Poniosą karę za korupcję

Rzecznik Dyscyplinarny PZPN Adam Gilarski wystąpił z wnioskiem o ukaranie Cracovii za udział w futbolowej korupcji. Krakowskiemu klubowi grozi odjęcie punktów oraz kara finansowa.

To pokłosie osądzonej dopiero niedawno afery korupcyjnej z sezonu 2003/2004. Zespół Cracovia grał wtedy na zapleczu ekstraklasy i walczył o awans. Po podejrzanie wysokim zwycięstwie 8:1 nad Szczakowianką Jaworzno, „Pasy” rzutem na taśmę zakwalifikowały się do barażu i po dwóch wygranych po 4:0 z Górnikiem Polkowice ostatecznie awansowały do ligowej elity. Po latach wyszło jednak szydło z worka i okazało sie, że ten sukces miał podłoże korupcyjne.
W dniu 30 stycznia tego roku Sąd Rejonowy Kraków-Krowodrza skazał za ustawianie meczów Cracovii i Podbeskidzia Jacka P., byłego obserwatora PZPN i sędziego piłkarskiego, formalnie nie związanego z Cracovią, na dwa lata i osiem miesięcy więzienia, przepadek pięciu tysięcy złotych przyjętych korzyści majątkowej oraz zakaz działalności w sporcie na okres pięciu lat i dodatkowo 30 tysięcy złotych grzywny. Drugi oskarżony w tym procesie, Rafał R., miał już mocne związki z Cracovią, bo to były członek stowarzyszenia wspierającego klub oraz były członek jego rady nadzorczej. On został skazany z ustawianie meczów krakowskiego klubu na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz 14 tys. złotych grzywny.
Władze krakowskiego klubu najpierw twierdziły, że są stroną poszkodowaną w tej sprawie, ale teraz jednak zmieniły ocenę sytuacji i uznały odpowiedzialność klubu. I zadeklarowały chęć dobrowolnego poddania się karze. Wniosek Cracovii zostanie rozpatrzony przez komisję dyscyplinarną PZPN, ale już wiadomo, że klub nie zostanie zdegradowany do niższej ligi. Na pewno jednak nie uniknie kary odjęcia punktów oraz grzywny finansowej. W obu przypadkach widełki są szerokie – nawet 30 punktów ujemnych oraz pół miliona złotych. związku z aferą korupcyjną w latach 2003-05 PZPN ukarał już kilkanaście klubów.

Chcieli 25 procent, a teraz się boją

Opublikowane w miniony piątek w Dzienniku Ustaw rozporządzenie Rady Ministrów zezwala od 19 czerwca na obecność kibiców na meczach piłkarskich, lecz jedynie w ograniczonej liczbie, nie więcej niż 25 procent pojemności trybun.

Tak więc premier Mateusz Morawiecki spełnił prośbę prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, pojawił się jednak problem, bo pandemia koronawirusa w Polsce nie słabnie, a nawet wręcz odwrotnie. Po wprowadzeniu zmian w rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 29 maja 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (Dz. U. poz. 964, 966, 991 i 1006), jeden z punktów stanowi: „Na stadionach i boiskach w zakresie organizacji współzawodnictwa sportowego seniorów w rozgrywkach prowadzonych przez polski związek sportowy w drugiej i trzeciej klasie rozgrywkowej oraz Pucharze Polski lub ligę zawodową działającą w najwyższej klasie rozgrywkowej w sporcie piłka nożna oraz na stadionach oraz przy wykorzystaniu infrastruktury zewnętrznej do uprawiania sportów motorowych w zakresie organizacji współzawodnictwa sportowego w rozgrywkach prowadzonych przez polski związek sportowy w drugiej klasie rozgrywkowej oraz przez ligę zawodową działającą w najwyższej klasie rozgrywkowej w sporcie żużlowym organizacja współzawodnictwa sportowego odbywała się tak, aby udostępniono publiczności co czwarte miejsce na widowni, w rzędach naprzemiennie, z tym że nie więcej niż 25 procent liczby miejsc przewidzianych dla publiczności”.
Sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki przyznał jednak publicznie, że federacja monitoruje sytuację w kraju związaną z pandemią i nie wyklucza, że w niektórych regionach kraju udostępnienie trybun dla kibiców może zostać odłożone w czasie. „Widzimy, że w niektórych regionach kraju może być problem, żeby to rozporządzenie weszło w życie już od 19 czerwca. Wydaje mi się więc, że finalne wdrożenie tego planu będzie bardzo zróżnicowane, jeśli chodzi o województwa i będzie zależało również od władz lokalnych. Bezpieczeństwo widzów jest dla nas najważniejsze” – stwierdził Sawicki.
Na szczęście chodzenie na mecze nie jest obowiązkowe i nikt nie musi narażać swojego zdrowia, jeśli tego nie chce. Ewentualne pretensje w razie zakażenia można będzie kierować na Berdyczów.

