Skoki narciarskie: Tylko Żyła wraca z tarczą z Oberstdorfu

W Oberstdorfie w polskiej ekipie skoczków królem polowania na medale mistrzostw świata był Piotr Żyła. Zdobył złoto na normalnej skoczni, najlepiej też wypadł z biało-czerwonych w piątkowym konkursie indywidualnym na dużej skoczni oraz w sobotnim konkursie drużynowym. Trzeba też oddać honor pozostałym kadrowiczom, zwłaszcza Kamilowi Stochowi, który w „drużynówce” przełamał kryzys formy. Nasi skoczkowie byli bliscy złotego medalu, ale brązowy to też sukces.

Po środowych treningach, w których nie brali udziału pewniacy Stoch, Żyła i Kubacki, trener naszej kadry Michal Doleżal z trójki Klemens Murańka, Jakub Wolny i Andrzej Stękała, jako czwartego w naszej ekipie wyznaczonej do startu w zawodach na dużej skoczni wybrał Stękałę. Kwartet biało-czerwonych bez większych problemów przebrną przez czwartkowe kwalifikacje. Najlepiej spisał się Żyła, a w czołowej dziesiątce zameldował się jeszcze Kubacki. Stoch i Stękała zajęli miejsca w drugiej dwudziestce. Podczas obu prób konkursowych panowały fatalne warunki atmosferyczne (padał gęsty śnieg i wiał zmienny wiatr) dawały się skoczkom mocno we znaki także podczas konkursu. Jedni sobie z nimi radzili lepiej, jak Kraft, który z wynikiem 132,5 m objął prowadzenie, inni gorzej, jak Japończyk Ryoyu Kobayashi, który przy lądowaniu wjechał nartami w sypki śnieg i zaliczył upadek. Na szczęście wstał i o własnych siłach opuścił zeskok. Z Polaków po pierwszej serii najwyżej w klasyfikacji był Żyła, któremu odległość 130,5 m dała piątą lokatę. Taką samą odległość uzyskał Kubacki, ale jemu odjęto jeszcze więcej punktów niż Żyle i dlatego znalazł się na ósmej pozycji. Stoch z wynikiem 120 m zajmował 22. lokatę, a 121,5 m uzyskane przez Stękałę dało mu 24. miejsce.
W drugiej serii wszyscy nasi skoczkowie poprawili swoje wyniki. Stękała zaliczył 122,5 m i ostatecznie zakończył występ na 21. pozycji. Stoch poszybował na odległość 129,5 m i awansował na 19. miejsce, ale rzecz jasna trzykrotny mistrz olimpijski nie mógł być z tego osiągnięcia zadowolony. To nie były dla niego udane mistrzostwa i nie był w stanie ukryć głębokiej frustracji z powodu słabej formy. „Coś się ewidentnie zacięło i nie potrafię znaleźć recepty, chociaż walczę z każdym skokiem. Nic jednak nie rusza do przodu. Z mojej strony zrobiłem, co się dało, ale to nic, bo dalej jestem tam, gdzie jestem. Jeśli trener zdecyduje się mnie wystawić w drużynówce, zrobię, co będę mógł. Umiem tyle, co mogą państwo zobaczyć” – przyznał zgnębiony niepowodzeniem Stoch.
Szansy na dobry wynik w drugim skoku zniweczył natomiast Kubacki. Inna sprawa, że nie wszystko było jego winą. Nasz skoczek został cofnięty z belki startowej, a gdy ponownie się na niej pojawił, dostał sygnał do startu zanim służby techniczne zdążyły odśnieżyć należycie tory. No i Kubacki pojechał zbyt wolno jak na jego potrzeby, przez co zaliczył tylko 119 m i ostatecznie spadł na 15. miejsce. Na placu boju pozostał więc tylko Żyła, który uzyskał znakomity rezultat 137 m, lecz sędziowie tak zamieszali z bonifikatami za wiatr, że Polaka wyprzedził trzeci w klasyfikacji końcowej Niemiec Karl Geiger, chociaż skoczył tylko 132 metry, potem drugi na podium Norweg Robert Johannson (135,5 m), a na końcu zwycięzca konkursu Austriak Stefan Kraft (134 m). „Piotrek miał dobre warunki, dlatego odjęto mu dużo za wiatr w drugiej serii. Przeliczniki też nigdy nie są w stu procentach sprawiedliwe. One często działają z opóźnieniem. Raz się ma to szczęście, raz nie – mówił nasz były skoczek. Dwa lata temu w Seefeld na skoczni normalnej w podobnych warunkach to Kubacki cieszył się ze złota, a drugi był Stoch. Pogoda teraz była podobna jak wtedy, lecz tym razem nie my mieliśmy szczęście” – podsumował sobotni konkurs szef polskiej misji w Oberstdorfie Adam Małysz.
Łączny wynik całego naszego kwartetu w konkursie indywidualnym nie rokował najlepiej przed sobotnią „drużynówką”, ale w konkursie nasi skoczkowie spisali się nadspodziewanie dobrze, zwłaszcza Stoch i Stękała. Trener Doleżal trochę zaskoczył wystawiając w pierwszej grupie skoczków Żyłę, po nim Stękałę i Stocha, a na końcu Kubackiego. Niewykluczone, że po cichu potem tego żałował, bo Żyła w obu skokach konkursowych szybował najdalej z całej stawki, a w drugiej serii przed skokami ostatniej grupy zawodników biało-czerwoni po świetnych próbach Żyły, Stękały i Stocha wyszli na prowadzenie. Niestety, Kubacki nie miał tego dnia takiej mocy jak Żyła, który w obu próbach zaliczył po 139 metrów. Skoczył tylko 127 metrów i nasza zespół z pierwszego miejsca spadł na trzecie. Złoto zdobyli Niemcy, srebro Austriacy.
Trudno jednak wybrzydzać, bo oba medale dla Polski w tegorocznych mistrzostwach świata (złoto Piotra Żyły na skoczni normalnej i brąz w konkursie drużynowym) to wyłącznie zasługa skoczków. Nasza ekipa w klasyfikacji medalowej zajęła dzięki temu siódmą lokatę.

Stękała błysnął na Wielkiej Krokwi

Andrzej Stękała został bohaterem polskiej ekipy w sobotnim konkursie na Wielkiej Krokwi, zdobywając po raz pierwszy w karierze miejsce na podium w zawodach Pucharu Świata. Dopiero siódme miejsce zajął lider klasyfikacji generalnej Norweg Halvor Egner Granerud, ale po odwołaniu cyklu zawodów Raw Air nawet ten rezultat zapewnił mu Kryształową Kulę.

