75. rocznica bitwy pod Ewiną

W obchodach 75. rocznicy bitwy partyzantów Armii Ludowej z Niemcami pod Ewiną wzięło udział bardzo wiele osób. To zaś wykazuje, że istnieje jeszcze w Polsce miejsce na plebejską lewicowość.

Rocznicowe uroczystości w niedzielę 8 września zorganizowała organizacja Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Radomsku przy współpracy z lokalnymi samorządami. Obchody rozpoczęła polowa msza rzymsko-katolicka. W trakcie kazania ks. Grzegorz Kałuża z parafii w Gidlach przestrzegł przed fałszowaniem historii. Apelował, aby nie burzyć pomników i nie zmieniać nazw ulic. – Dość podziałów! Chrystus umarł za wszystkich. Nie można mówić, że tylko walka Armii Krajowej była słuszna, a Armii Ludowej już nie. Szukajmy tego co nas łączy, a nie tego, co dzieli – przekonywał.
Wieńce pod pomnikiem partyzantów 3 Brygady Armii Ludowej im. Józefa Bema złożyły liczne delegacje organizacji kombatanckich, władz samorządowych powiatu radomszczańskiego i okolicznych gmin, Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiej Partii Socjalistycznej, stowarzyszeń społecznych, młodzieży szkolnej, leśników oraz armii rosyjskiej i białoruskiej. Na swoich maszynach przybyli także przedstawiciele klubów motocyklowych: „Czarna Flota” z Końskich i „Green Snakes” z Radomska. Obecni byli m.in. liderzy SLD Włodzimierz Czarzasty i PPS Wojciech Konieczny. Znacząca była natomiast nieobecność przedstawicieli rządu i Wojska Polskiego.

Po części oficjalnej odbył się festyn ludowy, na którym nie zabrakło piwa oraz tradycyjnej wojskowej grochówki, serwowanej bezpłatnie przez strażaków. Na scenie wystąpiły zespoły ludowe. Dla najmłodszych uczestników atrakcją był czołg T-34 udostępniony przez Muzeum Techniki Wojskowej w Zabrzu, który można było obejrzeć także od środka. Dioramę partyzanckiego obozu AL zaprezentowali rekonstruktorzy związani z warszawską inicjatywą Historia Czerwona.
Pierwsze uroczystości odbyły się już rok po bitwie. Od dziewięciu lat organizujemy to jako Sojusz Lewicy Demokratycznej. To już tradycja. 3 Brygada AL składała się z mieszkańców tych terenów. To jest nasza pamięć, nasza historia i nikt nam jej nie odbierze, nawet jeśli nazywa się Kaczyński lub inna szumowina – powiedział nam główny organizator obchodów Arkadiusz Ciach, lider SLD w Radomsku.
Starcie 3 Brygady Armii Ludowej im. Józefa Bema z Niemcami pod Ewiną w dniach 12-13 września 1944 r. było jedną z największych bitew partyzanckich na ziemiach polskich. AL-owcy zadali znaczne straty przeważającym siłom wojsk okupacyjnych. W starciu poległo 12 partyzantów, 11 odniosło rany. Straty niemieckie wynosiły około 100 zabitych i 200 rannych. W skład brygady wchodziły m.in. pododdziały Batalionów Chłopskich i związanej z PPS Socjalistycznej Organizacji Bojowej.

Armia Ludowa w Powstaniu Warszawskim

Współczesnym obchodom powstania warszawskiego towarzyszy antykomunizm i podkreślanie antysowieckiego charakteru rebelii. Nic dziwnego, że ze społecznej świadomości zniknęła obecność Armii Ludowej, której żołnierze uczestniczyli w powstańczych walkach.

Historycy zdają się nie pamiętać o tym, że komunistyczna Polska Partia Robotnicza była pierwszym ugrupowaniem ruchu oporu, wzywającym do powszechnego powstania przeciwko faszystowskim okupantom. Co prawda, motywacje towarzyszące tym apelom nie były jednoznaczne, polskim komunistom – zdaniem krytyków – chodziło bardziej o odciążenie Armii Czerwonej, aniżeli realną chęć wyzwolenia narodu.