Pograją dopiero w lipcu

Siatkarska reprezentacja Polski w lipcu ma rozegrać trzy mecze sparingowe. Rywalami biało-czerwonych wedle przecieków z PZPS najprawdopodobniej będą drużyny Niemiec, Finlandii i Estonii.

Nasza kadra siatkarzy przebywa na zgrupowaniu w Spale i jak na razie bez przeszkód trenują pod okiem trenera Vitala Heynena. Belgijski selekcjoner biało-czerwonych chciałby jednak w lipcu rozegrać kilka meczów sparingowych. Władze PZPS też do tego dążą. „Planujemy pod koniec lipca rozegrać cztery spotkania towarzyskie. Robimy to dla naszych kibiców i dla naszych sponsorów, żeby tak całkiem nie zapomnieli o siatkówce” – przekonuje prezes naszej siatkarskiej federacji Jacek Kasprzyk.
Szczegółów na razie działacze PZPS nie podają, co nie dziwi, bo z powodu pandemii trudno dzisiaj cokolwiek planować, ale z przecieków wynika, że prawdopodobnie pod koniec lipca nasza reprezentacja zmierzy się w turnieju towarzyskim z zespołami Finlandii, Estonii oraz Niemiec. Miejsce jego rozegrania jeszcze nie ogłoszono, ale być może będzie to Arena Kraków, w której nie odbędzie się na początku lipca Memoriał Huberta Wagnera.

Piłkarze grają, a płace się mrożą

Piłkarze zespołów PKO Ekstraklasy szykują się do 28. ligowej kolejki. W środku tygodnia dołączyli do nich gracze I i II ligi, zatem wszystkie trzy zawodowe ligi w naszym kraju wróciły jakoś do życia po blisko trzech miesiącach bezruchu spowodowanego pandemią koronawirusa. Radość trwała jednak krótko, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek włożył kij w mrowisko sugerując, żeby redukcję zarobków piłkarzy wprowadzić na stałe.

