„W trosce o prawdę historyczną”

Naszą uwagę zwrócił wywiad Ambasador Azerbejdżanu Pani Nargiz Gurbanovej opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 30.04.2021. W trosce o prawdę historyczną i zdecydowanie sprzeciwiając się fałszywej interpretacji faktów historycznych, czujemy się zobowiązani do przedstawienia szeregu wyjaśnień.

Twierdzenie azerskiego Ambasadora o „550. rocznicy nawiązania stosunków między Azerbejdżanem a Polską” stanowi absolutne wypaczenie i sprzeniewierzenie się historii.
Źródła historyczne z XV wieku nie wspominają nigdy o kontaktach polsko-azerbejdżańskich. W tym czasie Azerbejdżan był tylko nazwą geograficzną jednej z prowincji historycznej Persji. Nazwa pochodzi od Medii Atropatene (stąd średnioperskie Āturpātakān, później Ādurbādagān, a w końcu nowoperskie Ādarbāyjān, czyli Azerbejdżan). Tereny na północ od rzeki Araks i Kury (czyli obecny Azerbejdżan), nie były wówczas nazywane Azerbejdżanem.
Głównym ośrodkiem Ādarbāyjān było w XV wieku miasta Tebriz (Tabriz), w latach 1469-1501 stolica turkmeńskiego państwa Ak Kojunlu (czyli Białej Owcy). Państwo to jest uważane za prawnego protoplastę Persji Safawidów. Szach Ismail, założyciel imperium perskiego Safawidów był wnukiem po kądzieli Uzun Hasana, władcy państwa Ak Kojunlu.
Kontakty z Uzun Hasanem, władcą państwa Ak Kojunlu (1454-1478) zawsze uważano za początek kontaktów polsko-perskich, a nie polsko-azerbejdżańskich. W Europie Uzun Hasana nazywano królem Persów, a jego poselstwa – perskimi. W lipcu 1492 roku doktor medycyny Mikołaj z Marienwerder (dziś Kwidzyn) w liście do biskupa włocławskiego Piotra z Bnina pisał o Uzun Hasanie jako władcy Persów i Armenii .
Pierwsze ślady kontaktów między Polską a Persją sięgają lat 70. XV wieku. Od 1463 roku toczyła się wojna wenecko-turecka, do której Wenecja starała się pozyskać różnych sojuszników. W 1471 r. kanclerz Królestwa Polskiego Jakub z Dębna został wysłany do Rzymu w celu potwierdzenia przez papieża pokoju toruńskiego zawartego w 1466 roku między Polską a Zakonem Krzyżackim, a także akceptacji osadzenia na tronie czeskim syna króla Kazimierza Jagiellończyka. W drodze do Rzymu, w kwietniu 1471 roku, spotkał w Wenecji posła Uzun Hasana – Miratha.
Poseł króla Polski razem z [posłem] Uzun Hasana pojechali do papieża, aby zachęcić go do krucjaty (impresa) przeciw Turkowi (Mehmedowi II). Zostali dobrze pouczeni przez władze weneckie (Signoria) co mają powiedzieć papieżowi, aby zachęcić go do krucjaty”. Poselstwo perskie zostało uroczyście przyjęte w Rzymie w sierpniu. Nie wydaje się jednak, aby poseł polski bardzo się interesował propozycjami weneckimi. Cel jego misji do Rzymu, jak wspomniano, był zupełnie inny.
Dowiadujemy się o nim z Kroniki Jana Długosza. Pod rokiem 1472 kronikarz zapisał: Przybył bowiem z Persji z Niższej Armenii drugi sułtan (cesar) turecki imieniem Usun Hasan (który wywodząc się od człowieka nieznanego rodu, niemal nieznanego jemu samemu, wybił się na znakomitego męża, a odnosząc raz po raz zwycięstwa przy użyciu niewielkich sił, podporządkował sobie wiele krajów) przeciw niemu [sułtanowi Mehmedowi II] i jego synowi Mahmutowi [powinno być: Mustafie] (sam bowiem bał się podjąć otwartą walkę, żeby w razie niepowodzenia nie ucierpiała jego dobra opinia) i zadał mu ciężką klęskę [stoczona 19 VIII 1472 bitwa pod Kereli skończyła się naprawdę zwycięstwem Mustafy, a nie Uzun Hasana]. A syn sułtana i sam sułtan turecki Mahomet, żeby naprawić swą całkowitą, haniebną klęskę, zebrawszy większa liczbę wojska, ruszył ponownie z 400 tysiącami jazdy i wielkim mnóstwem piechoty przeciw Usun Hasanowi. Ten, mając posiłki od swoich krewnych: Karamana i chana tatarskiego, rozbił całe wojsko tureckie, zadając mu godną podziwu klęskę, a wkroczywszy do miasta Trapezunt w Azji, które sułtan turecki Mahumet zajął przed kilku laty, zabiszy cesarza Trapezuntu, Greka [Dawida], sprzymierzeńca tegoż Usun Hasana, zajął miasto z całym cesarstwem trapezunckim i pomścił niesłuszną śmierć swego zwolennika. Następnie z godną podziwu szybkością posiadł zdobyte miasto Synope w Anatolii i wezwawszy na pomoc Wenetów, rusza w kierunku Gallipoli, żeby je oblec [informacja mało prawdopodobna]. Posyła do króla Polski Kazimierza uroczyste poselstwo, które około połowy lipca przybyło do Krakowa, zabiegając o jego poparcie i pomoc przeciw sułtanowi tureckiemu Mahumetowi, czego mu nie odmówiono. Mahumet, czując to wszystko i wiedząc, że szykuje mu się zguba, zabiegając na próżno o pomoc sułtana Babilonii, zaczyna obwarowywać wszystkie swe miasta, a szczególnie nadmorskie”.
List Uzun Hasana do władców Zachodu (w tym do króla Kazimierza Jagiellończyka).
List Uzun Hasana do króla Kazimierza Jagiellończyka się nie zachował. Długosz wspomniał, że był pisany „po chaldejsku”, ale nie jest to prawda. Zachował się natomiast przekład na język włoski (wenecki) z 16 października 1673 roku. Opis tłumaczenia listu Uzun Hasana jest bardzo interesujący. Zapewne został napisany alfabetem arabskim (nie chaldejskim, jak uważał Długosz) po persku alfabetem arabskim, z domieszką słów arabskich i „tatarskich” (kipczackich). Poseł wenecki Catharino Zeno (co ciekawe siostrzeniec Teodory, żony Uzun Hasana, księżniczki z Trapezuntu), przybył do Kaffy i udał się do konsula kupców weneckich Christophoro de Calle. Konsul wezwał swego zaufanego człowieka, notariusza Constantio de Sarra, który miał sporządzić tłumaczenie listu Uzun Hasana na język łaciński i włoski (dialekt wenecki). Co ciekawe, list tłumaczył z arabskiego i perskiego Ormianin Coza Goli – człowiek uczony i biegły w tych językach, który tłumaczył list na język ormiański. Obecny był także zakonnik katolicki z kongregacji braci unitów (unitork) Georgius (Kework?), czyli także Ormianin, który tłumaczył z języka ormiańskiego i wyjaśniał słowa „tatarskie” w języku włoskim. Tłumaczono słowo po słowie, a gdy były trudności, szukano najbliższego znaczenia słowa arabskiego czy perskiego. Notariusz Constantio de Serra nadał przekładowi na język łaciński i włoski ostateczny kształt, ale przepisał go „na czysto” inny zaufany skryba. Pod tłumaczeniami podpisali się konsul wenecki i wyżej wspomniany notariusz „powagi cesarskiej” (auctoriatate imperiali). Konsul przywiesił pieczęć z wyobrażeniem św. Marka, notariusz – narysował swój znak notarialny. W ten sposób dokument został uwierzytelniony. Dowiadujemy się, że kopie przekładu łacińskiego zostały zrobione także dla papieża, cesarza, króla Sycylii, króla Polski, króla Węgier i samej Wenecji.
Niestety przekład łaciński się nie zachował, ale zapewne treść była taka sama jak w tłumaczeniu włoskim. Dokument Uzun Hasana miał sześć okrągłych znaków – jeden na końcu listu u dołu, pięć zaś na końcu listu po zewnętrznej stronie. Władca ten chwalił się swoimi zwycięstwami nad Turkami w okolicach Erzincan, zachęcając do współdziałania z nim władców europejskich, w tym króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka. Uzun Hasan przedstawia się jako władca: Frach : Ufars : Cremanth fin ala porta de Condustam e mio paexe Tabarsaram, Masenderam, Gilahum, Sarabath, Adir Baian, Bagdad. Pada więc tu nazwa Azerbejdżan [Adir Baian]. Nie ma jednak nic wspólnego z dzisiejszym Azerbejdżanem. Chodziło o dzisiejszy ostan Azerbejdżan Wschodni w północno-zachodnim Iranie. Wiemy bowiem, że stolicą Uzun Hasana był Tebriz.
List Uzun Hasana w języku perskim i przekładzie łacińskim
Po wyjeździe z Polski Katharinus Zeno dotarł do króla Węgier, Macieja (Mathiasa) Korwina. W dniu 8 czerwca 1474 roku król węgierski tak pisał do króla Polski – Kazimierza Jagiellończyka:
W liście tym król węgierski pisał, że w ostatnich dniach otrzymał list od księcia Uzun Hasana [Hassanibe], z którego dowiedział się, że władca ten wystąpił przeciw bezbożnemu sułtanowi tureckiemu i zachęca go do współpracy przeciw niemu. Podobne listy Uzun Hasan napisał do papieża, cesarza i do króla polskiego (w tekście: do waszej wysokości). List ten król węgierski otrzymał wraz z przekładem z języka perskiego na język łaciński, zrobionym w Kaffie, potwierdzonym notarialnie i pieczęcią Hieronima [Pannisari] łacińskiego biskupa Kaffy. Król Węgier pisze dalej, że wysłał przeciw Turkom wiele tysięcy ludzi, a wkrótce wyśle nowych, a także wyruszy sam. Zachęca króla polskiego do współdziałania z nim, a także z Uzun Hasanem.
Jest oczywiste, że dostępnych jest tylko kilka listów i twierdzenie, że między Uzunem Hasanem a polskim królem Kazimierzem Jagiellończykiem prowadzona była regularna korespondencja jest fałszywe. Co więcej, listy te były adresowane zbiorowo także do innych europejskich władców, a jedynym ich tematem było zawarcie sojuszu wojskowego przeciwko Turcji Osmańskiej. Listy były pisane po łacinie lub w języku perskim (z użyciem alfabetu arabskiego).
Odnośnie konfliktu w Górskim Karabachu. Wbrew zapewnieniom Nargiz Gurbanowej, konflikt o Górski Karabach nie jest rozwiązany. Oświadczenie podpisane 10 listopada 2020 roku wstrzymało zdradziecką ofensywę wojskową Azerbejdżanu, ale wiele bardzo ważnych kwestii pozostało nierozwiązanych. W wyniku azerskiej agresji, która przypominała działania z początku lat 90-tych, wspieranej przez Turcję i z udziałem tysięcy radykalnych islamskich najemników, doszło do ciężkich i masowych strat w ludności cywilnej w Górskim Karabachu. Znaczna część terytorium Górskiego Karabachu, w tym region Hadrut i miasto Shusi, znalazła się pod okupacją. Zasadnicza kwestia konfliktu, czyli status Górskiego Karabachu, nie została rozstrzygnięta. Dziesiątki tysięcy Ormian z Górskiego Karabachu straciło swoje domy i stało się uchodźcami. Członkowie społeczności międzynarodowej są zgodni co do tego, że współprzewodnictwo Grupy Mińskiej w OBWE powinno wznowić swoją działalność i pomóc w wynegocjowaniu prawdziwego i trwałego pokoju z pełnym poszanowaniem praw człowieka zbiorowości społecznej i prawa do samostanowienia narodu Górskiego Karabachu.
Ponadto działania azerskiego wojska w czasie 44-dniowej wojny bez wątpienia stanowią zbrodnię wojenną i powinno zostać przeprowadzone niezależne międzynarodowe śledztwo w celu ujawnienia wszystkich szczegółów popełnionych zbrodni i postawienia odpowiedzialnych przed wymiarem sprawiedliwości. Około 200 ormiańskich jeńców wojennych i cywilów wciąż pozostaje w areszcie w Azerbejdżanie pod fałszywymi zarzutami. Władze azerskie jawnie ignorują wezwania kierowane przez różne organizacje międzynarodowe i światowych przywódców do ich natychmiastowego i bezwarunkowego uwolnienia.
Po zawieszeniu broni Azerbejdżan rozpoczął na szeroką skalę niszczenie lub przekształcanie ormiańskiego dziedzictwa chrześcijańskiego na terytoriach znajdujących się obecnie pod ich kontrolą.
Dlatego też główną przeszkodą dla pokoju i stabilności w regionie są ciągłe działania destabilizujące ze strony Azerbejdżanu, antyormiańska retoryka i kultywowanie ormiańskich fobii na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci.
W ostatnim tygodniu Azerbejdżan dokonał otwartego wtargnięcia na suwerenne terytorium Armenii. Jak dotąd władze Armenii wykazały się powściągliwością, aby nie doprowadzić do dalszej eskalacji sytuacji. Jednak takie skandaliczne zachowania ze strony władz azerskich powinny zostać powstrzymane.

Odnośnie kaukaskiej Albanii i dziedzictwa chrześcijańskiego. Azerowie od dawna zabawiają się wymyślaniem własnej historii. Sztuczka jest prosta i prymitywna: Umieszczają nazwę “Azerbejdżan” przed jakimkolwiek pojęciem, a rzekomo staje się ono jego (narodową) własnością. Druga część tej sztuczki jest haniebna – dla wygody i bezwstydnie pomija się wzmianki o prawdziwych aktorach i faktach historycznych. To samo ma miejsce w przypadku kaukaskiej Albanii.
Aghuank (staroormiański: Ałuankʿ, współczesny ormiański Aġvank’) to ormiańska nazwa kaukaskiej Albanii. Ormiańscy autorzy wspominają, że nazwa ta wywodzi się od słowa „alu” oznaczającego sympatyczny w języku ormiańskim. Termin Aghuank jest polisemiczny i w źródłach ormiańskich używany jest również do określenia regionu między rzekami Kur i Arakses jako części Armenii. W tym ostatnim przypadku jest on czasami używany w formie „Armenian Aghuank” lub „Hay-Aghuank”.
Ormiański historyk zajmujący się tym regionem – Movses Kaghankatvatsi, który pozostawił jedyną mniej lub bardziej kompletną historyczną relację o tym terytorium, wyjaśnia nazwę Aghvank jako pochodną słowa alu (po ormiańsku słodki, miękki, delikatny), które, jak powiedział, było przezwiskiem pierwszego gubernatora Albanii Kaukaskiej Arrana i odnosiło się do jego łagodnej osobowości. Movses Kaghankatvatsi i inne starożytne źródła tłumaczą Arran lub Arhan jako imię legendarnego założyciela Albanii Kaukaskiej (Aghvan).
Według ormiańskich średniowiecznych historyków Movsesa Khorenatsi, Movsesa Kaghankatvatsi i Koryuna, alfabet kaukaskiej Albanii (ormiańska nazwa języka to Aghvank, rodzima nazwa języka jest nieznana) został stworzony przez Mesropa Mashtotsa, ormiańskiego mnicha, teologa i tłumacza, któremu przypisuje się również stworzenie języka ormiańskiego. Alfabet ten służył do zapisywania języka udi, który był prawdopodobnie głównym językiem kaukaskich Albańczyków.
Koryun, uczeń Mesroba Mashtotsa, w książce „Życie Mashtotsa” napisał o tym, jak jego nauczyciel stworzył alfabet:
Wtedy przyszedł i odwiedził ich pewien starszy człowiek, Albańczyk o imieniu Beniamin. A on (Mashtots) analizował i badał barbarzyńską dykcję języka albańskiego, a potem dzięki swej przyrodzonej, danej od Boga bystrości umysłu wymyślił alfabet, który dzięki łasce Chrystusa z powodzeniem ustanowił i skodyfikował.
Alfabet używany w kaukaskiej Albanii, składający się z pięćdziesięciu dwóch liter przypominających znaki gruzińskie, etiopskie i ormiańskie, przetrwał dzięki kilku inskrypcjom i ormiańskiemu manuskryptowi z XV wieku. Manuskrypt ten, Matenadaran (Instytut Starożytnych Manuskryptów, Erewań) nr 7117, po raz pierwszy opublikowany przez Ilia Abuladze w 1937 roku jest podręcznikiem językowym przedstawiającym porównawczo różne alfabety – alfabet ormiański, grecki, łaciński, syriacki, gruziński, koptyjski i kaukaski a wśród nich albański. Alfabet został nazwany: „Ałuanicʿ girn ē” (co znaczy: „To są albańskie litery”).
Ormiańska polityka, kultura i cywilizacja odegrały decydującą rolę w całej historii kaukaskiej Albanii (w języku ormiańskim Aghvank). Wynikało to z faktu, że po podziale Królestwa Armenii pomiędzy Persję i Bizancjum w 387 r. n.e., ormiańskie prowincje Artsakh i Utik zostały odłączone od królestwa ormiańskiego i włączone przez Persów do jednej prowincji (marzpanatu) o nazwie Aghvank (Arran). Ta nowa jednostka obejmowała pierwotną Albanię Kaukaską położoną między rzeką Kurą a Wielkim Kaukazem, plemiona żyjące wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego, a także Artsakh i Utik, – dwa terytoria odłączone od Armenii.
Ormiański średniowieczny atlas Aszcharatsuits (Mapa Świata) opracowany w VII wieku przez ormiańskiego uczonego Ananię Szirakatsiego, zalicza Artsakh i Utik do prowincji Armenii, pomimo ich przypuszczalnego odłączenia od Królestwa Armenii i ich politycznego związku z kaukaską Albanią i Persją w czasie, gdy powstawał atlas. Shirakatsi precyzuje, że Artsakh i Utik są „teraz odłączone” od Armenii i włączone do „Aghvank”, i stara się odróżnić tę nową jednostkę terytorialną od dawnego „w ścisłym znaczeniu Aghvank”, położonego na północ od rzeki Kura. Ponieważ był on bardziej jednorodny i lepiej rozwinięty niż pierwotne plemiona na północ od Kury, wpływ ormiański odcisnął piętno na życiu politycznym kaukaskiej Albanii i doprowadził do stopniowego narzucenia języka i kultury.
Ormiańska ludność Artsakh i Utik pozostała na miejscu, podobnie jak cała polityczna, społeczna, kulturalna i wojskowa struktura prowincji. Wczesnośredniowieczny historyk Movses Khorenatsi potwierdzał w V wieku, że ludność Artsakh i Utik mówiła po ormiańsku, a rzeka Kura, według jego słów, wyznaczała „granicę ormiańskiej mowy”.
Szczątkowe informacje o kaukaskiej Albanii po 387 r. n.e. pochodzą ze staroormiańskiego tekstu „Historii ziemi Aghvank” ormiańskiego autora Movsesa Kaghankatvatsi, który w istocie jest historią ormiańskich prowincji Artsakh i Utik. W Historii Kaghankatvatsi i w historycznym tekście wczesnośredniowiecznego ormiańskiego autora Agathangelos, system feudalny Królestwa Aghvank, w tym stosowana terminologia polityczna, były pochodzenia ormiańskiego. Podobnie jak w Armenii, szlachta Aghvank była określana terminami nakharars (minister), azats (szlachta), hazarapets (dowódca wojskowy), marzpets (gubernator), shinakans (chłop), itp.
Wkrótce po tym, jak Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako religię państwową (301 r. n.e.), król Urnayr udał się do siedziby Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, aby przyjąć chrzest z rąk św. Grzegorza Iluminatora, założyciela i pierwszego katolikosa Armenii.
Po śmierci Urnyra, kaukascy Albańczycy poprosili, aby wnuk św. Grzegorza – św. Grzegorz w wieku 15 lat został wyświęcony na biskupa Albanii Kaukaskiej i Iberii i aby pielgrzymował po tych ziemiach głosząc chrześcijaństwo. Zbudował on trzeci znany kościół w Albanii Kaukaskiej w mieście Tsri, w Utiķ. Podczas pobytu w krainie Maskoutów w północno-wschodniej kaukaskiej Albanii, św. Grzegorz został zaatakowany przez rozwścieczony tłum czcicieli bożków, a następnie przywiązany do konia i rozczłonkowany. Jego szczątki zostały pochowane w pobliżu klasztoru Amaras (obecnie w prowincji Martuni w Republice Górskiego Karabachu).
Prawdopodobnie na początku V wieku miejscowy biskup o imieniu Jeremi przetłumaczył Pismo Święte na język kaukaskich Albańczyków, czyli język staroudiński. Najwcześniejsze zachowane fragmenty tłumaczeń fragmentów Biblii na język staroudiński pochodzą z VII wieku i opierały się głównie na przekładach ormiańskich.
Powyżej przedstawiono dowody na to, jak bezpodstawne i nieuczciwe są azerskie twierdzenia o byciu „strażnikami wielokulturowości i zbawcami chrześcijańskiego dziedzictwa”.
Należy również dodać najnowsze świadectwa. Przypadki naruszeń wolności religijnej i bezczeszczenie miejsc kultu religijnego przez Azerbejdżan i Turcję, w szczególności w odniesieniu do narodu ormiańskiego, zostały zarejestrowane w Międzynarodowym Raporcie o Wolności Religijnej z 2020, wydanym w środę, 12 maja 2021 r. przez Komisję Stanów Zjednoczonych ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej (USCIRF).  
W 108-stronicowym raporcie zalecono umieszczenie Azerbejdżanu i Turcji na „Specjalnej liście obserwacyjnej USCIRF” z powodu rażących naruszeń wolności religijnej w obu krajach, w tym „ostatnich naruszeń popełnionych w obliczu wznowionego konfliktu o Górski Karabach i otaczające go terytoria”.
W części dotyczącej Azerbejdżanu, raport wyszczególnia ustalenia w kontekście aktywnych walk o Górski Karabach pod koniec września 2020 r., które „wywołały poważne obawy o zachowanie ormiańskich miejsc kultu i innych miejsc kultu religijnego na tych obszarach”, w tym katedry Ghazanchetsots w Shushi, która została „dwukrotnie namierzona i ostrzelana” przez siły azerskie, „co spowodowało rozległe uszkodzenia tego budynku i prawdopodobnie stanowiło zbrodnię wojenną”.
Pomimo porozumienia o zawieszeniu broni z listopada 2020 roku, raport stanowi, że „niedawna dewastacja i zniszczenie ormiańskich cmentarzy i nagrobków” przez Azerbejdżan zostały udokumentowane przez media.