PPR przewidywała, że masowe powstanie będzie końcowym etapem działań partyzanckich prowadzonych przez Gwardię Ludową (zbrojne skrzydło PPR – przyp. aut.) już od maja 1942 roku, kiedy w lasach w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego działalność rozpoczął oddział Franciszka „Małego Franka” Zubrzyckiego. Już miesiąc po rozpoczęciu komunistycznych operacji wojskowych, Armia Krajowa informowała Naczelnego Wodza o planowaniu przez PPR „powstania zbrojnego odciążającego front sowiecki”. Dążenie do insurekcji – według AK i rządu londyńskiego – było błędem, należało prowadzić raczej „ograniczoną akcję zbrojną”. „Opór masowy” miał doprowadzić do „masowej rzezi” cywilów, o czym AK-owcy naocznie przekonali się w sierpniu 1944 roku.
Nazbyt wojowniczy komuniści byli izolowani przez Armię Krajową, która uważała ich za proradzieckich szkodników i „anarchistów”. Bardziej powściągliwa AK zamierzała czekać z powstaniem aż do czasu załamania się potęgi militarnej III Rzeszy. Komuniści wykorzystywali bierność AK do własnych celów propagandowych, głosząc potrzebę zbrojnej odpowiedzi na hitlerowski terror. Agresywna retoryka przyczyniła się do wzrostu poparcia dla komunistów, szczególnie wśród spragnionej odwetu młodzieży, która nie chciała czekać w spokoju na dalszy rozwój wypadków. W listopadzie 1943 roku Bór-Komorowski informował Londyn o tym, że „stan potencjalny i liczebny komuny został nie tylko utrwalony lecz i zwiększony”. „(…) komuna posiada w swym ręku groźne i wielkiej wagi narzędzie, które z właściwą sobie giętkością i energią obróci przeciw polskiej racji stanu przy pierwszym korzystnym dla siebie momencie, przy czym moment programowej przedwczesności tej aktywizacji wcale nie jest wykluczony” – pisał w swoim raporcie przywódca Polskiego Państwa Podziemnego, wyraźnie ostrzegając przed możliwością „przedwczesnego” powstania.
Wraz z kontrofensywą Armii Czerwonej, militarno-dywersyjna działalność PPR wyraźnie przyśpieszyła. Coraz częstsze były tzw. eksy, czyli akcje „ekspropriacyjne” mające na celu pozyskanie środków finansowych na utrzymanie partii (Jan M. Ciechanowski podaje, że PPR przez cały okres wojny nie otrzymywała pomocy finansowej ze strony ZSRR). Komuniści byli także coraz bardziej aktywni w partyzantce, która na początku 1944 roku przekształciła się w podporządkowaną Krajowej Radzie Narodowej, Armię Ludową.
Rok 1944 przyniósł całkowite przeorientowanie na mapie ruchu oporu. Komuniści wraz z postępem Armii Czerwonej wstrzymali się od dotychczasowych planów rozpoczęcia masowego powstania, podczas gdy AK przystąpiła do realizacji Akcji „Burza”. W lipcu ścisłe kierownictwo PPR opuściło Warszawę i skierowało się do Lublina, gdzie powołano Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. W stolicy pozostawiono wyłącznie „kierownictwo zastępcze” partii, co – zdaniem Ciechanowskiego – wskazuje na to, że PPR całkowicie wycofała się z planów wywołania w mieście powstania.
W chwili wybuchu powstania, w Warszawie rozlokowanych było 2000 żołnierzy Armii Ludowej, z których tylko połowa służyła w uzbrojonych oddziałach bojowych. Bunt był dla „komuny” – jak utrzymuje historyk Ryszard Nazarewicz – totalnym zaskoczeniem. Pomimo tego, Armia Ludowa gremialnie stanęła do walki przeciwko Niemcom i podporządkowała się pod względem operacyjnym dowództwu Armii Krajowej. Większość komunistów zgłaszała się do najbliższych jednostek AK, niektórzy z nich w ogóle nie zdradzali swojej prawdziwej przynależności – takim sposobem do zgrupowania „Chrobry II” weszły dwa plutony komunistycznej armii.
Dowódcy Polskiego Państwa Podziemnego raczej entuzjastycznie przyjęli dołączenie żołnierzy AL do powstańczej batalii. Pułkownik Antoni „Monter” Chruściel sugerował AK-owcom „traktować życzliwie oddziały PAL (chodzi o Polską Armię Ludową, skrajnie lewicową organizację konspiracyjną – przyp. red.) czy AL, podporządkowując je naszym dowódcom rejonów”. Żołnierze AL, u boku AK-owców walczyli na Woli, Starówce, Śródmieściu, Żoliborzu i w Czerniakowie. Dowódcy docenili heroizm komunistycznych żołnierzy, wielu z nich odznaczonych została przez gen. Komorowskiego orderami „Virtuti Militari” (m.in. por. Jan Szelubski, por Edwin Rozłubirski) i Krzyżami Walecznych.