Swój aktualny pogląd na kwestię zarobków piłkarzy w polskiej lidze prezes PZPN wyłożył w wypowiedzi opublikowanej na łamach „PS”. „W naszej piłce na epidemii najwięcej stracił PZPN – na dzień dobry 80 milionów złotych. Gdyby spotkało to któryś z klubów, byłby na łopatkach. My natomiast potrafiliśmy się zorganizować i jeszcze ponad 100 milionów złotych przeznaczyliśmy na pomoc w ramach tarczy. Kluby szybko ustaliły, że w czasie kryzysu piłkarze powinni zarabiać połowę pensji, a ja uważam, że trzeba by obniżyć wynagrodzenia na stałe. Wtedy chcieliby trenować trzy razy mocniej, by wyjechać za granicę i zarobić więcej. W Polsce wielu piłkarzy ma eldorado, zwłaszcza ci z Europy Środkowej i Bałkanów. Ci gracze są ważną częścią niektórych zespołów, ale nie sądzę, by pomagali nam w osiąganiu sukcesów w europejskich pucharach. Gdyby zarabiali mniej, nie przyjeżdżaliby do Polski tak chętnie” – stwierdził Boniek. Dodał też: „W Polsce piłkarze mają za dobrze. Wszyscy o nich dbają, od dziennikarzy po działaczy. Najlepiej, gdyby istniał przepis, że po pierwszej połowie można wymienić całą jedenastkę, żeby tylko nikt się nie spocił. W czasie pandemii zatroszczyliśmy o piłkarzy bardziej niż na przykład o lekarzy. Sportowcy są uprzywilejowaną grupą, która daje społeczeństwu dużo, ale też dostaje trzy razy więcej i powinna o tym pamiętać” – przekonuje sternik polskiego futbolu. Wskazał też klubowym włodarzom właściwy kierunek: „Pandemia pokazała, że niektóre kluby były zarządzane w sposób zbyt ryzykowny. Każdy chce zostać mistrzem, ale rezultat osiągnięty na boisku powinien być wynikiem rozsądnej strategii. Zamiast dwudziestu obcokrajowców, wolałbym trzech, czterech, którzy zarabialiby więcej, ale mogliby czegoś nauczyć młodych polskich piłkarzy. Chwalimy się, że nie mamy kominów płacowych. A ja uważam, że w taki sposób nie robi się poważnej piłki. W Bayernie, Juventusie czy Barcelonie piłkarze, którzy robią różnicę, zarabiają zdecydowanie więcej i to jest normalne” – mówi Zbigniew Boniek.
Na szczęście dla piłkarzy, opinie prezesa PZPN nie są stałe i ulegają częstej zmianie, w zależności od aktualnej sytuacji lub potrzeb. Teraz akurat taka potrzeba występuje, bo – przypomnijmy – kluby od blisko trzech miesięcy praktycznie nie zarabiają pieniędzy ze sprzedaży biletów, nie dostają ich też od sponsorów i telewizyjnych nadawców. Zawodnicy i trenerzy zgodzili się na obniżkę płac do 50 procent, ale tylko na czas przerwy w rozgrywkach. A ta przerwa właśnie się skończyła i już za czerwiec trzeba będzie im wypłacić pełne wynagrodzenia, co przy znacznie zmniejszonych wpływach mocno zrujnuje i tak już nadszarpnięte klubowe budżety.
Po drugiej stronie barykady są jednak dobrze zorganizowani i prawnie zabezpieczeni pracobiorcy, czyli piłkarze i trenerzy. FIFA i UEFA dały wprawdzie przyzwolenie na cięcie płac w czasie pandemii, lecz wyłącznie za zgodą zawodników. Po restarcie rozgrywek ustalenia sprzed kilku tygodni przestały obowiązywać i kluby będą musiały na nowo negocjować z piłkarzami i trenerami wysokość ich kontraktów. Boniek ma pewnie już jakąś wiedzę o rodzących się na tym tle napięciach, skoro zdecydował się zająć stanowisko w takiej drażliwej sprawie. PZPN w kwestiach płacowych niewiele ma do powiedzenia, bo to wewnętrzna sprawa klubów, widocznie jednak uznał, że jeśli jako szef związku rzuci hasło powszechnej i trwałej obniżki płac, to może trochę tym pomoże właścicielom klubów w negocjacjach. Szkoda tylko, że domagając się cięcia zarobków, skupił się tylko na piłkarzach. Sam przecież zarabia miesięcznie więcej niż większość graczy ekstraklasy, nie wspominając o niższych ligach, a taki ludzi jak on, zarabiających wielkie pieniądze w polskim futbolu bez konieczności kopania piłki i narażania zdrowia, jest więcej niż samych piłkarzy.
Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to temat wymagający otwartej dyskusji, ale w Polsce o pieniądzach, szczególnie własnych, nikt nie lubi publicznie rozmawiać. Sprawa zostanie więc pewnie załatwiona po cichu, co oznacza, że ktoś zostanie pokrzywdzony.

Zestaw par 28. kolejki:
Piątek: Korona Kielce – Piast Gliwice, godz. 18:00; Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk, godz. 20:30.
Sobota: Jagiellonia Białystok – Wisła Płock, godz. 15:00; Zagłębie Lubin – Lech Poznań, godz. 17:30; Pogoń Szczecin – Cracovia, godz. 20:00.
Niedziela: Raków Częstochowa – ŁKS Łódź, godz. 12:30; Arka Gdynia – Śląsk Wrocław, godz. 15:00; Wisła Kraków – Legia Warszawa, godz. 17:30.

