Nerwy w grupie spadkowej

Pierwsza kolejka gier w fazie play off potwierdziła układ sił w grupie spadkowej ustalony w zasadniczej części sezonu. Górnik Zabrze i Raków Częstochowa umocniły się na czele stawki, ŁKS Łódź stracił de facto szanse na utrzymanie, zaś Korona Kielce i Arka Gdynia są już tego bardzo bliskie.

Twierdzenie, że w grupie spadkowej rywalizacja już się rozstrzygnęła, w przypadku ŁKS Łódź jest uprawnione, bowiem łodzianie tracą w tej chwili do zajmującej pierwszą bezpieczną lokatę Wisły Kraków aż 14 punktów, a do zdobycia pozostało jeszcze tylko 18 punktów w sześciu kolejkach. Co prawda obecny trener ŁKS Wojciech Stawowy ma swoim trenerskim dorobku kilka „piłkarskich cudów” dokonanych na początku XXI wieku, gdy był szkoleniowcem Cracovii, ale chyba limit nadprzyrodzonych mocy dawno się u niego wyczerpał, bo po odejściu z krakowskiego klubu nie zanotował w trenerskiej karierze żadnych znaczących osiągnięć. Nie bardzo wiadomo na co liczyli włodarze ŁKS-u zwalniając Kazimierza Moskala i zatrudniając w jego miejsce Stawowego. Musi za tym stać jakiś długofalowy plan, bo jeszcze przed zawieszeniem ligowych rozgrywek było oczywiste, że ŁKS jest pewniakiem do spadku.
Drugim pewniakiem do zawieszenia rozgrywek była Korona Kielce, ale 6 marca władze klubu zdymisjonowały trener Mirosława Smyłę i zatrudniły w jego miejsce Macieja Bartoszka. Pod jego wodzą kielecki zespół dość radykalnie zmienił swój przaśny styl gry, zaczął grać z większą odwagą i wreszcie strzelać gole, co wcześniej było jego najsłabszą stroną. Po restarcie rozgrywek Korona wygrała w Płocku z Wisłą 4:1 i zremisowała w Lubinie z Zagłębiem 1:1, ale u siebie przegrała z Piastem Gliwice (1:2) i Lechem Poznań (0:3). Cztery zdobyte punkty to było za mało, żeby wyrwać się ze strefy spadkowej. Dlatego trener Bartoszek tak mocno przeżył porażkę w Zabrzu. Kielczanie jeszcze w 86. minucie prowadzili tam 2:1, a gospodarze zwycięską bramkę zdobyli w 95. minucie spotkania. „Tego meczu nie mieliśmy prawa przegrać, dlatego w szatni padło wiele mocnych słów, ale nie można inaczej jak się przegrywa tak głupio w końcowych sekundach” – przyznał trener Korony. Bartoszek zapewnia rzecz jasna, że wciąż wierzy w swój zespół i liczy na obronienie się przed spadkiem, lecz fakty są brutalne. Porażka z Górnikiem tylko potwierdziła, że kielczanie w tej chwili są w stanie walczyć o punkty jedynie z najsłabszymi zespołami. Podobnie rzecz się ma z Arką Gdynia, zatem wygląda na to, że w strefie spadkowej arbitrami w rozgrywce o utrzymanie będą już praktycznie spokojne o ligowy byt ekipy Górnika, Rakowa i Zagłębia. Bliska tego jest także Wisła Płock, ale „Nafciarze” muszą się pilnować, bo nad imienniczką z Krakowa mają tylko cztery punkty przewagi.
Po pierwszej kolejce fazy play off wygląda więc na to, że jedynym zespołem, który mogą jeszcze dopaść Korona i Arka, jest właśnie ekipa „Białej Gwiazdy”, która po restarcie jak na razie gra słabo. W wyjazdowym starciu z Rakowem wiślacy nie mieli wiele do powiedzenia i przegrali 1:3. Na stadionie w Bełchatowie, na którym gościnnie gra zespół z Częstochowy, nie było problemów z kibicami, bo była ich garstka, ale już na stadionie w Zabrzu, na który przybyło ponad 4,5 tysiąca widzów, pojawiły się problemy z utrzymaniem dystansu społecznego i przestrzeganiem rygorów sanitarnych. Polska jako pierwsza otworzyła stadiony dla kibiców, ale niewykluczona, że po wyborach rząd ponownie zamknie trybuny dla publiczności.

Stawka pękła na pół

Już po rozegranej w środku minionego tygodnia 29. kolejce nastąpił ostateczny podział zespołów ekstraklasy na dwie grupy – mistrzowską i spadkową. Taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy odkąd nasza najwyższa klasa rozgrywkowa gra w tzw. systemie ESA-37.

