Lewicowe obchody 11 listopada

Zaskakująco dobrze w porównaniu z poprzednim rokiem zaprezentowały się w stolicy 11 Listopada środowiska antyfaszystowskie, prodemokratyczne i wolnościowe.

Na pl. Unii Lubelskiej, gdzie marsz się rozpoczynał było gwarno i różnorodnie. Bardzo aktywnie występowali działacze młodzieżówki PPS, którzy z czerwonymi flagami, w bojowych nastrojach zagrzewali zebranych do aktywności, śpiewania pieśni rewolucyjnych i wznoszenia czerwonych flag.

Akcja Demokracja przybyła na Marsz silna grupą z banerem i portretami lewicowych działaczy: Marka Edelmana, Ireny Sendlerowej, twarzami Dąbrowszczaków i cytatami z ich wypowiedzi.
Organizatorami Marszu były następujące organizacje: Koalicja Antyfaszystowska, Akcja Demokracja, Antyfaszystowska Warszawa, Porozumienie Kobiet 8 Marca, Studencki Komitet Antyfaszystowski oraz przestrzeń inicjatyw „Syrena”.

Organizatorzy twierdzą, że w wydarzeniu brało udział 12 tysięcy osób. Barwny i głośny pochód przeszedł od pl. Unii Lubelskiej do pl. Trzech Krzyży. Policja zmobilizowała znaczne siły do pilnowania lub ewentualnej ochrony marszu, ale obyło się bez incydentów. Dynamiczne przemówienia wygłosili Monika Matus i Jakub Kocjan z Akcji Demokracja. W Marszu brali udział politycy: Adrian Zandberg, Krzysztof Śmiszek, Magdalena Biejat, Barbara Nowacka i Klaudia Jachira.

Niesiono transparenty z hasłami: „Za wolność waszą i naszą”, „Za przyszłość waszą i naszą”, „Faszyzm = wymieranie”, „Ziemia jest kolorowa”, „Precz z homofobią”, „Precz z faszyzmem”, „Solidarność naszą bronią”.

Przemawiający zwracali uwagę, że faszyzm ma wiele twarzy i strojów, w tym sutanny, mundury i garnitury, a samo antyfaszystowskie wydarzenia nie jest skierowane przeciwko Marszowi Niepodległości, lecz chęcią zademonstrowania swoich poglądów i dania alternatywy tym, którzy chcą pokazać swoja niezgodę na nacjonalistyczną i faszystowska narrację.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu w stolicy zaprezentowały się zjednoczone i współpracujące środowiska antyfaszystowskie. Świadczy to nie tylko o umiejętności wzniesienia się ponad różnice wobec zagrożeń faszystowskich, ale też o tym, że zagrożenie faszyzacja Polski jest na tyle duże, że współpraca staje się koniecznością.

Wcześniej, 7 listopada, w Warszawie z inicjatywy Porozumienia Socjalistów, przedstawiciele organizacji i partii lewicy złożyli kwiaty pod pomnikiem Ignacego Daszyńskiego z okazji 101 rocznicy powołania Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej, którego premierem został socjalista, przewodniczący PPS-D Galicji – Ignacy Daszyński.

Podczas okolicznościowych wystąpień Andrzej Ziemski – przewodniczący Porozumienia Socjalistów, Bogusław Gorski – Honorowy Przewodniczący PPS oraz Cezary Żurawski – przewodniczący Okręgowego Komitetu Warszawskiego PPS przypomnieli okoliczności utworzenia rządu Daszyńskiego, treść wydanego przez rząd Manifestu do Ludu Polskiego oraz historyczne konsekwencje polityki socjalistycznej zarysowanej w programie rządu. Pod pomnikiem złożono wiązanki kwiatów.

W rocznicowej manifestacji uczestniczyli przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej i Ruchu Odrodzenia Gospodarczego a także Porozumienia Socjalistów, Stowarzyszenia im. Ignacego Daszyńskiego i Stowarzyszenia „Pokolenia” oraz grupa sympatyków lewicy.

