Pożegnanie i powrót do Afryki

Nasza wiedza o tym kontynencie jest bardzo ograniczona, stąd wydarzeń, które mają tam miejsce albo nie rozumiemy, albo też pozostają poza naszym zainteresowaniem.

Amerykańskie, kultowe, filmowe melodramaty „Casablanca” z 1942 i „Pożegnanie z Afryką” z 1985 roku, kolejne o Tarzanie i polski „W pustyni i w puszczy” wg. powieści Henryka Sienkiewicza są jedynymi z niewielu obrazami Czarnego Lądu, znanymi naszym kinomanom. Dopełnienia tę wiedzę o Afryce, zapamiętany od dzieciństwa, wierszyk Juliana Tuwima o murzynku Bambo, „Chata wuja Toma” o niewolnikach z Afryki przywiezionych do Ameryki i „Faraon” Bolesława Prusa, też sfilmowany, acz tu bardziej idzie o dramaty władzy niż o Afrykę. Jeszcze Juliusza Słowackiego poemat o Beniowskim, jego władztwie na Madagaskarze, do której to idei w czasach II RP nawiązała powstała w 1930 roku Liga Morska i Kolonialna szukająca, poprzez posiadanie tej wyspy, potwierdzenia naszej mocarstwowej potęgi. W latach osiemdziesiątych wiedzę o ludach tam żyjących upowszechniał w swoich licznych i wysoko nakładowych książkach Bogdan Szczygieł – postać na kształt Arkadego Fiedlera – doktor nauk medycznych, pisarz, podróżnik, działacz społeczny, który przez wiele lat pracował w rożnych krajach Afryki. No i szlagier „Afryka dzika”, i to by było na tyle, poza lekcjami z geografii.

Przywitanie z Afryką,

mające miejsce już w XVI wieku, a jej pełny kolonialny podbój w XIX, wyrażało się ok.100 milionami niewolników wywiezionych na zachodnią półkulę i po dziś trwającymi, nie tylko dla gospodarki, negatywnymi skutkami. Kolonializm, kierując się rasistowskimi doktrynami o wyższości rasy białej i poszerzaniu cywilizowanego świata, eksploatował bez granic zdobyte terytoria i bogactwa, uciekając się często do okrucieństwa. Przed wybuchem I wojny światowej tylko dwa afrykańskie państwa były niepodległe, natomiast pozostałą część kontynentu podzieliło siedem europejskich potęg, w tym największe terytoria posiadały Francja i Wielka Brytania.

Pożegnania z Afryką

kolonialnych mocarstw miały nastąpić dużo później niż Karen Blixen, autorki książki „Out of Africa”, wg. której nakręcono wspomniany film, gdyż opuściła tamte ziemie już w 1931 roku. Proces dekolonizacji po II wojnie światowej, obejmujący także Azję, miał wiele przyczyn, do których zaliczyć należy nowy układ głównych sił politycznych na świecie, potępienie rasizmu i upadek ideologicznych uzasadnień kolonializmu, szereg ruchów wyzwoleńczych, wspieranych także, w różnej formie, przez ZSRR. Te rozstania przybierały często dramatyczny charakter jak np. algierska wojna o niepodległość trwająca w latach 1954-1962.

„Rok Afryki” –

tak nazywany 1960 – stał się przełomowym i symbolicznym, w którym aż siedemnaście byłych kolonii uzyskało niepodległość. Ten akt suwerenności niósł za sobą o wiele większe problemy niż te, z którymi zmierzaliśmy się w 1918 roku. Brak państwowych tradycji i powszechny niedobór wyspecjalizowanych kadr we wszystkich dziedzinach, konflikty terytorialne i plemienne, wynikające m. in. z ustalonych przez kolonizatorów granic opartych na zdobyczy, a nie na strukturze plemiennej ludności i wielowiekowej tradycji, masowe kryzysy uchodźcze, wreszcie potężne zapóźnienie technologiczne i gospodarcze. Na ten gordyjski węzeł problemów nakładał się, czasem krwawy, konflikt zasiedziałych kolonistów z miejscową ludnością, przybierający obraz starcia czarnych z białymi, ale także różnego rodzaju zamachy stanu, rządy dyktatorskie i rebelie.

Wychodzimy aby zostać,

to w największym skrócie idea neokolonializmu realizowanego w Afryce, sprowadzająca się do utrzymywania przez byłe państwa kolonialne związków oraz zależności gospodarczych i politycznych z byłymi koloniami, które uzyskały niepodległość. Niebezpieczeństwo tych działań polegało na ich celu, którym nie była pomoc nowym państwowym formom, ale interes ekonomiczny związany z dalszą eksploatacją miejscowych surowców naturalnych, bądź z zagwarantowaniem wpływów politycznych.

Przez minione sześćdziesiąt lat obraz Afryki zmienił się niewątpliwie na lepsze, neokolonialne wpływy osłabły bądź zastąpione zostały często przez monopole, niektóre z nowopowstałych państw bardzo się umocniły, także poprzez działalność Ruchu Państw Niezaangażowanych, ale zapóźnienie tego kontynentu, nawracajace fale głodu i wysoka śmiertelność, tragicznie niska stopa życiowa i nierozwiązane liczne problemy społeczne są nadal dominującą codziennością. Jednym z jej przejawów był, trwający zresztą nadal, wielki exodus uchodźczy i to nie tylko przecież z objętych wojną terenów Syrii.

Ten wstęp

o Afryce, ostatnio pozostawionej samej sobie, był konieczny aby odnieść się do licznych medialnych niepokojów dotyczących chińskiej obecności na tym kontynencie.

Chiny, te komunistyczne czy jakkolwiek inaczej je nazwać, cieszą się od lat przez zachodnie media niesłabnącym, czołowym miejscem na podium światowej krytyki. Dodać trzeba, że jednocześnie wyrażane są podziw i zdumienie z ociągniętej przez nie pozycji ekonomicznej, wielkie zainteresowanie gospodarczą współpracą z jednoczesną zazdrością i obawą o swoje interesy.

Prezydent Trump prowadząc wojny handlowo-wirusowe i pouczając Chiny w kwestiach demokracji sam, czego dowodem są aktualne protesty w USA, nie dostrzega belki w swoim oku, a szczególnie wszechogarniającej nierówności w Stanach Zjednoczonych. Natomiast obecna polska polityka, z założenia proamerykańska czyli antychińska, w sumie jest jak droga pijaka od płota do płota: to uwielbia Dalajlamę, to na odmianę prezentuje serdeczną rozmowę Andrzeja Dudy z Xi Jinping’iem. Podobny ton prezentuje, acz koniecznie z mocnym antychińskim wydźwiękiem, zamieszczony w „Gazecie Wyborczej” (23-24.05.2020) obszerny artykuł Sylwii Czubkowskiej pt. „Afryka na podsłuchu” z nadtytułem „Chiny biorą Czarny Ląd”.

Powrót do Afryki

Autorka pisze:
„Spragniona inwestycji Afryka z jej szybko rosnącą ludnością dostaje zastrzyk kapitału. Europa i USA oddychają z ulgą. A Chiny mogą tutaj inwestować i eksperymentować bez skrępowania.

Dla Angoli eksport ropy do Chin jest głównym źródłem utrzymania. Kenia ożyła dzięki miliardom z Pekinu zasilającym jej infrastrukturę. W zambijskiej Lusace Chińczycy budują lotniska, drogi, fabryki, posterunki policji i na potęgę pożyczają państwu pieniądze…

Ponad dwa łata temu w Pekinie rozpoczął się szczyt chińsko-afrykański, na który przybyło ponad 40 przywódców afrykańskich… na Afrykę czeka zawrotna suma 60 mld dol. …Chiny zadeklarowały w 2019 r. … 72 mld dol., czyli niemal tyle, ile łącznie zainwestowały USA, Wielka Brytania i Francja. Co więcej, dzięki chińskiemu kapitałowi w Afryce powstało blisko 140 tys. miejsc pracy…

Chińczycy Afrykę po prostu budują: drogi, linie kolejowe, osiedla, światłowody. Są dla kontynentu – z wynikiem ponad 200 mld dol. wymiany handlowej – głównym partnerem handlowym, którym jeszcze w 2013 r. była Unia Europejska…

Połowa moich rozmówców w Nigerii studiowała w Chinach. Liczba afrykańskich studentów na chińskich uniwersytetach wzrosła z 2 tys. w 2003 r. do ponad 80 tys. w 2018 r. To znacznie więcej niż na uczelniach USA czy Wielkiej Brytanii. A w ubiegłym roku Xi Jinping obiecał kolejnych 50 tys. stypendiów, w większości dla inżynierów i programistów.”

Przytoczone fakty

nie mogą jednak osłabić obowiązującego krytycyzmu autorki wobec chińskiej obecności w Afryce. Stąd polemizuje z pozytywnymi zachodnimi wypowiedziami na ten temat, a przede wszystkim próbuje chińską aktywność w Afryce dezawuować nazywając ją neokolonializmem. Dowolność terminologiczna rozmywa to pojęcie zaciemniając czas kolonializmu i przenosząc go do współczesności, a każdą zagraniczną aktywność ekonomiczną, w zależności od politycznych potrzeb, stygmatyzuje. Przypominając Sylwii Czubkowskiej, że to Chiny w XIX wieku były obiektem kolonialnych zabiegów i wpływów europejskich potęg, dodać należy, że w Afryce swoich kolonii nigdy nie posiadały.

Krytyczne wywody

pozbawione są elementarnych zasad logiki oraz równego z innymi traktowania Chin, bowiem:

europejskie ekskolonialne kraje oraz USA „odpuściły” Afrykę, może jak wyciśniętą cytrynę, z racji zbyt niskiej tu stopy opłacalności inwestowania, z powodu wielu problemów związanych z działalnością na tym terenie, małego jej znaczenia w obecnej politycznej grze światowych rywalizacji. Nie tylko w polityce zawsze tak bywa, że na porzucone pole wchodzi ktoś inny;

rosnąca ekonomiczna potęga Chin, poszukująca nowych terenów ekspansji i rynków zbytu, także przyjaznych sobie w tych poczynaniach kontaktów, odnalazła je na opuszczonej Afryce;

dla wielu afrykańskich państw chińska ekonomiczna obecność jest jedyną szansą zbliżenia się do standardów współczesnego świata, bowiem nikt inny im tego dziś nie proponuje;

oczywiście bez złudzeń – działalność Chin nie ma tu altruistycznego charakteru, ale gdzie on na świcie występuje? Zarzut robienia interesów i rosnących wpływów Chin w Afryce jest godny pożałowania, gdyż wszyscy inni, na innych obszarach, czynią to podobnie. Tym bardziej, że ich działania spotykają się z oczekiwaniem i miejscową akceptacją;

jeszcze śmieszniej brzmią argumenty o zagrożeniu chińską bazą wojskową na tym terytorium w porównaniu do setek amerykańskich baz, łącznie z Polską, na całym świcie;

natomiast w zdumienie przyprawia nie tylko tytuł tego tekstu i jego fragment dotyczący zamontowania przez Chińczyków podsłuchu w siedzibie Unii Afrykańskiej w Addis Abebie, tak jakby autorka nie wiedziała o podsłuchiwaniu europejskich przywódców przez ich amerykańskiego sojusznika. Ten m. in. problem ma w jej wyobraźni dezawuować, opłacalną dla obu stron, współpracę nie tylko gospodarczą.

Na koniec warto powtórzyć pytanie skąd się biorą setki tysięcy afrykańskich uchodźców dążących do lepszego świata. I dlaczego wcześniej nikt im nie przyszedł z taką pomocą aby nie musieli się wyprawiać w zbyt często ostatnią podróż swojego życia. A godna szacunku akcja humanitarna Unii Europejskiej nie była zapobieganiem przyczynom, a jedynie leczeniem skutków tej wielowiekowej afrykańskiej tragedii.

Afryka może liczyć tylko na siebie

W Afryce myśl, że oprócz „oficjalnej” – wziętej od cywilizacji Zachodu – wiedzy, jest także wiedza alternatywna, tradycyjna, jest powszechna. W świecie, w którym ubezpieczenia społeczne prawie nie istnieją, publiczna służba zdrowia jest fatalna i niedofinansowana, prywatna – podobna do tej, jaką znamy z Europy, a zatem oferująca usługi w zakresie leczenia wrośniętego paznokcia i niewiele ponadto, a na dodatek dostępna dla nielicznych, takie alternatywy jak znachor czy cudotwórca uzdrawiający za pomocą modlitwy są bardzo kuszące. Epidemia COVID-19 wyzwoliła takie praktyki na dobre.