W ostatniej, 30. serii spotkań fazy zasadniczej sezonu (odbyła się w niedzielę, a wszystkie mecze zakończyy się po zamknięciu wydania) tylko zajmujące dwie czołowe lokaty Legia i Piast nie musiały już walczyć o wyższe miejsce w tabeli. Na ucieczkę z ostatniego miejsca nie miał też szans ŁKS Łódź. Reszta drużyn miała jeszcze możliwość poprawienia pozycji w tabeli, co miało znaczenie przy ustalaniu terminarza fazy play off. W porównaniu z poprzednim sezonem stawka zespołów w grupie mistrzowskiej jest niemal taka sama. Z elity wypadła jedynie ekipa Zagłębia Lubin, w miejsce której awansował Śląsk Wrocław (przed rokiem skończył rozgrywki na 12. miejscu). Przed przedostatnią serią gier pewne gry w czołowej ósemce były tylko dwie ekipy – broniący tytułu Piast Gliwice oraz ubiegłoroczny wicemistrz, a teraz lider tabeli Legia Warszawa. O pozostałe sześć miejsc trwała zażarta walka. Jako pierwsza do Legii i Piasta dołączyła Cracovia, która po serii sześciu porażek z rzędu niespodziewanie przełamała fatalną passę i pokonała w Gdańsku Lechię 3:1. W jej ślady poszły drużyny Jagiellonii Białystok (wygrała na wyjeździe z ŁKS Łódź 3:0), Lecha Poznań (4:0 u siebie z Pogonią Szczecin) i Śląska Wrocław (2:1 na wyjeździe z Wisłą Płock).
Po rozegranej w niedzielę 30. kolejce do końca zmagań pozostało siedem serii spotkań w fazie play off. Zespołom pozostało do zdobycia jeszcze wiele punktów, dlatego wszelkie prognozy będą obarczone ryzykiem pomyłki, lecz chyba mało kto w tej chwili zakłada, że piłkarze Legii nie zdobędą w tym sezonie mistrzostwa. Przypomnijmy, że po restarcie rozgrywek z czterech pozostałych do rozegrania meczów w fazie zasadniczej sezonu aż trzy musieli zagrać na wyjazdach. Najpierw pokonali w Poznaniu Lecha 1:0, następnie w Krakowie Wisłę 3:1, a w minioną środę rozgromili u siebie Arkę Gdynia aż 5:1. Niedzielne spotkanie z Górnikiem w Zabrzu było owym trzecim wyjazdowym, lecz jego wynik nie miał już znaczenia. Legia nawet w przypadku porażki miała zagwarantowane pierwsze miejsce i co za tym idzie – przywilej rozegrania na własnym stadionie czterech z siedmiu spotkań w fazie play off, w tym także z najgroźniejszym aktualnie konkurentem do tytułu, Piastem. Mecz między tymi zespołami zostanie rozegrany w ramach 33. kolejki.
Na gwiazdę i lidera stołecznego zespołu coraz wyraźniej wybija się 28-letni skrzydłowy Paweł Wszołek. To on był ojcem zwycięstwa w środowym spotkaniu z Arką, które zaczęło się dla legionistów niefortunnie, bo niemal tuż po rozpoczęciu gry stracili bramkę po golu Adama Dancha. Wszołek doprowadził w 44. minucie do wyrównania, a po zmianie stron po jego zagraniu rozpaczliwie interweniujący obrońca gości Adam Marciniak zaliczył trafienie samobójcze. Drugą asystę Wszołek zaliczył przy golu Mateusza Cholewiaka, a dzieła zniszczenia dopełnili Luqinhas i Vamara Sanogo.
Nie byłoby w tej jego aktywnej postawie nic szczególnego, bo to niezły piłkarz i na dodatek ze sporym bagażem doświadczeń zdobytych na boiskach we Włoszech i Anglii, ale środę do wybornej gry przeciwko Arce dodatkowo motywowały Wszołka zadawnione porachunki z Jarosławem Kołakowskim, obecnym właścicielem gdyńskiego klubu (chociaż formalnie akcje należą do jego syna), który wiele lat temu był jego agentem. Roztsali się w 2013 roku w atmosferze skandalu po niedoszłym do skutku transferze z Polonii Warszawa do Hannoveru. Przyczyniając się do wysokiej przegranej Arki Wszołek pewnie nie przesądził o jej spadku do niższej ligi, na pewno jednak nowemu sternikowi gdyńskiej ekipy solidnie dokuczył.
W grupie mistrzowskiej walka zapowiada się tylko o miejsca premiowane grą w kwalifikacjach Ligi Europy. Teoretycznie szanse na to mają wszystkie zespoły zajmujące teraz miejsca 2-8. Mniej skomplikowanie wygląda natomiast sytuacja w grupie spadkowej, bo spadek ŁKS-u wydaje się już przesądzony, a szanse Korony i Arki stoją tylko odrobinę lepiej.

Legia idzie na mistrza

Chociaż pandemia koronawirusa w Polsce nie wygasa, piłkarskie rozgrywki na razie toczą się bez przeszkód. Tylko kibice, którzy w limitowanej liczbie mieli wrócić na stadiony od 19 czerwca, raczej w tym terminie na meczach nie pojawią. Ale piłkarzom Legii i Piasta to nie przeszkadza i wygrywają. W tej chwili tylko te dwa zespoły liczą się w walce o mistrzostwo.

