 minut, Zieliński 948 minut, Lewandowski 862 minuty. Za tą czwórką graczy jest próżnia, za którą wyłania się grupa zawodników z gorszymi wynikami – Grosicki miał przerwy z powodu perturbacji w klubie, Glik pauzował sporo przez kontuzję, a bramkarze Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański musieli dzielić się występami – pierwszy zaliczył 585 minut, drugi 405. Na absencjach kluczowych graczy skorzystali m.in. Bartosz Bereszyński (piąty pod względem rozegranych minut), Jacek Góralski (dziesiąty), czy Rafał Kurzawa (piętnasty).

Najmniej minut w reprezentacji zaliczyli Bartosz Białkowski (45), Rafał Pietrzak (27), Jakub Świerczok (23) i Sławomir Peszko (10). Tak przy okazji, te 10 minut Peszko zaliczył na mundialu, bo we wcześniejszych meczach sparingowych Nawałka nie skorzystał z jego usług ani razu. To jedyny gracz, który grając o punkty jednocześnie nie zaliczył ani minuty w sparingu. Odwrotnie niż Marcin Kamiński, który zaliczył najwięcej minut w spotkaniach sparingowych (270), ale ani jednej w spotkaniu o punkty. Ten dziwaczny sposób selekcji stosuje niestety także Brzęczek, który nie wygrał sześciu spotkań z rzędu i jest bliski dogonienia pod tym względem rekordzisty Jerzego Engela. W 2000 roku nasze reprezentacja pod wodzą tego selekcjonera nie wygrał siedmiu meczów z rzędu: zaczęła od porażek z Hiszpanią 0:3 i Francją 0:1, potem były bezbramkowe remisy z Węgrami i Finlandią oraz porażka z Holandią (1:3) oraz remis z Rumunią (1:1) tuż przed rozpoczęciem eliminacji MŚ 2002.

 

Brzęczek goni rekord Engela

Mimo fatalnego startu Engel utrzymał posadę i doczekał przełomu w pamiętnym spotkaniu z Ukrainą w Kijowie, wygranym przez biało-czerwonych 3:1, po którym nasz zespół rozpoczął marsz po pierwszy od 1986 roku awans na mundial. Ale w 2000 roku z 10 meczów pod jego komendą reprezentacja Polski wygrała tylko trzy, cztery zremisowała i trzy przegrała. Tak słaby wynik pod względem wygranych spotkań powtórzyły dopiero 18 lat później ekipy prowadzone przez Nawałkę i Brzęczka.
Obaj wspólnie zapracowali na ten bilans, ale wszystkie trzy zwycięstwa wywalczył Nawałka – z Koreą Południową (3:2), Litwą (4:0) i Japonią (1:0). Brzęczek jeszcze nie poznał smaku wygranej i jeśli będzie miał dalej taki niefart, już wiosną może wyrównać niechlubny rekord Engela siedmiu spotkań bez wygranej.

 

Ile grali kadrowicze w 2018 roku:

1. Grzegorz Krychowiak – 960 minut (w tym 540 minut w meczach o punkty); 2. Piotr Zieliński – 948 (595); 3. Robert Lewandowski – 862 (540); 4. Jan Bednarek – 847 (585); 5. Bartosz Bereszyński – 673 (485); 6. Kamil Grosicki – 598 (363); 7. Kamil Glik – 588 (370); 8. Wojciech Szczęsny – 585 (360); 9. Arkadiusz Milik – 537 (253); 10. Jacek Góralski – 470 (285); 11. Maciej Rybus – 416 (180); 12. Jakub Błaszczykowski – 415 (197); 13. Łukasz Fabiański – 405 (270); 14. Michał Pazdan – 387 (170); 15. Rafał Kurzawa – 375 (234); 16. Thiago Cionek – 360 (180); 17. Łukasz Piszczek – 353 (173); 18. Artur Jędrzejczyk – 343 (183); 19. Tomasz Kędziora – 342 (135); 20. Mateusz Klich – 312 (193); 21. Marcin Kamiński – 270 (0); 22. Arkadiusz Reca – 250 (177); 23. Przemysław Frankowski – 248 (90); 24. Dawid Kownacki – 232 (74); 25. Karol Linetty – 222 (69); 26. Krzysztof Piątek – 151 (90); 27. Łukasz Skorupski – 135 (0); 28. Łukasz Teodorczyk – 132 (27); 29. Damian Szymański – 98 (81); 30. Krzysztof Mączyński – 90 (0); 31. Damian Kądzior – 77 (11); 32. Taras Romanczuk – 61 (0); 33. Bartosz Białkowski – 45 (0); 34. Rafał Pietrzak – 27 (10); 35. Jakub Świerczok – 23 (0); 36. Sławomir Peszko – 10 (10).

