Księga wyjścia (32)

Ballada o wschodzie słońca nad Beninem

Słońce Beninu czy Togo zatrzymane na rysunku dziecka. Dziecka, które pierwszy raz w życiu trzymało w rękach kredki czy farby. Do tego zdjęcie młodego autora i jego pierwszego dzieła. Takie obrazy oferuje fundacja Edu Afryka. Fajnie byłoby mieć coś takiego, oprawionego w ramy na ścianie. Wystarczy skontaktować się z fundacją i omówić szczegóły, jeśli ktoś ma ochotę pomóc i zostać donatorem, przekazać saszetkę ryżu z jabłkami i cynamonem zapraszam pod adres:
www.eduafryka.org
lub:
www.facebook.com/eduafryka/
Niektóre rysunki są przeurocze, świeże, nieskażone żadnym wzorem, kopią innych malarzy. To prawdziwe obrazy serca, dzieła nieinspirowane wskazówkami dorosłych.
To tak na początek. Piszę o tym, bo będąc w Warszawie zjadłem ryż z jabłkami i cynamonem, taki instant, a okazało się, że koleżanka zbiera takie produkty dla dzieci Beninu. Zrobiło mi się głupio i pomyślałem, że w zamian o tym napiszę. Może ten zjedzony przeze mnie ryż przyniesie jakąś korzyść. Nie apeluję do tych, którzy zachwycają się pierścionkiem z diamentem, brylantem lub figurką z kości słoniowej. Tacy wyeksploatowali już Afrykę i pewnie cieszą się, że kosztem tych dzieciaków, było to zawsze taniej. Ale kieruję apel do zwykłych ludzi, którzy wiedzą, czym jest głód, i jak może się czuć głodne dziecko. Zazwyczaj jestem przeciwnikiem fundacji, bo zwykle zarabia na niej sztab ludzi. Nie w tym przypadku. Po prostu – wiem, jak to wygląda, bo gdy koleżanka leci tam (na własny koszt), wioząc w walizce dobra typu ryż z cynamonem, to czasami pilnuję jej kota. Na miejscu jest też grupa, która postanowiła tam zamieszkać i pomagać na co dzień.
Tyle na początek, teraz mogę przejść do krajowej polityki. Skończyły się wybory i nastał powyborczy chaos. Ktoś wygrał, ktoś przegrał, odeszło jedno chamstwo, przyszło inne. Jeżeli ktoś sądzi, że piszę o pani poseł Pawłowicz i nowej posłance Klaudii Jachirze, to się nie myli.
Dziennikarze, publicyści i komentatorzy na wyścigi próbują tworzyć przyszłe scenariusze. Wprawdzie wygrał PiS, ale opozycja ma większość w Senacie, a wśród niektórych euforia, bo „lewica” w parlamencie. Tak sobie myślę, że wcale PiS tej większości nie ma, przecież Gowin już nie musi głosować „za” i się nie uśmiechać, tych osiemnastu smutnych posłów może przechylić szalę i wynik głosowania będzie inny niż prezes zaplanował.
Nie oznacza to jednak, że zyska na tym społeczeństwo. Gowin reprezentuje skrajnie wolnorynkową, kapitalistyczną prawicę i jeśli coś zablokuje, to ustawę chroniącą pracowników. „Lewica” wygląda jak z reklamy Ferrari, lub przynajmniej BMW. Gdyby nie nazwa, to pomyślałbym, że to syte koty z górnej półki klasy średniej. Dopóki nie będzie tam Ikonowicza, lub kogoś, kto naprawdę zna ludzkie problemy, to coś jest jedynie produktem lewicopodobnym, z lekką niepełnosprawnością.
Chrzanić to, wybory się nie sprawdzają. To jedynie spektakl, który zaspokaja ambicje aktorów. Czy ich chcemy, czy nie. Reżyser D’Hondt tak to wymyślił, że mamy znikomy wpływ na obsadę tego cyrku. Dla własnego zdrowia psychicznego i poprawnych relacji społecznych sugeruję, by nie przejmować się specjalnie „ICH” problemami.
Ponieważ w Polsce każdy zna się na medycynie i polityce, nie wchodźmy w ich kompetencje. Zajmijmy się reumatyzmem, albo rwą kulszową. Przynajmniej, jeśli potrafimy wznieść się ponad te wynurzenia.
Oczywiście, metoda D’Hondta jest najgorszym na świecie sposobem liczenia głosów i podziału mandatów, jednak to najwygodniejszy system dla samych polityków. Dlatego nigdy go nie zmienią. Najwygodniejszy dlatego, że zgodnie z biblijną tezą, bogatemu będzie dodane, a biednemu – zabrane, eliminuje mniejsze ugrupowania, czym ułatwia tworzenie rządu. Co z tego, że jest kilku posłów lub senatorów, którzy reprezentują poglądy zbliżone do moich? Jeśli nawet ich wyręczę i napiszę gotowy projekt ustawy, dam do ręki, a oni tylko złożą go w Sejmie, to ma szanse przejść? Czy samotny poseł pomoże mi w zablokowaniu eksmisji mojego kolegi J.? Odpowiedź brzmi nie. Dlatego sytuacja, w której lewica ma czterdzieści kilka mandatów, powinna cieszyć jedynie tych, co się tam dostali i ich rodziny. Zamierzam, jak zawsze, udać się na emigrację wewnętrzną i tylko czasami podstawiać nogę lub sypać piasek w tryby rządzących. Z sąsiadami rozmawiać o pogodzie i zająć się naprawdę ważnymi sprawami. Czasami pewnie zderzę się z „grupą sprawującą władzę”, ale tylko od mojego sprytu będzie zależało, czy uda się osiągnąć cel. Jedyne co cieszy, to fakt że skończy się jedynowładztwo Kaczyńskiego i nie wykluczałbym rozpadu tego bloku.
Przerost ambicji Ziobry i umiarkowana niechęć Gowina, który czuje obciach, wcale nie gwarantują stabilnych rządów. To dobra wiadomość, dla innych dawnych członków PiS, którzy teraz są w Platformie, a kiedyś wszyscy z nich byli w ZCHN i jeździli z ryngrafem do Pinocheta.
Tym razem poddam się w pełni pracy literackiej. Wraz z grupą autorów postanowiliśmy założyć spółdzielnię wydawniczą. Każdy, kto zajmuje się pisaniem, musi mieć jakieś inne źródło dochodu, bo inaczej nie ma szans na pisanie. Nie znam autora, którego wydawnictwo nie oskubało. Często jest tak, że sami płacimy za druk, wydawca zajmuje się jedynie dystrybucją, a z każdej książki, która kosztuje w księgarni 50-60 złotych, autor dostaje 3-4, albo wcale. Nie ma wglądu w wykaz sprzedanych egzemplarzy, nie wie, ile książek wydawnictwo wydrukowało. I często, zarywając noce i nie dojadając, przechodzi głodny obok księgarni, gdzie ktoś kupuje jego książkę, a sam nie ma na obiad.
Nie dotyczy to nazwisk wypromowanych przez mainstream. Takim autorom jest łatwiej. Ale, z nielicznymi wyjątkami, są tak kiepscy, że nie sposób ich czytać. Ot, mają kontakty i ktoś wypromował. Jestem pewien, że Stachura, Hłasko, Redliński czy nawet Głowacki, gdyby teraz mieli zacząć karierę, to przymieraliby głodem. Póki jednak ów mainstream ma nas gdzieś, my też możemy odwdzięczyć się tym samym. Zarobimy drugi obieg, jak w PRL, wtedy wygramy.
Mechanizm jest prosty – ludzie wolą sami coś odkryć, niż mieć nachalnie podane w reklamach. Ale żeby odkryć, musi być dostępne. Trochę jak z grzybami. Można kupić na targu, ale większość woli sama pojechać do lasu. Bez gwarancji, że znajdzie, a koszt paliwa może być wyższy niż kupno łubianki podgrzybków. Wbrew pozorom, ten drugi obieg już funkcjonuje. Jest kilkoro pasjonatów, którzy nie zarabiając na tym grosza zrobili konkurs pod nazwą „Brakująca litera”, który jest odpowiedzią na politycznie poprawną i z góry ustalaną nagrodę Polityki, czyli „Nike”. Owszem, raz na kilka lat trafia w ręce autora, który powinien ją dostać, poza tym to wynik zakulisowych rozmów, rozgrywek i promowania swoich. Mam nadzieję, że gdy założymy własną spółdzielnię wydawniczą, również konkurs stanie się bardziej prestiżowy, a my będziemy z zupełnie innej pozycji rozmawiać z drukarniami, hurtowniami czy księgarniami.

Robert Mugabe (1924-2019)

Wieloletni przywódca Zimbabwe, który zdaniem niektórych był ikoną wyzwolenia, a według niektórych po prostu zwykłym tyranem. Objął stanowisko premiera po wyzwoleniu państwa z rąk białej mniejszości w 1980 roku, a siedem lat później został jego prezydentem. Piastował ten urząd do 2017 roku, kiedy w skutek przeprowadzonego przez armię zamach stanu stracił władzę.