W końcówce maja premier Mateusz Morawiecki, a także prezes futbolowej centrali Zbigniew Boniek poinformowali na konferencji prasowej, że od 19 czerwca możliwy będzie udział publiczności w meczach szczebla centralnego (ekstraklasy, I i II ligi oraz w Pucharze Polski). Klubom zezwolono na wykorzystanie 25 procent pojemności trybun bez górnego limitu osób. Możliwe byłoby więc organizowanie meczów w formie imprez masowych. Dzisiaj jednak wobec gwałtownego wzrostu liczby zakażonych koronawirusem w naszym kraju (w poniedziałek osiągnęła rekordowy poziom 599 osób), powrót kibiców na stadiony prawdopodobnie zostanie odsunięty w czasie.
Ale ligowa rywalizacja jak na razie toczy się bez przeszkód. W środku tego tygodnia rozgrywana jest 29. kolejka, już trzecia po restarcie rozgrywek, a przedostatnia w fazie zasadniczej sezonu. W miniony weekend znajdujące się na czele tabeli zespoły Legii Warszawa i Piasta Gliwice wygrały swoje mecze, co oznaczało, że do zmagań w fazie play off warszawianie przystąpią z pierwszego miejsca, natomiast gliwicka drużyna w najgorszym przypadku z miejsca czwartego, gdyby jakimś cudem przegrała dwa ostatnie spotkania. Szanse na zajęcie pozostałych sześciu lokat w grupie mistrzowskiej przed 29. kolejką wciąż miało jeszcze dziesięć zespołów.
Legia i Piast w fazie play off zagrają po cztery mecze na własnych boiskach, ale gliwiczanie zmierzą się z legionistami na Łazienkowskiej, chyba że po 30. kolejce jednak zajmą miejsce czwarte.
Na uniknięcie gry w grupie spadkowej nie miały już natomiast szans cztery ostatnie w tabeli zespoły, czyli ŁKS Łódź, Arka Gdynia, Korona Kielce i Wisła Kraków. Ekipa „Białej Gwiazdy” miała pecha, bo w pierwszych dwóch kolejkach po restarcie przyszło jej mierzyć się zespołami aktualnych mistrzów i wicemistrzów Polski, czyli Piastem i Legią, które brylują także w obecnych rozgrywkach i okupują dwie czołowe lokaty w tabeli. W starciach z nimi wiślacy stracili siedem bramek (0:4 z Piastem i 1:3 z Legią) i po tych porażkach roztrwonili pięciopunktową przewagę jaką przez zawieszeniem rozgrywek mieli nad strefą spadkową. A przed nimi dwa wcale nie łatwiejsze mecze – w środę zmierzą się u siebie z Rakowem Częstochowa, który po wznowieniu rozgrywek jeszcze nie przegrał meczu, chociaż też i nie wygrał, bo oba (ze Śląskiem i ŁKS-em) zremisował po 1:1. A w najbliższy weekend wiślaków czeka wyprawa do Gdyni i potyczka „za sześć punktów” z Arką.
Zestaw par 29. kolejki:
Wtorek 9 czerwca:
Lechia Gdańsk – Cracovia, Piast Gliwice – Górnik Zabrze, Lech Poznań – Pogoń Szczecin, Zagłębie Lubin – Korona Kielce.
Wszystkie te mecze zakończyły się po zamknięciu wydania.
Środa 10 czerwca:
Wisła Kraków – Raków Częstochowa, godz. 18:00, sędziuje Mariusz Złotek (Stalowa Wola); Wisła Płock – Śląsk Wrocław, godz. 18:00, sędziuje Tomasz Musiał (Kraków); Legia Warszawa – Arka Gdynia, godz. 20:30, sędziuje Tomasz Kwiatkowski (Warszawa); ŁKS Łódź – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak (Płock).

Wyniki 28. kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 28. kolejki:
Wisła Kraków – Legia Warszawa 1:3
Gole: Łukasz Burliga (29) – Tomas Pekhart (57, 70), Walerian Gwilia (76).
Żółte kartki: Żukow – Jędrzejczyk, Pekhart.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Mecz bez widzów.
Korona Kielce – Piast Gliwice 1:2
Gole: Petteri Forsell (14) – Sebastian Milewski (65), Jorge Felix (76).
Żółte kartki: Żubrowski, Gnjatić – Kirkeskov. Czerwona kartka: Żubrowski (27., za drugą żółtą).
Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń).
Mecz bez widzów.
Pogoń Szczecin – Cracovia 1:0
Gol: Kamil Drygas (64).
Żółte kartki: Listkowski, Manias – Helik, Loshaj. Czerwona kartka: Helik (90., za drugą żółtą).
Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Mecz bez widzów.
Arka Gdynia – Śląsk Wrocław 2:1
Gole: Adam Danch (82), Marko Vejinović (90) – Michał Chrapek (12 karny).
Żółte kartki: Kopczyński, Siemaszko – Żivulić, Chrapek.
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Mecz bez widzów.
Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk 2:2
Gole: Erik Jirka (19, 66) – Łukasz Zwoliński (79, 87).
Żółte kartki: Matuszek, Janża, Prochazka – Saief.
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Mecz bez widzów.
Jagiellonia Białystok – Wisła Płock 2:2
Gole: Bartosz Bida (67), Jakov Puljić (90) – Cillian Sheridan (29), Dominik Furman (61 karny).
Żółta kartka: Szwoch (Wisła).
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Mecz bez widzów.
Zagłębie Lubin – Lech Poznań 3:3
Gole: Filip Starzyński (8 karny, 40 karny), Sasza Żivec (26) – Christian Gytkjaer (21), Jakub Kamiński (76), Dani Ramirez (88 karny).
Żółte kartki: Baszkirow, Poręba – Rogne.
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Raków Częstochowa – ŁKS Łódź 1:1
Gole: Jarosław Jach (49) – Carlos Moros Gracia (32). Żółte kartki: Piątkowski, Petrasek – Dąbrowski, Srnić.
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Mecz bez widzów.

Grupa mistrzowska

  1. Legia 28 57 58:27
  2. Piast 28 49 34:26
  3. Pogoń 28 44 28:26
  4. Śląsk 28 43 36:32
  5. Lech 28 43 48:29
  6. Cracovia 28 42 35:27
  7. Lechia 28 42 38:38
  8. Jagiellonia 28 41 38:37
    Grupa spadkowa
  9. Raków 28 38 34:39
  10. Zagłębie 28 37 47:43
  11. Górnik 28 37 37:38
  12. Wisła P. 28 37 35:47
  13. Wisła K. 28 31 34:45
  14. Korona 28 29 20:33
  15. Arka 28 28 27:42
  16. ŁKS Łódź 28 21 26:46

Piąta porażka Cracovii

Pierwsza kolejka po restarcie rozgrywek obfitowała w gole. Piłkarze strzelili ich 24, co daje niezłą średnią trzech trafień na jedno spotkanie (średnia w sezonie to 2,54). Niestety, polscy piłkarze zdobyli tylko 10 bramek. Największymi niespodziankami były porażki u siebie zespołów Cracovii, Pogoni i Wisły Płock.

Ekipa lidera, Legii Warszawa, zdobyła tylko jedną bramkę, ale pokonując Lecha w Poznaniu 1:0 zaliczyła 17 wygrane spotkanie w tym sezonie. Stołeczny zespół utrzymał osiem punktów przewagi nad drugim Piastem Gliwice i ma już pewność, że w najgorszym przypadku rundę zasadniczą zakończy na drugim miejscu, ale jeśli wygra następny mecz (na wyjeździe z Wisłą Kraków), dowiezie prowadzenie do końca. Bardzo bliski zagwarantowania sobie miejsca w grupie mistrzowskiej jest też obrońca mistrzowskiego tytułu Piast Gliwice. W miniony weekend z zespołów zajmujących miejsca 2-6, tylko gliwiczanie nie stracili dystansu do prowadzącej Legii. Definitywnie szansę na awans do czołowej ósemki utraciły natomiast trzy ostatnie drużyny w stawce, czyli ŁKS Łódź, Arka Gdynia i Korona Kielce.