Kolejnym krokiem powinna być stała współpraca podczas aktywnemu przeciwstawianiu się coraz silniejszym tendencjo autorytarnym, które coraz jawniej werbalizują politycy rządzącej prawicy.

Przeciw wojnie, przeciw faszyzmowi

Jeśli dotąd tych dwóch warszawskich wystaw nie odwiedziliście – w razie, gdy macie ku temu możliwości, jak najszybciej to uczyńcie (będą czynne do połowy listopada). Obie ekspozycje zostały przygotowane w ramach Roku Antyfaszystowskiego – realizowanej od 1 września 2019 roku (80. rocznica wybuchu II wojny światowej) do 8 maja 2020 roku (75. rocznica jej zakończenia) ogólnopolskiej inicjatywy instytucji publicznych, organizacji pozarządowych, ruchów społecznych, ludzi kultury.

Rok Antyfaszystowski ma upamiętnić działalność antyfaszystów w przeszłości oraz stanowić sprzeciw wobec powrotu do sfery publicznej ruchów neofaszystowskich; jest wyrazem niezgody na militaryzm, kult przemocy, autorytaryzm, nacjonalizm, nietolerancję, mizoginię, homofobię i rasizm. W niewolącej kobietę, dyskryminującej mniejszości, brunatniejącej Polsce, państwie, które w wydatkach na zbrojenia jest wśród europejskich liderów, a zarazem zamyka się przed uchodźcami, hasła Roku Antyfaszystowskiego muszą być uznane za szczególnie aktualne.

Pierwsza z wystaw, o których mowa, przygotowana w Zachęcie, a nazwana „Strajk” (kurator Stanisław Welbel), przypomina sylwetkę i twórczość jednej z ikon ubiegłowiecznej sztuki społecznie zaangażowanej – niemieckiej graficzki i rzeźbiarki Käthe Kollwitz (1867-1945), tej samej, której poruszająca rzeźba (a właściwie powiększona jej kopia) „Matka z poległym synem” stoi w Nowym Odwachu przy Unter den Linden w Berlinie – najważniejszym w Niemczech miejscu upamiętnienia ofiar wojny i tyranii. Wśród eksponowanych w Zachęcie kilkudziesięciu prac artystki są przeniknięte współczuciem dla uciśnionych i wyzyskiwanych dwa słynne cykle graficzne z przełomu XIX i XX wieku – „Powstanie tkaczy” i „Wojna chłopska”, jest też znany, wstrząsający plakat „Nigdy więcej wojny” z 1924 roku; przesycona głębokim humanizmem, w warstwie formalnej inspirowana poetyką ekspresjonizmu, realizmu i symbolizmu, przez nazistów zaliczona do sztuki zdegenerowanej, twórczość Kollwitz przemawia do odbiorcy bardzo silnie po dziś dzień. Wystawa w Zachęcie konfrontuje ją przy tym z dziełami dwóch działających współcześnie w Berlinie głośnych artystek, podejmujących podobną jak Kollwitz tematykę – Hito Steyerl i Karen Donde.