Aby przyjrzeć się postaci Roberta Mugabe należy cofnąć się trochę w czasie i przyjrzeć sytuacji politycznej jaka panowała w Zimbabwe, która w tamtym czasie nosiła nazwę Rodezja. Należy dość jasno zaznaczyć, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku w Afryce działo się bardzo wiele. Na każdym kroku wybuchały rewolucje i kolejne kolonie wyzwalały się.
Większość współczesnych państw afrykańskich uzyskało suwerenność pomiędzy rokiem 1956 a 1964. Pierwsze były kolonie Wielkiej Brytanii – Sudan i Ghana, które stanowiły swoisty poligon doświadczalny wprowadzanych zmian. Pierwszą kolonią francuską, która uzyskała niepodległość była Gwinea w roku 1958. Rok 1960 nazywany jest Rokiem Afryki, to wtedy aż 17 państw afrykańskich uzyskało niepodległość od Francji, Wielkiej Brytanii i Belgii. Dekolonizacja kolonii brytyjskich była jednak bardziej rozciągnięta w czasie niż kolonii francuskich. Rodezja była takim przypadkiem.
Kolonizatorzy, wycofując swoją polityczną zwierzchność, starali się utrzymać kontakty gospodarcze, przynoszące im zyski. Wiele firm, plantacji, farm, sklepów i nieruchomości pozostało w rękach białej mniejszości, a europejskie przedsiębiorstwa zachowały dużą część kontaktów handlowych. Związki te nazwane zostały później neokolonializmem, którego elementami były również zgoda rządów afrykańskich na pomoc zbrojną państw rozwiniętych oraz korumpowanie aparatów władzy i zgoda na utrzymywanie się reżimów autorytarnych przez państwa Europy Zachodniej, USA i ZSRR.
W 1960 roku brytyjski premier Harold Macmillan obiecał nadanie niepodległości krajom Afryki oraz zagwarantował że rządy w nich obejmie czarna większość. Pomimo to, wśród białej ludności rodezyjskiej narastały obawy związane z nieuchronnym oddaniem rządów czarnej większości, stały się one szczególnie mocno widoczne w czasach kryzysu kongijskiego – wojny domowej toczącej się w Republice Konga, która wybuchła po uniezależnieniu się tego kraju od Belgii.
Na początku 1963 Robert Mugabe założył Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe (ZANU) działający w opozycji wobec rządu rasistowskiej partii Front Rodezyjski kierowanej przez Iana Douglasa Smitha. Przez działania przeciwko reżimowi białej mniejszości, został aresztowany i skazany na więzienie gdzie spędził dziesięć lat.
Biali działacze rodezyjscy w 1965 roku ogłosili jednostronną niepodległość, która nigdy nie uzyskała formalnego uznania żadnego z państw na świecie, jednakże cieszyła się nieoficjalnym poparciem RPA rządzonego przez białą mniejszość oraz Portugalii, która wówczas posiadała własną kolonię Mozambik (sąsiadujący z Rodezją). Nowy rząd białej mniejszości oficjalnie nadał prawa wyborcze wszystkim bez względu na rasę jednakże skutecznie i celowo wyeliminował zdecydowaną większość rdzennych mieszkańców z głosowania poprzez wprowadzenie cenzusu majątkowego. Rasistowska polityka rządu połączona z wielkimi nierównościami ekonomicznymi między białymi i czarnymi (posiadali większość żyznej ziemi, podczas gdy czarni poprzez przymusowe eksmisję zostali usunięci ze swoich terenów) doprowadziła do sporu między stronami. Robert Mugabe po wyjściu na wolność w 1974 roku wyjechał z kraju i udał się na emigrację do Londynu, gdzie ukończył studia prawnicze. Będąc na emigracji roku został politycznym liderem partyzanckiej Afrykańskiej Armii Narodowego Wyzwolenia Zimbabwe biorącej udział w wojnie rodezyjskiej. W latach wojny podjął się współpracy z konkurencyjną grupą narodowowyzwoleńczą – Afrykańskim Ludowym Związkiem Zimbabwe (ZAPU).
Pod wpływem nacisków zagranicznych oraz intensyfikacji działań zbrojnych doszło do negocjacji pomiędzy rządem Smitha i opozycją, w wyniku których utworzono w 1979 przejściowy rząd Zimbabwe-Rodezji z umiarkowanym politykiem arcybiskupem Abelem Muzorewą. W 1980 w wyniku demokratycznych wyborów zwycięstwo odniosła organizacja ZANU kierowana przez Roberta Mugabe. W dniu 18 kwietnia 1980 nastąpiło proklamowanie nowego państwa noszącego nazwę Zimbabwe, co ostatecznie położyło kres istnieniu Rodezji i rządów białej mniejszości.
Pierwsze lata po wyzwoleniu i rozwój kraju
W celu zminimalizowania skutków rozbicia czarnych mieszkańców kraju, dążył do porozumienia z konkurencyjnym ruchem ZAPU. Ten okres rządów Mugabe cechował pragmatyzm polityczny, ostrożność i staranie o dobry wizerunek państwa. W polityce gospodarczej, choć pozostawał krytykiem zagranicznych modeli gospodarczych, jedynie nieznacznie zwiększył kontrolę państwa w ekonomii, zarzucając jakiekolwiek plany nacjonalizacji. Ekipa rządowa choć wywodziła się z kręgów marksistowskich, wspierała także wielkie plantacje białych (posiadających 70 proc. ziemi w kraju) oraz drobne gospodarstwa i prywatne własności czarnych. Większe reformy przeprowadzano głównie w dziedzinie oświaty i zdrowia. Próbowano realizować programy Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Pierwsze lata rządów Mugabe wiązały się z wysokim stopniem rozwoju gospodarczego. Jako premier podjął się reform mających wymazać kolonialną przeszłość Zimbabwe i przeprowadził nieznaczny proces afrykanizacji kraju, który objął jedynie nazewnictwo – wiele nazw miast zostało zmienionych np. stolica w której przyszedł na świat z Salisbury na Harare. Początkowo Mugabe oferował dawnym wrogom pojednanie. Zaproponował doświadczonym białym ważne stanowiska w rządzie i pozwolił ich przywódcy Ianowi Smithowi pozostać w kraju. Można tu zobaczyć bardzo duże podobieństwo do późniejszych działań Nelsona Mandeli, gdy ten objął władzę w Republice Południowej Afryki. Jego koncyliacyjne podejście sprawiło, że Zachód coraz pozytywniej patrzył na dawną Rodezję, a dzięki wykształceniu Robert Mugabe wydawał się być wzorem światłego afrykańskiego przywódcy. W pierwszych latach od uzyskania niepodległości państwo rozwijało się w imponującym tempie. Co chwila powstawały nowe placówki naukowe, a system opieki zdrowotnej rozwijał się w imponującym tempie. Niestety, już wkrótce Mugabe z symbolu wyzwolenia stał się symbolem tyranii.
Pomimo prób załagodzenia napięcia wewnętrznego przez Mugabe, w kraju narastał konflikt zaostrzony poprzez działalność radykalnych frakcji w ZAPU i ZANU. W 1982 roku rozpadła się rządowa koalicja, a ZANU przejęła pełnię władzy. Od 1982 do 1987 miały miejsce starcia zbrojne wojska z powstańcami z grupy ludów Ndebele z południowej części kraju. Walki spowodowały ucieczkę z kraju przedstawiciela Ndebele – Nkomo, gdy ujawniono gromadzenie broni przez jego ugrupowanie oraz kontakty z RPA i ZSRR w celu możliwego zamachu stanu skierowanego przeciw Mugabe. Kryzys doprowadził do wzrostu poparcia dla Mugabe, ale też mogło przyczynić się do zwiększenia poczucia paranoi u przyszłego prezydenta Zimbabwe. W celu ochrony Mugabe powołał paramilitarne zaplecze partii – Młodzieżowe Brygady. W 1985 roku odbyły się wybory parlamentarne wygrane przez ZANU i wkrótce odbyły się rozmowy na temat zjednoczenia ZAPU i ZANU. W 1987 udało się dojść do kompromisu na mocy którego doszło do utworzenia jednolitej partii o nazwie Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe – Front Patriotyczny i zmiany ustroju na prezydencki. Mugabe został w ten sposób prezydentem kraju, a dotychczas opozycyjny Nkomo został ministrem, ogłoszono również amnestię dla wszystkich dysydentów. Siła i wpływy Roberta Mugabe rosły.
Okres utwierdzenia władzy i początek końca
Zakończenie walk międzyplemiennych ustabilizowało sytuację Zimbabwe, potwierdzeniem czego była pielgrzymka papieża Jan Paweł II, a niedługo później w stolicy kraju, już noszącą nazwę Harare, miał miejsce szczyt państw członkowskich brytyjskiej Wspólnoty Narodów, którego Zimbabwe było członkiem, na którym przyjęto „Deklarację z Harare” definiującą normy przestrzegania praw człowieka w krajach tejże Wspólnoty. Niestety w niedługim czasie rząd Mugabe odszedł od swoich wcześniejszych lewicowych haseł przyjętych w lata osiemdziesiątych i zaczęły się lata niepokoju. W następnych czasie Mugabe zradykalizował stanowisko, próbując siłą odebrać białym farmerom ziemię i popierając dawnych towarzyszy broni – partyzantów, urządzających okupacje gospodarstw białych. Było to zagranie czysto wizerunkowe. Tracący poparcie Mugabe postanowił zagrać na niechęci do białej mniejszości w kraju i zainicjował proces przymusowego wywłaszczenia. Rząd dał rolnikom dobę na opuszczenie swoich ziem, co w teorii miało być przejawem dziejowej sprawiedliwości. Zamiast tego doprowadziła do rozlewu krwi i potężnego kryzysu gospodarczego.
Problem w tym, że obdarowani nie bardzo wiedzieli, jak skutecznie zarządzać nowymi nabytkami. Nie mieli wiedzy na temat uprawy, nie posiadali maszyn rolniczych. Nie dostali od rządu aktów własności, co uniemożliwiało im nawet zaciągnięcie kredytu. Kilka lat po tej rewolucji Mugabe przyznał się do swojego błędu. Okazało się, że z zagrabionych ziem, realnie uprawiana jest ledwo połowa. Do tego doszła jeszcze długotrwała susza, która wywołała ogromne straty. Jedzenie stało się towarem deficytowym, w kraju, który jeszcze do niedawna cieszył się opinią „spichlerza Afryki”. Władze zwróciły się do dawnych białych farmerów z propozycją zwrotu posiadłości. Jednak na ratowanie gospodarki było już zdecydowanie za późno.
Po kolejnych wygranych wyborach w 2002 roku, silny Mugabe przystąpił do zwalczania opozycji. Był później oskarżany przez wiele rządów i organizacji międzynarodowych (w tym również afrykańskich) o łamanie praw człowieka i brak wolności słowa, w związku z aresztowaniem krytykujących władzę dziennikarzy. Prezydent bronił się że duża część przeciwników była inspirowanych przez dawnych kolonialistów, którzy chcą zachować ziemię zagrabioną rdzennym mieszkańcom kraju. W związku z coraz bardziej radykalnymi działaniami dawnej Rodezji Stany Zjednoczone i Unia Europejska wprowadziły u progu XXI wieku ograniczone sankcje, co jednak nie zmniejszyło wpływów Zimbabwe w regionie ze względu na poparcie 79 państw tzw. „biednego południa” oraz Rosji i Chin.
Mimo to sytuacja była coraz bardziej dramatyczna. Z Zimbabwe wyjechał co czwarty obywatel. Zaczęło brakować benzyny, pojawiły się problemy z dostawami prądu. Nawet najbardziej prozaiczne towary stawały się z roku na rok towarem deficytowym. Niedługo potem doszło do jeszcze większych problemów. Najgorszy był rok 2008. Inflacja przekroczyła próg biliona procent, a bezrobocie sięgnęło 80 proc., co de facto oznaczało upadek państwa. Przestały działać jakiekolwiek urzędy, a ci spośród obywateli, których było na to stać, jeździli na zakupy do sąsiedniej RPA.
Aby załatać rosnącą dziurę budżetową, rząd decydował się na coraz abstrakcyjne ruchy. M.in. uruchomienie drukarki z pieniędzmi. Niedługo później galopująca inflacja skłoniła władze do umożliwienia płatności za pomocą dolara amerykańskiego, południowoafrykańskiego randa czy puli z Bostwany. Waluta Zimbabwe była w zasadzie całkowicie bezwartościowa. Mennica wypuściła nawet banknot o nominale 100 bilionów dolarów zimbabwiańskich, wkrótce potem lokalna waluta dokonała swojego żywota. Bank centralny poinformował, że oszczędności zostaną przekonwertowane na dolary amerykańskie. Kurs wymiany był jak z jakiegoś surrealistycznego snu. Za 175 biliardów miejscowych dolarów można było dostać 5 dolarów USA. I to tylko pod warunkiem, że pieniądze były trzymane na koncie, a dla osób, które przychodziły z gotówką czekały jeszcze gorsze przeliczniki.
Odsunięcie od władzy
Nietrudno odnieść wrażenie, że z jednej strony wyzwolił Zimbabwe jednak z drugiej strony nie chciał jej też wypuścić ze swoich rąk przez kolejne 37 lat. Podczas gdy pozostałe kraje Czarnego Lądu się rozwijały, Zimbabwe stało w miejscu, a nawet nie stało tylko regularnie się cofało. Zimbabwe z pozycji lidera regionu spadło w ciągu kilku lat do „trzeciej ligi”. Cała sytuacja będzie miała swój finał w listopadzie 2017, kiedy w wskutek przeprowadzonego przez armię zamachu stanu, prezydent Mugabe zostanie umieszczony w areszcie domowym w Harare. Rozpoczęto wtedy też próby negocjacji w celu pokojowego zrzeczenia się przez niego urzędu. Niedługo potem doszło do masowych demonstracji przeciwko prezydentowi. Wkrótce władze partii ZANU-PF odwołały prezydenta z funkcji przewodniczącego ugrupowania, jednocześnie mianując na ten urząd byłego wiceprezydenta Emmersona Mnangagwę. Niedługo później prezydent zrzekł się urzędu ze skutkiem natychmiastowym, aby „umożliwić płynne przekazanie władzy”. Był wówczas najstarszym szefem państwa na świecie.
O jego śmierci szybko poinformował urzędujący prezydent Zimbabwe Emmerson Dambudzo Mnangagwa, który wprost napisał w social-media, że Robert Mugabe „był ikoną wyzwolenia poświęcający swoje życie dla emancypacji i wzmocnieniu swego ludu, którego wkład w historię narodu i kontynentu nigdy nie zostanie zapomniany.” Póki co rządy Mugabe doprowadziły do ogromnego regresu kraju. Kiedy inni afrykańscy mężowie stanu – jak Nelson Mandela z RPA czy Kwame Nkrumah z Ghany – oddawali władzę, którą sprawowali po wywalczeniu niepodległości, Mugabe trzymał się jej kurczowo. Efekty widać do dzisiaj. Owszem – może któregoś dnia Zimbabwe się podniesie, jednak czeka je bardzo długa i kręta droga. Można mieć tylko nadzieję, że dawny „spichlerz Afryki”, któregoś dnia choć w połowie się wypełni.