Szósty hat-trick w sezonie

Pierwszy raz od 27 października w ekstraklasie odnotowano hat-tricka, ale to już szóste takie osiągnięcie w bieżącym sezonie. Jego autorem został Flavio Paixao. Dzięki temu portugalski piłkarz wyśrubował dwa należące do niego rekordy – w liczbie goli strzelonych w naszej lidze przez obcokrajowców (78) oraz goli strzelonych przez gracza Lechii Gdańsk (54). Dzięki trzem trafieniom w spotkaniu z Arką Paixao powiększył swój bramkowy dorobek w obecnych rozgrywkach do 13 i do lidera klasyfikacji strzelców, grającego w Lechu Poznań Duńczyka Christiana Gytkjaera traci już tylko dwa gole. Taka samą stratę ma hiszpański napastnik Piasta Jorge Felix, który również w ten weekend poprawił swoje konto bramkowe. Paixao jest najstarszym autorem hat-tricka (35 lat 8 miesięcy 1 dzień) w ekstraklasie od czasów Marcina Robaka, który dokonując tego wyczynu w październiku 2018 roku miał dokładnie 35 lat 10 miesięcy i 2 dni.
Naszą nadzieję na lepszą przyszłość, czyli większy wkład polskich piłkarzy w strzeleckie popisy zespołów ekstraklasy (teraz są autorami 42 procent trafień), są gole dwóch nastoletnich zawodników – występującego w Zagłębiu Lubin Bartosza Białka, który w spotkaniu z Pogonią Szczecin zaliczył swoje szóste trafienie w tym sezonie, a miał tergo dnia 18 lat 6 miesięcy i 18 dni. Napastnik „Miedziowych” jest najskuteczniejszy wśród graczy ekstraklasy urodzonych w XXI wieku. Ale w 27. kolejce trafienie zaliczył piłkarz jeszcze młodszy od niego, bo urodzony 23 lipca 2002 Dawid Kocyła z Wisły Płock.

Cracovia weryfikuje cele

Zespół „Pasów” zaczął ten rok z przytupem, wygrywając dwa pierwsze mecze (z Arką na wyjeździe 1:0 i u siebie z Lechem 2:1), nic więc dziwnego, że zespół prowadzony przez Michała Probierza zaczęto wymieniać jako kandydata do zdobycia mistrzostwa. Na ten laur kibice tego krakowskiego klubu czekają już 72 lata. W poprzednim sezonie zespół wystartował fatalnie i długo pętał się w ogonie tabeli, ale finisz miał świetny, co pozwoliło mu zająć na koniec czwartą lokatę i popróbować sił w europejskich pucharach. W obecnych rozgrywkach Cracovia najniżej w stawce była na 11. pozycji, ale rok kończyła w ścisłej czołówce i rundę wiosenna zaczęła obiecująco. Niestety, sen o potędze 22 lutego przerwał brutalnie obrońca tytułu Piast Gliwice, pokonując u siebie „Pasy” 1:0. Od tego momentu ekipa Probierza zaczęła zbierać baty. Do przerwy spowodowanej wybuchem pandemii koronawirusa przegrała trzy kolejne spotkania – na wyjeździe 1:2 z Legią, u siebie w derbach Krakowa z Wisłą 0:2 i ponownie na wyjeździe 2:3 z Górnikiem Zabrze. Trzymiesięczna przerwa w rozgrywkach niewiele zmieniła. W niedzielę Cracovia przegrała 0:1 z Jagiellonią Białystok i obsunęła się w tabeli ekstraklasy na czwartą lokatę, ale nad zajmującą ósme miejsce białostocką drużyną ma jedynie dwa punkty przewagi, tylko jeden więcej od siódmej Pogoni i szóstej Lechii, a tyle samo co piąty Lech (42).
Nic dziwnego, że trener Probierz, który lubi prężyć muskuły i zwykle nawet w przypadku porażek niechętnie przyznaje się do własnych błędów, po wpadce z Jagiellonią nie krył przygnębienia. „Patrzę tak z boku i się zastanawiam, czy ja jestem jeszcze w stanie nauczyć tych piłkarzy czegoś więcej, jeszcze ich zmotywować? Na ten temat będę rozmawiał z profesorem Januszem Filipiakiem” – zapowiedział.
Słowa Probierza zostały odebrane jako zapowiedź dymisji, więc zaraz w poniedziałek prezes klubu Janusz Filipiak musiał wkroczyć do akcji i zapewnić, że nie ma tematu zmiany trenera w Cracovii. Wstrząs jednak był i niewykluczone, że podziała na zespół mobilizująco. Na mistrzowski tytuł, który ekipa „Pasów” po raz wywalczyła w 1948 roku, szans już jednak nie ma praktycznie żadnych, ale wciąż jeszcze może powalczyć o miejsce na podium, co i tak byłoby wielkim sukcesem, bo jeszcze za rządów Filipiaka trwającymi od 2004 roku tak wysoko w tabeli rozgrywek nie kończyła. A za trenerskiej kadencji Probierza Cracovia zajmowała dziewiąte i czwarte miejsce, zatem progres wynikowy może utrzymać. Chyba, że przeszkodzi mu w tym PZPN. W miniony wtorek rzecznik dyscyplinarny związku Adam Gilarski przedstawił Cracovii zarzut korupcji dotyczący kilkunastu meczów w sezonie 2003/2004. Cracovia grozi kara w postaci ujemnych punktów oraz kara finansowa.

