Czarny ląd z czerwoną ziemią

Ledwo wróciłem z Kaukazu, jeszcze się porządnie nie rozpakowałem, a tu nagle telefon. „Słuchaj, poleciałbyś do Republiki Środkowoafrykańskiej. Potrzebni są ludzie do misji obserwacyjnej, będą u nich wybory” – nie trzeba było mnie namawiać, niemal krzyknąłem w słuchawkę „LĘCĘ” i aż podskoczyłem z radości. „Jest pewien problem, po pierwsze: w kraju wojna domowa i okres świąteczny. Nie można nikogo namówić, może znasz kogoś z doświadczeniem w tego typu wyjazdach? Jeśli tak, to spróbuj zebrać ze trzech ludzi, aha jeszcze szczepienia przeciwko żółtej febrze i badania Covid PCR z tłumaczeniem na angielski, to dosyć kosztowne, ale na miejscu rozliczą wam delegację i zwrócą kasę”.

Oczywiście pierwszym do którego zadzwoniłem, był Grzesiek Waliński. Wiedziałem, że kocha Afrykę i jako były ambasador w Nigerii, pracownik UNESCO ma doświadczenie znacznie większe od mojego. Nie musiałem go długo przekonywać. Zgodził się równie szybko jak ja.
Gorzej było z pozostałymi, już trzeciej osoby – mimo wysiłków – nie udało się znaleźć, pomijam już, że niewielu odebrało ode mnie telefon. Skontaktowałem się też z Romanem, czeskim dziennikarzem pracującym w gazecie Halo Noviny. Poznaliśmy się na Kaukazie i znałem jego obycie w warunkach kraju ogarniętego wojną. Idealny kandydat – przeszło mi przez myśl.
Niestety, nie mógł – zobowiązania rodzinne, chociaż dało się wyczuć, że podobnie jak ja, rwał się do tego wyjazdu. Nie chciał też marnować okazji i zaangażował w poszukiwanie jakiegoś reportera – desperata, całą swoją redakcję.
Nie znaleźli nikogo, ich naczelny mocno przepraszał, tutaj też wyraźnie wyczuwałem żal, że się im nie udało nikogo namówić. Trudno, lecimy we dwóch, w Paryżu mieliśmy się spotkać z Milenkiem, macedońskim dziennikarzem i znanym w swoim kraju youtuberem. Tak więc już z lotniska Charlesa de Gaullea miało być nas trzech.
Formalności, szczepienia i badania okazały się pierwszą przeszkodą. O wyjeździe dowiedziałem się niecały tydzień przed planowanym wylotem. Obdzwoniłem przychodnie medycyny podróży w całym województwie lubelskim – gdzie mieszkam. Znalazłem jedną, która miała ostatnią ampułkę. Lekarka namawiała mnie na kilka innych szczepień, ale w pośpiechu ją zbyłem. Zapłaciłem trzy stówy za zastrzyk, który zacznie działać dopiero po kilku dniach pobytu w Afryce.
Szczepionkę podała mi 18 grudnia, dwa dni po tym, gdy dowiedziałem się o wyjeździe. W „żółtej książeczce” napisała, że skuteczność jej znacznie się dopiero 28 grudnia. No ładnie – pomyślałem, bilety mamy na 21, w Afryce będziemy 22 i jeśli przy odprawie spojrzą na datę, to już leżę. Zwyczajnie mnie cofną.
Trudno, ryzyko zawodowe – powiedziałem sam do siebie i zacząłem szukać punktu, w którym zrobią mi badanie na Covid PCR, dokładnie takie same jakie robili mi, kilkanaście dni wcześniej gdy wylądowałem
w Erewaniu.
Nie dawali jednak żadnego zaświadczenia, o wyniku informowali pocztą elektroniczną. Te badania i tak są ważne jedynie 72 godziny, więc niezależnie od tamtego wyniku, straciłyby już swoją graniczną wartość.
Znalazłem punkt gdzie robili te testy. Niestety drożej nawet niż szczepionka – niecałe pięćset złotych. Trudno, przy takim wyjeździe nie liczyły się już żadne koszty, miałem w głowie jedynie Afrykę. Nawet gdyby kosztowało to trzykrotnie więcej, sprzedałbym jeden z rewolwerów czarnoprochowych, których wciąż mam niezłą kolekcję. Byłem gotów sprzedać nawet Remingtona 1958 New Army z ośmiocalową lufą – słynna broń Bufflo Billa, o której napisał, że walczył nim z Indianami, polował na bizony i nigdy go nie zawiódł.
Ta pasja jest pozornym zaprzeczeniem mojego pacyfizmu, ale jest to historia, której nie zamiatam pod dywan. Po prostu bardzo lubię strzelać. Nie chodzę na ryby, nie poluję, tylko taka pasja, pozostałość pierwotnych instynktów.
Nigdy jednak nie strzelam do żywych celów. Ot, strzelnica, tarcze, puszki, a w lecie arbuzy.
Natychmiast też przegrzebałem wszelkie informacje o miejscu do którego lecę. Pierwszym źródłem był oczywiście Internet.
RŚA, to niespełna pięciomilinowy kraj wielkości Francji, wciśnięty gdzieś między Czadem, Kongiem, Kamerunem
i Sudanem.
Mimo, że od lat toczy się tam wojna domowa, to światowe media niezbyt chętnie ją relacjonują. Być może więcej krwi tam spłynęło, niż wartość wszystkich podziemnych złóż? W głowie telepią się myśli.
Kraj, który zaledwie pięćdziesiąt lat temu wyzwolił się z francuskiej okupacji kolonialnej. Ale czy na pewno? Czy to tylko teoretycznie? Znalazłem informacje, że Francja wciąż usiłuje kreować ich politykę, choćby przez pomoc w ucieczce przed wściekłymi mieszkańcami i próbę ponownego wsadzenia na urząd prezydenta znienawidzonego generała Boziźe. Zabrali go z Konga, gdy w ostatnim momencie wskoczył na łódź i przeprawił się na drugi brzeg rzeki Ubangi. Dostał dom i wszelkie prezydenckie apanaże w kraju niedawnych kolonialistów. Jedyną firmą, która eksploatuje tam ropę, również jest francuski koncern – Total.
Rzut okiem na mapę. W samym centrum suchego kontynentu, zielona wyspa, a mimo to mało kto w Polsce wie o istnieniu tego państwa.
Gdy mówiłem znajomym, że jadę do Republiki Środkowoafrykańskiej, zwykle padało pytanie: „ale do której konkretnie?”.
Informuję więc, że kraj taki istnieje, nie jest może atrakcyjny turystycznie, bo żadnego oceanu, nawet dostępu do Morza Śródziemnego. Ot, ledwie kilka dziewiczych parków narodowych, dwie duże rzeki i lokalna wersja Katedry Notre-Dame. Oczywiście znacznie mniejsza, a ryzyko zwiedzania bez porównania wyższe.
Zamieszki praktycznie nie ustają, a lokalni przywódcy dżipowych bojówek spod każdej, najciemniejszej gwiazdy, nie szczędzą cywilnych mieszkańców. ONZ uznało kraj za upadły i w hierarchii bezpieczeństwa uplasowano niżej niż Somalię.
Ambicje i interesy miejscowych watażków nie rachują ilości przelanej krwi. Świat się tym specjalnie nie interesuje i nie reaguje – w tak niestabilnym regionie nie wiadomo z kim rozmawiać, wysłanie specjalistów by oszacowali zasoby jest zbyt ryzykowne. Tylko Francuzi wiedzą jak się tam bezpiecznie poruszać – i znowu refleksja, czy i w jakim stopniu wspierają rebelię? Może zależy im na takiej niestabilności i braku kontroli władz nad całym obszarem republiki.
Jadę tam, ponieważ 26 grudnia szykują się wybory zarówno prezydenckie i do Zgromadzenia Narodowego, czy coś to zmieni, czy wreszcie mieszkańcy będą mogli bez strachu wyjść na ulicę?
Część zobaczę na miejscu, a resztę czas pokaże. Z pewnością od razu wiele się tam nie zmieni.
Czytam i się zastanawiam.
Będę tam dosyć długo, bo aż do ósmego stycznia.
Ruszyliśmy z Warszawy do Paryża tuż po 14.00. We Francji cała noc czekania na przesiadkę i dopiero bezpośredni lot do stolicy tego afrykańskiego kraju – Bangui.
Noc na paryskim lotnisku była całkiem przyjemna. Weszliśmy do strefy poza europejskiej, nie było odwrotu, nie dało się już wyskoczyć do miasta.
Ta część terminala opustoszała jeszcze przed północą, byliśmy we dwóch i jeszcze jakiś jeden facet – jak się okazało, już w RŚA, był to Milenko, nasz towarzysz z Macedonii. W wyludnionej hali kanapy do spania, ale i tak sen nie przychodził. Ekscytacja skutecznie go wyparła.
Łaziłem więc całą noc od jednej palarni do drugiej, czas zleciał dosyć szybko. O świcie samolot. Odprawa i pierwszy „opad szczęki”, Air France podstawiło wypasionego airbusa z czterema klasami – ekonomiczną, ekonomiczną premium, biznes i biznes premium, w której nawet mieli łóżka. Dokładnie takie same samoloty latają w etiopskich liniach, które już kupiła Lufthansa. Tego jeszcze nie wiedziałem, nie wiedziałem też, że ten sam standard, ale afrykańska załoga znacznie bardziej rozpieszczała pasażerów. Jedzenie naprawdę wyśmienite, każdy z pasażerów dostał kosmetyczkę wypełnioną przyborami toaletowymi, skarpetami i lekkimi – domowymi kapciami.
Jak w bajce, tylko drążąca myśl, by nie sprawdzili daty w „żółtej książeczce”, był 22 grudnia, jeszcze sześć dni do terminu od którego szczepienie zaczyna działać. Zbyt wyraźnie to napisała, przeklinam ją w duchu, gdyby tym lekarskim charakterem, jak na receptach, tak by nie dało się odczytać. Ale nie. Pięknie i wyraźnie wykaligrafowała, że działanie od 28 grudnia. Nic nie dało się przerobić. Według lekarki wyjazd wcześniej to zbyt duże ryzyko, a według prawa, nie mogli mnie do tej Afryki wpuścić. Tylko tego się bałem.
Pomyślałem, że będę udawał idiotę, trochę liczyłem też, że nikt nie zwróci uwagi. I miałem rację. Podczas wszystkich lotów, granic, przesiadek – nikt nie chciał ode mnie żadnego zaświadczenia.
Wreszcie po wielogodzinnym locie, który niemal w całości przespałem, zeszliśmy trapem na płytę lotniska w Bangui. Uderzenie gorąca i niesamowity zapach.
Lotnisko, to szumna nazwa kilkalu, zbitych z desek, baraków wieże kontrolne przypominały myśliwskie ambony. Ale przede wszystkim powietrze. Jego aromat i ogromny skok temperatury.
Afryka pachnie, jest to niepowtarzalna, bardzo miła woń. Pierwszy raz byłem na tym kontynencie, mógłbym jednak wysiąść i z zawiązanymi oczami gdyby ktoś zapytał „gdzie jestem”, bez wahania odparłbym – Afryka.
Specyficzny zapach rozżarzonej, czerwonej ziemi pomieszany z aromatem lokalnej flory.
Na te charakterystyczną barwę, zwróciłem już uwagę, gdy samolot zniżył lot, zobaczyłem, że ziemia jest czerwona. Podobno dlatego, że jest w niej wysoki procent żelaza.
Na płycie „lotniska” – chociaż trudno nazwać to w ten sposób, trochę asfaltu i klepisko, gdy już wyszliśmy z samolotu, ludzie kierowali się do kontroli celnej w obskurnym baraku. Czekała na nas pracownica ministerstwa Afrykanka w odpowiednim, służbowym stroju. Wysoko nad głową, trzymała tabliczkę z naszymi nazwiskami.
Wyciągnęła nas z kolejki i zaprowadziła na parking. Zabrała kwitki od bagażu i paszporty, żeby załatwić wizy.
A my pojechaliśmy z kierowcą do hotelu. Całkiem ładny budynek, chociaż już widać było, że zaczynał brać go grzyb, farba się pryszczyła, a jak się później okazało, gdy zapominałem zostawić włączoną klimatyzacje, to robił się potworny zaduch. Budynek nowy, zaledwie rok, a już wyglądał na wieloletnie użytkowanie.
Tam faktycznie, o czym mówił mi znajomy, bardzo szybko starzeją się domy. Myślałem, że to najlepszy hotel w mieście, bo standard wysoki i naprawdę czysto, a okazało się, że takich hoteli jest więcej.
Do naszego, na zarówno na basen jak i do restauracji mogli przychodzić i często nawet bywali miejscowi. Na basenie wystarczyło wykupić niedrogi bilet i mogli pluskać się do woli. Ulga, poprawiło mi to bardzo nastrój, cholernie nie lubię popularnych dla turystów hoteli „nur fur” czyli „tylko dla”.
Oczywiście był w Bangui i taki, ale tam zatrzymywały się delegacje innych państw europejskich, my zasiedliliśmy ten, gdzie były reprezentacje kilku głównych organizacji afrykańskich – Unii Afrykańskiej i Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Środkowej.
To już zupełnie mnie uradowało. Po porządnym odpoczynku, rankiem następnego dnia pojechaliśmy oglądać komisje wyborcze i poznawać zasady głosowania, gdy w pewnym momencie nasz przewodnik – Kameruńczyk, potem zresztą świetny kolega, odebrał telefon.
Szybko nas pozbierał, powiedział, że rebelianci zajęli cześć miasta i musimy uciekać. Zapytał mnie czy mam broń. Zrobiłem wielkie oczy, wytłumaczyłem, że jak mógłbym mieć wsiadając do samolotu i podczas wszystkich kontroli.
Podjechał najpierw do ogrodzonej murem i zasiekami twierdzy – w Bangui wszystko jest ogrodzone murem, zabrał Makarovy i pojechaliśmy do hotelu po rzeczy. Musieliśmy zabrać wszystko, bo nikt nie wiedział czy i kiedy tam wrócimy. Warunki polowe, trochę koszarowe, jak to w tego rodzaju prowizorycznych koszarach.
Chociaż „twierdza” to po prostu szumna nazwa większego budynku, w którym było dużo broni, amunicji I zasieki na murze.
Gdyby nie to, wyglądał jak zwykły, większy dom. Było kilka takich. Głownie urzędy czy ambasady. Nie wyglądały imponująco. Placówka kanadyjska, która była w samym centrum miasta, sprawiała wrażenie niechlujnej, zapuszczonej i częściowo odartej z tynku budowli.
Czekaliśmy kilka godzin, szykując się na to, że zamiast hotelu resztę dni spędzimy w tych cywilnych koszarach. Każdemu z nas, niezależnie czy chciał, przyznano zapas bojowy, kilka granatów, karabin kałasznikowa, po cztery magazynki i po pistolecie Makarova. Wtedy padły słowa, jeśli wejdą, każdy musi radzić sobie sam. Kilkadziesiąt minut czekania w panice, nasłuchiwania strzałów i uważnej obserwacji bramy.
Na szczęście, po kilku godzinach dotarła wiadomość, że wojsko opanowało sytuację, wyparli najeźdźców. A my wróciliśmy spokojnie do hotelu.
Kolejne dni, to poznawanie topografii, kandydatów, systemu wyborczego i spotkanie z głównym doradcą obecnego prezydenta i jednocześnie kandydata na to stanowisko, czyli Faustina Archangela Taudèry.
Minister Albert Yalokè Mopkème przyjął nas w swoim mieszkaniu. Dom nie wyróżniał się od innych w okolicy. Niewielki, parterowy budynek, bez żadnych oznak luksusu. Ogrodzony murem, zamiast drutów kolczastych na jego szczycie było rozłożone potłuczone szkło. Stojące butelki tzw: „tulipany” chroniły obejście przed napastnikami. Poza jednym człowiekiem, nie widziałem też ochrony, może byli w głębi domu. Tuż pod bramą, podobnie jak pod hotelem rozłożył się niewielki biedabazarek.
Tam każdą wolną przestrzeń natychmiast zajmują sprzedawcy „wszystkiego”. Już po kilku dniach pobytu znałem wielu handlarzy spod naszej, hotelowej bramy.
Kolejne dni zleciały na zwiedzaniu komisji, w dniu wyborów polecieliśmy we trzech, plus pilot małą, jednosilnikową cesną w odległe zakątki kraju. Samolot był fantastyczny, tak mnie zauroczył, że po kolejnym lądowaniu – oczywiście na klepisku, bo lotnisk jako takich było niewiele, a z asfaltowymi pasami nie widziałem żadnego. Postanowiłem pogadać z pilotem, czy nie pozwoliłby mi przez chwilę sterować tym powietrznym „motorowerem”. Jak się okazało, nie było problemu, młody chłopak zgodził się bez namysłu. Szczęśliwy zaliczyłem pierwszy lot. Potem motocyklami, po trzech na jednym ruszyliśmy w dżunglę.
Cdn.