Szacuje się, że w powstaniu zginęło około 500 powstańców z Armii Ludowej, w tym cały Sztab Powstania. Dowódca AL mjr Bolesław „Ryszard” Kowalski śmierć poniósł pod koniec sierpnia w kamienicy Łyszkiewicza na Starym Mieście. Wraz z nimi poległo czterech członków warszawskiego sztabu komunistycznej armii (mjr Stanisław Nowicki, kpt. Stanisław Kurland, kpt. Edward Lanota i por. Anastazy Matywiecki). „Tak ogromnej straty (…) nie poniosła żadna inna formacja powstańcza” – napisał w swojej monografii o AL Ryszard Nazarewicz, historyk i weteran partyzantki.
Na początku września AL-owcy otrzymali niewielkie wsparcie ze strony 1. Dywizji Lotniczej WP i radzieckiej 16 Armii Lotniczej, które rozpoczęły zrzuty broni i amunicji w miejsca wyznaczone przez obecnych w mieście komunistów. Powstańcy walczyli również u boku żołnierzy LWP na przyczółku czerniakowskim. Ogół „komunistycznych” oddziałów poniósł tam dotkliwe straty personalne – zginęło 2276 żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, czyli 87% desantowanych wojsk.
Armia Ludowa nawiązała w czasie walk bliską współpracę z innymi grupami lewicowego oporu, wśród nich znalazły się Polska Armia Ludowa i Korpus Bezpieczeństwa. W połowie września wszystkie wspomniane organizacje weszły do tzw. Połączonych Sił Zbrojnych, koalicji powstańczej pod faktyczną kontrolą komunistów. Integracji skrajnej lewicy sprzyjała coraz gorsza sytuacja na froncie i rosnące napięcie pomiędzy AK i AL – oficerowie tej pierwszej zaczęli oskarżać komunistów, o to, że powstanie wybuchło z ich inspiracji, znaleziono w ten sposób „kozła ofiarnego”, którego obarczono winą za klęskę rebelii.
Kolejny etap integracji skrajnej lewicy przyszedł 25-26 września, kiedy wykrystalizowało się prokomunistyczne Powstańcze Porozumienie Demokratyczne, do którego dokooptowano radykalnych socjalistów, syndykalistów i żydowską lewicę. Członkowie porozumienia, w odezwie „Do społeczeństwa stolicy” oficjalnie uznali zwierzchnictwo PKWN. Deklaracja, która miała być pstryczkiem w nos dla Polskiego Państwa Podziemnego, miała wyłącznie symboliczny wymiar – 2 października dowództwo AK podpisało akt kapitulacji.
Członkowie AL i ich sojusznicy – w obliczu klęski powstania – podzielili się na dwie grupy. Część z nich otrzymała legitymacje AK i wraz z resztą powstańców trafiła do obozów jenieckich, pozostali opuścili miasto stołeczne wraz z cywilami. Niewielkie zgrupowanie AL-owców przepłynęło Wisłę łodziami dostarczonymi przez 1 Armię Wojska Polskiego. Przeprawą niedobitków dowodził kpt. Lech Kobyliński z batalionu szturmowego im. Czwartaków. Na drugą stronę Wisły, samodzielnie przepłynęło też kilku oficerów Połączonych Sił Zbrojnych ze Śródmieścia. Wszyscy AL-owscy uczestnicy powstania wykazali się żołnierską postawą i bohaterstwem, z czym wypada zgodzić się niezależnie od naszej współczesnej oceny powstania.
Komuniści i „lewacy” nie tylko uczestniczyli w ulicznych walkach, ale również jako pierwsi wpadli na pomysł ogólnopolskiego powstania. Propaganda prokomunistyczna nawoływała do otwartego buntu jeszcze w czasach, kiedy AK apelowało do rodaków o zachowanie umiaru i wstrzymywanie się od zachowań prowokacyjnych i mogących wywołać represje.

Niech powrócą wspomnienia (8)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy twórcę TDC – Macieja Zimińskiego.

Maciej Zimiński był chłopakiem z Woli. Z warszawskiej Woli. Zawsze podkreślał, że mówiąc o sobie najchętniej by opowiadał o szczęściu i przypadku, bo obie te rzeczy przez całe życie mu towarzyszyły. Szczęście zwykle pozytywnie, natomiast przypadki bywały także i w ciemnych barwach.