Katastrofa w Mali

Od początku bieżącego roku do przesiedlenia zmuszonych zostało ponad 200 tys. osób. Powodem wewnętrznych migracji są nieustanne zbrojne walki pomiędzy stroną wspieraną przez dżihadystów i malijską armią oraz grupami etnicznymi, które ją wspierają.

Sytuacja jest katastrofalna. Taki jest jednoznaczny wniosek raportu opartego na danych systemu szybkiego reagowania Unii Europejskiej (Rapid Response Mechanism, RRM), który jest mechanizmem wspierającym organizacje pozarządowe działające na terenach objętych kryzysem.
Do opuszczenia swoich domów zmuszonych zostało blisko ćwierć miliona ludzi, to ponad sześć razy więcej niż w ciągu pierwszej połowy ubiegłego roku. Od stycznia 2019 r. zaś śmierć w trakcie starć poniosło już 600 cywili. Ucierpiało bardzo wiele kobiet i dzieci, ataki zbrojnych grup prasa międzynarodowa określa jako „makabryczne”. W kwietniu br. ówczesny premier Mali Soumeyolu Boubèye Maïga podał swój rząd do dymisji po brutalnej napaści jakiej dokonały milicje sympatyzujące z ludem Dogon, który z kolei jest stronnikiem malijskich władz. W trakcie tej akcji zbrojnej dokonano masakry na 160 cywilach przynależących do innego etnosu – Peuhl, który oskarżany jest o współpracę z radykalnymi islamistami.
Przypomnijmy. Wojna domowa w Mali rozgorzała w 2012 r. i rozpoczęła się od serii konfliktów zbrojnych pomiędzy tamtejszą armią a tuareskimi rebeliantami z Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu (MNLA). Organizacja ta szybko została jednak pokonana przez zbrojne grupy dżihadystyczne, z którymi wcześniej walczyła przeciw malijskim władzom. W styczniu 2013 r. do konfliktu włączyła się Francja. Wojska tego kraju przeprowadziły interwencję przeciwko religijnym ekstremistom i wyparały ich z części okupowanych przez nich terytoriów. Wciąż spora część kraju pozostaje jednak pod ich kontrolą.

Polska, UE i… Afryka

Zarówno w czasie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, jak i po wyborach prawicowi politycy i prawicowe media są zaabsorbowane tym, co powinniśmy uzyskać od Unii Europejskiej. Ciągle słyszymy i czytamy zapewnienia jak to europosłowie będą walczyć o pieniądze, które nam się po prostu należą. Tymczasem podstawowym zadaniem zarówno Parlamentu Europejskiego jak i Komisji oraz Rady Europejskiej jest rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich.

Od prezentowania naszych potrzeb, oczekiwań i argumentów jest w Brukseli polskie dyplomatyczne przedstawicielstwo przy Unii Europejskiej. Ani polscy europosłowie, ani polscy pracownicy instytucji europejskich nie są upoważnieni do biegania do poszczególnych komórek organizacyjnych w celu interweniowania w sprawach np. dotacji do poszczególnych projektów. Oczywiście w procesie prac nad budżetem i w trakcie późniejszego rozdzielania środków dochodzą do głosu interesy poszczególnych państw. Jest to naturalne.
Europosłowie mówiący ciągle o zdobywaniu pieniędzy dla Polski powinni pamiętać,że te pieniądze nie spadają z nieba. Jak wiadomo są w Unii t.zw. płatnicy netto i beneficjenci, którzy więcej otrzymują, niż wpłacają do wspólnego budżetu. Polska – jak dotychczas – należy do tej drugiej grupy. Nasz pomyślny rozwój gospodarczy, tak głośno a czasami i przesadnie reklamowany przez koła rządowe, to zapowiedź, że – być może – w niedalekiej przyszłości, jako państwo zamożne przejdziemy do grupy płatników netto. Wtedy z naszych pieniędzy będą dofinansowywane inne państwa. Postawy roszczeniowe i głośno wyrażana pazerność chyba nie przygotowują nas do tej zmiany.
W Wielkiej Brytanii zwolennicy t.zw. brexitu głośno mówią o „odzyskaniu suwerenności” i o uwolnieniu się od „dyktatu Brukseli”. Znacznie ciszej mowa jest o pozbyciu się świadczeń finansowych na rzecz Unii. Wielka Brytania jest drugim po Niemczech płatnikiem netto. Brexitowcy nie chcą płacić na innych. Ta niechęć nie jest nowa. Już dawno temu ówczesna premier Margaret Thatcher wytargowała t.zw. brytyjski rabat.
Obecnie brexitowcy nie są skłonni do przyjęcia rozwiązania norweskiego. Norwegia – jak wiadomo – nie należy do Unii, ale płaci za dostęp do jednolitego rynku europejskiego. Norwegia wraz z Islandią i Liechtensteinem należy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W wymienionych państwach obowązuje około 80 proc. uregulowań prawnych przyjętych w Unii. Zacietrzewieni brexitowcy nie chcą słyszeć o przynależności do Obszaru, gdyż – ich zdaniem – niewiele by to zmieniło w stosunku do stanu obecnego.
Polscy prawicowi politycy i prawicowe media sympatyzują z eurosceptykami w Italii. W tym miejscu godzi się przypomnieć, że Italia, która przez wiele lat była beneficjentem, od 2001 roku jest płatnikiem netto. W roku 2011 włoska wpłata netto wyniosła około 5 miliardów euro. W ostatnich latach kwota ta jest mniejsza .W roku 2016 wyniosła ona około dwa miliardy euro, a w roku następnym – ponad dwa miliardy. Włoscy eurosceptycy chcieliby ten stan rzeczy zmienić. Popieranie ich przez polskich polityków przypomina ucinanie gałęzi na której siedzimy.
Rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich wymaga rzetelnej wiedzy o państwach europejskich, a także o innych państwach ważnych dla Europy. Nowo wybrani polscy europosłowie powinni tą wiedzę posiadać, albo ją w szybkim tempie zdobywać. W każdym razie powinni przede wszystkim pracować w Parlamencie Europejskim, a nie zajmować się propagandą w mediach krajowych.
Jednym z najtrudniejszych problemów, którymi zajmują się władze Unii jest żywiołowy napływ imigrantów z Afryki. Wiadomo, że konieczne jest uszczelnianie granic i kontrola antyterrorystyczna. Jednakże dla zredukowania skłonności do migracji konieczne są działania na terenie państw afrykańskich służące polepszaniu ich sytuacji gospodarczej i społecznej. Kluczowe znaczenie ma edukacja w tych państwach. Prof.Bogdan Kalwas jst zdania, że nasze uniwersytety mogą utworzyć ścieżki kształcenia specjalistów, lekarzy, pedagogów, którzy podejmą zadanie edukacyjne w swoich krajach, być może trzeba będzie opłacać jakiś czas ich etaty, drukować podręczniki, pomagać tworzyć platformy internetowe. Pamiętam program „Tysiąc szkół na tysiąclecie” – wybudowaliśmy wtedy w bardzo niezamożnej Polsce około 1300 szkół. Teraz z gospodarką znacznie bardziej rozwiniętą jesteśmy w stanie zbudować 300 szkół w Sudanie Południowym w ciągu 10 lat i wykształcić dla nich nauczycieli. Może pójdziemy tą drogą? („Zdanie” 1-2(180-181)2019 ).
Sądzę, że tą drogą nie powinniśmy iść sami. Konieczne jest energiczne, wspólne działanie państw europejskich. Należy tu wziąć pod uwagę kwestię zapewnienia bezpieczeństwa uczniom, nauczycielom i szkołom. W tym kontekście współpraca z rządami i miejscowymi władzami jest konieczna. Ze strony Unii ptrzebne są działania dyplomatyczne i organizatorskie. Potrzebny będzie podział zadań pomiędzy państwami członkowskimi i harmonizowanie ich realizacji.
Nie można zwlekać, sprawa jest pilna.

Ropa i krew

Pod koniec maja minęła 52. rocznica ogłoszenia niepodległości przez jeden z regionów Nigerii.

Wojna, która wtedy wybuchła, wprawiała świat w osłupienie swoją brutalnością – może tylko w dawnym belgijskim Kongo postkolonialne konflikty tuż po uzyskaniu niepodległości miały tak krwawy i bezwzględny wymiar. Dziś mało kto o tym pamięta, chociaż sytuacja w najludniejszym kraju Czarnego Lądu zmieniła się od tego czasu tylko na gorsze. Ropa naftowa i żyjące z niej megakorporacje niezmiennie niszczą życie setek milionów ludzi.
Delta Nigru to region o powierzchni 70 tys. kilometrów kwadratowych (na sam obszar ujścia rzeki przypada 25 tys.), zamieszkiwany przez około 20 mln ludzi. To przede wszystkim ludy Ibo i Ijaw, ale nie tylko – łącznie mieszkańcy delty Nigru należą do 40 grup etnicznych i posługują się ponad setką języków i dialektów.

Region Biafry

Nie do nich jednak delta należy. Ten region jest miejscem wydobycia największych ilości ropy naftowej na kontynencie afrykańskim. 2,5 milionów baryłek ropy dziennie, 75 proc. eksportowych dochodów państwa nigeryjskiego. Platformy wiertnicze kompanii naftowych: amerykańskich (Shell, Chevron, Exxon Mobil), francuskich (Total), włoskich (Agip) i brytyjskich (BP) zlokalizowane na terenie delty i na wodach Zatoki Gwinejskiej pilnie strzegą swych tajemnic. Korporacje zatrudniają prywatne agencje ochrony, broniąc dostępu do jakichkolwiek informacji w sprawie tego, co, ile i w jaki sposób pozyskują. Także przed „suwerennym” rządem nigeryjskim.
Krajobraz delty Nigru to pejzaż bez mała apokaliptyczny. Zalewowe szuwary i namorzynowe lasy stoją nad Nigrem najzwyczajniej w resztkach wydobywanej ropy i odpadach jej przeróbki. Łatwość pozyskania surowca, który zalega płytko, powoduje, iż można go eksploatować metodami chałupniczymi, przy pomocy prymitywnych pomp i szybików. Tylko takie zajęcie pozostało miejscowej ludności, by utrzymać się przy życiu. „Nafciarze” pracują, stojąc po kolana w wodzie, w oparach pozyskiwanej i przerabianej ropy – przez co żyją średnio od 35 do 40 lat. Kiedyś byli rybakami – teraz o połowach nie ma mowy, rybach łowionych w Zatoce stężenie szkodliwych środków kilkaset razy przekracza dopuszczalne normy. Stężenie w wodzie rakotwórczego benzenu 900 razy przekracza normy. Skażone są też wody gruntowe (do pięciu metrów w głąb ziemi wciąż można trafić na ropę) i gleby, na których nic nie da się uprawiać.
Dochodzi do tego gaz ziemny, który w przeważającej ilości jest tu natychmiast spalany i dostaje się do atmosfery z prędkością 50 mln metrów sześciennych dziennie. Nie ma jak go pozyskać i przerobić na miejscu, nikomu się to nie opłaca – brak więc infrastruktury oraz gazociągów. To 40 proc. zużycia gazu ziemnego w całej Afryce, największe źródło emisji gazu cieplarnianego na świecie. Dopiero od niedawna koncerny zachodnie – Total i Agip – inwestują w wydobycie gazu i jego skroplenie (LPG) w terminalu w porcie Brass nad Zatoką Gwinejską.
Złoża węglowodorów odkryto w delcie w latach 50., gdy Nigeria była jeszcze kolonią Londynu. Znalezisko, zamiast stać się błogosławieństwem, okazało się największym nieszczęściem kraju.