Księga Wyjścia (71)

Ballada przy kuchennym stole.

„Musiałeś mieć urwanie głowy będąc na placówce w Nigerii” – zapytałem Grzegorza siadając w kuchni jego mieszkania – „przecież jako ambasador miałeś pod swoją opieką, również sporą część Afryki. Kontynentu, przed którym wszyscy ostrzegają. Cały czas media donoszą o wojnach i porwaniach, spotkałeś się z tym? Negocjowałeś z porywaczami? Jak to wyglądało”. Grzesiek uśmiechnął się i zaczął opowiadać: „Nikt nikogo nie odbijał. Tak naprawdę te porwania wszystkim się opłacają. Porywacze przetrzymują zakładników w wygodnych warunkach. Dbają o nich często lepiej jak o własne rodziny – bo to bardzo cenny >>towar<<, karmią, spełniają zachcianki, dostarczają im alkohol, a niekiedy nawet prostytutki. Uprowadzeni mają więc darmowe wakacje pod palmą”- przerwał na chwilę, a ja rozdziawiłem gębę.
„Potem zaczyna się polityczno propagandowy spektakl, zawsze ten sam” – kontynuował – „Kraje, których obywateli porwano ogłaszają, że nie będzie żadnych negocjacji z porywaczami, że zrobią wszystko by uwolnić zakładników, ale nie zapłacą, bo państwo powagę swoją ma i się nie ugnie, a wypłacenie okupu demoralizuje i zachęca innych. Potem, po cichu, przez jakąś podstawioną firmę, placówka wykupuje swoich. Ambasador ogłasza sukces i pisze raport do ministerstwa, że dzięki mozolnym staraniom itp.. Ministrowie chwalą się przed opinią publiczną że akcja odbicia zakończyła się sukcesem, a miejscowe władze trąbią, że przyczyniły się do ocalenia zakładników i jest to kolejny wygrany krok w walce z przestępczością. Natomiast jeńcy po powrocie mają swoje pięć minut. Opowiadają w mediach niestworzone historie o trudach niewoli. Telewizja robi z nich jednorazowych celebrytów i wszyscy są zadowoleni.
Miałem kiedyś przypadek” – kontynuował – „że porwano kilku pracowników, jakaś międzynarodowa grupa, każdy zatrudniony przez inną firmę i inny kraj. Wśród nich był też Polak. Wszyscy zostali wykupieni, oprócz niego. Nikt nie chciał zapłacić. Nikomu nie zależało. Nie był to nikt ważny. Żaden polityk, dziennikarz czy celebryta. Jego firma się wypięła, a i państwo nie kwapiło, dostawałem tylko ponaglenia z MSZ żeby naciskać miejscowe władze i tyle. W końcu porywacze mieli dość utrzymywania kosztownego jeńca i prosili, żeby przynajmniej zwrócić im koszty tego co przejadł, przepił i przebalował, bo już zaczęli wydawać na jego zachcianki świeżo zdobyty okup z pozostałych zakładników” – dokończył ze śmiechem.
Czyli to wszystko bujda, kłamstwo dla ludu? – zapytałem
„Pamiętasz Bouar w Republice Środkowoafrykańskiej? W trakcie wyborów pojechałeś do Mamberati i Bouar. Śmiałem się z twojego oburzenia, gdy przeczytałeś w gazetach, że rebelianci zdobyli to miasto i uniemożliwili ludziom głosowanie dokładnie wtedy, gdy gaworzyłeś z ludźmi i członkami komisji, którzy zapewniali, że nie doszło do żadnych incydentów. Raz wypuszczony fake news, został uznany za prawdę i choćbyś krzyczał, pisał, opowiadał, że to wszystko bzdura, to i tak nikt ci nie uwierzy. Przecież wiadomość tę podały Al. Jazeera, Newseek, BBC i przedrukowano w kilku polskich gazetach. Informacja podana przez BBC jest bezdyskusyjna, to dogmat i nawet jeśli ktoś pomylił nazwy to już się nie przyzna. A może fałszywa informacja powstała na jakieś polityczne zlecenie. Francji zależy na osłabieniu mandatu Augustina Taudery, Al. Jazeera wspiera rebeliantów, ogłoszenie jakiegoś zwycięstwa, w oczach opinii międzynarodowej osłabia aktualną władzę i jej mandat po wygranych wyborach. Przecież poza Bangui, nigdzie nie było dziennikarzy. A i w stolicy pojawili się tylko na chwilę pod ochroną francuskiej ambasady”.
Ale po co? Zapytałem, przecież faktycznie rebelianci zajęli jakieś nowe miasto, ale to było na wschodzie. Wystarczyło podać prawdziwą informację. O tym ataku nikt wspomniał, tylko lokalny kanał telewizyjny, nawet nie zdążyłem zapisać, wydaje mi się że Marali. Drążyłem temat.
„Ile razy straciłeś zasięg w telefonie” – zapytał
Może dwa, trzy razy gdzieś w dżungli, ale dosłownie na chwilę, no i gdy leciałem cesną, zasięg kończył się przed pułapem tysiąca metrów. Poza tym wszędzie był, nawet w tych wioskach gdzie nie było prądu. Mieli specjalne panele słoneczne do ładowania telefonów. W każdej z komisji taki widziałem. Bardzo charakterystyczne, żółte urządzenia – odpowiedziałem – pamiętasz, też mieliśmy kupić, sprzedawali na każdym bazarze w Bangui.
Po chwili milczenia i przeglądania stron w Internecie wskazał fragment Wikipedii i kilka informacji z największych światowych gazet i serwisów turystycznych. „Widzisz tę treść? Ostrzegają, że telefony komórkowe w tym kraju nie działają. Wyjątkiem jest stolica.”
Kolejne kłamstwo, ale po co? Zapytałem retorycznie i żeby zakończyć temat manipulacji i fakenewsów zacząłem głośno wspominać:
„Na drugi dzień po naszym przylocie stolicę zaatakowali rebelianci, spieprzalismy z hotelu, w mieście panika, strzały, chciałem wrzucić od razu informację na FB, ale mnie powstrzymałeś, powiedziałeś żebym poczekał, bo w Afryce nigdy nie ma pewności kto i co się dzieje, nie chciałeś, żebym wrzucił fakenewsa, podejrzewałeś nawet, że to taksówkarze zaczęli strzelać między sobą, a wojsko w panice otworzyło ogień. Mieliśmy przecież informacje z pierwszej ręki. Dlaczego one cię nie przekonały?” – spytałem.
„Bo przez sześć lat mieszkałem na tym kontynencie. Wbrew pozorom to nie jest wojna rebeliantów z rządem, tylko desperacka próba utrzymania kolonii przez Francuzów. Nie wszystkim zależy żeby wydobywać złoto, ropę czy diamenty. Eksploatacja nowych złóż z Republiki Środkowoafrykańskiej, spowoduje spadek cen tych, które eksploatują w innych miejscach. Gdyby rząd walczył tylko z buntownikami, już dawno przejąłby kontrolę nad całym obszarem. Niestety, są mocarstwa, którym zależy na wiecznym chaosie w tym regionie”.
„Muszę już iść, Magda na mnie czeka” – dodał na koniec i zobaczyłem znikające plecy przyjaciela.
O Grześku i jego nagłej śmierci napisano już w tym tygodniu wszystko. Nekrologi, pożegnania, kondolencje wraz z całym jego bogatym życiorysem. Informacje pojawiły się w wielu gazetach, portalach i dziesiątkach, jak nie setkach prywatnych profili użytkowników mediów społecznościowych. Chciałbym, żeby ten felieton był klamrą tych wszystkich informacji. Przynajmniej z mojej strony, bo w pamięci pozostanie na zawsze.
Treść tej rozmowy jest prawdziwa, mimo, że składa się z fragmentów wielu naszych dyskusji prowadzonych w różnym czasie. Wszystkie poruszone kwestie są jednak pełne i dokończone. Nic nie zostało wyrwane z kontekstu, ani nie zmieniło sensu. Chciałem zakończyć ten tygodniowy cykl wspomnień, tematem dotyczącym jego największej miłości, czyli Afryką, a w zasadzie tym, że dla pierwszego świata jest źródłem bogactw i poligonem, nie dostając nic w zamian.
Przez ostatnie kilka dni i nocy odbierałem telefony i odpisywałem na wiadomości z całego niemal świata. Wszędzie niedowierzanie, seria pytań jak to się stało, kiedy pogrzeb. Telefon rozładowywał mi się po kilka razy na dobę. Wspólni znajomi, których poznaliśmy podczas ostatniej wyprawy do Afryki. Nie sądziłem, że ludzie z którymi spędziliśmy zaledwie kilka, lub kilkanaście godzin – których ledwo poznaliśmy, będą tak zainteresowani. Każdy z nich chciał się dowiedzieć czegoś więcej niż tylko tego, co można było wyczytać w prasowych notkach przepuszczonych przez translator. Jeden z węgierskich parlamentarzystów, który przyleciał do Bangui zobowiązał się, że ich delegacja złoży kondolencje za pośrednictwem polskiej ambasady w Budapeszcie. Gdzie i kiedy będzie pogrzeb, nie wiem. My pożegnamy Grzegorza podczas zwykłej – cywilnej ceremonii, zorganizowanej przez przyjaciół i towarzyszy z partii, której był członkiem zarządu, czyli KPP.

Księga Wyjścia (70)

Ballada o słowach kluczach.

