Linette wygrywa w Tajlandii

Maga Linette, najwyżej obecnie sklasyfikowana w rankingu WTA polska tenisistka, wygrała w Tajlandii turnieju WTA International. W finale imprezy w Hua Hin 28-letnia Polka pokonała 19-letnią Szwajcarkę Leonie Kung 6:3, 6:2. W najnowszym notowaniu rankingu WTA Linette awansuje na najwyższe karierze 33. miejsce.

Zajmująca przed zawodami w Hua Hin (z pulą nagród 275 tys. dolarów amerykańskich) 42. miejsce w światowym rankingu Linette w drodze do finału pokonała kolejno 495. na światowej liście Ukrainkę Katerynę Bondarenko, 106. Chinkę Shuai Peng oraz sklasyfikowaną na 134. pozycji jej rodaczkę, 18-letnią Xiyu Wang, mistrzyni juniorskiego US Open 2018, z którą nasza tenisistka straciła pierwszego seta w turnieju. W półfinale Linette zmierzyła się z 25-letnią Patricią Marią Tig (WTA 105). Dla Rumunki był to drugi występ w półfinale imprez głównego cyklu – pierwszy zagrała w Baku pięć lat temu. W 2018 roku nie wzięła udziału w żadnym turnieju z powodu macierzyńskiej przerwy (w listopadzie urodziła córkę), ale ten czas wykorzystała też na wyleczenie urazów kolana i pleców. Do rywalizacji wróciła w kwietniu 2019 roku, ale początki miała trudne. W pierwszych czterech startach nie dokończyła pierwszych pojedynków albo oddawała je walkowerem. Powoli odzyskiwała jednak dobrą formę i radziła sobie coraz lepiej, m. in. w Karlsruhe wygrała challengera WTA. Poprzedni rok zakończyła na 111. miejscu w rankingu, ten zaczęła od dwóch finałów w imprezach pod szyldem ITT – w Canberze (walkower z Magdaleną Fręch) i Nonthaburi (krecz z Iriną Fetecau), ale w eliminacjach do Australian Open odpadła już w I rundzie. W Hua Hin zagrała po raz pierwszy w turnieju WTA od września ubiegłego roku. Linette wcześniej grała przeciwko Tig w 2012 roku w bułgarskiej miejscowości Dobricz, w turnieju rangi ITF i wygrała wtedy łatwo 6:2, 6:2. Nie czuła się jednak z tego powodu faworytką sobotniej potyczki. „Dzisiaj zwycięstwo sprzed ośmiu lat niewiele znaczy. Ona gra teraz bardzo dobrze i spodziewam się trudnego meczu” – przyznawała przed sobotnim starcie polska tenisistka.
Dla Linette był to ósmy w jej karierze singlowy półfinał w turniejach pod szyldem WTA. Rumuńska tenisistka stawił jej twardy opór, ale ostatecznie górą była poznanianka wygrywając 7:5, 6:4 i w niedzielę po raz czwarty w karierze zagrała w finale turnieju cyklu WTA. Wcześniej tak daleko zaszła w nowojorskim Bronxie i Seulu (obie imprezy w 2019 roku), a wcześniej w 2015 roku w Tokio.
Przed rokiem w Hua Hin (miasto turystyczne nad Zatoką Tajlandzką, 200 km na południe od Bangkoku, liczące niespełna 85 tysięcy mieszkańców) Linette osiągnęła półfinał, przegrywając na tym etapie imprezy z późniejszą triumfatorką Ukrainką Dajaną Jastremską. W tegorocznym występie poprawiła zeszłoroczny wynik i w niedzielę zagrała w finale tajlandzkiej imprezy z 19-letnią nadzieja szwajcarskiego tenisistka Leonie Kung, która w 1/2 finału pokonała Japonkę Nao Hibino 7:5, 4:6, 6:3.
Szwajcarka nie ma szczęście do polskich tenisistek. W finale juniorskiego Wimbledonu w 2018 roku przegrała z Igą Świątek, a teraz w swoim pierwszym karierze finale seniorskiego turnieju rangi WTA nie sprostała Magdzie Linette. Poznanianka nie zmarnowała tym razem okazji do wygrania imprezy, w której przed rokiem odpadła w półfinale. Nie był to dla niej trudny mecz, zwyciężyła po 76 minutach gry. Linette pierwszą partię wygrała pewnie 6:3, a rywalka sprawiła jej większy kłopot jedynie na początku drugiego seta, gdy była bliska przed przełamani serwisu Polki. Ostatecznie nie dała rady i potem sama dwukrotnie straciła gemy przy własnym podaniu, dzięki czemu Linette rozstrzygnęła drugą partię 6:2 i całe spotkanie 2-0, a tym samym wygrała drugi turniej WTA w karierze.
Za zwycięstwo nasza tenisistka otrzymała premię finansową w wysokości 43 tys. dolarów oraz 280 punktów rankingowych, dzięki którym w najnowszym notowaniu światowej listy awansuje z 42. na 33. miejsce, najwyższe w karierze. Tym samym jest teraz piątą polską singlistką w historii, której udało się przebić do Top 40 rankingu WTA. Pierwszą, jeszcze w latach 90. XX wieku, była Magdalena Grzybowska (najwyższa pozycja – WTA 30), po niej sztuki tej dokonały Marta Domachowska (WTA 37) , Urszula Radwańska (WTA 29) i oczywiście Agnieszka Radwańska, której osiągnięcia są jak na razie poza zasięgiem Linette. bo starsza z sióstr Radwańskich Radwańska wspięła się aż na drugą lokatę w światowej hierarchii tenisistek.
Linette planuje teraz występy na turniejach w Dausze (zacznie się 23 lutego), a następnie w Indialn Wells i Miami.