Legia chce odebrać Sokołowi Ostróda awans do II ligi

Zakończenie z powodu pandemii koronawirusa rozgrywek w niższych ligach nie obyło się bez kontrowersji. W grupie 4. III ligi po interwencji PZPN awans ostatecznie uzyskały dwa zespoły – Motor Lublin i Hutnik Kraków. Podobną decyzję próbuje wymusić też Legia Warszawa, która kwestionuje decyzję Warmińsko-Mazurskiego ZPN przyznającą awans w grupie 1. III ligi Sokołowi Ostróda.

Po decyzji władz PZPN o zakończeniu zmagań w niższych ligach prowadzący w obecnym sezonie rozgrywki w grupie 1. III ligi Warmińsko-Mazurski Związek Piłki Nożnej 18 maja podjął decyzję o przyznaniu awansu pierwszemu w tabeli Sokołowi Ostróda, który zdobył 37 punktów w 18 meczach. Drugie miejsce w tabeli zajmowała drużyna Sokoła Aleksandrów Łódzki (19 meczów, 36 pkt), a trzecie Legia II Warszawa (18 meczów, 36 pkt). Ekipa z Aleksandrowa Kujawskiego nie mogła mieć żadnych pretensji, natomiast stołeczny klub jak najbardziej, bo Legia II i Sokół Ostróda miały do rozegrania zaległe spotkanie z rundy jesiennej, przełożone z powodu zwolnienia graczy warszawskiego klubu na mecze reprezentacji młodzieżowych i juniorskich. Mecz planowano rozegrać 1 kwietnia, ale jak wiadomo okazało się to niewykonalne z powodu spowodowanego wybuchem pandemii Covid-19 zawieszenia rozgrywek.
I Legia teraz domaga się, żeby ten zaległy mecz jednak rozegrać w połowie czerwcu, bo w przypadku wygranej to jej zespół rezerw zająłby pierwsze miejsce w grupie i tym samym uzyskał awans do II ligi. „Jeśli wtedy okaże się to niemożliwe, w kraju będzie wzrost zachorowań, zrozumiemy to i pogodzimy się z faktem, że zostajemy na kolejny sezon w trzeciej lidze. Ale jeśli jedna taka możliwość będzie, to rozstrzygnijmy kwestię awansu na boisku, a nie przy zielonym stoliku” – przekonuje dyrektor Akademii Piłkarskiej Legii Jacek Zieliński.
„Przy podejmowaniu decyzji kierowaliśmy się wymogami prawnymi. Podjęliśmy uchwałę o zakończeniu rozgrywek i przyznaniu awansu Sokołowi, bo nie było możliwe rozgrywanie meczów na tym szczeblu rozgrywkowym. Legia złożyła do nas protest, który jest właśnie na etapie analizy pod kątem zasadności. Trochę to potrwa, bo pismo jest dość obszerne” – przyznał prezes WMZPN Marek Łukiewski. Działacze Sokoła Ostróda tym bardziej nie zamierzają się godzić się na rozwiązanie proponowane przez Legię i już szykują zespół do gry na drugoligowych boiskach.
Warszawski klub na interwencję PZPN raczej nie powinien liczyć, bo między Legią a Sokołem Ostróda jest przecież jeszcze Sokół z Aleksandrowa Kujawskiego. Prezes tego klubu Dariusz Szulc już zapowiedział, że jeśli trzeciej w tabeli Legii zostanie przyznany awans, to w takim przypadku on będzie się domagał promocji także dla jego drużyny. A gdyby do tego doszło, wtedy II liga musiałaby zostać powiększona do 21 zespołów. PZPN, który prowadzi rozgrywki w tej lidze, na taki przyrost się na pewno nie zgodzi.

Nowe plany Brzęczka

Gdyby nie pandemia koronawirusa, przez którą przełożono na przyszły roki finały mistrzostw Europy, nasza piłkarska reprezentacja od minionego poniedziałku szykowałaby się na zgrupowaniu do turnieju Euro 2020.