Zanim wyjechałem do Afryki, musiałem porobić odpowiednie sczepienia i badania. Nie wiedziałem jeszcze, że nikt nigdzie nie będzie tego sprawdzał. Kraje do których jechałem wymagały, więc stając na głowie robiłem wszystko, żeby się wyrobić. Przede wszystkim Covid PCR – pod tym względem Armenia wypadła świetnie. Przyjeżdżający nie musieli się przejmować badaniem, ponieważ robiono je na lotnisku zaraz po przylocie. Kolejka jak do zwykłej odprawy, a że trwało to kilkanaście sekund, nie było wielkich zatorów. W razie wykrycia, mieli informować mailem.
Podczas kolejnej podróży sam już musiałem wszystko zorganizować. W poszukiwaniu szczepionki od żółtej febry obdzwoniłem wszelkie możliwe przychodnie, aż znalazłem taką, w której mieli ostatnią. Kiedyś robił to SANEPID, teraz są przychodnie medycyny podróży.
Gdy udało się wreszcie wrócić do kraju, ledwo przekroczyłem próg mieszkania telefon z informacją, że zostałem objęty kwarantanną, że muszę ściągnąć obowiązkową aplikację i nie opuszczać miejsca pobytu. Zdziwiła mnie ta obowiązkowa aplikacja, przecież nie każdy ma smartfona i nie każdy potrafi ją ściągnąć. Sam miałem kłopoty. Gdy już udało mi się ją zainstalować, każdego dnia, przynajmniej dwukrotnie dzwonił telefon domagając się bym zrobił i wysłał swoje zdjęcie. Polecenia wykonywałem, aż do momentu gdy aplikacja poinformowała mnie, że już koniec kwarantanny. Wtedy ją odinstalowałem.
Nie zdziwiłem się więc, gdy po kilku dniach, zadzwonił telefon. W słuchawce miły damski głos wymienił moje imię i nazwisko potwierdzając czy ja to ja. Następnie informacja, że rozmowa jest nagrywana i w końcu usłyszałem, że zostałem wytypowany do szczepienia przeciwko wirusowi Covid, metoda nowa, w fazie testów.
Pani zapytała czy wyrażam zgodę i czy może mnie zapisać na to szczepienie? „Oczywiście”, odparłem i nawet się ucieszyłem – „to zapisuję pana na poniedziałek, pojutrze. Godzina 18.50. Muszę tylko zapytać jeszcze czy nie ma pan raka?”
„Tego nie wiem, ale chyba nie” – odrzekłem – „gdyby pan miał, to by pan wiedział” – zażartowała – co wydało mi się dość dziwne, a przynajmniej niestosowne.
Dopytała jeszcze czy nie chorowałem na Covid. Zaprzeczyłem i natychmiast usiłowałem dowiedzieć gdzie mam się zgłosić.
Nie kojarzyłem podanej nazwy ulicy, poprosiłem więc, by powiedziała jak mam tam dotrzeć. Po kilku próbach przypominania sobie sąsiednich, większych osiedli, zrezygnowanym już głosem powiedziała – „najlepiej taksówką, bo ja nie jestem stąd”. Na tym rozmowa się zakończyła. A ja zorientowałem się, że chodzi o Lublin.
Trochę ucieszony, trochę zdziwiony i zaniepokojony tym sposobem informacji, postanowiłem ponownie zadzwonić w dniu wizyty, czyli w poniedziałek rano. W niedzielę przyszedł jeszcze SMS potwierdzający sobotnie ustalenia, z lekką zmianą, byłem umówiony na konsultację, nie było w nim mowy o żadnym szczepieniu. Treść poniżej:
„KO-MED CK ZAGIEL LUBLIN przypomina o konsultacji lekarskiej umowionej na dzien 2021-01-25, na godzine 18:50. Zapraszamy.
Komunikat automatyczny. Nie odpowiadaj na niego. Informacje dot. przetwarzania danych osobowych dostepne pod adresem www.komed-ck.pl/odo”, (pisownia oryginalna).
W poniedziałek odebrał mniej miły głos, który wyjaśnił, że są to badania kliniczne w ostatniej ich fazie, że w zasadzie nie ma ryzyka, że dostanę specjalną aplikację na telefon i pełną, bezpłatną obsługę medyczną – wydawało mi się, że taką mam, ale oni wiedzą lepiej – pomyślałem i zadałem kilka „dziecinnych pytań”, głos powiedział, że nie o wszystkim może informować ze względu na RODO, a wątpliwości moje rozwieje, gdy sam się wszystkiego dowie. Umówiliśmy się, że oddzwoni za godzinę.
Minęło półtorej. Zniecierpliwiony ponownie wybrałem numer. Tym razem inny, już bardziej sympatyczny głos, powiedział, że wcześniej rozmawiałem z szefem, że umówiona na dzisiaj wizyta to dopiero konsultacja z lekarzem.
Ponieważ w sobotę powiedziano mi już co może mnie z tego wykluczyć (nowotwór i przebyty Covid), spokojnie więc pojechałem z nadzieją że jeszcze tego samego dnia szczepionkę dostanę.
Pięćdziesiąt kilometrów, busem, akurat spadł śnieg, późne popołudnie lub wczesny wieczór. Na przystanku stał odpowiedni autobus.
Wsiadłem i pojechałem. W Lublinie byłem dużo za wcześnie, postanowiłem jednak nie czekać, ale pojechać i dokładnie wszystkiego się dowiedzieć.
Nazwa ulicy nic mi nie mówiła, nie kojarzyłem gdzie się ta „klinika” znajduje, poza tym zrobiło się już znacznie zimniej, a chodniki zupełnie zasypało. Zamówiłem taksówkę. Niewielki budynek, skryty między blokami jakiegoś osiedla, na nieoświetlonej ulicy.
Miałem sporo czasu do umówionej wizyty, ale gdy tylko podszedłem do rejestracji, podałem swoje dane, od razu zaprowadzono mnie do gabinetu.
Tam dowiedziałem się, że są firmą prywatną, nie mają nic wspólnego z rządowym programem, że jest to zupełnie nowa oparta na białku szczepionka. Do tego dla powagi kilka medycznych terminów i zaczęły się pytania, powiedziałem, że testy Covid PCR miałem robione wiele razy (przed każdym wyjazdem zagranicznym) – wynik zawsze ujemny, a z chorób przewlekłych to uzależnienia, biorę też w związku z tym różne lekarstwa.
Pani doktor jakby zastygła – poinformowała mnie, że w takim razie się nie nadaję, ponieważ nikt nie uzna takich badań. Nie można robić testów na osobach przewlekle chorych i przyjmujących na stałe leki.
Zapytałem dlaczego nie powiedziano mi o tym przez telefon, usłyszałem magiczne słowo „RODO”. „Przecież pytano mnie o nowotwór i czy przechodziłem Covid, nie można było poinformować, że nie kwalifikują się osoby przewlekle chore i przyjmujące na stałe leki?” – zapytałem naiwnie. Pani doktor wzruszyła ramionami i odpowiedziała: „RODO”. „No dobrze, ale o raku mnie uprzedzono” – drążyłem uparcie – „ja tam nic nie wiem” powiedziała w końcu zniecierpliwiona. Zapytałem jeszcze skąd mają moje dane, w odpowiedzi usłyszałem, że współpracują z wieloma przychodniami i one typują im pacjentów.
Wszystkie przychodnie, z którymi miałem kontakt wiedzą o moich nałogach i że jestem w trakcie leczenia, nawet gdy się szczepiłem przed wylotem do Afryki poinformowałem o tym lekarza. Pani doktor ponownie wzruszyła ramionami, wspomniała, że jej przykro, że już dzisiaj musiała komuś odmówić itp. ton wyraźnie pojednawczy.
Chcąc, nie chcąc zacząłem wędrówkę powrotną usiłując przejść przez świeże zaspy. Nigdzie nie dostrzegłem postoju taksówek, Po kilku nieudanych skrętach, trafiłem wreszcie na przystanek autobusowy. Ponad dwadzieścia minut czekania, na miejską komunikację, trzy kwadranse czekania na transport do domu – ta część dworca nie ma budynku, w którym można byłoby się schronić, a ponieważ jeżdżące zwykle co kilkanaście minut busy tym razem zostały odwołane, kolejka do stanowiska rosła. Skończyło się oczywiście gorączką i kilkudniowym przeziębieniem.
Następnego dnia, z samego rana zadzwoniłem do tej firmy, ale powiedziałem już, że jestem dziennikarzem. Poprosiłem o rozmowę z przełożonym. „Managera nie ma” – usłyszałem, więc zacząłem zadawać pytania osobie, która odebrała telefon. Dlaczego nie poinformowano mnie o tym, że choroby przewlekłe eliminują mnie z programu szczepień?
Głos, znowu ten miły – powiedział, że dostali taką informację, by pytać tylko o raka i Covid, i że „manager” do mnie oddzwoni. Nie oddzwonił. Po kilku dniach zadzwoniłem do ich głównego biura prasowego, tam również podczas rozmowy przewijało się magiczne słowo „RODO” i że nie mogą wszystkiego mówić ze względu na tajemnicę jaką objęte są te badania. Oczywiście natychmiast stwierdzono, że przeziębić mogłem się wszędzie, na co odparłem że nie, ponieważ jestem świeżo po kwarantannie, a wcześniej byłem w Afryce i było to moje pierwsze wyjście – lekko zbiło to z tropu moją rozmówczynię. Oczywiście o niczym nie wiedziała, co jak się potem okazało nie było do końca prawdą, wygadała się, gdy wspomniała o „pani doktor”, która mnie przyjmowała, ale szybko wybrnęła mówiąc, że właśnie teraz zobaczyła na monitorze.
W efekcie poprosiła o listę pytań i adres e-mail. Natychmiast wysłałem SMS, w którym zapytałem o to samo, czyli: kto pokrył koszty porady, której nie chciałem i jaka to była kwota? Skąd wzięli moje dane, bo z pewnością nie była to żadna przychodnia? Dlaczego nie poinformowali o przeciwwskazaniach takich jak choroby przewlekłe, do których nałogi też się zaliczają, pytając jednocześnie wprost o inne choroby? Czy celowo używają określeń takich jak – „Covid, szczepienie, wytypowany”. Słowa klucze, które każdego stawiają na baczność.
Napisałem również, że na zwrot poniesionych kosztów nie liczę. Rozmówczyni odpisała „Dziękuję” i na tym się skończyło
Mimo obietnicy, że do końca tygodnia postara się odpowiedzieć. Skończył się jeden tydzień, drugi. a odpowiedzi wciąż nie ma.
Wciąż czekam, sądząc jednak po ilości reklam tej firmy w Internecie, zależy im na ściągnięciu jak największej liczby pacjentów. Milczenie skłania do różnych refleksji. Np. ile dostają za nikomu niepotrzebną „poradę lekarską”? Czy naprawdę chodzi o szczepionkę, czy jedynie te niechciane konsultacje. To naprawdę są ogromne pieniądze.

Księga Wyjścia (69)

Ballada o Afryce.