Druga w Melbourne wśród juniorek

Weronika Baszak doszła do finału juniorskiego Australian Open 2020. Niestety, w pojedynku o tytuł 17-letnia Polka nieoczekiwanie przegrała z 14-letnią tenisistką z Andory Victorią Jimenez Kasintsevą 7:5, 6:2, 6:2. Baszak nie powtórzyła zatem wyczynu Magdaleny Grzybowskiej, która w 1996 roku była w Melbourne najlepsza wśród juniorek.

Mimo porażki Baszak może być ze swojego tegorocznego występu w Melbourne zadowolona. Był to dopiero jej drugi start w juniorskim turnieju Wielkiego Szlema. W ubiegłym roku nie przebiła się przez kwalifikacje do French Open, a w Wimbledonie odpadła już w pierwszej rundzie. W Australian Open w pięciu meczach straciła tylko trzy sety, dwa w finałowej potyczce oraz jeden w w półfinale z Niemką Alexandrą Vecić.
Baszak nie powtórzyła zatem wyczynu Magdaleny Grzybowskiej, która wygrała rywalizację juniorek w 1996 roku i wciąż pozostaje jedyną polską mistrzynią Australian Open w tej kategorii wiekowej. Inne wielkoszlemowe turnieje w singlu juniorek wygrywały też Aleksandra Olsza (Wimbledon 1995), Agnieszka Radwańska (Wimbledon 2005 i French Open 2006), Urszula Radwańska (Wimbledon 2007) oraz Iga Świątek (Wimbledon 2018).

Triumf Barty w WTA Finals

W finale rozgrywanego w chińskim Shenzhen turnieju mistrzyń z udziałem ośmiu najlepszych zawodniczego tegorocznego sezonu triumfowała liderka światowej listy Ashleigh Barty. Australijka pokonała broniącą tytułu Ukrainkę Jelinę Switolinę 6:4, 6:3.

Rozstawiona w turnieju z numerem 1 Ashleigh Barty do kończącego sezon tenisowy turnieju WTA Finals zakwalifikowała się po raz pierwszy w karierze i od razu w debiucie okazała się najlepsza. Nie była jednak faworytką finału, bo wcześniej grała ze Switoliną pięciokrotnie i wszystkie te potyczki przegrała. W szóstej nie dała już jednak ukraińskiej tenisistce szans i pokonała ją w dwóch setach 6:4, 6:3. Za triumf w turnieju mistrzyń liderka światowego rankingu otrzyma czek w wysokości 4,4 mln dolarów.
Barty jest pierwszą Australijką od 1976 roku, która zwyciężyła w tej prestiżowej imprezie, w tym roku po raz pierwszy rozgrywanej w Shenzhen. 43 lata temu w turnieju mistrzyń triumfowała Evonne Goolagong Cawley.

Trzeba mieć końskie zdrowie

W tegorocznej edycji WTA Finals uczestniczyło w sumie 10 zawodniczek. Do rywalizacji przystapiła cała ósemka zakwalifikowanych na podstawie rankingu Tour to Shenzhen tenisistek, czyli oprócz Barty i Switoliny jeszcze Czeszki Karolina Pliskova i Petra Kvitova, Rumunka Simona Halep, Kanadyjka Bianca Andreescu, Japonka Naomi Osaka i Szwajcarka Belinda Bencic. W trakcie rywalizacji z powodu kontuzji wycofały się Osaka i Andreescu, a ich miejsce zajęły rezerwowe tenisistki – Holenderka Kiki Bertens oraz Amerykanka Sofia Kenin.

Zawodniczki rywalizowały w dwóch grupach – czerwonej i purpurowej. W pierwszej z nich awans do półfinału wywalczyły Barty i Bencić, w drugiej Switolina i Pliskova. Czeszka awans wywalczyła w bezpośrednim pojedynku z Halep, którą pokonała 6:0, 2:6, 6:4, poprawiając bilans spotkań z Rumunką na na 4-7. Dla rumuńskiej tenisistki był to piąty występ w WTA Finals i po raz czwarty nie zdołała przebić się do najlepszej czwórki turnieju. Najlepszy występ zanotowała w 2014 roku, w debiucie, dochodząc do finału, w którym przegrała z Sereną Williams. Rumunka w tym sezonie wygrała wielkoszlemowy Wimbledon, a ponadto ma jeszcze na koncie triumf w ubiegłorocznym French Open na ziemnych kortach imienia Rolanda Garrosa w Paryżu.
Dla Pliskovej był to czwarty występ w WTA Finals i trzeci z rzędu awans do półfinału. W starciu z Barty Czeszka, która w trakcie imprezy był wiceliderką rankingu, zdołała jednak wygrać tylko jednego seta i przegrała pojedynek 6:4, 2:6, 3:6.

Broniąca tytułu Switolina przez fazę grupową turnieju mistrzyń przeszła bez porażki i bez bez straconego seta. Wygrała 7:6(12), 6:4 z Pliskovą, 7:5, 6:3 z Halep, a oraz z grającą w zastępstwie Andreescu Sofią Kenin 7:5, 7:6(10). Dla 21-letniej Amerykanki był to debiut w WTA Finals. Ze Switoliną grała po raz trzeci i po raz trzeci z nią przegrała – wcześniej w Indian Wells i Pekinie. Kenin w obecnym sezonie wywalczyła trzy tytuły (Hobart, Majorka, Kanton), a w ciągu roku awansowała w rankingu z 56. na 12. miejsce.

Switolina mogła obronić tytuł w Mistrzostwach WTA jako ósma singlistka. Nie udało się jej dołączyć do Chris Evert (1972-1973), Martiny Navratilovej (pięć razy między 1978 a 1986), Moniki Seles (1990-1992), Steffi Graf (1995-1996), Kim Clijsters (2002-2003), Justine Henin (2006-2007) i Sereny Williams (2012-2014). Ukrainka do tej pory trzy razy obroniła tytuł: w Baku (2013-2014), Dubaju (2017-2018) i Rzymie (2017-2018). Od 2017 do 2019 roku Switolina miała serię 10 wygranych meczów z rzędu w WTA Finals.