Kaukaz nie taki, jak się wydaje

Publikujemy list Ambasador Azerbejdżanu w Polsce pani dr Nargiz Gurbanovej.

Dzień dobry Państwu!
Zwracam się do Państwa w sprawie artykułów „Jak to na Kaukazie” i „Jak to na Kaukazie cz.II” z 30 grudnia 2020 i 5 lutego 2021 roku, w których autor nie tylko konsekwentnie prezentuje otwarte stronnicze stanowisko wobec Azerbejdżanu, ale także propaguje zniekształcone fakty historyczne i prawne, dotyczące niedawnego konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem. Korzystając z prawa do odpowiedzi, chciałabym zwrócić uwagę czytelników na następujące, dobrze ugruntowane i znane fakty:

  1. Autor fałszywie stwierdza, że region Górskiego Karabachu został przekazany Radzieckiemu Azerbejdżanowi w 1921 roku. Prawda jest taka, że Kaukaskie Biuro Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Rosji decyzją z 5 lipca 1921 roku postanowiło „zatrzymać” Górny Karabach w składzie Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i nadał mu autonomię z miastem Szusza (gdzie Azerbejdżanie zawsze stanowili absolutną większość) jako centrum administracyjne (załączono kopię tej decyzji). Decyzja z 5 lipca 1921 roku była ostateczna i wiążąca, co na przestrzeni lat było wielokrotnie potwierdzane przez ustawodawstwo Związku Radzieckiego i uznawane przez Armenię. W lipcu 1923 r. górzysta część Karabachu otrzymała status „obwodu autonomicznego” (GKOA) w składzie Azerbejdżańskiej SRR. Jednak granice administracyjne tej formacji zostały określone w taki sposób, że Ormianie stanowili tam większość. Jednocześnie tego przywileju było odmówiono ponad pół milionowi społeczności azerbejdżańskiej, mieszkającej w tym czasie w Armenii.
  2. Pod koniec 1987 roku Armenia otwarcie rościła sobie prawo do terytorium górsko-karabaskiego autonomicznego obwodu Azerbejdżanu. W przeciwieństwie do Konstytucji ZSRR, która gwarantowała integralność terytorialną i nienaruszalność granic sowieckich republik, podjęto szereg niezgodnych z prawem decyzji o zainicjowaniu procesu jego jednostronnej secesji od Azerbejdżanu. Roszczenia te były poprzedzone atakami na Azerbejdżanów zarówno w regionie Górskiego Karabachu, jak i w Armenii, w wyniku których ucierpiała ludność cywilna i doszło do powstania masowego potoku uchodźców azerbejdżańskich i przesiedleńców wewnętrznych. O nielegalności separatystycznego podmiotu, utworzonego przez Armenię na okupowanych terytoriach Azerbejdżanu wielokrotnie mówiono na arenie międzynarodowej. W swoich rezolucjach N 822, 853, 874, 884 z 1993 r. Rada Bezpieczeństwa ONZ potępiła użycie siły przeciwko Azerbejdżanowi oraz bombardowanie i okupację jego terytoriów oraz potwierdziła poszanowanie suwerenności i integralności terytorialnej Azerbejdżanu oraz nienaruszalność jego granic. Rada potwierdziła również, że Górski Karabach jest częścią Azerbejdżanu i zażądała natychmiastowego, całkowitego i bezwarunkowego wycofania wszystkich sił okupacyjnych z okupowanych terytoriów Azerbejdżanu.
  3. Być może wiecie Państwo, że we wrześniu ubiegłego roku Armenia zainicjowała kolejny akt agresji zbrojnej przeciwko Azerbejdżanowi i poddała atakom rakiet balistycznych i ostrzałom artyleryjskim ludnośc cywilną i infrastrukturę cywilną w miastach Gandża, Tartar, Mingaczewir, Naftalan, Bejlagan, Goranboj, Agstafa, Towuz, Gabala, Sijazan, Kurdamir, Khyzy, a niektóre z tych miast znajdują się setki kilometrów od strefy walk. W wyniku zbrojnej agresji Armenii zginęło łącznie 104 cywili, w tym 11 dzieci, a 414 cywilów zostało hospitalizowanych z poważnymi obrażeniami. 3410 domów prywatnych, 120 budynków mieszkalnych i 512 obiektów infrastruktury cywilnej zostało uszkodzone i unieruchomione w wyniku ataków zbrojnych. Chciałabym przypomnieć, że te czyny stanowią poważne naruszenie konwencji genewskich z 1949 r. i protokołów do nich i można je zakwalifikować jako zbrodnie wojenne (w załączeniu kilka zdjęć).
  4. W trakcie ostatniej wojny Armenia nie wahała się użyć przeciwko azerbejdżańskiej ludności cywilnej amunicji kasetowej i bomb fosforowych, zabronionych przez społeczność międzynarodową. Przypadki te zostały dokładnie udokumentowane przez „Amensty International and Human Rights Watch” w sprawozdaniach z 20 października 2020 r. i 30 października 2020 r. Szkoda, że autor wolał odwrócić wzrok od tych tak oczywistych faktów i wziął się za rozpowszechnianie fałszywej informacji.
  5. Armenia odniosła również sukces w rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości o prawdziwej sytuacji w terenie podczas walk. Zgodnie z informacja, przedstawioną przez byłego szefa wojskowej służby kontrolnej Armenii, Movsesa Hakobyana, podczas działań wojennych, w ciągu 44 dni wojny, szerzyły się kłamstwa. „Jednym z zadań centrum informacyjnego było zmylenie wroga. Ale jest jeden standard – upychanie nie powinno przekraczać 30 proc. informacji. W Armenii kłamstwo wynosiło 100 proc. ” – powiedział.
  6. Autor bezzasadnie powołuje się na „najemników” rzekomo „rozmieszczonych przez Azerbejdżan” w strefie walk. Być może przegapił okazję, by powiedzieć sobie, że w listopadzie 2020 roku Azerbejdżan rozpowszechnił raport o wykorzystaniu najemników i zagranicznych bojowników terrorystycznych przez Armenię w jej niedawnej agresji przeciwko Azerbejdżanowi. Raport zawiera dowody rzeczowe (zdjęcia, dane osobowe, informacje o lotach itp.), dotyczące udziału cudzoziemców w zbrojnych grupach Armenii, nielegalnie rozmieszczonych na okupowanych terytoriach Azerbejdżanu. Ambasada jest gotowa podzielić się tym raportem z polskimi ekspertami.
  7. Chciałabym również przypomnieć, że ponad 2000 cywilów w Azerbejdżanie padło ofiarą licznych ataków terrorystycznych, przeprowadzonych przez ormiańskie grupy terrorystyczne na początku lat 90. Jeden z nich – najgorszej sławy międzynarodowy terrorysta Monte Melkonyan, który uczestniczył w ludobójstwie Azerbejdżanów 26 lutego 1992 roku w mieście Chodżały i chwalony przez władze Armenii. Otrzymał tytuł „bohatera narodowego” i pośmiertnie odznaczony najwyższymi nagrodami i odznaczeniami wojskowymi w Armenii. Szczegółowy opis udziału M. Melkoniana w ludobójstwie zawiera książka jego brata Markara Melkoniana „Droga mojego brata”. Inny terrorysta, Varoujan Garabedian, skazany za śmiertelny zamach bombowy na lotnisku Orly w Paryżu w 1983 roku, został później ułaskawiony i przewieziony do Armenii, gdzie został powitany jako bohater narodowy. Na jego cześć nazwano szóstą klasę szkoły w Erewaniu.
  8. W tym miesiącu społeczność międzynarodowa uhonorowało pamięć 613 niewinnych cywilów – w tym 106 kobiet, 63 dzieci i 70 osób starszych – bezlitośnie zabitych przez armeńskie siły zbrojne w mieście Chodżały w nocy 26 lutego 1992 roku. 1275 cywilów zostało wziętych do niewoli, a 150 nadal uważano za zaginiętych. 8 rodzin zostało całkowicie wymordowanych, 130 dzieci straciło jednego rodzica; a 25 dzieci straciło oboje rodziców. Ze szczególnym okrucieństwem zabito 56 osób. Ci niewinni ludzie zostali brutalnie zamordowani przez armeńskie siły zbrojne przy wsparciu 366. zmotoryzowanego pułku piechoty byłego Związku Radzieckiego, składającego się głównie z Ormian, tylko dlatego, że byli Azerami (w załączeniu kilka zdjęć).
    A) Chodżały zostało całkowicie otoczone przez armeńskie siły zbrojne od października 1991 r. Wszystkie autostrady, łączące Chodżały z resztą świata, zostały odgrodzone, a zasilanie zostało zawieszone od 2 stycznia 1992 r. Chodżały miało łączność z resztą Azerbejdżanu jedynie drogą powietrzną. Jednak komunikacja lotnicza została również zakłócona po zestrzeleniu cywilnego śmigłowca Mi-8 na trasie z Aghdam do Szuszy w dniu 28 stycznia 1992 r., co spowodowało śmierć trzech członków załogi i 41 pasażerów na pokładzie. W ten sposób Chodżały stało się odizolowanym miastem. Ponieważ brakowało dostaw, wkrótce zabrakło wody, prądu i żywności.
    B) Pomimo wszystkich trudności około 3000 z 7000 mieszkańców Chodżały wciąż było obecnych w tej mroźnej zimowej nocy, kiedy armeńskie siły zbrojne z pomocą 10 czołgów, 16 pojazdów opancerzonych, 9 bojowych wozów piechoty, 180 specjalistów wojskowych i liczni żołnierze zaatakowali i zajęli miasto. Ta noc stała się koszmarem dla bezbronnych mieszkańców Chodżały, którzy próbowali uciec i znaleźć schronienie w Agdam, najbliższej osadzie Azerbejdżanu, oddalonej o 16 kilometrów od Chodżały. Niestety wszystkie ich wysiłki były daremne. Mieszkańcy Chodżały zostali poddani potwornej masakrze. Uciekający ludzie wpadli w zasadzkę i albo zostali zabici przez ostrzał z armeńskich posterunków wojskowych, albo schwytani. Wiele kobiet i dzieci zmarło z powodu odmrożeń. Tylko nielicznym udało się dotrzeć do Aghdam, kontrolowanego wówczas przez Azerbejdżan.
    C) Masowe naruszenia praw człowieka, popełnione podczas zajęcia Chodżały, zostały potwierdzone przez niezależne raporty Centrum Praw Człowieka „Memoriał” i Human Rights Watch (dawniej – Helsinki Watch). Brutalność działań Armenii i powaga zbrodni, popełnionych na cywilnych azerbejdżańskich były na tak dużą skalę, że nie można ich było zignorować. Francuska gazeta „Le Monde” opisała te okrucieństwa w wydaniu z 14 marca 1992 roku. „Zagraniczni dziennikarze, którzy odwiedzili Aghdam, widzieli zwłoki kobiet i dzieci wśród zabitych w Chodżały, trzy zwłoki skalpowane z wyrwanymi paznokciami. To nie jest propaganda Azerbejdżanu, to rzeczywistość ”, – informowano w gazecie.
    D) W wyroku z dnia 22 kwietnia 2010 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał masakrę ludności cywilnej Azerbejdżanu w mieście Chodżały za „akty szczególnej wagi, które mogą stanowić zbrodnie wojenne lub zbrodnie przeciwko ludzkości”.
    Pomimo bólu, cierpień i licznych ludzkich tragedii w czasie okupacji przez Armenię, mój kraj – Azerbejdżan – po trójstronnych oświadczeniach Prezydenta Azerbejdżanu, Prezydenta Federacji Rosyjskiej i Premiera Armenii z 10 listopada 2020 r. i 11 stycznia 2021 r. jest zdecydowany na reintegracje swoich obywateli pochodzenia ormiańskiego, zamieszkałych w okręgach regionu Górnego Karabachu w Azerbejdżanie w jego przestrzeń polityczną, społeczną i gospodarczą, gwarantując te same prawa i wolności wszystkim obywatelom Azerbejdżanu, niezależnie od ich przynależność etniczną i religijną, na równych i niedyskryminujących zasadach. Konstytucja Azerbejdżanu zapewnia solidną podstawę prawną w tym zakresie. Pokojowe współistnienie Azerów i Ormian, zamieszkujących terytoria, dotknięte konfliktem, oparte na wzajemnym poszanowaniu bezpieczeństwa, tożsamości etnicznej i religijnej, w ramach suwerenności i integralności terytorialnej Azerbejdżanu, powinno zostać ostatecznie zapewnione.
    Wchodzimy w nowy etap pokonfliktowy, etap odbudowy i odnowienia, etap przywracania pokojowego współistnienia. Pojawiają się nowe możliwości rozwoju i współpracy gospodarczej w regionie i poza nim. Wzywam naszych polskich partnerów do wykorzystania obiecujących nowych realiów.

Jak to na Kaukazie cz.II

Wyjechaliśmy z Erewania o świcie. Pięćset kilometrów krętymi, górskimi drogami i wschód słońca na Kaukazie. Trudno o piękniejszy widok niż poranek w jego promieniach. Ta sama okolica zmieniała się diametralnie w zależności od światła, padających promieni słońca, lub ich braku. Zakochałem się w górach wiele lat temu, czułem się więc jak w raju, fotografowałem wszystko, nie przypuszczając, że za zakrętem będzie jeszcze ciekawiej. Zatrzymywaliśmy się dosyć często, kierowca był bardzo cierpliwy. Tym sposobem zużyłem baterie z dwóch telefonów i jeszcze cały zapas prądu z powerbanka, gdzieś w połowie drogi do Stepanakertu – stolicy Republiki Arcacha (Górski Karabach). Na szczęście jeden z kolegów miał zapasowy, którym mogłem podładować bezużyteczne aparaty.