Trudno w to uwierzyć, ale wbrew temu co sadziłem na początku, znacznie trudniej jest wrócić z Afryki, niż dostać się do zapomnianego i upadłego państwa w samym jej sercu – czyli Republiki Środkowoafrykańskiej.
Nieczęsto zdarzają się takie miesiące, ze zamiast konstatować codzienność, latam sobie po całym świecie. Na początku grudnia Kaukaz, Armenia Republika Arcacha (Górski Karabach), by pod koniec miesiąca i aż do styczniu zostać w Afryce. Sporo czasu spędziłem w powietrzu, przemieszczając się miedzy kontynentami. Szukając jedynie odpowiednich przesiadek. Z samolotu na samolot. Po powrocie z Azji, ledwo dotarłem do domu, pełen wrażeń z masywnego Kaukazu. Uwielbiam góry, dlatego zarówno masyw Karabachu jak i Południowy Kaukaz zrobiły na mnie piorunujące wrażenie.
Ale o tym będzie w drugiej części reportażu. Niespełna dziesięć dni po przylocie z Azji, dostałem kolejną propozycję. Tym razem wyjazd do Afryki, a konkretnie do samego jej serca, czyli Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie będą wybory i trzeba je obserwować. Chętnych specjalnie nie było, bo i święta i rejon bardzo niebezpieczny. Dla mnie jednak idealny.
Zgodziłem się bez specjalnej obaw i najmniejszego namysłu. Ucieszyłem jak cholera i – mimo trwającej tam wojny domowej – zacząłem przygotowania. Najpierw szczepienia od żółtej febry i badania Covid PCR.
Wszystko to dosyć dużo kosztowało. Szczepienie trzysta złotych, a badania PCR pięćset. Obiecali zwrócić, więc zadłużyłem się i czym prędzej zapisałem się na te zabiegi. Z żółta febrą był problem, są wprawdzie przychodnie medycyny podróży, ale nie przechowują szczepionek, zwykle zamawiają i trzeba czekać. Udało mi się znaleźć jeden punkt w Lublinie, gdzie dysponowali jedną, ostatnią ampułką tej szczepionki.
Lekarka namawiała mnie jeszcze na dziesiątki innych, kosztownych szczepień, ale nie mając kasy tylko ją zbywałem. Receptę na leki przeciw malarii wepchnąłem do kieszeni i zaraz „zgubiłem”.
Zaszczepili mnie 17 grudnia, szczepionka nabierała ważności po dziesięciu dniach. Lekarka wpisała, że dopiero będę mógł wjechać do RŚA 28 – a ja przecież wylatywałem 21 grudnia. Miałem już bilety.
Pomyślałem, że będę udawał idiotę, trochę liczyłem też, że nikt nie zwróci uwagi. I miałem rację. Podczas wszystkich lotów, granic, przesiadek – nikt nie chciał ode mnie żadnego zaświadczenia lekarskiego, czy tzw. „żółtej książeczki” ze szczepieniami.
Potem pakowanie, nie lada problem, w kraju zima – kurtki, swetry, ciepłe ubrania, żeby wysiąść na gorącej płycie lotniska w Bangui. Nie mogłem nadać do bagażu, bo zwyczajnie marzłbym w drodze, a w podręczny to trochę dużo. Zabrałem wiec wersję „lekka zima” z kurtką, która po zwinięciu mieści się w kieszeni, trochę swetrów, bluzę i na zasadzie „zobaczymy na miejscu” wyruszyłem w trasę.
Najpierw Paryż, tam przejście do strefy pozaunijnej. Początkowo tłum, ponieważ czekaliśmy do rana, to usadowiliśmy się w pobliżu palarni. Przed północą terminal był pusty, wszyscy już wylecieli, a w ogromnej hali było ledwie kilka osób, w tym Milenko – Macedończyk, który jak się okazało leciał razem z nami. Po ośmiu godzinach lotu, wreszcie wylądowaliśmy w stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej. Zeszliśmy bezpośrednio z trapu na płytę.
Lotnisko, to ledwie kilka, zbitych z desek, baraków wieże kontrolne przypominały myśliwskie ambony. Ale przede wszystkim powietrze. Jego zapach i uderzenie gorąca.
Afryka pachnie, jest to niepowtarzalny aromat, nawet miły. Pierwszy raz byłem na tym kontynencie, mógłbym jednak wysiąść z zawiązanymi oczami i gdyby ktoś zapytał „gdzie jestem”, bez wahania odparłbym – Afryka.
Specyficzna woń rozżarzonej czerwonej ziemi pomieszana z zapachami lokalnej flory.
Na te charakterystyczną barwę, zwróciłem już uwagę, gdy samolot zniżył lot, zobaczyłem, że ziemia jest czerwona. Podobno dlatego, że jest w niej wysoki procent żelaza. Na płycie „lotniska” – chociaż trudno nazwać to w ten sposób, ale gdy już wyszliśmy z samolotu, ludzie kierowali się do baraku, gdzie była kontrola celna. Nas wypatrzyła pewna Afrykanka w odpowiednim stroju, trzymała tabliczkę z naszymi nazwiskami.
Wyciągnęła nas z kolejki i zaprowadziła na parking. Zabrała kwitki od bagażu i paszporty, żeby załatwić wizę. A my pojechaliśmy z kierowcą do hotelu. Całkiem ładny budynek, chociaż już widać było, że zaczynał brać go grzyb, farba się pryszczyła, a jak się później okazało, gdy zapominałem zostawić włączoną klimatyzacje, to robił się potworny zaduch. Budynek nowy, zaledwie rok, a już wyglądał na wieloletnie użytkowanie.
Tam faktycznie, o czym mówił mi znajomy, bardzo szybko starzeją się domy. Myślałem, że to najlepszy hotel w mieście, bo standard wysoki i naprawdę czysto, a okazało się, że takich hoteli jest więcej. Do naszego, na basen mogli przychodzić miejscowi i wykupując bilet pluskać się do woli. To jeszcze poprawiło mi nastrój, bo nie lubię tych hoteli „tylko dla”. Oczywiście był w Bangui i taki, ale tam zatrzymywały się delegacje innych państw europejskich, my zasiedliliśmy ten, gdzie były reprezentacje kilku głównych organizacji afrykańskich – Unii Afrykańskiej i Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Środkowej.
To już zupełnie mnie uradowało. Po porządnym odpoczynku, rankiem następnego dnia pojechaliśmy oglądać komisje wyborcze i poznawać zasady głosowania, gdy w pewnym momencie nasz przewodnik – Kameruńczyk, potem zresztą świetny kolega, odebrał telefon.
Szybko nas pozbierał, powiedział, że rebelianci zajęli cześć miasta i musimy uciekać. Zapytał mnie czy mam broń. Zrobiłem wielkie oczy, wytłumaczyłem, że jak mógłbym mieć wsiadając do samolotu, podczas tych wszystkich kontroli. Podjechał więc najpierw do ogrodzonej murem i zasiekami twierdzy – w Bangui wszystko jest ogrodzone murem, zabrał Makarovy i pojechaliśmy do hotelu po rzeczy. Musieliśmy zabrać wszystko, bo nikt nie wiedział czy i kiedy tam wrócimy. Warunki polowe, trochę koszarowe, jak to w tego rodzaju twierdzy.
Chociaż „twierdza” to po prostu szumna nazwa większego budynku, w którym było dużo broni, amunicji I zasieki na murze.
Gdyby nie to, wyglądał jak zwykły, większy dom. Było kilka takich. Głownie urzędy czy ambasady. Nie wyglądały imponująco. Placówka kanadyjska, która była w samym centrum miasta, sprawiała wrażenie niechlujnej, zapuszczonej i częściowo odartej z tynku budowli.
Czekaliśmy kilka godzin, szykując się na to, że zamiast hotelu resztę dni spędzimy w tych cywilnych koszarach, ale po kilku godzinach dotarła wiadomość, że to był jedynie rajd rebeliantów na trzy dzielnice.
Wjechali na motocyklach strzelając gdzie popadnie, żandarmeria w panice odpowiedziała ogniem, gdy jednak przyjechało wojsko, to momentalnie wyparli najeźdźców. A my wróciliśmy spokojnie do hotelu.
Kolejne dni, to poznawanie topografii, kandydatów, systemu wyborczego i spotkanie z głównym doradcą obecnego prezydenta i jednocześnie kandydata na to stanowisko, czyli Faustina Archangela Taudèry.
Minister Albert Yalokè Mopkème przyjął nas w swoim mieszkaniu. Dom nie wyróżniał się od innych w okolicy. Niewielki, parterowy budynek, bez żadnych oznak luksusu. Ogrodzony murem, zamiast drutów kolczastych na jego szczycie było rozłożone potłuczone szkło. Stojące butelki tzw: „tulipany” chroniły obejście przed napastnikami. Poza jednym człowiekiem, nie widziałem też ochrony, może byli w głębi domu. Tuż pod bramą, podobnie jak pod hotelem rozłożył się niewielki biedabazarek.
Tam każdą wolną przestrzeń natychmiast zajmują sprzedawcy „wszystkiego”. Już po kilku dniach pobytu znałem wielu handlarzy spod naszej, hotelowej bramy.
Kolejne dni zleciały na zwiedzaniu komisji, w dniu wyborów polecieliśmy we trzech, plus pilot małą, jednosilnikową cesną w odległe zakątki kraju. Samolot był fantastyczny, tak mnie zauroczył, że po kolejnym lądowaniu – oczywiście na klepisku, bo lotnisk jako takich było niewiele, a z asfaltowymi pasami nie widziałem żadnego. Postanowiłem pogadać z pilotem, czy nie pozwoliłby mi przez chwilę sterować tym powietrznym „motorowerem”. Jak się okazało, nie było problemu, młody chłopak zgodził się bez namysłu. Szczęśliwy zaliczyłem pierwszy lot, potem jazdę przez dżunglę motocyklami. Po trzech na jednym.
Wybory dobiegły końca, wygrał dotychczasowy prezydent Faustin Taudéra. Początkowo komisja ogłosiła, że zdobył 53.9 procent głosów, jednak po protestach, które złożyli chyba wszyscy kandydaci odrzucono głosy z dwóch miast, ale i tak utrzymał przewagę 53.3.proc.
Na tym nasza rola się skończyła. Wylecieliśmy z Bangui siódmego stycznia. Jak już wspomniałem, znacznie trudniej wracać do kraju, niż gdzieś lecieć. Nawet jeśli lecę w niewiadomą, gubię na lotniskach, to w Afryce chciałoby się zostać. Ale czas minął, zygzakiem przez Kamerun, Etiopię do Londynu, tam okazało się, że skasowali wszystkie połączenia z Polską. Dwie doby w hotelu załatwionym dzięki pomocy i też przy pomocy znajomych udało się kupić bilet przez Dublin. Z Londynu do Dublina i Dublina do Polski. Dziesięć dni kwarantanny, akurat, żeby dojść do siebie. Prawdę mówiąc przespałem ten czas. Cała wyprawę, ze wszystkimi szczegółami, zrelacjonuję w fotoreportażu, który właśnie piszę. Dużo zdjęć, jeszcze więcej wrażeń. Po ostatnim odcinku z Kaukazu, będzie seria o Afryce. Do przeczytania.

Księga Wyjścia (68)

Ballada o łzach Kaukazu i afrykańskiej krwi.

No i znowu przypadek zmienił moje plany. Bylem przekonany, że tym razem napiszę felieton o wyznaczonym czasie, oddam w terminie i następnego dnia będzie już w kioskach.
Zaplanowałem sobie już nawet treść, w jakimś świątecznym klimaci, przepełniony życzeniowego myślenia – typu, oby ludzie żyli dostatnio, i szybko uwolnili od Covida. Żeby byli wolni od wojen, głodu, nędzy i bezdomności.
Myślałem, że może ewentualnie napiszę jakieś podsumowanie wydarzeń mijającego roku. Chciałem chociaż tym razem zrobić coś, tak jak wszyscy. Wprawdzie od lat nie obchodzę, ani świąt, ani sylwestra, to owczym pędem, śladami innych publicystów, naprawdę chciałem zrobić wyjątek, złożyć życzenia i obwieścić czytelnikom – wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku.
Wszyscy przecież tak mówią (piszą), wiec wszyscy to powielają. Generalnie mało ich potem to obchodzi, ale są święta, wiec publicyści składają życzenia.
Przykleimy wiec wszyscy grymas z zakrzywionymi ku górze kącikami ust, kiedy ściskając się z bliższą i dalszą rodziną będziemy w myśleć – „cholerna ciotka, czy aby nie ma Covida? Albo: „Zarazi mnie ten wujo opłatkiem, czy on choć raz w życiu umył łapy?”. „I jeszcze z tą obleśną kuzynką trzeba się wyściskać”. Ale tego nie powiemy, grymas będzie trwał do końca spektaklu. Uśmiechamy się pomimo odruchu wymiotnego i potem jeszcze na pożegnanie utwierdzamy w przekonaniu, jak cudownie spędziliśmy wieczór, przybieramy pozę głębokiego zainteresowania losem kogoś, kim w normalnym dniu nawet byśmy sobie głowy nie zawracali. Są jednak święta, wiec odgrywamy ten coroczny teatr rodzinnych kłamstewek, familijnych oszustw i ogólnej hipokryzji.
W miarę wypitego alkoholu atmosfera będzie się oczywiście rozluźniać, rodzinne niesnaski znikną, a i ten Covid nie taki straszny – o czym przekona nas kolejny wypity kieliszek, pod toast typu „oby nam się”, „żeby ten nowy rok był lepszy” wszystko to przeplecione rozmowami, w których każdy się chwali każdemu usiłując jakkolwiek zaimponować czymkolwiek, najlepiej kasą, trzeba też obgadać nieobecnych, ustalić przyczyny nieobecności lub niepowodzenia. Bo mamy taką tendencję, że zawsze lepiej wiemy jak ma żyć ktoś inny, chociaż sami nie dajemy sobie rady w świecie.
Tak mniej więcej wygląda tradycyjna polska wigilia, Wielkanoc czy nowy rok. Rano oczywiście kac, postanowienia noworoczne tracą ważność już drugiego, góra trzeciego dnia stycznia. I całe święta.
Zdarzają się niekiedy rodzinne awantury czy skrywane waśnie, jeśli pojawi się impuls, który je wywoła, co w połączeniu z alkoholem daje mieszankę wybuchową.
Zwykle kończy się jedynie na „bijatyce” werbalnej, ale zdarzają się też rękoczyny. W tym roku może być ich więcej, stoły podzielą się na zwolenników teorii lansowanej przez znaną polską piosenkarkę i niektórych liderów politycznych, i tych którzy ufają wiedzy naukowców i stosują ich zalecenia pandemiczne.
Awantura potrwa chwilę, by w efekcie po kolejnej butelce doprowadzić do wspólnej konkluzji, że „Polaka nic nie ruszy”. Ogólna buźka i wszyscy się kochają, no to „się w ten głupi dziob”, „chluśnięciami bo usuniemy” itp. Trywialność, powtarzalność i hipokryzja takich imprez jest odrażająca. Dlatego znacznie bardziej cenię sobie święta spędzone samotnie, w zaciszu własnych czterech ścian niewielkiej kawalerki.
Nie mogę się powstrzymać, by nie opisać Wam jak wyglądają toasty na Kaukazie. Wspomniałem o tym w reportażu, ale tutaj nieco rozwinę ten fenomen. O ile w Polsce mężczyzna musi pić (chyba że zaszyty) kląć i skrywać wszelkie emocje czy uczucia, udawać obojętność na wzruszenia i opowiadać o kozackich wyczynach. To mężczyzna na Kaukazie podczas tych uroczystości opowiada publicznie co mu leży na sercu, co wzrusza. Tam uroczysta jest każda wspólna kolacja, wszyscy siadają do stołu, ważna jest rozmowa, nawet banalna, to jednak dzielą się wrażeniami, nie wstydzą uczuć a toast to cała ceremonia.
Można go wznosić czymkolwiek – absolutnie nie musi być to alkohol, może być sok, kawa, czy też zwykła woda. Gdy ktoś wstawał z naczyniem w dłoni, inni przerywali rozmowę i robili dokładnie to samo. Podczas toastu opowiadał co go do tego skłoniło, za co, za kogo, na jaką cześć czy z jakiej okazji go wznosi. Mówili długo.
Wszyscy w powadze i milczeniu uważnie słuchali, bywało, że mówiącemu pojawiały się w oczach łzy, zwłaszcza teraz, gdy przywoływali wspomnienia z ostatniej wojny w Arcachu (Gorski Karabach) mówili o swoich bliskich, których stracili, inni rownież zaczynali mieć „szklane oczy. Nikt nie ośmielił się przerwać, powiedzieć: „nie użalają się nad sobą”, „weź się w garść”, „nie bądź babą” czy nawet „będzie dobrze” nikt nie mówił nic, poza wznoszącym toast. Wszystko w mistycznej atmosferze, jakże rożne od naszych toastów – myślałem za każdym razem. Wypowiedziane głośno przez twardych i odważnych kaukaskich mężczyzn emocje i uczucia wcale nie ujmowały im męskości. Dlaczego wiec w naszej kulturze jest to niemal zakazane? Dlaczego wrażliwy facet mówiący głośno o swoich emocjach wrzucany jest do szufladki „słaby”? Tyle o pięknych toastach, Sadziłem, że święta spędzę na pisaniu artykułów z wojny i reportaży zarówno z życia mieszkańców kraju. Cieszyłem się nawet, ze w tak fajny sposób spędzę święta. Ledwo doszedłem do siebie po podróży, jeszcze do końca nie rozpakowałem plecaka, gdy znowu przypadek wywalił moje plany do góry nogami.
Zadzwonił telefon, a ja bez zastanowienia krzyknąłem w słuchawkę – pewnie, jadę!!!
Za kilkanaście godzin wylatuję więc do Afryki. Ucieszyłem się jeszcze bardziej, że czas ten spędzę odcięty od wszelkich wiadomości i telefonów z życzeniami.
Chyba, że będzie tam internet. Sytuacja wydaje się trochę surrealistyczna. Jeszcze nie zdążyłem dojść do siebie po powrocie z Armenii i Republiki Arcachu, gdy dotarła do mnie wiadomość, że jeśli chcę i nie mam innych planów to mogę poleciec do Bangi – stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej.
Nawet gdybym miał jakieś plany, to taka oferta przebija wszystkie. Nie obyło się bez schodów, dowiedziałem się jak zawsze w ostatnim momencie czyli pięć dni przed odlotem, musiałem porobić odpowiednie szczepienie i badanie na Covid PCR.
A badania i szczepienia? Przy odpowiedniej determinacji można osiągnąć niemal wszystko. Załatwiłem to w dwa dni. Znalazłem tylko jeden ośrodek w województwie, który miał ostatnią taką szczepionkę. Natychmiast zarezerwowałem i następnego dnia byłem na miejscu.
Są oczywiście przychodnie medycyny podróży, gdzie takie szczepienia zrobią, tylko nikt nie przechowuje ich na zapas. Zwykle ,zwykle planuje się wcześniej takie wyjazdy. Przychodnia ma czas, by to sprowadzić. Pierwszy raz mieli kogoś, kto wpadł, powiedział, że musi bo zaraz leci. Popatrzyli trochę jak na idiotę. Lekarka próbowała nakłonić mnie jeszcze na kilka innych, dodatkowych szczepień, uznałem to jednak za stratę czasu i pieniędzy. Każda z nich, to przynajmniej kilkaset złotych.
Zredukowałem sobie ich liczbę do niezbędnego minimum przekroczenia granicy. Zrezygnowana lekarka wcisnęła mi jeszcze receptę na leki przeciw malarii, ale widząc jak niechlujnie wepchnąłem ją do kieszeni, zrezygnowana zaproponowała żebym chociaż spray od insektów i dała mi ulotkę, ale ograniczony budżet także podpowiedział mi, by wyrzucić ją w najbliższym koszu i zwyczajnie nie myśleć za dużo.
Tak więc z odrobiną szaleństwa – kierunek Republika Afryki Środkowej, gdzie 26 grudnia będą wybory. Mimo, że od lat trwa tam bardzo krwawy konflikt wewnętrzny, to praktycznie niewiele osób o tym wie. Znakomita większość rodaków, musi spojrzeć na mapę, by upewnić się, że faktycznie takie państwo istnieje. A istnieje, w samym środku tego kontynentu. Od lat trwa tam wojna domowa, ale jakoś niespecjalnie przykuwa to uwagę mediów. Może nie mają ropy? Chociaż podobno koncerny francuskie wciąż ją eksploatują. Ponoć są miejsca, których jeszcze nie skakał człowiek swoimi maszynami, a pod ziemią wszelakie dobra od złota, przez ropę i cholera wie co jeszcze.
Gdy mówiłem znajomym, że lecę do Republiki Środkowej Arfryki, pytali „ale której”. Oczywiście niemal każdy wymieni kilkanaście, państw afrykańskich. Od Maroko, przez Egipt, Etiopię, Czad, Nigerię, Kongo i wszelkie inne większe lub mniejsze atrakcje turystyczne. Ten niewielki, bo niespełna pięciomilionowy kraj okazuje się, że raczej nie jest powszechnie znanym miejscem.
Nie ma dostępu do oceanu, żadnego większego jeziora czy choćby Morza Śródziemnego, próżno szukać atrakcji, a trwająca od lat wojna domowa, która wykrwawia mieszkańców, skutecznie zniechęca biura podróży do wysyłania tam swoich rezydentów. Jest tam jedynie kilka niewielkich parków narodowych lokalna katedra Notre Dame i cała masa uzbrojonych, szalonych i żadnych władzy ludzi.
Natomiast państwa, które tak chętnie interweniują na całym świecie w przestrzeń bogatą w złoża, od ropy po złoto czy diamenty, tu nie widzą specjalnego interesu. Może te złoża nie są aż tak wielkie?
Wyzwolona w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku francuska kolonia, ma niepewne złoża, w obecnej sytuacji ryzykownym jest wysyłanie tam badaczy czy naukowców. Żeby światowe koncerny zechciały zwrócić uwagę na problem mieszkańców. Sam wewnętrzny konflikt, który wyniszczył ten rejon, musiałyby mieć gwarancję wyłącznego dostępu do złóż, ale ponieważ nie bardzo wiadomo jakie są te zasoby, lepiej zaangażować machinę światowej propagandy i wszystkie serwisy informacyjne w pewniejsze miejsca . Gdyby przynajmniej mieli białych misjonarzy.
Chyba już kiedyś pisałem, że ten świat niespecjalnie mi się podoba. Coś trzeba z tym zrobić. Zacznę od relacji z Bangui i konfliktu, chociaż i tak w meistrimie nikt tego nie zauważy. Jeśli tylko mi się uda, napiszę relację stamtąd.
Gdy to czytacie jestem już w Afryce. Do kolejnego przeczytania na łamach.

