„Pozornie krzyk przeciwko tzw. „salonikom VIP” w zakładach leczniczych to krzyk w obronie sprawiedliwości społecznej. Pozornie. Dlaczego wszyscy mają stać w tej samej kolejce skoro w bardzo różny sposób składają się na koszty jej obsługi? I sprawiedliwości tu nie ma żadnej nawet takiej, aby było jednakowe (w sensie procentowym, a nie bezwzględnym) obciążenie składką” – napisał w serwisie medexpress prof. Wiesław Jędrzejczak, onkolog kliniczny i transplantolog.
„Wyrzucam z rozważań względy medyczne. Jest oczywiste, że chory z podejrzeniem ostrej białaczki nie może tak samo czekać, jak chory z przeziębieniem”. I ciągnie dalej wywód: „Dlaczego prezes dużej firmy, którego każda godzina pracy wiąże się z zarządzaniem milionami złotych ma czekać w tej samej kolejce co osoba, która tego samego dnia nie ma nic innego do roboty? Bezproduktywne czekanie prezesa może firmę kosztować miliony strat. (…) Przy pewnej bezwzględnej wielkości opłacanej składki ubezpieczeni powinni moim zdaniem otrzymywać „złotą kartę”, która w interesie nas wszystkich umożliwiałaby przyspieszony dostęp ambulatoryjny i rozwiązanie (zwykle niewielkich) problemów zdrowotnych takich ludzi”.
W kolejnym wpisie dodatkowo wyjaśnia: „podstawą utrzymania wysokiej jakości publicznej służby zdrowia jest pozostanie w niej bogatych i wpływowych, którzy swoimi pieniędzmi i wpływami wymogą tę jakość”. A potem dodaje: „nie pisałem nic o bogatych. Pisałem o tych, którzy płacą bardzo wysoką składkę. A to nie jest to samo”.
Profesor otwarcie mierzy tutaj prawo do publicznej opieki zdrowotnej rynkową „wartością” pacjenta i ma podejście skrajnie produktywistyczne. Miarą człowieka jest jego potencjalny wkład w gospodarkę. Przy czym waga tego wkładu jest dość specyficzna, to znaczy oparta najwyraźniej na założeniu, że sama pozycja w hierarchii automatycznie przekłada się na większy wkład. „Bezproduktywne czekanie prezesa może firmę kosztować miliony strat” – nie wiadomo do końca, dlaczego akurat prezesa. Każdy kto pracował w hierarchicznych strukturach dużych organizacji wie, że akurat najbardziej kluczowymi zajęciami dla firmy nie zajmują się ci na samym szczycie. Zwłaszcza w bieżącej działalności, a nie w kategorii „tworzenia wizji” (które można równie dobrze generować czekając w kolejce do lekarza).
Pojawia się stereotypowa opowieść o seniorach „dla których pójście do lekarza jest główną atrakcją towarzyską”. Po pierwsze, lekarz powinien wiedzieć, że starsi ludzie chorują częściej niż młodsze osoby i to wynika ze statystyki, a nie złośliwości tych ludzi. Sam jest starszą osobą, więc powinien doskonale zdawać sobie z tego sprawę, a nie powtarzać obiegowe, prymitywne historyjki. To nie seniorzy zapychają system, tylko państwo stworzyło wąskie gardło, zrzucając teraz winę za kolejki na najsłabszych pacjentów.