Miliardowa petrokorupcja

Nigeria, najludniejszy kraj Afryki (dziś ok. 200 mln ludzi) to tygiel ras, języków, wyznań religijnych i kultur; jako państwo – struktura sztuczna stworzona przez Brytyjczyków w epoce kolonializmu. Napięcia i konflikty od zawsze przebiegały tu przede wszystkim na tle różnic religijnych, które jednak kryją stratyfikację klasową i kulturowe tożsamości poszczególnych grup. Z grubsza można podzielić je na muzułmańską północ i chrześcijańsko-animistyczne południe kraju. Gdy jednak w grę wchodziły milionowe zyski, tożsamościowe różnice nagle okazywały się jakby mniej istotne.
Dochody ze sprzedaży ropy naftowej poraziły świeże nigeryjskie elity polityczne wirusem kolosalnych pieniędzy i megakorupcji. Kolejne „niepodległe” rządy, cywilne i wojskowe, zajmowały się głównie plądrowaniem petrodolarów z państwowego skarbca. Szacuje się, że nigeryjskie elity ukradły w ten sposób ponad 500 mld dolarów. Postępowali tak wszyscy – i ci wywodzący się się z muzułmańskiej północy kraju, i ci z Jorubów, z południowego zachodu Nigerii.
W latach 60. wojskowi sprzedali naftowe pola zagranicznym koncernom, a te, korumpując nigeryjskich ministrów i urzędników, prowadziły rabunkową gospodarkę, nie przejmując się krzywdą mieszkańców delty ani skażeniem środowiska naturalnego. Dzisiejszy przerażający stan delty to efekt tamtych działań. Rządy wojskowych nie mogły nie budzić wśród mieszkańców wściekłości i poczucia krzywdy. Ludy z delty Nigru i południa kraju słusznie uznały, że są okradane. Czy wręcz – eksterminowane na raty.

Wojna absolutna

30 maja 1967 r. południowo-wschodni region Nigerii, w skład którego wchodził obszar delty Nigru, ogłosił niepodległość jako Biafra. Nowe państwo formalnie zostało uznane tylko przez kilka krajów na świecie: Gabon, Wybrzeże Kości Słoniowej, Tanzanię, Zambię. Izrael, Francja, RPA, Portugalia i Watykan oficjalnie nie uznały Biafry, ale po kryjomu udzielały mu w różny sposób i z różnych pobudek wsparcia.
Rząd Nigerii nie pogodził się z utratą obszarów, które przynosiły mu takie zyski. Odpowiedzią na deklarację niepodległości Biafry była próba jej pacyfikacji – tak zaczęła się trzyletnia wojna, którą z pełną świadomością można nazywać ludobójczą. Pochłonęła ponad milion ofiar, nie tylko w wyniku walk, ale przede wszystkim z racji szerzących się chorób oraz klęski głodu. Walczące strony kierowały się przy tym i motywacjami politycznymi, i starymi resentymentami plemiennymi i religijnymi. Na terenach walk odchodziło do masowych rzezi, tortur, a nawet aktów kanibalizmu – szalejący głód łączył się ze starymi wierzeniami, w myśl których tylko pożarcie ciała przeciwnika pozwala go naprawdę pokonać.
Brytyjczycy dostarczali – oczywiście po kryjomu, bo wszyscy zapewniali publicznie o swej neutralności i apelowali o pokój – broń rządowi nigeryjskiemu w Lagos. Biafrańczyczy mogli liczyć na wsparcie Francji, która pozwalała secesjonistom na werbunek najemników na swym terytorium. Pomagał też Izrael. Tymi kanałami dostarczano zarówno broń, jak inne środki potrzebne do funkcjonowania państwa, gdyż rząd nigeryjski prowadził blokadę wybrzeży zbuntowanego regionu. Zdemobilizowanych kanonierek i łodzi motorowych dostarczali Amerykanie, teoretycznie neutralni, faktycznie wspierający Brytyjczyków.
Rebelia Biafry została brutalnie stłumiona. W 1970 r. upadła stolica tego państwa, wrócił „porządek”. Ale petrodolarowe bogactwo nadal było śmiertelną chorobą dla nigeryjskiej gospodarki i państwa. Łatwy zarobek sprawił, że Nigeria, jeden z najbogatszych krajów Afryki, zarzuciła pozostałe gałęzie gospodarki, stając się surowcową monokulturą i zakładniczką ropy naftowej. Ropę sprzedawano (i czyni się tak nadal) w świat, nawet nie próbując jej przetwarzać. Do dziś Nigeria, pozostając jednym z największych na świecie wydobywców ropy naftowej jednocześnie sprowadza benzynę z zagranicy benzynę. Jej największymi dostarczycielami są… Total, BP i Shell.

Piraci, fanatycy, desperaci

Od połowy lat 90. znów pojawili się w różnych miejscach Nigerii partyzanci walczący z władzą centralną w Abudży (w 1991 roku przeniesiono tu, do centrum kraju, stolicę z niezwykle przeludnionego, położonego na wybrzeżu Lagos). Ich ideologiczno-doktrynalne manifesty są przykryciem zasadniczego problemu rozrywającego od chwili uzyskania niepodległości ten kraj. Cały czas chodzi w gruncie rzeczy o to samo: o niesłychanie nierównomierny sposób podziału dochodów uzyskiwanych przez Nigerię z eksportu ropy naftowej oraz niebotyczną nawet jak na warunki Afryki korupcję establishmentu politycznego, jaką podtrzymują naftowe koncerny. Właśnie te zasadnicze problemy nieustannie napędzają nowych bojowników tak dla Boko Haram, czyli nigeryjskich dżihadystów, tak dla separatystycznego Ruchu na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (MEND).
Walka z tym drugim w 1995 r. przerodziła się w nową wojnę domową – stało się tak po tym, gdy nigeryjskie władze wojskowe skazały na śmierć i powiesiły jednego z politycznych przywódców delty, poetę, autochtona Kenule Saro-Wiwę. Partyzanci zaczęli wysadzać instalacje naftowe, dziurawić rurociągi, kradli pompowaną nimi ropę, porywali dla okupu cudzoziemskich nafciarzy. Tym razem władze odpowiedziały inaczej niż na secesję Biafry. Nowa taktyka polegała na skłócaniu ugrupowań powstańczych i podburzaniu ich przeciwko sobie, co dało efekt: zamiast jednego ruchu wyzwoleńczego powstało kilkanaście zwalczających się nawzajem partyzantek, a także zupełnie już bezideowe, kompletnie zdemoralizowane bandy piratów. Ci z jednej strony kradli ropę, a z drugiej – uprowadzali zakładników i całe statki handlowe dla okupu, gdyż był to niezwykle łatwy dochód przy ogólnym rozprzężeniu struktur państwowych. Z czasem zaczęło zdarzać się też tak, że piratów wynajmowali przedstawiciele nigeryjskich władz i dowódcy rządowego wojska, by dorabiać się na kradzionej ropie. W XXI wieku wojna w delcie i piraci grasujący na jej wodach, jak również w Zatoce Gwinejskiej, stali się prawdziwą plagą, która sprawiła, że zyski z ropy naftowej Nigerii spadły o jedną czwartą. Od atlantyckich wybrzeży Afryki niebezpieczniejsze były tylko jej wybrzeża wschodnie – na wodach Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego królowali również piraci, tyle że z Somalii.
Rebelia w delcie przygasła w chwili dojścia do władzy pierwszego człowieka stamtąd – Goodlucka Jonathana, pochodzącego z ludu Ijaw. Objął władzę w 2010 r. jako wiceprezydent, zastępując zmarłego na urzędzie szefa państwa. Zdołał przekonać rebeliantów z delty do złożenia broni, za co zgodził się płacić im tzw. pokojową rentę. Obiecał też sprawiedliwiej dzielić zyski z ropy. Jednak te obietnice pozostały, jak zawsze w Nigerii, na papierze a sytuacja ekologiczna, polityczna, społeczna w regionie nie poprawiła się wcale. Puste obietnice składał nie tylko prezydent – koncern naftowy Shell zadeklarował, że oczyści terytoria delty, na których przed laty wydobywał ropę. Nigdy tego nie uczynił.
Ruch separatystów z delty udało się po części spacyfikować. Pozostali dżihadyści z Boko Haram, dokonujący co jakiś czas spektakularnych ataków, w których giną setki ludzi. I ten fakt przebija się do mediów, nie ogólny kontekst nigeryjskiej tragedii. Tymczasem ci islamscy fundamentaliści wyrastają nie z literalnie rozumianej nauki Mahometa, a z typowo lokalnych uwarunkowań. Nie byłoby ich, gdyby nie bieda, korupcja urzędników, degradacja środowiska naturalnego i działalność zachodnich koncernów rolnych. Północne tereny Nigerii, gdzie Boko Haram jest najsilniejsze, od zawsze były obszarami hodowli i pasterstwa ludów Hausa, Fulbe i Kanuri, a wielkoprzemysłowa produkcja rolna i działalność wielkich korporacji zakłóciły skutecznie tradycyjną strukturę społeczną i miejscowe formy gospodarowania.

Zbrodnia bez kary

Historia Nigerii, Biafry i delty Nigru to ponury przykład problemów trapiących współczesną Afrykę. W 2018 r. to Nigeria, nie RPA, szczyciła się największą – gospodarką na Czarnym Lądzie, ale równocześnie przez cały czas swojej prawie 60-letniej niepodległości boryka się z tymi samymi problemami. Wobec neokolonialnej struktury gospodarki i neoliberalnych form własności nie jest w stanie choćby rzucić wyzwania biedzie, korupcji, dramatycznym nierównościom. A skoro nie jest w stanie rozwiązać problemów fundamentalnych, to nieustannie będą targać nią konflikty religijne, plemienne, kulturowe, ataki partyzantów z nieznanych nikomu środowisk, porwania, zamachy bombowe. Przeciętny Nigeryjczyk (wg raportu HDI) dożywa średnio 52 lat, gdy jego sąsiad z Ghany – 64. Na służbę zdrowia rząd Nigerii przeznacza zaledwie 1,7 proc. środków z budżetu państwa.
Dlaczego w obecnym systemie nigdy się to nie zmieni? Bo głównym odbiorcą nigeryjskiej ropy, kupującym aż 40 proc. całego wydobywanego surowca, są Stany Zjednoczone. Nigeria to piąty w kolejności dostawca ropy na ich rynek, zapewniający spełnienie ponad 10 proc. zapotrzebowania USA na ten surowiec. Nigeria posiada sześć terminali załadunku ropy, z czego Shell posiada dwa, natomiast Mobil, Chevron, Texaco i Agip po jednym. Shell jest ponadto w posiadaniu magazynów Bonny Terminal i Forcados Terminal, w których można pomieścić ponad 13 mln baryłek.
W „nigeryjskim kotle” Amerykanie, tak kochający demokrację i prawa człowieka, wyparli dawnych brytyjskich kolonizatorów. Dzięki neokolonialnemu uzależnieniu, w jakie zakuli władze w Abudży, mogliby – gdyby chcieli i byłoby to w ich interesie – poprawić los Nigeryjczyków choćby w minimalnym stopniu. Zapewnić choćby to, żeby spójność terytorialna tego afrykańskiego olbrzyma na glinianych nogach nie była aż tak zagrożona i by nie wybuchła kolejna wojna na wzór biafrańskiej. Ale nie zależy im nawet na tym. Życie Nigeryjczyków nie ma żadnej wartości.