Jak dotąd jednak oficjalne uznanie alternatywnych praktyk medycznych miała charakter epizodyczny. Odsunięty po 22 latach rządów prezydent Gambii Yahya Jammmeh, który – na wzór dawnych władców – chełpił się uzdrowicielskimi zdolnościami, opracowywał lecznicze mikstury i twierdził, iż potrafi leczyć nawet AIDS, przy czym szereg osób korzystających z jego specyfików (lub też przymuszanych do korzystania z nich) pochorowało się jeszcze bardziej, a nawet poumierało, stanowił w Afryce kuriozum i obiekt kpin. Nie inaczej było, gdy niegdyś południowoafrykański minister zdrowia Manto Tshabalala Msimang postanowił propagować leczenie AIDS za pomocą czosnku i buraków. Wówczas też nie było do śmiechu – w ocenie badaczy z Harvarda praktyki te skróciły życie 300 tys. ludzi, w tym jednak wypadku powody stosowania osobliwej terapii były odmienne – i dużo poważniejsze – niż fantazje odrealnionego gambijskiego satrapy, chodziło bowiem po prostu o dostępność nowoczesnej farmakologii dla której desperacko poszukiwano substytutu.
Pierwsze chyba wiadomości o opracowaniu afrykańskiego leku na chorobę wywoływaną przez COVID-19 przyszły z Senegalu. W afrykańskich sieciach społecznościowych w marcu pojawił się news, jakoby w Senegalu wyprodukowano i przetestowano lekarstwo o stuprocentowej skuteczności. Jak to bywa z fake newsami, obudowany był całym szeregiem uwiarygadniających informacji o tym, jak to senegalski minister zdrowia wysłał ów preparat do Chin, aby tam go stosować (był to okres, gdy największym ogniskiem epidemii na świecie był Wuhan), o tym jak chińscy eksperci potwierdzili jego skuteczność i zaczęli stosować, jak to dzięki temu patentowi Senegal miałby stać się potentatem farmaceutycznym… Wszystko to okazało się wyssaną z palca konfabulacją, podobnie jak kilka innych „wrzutek”. Przypadek preparatu malgaskiego jest jednak prawdziwy. Wyprodukowany przez Malgaski Instytut Badań Stosowanych ziołowy tonik istnieje naprawdę.
Wspomniany instytut działa od 1957 roku i specjalizuje się w badaniu środków opartych na tradycyjnym ziołolecznictwie. Założył go skądinąd znany malgaski biolog, Albert Rakoto Ratsimamanga. Instytut nie jest więc placówką szarlatańską – na przykład, opracowany w nim środek Magedlucyl jest dopuszczony do stosowania na Madagaskarze i w szeregu innych krajów i używany w leczeniu cukrzycy.
Z tego, co wiadomo on napoju pod nazwą CVO, nowym produkcie instytutu mającym zabezpieczać przed koronawirusem, jego głównym skłądnikiem jest wyciąg z artemizji – rośliny pochodzącej z Chin, sprowadzonej w latach 70. ubiegłego wieku i obecnie uprawianej na Madagaskarze – oraz innych substancji pochodzenia roślinnego. Podobnie jak lansowana między innymi przez Donalda Trumpa cholochinina, artemizja i produkowany z niej artemisinin ma udokumentowane działanie antymalaryczne i ta akurat jej właściwość jest powszechnie uznawana, choć WHO odradza jej stosowanie jako środka przeciwko malarii ze względu na jego niewielką skuteczność wobec innych znanych metod terapii. W promocję CVO włączył się jednak prezydent Madagaskaru Andry Rajoelina. W kwietniu ogłosił publicznie, że dzięki środkowi dwie osoby wyzdrowiały. Wkrótce potem oświadczył, że przeprowadzone zostały szeroko zakrojone testy potwierdzające skuteczność środka. Póki jednak wypowiadał się w kraju, pozostało to za granicą niezauważone, jednak 29 kwietnia, podczas wideokonferencji, w której uczestniczyło dziesięciu afrykańskich prezydentów i szefów rządów, postanowił ogłosić domniemany przełom na szerszym forum.
Pierwszy anons prezydenta Rajoeliny wywołał raczej konsternację. Koledzy prezydenci, nieprzygotowani na takie rewelacje, nie wyrazili wielkiego entuzjazmu, ale też – bo przecież dobry obyczaj nakazuje uprzejmie rozmawiać z równymi sobie – nie skrytykowali go otwarcie. Od tego był już tylko krok, aby CVO zaczął robić karierę międzynarodową.
Jako pierwsza zainteresowanie specyfikiem wyraziła Gwinea Równikowa i Gwinea-Bissau, które otrzymały wkrótce jego transport z Atananariwy. Próbki trafiły następnie do Liberii, za co jej prezydent George Weah wylewnie dziękował malgaskiemu koledze. Następny w kolejności był prezydent Tanzanii John Magulufi, który wprawdzie najpierw twierdził, że najskuteczniejszą metodą zwalczenia koronawirusa będą trzydniowe modlitwy, ale też złamał się i zapowiedział, że wyśle na Madagaskar samolot po cudowny lek. 2 maja o lek poprosiła Republika Kongo, zaraz potem Niger, wreszcie, w poniedziałek, 11 maja, nigeryjskie media doniosły, że prezydent tego kraju również nakazał sprowadzenie ładunku CVO.
Błyskawiczna kariera, jaką zrobił w skali kontynentu malgaski specyfik nie zasadza się jednak na żadnych konkretach. Badania, na które powoływał się prezydent Rajoeliny – nie przedstawiając zresztą żadnych konkretów, ale kto by śmiał wątpić prawdziwość słów prezydenta i oczekiwać, że ten by miał prezentować jakieś dokumenty – trudno nawet sobie wyobrazić. Według stanu oficjalnych danych na 13 maja na Madagaskarze odnotowano zaledwie 186 przypadków zachorowania na COVID-19, zatem na jakiej próbie takie badania by miały być przeprowadzane. Do środka bardzo sceptycznie odnoszą się również autorytety medyczne, nie mówiąc o WHO, która oświadczyła, aby nie popiera stosowania terapii przy użyciu CVO, zaleca co najwyżej używanie go pod ścisłym nadzorem lekarza i stanowczo odradza samodzielne leczenie. Wywołało to, rzecz jasna, oburzenie prezydenta Rajoeliny. „Czy chodzi o to, że skuteczny lek opracowano w Afryce? Czy gdyby powstał w Europie też byłby traktowany z takim sceptycyzmem? – pytał w wywiadzie, którego udzielił francuskiej stacji France24.
Skuteczność, a prawdopodobnie raczej jej brak, cudownego malgaskiego środka jeszcze będzie miała okazję się potwierdzić, pojawiają się jednak elementy świadczące, że to dopiero początek pewnego procesu. W ostatni wtorek Izba Reprezentantów Nigerii przyjęła uchwałę, w której mówi obliguje prezydenta i rząd, aby przestali się stosować do zaleceń WHO, a za to skoncentrowali się na wykorzystaniu rodzimych metod – CVO, ale nie tylko. Deputowani wręcz prześcigali się w wymienianiu, do kogo należy się zwracać. Według nigeryjskich prawodawców władze zignorowały jakoby informację, że skuteczny środek przeciwko koronawirusowi powstał w nigeryjskim Instytucie Zasobów Biologicznych kierowanym przez prof. Maurice Iwu. Skuteczne leki na COVID-19 jakoby także opracowało Biuro Medycyny Tradycyjnej Stanu Anambra, którego szefem jest wielebny Raymond Arazu i Fundacja Iris dr. Olisaha Ojeiha – tej ostatniej podobno zajęło to zaledwie 72 godziny. To tylko kilka z wymienionych kierunków, jakie deputowani postanowili wskazać rządowi w charakterze alternatywy dla propozycji WHO.
Jakkolwiek można powątpiewać, czy którykolwiek z tych środków może być skuteczny, bo nawet stosowanie ich w leczeniu niczego nie dowiedzie – wiadomo skądinąd, że znaczny odsetek zarażonych COVID-19 przechodzi chorobę bezobjawowo lub ze stosunkowo lekkimi objawami. Czy zatem wyzdrowienie takich pacjentów (z pozytywnym testem na COVID-19) mogłoby zatem stanowić jakikolwiek dowód na skuteczność zastosowanych specyfików? O ich skuteczności zdecydować mogą dopiero badania laboratoryjne i genetyczne, w tym zakresie jednak potencjał krajów afrykańskich jest niewielki. Można założyć, że oceny skuteczności działania ich podejmowane będą w najlepszym przypadku objawowo. Zgromadzenie przyjęło jednak taką uchwałę większością głosów, co samo w sobie wiele mówi – o czym poniżej.
Cała historia z entuzjazmem Afrykanów wobec możliwości rodzimych terapii nie może być wprost przyrównywana do – wydawałoby się mających podobny charakter – ruchów antyszczepionkowców czy negacjonistów. Oczywiście, ma on swoje korzenie w głębokiej wierze, że tradycyjna medycyna ma realny potencjał, w poczuciu, że wytwory afrykańskiej cywilizacji są traktowane przez świat rozwinięty w najlepszym przypadku z pobłażaniem, ale także ze świadomości, że kiedy przyjdzie co do czego, na efektywną pomoc tegoż świata rozwiniętego nie ma co przesadnie liczyć. Historia epidemii AIDS uzmysłowiła dobrze Afrykanom, że nie można się spodziewać, że koncerny farmaceutyczne zrezygnują ze swoich zysków. A zatem – nawet jeśli skuteczne lekarstwa i szczepionki na COVID-19 powstaną w europejskich czy amerykańskich laboratoriach, czy Afrykę będzie na nie stać? Czy Afrykanie tylko z odległości sobie będą mogli popatrzeć na to, że gdzie indziej są one dostępne.
Na obecnym etapie liczby zakażeń i zgonów wywołanych przez COVID-19 w poszczególnych krajach Afryki Subsaharyjskiej w porównaniu z Europą czy Stanami Zjednoczonymi są niewielkie, ale nie można tego brać za pewnik. Przede wszystkim sytuacja z dostępem do opieki zdrowotnej w państwach afrykańskich oraz jej realne możliwości powodują, że wykonuje się niewiele testów. Wielu chorych może nigdy nie zobaczyć lekarza. Część z nich może wyzdrowieć, część umrze, ale o zagrożeniu wiedzą wszyscy i boją się wszyscy. Tak zdarzyło się w związku z zastanawiającym wzrostem liczby pochówków w ubogich dzielnicach północnonigeryjskiego miasta Kano w pierwszych dniach maja. Nigdy nie dowiemy się, czy ich przyczyną był koronawirus, czy może coś innego. Na tle innych państw afrykańskich nigeryjska służba zdrowia jest i tak stosunkowo nieźle zorganizowana. Na razie zatem uważa się, że pandemia albo z jakichś powodów Afrykę albo omija, albo też dopiero nadejdzie, nie można jednak także wykluczyć, że już jest, tylko jej rzeczywistej skali nie widać.
Stosowanie metod opierających się na samoizolacji jest w państwach afrykańskich zarówno trudne do egzekwowania, bo uboższe warstwy ich społeczeństw – czyli w każdym przypadku znaczna większość populacji – żyje w takich warunkach, że nie ma fizycznej możliwości skutecznego stosowania się do nich. Samoizolacja, kwarantanna, dystansowanie społeczne, zawieszanie działalności gospodarczej ma destrukcyjny wpływ na gospodarki i społeczeństwa świata rozwiniętego. W Afryce, w której miliony ludzi żyją z dnia na dzień, oznaczać mogą całkowitą katastrofę. Lekarstwo może być straszniejsze od śmiertelnej nawet choroby. Po znacznie krótszym niż w Europie, około miesięcznym okresie stosowania się do tych wytycznych, większość państw afrykańskich zdecydowała się poluzować restrykcje, nawet za cenę wzrostu zachorowań. Jaką logikę mogą zatem przyjąć rządzący? Wydaje się, że za ich decyzjami, nawet i tymi, żeby dopuszczać do stosowania niesprawdzone środki, stoi brutalna pragmatyka i ponury realizm: że jeśli pandemia rozwinie się na kontynencie, jedynym wyjściem będzie pogodzić się, że część ludzi umrze, ale będzie trzeba zamieść to pod dywan. A żeby wykazać, że coś się w tej sprawie robiło – uciekać się do środków takich jak medycyna tradycyjna, co do których nawet samemu pewnie ma się wątpliwości. To bardzo odległe od dziecinnej, plemiennej naiwności, jaką skłonni są Afrykanom przypisywać Europejczycy obserwujący ich wybory.

