Raków z Pucharem Polski

W rozegranym 1 maja w Lublinie finale Pucharu Polski Raków Częstochowa pokonał Arkę Gdynia 2:1 i po raz pierwszy w historii zdobył to trofeum. Zwycięstwo zapewniło drużynie trenera Marka Papszuna prawo gry w europejskich pucharach, dzięki czemu w tych rozgrywkach będzie mógł wystąpić czwarty zespół PKO Ekstraklasy.

Zespół Rakowa był faworytem finałowej potyczki o Puchar Polski. Częstochowianie przystępowali do meczu z pierwszoligową Arką Gdynia nakręceni serią 12 meczów z rzędu bez porażki, na dodatek bez dodatkowej presji, bo wcześniej zapewnili sobie miejsce na podium rywalizacji o mistrzostwo ekstraklasy i prawo gry w nowej edycji europejskich pucharów. Ale podopieczni trenera Marka Papszuna, podobnie jak i on sam, bardzo chcieli wywalczyć pierwsze znaczące trofeum dla Rakowa w roku obchodów stulecia założenia klubu. Przeciwnik, chociaż pierwszoligowy, do łatwych jednak nie należał, bo przecież Arka to ubiegłoroczny spadkowicz z ekstraklasy wciąż mający szanse na odzyskanie miejsca w klubowej elicie już po tym sezonie. Poza tym w gdyńskim klubie wciąż żywa jest pamięć triumfu w Pucharze Polski sprzed czterech lat, kiedy to na Stadionie Narodowym Arka wygrała z Lechem Poznań 2:1. Ale poza zwycięstwem w finale sezonu 2016/2017, byli też finalistami edycji 2017/2018, a w sezonach 201/12 i 2013/14 dochodzili do półfinału. Jeśli do tego doliczy się zdobycie pucharu w sezonie 1981/82, to ekipa Arki pod względem osiągnięć i doświadczenia w rozgrywkach Pucharu Polski przebijała Raków o kilka długości.
Na boisku w Lublinie od pierwszego gwizdka sędziego rządzili jednak ludzie trenera Papszuna, ale do przerwy strzeleckie szczęście nie było po ich stronie, a po zmianie stron na dodatek pierwsze uśmiechnęło się do zespołu Arki, która zdobyła nieoczekiwanie bramkę przez zupełny przypadek. Dość powiedzieć, że kopnięta w kierunku bramki Rakowa przez Mateusza Żebrowskiego piłka przelobowała zaskoczonego bramkarza częstochowian Dominika Holeca, a trzeba podkreślić, że była to 56. minuta gry i dopiero pierwszy w ogóle strzał ekipy Arki na bramkę rywali.
Zespół Rakowa potrzebował trochę czasu, żeby uporządkować szyki, a gdy to już zrobił, znów wziął się ostro do pracy. W 82. minucie w końcu ich wysiłki przyniosły efekt. Hiszpan Ivi Lopez mocnym strzałem z powietrza pokonał bramkarza Arki i doprowadził do wyrównania, a tuż przez końcem regulaminowego czasu gry przeprowadził rajd, podał na prawe skrzydło do Daniela Szelągowskiego, który z kolei odegrał piłkę do wbiegającego w pole karne Davida Tijanicia, zaś Słoweniec wpakował ją do bramki gdynian. I tak Raków jak najbardziej zasłużenie pokonał Arkę 2:1 i zdobył Puchar Polski. Dzięki temu w Lidze Konferencji Europy zagra w kwalifikacjach dopiero od drugiej rundy. Będzie to debiut częstochowskiego klubu w europejskich pucharach, ale też szansa na zarobienie dodatkowych pieniędzy. Każda kwota będzie w budżecie Rakowa wartością dodaną. Podobnie jak premia finansowa za zdobycie Pucharu Polski, wynosząca pięć milionów złotych. Pokonana w finale Arka otrzyma tylko 760 tys. złotych. Pokonane w półfinałach zespoły Cracovii i Piasta Gliwice otrzymają po 380 tys. złotych, a ćwierćfinaliści – Lech Poznań, Legia Warszawa, Puszcza Niepołomice i Chojniczanka Chojnice – po 190 tys. złotych.
Budżet Rakowa wynosi 34 mln złotych i pod względem wielkości jest siódmym w naszej ekstraklasie. Najwyższym chwali się Legia (110 mln zł), najniższym Warta Poznań (12 mln zł). Ale na dwie kolejki przez zakończeniem rozgrywek najbardziej zagrożone spadkiem z ekstraklasy jest Podbeskidzie z budżetem 21 mln złotych. „Górale” w 28. kolejce przegrali w Gliwicach z Piastem 0:2 i chyba już na trwałe utknęli na ostatnim miejscu w tabeli, jedynym w tym sezonie zagrożonym degradacją. Trzymająca od wielu tygodni czerwoną latarnię Stal Mielec w trzech ostatnich meczach zdobyła siedem punktów, remisując z Jagiellonią 3:3 oraz pokonując Pogoń 1:0 i Lecha 2:1. A mielczanie mają jeszcze w zapasie zaległe spotkanie z Rakowem, więc sytuacja Podbeskidzia nie rysuje się najlepiej, bo ma przed sobą jeszcze u siebie „mecz za sześć punktów” z Wisłą Płock, który musi wygrać żeby w ostatnim spotkaniu tego sezonu miał jeszcze po co jechać do Warszawy na spotkanie z Legią.