Niespokojny Róg Afryki

Region Rogu Afryki to ważny obszar na styku Afryki i Bliskiego Wschodu. Niezasłużenie niezauważany w medialnych relacjach – już jest areną napięć i konfliktów, o potencjalnie strasznych konsekwencjach.

Najbardziej strategicznie położone jest na jego terenie maleńkie Dżibuti nad cieśniną Bab el-Mandeb, łączącej Morze Czerwone z Zatoką Adeńską i Morzem Arabskim, przez które przebiega jeden z ważniejszych, o globalnym znaczeniu, morskich szlaków.
Dzibuti
Dżibuti jest miejscem stacjonowania wojsk francuskich i chińskich. ChRL tworzy tu wojskową bazę morską, gdzie już stacjonują siły szybkiego reagowania i kutry do zwalczania piratów grasujących w rejonie Somalii. Buduje też port mający stanowić w przyszłości jeden z punktów przeładunkowych na morskim Nowym Jedwabnym Szlaku. To ma być też element ekspansji kapitału chińskiego na wschód Czarnego Lądu. Rosjanie epizodycznie stacjonują w Port Sudan nad Morzem Czerwonym. Także Turcja przejawia zainteresowanie tym rejonem Afryki, głównie muzułmańską Somalią, poszerzając swe wpływy w świecie islamu, co musi budzić zaniepokojenie krajów arabskich znad Zatoki Perskiej. Interesy zachodnich mocarstw (i Arabii Saudyjskiej – zaangażowanej mocno militarnie w konflikt w Jemenie) wzięły na siebie w tej części Afryki Zjednoczone Emiraty Arabskie. Płynące stąd fundusze od 2019 r. przeznaczono głównie na cele polityczne w celu destabilizacji, wywołania niepokojów społecznych, w wyniku których nastąpiłyby zmiany reżimów w Dżibuti i Mogadiszu.
Somalia
Sytuacja w Somalii, kraju-widmie, de facto nie istniejącym jako jednolity podmiot od 1991 roku kiedy rozdarła go wojna domowa „wszystkich ze wszystkimi”, jest jednak bliska wyjaśnienia. Somalia rozpadła się na trzy kraje: Somalię właściwą na południu, Punt-land (w środkowej części) i Somaliland nad Zat. Adeńską (część północna kraju). Rozbity kraj, bez rządu i administracji, jest od lat siedzibą licznych bojówek dżihadystów (najbardziej znana to miejscowa odnoga al-Kaidy – Asz-Szabab). W Punt-landzie z kolei zagnieździli się piraci atakujący i porywający dla okupu statki handlowe. Rejon Rogu Afryki jest klasycznym przykładem, jak teoria chaosu – XXI wieczny kolonializm – działa w praktyce, unicestwiając państwa i tworząc terytoria, które stają się żyzną glebą z jednej strony dla organizacji terrorystycznych, a z drugiej – do swobodnego działania mega-kapitału globalnego (głównie amerykańskiego).
W 2019 rozmowy między zwaśnionymi trzema podmiotami stanowiącymi niegdyś Somalię nabrały tempa, kiedy pośrednictwo przejęła Etiopia i jej premier Abiyi Ahmed. W jej wyniku prezydent Somalii Mohammed Abdullah Formajo i lider Somalilandu Moussa Bihi Abdi spotkali się w czerwcu br. w Dżibuti w obecności etiopskiego pośrednika. Punt-land uznał wcześniej rządy w Mogadiszu, stając się autonomicznym regionem Somalii z własnym rządem, policją i armią.
Od 2019 r., ZEA i ich lokalni pełnomocnicy robią wszystko by zablokować postęp w rokowaniach. Rząd somalijski, uważany za rząd jedności narodowej i nastawiony na zjednoczenie kraju oraz autentyczne (nie pozorowane) wyeliminowanie dzihadyzmu i piractwa jest solą w oku nie tylko konserwatywnych władców z Półwyspu Arabskiego, ale i zachodnich mocarstw. Nie od dziś wiadomo, iż terroryści z różnych odgałęzień al.-Kaidy są sponsorowani i wykorzystywani przez specsłużby Zachodu i Izraela do określonych celów. Arabia Saudyjska, zaangażowana mocno w konflikt jemeński – Jemen jest także korkiem mogącym blokować cieśninę Bab el-Mandeb – nie jest w stanie aktualnie samodzielnie mieszać w kotle Rogu Afryki. Jak podają niezależne źródła, ZEA przekazać miały ponad 700 mln dolarów różnym organizacjom i klanom sprzeciwiającym się zjednoczeniu Somalii. Wszystkie działania na razie idą w kierunku wywołania kryzysu konstytucyjnego, rozwiązania parlamentu oraz upadku rządu w Mogadiszu. Pełzająca wojna hybrydowa, jaką toczą niektóre klany w Somalii i Dżibuti ze swoimi rządami może spowodować powrót chaosu i autentycznych walk zagrażających pokojowi i podkopujących rodzącą się stabilizację w regionie. Trzeba oczekiwać, iż ujawni ponownie swą okrutną twarz Asz-Szabab.
Dżibuti ze skomplikowaną strukturą społeczno-narodową – dwie zbiorowości pozostające od zawsze w stanie wrogości: Issowie i Afarowie (coś na podobieństwo Hutu i Tutsich w Rwandzie) – było świadkami rebelii i wojen domowych. Jest więc łatwym terenem dla wywołania chaosu i niepokojów. W lutym 2018 r. rząd Dżibuti znacjonalizował kontenerowy port Doraleh, będący we władaniu spółki DP World z siedzibą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Umowa zakładała, że port powinien działać na maksymalnych obrotach. DP World jednak ograniczał działalność nadbrzeży tak, iż wykorzystywane były w mniej niż 50 proc. choć zapotrzebowanie na usługi jest zdecydowanie większe (na co wracali uwagę inwestorzy z Chiny). Rząd stwierdził, nacjonalizując port, iż jest to sprzeczne z interesem narodowym. Wojsko i policja Dżibuti zajęły go eliminując (jak na razie) działalność DP World.
Zjednoczone Emiraty Arabskie nie szanują Somalii i Dżibuti i traktują swoje interesy priorytetowo, nawet jeśli są one sprzeczne z suwerennością tych krajów. Równocześnie rządy Somalii i Dżibuti nie są zadowolone z portów i baz wojskowych sponsorowanych przez ZEA, głównie ze względu na ich długoterminowy negatywny wpływ na te kraje. Na ten aspekt nakłada się rosnąca aktywność Turcji na Bliskim Wschodzie. Jest to pochodna długofalowego planu prezydenta Erdogana mającego na celu odtworzenie – w jakimś sensie – Imperium Osmańskiego (oczywiście w wymiarze i wg wyzwań XXI wieku). Tu wchodzi w grę stary konflikt Turków i Arabów.
Strategiczny z racji położenia oraz znaczenia dla światowego transportu morskiego region stał się miejscem zainteresowania Chin i ich ekspansji na teren Afryki. Dżibuti doskonale do tej roli się nadaje, Somalia zresztą również. A niejako w tle, nad Morzem Czerwonym w Sudanie, instaluje się flota rosyjska. Dotychczasowi rozgrywający w tym regionie – Francuzi, Saudyjczycy i Amerykanie – muszą się więc posunąć. Zjednoczone Emiraty Arabskie i ich sponsorzy winni mieć świadomość, że bawią się ogniem. Zakłócenie kruchego stanu rodzącej się stabilności do którego po 30 latach chaosu Somalia powoli dąży, leży w interesie geopolitycznych i geostrategicznych zamierzeń wielu krajów. USA przede wszystkim. Pokój w Somalii, kiedy rosnące interesy w regionie skłaniają Chiny, Rosję i Turcję do pośredniczenia w ustanowieniu pokoju i zjednoczenia kraju, nie wszystkim jest więc na rękę. Róg Afryki jest kolejnym, potencjalnym miejscem na Ziemi gdzie szykuje się starcie globalne mające zadecydować o nowym podziale na strefy wpływów i osłabieniu hegemoni USA. To kolejny region zagrożony militarnym starciem o niewyobrażalnych konsekwencjach.
To tylko jedno potencjalne pole konfliktu w Rogu Afryki. Ogromne reperkusje międzynarodowe może mieć wzmagające się napięcie między Egiptem a Etiopią, na tle projektu budowy wielkiej zapory wodnej na Nilu. Tama Wielkiego Odrodzenia na Nilu Błękitnym, który niesie kolosalne ilości wody z Wyżyny Abisyńskiej do Nilu spiętrzy wody na długości 246 km i objętości 74 mld m 3 tuż przy granicy z Sudanem . Przy okazji wybudowana elektrownia wodna o mocy 6000 MW pozwoli Etiopii zaspokoić swoje potrzeby energetyczne i spowoduje, iż stanie się ona eksporterem energii elektrycznej. Projekt ten może przynieść szereg niszczycielskich skutków dla pobliskich regionów, głównie w Egipcie i Sudanie: unicestwieniu podlegać mogą tradycyjne systemy rolne z racji ograniczenia dostępu do wody płynącej Nilem do Morza Śródziemnego.
Etiopia
Egipt od dawna stara się nie dopuścić do postępów projektu za pomocą legalnych i pokojowych środków. Najpierw rozpoczęto trójstronne negocjacje między Egiptem, Sudanem i Etiopią. Negocjacje zakończyły się jednak niepowodzeniem, a władze w Kairze i Addis Abebie, główni antagoniści konfliktu, nie były w stanie osiągnąć kompromisu. Kolejnym krokiem podjętym przez rząd egipski było zwrócenie się do ONZ z żądaniem, aby wymusiła na Etiopii przerwanie prac. Jednak inercja Organizacji Narodów Zjednoczonych uniemożliwiła zawarcie międzynarodowego porozumienia w tej sprawie. Ostatnio Egipt, Sudan i Etiopia ponownie spotkały się, aby spróbować jednak rozwiązać problem w drodze wspólnego porozumienia. Próba się nie powiodła; Etiopia kontynuuje cały czas realizację tego projektu rozpoczętego w roku 2011. Dla jej władz to również racja stanu: mniej 45 proc. ludności tego ponad 100 milionowego kraju ma dostęp do energii elektrycznej. Projekt nie tylko rozwiązuje tę kwestię całkowicie, ale także pozwoliłby państwu etiopskiemu eksportować nadwyżki energii do innych krajów afrykańskich, gwarantując zyski do kasy publicznej. Wszystkie międzynarodowe plany Etiopii – tak regionalne, kontynentalne jak i globalne – zależą zasadniczo od budowy owej zapory wodnej. To też jest źródło dumy narodowej i zjednoczenia multikulturowej populacji. Krótko mówiąc – projekt jest fundamentalną częścią konsolidacji Etiopii jako suwerennego państwa narodowego we współczesnej Afryce i na świecie. Jednak w przypadku krajów sąsiednich sprawa wygląda dokładnie odwrotnie. W Egipcie – państwie z 90 milionową populacją – około 90 proc. mieszkańców żyje nad brzegiem Nilu, gdzie żyzne ziemie są od wieków (by nie rzec – tysiącleci) podstawą egzystencji milionów ludzi, ale także zasadniczym źródłem całej produkcji rolnej i wyżywienia tej masy ludności. Tradycyjne rolnictwo egipskie w obliczu triumfu projektu „Tamy Wielkiego Odrodzenia” jest skazane na zagładę. Przed Egiptem, i w mniejszym stopniu przed Sudanem, stoją poważne zagrożenia głodem i kolosalnymi stratami ekonomicznymi. Istnieje jeszcze jedno ryzyko: natychmiastowego uwolnienia wód Nilu Błękitnego. Jeśli tak by się stało, prądy wodne mogą zatopić ponad 70 proc. (!) całej populacji Egiptu. Tymczasem egipscy eksperci twierdzą, że nie można i takiego scenariusza wykluczyć, gdyż w projekcie tamy są błędy techniczne.
Etiopia i Egipt są członkami Unii Afrykańskiej, która jako organizacja międzynarodowa zaangażowana w integrację afrykańską powinna być po tylu latach istnienia wystarczająco silna, aby rozwiązać te problemy regionalne. Powinna, ale nie jest… Efektem jest śmiertelne zagrożenie dla milionów ludzi, tak z uwagi na możliwość katastrofy, jak z powodu prawdopodobieństwa wojny, bo Egipt i Sudan nie zamierzają pogodzić się z fiaskiem negocjacji. Teraz może być za późno na oświadczenia ONZ lub Unii Afrykańskiej. Etiopia już napełnia zbiornik, tama zacznie działać. Egipt próbuje obecnie powrócić do pozycji jednego z głównych rozgrywających w Afryce, co widać w przypadku ważnej roli tego kraju w libijskiej wojnie domowej.
Wniesienie tych kontrowersji na forum Rady Bezpieczeństwa spowoduje globalizację tego konfliktu. Wiadomo jest, że Afryka to pole ekspansji gospodarczej Chin. One też umacniają swoją pozycję w Rogu Afryki jako forpoczty do ekspansji na cały kontynent. Są mocno zaangażowane w różne przedsięwzięcia w Etiopii. USA starające się ograniczyć rosnące znaczenie Chin wszędzie na świecie skwapliwie by skorzystały by włączyć się czynnie w narastający konflikt w tym regionie świata.