W wieku 7 lat wyjechał z rodzicami do Wilna, albowiem jego tata awansował na szefa nowego wileńskiego oddziału „Naszej Księgarni”.
W Wilnie Maciej rozpoczął edukację, a że był nad wiek oczytany i jego wiedza daleko wykraczała poza pierwszy oddział, więc od razu poszedł do klasy drugiej. Nauka szła mu dobrze, ze zdrowiem znacznie gorzej. W lutym 1938 zachorował na szkarlatynę. Była to wówczas bardzo ciężka choroba.
„Moja mama, jak to dobra, kochająca mama, nie oszczędzając się, pielęgnowała mnie – wspomina. – W rezultacie sama się rozchorowała na płuca i w końcu kwietnia ’38 zmarła. W czerwcu 1939 wróciliśmy z tatą do Warszawy”.
Wybuch wojny i niemiecka okupacja nie przerwała edukacji Macieja.
„To świadectwo ukończenia klasy 7 opatrzone datą 1944. Mam na nim wszystkie oceny bardzo dobre. Faktycznie jednak 7 klasę ukończyłem w roku 1943. Cenzurkę mi wręczono po czym zabrano i zakomunikowano: zostajesz na drugi rok! No, skoro tak zdecydowano, to we wrześniu stawiłem się na lekcje. Jak przystało, wręczono mi legitymację uczniowską i… zakazano pokazywania się w szkole. Cały trick polegał bowiem na tym, żeby fikcyjnie uczynić ze mnie jeszcze przez rok ucznia, bo to dawało pewną ochronę przed mało przyjaznymi władzami niemieckimi”.
Któregoś dnia, pod wpływem kolegów, którzy namawiali go aby wstąpił do Zawiszaków, czyli najmłodszej grupy konspiracyjnego harcerstwa, poszedł do swego nauczyciela zwierzyć się i zapytać o radę.
„Wiesz co – powiedział Maćkowi – nie wstępuj do Zawiszaków, będziesz żołnierzem w naszym batalionie. I tak mając lat 13 i pół zostałem, no chyba muszę powiedzieć to w cudzysłowie, „żołnierzem” batalionu Armii Krajowej Kiliński”.
28 lipca ‘44 w gmachu szkoły przy ulicy Miedzianej 8 wziął udział w zgrupowaniu kompani. Ostatnim przed wybuchem powstania.
„To był piątek – wspomina – a w sobotę wraz z tatą, który też miał swoje kontakty i wiedział, że powstanie wybuchnie lada dzień, pojechaliśmy do Józefowa pożegnać się z bliskimi. Nazajutrz mieliśmy wracać do Warszawy. Tymczasem w niedzielę o 6 rano byliśmy już wyzwoleni i owego 30 lipca ‘44 z dwoma kolegami wieszaliśmy na stacji Józefów biało-czerwoną flagę.
Słowo szczęście może zabrzmi tutaj dla kogoś mało elegancko – dodaje – ale dla mnie cudownie, bo całe powstanie spędziłem poza Warszawą. Może dzięki temu siedzę tu Sławeczku z tobą i mogę opowiedzieć o tamtych dniach. Moi koledzy z plutonu, najbliżsi przyjaciele, nie mieli tyle szczęścia. Zginęli w domu Marszałkowska róg Siennej na który spadła bomba”.
W końcu stycznia ‘45 roku razem z ojcem, przez skutą lodem Wisłę, dotarł do Warszawy. Widok, jaki ukazał się ich oczom, był przerażający. Nie było miasta, nie było ich domu, ale dziwnym trafem przy Mokotowskiej ocalała księgarnia jego taty. Tam się zatrzymali. Ojciec cudem zdobył żelazny piecyk, zwany kozą. Na szczęście za kontuarami zachował się fragment drewnianej podłogi, więc urządzili sobie na nim legowisko.
Wiosną ‘45 zobaczył na murze jakiejś kamienicy napisane ręcznie ogłoszenie, że przy ulicy Rakowieckiej 23 wznawia działalność Gimnazjum i Liceum Rejtana. Pobiegł tam szybciutko, by wpisać się na listę uczniów.