W finale Pucharu Polski Raków zagra z Arką

W półfinałowych meczach piłkarskiego Pucharu Polski pierwszoligowa Arka Gdynia podejmowała Piasta Gliwice, a broniąca trofeum Cracovia zmierzyła się u siebie z Rakowem Częstochowa. Świetnie spisujący się w ekstraklasie gliwiczanie sensacyjnie przegrali w Gdyni po rzutach karnych (0:0, pd. 0:0, k. 3-4), natomiast ekipa „Pasów” nie sprostała częstochowianom i przegrała z nimi 1:2. 2 maja w Lublinie o Puchar Polski zagrają więc Raków i Arka.

Dla ekipy Rakowa w jego stuletniej historii będzie to dopiero drugi występ w finale Pucharu Polski. Wcześniej częstochowianie zaszli tak daleko w „turnieju tysiąca drużyn” w sezonie 1966/1967, a ponadto jeszcze dwukrotnie udało im się dotrzeć do fazy półfinałowej – w sezonie 1971/1972 i 2018/2019. Ale w klubowej gablocie na trofea miejsce na pamiątkową replikę Pucharu Polski wciąż czeka na zapełnienie. Być może drużynie Rakowa uda się osiągnąć ten cel 2 maja na stadionie w Lublinie. Podopieczni trenera Marka Papszuna na pewno będą faworytami w finałowym spotkaniu z Arką, lecz lekceważyć gdyńskiego zespołu nie powinni, bo jeśli idzie o dorobek w pucharowych rozgrywkach to bije on częstochowian na głowę. Dla przypomnienia – Arka już dwukrotnie zdobywała Puchar Polski, po raz ostatni całkiem niedawno, bo w sezonie 2016/2017, a wcześniej w 1979 roku, zaś w rozgrywkach 2017/2018 dotarła do finału. Ma też na koncie dwa Superpuchary Polski (2017 i 2018).
Ekipy Arki i Cracovii zastosowały w półfinałowych starciach z silniejszymi przeciwnikami podobną strategię, czyli grały na remis i rozstrzygnięcie w konkursie rzutów karnych. Gdynianom ten pomysł przyniósł sukces, na jaki nie mieli prawa liczyć w starciu z niepokonanym w 11 meczach z rzędu Piastem, który w drodze do półfinału Pucharu Polski wyeliminował Legię i Pogoń. Natomiast Arka jako zespół pierwszoligowy w drodze do półfinału dziwnym zrządzeniem losu nie musiała mierzyć się z żadnym z zespołów ekstraklasy. Jej przeciwnikami byli drugoligowy Górnik Polkowice (5:0) oraz pierwszoligowe Korona Kielce (2:0), Górnik Łęczna (2:1) i Puszcza Niepołomice (5:2).
Trener Papszun nie zamierzał w meczu z Cracovią dopuścić do karnych. Prowadzenie dla Rakowa wywalczył reprezentant Polski Kamil Piątkowski, po którego znakomitej akcji i podaniu pięknego gola „szczupakiem” strzelił Jakub Arak. Ten wynik utrzymał się aż do 87. minuty, gdy wyrównującą bramkę zdobył Matej Rodin. Do dogrywki i ewentualnych „jedenastek” jednak nie doszło, bo w 89. minucie bramkarza „Pasów” pokonał gracz, który w 64. minucie zmienił Araka –Vladislavs Gutkovskis.
Zanim sędzia odgwizdał koniec spotkania łotewski napastnik zdążył jeszcze zmarnować sytuację sam na sam z bramkarzem, a zmiennik Wdowiaka Ivi Lopez trafił w słupek. Cracovia tylu okazji do strzelenia gola nie miała i odpadła z Pucharu Polski jak najbardziej słusznie, bo Raków to obecnie zdecydowanie lepszy od niej zespół.

Turniej WTA w Polsce

W lipcu tego roku w Gdyni odbędzie się kobiecy turniej rangi WTA 250. To będzie największa tenisowa impreza w naszym kraju. Organizuje ją firma Tennis Consulting, której prezesem jest Tomasz Świątek, ojciec Igi.