Szansa dla rezerwowych

Po raz pierwszy od 2009 roku w turnieju mistrzyń wystąpiły dwie rezerwowe zawodniczki, bo wcześniej Kiki Bertens zastąpiła również kontuzjowaną Naomi Osakę. Podobna sytuacja ostatni raz miała miejsce dekadę temu, gdy jako rezerwowe weszły do gry Rosjanka Wiera Zwonariowa i Polka Agnieszka Radwańska.

W półfinale rywalką Switoliny, która drugi rok z rzędu w fazie grupowej WTA Finals nie przegrała meczu, była Belinda Bencic. Ukrainka w starciu ze Szwajcarką straciła pierwszego seta w turnieju, ale ostatecznie wygrała 5:7, 6:3, 4:1, ale Bencić skreczowała w trzecim secie z powodu urazu uda. To trzecia zawodniczka w stawce, której kłopoty zdrowotne uniemożliwiły grę. Na twardej i wolnej nawierzchni kortu w Shenzhen trzeba było mieć końskie zdrowie i być w dobrej formie, żeby myśleć o wygraniu turnieju. Te warunki spełniły jedynie Barty i Switolina.

Radwańska w nowej roli

Zwycięstwem w Shenzgen Barty kończy najlepszy sezon w swojej karierze. 24-letnia Australijka jest szóstą tenisistką w historii, która wygrała WTA Finals w swoim debiucie. Wcześniej dokonały tego Chris Evert (1972, pierwsza edycja imprezy), Evonne Goolagong (1974), Serena Williams (2001), Petra Kvitova (2011) i Dominika Cibulkova (2016). W tym roku triumfowała też w wielkoszlemowym French Open oraz turniejach w Miami i Birmingham, a w sumie aż sześciokrotnie dochodziła do finałów. Natomiast Switolina zagrała w finale po raz pierwszy od roku. W US Open i Wimbledonie odpadała w półfinałach.
W grze podwójnej tytuł obronił węgiersko-francuski duet Timea Babos – Kristina Mladenovic. W finale Węgierka i Francuzka pokonały tajwańsko-czeską parę Su-Wei Hsieh – Barbora Strycova 6:1, 6:3.

W tegorocznym WTA Finals mieliśmy też polski akcent, bo organizatorzy turnieju zaprosili Agnieszkę Radwańską i powierzyli jej rolę ambasadorki imprezy. Krakowianka triumfowała w turnieju mistrzyń cztery lata temu i jest to jej największy sukces w karierze. W Shenzhen nie musiała wychodzić na kort, chociaż przyznała w jednym z wywiadów, że chwilami nachodziła ją na to ogromna ochota. Ten etap życia wciąż jednak uznaje za definitywnie zamknięty.

 

Radwańska w Shenzhen

Agnieszka Radwańska będzie obecna w WTA Finals w Shenzhen. Była już tenisistka, która wygrała turniej mistrzyń w 2015 roku, została mianowana przez WTA ambasadorką tegorocznej edycji tego kończącego sezon turnieju.

W turnieju WTA Finals, potocznie zwanym turniejem mistrzyń, Radwańska występowała wielokrotnie, ale triumfowała w nim tylko raz, w 2015 roku. Wówczas panie rywalizowały w Singapurze. Teraz rywalizacja z udziałem ośmiu najlepszych zawodniczek sezonu została przeniesiona do chińskiego Shenzhen. Przeprowadzka jest bardzo opłacalna, bo pula nagród została podwojona i wynosi teraz rekordowe 14 mln dolarów. Turniej odbędzie się w dniach 27 października – 3 listopada, a oprócz ośmiu najlepszych singlistek wystąpi w nim jeszcze osiem najlepszych par deblowych. W tej chwili pewne udziału w tegorocznym turnieju mistrzyń są Australijka Ashleigh Barty i Czeszka Karolina Pliskova.

Radwańska pojawi się w Shenzhen w roli ambasadorki Shiseido WTA Finals Shenzhen. Takiego zaszczytu dostąpi również Szwajcarka Martina Hingis. „WTA Finals zawsze będą dla mnie bardzo wyjątkową imprezą, ponieważ to mój największy tytuł w karierze. Jestem szczęśliwa, że będę mogła coś dodać jako ambasadorka pierwszych w historii Shiseido WTA Finals Shenzhen” – cytuje wypowiedź byłej już tenisistki oficjalny serwis internetowy WTA. Krakowianka w 2011 i 2016 roku triumfowała w zawodach China Open w Pekinie i w tym kraju wciąż jest pamiętana. „Cieszę się, że znów będę mogła być na tej wspaniałej imprezie i zobaczy się- z wszystkimi jej uczestniczkami” – wyznała Radwańska, swego czasu druga rakieta na świecie. Polka w listopadzie 2018 roku zakończyła karierę.

 

Szarapowa schodzi z kortu

W tegorocznym US Open Maria Szarapowa odpadła już w 1. rundzie po dotkliwej porażce z odwieczną rywalką Sereną Williams 1:6, 1:6. W najnowszym notowaniu rankingu WTA rosyjska tenisistka, która od powrotu w kwietniu 2017 roku po dyskwalifikacji za doping nie wygrała żadnego ważnego turnieju, została sklasyfikowana dopiero na 135. miejscu. Dla byłej liderki światowej listy i pięciokrotnej triumfatorki turniejów Wielkiego Szlema może to być powód do zakończenia kariery.