„Nigdy więcej!” – głosi też nadtytuł drugiej z tych ekspozycji, prezentującej „sztukę w walce z wojną i faszyzmem w XX i XXI wieku”, a pokazywanej w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w jego siedzibie nad Wisłą (kuratorzy: Sebastian Cichocki, Joanna Mytkowska, Łukasz Ronduda, Aleksandra Urbańska). Ta niemałych rozmiarów, niebanalnie pomyślana i skomponowana wystawa przywołuje, jak określają to jej autorzy, tradycję sztuki antyfaszystowskiej w trzech precyzyjnych zbliżeniach. W zbliżeniu pierwszym – latach trzydziestych XX wieku – centralne miejsce zajmuje przypomnienie najbardziej znanego obrazu antywojennego w historii kultury wizualnej, czyli „Guerniki” Pabla Picassa, z historią jej powstawania (którą dokumentują fotografie ówczesnej partnerki artysty, fotografki i malarki Dory Maar) i światowej jej recepcji. Związki świata sztuki z międzynarodowym ruchem antyfaszystowskim i ruchem robotniczym przed wybuchem II wojny światowej ilustrowane są tu także dziełami artystów polskich, wśród nich Bronisława Wojciecha Linkego („Dwa obozy”), Stanisława Osostowicza (m. in. „Demonstracja antyfaszystowska”), Saszy Blondera (m. in. „Więzienie”), Mai Berezowskiej (m. in. „Miłostki słodkiego Adolfa”), Jonasza Sterna (m. in. „Semperit”), jak również niemieckich (George’a Grosza, Johna Heartfielda) oraz amerykańskich (Alice Neel). Pomost ku drugiemu zbliżeniu – latom pięćdziesiątym XX wieku – tworzy kopia „Guerniki” przygotowana na V Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie w 1955 roku przez Wojciecha Fangora; ta część ekspozycji ogniskuje się na przypomnieniu słynnego „Arsenału”, czyli zorganizowanej z okazji Festiwalu Ogólnopolskiej Wystawy Młodej Plastyki „Przeciw wojnie – przeciw faszyzmowi”, zresztą ważnej tyleż jako manifestacja polityczna, co stricte artystyczna, znamionująca odwrót od socrealistycznego optymizmu i naturalizmu. „Pokaz ten był przepełnioną rozpaczą i cierpieniem próbą rozliczenia się artystów z koszmarem wojny i Zagłady. Humanizm w warstwie idei oraz realizm i figura człowieka w warstwie formy stały się polem zmagań między tracącym legitymację socrealizmem a młodymi artystami szukającymi subiektywnego wyrazu dla swoich antywojennych wypowiedzi”.

Spośród twórców, którzy byli uczestnikami „Arsenału”, znaleźli się teraz w muzeum na Powiślu, reprezentowani niekoniecznie przez te same co wówczas prace, między innymi Erna Rosenstein („Pociąg zagłady”), Izaak Celnikier („Korea”), Andrzej Wróblewski („Uwaga, nadchodzi”), Marek Oberländer („Napiętnowani”), Alina Szapocznikow („Ekshumowany”), Jerzy Tchórzewski („Upadająca postać”); swoistą kulminację tego rozdziału wystawy tworzy przypomnienie słynnego antywojennego plakatu Tadeusza Trepkowskiego „Nie!” z 1952 roku, który, przeskalowany do olbrzymich rozmiarów, w czasie Festiwalu został zainstalowany na szkielecie zniszczonego gmachu centrali PKO na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Zdecydowanie międzynarodowy charakter ma zbliżenie trzecie – już całkiem współczesne, kiedy faszyzm jest przywoływany także w kontekście współczesnych narracji rasistowskich, antykobiecych i przemocowych: tu mamy prace na przykład Amerykanów Marthy Rosler, Jonathana Horowitza i Raymonda Pettibona, znanej nam już z Zachęty Niemki Hito Steyerl czy Ukraińców Nikity Kadana i Mykoły Ridnyja, z Polaków zaś Goshki Macugi i Wilhelma Sasnala, bezpośrednio nawiązującego do powojennego plakatu Eryka Lipińskiego i Tadeusza Trepkowskiego „Z powrotem w Warszawie” oraz pomnika-napisu „Nigdy więcej wojny” na Westerplatte. Poprzez prezentację tych współczesnych wypowiedzi artystycznych wystawa próbuje też postawić pytanie, czy obecnie antyfaszyzm da się skutecznie kontynuować w ramach tradycji liberalnej lub socjaldemokratycznej, czy też dziś walka z faszyzmem (neofaszyzmem, postfaszyzmem) jest tożsama z walką z kapitalizmem, co jest istotą historycznej lewicowej tradycji antyfaszystowskiej.