Termin niedoszłego zgrupowania kadry wykorzystał jej selekcjoner Jerzy Brzęczek i przypomniał się kibicom udzielając wypowiedzi należącemu do PZPN serwisowi internetowemu „Łączy nas Piłka”. Skomentował w niej między innymi krytyczne opinie, jakie wzbudziła decyzja władz związku o przedłużeniu kontraktu z nim aż do końca 2021 roku, a w przypadku awansu do finałów mistrzostw świata w Katarze, nawet do 31 grudnia 2022 roku. „To normalne, że kontrakt selekcjonera rodzi dyskusje i ja nie mam z tym problemu. Przedłużenie świadczy, że wywiązaliśmy się ze swoich zadań. Awans jest, ale zachowujemy pokorę, bo trzeba rozwijać zespół. Styl i poziom gry nie zadowala wszystkich. Myślę jednak, że już w trakcie eliminacji widać było progres, zwłaszcza w meczach rozgrywanych jesienią ubiegłego roku” – przekonywał Brzęczek.
Selekcjoner biało-czerwonych ocenił też, czy przełożenie mistrzostw Europy wpłynie na formę zespołu. „Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Najbliższe mecze rozegramy dopiero we wrześniu, więc będziemy mieć aż dziesięć miesięcy przerwy. Nigdy się z czymś takim nie zetknęliśmy. Do Euro pozostał rok, więc nie mogę powiedzieć, że już teraz mam w głowie skład kadry, którą na tę imprezę zabiorę. Pewne plany już były, teraz jednak czeka nas długi okres przygotowań. W tym czasie mogą eksplodować jakieś nowe piłkarskie talenty. Wtedy na mistrzostwa pojedzie zawodnik, który w tej chwili nie jest brany pod uwagę. Pamiętajmy, że jeszcze przed Euro rozpoczną się eliminacje mistrzostw świata, a to też stworzy zupełnie nową sytuację” zapewnia Brzęczek.
Jeśli pandemia zostanie opanowana, to kadra Polski zbierze się na początku września i zagra pierwsze mecze w tegorocznej edycji Ligi Narodów. W październiku i listopadzie też zaplanowano po dwa mecze, ale ponadto po jednym dodatkowym meczu towarzyskim.

Brzęczek ma nowy kontrakt

Prezes PZPN Zbigniew Boniek przerwał w końcu medialne spekulacje o przyszłości Jerzego Brzęczka i raczył ogłosić, że zostawia go na tej posadzie do końca 2021 roku. To oznacza, obecny selekcjoner biało-czerwonych poprowadzi ich w tegorocznej Lidze Narodów oraz w turnieju Euro 2021, a potem jeszcze w kwalifikacjach mistrzostw świata 2022. Jeśli Polska awansuje na mundial w Katarze, jego umowa zostanie automatycznie przedłużona do 31 grudnia 2022 roku.