 

Lotto Ekstraklasa dopiero 25. ligą w Europie

Fot. Legia Warszawa w 19. kolejce pokonała Piasta Gliwice 2:0

 

 

Słabe wyniki polskich drużyn w europejskich pucharach osłabiły pozycję Lotto Ekstraklasy w rankingu UEFA. W najnowszym zestawieniu została sklasyfikowana na 25. miejscu i od sezonu 2020/2021 nasze zespoły będą zaczynały eliminacje już od I rundy.

 

Ligowy ranking UEFA służy do rozdziału miejsc w europejskich pucharowych rozgrywkach. Kluby z lig krajowych zajmujących sklasyfikowane na miejscach 1-4 maja prawo do wystawiania czterech zespołów w Lidze Mistrzów i trzech w Lidze Europy. Ligi zajmujące pozycje 5-6 w rankingu dostają po trzy miejsca w LM i LE, a zajmujące lokaty od siódmej do piętnastej po dwie drużyny w Lidze Mistrzów i trzy w Lidze Europy. Pozostałe ligi krajowe, z wyjątkiem wyjątkiem Andory, Gibraltaru, Liechtensteinu, Kosowa i San Marino i Kosowa mogą wystawić po jednym zespole w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i po trzy w Lidze Europy.

 

Kto przegrywa, ten spada

Przed obecnym sezonem nasza ekstraklasa zajmowała w ligowym rankingu UEFA 21. lokatę, ale po katastrofalnym występie Legii Warszawa w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i równie beznadziejnym występie tego zespołu z kwalifikacjach Ligi Europy (legioniści przegrali rywalizację o awans do fazy grupowej z luksemburskim zespołem F91 Dudelange) oraz słabiutkich występach trzech pozostałych polskich zespołów w kwalifikacjach Ligi Europy (Górnik Zabrze odpadł w II rundzie ze Słowackim AS Trencin, a w III rundzie Jagiellonia Białystok z KAA Gent, zaś Lech Poznań z KRC Genk) Lotto Ekstraklasa spadła w klasyfikacji o cztery pozycje. To najgorszy wynik od 2010 roku, kiedy to nasza liga była klasyfikowana na 26. miejscu. 25. miejsce w rankingu sprawi, że od sezonu 2020/2021 wszystkie polskie drużyny będą musiały rozpoczynać rywalizację w obu pucharowych rozgrywkach już od pierwszej rundy.

Przywilej przystąpienia do gry dopiero od II rundy straci zdobywca Pucharu Polski. Przejmie go zespół z Kazachstanu, bo liga tego kraju wyprzedzi w rankingu naszą ekstraklasę. Teraz obie mają 19.250 pkt, ale Kazachstan był znacznie lepszy w tym sezonie (zdobył 4.250 pkt, a Lotto Ekstraklasa tylko 2.250). W tym sezonie nasza najwyższa klasa rozgrywkowa w europejskim rankingu zajęła dopiero 35. miejsce. Lepsze od niej okazały się ligi z Kosowa (jej dwa zespoły zdobyły średnio 2.5 pkt), Litwy (2.625 pkt) i Luksemburga (2.625 pkt). Jeśli nasze klubowe zespoły nie zaczną już od przyszłego sezonu lepiej radzić sobie w pucharowej rywalizacji, zjadą w rankingu jeszcze dotkliwiej. W kolejnych notowaniach odpadną jej wyniki z sezonów 2014/2015 i 2015/2016, które były całkiem niezłe, bo polskie drużyny zdobywały w nich odpowiednio 4.750 i 5.500 pkt. A to oznacza w 2020 roku spadek na 27. miejsce, a w 2021 na 30.