Szarapowa ostatni raz tak nisko w rankingu była w sierpniu 2017 roku, ale wtedy była to konsekwencja półtorarocznej dyskwalifikacji za stosowanie zakazanego meldonium, niezbyt zresztą uciążliwą, bo organizatorzy turniejów chętnie przydzielali sławnej Rosjance tzw. dzikie karty. Dzisiaj już nie są jednak tacy chętni do wyświadczania jej takiej uprzejmości. Z prostego powodu – Szarapowa jest cieniem zawodniczki, która trzy lata temu zachwycała walecznością, a siłą uderzeń zmiatała rywalki z kortów. Trudno jednoznacznie stwierdzić co jest faktycznym powodem jej ewidentnie słabszej formy 32-letniej obecnie tenisistki – liczne kontuzje czy brak meldonium, którym faszerowała się w najlepszych latach swojej kariery, ponoć nieświadoma jego dopingowych właściwości.

Gdy w połowie stycznia 2016 roku ogłaszano aktualny ranking WTA, Szarapowa zajmował w nim piąte miejsce. Przed nią w zestawieniu był Agniesza Radawańska, Hiszpanka Garbine Muguruza, Rumunka Simona Halep i na samym szczycie Serena Williams, zaś w dolnej połówce Top 10 plasowały się Niemka polskiego pochodzenia Angelique Kerber, Czeszka Petra Kvitova, Włoszka Flavia Pennetta, kolejna Czeszka Lucie Safarova, a stawkę zamykała starsza z sióstr Williams, Venus. Dzisiaj z tej grupy zawodniczek w pierwszej dziesiątce światowej listy znajdują się Serena Williams (jest 9.), Kvitova (7) i Halep (6). Radwańska, Safarova i Pennetta zakończyły już kariery, a z tej trójki starsza od Szarapowej jest tylko włoska tenisistka (37 lat), Czeszka jest rówieśniczką, a Polka jest młodsza o dwa lata.

Z wielkich rywalek rosyjskiej tenisistki sprzed kilku lat w elicie nie ma też Dunki Karoliny Woźniackiej (WTA 17), Białorusinki Wiktorii Azarenki (WTA 45), Amerykanki Venus Williams (WTA 56), Rosjanki Swietłany Kuzniecowej (WTA 65), Slowaczki Dominiki Cibulkovej (WTA 95), Australijki Samanthy Stosur (WTA 139), Niemek Andrei Petković (WTA 79) i Julii Goerges (WTA 25) czy kolejnej Rosjanki, Anastazji Paluczenkowej (WTA 41). Miejsce w czołówce utrzymała tylko Serena Williams, chociaż Amerykanka od powrotu po przerwie macierzyńskiej też nie jest w stanie wygrać upragnionego, 24. turnieju Wielkiego Szlema.

Dzikie karty dla mistrzyni

Szarapowa po odbyciu kary dyskwalifikacji też miała ambicje powrotu do Top 10 i na początku wydawało się, że jest w stanie tego dokonać. Do rywalizacji wróciła w kwietniu 2017 roku w Porsche Cup w Stuttgarcie. Do tej imprezy oraz następnych w Rzymie i w Madrycie otrzymała dzikie karty, a zdobyte punkty pozwoliły jej awansować z miejsca 258. na 59. pod koniec 2017 roku. W tamtym okresie wygrała mały turniej w Tiencinie, a miesiąc wcześniej w US Open doszła do 4. rundy. W kolejnym sezonie też jeszcze pięła się w rankingu i nawet przebiła się do trzeciej dziesiątki. W czerwcu 2018 roku doszła w Paryżu do ćwierćfinału French Open i tryskała optymizmem. „Gdybym nie miała motywacji i chęci do codziennej pracy, to nie grałabym już w tenisa. Ale nadal mam motywację i wciąż chcę wygrywać” – zapewniała w rozmowach z dziennikarzami.

W tym sezonie jej entuzjazm mocno przygasł, bo dokuczające jej kontuzje wyłączyły ją z czynnego tenisowego życia na ponad pół sezonu. Przed US Open chyba miała świadomość, że nie jest w dyspozycji pozwalającej na podjęcie wyrównanej walki z Sereną Willimas, dlatego w wypowiedziach dla mediów pozwalała już sobie na stwierdzenie, że największe wyzwania w karierze ma już za sobą. „Ogromne wyzwania stoją dziś przed nastolatkami, które mają w kieszeni kilkaset dolarów i żadnej pewności, co osiągną w przyszłości. Nie wiedzą, do jakiego dotrą miejsca. Mają tylko marzenia i dlatego jest im dużo trudniej niż 32-latce, która zarobiła tyle, że może w życiu robić, co jej się podoba” – pochwaliła się niebezpodstawnie Szarapowa, która tylko na korcie zarobiła ponad 40 mln dolarów, a dzięki licznym kontraktom reklamowym przez blisko dekadę była najlepiej zarabiającą sportsmenka na świecie.

Zeszłoroczny występ w stolicy Francji był jej ostatnim jak dotąd udanym występem w turniejach wielkoszlemowych. Potem doszła do 4. rundy US Open 2018, 4. rundy Australian Open 2019, nie dostałą się do French Open 2019, a w tegorocznym Wimbledonie i US Open odpadła już w 1. rundzie. Wypadając z Top 100 rankingu WTA Szarapowa będzie w przyszłym roku miała duże problemy z zakwalifikowaniem się nie tylko do turniejów Wielkiego Szlema, ale także do turniejów klasy Premier. Jeśli nie dostanie dzikiej karty, będzie musiała bić się w kwalifikacjach, co dla zawodniczki tej klasy i z takimi osiągnięciami (36 wygranych turniejów, w tym pięć wielkoszlemowych, 21 tygodni na pierwszym miejscu światowej listy) będzie upokarzające. I ryzykowne, bo w kwalifikacjach trafia się często na „nastolatki z kilkuset dolarami w kieszeni”, nie mających żadnych kompleksów przed wielkimi mistrzyniami.