Stękała już w serii próbnej zasygnalizował wielką formę, a w pierwszej serii to potwierdził skacząc na odległość 137 metrów. Taki sam wynik uzyskał Słoweniec Bor Pavlovic, ale wyprzedził Polaka lepszymi notami. Obu pogodził Halvor Egner Granerud wynikiem 139 metrów i objął prowadzenie po pierwszej serii. Z jedenastu polskich skoczków, poza Stękałą, żaden nie znalazł się w czołówce. W drugiej serii Stękała wytrzymał presję i zaliczył 133,5 m, co wobec słabego skoku Bora Pavlovcicia (130 m) dało mu awans na drugą pozycję i pierwsze w karierze podium w konkursie indywidualnym Pucharu Świata. Ale nasz skoczek nie przegrał walki o pierwszą lokatę z Granerudem, bo Norweg w drugiej próbie zepsuł skok i wylądował na 129 metrze, przez co zjechał w klasyfikacji na 7. pozycję. Sobotni konkurs wygrał nieoczekiwanie Japończyk Ryoyu Kobayashi (136,5 i 134 m), przed Stękała i Norwegiem Mariusem Lindvikiem (133 i 141,5 m). W czołowej dziesiątce z Polaków znalazł się jeszcze tylko Piotr Żyła, zajmując 8. miejsce. Kubacki zakończył rywalizację na 11. pozycji, a Stoch dopiero na 20, co dla niego, pięciokrotnego triumfatora zawodów Pucharu Świata na Wielkiej Krokwi jest bolesną porażką. Lider naszej kadry pogratulował jednak szczerze sukcesu Stękale, wiele ciepłych słów pod adresem młodszego kolegi z kadry powiedział też Dawid Kubacki. A Piotr Żyła w swoim stylu zakpił: „Dmuchaliśmy mu pod narty, ale chyba musiał coś źle skalkulować, skoro przegrał tylko o 0,3 pkt”. Cała drużyna czekała jednak na dole na drugi skok Stękały, a gdy wszystko było już jasne, Stoch, Żyła i Kubacki, fetowali sukces najmłodszego z ich grona.
Na początku sezonu podczas konkursu drużynowego mistrzostw świata w lotach w Planicy Stoch dziękował Stękale i reszcie kolegów z drużyny, że wciągnęli go na podium „za uszy”. Skoki to sport indywidualny, ale największym nawet gwiazdom potrzebne jest czasem wsparcie kolegów. Stefan Horngacher odrodził Stocha i Żyłę, ale wydobył też z cienia Kubackiego i doprowadził do życiowych wyników Macieja Kota i Stefana Hulę. Z odrodzeniem Stękały nie miał nic wspólnego, bo zakopiańczyk niezłym sezonie w 2005 roku wpadł kryzys i tak naprawdę to jego karierę uratował trener Maciej Maciusiak.
Następca Horngachera, Michal Doleżal, utrzymał poziom drużynę na bardzo wysokim poziomie, po jego wodzą Kubacki i Stoch wygrali Turniej Czterech Skoczni, ale trzeba pamiętać, że biało-czerwoni mają najstarszy zespół w Pucharze Świata. Dlatego chyba z taką radością przyjmujemy fakt, że w ekipie biało-czerwonych pojawił się zawodnik grubo przed trzydziestką zdolny do walki o miejsca na podium. Pytanie tylko czy potrafi na tyle ustabilizować formę, żeby na stałe zostać na poziomie Stocha, Żyły i Kubackiego, a nie stać się sezonowym objawieniem, jak miało to w ostatnich latach miejsce w przypadku Macieja Kota, Stefana Huli, Jakuba Wolnego czy Aleksandra Zniszczoła. Niedzielny konkurs na Wielkiej Krokwi miał dać na nie odpowiedź.
Wszystko wskazuje, że ten nietypowy sezon Pucharu Świata zakończy się sukcesem norweskich skoczków – Granerud ma już tak ogromną przewagę w klasyfikacji generalnej, że nikt już mu Kryształowej Kuli nie odbierze. Tym bardziej, że właśnie władze w jego kraju odwołały z powodu nowych obostrzeń epiodemicznych cykl zawodów Raw Air. Jest za mało czasu na znalezienie odpowiedniego zastępstwa dla tych zawodów, a to oznacza, że Granerud już w sobotę w Zakopanem przyklepał triumf w Pucharze Świata, a reprezentacja Norwegii w Pucharze Narodów. Norwescy skoczkowie nie kryli jednak rozczarowania decyzją swojego rządu, zwłaszcza widząc tłumy ludzi w Zakopanem, do którego w pierwszy weekend po poluzowaniu obostrzeń sanitarnych przyjechało kilkadziesiąt tysięcy turystów.
Na szczęście nie spełnili pogróżek, że zlekceważą zakazy i wejdą siłą na trybuny Wielkiej Krokwi, ale i tak nie obyło się bez interwencji policjantów, mandatów i przepychanek z bawiącymi się na ulicach ludźmi. Ale mimo tych incydentów przybysze i miejscowi trzymali społeczny dystans, ale dzięki temu Zakopanem znów tętniło życiem. Nic dziwnego, że działacze FIS całkiem serio rozważają zastąpienie odwołanego Raw Air jakimś naprędce skleconym cyklem konkursów w Polsce. Prezes PZN Apoloniusz Tajner też jest za tym pomysłem, więc pewnie coś z tego wyjdzie.

Kamil Stoch lubi skakać w Willingen

Norweg Halvor Egner Granerud wygrał sobotni konkurs indywidualny w Willingen. Drugie miejsce zajął jego rodak, Daniel Andre Tande, a trzecie Kamil Stoch, dla którego było to siódme miejsce podium wywalczone w zawodach na skoczni Muehlenkopfschanze oraz 77. w karierze w zawodach Pucharu Świata.