 

Przyszłość w czarnych barwach

Pozycja Lotto Ekstraklasy w najbliższych latach rysuje się w czarnych barwach, bo drużyny z lig z którymi ściga się w rankingu, lepiej sobie radzą. Czesi mają jeszcze dwie drużyny w Lidze Europy (Viktorię Pilzno i Slavię Praga), dzięki czemu mogą wyprzedzić Szwajcarię lub Danię i wywalczyć dwa miejsca w eliminacjach Ligi Mistrzów (gwarantuje to 15. miejsce w rankingu). Taki sam cel stawiają sobie Chorwaci, znajdujący się ledwie 0,5 pkt za Czechami. Naszej ekstraklasie mogą też uciec Szkocja, Białoruś i Szwecja, bo zespoły z tych lig nadal grają w LE (Celtic Glasgow, BATE Borisow i Malmoe). W świetle powyższych wyliczeń aż trudno uwierzyć, że Lotto Ekstraklasa, chociaż jest tak nisko notowana w Europie, właśnie wydębiła od telewizyjnych nadawców, w tym Telewizji Polskiej, dwuletni kontrakt na sprzedaż praw medialnych za pół miliarda złotych. W porównaniu z kwotami, które otrzymuje na podstawie obecnie obowiązującej umowy, jest to niczym nieuzasadniona podwyżka aż o 200 milionów złotych.

 

PZPN mobilizuje ekstraklasę

Polski Związek Piłki Nożnej niedawno narzucił klubom Lotto Ekstraklasy obowiązek wystawiania w meczach ligowych co najmniej jednego młodzieżowca w podstawowym składzie. Przepis ten zacznie obowiązywać o sezonu 2019/2020. Zmiana nie podoba się klubowym działaczom, sporo zastrzeżeń zgłaszają też pod jej adresem różnej maści eksperci. Ale jej gorącym orędownikiem jest prezes PZPN Zbigniew Boniek, co de facto oznacza, że dopóki on będzie stał na czele związku, to kluby będą musiały utrzymywać w kadrach swoich zespołów zawodników do lat 21. Boniek stwierdził wprost: „Musimy coś zmienić, bo inaczej umrzemy. Nasza liga jest bardzo słaba. Przepis o obowiązku wystawiania młodych zawodników na pewno nie wpłynie negatywnie na jakość rozgrywek. Jeśli ktoś kwestionuje sens tego przepisu i twierdzi, że na jego mocy młodzi piłkarze będą dostawali miejsce w zespołach klubowych praktycznie za darmo, to wygłasza absurdy. Żaden polski zawodnik w ekstraklasy nie dostaje nic za darmo. Ten zarzut pasuje natomiast do wielu obcokrajowców występujących w polskiej lidze. Wystarczy zobaczyć jak grają” – twardo stawia sprawę sternik polskiego futbolu.

 

19. kolejka Lotto Ekstraklasy

Wyniki piątkowych i sobotnich meczów: Legia Warszawa – Piast Gliwice 2:0, Jagiellonia Białystok – Zagłębie Lubin 0:4, Wisła Płock – Wisła Kraków, Górnik Zabrze – Arka Gdynia 1:1, Cracovia – Pogoń Szczecin 2:1. Niedzielne spotkania Zagłębia Sosnowiec z Lechem Poznań i Śląska Wrocław z Koroną Kielce zakończyły się po zamknięciu wydania. Mecz Miedzi Legnica z Lechią Gdańsk w poniedziałek.

 

Lotto Ekstraklasa: Kontrakt mocno przepłacony

Fot. Nasza piłkarska ekstraklasa oprawą dorównuje najlepszym ligom w Europie, ale poziomem sportowym od nich odstaje

 

 

Zarządzająca rozgrywkami piłkarskimi w najwyższej klasie rozgrywkowej spółka Ekstraklasa SA odniosła sukces – podpisała dwuletni kontrakt z nC+ i Telewizją Polską o wartości pół miliarda złotych. Umowa zacznie obowiązywać od sezonu 2019-2020.