Wręcz wzorowo Muzeum Sztuki Nowoczesnej zadbało o powszechną dostępność ekspozycji (bilet kosztuje 5 zł, a ulgowy zaledwie 2 zł) i jej funkcję edukacyjną (każdy ze zwiedzających bezpłatnie otrzymuje obszerną i treściwą, parokrotnie tu cytowaną, gazetę-przewodnik). Ci zaś, którzy możliwościami dotarcia na wystawę nie dysponują, mogą z jej zawartością bardzo szczegółowo się zapoznać na stronie internetowej Muzeum. Brawo!

 

 

Nie dla AfD

Ewangelicki biskup Berlina Markus Droege był jednym z uczestników demonstracji na berlińskim Alexanderplatz, podczas której mieszkańcy i mieszkanki niemieckiej stolicy solidarnie powiedzieli „nie” prawicowym ekstremistom.

Lewica, chadecy i protestanci zgodzili się co do jednego – nie może być mowy o jakiejkolwiek współpracy, również lokalnej, z ksenofobiczną Alternatywą dla Niemiec. Asumptem do zorganizowania demonstracji była rocznica śmierci Rudolfa Hessa, zastępcy Adolfa Hitlera, który dzięki wcześniejszej ucieczce z III Rzeszy uniknął kary śmierci w Norymberdze, zmarł dopiero w 1987 roku, śmiercią samobójczą w berlińskim więzieniu Spandau. Data 17 sierpnia była dotąd wykorzystywania przez niemieckich (i nie tylko) ekstremistów do urządzania sentymentalnych seansów uwielbienia ideologii neonazistowskiej.
W tym roku żadni pogrobowcy Hitlera nie pojawili się na ulicach Berlina. W centrum miasta zebrali się natomiast obywatele, których połączył sprzeciw wobec działań współczesnej niemieckiej skrajnej prawicy. W zgromadzeniu zorganizowanym pod hasłem „Przejąć odpowiedzialność za przeszłość dla współczesności i przyszłości” przez związek na rzecz otwartego na świat i tolerancyjnego Berlina wzięli udział m.in. politycy Linke, Zielonych, SPD, CDU, a także chrześcijańscy duchowni.
Ewangelicki biskup Berlina Markus Droege zaprezentował się jako zadeklarowany antyfaszysta. Na Alexanderplatz przestrzegał przed próbami fałszowania historii Niemiec przez skrajną prawicę. „Kto nie potrafi obchodzić się w odpowiedzialny sposób z przeszłością, ten nie może także kształtować w taki sam sposób przyszłości” – mówił duchowny.
Biskup wspomniał o procederze „przeinaczania o 180 stopni prawdy historycznej” przez polityków Alternatywy dla Niemiec. Droege wskazywał na budowanie nienawiści na poziomie etnicznym i wyznaniowym, a także wielokrotne próby zakłócania porządku publicznego podejmowane przez AfD i inne grupy związane ze skrajną prawicą. Duchowny skrytykował też nawiązywanie przez ekstremistów do etosu walki w NRD o prawa obywatelskiej, nazwał to „niebezpiecznym instrumentalizmem”. Zwracał też uwagę na niepokojący proceder pomniejszania i bagatelizowania zbrodni III Rzeszy.
Kim byli organizatorzy wydarzenia? Związek na rzecz otwartego na świat i przyjaznego Berlina zrzesza liczne niemieckie organizacje społeczne. Są wśród nich między innymi Niemieckie Zrzeszenie Związków Zawodowych (DGB), Krajowy Związek Sportowy Berlina (LSB), oba Kościoły Niemieckie, Żydowskie Forum na Rzecz Demokracji i przeciwko Antysemityzmowi w Berlinie oraz Centralna Rada Muzułmanów w Niemczech.
Ważne słowa przeciwko skrajnej prawicy wypowiedział też Przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Josef Schuster w rozmowie z „Welt am Sonntag”.