Burzliwe derby Trójmiasta

Najbardziej ekscytujące widowisko w 27. kolejce stworzyli piłkarze Lechii i Arki. Do przerwy nic si nie działo i do szatni zespoły schodziły przy wyniku 0:0. Kanonadę zaczął w 50. minucie Paixao trafiając z rzutu karnego dla Lechii, potem dwa gole strzelili gdynianie – Marko Vejinović z karnego i Jarosław Kubicki po strzale samobójczym, następnie na 2:2 wyrównał Paixao, lecz w 82. minucie na 3:2 ponownie z karnego podwyższył Vejinović. Końcówka meczu należała jednak do gospodarz. Na 3:3 w 87. minucie wyrównał Łukasz Zwoliński, a zwycięskiego gola na 4:3 z „jedenastki” zdobył Paixao.
Poza stadionem też było gorąco. Policja miała sporo pracy z utrzymaniem porządku w lokalach, gdzie przed telewizorami gromadzili się fani obi zespołów. Zatrzymano trzy osoby – jedną za napaść na funkcjonariuszy, a dwie za posiadanie narkotyków. Ponadto funkcjonariusze interweniowali w przypadkach odpalania środków pirotechnicznych, spożywania alkoholu w miejscach publicznych, zakłócanie porządku, nieobyczajnych zachowań czy łamania zakazów związanych z pandemią koronawirusa.
Co ciekawe, mimo porażki, która znacznie zmniejsza szanse Arki na uniknięcie degradacji, prezydent Gdyni ogłosił, że miasto znów będzie wspierać finansowo klub.

Arce grozi zatopienie

Arka Gdynia znalazła się na skraju bankructwa, ale nie z powodu koronawirusa. Do dramatycznej sytuacji doprowadzili obecni właściciele klubu, którzy teraz pilnie szukają chętnych na kupno swoich udziałów.

Mimo trudnej sytuacji w jakiej znalazł się gdyński klub, w mieście zawiązała się grupa biznesmenów, na której czele stoi miejscowy przedsiębiorca Roman Walder, w przeszłości prezes Arki, członek jej rady nadzorczej oraz sponsor klubu. Prowadzone obecnie negocjacje w sprawie przejęcia od rodziny Midaków większościowego pakietu akcji klubu odbywają się na poziomie właścicielskim. Z nieoficjalnych źródeł docierają wieści, że rozmowy są trudne, a ich temperaturę podnoszą nowe problemy, jakie pojawiły po zawieszenie z powodu epidemii koronawirusa ligowych rozgrywek. Zarząd Arki wypłacił zawodnikom część wynagrodzeń za luty, ale sytuacji w gdyńskim klubie uważnie przygląda się już Komisja Licencyjna. Niewykluczone, że to ona wkrótce będzie decydować o jego przyszłości.
Zespół Arki znajduje się obecnie w strefie spadkowej. Po 26 kolejkach ma na koncie 25 punktów i zajmuje 15. miejsce w ekstraklasie. Gdyby rozgrywki nie zostały wznowione i sezon zostanie zakończony z uwzględnieniem obecnego układu ligowej tabeli, to według ustaleń poczynionych na spotkania władz PZPN i Ekstraklasy SA Arka wraz z ŁKS Łódź i Koroną Kielce spadnie do I ligi. Z informacji jakie wyciekły do mediów wynika, że gdyński klub ma w tej chwili deficyt w wysokości sześciu milionów złotych. Ta budżetowa dziura może się jeszcze pogłębić w przypadku zmniejszenia wpływów spowodowanych epidemią koronawirusa.
W tej sytuacji decyzja władz Gdyni o wstrzymaniu finansowego wsparcia dla klubu wydaje się zrozumiała. „Oczekuję podjęcia działań zmierzających do zbilansowania budżetu spółki. Historia udowadnia, że nierozsądne i krótkowzroczne działania dotyczące klubów z tradycjami, do których bez wątpienia zalicza się Arka, prowadzić mogą do katastrofalnych konsekwencji. Pod żadnym pozorem nie wolno dopuścić do takiej sytuacji” – uzasadnił swoja decyzje prezydent Gdyni Wojciech Szczurek.

Gdynia nie płaci Arce

Władze miejskie Gdyni wstrzymały dofinansowanie dla występującego w piłkarskiej ekstraklasie zespołu Arki, którego większościowym udziałowcem jest 23-letni student Dominik Midak.

Prezydent miasta Wojciech Szczurek w oświadczeniu podkreślił, że „w historii Arki były różne chwile, wspaniałe i te trudniejsze, ale gdyński samorząd nieustannie ją wspierał. Teraz jednak miasto wstrzymuje się z finansowaniem klubu”. Dla walczącej o utrzymanie w ekstraklasie Arki to kłopot, bo z miejskiej kasy w 2019 roku magistrat przekazał na działalność klubu w ramach umowy promocyjnej 6,2 mln złotych. „Szczególnie alarmujące są informacje dotyczące stanu klubowych finansów. Złożone publicznie obietnice nie są dotrzymywane. Dopóki sytuacja nie zostanie unormowana, dopóty miasto nie będzie wspierać finansowo klubu. Oczekuję podjęcia natychmiastowych działań zmierzających do zbilansowania budżetu spółki. Historia udowadnia, że nierozsądne i krótkowzroczne działania dotyczące klubów z tradycjami, do których bez wątpienia zalicza się Arka, prowadzić mogą do katastrofalnych konsekwencji” – wyjaśnił swoją decyzję w oficjalnym komunikacie prezydent Gdyni.
Od lipca 2017 roku większościowym akcjonariuszem klubu jest Dominik Midak. W chwili gdy przejmował kontrolę nad Arką Gdynia SSA, miał niespełna 20 lat i dopiero zaczynał studia. Pieniądze na 60,75 procent akcji sportowej spółki wyłożył jego ojciec, Włodzimierz Midak, biznesmen w branży nieruchomości i recyclingu. Nowi inwestorzy snuli wielkie wizje, ale niewiele z obietnic udało im się spełnić. W tym sezonie Arka popadła w problemy finansowe, a po 20 kolejkach zajmuje w ekstraklasie dopiero 13. lokatę z dorobkiem 21 punktów. Tyle samo ma plasująca się na pierwszym spadkowym miejscu Korona Kielce.