Impreza z głównego cyklu kobiecego turniejów WTA wraca na polskie wybrzeże po ponad dziesięcioletniej przerwie. Pula nagród w tegorocznym turnieju wyniesie 235 tysięcy dolarów. „Chcemy stworzyć wydarzenie, które stanie się silną marką w świecie sportu i przyciągnie do Polski gwiazdy tenisa. Zważywszy na globalny zasięg dyscypliny, mam nadzieję, że turniej w Gdyni będzie też świetną promocją naszego kraju za granicą” – mówi Tomasz Świątek.
Turniej odbędzie się na kortach Klubu Tenisowego Arka, który w przeszłości gościł już mecze polskich drużyn w Pucharze Davisa i Pucharze Federacji. Obiekt ma atrakcyjną lokalizację nad samym morzem, ale w niewielkiej odległości od centrum miasta. Turnieje pod szyldem Women’s Tennis Association są transmitowane do ponad 150 krajów. Dyrektorem gdyńskiej imprezy będzie nasz znakomity do niedawna deblista Marcin Matkowski, finalista wielkoszlemowego US Open i French Open.

Spadkowicze rządzą na zapleczu

Nowy sezon rozpoczęły też zespoły z bezpośredniego zaplecza ekstraklasy, czyli I i II ligi . W pierwszej lidze od wysokich zwycięstw po 4:0 zaczęli zmagania spadkowicze z najwyższej klasy rozgrywkowej, czyli Arka Gdynia i ŁKS Łódź, natomiast dla porównania beniaminek Widzew Łódź „na dzień dobry” z nową ligą dostał na wyjeździe lanie od Radomiaka Radom, przegrywając z nim aż 1:4.

Radomianie przegrali z Wartą Poznań baraż o awans do ekstraklasy, lecz gdyby to oni okazali się lepsi, w tym sezonie podejmowaliby rywali w Warszawie na stadionie Legii, ponieważ ich radomski obiekt wciąż jest w fazie przebudowy i nie spełnia wymogów licencyjnych nawet na I ligę. Z tego powodu ekipa Radomiaka mecz z Widzewem Łódź rozegrała gościnnie na stadionie Znicza Pruszków. Spotkanie zaczęło się dla gospodarzy niefortunnie, bo już w 4. minucie gola strzelił im najskuteczniejszy gracz łódzkiej jedenastki w poprzednim sezonie, Marcin Robak, ale też w przeszłości dwukrotny król strzelców naszej ekstraklasy. To było już jednak wszystko, na co radomianie pozwolili beniaminkowi, bo po przewie złoili mu skórę wbijając cztery gole.
Piłkarze Arki Gdynia spadli do I ligi po czterech sezonach występów w ekstraklasie, więc trochę zapomnieli jak to jest grać o szczebel niżej. A tu jeszcze na początek trafił im się mecz z GKS Jastrzębie w… Wodzisławiu Śląskim, na dodatek bez udziału publiczności. Potyczka bardziej przypominała więc sparing przed sezonem niż prawdziwy mecz o punkty, wynik 4:0 liczy się jednak do ligowej statystyki, ale czy jest zapowiedzią wywalczenia przez gdynian awansu już po tym sezonie, na razie chyba jest za wcześnie przesądzać. Taką samą uwagą można też skomentować zwycięstwo 4:0 ŁKS Łódź z Odrą Opole, bo zarówno opolanie, jak i jastrzębianie w poprzednim sezonie do końca musieli walczyć o uniknięcie spadku z I ligi i w tym sezonie czeka ich ten sam los. Trudniejsze zadanie miał w swoim meczu otwarcia trzeci ze spadkowiczów, Korona Kielce, która z trudem wywiozła jeden punkt z Głogowa.
Wyniki 1. kolejki:
Radomiak – Widzew 4:1, GKS Jastrzębie – Arka Gdynia 0:4, Puszcza Niepołomice – Resovia Rzeszów 0:3, Górnik Łęczna – GKS Bełchatów 3:0, Miedź Legnica – Sandecja Nowy Sącz 3:1, Bruk-Bet Termalica Nieciecza – Zagłębie Sosnowiec 1:0, GKS Tychy – Stomil Olsztyn 0:0, Odra Opole – ŁKS Łódź 0:4, Chrobry Głogów – Korona Kielce 1:1.

48 godzin sport

US Open bez Simony Halep
Wiceliderka rankingu WTA Simona Halep zrezygnowała z występu w wielkoszlemowym US Open. Rumunka jest szóstą tenisistką z Top 10 światowej listy, która z powodu pandemii koronawirusa odpuściła start w Nowym Jorku. Halep w miniona niedziele wygrała turniej w Pradze. Był to jej 21 triumf w zawodach cyklu WTA. W najnowszym notowaniu rankingu Rumunka pozostała jednak na drugim miejscu. Pozycje liderki utrzymała Australijka Ashleigh Barty. Z Polek awans zaliczyły Magda Linette (z 36. na 35. miejsce) i Magdalena Fręch (ze 174. ma 158.), natomiast o jedno miejsce na 51. pozycję osunęła się Iga Świątek.

Kownacki złapał wirusa
Dawid Kownacki uzyskał pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa SARS-CoV-2. 23-letni reprezentant Polski jest zawodnikiem drugoligowej Fortuny Duesseldorf. Cała ekipa niemieckiego klubu została poddana kwarantannie.