Źle opowiedziana bajka

Rzekomy sojusz PiS i faszystów jest źle opowiedzianą bajką, w którą wierzą tylko liberałowie i lewica. Po wydarzeniach 11 listopada rośnie wrogość między dwoma stronami prawicowego obozu. Lewica powinna umieć to wykorzystać, stawiając na politykę klasową, zamiast zamykać się we własnej subkulturze, gdzie czuje się dobrze wyłącznie sama ze sobą.

 

Żeby twierdzić, że w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości PiS maszerował ramię w ramię z narodowcami, trzeba opierać się wyłącznie na doniesieniach zagranicznych mediów lub memach antypisowskich fanpejdży na Facebooku. Tania agitka zawsze jest w cenie i dobrze się rozchodzi. Fakty są jednak takie, że faszyści okazali się zdecydowanym wrogiem rządu, który wcześniej w nieudolny sposób próbował ich „zneutralizować”, by przejąć ich bazę społeczną. Będzie narastał konflikt między tymi dwoma siłami. Jeżeli lewica nie weźmie tego pod uwagę, znaczy to, że zarówno faszyzm, jak i antyfaszyzm są dla niej polityczną fantazją, którą chętnie skopiują Hanna Gronkiewicz-Waltz i Rafał Trzaskowski, by spożytkować we własnych celach.

 

Marsz ramię w ramię, którego nie było

Nie ma racji w swym komentarzu Tymoteusz Kochan. Do sojuszu pisowsko-faszystowskiego nie doszło, chociaż został on ogłoszony. Nacjonaliści zachowali swoją odrębność w trakcie jubileuszowego marszu, w ogóle nie doszło do połączenia obu pochodów. Nie robi różnicy, czy stało się tak na skutek wstrzymywania wymarszu przez skrajną prawicę ich kolumny, czy – jak twierdził min. Brudziński – z powodu celowego utworzenia „strefy buforowej”.

Narodowcy nie dochowali warunków współpracy. Prośby o to, żeby nie było pirotechniki, potraktowano jak kpinę – centrum stolicy aż płonęło od rac. Flagi miały być wyłącznie biało-czerwone, tymczasem powiewały nie tylko sztandary ONW i MW, lecz i włoskiej Forza Nouva. Jedną z „atrakcji” marszu było spalenie flagi UE. Obietnice prezydenta, że nie będzie haseł „dzielących Polaków” od razu można było włożyć między bajki. Wybrzmiało nie tylko oklepane: „Raz sierpem, raz młotem…”. „Europa tylko dla Europejczyków!” – krzyczeli nacjonaliści w kominiarkach, niosący flagi z celtykami. Ba, Wszechpolacy nie kryli się z wrogością wobec samego rządu, zręcznie łącząc ją z najohydniejszym rasizmem w haśle: „Morawiecki, chcesz Murzyna? To go sobie w domu trzymaj!”. Tradycyjnie nie zabrakło też dewastowania elementów przestrzeni publicznej.

Duda i Morawiecki podjęli duże ryzyko, licząc na to, że narodowcy na ich rozkaz się „uspokoją”. Można uznać, że ich strona potraktowała sprawę poważnie. MSWiA postarało się o „spokój” bardziej niż dotychczas – niektórzy zagraniczni goście jadący do Polski na marsz zostali zawróceni na lotnisku – tak się stało m.in. z wpływowym szwedzkim nacjonalistą. Szturmowcy i Niklot żalili się na represje, jakich przed 11.11 doświadczyli ze strony służb. Potwierdził to resort Brudzińskiego, informując, że zatrzymali około stu osób, które miały zagrażać bezpieczeństwu obchodów, m.in poprzez organizację koncertu neonazistowskich kapel.