 

Obecny kontrakt na prawa telewizyjne do pokazywania meczów naszej piłkarskiej ekstraklasy wygasa z końcem obecnego sezonu. Umowa obowiązuje od edycji rozgrywek 2015-2016 i na jej podstawie sześć meczów w każdej kolejce ligowej pokazywane jest na żywo w kanałach nC+, natomiast dwa (pierwszy piątkowy oraz poniedziałkowy) – w Eurosporcie. Prawo do transmisji dwóch wybranych spotkań w sezonie ma również TVP. Łączna wartość tego czteroletniego kontraktu wynosi około 600 mln złotych, co oznacza, że za każdy sezon na konto spółki Ekstraklasa SA nadawcy przekazują około 150 mln złotych. Zważywszy na żenujące wyniki polskich zespołów uzyskiwane w europejskich pucharach w tym okresie oraz na ogólny regres jaki panuje ostatnio na rynku praw telewizyjnych w Europie, nowy dwuletni kontrakt został przez nabywców przepłacony. Platforma nC+ na spółkę z TVP zgodziły się płacić Ekstraklasie SA około 250 mln złotych za sezon, co potwierdził prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki. „Wartość dwuletniego kontraktu opiewa na pół miliarda złotych, co oznacza, że jest to najwyższy kontrakt medialny w historii polskiej ligi”.

Z przekazanych do publicznej wiadomości informacji wynika, że wszystkie mecze w sezonie (296) będą transmitowane przez nC+. TVP pokaże 37 meczów, po jednym spotkaniu z każdej kolejki rozgrywanym w sobotę lub niedzielę o godz. 17.30. Prezes TVP Jacek Kurski rzecz jasna uznał to za sukces. „Po zakupie praw do reprezentacji Polski, mistrzostw świata i Europy, po tym jak TVP Sport jest kanałem ogólnodostępnym, przyszedł czas na ostatni element. Jeden mecz w każdej kolejce ekstraklasy przez dwa sezony to spełnienie marzeń, a także oczekiwań naszych wiernych widzów, którzy na to czekali. Spełniamy obietnice, nie rzucamy słów na wiatr. Nigdy wcześniej ekstraklasa nie była obecna w takim wymiarze w Telewizji Polskiej. Widzowie TVP będą mogli oglądać mecze na żywo, nie tylko w TVP Sport, lecz także w TVP1 czy w TVP2” – chwalił się Kurski. Z nieoficjalnych przecieków wiadomo, że TVP zamierza wybierać z tego tortu tylko mecze z udziałem najbardziej medialnych zespołów – Legii Warszawa, Lecha Poznań i ze względu na kibicowską sympatię prezesa Lechii Gdańsk.

Głównym nadawcą telewizyjnym z meczów piłkarskiej ekstraklasy jest platforma nC+, która przejęła prawa po fuzji z Canal+, który był ich właścicielem od 1995 roku. W 2008 roku Canal+ na spółkę z Orange Sport zapłaciły za trzyletnią umowę z Ekstraklasą SA 360 mln złotych (120 mln zł za sezon), ale wysokość kolejnego czteroletniego kontraktu zmniejszono do 90 mln zł za sezon. To dowodzi, że przy słabych wynikach w Europie można się z ekstraklasą skutecznie targować.

 

Młodzieżowcy kością niezgody

Zarząd PZPN zlekceważył obiekcje klubów ekstraklasy i wprowadził obowiązek występu młodzieżowca oraz zniósł limit obcokrajowców spoza Unii.

 

Zmiany wejdą w życie już od przyszłego sezonu, a wtedy przy władzy będzie jeszcze ekipa Zbigniewa Bońka. To oznacza, że kluby będą musiały zastosować się do narzuconego im prawa. W kwestii limitu dla obcokrajowców spoza Unii Europejskiej sporu między nimi a działaczami PZPN nie ma, wręcz przeciwnie, bo same zabiegały o jego zniesienie. Limit został zatwierdzony przez związek w listopadzie 2013 roku i zaczął obowiązywać od sezonu 2015/2016. W pierwszym roku w rozgrywkach ekstraklasy mogło występować trzech cudzoziemców spoza UE, a od sezonu 2016/2017 tylko dwóch. To ograniczenie nie powstrzymało jedna napływu obcokrajowców. W tym sezonie do gry w ekstraklasie uprawnionych jest 161 cudzoziemców, a cztery lata temu, gdy nie obowiązywał jeszcze limit, było ich 134.