Jak się to zaczęło?

Najpierw, 15 lutego na trybunach stadionu w Algierze kibice obu miejscowych drużyn piłkarskich obrzucali się rytualnymi obelgami, ale w przerwie ktoś krzyknął „Nie dla piątej kadencji! Nie dla Butefliki i jego brata Saida!”. Obie przeciwne grupy kibiców podjęły to zgodnie i tydzień później, w piątek, gdy w Algierii chodzi się do meczetu i rozgrywa mecze, na ulice miast wyszły setki tysięcy ludzi, skandując to samo, co na stadionie.

Zrozumienie Algierczyków pójdzie łatwiej, jeśli spojrzy się na zdjęcia prezydenta tego kraju. W 2014 r., niecały rok po jego udarze mózgu Abd al-Aziza Buteflika ma żywe oczy, sam podnosi rękę i trafia do dziurki, by na siebie zagłosować (to ostatnie wybory prezydenckie). Wideo i zdjęcia z tego głosowania do dziś są pokazywane w algierskiej telewizji, bo późniejsze już się nie nadają. 82-letni przywódca ma dziś maskę zamiast twarzy. Ostatni raz przemówił do narodu w 2012 r.
Na zdjęciach sprzed dwóch lat, gdy zdecydowano się go pokazać z okazji przybycia premiera Francji, algierski prezydent nie wypowiedział ani słowa, a jego twarz pozostawała w tym samym stanie cały czas. Buteflika już wtedy nie kontaktował i nie wykonywał żadnych ruchów. Jedynym znakiem życia była ślina, która wkrótce zaczęła mu wyciekać z ust. A jednak w zeszłym miesiącu „zgłosił” swą kandydaturę na piątą kadencję. Rządzi największym krajem Afryki już 20 lat, dziś za pośrednictwem swoich braci, którzy od 2013 r. umieszczają go regularnie w paryskich i genewskich szpitalach.

Cztery ośrodki

Pamiętna „arabska wiosna” z 2011 r. ominęła Algierię. Prezydent Buteflika wygłosił wówczas przemówienie, w którym zapowiedział nie tylko demokratyzację kraju, ale i ogłosił liczne inicjatywy socjalne oraz podwyżki płac, finansowane z zysków z wydobycia ropy i gazu. Udało mu się wtedy kupić spokój społeczny, bo cieszył się ciągle szacunkiem: był czynnym bojownikiem o niepodległość zdobytą w 1962 r., a potem zrobił błyskotliwą karierę – w 1963 r. został najmłodszym na świecie ministrem spraw zagranicznych. Po wyborze na prezydenta w 1999 r. udało mu się doprowadzić do zakończenia wojny domowej, czym zyskał sobie powszechną wdzięczność – „czarne dziesięciolecie” lat 90. kosztowało życie co najmniej 200 tys. ludzi.
Zwycięstwo nad islamistami i późniejsze pojednanie narodowe, wprowadzona wielopartyjność i programy socjalne nie były jednak w stanie zrekompensować wad „mafijnego kapitalizmu” i nieustającej od niepodległości władzy FLN (Frontu Wyzwolenia Narodowego). Władza korumpuje, a władza od ponad półwiecza korumpuje totalnie. Z wyższych rang partii wyłoniło się wielu miliarderów, którzy dziś odgrywają równie ważną rolę polityczną, co armia, tajne służby i rodzinny klan prezydencki. Wszystkim tym ośrodkom odpowiada status quo, dlatego cień Butefliki został znowu zgłoszony do wyborów. Problem w tym, że teoretycznie bogata Algieria nie stała się krajem dostatnim i rozwiniętym, ani zresztą państwem prawa. Ludzie chcą czegoś nowego. Hasło powołania do życia II Republiki brzmi na manifestacjach nie słabiej niż „nie” dla piątej kadencji Butefliki.

Paradoks wyborczy

W piątek 8 marca, na ulice największych miast – Algieru, Oranu, Konstantyny i Annaby – znowu wyszły tłumy, by domagać się rezygnacji Butefliki z kandydowania. Ściślej mówiąc pragną, by ci, którzy zgłosili niewidzialnego prezydenta, przestali rządzić. Manifestacje w dużych miastach, jak i na prowincji, pozostają pokojowe, ale widmo nowej wojny domowej już zaczęło krążyć nad krajem: wojsko ostrzegło, że będzie strzec „stabilności” kraju, czyli opowiada się (póki co) za klanem Butefliki. Odwołanie wyborów parlamentarnych w 1992 r. doprowadziło do długiej, okrutnej wojny, która pozostaje narodową traumą. Tym razem władza nie chce wyborów odwoływać, ale chcą tego manifestanci – ich zdaniem chodzi o jawny absurd.
Dlaczego zbuntowani Algierczycy manifestują przeciw jakiejś kandydaturze, zamiast forsować swoją? Otóż są przekonani, że Buteflika wygra, choćby był martwy. W 2014 r. zdobył 82 proc. głosów, co wynika nie tylko z szacunku dla jego osoby, ale i propagandy państwowej oraz grubych nieprawidłowości wyborczych. W Algierii zaufanie do miejscowej demokracji jest śladowe: w ostatnich wyborach parlamentarnych wzięło udział niecałe 12 proc. uprawnionych. Opozycja pozostaje śmiesznie słaba, nie ma popularnego lidera i na dodatek wybory prezydenckie przewidziane na 18 kwietnia postanowiła zbojkotować. Buteflika ma kilku kontrkandydatów, lecz zupełnie nie liczących się w opinii publicznej.

List ze Szwajcarii

Prezydent leczący się obecnie w uniwersyteckim szpitalu w Genewie niespodziewanie kilka dni temu napisał odczytany w telewizji list do narodu, w którym tłumaczy, że rozumie protestujących i wobec tego obiecuje skrócić swą przyszłą kadencję, kiedy już zorganizuje debatę narodową i szerokie konsultacje na temat kolejnych wyborów prezydenckich, w których udziału nie weźmie. Naturalnie nikt nie wierzy, że sam sformułował to pismo, choć władze zapewniają, że jego świadomość i rozum działają świetnie. Przemówili więc ci, którzy rządzą, jego klan, kancelaria, FLN. Problem w tym, że listowy argument-prośba, że „to już ostatni raz” budzi jedynie irytację. Algierczycy nagle stracili cierpliwość.
Mowa tu o mieszkańcach dużych miast, studentach, inteligencji, gdzie aspiracje do radykalnej zmiany wyraźnie przestarzałego, autorytarnego systemu politycznego są najsilniejsze. Na wsiach ludzie ciągle szanują Buteflikę jako reprezentanta pokolenia walki o niepodległość. To się może zmienić, bo w łonie FLN następują pęknięcia. Dżamila Bouhired, żywa legenda tej walki, członkini ruchu oporu, ta, która w 1957 r. roześmiała się, gdy Francuzi skazali ją na gilotynę za „terroryzm” i potem cudem ocalała, szanowana bardziej niż ktokolwiek, wyszła na ulicę razem z protestującymi. Takie poparcie czyni społeczny bunt wiarygodnym, tym bardziej, że kilka innych znanych postaci tamtego pokolenia dołączyło do stanowiska Bouhired. List prezydenta tylko zirytował protestujących.

Wybuchowa frustracja

Już bieżąca, czwarta kadencja Butefliki stała pod znakiem problemów gospodarczych, z powodu spadku cen ropy, a teraz okazuje się, że algierskie złoża ropy i gazu się wyczerpują. Produkcja nieuchronnie się zmniejsza, a przynosiła aż 60 proc. dochodów budżetowych i 95 proc. dewiz z eksportu. Klanowa władza nomenklatury FLN nie zbudowała innego przemysłu, rolnictwo ledwo dyszy, a system bankowy tkwi jeszcze w ubiegłym wieku. Nieudolność administracji z korupcją w tle doprowadziła do wielkich strat, w latach 2000-2015 wyprowadzono za granicę prawie 600 miliardów (!) dolarów, które przyniosła sprzedaż ropy i gazu. Tymczasem ponad 50 proc. młodzieży nie może znaleźć żadnej pracy, a ludzie do 30 roku życia stanowią połowę populacji. Frustracja i odrzucenie grabiących do siebie „leśnych dziadków” u władzy są raczej zrozumiałe.
„Chciałabym tylko nie chcieć wyjechać do Francji” – mówiła Faiza, 24-letnia studentka podczas wiecu w Algierze – „Nie tylko Buteflika powinien odejść, ale też jego bracia, jego generałowie i cała ta klika! Algieria potrzebuje drugiej niepodległości.” W ubiegłym roku prawie 90 proc. młodych ludzi deklarowało chęć wyjazdu do Francji na stałe, bo ma dość biedy i braku perspektyw. „Władza wygrała milczenie naszych rodziców strasząc wojną domową, lecz z nami to nie działa. Rodzice zadowalali się życiowym minimum, kiedy wreszcie był pokój, my chcemy maksimum życia i pokoju” – podkreślał pokoleniowe aspiracje Ghani, student biologii. Hasło „pokój” jest zresztą skandowane na wszystkich manifestacjach, pacyfizm protestujących nie budzi wątpliwości.

Niewidzialne wyjście

„To nie jest arabska wiosna, to spontaniczna ludowa rewolucja!” – głosił jeden z transparentów w Oranie, gdyż panuje przekonanie, że „arabska wiosna” w Egipcie i Tunezji była sterowana z zagranicy. Władze zdają się z tym na razie zgadzać, bo policja na ogół nie interweniuje, ale to może się zmienić. Jeśli „system FLN” zechce bronić swych pozycji i wybierze drogę siłowej konfrontacji, trzeba będzie liczyć się z wielką tragedią. Natomiast nikt nie wie, co miałoby się zdarzyć, jeśli to „rewolucja” wygra. Hasła demokratyzacji to za mało: Algieria może wybrać „model zachodni”, nawet socjalizm, ale też islamiści nie powiedzieli swego ostatniego słowa.
Kluczowe będzie stanowisko armii. Nie patrzyła ona z entuzjazmem na powolną islamizację kraju, ostentacyjną religijność, którą świecki niegdyś FLN po cichu promował w ostatnich latach. Ale też pozostaje wierna władzom, więc jej przyszłe decyzje trudno przewidzieć. Tymczasem imperium amerykańskie już się wmieszało deklarując, że represje wobec manifestantów będą „nie do zaakceptowania”. Francja dmucha na zimne, pozostaje bardzo ostrożna. Obawia się krwawego konfliktu, który skończy się masową emigracją. Stadionowy krzyk dał początek wielkim nadziejom, lecz rozpoczął też okres wielkiej politycznej niepewności. To się może odbić się na całej północnej Afryce.

Wstać czy siedzieć. Lewicowo o migracji

„Tego, czego nie chcemy – powiedział Jean Jaurès w 1894 r., obserwując ówczesną formę migracji – to tego, żeby międzynarodowy kapitał szukał siły roboczej na rynkach, na których ona jest najbardziej poniżona, upodlona, zdeprecjonowana, po to, żeby ją potem wyrzucić poza kontrolą i wszelkiej regulacji na rynku francuskim, tak żeby płace były wszędzie na świecie na poziomie krajów, gdzie są najniższe. W tym sensie, i tylko pod tym kątem, chcemy chronić francuską siłę roboczą przed zagraniczną siłą roboczą, ale powtarzam wciąż, nie z powodu szowinistycznego ekskluzywizmu, ale po to żeby Międzynarodówka dobrobytu zastąpiła wszędzie międzynarodówkę nędzy”.