PiS zdawał sobie sprawę, że jeżeli chce przejąć Marsz Niepodległości, nie ponosząc przy tym miażdżącej porażki wizerunkowej, musi skutecznie zdyscyplinować narodowców. Okazało się to o tyle niemożliwe, że podstawową cechą, która przyciąga tłumy na MN, jest jego spontaniczność i oparcie organizacji o poziome struktury, odporne na „centralne sterowanie”. Garstka ścisłych liderów faszystowskich, m.in. Robert Bąkiewicz, deklarowała poszanowanie zasad „godnego zachowania”. Szybko się jednak okazało, że nawet oficjalne social media narodowców zaczęły zachęcać do świętowania przy zachowaniu dotychczasowego „w pełni oddolnego charakteru”. Tweet MW został w końcu usunięty, zdążył dać jednak jednoznaczny sygnał tysiącom szeregowych uczestników marszu. Większość faszystów ani myślała podporządkować się stronie rządowej. Od początku dochodziły głosy o całkowitym braku zgody na wspólny marsz z Mateuszem Morawieckim, w którym narodowcy dopatrywali się przede wszystkim „byłego doradcy Tuska”. Rząd się zdecydowanie przeliczył i teraz poniesie tego konsekwencje. Chcieli zjeść ciastko i mieć mieć je nadal. Byli głupi i teraz to widzą. Przecież nacjonaliści nie mogli w ciągu dwóch dni puścić w niepamięć próby zawłaszczenia marszu bezpośrednio po próbie jego delegalizacji przez HGW.

PiS skompromitował się sam, ponosząc wielką stratę wizerunkową, bowiem w widoczny sposób został zwyczajnie pokonany przez faszystów. Dla tych drugich jest to jednak pyrrusowe zwycięstwo. Ich liderzy przemawiali na błoniach Stadionu Narodowego, bo przewidywała to ramówka. Teraz jednak bez wątpienia nastąpi całkowity rozbrat PiS-u z narodowcami. Nic dziwnego: na marszu słychać było nawet okrzyki „PiS, PO – jedno zło”. Następnego dnia Krzysztof Bosak oświadczył, że w tej chwili dopiero „rozpoczyna się prawdziwa walka o Marsz Niepodległości”. Robert Winnicki wyraził wręcz obawę, że rząd może zniszczyć MN. Z kolei policja podległa Brudzińskiemu wyznaczyła nagrodę pieniężną za wskazanie osoby, która spaliła unijną flagę, a sprawca czynu, członek MW, w prowokacyjnym geście zgłosił się sam i jeszcze się tym chwalił. TVP, czyli tuba PiS, zaskoczyła wszystkich wytykając organizatorom MN obecność Forza Nuova, która wprost została nazwana organizacją faszystowską. Brudziński potwierdził, że FN jest formacją ekstremistyczną, niebezpieczną i znajdowała się pod ścisłą obserwacją. Nijak nie wygląda to na przejawy sojuszu. Dojdzie pewnie jeszcze do wyostrzenia różnic. PiS nie będzie zwalczał rodzimych faszystów otwarcie, bo dalej podcinałby gałąź, na której siedzi. Będzie to robił po cichu i tylko tak można skutecznie zwalczać konkurencję.

Niezależnie od pierwotnych intencji ścisłego kierownictwa MW i ONR, siła, którą reprezentują, okazała się wrogiem partii rządzącej – wściekłą sforą, która po spuszczeniu z łańcucha bez wahania zagryzie swojego „łaskawcę”. Igrając z ogniem PiS właśnie się sparzył. Pożałują tego obie strony. Faszyści pokazali, że są siłą, której rząd nie zmoże. Ale są tą siłą przez wyłącznie 11 listopada. Przez pozostałą część roku leżą na grzbiecie, podani służbom na tacy, i przebierają bezradnie łapkami. PiS będzie mógł z nimi zrobić, co chce, a widząc, co się święci i jakiego piwa sobie nawarzyli, użyje pewnie wszelkich środków, by ONR i MW pozbawić wpływów i swobody działania na wszelkich szczeblach, gdzie władza centralna ma cokolwiek do powiedzenia. Nie pozwolą już pchać się drzwiami i oknami do wszystkich państwowych mediów i instytucji. Miarka się przebrała.