W komunikacie zamieszczonym na oficjalnej stronie internetowej PZPN Zbigniew Boniek tak wyjaśnia swoją decyzję. „Postanowiliśmy przedłużyć kontrakt z Jerzym Brzęczkiem do końca 2021 roku. Mamy pełne zaufanie do selekcjonera i prowadzonej przez niego reprezentacji. W umowie jest jedna istotna klauzula, która w sierpniu 2021 roku daje PZPN możliwość rozwiązania kontraktu. W tym okresie zakończy się moja kadencja na stanowisku prezesa PZPN i chciałbym, aby nowe władze federacji miały możliwość podjęcia autonomicznej decyzji odnośnie dalszej pracy selekcjonera” – powiedział sternik polskiego futbolu.
Gwoli przypomnienia – Brzęczek, który latem 2018 roku zastąpił na stanowisku selekcjonera reprezentacji Adama Nawałkę, miał kontrakt tylko do końca lipca tego roku, ale ponieważ turniej Euro 2020 przeniesiono z powodu pandemii koronawirusa o rok, logiczne było jej przedłużenie także o 12 miesięcy. Trudno mieć jednak pretensje do Bońka, że dorzucił Brzęczkowi górką jeszcze pół roku, bo pamiętajmy, że półtora miesiąca po turnieju Euro 2021 nasza reprezentacja będzie musiała z marszu zagrać mecze w kwalifikacjach do mistrzostw świata, więc chyba lepiej będzie jak zagra w nich zespół przygotowany przez Brzęczka do zmagań w kontynentalnym czempionacie, choćby nawet nie osiągnęła tam dobrego wyniku, niż drużyna montowana w pośpiechu przez nowego selekcjonera. Przecież doskonale wiemy z przeszłości, że w przeszłości żadnemu nie udawało się zacząć kadencji od serii zwycięstw.
Brzęczek nie przesadzał z wyrażaniem wdzięczności. Na tej samej oficjalnej stronie internetowej PZPN zamieszczono taki oto jego krótki komentarz: „Chciałem podziękować prezesowi Zbigniewowi Bońkowi i PZPN za zaufanie. Od początku jako selekcjoner czułem pełne wsparcie ze strony prezesa i władz związku. Dziś skupiamy się na dalszej pracy i z niecierpliwością czekamy na powrót reprezentacyjnej piłki”.
Decyzja Bońka nie była chyba dla nikogo zaskoczeniem, zatem nie odbiła się w Polsce większym echem, a zbulwersowała chyba tylko konsekwentnie przeciwnego Brzęczkowi Jana Tomaszewskiego. Nasz legendarny bramkarz, „człowiek, który zatrzymał Anglię”, wyraził żal, że prezes PZPN nie wziął pod uwagę jego krytycznych opinii o selekcjonerze. „Kompletnie się nie zgadzam z tą decyzją. Obym się mylił i oby za rok wyszło, że to Zbyszek Boniek miał rację, ale teraz jakoś nie potrafię sobie nawet wyobrazić argumentów, które przemawiały za tym, że to Brzęczek powinien poprowadzić kadrę na turnieju Euro 2021. Awans do turnieju finałowego to żaden wyczyn, bo do turnieju awansowało pół Europy, więc dla biało-czerwonych to był obowiązek, zwłaszcza z takiej słabej grupy. Tylko niech ktoś mi powie, jakim systemem gra reprezentacja Polski? Te ciągłe kombinacje z ustawieniu, z bramkarzami, dwiema dziewiątkami w ataku, z trzema defensywnymi pomocnikami, powodowało, że zespół wciąż nie wypracowała jakichkolwiek automatyzmów w grze. Dlatego uważam, że występ naszej reprezentacji w finałach mistrzostw Europy pod wodzą Brzęczka będzie kolejnym rozczarowaniem dla kibiców. On jako selekcjoner nie jest poważnie traktowany, także dlatego, że wciąż swoimi decyzjami wznieca niepotrzebne emocje, które musi potem gasić. Przykładem są bramkarze. Powiem szczerze – gdybym był na miejscu Wojciecha Szczęsnego, to w pewnym momencie bym zrezygnowałbym z występów w kadrze. Takich rzeczy trener kadry w relacjach z zawodnikami robić nie powinien. Ale widać, że Brzęczek przez te blisko dwa lata wciąż nie pozbył się w swoim działaniu maniery trenera klubowego” – twierdzi z przekonaniem Jan Tomaszewski.
Nasz świetny przed laty bramkarz nie jest odosobniony w swojej krytyce, bo przez ostatnie kilka tygodni, gdy rzekomo ważyły się losy Brzeczka jako trenera kadry, zebrał on z różnych stron mnóstwo cięgów. Czy zasłużonych? Do tej pory prowadził reprezentację w 16 spotkaniach. Jego bilans to osiem zwycięstw, cztery remisy i cztery porażki, a bilans bramkowy 23:13. W eliminacjach do Euro 2020 biało-czerwoni w starciach z zespołami Słowenii, Austrii, Macedonii Północnej, Izraela i Łotwy zanotowali osiem zwycięstw, jeden remis i jedną porażkę (bramki 18:5). Z grupy awansowali z pierwszego miejsca z przewagą sześciu punktów nad drugą Austrią, zatem rzeczywiście oceniając dokonania selekcjonera tylko od strony czysto wynikowej, trudno się do niego przyczepić. Kto jednak pamięta jakość gry prezentowanej w tych spotkaniach przez nasz zespół, w duchu musi przyznać też trochę racji i Tomaszewskiemu.
Tak więc wszyscy chyba powinniśmy trzymać kciuki, żeby pandemia koronawirusa zaczęła ustępować i żeby udało się rozegrać zaplanowane w drugiej połowie roku mecze w Lidze Narodów. Jak wiadomo biało-czerwoni dzięki zmianom regulaminowym utrzymali miejsce w europejskiej elicie i w swojej grupie zmierzą się z mocnymi ekipami Holandii, Włoch oraz Bośni i Hercegowiny. To będzie doskonały sprawdzian nie tylko dla piłkarzy, którzy w tych meczach wystąpią, ale przede wszystkim dla Brzęczka.