A Rosjanka najwyraźniej nie potrafi już odnaleźć się w nowej tenisowej rzeczywistości, bo chociaż wciąż jest jedną z najwyższych (187 cm), to jej zasięg ramion i siła nie dają jej już takiej przewagi, jaką miała kiedyś nad zawodniczkami ze swojego pokolenia. Młodsze zawodniczki odbijają piłki równie mocno, a nawet mocniej, są ponadto szybsze, lepiej wyszkolone technicznie, zwrotniejsze i znakomicie przygotowane kondycyjnie. One nie boją się Szarapowej, tak jak w którymś momencie przestały bać się Radwańskiej i jak powoli przestają bać się Sereny Williams. Czas dawnych mistrzyń, które weszły na szczyt w pierwszej dekadzie XXI wieku, powoli dobiega końca.

Czas na życie bez tenisa?

Niewykluczone, że Rosjanka pójdzie w ślady Radwańskiej i zakończy karierę. Na brak zajęcie poza kortem z pewnością narzekać nie będzie. Mimo dopingowej wpadki i braku wyników w ostatnich latach, wciąż jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych tenisistek na świecie. Mieszka w Stanach Zjednoczonych od 1994 roku, ma obywatelstwo tego kraju, ale zachowała także rosyjski paszport. W ostatnich latach wykorzystywała przerwy w karierze na edukacje – skończyła m. in. studia biznesowe w Harvard Business School w Bostonie. Sponsorzy, którzy na krótko odwrócili się od Szarapowej po wybuchu afery dopingowej, niemal w komplecie wznowili z nią współpracę – nie zrobił tego jedynie szwajcarski producent zegarków TAG Heuer, ale Porsche, Nike i Evian and Head znów korzystają z jej wizerunku i słono za to płacą.

Biznesowo jednak najważniejszy dla Szarapowej okazał się projekt Sugarpova, czyli produkcja słodyczy, której sztandarowym produktem są tabliczki czekolady klasy premium, firmowane nazwiskiem tenisistki. Magazyn „Forbes” ocenił, że dzisiaj firma jest warta ponad 20 mln dolarów. Jak widać piękna Maria umie zadbać o swoje finanse, a ludzie z jej najbliższego otoczenia wręcz twierdzą, że ma wyjątkowy talent do biznesu i gdy już odłoży tenisową rakietę na półkę, z pewnością sobie w życiu poradzi.

 

Iga już w Top 50 rankingu WTA

Wielkoszlemowy US Open coraz bliżej. Najnowsze notowania rankingów WTA i ATP nie mają już wpływu na układ turniejowej drabinki, ale pokazują aktualny układ sił w światowej czołówce. Dlatego cieszy, że nasza najwyżej obecnie sklasyfikowana tenisistka, Iga Świątek, po raz pierwszy w karierze awansowała do pierwszej „50” zestawienia.

W rankingu WTA Świątek przesunęła się o sześć miejsc i plasuje się obecnie na 49. pozycji. Ten skok 18-letnia warszawianka zawdzięcza dobremu występowi w turnieju w Cincinnati. Do głównej drabinki przebiła się w nim przez eliminacje, a potem w imprezie głównej dotarła drugiej rundy, w której odpadła przegrywając po zaciętym pojedynku z Estonką Anett Kontaveit 4:6, 6:7(2).

W pierwszej setce światowej listy Świątek zadebiutowała 15 kwietnia tego roku i potem systematycznie poprawiała swoje lokaty, aż wreszcie przebiła się do Top 50. Od poniedziałku jest 49. rakietą globu i szóstą Polką, której udało się awansować do czołowej pięćdziesiątki światowego rankingu. Teraz ma na koncie 1101 punktów – 240 otrzymała za dotarcie do IV rundy wielkoszlemowego French Open, a 180 za finał turnieju WTA International w szwajcarskim Lugano. Ponad 100 punktów uzyskała za występ w Australian Open oraz turnieju WTA Premier 5 w Toronto. Za start w Cincinnati jej dorobek powiększył się o 90 punktów. W tym sezonie utalentowana warszawianka wyprzedziła na polskiej liście wszech czasów Katarzynę Piter, Aleksandrę Olszę, Iwonę Kuczyńską i Magdę Linette, a teraz jest o krok od przeskoczenia w zestawieniu Katarzyny Nowak.

Najwyżej sklasyfikowaną w rankingu WTA polską tenisistką jest oczywiście Agnieszka Radwańska, która przez blisko dekadę plasowała się w Top 10, a przez pewien czas zajmowała drugą lokatę i była nawet bliska zajęcia pozycji liderki światowej listy. Do Top 50 z polskich tenisistek przebiły się ponadto jeszcze młodsza z sióstr Radwańskich, Urszula oraz oraz Magdalena Grzybowska i Marta Domachowska.

Po intensywnych trzech tygodniach spędzonych kolejno w Waszyngtonie, Toronto i Cincinnati, Świątek zrobiła sobie krótką przerwę od startów i rozpoczęła przygotowania do występu w wielkoszlemowym US Open. Turniej na kortach Flushing Meadows w Nowym Jorku rozpocznie się w poniedziałek 26 sierpnia. Nasza tenisistka ma w nim pewne miejsce w głównej drabince i nie musi trwonić sił w kwalifikacjach. Na swoim profilu na Instagramie warszawianka pochwaliła się, że miała okazje potrenować ze znakomitą hiszpańską tenisistką Garbine Muguruzą, triumfatorką French Open w 2016 i Wimbledonu w 2017 roku, aktualnie 25. zawodniczką w rankingu WTA.

Wracając do rankingu WTA, w jego czołówce nie zaszły większe zmiany. Na czele znajduje się Japonka Naomi Osaka, drugie miejsce zajmuje Australijka Ashleigh Barty, a trzecie Czeszka Karolina Pliskova. Kolejne lokaty w Top 10 zajmuja: 4. Simona Halep (Rumunia), 5. Jelina Switolina (Ukraina), 6. Petra Kvitova (Czechy), 7. Kiki Bertens (Holandia), 8. Serena Williams (USA), 9. Aryna Sabalenka (Białoruś) i 10. Madison Keys (USA). Z Polek druga po 49. w zestawieniu Świątek najwyżej sklasyfikowana jest Magda Linette (80. lokata), trzecią rakietą jest Katarzyna Kawa (130), a czwartą 17-letnia Maja Chwalińska (201).