 

„Antyfaszyzm” jako bezradność

Podsumowując: faszyzm przeszedł. Prawdopodobnie nie zauważyła tego warszawska lewica, która jak co roku, w bezpiecznej odległości od ultrasów, skandowała: „No pasaran!” Trwa dyskusja, czy tegoroczny „marsz antyfaszystowski” był mniejszy czy większy od zeszłorocznego. W kontekście 250 tys. uczestników po drugiej stronie barykady nie ma ona żadnego znaczenia. Liczy się fakt, że inicjatywa pozostała niezauważona dla nikogo oprócz osób, które się na nią wybierały lub specjalnie szukały o niej informacji. Część osób mieszkających w budynkach przy trasie demonstracji też jej pewnie nie zauważyła, bo w tym czasie maszerowała w pochodzie nacjonalistów.

Problemem lewicy okazała się – tak jak zwykle – niszowość. Po raz kolei jej zgromadzenie cechowało się hermetycznością języka i oprawy, środowiskowym, wręcz subkulturowo-towarzyskim charakterem. Wydaje się, że przyjęta w tym roku formuła „tanecznego street party” jedynie uwydatniła ten problem. Można też przyjąć, że w setną rocznicę powrotu państwa polskiego na mapę Europy, było to symboliczne i smutne zwieńczenie stulecia samej polskiej lewicy. Gdy w latach 20. XX w. w Polsce zaczęły się plenić faszystowskie bojówki podniecone sukcesem Mussoliniego, wtedy PPS, Bund, a również komuniści, byli w stanie względnie skutecznie podejmować z nimi konfrontacje na ulicach miast. Dzisiaj na to szans nie ma. Osobom określającym się mianem lewicy, czasem w ogóle nieświadomym tamtej tradycji, pozostaje dziś tylko zaklinać rzeczywistość tańcem.

Nie trzeba chyba dodawać, że antyfaszystowskie pląsy były udziałem mniejszości. Nie było to nikomu szczególnie niezbędne, a niektórym wydawało się pomysłem niepasującym do dominującego w środowisku nastroju politycznego. Brak entuzjazmu do skandowania haseł przykrywać miała muzyka z laptopa i nieodłączna samba. Dla większości uczestników rzeczywistym celem tego rytuału jest upewnienie się, że środowisko jeszcze jako tako się trzyma. Zgodnie z tradycją minionego trzydziestolecia lewica nastawiona jest głównie na trwanie.

Każdy i każda, kto czuje, że powinna protestować przeciwko faszyzmowi ma prawo, może nawet obowiązek to robić. Problem w tym, że zadowalając się obrzędowością, lewica lekceważy zagadnienie skuteczności antyfaszyzmu i odpowiedzialności za cele polityczne, z jakimi jest on związany. Antyfaszyzm jako sztuka dla sztuki, ewentualnie jako promocja „kultury otwartości”, nawet jeżeli pod pewnymi względami przynosi korzyść społeczną, niekoniecznie – a na pewno nie w Polsce – służy rozwojowi samej lewicy i przemianie społeczeństwa. „Promocja otwartości” od lat okazuje się wodą na młyn samych liberałów, którzy naciskani przez mainstreamowe media w coraz większym stopniu są skłonni przejmować dyskurs antydyskryminacyjny celem zbijania kapitału politycznego.

Prezydent-elekt Warszawy Rafał Trzaskowski, który już zapowiedział swoją obecność na przyszłorocznym Marszu Równości, równie dobrze mógłby pojawić się na demonstracji Koalicji Antyfaszystowskiej. Tym bardziej, że w tym roku akcenty antykapitalistyczne, a nawet temat walki ruchu lokatorskiego z reprywatyzacją, zostały ograniczone do wstydliwego minimum. Lewica daje się tym sposobem zapędzić w kozi róg: w sytuacji gdy zamyka się w subkulturowości, staje się – tak jak każda subkultura – łatwym kąskiem dla mainstreamu, cały czas skutecznie kontrolowanego przez siły liberalne, elitarystyczne, antyrównościowe – przez strażników kapitalizmu.