Pożegnanie i powrót do Afryki

Nasza wiedza o tym kontynencie jest bardzo ograniczona, stąd wydarzeń, które mają tam miejsce albo nie rozumiemy, albo też pozostają poza naszym zainteresowaniem.

Amerykańskie, kultowe, filmowe melodramaty „Casablanca” z 1942 i „Pożegnanie z Afryką” z 1985 roku, kolejne o Tarzanie i polski „W pustyni i w puszczy” wg. powieści Henryka Sienkiewicza są jedynymi z niewielu obrazami Czarnego Lądu, znanymi naszym kinomanom. Dopełnienia tę wiedzę o Afryce, zapamiętany od dzieciństwa, wierszyk Juliana Tuwima o murzynku Bambo, „Chata wuja Toma” o niewolnikach z Afryki przywiezionych do Ameryki i „Faraon” Bolesława Prusa, też sfilmowany, acz tu bardziej idzie o dramaty władzy niż o Afrykę. Jeszcze Juliusza Słowackiego poemat o Beniowskim, jego władztwie na Madagaskarze, do której to idei w czasach II RP nawiązała powstała w 1930 roku Liga Morska i Kolonialna szukająca, poprzez posiadanie tej wyspy, potwierdzenia naszej mocarstwowej potęgi. W latach osiemdziesiątych wiedzę o ludach tam żyjących upowszechniał w swoich licznych i wysoko nakładowych książkach Bogdan Szczygieł – postać na kształt Arkadego Fiedlera – doktor nauk medycznych, pisarz, podróżnik, działacz społeczny, który przez wiele lat pracował w rożnych krajach Afryki. No i szlagier „Afryka dzika”, i to by było na tyle, poza lekcjami z geografii.

Przywitanie z Afryką,

mające miejsce już w XVI wieku, a jej pełny kolonialny podbój w XIX, wyrażało się ok.100 milionami niewolników wywiezionych na zachodnią półkulę i po dziś trwającymi, nie tylko dla gospodarki, negatywnymi skutkami. Kolonializm, kierując się rasistowskimi doktrynami o wyższości rasy białej i poszerzaniu cywilizowanego świata, eksploatował bez granic zdobyte terytoria i bogactwa, uciekając się często do okrucieństwa. Przed wybuchem I wojny światowej tylko dwa afrykańskie państwa były niepodległe, natomiast pozostałą część kontynentu podzieliło siedem europejskich potęg, w tym największe terytoria posiadały Francja i Wielka Brytania.

Pożegnania z Afryką

kolonialnych mocarstw miały nastąpić dużo później niż Karen Blixen, autorki książki „Out of Africa”, wg. której nakręcono wspomniany film, gdyż opuściła tamte ziemie już w 1931 roku. Proces dekolonizacji po II wojnie światowej, obejmujący także Azję, miał wiele przyczyn, do których zaliczyć należy nowy układ głównych sił politycznych na świecie, potępienie rasizmu i upadek ideologicznych uzasadnień kolonializmu, szereg ruchów wyzwoleńczych, wspieranych także, w różnej formie, przez ZSRR. Te rozstania przybierały często dramatyczny charakter jak np. algierska wojna o niepodległość trwająca w latach 1954-1962.

„Rok Afryki” –

tak nazywany 1960 – stał się przełomowym i symbolicznym, w którym aż siedemnaście byłych kolonii uzyskało niepodległość. Ten akt suwerenności niósł za sobą o wiele większe problemy niż te, z którymi zmierzaliśmy się w 1918 roku. Brak państwowych tradycji i powszechny niedobór wyspecjalizowanych kadr we wszystkich dziedzinach, konflikty terytorialne i plemienne, wynikające m. in. z ustalonych przez kolonizatorów granic opartych na zdobyczy, a nie na strukturze plemiennej ludności i wielowiekowej tradycji, masowe kryzysy uchodźcze, wreszcie potężne zapóźnienie technologiczne i gospodarcze. Na ten gordyjski węzeł problemów nakładał się, czasem krwawy, konflikt zasiedziałych kolonistów z miejscową ludnością, przybierający obraz starcia czarnych z białymi, ale także różnego rodzaju zamachy stanu, rządy dyktatorskie i rebelie.

Wychodzimy aby zostać,

to w największym skrócie idea neokolonializmu realizowanego w Afryce, sprowadzająca się do utrzymywania przez byłe państwa kolonialne związków oraz zależności gospodarczych i politycznych z byłymi koloniami, które uzyskały niepodległość. Niebezpieczeństwo tych działań polegało na ich celu, którym nie była pomoc nowym państwowym formom, ale interes ekonomiczny związany z dalszą eksploatacją miejscowych surowców naturalnych, bądź z zagwarantowaniem wpływów politycznych.

Przez minione sześćdziesiąt lat obraz Afryki zmienił się niewątpliwie na lepsze, neokolonialne wpływy osłabły bądź zastąpione zostały często przez monopole, niektóre z nowopowstałych państw bardzo się umocniły, także poprzez działalność Ruchu Państw Niezaangażowanych, ale zapóźnienie tego kontynentu, nawracajace fale głodu i wysoka śmiertelność, tragicznie niska stopa życiowa i nierozwiązane liczne problemy społeczne są nadal dominującą codziennością. Jednym z jej przejawów był, trwający zresztą nadal, wielki exodus uchodźczy i to nie tylko przecież z objętych wojną terenów Syrii.

Ten wstęp

o Afryce, ostatnio pozostawionej samej sobie, był konieczny aby odnieść się do licznych medialnych niepokojów dotyczących chińskiej obecności na tym kontynencie.

Chiny, te komunistyczne czy jakkolwiek inaczej je nazwać, cieszą się od lat przez zachodnie media niesłabnącym, czołowym miejscem na podium światowej krytyki. Dodać trzeba, że jednocześnie wyrażane są podziw i zdumienie z ociągniętej przez nie pozycji ekonomicznej, wielkie zainteresowanie gospodarczą współpracą z jednoczesną zazdrością i obawą o swoje interesy.

Prezydent Trump prowadząc wojny handlowo-wirusowe i pouczając Chiny w kwestiach demokracji sam, czego dowodem są aktualne protesty w USA, nie dostrzega belki w swoim oku, a szczególnie wszechogarniającej nierówności w Stanach Zjednoczonych. Natomiast obecna polska polityka, z założenia proamerykańska czyli antychińska, w sumie jest jak droga pijaka od płota do płota: to uwielbia Dalajlamę, to na odmianę prezentuje serdeczną rozmowę Andrzeja Dudy z Xi Jinping’iem. Podobny ton prezentuje, acz koniecznie z mocnym antychińskim wydźwiękiem, zamieszczony w „Gazecie Wyborczej” (23-24.05.2020) obszerny artykuł Sylwii Czubkowskiej pt. „Afryka na podsłuchu” z nadtytułem „Chiny biorą Czarny Ląd”.

Powrót do Afryki

Autorka pisze:
„Spragniona inwestycji Afryka z jej szybko rosnącą ludnością dostaje zastrzyk kapitału. Europa i USA oddychają z ulgą. A Chiny mogą tutaj inwestować i eksperymentować bez skrępowania.

Dla Angoli eksport ropy do Chin jest głównym źródłem utrzymania. Kenia ożyła dzięki miliardom z Pekinu zasilającym jej infrastrukturę. W zambijskiej Lusace Chińczycy budują lotniska, drogi, fabryki, posterunki policji i na potęgę pożyczają państwu pieniądze…

Ponad dwa łata temu w Pekinie rozpoczął się szczyt chińsko-afrykański, na który przybyło ponad 40 przywódców afrykańskich… na Afrykę czeka zawrotna suma 60 mld dol. …Chiny zadeklarowały w 2019 r. … 72 mld dol., czyli niemal tyle, ile łącznie zainwestowały USA, Wielka Brytania i Francja. Co więcej, dzięki chińskiemu kapitałowi w Afryce powstało blisko 140 tys. miejsc pracy…

Chińczycy Afrykę po prostu budują: drogi, linie kolejowe, osiedla, światłowody. Są dla kontynentu – z wynikiem ponad 200 mld dol. wymiany handlowej – głównym partnerem handlowym, którym jeszcze w 2013 r. była Unia Europejska…

Połowa moich rozmówców w Nigerii studiowała w Chinach. Liczba afrykańskich studentów na chińskich uniwersytetach wzrosła z 2 tys. w 2003 r. do ponad 80 tys. w 2018 r. To znacznie więcej niż na uczelniach USA czy Wielkiej Brytanii. A w ubiegłym roku Xi Jinping obiecał kolejnych 50 tys. stypendiów, w większości dla inżynierów i programistów.”

Przytoczone fakty

nie mogą jednak osłabić obowiązującego krytycyzmu autorki wobec chińskiej obecności w Afryce. Stąd polemizuje z pozytywnymi zachodnimi wypowiedziami na ten temat, a przede wszystkim próbuje chińską aktywność w Afryce dezawuować nazywając ją neokolonializmem. Dowolność terminologiczna rozmywa to pojęcie zaciemniając czas kolonializmu i przenosząc go do współczesności, a każdą zagraniczną aktywność ekonomiczną, w zależności od politycznych potrzeb, stygmatyzuje. Przypominając Sylwii Czubkowskiej, że to Chiny w XIX wieku były obiektem kolonialnych zabiegów i wpływów europejskich potęg, dodać należy, że w Afryce swoich kolonii nigdy nie posiadały.

Krytyczne wywody

pozbawione są elementarnych zasad logiki oraz równego z innymi traktowania Chin, bowiem:

europejskie ekskolonialne kraje oraz USA „odpuściły” Afrykę, może jak wyciśniętą cytrynę, z racji zbyt niskiej tu stopy opłacalności inwestowania, z powodu wielu problemów związanych z działalnością na tym terenie, małego jej znaczenia w obecnej politycznej grze światowych rywalizacji. Nie tylko w polityce zawsze tak bywa, że na porzucone pole wchodzi ktoś inny;

rosnąca ekonomiczna potęga Chin, poszukująca nowych terenów ekspansji i rynków zbytu, także przyjaznych sobie w tych poczynaniach kontaktów, odnalazła je na opuszczonej Afryce;

dla wielu afrykańskich państw chińska ekonomiczna obecność jest jedyną szansą zbliżenia się do standardów współczesnego świata, bowiem nikt inny im tego dziś nie proponuje;

oczywiście bez złudzeń – działalność Chin nie ma tu altruistycznego charakteru, ale gdzie on na świcie występuje? Zarzut robienia interesów i rosnących wpływów Chin w Afryce jest godny pożałowania, gdyż wszyscy inni, na innych obszarach, czynią to podobnie. Tym bardziej, że ich działania spotykają się z oczekiwaniem i miejscową akceptacją;

jeszcze śmieszniej brzmią argumenty o zagrożeniu chińską bazą wojskową na tym terytorium w porównaniu do setek amerykańskich baz, łącznie z Polską, na całym świcie;

natomiast w zdumienie przyprawia nie tylko tytuł tego tekstu i jego fragment dotyczący zamontowania przez Chińczyków podsłuchu w siedzibie Unii Afrykańskiej w Addis Abebie, tak jakby autorka nie wiedziała o podsłuchiwaniu europejskich przywódców przez ich amerykańskiego sojusznika. Ten m. in. problem ma w jej wyobraźni dezawuować, opłacalną dla obu stron, współpracę nie tylko gospodarczą.

Na koniec warto powtórzyć pytanie skąd się biorą setki tysięcy afrykańskich uchodźców dążących do lepszego świata. I dlaczego wcześniej nikt im nie przyszedł z taką pomocą aby nie musieli się wyprawiać w zbyt często ostatnią podróż swojego życia. A godna szacunku akcja humanitarna Unii Europejskiej nie była zapobieganiem przyczynom, a jedynie leczeniem skutków tej wielowiekowej afrykańskiej tragedii.