Kością niezgody jest natomiast obowiązek wystawiania do gry młodzieżowca, co na poziomie profesjonalnej bądź co bądź ekstraklasy, jest swoistym kuriozum. W niższych klasach rozgrywkowych kluby podlegają temu obowiązkowi już od kilku sezonów. PZPN reguluje to tak: „Zawodnikiem o statusie młodzieżowca jest piłkarz posiadający obywatelstwo polskie lub szkolony w klubie zrzeszonym w PZPN, który w roku kalendarzowym, w którym następuje zakończenie sezonu rozgrywkowego, kończy 21. rok życia oraz zawodnik młodszy. Każda wymiana zawodnika na nie-młodzieżowca i gra w pełnym, 11-osobowym składzie bez wymaganej liczby młodzieżowców, potraktowana zostanie jako wystawienie do gry nieuprawnionego zawodnika. Zawody te zostaną zweryfikowane jako walkower na niekorzyść tej drużyny” – wyjaśnił w stosownym komunikacie PZPN.

 

 

 

Boniek wszędzie chce być pierwszy

Fot. Nie wszystkim kalendarz PZPN w takiej wersji się podoba

 

 

PZPN przygotował specjalny kalendarz na swoje stulecie. Wydawnictwo nie wszystkim się jednak podoba, bo na okładce centralne miejsce zajmuje prezes Zbigniew Boniek.

 

Limitowany kalendarz dopiero od 10 grudnia ma znaleźć się w sprzedaży, ale sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki nie wytrzymał i wrzucił na Twittera zdjęcie pierwszej strony. No i z miejsca wywołał medialną burzę. Na okładce zamieszczono zdjęcia siedmiu wybitnych postaci polskiego futbolu: Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deyny, Gerarda Cieślika, Zbigniewa Bońka, Grzegorza Laty, Kazimierza Górskiego i Roberta Lewandowskiego.

Dlaczego tylko tych siedmiu – wie zapewne tylko artysta, który okładkę skomponował i być może zleceniodawca tego projektu. Skoro to jednak kalendarz nawiązujący do stulecia istnienia Polskiego Związku Piłki Nożnej, to zgrzytem jest pominięcie na jego najważniejszej stronie takich kolumnowych przed wojną postaci, jak Józef Kałuża, Wacław Kuchar i Ernest Wilimowski, czy bardziej współczesnych futbolowych gwiazd, jak Jan Tomaszewski, Józef Młynarczyk czy Jerzy Dudek. A skoro wśród piłkarzy znalazło się miejsce dla trenera Kazimierza Górskiego, nietaktem jest pominięcie Antoniego Piechniczka, który także doprowadził biało-czerwonych do trzeciego miejsca na mistrzostwach świata.

Kibiców i część dziennikarzy nie to jednak zbulwersowała najbardziej, tylko sposób ustawienia siedmiu wybranych postaci na okładce kalendarza, a szczególnie umieszczenie w centralnym punkcie prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Dlaczego nie Kazimierz Górski? – pytają jedni. Dlaczego nie Kazimierz Deyna” – oburzają się inni. Odpowiedź jest prosta – bo ktoś wybrał Bońka i jego wybór jest tak samo zasadny, jak byłby w przypadku Górskiego czy Deyny. a może nawet bardziej, bo obecny prezes PZPN swoimi dokonaniami w profesjonalnym futbolu gasi każdego konkurenta do tytułu najważniejszej postaci stulecia naszej piłkarskiej federacji. Ten fakt nie jest jednak dla wszystkich taki bezsporny, a Boniek aż taki wielkoduszny nie jest, żeby usuwać się na bok komukolwiek, jeśli nie musi. Nie musi, a poza tym lubi być wszędzie pierwszy.

 

Selekcjonerzy jak na bazarze

Fot. Selekcjoner reprezentacji Jerzy Brzęczek nie w PZPN zbyt wiele do powiedzenia

 

 

W siedzibie PZPN w obecności prezesa Zbigniewa Bońka odbyło się spotkanie selekcjonerów trzech reprezentacji Polski – Jerzego Brzęczka, Czesława Michniewicza (U-21) i Jacka Magiery (U-20). Targowano się o pięciu piłkarzy – Dawida Kownackiego, Sebastiana Szymańskiego, Krystiana Bielika, Szymona Żurkowskiego i Bartosza Kapustkę.