 

Te słowa francuskiego socjalisty, który miał zostać zamordowany w 1914 r. przez rzecznika wojny imperialistycznej, z powodu swojej antywojennej, jednoznacznie internacjonalistycznej postawy przypominają nam, że obecne podziały lewicy w Europie na temat migracji istnieją już od ponad 100 lat. Odżyły ostatnio np. w postaci powstania w RFN ruchu Wstać/Aufstehen pod kierownictwem liderki Die Linke Sahry Wagenknecht. We Francji już od lat 70. mamy do czynienia z podobną kwestią zarówno wśród marksistów, jak i samych imigrantów.
Nie możemy więc ignorować faktu, że przeciwko imigracji (lecz niekoniecznie imigrantom!) występują zarówno faszyści z czarnym podniebieniem, jak i bojownicy antyimperializmu. Wśród rzeczników otwartych granic można znaleźć tak kapitalistów czynnie zaangażowanych w polityce imperialistycznej i wyzysku klasowego, jak i działaczy na rzecz pokoju i solidarności między narodami. Zacznijmy więc od wyliczenia głównych argumentów używanych przez rzeczników otwartych granic :
– Dobroć wobec cierpiącej ludzkości,
– Postrzeganie państw narodowych jako głównego narzędzia wojny, a więc dążenie do ich eliminacji, począwszy od granic,
– Przekonanie, że wielokulturowość wzbogaca twórczość artystyczną i urozmaica życie codzienne,
– Przekonanie ludzi należących do takiej, czy innej mniejszości (narodowej, religijnej, regionalnej, seksualnej i in.), że im więcej mniejszości, tym większa możliwość znalezienia w razie potrzeby potencjalnych sojuszników,
– Postrzeganie przez niektórych radykałów mniejszości i imigrantów jako grup, gdzie łatwiej będzie można znaleźć potencjalnych sojuszników w walce rewolucyjnej na miejscu nieco zmęczonego i biernego już lokalnego proletariatu,
– Potrzeba młodej siły roboczej, importowanej, aby państwo było w stanie płacić emerytury dla starzejącego się społeczeństwa,
– Potrzeba właścicieli środków produkcji i wymiany, aby wzrosła konkurencja o miejsce pracy, dzięki której lokalna siła robocza będzie mniej wymagająca,
– Dążenie firm ponadnarodowych do tego, by siła robocza mogła krążyć w tym samym rytmie od kraju do kraju co kapitały i towary w zależności od fluktuacji sytuacji gospodarki i ich potrzeb,
– Dążenie imperialistów do osłabienia jedności społecznej i kulturowej konkurencyjnego państwa,
– Prowadzenie przez niektórych przywódców politycznych i kapitalistów polityki «dziel i rządź»: osłabienie potencjalnej solidarności klasowej pracujących na bazie różnic językowych, etnicznych czy religijnych.
Nietrudno zauważyć, że pewne argumenty są natury moralnej, inne racjonalnej, pewne odpowiadają interesom silniejszych grup społecznych, a inne interesom słabszych. Nie da się również nie dostrzec, że wszystkie razem wzięte są ze sobą sprzeczne.
Początkowo może się to wydawać groźne dla zwolenników postępu społecznego i internacjonalizmu, jednak równocześnie pokazuje to, że obóz przeciwników migracji także jest podzielony. Siły konsekwentnie lewicowe umiały jednak za każdym razem te sprzeczności przezwyciężyć. Działo się tak jednak dopiero w momentach postępu ekonomicznego i społecznego. Okresy kryzysu i masowego bezrobocia były zawsze konfliktogenne, gdyż liczba ludzi chętnych migrować radykalnie zmniejsza się zawsze w okresach dobrej koniunktury, akurat w momencie kiedy wzrasta z kolei ilość ludzi chętnych na czasowe wyjazdy na cele turystyczne, handlowe, towarzyskie lub oświatowe.
To pokazuje, że trzeba zacząć oddzielać kwestię swobodnego ruchu między krajami od kwestii prawa do osiedlenia się w obcym państwie. A także, że trzeba zacząć rozważać ten problem nie pod kątem moralnym, do czego jest skłonna tzw. „lewica moralna” ale pod kątem ekonomicznym i społecznym, a więc i racjonalnym co należy do obowiązków tzw. „lewicy społecznej”, czyli klasowej.
Lewica społeczna, klasowa, antyimperialistyczna nie może oddzielić kwestii obrony prawa upośledzonych jednostek niezależnie od swego pochodzenia, w tym oczywiście migrantów, od kwestii wojen, a więc podżegaczy wojennych i handlarzy broni, od kwestii prawa wszystkich narodów do rozwoju. Dochodzą więc sprawy plądrowania, pętli zadłużenia i lichwy stosowanej wobec biednych krajów przez państwa imperialistyczne w wyniku polityki agresji oraz stosowania spekulacyjnych cen (kwestia nieuporządkowanej przez kapitalistyczne państwa anarchii cen i tzw. Terms of Trade).
Nie ulega wątpliwości, że niezależnie od tego, że koniunktura w kapitalizmie globalnym jest raz lepsza w jednym kraju a raz gorsza, nie ma na dłuższą metę kraju, gdzie gros mas ludowych może mieć pewność co do swych perspektyw życiowych. Nikt poza waszyngtońskim FED nie panuje nad samowolą drukarzy dolara, którzy dyktują ostatecznie ceny światowe, warunki handlowe, stopy procentowe i co za tym idzie główne kierunki rozwojowe, a więc także i stagnacyjne. Ostatnio mamy na żywo przykład Wenezueli, która jest pogrążona w kryzysie dzięki „kapryśnej” polityce państwa drukującego dolary.
Wystarczy spojrzeć, jakie kraje lub regiony się rozwijały i jakie podupadały przez ostatnie pięć dekad, żeby stracić nadzieję, że kiedykolwiek w ramach kapitalizmu którykolwiek kraj może mieć pewność, że wyjdzie definitywnie z biedy tylko dzięki własnym wysiłkom. Hossy i bessy w coraz większym stopniu są zależne od „kaprysów” kilku zaledwie światowych największych graczy giełdowych. Wiadomo bowiem, że najbardziej rentowną produkcję w krótkoterminowej gospodarce, na której opiera się kapitalizm, to produkcja zbrojeń i narkotyków, legalnych czy nielegalnych (tytoń, heroina, crack, lekarstwa, alkohol, ecstasy, captagon, itp.) i te zyski zalewają raje podatkowe chronione przez wojska NATO.
W tej nieprzewidywalnej dla mas sytuacji, tylko radykalna zmiana ustrojowa na skalę globalną położy kres niepewności i ustabilizuje życie każdego kraju. Nawet jeśli obowiązkiem postępowego działacza i postępowego stronnictwa jest stanąć po stronie upośledzonej lub wyzyskiwanej jednostki bądź grupy, główna oś działalności zawsze musi polegać na uświadomieniu bezpośredniego związku między ich konkretnym problemem a ogólnymi regułami panującego ustroju, oraz podporządkowanie całej działalności kwestii wojny i pokoju oraz imperializmu i walk narodowowyzwoleńczych. Zaczynając od pokazania, kto jest głównym producentem i eksporterem broni, a więc i wojen i co za tym idzie, nierówności, i niepewności, a więc także niechcianej emigracji ze swojej ziemi.
„Tubylcom” z kolei należy pokazać, kto i co kryje się za nieszczęściem emigracji. Dopiero łączenie reakcji na te dwa nieszczęścia – wymuszonej migracji i ostrej konkurencji na rynku pracy – pozwoli tworzyć siłę, która umożliwi stworzenie nowego układu sił społecznych, korzystnego dla wszystkich pracowników najemnych niezależnie od pochodzenia. Skoro działacze postępowi uważają, że prawdziwe ludowo-demokratyczne państwo ma obowiązek ustalić reguły co do ruchu kapitałów i towarów, logiczną konsekwencją jest, ażeby ono mogło także planować ruch siły ludzkiej produkującej towary i kapitały.
Wolny z Wolnym, Równy z Równym !

Jestem z Polski Ludowej Wywiad

„Walczmy o Unię i myślmy o wspólnych problemach. Współpracujmy z nią na poziomie samorządowym i krajowym”. Z Maciejem Prandotą, kandydatem do Sejmiku Województwa Mazowieckiego – rozmawia Weronika Książek.

 

Co to znaczy, że jest Pan z Polski Ludowej?

To stwierdzenie rozumiem, jako test na uczciwość polityczną.
Po pierwsze: partia sprawująca władzę ciągle powtarza, że ona „grzechem komuny” nie jest obarczona a tylko jej wrogowie. Tak samo jak miliony Polaków, ja też skończyłem bezpłatne szkoły, znalazłem pracę, i żyłem spokojnie w Polsce Ludowej.
Jestem ze wsi, z „ludu”. O swój byt od młodych lat musiałem się starać sam. Od państwa nie dostałem ani mieszkania, ani samochodu. O okresie prześladowań kolegów ojca (ideowy ludowiec) tylko słyszałem – bo stalinizm skończył się zanim dorosłem. Teraz słyszę, że władza polityczna należy się tylko tym, którzy sami nazywają siebie wyzwolicielami z „niewoli bolszewickiej” – chociaż tak jak i podobni „przeciętniacy” korzystali dobrodziejstw państwa socjalistycznego. Argumentują oni, że należy im się władza na wieczne czasy. Oskarżenie o wstrętną komunę, przenoszą z okresu koszmarnej stalinowskiej nocy na cały okres państwa socjalistycznego, zarzucają wszystkim swoim poprzednikom z okresu socjalizmu zdradę narodu, zapominają, że wielkie mocarstwa nie pozostawiły wielkiej swobody politycznej naszym socjalistycznym rządzicielom. Tak jak my ludzie nie żyjemy tak jak nam się chce, a tylko jak się da. Tak i polityka jest tylko gorszą lub lepszą adaptacją do istniejących możliwości. Gdy nasz bitny naród próbował realizować swoje ambicje nie patrząc na okoliczności to kończyło się to zawsze masakrą, za błędy Królów płacił zawsze naród. Ideologia PiS zakłada, że oni stali zawsze po dobrej stronie (według tej logiki ja zapewne stałem po stronie ORMO).
Jest to ordynarne kłamstwo! Prezes Kaczyński, jak każdy przeciętny Polak, studiował za darmo i uczył się w takiej samej socjalistycznej szkole jak wszyscy z jego pokolenia, korzystał z opieki socjalnej itd., W czym jest lepszy powiedzmy od oficerów Wojska Polskiego? On i oni po prostu uczyli się i działali na innych kierunkach.
Powiedzmy sobie szczerze, to Gorbaczow rozwalił Związek Radziecki. „Solidarność” była tylko przyczynkiem. Zresztą ten ruch, tak jak każda rewolucja, dokonał też wiele złego, sami zniszczyliśmy tkankę wielkiego przemysłu. Chiny tego nie zrobiły i dziś są potęgą. Z ,,Domu Niewoli Egipskiej” wyszły jakoś wszystkie Demoludy – i wcale nie było tam Solidarności. Patrzmy, więc trzeźwo na przeszłość.

 

Pytanie, kto dziś ludem a kto elitą…?