Afryka może liczyć tylko na siebie

W Afryce myśl, że oprócz „oficjalnej” – wziętej od cywilizacji Zachodu – wiedzy, jest także wiedza alternatywna, tradycyjna, jest powszechna. W świecie, w którym ubezpieczenia społeczne prawie nie istnieją, publiczna służba zdrowia jest fatalna i niedofinansowana, prywatna – podobna do tej, jaką znamy z Europy, a zatem oferująca usługi w zakresie leczenia wrośniętego paznokcia i niewiele ponadto, a na dodatek dostępna dla nielicznych, takie alternatywy jak znachor czy cudotwórca uzdrawiający za pomocą modlitwy są bardzo kuszące. Epidemia COVID-19 wyzwoliła takie praktyki na dobre.

Jak dotąd jednak oficjalne uznanie alternatywnych praktyk medycznych miała charakter epizodyczny. Odsunięty po 22 latach rządów prezydent Gambii Yahya Jammmeh, który – na wzór dawnych władców – chełpił się uzdrowicielskimi zdolnościami, opracowywał lecznicze mikstury i twierdził, iż potrafi leczyć nawet AIDS, przy czym szereg osób korzystających z jego specyfików (lub też przymuszanych do korzystania z nich) pochorowało się jeszcze bardziej, a nawet poumierało, stanowił w Afryce kuriozum i obiekt kpin. Nie inaczej było, gdy niegdyś południowoafrykański minister zdrowia Manto Tshabalala Msimang postanowił propagować leczenie AIDS za pomocą czosnku i buraków. Wówczas też nie było do śmiechu – w ocenie badaczy z Harvarda praktyki te skróciły życie 300 tys. ludzi, w tym jednak wypadku powody stosowania osobliwej terapii były odmienne – i dużo poważniejsze – niż fantazje odrealnionego gambijskiego satrapy, chodziło bowiem po prostu o dostępność nowoczesnej farmakologii dla której desperacko poszukiwano substytutu.
Pierwsze chyba wiadomości o opracowaniu afrykańskiego leku na chorobę wywoływaną przez COVID-19 przyszły z Senegalu. W afrykańskich sieciach społecznościowych w marcu pojawił się news, jakoby w Senegalu wyprodukowano i przetestowano lekarstwo o stuprocentowej skuteczności. Jak to bywa z fake newsami, obudowany był całym szeregiem uwiarygadniających informacji o tym, jak to senegalski minister zdrowia wysłał ów preparat do Chin, aby tam go stosować (był to okres, gdy największym ogniskiem epidemii na świecie był Wuhan), o tym jak chińscy eksperci potwierdzili jego skuteczność i zaczęli stosować, jak to dzięki temu patentowi Senegal miałby stać się potentatem farmaceutycznym… Wszystko to okazało się wyssaną z palca konfabulacją, podobnie jak kilka innych „wrzutek”. Przypadek preparatu malgaskiego jest jednak prawdziwy. Wyprodukowany przez Malgaski Instytut Badań Stosowanych ziołowy tonik istnieje naprawdę.
Wspomniany instytut działa od 1957 roku i specjalizuje się w badaniu środków opartych na tradycyjnym ziołolecznictwie. Założył go skądinąd znany malgaski biolog, Albert Rakoto Ratsimamanga. Instytut nie jest więc placówką szarlatańską – na przykład, opracowany w nim środek Magedlucyl jest dopuszczony do stosowania na Madagaskarze i w szeregu innych krajów i używany w leczeniu cukrzycy.
Z tego, co wiadomo on napoju pod nazwą CVO, nowym produkcie instytutu mającym zabezpieczać przed koronawirusem, jego głównym skłądnikiem jest wyciąg z artemizji – rośliny pochodzącej z Chin, sprowadzonej w latach 70. ubiegłego wieku i obecnie uprawianej na Madagaskarze – oraz innych substancji pochodzenia roślinnego. Podobnie jak lansowana między innymi przez Donalda Trumpa cholochinina, artemizja i produkowany z niej artemisinin ma udokumentowane działanie antymalaryczne i ta akurat jej właściwość jest powszechnie uznawana, choć WHO odradza jej stosowanie jako środka przeciwko malarii ze względu na jego niewielką skuteczność wobec innych znanych metod terapii. W promocję CVO włączył się jednak prezydent Madagaskaru Andry Rajoelina. W kwietniu ogłosił publicznie, że dzięki środkowi dwie osoby wyzdrowiały. Wkrótce potem oświadczył, że przeprowadzone zostały szeroko zakrojone testy potwierdzające skuteczność środka. Póki jednak wypowiadał się w kraju, pozostało to za granicą niezauważone, jednak 29 kwietnia, podczas wideokonferencji, w której uczestniczyło dziesięciu afrykańskich prezydentów i szefów rządów, postanowił ogłosić domniemany przełom na szerszym forum.
Pierwszy anons prezydenta Rajoeliny wywołał raczej konsternację. Koledzy prezydenci, nieprzygotowani na takie rewelacje, nie wyrazili wielkiego entuzjazmu, ale też – bo przecież dobry obyczaj nakazuje uprzejmie rozmawiać z równymi sobie – nie skrytykowali go otwarcie. Od tego był już tylko krok, aby CVO zaczął robić karierę międzynarodową.
Jako pierwsza zainteresowanie specyfikiem wyraziła Gwinea Równikowa i Gwinea-Bissau, które otrzymały wkrótce jego transport z Atananariwy. Próbki trafiły następnie do Liberii, za co jej prezydent George Weah wylewnie dziękował malgaskiemu koledze. Następny w kolejności był prezydent Tanzanii John Magulufi, który wprawdzie najpierw twierdził, że najskuteczniejszą metodą zwalczenia koronawirusa będą trzydniowe modlitwy, ale też złamał się i zapowiedział, że wyśle na Madagaskar samolot po cudowny lek. 2 maja o lek poprosiła Republika Kongo, zaraz potem Niger, wreszcie, w poniedziałek, 11 maja, nigeryjskie media doniosły, że prezydent tego kraju również nakazał sprowadzenie ładunku CVO.
Błyskawiczna kariera, jaką zrobił w skali kontynentu malgaski specyfik nie zasadza się jednak na żadnych konkretach. Badania, na które powoływał się prezydent Rajoeliny – nie przedstawiając zresztą żadnych konkretów, ale kto by śmiał wątpić prawdziwość słów prezydenta i oczekiwać, że ten by miał prezentować jakieś dokumenty – trudno nawet sobie wyobrazić. Według stanu oficjalnych danych na 13 maja na Madagaskarze odnotowano zaledwie 186 przypadków zachorowania na COVID-19, zatem na jakiej próbie takie badania by miały być przeprowadzane. Do środka bardzo sceptycznie odnoszą się również autorytety medyczne, nie mówiąc o WHO, która oświadczyła, aby nie popiera stosowania terapii przy użyciu CVO, zaleca co najwyżej używanie go pod ścisłym nadzorem lekarza i stanowczo odradza samodzielne leczenie. Wywołało to, rzecz jasna, oburzenie prezydenta Rajoeliny. „Czy chodzi o to, że skuteczny lek opracowano w Afryce? Czy gdyby powstał w Europie też byłby traktowany z takim sceptycyzmem? – pytał w wywiadzie, którego udzielił francuskiej stacji France24.
Skuteczność, a prawdopodobnie raczej jej brak, cudownego malgaskiego środka jeszcze będzie miała okazję się potwierdzić, pojawiają się jednak elementy świadczące, że to dopiero początek pewnego procesu. W ostatni wtorek Izba Reprezentantów Nigerii przyjęła uchwałę, w której mówi obliguje prezydenta i rząd, aby przestali się stosować do zaleceń WHO, a za to skoncentrowali się na wykorzystaniu rodzimych metod – CVO, ale nie tylko. Deputowani wręcz prześcigali się w wymienianiu, do kogo należy się zwracać. Według nigeryjskich prawodawców władze zignorowały jakoby informację, że skuteczny środek przeciwko koronawirusowi powstał w nigeryjskim Instytucie Zasobów Biologicznych kierowanym przez prof. Maurice Iwu. Skuteczne leki na COVID-19 jakoby także opracowało Biuro Medycyny Tradycyjnej Stanu Anambra, którego szefem jest wielebny Raymond Arazu i Fundacja Iris dr. Olisaha Ojeiha – tej ostatniej podobno zajęło to zaledwie 72 godziny. To tylko kilka z wymienionych kierunków, jakie deputowani postanowili wskazać rządowi w charakterze alternatywy dla propozycji WHO.
Jakkolwiek można powątpiewać, czy którykolwiek z tych środków może być skuteczny, bo nawet stosowanie ich w leczeniu niczego nie dowiedzie – wiadomo skądinąd, że znaczny odsetek zarażonych COVID-19 przechodzi chorobę bezobjawowo lub ze stosunkowo lekkimi objawami. Czy zatem wyzdrowienie takich pacjentów (z pozytywnym testem na COVID-19) mogłoby zatem stanowić jakikolwiek dowód na skuteczność zastosowanych specyfików? O ich skuteczności zdecydować mogą dopiero badania laboratoryjne i genetyczne, w tym zakresie jednak potencjał krajów afrykańskich jest niewielki. Można założyć, że oceny skuteczności działania ich podejmowane będą w najlepszym przypadku objawowo. Zgromadzenie przyjęło jednak taką uchwałę większością głosów, co samo w sobie wiele mówi – o czym poniżej.
Cała historia z entuzjazmem Afrykanów wobec możliwości rodzimych terapii nie może być wprost przyrównywana do – wydawałoby się mających podobny charakter – ruchów antyszczepionkowców czy negacjonistów. Oczywiście, ma on swoje korzenie w głębokiej wierze, że tradycyjna medycyna ma realny potencjał, w poczuciu, że wytwory afrykańskiej cywilizacji są traktowane przez świat rozwinięty w najlepszym przypadku z pobłażaniem, ale także ze świadomości, że kiedy przyjdzie co do czego, na efektywną pomoc tegoż świata rozwiniętego nie ma co przesadnie liczyć. Historia epidemii AIDS uzmysłowiła dobrze Afrykanom, że nie można się spodziewać, że koncerny farmaceutyczne zrezygnują ze swoich zysków. A zatem – nawet jeśli skuteczne lekarstwa i szczepionki na COVID-19 powstaną w europejskich czy amerykańskich laboratoriach, czy Afrykę będzie na nie stać? Czy Afrykanie tylko z odległości sobie będą mogli popatrzeć na to, że gdzie indziej są one dostępne.
Na obecnym etapie liczby zakażeń i zgonów wywołanych przez COVID-19 w poszczególnych krajach Afryki Subsaharyjskiej w porównaniu z Europą czy Stanami Zjednoczonymi są niewielkie, ale nie można tego brać za pewnik. Przede wszystkim sytuacja z dostępem do opieki zdrowotnej w państwach afrykańskich oraz jej realne możliwości powodują, że wykonuje się niewiele testów. Wielu chorych może nigdy nie zobaczyć lekarza. Część z nich może wyzdrowieć, część umrze, ale o zagrożeniu wiedzą wszyscy i boją się wszyscy. Tak zdarzyło się w związku z zastanawiającym wzrostem liczby pochówków w ubogich dzielnicach północnonigeryjskiego miasta Kano w pierwszych dniach maja. Nigdy nie dowiemy się, czy ich przyczyną był koronawirus, czy może coś innego. Na tle innych państw afrykańskich nigeryjska służba zdrowia jest i tak stosunkowo nieźle zorganizowana. Na razie zatem uważa się, że pandemia albo z jakichś powodów Afrykę albo omija, albo też dopiero nadejdzie, nie można jednak także wykluczyć, że już jest, tylko jej rzeczywistej skali nie widać.
Stosowanie metod opierających się na samoizolacji jest w państwach afrykańskich zarówno trudne do egzekwowania, bo uboższe warstwy ich społeczeństw – czyli w każdym przypadku znaczna większość populacji – żyje w takich warunkach, że nie ma fizycznej możliwości skutecznego stosowania się do nich. Samoizolacja, kwarantanna, dystansowanie społeczne, zawieszanie działalności gospodarczej ma destrukcyjny wpływ na gospodarki i społeczeństwa świata rozwiniętego. W Afryce, w której miliony ludzi żyją z dnia na dzień, oznaczać mogą całkowitą katastrofę. Lekarstwo może być straszniejsze od śmiertelnej nawet choroby. Po znacznie krótszym niż w Europie, około miesięcznym okresie stosowania się do tych wytycznych, większość państw afrykańskich zdecydowała się poluzować restrykcje, nawet za cenę wzrostu zachorowań. Jaką logikę mogą zatem przyjąć rządzący? Wydaje się, że za ich decyzjami, nawet i tymi, żeby dopuszczać do stosowania niesprawdzone środki, stoi brutalna pragmatyka i ponury realizm: że jeśli pandemia rozwinie się na kontynencie, jedynym wyjściem będzie pogodzić się, że część ludzi umrze, ale będzie trzeba zamieść to pod dywan. A żeby wykazać, że coś się w tej sprawie robiło – uciekać się do środków takich jak medycyna tradycyjna, co do których nawet samemu pewnie ma się wątpliwości. To bardzo odległe od dziecinnej, plemiennej naiwności, jaką skłonni są Afrykanom przypisywać Europejczycy obserwujący ich wybory.

W Afryce samoizolacja zabija gospodarkę

Koronawirus zniszczy gospodarki krajów afrykańskich – alarmuje Ahunna Eziakonwa, afrykańska dyrektor regionalna Programu Narodów Zjednoczonych na rzecz Rozwoju.