Niesamowity, potężny i bezkresny masyw, przypominający czasami Bieszczady, ale takie na sterydach, a czasem Tatry, też na sterydach. Wszystko w nieporównywalnie większej skali.
Chociaż zdjęcie nie odda realnie potęgi i piękna tego co widzą oczy, co czuje serce, to jednak jest coś takiego, że trudno minąć jakiś fragment nie robiąc mu zdjęcia.
Góry mają tę cechę, że są bardzo zmienne. Zależy to od światła, pogody, pory dnia, roku. Zmieniają się w ciągu kilku sekund. To zjawisko poznałem już wcześniej, ale na tam jest to znacznie wyraźniejsze, większe, podobnie jak cały Kaukaz. Ta sama przestrzeń, góra czy klasztor w ciągu kilku, kilkunastu minut zmieniały się nie do poznania. Totalna metamorfoza. Od barw, przez cienie. Coś co było szare, zaczyna lśnić jak złoto, śnieg na szczytach kontrastuje z czerwienią niższych warstw, promienie wybiórczo liżące wybrane skały, by za chwilę zmienić górę. W dolinach widać zarysy wijących się jak wstążki dróg. Nie do opisania i chyba nie do sfotografowania.
Arcach
Bardzo trudno jechać, gdy za oknem roztacza się widok, który zatyka dech, wydaje się tak piękny, wyjątkowy, że trudno wyobrazić sobie coś bardziej niesamowitego, ale to coś „bardziej niesamowite” pojawia się za kolejnym zakrętem. Jak dziecko, chciałem uchwycić wszystko, im wyżej, tym zimniej i baterie zaczynały odmawiać posłuszeństwa, ale chwila rozgrzewki w samochodzie i znowu działały. Niestety, musieliśmy jechać. Normalnie zajęłoby to koło ośmiu godzin, ale w tych warunkach straciłem rachubę. W pewnym momencie zakryłem już nawet oczy, żeby spokojnie przejechać bez proszenia kierowcy, by się na chwilę zatrzymał. Musieliśmy przecież jeszcze dotrzeć na miejsce. Po przekroczeniu kolejnego punktu kontrolnego, ktoś z naszej grupy powiedział, że jesteśmy już w Górskim Karabachu. Po drodze ślady niedawnych walk, rozbite wozy pancerne, rozrzucone na poboczu skrzynki z amunicją, szczątki wszelkiego rodzaju sprzętu wojennego. Od amunicji, po fragmenty pojazdów. I znowu ta ochota sfotografowania wszystkiego. Odcinek drogi między Armenią, a Republiką Arcachu, był obstawiony przez rosyjski kontyngent pokojowy. Co kilka kilometrów solidne zasieki – ustawione jak pachołki na placu manewrowym nauki jazy – wymuszały ostrożną jazdę zygzakiem, tak by powoli zbliżyć się do kolejnego punktu kontrolnego. O skuteczności tego rodzaju zapory przekonałem się łażąc i szukając miejsc, porzuconych wraków, śladów ostatniej wojny – zawadziłem lekko nogawką i rozerwałem spodnie.
Do Stepanakertu dotarliśmy późnym popołudniem. Zostawiliśmy rzeczy w niewielkim hotelu i wyruszyliśmy w poszukiwaniu ludzi, którzy mieli opowiedzieć nam o swoim życiu na tej beczce z prochem.
Tuż obok naszego hotelu mieszkała rodzina, uchodźcy z przejętego przez Azerów miasta. Usiedliśmy w hotelowej restauracji, trzy kobiety i jeden mężczyzna. Rozmowę zaczęła Elmine Aajrapetian, matka dziesięciorga dzieci, uciekinierka z Mardekertu – ze łzami w oczach opowiadała jak uciekła do Erewania. Głos jej się łamał gdy zaczęła mówić o nalotach dronów, popłynęły łzy, wtedy zaczął mówić jej mąż – Gamlet Batalian, były pracownik kopalni karbidu – „straciliśmy dom, teraz mieszkamy w trzynaście osób, a był moment, że w szesnaście. Państwo daje nam trochę ponad dwieście dolarów zapomogi”. Dzieci jeszcze nie chodzą do szkoły, trauma została, rodzice wciąż się boją się, że przyjdą Azerowie, albo Turcy. Nie mogą przeboleć pozostawionego domu, straconego dorobku. Opowiadając to Gamlet nerwowo się porusza, bezsilna wściekłość aż z niego kipi. Na pytanie czy musiało do tego dojść, odpowiada jednoznacznie, że nie. Winą obarcza przywódcę Armenii: „Nikol Paszinian mógł temu zapobiec, nie zrobił nic”. Chwali natomiast nowego prezydenta Republiki Arcachu – Arajika Harutiuniana: „jest waleczny i odważny, walczył o nasz kraj. On się nie podda” – dodaje zdecydowanym głosem. Na pytanie o Azerów omal nie wybucha, to dzicy ludzie, pytamy czy wszyscy? Czy nie poznał nikogo dobrego, przecież kiedyś byli sąsiadami. „Nie” odpowiada jednoznacznie „to zwierzęta” dodała jego żona. Przemawiała przez nich rozpacz, co rozumiałem, chciałem jednak też porozmawiać z kimś, po drugiej stronie granicy. Przecież to niemożliwe, wszędzie są ludzie dobrzy i ludzie źli. Gorycz i żal, przesłania pokrzywdzonym część świata i pozostawia jedynie te czarno-białe wrażenia.
„Na początku nie zdawaliśmy sobie z tego spawy” – wtrąca jedna z kobiet, mieszkanka Stepanakertu. „Myśleliśmy, że to jakieś fajerwerki, gdy dotarło do nas, że to rakiety, uciekliśmy do piwnicy”. Zapraszają nas do siebie, chcą byśmy zobaczyli jak teraz mieszkają – (fot).
Rzecznik prasowy
Nazajutrz rano umówione spotkania, pierwszy urząd, to rzecznik prasowy i doradca prezydenta Wagram Pogosjan. To właśnie on ogłosił ostatnią wojnę. Mimo szczerej sympatii, nie skrywał żalu, podobnie jak sierżant Garik – o którym pisałem w poprzedniej części – oskarżył przede wszystkim Turcję. Minister Pogosjan był wyraźnie oburzony brakiem międzynarodowej reakcji, zwłaszcza postawą państw członkowskich NATO. „Wszyscy doskonale wiedzieli, że po drugiej stronie walczą tureckie bojówki, syryjscy bojownicy, a kraj bombardują natowskie rakiety wprost z tureckich magazynów. Jeśli pozostali członkowie Paktu Północnoatlantyckiego milczą, to również ponoszą winę”. Dodał jeszcze, że dokładnie to samo może wydarzyć się również w Europie”. W tym momencie ponownie przypomniałem sobie Jugosławię i Kosovo, pomyślałem, że faktycznie, niemal identyczna już się wydarzyła.
Przed budynkiem ormiańskiego kościoła spotkałem grupę żołnierzy, naprawdę trudno było nie odnieść wrażenia, że w tym kraju wszyscy są bardzo serdeczni. Porozmawialiśmy chwilę, wyjeżdżali w teren. Trochę smutku, trochę uśmiechu, życzyliśmy sobie szczęścia, wspólny selfik i pobiegłem do budynku szukając pozostałej czwórki z naszej grupy.
Mieliśmy tam kolejne umówione spotkanie. Proboszcz ormiańskiej katedry w Suszy, mieście zajętym przez Azerów. Znowu przypomniała mi się rozmowa z popem w Kosovskiej Mitrovicy. Cerkiew znajdowała się po albańskiej stronie miasta, schroniło się tam kilkanaście rodzin. Ponieważ było wiele ataków, mury otoczyły wojska KFOR i ONZ, broniąc zabytku i przebywających tam ludzi.
Proboszcz Andreas z Suszy – dawnej stolicy Republiki Aracachu, zadziwił mnie swoją skromnością, zupełnie inny obraz duchownego niż w Polsce. Również dał do zrozumienia, że jest rozgoryczony postawą Europy i wierzy w to, że zarówno on, jak i jego parafianie powrócą do swojego miasta. Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak cisza, milczenie gdy staliśmy w środku świątyni i dawny proboszcz katedry Suszy, cierpliwie uczył mnie zapalać i układać świeczki intencyjne.
Pomiędzy spotkaniami wpadaliśmy do przypadkowych kawiarni. Nawet i tu nie obyło się bez toastów.
Wieczorem kolejny rozmówca – Artak Beglaryan – Rzecznik Praw Obywatelskich, Ombudsman? Trudno jednoznacznie określić jego stanowisko. Ma tak szeroki zakres obowiązków, że jego stanowisko nie ma chyba w języku polskim stosownego odpowiednika. Zajmuje się pomocą humanitarną i dokumentacją zbrodni. Posiada zbiór dokumentów, w tym filmów które nawet dla miłośników horrorów byłyby nie do obejrzenia.
Usiedliśmy w rzędzie naprzeciwko, uderzył mnie jego wyraz twarzy. A raczej jego brak. Twarz bez mimiki, sztywna, nieruchoma jakby nie było tam człowieka, po chwili zorientowałem się, że jest niewidomy. Dopiero później, już po naszym wyjściu, dowiedziałem się że sam jest ofiarą miny, która okaleczyła i oszpeciła mu twarz, pozbawiając możliwości wyrazu. Po krótkiej rozmowie, gdzie ponownie przewinął się temat Suszy i problem uchodźców, Artak Beglaryan nie potrafił jeszcze precyzyjnie określić liczby ofiar ostatniego konfliktu, było już późno, na zewnątrz ciemno. jeden z jego współpracowników włączył nam wspomniane zapisy filmowe. Po ich obejrzeniu trudno mi było nawet trafić do wyjścia. To jak uderzenie pałką.
Chcieliśmy też porozmawiać z tymi, którzy się tu urodzili, przeżyli wszystkie konflikty i pogromy tej wiecznej wojny, która trwa już znacznie dłużej niż słynna, francusko – angielska „wojna stuletnia”. Oczywiście jeśli uwzględnimy w tym obecność Turcji.
Byłem bardzo ciekaw jak żyją w cieniu ciągłych walk, ataków, jak sobie radzą, jak wychowują dzieci, czy jest szansa na pokój i pojednanie tych od lat zwaśnionych stron, ale żeby do tego dojść, trzeba ustalić właśnie kim są te zwaśnione strony. Czy to w ogóle możliwe?
Oczywiście nikt taki już nie żyje, ale udało nam się odwiedzić pewnego człowieka – Artur Farsijan emerytowany policjant, wielokrotnie odznaczany żołnierz, w Instytucie Języków Obcych ukończył filologię angielską. W kolejnych wojnach, starciach i potyczkach, zginał jego szwagier, opowiadał o ranach jakie odnieśli wszyscy mieszkańcy. Jego synowie zwozili z frontu sterty trupów, też napatrzyli się na śmierć mówi i zawiesza wzrok.
Bazar
Pomiędzy zburzonymi, a ocalałymi budynkami, działa sobie w najlepsze bazar. Moje rozerwane spodnie domagały się wreszcie zaszycia, bo taśma klejąca słabo trzymała na mrozie. A w zasadzie nie trzymała. Poszedłem kupić igłę i nici, żeby jeszcze zaszyć, następnego dnia mieliśmy już jechać do Erewania, tam do muzeum Genocydu i wieczny ogień.
Poszukiwania zacząłem z brzegu, tam sprzedawca powiedział, że tu na tym bazarku – naprawdę był niewielki, nic takiego nie dostanę. Odebrał mi trochę nadziei, ale jeszcze tam buszowałem, licząc, że może jednak się myli. Obszedłem wszystko, gdzie mogli tego typu rzeczy sprzedawać, o mało nie kupiłem nowych spodni, ale nie mieli mojego rozmiaru, wszystkie za małe. Zrezygnowany wracałem, gdy zawołał mnie sprzedawca, ten którego zaczepiłem na początku. Machał ręką, że jest że ktoś ma i że mogę kupić – krzyczał trochę chaotycznie, ale zrozumiałem. Wszedłem we wskazane miejsce, a na stoliku leżały już przygotowane dla mnie igły i nici. Jestem pewien, że nie tylko ja szukałem, że po pierwszym pytaniu sprzedawcy zaangażowali się, żeby pomóc znaleźć mi ten zestaw.
Pożegnanie nad jeziorem Sevan
O trzeciej w nocy samolot. Pożegnanie wyjątkowe, nad jeziorem Sevan, jednym z najwyżej położonych jezior na świecie – największym w całym Kaukazie. Okolica przepiękna, ale i niebezpieczna, tylko sześć kilometrów do granicy z Azerbejdżanem. Czas się pożegnać, ale poza nostalgią, smutkiem, nadzieją – niczym się nie różni ten nasz ostatni wspólny posiłek od kilku innych. Tutaj jest zupełnie inna kultura jedzenia, można nic nie mieć w ustach cały dzień, ale gdy już wszystko załatwione, wszystko zrobione, można usiąść do stołu. To nie jest jednak zwyczajne siadanie do „żarcia”, to cała ceremonia.
Tutaj są biesiady. Zawsze. Jedliśmy i rozmawiamy, trwa to bardzo długo, godzinę, dwie ile trzeba. W restauracji – przy innych stolikach, zauważyłem to samo – obsługa pilnowała, żeby cały czas wszystko było na stole. Najważniejszym punktem były toasty. Każdy jakiś wznosił, to dosyć poważne, trochę może pompatyczne, ale i ceremonialne przemówienie. Tym razem klimat temu sprzyjał, wszyscy skupieni słuchali z uwagą. Oczywiście na stojąco, nikt nie przerywał. Gdy przemowa dobiegła końca, inni przytakiwali i stukali tym, co akurat piją. Mógł to być sok lub kawa – naprawdę nie musiał alkoholem. Trudno wstać po takiej jedzenio-rozmowie. Tym razem było trochę smutniej, bo się rozstawaliśmy, a naprawę zdążyliśmy się zżyć i szczerze polubić.
Szkoda, ale mam nadzieję na rychłe spotkanie. Kilka zdjęć zrobionych na skraju jednego z „trzech mórz” Armenii, najwyżej położonego jeziora na świecie (jednego z najwyżej 1916 metrów nad poziomem morza. Miejsce piękne, chociaż nieprawdopodobnie zimno. Potem do stanicy jednego z kapitanów, który pracował na tym jeziorze. Kominek zdążył nagrzać pomieszczenie, kapitan grał na pianinie. To też było niesamowite. Tak wyglądał codzienny posiłek, ale pożegnanie jest wyjątkowe. Naprawdę, aż się łza w oku kręci. Potrafią skurczybyki zrobić klimat. Z drugiej strony musieli nauczyć się żyć w górach, żyć nie tylko jedzeniem, ale też jakaś kulturą.
Kulturą prostą i przez to piękną. W toastach nie ma prostactwa, rozmawialiśmy o wszystkim, nie zawsze się zgadzając, ale jakie to ma znaczenie jeśli wciąż się lubimy?
Chciałbym tu kiedyś jeszcze wrócić. Obiecałem sobie, że już nie będę używał nazwy Górski Karabach, ale Republika Arcacha. Niech zapadnie w pamięć. Po drodze kupiłem sobie dwie plastikowe bransoletki z napisem Armenia. Niebieską i czerwoną, nosiłem czerwoną, ale została w Afryce na nadgarstku żołnierza, który tak jak oni walczy o sprawę beznadziejną.
Wojna bez sensu
Zarówno w Armenii jak i w Arcachu spotkałem się jedynie z sympatią. Są gościnni, dbają o innostrańców, gdy dostawaliśmy wizy nie wbijali pieczątek w paszporcie, tylko przypinali spinaczem biurowym do jednej z kartek, tak by można było wyjąć i pojechać do Azerbejdżanu. Pieczątka mogłaby narobić tam trochę kłopotów. Walczą o skrawek „kamieni” tego Południowego Kaukazu i naprawdę potężnych gór karabaskich. Tu w zasadzie nie ma nic, żadnych złóż, dobrej ziemi, jakiś specjalnych bogactw czy zasobów – o co wojna? Co tu takiego jest? Ot, kilka monastyrów, cerkwi i lokalnej kultury. Wojna bez sensu (jak każda, tylko ta również nie wynika z zachłanności), tu nie ma o co się bić, za co umierać, czego bronić, o co walczyć. O krajobraz? Azerzy mają taki sam – irracjonalny pełen nienawiści konflikt. Ta kumulująca w mieszkańcach wściekłość – nienawiść, przejdzie na kolejne pokolenia.
Jeśli przyjmiemy, że głównym agresorem i podżegaczem jest Turcja, to walki i pogromy trwają już od XIX, a nawet XVI wieku. Najlepiej udokumentowanego i zaraz po Holokauście, największego ludobójstwa dopuścili się Turcy w 1915 roku. Inicjatorem Genocydu był Talaat Pasza, zamordowano wtedy półtora miliona Ormian. To jednak nie był początek, w tym rejonie wrzało „od zawsze”.
W 1890 roku, blisko trzy miliony Ormian mieszkało w podbitej przez Turków Armenii Zachodniej. Korzystając z osłabienia Imperium Osmańskiego i rosyjskich planów przejęcia Konstantynopola, zażądali autonomii. W odpowiedzi, chcąc zastraszyć Ormian, sułtan Abdulhamid II zachęcał Kurdów do mordowania Ormian, założył nawet kurdyjskie bojówki konne. Do tego doszły sankcje, wysokie podatki i cała masa restrykcji administracyjnych. Doszło wówczas do wybuchu ormiańskich powstań, krwawo tłumionych przez wojska tureckie.
Według współczesnych szacunków pomiędzy 1894, a 1896 rokiem zamordowano trzysta tysięcy Ormian. Stąd wątpliwości, czy podobnie jak niegdyś Kurdami, teraz Turcja nie posługuje się Azerami kontynuując politykę eksterminacji Ormian?
Być może uda mi się jednak odwiedzić drugą stronę granicy i tam zapytać, czemu tak zajadle walczą o ten właśnie fragment Kaukazu.
Ormianie, to ludzie z własną kulturą, a ich historia sięga czasów starożytnego Rzymu. Cilicia – tak nazywał się nie tylko statek nad jeziorem Sevan, ale to też dawna nazwa państwa zwanego również Mała Armenią. Piraci Cilicyjscy byli postrachem mórz, a zwłaszcza Morza Czarnego i Śródziemnego, chociaż pływali też po Atlantyku. Kiedyś porwali dla okupu samego Juliusza Cezara, gdy ten był jeszcze młodzieńcem. Zaraz po wypłaceni okupu i uwolnieniu wziął jednak krwawy odwet.
Bardzo chciałem porozmawiać z kimś z drugiej strony granicy, niestety, było to teraz niemożliwe. Reportaż pokazuje więc jedną stronę konfliktu. I dziwną rolę oraz irracjonalną nienawiść Turków do tych właśnie ludzi. Dlaczego?
Gdy pytałem ludzi, a naprawdę rozmawiałem z wieloma, mówili, że Azerzy są gorsi od zwierząt – gdy mówiłem, że nie wszyscy, że wszędzie są ludzie dobrzy i ludzie źli, że tak po prostu jest, zawsze trafią się zwyrodnialcy – kategorycznie odrzucali ten argument. Dla nich azerskie pochodzenie czyni człowieka kimś gorszym od diabła,a od diabła gorsze jest tylko pochodzenie tureckie.
Rozumiem ich, każdy stracił kogoś bliskiego, każdy w jakimś stopniu odczuł ciężar tej nieustającej wojny. Niektórzy zginęli w sposób okropny, nieludzki. Jak na każdej wojnie, działy się tu rzeczy straszne, od zwykłych walk, przez miny pułapki, aż po tortury, ucinanie głów, pastwienie się nad ludźmi, a w tle słychać gromki śmiech w reakcji na zachowanie pełzającego człowieka, okrutnie już okaleczonego. Zanim dokończyli dzieła, jeszcze mieli ubaw, jeszcze „pobawili” się swoją ofiarą, czyli człowiekiem – cywilem, żołnierzem, nieważne – który (chciałbym w to wierzyć) był już nieświadomy tego, co się wokół i z nim dzieje.
Wojna – to raj i plac zabaw dla sadystów. Zwykle zamożniejsze strony konfliktu, „zatrudniają” najemników (wbrew pozorom są różni najemnicy. Są tacy, którzy mają zasady, pilnują niepisanego kodeksu), tu natomiast przelała się fala ludzi – sadystów, jakich dotychczas nie widziałem. Ani Mudżahedini, ani UCK nie mieli w sobie tyle okrucieństwa, żądzy krwi, chęci pastwienia się nad ofiarą na tak ogromną skalę.
Smutne, ale tak to wygląda z tej strony granicy. Jak zobaczyć tę drugą? – tego nie wiem, ale będę w jakiś sposób próbował. Nie wiem jeszcze jak, ale w końcu znajdę jakiś sposób. Zaraz wyjazd do Erewania, zresztą dzisiaj kończy mi się akredytacja Republiki Arcachu. A ja mam znowu ten sam problem, wyjeżdżam do bezpiecznej Europy, a ludzie których poznałem i polubiłem – muszą zostać. Jeszcze nie wiedziałem, że niebawem znajdę się w samym środku Afryki, z innymi i równie groźnymi problemami.
Z takich miejsc nigdy nie powraca się cało, zawsze zostaje jakaś blizna na psychice.

Jak to na Kaukazie

Współczesne zamieszanie jest wynikiem niedopowiedzeń sprzed stu lat. Podczas posiedzenia plenum kaukaskiego biura Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii Rosji z czwartego lipca 1921 roku, podjęto uchwałę o przyłączeniu Górskiego Karabachu do Armenii. Następnego dnia 5 lipca 1921 roku, rownież na posiedzeniu tego samego plenum, decyzja ta została zmieniona na korzyść Azerbejdżanu. Wedle ormiańskich źródeł wynikało to z nacisku Turcji, nie było w tej sprawie żadnej dyskusji i nie została ona poddana pod głosowanie – w przeciwieństwie do decyzji podjętej dzień wcześniej. Teoretycznie wiec ta druga decyzja była nieważna, ponieważ sporny rejon został już uznany i przegłosowany jako integralna część radzieckiej Armenii. Po rozpadzie ZSRR Azerbejdżan z Armenią niemal wyrywały sobie ten niewielki fragment Kaukazu. W grudniu 1991 roku mieszkańcy przeprowadzili własne referendum zachowując zasady prawa i wszelkie formalności, mieszkańcy sami przeprowadzili referendum. Prawie wszyscy mieszkańcy, 99,98 proc. opowiedziało się za niepodległością republiki. Niewątpliwie miały na to wpływ pogromy do jakich co jakiś czas dochodziło, jak choćby w lutym 1988 w Sugmacie, w styczniu 1990 w Baku i czystki etniczne w samym Karabachu, osławiona operacja „Pierścień” z 1991 roku. W tym momencie trudno się dziwić decyzji mieszkańców.