Krótkie, ale trudne pytanie: podobnie jak nie wiemy do końca, kto jest Lewicą a kto Prawicą, tak i tożsamość elit jest dziś niejednoznaczna. Niewątpliwą elitą jest partia władzy. To oni mają pierwszeństwo dostępu do najlepiej płatnych posad. Poczucie przyzwoitości, jeśli chodzi o wysokość zarobków ich nie obowiązuje. Otwarte konkursy naboru to fikcja, zasady korpusu funkcjonariuszy państwowych nie obowiązują. Jeżeli jesteś swój, dostajesz stanowisko, jeżeli nie jesteś swój to posadę możesz stracić z dnia na dzień bez żadnego uzasadnienia.. Żeby dostać sute wynagrodzenie, wystarczy być posłusznym i wiernym. Dyplomy? Doświadczenie? To jest mile widziane, ale nie konieczne. Można z czasem douczyć się na Kościelnej Akademii Zakonnika Rydzyka, Kościół oparty jest na dogmatach, co warta taka nauka? Kiedyś „elita” oznaczała wykształcenie i zawodową niezależność. Mieli ją policjanci, wojskowi czy sędziowie. Dziś ich autorytety nie są respektowane. Minister Macierewicz mógł wyrzucić, kogo tylko chciał. Więcej, żyjemy w czasach, kiedy dorobek finansowy również nie stanowi gwarancji bezpieczeństwa: póki co nie musimy się martwić, jest dobra koniunktura, ale gdy będzie mniej pieniędzy, władza nie zawaha się sięgnąć do majątku ,,wyzyskiwaczy,, .

 

Słyszałam, że Pan jest wielkim admiratorem europejskiej wspólnoty…

To zdecydowanie za dużo powiedziane – ja się wręcz zastanawiam, czy Unia nie jest utopią polityczną oraz gospodarczą i nie stoi na krawędzi upadku… Gdy światowa potęga finansowa i płatnik netto, czyli Zjednoczone Królestwo, właśnie tę wspólnotę opuszcza to jest to właśnie częściowy rozpad. Gdy Polska mówi, że nie ma zamiaru respektować zasad unijnych, to też jest to częściowy rozpad.
Mimo wszystko chciałbym zaznaczyć, że zdecydowanie jestem za pozostaniem w Unii, plusy przeważają!

 

Jarosław Kaczyński by się z Panem nie zgodził…

Unia to jedność zasad. Polska natomiast chce być na składkowym przyjęciu, ale bezpłatnie. Tak jak się mówiło onegdaj na Pradze ,,zdrowie twoje w gardło moje”. Przynależność do UE to nie tylko skok cywilizacyjny i gospodarczy, ale również zrozumienie, tolerancja, brak szowinizmu, brak groźby wojny. To ostatnie jest dla nas najistotniejsze. Paradoksalnie, to, co buduje dobrobyt materialny UE, jest też jej przekleństwem: wysokie subwencje, gigantyczny napływ kapitału, szybkie unowocześnienie i centralizacja produkcji powoduje, że zanika zdrowa konkurencja. Już teraz możemy obserwować taki proces: po szybkiej euro modernizacji, nowoczesna gospodarka potrzebuje mało pracowników i narastają nawisy strukturalnego bezrobocia. Bezrobocie wśród młodych w Grecji to katastrofalne kilkadziesiąt %. Wielka Unia to gigantyczna planowa gospodarka. Przez nadmiar planowania zawalił się Związek Radziecki. Masowe bezrobocie, brak trwałości bytu materialnego to pożywka populizmu, a w przyszłości być może nawet wojny. Walczmy o Unię i myślmy o wspólnych problemach. Żeby nie było tak jak w przysłowiu: jesteśmy w Unii, bo „głupim w kupie raźniej”.

 

Jak można „walczyć o Unię” na poziomie samorządu?

To proste: dołożyć do tego, co jest więcej rozsądku i odpowiedzialności – a będzie dobrze. Sprawą zasadniczą są teraz wybory samorządowe. Ja startuje do wojewódzkiego Mazowsza. Należy zdać sobie sprawę, że gdy oddamy samorządy w ręce PiS, to do niezależnych dotąd organizacji samorządowych wkroczy pokraczna polityka. Za jej obecność będziemy płacić słoną cenę nawet i 20 lat później. Miejmy nadzieję, że naród nie da się do końca omamić,, jedynej słusznej sile,,.
Przyczyną upadku wielkich firm jest często nie brak nowoczesności, lecz przeinwestowanie. To samo dotyczy samorządów. Nie wolno inwestować unijnych środków w projekty prestiżowe i polityczne. Taki np. aeroport w Baranowie to czysta megalomania rządzących. Trzeba starannie przestrzegać poziomu zadłużenia, subwencje dzielić transparentnie. Powołać w każdym samorządzie stałą niezależną, multipartyjną komisję nadzoru sensowności projektów, bo postulowana przez wszystkich „innowacyjność” to często fantazja niosąca ze sobą tylko realny wzrost wydatków budżetu. Fundusze europejskie w samorządach nie mogą służyć tworzeniu politycznego dworu i karmienia tego dworu, dlatego tak potrzebna jest właśnie transparentność.

 

O Unii już wszystko wiemy – to jedźmy na południe. Co by Pan przeniósł z zawodowych doświadczeń pracy w Czarnej Afryce do Polski?

Wszystko i nic. Kolor skóry niewiele znaczy, jeżeli ktoś potrafi pracować z ludźmi to tam i tu zasady są podobne. Pan Bóg jest sprawiedliwy i ludzką głupotę rozsiewa równo po całym globie. Gdy dwadzieścia lat temu wróciłem do Polski, miałem złudzenie, że wracam do dobrze zorganizowanego państwa europejskiego. Ale na miejscu okazało się, że nastąpił wysyp dezorganizacji i ludzkiej głupoty, którego się spodziewałem. Upadła tak zwana ,,Komuna,, ale to co się pojawiło często nie było dużo ciekawsze . Przykładowo pojawiły się pisma takie jak „Wróżka”, gazety, w których twierdzi się wielkimi literami, że pod Węgorzewem znaleziono obiekty kosmitów, później małymi literami się to prostuje. Okazało się, że sądy niczego się nie boją. Że jak nie zapłacisz to się do specjalisty dostaniesz po śmierci. Ludzie dyskutują czy warto się szczepić czy nie, a to zostało już naukowo rozstrzygnięte już 150 lat temu. Powszechnie miesza się w poważnych debatach argumenty naukowe z argumentami wynikającymi z widzimisię albo powiedzmy wynikającymi z dogmatów religijnych. Przecież od tysięcy lat wiadomo, że dogmatów nie trzeba dowodzić, argumenty naukowe to prawdy udowodnione doświadczalnie. Tak zwaną komunę trzeba niestety pojmować, jako epokę światłości a współczesność w jakiejś mierze to powrót do wieków średnich.
A co widać na scenie politycznej? Masę hochsztaplerów, głupich z natury lub udających głupich by być łatwiej wybranym przez podobnych sobie. Dziś w Polsce, jeżeli zapłacisz, to szybko dostaniesz dyplom wyższej szkoły. Znana toruńska akademia, podejmuje temat „stosunków”, choć przecież sposób odbywania stosunków jest instynktem wrodzonym i nie potrzeba do tego dyplomu. Za tak zwanej komuny prasa milczała na wiele tematów, ale nigdy nie było w niej tak prymitywnych, płaskich kłamstw i manipulacji.

 

Pańskie ogólne motto na te wybory?

My zajmujmy się swoimi barankami, a oni (rządzący) nie zajmują się swoimi. ALLELUJA I DO PRZODU!

 

Dziękuję za rozmowę.

Widmo głodu

Klęska głodu na świecie osiągnęła rozmiary nieznane od przeszło dekady. Według raportu ONZ, który w tym tygodniu ujrzał światło dzienne, w 2017 roku z powodu niedożywienia cierpiało 821 milionów ludzi. Oznacza to, że żywności brakowało dla co dziewiątego mieszkańca globu.

 

Ten alarmujący trend utrzymuje się już od trzech lat. W porównaniu z rokiem 2014, kiedy na brak dostępu do odpowiedniej ilości żywności cierpiało niespełna 784 milionów osób, liczba głodujących zwiększyła się o prawie 40 milionów. Jak przyznaje Cindy Holleman, ekonomistka z FAO, czyli agendy ONZ ds. wyżywienia i rolnictwa, chociaż „wiele państw i organizacji osiągnęło znaczne postępy w redukcji głodu, w skali globalnej jest on na tym samym poziomie, co niemal dekadę wcześniej”.

Do feralnego 2014 roku liczba głodujących systematycznie spadała. W przeciągu dekady udało się ją zmniejszyć o ponad 160 milionów, głównie dzięki wspólnemu wysiłkowi FAO i poszczególnych rządów. Faktycznie wciąż jeszcze daleko do poziomu z 2005 roku, kiedy aż 945 milionów osób cierpiało z powodu niedożywienia. Tym razem jednak powstrzymanie negatywnego trendu może być o wiele trudniejsze niż poprzednio.

Zdaniem ONZ za rozprzestrzeniającą się klęskę głodu na świecie przede wszystkim odpowiadają trzy czynniki. Pierwszy z nich to konflikty zbrojne. Nie tylko rośnie ich liczba – w 2015 roku odnotowano ich aż 50 (o dziewięć więcej niż rok wcześniej) – ale także wydłuża się czas ich trwania. Jednym z najtragiczniejszych przykładów jest Syria, gdzie wojna domowa ciągnie się już ósmy rok, a jej końca nie widać. Jednak podobnych konfliktów, nie tylko na Bliskim Wschodzie czy w Afryce, jest znacznie więcej.

Kolejnym czynnikiem utrudniającym walkę z głodem jest zapaść ekonomiczna. Kryzys gospodarczy z 2008 roku ostudził zapał wielu państw w niesieniu pomocy charytatywnej. Co więcej, przedsiębiorstwa niechętnie lokują swoje inwestycje w regionach o niestabilnej sytuacji politycznej, a do takich należą te z największym odsetkiem głodujących. Często także popyt na rynkach zachodnich winduje ceny żywności w krajach rozwijających się. Chociaż zatem w skali globalnej odsetek osób znajdujących się w skrajnym ubóstwie systematycznie maleje, w wielu przypadkach wzrost wynagrodzeń nie nadąża za kosztami życia.

Trzeci czynnik to globalne ocieplenie. Zdaniem autorów raportu to właśnie zmiany klimatyczne głównie odpowiadają za to, że mimo podjętych przez społeczność międzynarodową starań, nadal rośnie liczba osób cierpiących głód: „Zmiany klimatu już teraz w niektórych regionach skutecznie utrudniają produkcję żywności. Jeśli zatem szybko nie zostanie podjęte działanie w celu ograniczenia ryzyka klęsk żywiołowych, sytuacja jedynie się pogorszy, można bowiem spodziewać się dalszego i do tego drastycznego wzrostu temperatur”.

Najgorzej sytuacja wygląda w Afryce, gdzie odsetek głodujących jest najwyższy. Szacuje się, że brak odpowiedniej ilości żywności dotyczy ponad 256 milionów ludzi, czyli prawie 21 proc. populacji całego kontynentu. Oznacza to powrót do poziomu sprzed dekady. Ponad pół miliarda osób cierpi z niedożywienia w Azji, chociaż w tym przypadku nastąpiła nieznaczna poprawa. Zdaniem ONZ szczególnie zagrożona klęską głodu jest natomiast Ameryka Południowa. W ciągu ostatnich trzech lat odsetek głodujących na tym kontynencie wzrósł do pięciu procent.

Jednocześnie można zauważyć systematyczny wzrost liczby osób zmagających się z otyłością. Jak zauważają autorzy raportu, nadwaga i związane z nią choroby stanowią poważne zagrożenie dla ponad 672 milionów osób powyżej 18. roku życia na całym świecie, czyli jednej ósmej globalnej populacji dorosłych. W porównaniu z rokiem 1975 oznacza to trzykrotny wzrost. Szczególnie niepokoi otyłość wśród niepełnoletnich. Szacuje się, że obecnie z nadwagą zmaga się ponad 38 milionów dzieci, z czego aż 46 procent z nich żyje w Azji.