Dobry występ Stocha trudno rzecz jasna uważać za sensację, bo trzykrotny mistrz olimpijski od lat niezmiennie jest liderem naszej kadry i na ogół jej najmocniejszym ogniwem, ale pewna niespodzianką jednak był, bo przecież dzień wcześniej w kwalifikacjach do sobotniego konkursu po słabym skoku na odległość 129 m zajął dopiero 29. miejsce. Swoje pięć minut mieli jego młodsi koledzy – kwalifikacje wygrał Andrzej Stękała wynikiem 152 metry, ale nie mniejszą sensację sprawił Klemens Murańka, który trafił na sprzyjające warunki wietrzne i skoczył aż 153 metry, ustanawiając nowy rekord skoczni w Willingen, który wcześniej współdzieliło dwóch skoczków – legendarny Fin Janne Ahonen (2005) oraz Słoweniec Jurij Tepes (2014). Murańka miał jednak problemy przy lądowaniu i otrzymał słabe noty, więc w efekcie zajął dopiero piąte miejsce. Dalej od Stocha skoczyli też szósty Piotr Żyła (148 m) i siódmy Dawid Kubacki (136,5 m), a słabiej wypadli jedynie Jakub wolny i Aleksander Zniszczoł.
Polacy w ostatnich występach nieco zatracili swoją wysoką dyspozycję i nie potrafili włączyć się do walki o czołowe lokaty. W poprzedni weekend w Lahti, w konkursie indywidualnym, najlepszy z biało-czerwonych, Piotr Żyła, zajął dopiero 11. lokatę. Po raz pierwszy od ponad roku w czołowej dziesiątce zawodów nie było więc żadnego Polaka. Trener naszej kadry Michal Doleżal znalazł w końcu przyczynę tego lekkiego załamania formy, ale najdłużej musiał diagnozować przypadek Stocha. Efekty przyszły w odpowiednim momencie, bo już w sobotnim konkursie lider naszej kadry znów w ścisłej czołówce. Ostatnie konkursy indywidualne nie były dla niego udane, bo trzy razy z rzędu plasował się poza Top 10, ale obiekt w Willingen to jedna z jego ulubionych skoczni. Wygrywał na niej trzykrotnie i aż sześć razy stał na podium. W sobotnim konkursie zajął trzecią lokatę, co oznaczało, że właśnie został pierwszym skoczkiem w historii, który na Muehlenkopfschanze stawał na podium siedem razy w indywidualnych konkursach Pucharu Świata.
Klemens Murańka nie powtórzył rezultatu z kwalifikacji. Skoczył zaledwie 125 m i nie awansował nawet do drugiej serii. Taki sam los spotkał Aleksandra Zniszczoła, który wylądował na 124,5 m. Nieco lepiej powiodło się Jakubowi Wolnemu – po skoku na 127 m był 27. po pierwszej serii. Taką samą odległość uzyskał też Andrzej Stękała, zajmując 21. lokatę po pierwszym skoku. Z tylnym wiatrem nie poradził też sobie Piotr Żyła, który plasował się w drugiej dziesiątce. W zmieniających się warunkach Dawid Kubacki skoczył 138,5 m i był ósmy, a Kamil Stoch z wynikiem 142,5 m zajmował czwartą lokatę. Obaj mieli dobrą sytuację by powalczyć w drugiej serii o czołowe miejsca. Po pierwszej serii prowadził niesamowity w tym sezonie Norwego Halvor Egner Granerud, drugi był jego rodak Daniel Andre Tande, a trzeci niespodziewanie Słoweniec Bor Pavlović.
Drugą serię znakomicie rozpoczął Jakub Wolny, który wylądował na 138 metrze, swoją pozycję poprawił też Andrzej Stękała, który zajął 20. lokatę, poprawił się też Piotr Żyła awansując po skoku na odległość 141 metrów na dziewiąte miejsce. Niestety, Dawid Kubacki trafił na gorsze warunki i wylądował na 140 metrze, co pozwoliło mu na zajęcie piątego miejsca. Z naszych skoczków w rywalizacji o czołowe lokaty na placu boju pozostał więc tylko Kamil Stoch, któremu wiatr wybitnie nie sprzyjał, więc zaliczył tylko 135,5 m. Mimo to objął prowadzenie, ale bez większych nadziei czekał na występ czołowej trójki skoczków. Bor Pavlovcić nie udźwignął jednak presji i mimo dłuższego o metr skoku spadł za Stocha na czwartą pozycję. Nasz trzykrotny mistrz olimpijski mógł zatem już świętować 77. podium w karierze, ale dwaj norwescy skoczkowie nie oddali mu miejsc na wyższych stopniach. Triumfował Halvor Egner Granerud (1245,5 m), drugą lokatę wywalczył Daniel Andre Tande (140,5 m).
W klasyfikacji generalnej cyklu Willingen Six, do którego w tym roku organizatorzy zaliczają sześć skoków – cztery konkursowe i dwa kwalifikacyjne, przed niedzielnymi kwalifikacjami i konkursem (zakończyły się po zamknięciu wydania) prowadził Halvor Egner Granerud z dorobkiem 419,7 pkt, drugi był Daniel Andre Tande (407,1 pkt), a trzeci Dawid Kubacki (384,8 pkt). Kolejne lokaty w Top 10 zajmowali: 4. Niemiec Markus Eisenbichler (384,5 pkt), 5. Piotr Żyła (377,6 pkt), 6. Norweg Marius Lindvik (374,6 pkt), 7. Kamil Stoch (374,5 pkt), 8. Słoweniec Bor Pavlovcic (371,8 pkt), 9. Japończyk Ryoyu Kobayashi (365,9 pkt), a 10. Andrzej Stękała (360,5 pkt).

Znów zaważył jeden słaby skok

W konkursie drużynowym w Lahti znów jeden słabszy skok, tym razem w wykonaniu Dawida Kubackiego, odebrał Polakom zwycięstwo. Tym razem skorzystali Norwegowie. Dla biało-czerwonych było to 30. podium w rywalizacji zespołowej – na ten dorobek składa się siedem zwycięstw, dwanaście drugich oraz jedenaście trzecich miejsc.

W piątek w Lahti wiał silny wiatr i padał gęsty śnieg, z tego powodu organizatorzy musieli odwołać treningi oraz kwalifikacje do niedzielnego konkursu indywidualnego. Trener polskiej kadry Michal Doleżal decyzję o składzie zespołu na sobotni konkurs drużynowy podjął po sobotnich skokach treningowych. Sensacji nie było i w ekipie biało-czerwonych wystartowali w kolejności Piotr Żyła, Andrzej Stękała, Kamil Stoch i Dawid Kubacki. Po pierwszych skokach Żyły, Stękały i Stocha Polacy prowadzili, ale po słabym skoku Kubackiego spadli na trzecie miejsca, ze stratą 16,2 pkt do prowadzących Norwegów i 6,7 pkt do drugich w klasyfikacji Niemców. W drugiej serii już nikt w polskiej drużynie nie nawalił, ale to pozwoliło jej tylko na wyprzedzenie reprezentacji Niemiec. Norwegowie wytrzymali presję i utrzymali prowadzenie, także w klasyfikacji Pucharu Narodów. Norwegia ma 3274 pkt, druga jest Polska (3190 pkt),a trzecie miejsce zajmuje ekipa Niemiec (2573 pkt). Kolejne lokaty w czołowej szóstce zajmują: Austria (2195 pkt), Słowenia (1638 pkt) i Japonia (1563 pkt).
Z naszych skoczków w konkursie drużynowym najlepiej wypadł Kamil Stoch, który był trzeci za Niemcem Karlem Geigerem i Austriakiem Stefanem Kraftem. Andrzej Stękała zajął dziewiątą lokatę, Piotr Żyła 11., a Dawid Kubacki 17. Nic dziwnego, że żaden z Polaków nie znalazł się w gronie faworytów do niedzielnego konkursu indywidualnego . Przewidywania bukmacherów okazały się trafne, bo w niedzielę na skoczni w Lahti polscy skoczkowie byli tylko tłem dla rywali i żaden nie znalazł się nawet w czołowej dziesiątce konkursu, co jest najgorszym występem biało-czerwonych w tym sezonie . Najlepszy z naszych, Piotr Żyła, zajął 11. lokatę, Andrzej Stękała był 15., Kamil Stoch 16., Jakub Wolny 22., Dawid Kubacki 23. , Aleksander Zniszczoł 29., a Paweł Wąsek 32. Konkurs wygrał Norweg Robert Johansson, przed Niemcami Markusem Eisenbichlerem i Karlem Geigerem. W klasyfikacji Pucharu Narodów prowadząca Norwegia powiększyła przewagę nad naszą drużyną z 84 do 232 punktów.