W Afryce samoizolacja zabija gospodarkę

Koronawirus zniszczy gospodarki krajów afrykańskich – alarmuje Ahunna Eziakonwa, afrykańska dyrektor regionalna Programu Narodów Zjednoczonych na rzecz Rozwoju.

W najuboższych państwach świata drobny handel uliczny i usługi stanowił blisko połowę PKB. Teraz, gdy rządy ogłosiły ograniczenia w poruszaniu się i samoizolację, wszystko to przepadło.
Według dyrektor Programu Narodów Zjednoczonych na rzecz Rozwoju na Afrykę, Nigeryjki Ahunny Eziakonwy, pandemia koronawirusa może mieć dla kontynentu jeszcze bardziej opłakane skutki, niż dziesiątkujące jego mieszkańców choroby takie jak Ebola. Zatrzymanie importu i eksportu zagranicznego, wdrożenie zasad społecznej izolacji i ograniczeń w poruszaniu się praktycznie zamroziło poszczególne gospodarki. Znikają miliony miejsc pracy, bez żadnego źródła utrzymania zostają ludzie, którzy do tej pory i tak zarabiali tyle, by przetrwać z tygodnia na tydzień.
Ponad połowa państw afrykańskich zdecydowała się na różne obostrzenia: zakazy podróżowania, godziny policyjne, nakaz pozostawania w domach (dla tych, którzy domy mają). Nie działa transport lotniczy. W części krajów zakazy gromadzenia się i przebywania w przestrzeni publicznej bez „absolutnie ważnego” powodu praktycznie zmiotły uliczne targowiska, na których handlowano wszystkim, co możliwe, zabrały zajęcie taksówkarzom i rikszarzom, skasowały miejsca pracy w gastronomii. Zniknęła turystyka. Tymczasem np. w Ugandzie sektor drobnego handlu i nieformalnych usług odpowiadał za 50 proc. PKB. Afrykańskie państwa na hasło „pomoc dla obywateli tracących pracę” rozkładają tylko ręce. Tymczasem ludziom grozi, zupełnie dosłownie, głód.
Premier Etiopii Abij Ahmen zaapelował do państw grupy G20 o specjalny pakiet ratunkowy dla państw afrykańskich w wysokości 150 mld dolarów. Ministrowie finansów z kontynentu chcą również, by zamrozić na czas pandemii spłatę 44 mld afrykańskich długów. 20 państw Afryki zwróciło się już do Międzynarodowego Funduszu Walutowego z prośbami o pożyczki. Na razie zatwierdzono te dla Senegalu i Gwinei.
Dopływ pieniędzy to jednak nie wszystko – w wielu afrykańskich państwach usługi publiczne praktycznie nie istnieją, a służba zdrowia funkcjonuje głównie dla zamożnych. Korupcja i przejadanie pieniędzy z podatków przez lokalne elity od lat przyczyniają się do konserwowania nierówności i nędzy – teraz może być tak samo.

Afrykański Adolf Hitler, czyli Sahel i wojna

O europejskich konsekwencjach napadu NATO na Libię w 2011 r. wszyscy chyba słyszeli: rozwój dżihadyzmu w tym kraju rozdartym wojną do dzisiaj i niebywały kryzys migracyjny, który, oprócz kaskady ludzkich dramatów, przyczynił się do kariery politycznej skrajnej prawicy a naszym kontynencie. Ale skuteczne zlikwidowanie państwa libijskiego przez Sojusz Północnoatlantycki przyniosło też tragiczne konsekwencje dla samej Afryki, szczególnie zachodniej. O tym mówi się dużo mniej.

Napis „Precz z polityką francuską w Afryce” z portretem prezydenta Emmanuela Macrona jako Hitlera mógłby świadczyć, że były bankier jest tam znienawidzony bardziej nawet niż we Francji, lecz w krajach Sahelu nie robi się sondaży na ten temat. W każdym razie, na manifestacjach w Bamako, Niamej i Wagadugu od wielu miesięcy można przeczytać na transparentach rzeczy dość szokujące – że Francuzi popełniają „ludobójstwo w Sahelu”, albo że np.„Francja to terroryści” i wszędzie widać to „precz”.
Sahel jako pojęcie geograficzne jest szersze niż jego sens polityczny: konkretnie obejmuje pięć dawnych francuskich kolonii, które w ubiegłym wieku stały się półkoloniami – Mauretanię, Mali, Czad, Niger i Burkina Faso. Nazwy te niewiele Polakowi mówią, ale razem te kraje dają obszar sporo większy od Unii Europejskiej. W niecałe dwa lata po rozbiciu Libii przez NATO (z czołowym udziałem Francji), Paryż był zmuszony wysłać do Sahelu dodatkowe tysiące żołnierzy, bo kryminalny wyczyn NATO (110 tys. zabitych i zniszczenie niemal całej infrastruktury cywilnej) zdestabilizował cały region.
W Libii od razu zaczęła działać na całego Al-Kaida Maghrebu Islamskiego (AKMI), a gdy dżihadyści opróżnili pozbawione ochrony libijskie magazyny broni, zaczęli wraz z nią roznosić swe idee po całej Saharze i na południe od niej. Ale to właśnie francuscy żołnierze, wysłani nagle do „walki z terroryzmem”, są głównym celem nieprzychylnych napisów na transparentach.
Nowy zasięg dżihadu
Kraje Sahelu to czołówka światowego ubóstwa. W zasadzie wszystkie mają różne mineralne bogactwa pod ziemią, lecz nie mają środków, by je wydobywać. W takim Nigrze, gdzie bieda aż piszczy, Francuzi wydobywają w wielkich kopalniach np. uran, którym dzielą się z Amerykanami (pilnują go zresztą armie obu tych mocarstw), ale obywatelom Nigru niewiele to daje, jeśli odliczyć miejscowe władze, zwykle dobrze opłacone. Ale nie chodzi nawet o minerały. Francuska oligarchia jest tak przyzwyczajona do wyzysku Afryki, że traktuje ją jak swój ogródek. Francuski bank centralny kontroluje finanse aż 14 byłych kolonii w regionie – ich waluty zostały podpięte bezpośrednio pod euro, a tak silna waluta w tak ubogich krajach nie daje szans na rozwój.
Ludność Sahelu ciągle korzysta więc z pustynnego przemytu. Arabowie, Tuaregowie i pustynne plemiona nomadów przewożą z portów Maghrebu na drugą stronę Sahary wiele tanich towarów, ale przemycają też broń z Libii i wysyłają do Europy afrykańskich emigrantów oraz południowoamerykańską kokainę lądującą spokojnie w atlantyckich portach Afryki. Natowska likwidacja państwa w Libii była jak rozbicie banku – wzmogła ten przemyt do nigdy nie widzianych rozmiarów i pozwoliła świeżym, mocno uzbrojonym i zorganizowanym dżihadystom z Libii opanować tradycyjne szlaki handlowe na południe.
Właściwie, kiedy w Mali lądowały pierwsze dodatkowe jednostki francuskie, w styczniu 2013 r., na pustynnej północy kraju było tylko kilka obozowisk AKMI, kilka okupowanych przez nią miejscowości, ale im więcej Francuzów przybywało, tym bardziej rosła siła dżihadu. Po dwóch latach powstało Państwo Islamskie Wielkiej Sahary (PIWS), które dziś dzieli swe wpływy w Sahelu z Grupą Poparcia Islamu i Muzułmanów (GPIM), zależną od Al-Kaidy. Pustynna wojna nabrała tempa.
Początek niechęci
Francuska operacja, zwana z początku „Serval” (dziś „Barkhane” – „pustynna wydma”) miała trwać tylko 6 miesięcy.
W 2013 r. Francuzi szybko odbili miasteczka zajęte przez dżihadystów, co przyniosło im szacunek Malijczyków. Ale saharyjska pustynia to gigantyczny obszar, a z Libii ciągle nadchodziła broń i posiłki. Przemytnicze połączenie z Nigerią pozwoliło wzmocnić tamtejszych bojowników dżihadu z Boko Haram, ale przede wszystkim utrzymywało buntowników Sahelu. Francuzi wybrali sobie za sojuszników Tuaregów, saharyjskich przemytników „od zawsze”, dla których nowi przemytnicy-dżihadyści byli niepożądaną konkurencją handlową.
Problem w tym, że Francuzi, odbiwszy miejscowości północnego Mali, zabronili malijskiemu wojsku wrócić na te tereny. Inaczej mówiąc, stanęli po stronie Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu (NRWA), złożonego w znacznej części z byłych żołnierzy przywódcy Libii Muammara Kaddafiego. Azawad to nazwa środka Sahary i wymarzonego przez część Tuaregów własnego państwa. Miałoby sie ono znajdować właśnie w północnym Mali, jeśli na mapie przeciąć ten kraj w najwęższym miejscu. Oczywiście czarne, osiadłe ludy malijskie z południa nie chcą oddać pustynnej części swego kraju, tym bardziej, że pod piaskiem północy znajdują się nie eksploatowane złoża ropy. Podejrzewają, że chcą na ich położyć rękę francuskie koncerny, w zmowie z Tuaregami.
Pif-paf
Po siedmiu latach zbrojnej obecności Francuzów, jak i wojsk ONZ, w Mali, Nigrze i Burkina Faso nastroje antyfrancuskie sięgają szczytu. Do tego stopnia, że przypisuje się Francuzom już nie tylko kolonialne nadużycia (nie traktują miejscowych z przesadnym szacunkiem), ale nawet ciche popieranie dżihadystów. W dwóch pozostałych krajach Sahelu – Czadzie i Mauretanii – panuje relatywny spokój, lecz tam jest najmniej wojskowych. Ludzie na ogół nie mogą uwierzyć, że obecne w Mali i Nigrze armie (francuska i amerykańska) nie są w stanie pokonać ubogiego sahelskiego dżihadu, mimo gigantycznej przewagi technologicznej.
Jak wygląda typowa rzeź? Obie organizacje islamskie – PIWS i GPIM – działają identycznie: mianowicie chmara mężczyzn na wiekowych motorowerach, uzbrojona w polibijskie kałasznikowy, podjeżdża pod bazę lokalnego wojska w Nigrze, Mali lub Burkina Faso, wdziera się do środka i otwiera ogień. Do tej pory nie było przypadku, by regularne wojsko wygrało taką bitwę. Niby Francuzi i Amerykanie, którzy nigdy nie padają ofiarą takich ataków, szkolą lokalne armie, ale wojska te są jedynie symboliczne, zupełnie nieoperacyjne, salwujące się zazwyczaj ucieczką, jeśli to możliwe. Jeśli nie, po prostu giną. Zdarza się zresztą nierzadko, że nie mają ani broni, ani amunicji, a ćwiczą się wołając „pif-paf!”: celują w przestrzeń suchymi kijkami.
To przez Putina!
Na 13 stycznia, w siódmą rocznicę wysłania wojsk francuskich do Sahelu, prezydent Macron wezwał prezydentów pięciu państw do pirenejskiej miejscowości Pau, gdyż tam akurat jeździł na nartach. W przeddzień doszło do rutynowego ataku PIWS na bazę wojskową w Nigrze (89 zabitych żołnierzy, koło setki rannych). Ale Macron się zdenerwował, bo doszły doń słuchy, że nawet wśród władz krajów Sahelu rośnie niechęć do jego administracji, co jest przecież niedopuszczalne. Owszem, rządy francuskie są przyzwyczajone, że w ich półkoloniach ludność nie lubi władz popieranych przez Paryż, ale same te władze powinny być grzeczne. Zasugerował z miejsca czarnym prezydentom, że wie skąd się biorą antyfrancuskie nastroje w Sahelu: to przez knucie Putina!
Już w zeszłym roku zaskoczeni Francuzi dostrzegli, że na ich podwórku, w pogrążonej w nędzy Republice Środkowoafrykańskiej pojawili się Rosjanie. Nie, nie żadne wojsko: dyplomaci, doradcy, ekonomiści, którzy zaczęli składać miejscowym podejrzane propozycje rozwojowe. A teraz w stolicy Mali Bamako, w stolicy Nigru Niamej i w Wagadugu (Burkina Faso) na antyfrancuskich manifestacjach pojawiają się transparenty pochwalające współpracę z Rosją. Zdaniem Macrona manifestanci zostali opłaceni przez Rosjan.
I to jest jak najbardziej możliwe, ale grają tu co najmniej jeszcze dwa czynniki: z jednej strony ZSRR zostało zapamiętane jako kraj, który w ubiegłym wieku pomagał w próbach wyzwolenia się z kolonializmu, a z drugiej, Afryce imponuje decydująca rola Rosji w pokonaniu dżihadystów z Syrii, podczas gdy z Amerykanami i Francuzami „zaraza” w Sahelu rośnie, a w piasek wsiąkają potoki krwi.
Podpisać tu!
Macron podejrzewający ukrytą nielojalność „swoich” prezydentów postawił sprawę jasno: każdy ma podpisać oświadczenie, że pragnie obecności francuskiej armii, dodał zresztą, że dośle tam jeszcze trochę żołnierzy. Niektórzy drapali się w głowę, ale oczywiście podpisali. Nazywało się to „Szczyt G-5 Sahel”. Już sama nazwa wydała się wielu Afrykanom kpiną, bo co tu porównywać do G-7, czy G-20… Poza tym młody Macron sztorcował starszych wiekiem, co w Afryce nie uchodzi. Jego postawa właścicielska raczej nie poprawi antyfrancuskich nastrojów. W Pirenejach Macron na głównego wroga wyznaczył Państwo Islamskie Wielkiej Sahary, co przejęło niepokojem lokalnych polityków, gdyż może PIWSowi dostarczyć nowych zwolenników. Na wsiach owi dżihadyści już znajdują sympatię (w końcu atakują tylko wojsko) i zaczynają być nawet postrzegani jako klasyczna partyzantka antykolonialna.
Macron od początku kadencji stara się namówić inne kraje europejskie do wysłania swych żołnierzy do Sahelu strasząc, że tamtejsi islamiści będą robić zamachy w Europie. Ma z tym pewien problem, bo lata mijają a oni akurat nie dokonali żadnego. Ponadto w Europie znana jest już jednak niechęć miejscowych do wszelkich obcych wojsk. Na razie zgodzili się tylko Estończycy: wysłali do pomocy Francuzom 50 żołnierzy, chyba bez przekonania ulegając argumentom, że francuskie samoloty w ramach NATO chronią ich przed Rosją, która wtrąca się do afrykańskich spraw Paryża.
Lewicowy kandydat na przyszłego prezydenta Mali, popularny lekarz Umar Mariko po szczycie w Pau wezwał głośno francuskich żołnierzy do powrotu nad Sekwanę. „Jesteście manipulowani, nie strzeżecie tu pokoju, tylko rozpętujecie wojnę, służycie tylko francuskiemu kapitałowi i nikomu więcej!” Na razie jednak Macron postanowił pozostać we „francuskim Afganistanie”, jak nazywają miejscowi wojnę w Sahelu, z pewnym smutnym fatalizmem.