Stepanakart, stolica Republiki Arcacha. Centrum miasta, niewielka, ale całkiem przyjemna kawiarnia w budynku, który wygląda na jakieś centrum konferencyjne w dobrej klasy, nowoczesnym europejskim hotelu.
Sierżant Garik
Żadnych śladów zakończonej dopiero wojny. Zarówno w samej Armenii jak i Arcachu miasta są bardzo czyste, gruzowiska które sfotografowałem jednego dnia, następnego były już sprzątnięte.
Tą ich czystość przestrzeni publicznej zauważyłem już w Erewaniu, na chodnikach próżno znaleźć rzuconego peta, czy walających się śmieci. Wszystko wysprzątane. Po niedawnych walkach pozostały jedynie zbombardowane budynki, ślady ostrzału na fasadach domów, zmasakrowane przystanki autobusowe, po których została jedynie powyginana, stalowa konstrukcja, gdzieniegdzie jeszcze szyby oklejone taśmą, idealnie okrągłe dziury po pociskach na asfaltowych ulicach z odchodzącymi we wszystkie strony liniami, które przypominały promienie słońca. Wyrwane fragmenty chodników – to ślady pocisków artyleryjskich, doszczętnie spalone pawilony i kikuty dawnych budynków skryte miedzy ocalałymi budynkami.
Nawet i to łatwo przeoczyć, jeśli się nie rozgląda uważnie na boki. To dziwne, wystarczy, że nie ma porozrzucanych sprzętów, gruzowisk, to naprawdę trzeba się uważnie rozglądać. Inaczej można przejść przez miasto i nawet nie dostrzec jak krwawo zostało doświadczone. Vahik, pokazuje mi ślady po bombach kasetowych, gdyby nie to, pomyślałbym że to zwykłe dziury na drodze. Aż trudno uwierzyć, że dopiero co toczyły się tu walki. Gdy się jednak oswoi wzrok i uważnie przygląda, wtedy widać podziurawione ostrzałem elewacje, zwłaszcza wokół okien, resztki budynku skrytego miedzy blokami. Wszystko to zanika w wysprzątanych ulicach. A idąc zwykle patrzymy przed siebie, nie obserwujemy aż tak wnikliwie zwykłych, jeszcze poradzieckich osiedli, pawilonów czy innych na pozór „zwykłych” budynków.
Przypomniały mi się obrazy zaśmieconych miast Wielkiej Brytanii, gdzie podczas wietrznych dni w Luton – ale nie tylko – należało chronić się przed latającymi, brudnymi, często wymazanymi sosami pudłami, opakowaniami po jedzeniu, reklamówkami, wszelkiego rodzaju folią i cholera wie czym jeszcze.
Gdzie wypalonego papierosa rzucało się na chodnik, bo i tak leżało ich tam setki. Pamiętam piękny budynek, który szpeciła sterta miniwysypiska tuż za zamkniętym na stałe ogrodzeniem.
Przechodnie bez skrupułów wrzucali tam śmieci, aż urosła ich cała góra. Kontrast nieprawdopodobny.
Tu odwrotnie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wyjątkiem są jedynie miejsca, w których trwały jeszcze prace porządkowe, lub już nawet odbudowa.
Wtedy musieliśmy pakować się w błoto żeby zrobić trochę zdjęć. Centrum jest jednak bardzo zadbane. Tak czyste, że nawet wyrzucenie peta na ulicę wydaje się zbrodnią. Zupełnie, jakby wejść u kogoś w domu na biały dywan w ubłoconych butach.
Szukałem więc za każdym razem odpowiednich koszy, popielniczek czy pojemników, żeby wyrzucić tego spalonego papierosa. Nawet jeśli stał w oddali, to szedłem, uśmiechając się jednocześnie pod nosem mając w pamięci z jaką pogardą moi rodacy określają mieszkańców Azji – brudasami.
Siedliśmy wygodnie przy stoliku, złożyliśmy zamówienie i zaczęliśmy rozmowę. Garik, dwudziestosiedmioletni sierżant armii Arcachu, służący w wojsku od ośmiu lat. Swoją drogę życiową z karabinem na ramieniu zaczął dosyć wcześnie, mając zaledwie dziewiętnaście lat.
Armia Republiki Artcachu
Umówiliśmy się z nim tu na krótką rozmowę, jest szczery, nie skrywa emocji, a twarz pokazuje ich całą gamę. Od wesołej, uśmiechniętej twarzy, po zasępiony, nieruchomy, utkwiony w oddali, bez żadnego wyrazu wzrok.
Armia Republiki Arcachu nie jest zbyt liczna, służy w niej zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy żołnierzy. Niejednokrotnie przyszło im stawać do bezpośredniej walki ze znacznie większymi, liczniejszymi oddziałami przeciwnika.

  • „Mimo licznej przewagi wroga, nawet gdy wydawało się, że nie ujdziemy z życiem, nigdy nie zdarzyło się, by któryś z naszych się cofnął, zawahał czy zdezerterował” – opowiada z wyraźną dumą Garik.
    „Przekleństwem były drony” – kontynuuje – „latały bardzo wysoko, często ponad chmurami. Niesposób było je dostrzec, mogliśmy jedynie nasłuchiwać. Cichy charakterystyczny dźwięk oznaczał lecącą śmierć. Oczywiście mieliśmy snajperów, udało im się kilka zestrzelić. Nawet tu w samym centrum Stepanakertu zestrzeliliśmy jeden bezzałogowy statek.
    Świetnie wyposażone, produkcji tureckiej i izraelskiej. Drugim koszmarem były miny, podczas patrolu dwóch od nas poszło na stronę >>usłyszeliśmy tylko eksplozję<<.” Zapadła cisza, wzrok Garika zatrzymał się gdzieś na nieistniejącym w oddali punkcie.
    Po chwili ponownie się odezwał: „Nie czuję nienawiści do Azerów, wszystko to jest prowokacją Turcji. Przecież ten kraj, od ponad stu lat usiłuje nas wymordować, odbierając po kawałku nasze ziemie i zabijając naszych rodaków. Od kiedy służę w armii Arcachu zginęło już około siedem tysięcy naszych żołnierzy. Nie zawsze na wojnie, pomiędzy oficjalnymi konfliktami też zdarzały się jakieś potyczki.
    Niejednokrotnie wynajęci przez Turków najemnicy, robili krwawe rajdy na nasze przygraniczne wioski.”
    Zapytany o marzenia, odpowiedział, że chciałby już zrzucić mundur, żeby nastał trwały pokój, chce prowadzić normalne zycie, pojechać do Francji, zwiedzić świat. „Dopóki jednak istnieje zagrożenie, zostanę w armii, będę walczył” – odpowiada.
    Grupa dziennikarzy
    Wyprawa, od samego początku wydawała niemożliwa. Wszystko w pędzie, od chwili, gdy zadzwonił do mnie kolega z pytaniem, czy nie chciałbym polecieć do Górskiego Karabachu (nazwy Republiki Arcachu, jeszcze wtedy nie używałem). Międzynarodowa grupa dziennikarzy i jeden w ostatniej chwili się wycofał. Zwolniło się miejsce i mógłbym polecieć zamiast niego, problem w tym, że jest mało czasu.
    Cztery dni, a przecież taka wyprawa – nawet na tydzień – o czym jeszcze nie wiedziałem – wymagała odpowiedniego przygotowania. Nie tylko w zaopatrzenie, ale również chciałem dokładniej zgłębić całą historię regionu, przynajmniej od rozpadu Związku Radzieckiego – pisałem o tych konfliktach kilka razy, ale były to dosyć lakoniczne teksty oparte na doniesieniach agencyjnych.
    Armia Obrony Karabachu
    Szybki research w głowie, co wiem. Górski Karabach terytorialnie leży w granicach Azerbejdżanu, od rozpadu Związku Radzieckiego były tam trzy wojny: 1991 – 1994, 2016 – wojna „Aprillowa” lub „czterodniowa” no i ostatni konflikt, który rozpoczął się 27 września po zamieszkach przy granicy obu państw.
    W konflikcie po stronie Górskiego Karabachu opowiedziała się jedynie Armenia przy zachowawczym wsparciu Rosji, natomiast po stronie Azerbejdżanu walczyli syryjscy bojownicy – co ujawniono po schwytaniu jednego z nich, rożnej maści najemnicy z protureckich bojówek.
    Wszystko przy aktywnym wsparciu Turcji, przychylności Wolnej Armii Syrii i Izraela – mieszanka naprawdę wybuchowa.
    Pierwszy rozejm, a raczej zawieszenie broni ogłoszono po rozmowach w Moskwie od 10 października. Zawieszenie broni weszło w życie, ale trwało zaledwie kilka minut, zaczął się wzajemny ostrzał. Jak zawsze w takich sytuacjach obie strony zarzuciły przeciwnikowi złamanie porozumienia.
    Kolejne zawieszenie broni ogłoszono wieczorem siedem dni później, ale już następnego dnia zginęło blisko czterdziestu żołnierzy Armii Obrony Karabachu. 25 października po raz trzeci ogłoszono zawieszenie broni. Tym razem za pośrednictwem USA, które również przetrwało do następnego dnia. Najbardziej krwawe walki toczyły się o miasto Szusza, które kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk.
    W rezultacie zostało zdobyte przez Azerów przy pomocy najemników z protureckich bojówek. Wreszcie dziesiątego listopada weszło w życie trójstronne porozumienie pokojowe podpisane przez Armenię i Azerbejdżan z udziałem Rosji.
    Armenia straciła Suszę, zobowiązała się wycofać swoje oddziały z okupowanych terenów do końca miesiąca. Azerbejdżan zgodził się odblokować połączenie miedzy Stepanakertem a Armenią. Z kolei Rosja do rozlokowania kontyngentu sił pokojowych. Tyle wiedziałem.
    Znałem też kilka faktów z dalekiej historii tego spornego rejonu (ramka poniżej), ale w obecnej sytuacji wiedza ta nie była mi specjalnie potrzebna. Nie byłem pewien jaki jest tam stan obecny.
    To mnie bardziej interesowało. Czego spodziewać się na miejscu? Wprawdzie obecność rosyjskich wojsk dawała jakąś gwarancję, to ich liczba już nie.
    Cały kontyngent składa się z niespełna dwóch tysięcy żołnierzy. Trudno wiec było uwierzyć, że to koniec. I faktycznie jeszcze dwunastego grudnia (w dniu kiedy wsiadałem już do samolotu odlatującego do Mińska) oddziały azerskie zaatakowały wojska Arcachu. Doszło do wymiany ognia.
    Walkę przerwały dopiero rosyjskie siły pokojowe. Ale tego dowiedziałem się już po powrocie.
    Dlatego ta nagła zmiana określenia z Armii Górskiego Karabachu na wojska Arcachu.
    Obiecałem ludziom z tego regionu, że będę już używał tylko nazwy ich republiki. Czyli właśnie Arcachu.
    Jeszcze przed wylotem miałem w głowie ogromne zamieszanie, trudno było mi uwierzyć w doniesienia agencyjne, przecież dwadzieściajeden lat wcześniej byłem świadkiem bardzo podobnego konfliktu. Cały świat poparł wtedy secesję Kosowa – mimo, że nie przeprowadzono żadnego referendum. Zbombardowano suwerenne, europejskie państwo – Jugosławię – wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ.
    Bez skrupułów mordując przy tym cywilnych jego mieszkańców. Bomby – również kasetowe – zrzucano w najludniejsze miasta, a zwłaszcza jego stolicę – Belgrad.
    Wszystko to w ramach obrony „praw człowieka” i chęci samostanowienia części mieszkańców Kosowa.
    Rozbijając tym samym integralność kraju i de facto doprowadzając do jego całkowitego zniknięcia z mapy świata. W przypadku Republiki Arcachu nie ma takich problemów, mieszkańcy zorganizowali przecież referendum, region w niemal w całości zamieszkały jest przez obywateli Republiki Arcachu pochodzenia ormiańskiego – trochę to skomplikowane, ale postaram się w kolejnej części wyjaśnić jak to działa.
    Daleko od Warszawy
    No dobra, ale wnioski i samo przypomnienie sobie wydarzeń z ostatnich lat to jeszcze za mało. Muszę dostarczyć z redakcji odpowiednie dokumenty, wypełnić specjalne wnioski, powysyłać to wszystko do kilku państw i wielu rożnych instytucji. Oczywiście cyrylicą i po rosyjsku. Sam nie dam rady – pomyślałem, bo o ile czytam rosyjskie znaki, to z pisaniem jest znacznie gorzej. Zaczęły się schody. Byłem jednak tak podekscytowany, i tak bardzo zależało mi na tym wyjeździe, że wykrzesałem z siebie całą determinację, słowem stanąłem na głowie, żeby sprostać piętrzącym problemom. Redakcja wystawiła mi niezbędne dokumenty, ale niestety bez pieczątek i ręcznych podpisów. Teraz, podczas pandemii pracujemy online i takie pisma jeszcze z pieczątkami, były nie do zdobycia, dodatkowo odległość.
    Mieszkam mniej więcej 130 kilometrów od Warszawy, gdybym przynajmniej wiedział, że kogoś zastanę, to bez wahania pojechałbym nawet w środku nocy. Bo miałem jeden dzień na pozałatwiania tych wszystkich papierów tak, by kolejnego już wysłać. Na drugi dzień miałem już przygotowane oświadczenia z redakcji, a dzięki pomocy koleżanki wypełnione wnioski.
    Niestety bez pieczątek. Porozsyłałem więc wszędzie, gdzie było trzeba i nie czekając na odpowiedź zacząłem robić bilans potrzebnych mi rzeczy. Poza tym wywaliłem wszystko z szaf i powoli zacząłem pakowanie. Wciąż jednak nie wiedziałem czy lecę.
    Popołudniu zaczęły przychodzić odpowiedzi. Niestety, wszelkie pisma z ormiańskich urzędów i ministerstw zawierały to samo. Informację, że wysłałem pod zły adres, że to nie jest w ich kompetencjach i żebym wysłał wnioski na e-mail podany na takiej i takiej stronie.
    Na wszelki wypadek wysyłałem hurtem pod wszelkie wymienione na stronach adresy, by po chwili otrzymać niemal identyczne odpowiedzi, z tą różnicą, że tym razem skierowali mnie do jeszcze innych urzędów. Czas się kurczył, wprawdzie trzy godziny różnicy, ale miałem świadomość, że lada moment już nikt nie przeczyta moich wiadomości. A przecież następnego dnia będzie już za późno. Po wielu takich próbach, wreszcie skierowano mnie ponownie tam, gdzie wysyłałem na początku.
    Oczywiście wysłałem, ale straciłem już nadzieję. Odpowiedź nie przyszła, a ja położyłem się spać w przekonaniu, że już nic z tego nie będzie. Jakież było moje zdziwienie, gdy we czwartek rano, ten sam kolega zadzwonił z informacją że już wszystko załatwione i że mam bilet, ale lecimy nie w sobotę, a w niedzielę. Byłem tak skołowany, że dotarło to do mnie z dużym opóźnieniem. Dowiedziałem się tez, że z Polski poleci jeszcze jedna dziennikarka – Agnieszka. Już bez pośpiechu spakowałem plecak, dzięki temu, że lot przełożono na niedzielę, miałem spory zapas czasowy, więc i zakupy niezbędne zdążyłem zrobić, tak by w pełni gotowości pojawić się punktualnie na warszawskim lotnisku Chopina.
    Podróż białoruskimi liniami z przesiadką w Mińsku. Często latałem tanimi liniami i znam niedogodności jakie się z tym wiążą. A to bagaż podręczny trzeba mierzyć specjalnym przyrządem, jeśli wyjdzie, że jest centymetr za duży, to trzeba dopłacać. Zwłaszcza jednej, popularnej w Polsce linii nie lubiłem, miałem wrażenie, że jest to lotnicza „powietrzna nauka jazdy”.
    Za każdym razem gdy z nimi leciałem, lądowanie było bardzo twarde. Często pasażerowie wydawali z siebie przytłumione odgłosy przerażenia. Teraz też nie spodziewałem się luksusów. Od początku wyglądało to na potworny bałagan, ludzie z walizkami, które udawały bagaż podręczny, obsługa ich wpuszcza, każdemu zmienia numer miejsca. No fajnie – przeleciało mi przez głowę – ale świadomość, że za kilka godzin będę w Erewaniu skutecznie przesłoniła mi obawy przeciążonego samolotu i twardych lądowań.
    Zdziwienie pojawiło się, gdy niespełna godzinę później, samolot wyładował w stolicy Białorusi, a usiadł na płycie lotniska tak delikatnie, że bardziej odczuwalne było, gdy opuszczał koła przed lądowaniem.
    Zastanawiałem się, czy to przypadek, czy Białorusini aż tak dobrze szkołą pilotów. Trzy godziny czekania na przesiadkę, akurat by szybko przejrzeć ceny papierosów w strefie wolnocłowej. Cztery Euro za karton. Czyli czterdzieści eurocentów za paczkę, jakieś trzy złote. Szok. Niestety, lecąc do Azji nie mogłem kupić, nie do końca rozumiałem dlaczego, ale zapamiętałem miejsca, by w drodze powrotnej odpowiednio się zaopatrzyć. Co oczywiście zrobiłem. Zresztą jak się okazało w Armenii papierosy są równie tanie. Gdy otworzyli bramkę, znowu zamieszanie z miejscami, znowu jakiś bałagan. Tym razem jednak podszedłem do tego spokojniej. Już bez stresu, słuchałem poleceń załogi. No i kolejne zdziwienie, gdy zobaczyłem, że w wyniku tego zamieszania posadzili mnie w klasie biznesowej. Szerokie, wygodne i pełne przestrzeni miejsca, stewardesa tylko się do nas uśmiechnęła, mówiąc: „ale macie szczęście”. Różnica ogromna, fotele jak kanapy i dużo przestrzeni na nogi. Znowu lądowanie, podobnie jak w Mińsku, niemal niewyczuwalne – albo mam niebywałe szczęście – albo faktycznie zatrudniają najwyższej klasy pilotów – pomyślałem.
    Erewań
    Dochodziła czwarta rano gdy wysiedliśmy na lotnisku w Erewaniu, kompletnie pogubiony, nie miałem pojęcia gdzie iść, Agnieszka chyba też, poszliśmy więc za całą grupą z samolotu. Trafiliśmy do kolejki na obowiązkowe dla wjeżdżających testy, na obecność wirusa Covid.
    Trochę się denerwowałem, bo miał mnie ktoś stąd odebrać. Poza tym, że ma na imię Sasza i jest dziennikarzem, nic o nim nie wiedziałem. Agnieszka, również niewiele i też rozglądała się po terminalu. Gdy jednak usłyszałem dźwięk powiadomienia w telefonie, zobaczyłem wiadomość napisaną po rosyjsku, że jest, czeka z drugiej strony odprawy i już nas widzi, odetchnąłem z ulgą.
    Wreszcie – pomyślałem – i wtedy zaczęło schodzić napięcie kumulowane przez te ostatnie, zwariowane dni. Pielęgniarki uwijały się dosyć szybko, niektórzy znosili to lepiej i szybciej inni dłużej i słychać było odgłosy krztuszenia. Nigdy nie robiłem tych testów, więc nie wiem czego się spodziewać.
    Gdy usiadłem na krześle, zacząłem podwijać rękaw, sadzać, że będą pobierać krew. Nic z tych rzeczy, sympatyczna pielęgniarka powiedziała tylko, że nie trzeba i zabrała się za badanie. Wsunęła mi do nosa jakaś miękką rurkę, tak głęboko, że poczułem ją aż w gardle. Nie było to może zbyt przyjemne, ale już zrozumiałem dlaczego niektórzy tak się krztuszą i kaszlą, jeszcze wymaz z języka i po sześciu godzinach wynik. Jeśli coś będzie nie tak, przyślą maila. Możemy iść.
    Zasieki
    Na lotnisku przywitał nas Sasza. Szybko złapaliśmy nić porozumienia. Oprócz nas przylecieli jeszcze dwaj dziennikarze Roman z czeskich Nowin i Ulrich – niemiecki dziennikarz, pracujący w Moskwie.
    Sprzed lotniska zabrały nas dwa czarne terenowe samochody. Trochę dziwne samochody, w azjatyckim kraju, ale jedziemy. Wprawdzie nie wiemy gdzie, ale trudno. Jest już nas więcej, chociaż i tak jeszcze bardzo nieufnie do tego podchodzę. Jednak senność bierze górę, niech mnie wiozą gdzie chcą, byle się przespać – pomyślałem.
    Mimo to starałem się też chłonąć oświetlone miasto, pierwsze wrażenie – bardzo pozytywne.
    Jasne ulice, nowoczesne stacje benzynowe, neony knajp, restauracji i marketów, zupełnie jak stolica europejskiego kraju.
    Podjechaliśmy pod blok, Sasza wraz z Ormianami, którzy prowadzili auta zaprowadził nas do jakiegoś mieszkania w bloku.
    Warunki idealne, a nawet luksusowe. Każdy ma swój pokój, proste nowoczesne umeblowanie. Trochę szkoda, że będziemy tu tylko jedną noc, następnego dnia – a w zasadzie tego, tylko za kilka godzin – musimy pozałatwiać formalności, akredytacje – Armenii i akredytację oraz wizę do Republiki Arcachu.
    Dużo łażenia po urzędach, ale mamy przewodników. Ponieważ dochodziła już szósta rano, w Polsce dziewiąta, umówiliśmy się na dwunastą.
    Ledwo się ogarnąłem i natychmiast padłem spać. Ponieważ na drugi dzień formalności mocno się przeciągnęły, musieliśmy wielokrotnie jeździć do tych samych urzędów, zostaliśmy więc w Erewaniu jeszcze jedną noc.
    Arcach daje wizy przypięte do karty paszportu spinaczem biurowym, oczywiście jeśli ktoś chce to mogą mu wbić ogromny stempel.
    Robią tak dla bezpieczeństwa. Jeśli wybrałbym się do Azerbejdżanu z ich wizą mógłbym mieć spore nieprzyjemności, nie tylko na granicy.
    Już nie mogłem się doczekać następnego ranka i pięknych gór Kaukazu. Mieliśmy do przejechania ponad pięćset kilometrów i to górskimi drogami.
    Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się żeby zrobić zdjęcia. W ten właśnie sposób porwałem sobie spodnie na rozstawionych przez wojsko zasiekach. Dobrze, że miałem drugie na zmianę.
    Mieliśmy już umówione spotkania z ważnymi urzędnikami, łącznie z sekretarzem prezydenta Republiki, człowiekiem, który ogłosił ostatnią wojnę – Varhamem Poghosyanem.
    Po jakiś ośmiu godzinach jazdy, dotarliśmy do hotelu w Stepanakarcie. Cdn…

Ameryka daje zielone światło na wojnę

Rosja i Stany Zjednoczone są głównymi stronami w Górskim Karabachu, Turcja jest graczem z drugiego szeregu, a Izrael nadal nie zajął jednoznacznego stanowiska w sprawie nowych napięć między Erywaniem a Baku – mówi Farszad Golzari, irański analityk polityki zagranicznej, dziennikarz specjalizujący się w sprawach bezpieczeństwa, w rozmowie z Władimirem Mitewem, redaktorem lewicowego portalu bułgarskiego Baricada.