Rywalki Arki w Eurolidze
W wyniku losowania przeprowadzonego w miniony poniedziałek w siedzibie FIBA Europe w Monachium, koszykarki Arki Gdynia w nowym sezonie Euroligi rywalizować będą w grupie A z zespołami Fenerbahce Stambuł, USK ZVVZ Praga, Dynamo Kursk, Nadieżdy Orenburg, Perfumerias Avenida Salamanka, LDLC Asvel Feminin Lyon oraz lepszym z pary DVTK Miszkolc/Izmit Belediyespor. Natomiast do grupy B trafiły ekipy Bourges Basket, UMMC Jekaterynburg, TTT Ryga, Galatasaray Stambuł, Basket Landes, Sopron Basket, Famila Schio oraz lepszy z pary SPAR Girona/ACS Sepsi. O terminie rozpoczęcia rywalizacji zarząd FIBA Europe zdecyduje 1 września.

Nie będzie biegania w Krakowie
Z uwagi na pandemię koronawirusa oraz wynikające z tego faktu regulacje władz państwowych i sanitarnych nie odbędą się w tym roku tradycyjne krakowskie imprezy biegowe – 19. Cracovia Maraton (przełożony na 25 kwietnia 2021 roku), 7. Cracovia Półmaraton Królewski (przełożony na 3 października 2021) i 14. Bieg Trzech Kopców (przełożony na 17 października 2021).

Kompany zakończył karierę
Belgijski piłkarz Vincent Kompany w wieku 34 lat ogłosił zakończenie sportowej kariery. Największe sukcesy odnosił jako zawodnik Manchesteru City, do którego trafił w 2008 roku z Hamburgera SV za 8,5 mln euro. W angielskim klubie występował z powodzeniem przez 11 lat, zdobywając w jego barwach cztery mistrzostwa Anglii, czterokrotnie Puchar Ligi i dwukrotnie Puchar Anglii. Latem ubiegłego roku odszedł z Manchesteru City wrócił do Anderlechtu Bruksela, którego jest wychowankiem. Przez rok był w tym klubie grającym asystentem trenera Frankiego Vercauterena, ale tego lata przejął po nim obowiązki pierwszego trenera i postanowił poświęcić się całkowicie pracy szkoleniowej. Kompany rozegrał w reprezentacji Belgii 89 meczów i strzelił cztery gole, zdobywając z nią w 2018 roku na mundialu w Rosji brązowy medal.

Liga na dwanaście zespołów

Zakończył się proces licencyjny w ekstraklasie koszykarek. Mimo wycofania się z rozgrywek Wisły Kraków i Widzewa Łódź, w Energa Basket Lidze Kobiet w nowym sezonie o mistrzostwo Polski powalczy jednak 12 zespołów. Procesu licencyjnego nie przeszły dwie wielkie marki w polskiej kobiecej koszykówce – Wisła Kraków i Widzew Łódź.

Sensacją była rezygnacja Wisły Kraków, bo to najbardziej utytułowana drużyna w kobiecej ekstraklasie koszykarskiej. Wiślaczki mają na koncie m.in. 25 tytułów mistrzyń Polski, 11 tytułów wicemistrzowskich oraz 13 triumfów w Pucharze Polski. Krakowski klub z powodu kłopotów finansowych, wywołanych wycofaniem się z dalszej współpracy przez wieloletniego sponsora formę Can-Pack, po fiasku rozmów z innymi sponsorami w ogóle nie przystąpił do procesu licencyjnego. Natomiast działacze łódzkiego klubu walczyli o możliwość gry w ekstraklasie do końca, ale gdy po awansie piłkarzy do I ligi priorytety w Widzewie uległy zmianie, nie mogli już dać gwarancji, że klub będzie miał dość środków na funkcjonowanie sekcji koszykarskiej.
Życie nie zna jednak próżni i w miejsce tych dwóch zespołów do EBLK dołączyły ekipy CTL Zagłębia Sosnowiec oraz druga drużyna aktualnych mistrzyń Polski, GTK Arka Gdynia. Tym samym w nadchodzących rozgrywkach rywalizować będą w sumie aż cztery zespoły z Trójmiasta.
W zakończonym w marcu sezonie 2019/2020 najlepsza okazała się drużyna Arki Gdynia, dla której był to dwunasty mistrzowski tytuł w historii (poprzednio gdyński klub zdobywał je w latach 1996, 1998, 1999, 2000, 2001, 2002, 2003, 2004, 2005, 2009 i 2010). Drugie miejsce na podium wywalczyła ekipa Artego Bydgoszcz, a trzecie PolskaStrefaInwestycji Enea AZS AJP Gorzów.
W sezonie 2020/2021, który ma wystartować w pierwszy weekend października, w EBLK rywalizować będą: Ślęza Wrocław (mistrzynie Polski z 1987 i 2017), AZS Uniwersytet Gdański, CCC Polkowice (MP 2013, 2018, 2019), CTL Zagłębie Sosnowiec, Enea AZS Poznań (MP 1978), Energa Toruń, GTK Arka Gdynia, VBW Arka Gdynia, KS Basket 25 Bydgoszcz, Politechnika Gdańska, Enea AZS AJP Gorzów Wielkopolski, Pszczółka Polski Cukier AZS UMCS Lublin.