Futbolowa wojna Krakowa z Lublinem

Lubelski Związek Piłki Nożnej, który prowadzi w tym sezonie rozgrywki IV grupy III ligi, postanowił zakończyć rozgrywki i przyznać awans do II ligi drugiemu w tabeli zespołowi Motoru Lublin, kosztem lidera, Hutnika Kraków. Ta decyzja wzburzyła szefa Małopolskiego ZPN Ryszarda Niemca, który zapowiedział podjęcie kroków prawnych.

Podczas przeprowadzonego w miniona sobotę posiedzenia zarządu Lubelskiego ZPN działacze postanowił zakończyć rozgrywki w IV grupie III ligi, przerwane w marcu z powodu wybuchu pandemii koronawirusa. Ponieważ cała trzecia liga od nowego sezonu przechodzi pod komendę PZPN, trzeba było wyłonić zespół, który uzyska awans do wyższej klasy rozgrywkowej, czyli do II ligi (to de facto trzeci poziom ligowy w Polsce). Sytuacja w nadzorowanej jeszcze w tym sezonie przez Lubelski ZPN wydawała się oczywista, bo w momencie przerwania zmagań wszystkie zespoły miały rozegrane p[o 19 spotkań. Liderem był Hutnik Kraków, który miał co prawda tyle samo punktów co drugi Motor Lublin, ale zgodnie z regulaminem rozgrywek o kolejności w tabeli przy równej liczbie punktów w pierwszej kolejności decydował bilans bezpośrednich spotkań między zainteresowanymi zespołami. W przypadku Hutnika i Motoru krakowianie mieli handicap, bo 25 października ub. roku w rundzie jesiennej wygrali u siebie z lublinianami 1:0. Ponieważ jednak rewanżu nie zdążono wiosną rozegrać, działacze Lubelskiego ZPN uznali, że przyjęcie tego kryterium byłoby krzywdzące dla Motoru i jako podstawę do ustalania kolejności przy równej liczbie punktów przyjęli ogólny bilans bramkowy. A że Motor miał ten bilans lepszy od Hutnika (36:16 wobec 34:27), jemu przyznano promocję do II ligi.
Ta decyzja mocno zbulwersowała prezesa Małopolskiego ZPN Ryszarda Niemca, który za pośrednictwem Twittera zapowiedział podjęcie działań prawnych. „Ta bezprawnie orzeczona decyzja Lubelskiego ZPN o wyrolowaniu Hutnika i próba wystawienia statusu II-ligowca! Haniebna praktyka na rympał nawiązuje do najgorszych wzorów korupcyjnej doby. Spotka się z należnym odporem prawnym” – napisał Niemiec. Ostro zaprotestowały też władze Hutnika i także zapowiedziały podjęcie kroków prawnych.
W pozostałych grupach III ligi także zakończono obecny sezon bez wznawiania rozgrywek. Awans w 2. grupie uzyskał KKS Kalisz, a w 3. grupie Śląska II Wrocław. Na decyzję czekają jeszcze zespoły w 1. grupie.

PZPN ujawnił, ile kluby płacą agentom piłkarzy

Pandemia koronawirusa obnażyła wiele skrywanych przed opinią publiczną mechanizmów finansowania polskiego futbolu. Władze klubów w obawie przed bankructwem wymuszają na piłkarzach i trenerach obniżki wynagrodzeń, nadal jednak trwonią miliony na prowizje dla agentów piłkarzy, chowanych w dokumentach pod nazwą „pośrednik transakcyjny”.