Jeszcze mniej zmian zaszło w rankingu ATP. Wśród panów wciąż numerem 1 jest Serb Novak Djoković, dwie kolejne lokaty okupują Hiszpan Rafael Nadal i Szwajcar Roger Federer. W Top 10 znajdują się ponadto: Austriak Dominic Thiem, Rosjanin Daniił Miedwiediew, Niemiec Alexander Zverev, Japończyk Kei Nishikori, Grek Stefanos Tsitsipas, Rosjanin Karen Chaczanow i Hiszpan Roberto Bautista Agut. Najwyżej z Polaków sklasyfikowany jest Hubert Hurkacz, zajmujący aktualnie 41. miejsca, a w Top 100 jest jeszcze Kamil Majchrzak, plasujący się na 96. pozycji. Niestety, Majchrzak nie był tak wysoko, gdy ustalano listę startową do tegorocznego US Open i musi do turnieju głównego przebijać się przez kwalifikacje.

 

Wimbledon 2019: Linette i Hurkacz grają dalej

W grze pojedynczej w tegorocznej edycji Wimbledonu wystartowało czterech reprezentantów Polski. Do drugiej rundy awansowali Hubert Hurkacz i Magda Linette, natomiast z turniejem pożegnali się Iga Świątek i Kamil Majchrzak.

Hurkacz w pierwszej rundzie turnieju na trawiastych kortach Wimbledonu pokonał rozstawionego z numerem 32 Serba Duszana Lajovicia 6:3, 4:6, 6:4, 6:4. Mecz trwał dwie godziny 34 minuty. W kolejnym meczu 22-letni wrocławianin zmierzy się 32-letnim Argentyńczykiem Leonardo Mayerem. Hurkacz po raz szósty staruje w turnieju głównym Wielkiego Szlema. Jego dotychczasowy bilans to dwa mecze wygrane i pięć przegranych. W ubiegłorocznym Wimbledonie musiał przebijać się przez eliminacje, zaś w I rundzie został wyeliminowany przez Australijczyka Bernarda Tomica.

W tegorocznej edycji miejsce w głównej drabince miał zapewnione dzięki wysokiemu rankingowi, ale w losowaniu trafił na mocnego przeciwnika i chociaż tuż przed wimbledońską imprezą błysnął formą w turnieju ATP 250 w Eastbourne, gdzie doszedł do ćwierćfinału (przegrał w nim z późniejszym zwycięzcą Amerykaninem Taylorem Fritzem), to jednak faworytem był wyżej notowany na światowej liście (ATP 23) i bardziej doświadczony 29-letni Lajović. Serb w Wimbledonie wcześniej dwukrotnie przebrnął przez I rundę i tym razem tak był pewny awansu, że porażkę z Polakiem skwitował wybuchem wściekłości. Kolejny rywal naszego tenisisty, Leonardo Mayer, wywalczył awans pokonując w trzech setach Łotysza Ernestsa Gulbisa. Dla Argentyńczyka był to pierwszy wygrany mecz na wimbledońskich kortach od 2015 roku. W potyczce z Hurkaczem nie będzie jednak faworytem, ale zwycięzca w trzeciej rundzie trafi na lidera rankingu ATP Novaka Djokovicia.

W poniedziałkowej serii gier swoje marzenia o sukcesie w Wimbledonie pogrzebali natomiast 23-letni Kamil Majchrzak i 18-letnia Iga Świątek. Piotrkowianin, który do głównej drabinki awansował w kwalifikacjach, za przeciwnika wylosował hiszpańskiego weterana kortów 35-letniego Fernando Verdasco i chociaż stawiał mu twardy opór, to jednak przegrał z nim w trzech setach 4:6, 4:6, 4:6. Nasz tenisista był trochę zawiedziony porażką, ale on przynajmniej nie musiał się jej wstydzić.

Gorzej pod tym względem wypadła okrzyczana naszą największą tenisową nadzieją Świątek. Warszawianka jako mistrzyni Wimbledonu juniorek z ubiegłego roku dostała od organizatorów tzw. dziką kartę. Klasyfikowana obecnie na 64. miejscu w rankingu WTA Polska w pierwszej rundzie trafiła na niżej notowaną Szwajcarkę Viktoriję Golubic (WTA 81), ale na korcie nie miała wiele do powiedzenia w starciu ze starszą o osiem lat rywalką. Przegrała 2:6, 6:7(3-), popełniając w meczu aż 50 niewymuszonych błędów. Świątek ma teraz wakacje, a po nich rozpocznie przygotowania do rywalizacji na kortach twardych na drugiej półkuli. Zagra w Waszyngtonie, Toronto i Cincinnati oraz rzecz jasna w wielkoszlemowym US Open, ale jej postawa daje coraz mniej przesłanek do stawiania tezy, że stać ją na znaczące sukcesy, choćby na miarę obecnej na wimbledońskich kortach w roli gościa i widza Agnieszki Radwańskiej (jej mąż Dawid Celt jest tam sparingpartnerem Karoliny Woźniackiej).

We wtorek jako ostatnia z naszych reprezentantów przystąpiła do rywalizacji Magda Linette. Klasyfikowana obecnie na 75. miejscu rankingu poznanianka nigdy wcześniej nie wygrała meczu w Wimbledonie (bilans 0-4 w turnieju głównym, 0-3 w kwalifikacjach). W końcu jednak przełamała fatalna passę i wygrała w I rundzie z debiutującą w londyńskiej imprezie Rosjankę Annę Kalinską (WTA 144) 6:0, 7:6(9). Teraz Linette może się pochwalić awansem do II rundy w każdym z czterech wielkoszlemowych turniejów. Przed nią takiego wyczynu dokonały jedynie siostry Agnieszka i Urszula Radwańskie oraz Magdalena Grzybowska. Kolejną rywalką poznanianki będzie w czwartek Rumunka Sorana Cirstea lub Amerykanka Amanda Anisimova.