Jakie są powody wybuchu konfliktu zbrojnego w Górskim Karabachu tej jesieni? W jakim stopniu chodzi tu o sprawy wewnętrzne (związane z dwoma krajami: Republiką Armenii i Republiką Azerbejdżanu), a w jakim regionalne i międzynarodowe?
Konflikt o Górski Karabach jest starą, historyczną raną. Ten problem tli się od czasów upadku państwa carów w 1917 roku i od wojny domowej w Rosji, po której Armenia i Azerbejdżan stały się ostatecznie republikami sowieckimi. Pod koniec lat 80., gdy władze tych republik zdały sobie sprawę, że Związek Radziecki wkrótce się rozpadnie, ponownie wybuchł kryzys. Ale typowo narodowościowe konflikty ciągle były sporadyczne. Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 r. ta stara rana odżyła, Azerbejdżan i Armenia stoczyły wojnę o Górski Karabach. Ostatecznie Armenii udało się przejąć nie tylko kontrolę nad samym regionem Górskiego Karabachu, ale także kilka prowincji Republiki Azerbejdżanu. W celu doprowadzenia do porozumienia utworzono Grupę Mińską, ale nie ma ona zbyt wielu osiągnięć. Natomiast w 1993 r., kiedy do władzy w Azerbejdżanie doszedł Hejdar Alijew (ojciec obecnego prezydenta Ilhama Alijewa), utworzone zostało Ministerstwo Niespodziewanych Wydarzeń, które było odpowiedzialne za prowadzenie sprawy Górskiego Karabachu. Konflikt wokół niego miał być narzędziem umacniania rządów rodziny Alijewów.
W ciągu siedemnastu lat prezydentury Ilhama Alijewa był prezydentem Azerbejdżanu, widzieliśmy, jak wielokrotnie podkreślał zagrożenie ze strony Górskiego Karabachu, utrzymywał armię w stanie gotowości. Trzymał mieszkańców kraju, w tym swoich przeciwników, azerskich nacjonalistów, w nieustannym cieniu wojny. Dlatego jedną z przyczyn nowego wybuchu starć są wysiłki samego Alijewa, który nie chce, by władza wymknęła mu się z rąk. Pojawiają się pogłoski, że Alijew chce zastąpić swoją żonę, a zarazem pierwszego wiceprezydenta Mehriban Alijewą swoim synem, gdy tylko ten będzie gotowy do wejścia do polityki. Zwycięstwo w Karabachu miałoby odwrócić uwagę opinii publicznej od tych manewrów. Z drugiej strony, jeśli przyjrzymy się sytuacji Alijewa, widzimy, że jego rząd był pod presją ludzi wysiedlonych z Karabachu oraz partii opozycyjnych. Członkowie partii Musawat, najstarszego ruchu politycznego Azerbejdżanu, założonego w 1911 roku, nieustannie naciskają Alijewa, pytają, co jego rząd zrobił, aby wyzwolić Górski Karabach, który stanowi 20 proc. terytorium kraju. Nie ma wątpliwości, że inicjatorem nowego konfliktu jest Azerbejdżan. Nie widzę powodów, by winić za niego Armenię.
W nowych napięciach uczestniczą oczywiście dwaj główni aktorzy, a mianowicie Rosja i Stany Zjednoczone. Graczem z drugiego szeregu jest Turcja, a Izrael odgrywa rolę ukrytego i uzupełniającego elementu, który nie zajął jeszcze oficjalnego stanowiska w sprawie nowych napięć. Działał inaczej, stosując naciski wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi. Tel Awiw i Waszyngton mają znaczące interesy wojskowe i energetyczne w Azerbejdżanie i starają się przyciągnąć Baku do siebie bardziej niż kiedykolwiek. 20 proc. ropy z Baku trafia do Izraela, a Stany Zjednoczone również potrzebują Azerbejdżanu, aby rozwijać siły NATO wobec ambicji Moskwy. Zielone światło Stanów Zjednoczonych i Izraela skłoniło Ilhama Alijewa do natychmiastowego nakazania ataku na pozycje Armenii.
Z drugiej strony – kiedy Nikoł Paszynian miał zostać premierem Armenii, to zajmował stanowisko antyrosyjskie i przynajmniej starał się zmniejszyć wpływy Rosji w Erewaniu. Nie ma wątpliwości, że Moskwa dobrze pamięta jego uwagi. Stąd cisza ze strony Rosji w pierwszych dniach konfliktu. Myślę, że Kreml rozlicza się teraz z Paszynianem i dał mu jasno do zrozumienia, że musi złagodzić swoje antyrosyjskie stanowisko.
W przypadku Turcji uważam, że jej działania w Syrii i Libii znalazły się w impasie. Większość terrorystów, którzy nadal znajdują się w syryjskim regionie Idlib, została przeszkolona przez Turcję. Recep Tayyip Erdogan i tureckie służby wywiadowcze (MIT) doskonale zdają sobie sprawę z zagrożenia bezpieczeństwa narodowego USA, jeśli tylko terroryści z Idlibu zechcą wrócić do Turcji. To są ludzie o różnych osobowościach i przekonaniach, potencjalnie niebezpieczni dla Turcji, Stanów Zjednoczonych, a nawet Europy. Przerzucając ich w inne miejsce, Turcja z jednej strony unika potencjalnego zagrożenia, z drugiej prowokuje nowe konflikty w oparciu o „politykę osmańsko-islamską”. To jest dalszy ciąg tendencji, w którą wpisywało się już przekształcenie Hagii Sophii z muzeum w meczet. Fakty te pokazują, że obecny konflikt jest bardziej międzynarodowy, aniżeli regionalny i krajowy.
Jakie jest znaczenie Armenii i Azerbejdżanu dla Iranu jako partnerów gospodarczych i geopolitycznych?
Profesorowie historii i nauk politycznych w Iranie postrzegają Azerbejdżan i Armenię nie tylko jako potencjalnych partnerów Iranu, ale wręcz jako „dzieci oddzielone od matki”. Związki kulturowe, religijne, historyczne i społeczne między Teheranem, Baku i Erywaniem istnieją od wieków. Chociaż Ormianie są chrześcijanami, mogą mieć obywatelstwo Islamskiej Republiki Iranu, artykuł 13 konstytucji daje im wszelkie gwarancje. Zgodnie z artykułem 64 irańskiej konstytucji, chrześcijanie ormiańscy na południu i północy mają po jednym przedstawicielu w parlamencie. Azerowie są również obecni na najwyższych stanowiskach rządowych, państwowych, religijnych i stanowią znaczącą część polityków i osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, działa wielu azerskich biznesmenów. Te powiązania są bardzo ważne, ale Republika Azerbejdżanu i tak uważa Iran za zagrożenie z trzech głównych powodów: dużego terytorium, większej armii i potencjału militarnego oraz przewagi demograficznej. Z tych powodów Baku skłania się ku Izraelowi, Stanom Zjednoczonym, Turcji i niektórym krajom europejskim. Azerbejdżan widzi w Iranie większe zagrożenie niż w Rosji.
Armenia w ogóle nie jest przedmiotem irańskiej strategii bezpieczeństwa i nie stanowi poważnego zagrożenia dla Teheranu. Z Iranem ma bardzo krótką granicę na rzece Aras. Z drugiej strony, Iran jest pomostem między Azerbejdżanem a Republiką Nachiczewanu, ma z Armenią żywe relacje handlowe.
Turcja jest głównym zwolennikiem Republiki Azerbejdżanu, Rosja, która ostatnio pośredniczyła między walczącymi stronami, eksportuje broń zarówno do Baku, jak i do Erywania. Iran również zaproponował, że będzie mediował między nimi, a kilka dni temu odrzucił zarzuty Baku, że dostarczył broń Armenii. Równocześnie Iran, Rosja i Turcja w trójstronnym formacie zajmowały się uregulowaniem konfliktu syryjskiego podczas rozmów w Astanie. Jak nowa eskalacja wpłynie na ich perspektywy współpracy?
Rola, jaką gra Ankara w relacjach ormiańsko-azerskich, jest dwuznaczna. Jeśli przyjrzeć się rynkom ormiańskim, można zauważyć, że bardzo duża część towarów importowana jest z Turcji, a armeńscy handlowcy nadal mają kontakt z Turcją. Ale jeśli zapytać władze tureckie, dlaczego w takim razie popierają Republikę Azerbejdżańską przeciwko Armenii, dają ci odpowiedź: polityka to jedna sprawa, a gospodarka to inna! Rosja? Tak, sprzedaje broń obu stronom, ale z racji bliskości religijnej zawsze będzie wspierała Armenię. Nie chce jednak za bardzo przechylić szali na jej korzyść, żeby być pewna, że za jakiś czas odzyska kontrolę nad władzami w Erywaniu.
Natomiast w kwestii oskarżeń pod adresem Teheranu o sprzedaż broni do Armenii uważa, że Azerbejdżan stosuje tutaj manewr z zakresu wojny psychologicznej, w celu zarządzania swoją wewnętrzną przestrzenią polityczną. To jest usprawiedliwianie własnych słabości poprzez akcentowanie, jak silny jest przeciwnik. Poza tym urabia się opinię publiczną na przyszłość: Azerowie mają uwierzyć, że Iran to ich wróg nr 1, jeżeli Stany Zjednoczone lub Izrael mają w przyszłości podjąć niebezpieczne działania przeciwko Teheranowi, opinia publiczna w Baku nie będzie się temu sprzeciwiać. To jest jeden polityczny plan!

Iran nie zerwie stosunków z Armenią dla dobra Azerbejdżanu, podobnie jak nie zerwie z Azerbejdżanem w imię relacji z Armenią. A format z Astany? Też nie sądzę, by te napięcia zmieniły współpracę Iranu z Turcją i Rosją. W obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, w interesie Turcji nie leży wyjście poza Astanę.
Pisał pan o terrorystycznych podmiotach politycznych takich jak Al-Kaida i ISIS. Jak przeniesienie z Syrii do Górnego Karabachu tureckich fundamentalistycznych bojowników/najemników zmienia stosunki międzynarodowe i bezpieczeństwo w regionie Kaukazu?
Większość dawnej tzw. Wolnej Armii Syryjskiej, jak również bojowników Al-Kaidy została przeniesiona do Azerbejdżanu. Z drugiej strony, według niepotwierdzonych informacji, część PKK znajduje się na terytorium Armenii, aby walczyć z siłami azerskimi.
Elementy tzw. brygady sułtana Murata, części dawnej Nusry (czyli Al-Kaidy w Syrii) zostały przerzucone do Baku przez Turkish Airlines. Lot nie odbył się bezpośrednio z Libii lub Syrii, lecz prawdopodobnie do Azerbejdżanu z Turcji. Syryjski oddział Al-Kaidy, który ma siedzibę w Idlibie i posługuje się obecnie nazwą Haras al-Din ma pochodzenie arabskie, członkowie jego rady centralnej są pochodzenia irackiego lub jordańskiego i wcale nie chcą opuszczać Syrii. Ale inni członkowie Al-Kaidy, którzy przybyli do Syrii z takich obszarów jak Czeczenia, Inguszetia, Dagestan, a nawet Uzbekistan i Tadżykistan, chcą walczyć na Kaukazie Południowym. To od 3 300 do 4 700 osób, a przekazanie tej ilości, a nawet połowy tej kwoty Azerbejdżanowi zmieni region Kaukazu w bombę zegarową.
Wiele krajów na całym świecie, w formie koalicji anty-ISIS lub indywidualnie, walczyło z terrorystami w Syrii z ziemi i z powietrza, a teraz Turcja transponuje to zagrożenie na Południowy Kaukaz. Będzie ono bardzo kosztowne i dla Iranu, i dla Rosji, Gruzji i Armenii, ale także dla Azerbejdżanu. Alijewowie konsekwentnie walczyli z ekstremistami i zamknęli budowane przez Saudyjczyków meczety wahhabickie, ale ta walka nie jest zakończona: nadal istnieją podziemne meczety. Islamski Emirat Kaukaski próbuje podnosić głowę w Czeczeni, od wahhabitów nie jest wolna Gruzja. Rosja i Iran mają doświadczenie w walce z terrorystami, ale nie sądzę, aby inne kraje Południowego Kaukazu były w stanie sobie z nimi poradzić. Tymczasem Ankara, jeśli nie osiągnie szybko spodziewanych sukcesów, może sprowadzić do Azerbejdżanu kolejną grupę ekstremistów, z obozu Orfa w południowo-wschodniej Turcji.
Jaka jest przyszłość dwustronnych stosunków turecko-irańskich po eskalacji konfliktu w Górskim Karabachu? Oba kraje mają dobre więzi gospodarcze, ale np. w Tebrizie protestowali Azerowie, którzy solidaryzowali się z Baku i chcieli zamknięcia granicy irańsko-armeńskiej…
Nie sądzę, aby te napięcia wpłynęły na stosunki między Ankarą a Teheranem, skoro do zerwania stosunków nie doprowadziły nawet dużo ostrzejsze różnice dotyczące Syrii. Co do tureckich Azerów, to ich protesty zostały rozdmuchane przez media, co uważam za prowokację mediów związanych z azerskim wywiadem (MTN). Azerów w Iranie o przekonaniach pantureckich, bliskich tureckim Szarym Wilkom, nie jest wielu.
Konflikt Armenii i Azerbejdżanu zdaje się tworzyć nieoczekiwane układy geopolityczne. Turcja i Izrael, które mają różne stanowiska w sprawie palestyńskiej i stoją po różnych stronach na Bliskim Wschodzie, wspierają Baku. Pakistan jest kolejną potęgą regionalną, która zadeklarowała wsparcie dla Republiki Azerbejdżanu, mimo że nie uznała państwa Izrael. Jednocześnie Armenia ma ogromną diasporę w Stanach Zjednoczonych, Francji, Rosji i na całym świecie. Jak wielkie jest niebezpieczeństwo dalszej eskalacji konfliktu i bezpośredniego zaangażowania militarnego Rosji, Turcji i innych państw w sposób, który już obecnie rozwija się w Syrii?
Wbrew powszechnemu przekonaniu, obecny spór izraelsko-turecki nie dotyczy Palestyny. Trzeba pamiętać, że w 2009 r. Erdogan, ówczesny premier Turcji, zaatakował prezydenta Izraela Szimona Peresa na szczycie gospodarczym w Davos i oskarżył go o zabijanie Palestyńczyków w Gazie. Wkrótce potem izraelscy komandosi przejęli turecki statek Marmara, który przewoził pomoc humanitarną dla ludności Gazy, i zabili około dziewięciu pasażerów. Abdullah Gul był w tym czasie prezydentem Turcji. On i Erdogan zwyczajnie wykorzystali ten epizod, by zyskać w oczach muzułmańskiej opinii publicznej. Wkrótce potem stosunki izraelsko-tureckie znowu stały się przyjazne, były przeprosiny i odszkodowanie. Dla Turcji kwestia palestyńska jest wyłącznie narzędziem. Ważniejsze są brak zgody Ankary wobec planów Tel Awiwu we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego i współpraca Grecji z Izraelem. Dewaluacja liry tureckiej i inflacja skłaniają Turcję do poszukiwania basenów energetycznych we wschodniej części Morza Śródziemnego, które mogłyby stanowić zagrożenie dla Izraela i jego sojuszników.
Co się tyczy wsparcia Izraela dla Azerbejdżanu – Tel Awiw stara się pozyskiwać ropę naftową i gaz poza państwami arabskimi, aby móc polegać na Azerbejdżanie w razie przypadkowego lub celowego wejścia w spór z którymkolwiek z państw arabskich. Rozumie się samo przez się, że Izrael stara się wywierać presję na Iran z Azerbejdżanu. 60 proc. broni wykorzystywanych przez Baku zostało dostarczone przez Izrael. Azerbejdżan używał izraelskich samobójczych samolotów bezzałogowych Harop w zeszłym tygodniu. – Izraelscy inżynierowie powinni być dumni z takiego produktu – powiedział Hekmat Hadżijew, doradca ds. międzynarodowych Ilhama Alijewa.
Z drugiej strony – ormiańskie lobby w Kongresie USA zajmuje szczególne miejsce po lobby izraelskim, saudyjskim i irlandzkim. Zastanawiam się, czy nie jest nawet ważniejsze niż saudyjskie. We Francji i ogólnie w Europie Ormianie są znacznie bardziej wpływowi niż Azerowie. Powodem znaczenia Armenii jest jej pozycja w centrum energetycznym regionu Kaukazu. Jeśli wojna w Górskim Karabachu ulegnie eskalacji, Ormianie oczekują, że francuska broń znajdzie się w ich rękach. Na nic więcej nie pozwoli Rosja, która nie pozwala mocarstwom zachodnim wejść do żadnego regionu, którego eksport gazu jest przez nią monopolizowany. Także w postaci sił pokojowych. Dlatego uważam, że konflikt realnie rozstrzygną między sobą Rosja i Stany Zjednoczone. Nawet jeśli premier Armenii i prezydent Azerbejdżanu przez rok będą prowadzili prywatne rozmowy, nie uda się osiągnąć żadnego rezultatu. Górski Karabach jest szachownicą mocarstw, a Baku i Erywań pionkami.
Teheran chce pokoju i oczekuje, że Moskwa uruchomi plan rdzennej straży granicznej z udziałem swoich sił i Iranu. Jest to ten sam plan, który został wdrożony w Syrii z udziałem sił tureckich i rosyjskich, gdzie wprowadzono żandarmerię wojskową i patrole w celu zapewnienia bezpieczeństwa wokół Idlibu i autostrady M4. Na razie możemy być pewni jednego: ta wojna spowoduje, że mafia zbrojeniowa zarobi istne miliardy dolarów, jednak koszta tego będą przeogromne.

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Skróty pochodzą od redakcji.

Armenia – Sarjan, Chaczaturian, Terterian

Choć obchodząca w tych dniach swe narodowe święto Armenia co do wielkości populacji czy też potencjału ekonomicznego nie liczy się do światowych potęg, choć przez wiele stuleci pozbawiona była samodzielnego bytu państwowego, a wiek dwudziesty nie szczędził jej wyjątkowo tragicznych doświadczeń, jak tureckie ludobójstwo w 1915 roku, katastrofalne trzęsienie ziemi w 1988 roku, po dziś dzień niewygasły konflikt z Azerbejdżanem – przecież w tymże ubiegłym stuleciu wkład w światową kulturę wniósł ten naród bardzo znaczny.