To już koniec sezonu

Najdziwniejszy sezon w historii, przerwany w marcu przez pandemię koronawirusa, ostatecznie został szczęśliwie dokończony bez większych sportowych sensacji. Mistrzem został zespół Legii, jak zawsze typowany na faworyta rozgrywek, a z ligi spadły zespoły, którym taki los wieszczono jeszcze przed rozpoczęciem sezonu.

Jeśli coś jeszcze wyróżnia ten sezon od poprzednich, to niewielka stosunkowo liczba trenerskich dymisji. W trakcie sezonu praktycznie każdy zespół przeżywał gorsze momenty, jakieś serie spotkań bez zwycięstwa czy bolesne porażki, ale w Legii, Lechu, Piaście, Śląsku, Lechii, Cracovii i Pogoni władze zachowywały spokój i nie dymisjonowały szkoleniowców. W grupie mistrzowskiej jedynie Jagiellonia dokonała wymiany trenera, zastępując w grudniu ubiegłego roku Ireneusza Mamrota Bułgarem Iwaiło Petewem. Natomiast Aleksandar Vuković (Legia), Dariusz Żuraw (Lech), Waldemar Fornalik (Piast), Vitezslav Lavicka (Śląsk), Michał Probierz (Cracovia) i Kosta Runjaić (Pogoń) mimo trudnych momentów zachowali posady.
O tym, że takie rozsądne podejście popłaca, świadczy też układ sił w grupie spadkowej. Nieprzypadkowo pierwsze miejsce zajął w niej Górnik Zabrze, prowadzony od czerwca 2016 roku przez Marcina Brosza, a tuż za nim uplasował się beniaminek ekstraklasy Raków Częstochowa, trenowany od kwietnia 2016 roku przez Marka Papszuna. Trzecie w tej grupie Zagłębie Lubin dokonało zmiany szkoleniowca we wrześniu ubiegłego roku, zastępując Holendra Bena van Daela Słowakiem Martinem Sevelą, ale chociaż słowacki trener nie spełnił oczekiwań szefów klubu i nie zakwalifikował się do grupy mistrzowskiej, Savelę w ekipie „Miedziowych” nagrodzono przedłużeniem kontraktu. Wisła Płock tuż po rozpoczęciu obecnego sezonu musiała zmienić trenera przymusowo, gdy Leszek Ojrzyński z przyczyn rodzinnych poprosił o rozwiązanie kontraktu. Ale zatrudniony w jego miejsce Radosław Sobolewski miał spokój i komfort pracy. Podobnie sytuacja wyglądała w Wiśle Kraków, w której co prawda w połowie listopada zwolniono trenera Macieja Stolarczyka, lecz jego następcy, Arturowi Skowronkowi, władze klubu zaufały na tyle, że nawet jak zespołowi zagroziło widmo degradacji, nawet w plotkach nie pojawił się temat dymisji. Najgorzej pod tym względem wyglądała sytuacja w ekipach spadkowiczów. ŁKS Łódź na początku maja tego roku niespodziewanie zwolnił Kazimierza Moskala, zastępując go Wojciechem Stawowym, co nie przyniosło żadnego pozytywnego efektu. Koronę Kielce w minionym sezonie prowadziło aż czterech szkoleniowców. Upadek Korony to wina fatalnego zarządzania klubem. Z tego też powodu z ekstraklasą pożegnała się także gdyńska Arka. Warto odnotować, że oba te kluby są pod kontrolą piłkarskich agentów.
Ten sezon był więc mimo nietypowych okoliczności całkiem normalny, a teraz czeka nas inna norma – exodus wybijających się zawodników. Z Lecha np. odejdzie król strzelców ekstraklasy Christian Gytkjaer. Duńczyk dostał oferty, które zdecydowanie przebiły możliwości finansowe poznańskiego klubu. Z Górnika z tego samego powodu odchodzi po czterech latach inny wybitny snajper, Hiszpan Igor Angulo, z kolei z do odlotu z Piasta szykuje się jego rodak Jorge Felix. Legia już zimą oddała do AS Monaco bramkarza Radosława Majeckiego, a teraz wystawia na sprzedaż jeszcze utalentowanego nastolatka Michała Karbownika. Do nowego sezonu żaden z zespołów ekstraklasy nie przystąpi więc w składzie, w jakim zakończył obecne rozgrywki.