 

Jeśli coś w tej informacji może dziwić, to chyba to, że spór między trenerami kadry dotyczył piłkarzy, których Jerzy Brzęczek do tej pory ani razu nie powołał do kadry. No i może jeszcze to, że z normalnej roboczej rozmowy w biurze propagandziści PZPN zrobili jakieś doniosłe spotkanie na szczycie. To tylko potwierdza domysły, że Jerzy Brzęczek nie ma w związku takiej dominującej pozycji, jaką mieli jego poprzednicy na tym stanowisku.

 

Wspólny interes dzielony na trzy

Każda z trzech drużyn narodowych ma swoje cele do osiągnięcia. Pierwsza reprezentacja już 21 marca przyszłego roku zagra w Wiedniu z Austrią i tym meczem rozpocznie eliminacje Euro 2020. Prezes PZPN Zbigniew Boniek stawia sprawę jasno – awans biało-czerwonych jest priorytetem. Dla sternika polskiego futbolu ważny jest jednak także udany występ młodzieżówki w czerwcowych finałach mistrzostw Europy we Włoszech, do których zespół Czesława Michniewicza awansował po barażowym zwycięstwie nad Portugalią. Ale i przed kadrą U-20 prowadzoną przez Jacka Magierę stoją nie lada wyzwania, bo przecież w dniach 23 maja – 15 czerwca wystąpi w roli gospodarza mistrzostw świata U-20.

Brzęczek i Michniewicz doszli do porozumienia odnośnie marcowych terminów dla reprezentacji. Na zaplanowane w tym miesiącu eliminacyjne mecze z Austrią i Łotwą Brzęczek może powołać z kadry U-21 kogo zechce, chociaż wiadomo, że największe szanse na to mają Szymon Żurkowski, Sebastian Szymański, Dawid Kownacki, Krystian Bielik i odradzający się w belgijskiej II lidze dawny pupil Adama Nawałki Bartosz Kapustka.

Ale już w czerwcu, gdy biało-czerwoni będą walczyć o Euro 2020 na wyjeździe z Macedonią (7 czerwca) i u siebie z Izraelem (10 czerwca), trener Brzęczek swoimi ewentualnymi powołaniami tych zawodników wejdzie w szkodę Michniewiczowi. Dlatego ustalono, że będzie mógł powołać z młodzieżówki tylko tych piłkarzy, którzy będą mieli realne szanse na występ w tych spotkaniach. W tej chwili perspektyw na to nie ma żaden z piątki wymienionych wyżej zawodników młodzieżówki, ale za pół roku może się to radykalnie zmienić, czego dowodzi choćby przykład Jana Bednarka w Southampton przed mundialem w Rosji. „Przez pół roku w życiu dwudziestoletniego piłkarza może się zmienić bardzo wiele” – stwierdził prezes Boniek i odłożył sprawę na przyszłość.

 

Wyjątek dla Szymańskiego

Młodzieżowe Mistrzostw Europy odbędą się we Włoszech i San Marino między 16 a 30 czerwca. Zespół Czesława Michniewicza trafił do grupy A, w której zmierzy się z Belgią (16 czerwca), Włochami (19 czerwca w Bolonii) oraz z Hiszpanią (22 czerwca w Bolonii). Szkoleniowcy PZPN podjęli decyzję, że występujący w tej drużynie pomocnik Legii Warszawa Sebastian Szymański nie będzie uwzględniany przez Jacka Magierę w kadrze U-20. Legionista jest jednym z liderów reprezentacji U-21 i jego droga rozwoju ma zmierzać do pierwszej reprezentacji. Choć zespół Magiery rozgrywać będzie MŚ do lat 20 w Polsce, Szymański nie weźmie w nich udziału. Albo pojedzie do Włoch na MME do lat 21, albo zagra w czerwcowych meczach eliminacyjnych Euro 2020.

 

Kadra wciąż w butach Nawałki

Trener Brzęczek w roli selekcjonera reprezentacji Polski jeszcze nie wygrał meczu. W sześciu spotkaniach pod jego wodza biało-czerwoni trzy razy zremisowali i doznali trzech porażek. W tych meczach Brzęczek wystawił do gry w sumie 26 zawodników. Prezes Boniek, którego relacje z nowym selekcjonerem nie są najlepsze, bez ogródek stwierdził, że po pół roku rządów Brzęczka wciąż widzi reprezentację Adama Nawałki. Trudno nie przyznać mu racji, bo też żaden z zawodników wynalezionych przez nowego trenera kadry nie okazał się odkryciem. Arkadiusz Reca, Rafał Pietrzak, Adam Dźwigała, Adam Buksa czy Huberty Matynia nie zostawili po sobie w kadrze żadnego śladu.