Miał zresztą do czego nawiązywać – nie od rzeczy będzie przypomnieć, że już pierwsze tysiąclecie naszej ery przyniosło Ormianom narodziny własnego alfabetu (Mesrop Masztoc, koniec IV stulecia), „złoty wiek” literatury armeńskiej w V stuleciu, potem słynny ludowy epos „Dawid z Sasunu”, wreszcie, już u schyłku X wieku, takie arcydzieło jak „Księga pieśni żałobliwych” Grzegorza z Nareku.
Wiek zaś dwudziesty w kulturze artystycznej Armenii – to dla mnie, obok wspaniałego reżysera Siergieja Paradżanowa, przede wszystkim trzy wielkie postacie ze świata malarstwa i muzyki: Martiros Sarjan, Aram Chaczaturian, Awet Terterian. Skądinąd żaden z tej trójki w Armenii się nie urodził, wszyscy jednak byli z dziada pradziada Ormianami, kraj i jego kulturę dobrze znali i obficie z tej kultury czerpali, zaś ich twórczość stała się prawdziwą emanacją armeńskości.
Wielkiego malarza Martirosa Sarjana (1880-1972) dane mi było spotkać jeszcze za jego życia, gdy na początku lat siedemdziesiątych znalazłem się w Erywaniu jako pilot grupy wycieczkowej studenckiego „Almaturu” (wspaniałego wtedy dla naszej studenterii okna na świat). W programie naszego erywańskiego pobytu znalazła się wizyta we wzniesionym dla Sarjana obok jego domu przez rząd Armenii okazałym trzykondygnacyjnym muzeum oraz krótkie spotkanie z artystą; nikt z nas wcześniej nie miał pojęcia o jego dorobku i pozycji, szczęściem dwóch studentów poznańskiej szkoły sztuk plastycznych, którzy zresztą też nigdy przedtem o Sarjanie nie słyszeli, pomogło nam zrozumieć, z jakiej klasy twórczością mamy do czynienia. Z ponad dziewięćdziesięciu lat życia, które wtedy Sarjan miał za sobą, w Armenii spędził nieco więcej niż połowę; urodził się w małej miejscowości koło rosyjskiego Rostowa nad Donem, założonej jeszcze w końcu XVIII wieku przez Ormian przesiedlonych przez Katarzynę II z Krymu, dokąd wcześniej trafili z dawnej armeńskiej stolicy Ani; malarstwa uczył się w Moskwie, między innymi u Sierowa i Korowina, gdzie też mógł poznać dzieła współczesnych twórców zachodnioeuropejskich, z których najsilniej wpłynęli nań fowiści. W bardzo wówczas bujnym życiu artystycznym Moskwy szybko zaczął brać aktywny udział, prezentując swe płótna na wystawach organizowanych przez stowarzyszenia „Błękitna Róża” i „Związek Artystów Rosyjskich” oraz czasopismo „Złote Runo”. Wtedy też rosyjskie muzea i rosyjscy kolekcjonerzy zakupili szereg jego dzieł, dzięki czemu możemy je dziś oglądać w moskiewskiej Galerii Trietiakowskiej (tu bodaj najsłynniejsze – „Palma daktylowa” z 1911 roku) czy też petersburskim Muzeum Rosyjskim, eksponowane, jako prace artysty tworzącego w Rosji, w zbiorach malarstwa rodzimego, podobnie jak obrazy Aleksandra Orłowskiego czy Henryka Siemiradzkiego. W 1921 roku Sarjan osiadł w Erywaniu, z którego na dłużej wyjeżdżał tylko w połowie lat dwudziestych do Paryża. Najpełniej i najsugestywniej wypowiedział się w malarstwie pejzażowym – nasyconych słońcem, o żywej kolorystyce, symboliczno-metaforycznych wyobrażeniach ojczystego armeńskiego krajobrazu, z jego górami, przyrodą, osiedlami ludzkimi; ważne miejsce w jego twórczości zajęły też studia martwej natury oraz portrety (z dramatycznym epizodem z ponurego roku 1937, kiedy to zniszczono jedenaście namalowanych przezeń podobizn wybitnych Ormian, uznanych wtedy za „wrogów ludu”).
Wśród tych, których portretował Sarjan, znalazł się też największy armeński kompozytor Aram Chaczaturian (1903-1978); jego wizerunek – to zresztą jedno z najbardziej znanych dzieł malarza. Chaczaturian z kolei przyszedł na świat w ormiańskiej rodzinie mieszkającej na przedmieściach Tbilisi, ale już jako osiemnastolatek podążył za starszym bratem, później znanym reżyserem teatralnym, do Moskwy; tam też uzyskał wykształcenie muzyczne, tam też do końca życia mieszkał. Jednak, podobnie jak Sarjana, inspirowała go przede wszystkim Armenia, z której muzycznego folkloru czerpał całymi garściami. Jak w pejzażach Sarjana, słoneczna Armenia dyszała pełną piersią zwłaszcza w balecie „Gajane”, z jego słynnym hitem „Tańcem z szablami”. Skomponowany w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, jakby w nagłym błysku inwencji twórczej, znakomity Koncert skrzypcowy (1940) noszę w pamięci po dziś dzień jako jeden z tych utworów, który, przed laty usłyszany w Poznaniu, otwierał mi jako słuchaczowi drogę do świata muzyki XX stulecia; równie dobrze pamiętam wrażenie, jakie uczynił na mnie drugi znany balet Chaczaturiana – „Spartakus”, oglądany w Teatrze Wielkim w Moskwie kilka dni po śmierci kompozytora, kiedy to w hołdzie zmarłemu wystąpiła najlepsza, jaką można było wówczas sobie wyobrazić, obsada z Władimirem Wasiljewem na czele i kiedy po zakończeniu oszałamiającego spektaklu w poruszających słowach pożegnał kompozytora choreograf Jurij Grigorowicz, po czym na scenę spłynął olbrzymi portret Chaczaturiana, a dwa tysiące ludzi opuściło widownię w skupionym milczeniu. Do Polski zaglądał Chaczaturian niejeden raz, polska prapremiera „Spartakusa” miała miejsce w 1968 roku w Warszawie, „Gajane” – siedem lat później w Łodzi; w stulecie urodzin kompozytora Ludwik Erhardt pisał o nim jako o „chyba wśród wszystkich kompozytorów radzieckich najczęstszym i najserdeczniej przyjmowanym gościu muzyków polskich”. Zmarły w Moskwie, pochowany został jednak Chaczaturian w Erywaniu, podobnie jak Sarjan w pełniącym rolę narodowego armeńskiego panteonu Parku im. Komitasa; w rosyjskiej stolicy za to w 2006 roku wystawiono mu okazały monument, i to o lokalizacji nader symbolicznej, bo przed siedzibą Związku Kompozytorów Rosji, gdy i Szostakowicz, i Prokofiew otrzymali w Moskwie pomniki w innych miejscach i cokolwiek później. W 2018 roku Rosjanie nakręcili fabularny obraz „Taniec z szablami” – o Chaczaturianie pospiesznie pracującym nad partyturą „Gajane” w latach II wojny światowej w Permie, gdzie do wystawienia baletu już się sposobił ewakuowany tam z Leningradu Teatr im. Kirowa; ciekawy ten film można było za sprawą nieocenionego festiwalu „Sputnik” oglądać i u nas.
*
Tak pokrewne sobie charakterem, fascynujące witalnością i mieniące się soczystymi barwami malarstwo Sarjana i muzykę Chaczaturiana niejednokrotnie ze sobą zestawiano i do siebie przyrównywano; znakomity armeński kompozytor, którego gwiazda poczęła świecić pełnym blaskiem w ostatnich latach życia Chaczaturiana – Awet Terterian (1929-1994) swą najgłębszą więź z rodzimą tradycją manifestował w sposób od swego wielkiego poprzednika mocno odmienny. W stanowiących trzon jego dorobku ośmiu symfoniach panuje atmosfera właściwej kulturom Orientu skupionej kontemplacji, nieledwie mistycyzmu; określa się też je niekiedy jako symfonie „medytacyjne”. Wykorzystując różnorodne techniki – od staroarmeńskich form monodycznych po swobodną dodekafonię i poszukiwania sonorystyczne, posiłkując się dawnymi instrumentami ludowymi (np. kamanczą) kreuje Terterian w swej muzyce bardzo specyficzny świat, wymagający od słuchacza niezwykłej koncentracji, ale też oddziaływujący nań z siłą zaiste hipnotyczną; z pewnością znajdą się jeszcze tacy, którzy jak ja pamiętają wrażenie uczynione na „Warszawskiej Jesieni” w 1985 roku przez jego VI Symfonię. Niespodziewana, przedwczesna śmierć Terteriana (a odszedł w uralskim Jekatierinburgu, gdzie w latach dziewięćdziesiątych prowadził klasę kompozycji) była dla muzyki, nie tylko armeńskiej, wielką stratą.
*
Jeśli Ormianin Chaczaturian urodził się i wychowywał w Gruzji, to Ormianin Terterian przyszedł na świat i spędził dzieciństwo w Azerbejdżanie; w czasach ZSRR było to rzeczą najnaturalniejszą, tak liczne i różne narody Kaukazu i Zakaukazia obcowały ze sobą jak przyjaźni sąsiedzi, Azerbejdżanie nie prowadzili walk z Ormianami, Gruzini szanowali Abchazów i Osetyńczyków. Wrogość i konflikty, niestety trwające, a nawet umacniające się po dziś dzień, przyszły dopiero z rodzącą się transformacją ustrojową; jak i na tym przykładzie widać, z uporem w swoim czasie utrzymujący, że nacjonalizm to ostatnie stadium komunizmu, nasz polityczny guru Adam Michnik i w tym wypadku nie miał racji – w kapitalizmie nacjonalizmy czują się nieporównanie lepiej…

Tłum chce wojny z Armenią

„Karabach to Azerbejdżan!”, „Mobilizacja!” – dziesiątki tysięcy mężczyzn wyszły na ulice Baku, mimo zakazu związanego z epidemią, by domagać się ofensywy wojskowej przeciw sąsiedniej Armenii i odebrać Górny Karabach, region, który w 1991 r. z pomocą Armenii odłączył się od Azerbejdżanu. Tymczasem, po kilku dniach strzelaniny, na granicy między obu krajami zapanował nerwowy spokój.

Manifestacja w Baku była bardzo gwałtowna: część uczestników zaatakowała parlament, co wywołało równie gwałtowną reakcję policji. Manifestantów usunięto z budynku w środku minionej nocy, a tłum rozpędzono działkami wodnymi i pałowaniem. Nocna bitwa w mieście miała miejsce po trzydniowej bitwie granicznej między obu krajami, która przyniosła co najmniej 16 ofiar śmiertelnych, wśród których znalazł się azerski generał.
Oba kraje obciążają się nawzajem odpowiedzialnością za rozpoczęcie wymiany ognia w ostatnią niedzielę. Dziś ministrowie obrony Armenii i Azerbejdżanu ogłosili, że minionej nocy już nikt nie strzelał. Zawarto tymczasowy, nieoficjalny rozejm obowiązujący od północy między wtorkiem a środą. Wcześniej do przerwania ognia wezwały Stany Zjednoczone, Rosja i Unia Europejska. 30 lat mediacji z udziałem tych potęg niewiele dały. Azerbejdżan regularnie wygraża Ormianom zbrojnym odebraniem Karabachu.
Bogaty w ropę Azerbejdżan wydaje na swą armię więcej niż wynosi całość rocznego budżetu Armenii, lecz Ormianie zawarli z Rosją sojusz obronny, który powstrzymuje Azerów przed ofensywą. Ci ostatni są popierani z kolei przez Turcję, która – przynajmniej póki co – nie ma zamiaru zadzierać z Rosją. W latach 90 ub. wieku wojna między obu krajami pochłonęła ok. 30 tys. ofiar, nie przynosząc żadnego trwałego rozwiązania.

Ormianie ostrzą pióra

Teatr ormiański jest jednocześnie stary i bardzo młody. Jego historia liczy sobie, bagatela, dwa tysiące lat, jeśli sięgać do samych początków, kiedy w I wieku naszej ery wystawiano w Armenii greckie tragedie.

Ale od czasu, kiedy władze przejęli Rzymianie i wymordowali aktorów (w 69 r. n.e.) teatr zanikał aż wreszcie zamarł w czasach średniowiecza (w VII wieku), od czasu do czasu dając o sobie znać w diasporze, m.in. w XVII wieku we Lwowie, gdzie powstawały dydaktyczne sztuki ormiańskie o tematyce historycznej – Ormianie znaleźli się w granicach Rzeczypospolitej po przyłączeniu Rusi halickiej przez Kazimierza Wielkiego, a po nadaniu im przywilejów osiedlali się w Rzeczypospolitej chętnie.
Teatr ormiański tak naprawdę odrodził się po wielu latach w Tyflisie (dzisiejsze Tblilisi) w połowie XIX wieku (1851). Pierwszy teatr w Eywaniu otwarto nieco później (1864) i od tego czasu rozwijał się ze zmiennym szczęściem, po części w diasporze, po części najpierw w radzieckiej, a od 30 lat w niepodległej Armenii.
Ormianie próbują
nadrobić zaległości,
zajmują się w teatrze porachunkami z historią – w centrum zainteresowania przez długi czas znajdowała się tragedia ludobójstwa w roku 1915, kiedy pastwą tureckich nacjonalistów padło tysiące Ormian z Anatolii. To wciąż niezabliźniona rana, do której artyści ormiańscy wracają. I nie tylko oni. Dość przypomnieć poruszający spektakl „Armine, sister” (2014) polskiego Teatru ZAR, działającego przy Instytucie Grotowskiego, który nawiązywał do tych tragicznych wydarzeń, budując w przestrzeni teatralnej fugę śmierci, misternie skonstruowaną z pieśni wschodniej Anatolii, w szczególności zaczerpniętych z tradycji ormiańskiego śpiewu modalnego.
To odmienny sposób wydobywania głosu, w Polsce nieznany, którego poznanie i doskonalenie pochłonęło wiele miesięcy wspólnej pracy i ćwiczeń pod okiem takich nauczycieli jak Aram Kerovpoyan, mistrz śpiewu w ormiańskiej katedrze w Paryżu. Tak więc temat nie był dla Teatru ZAR wybiegiem, zasłoną, ale wysokim progiem trudności artystycznych i technicznych do pokonania, bez najmniejszej taryfy ulgowej, jak to niekiedy zdarza się, kiedy teatry podejmują „tematy słuszne”. Były w tym spektaklu (w reżyserii Jarosława Freta) chwile niezwykłej mocy, kiedy milkła pieśń, zamierał ruch, a sponiewierane kobiety i ich oprawcy tkwili nieruchomo na swych miejscach. Zapadała wówczas cisza jak zduszony jęk. Takiej ciszy chyba nigdy jeszcze nie słyszałem w teatrze.
Spektakl ZAR-u to nie jedyny ormiański ślad w polskim teatrze współczesnym. Wielką orędowniczką dramaturgii i literatury ormiańskiej była Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska. Spod jej ręki wyszły przekłady dramatów Rafaela Akopdżaniana, „Gdy w dzień przeleci nocny ptak” („Dialog” 1999 nr 11) i „Ja, córka Rasputina” (2004), oba wystawione w Teatrze Druga Strefa przez Sylwestra Biragę. Nie wchodząc w szczegóły, nie były to oszałamiające sukcesy, ale sygnał, że coś ciekawego dzieje się w literaturze ormiańskiej. Tłumaczka potwierdziła to przekładem niedocenionej powieści Akopdżaniana „Polskie wyspy” (2004) – jej polskie akcenty zachęcają do lektury i scenicznej adaptacji.
Związki polsko-armeńskie z sukcesem rozwijał profesor Andrzej Żurowski (odznaczony armeńskim Medalem Kultury), który w Erywaniu artystycznie dyrektorował międzynarodowemu festiwalowi szekspirowskiemu, a trzeba wiedzieć, że Ormianie kochają Szekspira bezgranicznie – jak pisał Grzegorz Górny „Shakespeare był Ormianinem”. Dzięki staraniom Żurowskiego monodramy z Armenii, nie tylko szekspirowskie, zaczęły się pojawiać na wrocławskim festiwalu WROSTJA.
Miało to swoje następstwa: Wiesław Geras na zaproszenie dyrektorki festiwalu Armmono w Erywaniu przygotował program polski (2013) z udziałem Bogusława Kierca, Anny Skubik, Krzysztofa Grabowskiego i Mateusza Olszewskiego. Podczas festiwalu odbyły się także spotkania ze studentami Instytutu Teatru i Filmu w Erywaniu, poświęcone polskiemu teatrowi (o tym mówiłem ja), tradycjom monodramu (Wiesław Geras) i kształceniu aktora (Bogusław Kierc). Na tym kontakty się nie skończyły, Krzysztof Gordon w roku następnym pokazał w Erywaniu „Śmiesznego staruszka”, a parę lat później Ara Asaturyan, aktor i tancerz sam pokusił się o zmierzenie się z tym tekstem Różewicza podczas Międzynarodowego Festiwalu Monodramów w Erywaniu (2016) – odwiedził także z tym monodramem Wrocław.
Do tego dość skromnego dorobku, a trzeba by w nim uwzględnić także publikację sztuki „Mercedes” Anusz Aslibekian w przekładzie Jakuba Adamowicza w miesięczniku „Dialog” (2016 nr 6), dokłada się Andriej Moskwin z wyborem sztuk „Nowy dramat ormiański”, który ukazał się nakładem Pracowni Badań nad Teatrem i Dramatem w Europie Środkowo-Wschodniej.
Jak wynika z zamieszczonego w książce spisu to już 21. książka z tej serii, świadectwo wytrwałości jej twórcy i promotora. W przygotowaniu tej antologii korzystał Moskwin przede wszystkim z pomocy Anusz Aslibekian, cenionej autorki i badaczki (jest historyczką teatru, wykłada w Akademii Teatru i Kinematografii w Erywaniu), której wspomniana sztuka „Mercedes” otwiera wybór współczesnej dramaturgii Armenii.
„Mercedes” to jedna ze sztuk, które nawiązują do ludobójstwa w Anatolii. Autorka jednak nie odtwarza tamtej zbrodni, ale opowiada
o losach potomków ofiar.
Sama należy do średniego pokolenia (ur. 1981), krwawe zajścia sprzed stulecia to już odległa historia, ale jak widać wciąż odciska piętno na życiu kolejnych generacji. Bohaterka, tytułowa Mercedes, jest repatriantką z Grecji, która wraca do Armenii radzieckiej i choć nie musi w niej pozostać, to wybiera skromniejsze życie wśród swoich-obcych, bo wychowanych w innych warunkach, uformowanych przez propagandę, a mimo to związanych z wielowiekową tradycją niż zasobniejsze życie w Grecji. To opowieść o historii kraju, jego trudnych losach i walce o swoje miejsce na ziemi, prawie jak lekcja, ale z licznymi akcentami metaforycznymi. Można odnieść wrażenie, że to dramat wprost nawiązujący do formy tragedii antycznej – próba związania samych początków istnienia antycznego teatru ormiańskiego ze współczesnością.
Autorka ma na swoim koncie wiele innych utworów, m.in. egzystencjalny monodram „Lot nad miastem” w mistrzowskim wykonaniu Narine Grigorian. To porywająca, metaforyczna opowieść o losie, ukazująca życie jak lot Małgorzaty z powieści Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Spektakl był prezentowany na kilkunastu festiwalach, wielokrotnie nagradzany. Podobnie jak inny monodram Grigorian „Moja rodzina w walizce”, będący autorską przeróbką dramatu faktu (w stylu werbatim) Sary Nalbandian „Geneza strachu”, zamieszczonego w tej antologii.
To jest utwór bez mała dokumentalny, który ukazuje oczyma dzieci sączącą się latami wojnę w Górnym Karabachu, na pograniczu azersko-ormiańskim. To niezwykle gęsty, poruszający tekst. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że został oparty na osobistych przeżyciach Narine Grigorian – taka jest zwłaszcza przeróbka monodramatyczna, w której aktorka ukazała dramat dziewczynki, a właściwie swój własny dramat. Musiała opuścić rodzinę w Górnym Karabachu, aby znaleźć ocalenie w centrum Armenii.
Tak jest ze sporami etnicznymi i granicznymi, które ciągną się czasem wiekami. Za te przewlekłe konflikty najwyższą cenę płacą bezbronni. Zawsze jest podobnie. I dlatego – choć opowieść Narine jest silnie zakotwiczona w historii – wydaje się bliska wszystkim bliźniaczym dramatom rozgrywającym się w innym czasie i w innym miejscu. Aktorka gra tak przekonująco, że jurorów na jednym z festiwali trapiły obawy, iż aktorka buduje swój sukces na nieszczęściu dziecka. Nie wiedzieli, że to była jej własna historia.
Pozostałe utwory w tym wyborze należą do odmiennego porządku – to teksty nawiązujące
do tradycji teatru absurdu
i okrucieństwa. „Ostatni błazen” Samuela Khalatiana wydaje się echem poszukiwań Michela de Ghelderode’a. Może to tylko przypadek, ale przesłanie sztuki rymuje się najwyraźniej z mocnym spektaklem Murada Janibekiana „Spowiedź” wg Ghelderode’a. W obu utworach króla tworzy maska, a błazeństwo jest prawdziwą twarzą władzy.
W kręgu absurdu pozostaje Elfik Zohrabian jako autor „Kopyt”, który nawet w podtytule nazywa swój utwór „dramatem absurdu”. Korzysta tu autor z inspiracji Orwellowskich, pomysłów Ionesco („Nosorożec”), a także kina na pograniczu fantasy, w którym pojawiają się dziwne istoty, a ich sam wygląd może budzić niepokojące skojarzenia. Z drugiej strony ujawnia się w tym dramacie charakterystyczne dla dramatu europejskiego uczulenie na znieczulicę, tak silnie objawiane w twórczości egzystencjalistów czy polskich klasyków XX wieku (Różewicz, Mrożek).
Podobnie tajemnicza atmosfera panuje w mrocznej psychodramie Karine Khodikian „W celi”, opowieści o więźniarkach. Morderczynie próbują odnaleźć się w roli skazanych na życie w zamknięciu, być może po sam jego kres.
Wygląda na to, że Ormianie ostrzą pióra. Być może antologia Andrieja Moskwina jest forpocztą wielkiej zmiany, która zastąpi patetyczną dramaturgię postradziecką literaturą czującą puls współczesności.