W najuboższych państwach świata drobny handel uliczny i usługi stanowił blisko połowę PKB. Teraz, gdy rządy ogłosiły ograniczenia w poruszaniu się i samoizolację, wszystko to przepadło.
Według dyrektor Programu Narodów Zjednoczonych na rzecz Rozwoju na Afrykę, Nigeryjki Ahunny Eziakonwy, pandemia koronawirusa może mieć dla kontynentu jeszcze bardziej opłakane skutki, niż dziesiątkujące jego mieszkańców choroby takie jak Ebola. Zatrzymanie importu i eksportu zagranicznego, wdrożenie zasad społecznej izolacji i ograniczeń w poruszaniu się praktycznie zamroziło poszczególne gospodarki. Znikają miliony miejsc pracy, bez żadnego źródła utrzymania zostają ludzie, którzy do tej pory i tak zarabiali tyle, by przetrwać z tygodnia na tydzień.
Ponad połowa państw afrykańskich zdecydowała się na różne obostrzenia: zakazy podróżowania, godziny policyjne, nakaz pozostawania w domach (dla tych, którzy domy mają). Nie działa transport lotniczy. W części krajów zakazy gromadzenia się i przebywania w przestrzeni publicznej bez „absolutnie ważnego” powodu praktycznie zmiotły uliczne targowiska, na których handlowano wszystkim, co możliwe, zabrały zajęcie taksówkarzom i rikszarzom, skasowały miejsca pracy w gastronomii. Zniknęła turystyka. Tymczasem np. w Ugandzie sektor drobnego handlu i nieformalnych usług odpowiadał za 50 proc. PKB. Afrykańskie państwa na hasło „pomoc dla obywateli tracących pracę” rozkładają tylko ręce. Tymczasem ludziom grozi, zupełnie dosłownie, głód.
Premier Etiopii Abij Ahmen zaapelował do państw grupy G20 o specjalny pakiet ratunkowy dla państw afrykańskich w wysokości 150 mld dolarów. Ministrowie finansów z kontynentu chcą również, by zamrozić na czas pandemii spłatę 44 mld afrykańskich długów. 20 państw Afryki zwróciło się już do Międzynarodowego Funduszu Walutowego z prośbami o pożyczki. Na razie zatwierdzono te dla Senegalu i Gwinei.
Dopływ pieniędzy to jednak nie wszystko – w wielu afrykańskich państwach usługi publiczne praktycznie nie istnieją, a służba zdrowia funkcjonuje głównie dla zamożnych. Korupcja i przejadanie pieniędzy z podatków przez lokalne elity od lat przyczyniają się do konserwowania nierówności i nędzy – teraz może być tak samo.

Afrykański Adolf Hitler, czyli Sahel i wojna

O europejskich konsekwencjach napadu NATO na Libię w 2011 r. wszyscy chyba słyszeli: rozwój dżihadyzmu w tym kraju rozdartym wojną do dzisiaj i niebywały kryzys migracyjny, który, oprócz kaskady ludzkich dramatów, przyczynił się do kariery politycznej skrajnej prawicy a naszym kontynencie. Ale skuteczne zlikwidowanie państwa libijskiego przez Sojusz Północnoatlantycki przyniosło też tragiczne konsekwencje dla samej Afryki, szczególnie zachodniej. O tym mówi się dużo mniej.

Napis „Precz z polityką francuską w Afryce” z portretem prezydenta Emmanuela Macrona jako Hitlera mógłby świadczyć, że były bankier jest tam znienawidzony bardziej nawet niż we Francji, lecz w krajach Sahelu nie robi się sondaży na ten temat. W każdym razie, na manifestacjach w Bamako, Niamej i Wagadugu od wielu miesięcy można przeczytać na transparentach rzeczy dość szokujące – że Francuzi popełniają „ludobójstwo w Sahelu”, albo że np.„Francja to terroryści” i wszędzie widać to „precz”.
Sahel jako pojęcie geograficzne jest szersze niż jego sens polityczny: konkretnie obejmuje pięć dawnych francuskich kolonii, które w ubiegłym wieku stały się półkoloniami – Mauretanię, Mali, Czad, Niger i Burkina Faso. Nazwy te niewiele Polakowi mówią, ale razem te kraje dają obszar sporo większy od Unii Europejskiej. W niecałe dwa lata po rozbiciu Libii przez NATO (z czołowym udziałem Francji), Paryż był zmuszony wysłać do Sahelu dodatkowe tysiące żołnierzy, bo kryminalny wyczyn NATO (110 tys. zabitych i zniszczenie niemal całej infrastruktury cywilnej) zdestabilizował cały region.
W Libii od razu zaczęła działać na całego Al-Kaida Maghrebu Islamskiego (AKMI), a gdy dżihadyści opróżnili pozbawione ochrony libijskie magazyny broni, zaczęli wraz z nią roznosić swe idee po całej Saharze i na południe od niej. Ale to właśnie francuscy żołnierze, wysłani nagle do „walki z terroryzmem”, są głównym celem nieprzychylnych napisów na transparentach.
Nowy zasięg dżihadu
Kraje Sahelu to czołówka światowego ubóstwa. W zasadzie wszystkie mają różne mineralne bogactwa pod ziemią, lecz nie mają środków, by je wydobywać. W takim Nigrze, gdzie bieda aż piszczy, Francuzi wydobywają w wielkich kopalniach np. uran, którym dzielą się z Amerykanami (pilnują go zresztą armie obu tych mocarstw), ale obywatelom Nigru niewiele to daje, jeśli odliczyć miejscowe władze, zwykle dobrze opłacone. Ale nie chodzi nawet o minerały. Francuska oligarchia jest tak przyzwyczajona do wyzysku Afryki, że traktuje ją jak swój ogródek. Francuski bank centralny kontroluje finanse aż 14 byłych kolonii w regionie – ich waluty zostały podpięte bezpośrednio pod euro, a tak silna waluta w tak ubogich krajach nie daje szans na rozwój.
Ludność Sahelu ciągle korzysta więc z pustynnego przemytu. Arabowie, Tuaregowie i pustynne plemiona nomadów przewożą z portów Maghrebu na drugą stronę Sahary wiele tanich towarów, ale przemycają też broń z Libii i wysyłają do Europy afrykańskich emigrantów oraz południowoamerykańską kokainę lądującą spokojnie w atlantyckich portach Afryki. Natowska likwidacja państwa w Libii była jak rozbicie banku – wzmogła ten przemyt do nigdy nie widzianych rozmiarów i pozwoliła świeżym, mocno uzbrojonym i zorganizowanym dżihadystom z Libii opanować tradycyjne szlaki handlowe na południe.
Właściwie, kiedy w Mali lądowały pierwsze dodatkowe jednostki francuskie, w styczniu 2013 r., na pustynnej północy kraju było tylko kilka obozowisk AKMI, kilka okupowanych przez nią miejscowości, ale im więcej Francuzów przybywało, tym bardziej rosła siła dżihadu. Po dwóch latach powstało Państwo Islamskie Wielkiej Sahary (PIWS), które dziś dzieli swe wpływy w Sahelu z Grupą Poparcia Islamu i Muzułmanów (GPIM), zależną od Al-Kaidy. Pustynna wojna nabrała tempa.
Początek niechęci
Francuska operacja, zwana z początku „Serval” (dziś „Barkhane” – „pustynna wydma”) miała trwać tylko 6 miesięcy.
W 2013 r. Francuzi szybko odbili miasteczka zajęte przez dżihadystów, co przyniosło im szacunek Malijczyków. Ale saharyjska pustynia to gigantyczny obszar, a z Libii ciągle nadchodziła broń i posiłki. Przemytnicze połączenie z Nigerią pozwoliło wzmocnić tamtejszych bojowników dżihadu z Boko Haram, ale przede wszystkim utrzymywało buntowników Sahelu. Francuzi wybrali sobie za sojuszników Tuaregów, saharyjskich przemytników „od zawsze”, dla których nowi przemytnicy-dżihadyści byli niepożądaną konkurencją handlową.
Problem w tym, że Francuzi, odbiwszy miejscowości północnego Mali, zabronili malijskiemu wojsku wrócić na te tereny. Inaczej mówiąc, stanęli po stronie Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu (NRWA), złożonego w znacznej części z byłych żołnierzy przywódcy Libii Muammara Kaddafiego. Azawad to nazwa środka Sahary i wymarzonego przez część Tuaregów własnego państwa. Miałoby sie ono znajdować właśnie w północnym Mali, jeśli na mapie przeciąć ten kraj w najwęższym miejscu. Oczywiście czarne, osiadłe ludy malijskie z południa nie chcą oddać pustynnej części swego kraju, tym bardziej, że pod piaskiem północy znajdują się nie eksploatowane złoża ropy. Podejrzewają, że chcą na ich położyć rękę francuskie koncerny, w zmowie z Tuaregami.
Pif-paf
Po siedmiu latach zbrojnej obecności Francuzów, jak i wojsk ONZ, w Mali, Nigrze i Burkina Faso nastroje antyfrancuskie sięgają szczytu. Do tego stopnia, że przypisuje się Francuzom już nie tylko kolonialne nadużycia (nie traktują miejscowych z przesadnym szacunkiem), ale nawet ciche popieranie dżihadystów. W dwóch pozostałych krajach Sahelu – Czadzie i Mauretanii – panuje relatywny spokój, lecz tam jest najmniej wojskowych. Ludzie na ogół nie mogą uwierzyć, że obecne w Mali i Nigrze armie (francuska i amerykańska) nie są w stanie pokonać ubogiego sahelskiego dżihadu, mimo gigantycznej przewagi technologicznej.
Jak wygląda typowa rzeź? Obie organizacje islamskie – PIWS i GPIM – działają identycznie: mianowicie chmara mężczyzn na wiekowych motorowerach, uzbrojona w polibijskie kałasznikowy, podjeżdża pod bazę lokalnego wojska w Nigrze, Mali lub Burkina Faso, wdziera się do środka i otwiera ogień. Do tej pory nie było przypadku, by regularne wojsko wygrało taką bitwę. Niby Francuzi i Amerykanie, którzy nigdy nie padają ofiarą takich ataków, szkolą lokalne armie, ale wojska te są jedynie symboliczne, zupełnie nieoperacyjne, salwujące się zazwyczaj ucieczką, jeśli to możliwe. Jeśli nie, po prostu giną. Zdarza się zresztą nierzadko, że nie mają ani broni, ani amunicji, a ćwiczą się wołając „pif-paf!”: celują w przestrzeń suchymi kijkami.
To przez Putina!
Na 13 stycznia, w siódmą rocznicę wysłania wojsk francuskich do Sahelu, prezydent Macron wezwał prezydentów pięciu państw do pirenejskiej miejscowości Pau, gdyż tam akurat jeździł na nartach. W przeddzień doszło do rutynowego ataku PIWS na bazę wojskową w Nigrze (89 zabitych żołnierzy, koło setki rannych). Ale Macron się zdenerwował, bo doszły doń słuchy, że nawet wśród władz krajów Sahelu rośnie niechęć do jego administracji, co jest przecież niedopuszczalne. Owszem, rządy francuskie są przyzwyczajone, że w ich półkoloniach ludność nie lubi władz popieranych przez Paryż, ale same te władze powinny być grzeczne. Zasugerował z miejsca czarnym prezydentom, że wie skąd się biorą antyfrancuskie nastroje w Sahelu: to przez knucie Putina!
Już w zeszłym roku zaskoczeni Francuzi dostrzegli, że na ich podwórku, w pogrążonej w nędzy Republice Środkowoafrykańskiej pojawili się Rosjanie. Nie, nie żadne wojsko: dyplomaci, doradcy, ekonomiści, którzy zaczęli składać miejscowym podejrzane propozycje rozwojowe. A teraz w stolicy Mali Bamako, w stolicy Nigru Niamej i w Wagadugu (Burkina Faso) na antyfrancuskich manifestacjach pojawiają się transparenty pochwalające współpracę z Rosją. Zdaniem Macrona manifestanci zostali opłaceni przez Rosjan.
I to jest jak najbardziej możliwe, ale grają tu co najmniej jeszcze dwa czynniki: z jednej strony ZSRR zostało zapamiętane jako kraj, który w ubiegłym wieku pomagał w próbach wyzwolenia się z kolonializmu, a z drugiej, Afryce imponuje decydująca rola Rosji w pokonaniu dżihadystów z Syrii, podczas gdy z Amerykanami i Francuzami „zaraza” w Sahelu rośnie, a w piasek wsiąkają potoki krwi.
Podpisać tu!
Macron podejrzewający ukrytą nielojalność „swoich” prezydentów postawił sprawę jasno: każdy ma podpisać oświadczenie, że pragnie obecności francuskiej armii, dodał zresztą, że dośle tam jeszcze trochę żołnierzy. Niektórzy drapali się w głowę, ale oczywiście podpisali. Nazywało się to „Szczyt G-5 Sahel”. Już sama nazwa wydała się wielu Afrykanom kpiną, bo co tu porównywać do G-7, czy G-20… Poza tym młody Macron sztorcował starszych wiekiem, co w Afryce nie uchodzi. Jego postawa właścicielska raczej nie poprawi antyfrancuskich nastrojów. W Pirenejach Macron na głównego wroga wyznaczył Państwo Islamskie Wielkiej Sahary, co przejęło niepokojem lokalnych polityków, gdyż może PIWSowi dostarczyć nowych zwolenników. Na wsiach owi dżihadyści już znajdują sympatię (w końcu atakują tylko wojsko) i zaczynają być nawet postrzegani jako klasyczna partyzantka antykolonialna.
Macron od początku kadencji stara się namówić inne kraje europejskie do wysłania swych żołnierzy do Sahelu strasząc, że tamtejsi islamiści będą robić zamachy w Europie. Ma z tym pewien problem, bo lata mijają a oni akurat nie dokonali żadnego. Ponadto w Europie znana jest już jednak niechęć miejscowych do wszelkich obcych wojsk. Na razie zgodzili się tylko Estończycy: wysłali do pomocy Francuzom 50 żołnierzy, chyba bez przekonania ulegając argumentom, że francuskie samoloty w ramach NATO chronią ich przed Rosją, która wtrąca się do afrykańskich spraw Paryża.
Lewicowy kandydat na przyszłego prezydenta Mali, popularny lekarz Umar Mariko po szczycie w Pau wezwał głośno francuskich żołnierzy do powrotu nad Sekwanę. „Jesteście manipulowani, nie strzeżecie tu pokoju, tylko rozpętujecie wojnę, służycie tylko francuskiemu kapitałowi i nikomu więcej!” Na razie jednak Macron postanowił pozostać we „francuskim Afganistanie”, jak nazywają miejscowi wojnę w Sahelu, z pewnym smutnym fatalizmem.