Księga Wyjścia (42)

Ballada jak „DT” zdobyła serce Afryki. I jak nie dać się zabić polskiemu myśliwemu.

To bardzo miłe gdy wolontariusze fundacji Edu Afryka przysłali mi film, na którym zarejestrowali jak dzieci w Beninie oglądają zdjęcie swoje i swoich prac, które było w jednym z odcinków Księgi wyjścia. Oprócz tego dostałem zdjęcie, gdzie pięknie oprawiona, w antyramach gazeta z tym felietonem i zdjęciem, zdobi świetlicę fundacji i dzieciaków. Mogę więc śmiało napisać, że Dziennik Trybuna zapuścił trwałe korzenie na kontynencie afrykańskim. A ja miałem w tym swój udział.
To wprawdzie drugi mój felieton w tym roku, ale w pierwszym chyba nie podzieliłem się wrażeniami ze świąt i nowego roku. Po kilku miesiącach ankietowania podwarszawskich gmin, dotarłem do swojego mieszkania, poczułem się jak na ekskluzywnych wczasach. Wśród własnej „patologii”, jaką teraz podobno są książki, przed własnym telewizorem, we własnym łóżku i z dala od ludzi, byłem szczęśliwy, że mogę spać, czytać, oglądać czyli zająć się tym, co naprawdę lubię.
„Widmo krąży nad Europą”. Może nie widmo i nie nad całą Europą, ale po pierwsze, szykuje się bezzasadna rzeź dzików w Polsce. Sejm proceduje ustawę zakazującą spacerów podczas polowań, zgroza, pójdę na grzyby i mogą mnie bezkarnie odstrzelić, tylko dlatego, że nie zobaczyłem kartki z napisem polowanie, którą myśliwi powiesili z drugiej strony lasu i w gablotce Urzędu Gminy. Po drugie kolejny tydzień leżę przykuty do łóżka. To chyba wystarczy, by mieć wrażenie krążącego widma. Być może gdyby nie moja niefrasobliwość, wychodziłbym już powoli z tej zarazy, która mnie dopadła. Ale przez kilka nieprzemyślanych ruchów, sam zrobiłem z siebie niewolnika łóżka i kołdry. A mimo pierwotnego zachwytu, jest to naprawdę coś fantastycznego jeśli jesteśmy zdrowi i z wściekłością zerkamy na kalendarz, że niebawem trzeba będzie opuścić ciepłe gniazdko tej „patologii” i ruszyć dalej spisywać kominy. Naprawdę trudno zadowolić człowieka.
Czuję się wielokrotnie gorzej niż przed tygodniem, gdy już wtedy pisałem że mnie rozłożyło. Ponieważ jestem na etapie w którym miesza mi się jawa z fikcją, jest to jeden z najtrudniejszych felietonów, z jakimi miałem okazję się w Dzienniku Trybuna zmierzyć. Piszę więc krótkimi akapitami w równie krótkich przebłyskach świadomości. Poczucie obowiązku i punktualność, to moje dwa natręctwa. Bardzo uciążliwe, dlatego zamierzam jak co tydzień oddać felieton do redakcji o czasie. Antybiotyk skończył mi się w sobotę, zadowolony i pewny uzdrowienia i współczesnej medycyny, pojechałem tego samego dnia do Lublina na moją terapię związaną z innymi przypadłościami. Akurat trafiłem na deszcz, a że nie wziąłem parasolki, to oczywiście zmokłem. Wciąż ufając w magiczną moc antybiotyku następnego dnia, czyli w niedzielę pojechałem do Warszawy, by w poniedziałkowy poranek zawitać do Halo.Radio, gdzie miałem wystąpić z samego rana jako gość. Zależało mi bardzo na tym by wziąć udział w tej audycji, ale gdy potem ją obejrzałem, to chyba lepiej gdybym nie jednak nie pojechał w tym stanie. Wiem, wiem było dużo głosów, że wyszło super, ale mam poczucie, że wyszedłem na totalnie nieprzygotowanego. Mimo, że starałem się nie pogubić w notatkach, to i tak wyglądało to jakby Romek Kurkiewicz był gościem, a ja jedynie mu przytakiwałem. Za przecenienia swoich sił najmocniej, tych co oglądali najmocniej przepraszam. Nie powiedziałem połowy tego co zamierzałem, chociaż prowadzący wielokrotnie dał mi tę możliwość. Nie powiedziałem o problemach polskiej psychiatrii, ośrodkach uzależnień, nie wspomniałem co było bardzo ważne, kto tak naprawdę odpowiada za śmierć pasażerów ukraińskiego samolotu, który wystartował z Teheranu. Ale skoro przy tym jestem, a słowa te nie padły na antenie, to tutaj je napiszę. Postawcie się na chwilę w sytuacji irańskiego dowódcy obrony rakietowej, albo wyobraźcie że zamach ten miał miejsce na lotnisku gdzieś w Polsce. Kilka godzin wcześniej obcy kraj – bez uprzedzenia, bez wypowiedzenia wojny, zgody ONZ, ani żadnej konsultacji – przeprowadził zamach rakietowy. Dokładnie taki sam jak zamachowcy samobójcy z pasem Shahida. W pewnym momencie zaczynają lecieć bomby. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Ginie w nich jeden z generałów.
Zanim ucichło echo, na niebie znowu coś się pojawia. Dowódca obrony ma sekundę, może pół na podjęcie decyzji co ma zrobić. Obiekt jest nad stolicą. Jaką byście podjęli, wiedząc, że przed chwilą podstępnie Was zaatakowano? Jaką decyzję może podjąć dowódca odpowiedzialny za obronę miasta? Przypomnę, na decyzję ma kilkadziesiąt sekund. Oczywiście, można mieć pretensje do Iranu, że nie zamknął przestrzeni powietrznej, ale oni byli w szoku, gdyby Ameryka, wypowiedziała wojnę, to wtedy ten zarzut byłby zasadny.
A w tej sytuacji odpowiedzialność za to, że ten samolot wystartował rozmywa się pomiędzy przewoźnika, międzynarodowe agencje oraz Iran. Krew tych ludzi, którzy zginęli ma na rękach Trump. I tego też nie powiedziałem.
Po programie, mieliśmy z dawną ekipą, ponownie zająć się spisywaniem kominów. Przynajmniej taki był plan, by wrócić do przerwanego przed świętami zajęcia. Okazało się, że wszyscy z którymi współpracowałem również leżą wyłożenie tym afrykańskim pomorem świń i nie było wyjścia, przełożyliśmy pracę o tydzień. Jeśli nie dojdziemy samodzielnie to grupa myśliwych podobno skutecznie leczy tę chorobę, którą ponoć sami też umiejętnie aplikują, by mieć pretekst do zorganizowania obławy.
Może to zwykły fejknews, bo trudno uwierzyć, że ludzie są aż tak perfidni, by specjalnie zarażać swoje świnie, żeby potem mieć pretekst strzelania do bezbronnej zwierzyny. Sam jestem zapalonym strzelcem, uwielbiam broń, zwłaszcza krótką, ale korzystam z niej tylko w odpowiednich do tego miejscach, a celem nigdy nie jest żywa istota, tylko tarcza, poper – blaszana sylwetka, plastikowe butelki czy zwykła zabawa z lotkami na koncesjonowanej strzelnicy z daleka od siedzib ludzi i leśnych zwierząt.
Trochę odbiegłem od głównego wątku, ale być może przekonam kogoś, że można doskonale bawić się bronią, mało tego, kupić tego czarnoprochowca, co daje jeszcze więcej frajdy, zwłaszcza gdy wystrzałowi towarzyszy półmetrowy płomień wylatujący z lufy tuż za pociskiem. Niedawno pisałem jak taką broń legalnie można kupić. Bez jakiegokolwiek pozwolenia czy choćby rejestracji. Odkryłem też przypadkiem, całkiem niedrogie i bardzo zgrabne rewolwery polskiej produkcji, tylko wykonane z bardzo topornego materiału przypominającego żeliwo. Choć to nie repliki, również nie potrzeba mieć zezwolenia, a strzelają amunicją 0.38 czyli 10 mm. W oryginale ładuje się je krótkimi ślepakami, ale między pociskiem, a nabojem inicjującym jest tak duża przestrzeń, że spokojnie może być używany jako czarnoprochowiec.
Ciekawe czy po tej informacji nie będę miał problemów karnych, mimo, że tylko publicznie napisałem to, co każdy kto to trzymał go w rękach od razu zauważył. Nie ryzykowałbym jednak z przesadnym sypaniem prochu, bo nie znam wytrzymałości bębenka. Poza tym, bez specjalnego zezwolenia, ten stary, czarny proch jest w Polsce teoretycznie nielegalny, w przeciwieństwie do współczesnego prochu nitro, który można sobie wydłubać i wysypać z tych dłuższych ślepaków, które już można kupić bez żadnego zezwolenia w każdym sklepie z bronią czy na stoiskach bazarowych.
Ciekawe ile osób zapamiętało szczegóły kupna i całej tej kombinacji, z kupnem , a ile dlaczego nie warto tego robić. To taki eksperyment, jakie informacje przyjmuje nasz mózg, a jakie odrzuca. Ale i tutaj nie będę się powtarzał.
Tak czy inaczej myśliwi znają się na tej czy innej chorobie jak mało kto. Gdy człowiek leży w malignie i naprawdę przeżywa męki, to nie zastanawia się skąd się to przyplątało, i kto może pomóc. Myśliwi twierdzą, że oni. Ja jednak wolałem ponownie odwiedzić lekarza.
We wtorek, słaniając się już na nogach, wyruszyłem do swojej przychodni i swojego lekarza rodzinnego. Zawsze chodzę do tego samego, przez co wizyty się przedłużają, ale doskonale wie z czym się zmagam, jakie leki mogę brać, a jakich mi nie wolno. Gdy zobaczył nazwę antybiotyku, który dostałem tydzień wcześniej był przerażony, to podobno jakiś najmocniejszy specyfik i nic dziwnego, że ledwo chodzę. Dostałem całą masę witamin i elektrolitów, by naprawić jakoś spustoszenie jakie ów lek wywołał. A potem jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. Nie mógł uwierzyć, że najbardziej krwawym konfliktem zbrojnym XX wieku była wojna Iracko Irańska. Pospieraliśmy się na ten temat przez dobrą chwilę i wróciłem do domu uzbrojony już w odpowiednie leki, które powinny mnie teraz wyleczyć ze skutków tego antybiotyku.
Ufam mojemu lekarzowi rodzinnemu, więc jestem przekonany, że to ostatni tydzień męki. A wracając do broni. Jeśli faktycznie wejdzie w życie ustawa forsowana przez lobby łowieckie, czyli ta o zakazie spacerów w lasach, w których myśliwi zamierzają dokonywać rzezi nazywanej przez nich sportem, odszczekam to co pisałem na temat wyrzucania broni i w kolejnych odcinkach będę pisał w jaki sposób w miarę tanio i skutecznie uzbroić się na spacer. Nie dajmy się im pozabijać. Tak naprawdę afrykański pomór świń jest świetnym pretekstem, by w przypadku postrzelenia spacerowicza, który nadszedł z innej strony niż wisiały ogłoszenia, lub nie zna polskiego, myśliwy nie poniósł żadnych karnych konsekwencji. To nie jest ustawa chroniąca obywateli, to ustawa, która zapewnia bezkarność myśliwemu, który zastrzeli zbłąkanego w lesie czlowieka. Argument, z tym afrykańskim pomorem naprawdę jest dęty. wszystko wskazuje, że ustawa ta jednak przejdzie. Mam jeszcze jeden pomysł, by uchronić zwierzęta. Pisałem wcześniej, że lepiej je wypłoszyć je z miejsca kaźni, niż pozwolić wystrzelać żądnym krwi leśnym mordercom. Można to zrobić bez spacerowania po lesie i bez łamania przepisów. Wystarczy, że przeciwnicy polowań i jednocześnie posiadacze dronów wyślą swoją eskadrę nad planowanym łowów. A każdy dron zostanie uzbrojony w głośnik i nadając na full disco polo jakieś 20 minut przed hasłem darz bór i trąbką rozpoczynająca polowanie. Drony będą sobie latać i uprzyjemniając myśliwym spacer po lesie. Spacer, bo oprócz dżdżownic już tam zwierzyny nie znajdą.