Nie ma następców Kamila Stocha

Nasi skoczkowie nie popisali się w miniony weekend na Wielkiej Krokwi. W konkursie drużynowym pewne zwycięstwo zaprzepaścił słabym drugim skokiem Andrzej Stękała, ale następnego dnia zrehabilitował się dobrym występem w konkursie indywidualnym. Adam Małysz był tak zadowolony z jego postawy, że publicznie go pochwalił.

W sobotnim konkursie drużynowym na Wielkiej Krokwi biało-czerwoni przegrali przez Stękałę walkę o pierwsze miejsce z Austriakami, ale w niedzielę ten 25-letni skoczek w konkursie indywidualnym zajął piątą lokatę i był najlepsze z szóstki startujących polskich skoczków (Piotr Żyła został zdyskwalifikowany po piątkowych kwalifikacjach) – Kamil Stoch zakończył zawody na 11. miejscu, Dawid Kubacki na 15., Klemens Murańka na 27., Paweł Wąsek na 28., a Jakub Wolny na 33. Ale trener Michal Doleżal na następny turniej PŚ w Lahti do siedmioosobowej reprezentacji włączył Aleksandra Zniszczoła, lecz nie za najsłabszego w Zakopanem Wolnego, tylko za Murańkę.
Mimo słabszego występu na Wielkiej Krokwi pozycja w reprezentacji Polski „żelaznego tercetu”, czyli Stocha, Kubackiego i Żyły, wciąż jest dominująca, a reszta z liczącej 13 zawodników kadrze skoczków na razie jest skazana na walkę o czwarte miejsce w drużynie i cztery miejsca w ekipie na zawody Pucharu Świata. Na razie nie widać w tym gronie zawodnika, który mógł przerwać hegemonię weteranów kadry, co w perspektywie kolejnych sezonów powinno niepokoić zwłaszcza obecnego dyrektora sportowego Polskiego Związku Narciarskiego Adama Małysza, a jeśli wierzyć plotkom, także przyszłego następcy Apoloniusza Tajnera na fotelu prezesa PZN.
Piotr Żyła ma już 34 lata, Kamil Stoch 33., a Dawid Kubacki 30. Tak dla przypomnienia – Adam Małysz zakończył swoją piękną sportową karierę w wieku 34 lat, co rzecz jasna nie obliguje wymienionej trójki do pójścia jego śladem, ale w perspektywie kilku najbliższych lat kadrę polskich skoczków czeka pokoleniowa wymiana. Problem w tym, że jak na razie za plecami „żelaznego tercetu” nie widać zawodnika z potencjałem na nową gwiazdę zdolną nawiązać do sukcesów Małysza, Stocha i Kubackiego.
Gdy Małysz schodził ze sceny, to już na niej jaśniała gwiazda Kamila Stocha. Teraz takiego przekazania pałeczki raczej nie będzie, bo nie mamy skoczka o zbliżonym choćby talencie do Małysza i Stocha. A bez takiego zawodnika trudno będzie utrzymać popularność tej dyscypliny sportu, czego najlepszym dowodem jest gwałtowny spadek zainteresowania biegami narciarskim odkąd karierę zakończyła Justyna Kowalczyk. 25-letni Andrzej Stękała na razie jest jedynie halabardnikiem w ekipie biało-czerwonych, jak przed nim był Maciej Kot, Stefan Hula i Jakub Wolny. W PZN zrodził się ostatnio pomysł zorganizowania w Polsce zawodów na wzór Turnieju Czterech Skoczni czy norweskiego Row Air. Miałby to być cykl zawodów na skoczniach w Szczyrku, Wiśle i Zakopanem.
Pomysł świetny, pewnie nawet znajdą się sponsorzy gotowi ufundować godziwe nagrody, ale żeby impreza zarobiła furorę wśród polskich kibiców, musimy mieć swoich gwiazdorów.

Skoki narciarskie: W Zakopanem wiatr nie służył Polakom

Nasi skoczkowie narciarscy zajęli tylko drugie miejsce w drużynowym konkursie w Zakopanem. Biało-czerwoni pewnie prowadzili, ale w swoim drugim skoku Andrzej Stękała trafił na niekorzystne warunki atmosferyczne i zaliczył tylko 115,5 metra. To było za mało żeby obronić prowadzenie i Polaków wyprzedzili Austriacy.

Polacy przed startem trzeciej grupy skoczków w drugiej serii mieli prawie 30 punktów przewagi nad zajmującymi druga lokatę Austriakami, ale po słabym skoku Stękały spadli na druga pozycję ze stratą nieco ponad trzech punktów do ekipy Austrii. O tym, która z tych ekip zwycięży na Wielkiej Krokwi, miał rozstrzygnąć w ostatniej serii pojedynek miedzy Dawidem Kubackim i Danielem Huberem. Reprezentant Polski uzyskał odległość 133,5 metra i gdyby wcześniej Stękała zaliczył chociaż 121 metrów, wynik Kubackiego zapewniłby biało-czerwonym zwycięstwo. Daniel Huber prezentuje jednak w Zakopanem znakomitą formę i nie zmarnował okazji na pokonanie Polaków w ich mateczniku. Poszybował na odległość 135 m i jeszcze na dodatek otrzymał od sędziów wyższe noty. Dzięki temu drużyna Austrii wygrała konkurs drużynowy z przewagą blisko dziewięciu punktów (991,2 do 982,3 pkt) nad drugą ekipą Polski. Trzecią lokatę wywalczył zespół Norwegii (974,8 pkt), a kolejne miejsca zajęli Słoweńcy (936,9 pkt), Japończycy (925,1 pkt), Niemcy (870,3 pkt), Finowie (801,9 pkt), Szwajcarzy (700,5 pkt) i Włosi (336,6 pkt). Trener naszej kadry Michal Doleżal nie krył zawodu, ale też nie miał pretensji do Stękały. „W normalnych warunkach na pewno skończylibyśmy zawody na pierwszym miejscu, ale w skokach tak to już jest, że czasem trzeba mieć po prostu szczęście do pogody. Wszyscy czujemy niedosyt, ale drugie miejsce to też jest dobry wynik” – stwierdził czeski selekcjoner biało-czerwonych.
Na Wielkiej Krokwi polscy skoczkowie w konkursach Pucharu Świata wygrywali indywidualnie 11 razy. Kamil Stoch pięciokrotnie, Adam Małysz cztery razy, a dawno temu Stanisław Bobak i Piotr Fijas po jednym. Drużynowo udało się to jednak biało-czerwonym tylko raz (w 2018 roku w składzie: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot), a rozegrany w minioną sobotę konkurs był już dziewiąty. I powinien zakończyć się zwycięstwem naszej drużyny, bo w tym sezonie poziomem i formą żelaznej trójce – Kamil Stoch, Piotr Żyła, Dawid Kubacki, dorównał Andrzej Stękała i mieliśmy prawo sądzić, że z tak wyrównanym składem polscy skoczkowie na swoim terenie nie dadzą konkurentom żadnych szans. Tym bardziej, że piątkowych kwalifikacjach do niedzielnego konkursu indywidualnego to właśnie Stękała spisał się najlepiej z Polaków. W dwóch seriach treningowych i kwalifikacjach zawsze plasował się w czołowej piątce. Rywalizujący z nim o czwarte miejsce w drużynie Jakub Wolny i Klemens Murańka szybko stracili nadzieje na wygryzienie kolegi ze składu. Doleżal do tego stopnia uwierzył w formę Stękały, że zdecydował się przesunąć go w sobotę do trzeciej grupy zawodników, a w jego miejsce do drugiej przesunął największego asa w ekipie, czyli Kamila Stocha, który w Zakopanem nie latał dalej od pozostałej trójki. Doleżal w tym sezonie chce wygrać Puchar Narodów i taki cel stawia przed kadrowiczami, a rywalizacja o ten laur ma być kuźnią, w której chce wykuć zespół zdolny do walki o medale w przyszłorocznych zimowych igrzyskach w Pekinie. Wpadka Stękały paradoksalnie może mu w tym pomóc, bo dla tego 25-letniego zawodnika to dobra lekcja radzenia sobie z presją. Trójka pozostałych zawodników już to umie, czego dowiódł choćby Piotr Żyła, którego w piątek zdyskwalifikowano za nieregulaminowy ponoć kombinezon, lecz niezrażony tym w sobotę skakał daleko w obu próbach. Stękała miał okazję pokazać, że jest równie odporny psychicznie już w niedzielnym konkursie indywidualnym i nie zmarnował szansy. Spisał się najlepiej z szóstki naszych reprezentantów, zajmując
Konkurs drużynowy z powodu pandemii odbył się bez udziału publiczności, ale fani skoków narciarskich i tak zgromadzili się licznie pod Wielką Krokwią. Policjanci wylegitymowali około 300 osób. „Nałożono 50 mandatów karnych i skierowano 21 wniosków do sądu. Chodziło o wykroczenia porządkowe i brak maseczek” – poinformował rzecznik zakopiańskiej policji.