Na dole wszystko jasne

Zwycięstwo Wisły Płock 1:0 z Górnikiem Zabrze zapewniło „Nafciarzom” utrzymanie w ekstraklasie. Tym samym na trzy kolejki przed zakończeniem rozgrywek wyłoniono wszystkich spadkowiczów, co po raz ostatni zdarzyło się 26 lat temu. Z PKO Ekstraklasą co najmniej na jeden sezon żegnają się Arka Grynia, Korona Kielce i ŁKS Łódź.

W piątek spod topora uciekła krakowska Wisła, która na wyjeździe wygrała z już wcześniej zdegradowanym ŁKS Łódź 2:1 i zapewniła sobie utrzymanie w ekstraklasie. Tego samego dnia Arka Gdynia zremisował w Kielcach z Koroną 1:1 i tym rezultatem definitywnie pozbawiła kielecki zespół szans na utrzymanie. Gdynianie też już byli w beznadziejnej sytuacji, ale mieli jeszcze matematyczne szanse na wyprzedzenie Wisły Płock. „Nafciarze musieliby jednak przegrać wszystkie mecze do końca rozgrywek, co wydawało się mało prawdopodobne, zaś Arka wszystkie wygrać, co było dla tej drużyny zadaniem niewykonalnym.
W poniedziałek sprawa definitywnie się wyjaśniła, bo płocczanie zwyciężyli na własnym stadionie Górnik Zabrze 1:0 i tym wynikiem sprawili, że Arka Gdynia podzieliła los Korony i ŁKS-u. Tak wcześnie komplet spadkowiczów wyłoniono 26 lat temu, w sezonie 1993/1994, kiedy to z ekstraklasą pożegnały się zespoły Wisły Kraków, Polonii Warszawa, Siarki Tarnobrzeg i Zawiszy Bydgoszcz.
Z trójki tegorocznych spadkowiczów najkrócej z występów w ekstraklasie cieszyli się piłkarze beniaminka ŁKS Łódź. Dla tego klubu nie będzie to wielką tragedią, bo ma solidne zaplecze sponsorskie, wiernych kibiców, a władze miasta dotrzymują zobowiązań z budową nowego stadionu, który w przyszłym roku ma zostać w całości oddany do użytku. Niewykluczone zatem, że po roku pobytu w I lidze ełkaesiacy ponownie zawitają na boiskach ekstraklasy.
Arka Gdynia spadła po czterech sezonach występów w PKO Ekstraklasie. Najlepszy z nich w jej wykonaniu był pierwszy, 2016/2017, kiedy to „żółto-niebiescy” nie tylko bez problemu utrzymali się w lidze, a sensacyjnie zdobyli też Puchar Polski po wygranej w finale z Lechem Poznań 2:1. Gdynianie dzięki temu w następnym sezonie zagrali w kwalifikacjach Ligi Europy i nie przynieśli wstydu, ale odpadli po wyrównanej walce z przeciętnym duńskim zespołem FC Midtjylland. Latem 2017 roku klub zmienił właściciela przechodząc pod zarząd rodziny Midaków.
W maju 2018 roku zespół ponownie awansował do finału Pucharu Polski, ale nie sprostał Legii Warszawa i przegrał 1:2. Nowi właściciele uznali ten wynik za porażke i zwolnili trenera Leszka Ojrzyńskiego, zastępując go Zbigniewem Smółką. Nowy szkoleniowiec nie poradził sobie z wyzwaniem i po serii 13 meczów bez wygranej został zwolniony.
Zatrudniony w jego miejsce Jacek Zieliński zdołał jakimś cudem utrzymać drużynę w ekstraklasie, ale postępującego kryzysu już nie udało się zahamować. Jego apogeum było ogłoszenie na początku roku 2020 decyzji prezydenta Gdyni o zaprzestaniu finansowego wspierania Arki z budżetu miasta.
Rodzina Midaków w końcu wycofała się z Arki oddając po wybuchu pandemii swoje udziały w ręce agenta piłkarskiego Jarosława Kołakowskiego, który posadę trenera powierzył znanemu z pracy w Jagiellonii Białystok Ireneuszowi Mamrotowi. Po restarcie rozgrywek zespół grał wprawdzie znacznie lepiej, nie na tyle jednak, żeby odrobić straty i wybronić się przed degradacją. Dalsze losy klubu w dużej mierze zależą teraz od hojności władz miejskich Gdyni.
Najdłużej z tercetu spadkowiczów grała w ekstraklasie Korona, bo z roczną przerwą na karną degradację za udział w futbolowej korupcji od sezonu 2005/2006. W 2017 roku 72 procent akcji kieleckiego klubu wykupił za niewielka kwotę słynny przed laty niemiecki bramkarz Dieter Burdenski (pozostałe 28 procent zachowało miasto), ale 30 października 2018 roku odsprzedał je niemieckiej spółce „Korona Investment GmbH”, na czele której stoi Andreas Hundsdoerfer, który został nowym właścicielem klubu. Czy będzie nim nadal po spadku z ekstraklasy, przekonamy się niebawem.