Księga wyjścia (32)

Ballada o wschodzie słońca nad Beninem

Słońce Beninu czy Togo zatrzymane na rysunku dziecka. Dziecka, które pierwszy raz w życiu trzymało w rękach kredki czy farby. Do tego zdjęcie młodego autora i jego pierwszego dzieła. Takie obrazy oferuje fundacja Edu Afryka. Fajnie byłoby mieć coś takiego, oprawionego w ramy na ścianie. Wystarczy skontaktować się z fundacją i omówić szczegóły, jeśli ktoś ma ochotę pomóc i zostać donatorem, przekazać saszetkę ryżu z jabłkami i cynamonem zapraszam pod adres:
www.eduafryka.org
lub:
www.facebook.com/eduafryka/
Niektóre rysunki są przeurocze, świeże, nieskażone żadnym wzorem, kopią innych malarzy. To prawdziwe obrazy serca, dzieła nieinspirowane wskazówkami dorosłych.
To tak na początek. Piszę o tym, bo będąc w Warszawie zjadłem ryż z jabłkami i cynamonem, taki instant, a okazało się, że koleżanka zbiera takie produkty dla dzieci Beninu. Zrobiło mi się głupio i pomyślałem, że w zamian o tym napiszę. Może ten zjedzony przeze mnie ryż przyniesie jakąś korzyść. Nie apeluję do tych, którzy zachwycają się pierścionkiem z diamentem, brylantem lub figurką z kości słoniowej. Tacy wyeksploatowali już Afrykę i pewnie cieszą się, że kosztem tych dzieciaków, było to zawsze taniej. Ale kieruję apel do zwykłych ludzi, którzy wiedzą, czym jest głód, i jak może się czuć głodne dziecko. Zazwyczaj jestem przeciwnikiem fundacji, bo zwykle zarabia na niej sztab ludzi. Nie w tym przypadku. Po prostu – wiem, jak to wygląda, bo gdy koleżanka leci tam (na własny koszt), wioząc w walizce dobra typu ryż z cynamonem, to czasami pilnuję jej kota. Na miejscu jest też grupa, która postanowiła tam zamieszkać i pomagać na co dzień.
Tyle na początek, teraz mogę przejść do krajowej polityki. Skończyły się wybory i nastał powyborczy chaos. Ktoś wygrał, ktoś przegrał, odeszło jedno chamstwo, przyszło inne. Jeżeli ktoś sądzi, że piszę o pani poseł Pawłowicz i nowej posłance Klaudii Jachirze, to się nie myli.
Dziennikarze, publicyści i komentatorzy na wyścigi próbują tworzyć przyszłe scenariusze. Wprawdzie wygrał PiS, ale opozycja ma większość w Senacie, a wśród niektórych euforia, bo „lewica” w parlamencie. Tak sobie myślę, że wcale PiS tej większości nie ma, przecież Gowin już nie musi głosować „za” i się nie uśmiechać, tych osiemnastu smutnych posłów może przechylić szalę i wynik głosowania będzie inny niż prezes zaplanował.
Nie oznacza to jednak, że zyska na tym społeczeństwo. Gowin reprezentuje skrajnie wolnorynkową, kapitalistyczną prawicę i jeśli coś zablokuje, to ustawę chroniącą pracowników. „Lewica” wygląda jak z reklamy Ferrari, lub przynajmniej BMW. Gdyby nie nazwa, to pomyślałbym, że to syte koty z górnej półki klasy średniej. Dopóki nie będzie tam Ikonowicza, lub kogoś, kto naprawdę zna ludzkie problemy, to coś jest jedynie produktem lewicopodobnym, z lekką niepełnosprawnością.
Chrzanić to, wybory się nie sprawdzają. To jedynie spektakl, który zaspokaja ambicje aktorów. Czy ich chcemy, czy nie. Reżyser D’Hondt tak to wymyślił, że mamy znikomy wpływ na obsadę tego cyrku. Dla własnego zdrowia psychicznego i poprawnych relacji społecznych sugeruję, by nie przejmować się specjalnie „ICH” problemami.
Ponieważ w Polsce każdy zna się na medycynie i polityce, nie wchodźmy w ich kompetencje. Zajmijmy się reumatyzmem, albo rwą kulszową. Przynajmniej, jeśli potrafimy wznieść się ponad te wynurzenia.
Oczywiście, metoda D’Hondta jest najgorszym na świecie sposobem liczenia głosów i podziału mandatów, jednak to najwygodniejszy system dla samych polityków. Dlatego nigdy go nie zmienią. Najwygodniejszy dlatego, że zgodnie z biblijną tezą, bogatemu będzie dodane, a biednemu – zabrane, eliminuje mniejsze ugrupowania, czym ułatwia tworzenie rządu. Co z tego, że jest kilku posłów lub senatorów, którzy reprezentują poglądy zbliżone do moich? Jeśli nawet ich wyręczę i napiszę gotowy projekt ustawy, dam do ręki, a oni tylko złożą go w Sejmie, to ma szanse przejść? Czy samotny poseł pomoże mi w zablokowaniu eksmisji mojego kolegi J.? Odpowiedź brzmi nie. Dlatego sytuacja, w której lewica ma czterdzieści kilka mandatów, powinna cieszyć jedynie tych, co się tam dostali i ich rodziny. Zamierzam, jak zawsze, udać się na emigrację wewnętrzną i tylko czasami podstawiać nogę lub sypać piasek w tryby rządzących. Z sąsiadami rozmawiać o pogodzie i zająć się naprawdę ważnymi sprawami. Czasami pewnie zderzę się z „grupą sprawującą władzę”, ale tylko od mojego sprytu będzie zależało, czy uda się osiągnąć cel. Jedyne co cieszy, to fakt że skończy się jedynowładztwo Kaczyńskiego i nie wykluczałbym rozpadu tego bloku.
Przerost ambicji Ziobry i umiarkowana niechęć Gowina, który czuje obciach, wcale nie gwarantują stabilnych rządów. To dobra wiadomość, dla innych dawnych członków PiS, którzy teraz są w Platformie, a kiedyś wszyscy z nich byli w ZCHN i jeździli z ryngrafem do Pinocheta.
Tym razem poddam się w pełni pracy literackiej. Wraz z grupą autorów postanowiliśmy założyć spółdzielnię wydawniczą. Każdy, kto zajmuje się pisaniem, musi mieć jakieś inne źródło dochodu, bo inaczej nie ma szans na pisanie. Nie znam autora, którego wydawnictwo nie oskubało. Często jest tak, że sami płacimy za druk, wydawca zajmuje się jedynie dystrybucją, a z każdej książki, która kosztuje w księgarni 50-60 złotych, autor dostaje 3-4, albo wcale. Nie ma wglądu w wykaz sprzedanych egzemplarzy, nie wie, ile książek wydawnictwo wydrukowało. I często, zarywając noce i nie dojadając, przechodzi głodny obok księgarni, gdzie ktoś kupuje jego książkę, a sam nie ma na obiad.
Nie dotyczy to nazwisk wypromowanych przez mainstream. Takim autorom jest łatwiej. Ale, z nielicznymi wyjątkami, są tak kiepscy, że nie sposób ich czytać. Ot, mają kontakty i ktoś wypromował. Jestem pewien, że Stachura, Hłasko, Redliński czy nawet Głowacki, gdyby teraz mieli zacząć karierę, to przymieraliby głodem. Póki jednak ów mainstream ma nas gdzieś, my też możemy odwdzięczyć się tym samym. Zarobimy drugi obieg, jak w PRL, wtedy wygramy.
Mechanizm jest prosty – ludzie wolą sami coś odkryć, niż mieć nachalnie podane w reklamach. Ale żeby odkryć, musi być dostępne. Trochę jak z grzybami. Można kupić na targu, ale większość woli sama pojechać do lasu. Bez gwarancji, że znajdzie, a koszt paliwa może być wyższy niż kupno łubianki podgrzybków. Wbrew pozorom, ten drugi obieg już funkcjonuje. Jest kilkoro pasjonatów, którzy nie zarabiając na tym grosza zrobili konkurs pod nazwą „Brakująca litera”, który jest odpowiedzią na politycznie poprawną i z góry ustalaną nagrodę Polityki, czyli „Nike”. Owszem, raz na kilka lat trafia w ręce autora, który powinien ją dostać, poza tym to wynik zakulisowych rozmów, rozgrywek i promowania swoich. Mam nadzieję, że gdy założymy własną spółdzielnię wydawniczą, również konkurs stanie się bardziej prestiżowy, a my będziemy z zupełnie innej pozycji rozmawiać z drukarniami, hurtowniami czy księgarniami.

Robert Mugabe (1924-2019)

Wieloletni przywódca Zimbabwe, który zdaniem niektórych był ikoną wyzwolenia, a według niektórych po prostu zwykłym tyranem. Objął stanowisko premiera po wyzwoleniu państwa z rąk białej mniejszości w 1980 roku, a siedem lat później został jego prezydentem. Piastował ten urząd do 2017 roku, kiedy w skutek przeprowadzonego przez armię zamach stanu stracił władzę.