 

Harce na trawnikach Wimbledonu

W poniedziałek 1 lipca rozpocznie się 143. turniej na trawiastych kortach Wimbledonu. Rozgrywana od 1877 roku na obiektach All England Lawn Tennis and Croquet Club impreza to najstarszy i najbardziej prestiżowy turniej tenisowy na świecie, zaliczany wraz z Australian Open, French Open i US Open do tzw. Wielkiego Szlema.

Wśród mężczyzn rekordzistą w liczbie triumfów na wimbledońskiej trawie jest Szwajcar Roger Federer, który wygrywał tu osiem razy (2003-2007, 2009, 2012, 2017). Wśród kobiet najwięcej razy (dziewięciokrotnie) triumfowała Amerykanka czeskiego pochodzenia Martina Navratilova (1978-1979, 1982-1987, 1990). W tegorocznym Wimbledonie tytułów bronić będą Angelique Kerber oraz Novak Djokovic.

Tradycja ponad wszystko

Wimbledon jest w tej chwili jedynym turniejem wielkoszlemowym, rozgrywanym na trawie. W przeszłości taką nawierzchnię miały też korty trzech pozostałych imprez wielkoszlemowych – French Open do 1928, US Open do 1975, a Australian Open do 1988 roku. Dwie główne areny Wimbledonu, kort centralny (widownia na 14 tys. osób) i kort nr 1 (11 000 miejsc) są używane tylko podczas turnieju. Na pozostałych 17 kortach rozgrywa się również inne imprezy organizowane przez All England Lawn Tennis and Croquet Club.

Organizatorzy londyńskiego turnieju są mocno przywiązani do tradycji – choćby w kwestii koloru ubiorów. Nadal wymagają, aby gracze byli ubrani od stóp do głów na biało. Niedziela w środku imprezy zazwyczaj jest dniem wolnym, a odstępstwa od tej zasady zdarzają tylko w sytuacji, gdy opady deszczu doprowadzą do nadmiernych zaległości w terminarzu gier. Dla tysięcy fanów śledzących na żywo zmagania miłą dla podniebienia tradycją są podawane tu truskawki ze śmietaną – przez dwa tygodnie uczestnicy Wimbledonu zjadają prawie 30 ton tych owoców i doprawianych siedmioma tysiącami litrów śmietany.
Jak do tej pory żaden polski tenisista czy tenisistka nie wygrał singla na wimbledońskich trawnikach. Najbliżej triumfu były panie – w 1937 legendarna Jadwiga Jędrzejowska uległa w finale Brytyjce Dorothy Round 2:6, 6:2, 5:7, a w 2012 roku Agnieszka Radwańska przegrała z Amerykanką Sereną Williams 1:6, 7:5, 2:6. Co ciekawe, w rywalizacji juniorskiej możemy pochwalić się czterema zwycięstwami naszych zawodniczek – w 1995 roku sztuki tej dokonała Aleksandra Olsza, w 2005 roku Agnieszka Radwańska, dwa lata później jej młodsza siostra Urszula, a przed rokiem Iga Świątek. W grze podwójnej seniorów sukces odniósł natomiast Łukasz Kubot, który w duecie z Brazylijczykiem Marcelo Melo wygrał tu debla w 2017 roku.

Polski kwartet w singlu
W tegorocznej edycji Wimbledonu w grze pojedynczej mężczyzn nasz tenis reprezentować będą Hubert Hurkacz i Kamil Majchrzak, a w grze pojedynczej pań Iga Świątek i Magda Linette. Rywalem notowanego w rankingu ATP na 52. miejscu Hurkacza w 1. rundzie będzie Serb Dusan Lajović (ATP 32). 22-letni wrocławianin grał z nim dotąd tylko raz i wyszedł zwycięsko z tego pojedynku. W przypadku wygranej Hurkacz w 2. rundzie zagra z Łotyszem Ernestsem Gulbisem lub Argentyńczykiem Leonardo Mayerem, a gdyby przebrnął do trzeciej rundy, trafi tam zapewne na lidera obrońcę tytułu Novaka Djokovicia. Z serbskim mistrzem nasz zawodnik miał okazję zmierzyć się w 1. rundzie French Open i odpadł po porażce w trzech setach.

Drugi z naszych reprezentantów, 23-letni Kamil Majchrzak, aktualnie sklasyfikowany w rankingu na 111. pozycji, do głównej drabinki wimbledońskich zmagań musiał przebijać się przez trzystopniowe kwalifikacje. Dla piotrkowianina będzie to drugi występ w Wielkim Szlemie. W styczniowym Australian Open skreczował w piątym secie meczu pierwszej rundy z Japończykiem Keiem Nishikorim. Jego rywal, zajmujący obecnie 36. miejsce w rankingu ATP i starszy o 13 lat Hiszpan Fernando Verdasco na londyńskiej trawie najdalej zaszedł w 2013 roku, gdy dotarł do ćwierćfinału. W trzech ostatnich edycjach Hiszpan przegrywał jednak już w 1. rundzie, co daje Majchrzakowi jakąś nadzieję. Jeśli wygra, to jego kolejnym rywalem będzie albo Brytyjczyk Kyle Edmund, albo kolejny Hiszpan Jaume Munar.