NOWY DRAMAT ORMIAŃSKI (pod red. Andrieja Moskwina), Seeroa: Studia Teatralne i Dramaturgiczne, Pracownia Badań nad Teatrem i Dramatem w Europie Środkowo-Wschodniej, Warszawa 2019

Wokół góry Ararat

Przełom roku obfituje zwykle we wszelkiego rodzaju plebiscyty, rankingi i tym podobne jasełka, mające stanowić symboliczne resume mijającego roku. W jednym z nich, organizowanym tradycyjnie przez redakcję brytyjskiego „The Economist” , 18 grudnia 2018 roku ogłoszono urbi et orbi, że „Krajem roku” wybrano Armenię, za – jak podano w uzasadnieniu werdyktu – „progres i duch postępu”. Konkurentami Armenii do tego zaszczytnego skądinąd tytułu były Malezja i Etiopia.

Lider Etiopii – Abija Ahmed – uwolnił więźniów politycznych, przywrócił wolność słowa i obiecał przeprowadzenie wolnych wyborów w 2020 roku. Zakończono także trwający od przeszło dwóch dekad konflikt z Erytreą, w efekcie czego otwarto granice i dostęp do morza. Przyznać trzeba, że sporo. Cóż takiego zatem zaszło w Armenii, co przebiło w oczach organizatorów plebiscytu wymienione wyżej osiągnięcia?

Lubię Ormian, w czym zapewne niepoślednią rolę odegrała moja młodzieńcza fascynacja osobowością IX Mistrza Świata w Szachach, Tigrana Petrosjana, toteż ubiegłoroczne wydarzenia w tym kraju śledziłem z dużym zainteresowaniem. Obok wszelkiego rodzaju informacji medialnych miałem także wsparcie w osobie kolegi, Ormianina od wielu lat mieszkającego w Polsce, który regularnie bywa w swojej Ojczyźnie i był dla mnie prawdziwą kopalnią wiedzy o tym co się tam dzieje. Informacje uzyskane z tego źródła skonfrontowane z nowościami wszelakich agencji ukazują dość interesujący i bynajmniej niejednoznaczny – w mojej ocenie – obraz wydarzeń w tej maleńkiej kaukaskiej republice.

Pierwszą jaskółką nadciągających problemów były dla ormiańskiego rządu, masowe protesty uliczne jakie miały miejsce w Erewanie 19 stycznia 2018 roku skierowane przeciwko drastycznym podwyżkom cen. Ten wybuch społecznego niezadowolenia jeszcze się jakoś „rozszedł po kościach” ale rządzący nie wyciągnęli dla siebie z tego groźnego pomruku społeczeństwa żadnych wniosków.
A było by się nad czym zadumać. Badania opinii publicznej od dawna wskazywały, że około 70 proc. obywateli wyraża niezadowolenie z poziomu życia oraz – uwaga! – praktycznej niezmienności władzy! Jednymi z wielu powodów owego pesymizmu było zapewne 18 proc. (oficjalne !) bezrobocie, groszowe pensje, masowa emigracja zarobkowa i poczucie całkowitej bezradności społeczeństwa, które niezależnie od rezultatów kolejnych wyborów próżno oczekiwało jakichkolwiek zmian. Oczywiście owa bezradność znakomicie ilustrowana przez Rosjan porzekadłem: „Gołosuj nie głosuj, wsio rawno połudzisz…”nie jest li tylko domeną maleńkiej Armenii. To na niej wyrosła właśnie kariera Donalda Trumpa, rosnąca popularność Alternatywy dla Niemiec u naszych zachodnich sąsiadów i trwające we Francji protesty „żółtych kamizelek”, że już o rządzącym nad Wisłą PiS-ie nie wspomnę. Wydawać by się mogło, że w tej sytuacji dla rządzących Armenią konieczność przeprowadzenia głębokich reform politycznych powinna być „oczywistą oczywistością”, ale…

„Wieczny” Sargsian

Od 2008 do 2018 roku prezydentem Armenii był Serż Sargsian. Pod koniec jego drugiej kadencji przeprowadzono reformę konstytucyjną, w efekcie której Armenia przeistoczyła się z republiki prezydenckiej w parlamentarną, gdzie realna władza przeszła w ręce premiera pozostawiając prezydentowi funkcje wyłącznie reprezentacyjne. Zapytacie pewnie Państwo: No i co z tego?! Pewnie nic, tyle że ogół obywateli odebrał jednoznacznie ową korektę jako przygotowanie „roszady” urzędującego (jeszcze) prezydenta na stołek premiera co zapewniło by mu kolejną – trzecią już – kadencję u steru nawy państwowej. Tymczasem chłop tak się już opatrzył szerokiej publice, że widziałaby ona odchodzącą głowę państwa raczej w roli szacownego emeryta.

Naturalnie sam zainteresowany publicznie kategorycznie dementował podobnie niecne spekulacje, odrzucając stanowczo ubieganie się o fotel premiera, w którym to niezłomnym postanowieniu wytrwał aż do… końca marca 2018. Na początku kwietnia – zapewne po długiej walce wewnętrznej – zmienił jednak zdanie. Drogą głębokich przemyśleń doszedł bowiem do wniosku, że objęcie teki premiera pozwoli mu wykorzystać przy pełnieniu tej funkcji doświadczenie jakie zdobył w czasie dwóch kadencji prezydenckich. Dla dobra narodu naturalnie. Innymi słowy „nie chcem ale muszem.” Jak postanowił tak zrobił i oto 12 kwietnia partia rządząca wystawiła jego kandydaturę na szefa rządu. Tego już było za wiele nawet dla najspokojniejszych obywateli – ludzie uznali, że z nich po prostu zakpiono i wyszli na ulicę. Pierwsze protesty rozpoczęły się 13 kwietnia przeciwko – jak określono – zawłaszczeniu władzy przez prezydenta. Jeszcze pewnie był czas na opamiętanie, ale obóz władzy z właściwą każdej władzy arogancją, brnął dalej i 17 kwietnia parlament wybrał Serża Sargsiana na premiera. Teraz na ulice wyszły w całym kraju już nie setki – jak dotychczas – ale tysiące ludzi, powodując paraliż państwa.

Rozpoczęły się starcia z policją, polała się pierwsza krew, a 22 kwietnia na Placu Republiki w Erewanie zebrało się (według różnych ocen) od 35 do 160 tysięcy ludzi. Rozpoczęły się protesty w drugim co do wielkości mieście Armenii – Giumri. Na północy kraju we wsiach Chnkojan i Lusachbiur, mieszkańcy zablokowali trasę Giumri – Wanadzor, 23 kwietnia do protestów dołączyli robotnicy fabryki w Wanadzor a w Erewanie wśród demonstrantów pojawili się ludzie w mundurach armii. Zapachniało wojną domową… W tej sytuacji Sargsian zrezygnował ze swojej misji mówiąc w złożonym oświadczeniu: „Nikoł Paszynian miał rację. Ja nie miałem racji. Powstałą sytuację można rozwiązać na kilka sposobów, ale nie będę się do nich uciekał. To nie dla mnie. Wypełniając wasze żądania rezygnuję z funkcji premiera. Życzę pokoju mojemu krajowi.”

„Barchanowa Rewolucja”

Liderem protestów był przewodniczący parlamentarnej partii „Ełk”, Nikoł Paszynian, który ogłosił rozpoczęcie „Barchanowej Rewolucji”. Indagowany przeze mnie na okoliczność owej postaci mój ormiański kolega, przedstawił go jako cieszącego się powszechnym szacunkiem byłego dziennikarza od wielu lat angażującego się w walkę ze skorumpowanym obozem władzy. To on stał na czele trwających prawie trzy miesiące protestów przeciwko podwyżkom cen energii elektrycznej, jakie ogarnęły Armenię w 2015 roku. Brał też udział w styczniowych protestach 2018 roku przeciwko podwyżkom cen. Na moje pytanie, czy wydarzenia w Armenii nie są aby mutacją kolejnej „kolorowej rewolucji”, zdecydowanie odrzucił taką możliwość. Ogół społeczeństwa choć odnosi się do Unii Europejskiej z sympatią to nie życzy sobie wejścia w skład tej organizacji, podobnie jak do NATO. Współpraca – tak,głębsza integracja – nie. Według mojego rozmówcy taką postawę prezentuje ogromna większość jego rodaków – uważam tą opinię za wiarygodną. Dalszy bieg wypadków ormiańskiej rewolucji stawia jednak cały szereg pytań pod adresem nowych władz w Erewanie tym bardziej, że w lwiej części składane deklaracje mają się nijak lub stoją w jaskrawej sprzeczności z podejmowanymi przez nie działaniami.

Najpierw słów kilka o dalszym przebiegu wypadków. Po rezygnacji Sargsiana z funkcji premiera, kolejnym żądaniem ulicy był wybór na to stanowisko jej nowego idola – Paszyniana – co sterroryzowany przez ryczący za oknem tłum parlament, posłusznie wykonał. Należałoby teraz się spodziewać przedstawienia przez nowego lidera jakiegoś programu naprawy państwa i poprawy bytu jego obywateli. Nic z tych rzeczy. Ormianom zaoferowano w zamian igrzysk ciąg dalszy wyciągając na światło dzienne kolejne afery i aferki obozu władzy, epatując w mediach informacjami o kolejnych aresztowaniach i wezwaniach do prokuratury byłych prominentów. Trochę mało jak na program rządzenia krajem nawet tak malutkim jak Armenia.

Podobne działania są nam znane z czasów pierwszych rządów PiS-u, gdzie codziennością były dokonywane w obecności kamer aresztowania kolejnych domniemanych aferzystów i towarzyszące im publiczne wypowiedzi ówczesnego ministra sprawiedliwości i innych prominentnych polityków obozu władzy o „porażających dowodach” ich winy. Co jak pamiętamy nie znalazło w ogromnej większości przypadków potwierdzenia w prowadzonych postępowaniach sądowych. Podobny polityczny klimat obserwujemy dziś – według mojej oceny – w Armenii. Na potwierdzenie kilka faktów.

Jak triumfalnie poinformowała nowa władza, w wyniku działań antykorupcyjnych budżet państwa zasiliła kwota stanowiąca równowartość 21 mln dolarów z tytułu niezapłaconych podatków. Nawet dla tak niewielkiego kraju jak Armenia nie jest to kwota rzucająca na kolana. Ponoć – jak podano – przeprowadzone kontrole wyjawiły nieprawidłowości na łączną kwotę 64 mld dram (ormiańska waluta ) co stanowi równowartość ok. 132 mln dolarów, też w sumie w pełni wyobrażalna kwota, co do rzetelności której, zgłosiłbym pewne zastrzeżenia. Powód? Spójrzmy na trzy pierwsze z brzegu przypadki nagłośnione w PRZYCHYLNYCH nowemu rządowi mediach.

Zaopatrującą Armenię w gaz spółkę Gazprom Armenia obwiniono o sprzedawanie zimą części surowca „na lewo” i nie opłacenie od owej sprzedaży należnych podatków. Istotnie zimą gazu wychodziło więcej, tyle że aby poznać tego przyczynę nie jest potrzebne prokuratorskie śledztwo, a elementarna wiedza z zakresu fizyki na poziomie szkoły podstawowej. Jak powszechnie wiadomo pod wpływem zimna ciała się kurczą przez co zimą na m3 wchodzi więcej gazu niż latem. Prawdziwość tego ormiańscy śledczy mogą empirycznie sprawdzić na sobie, wskakując – dajmy na to – nago do przerębla i obserwując jak to i owo im się kurczy. Tymczasem cena gazu nie uwzględnia owych wahań i jest kalkulowana tak, jakby jego temperatura była stała na poziomie +20 oC, a dodatkowy gaz jest po prostu spisywany w straty. Ta prawda objawiona zawarta w wyjaśnieniach dyrektora obwinionej spółki, Granta Tadewosjana, wprawiła zapewne rządowych inkwizytorów w osłupienie, gdyż na razie zrezygnowali z dalszej polemiki.

W górzystej Armenii 20 proc. energii elektrycznej generują 184 małe elektrownie wodne wytwarzające łącznie 365 MW. Nowe władze twierdzą, że w 150 z nich doszło do naruszeń prawa. Czy aby na pewno? A może po prostu znaleziono sposób na wywłaszczenie dotychczasowych właścicieli metodą doprowadzenia ich do bankructwa milionowymi karami po to, aby przekazać ich majątek w inne, „jedynie słuszne” ręce?

W mieście Alawerdi głównym chlebodawcą jest szczycący się już 249 letnią historią kombinat miedziowy w którym pracowały kolejne pokolenia jego mieszkańców. W październiku wstrzymano pracę kombinatu i miasto straciło jedyne zatrudnienie dla większości swoich mieszkańców. Przyczyna? Nowe kierownictwo resortu ochrony środowiska twierdzi, że w poprzednich latach przedsiębiorstwo wnosiło zaniżone opłaty na tą rzecz i teraz musi to wszystko dopłacić. Być może jestem chorobliwie podejrzliwy, ale z daleka śmierdzi mi to celowym doprowadzaniem kombinatu do upadłości po to, by za symbolicznego drama przekazać go w ręce wybranego – niekoniecznie ormiańskiego – inwestora.

Ciekawe przy tym, że nowe władze nie są zainteresowane przejęciem kombinatu przez kapitał chiński, który wyrażał nim zainteresowanie… Byłbyż to jeden z efektów listopadowej wizyty w Armenii przedstawicieli amerykańskich departamentów stanu i skarbu? Zasadność moich podejrzeń wyjaśni zapewne nieodległa przyszłość…

Czas wendetty

Inne posunięcia nowej władzy budzić muszą nie mniej kontrowersji. Oto jeszcze w czasie trwających protestów aktualny premier Armenii wielokrotnie oświadczał, że „winni wydarzeń 1 marca muszą stanąć przed sądem”. O jakie wydarzenia chodzi?

Otóż w 2008 roku,po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich, 1 marca, miały miejsce masowe protesty zorganizowane przez sztab przegranego kandydata Lewona Ter-Petrosjana. Z kronikarskiego obowiązku podać muszę, że wśród organizatorów owych niepokojów społecznych był także Nikoł Paszynian, pełniący naonczas funkcje w jego sztabie wyborczym. Protesty przybrały niezwykle gwałtowny charakter i kiedy 30 policjantów znalazło się w szpitalach a przeszło 290 osób musiało skorzystać z pomocy medycznej, władze zdecydowały o użyciu przez służby porządkowe broni. Zginęło 10 osób, w tym 8 demonstrantów i 2 policjantów. Aresztowano 106 osób, ale większość z nich wkrótce zwolniono.

Paszynianowi postawiono zarzuty organizacji masowych zajść ulicznych i w wytoczonym mu w 2010 roku procesie skazano na 7 lat więzienia, nasz bohater wyszedł jednak na mocy ogłoszonej amnestii już w 2011 roku. Oczywiście z ludzkiego punktu widzenia można zrozumieć jego emocje, ale osobisty motyw w jego działaniach jako szefa państwa i wpływania na działania organów sprawiedliwości jest aż nadto widoczny. Warto pamiętać, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.

Sympatyzuję z punktem widzenia adwokata byłego prezydenta Roberta Koczariana, oskarżonego „w sprawie 1 marca”, że aktualne władze w celach politycznej wendetty najpierw napisały scenariusz oskarżenia a teraz, pod ten scenariusz,starają się zebrać (wyprodukować?) dowody. I znowu na poparcie przytoczonej tezy podam kilka faktów.

Sąd na posiedzeniu 29 listopada 2018 przedłużył areszt właściciela TV H 2, biznesmena bliskiego Koczarianowi, Samuelowi Majrapetianowi. Pomimo apelu do władz, kierowników mediów i przedstawicieli inteligencji, nie zgodzono się na zmianę aresztu na kaucję pomimo, że ta forma zabezpieczenia jest w Armenii bardzo często stosowana. Czyżbyśmy mieli do czynienia z klasycznym aresztem wydobywczym?!

Pośród aresztowanych przy okazji różnych afer, znalazł się generał Manwel Grigorian, oskarżony o zabór mienia wojskowego znalezionego u niego podczas rewizji, który w 2008 roku był jednym z wiceministrów obrony. Generał trafił do aresztu i przebywał w nim pomimo opinii lekarzy sądowych, że przy tym stanie zdrowia (między innymi zaawansowana cukrzyca i rak ) zagraża to życiu aresztanta. Jego zwolnienie za kaucją pod koniec ub. roku, wiąże się z daną jakoby przez niego obietnicą złożenia zeznań obciążających byłego prezydenta.

Taką wersję mocno uprawdopodobnia fakt, że w gronie nowych doradców premiera pojawił się były naczelnik ormiańskiej służby wywiadu, Arszak Karapetian, który objął nowe stanowisko jak raz bezpośrednio po… złożeniu zeznań obciążających Koczariana! Dalej jednak będzie być może jeszcze ciekawiej.

Imaginujcie sobie Państwo, 17 grudnia 2018 minister sprawiedliwości Armenii, Artak Zejnalian, nagle zapragnął odwiedzić w więzieniu odsiadującego tam karę dożywocia Nairi Unaniana, herszta grupy, która 27 października 1999 roku wdarła się do gmachu ormiańskiego parlamentu zabijając kilku deputowanych. Na pytania dziennikarzy o czym rozmawiano, pan minister rezolutnie oświadczył, że poradził przestępcy aby… więcej zajmował się sportem! Rada ze wszech miar zasadna, zważywszy siedzący – jak by nie było – tryb życia, jaki od pewnego czasu prowadzi interlokutor pana ministra. Czy jednak WYŁĄCZNIE o tym rozmawiano? Jak Państwo sądzą, czy odsiadujący dożywocie przestępca mógłby w zamian za obietnicę skrócenie wyroku lub wyjścia na wolność, złożyć potrzebne władzy zeznania podyktowane mu przez – dajmy na to – niezależną Prokuraturę? Pewnie niedługo się o tym przekonamy…

Sąd wykonawczy

Naciski aktualnych władców Armenii na wymiar sprawiedliwości, aby właściwie sądził ich przeciwników (lub tych, których za takowych się tam uważa) powoli przybierają formy znane z najgorszych praktyk autorytarnych reżymów.

Oto na posiedzeniu Sądu mającego decydować o areszcie Koczariana pojawia się – ku niepomiernemu zdziwieniu jego adwokata – prokurator generalny! O tym, że nie była to bynajmniej jedyna forma nacisku na niezawisły wymiar sprawiedliwości przekonało zapewne Ormian zapoznanie się z treścią rozmów telefonicznych panów Artura Wanecjana zarabiającego na chleb jako dyrektor tamtejszej Służby Bezpieczeństwa z szefem Specjalnej Służby Śledczej – Sasunem Chaczatrianem, oraz tego ostatniego z N.Paszynianem, w których panowie bez krępacji omawiają sprawę aresztu R.Koczariana oraz sprawy karne „w sprawie 1 marca” wytoczone generałom Jurijowi Chaczaturowowi i Mikaelowi Arutiunianowi, byłemu ministrowi obrony narodowej.