„To zabrzmi dzisiaj zabawnie, ale warunkiem przyjęcia do gimnazjum było przyniesienie własnego krzesełka! Właśnie krzesełka, bo w szkole nie było żadnych mebli – wspomina. – Przed wojną faktycznie mieścił się tam Rejtan, lecz w czasie okupacji działały w tym budynku niemieckie zakłady wyrobów skórzanych. Przez pierwsze tygodnie mieliśmy wielkie sprzątanie: wynoszenie ścinków, wstawianie okien, kitowanie szyb, słowem – przygotowania do rozpoczęcia lekcji”.
Wkrótce z kolegami reaktywował słynną „Czarną Jedynkę” – pierwszą warszawską drużynę harcerską. Maciejowi powierzono funkcję sekretarza.
„Załatwiałem formalności z wręczeniem krzyży harcerskich i przez zupełny przypadek, bo nie ma w tym żadnej mojej zasługi, zostałem posiadaczem, co jest uwidocznione w książeczce służbowej, odznaki serii pierwszej numer pierwszy z roku 1945. Całkowicie żartem mogę więc powiedzieć, że jestem pierwszym powojennym harcerzem” – mówi.
Po maturze zdał egzaminy do Szkoły Głównej Handlowej, przemianowaną później na Szkołę Główną Planowania i Statystyki, tak więc, chcąc nie chcąc, skończył SGPiS.
„Moją specjalizacją była organizacja i technika handlu – dodaje. – Czyli mógłbym zostać ekspedientem w sklepie. Ale równocześnie zacząłem studiować dziennikarstwo. Najpierw w Akademii Nauk Politycznych, bo tam było Studium Dziennikarskie, potem na Uniwersytecie. W 1952 roku zostałem absolwentem do kwadratu: i SGPiS-u i Uniwersytetu Warszawskiego”.
Pamiętajmy, że były to czasy, gdy absolwentom wyższych uczelni wręczano nakazy pracy. Maciej czynił usilne zabiegi, aby dostać skierowanie do „Naszej Księgarni”, z którą współpracował od 1949 roku, ale początkowo nie układało się po jego myśli. Otrzymał przydział do Referatu Prasowego Ministerstwa Szkół Wyższych. Wybronił się jakoś i ostatecznie trafił do upragnionego wydawnictwa:
„Gdy przyniosłem nakaz pracy, trzeba było rozwiązać ze mną wcześniej podpisaną umowę. Traf chciał, że na Placu Unii spotkałem kolegę, który był zastępcą naczelnego redaktora „Świata Młodych”. Zapytał: Maciek, czy nie przyszedłbyś do nas do pracy? Ja, wykorzystując chytrze, ale może nie całkiem zgodnie z prawem fakt, że dostałem już wypowiedzenie, a nakaz jeszcze nie zaczął obowiązywać, uciekłem do tej harcerskiej gazety”.
I tak jesienią 1952 Maciej Zimiński z dwoma dyplomami w kieszeni – organizacji i techniki handlu oraz dziennikarstwa – rozpoczął pracę w „Świecie Młodych”. Pasja i talent pozwoliły mu szybko awansować. Został sekretarzem redakcji. Był lubiany przez koleżanki i kolegów. Potwierdza to Stanisław Borowiecki, który pod jego okiem stawiał pierwsze dziennikarskie kroki:
„Maciek był dla nas i kolegą i autorytetem. Czuliśmy przed nim respekt. Gdy nie wiedzieliśmy jak ugryźć temat, on zaledwie dwoma, trzema słowami naprowadzał na właściwy tor. Naprawdę szkoda, że odszedł do telewizji, bo był dla „Świata Młodych” cennym nabytkiem z olbrzymim workiem fantastycznych pomysłów, a także jednym z filarów redakcji”.
W 1964 znowu dały o sobie znać: przypadek i szczęście. Tym razem uosabiał je Włodek Grzelak, kolega Macieja, który w telewizji piastował funkcję szefa programów dla dzieci:
„Włodek najzwyczajniej w świecie wziął mnie za rękę i sprowadził na Plac Powstańców” – wspomina.
W tym samym czasie rozpoczęła tam pracę Zofia Chećko:
„Stanowili zgraną ekipę. Mieli wspólne poglądy na wychowanie, na kształtowanie postaw z tym, że Maciej wyróżniał się umiejętnością przełożenia tej całej ideologii na konkretny program.
Pierwszą i najważniejszą zasadą jaką wprowadził był szacunek do widza oraz traktowanie go bardzo serio.
„Rzeczywiście – przyznaje Zofia Chećko – dbał, abyśmy rozmawiając z dziećmi nie kucali i nie szczebiotali”.