Lechici zatrzymali Legię

Zespół Legii już w 33. kolejce mógł przyklepać mistrzowski tytuł, ale przeszkodził mu w tym Piast Gliwice, zaś w miniony weekend koronację odwlekli gracze Lecha Poznań, pokonując u siebie legionistów 2:1. Rozstrzygnęła się natomiast rywalizacja w strefie spadkowej – z ligi spadają ŁKS Łódź, Korona Kielce i Arka Gdynia.

Dwa lata temu Legia świętowała zdobycie mistrzostwa Polski na stadionie w Poznaniu, w obecnej edycji ten scenariusz się jednak nie powtórzył. Ekipa „Kolejorza”, która w fazie zasadniczej sezonu przegrała oba spotkania z legionistami (w Warszawie 1:2 i u siebie 0:1), tym razem stawiła liderowi ekstraklasy twardy opór i wygrała 2:1 po trafieniach młodzieżowców – 22-letniego Kamila Jóźwiaka i 18-letniego Jakuba Kamińskiego. Dla stołecznej drużyny gola strzelił 35-letni Igor Lewczuk. To był rzadki przypadek w naszej lidze, że wszystkie bramki w spotkaniu zdobyli polscy piłkarze. Dla przeciwwagi – w wygranym przez Cracovię 3:0 wyjazdowym meczu z Lechią Gdańsk wszystkie gole strzelili obcokrajowcy, którzy w kadrze tego krakowskiego klubu mają miażdżącą przewagę liczebną nad rodzimymi graczami.
Gdyby Legia w Poznaniu zdobyła choćby tylko jeden punkt, mogłaby już świętować mistrzostwo Polski. Spotkanie wyglądało zupełnie inaczej niż to miesiąc temu, gdy Legia dość szybko zdobyła bramkę i spokojnie czekała na rywala na swojej połowie. Tym razem role się odwróciły, bo słabo grający w defensywie warszawianie stracili dwa gole i to oni musieli po przerwie gonić wynik. Ale chociaż zagrali dużo lepiej, starczyło to tylko na zdobycie jednej bramki. Gracze „Kolejorza” na więcej legionistom nie pozwolili i dowieźli korzystny wynik do końcowego gwizdka, dzięki czemu nie musieli oglądać mistrzowskiej fiesty w wykonaniu rywali. Co się odwlecze, to nie uciecze, bo w najbliższy weekend Legia może przyklepać tytuł na swoim stadionie spotkaniu z Cracovią.
Do ostatecznych rozstrzygnięć, przynajmniej na boisku, w 34. kolejce doszło natomiast w grupie spadkowej. Wyjazdowa wygrana Wisły Kraków 2:1 ze zdegradowanym już wcześniej do I ligi ŁKS Łódź pogrążyła Koronę Kielce, zaś kielczanie, remisując 1:1 u siebie z Arką, pozbawili także gdyńską drużynę szans na utrzymanie w ekstraklasie. I tak na trzy kolejki przed zakończeniem rozgrywek rywalizacja w dolnej połówce tabeli de facto się zakończyła.
Ale właściciele Korony i Arki jeszcze mają nadzieję na odmianę losu i uniknięcie degradacji przy zielonym stoliku. A to dlatego, że według wszelkich wyliczeń następnego sezonu, który z powodu pandemii rozpocznie się później niż zazwyczaj, a będzie się musiał wcześniej skończyć ze względu na przełożone mistrzostwa Europy. Przyspieszyć startu nowego sezonu się nie da – ekstraklasa zakończy rozgrywki 19 lipca, ale I liga de facto dopiero 31 lipca, bo wtedy odbędzie się finał baraży o awans do ekstraklasy. Potem zawodnicy muszą dostać krótkie urlopy, a po powrocie z wakacji jeszcze mieć czas na przygotowanie się do nowego sezonu, który musi zakończyć się najpóźniej w połowie maja, na trzy tygodnie przed rozpoczęciem turnieju Euro 2021. 37 kolejek ekstraklasy, a do tego dochodzą jeszcze terminy na rozgrywki w Pucharze Polski, nie uda się rozegrać przy zachowaniu normalnego rytmu tygodniowego. Byłoby to możliwe w przypadku rezygnacji z fazy play off, czyli w klasycznym dwurundowym systemie rozgrywek, bo na to potrzeba 30 kolejek ligowych. Takie rozwiązanie wiąże się jednak ze sporymi stratami finansowymi, bo nadawcy telewizyjni posiadający prawa do pokazywania meczów ekstraklasy na pewno nie zapłacą ustalonej w kontraktach kwoty, tylko pomniejszą ją o wartość nie rozegranych meczów. A jednak kolejka ligowa mniej to dla ekstraklasy strata około 6 mln złotych, czyli rezygnacja z fazy play off oznacza stratę blisko 30 mln złotych.
Dlatego rozpatrywany jest też trzeci wariant – przyspieszenie i tak już uchwalonej reformy rozgrywek, czyli powiększenie ekstraklasy do 18 zespołów i dwurundowy system w formacie ESA34. Przyjęcie takie rozwiązania to byłoby szansą dla Korony i Arki na uniknięcie spadku, a jedynym zdegradowanym do I ligi byłby 16. w tabeli ŁKS Łódź. Na razie w tej sprawie trwają targi i zakulisowe negocjacje. Zarząd spółki Ekstraklasa SA spotka się na naradzie 24 lipca i może wtedy coś postanowi.