Polacy przyzwyczaili nas, że całą grupą walczą o czołowe lokaty, lecz w Zakopanem w niedzielnym konkursie indywidualnym odstąpili od tego miłego dla kibiców zwyczaju. Tym razem poza Andrzejem Stękałą nie mieliśmy nikogo w Top 10. Stoch i Kubacki nie mieli dnia. W pierwszej serii wiało im mocno w plecy, ale tym nie ma co się tłumaczyć – warunki były sprawiedliwe, znacznie bardziej niż w drużynówce. Stoch i Kubacki oddali słabsze skoki, bez takiej dynamiki jak w Turnieju Czterech Skoczni czy Titisee-Neustadt. Na półmetku zajmowali odpowiednio 14. i 17. miejsce. W finale oglądaliśmy już znacznie lepsze próby naszych liderów. Kubacki wylądował na 134,5 metra. Stoch uzyskał 134 metry. Trzykrotny mistrz olimpijski przesunął się na 11. pozycję, Kubacki zakończył zawody na 15. miejscu. Stocha odrobił nieco punktów do Halvora Egnera Graneruda w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, bo Norweg zajął dopiero 23. miejsce. Tylko niewiele lepiej niż Kamil Stoch wypadł wicelider Pucharu Świata Markus Eisenbichler. Po skokach na 129,5 oraz 134,5 metra zajął 8. pozycję. To też rozczarowanie dla Niemca, bowiem był jednym z głównych faworytów niedzielnej rywalizacji.
Łącznie punkty w konkursie zdobyło pięciu Polaków. 27. był Klemens Murańka, a 28. Paweł Wąsek. Jakub Wolny, po świetnym weekendzie w Titisee-Neustadt, na Wielkiej Krokwi skakał znacznie słabiej. Skok na 123. metr dał mu dopiero 33. pozycję. W zawodach nie wystartował Piotr Żyła, który w piątek po skoku kwalifikacyjnym został zdyskwalifikowany za nieprzepisowy kombinezon.
Po weekendzie w Zakopanem Puchar Świata przenosi się do Lahti. W Finlandii zaplanowano konkurs drużynowy i indywidualny (23-24 stycznia). Do Zakopanego skoczkowie jeszcze wrócą na dwa konkursy indywidualne w dniach 13-14 lutego. Trener Doleżal do walki w Lahti wybrał kadrę w składzie: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Andrzej Stękała, Paweł Wąsek, Jakub Wolny oraz Aleksander Zniszczoł.

Na Stocha w Turnieju Czterech Skoczni nie było mocnych

Rywale polskich skoczków dzisiaj być może w głębi ducha żałują, że biało-czerwoni nie zostali w Oberstdorfie wykluczeni ze startu w 69. edycji Turnieju Czterech Skoczni. Polacy odnieśli bowiem nieprawdopodobny sukces zajmując cztery miejsca w czołowej szóstce zawodów. Wygrał, po raz trzeci w karierze, Kamil Stoch, trzecie miejsce wywalczył Dawid Kubacki, piąty był Piotr Żyła, a szóstą lokatę zajął Andrzej Stękała.