Brzęczek nie dostał zgody Bońka na zimowe zgrupowanie dla graczy z klubów krajowych i z kadrowiczami spotka się dopiero w marcu, na kilka dni przed spotkaniem z Austrią. Na żadne personalne eksperymenty nie będzie miał ani czasu, ani nawet sposobności. Jedyna nadzieja w tym, że pod wpływem nacisków Bońka zrezygnuje z powoływania do kadry piłkarzy nie występujących regularnie w swoich klubowych zespołach, co już powinno złagodzić napięcia między zawodnikami, a ponadto zagwarantuje, że na boisko wyjdą gracze znajdujący się w dobrej formie fizycznej i psychicznej. Na Austrię i Łotwę powinno to wystarczyć, jeśli rzecz jasna Brzęczek nie zacznie kombinować czegoś z taktyką. A tego wykluczyć się niestety nie da.

 

 

 

Eliminacje Euro 2020: Jedni się boją, inni cieszą

Różnie przyjęto w Polsce wyniki losowania grupy eliminacyjnych do Euro 2020. Przypomnijmy, że nasza reprezentacja trafiła do grupy G z Austrią, Izraelem, Słowenią, Macedonią i Łotwą. Według jednych rywale biało-czerwonych będą dla nich łatwi do pokonania, wedle innych wręcz odwrotnie – okażą się przeszkodą nie do przejścia.

 

Kto ma rację przekonamy się już 21 marca przyszłego roku, bo tego dnia zespół Jerzego Brzęczka zmierzy się na wyjeździe z Austrią, zdecydowanie najsilniejszym rywalem w grupie. Przyznał to kapitan naszej reprezentacji Robert Lewandowski już w swoim pierwszym komentarzu po losowaniu. „Początek eliminacji będzie kluczowy, zwłaszcza spotkanie z Austrią. Myślę, że to będzie dla nas najtrudniejsze spotkanie w tych kwalifikacjach – przyznał „Lewy”.

Z umiarkowanym optymizmem wyniki losowania ocenił też selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek. „Jestem z niego zadowolony umiarkowanie, bo trafiliśmy do wyrównanej grupy. Austria, Izrael, Macedonia i Słowenia to są drużyny, które na własnym boisku będą bardzo niebezpieczne. Dlatego trzeba się dobrze przygotować, od początku być w formie i punktować od pierwszego meczu. Bo naszym celem jest oczywiście awans do mistrzostw Europy” – mówił selekcjoner.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek także nie był zachwycony wynikami losowania. „Każdy mecz w tej grupie na wyjeździe będzie ciężki. Żadna z tych drużyn nie należy do tzw. elity europejskiej, ale wszystkie są u siebie niebezpieczne. Nie będzie więc łatwo w żadnym spotkaniu, aczkolwiek trzeba przyznać, że można było wylosować dużo gorzej. Ja nie jestem z tych, którzy uważają, że mecze wygrywa się na losowaniu. Mecze wygrywa się na boisku” – powiedział Boniek przed kamerami TVP Sport.
Najbardziej brutalny w ocenie okazał się były sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina, który wręcz stwierdził, że nasza reprezentacja nie ma żadnych szans na awans.

 

Terminarz grupy G:

1. kolejka (21 marca 2019)
Austria – Polska; Macedonia – Łotwa; Izrael – Słowenia

2. kolejka (24 marca 2019)
Izrael – Austria; Polska – Łotwa; Słowenia – Macedonia

3. kolejka (7 czerwca 2019)
Austria – Słowenia; Macedonia – Polska; Łotwa – Izrael

4. kolejka (10 czerwca 2019)
Macedonia – Austria; Łotwa – Słowenia; Polska – Izrael

5. kolejka (5-6 września 2019)
Izrael – Macedonia (5 września); Austria – Łotwa i Słowenia – Polska (6 września)

6. kolejka (9 września 2019)
Łotwa – Macedonia; Polska – Austria; Słowenia – Izrael

7. kolejka (10 października 2019)
Austria – Izrael; Macedonia – Słowenia; Łotwa – Polska

8. kolejka (13-15 października 2019)
Polska – Macedonia (13 października); Słowenia – Austria (13 października); Izrael – Łotwa (15 października)

9. kolejka (16 listopada 2019)
Słowenia – Łotwa; Austria – Macedonia; Izrael – Polska

10. kolejka (19 listopada 2019)
Macedonia – Izrael; Łotwa – Austria; Polska – Słowenia.