Aby przyjrzeć się postaci Roberta Mugabe należy cofnąć się trochę w czasie i przyjrzeć sytuacji politycznej jaka panowała w Zimbabwe, która w tamtym czasie nosiła nazwę Rodezja. Należy dość jasno zaznaczyć, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku w Afryce działo się bardzo wiele. Na każdym kroku wybuchały rewolucje i kolejne kolonie wyzwalały się.
Większość współczesnych państw afrykańskich uzyskało suwerenność pomiędzy rokiem 1956 a 1964. Pierwsze były kolonie Wielkiej Brytanii – Sudan i Ghana, które stanowiły swoisty poligon doświadczalny wprowadzanych zmian. Pierwszą kolonią francuską, która uzyskała niepodległość była Gwinea w roku 1958. Rok 1960 nazywany jest Rokiem Afryki, to wtedy aż 17 państw afrykańskich uzyskało niepodległość od Francji, Wielkiej Brytanii i Belgii. Dekolonizacja kolonii brytyjskich była jednak bardziej rozciągnięta w czasie niż kolonii francuskich. Rodezja była takim przypadkiem.
Kolonizatorzy, wycofując swoją polityczną zwierzchność, starali się utrzymać kontakty gospodarcze, przynoszące im zyski. Wiele firm, plantacji, farm, sklepów i nieruchomości pozostało w rękach białej mniejszości, a europejskie przedsiębiorstwa zachowały dużą część kontaktów handlowych. Związki te nazwane zostały później neokolonializmem, którego elementami były również zgoda rządów afrykańskich na pomoc zbrojną państw rozwiniętych oraz korumpowanie aparatów władzy i zgoda na utrzymywanie się reżimów autorytarnych przez państwa Europy Zachodniej, USA i ZSRR.
W 1960 roku brytyjski premier Harold Macmillan obiecał nadanie niepodległości krajom Afryki oraz zagwarantował że rządy w nich obejmie czarna większość. Pomimo to, wśród białej ludności rodezyjskiej narastały obawy związane z nieuchronnym oddaniem rządów czarnej większości, stały się one szczególnie mocno widoczne w czasach kryzysu kongijskiego – wojny domowej toczącej się w Republice Konga, która wybuchła po uniezależnieniu się tego kraju od Belgii.
Na początku 1963 Robert Mugabe założył Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe (ZANU) działający w opozycji wobec rządu rasistowskiej partii Front Rodezyjski kierowanej przez Iana Douglasa Smitha. Przez działania przeciwko reżimowi białej mniejszości, został aresztowany i skazany na więzienie gdzie spędził dziesięć lat.
Biali działacze rodezyjscy w 1965 roku ogłosili jednostronną niepodległość, która nigdy nie uzyskała formalnego uznania żadnego z państw na świecie, jednakże cieszyła się nieoficjalnym poparciem RPA rządzonego przez białą mniejszość oraz Portugalii, która wówczas posiadała własną kolonię Mozambik (sąsiadujący z Rodezją). Nowy rząd białej mniejszości oficjalnie nadał prawa wyborcze wszystkim bez względu na rasę jednakże skutecznie i celowo wyeliminował zdecydowaną większość rdzennych mieszkańców z głosowania poprzez wprowadzenie cenzusu majątkowego. Rasistowska polityka rządu połączona z wielkimi nierównościami ekonomicznymi między białymi i czarnymi (posiadali większość żyznej ziemi, podczas gdy czarni poprzez przymusowe eksmisję zostali usunięci ze swoich terenów) doprowadziła do sporu między stronami. Robert Mugabe po wyjściu na wolność w 1974 roku wyjechał z kraju i udał się na emigrację do Londynu, gdzie ukończył studia prawnicze. Będąc na emigracji roku został politycznym liderem partyzanckiej Afrykańskiej Armii Narodowego Wyzwolenia Zimbabwe biorącej udział w wojnie rodezyjskiej. W latach wojny podjął się współpracy z konkurencyjną grupą narodowowyzwoleńczą – Afrykańskim Ludowym Związkiem Zimbabwe (ZAPU).
Pod wpływem nacisków zagranicznych oraz intensyfikacji działań zbrojnych doszło do negocjacji pomiędzy rządem Smitha i opozycją, w wyniku których utworzono w 1979 przejściowy rząd Zimbabwe-Rodezji z umiarkowanym politykiem arcybiskupem Abelem Muzorewą. W 1980 w wyniku demokratycznych wyborów zwycięstwo odniosła organizacja ZANU kierowana przez Roberta Mugabe. W dniu 18 kwietnia 1980 nastąpiło proklamowanie nowego państwa noszącego nazwę Zimbabwe, co ostatecznie położyło kres istnieniu Rodezji i rządów białej mniejszości.
Pierwsze lata po wyzwoleniu i rozwój kraju
W celu zminimalizowania skutków rozbicia czarnych mieszkańców kraju, dążył do porozumienia z konkurencyjnym ruchem ZAPU. Ten okres rządów Mugabe cechował pragmatyzm polityczny, ostrożność i staranie o dobry wizerunek państwa. W polityce gospodarczej, choć pozostawał krytykiem zagranicznych modeli gospodarczych, jedynie nieznacznie zwiększył kontrolę państwa w ekonomii, zarzucając jakiekolwiek plany nacjonalizacji. Ekipa rządowa choć wywodziła się z kręgów marksistowskich, wspierała także wielkie plantacje białych (posiadających 70 proc. ziemi w kraju) oraz drobne gospodarstwa i prywatne własności czarnych. Większe reformy przeprowadzano głównie w dziedzinie oświaty i zdrowia. Próbowano realizować programy Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Pierwsze lata rządów Mugabe wiązały się z wysokim stopniem rozwoju gospodarczego. Jako premier podjął się reform mających wymazać kolonialną przeszłość Zimbabwe i przeprowadził nieznaczny proces afrykanizacji kraju, który objął jedynie nazewnictwo – wiele nazw miast zostało zmienionych np. stolica w której przyszedł na świat z Salisbury na Harare. Początkowo Mugabe oferował dawnym wrogom pojednanie. Zaproponował doświadczonym białym ważne stanowiska w rządzie i pozwolił ich przywódcy Ianowi Smithowi pozostać w kraju. Można tu zobaczyć bardzo duże podobieństwo do późniejszych działań Nelsona Mandeli, gdy ten objął władzę w Republice Południowej Afryki. Jego koncyliacyjne podejście sprawiło, że Zachód coraz pozytywniej patrzył na dawną Rodezję, a dzięki wykształceniu Robert Mugabe wydawał się być wzorem światłego afrykańskiego przywódcy. W pierwszych latach od uzyskania niepodległości państwo rozwijało się w imponującym tempie. Co chwila powstawały nowe placówki naukowe, a system opieki zdrowotnej rozwijał się w imponującym tempie. Niestety, już wkrótce Mugabe z symbolu wyzwolenia stał się symbolem tyranii.
Pomimo prób załagodzenia napięcia wewnętrznego przez Mugabe, w kraju narastał konflikt zaostrzony poprzez działalność radykalnych frakcji w ZAPU i ZANU. W 1982 roku rozpadła się rządowa koalicja, a ZANU przejęła pełnię władzy. Od 1982 do 1987 miały miejsce starcia zbrojne wojska z powstańcami z grupy ludów Ndebele z południowej części kraju. Walki spowodowały ucieczkę z kraju przedstawiciela Ndebele – Nkomo, gdy ujawniono gromadzenie broni przez jego ugrupowanie oraz kontakty z RPA i ZSRR w celu możliwego zamachu stanu skierowanego przeciw Mugabe. Kryzys doprowadził do wzrostu poparcia dla Mugabe, ale też mogło przyczynić się do zwiększenia poczucia paranoi u przyszłego prezydenta Zimbabwe. W celu ochrony Mugabe powołał paramilitarne zaplecze partii – Młodzieżowe Brygady. W 1985 roku odbyły się wybory parlamentarne wygrane przez ZANU i wkrótce odbyły się rozmowy na temat zjednoczenia ZAPU i ZANU. W 1987 udało się dojść do kompromisu na mocy którego doszło do utworzenia jednolitej partii o nazwie Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe – Front Patriotyczny i zmiany ustroju na prezydencki. Mugabe został w ten sposób prezydentem kraju, a dotychczas opozycyjny Nkomo został ministrem, ogłoszono również amnestię dla wszystkich dysydentów. Siła i wpływy Roberta Mugabe rosły.
Okres utwierdzenia władzy i początek końca
Zakończenie walk międzyplemiennych ustabilizowało sytuację Zimbabwe, potwierdzeniem czego była pielgrzymka papieża Jan Paweł II, a niedługo później w stolicy kraju, już noszącą nazwę Harare, miał miejsce szczyt państw członkowskich brytyjskiej Wspólnoty Narodów, którego Zimbabwe było członkiem, na którym przyjęto „Deklarację z Harare” definiującą normy przestrzegania praw człowieka w krajach tejże Wspólnoty. Niestety w niedługim czasie rząd Mugabe odszedł od swoich wcześniejszych lewicowych haseł przyjętych w lata osiemdziesiątych i zaczęły się lata niepokoju. W następnych czasie Mugabe zradykalizował stanowisko, próbując siłą odebrać białym farmerom ziemię i popierając dawnych towarzyszy broni – partyzantów, urządzających okupacje gospodarstw białych. Było to zagranie czysto wizerunkowe. Tracący poparcie Mugabe postanowił zagrać na niechęci do białej mniejszości w kraju i zainicjował proces przymusowego wywłaszczenia. Rząd dał rolnikom dobę na opuszczenie swoich ziem, co w teorii miało być przejawem dziejowej sprawiedliwości. Zamiast tego doprowadziła do rozlewu krwi i potężnego kryzysu gospodarczego.
Problem w tym, że obdarowani nie bardzo wiedzieli, jak skutecznie zarządzać nowymi nabytkami. Nie mieli wiedzy na temat uprawy, nie posiadali maszyn rolniczych. Nie dostali od rządu aktów własności, co uniemożliwiało im nawet zaciągnięcie kredytu. Kilka lat po tej rewolucji Mugabe przyznał się do swojego błędu. Okazało się, że z zagrabionych ziem, realnie uprawiana jest ledwo połowa. Do tego doszła jeszcze długotrwała susza, która wywołała ogromne straty. Jedzenie stało się towarem deficytowym, w kraju, który jeszcze do niedawna cieszył się opinią „spichlerza Afryki”. Władze zwróciły się do dawnych białych farmerów z propozycją zwrotu posiadłości. Jednak na ratowanie gospodarki było już zdecydowanie za późno.
Po kolejnych wygranych wyborach w 2002 roku, silny Mugabe przystąpił do zwalczania opozycji. Był później oskarżany przez wiele rządów i organizacji międzynarodowych (w tym również afrykańskich) o łamanie praw człowieka i brak wolności słowa, w związku z aresztowaniem krytykujących władzę dziennikarzy. Prezydent bronił się że duża część przeciwników była inspirowanych przez dawnych kolonialistów, którzy chcą zachować ziemię zagrabioną rdzennym mieszkańcom kraju. W związku z coraz bardziej radykalnymi działaniami dawnej Rodezji Stany Zjednoczone i Unia Europejska wprowadziły u progu XXI wieku ograniczone sankcje, co jednak nie zmniejszyło wpływów Zimbabwe w regionie ze względu na poparcie 79 państw tzw. „biednego południa” oraz Rosji i Chin.
Mimo to sytuacja była coraz bardziej dramatyczna. Z Zimbabwe wyjechał co czwarty obywatel. Zaczęło brakować benzyny, pojawiły się problemy z dostawami prądu. Nawet najbardziej prozaiczne towary stawały się z roku na rok towarem deficytowym. Niedługo potem doszło do jeszcze większych problemów. Najgorszy był rok 2008. Inflacja przekroczyła próg biliona procent, a bezrobocie sięgnęło 80 proc., co de facto oznaczało upadek państwa. Przestały działać jakiekolwiek urzędy, a ci spośród obywateli, których było na to stać, jeździli na zakupy do sąsiedniej RPA.
Aby załatać rosnącą dziurę budżetową, rząd decydował się na coraz abstrakcyjne ruchy. M.in. uruchomienie drukarki z pieniędzmi. Niedługo później galopująca inflacja skłoniła władze do umożliwienia płatności za pomocą dolara amerykańskiego, południowoafrykańskiego randa czy puli z Bostwany. Waluta Zimbabwe była w zasadzie całkowicie bezwartościowa. Mennica wypuściła nawet banknot o nominale 100 bilionów dolarów zimbabwiańskich, wkrótce potem lokalna waluta dokonała swojego żywota. Bank centralny poinformował, że oszczędności zostaną przekonwertowane na dolary amerykańskie. Kurs wymiany był jak z jakiegoś surrealistycznego snu. Za 175 biliardów miejscowych dolarów można było dostać 5 dolarów USA. I to tylko pod warunkiem, że pieniądze były trzymane na koncie, a dla osób, które przychodziły z gotówką czekały jeszcze gorsze przeliczniki.
Odsunięcie od władzy
Nietrudno odnieść wrażenie, że z jednej strony wyzwolił Zimbabwe jednak z drugiej strony nie chciał jej też wypuścić ze swoich rąk przez kolejne 37 lat. Podczas gdy pozostałe kraje Czarnego Lądu się rozwijały, Zimbabwe stało w miejscu, a nawet nie stało tylko regularnie się cofało. Zimbabwe z pozycji lidera regionu spadło w ciągu kilku lat do „trzeciej ligi”. Cała sytuacja będzie miała swój finał w listopadzie 2017, kiedy w wskutek przeprowadzonego przez armię zamachu stanu, prezydent Mugabe zostanie umieszczony w areszcie domowym w Harare. Rozpoczęto wtedy też próby negocjacji w celu pokojowego zrzeczenia się przez niego urzędu. Niedługo potem doszło do masowych demonstracji przeciwko prezydentowi. Wkrótce władze partii ZANU-PF odwołały prezydenta z funkcji przewodniczącego ugrupowania, jednocześnie mianując na ten urząd byłego wiceprezydenta Emmersona Mnangagwę. Niedługo później prezydent zrzekł się urzędu ze skutkiem natychmiastowym, aby „umożliwić płynne przekazanie władzy”. Był wówczas najstarszym szefem państwa na świecie.
O jego śmierci szybko poinformował urzędujący prezydent Zimbabwe Emmerson Dambudzo Mnangagwa, który wprost napisał w social-media, że Robert Mugabe „był ikoną wyzwolenia poświęcający swoje życie dla emancypacji i wzmocnieniu swego ludu, którego wkład w historię narodu i kontynentu nigdy nie zostanie zapomniany.” Póki co rządy Mugabe doprowadziły do ogromnego regresu kraju. Kiedy inni afrykańscy mężowie stanu – jak Nelson Mandela z RPA czy Kwame Nkrumah z Ghany – oddawali władzę, którą sprawowali po wywalczeniu niepodległości, Mugabe trzymał się jej kurczowo. Efekty widać do dzisiaj. Owszem – może któregoś dnia Zimbabwe się podniesie, jednak czeka je bardzo długa i kręta droga. Można mieć tylko nadzieję, że dawny „spichlerz Afryki”, któregoś dnia choć w połowie się wypełni.