Po zakończonym w minioną środę Turnieju Czterech Skoczni najwięcej mówi się rzecz jasna o Kamilu Stochu, który po raz trzeci wygrał te zawody. To duży wyczyn, bo w historii niemiecko-austriackiego turnieju tylko dwóch skoczków zwyciężało w nim więcej razy. Rekordzistą jest słynny Fin Janne Ahonen, który ma na koncie pięć triumfów (1999, 2003, 2005, 2006 i 2008), a drugi na liście wszech czasów jest Niemiec Jens Weissflog, czterokrotny triumfator w latach 1984, 1985, 1991 i 1996. Stoch z trzema zwycięstwami (2017, 2018 i 2021) jest w tej klasyfikacji na trzecim miejscu wraz z Niemcem Helmutem Recknagelem (1958, 1959 i 1961) oraz Norwegiem Bjoernem Wirkolą (1967, 1968 i 1969).
Stoch nie był faworytem tegorocznej edycji, ale już w Oberstdorfie pokazał, że prognozy przekreślające jego szanse mogą być mocno chybione. Zajął drugie miejsce z niewielką stratę do lidera i faworyta Niemców, Karla Geigera. W Nowy Rok, w Garmisch-Partenkirchen, nasz trzykrotny mistrz olimpijski zajął czwartą lokatę, lecz w Innsbrucku nie miał już sobie równych i wygrał z wielką przewagą konkurs na słynnej skoczni Bergisel. Triumf dał mu prowadzenie klasyfikacji generalnej TCS, które w świetnym stylu utrzymał w Bischofshofen, gdzie potwierdził wielką formę skokami na odległość 139 i 140 metrów. Ostatecznie zwyciężył z dorobkiem 1110,6 pkt i drugiego w całych zawodach Niemca Karla Geigera (1062,5 pkt) pokonał o ponad 48 „oczek”.
Wypada jednak podkreślić także to, że w czołowej szóstce 69. TCS znalazło się aż czterech polskich skoczków. Trzecie miejsce wywalczył ubiegłoroczny triumfator turnieju Dawid Kubacki (1057,8 pkt), piątą lokatę wywalczył Piotr Żyła (1037,2 pkt), a szóstą Andrzej Stękała (1032,5 pkt). Między naszych zawodników oprócz wspomnianego Geigera zdołał wcisnąć się jeszcze tylko czwarty w zestawieniu Norweg Halvor Egner Granerud (1057,4 pkt), a pozostałe miejsca w Top 10 zajęli: 7. Japończyk Ryoyu Kobayashi (1032,5 pkt), 8. Austriak Stefan Kraft (1019,1 pkt), 9. Słoweniec Peter Prevc (1018 pkt) i 10. Austriak Daniel Huber (1014,7 pkt). Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że trójka naszych pozostałych reprezentantów w klasyfikacji generalnej TCS zajęła miejsca poza czołową „30” – Aleksander Zniszczoł był 31. (684,5 pkt), Klemens Murańka 32. (681,1 pkt), a Maciej Kot 42. (426,6 pkt). Z naszych reprezentantów w pełni zadowolony mógł być jednak tylko Stoch, bo w TCS finansową premię (20 tys. franków szwajcarskich) otrzymuje tylko zwycięzca zawodów.
Po konkursie w Bischofshofen biało-czerwoni umocnili się na prowadzeniu w klasyfikacji Pucharu Narodów. Polska w tym zestawieniu prowadzi z dorobkiem 2018 pkt, a w Top 10 kolejne miejsca zajmują: 2. Norwegia (1972 pkt), 3. Niemcy (1832 pkt), 4. Austria (1279 pkt), 5. Słowenia (1015 pkt), 6. Japonia (940 pkt), 7. Rosja (234 pkt), 8. Szwajcaria (200 pkt), 9. Kanada (96 pkt) i 10. Finlandia (83 pkt).
Natomiast w klasyfikacji indywidualnej Pucharu Świata w czołówce nie zaszły większe zmiany. W czołowej dziesiątce jest trzech Polaków: Stoch powiększył swój dorobek do 508 pkt, ale pozostał na trzeciej pozycji, podobnie jak Kubacki na czwartej z 397 pkt na koncie. Żyła jest w „generalce” piąty (394 pkt), Stękała 14. (195 pkt), Zniszczoł 29. (76 pkt), Murańka 36. (57 pkt), Paweł Wąsek 37. (55 pkt), Maciej Kot 50. (17 pkt), a Jakub Wolny 53. (16 pkt). Jedyne zmiany w pierwszej „10”, to awans Karla Geigera na szóstą pozycję, przed Słoweńca Anże Laniska i awans Norwega Mariusa Lindvika na 10. pozycję, którą dzieli z Austriakiem Danielem Huberem. Ósme miejsce zajmuje Norweg Robert Johansson, a dziewiąte Japończyk Yukiya Sato (Japonia).
Nasi skoczkowie nie mieli wiele czasu na świętowanie sukcesu w TCS, bo już w najbliższy weekend czeka ich start w kolejnych konkursach Pucharu Świata w niemieckim Titisee-Neustadt. Słabiej spisujący się ostatnio Murańka i Kot wrócili do kraju, a w ich miejsce trener kadry Michal Doleżal powołał Pawła Wąska i Jakuba Wolnego, którzy dołączyli do Stocha, Kubackiego, Żyły, Stękały i Zniszczoła.

Polacy szaleją w Turnieju Czterech Skoczni

Turniej Czterech Skoczni w ostatnich latach pod względem organizacyjnym schodzi na psy, co z ubolewaniem podkreślają nawet niemieccy zawodnicy, ale w Polsce rozgrywana na przełomie roku w Niemczech i Austrii impreza wciąż ma dużą renomę, jakby to były mistrzostwa świata.