Z raportu opublikowanego przez Polski Związek Piłki Nożnej można się dowiedzieć, że tylko w okresie od 1 kwietnia 2019 do 31 marca 2020 roku kluby PKO Ekstraklasy wypłaciły „pośrednikom transakcyjnym” ponad 35 milionów złotych. To znacząca kwota. Wystarczy przypomnieć, że liga pomimo pandemii koronawirusa z determinacja dąży do wznowienia rozgrywek, żeby otrzymać od nadawców ostatnią transzę opłaty za prawa telewizyjne wynoszącą 67 mln złotych.
Albo inny przykład – PZPN w ramach ogłoszonego w kwietniu programu pomocowego dla kubów PKO Ekstraklasy przewidział finansowe wsparcie w łącznej kwocie 30 milionów złotych. Przy takim poziomie ratunkowych działań mających ocalić ligowców przed finansowa zapaścią, zmarnowane przez nich miliony na prowizje dla handlarzy piłkarskim towarem mają prawo bulwersować. Łącznie z klubów szczebla centralnego (ekstraklasy oraz I i II ligi) „pośrednicy transakcyjni” wydusili tylko w ten jeden rok ponad 38 milionów złotych (35 milionów z ekstraklasy, 2,2 miliona od drużyn I ligi oraz 627 tysięcy złotych od drugoligowców).
Warto zwrócić uwagę na dysproporcję między ekstraklasa a I ligą. Kluby w najwyższej klasie rozgrywkowej w naszym kraju mają tylko pięciokrotnie wyższe dochody od ekip z jej bezpośredniego zaplecza, tymczasem wypłaciły agentom piłkarzy piętnaście razy więcej pieniędzy niż pierwszoligowcy. Na czele tego mało chlubnego zestawienia transferowych utracjuszy plasuje się Legia Warszawa, która „pośrednikom transakcyjnym” wypłaciła w okresie od kwietnia ub. roku do końca marca obecnego ponad 8,1 mln złotych. Na drugim miejscu znalazła się Wisła Płock (prawie 6,5 mln złotych), a na trzecim Pogoń Szczecin (4,1 mln złotych). Najmniej pieniędzy na agentów roztrwonił ŁKS-u Łódź (552 tysięcy złotych) i Korona Kielce (435 tysięcy złotych).
Zdumiewające jest w tym procederze to, że chociaż kluby zatrudniają dyrektorów sportowych i tworzą sieci skautingowe, to mimo to z roku na rok wydają coraz więcej na prowizje dla „pośredników transakcyjnych”. W poprzednim roku było to o pięć milionów złotych mniej, ale z PKO Ekstraklasy wyciekły do kieszeni agentów 32 mln złotych. W poprzednim sezonie liderem pod tym względem był Lech Poznań, który wypłacił pośrednikom 6,9 mln złotych, przed Legią (5,9 mln złotych) i Wisłą Płock (5,2 mln złotych).

Chcą u nas trenować

Tego lata na zgrupowania przedsezonowe chce przyjechać do Polski ponad 50 zespołów z całego świata. Nasz kraj staje się równie atrakcyjnym miejscem do treningów, jak Cypr w przerwie zimowej.

Skorzystać z istniejącej w naszym kraju nowoczesnej bazy treningowej, będącej w dużej mierze pozostałością po Euro 2012, zamierzają klubowe zespoły z Włoch, Grecji, Irlandii, Rumunii, ale też Indii, Izraela, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a nawet Cypru. W sumie firmy organizujące letnie zgrupowania awizują przyjazd już ponad 50 ekip. Dla porównania, przed rokiem, który branża uznała za rekordowy, gościliśmy 35 drużyn.
Zagraniczne kluby cenią sobie polską gościnność, dobrą jakość bazy sportowej i hotelowej oraz wciąż przystępne dla nich ceny. W okresie letnim taki masowy najazd zespołów z różnych lig to szansa dla polskich zespołów, bo stwarza to im okazję do rozgrywania meczów sparingowych z atrakcyjnymi przeciwnikami. Ośrodki treningowe cieszące się największym powodzeniem zagranicznych ekip znajdują się w Gniewinie, okolicach Poznania, Warce, Kielcach, Wrocławiu i na Śląsku.