Kłopoty z frekwencją

Chociaż walka o czołowe miejsca w ekstraklasie jest w tym sezonie nad wyraz zacięta, a ostatnio po każdej kolejce dochodzi do zmiany lidera, nie przekłada się to na wyniki oglądalności. W 17. kolejce najlepsza frekwencja była na stadionie Legii, ale 14 tysięcy widzów to wynik znacznie gorszy od średniej na tym obiekcie.

W tym sezonie średnia widzów w naszej piłkarskiej ekstraklasie wynosi 9577 osób na mecz. Tylko w siedmiu spotkaniach zdarzyło się, że na trybunach było ponad 20 tysięcy kibiców. Rekord padł w meczu derbowym Wisły Kraków z Cracovią, który obejrzało 33 tys. widzów. Ale od tamtej pory zespół „Białej Gwiazdy” wciąż przegrywa i przez to traci sympatię fanów. W miniony weekend potyczka wiślaków z Lechią Gdańsk przyciągnęła na trybuny niewiele ponad 10 tysięcy kibiców. Ich poświęcenie poszło na marne, bo ekipa trenera Artura Skowronka przegrała 0:1 i została pożegnana solidną porcją gwizdów i wyzwisk.

Dla Wisły Kraków taka reakcja fanów to zły znak, bo do tej pory mimo fatalnych wyników krakowski klub mógł chociaż chwalić się wysoka frekwencją – pod tym względem zajmuje trzecią lokatę, za Lechem Poznań i Legi Warszawa. W tym sezonie mecze w Poznaniu oglądało średnio 18 071 widzów, na spotkania drugiej w zestawieniu Legii przychodziło średnio 17 150 kibiców. Dla klubu ze stolicy to porażka, bo w poprzednim sezonie miał najlepszą frekwencję w lidze ze średnią na mecz 17 609 widzów. Druga w tej rywalizacji Wisła Kraków zanotował średnią 16 135. W obecnym sezonie „Biała Gwiazda” zajmuje trzecią lokatę z wynikiem 16 235 osób na jedno spotkanie.

Na czwartym miejscu plasuje się przeżywający kryzys formy Górnik Zabrze, na którego domowe mecze przychodziło jednak średnio 15 376 fanów. Piątą lokatę zajmuje aktualny lider ekstraklasy Śląsk Wrocław ze średnią meczową 14 795, ale już w najbliższy weekend wrocławski klub może mocno poprawić ten wynik, bo będzie gościł u siebie zespół Legii, a stadion we Wrocławiu jak wiadomo może pomieści ponad 40 tysięcy widzów.

Kilka słabszych meczów zespołu Lechii Gdańsk natychmiast odbiło się na frekwencji na jej domowych meczach w tej chwili z średnią meczową 11 564 widzów gdański klub plasuje się w ekstraklasie dopiero na szóstej pozycji, chociaż dysponuje stadionem na 42 tysiące miejsc.

Siódma lokata przypadła Jagiellonii Białystok, ale średnia 10 944 widzów to podobnie jak ma to miejsce w przypadku Lechii jest efektem słabszej gry zespołu, który po 17. kolejce wypadł nawet z grupy mistrzowskiej. Względnie przyzwoitą frekwencją, tylko nieznacznie odbiegająca od średniej ligowej, mogą jeszcze pochwalić się Arka Gdynia (8619 widzów) oraz Cracovia (8458).
Najgorsze wyniki pod względem frekwencji notują jak na razie Korona Kielce (5588), Wisła Płock (5487), Łódzki Klub Sportowy (5267), Piast Gliwice (4697), Zagłębie Lubin (4120), Pogoń Szczecin (3812) i zamykający stawkę Raków Częstochowa (3104). Usprawiedliwić swoją obecność w tym gronie może bez trudu jedynie Pogoń, bo stadion w Szczecinie jest w fazie przebudowy i ma ograniczona liczbę miejsc. Zrozumiała jest też niska frekwencja na meczach Rakowa, bo zespół ten od początku sezonu z braku odpowiedniego stadionu w Częstochowie musi grać gościnnie w Bełchatowie. Dobrego alibi nie ma jedynie Piast, bo to przecież aktualny mistrz Polski.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia nadal liderem

Fot. Po 20 kolejkach najlepszym zespołem Lotto Ekstraklasy jest Lechia Gdańsk

 

 

Piłkarze Lotto Ekstraklasy przed świętami rozegrali ostatnią w tym roku, 20. serię spotkań. W roli lidera rozgrywek na przerwę zimową udała się ekipa Lechii Gdańsk, druga ze stratą trzech punktów jest Legia, na trzecią lokatę po trzech zwycięstwach z rzędu awansował Lech.

 

Pierwsze miejsce Lechii jest sporą niespodzianką. Przypomnijmy, że ten zespół w rundzie wiosennej poprzedniego sezonu walczył o utrzymanie w grupie spadkowej. Piotr Stokowiec przejął zespół 5 marca i zakończył rozgrywki na 13. pozycji. Co ciekawe, o jeden szczebel niżej znalazła się prowadzona przez Waldemara Fornalika drużyna Piasta Gliwice. W obecnym sezonie Lechia i Piast walczą z powodzeniem w górnej połówce tabeli, a w grupie spadkowej ich miejsca zajęły rewelacyjnie spisujące się w poprzednim sezonie zespoły Górnika Zabrze i Wisły Płock.

Z elity wypadła też drużyna Zagłębia Lubin, z której Stokowca zwolniono w listopadzie 2017 roku, a awansowała do niej Pogoń Szczecin, która na początku rozgrywek zaliczyła falstart i długo zajmowała miejsce w strefie spadkowej. Szefowie „Portowców” nie stracili jednak zaufania do niemieckiego trenera Kosty Runjaica i nie postąpili jak działacze Zagłębia Lubin wobec Stokowca. Ich cierpliwość została nagrodzona, bo zespół w końcu zaskoczył i zaczął zdobywać punkty, a po 20. kolejkach zajmuje piąte miejsce w tabeli.