Bez zdecydowanego wyakcentowania niezgody na kapitalizm, w warunach nasilającej się polaryzacji politycznej kraju wszelkie lewicujące tendencje zostaną zawłaszczone przez „antyPiS”, a sama lewica nie odrodzi się nigdy. Dowodem tego jest nie tylko to, że sprzeciw wobec faszyzmu stał się już trwałym elementem działalności całkowicie liberalnych gospodarczo Obywateli RP, często podkreślających swą niechęć do lewicy. Na czoło „walki z faszyzmem” wysunęła się przecież PO, po tym jak Hanna Gronkiewicz-Waltz po raz pierwszy podjęła próbę delegalizacji Marszu Niepodległości. Również Trzaskowski podkreślał, że „faszyści nie mają prawa defilować ulicami Warszawy”. Tendencja ta jeszcze się nasili, bo Platforma będzie poszukiwać nowych sposobów na mobilizację elektoratu. A elektorat – często szczerze nieznoszący nacjonalistów – znacznie łatwiej łyknie taki „antyfaszyzm”, niż kulturę pełnej równości promowaną na wydarzeniach Antify. Liberalni wyborcy zawsze łatwiej zaufają znanej i rozpoznawalnej partii, której przypiszą rzeczywistą sprawczość polityczną, niż kolorowym korowodom subkultury posthipisowskiej. Tak wyłania się „Antifa Konstancin” o twarzy HGW i Tomasza Lisa.

A co z nieliberalną częścią społeczeństwa, którą też często mdli na widok MW i ONR? Lewica, nawet ta mieniąca się antykapitalistyczną, wydaje się coraz bardziej od nich wyalienowana. Istnieje co prawda stanowisko lansowane przez publicystów Krytyki Politycznej i Oko.press, głoszące, że lewica ma szanse „zmieniać świat” poprzez skuteczne oddziaływanie na liberałów, czytaj: stając się ich przybudówką. Faktycznie jednak, jeżeli uznaje się, że jedynie liberalizm ma szanse „zmieniać świat na lepsze”, w ogóle nie ma sensu mówić o lewicy. Dzisiaj, kiedy socjaldemokracja sama się unieważnia i kapituluje, jedynie zdecydowany sprzeciw wobec kapitalizmu jest wyrazem wiary w równość i sprawiedliwość społeczną, a więc zarazem fundamentem antyfaszyzmu. A ci, którzy mają usta pełne równościowych haseł zapominając jednocześnie o masach upodlonych przez kapitalizm, sami pracują na sukces narodowców, sami zdradzają własne idee.

Kamienie milowe lewicowej tradycji walki z faszyzmem, takie jak bitwa o Cable Street, zostały położone przez ruch robotniczy. Lewica mieniąca się radykalną, mówiąca nawet o walce klas, znajduje dziś setki wymówek, by odmawiać pracy z ludźmi pracy, wykręcając się najchętniej pojęciem prekariatu. Prawdziwy powód jest prosty: ludzie ci nie przypominają osób, z których składają się marsze Antify. Nic dziwnego, że Ruch Sprawiedliwości Społecznej dawno „wypisał się” z imprez antyfaszystowskich. Zamknięcie się w subkulturowości to de facto kapitulacja przez nacjonalizmem. Szukanie niszy, w której można się przed nim schować, bez mozolnego wysiłku na rzecz pozbawienia go podstaw. Promowanie samej „kultury otwartości” jest budowaniem domu począwszy od dachu.

Rozdźwięk, jaki nastąpi w najbliższym czasie między partią rządzącą a narodowcami będzie też osłabieniem mechanizmu wzajemnego wzmacniania się tych formacji. Oznacza to warunki, w których proces stopniowej faszyzacji społeczeństwa może zacząć zwalniać. Antyfaszyści, którzy traktują swoją misję poważnie, powinni wykorzystać ten czas na rachunek sumienia i zmianę sposobu działania.