Najważniejszą jednak tu kwestią jest to, że system publicznej ochrony zdrowia nie przykłada i nie powinien przykładać takich miar. Naprawdę katarek prezesa nie jest ważniejszy od kataru osób pracujących w jego sekretariacie, bez których prezes nie wiedziałby nawet co ma podpisać tego dnia, bo przecież ci ludzie nie zostali stworzeni do takich głupot. Nie bardzo wiadomo też, dlaczego katar, przeziębienie nagle staje się wyłączone z kategorii „względów medycznych”. Co to oznacza? Że prezes ma się leczyć, a podwładni mają chorować i zarażać innych? To nie wpłynie na tę rzekomo najważniejszą kategorię, czyli produktywność firmy? Tak się składa, że żadna większa organizacja nie opiera się zazwyczaj na „wybitnych jednostkach”. Gdyby profesor był młodszy to bym go oskarżył o to, że za dużo naoglądał się konferencji produkowanych w formie szoł, organizowanych przez wielkie korporacje technologiczne, gdzie bezustannie tworzy się złudzenie, że za wszystkimi innowacjami nie stoją wieloletnie badania naukowców i sztaby inżynierów, ale pojedynczy „prezes-wizjoner” typu Jobs, Gates czy inny Musk.
Problem z tymi tekstami nie polega wyłącznie na dość specyficznym rozumieniu kwestii etycznych, albo dość aroganckiego ich tonu, ale także na tym, że są wewnętrznie sprzeczne. W jednym akapicie napisał o tym, jak ważne dla publicznej ochrony zdrowia jest „pozostanie w niej bogatych i wpływowych”, a zaraz potem „nie pisałem nic o bogatych”. To jest o tyle zabawne, że profesor w jednym z akapitów odwołuje się do logiki, nazywając swoich krytyków „niedouczonymi matematykami”, przenosząc przy okazji spór z obszaru wartości i etyki (gdzie można dyskutować) na obszar niepodważalnych praw logiki. Ileż to razy obserwowaliśmy stosowanie takich, dość jednak już zużytych, erystycznych chwytów.
Dodajmy, że Polska ma jeden z najbardziej niesprawiedliwych, regresywnych systemów podatkowo-składkowych w Europie, więc wcale nie jest jasne czy to akurat prezes tę składkę procentowo płaci największą, a to ma być rzekomo podstawowym kryterium miary człowieka.
Koncepcja, że jakieś „złote karty VIP” uratują publiczną ochronę zdrowia przed prywatyzacją w stylu amerykańskim, jest po prostu absurdalna. W kontekście modelu promowanego w tekście i tego, co dzieje się już w praktyce, wyłania się tu raczej pasożytnictwo bogatych i wpływowych na publicznej ochronie zdrowia oraz postępuje prywatyzacja publicznej ochrony zdrowia od środka. W Polsce nie ma tak dobrej jakości leczenia prywatnie skomplikowanych czy rzadkich chorób. Prywatna ochrona zdrowia bierze sobie tylko te najbardziej lukratywne i popularne przypadłości. Tak jak pisałem w poprzednim tekście: ochrona zdrowia „nie ma być sprywatyzowana w całości. Przecież politycy, ich rodziny i przyjaciele oraz zaprzyjaźnieni biznesmeni nie będą się leczyć za własne pieniądze, jak jacyś biedacy”. Ten tekst to jest po prostu ujawnienie ściśle hierarchicznej koncepcji świata, jakiej hołduje spora część, o ile nie większość osób postawionych wyżej w hierarchii społecznej. Ich interes, specjalisty lekarza, prezesa, wysoko postawionego polityka, jest rzekomo „interesem społecznym”, dlatego mamy siedzieć cicho i cieszyć się, że łaskawie jeszcze korzystają z publicznej ochrony zdrowia finansowanej przez wszystkich.
Gdybym opisał taką wypowiedź, jak prof. Jędrzejczaka, jako hipotetyczną, to by niektórzy krytykowali mnie, że sobie wymyślam przegięte postaci rysowane grubą kreską. Kiedy człowiek obraca się wśród ludzi o zupełnie innym spojrzeniu na świat, trudno mu uwierzyć, że takie osoby istnieją naprawdę. Ale istnieją i mają ogromny wpływ na rzeczywistość społeczno-polityczną.
Źródło: Wolnelewo.pl
Źródło zdjęcia: Kaboompics.com / Pexels.com