Katastrofa w Mali

Od początku bieżącego roku do przesiedlenia zmuszonych zostało ponad 200 tys. osób. Powodem wewnętrznych migracji są nieustanne zbrojne walki pomiędzy stroną wspieraną przez dżihadystów i malijską armią oraz grupami etnicznymi, które ją wspierają.

Sytuacja jest katastrofalna. Taki jest jednoznaczny wniosek raportu opartego na danych systemu szybkiego reagowania Unii Europejskiej (Rapid Response Mechanism, RRM), który jest mechanizmem wspierającym organizacje pozarządowe działające na terenach objętych kryzysem.
Do opuszczenia swoich domów zmuszonych zostało blisko ćwierć miliona ludzi, to ponad sześć razy więcej niż w ciągu pierwszej połowy ubiegłego roku. Od stycznia 2019 r. zaś śmierć w trakcie starć poniosło już 600 cywili. Ucierpiało bardzo wiele kobiet i dzieci, ataki zbrojnych grup prasa międzynarodowa określa jako „makabryczne”. W kwietniu br. ówczesny premier Mali Soumeyolu Boubèye Maïga podał swój rząd do dymisji po brutalnej napaści jakiej dokonały milicje sympatyzujące z ludem Dogon, który z kolei jest stronnikiem malijskich władz. W trakcie tej akcji zbrojnej dokonano masakry na 160 cywilach przynależących do innego etnosu – Peuhl, który oskarżany jest o współpracę z radykalnymi islamistami.
Przypomnijmy. Wojna domowa w Mali rozgorzała w 2012 r. i rozpoczęła się od serii konfliktów zbrojnych pomiędzy tamtejszą armią a tuareskimi rebeliantami z Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu (MNLA). Organizacja ta szybko została jednak pokonana przez zbrojne grupy dżihadystyczne, z którymi wcześniej walczyła przeciw malijskim władzom. W styczniu 2013 r. do konfliktu włączyła się Francja. Wojska tego kraju przeprowadziły interwencję przeciwko religijnym ekstremistom i wyparały ich z części okupowanych przez nich terytoriów. Wciąż spora część kraju pozostaje jednak pod ich kontrolą.

Polska, UE i… Afryka

Zarówno w czasie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, jak i po wyborach prawicowi politycy i prawicowe media są zaabsorbowane tym, co powinniśmy uzyskać od Unii Europejskiej. Ciągle słyszymy i czytamy zapewnienia jak to europosłowie będą walczyć o pieniądze, które nam się po prostu należą. Tymczasem podstawowym zadaniem zarówno Parlamentu Europejskiego jak i Komisji oraz Rady Europejskiej jest rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich.

Od prezentowania naszych potrzeb, oczekiwań i argumentów jest w Brukseli polskie dyplomatyczne przedstawicielstwo przy Unii Europejskiej. Ani polscy europosłowie, ani polscy pracownicy instytucji europejskich nie są upoważnieni do biegania do poszczególnych komórek organizacyjnych w celu interweniowania w sprawach np. dotacji do poszczególnych projektów. Oczywiście w procesie prac nad budżetem i w trakcie późniejszego rozdzielania środków dochodzą do głosu interesy poszczególnych państw. Jest to naturalne.
Europosłowie mówiący ciągle o zdobywaniu pieniędzy dla Polski powinni pamiętać,że te pieniądze nie spadają z nieba. Jak wiadomo są w Unii t.zw. płatnicy netto i beneficjenci, którzy więcej otrzymują, niż wpłacają do wspólnego budżetu. Polska – jak dotychczas – należy do tej drugiej grupy. Nasz pomyślny rozwój gospodarczy, tak głośno a czasami i przesadnie reklamowany przez koła rządowe, to zapowiedź, że – być może – w niedalekiej przyszłości, jako państwo zamożne przejdziemy do grupy płatników netto. Wtedy z naszych pieniędzy będą dofinansowywane inne państwa. Postawy roszczeniowe i głośno wyrażana pazerność chyba nie przygotowują nas do tej zmiany.
W Wielkiej Brytanii zwolennicy t.zw. brexitu głośno mówią o „odzyskaniu suwerenności” i o uwolnieniu się od „dyktatu Brukseli”. Znacznie ciszej mowa jest o pozbyciu się świadczeń finansowych na rzecz Unii. Wielka Brytania jest drugim po Niemczech płatnikiem netto. Brexitowcy nie chcą płacić na innych. Ta niechęć nie jest nowa. Już dawno temu ówczesna premier Margaret Thatcher wytargowała t.zw. brytyjski rabat.
Obecnie brexitowcy nie są skłonni do przyjęcia rozwiązania norweskiego. Norwegia – jak wiadomo – nie należy do Unii, ale płaci za dostęp do jednolitego rynku europejskiego. Norwegia wraz z Islandią i Liechtensteinem należy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W wymienionych państwach obowązuje około 80 proc. uregulowań prawnych przyjętych w Unii. Zacietrzewieni brexitowcy nie chcą słyszeć o przynależności do Obszaru, gdyż – ich zdaniem – niewiele by to zmieniło w stosunku do stanu obecnego.
Polscy prawicowi politycy i prawicowe media sympatyzują z eurosceptykami w Italii. W tym miejscu godzi się przypomnieć, że Italia, która przez wiele lat była beneficjentem, od 2001 roku jest płatnikiem netto. W roku 2011 włoska wpłata netto wyniosła około 5 miliardów euro. W ostatnich latach kwota ta jest mniejsza .W roku 2016 wyniosła ona około dwa miliardy euro, a w roku następnym – ponad dwa miliardy. Włoscy eurosceptycy chcieliby ten stan rzeczy zmienić. Popieranie ich przez polskich polityków przypomina ucinanie gałęzi na której siedzimy.
Rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich wymaga rzetelnej wiedzy o państwach europejskich, a także o innych państwach ważnych dla Europy. Nowo wybrani polscy europosłowie powinni tą wiedzę posiadać, albo ją w szybkim tempie zdobywać. W każdym razie powinni przede wszystkim pracować w Parlamencie Europejskim, a nie zajmować się propagandą w mediach krajowych.
Jednym z najtrudniejszych problemów, którymi zajmują się władze Unii jest żywiołowy napływ imigrantów z Afryki. Wiadomo, że konieczne jest uszczelnianie granic i kontrola antyterrorystyczna. Jednakże dla zredukowania skłonności do migracji konieczne są działania na terenie państw afrykańskich służące polepszaniu ich sytuacji gospodarczej i społecznej. Kluczowe znaczenie ma edukacja w tych państwach. Prof.Bogdan Kalwas jst zdania, że nasze uniwersytety mogą utworzyć ścieżki kształcenia specjalistów, lekarzy, pedagogów, którzy podejmą zadanie edukacyjne w swoich krajach, być może trzeba będzie opłacać jakiś czas ich etaty, drukować podręczniki, pomagać tworzyć platformy internetowe. Pamiętam program „Tysiąc szkół na tysiąclecie” – wybudowaliśmy wtedy w bardzo niezamożnej Polsce około 1300 szkół. Teraz z gospodarką znacznie bardziej rozwiniętą jesteśmy w stanie zbudować 300 szkół w Sudanie Południowym w ciągu 10 lat i wykształcić dla nich nauczycieli. Może pójdziemy tą drogą? („Zdanie” 1-2(180-181)2019 ).
Sądzę, że tą drogą nie powinniśmy iść sami. Konieczne jest energiczne, wspólne działanie państw europejskich. Należy tu wziąć pod uwagę kwestię zapewnienia bezpieczeństwa uczniom, nauczycielom i szkołom. W tym kontekście współpraca z rządami i miejscowymi władzami jest konieczna. Ze strony Unii ptrzebne są działania dyplomatyczne i organizatorskie. Potrzebny będzie podział zadań pomiędzy państwami członkowskimi i harmonizowanie ich realizacji.
Nie można zwlekać, sprawa jest pilna.

Ropa i krew

Pod koniec maja minęła 52. rocznica ogłoszenia niepodległości przez jeden z regionów Nigerii.

Wojna, która wtedy wybuchła, wprawiała świat w osłupienie swoją brutalnością – może tylko w dawnym belgijskim Kongo postkolonialne konflikty tuż po uzyskaniu niepodległości miały tak krwawy i bezwzględny wymiar. Dziś mało kto o tym pamięta, chociaż sytuacja w najludniejszym kraju Czarnego Lądu zmieniła się od tego czasu tylko na gorsze. Ropa naftowa i żyjące z niej megakorporacje niezmiennie niszczą życie setek milionów ludzi.
Delta Nigru to region o powierzchni 70 tys. kilometrów kwadratowych (na sam obszar ujścia rzeki przypada 25 tys.), zamieszkiwany przez około 20 mln ludzi. To przede wszystkim ludy Ibo i Ijaw, ale nie tylko – łącznie mieszkańcy delty Nigru należą do 40 grup etnicznych i posługują się ponad setką języków i dialektów.

Region Biafry

Nie do nich jednak delta należy. Ten region jest miejscem wydobycia największych ilości ropy naftowej na kontynencie afrykańskim. 2,5 milionów baryłek ropy dziennie, 75 proc. eksportowych dochodów państwa nigeryjskiego. Platformy wiertnicze kompanii naftowych: amerykańskich (Shell, Chevron, Exxon Mobil), francuskich (Total), włoskich (Agip) i brytyjskich (BP) zlokalizowane na terenie delty i na wodach Zatoki Gwinejskiej pilnie strzegą swych tajemnic. Korporacje zatrudniają prywatne agencje ochrony, broniąc dostępu do jakichkolwiek informacji w sprawie tego, co, ile i w jaki sposób pozyskują. Także przed „suwerennym” rządem nigeryjskim.
Krajobraz delty Nigru to pejzaż bez mała apokaliptyczny. Zalewowe szuwary i namorzynowe lasy stoją nad Nigrem najzwyczajniej w resztkach wydobywanej ropy i odpadach jej przeróbki. Łatwość pozyskania surowca, który zalega płytko, powoduje, iż można go eksploatować metodami chałupniczymi, przy pomocy prymitywnych pomp i szybików. Tylko takie zajęcie pozostało miejscowej ludności, by utrzymać się przy życiu. „Nafciarze” pracują, stojąc po kolana w wodzie, w oparach pozyskiwanej i przerabianej ropy – przez co żyją średnio od 35 do 40 lat. Kiedyś byli rybakami – teraz o połowach nie ma mowy, rybach łowionych w Zatoce stężenie szkodliwych środków kilkaset razy przekracza dopuszczalne normy. Stężenie w wodzie rakotwórczego benzenu 900 razy przekracza normy. Skażone są też wody gruntowe (do pięciu metrów w głąb ziemi wciąż można trafić na ropę) i gleby, na których nic nie da się uprawiać.
Dochodzi do tego gaz ziemny, który w przeważającej ilości jest tu natychmiast spalany i dostaje się do atmosfery z prędkością 50 mln metrów sześciennych dziennie. Nie ma jak go pozyskać i przerobić na miejscu, nikomu się to nie opłaca – brak więc infrastruktury oraz gazociągów. To 40 proc. zużycia gazu ziemnego w całej Afryce, największe źródło emisji gazu cieplarnianego na świecie. Dopiero od niedawna koncerny zachodnie – Total i Agip – inwestują w wydobycie gazu i jego skroplenie (LPG) w terminalu w porcie Brass nad Zatoką Gwinejską.
Złoża węglowodorów odkryto w delcie w latach 50., gdy Nigeria była jeszcze kolonią Londynu. Znalezisko, zamiast stać się błogosławieństwem, okazało się największym nieszczęściem kraju.