Przypomnijmy, że 69. Turniej Czterech Skoczni zaczął się od gigantycznego skandalu, jakim było pochopne wykluczenie polskiej ekipy z pierwszego konkursu w Oberstdorfie, bo jedynie na podstawie niejednoznacznego wyniku testu na koronawirusa u Klemensa Murańki. Ostatecznie powtórne badanie rzekomo zakażonego polskiego skoczka dało wynik negatywny, podobnie jak kolejne testy przeprowadzone w polskiej ekipie. Biało-czerwoni ostatecznie zostali przywróceni do zawodów, za czym opowiedzieli się jednogłośnie trenerzy i kapitanowie wszystkich startujących w turnieju ekip.
Nikt już później nie wnikał, czy była to tylko nadgorliwość niemieckich służb epidemicznych, czy może szyta grubymi nićmi intryga, aby w taki sposób wyeliminować z imprezy najgroźniejszych konkurentów. Jakby nie patrzeć, w polskiej ekipie było przecież dwóch triumfatorów TCS – Dawid Kubacki wygrał tu przed rokiem, a Kamil Stoch w sezonach 2016/2017 i 2017/2018. Konkurs w Oberstdorfie rozegrano jednak w zwykłej dwurundowej formule, a nie w stosowanym tylko w Turnieju Czterech Skoczni systemie rywalizacji parami (tzw. KO).
Nerwówka w Oberstdorfie
Nasi skoczkowie różnie znieśli zawirowania z Covid-19. Maciej Kot uzyskał 118,5 m, a Aleksander Zniszczoł półtora metra mniej i dla nich oznaczało to koniec zmagań. Klemens Murańka skoczył 123 m i wszedł do drugiej serii na 29. pozycji. Humor polskim kibicom poprawił nieco Andrzej Stękała, który mimo niesprzyjających warunków uzyskał 123 metry dające mu 19. miejsce na półmetku. Wiatr nie pomógł też Kamilowi Stochowi, który zdołał dolecieć tylko do 125. metra, ale trzykrotny mistrz olimpijski nie poniósł dużych strat do czołówki i w drugiej serii zaatakował z czwartej pozycji (miał 3,8 pkt straty do prowadzącego Karla Geigera). Silne podmuchy wiatru nie dały błysnąć Dawidowi Kubackiemu (122 m i 12. miejsce po pierwszej serii), a Piotr Żyła zaliczył tylko 119,5 m i wszedł do finału na 26. pozycji. Ale w czołówce po pierwszej serii nie było też dwóch najlepszych skoczków tego sezonu – lider Pucharu Świata Halvor Egner Granerud z wynikiem 122 m był dopiero dziewiąty, a drugi w „generalce” Markus Eisenbichler po skoku na odległość 118 m był dopiero 27.
W drugiej serii Murańka skoczył 120,5 m i ostatecznie zajął 30. lokatę, Żyła uzyskał 129 m i awansował na 21. miejsce, ale jego wynik szybko przyćmił Eisenbichler, który wylądował na 142. metrze i ostatecznie zajął czwarte miejsce. W naszej ekipie błysnął natomiast Stękała skacząc 136,5 m, co dało mu siódme miejsce. Ponownie z bardzo trudnymi warunkami zmierzył się Kubacki, a wynik 126,5 dał mu dopiero 15. lokatę. Stoch nie zawiódł i skoczył w pięknym stylu 132,5 m i konkurs w Oberstdorfie zakończył na drugim miejscu, za Karlem Geigerem. Ale tracił do niego tylko 2,8 pkt. Do rozstrzygnięcia rywalizacji o „Złotego Orła” było więc jeszcze bardzo daleko.
Przebudzenie Kubackiego w Ga-Pa
Noworoczny konkurs na skoczni w Garmisch Partenkirchen odbył się już w systemie KO. Przez kwalifikacje przeszła cała siódemka naszych skoczków, ale do drugiej serii nie awansowali Zniszczoł i Kot. Murańka zakończył zmagania w trzeciej dziesiątce, za to pozostała czwórka pokazała moc, a szczególnie Kubacki, Żyła, Stoch i Stękała, bo w takiej kolejności nasi reprezentanci uplasowali się w czołowej dziesiątce zawodów w Ga-Pa. Wygrał je w kapitalnym stylu Dawid Kubacki, uzyskując w drugiej serii aż 144 metry, co jest nowym rekordem skoczni. Drugie miejsce zajął Halvor Egner Granerud, a trzeci był Piotr Żyła, który zepchnął z podium na czwarte miejsce Kamila Stocha. Dziesiątą lokatę wywalczył Andrzej Stękała.
Stoch skomentował rekordowy skok Kubackiego. „To było bardzo dobre otwarcie tego roku. Super się dzisiaj skakało. Co tu dalej mówić? Mogę jedynie dodać, że to, co zrobił Dawid, to klękajcie Narody. A jeśli chodzi o mnie, to może trochę przykra jest dla mnie ta czwarta pozycja, ale z drugiej strony cieszę się, że moje miejsce na podium zajął Piotrek Żyła. On sam sobie to podium wywalczył dalekimi skokami” – podkreślał lider naszej kadry w rozmowie z Eurosportem.
W sumie biało-czerwoni wywalczyli 245 pkt do klasyfikacji Pucharu Świata i pod tym względem był to ich trzeci najlepszy konkurs w historii. Fantastyczny wynik Kubackiego sprawił, że z wynikiem 546,4 pkt przesunął się na czwarte miejsce w klasyfikacji Turnieju Czterech Skoczni i w tym momencie tracił już tylko 8,6 pkt do prowadzącego Norwega Halvora Egnera Graneruda (555 pkt). Trzeciego w klasyfikacji generalnej TCS po dwóch konkursach Kamila Stocha (548,3 pkt) dzieliło od Graneruda 6,7 pkt, a zajmujący drugą lokatę Niemiec Karl Geiger miał na koncie 551 pkt. W Top 10 mieliśmy jeszcze dwóch innych reprezentantów – Stękała z dorobkiem 527 pkt zajmował siódmą lokatę, a Żyła z 517,1 pkt na koncie był dziesiąty. Od tego kwartetu reszta naszej ekipy mocno odstawała – Murańka był 23. (470,3 pkt), Kot 39. (220,2 pkt), a Zniszczoł 40. (219,7 pkt).
W Austrii Stoch objął prowadzenie
W kwalifikacjach do konkursu w Innsbrucku stanęło zaledwie 60 zawodników. To najgorszy wynik w historii Turnieju Czterech Skoczni w epoce Pucharu Świata, czyli od sezonu 1979/1980. To efekt zakażeń koronawirusem, ale też rezygnacji znajdujących się w słabej formie zawodników z dalszej rywalizacji. Na półmetku 69. Turnieju Czterech Skoczni wycofał się z turnieju Czech Roman Koudelka, tłumacząc swoją decyzję problemami zdrowotnymi przez które nie jest w stanie nawiązać walki z najlepszymi. Ze startu w austriackiej części TCS zrezygnowali też dwaj utytułowani niemieccy zawodnicy – Richard Freitag i Andreas Wellinger. Taką decyzję ogłosiło szefostwo niemieckiej ekipy. Trener niemieckiej kadry Stefan Horngacher postanowił, że w Innsbrucku (3 stycznia) i Bischofshofen (6 stycznia) w reprezentacji Niemiec wystąpią Karl Geiger, Markus Eisenbichler, Pius Paschke, Martin Hamann, Severin Freund oraz Constantin Schmid.
Ale w niedzielnych zawodach w Innsbrucku wyczucie szkoleniowca niemieckiej ekipy zawiodło, bo Geiger zawalił pierwszy skok (117 m) i ledwie zakwalifikował się do drugiej serii. Jeszcze słabiej spisał się lider klasyfikacji generalnej PŚ i TCS Granerud (116,5 m). Obaj w drugiej serii poszybowali znacznie dalej (odpowiednio 128,5 i 127,5 m), ale stracili miejsca w czołówce TCS. Na potknięciu Norwega i Niemca skorzystali głównie świetnie i równo skaczący Polacy. Konkurs wygrał Kamil Stoch, który też objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej TCS. Lider biało-czerwonych wyprzedził Słoweńca Anze Laniska, ale trzecie miejsce wywalczył Dawid Kubacki, a Piotr Żyła był czwarty. Nasi skoczkowie zdominowali więc konkurs w Innsbrucku, a Stoch stanął przed wielką szansą trzeci w karierze triumf w Turnieju Czterech Skoczni. Musi tylko 6 stycznia obronić w Bischofshofen pozycję lidera.

Klasyfikacja generalna TCS po 3 konkursach:

  1. Kamil Stoch Polska 809,9 pkt
  2. Dawid Kubacki Polska 794.7
  3. Halvor Granerud Norwegia 789,3
  4. Karl Geiger Niemcy 785,2
  5. Markus Eisenbichler Niemcy 776,5
  6. Anze Lanisek Słowenia 770,4
  7. Ryoyu Kobayashi Japonia 766,7
  8. Piotr Żyła Polska 763,3
  9. Philipp Aschenwald Austria 761,7
  10. Andrzej Stękała Polska 760,3

Kot zapewnił sobie start w Turnieju Czterech Skoczni

W miniony weekend nasi skoczkowie rywalizowali w dwóch grupach. Najlepsi z nich startowali w konkursach Pucharu Świata w Engelbergu, natomiast drugi skład walczył o punkty w zawodach Pucharu Kontynentalnego w Kuusamo. W Szwajcarii najlepiej spisał się Kamil Stoch, zaś w Finlandii na powrót do kadry A zasłużył Maciej Kot.