 

Lewy opuścił reprezentację

Fot. Robert Lewandowski przestał strzelać gole w reprezentacji i reprezentacja przestała wygrywać

 

 

Jerzy Brzęczek jeszcze nie wygrał meczu w roli selekcjonera – zanotował dwa remisy i trzy porażki, a we wtorek 20 listopada ten bilans zapewne jeszcze się pogorszy, bo na zwycięstwo z Portugalią nikt nie stawia. Zwłaszcza że nie zagra Robert Lewandowski.

 

Biało-czerwoni po raz kolejny rozczarowali kibiców przegrywając w czwartek w Gdańsku w fatalnym stylu z Czechami 0:1. Po tym meczu po raz pierwszy tu i ówdzie pojawiły się w mediach otwarte żądania dymisji Jerzego Brzęczka, na które prezes PZPN Zbigniew Boniek odpowiedział gromkim „nie!”. Nie zmienia to jednak faktu, że atmosfera wokół kadry robi się coraz duszniejsza, a i chyba w jej środku też nie dzieje się lepiej, skoro na zewnątrz wyciekają plotki o konfliktach między zawodnikami. Jedną z nich Grzegorz Krychowiak nawet uznał za stosowne sprostować, co nie dziwi, bo głosiła, że po meczu z Czechami pobił się z Robertem Lewandowskim. „To jakaś bzdura” – zapewniał pomocnik Lokomotiwu Moskwa. Plotek o konflikcie chyba tym jednak nie uciszył, zwłaszcza że w niedzielę sztab kadry oficjalnie potwierdził, że „Lewy” na pewno nie zagra przeciwko Portugalii w ostatnim spotkaniu Ligi Narodów, bo z powodu lekkiego urazu kolana opuścił zgrupowanie kadry.

Brzęczek czekał z decyzją na wynik sobotniego meczu Portugalczyków z Włochami. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, co oznacza, że grupę A3 wygrali aktualni mistrzowie Europy i to oni zagrają w czerwcu przyszłego roku w finale tych rozgrywek, którego na dodatek będą gospodarzami. Ponieważ już wcześniej było wiadomo, że do niższej dywizji zostanie zdegradowany nasz zespół, więc rezultat kończącego zmagania w grupie A3 spotkania Portugalia – Polska miałby znaczenie jedynie w przypadku zwycięstwa Włochów w sobotniej potyczce z podopiecznymi trenera Fernando Santosa. Teraz już wiadomo, że będzie to mecz o „pietruszkę”, w którym Portugalczycy zapewne wystawią drugi garnitur swojej reprezentacji, co w jakim stopniu zmniejsza ryzyko kompromitująco wysokiej porażki polskiego zespołu. Patrząc na sprawę z tego punktu widzenia odesłanie Lewandowskiego miało sens, ale biorąc pod uwagę fakt, że ewentualne pokonanie Portugalii mogłoby zapewnić biało-czerwonym rozstawienie w losowaniu grup eliminacyjnych do Euro 2020, już niekoniecznie.

Zbigniew Boniek w jednej ze swoich licznych ostatnio publicznych wypowiedzi w sprawie reprezentacji stwierdził, że jej problem tkwi wewnątrz zespołu. Nie sprecyzował co prawda w czym rzecz, ale chyba bez ryzyka większej pomyłki możemy dopowiedzieć, że reprezentacja Polski już pod koniec ery Adama Nawałki miała kryzys przywództwa, który po zmianie selekcjonera jeszcze bardziej się pogłębił. Brzęczek wie co to znaczy, bo sam przeżył to jako piłkarz i kapitan reprezentacji, ale nie ma w tej kwestii właściwie żadnego wyboru. Chyba że reprezentacja bez „Lewego” wygra we wtorek z Portugalią.