W trakcie rozmowy szef ormiańskiej bezpieki mówi, że dzwonił do niego sędzia, któremu dał do zrozumienia, że byłego prezydenta NALEŻY aresztować. Owe taśmy dokumentujące – jak by nie było – niedopuszczalną w demokratycznym państwie ingerencję władzy wykonawczej w orzeczenia niezależnych (?!) sądów sprawiły, że wszczęte zostało śledztwo. Naturalnie – tak zgadli państwo! – przeciwko… autorom nagrań! Co więcej, N ikoł Paszynian nazwał opublikowanie w sieci tych taśm prawdy „niewypowiedzianą wojną przeciwko państwu”! Jak na kilkumiesięczne przebywanie u władzy to wręcz zapierająca dech w piersiach arogancja !

Zresztą na tym reakcja rozsierdzonej władzy się nie zakończyła. Bezpośrednio po ujawnionych w sieci pogaduszkach mających miejsce 11 września 2018r., już 17 września do kilku redakcji i organizacji pozarządowych wkroczyła policja w poszukiwaniu materiałów z ujawnionych nagrań. Wpadnięto na chwilę między innymi do redakcji portalu Erevan Today co jego redaktor naczelny – Sewak Akopian – skomentował następująco: „To pierwsza jaskółka kagańca jaki nowa władza szykuje dla nieprawomyślnych mediów. Paszynian podzielił społeczeństwo na „czarnych” i „białych” i wszyscy, którzy nie opowiadają się po stronie władzy lub – o zgrozo ! – ośmielają się ją krytykować, stają się wrogami, których będzie się prześladować. Być może nas połkną, ale dostaną niestrawności!” Nie wiedzieć czemu owe działania nowych wybrańców narodu bardzo nie spodobały się „Reporterom bez granic”, którzy ustami swego szefa na obszar Europy Wschodniej i Centralnej Azji dopatrzyli się w nich poważnego naruszenia zasad ochrony źródeł dziennikarskich gwarantowanych zarówno prawem Armenii jak i przez Europejski Sąd Praw Człowieka.
Zresztą wiele wskazuje na to, że także inne nawyki władzy Paszynian przyswaja sobie w błyskawicznym tempie.

Monarszy bankiet

25 listopada ubiegłego roku przez ormiańskie media przeszła fala krytyki w związku z wystawną organizacją w ekskluzywnej restauracji „Monarcha” 20 urodzin premierówny i zamknięcia przy tej okazji dla zwykłych śmiertelników ulicy Teriana, przy której znajduje się wspomniana restauracja. Krytyce prasowej dała odpór żona premiera – Anna Akopian – informując, że przyjęcie nie było bynajmniej wystawne gdyż wydatki z nim związane zamknęły się kwotą 1 mln dram (równowartość ok. 2 tysięcy dolarów). Faktycznie niewiele, zwłaszcza w kraju, w którym średnia miesięczna płaca to równowartość około 183 dolary…

Wróćmy jednak do dalszego przebiegu „Barchanowej Rewolucji” i prognozowanych geopolitycznych priorytetów nowej władzy. W październiku nowy premier postanowił poszerzyć skalę swego triumfu inicjując przyspieszone wybory parlamentarne. W tym celu zrezygnował z pełnionej funkcji i po dwukrotnej – nieudanej – próbie wyboru przez parlament nowego szefa rządu, zrealizował swój cel. Nie muszę dodawać, że w celu „prawidłowego” głosowania, na czas przeprowadzenia decydujących głosowań Paszynian wezwał przed budynek parlamentu swoich kolegów z barykad co skutecznie sterroryzowało deputowanych. Przyznacie Państwo, uroczy rodzaj demokracji …

Zaraz po tym ogłoszono datę wyborów na 09 grudnia 2018 r., a rozpoczęcie kampanii wyborczej na 26 listopada, co w praktyce uniemożliwiło przedstawienie uczestniczącym w nich siłom politycznym jakichkolwiek programów. Głosowano zatem siłą inercji na rewolucjonistów – w efekcie ugrupowanie Paszyniana „Mój krok” (cokolwiek to oznacza ) zdobyło 70,42 proc. głosów, a do parlamentu weszły jeszcze tylko „Kwitnąca Armenia” z poparciem 8,26 proc. głosów oraz „Światła Armenia”, na którą zagłosowało 6, 37 proc. wyborców. Tak oto w nowym parlamencie nie będzie żadnej opozycji!

W tej beczce miodu – dla zwycięzców naturalnie! – znalazła się wcale pokaźna łyżka dziegciu: frekwencja w owych przełomowych wyborach wyniosła marne 48,63 proc., co zadaje oczywisty kłam twierdzeniu rządzących o powszechnym poparciu nowych władz. Jak widać większość społeczeństwa przed ewentualnym udzieleniem swego poparcia postanowiła najpierw przyjrzeć się ich działalności w roli formacji rządzącej krajem. Przepchnięcie „kolanem” przedterminowych wyborów spowodowało, że w obozie zwycięzców pojawiły się pierwsze rysy. Oto „kolega z barykad” ikony nowego ruchu, Dawid Szachnazarian, z gorącego zwolennika premiera stał się jego surowym krytykiem. Uznał elekcję za błąd, gdyż wyborcy podejmowali decyzje pod wpływem jeszcze nie wystygłych emocji, które z reguły nie są dobrym doradcą. Jak by tam jednak nie było, rewolucjoniści zdobyli pełnię władzy ale także – niejako w pakiecie – pełnię odpowiedzialności za wszystkie podejmowane decyzje…

Odwracanie sojuszy

Czego można się spodziewać po nowym rządzie Armenii ? Aby odpowiedzieć na to pytanie spróbuję zestawić deklaracje pana premiera z realnymi podejmowanymi przez niego działaniami. I tak w ciągu pierwszych czterech miesięcy sprawowania władzy aż trzykrotnie (!) spotykał się on z prezydentem Rosji, podkreślając na każdym kroku wyśmienite stosunki łączące oba kraje. Tyle w sferze werbalnej, popatrzmy jak te gorące deklaracje mają się czynów.

W trwających na terytorium Gruzji od 1 do 15 sierpnia 2018 roku manewrach NATO o wdzięcznej nazwie „Nobil Partner” wzięli udział wojskowi z Armenii. Nie wiadomo jak pogodzić ów fakt z deklarowaniem wierności sojuszniczej wobec Rosji, którą Sojusz oficjalnie klasyfikuje jako wroga, w każdym razie nowy premier nie dostrzega w tym żadnych sprzeczności, podobnie jak we wspólnych ćwiczeniach (w ramach tychże manewrów) z wojskowymi z Azerbejdżanu, z którym Armenia jest de facto w stanie wojny, czy Turcji, nadal nie uznającej wymordowania w czasie I wojny światowej dwóch milionów Ormian za ludobójstwo.

Skutki precedensów takich zachowań z przeszłości nie były zachęcające, że przytoczę tylko przypadek uczestniczącego w 2004 roku w natowskim kursie języka angielskiego w Budapeszcie, ormiańskiego oficera Gurgena Margariana, zarąbanego toporem w czasie snu przez jego azerskiego kolegę, Ramila Szafarowa, przebywającego nota bene w dobrym zdrowiu w rodzinnym Baku.
Jednym z pierwszych posunięć nowej władzy było postawienie w stan oskarżenia w związku z osławioną „sprawą 1 marca”, generała Jurija Chaczaturowa, przedstawiciela Armenii w Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB) w randze Sekretarza Generalnego tej organizacji. Naturalnie w tym celu odwołano generała z pełnionego stanowiska, co spowodowało vacat na kluczowej dla Organizacji funkcji i wszystkie związane z tym perturbacje. Pozostali członkowie Układu postanowili – wobec nieprzewidywalności nowych władz ich (jeszcze?!) sojusznika, wybrać na to miejsce przedstawiciela Białorusi. Armenia nie zgadza się na takie rozwiązanie uważając, że to ona winna desygnować swego przedstawiciela na zwolnione miejsce. Całe zamieszanie jest moim zdaniem przejrzystą grą erewańskich władz na wycofanie się z dotychczasowych sojuszy, do czego sprokurowany przez nie – i podgrzewany – konflikt, jest dobrym pretekstem.

Ponieważ wyboru na wzmiankowane stanowisko strony Układu winny dokonać w drodze osiągniętego konsensusu (na który bynajmniej się nie zanosi) pojawia się wygodny pretekst do wyjścia z organizacji. Warto pamiętać, że w poprzednim parlamencie partia „Ełk” będąca bazą parlamentarną aktualnego premiera, postulowała powstanie komisji parlamentarnej d/s …wyjścia Armenii z ODKB. Ciekawym dopełnieniem opisanych powyżej zachowań, jest działająca od 30 lipca 2018 roku na ormiańskim FB strona, na której wzywa się do wyprowadzenia z terytorium Armenii 102 bazy wojsk Federacji Rosyjskiej. Ową stronę prowadzi ł – cóż za zbieg okoliczności! – niejaki Daniel Jonisjan, do niedawna zarabiający na chleb jako współpracownik Fundacji znanego nam skądinąd George’a Sorosa. Chłop ostatnio zmienił robotę i pracuje teraz dla nowego rządu jako koordynator reformy Kodeksu Wyborczego pod kierownictwem wicepremiera Ararata Mirsojana.

Warto może przy tym wspomnieć, że rzeczony A. Mirsojan w latach 2012-2013 był koordynatorem Międzynarodowej Fundacji Systemów Wyborczych będącej de facto agendą Departamentu Stanu. Obaj panowie wpisują się zresztą w szerszy nurt osób finansowanych przez zachodnie granty, które nowe władze powołują na ważne stanowiska w państwie, stopniowo zwiększając ich wpływ na politykę wewnętrzną.

Tyle samo co wspomniane już wcześniej przeze mnie deklaracje niezłomnego i szczerego uczucia łączącego bratnie narody Armenii i Rosji, padające co i rusz z ust ormiańskiego przywódcy, warte są inne jego publiczne oświadczenia dramatycznie rozjeżdżające się z realnymi działaniami.

Oto w trakcie ekspresowej kampanii wyborczej przed dopiero co odbytymi wyborami parlamentarnymi, urzędujący premier uchylił się od debaty z liderem Partii Republikańskiej, Wigenem Sarkisjanem. Niby nic takiego, ale podobne zachowanie bezpośrednio po złożeniu przez niego publicznej deklaracji, że „…debaty na żywo z udziałem politycznych liderów uczestniczących w wyborach powinny stać się tradycją” wiele mówi o jego wiarygodności jako polityka.

Zła wróżba

Zwycięskie ugrupowanie póki co buduje swój wizerunek wyłącznie na kryminalizacji działań poprzedników. Nawet pod mikroskopem trudno doszukać się jakiegokolwiek programu jeżeli naturalnie nie uzna się za takowy zapowiedzi nagłego progresu w ekonomice i podwojenia liczebności populacji w ciągu 20 lat, bez podania jakichkolwiek mogących by za tym przemawiać przesłanek. Zamiast realnych działań naprawczych nowe władze wymyśliły… opodatkowanie przekazów pieniężnych od ormiańskich gastarbaiterów do ich rodzin w Armenii, z którego to pomysłu – po nagłośnieniu go przez Republikanów i społecznego rezonansu jaki ta informacja wywołała – przyszło się z podwiniętą kitą wycofać.

Po rozmowach jakie 8 września 2018 r. przeprowadził w Moskwie nowy ormiański lider na temat udziału Armenii wspólnie z Rosją w misji humanitarnej w Syrii, występując 26 września ubiegłego roku na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ oświadczył: „ Istnienie społeczności ormiańskiej w Syrii jest egzystencjonalnie zagrożone z powodu ciągnącego się kryzysu. Armenia starała się wnosić swój wkład w jego rozwiązanie w formie pomocy humanitarnej. Jesteśmy gotowi rozszerzyć naszą pomoc humanitarną skierowaną dla rozwiązania najpilniejszych problemów naszej społeczności w Syrii. Jako kraj, który przeżył grozę ludobójstwa, rozumiemy jak ważnym jest zapewnienie bezpieczeństwa naszego narodu i gotowi jesteśmy zrobić wszystko dla jego obrony”. Planowano wysłanie stuosobowej ekipy złożonej ze specjalistów wojskowych i cywilnych pełniących misję wyłącznie poza strefą działań bojowych, głównie na terenie miasta Aleppo. Po tej dumnej deklaracji zapadła trwająca aż po dzień dzisiejszy cisza. O wysłaniu misji nikt już nie wspomina, choć licząca przed rozpoczęciem wojny 110 tysięcy osób społeczność ormiańska uważana za jedną z najlepiej zorganizowanych i zamożnych, znajduje się na skraju wyniszczenia. I wszystkich to nagle przestało obchodzić! Tymczasem – co ciekawe – nie przeszkadza to bynajmniej Armenii w uczestniczeniu (pod patronatem Wuja Sama jak by się kto pytał) w misjach wojskowych w Kosowie i Afganistanie… Daleki naturalnie jestem aby wiązać tą gwałtowną zmianę frontu z listopadową wizytą w Erewanie amerykańskiego Doradcy ds. Bezpieczeństwa Narodowego, Johna Boltona, ale cosik mi się widzi, że USA postanowiły umocnić swoją obecność na Kaukazie tworząc w Armenii przyczółek przeciwko Rosji i Iranowi. Naturalnie dla dobra mieszkających tam narodów…

Źle wróżę też sprawie Armenii w jej konflikcie z Azerbejdżanem dotyczącym spornego terytorium Górnego Karabachu. Oczywiście oficjalnie Paszynian zapowiada „nie oddanie ani guzika”, ale w moim odczuciu przygotowuje grunt pod rejteradę. Mogą o tym świadczyć zarówno wypowiedź jednego z bliskich współpracowników premiera, który określił zwycięstwo „Barchanowej Rewolucji” ważniejszym od zwycięstwa w konflikcie o Górny Karabach,jak i zaprzestanie egzekwowania przez Armenię ustaleń przyjętych przez strony konfliktu po rozmowach w Wiedniu i St. Petersburgu.
Nowy premier ogłosił społeczeństwu, że nie ma potrzeby trwania przy owych wynegocjowanych pozycjach, gdyż gwarancją ich przestrzegania są jego osobiste uzgodnienia z prezydentem Azerbejdżanu Ilchamem Alijewem. O tym, że takie przypuszczenia to w najlepszym razie prostoduszność, przekonuje oświadczenie azerskiego ministra spraw zagranicznych, Elmara Mamediarowa złożone przez niego 25 grudnia ubiegłego roku, w którym zauważył, że o ile wieloletnie rozmowy nie przyniosły żadnego rozwiązania problemu o tyle rozmowy z jego ormiańskim kolegą Zograbem Mnacakanianem oraz rozmowy liderów obu krajów w Duszanbe i St. Petersburgu pozwalają żywić nadzieję na postęp w sprawie – jak to określił – wyprowadzenia sił zbrojnych Armenii z „okupowanych terytoriów Azerbejdżanu”. Przejęzyczenie, czy nadmierna szczerość? W moim odczuciu – wygląda na to – najbliższa przyszłość nie rysuje się przed Ormianami zbyt optymistycznie.

Nowe władze co prawda nie ogłosiły żadnego programu tworzenia nowych miejsc pracy, ale za to zapowiedziały redukcje i likwidacje – na razie w administracji państwowej. Rzecz charakterystyczna jako pierwsze do likwidacji przeznaczono Ministerstwo Kultury…

Za jedyną optymistyczną przesłankę uznać można fakt, że społeczeństwo po okresie rewolucyjnej euforii zaczyna jakby uważniej patrzeć nowej władzy na ręce wyrazem czego napis wyświetlany 30 grudnia 2018 na gmachu MSZ Armenii: „Wolność dla Prezydenta!” Równolegle z żądaniem uwolnienia Koczariana wystąpili parlamentarzyści Górnego Karabachu…

Życząc Ormianom wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku, dedykuję w tym miejscu także mądre słowa starego Żyda z Podkarpacia: „Jeżeli dwóch się kłóci, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji ? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji ? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No a co o 100 procent? Taki co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak!”

Czas odwetu Azerów?

Sporadyczna wymiana ognia artyleryjskiego na pograniczu Górskiego Karabachu i Azerbejdżanu utrzymuje się, a strony ormiańska i azerska mobilizują się do poważniejszych walk. Oliwy do ognia dolał prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan, który ogłosił, że Ankara w pełni popiera Azerbejdżan w konflikcie z Armenią o karabaską enklawę.

Modlimy się, aby nasi bracia z Azerbejdżanu zatriumfowali przy najmniejszych możliwych stratach; będziemy wspierać Azerbejdżan do końca, zapowiedział Erdogan. Deklaracja o modłach to najwyraźniej umieszczenie konfliktu na płaszczyźnie religijnej: muzułmańskich Azerów z chrześcijańskimi Ormianami. Ministerstwo obrony Azerbejdżanu zapowiedziało, że jeśli wspierane przez Armenię siły będą dalej ostrzeliwać cywilów w pobliżu Górskiego Karabachu, oddziały jego kraju zaatakują Stepanakert, stolicę enklawy. Z kolei prezydent Armenii, Serż Sarkisjan oświadczył na spotkaniu z przedstawicielami OBWE, że jego kraj uzna niepodległość Górskiego Karabachu, jeśli działania zbrojne będą przedłużać się i przekształcą się w walki na dużą skalę. Zagrozi to bezpieczeństwu i stabilności nie tylko na Kaukazie południowym, ale także Europie, ostrzegł. Poinformował, że polecił MSZ Armenii przygotować umowę z Górskim Karabachem o współpracy wojskowej i wzajemnej pomocy. W istocie jest tak, że po wojnie z przełomu lat 80-tych i 90-tych enklawa Górskiego Karabachu jest połączona z Armenią i ten stan trwa od 1994 roku, kiedy uzgodniono pod naciskiem sił międzynarodowych zawieszenie broni do czasu pokojowego uregulowania konfliktu, co nigdy nie nastąpiło. Obecny wybuch walk to wspierana przez Turcję, albo wręcz inspirowana przez Erdogana, próba odbicia enklawy. Przyznał ją kiedyś Azerbejdżanowi Józef Stalin – w myśl wynalezionej dużo wcześniej zasady imperialnej „dziel i rządź” – choć w ogromnej większości zamieszkiwali ją Ormianie. Po wspomnianej wojnie prawie wszyscy Azerowie porzucili Górski Karabach. Turecka inspiracja to jeszcze jedno wydanie toczącej się konfrontacji między Erdoganem i jego rosyjskim odpowiednikiem, Władimirem Putinem. Rzecz w tym, że w Armenii znajdują się dwie bazy wojsk rosyjskich. Po przegranej z kretesem wojnie, Azerbejdżan zbroił się i rozbudowywał armię korzystając z dużych wpływów dewizowych, jakie przynosiły mu wysokie ceny ropy naftowej. Wojsko szkolił według wzorców NATO-wskich przy pomocy doradców amerykańskich. Że to Azerbejdżan zaatakował świadczyć może też deklaracja prezydenta Armenii Serża Sarkisjana, który zapowiedział, że wstrzymanie ognia nie będzie możliwe, „jeśli żołnierze obydwu stron nie wrócą na (zajmowane wcześniej) pozycje”. Z kolei władze Górskiego Karabachu zapowiedziały gotowość do rozmów na temat rozejmu pod warunkiem odzyskania utraconych pozycji i terytoriów. Azerbejdżan jednostronnie ogłaszając w niedzielę „zawieszenie broni” uczynił to po uprzednim ogłoszeniu, że zajął „wiele” strategicznej wagi wzgórz w Górskim Karabachu. Wybuch walk ma jeszcze jeden aspekt: Serż Sarkisjan pochodzi ze Stepanakertu. W latach 1989- 1993 dowodził Komitetem Sił Samoobrony Górskiego Karabachu, czyli jest to człowiek, który w tamtej wojnie doprowadził do klęski Azerbejdżanu. I teraz może przyszedł czas odwetu.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}