Równie wielką cierpliwością wobec trenera Michała Probierza wykazał się właściciel Cracovii Janusz Filipiak, bo go nie zdymisjonował chociaż zespół długo szorował po dnie ligowej tabeli. W końcu „Pasy” zaczęły wygrywać i poszybowały w górę zajmując po 20. kolejkach dziewiątą lokatę, pierwszą w grupie spadkowej, ale tylko z dwupunktową stratą do ostatniej w grupie mistrzowskiej Wisły Kraków.

 

Wisła tonie w długach

Skoro już o Wiśle mowa, to końcówka roku w tym klubie jest wręcz dramatyczna. „Biała Gwiazda” tonie pod ciężarem długu sięgającego 40 mln złotych i zalega piłkarzom z wypłatami od lipca, co może skutkować tym, że w styczniu trenera Maciej Stolarczyk będzie miał w szatni pustki, bo wszyscy czołowi gracze rozwiążą kontrakty z winy klubu. Przed świętami akcje Wisły od Towarzystwa Sportowego Wisła odkupiły ponoć dwa zagraniczne fundusze inwestycyjne, ale transakcje zostanie sfinalizowana dopiero wówczas, jeśli do 28 grudnia wpłacą 12,2 mln złotych. Kibice „Białej Gwiazdy” czekają w napięciu, bo jeśli nieznane szerzej konsorcja Alelega, należąca do obywatel francuskiego kambodżańskiego pochodzenia Vanny Ly oraz Noble Capitall Partners będące własnością Szweda Matsa Hartlinga, nie wpłacą tych pieniędzy w ustalonym terminie, wtedy akcje wrócą do TS Wisła i 23-krotnych mistrzów Polski czeka nieuchronne bankructwo i degradacja do klasy okręgowej.

Skomplikowana sytuację wiślaków trafnie skomentował na Twitterze prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Zadłużenie Wisły we Włoszech nikogo by nie zdziwiło, rzecz absolutnie do wyprowadzenia. Zdziwiłoby Włochów i to mocno, że klub z taką tradycją i rangą jest (był) zarządzany przez totalnych dyletantów”. Pełniący obowiązki prezesa Wisły wspólnik Vany Ly i Matsa Hartlinga Adam Pietrowski zapewnia, że pieniądze zostaną przelane. Przyszli właściciele Wisły odbyli już rozmowy z prezydentem Krakowa Jackiem Majchrowski, a także spotkali się z Jakubem Błaszczykowskim, który deklaruje chęć powrotu do Wisły już w styczniu.

 

Kiepski poziom sportowy

O tym, że poziom sportowy naszej piłkarskiej ekstraklasy nie jest wysoki, świadczą najlepiej żenujące wyniki polskich zespołów w europejskich pucharach. Ale w starciach między sobą utrzymują przyzwoite statystyki. W 160 rozegranych dotąd meczach piłkarze strzelili 453 gole, co daje średnią 2,8 bramki na mecz. Z tego urobku 239 trafień zaliczyli gospodarze, a 214 goście.
Gospodarze częściej wygrywali(65 meczów) niż przegrywali (48) i remisowali (47). Ale najwyższą porażkę w obecnych rozgrywkach zaliczyła na swoim boisku drużyna Zagłębia Sosnowiec, przegrywając z odrodzonym pod wodza Adama Nawałki Lechem Poznań aż 0:6. Więcej bramek w jednym spotkaniu padło tylko w potyczkach Lecha z Wisłą Kraków i Wisły Kraków z Lechią (oba wygrane przez wiślaków po 5:2).

W 20 rozegranych dotąd kolejkach ligowych wystąpiło łącznie 394 piłkarzy, w tym 157 cudzoziemców. Średni wiek piłkarzy to 26 lat i 331 dni. Najwięcej graczy wystawiła do gry Legia Warszawa (30), Cracovia (29) i Lech Poznań (27), najmniej Korona Kielce (21), Wisła Płock (22) i Górnik Zabrze, Piast Gliwice i Wisła Kraków (po 23 zawodników).

Najskuteczniejszymi strzelcami po 20 kolejkach są obcokrajowcy – Portugalczyk Flavio Paixao (Lechia) i Hiszpan Igor Angulo (Górnik). Najlepszy z polskich piłkarzy jest Marcin Robak (Śląsk), który ma na koncie 11 trafień.

Najlepszą frekwencją na swoim stadionie może się pochwalić Legia Warszawa, której występy przy Łazienkowskiej oglądało średnio około 16 000 widzów. Druga w tym zestawieniu jest Lechia Gdańsk (14 500), trzecia krakowska Wisła (13 800), czwarty Górnik Zabrze (11 600), piąty Lech Poznań (11 500), szósta Jagiellonia Białystok (10 100). Najgorszą frekwencję miały Zagłębie Sosnowiec (3600), Piast Gliwice (4200), Wisła Płock (4200) i Cracovia (po 4700 widzów).

 

Lechia daleko od Lecha

Fot. W meczu na szczycie ekstraklasy Lechia Gdańsk pokonała Jagiellonię Białystok 3:2

 

 

W 16. kolejce były trzy hity. Lechia pokonała wicelidera Jagiellonię 3:2 i umocniła się na prowadzeniu. Porażkę białostocczan wykorzystała Legia, która wywiozła z Lubina komplet punktów i awansowała na drugą pozycję. A w Poznaniu rządy w Lechu objął Adam Nawałka.

 

Były selekcjoner reprezentacji Polski zaraz na przywitanie zaznaczył, że „to nie jest ten czas i ten dzień, żeby mówić o zdobywaniu trofeów”. Ożeż ty orzeszku – chciałoby się rzec. Jeśli nie teraz, na 21 kolejek przed końcem sezonu, gdy do zdobycia są jeszcze 63 punkty, no to kiedy? Nawałka może teraz mówić, co mu ślina na język przyniesie, bo od właścicieli Lecha, kibiców tej drużyny oraz dziennikarzy były selekcjoner naszej reprezentacji dostał ogromny kredyt zaufania. Niemal tak samo duży, jak zakres przyznanej mu w klubie władzy.