Szczęście Magdy i Igi

Los był bardziej łaskawy dla naszych tenisistek. Zajmująca 75. miejsce w rankingu WTA Linette trafia na sklasyfikowaną na 144. miejscu rankingu WTA Rosjankę Annę Kalinską, która do głównej drabinki dostała się z kwalifikacji. W turnieju Wielkiego Szlema Rosjanka zagra po raz czwarty, ale jeszcze nigdy nie wygrała meczu. Linette zmierzy się z Kalinską po raz pierwszy. Jeśli ją pokona, to w następnej rundzie trafi na rozstawioną z numerem 25 18-letnią Amerykankę Amandę Anisimovą lub Rumunkę Soranę Cirsteę.

Z kolei Iga Świątek, która otrzymała od organizatorów tzw. dziką kartę, w rankingu WTA plasuje się na 63. pozycji, natomiast jej pierwsza rywalka w tegorocznym Wimbledonie, 26-letnia Szwajcarka Viktorija Golubić, sklasyfikowana jest na 81. pozycji. Obie panie nie miały jeszcze okazji zmierzyć się w bezpośredniej walce. Golubic nie ma żadnych osiągnięć na trawie, Świątek w razie awansu do 2. rundy trafi jednak na wiceliderkę rankingu Japonkę Naomi Osakę lub Julię Putincewą z Kazachtanu.

 

Radwańska dla UNICEF z kolarzami CCC

Grupa kolarska CCC Team została globalnym partnerem UNICEF. To pierwsza polska firma, która wspiera tę znaną organizację humanitarną. Na prezentacji programu pomocowego obecna była ambasadorka UNICEF Agnieszka Radwańska.

Pomysł na to, by kolarze pomogli biednym dzieciom na świecie, pozbawionym możliwości nauki, często sierotom, pokrzywdzonym przez wojnę jest bardzo prosty. Każdy z 24 zawodników grupy CCC Team będzie wykręcał kilometry podczas treningu i oficjalnych wyścigów, które zarejestruje specjalny system. Każdy przejechany przez nich kilometr to jeden dolar. A jeden dolar to dwa podręczniki szkolne, 2 zeszyty, 34 ołówki, 6 dni nauki dziecka w krajach rozwijających się. Tylko podczas Tour de France, w którym wystartuje grupa CCC, ośmiu kolarzy przejedzie łącznie 27 680 km i taka też kwota zasili konto UNICEF. „Każdy z naszych kolarzy przejeżdża rocznie 30-35 tys. km, a jest ich w grupie 24. Łatwo policzyć, że wsparcie będzie liczone w setkach tysięcy dolarów. A chcemy, żeby w tym w projekcie wzięli udział jeszcze kibice, więc może tysiące przekształcą się w miliony” – stwierdził dyrektor sportowy CCC Team Piotr Wadecki. „To wcale nie było łatwe, by nawiązać współpracę z tak szanowaną organizacją. Byliśmy dokładnie sprawdzani – gdzie produkujemy i co produkujemy. Zawodnicy muszą wiedzieć, jak się zachowywać. Mają świecić przykładem” – dodał prezes CCC Dariusz Miłek.

Koncern obuwniczy CCC prowadzi już sprzedaż w 23 krajach i stał się marką globalną, a mariaż z UNICEF gwarantuje mu jeszcze większą rozpoznawalność i prestiż. Podobne korzyści płyną dla projektu sportowego. CCC Team w tym sezonie zadebiutowało w World Tour, zrzeszającym najlepsze grupy kolarskie świata.

Przy prezentacji programu obecna była Agnieszka Radwańska, od niedawna ambasadorka UNICEF. „Gratuluję inicjatywy i cieszę się, że jestem jej częścią. Sama chciałabym teraz wsiąść na rower i zrobić swoje kilometry, żeby pomóc. To wspaniałe, że przez sport możemy pomagać dzieciom na całym świecie” – powiedziała była już tenisowa gwiazda.

 

Radwańska z kortu na parkiet

Agnieszka Radwańska potwierdziła, że wystąpi w nowej edycji „Tańca z Gwiazdami”. Na razie nie podano, kto będzie partnerem byłej tenisistki, która w ubiegłym roku zakończyła karierę.

W ostatnich tygodniach pojawiały się pogłoski, że najbardziej utytułowana polska tenisistka dostała zaproszenie do udział w „Tańcu z Gwiazdami”. W poniedziałkowy wieczór potwierdziła tę informację. „Potrzebowałam trochę czasu, żeby podjąć decyzję. Kocham tańczyć, a miałam mało okazji, żeby to robić. Dla mnie to świetna forma aktywności ruchowej po zakończeniu kariery. Teraz będzie to jak dobry trening, dojdzie do tego trochę adrenaliny, więc pomyślałam, że jeśli mam spróbować sił w tańcu, to właśnie teraz” – zdradziła Agnieszka Radwańska na antenie „Polsat News”.

Była tenisistka nie ma obaw, jak wielogodzinne ćwiczenia taneczne wytrzymają jej stopy. „Z moim zdrowiem jest coraz lepiej, treningów tanecznych nie można porównać z tymi, które miałam na korcie czy siłowni. To zupełnie coś innego niż to, co musiałam robić, żeby być gotowa do gry w turniejach WTA. Sądzę, że to będzie jakieś 30 procent tego, co robiłam dotychczas” – stwierdziła Radwańska.

Nasza tenisowa gwiazda zapewniła, że dobrze zna zasady tanecznego show. „Oglądałam ten program zawsze, gdy przebywałam w tym czasie w Polsce. Uważam, że taniec jest absolutnie dla każdego i dobrze się kojarzy. To jedyny program, w którym dopuszczałam w myślach swój udział. Inne nie wchodziły w grę. Jeżeli do czegoś się zobowiązuje, to angażuję się w to na sto procent. Gdyby zaszła taka potrzeba, jestem gotowa trenować do późnych godzin nocnych” – zapewnia sportsmenka. I podkreśla, że w jej udziale w programie nie chodzi o sławę czy pieniądze. „Na to akurat nie mogę narzekać” – przekonuje Radwańska.