Głód i otyłość – dwa skrajnie różne, wydawałoby się, problemy – dotyczą przede wszystkim najuboższych grup społecznych. Z jednej bowiem strony konflikty zbrojne czy klęski żywiołowe zmuszają miliony ludzi do głodowania, które często przybiera stały charakter. Z drugiej, rosnące koszty żywności skazują następne miliony na tzw. śmieciowe jedzenie – tanie, lecz ubogie w wartości odżywcze. Nie przez przypadek wygląd i waga ciała stały się obecnie jednym z najważniejszych wyznaczników przynależności klasowej. To, do jakiego klubu fitness należymy, decyduje o naszym statusie nie mniej niż samochód, którym jeździmy i dzielnica, w której mieszkamy.

Kto wygrał? Francja czy Afryka?

„Fala rasizmu w Polsce i we Włoszech po zwycięstwie Francji” – artykuł o takim tytule w L’Équipe – najpopularniejszym francuskim dzienniku sportowym , który ukazał się zaraz po zakończeniu rosyjskich mistrzostw świata w piłce nożnej mówił o powodzi pogardliwych epitetów, zalewającej portale społecznościowe w obu krajach. „Małpy z piłką”, „pierwsze zwycięstwo drużyny z Afryki”: na różnych poziomach komunikacji poniżano lub odbierano wygraną Francji, ze względu na kolor skóry i pochodzenie znacznej części graczy. Tymczasem odpowiedź na pytanie, kto wygrał, nie jest taka trudna.

 

W Afryce ładunek emocjonalny twierdzenia o „afrykańskiej drużynie Francji” był odwrotny, panowała raczej duma. Analitycy internetu i mediów odkryli zresztą, że pierwszym krajem na świecie, który użył tego określenia była Burkina Faso, gdzie idee panafrykańskie znajdują wielu zwolenników. Później w niemal wszystkich krajach byłej francuskiej Afryki zachodniej i centralnej prasa oraz internet prześcigały się w podkreślaniu, gdzie tkwią korzenie rodzin francuskich futbolistów. Nie zabrakło też pewnych pretensji, że „Francja wysysa z Afryki, co najlepsze”, ale nawet to, dość paradoksalnie, stanowiło jakby fragment kontynentalnej dumy, pomieszanej z fatalizmem.

We Francji sprawa miała swoją stronę cokolwiek anegdotyczną. Gdy po powrocie do Paryża gracze zostali zaproszeni do Pałacu Elizejskiego na spotkanie z prezydentem, francuski internet obiegły pamiątkowe zdjęcia drużyny z Macronem, na których, mówiono, widać wyraźnie, że czarni futboliści zostali przesunięci do tyłu, by reprezentacja wyglądała bardziej biało. Była to raczej kwestia szerokości ujęcia, ale stała się okazją do przypomnienia tzw. wybielania oddziałów w 1944 r. Jesienią tego roku gen. de Gaulle rozkazał, by francuskie oddziały kolonialne, składające się głównie z czarnych żołnierzy, zastąpić białymi Francuzami z lokalnego ruchu oporu. Chodziło o to, by do wyzwalanych francuskich miejscowości nie wchodzili Afrykanie, którzy o nie walczyli, lecz miejscowi, co miało lepiej wyglądać na zdjęciach. Praktycznie wyglądało to tak, że Afrykanie musieli po prostu oddawać białym swoje mundury, zanim zostali wysłani z powrotem do Afryki bez zaległego żołdu, który zmienił właścicieli wraz z mundurami.

 

Kolonializm w telewizji

Więcej międzynarodowego hałasu zrobiły interwencje rządu francuskiego. Gdy np. Trevor Noah, prowadzący w Stanach Zjednoczonych bardzo popularny program telewizyjny Daily Show, powiedział, że to „Afryka została mistrzem świata”, list protestacyjny wysłał doń ambasador Francji w USA Gérard Araud, by wyjaśniać, że mistrzem jest Francja. Ambasador podkreślił, że tylko dwóch z 23 graczy francuskiej kadry urodziło się za granicą i że „różnorodne pochodzenie reprezentantów odzwierciedla francuską różnorodność”. Tak się złożyło, że Noah nie jest Amerykaninem z urodzenia, pochodzi z RPA i dobrze zna Afrykę. Jego riposta składała się głównie z pytań.

„We Francji skrajna prawica zaprzeczała, że czarni gracze to Francuzi, a czarnoskórzy z całego świata świętowali fakt, że francuscy mistrzowie świata mają pochodzenie afrykańskie. To coś pozytywnego. Dlaczego nie mogliby być Afrykanami i Francuzami jednocześnie? Ambasador uważa, że aby być Francuzem, należy całkowicie zatrzeć swoje pochodzenie?” – pytał Noah i dodał, że „różnorodne pochodzenie reprezentantów” jest raczej odzwierciedleniem francuskiego kolonializmu, niż abstrakcyjnej „różnorodności”. „Wszyscy oni mają coś wspólnego. Można się zastanawiać, dlaczego ich rodziny zaczęły mówić po francusku?” – drążył Noah. To pytanie zostało bez odpowiedzi, więc, by rozstrzygnąć kto ostatecznie wygrał, należałoby przypomnieć kilka słabo znanych faktów.

 

Dlaczego po francusku?

We wszystkich krajach afrykańskich, które były francuskimi koloniami jeszcze w połowie ubiegłego wieku, po prostu naucza się francuszczyzny w szkołach. Powiedzmy, że trzy niepodległe kraje arabskie z północy kontynentu (Maroko, Algieria i Tunezja) to prawie sąsiedzi, więc to raczej logiczne, ale dlaczego powszechnie naucza się francuskiego w 14 innych krajach Afryki, często bardzo dalekich? To nie sentyment do kolonizatora, tylko obowiązek układowy. Kraje te stały się „niepodległe” pod pewnymi warunkami i zobowiązanie do nauczania francuskiego było jednym z nich.
Fala niepodległości krajów afrykańskich z lat 50. i 60. ubiegłego wieku jest zwykle rozumiana dosłownie, jako osiągnięcie niezależności polityczno-gospodarczej, jednak jeśli chodzi o owe 14 post-francuskich krajów, sprawy wyglądają inaczej. Na początku tej fali był kraj, który „niepodległość” rozumiał dosłownie. Była to Gwinea, w 1958 r., która odmówiła dalszego płacenia podatku kolonialnego (zapłaty za infrastrukturę). Ale wtedy Francuzi wynieśli się z kraju niszcząc wszystko, czego nie mogli zabrać ze sobą: szkoły, żłobki, budynki administracji publicznej, biblioteki, samochody, traktory, zabili konie i krowy, spalili zapasy żywności. Reszta krajów dobrze zrozumiała tę lekcję i grzecznie podpisała „układy o współpracy” z dawną metropolią.

 

Zmiana nazwy

Pierwszym warunkiem niepodległości dawnych kolonii francuskich było zachowanie kolonialnej waluty, franka CFA. Skrót ten oznaczał franka Kolonii Francuskich w Afryce, a potem dokładnie te same litery zaczęły oznaczać franka Wspólnoty Finansowej Afryki. Inaczej mówiąc, nowe niepodległe kraje nie miały (i nie mają) prawa do własnej waluty. Owszem, niektóre próbowały się pozbyć kolonialnego franka, ale wtedy natychmiast następowały zamachy stanu kierowane przez Paryż. Do dzisiaj więc są zobowiązane do oddawania 70 proc. swych rezerw walutowych do francuskiego banku centralnego, który na tym dobrze zarabia.

Kurs franka CFA jest na stałe podpięty pod euro, jak kiedyś pod franka francuskiego, co prowadzi kraje Afryki do wiecznego zadłużenia i pozwala Francuzom całkowicie kontrolować gospodarki dawnych kolonii. Wyprowadzanie zysków przez europejskie przedsiębiorstwa jest bajecznie łatwe. Oczywiście ten mechanizm bardzo utrudnia rozwój ubogich krajów Afryki, traktowanych ciągle jako zaplecze surowcowe. Przywódca Libii Muammar Kaddafi próbował zrzucić z Afryki „przekleństwo franka CFA”, ale wiadomo, jak to się skończyło.

Kiedyś prezydent Francji Jacques Chirac zdobył się na szczerość: „Musimy uczciwie powiedzieć, że duża część pieniędzy w naszych bankach pochodzi z eksploatacji kontynentu afrykańskiego”. To ok. 500 miliardów euro rocznie. Bardzo mała część tych pieniędzy wraca do Afryki jako „kredyty pomocowe”. Tak, czy inaczej, Afryka musi płacić.

 

Warunki „niepodległości”

Układy o „współpracy” krajów afrykańskich z dawnym imperium obejmują o wiele więcej niż kolonialną walutę, czy automatyczną konfiskatę rezerw walutowych. Francja ma na przykład zapewnione pierwszeństwo kupna wszelkich nowoodkrytych bogactw naturalnych. Francuskie przedsiębiorstwa mają też pierwszeństwo w dostępie do lokalnych rynków publicznych. Np. w Wybrzeżu Kości Słoniowej francuskie firmy posiadają dosłownie wszystkie usługi publiczne: dystrybucję wody, elektryczność, komunikację telefoniczną, transport, porty i większe banki.
Kto tego pilnuje? Oprócz układów o „współpracy” gospodarczej, każdy kraj, który miał być niepodległy, musiał podpisać układy o „wspólnej obronie”, które dają Francji prawo trzymania swych wojsk, gdzie chce i interweniowania zawsze, gdy jej interesy są zagrożone. Układy te przewidują też, że wyższymi oficerami afrykańskich armii mogą zostać jedynie wojskowi wykształceni we Francji. Dawna metropolia ma również wyłączność na zaopatrzenie Afrykanów w ekwipunek wojskowy. „Niepodległe” kraje mogą zawierać militarne sojusze tylko za zezwoleniem Paryża. W końcu są zobowiązane do pomocy Francji w sytuacji kryzysu światowego. Innymi słowy, w razie wielkiej wojny afrykańscy żołnierze znowu musieliby wyzwalać Francję, zupełnie jak w 1944 r.

 

Nienawiść rasowa

Francuskie rozdrażnienie po mistrzostwach dotknęło też Nicolasa Maduro, prezydenta Wenezueli. Zadeklarował on, że „drużyna Francji była podobna do ekipy Afryki. Tak naprawdę wygrała Afryka, afrykańscy imigranci, którzy przybyli do Francji (…). Afryka była tak pogardzana w czasie tego Mundialu, tymczasem Francja wygrała dzięki afrykańskim graczom i synom Afrykanów”, nie omieszkał też wytknąć Europie rasizmu. Szef centro-prawicowej partii UDI Jean-Christophe Lagarde zapowiedział wtedy złożenie skargi na Maduro w prokuraturze, żądając ścigania go za „propagowanie nienawiści rasowej”, a w radiu oświadczył, że należy nań „nasrać”.

14 na 23 francuskich graczy, którzy zdobyli mistrzostwo świata w Rosji, ma pochodzenie afrykańskie. Pascal Boniface, znany politolog zajmujący się m.in. geopolityką futbolu, uważa, że „afrykańska” drużyna Francji to reprezentacja dawnego imperium kolonialnego, które „zachowało ścisłe związki z byłymi koloniami”. „Jest odbiciem pewnej historii, a dzisiaj lustrem przedmieść”. W dniu celebracji mistrzostwa władze Paryża pozamykały skrajne stacje metra, by ograniczyć obecność młodzieży z przedmieść w tłumie świętującym na Polach Elizejskich.