„Praca w reprezentacji ma zupełnie inny profil. Mało jest czasu na pracę organiczną. Chcemy rozwijać piłkarzy i skupić się też na rozwoju zawodników z klubowej akademii. Na dzisiejszy trening zaprosiłem pięciu młodych zawodników, żeby wzięli udział w zajęciach teoretycznych i treningu. Chcę się im przyjrzeć, bo zawsze dla mnie wyzwaniem było wprowadzenie młodych zawodników do drużyny i tutaj chcę ten kierunek kontynuować” – przekonywał Nawałka, który został dokooptowany do składu tzw. komitetu transferowego, na dodatek z prawem weta. „Jeśli jakiś piłkarz mu sie nie spodoba, to nie zostanie sprawdzony” – zapewniał dyrektor sportowy Lech Tomasz Rząsa.

Przybyłych na prezentacje nowego trenera „Kolejorza” dziennikarzy bardziej jednak interesowała kwestia, czy Nawałce postawiono za cel walkę o mistrzostwo Polski już w tym sezonie. „To nie jest odpowiedni czas, żeby mówić o trofeach. Chcemy się skupić na najbliższym meczu. Taka będzie nasza strategia. Pamiętamy jednak, że Lech zawsze gra o trofea i z tym nie dyskutujemy” – odpowiedział nowy szkoleniowiec lechitów.

 

W Poznaniu chcą sukcesu od zaraz

Problem w tym, że wszyscy oczekują, że pod wodza Nawałki lechici od razu zaczną zmiatać rywali z boiska. Pierwsi z potęga trenerskiego geniuszu byłego selekcjonera zmierzą się piłkarze Cracovii, którzy podejmą drużynę Lecha na własnym stadionie 2 grudnia. Poznaniacy będą już wtedy znać wyniki spotkań Lechii (zagra 30 listopada na wyjeździe ze Śląskiem) i wicelidera Legii Warszawa (podejmie 1 grudnia Koronę Kielce) oraz trzeciej w tabeli Jagiellonii, która także 30 listopada zmierzy się u siebie z Arką Gdynia. I tak naprawdę to wynik tego spotkania będzie chyba Nawałkę najbardziej interesował, bowiem gdynianie otwierają tabelę grupy spadkowej, a Lech jest w ogonie grupy mistrzowskiej, ale dzieli ich różnica zaledwie jednego punktu. Możliwy jest zatem scenariusz, że w razie niekorzystnego wyniku z Cracovią i wygranej Arki w Białymstoku były selekcjoner zacznie swoja ponowną przygodę z ekstraklasą od zjazdu do grupy spadkowej. Byłby to potężny cios wizerunkowy, więc co by Nawałka nie mówił, już od początku będzie poddany potężnej presji. W Poznaniu nikt nie będzie chciał czekać na sukcesy.

Ostatnio w mediach głośno było o planach powrotu Jakuba Błaszczykowskiego do Wisły Kraków, z której w 2007 roku wykupiła go Borussia Dortmund. Dla 105-krotnego reprezentanta Polski byłaby to szansa na regularną grę i być może odbudowanie podupadłej w VfL Wolfsburg kariery. Sprawa nie jest jednak taka prosta, bo „Biała Gwiazda” w ostatnich tygodniach stoczyła się na skraj przepaści i klubowi grozi nawet upadek. Powrót Błaszczykowskiego byłby z pewnością wielkim wydarzeniem nie tylko dla Wisły, ale też całej ekstraklasy. Rzecz w tym, że w tej chwili chyba nikt na Reymonta 22 w Krakowie nie ma pojęcia, co się stanie z wiślakami w przyszłym roku. Działacze szukają rozpaczliwie chętnego na wykupienie klubu, ale nie jest to łatwe ze względu na ciążące na nim długi.

 

Wiśle grozi upadek na dno

W kasie brakuje ośmiu milionów złotych żeby dokończyć obecny sezon, a piłkarze już od trzech miesięcy nie otrzymują wynagrodzeń, co daje im prawo do składania wniosków o rozwiązanie kontraktów z winy klubu. Na razie tego nie robią, bo jak twierdzi na łamach katowickiego „Sportu” świetnie zorientowany w wiślackich realiach Mateusz Miga, zawodnicy zawarli porozumienie, że będą do dyspozycji trenera Macieja Stolarczyka we wszystkich meczach jakie zostały Wiśle do rozegrania w tym roku. Wiadomo jednak, że rozglądają się już jednak za innymi pracodawcami. Jeśli nic się nie zmieni, jest przesądzone, że Wiusła nie otrzyma licencji na przyszły sezon i będzie musiała wycofać się z rozgrywek i wyląduje w IV lidze.

Możliwość ściągnięcia Błaszczykowskiego do Wisły już w przerwie zimowej to niezły argument w negocjacjach z potencjalnymi nabywcami akcji krakowskiego klubu. Ten piłkarz mimo gorszego okresu w karierze wciąż może wnieść wielki potencjał sportowy i marketingowy. Błaszczykowski ma co prawda kontrakt z VfL Wolfsburg ważny do czerwca 2019 roku, ale jego transferowa wartość szacowana jest przez branżowy niemiecki portal „Transfermarkt” ledwie na milion euro. Niemiecki klub musi wydawać więcej na roczne wynagrodzenie dla Błaszczykowskiego, więc z pewnością chętnie zgodziłby się na jego odejście nawet bez kwoty odstępnego, ale też bez konieczności płacenia mu jakiegokolwiek wynagrodzenia.

W piłkarskim biznesie nikt nie kieruje się sentymentami, Błaszczykowski także, więc mimo deklarowanego przywiązania do Wisły może wybrać finansowo korzystniejszą dla siebie opcję.