Stoch mimo trudny warunków pogodowych w sobotę oddał wreszcie dwa równe skoki (po 134 m) i to wystarczyło mu do wywalczenie pierwszego w tym sezonie miejsca na podium. Pozostali nasi skoczkowie także trzymali wysoki poziom, bo jeszcze trzech z nich znalazło się w czołowej „10” konkursu – Piotr Żyła skończył zawody na 5. pozycji, Andrzej Stękała był 7., , a Dawid Kubacki 9. Punkty do klasyfikacji Pucharu Świata zdobył jeszcze Aleksander Zniszczoł za zajęcie 25. lokaty. Poniżej oczekiwań wypadł jedynie Klemens Murańka, który po nieudanym skoku na 115,5 metra nie awansował do finałowej serii. Trener Michal Doleżal liczył jednak, że lepiej mu pójdzie w niedzielnym konkursie (zakończył się po zamknięciu wydania).
Polscy skoczkowie wywalczyli w sobotnich zmaganiach w Engelbergu w sumie 196 punktów i z łącznym dorobkiem 1052 pkt umocnili się na trzecim miejscu w Pucharze Narodów. Pozycję lidera utrzymała ekipa Norwegii (1312 pkt). Natomiast w klasyfikacji indywidualnej przed niedzielnym konkursem przewodził Norweg Halvor Egner Granerud z dorobkiem 500 punktów, czwarty był Piotr Żyła (178 pkt), piąty Dawid Kubacki (1730, a Kami Stoch dziesiąty (142).
W tym samym czasie toczyła się rywalizacja w Pucharze Kontynentalnym, a dla naszej ekipy trzy konkursy w Kuusamo były o tyle ważne, że ich wyniki mogły zapewnić biało-czerwonym dodatkowe siódme miejsce na liście startowej do rozpoczynającego się 28 grudnia 69. Turnieju Czterech Skoczni. W trzech konkursach w Finlandii najrówniej skakał Maciej Kot, który zajął dziewiąte, czwarte i piąte miejsce i powiększył swój dorobek w klasyfikacji generalnej Pucharu Kontynentalnego do 124 punktów, co dało mu awans na 4. pozycję. Dziki temu Polska będzie mogła w TCS wystawić siedmiu skoczków. Trener Michal Doleżal postanowił nie czekać z decyzją o powołaniu kadry na te prestiżowe zawody i już w sobotę podał skład reprezentacji Polski. Znaleźli się w niej Stoch, Kubacki, Żyła, Stękała, Zniszczoł, Murańka i właśnie Maciej Kot.

Nasi skoczkowie nie zawiedli jako drużyna

Indywidualne mistrzostwo świata w lotach narciarskich w Planicy wywalczył Niemiec Karl Gaiger, srebrny medal zdobył Norweg Halvor Egner Granerud, a brązowy drugi z niemieckich skoczków, Markus Eisenbichler. Polacy w walce o podium się nie liczyli, ale trzech z nich uplasowało się w czołowej dziesiątce – siódmą lokatę zajął Piotr Żyła, ósmą Kamil Stoch, a 10. Andrzej Stękała. To dawało nadzieję na dobry występ w niedzielnym konkursie drużynowym.

Pogoda tym razem nie wypaczyła przebiegu rywalizacji, za to wiele kontrowersji wywołali sędziowie swoimi dyskusyjnymi ocenami za styl. Ostatecznie jednak o wszystkim przesądziły odległości. Najlepsi skoczkowie lądowali w granicach 240. metra, ale wśród nich nie było żadnego Polaka. Biało-czerwoni skakali pięknie stylowo, lecz nie tak daleko jak Karl Gaiger, Halvor Egner Granerud, Markus Eisenbichler czy Michael Hayboeck. Tym razem w kwartecie biało-czerwonych najlepiej wypadł Piotr Żyła, który wywalczył siódmą lokatę, najlepszą w karierze. Lider naszej kadry Kamil Stoch uplasował się zaraz za nim, na ósmej pozycji, nie był jednak zadowolony z tego wyniku. Nic dziwnego, przed mistrzostwami trzykrotny mistrz olimpijski był wymieniany w gronie faworytów do medali. Sensację w naszej ekipie sprawił swoim występem najmłodszy w kwartecie, 25-letni Andrzej Stękała, który skakał równo i daleko we wszystkich czterech seriach i ostatecznie zasłużenie wywalczył najlepsze w karierze dziesiąte miejsce. Najgorzej skaczącego z naszych zawodników Dawida Kubackiego tłumaczy kontuzja pleców, jakiej nabawił się już w Planicy podczas treningu. Biało-czerwoni po piątkowych i sobotnich konkursach indywidualnych mogli się jednak cieszyć z tego, że po raz pierwszy w historii trzech z nich w klasyfikacji końcowej mistrzostw świata w lotach uplasowało się w pierwszej dziesiątce.
Walkę o medale toczyli jednak inni. Przed finałową serią w grze o miejsca na podium było czterech skoczków, których dzieliły niewielkie różnice. Czwarty Michael Hayboeck tracił do trzeciego Markusa Eisenbichlera zaledwie jeden punkt, ale w ostatnie próbie Austriak nie wytrzymał presji i skoczył tylko 220,5 m. Eisenbichler uzyskał znacznie lepszy wynik lądując na 230. metrze, ale ten skok zagwarantował mu tylko brązowy medal. O złoty krążek walkę stoczyli więc Halvor Egner Granerud i Karl Geiger. Przed ostatnią serią prowadził Niemiec, ale Norweg poleciał na odległość aż 243 metrów. Niestety dla niego, wylądował w kiepskim stylu, Gdy Geiger usiadł na belce startowej było już wiadomo, że jeśli chce zdobyć złoto, musi skoczyć co najmniej 230 metrów. Niemiecki skoczek wytrzymał presję i poszybował na odległość 231,5 m, dostał też znacznie lepsze noty za styl, więc ostatecznie to on został mistrzem świata w lotach, ale pokonał Granerud tylko o pół punktu. Na podium stanęło zatem dwóch Niemców i Norweg, a kolejne miejsca zajęli Austriak Hayboeck, kolejny Norweg Robert Johansson oraz Japończyk Yukiya Sato, a za nim był już tercet Polaków, których na 9. miejscu przedzielił Rosjanin Jewgienij Klimow.
Solidny występ wszystkich czterech naszych skoczków pozwalał mieć nadzieję na ich medalowy występ w niedzielnym konkursie drużynowy. Po podliczeniu wyników naszego kwartetu w konkursie indywidualnym biało-czerwoni odstawali wyraźnie tylko od Niemców, ale o nawiązaniu wyrównanej walki z Norwegami o srebrny medal mogli już śmiało myśleć. Pozostałe reprezentacje wyraźnie odstawały o tego tercetu, więc mieliśmy prawo liczyć, że w niedzielnej rywalizacji zespołowej, która zakończyła się po zamknięciu wydania, nasi skoczkowie zdobędą medal.


Top 10 MŚ w lotach:

  1. Karl Geiger (Niemcy): 241/223,5/240,5/231,5 m – 877,2 pkt;
  2. Halvor Egner Granerud (Norwegia): 221/229,5/239/243 m – 876,7 pkt;
  3. Markus Eisenbichler (Niemcy): 220/247/234,5/230 m – 859,3 pkt;
  4. Michael Hayboeck (Austria): 245,5/217/237,5/220,5 m – 845,1 pkt;
  5. Robert Johansson (Norwegia): 220/228,5/228/232 m – 841 pkt;
  6. Yukiya Sato (Japonia)): 222/229/228/229 m – 835,1 pkt;
  7. Piotr Żyła: 221,5/224,5/227/224,5 m – 828,6 pkt;
  8. Kamil Stoch: 213/229/223/222,5 m – 808,5 pkt;
  9. Jewgienij Klimow (Rosja): 237/208/222,5/220 m – 802,2 pkt;
  10. Andrzej Stękała: 224,5/215,5/224,5/212 m – 792,4 pkt;
  11. Dawid Kubacki: 219/215,5/211/196 m – 754,4 pkt.