Nerwy w grupie spadkowej

Pierwsza kolejka gier w fazie play off potwierdziła układ sił w grupie spadkowej ustalony w zasadniczej części sezonu. Górnik Zabrze i Raków Częstochowa umocniły się na czele stawki, ŁKS Łódź stracił de facto szanse na utrzymanie, zaś Korona Kielce i Arka Gdynia są już tego bardzo bliskie.

Twierdzenie, że w grupie spadkowej rywalizacja już się rozstrzygnęła, w przypadku ŁKS Łódź jest uprawnione, bowiem łodzianie tracą w tej chwili do zajmującej pierwszą bezpieczną lokatę Wisły Kraków aż 14 punktów, a do zdobycia pozostało jeszcze tylko 18 punktów w sześciu kolejkach. Co prawda obecny trener ŁKS Wojciech Stawowy ma swoim trenerskim dorobku kilka „piłkarskich cudów” dokonanych na początku XXI wieku, gdy był szkoleniowcem Cracovii, ale chyba limit nadprzyrodzonych mocy dawno się u niego wyczerpał, bo po odejściu z krakowskiego klubu nie zanotował w trenerskiej karierze żadnych znaczących osiągnięć. Nie bardzo wiadomo na co liczyli włodarze ŁKS-u zwalniając Kazimierza Moskala i zatrudniając w jego miejsce Stawowego. Musi za tym stać jakiś długofalowy plan, bo jeszcze przed zawieszeniem ligowych rozgrywek było oczywiste, że ŁKS jest pewniakiem do spadku.
Drugim pewniakiem do zawieszenia rozgrywek była Korona Kielce, ale 6 marca władze klubu zdymisjonowały trener Mirosława Smyłę i zatrudniły w jego miejsce Macieja Bartoszka. Pod jego wodzą kielecki zespół dość radykalnie zmienił swój przaśny styl gry, zaczął grać z większą odwagą i wreszcie strzelać gole, co wcześniej było jego najsłabszą stroną. Po restarcie rozgrywek Korona wygrała w Płocku z Wisłą 4:1 i zremisowała w Lubinie z Zagłębiem 1:1, ale u siebie przegrała z Piastem Gliwice (1:2) i Lechem Poznań (0:3). Cztery zdobyte punkty to było za mało, żeby wyrwać się ze strefy spadkowej. Dlatego trener Bartoszek tak mocno przeżył porażkę w Zabrzu. Kielczanie jeszcze w 86. minucie prowadzili tam 2:1, a gospodarze zwycięską bramkę zdobyli w 95. minucie spotkania. „Tego meczu nie mieliśmy prawa przegrać, dlatego w szatni padło wiele mocnych słów, ale nie można inaczej jak się przegrywa tak głupio w końcowych sekundach” – przyznał trener Korony. Bartoszek zapewnia rzecz jasna, że wciąż wierzy w swój zespół i liczy na obronienie się przed spadkiem, lecz fakty są brutalne. Porażka z Górnikiem tylko potwierdziła, że kielczanie w tej chwili są w stanie walczyć o punkty jedynie z najsłabszymi zespołami. Podobnie rzecz się ma z Arką Gdynia, zatem wygląda na to, że w strefie spadkowej arbitrami w rozgrywce o utrzymanie będą już praktycznie spokojne o ligowy byt ekipy Górnika, Rakowa i Zagłębia. Bliska tego jest także Wisła Płock, ale „Nafciarze” muszą się pilnować, bo nad imienniczką z Krakowa mają tylko cztery punkty przewagi.
Po pierwszej kolejce fazy play off wygląda więc na to, że jedynym zespołem, który mogą jeszcze dopaść Korona i Arka, jest właśnie ekipa „Białej Gwiazdy”, która po restarcie jak na razie gra słabo. W wyjazdowym starciu z Rakowem wiślacy nie mieli wiele do powiedzenia i przegrali 1:3. Na stadionie w Bełchatowie, na którym gościnnie gra zespół z Częstochowy, nie było problemów z kibicami, bo była ich garstka, ale już na stadionie w Zabrzu, na który przybyło ponad 4,5 tysiąca widzów, pojawiły się problemy z utrzymaniem dystansu społecznego i przestrzeganiem rygorów sanitarnych. Polska jako pierwsza otworzyła stadiony dla kibiców, ale niewykluczona, że po wyborach rząd ponownie zamknie trybuny dla publiczności.