Miliardowa petrokorupcja

Nigeria, najludniejszy kraj Afryki (dziś ok. 200 mln ludzi) to tygiel ras, języków, wyznań religijnych i kultur; jako państwo – struktura sztuczna stworzona przez Brytyjczyków w epoce kolonializmu. Napięcia i konflikty od zawsze przebiegały tu przede wszystkim na tle różnic religijnych, które jednak kryją stratyfikację klasową i kulturowe tożsamości poszczególnych grup. Z grubsza można podzielić je na muzułmańską północ i chrześcijańsko-animistyczne południe kraju. Gdy jednak w grę wchodziły milionowe zyski, tożsamościowe różnice nagle okazywały się jakby mniej istotne.
Dochody ze sprzedaży ropy naftowej poraziły świeże nigeryjskie elity polityczne wirusem kolosalnych pieniędzy i megakorupcji. Kolejne „niepodległe” rządy, cywilne i wojskowe, zajmowały się głównie plądrowaniem petrodolarów z państwowego skarbca. Szacuje się, że nigeryjskie elity ukradły w ten sposób ponad 500 mld dolarów. Postępowali tak wszyscy – i ci wywodzący się się z muzułmańskiej północy kraju, i ci z Jorubów, z południowego zachodu Nigerii.
W latach 60. wojskowi sprzedali naftowe pola zagranicznym koncernom, a te, korumpując nigeryjskich ministrów i urzędników, prowadziły rabunkową gospodarkę, nie przejmując się krzywdą mieszkańców delty ani skażeniem środowiska naturalnego. Dzisiejszy przerażający stan delty to efekt tamtych działań. Rządy wojskowych nie mogły nie budzić wśród mieszkańców wściekłości i poczucia krzywdy. Ludy z delty Nigru i południa kraju słusznie uznały, że są okradane. Czy wręcz – eksterminowane na raty.

Wojna absolutna

30 maja 1967 r. południowo-wschodni region Nigerii, w skład którego wchodził obszar delty Nigru, ogłosił niepodległość jako Biafra. Nowe państwo formalnie zostało uznane tylko przez kilka krajów na świecie: Gabon, Wybrzeże Kości Słoniowej, Tanzanię, Zambię. Izrael, Francja, RPA, Portugalia i Watykan oficjalnie nie uznały Biafry, ale po kryjomu udzielały mu w różny sposób i z różnych pobudek wsparcia.
Rząd Nigerii nie pogodził się z utratą obszarów, które przynosiły mu takie zyski. Odpowiedzią na deklarację niepodległości Biafry była próba jej pacyfikacji – tak zaczęła się trzyletnia wojna, którą z pełną świadomością można nazywać ludobójczą. Pochłonęła ponad milion ofiar, nie tylko w wyniku walk, ale przede wszystkim z racji szerzących się chorób oraz klęski głodu. Walczące strony kierowały się przy tym i motywacjami politycznymi, i starymi resentymentami plemiennymi i religijnymi. Na terenach walk odchodziło do masowych rzezi, tortur, a nawet aktów kanibalizmu – szalejący głód łączył się ze starymi wierzeniami, w myśl których tylko pożarcie ciała przeciwnika pozwala go naprawdę pokonać.
Brytyjczycy dostarczali – oczywiście po kryjomu, bo wszyscy zapewniali publicznie o swej neutralności i apelowali o pokój – broń rządowi nigeryjskiemu w Lagos. Biafrańczyczy mogli liczyć na wsparcie Francji, która pozwalała secesjonistom na werbunek najemników na swym terytorium. Pomagał też Izrael. Tymi kanałami dostarczano zarówno broń, jak inne środki potrzebne do funkcjonowania państwa, gdyż rząd nigeryjski prowadził blokadę wybrzeży zbuntowanego regionu. Zdemobilizowanych kanonierek i łodzi motorowych dostarczali Amerykanie, teoretycznie neutralni, faktycznie wspierający Brytyjczyków.
Rebelia Biafry została brutalnie stłumiona. W 1970 r. upadła stolica tego państwa, wrócił „porządek”. Ale petrodolarowe bogactwo nadal było śmiertelną chorobą dla nigeryjskiej gospodarki i państwa. Łatwy zarobek sprawił, że Nigeria, jeden z najbogatszych krajów Afryki, zarzuciła pozostałe gałęzie gospodarki, stając się surowcową monokulturą i zakładniczką ropy naftowej. Ropę sprzedawano (i czyni się tak nadal) w świat, nawet nie próbując jej przetwarzać. Do dziś Nigeria, pozostając jednym z największych na świecie wydobywców ropy naftowej jednocześnie sprowadza benzynę z zagranicy benzynę. Jej największymi dostarczycielami są… Total, BP i Shell.

Piraci, fanatycy, desperaci

Od połowy lat 90. znów pojawili się w różnych miejscach Nigerii partyzanci walczący z władzą centralną w Abudży (w 1991 roku przeniesiono tu, do centrum kraju, stolicę z niezwykle przeludnionego, położonego na wybrzeżu Lagos). Ich ideologiczno-doktrynalne manifesty są przykryciem zasadniczego problemu rozrywającego od chwili uzyskania niepodległości ten kraj. Cały czas chodzi w gruncie rzeczy o to samo: o niesłychanie nierównomierny sposób podziału dochodów uzyskiwanych przez Nigerię z eksportu ropy naftowej oraz niebotyczną nawet jak na warunki Afryki korupcję establishmentu politycznego, jaką podtrzymują naftowe koncerny. Właśnie te zasadnicze problemy nieustannie napędzają nowych bojowników tak dla Boko Haram, czyli nigeryjskich dżihadystów, tak dla separatystycznego Ruchu na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (MEND).
Walka z tym drugim w 1995 r. przerodziła się w nową wojnę domową – stało się tak po tym, gdy nigeryjskie władze wojskowe skazały na śmierć i powiesiły jednego z politycznych przywódców delty, poetę, autochtona Kenule Saro-Wiwę. Partyzanci zaczęli wysadzać instalacje naftowe, dziurawić rurociągi, kradli pompowaną nimi ropę, porywali dla okupu cudzoziemskich nafciarzy. Tym razem władze odpowiedziały inaczej niż na secesję Biafry. Nowa taktyka polegała na skłócaniu ugrupowań powstańczych i podburzaniu ich przeciwko sobie, co dało efekt: zamiast jednego ruchu wyzwoleńczego powstało kilkanaście zwalczających się nawzajem partyzantek, a także zupełnie już bezideowe, kompletnie zdemoralizowane bandy piratów. Ci z jednej strony kradli ropę, a z drugiej – uprowadzali zakładników i całe statki handlowe dla okupu, gdyż był to niezwykle łatwy dochód przy ogólnym rozprzężeniu struktur państwowych. Z czasem zaczęło zdarzać się też tak, że piratów wynajmowali przedstawiciele nigeryjskich władz i dowódcy rządowego wojska, by dorabiać się na kradzionej ropie. W XXI wieku wojna w delcie i piraci grasujący na jej wodach, jak również w Zatoce Gwinejskiej, stali się prawdziwą plagą, która sprawiła, że zyski z ropy naftowej Nigerii spadły o jedną czwartą. Od atlantyckich wybrzeży Afryki niebezpieczniejsze były tylko jej wybrzeża wschodnie – na wodach Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego królowali również piraci, tyle że z Somalii.
Rebelia w delcie przygasła w chwili dojścia do władzy pierwszego człowieka stamtąd – Goodlucka Jonathana, pochodzącego z ludu Ijaw. Objął władzę w 2010 r. jako wiceprezydent, zastępując zmarłego na urzędzie szefa państwa. Zdołał przekonać rebeliantów z delty do złożenia broni, za co zgodził się płacić im tzw. pokojową rentę. Obiecał też sprawiedliwiej dzielić zyski z ropy. Jednak te obietnice pozostały, jak zawsze w Nigerii, na papierze a sytuacja ekologiczna, polityczna, społeczna w regionie nie poprawiła się wcale. Puste obietnice składał nie tylko prezydent – koncern naftowy Shell zadeklarował, że oczyści terytoria delty, na których przed laty wydobywał ropę. Nigdy tego nie uczynił.
Ruch separatystów z delty udało się po części spacyfikować. Pozostali dżihadyści z Boko Haram, dokonujący co jakiś czas spektakularnych ataków, w których giną setki ludzi. I ten fakt przebija się do mediów, nie ogólny kontekst nigeryjskiej tragedii. Tymczasem ci islamscy fundamentaliści wyrastają nie z literalnie rozumianej nauki Mahometa, a z typowo lokalnych uwarunkowań. Nie byłoby ich, gdyby nie bieda, korupcja urzędników, degradacja środowiska naturalnego i działalność zachodnich koncernów rolnych. Północne tereny Nigerii, gdzie Boko Haram jest najsilniejsze, od zawsze były obszarami hodowli i pasterstwa ludów Hausa, Fulbe i Kanuri, a wielkoprzemysłowa produkcja rolna i działalność wielkich korporacji zakłóciły skutecznie tradycyjną strukturę społeczną i miejscowe formy gospodarowania.

Zbrodnia bez kary

Historia Nigerii, Biafry i delty Nigru to ponury przykład problemów trapiących współczesną Afrykę. W 2018 r. to Nigeria, nie RPA, szczyciła się największą – gospodarką na Czarnym Lądzie, ale równocześnie przez cały czas swojej prawie 60-letniej niepodległości boryka się z tymi samymi problemami. Wobec neokolonialnej struktury gospodarki i neoliberalnych form własności nie jest w stanie choćby rzucić wyzwania biedzie, korupcji, dramatycznym nierównościom. A skoro nie jest w stanie rozwiązać problemów fundamentalnych, to nieustannie będą targać nią konflikty religijne, plemienne, kulturowe, ataki partyzantów z nieznanych nikomu środowisk, porwania, zamachy bombowe. Przeciętny Nigeryjczyk (wg raportu HDI) dożywa średnio 52 lat, gdy jego sąsiad z Ghany – 64. Na służbę zdrowia rząd Nigerii przeznacza zaledwie 1,7 proc. środków z budżetu państwa.
Dlaczego w obecnym systemie nigdy się to nie zmieni? Bo głównym odbiorcą nigeryjskiej ropy, kupującym aż 40 proc. całego wydobywanego surowca, są Stany Zjednoczone. Nigeria to piąty w kolejności dostawca ropy na ich rynek, zapewniający spełnienie ponad 10 proc. zapotrzebowania USA na ten surowiec. Nigeria posiada sześć terminali załadunku ropy, z czego Shell posiada dwa, natomiast Mobil, Chevron, Texaco i Agip po jednym. Shell jest ponadto w posiadaniu magazynów Bonny Terminal i Forcados Terminal, w których można pomieścić ponad 13 mln baryłek.
W „nigeryjskim kotle” Amerykanie, tak kochający demokrację i prawa człowieka, wyparli dawnych brytyjskich kolonizatorów. Dzięki neokolonialnemu uzależnieniu, w jakie zakuli władze w Abudży, mogliby – gdyby chcieli i byłoby to w ich interesie – poprawić los Nigeryjczyków choćby w minimalnym stopniu. Zapewnić choćby to, żeby spójność terytorialna tego afrykańskiego olbrzyma na glinianych nogach nie była aż tak zagrożona i by nie wybuchła kolejna wojna na wzór biafrańskiej. Ale nie zależy im nawet na tym. Życie Nigeryjczyków nie ma żadnej wartości.