Był wulkanem pomysłów. Wymyślił „Ekran z Bratkiem”, wymyślił „Teleranek”, wymyślił „Zwierzyniec”, wymyślił „Teleferie”, wymyślił „Ligę Entuzjastów Wakacji” i wiele innych. Te programy tworzyły całą instytucję, którą była Telewizja Dziewcząt i Chłopców. Oprócz tego funkcjonowała jeszcze Telewizja Najmłodszych i Telewizja Młodych w ramach jednej wielkiej Naczelnej Redakcji Programów Dziecięcych i Młodzieżowych.
„Była jedna zasada, wręcz świętość, której musieliśmy się twardo trzymać – podkreśla red. Zofia Chećko. Nasz widz miał być wychowywany na człowieka aktywnego, odpowiedzialnego i pomysłowego. Zdarzało się, że szef przyjmując ode mnie scenariusz pytał: no dobrze, ale co widz z tego będzie miał? Czy on się czegoś nauczy, czy on się czegoś niezwykłego dowie? Trzeba się było starać”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Chwała Armii Ludowej!

W dniu 26 sierpnia (niedziela godz.12.00) na warszawskim Nowym Mieście przy ul. Freta 16 zgromadziło się kilkadziesiąt osób dla upamiętnienia – 6.08.1944 – daty tragicznej śmierci sztabu Armii Ludowej Ten tragiczny dzień powstania intensywnego bombardowania Starówki opisał szczegółowo dowódca czwartaków – „Gustaw” w publikacji „O Czwartakach AL” – 2003 str.146 pt: „Dzień ognia i śmierci”. Na tę okoliczność na odbudowanym po działaniach wojennych budynku została wmurowana tablica z nazwiskami głównych poległych osób tworzących sztab sterujący udziałem w powstaniu oddziałów zbrojnych AL – „Czwartakow.”. Uroczystość polegała na złożeniu wieńców i kwiatów przez przybyłe działające w stolicy organizacje kombatanckiei . W uroczystości wzięła udziaa asysta wojskowa..ta okoliczność nadała znaczenie i wagę tej tragicznej rocznicy. Czwartacy – powstańcy to członkowie powstałego na Żoliborzu w1943 r. Związku Walki Młodych (ZWM). W powstaniu warszawskim zginęło tych młodych ludzi – zetwuemowców-czwartaków – ponad 300. Najwięcej na warszawskiej Starówce, gdzie dzielnie i z sukcesami bojowymi bronili wielu barykad. W walce powstańczej nie istotne były poglądy polityczne. Walczyli czwartacy razem z akowcami. Po upadku powstania 200 razem z e swoim dowódca „Gustawemm” – Edwinem Rozłubirskim poszło jako powstańcy z akowcami do niewoli . Po wojnie za tę wspólną walkę w powstaniu dowódca czwartaków – E. Rozłubirski został przez Bora – Komorowskiego odznaczony najwyższym odznaczeniem powstańczym. Na uroczystości nie zabrakło przedstawicieli mieszkańców ulicy ZWM na warszawskim Ursynowie. Nie bez przyczyny podczas budowy powojennego osiedla na warszawskim Ursynowie jedna z ulic osiedlowych na Stokłosach otrzymała nazwę Związku Walki Młodych.(ZWM). Uznano że śmierć 300 zetwuemowców-czwartaków podczas powstania warszawskiego w pełni zasługuje na taka nazwę.
Zasiedlający te ulice mieszkańcy nigdy nie kwestionowali tej nazwy. Wręcz odwrotnie z tej nazwy byli dumni. Taki klimat uznania i nie kwestionowania tej nazwy trwał do czasu objęcia (na szczęście krótko) prezydentury Warszawy przez Lecha K. Owczesna Rada Warszawy zaproponowała w 1997 r. zmianę nazwy tej ulicy ZWM. Zrobiono ten „manewr nazwy” w sposób sprzeczny z prawem polskim i prawem tzw. Europejskiej Karty o Samorządzie Terytorialnym który Polska podpisała ,a także wbrew woli mieszkańców tej ulicy.(przeprowadzone referendum wykazało 92 proc. sprzeciwu) .Sprawa trafiła w 1998 r. na wokandę do NSA a ten uchylił bezprawna uchwałę Rady Warszawy! Było to zwycięstwo prawa i mieszkańców! Wydawało się nam mieszkańcom, że po takiej porażce prawnej naszej nazwie nic nie grozi. Myliliśmy sie jednak. Przyszedł nowy atak na nazwę naszej ulicy w 2018 r. kiedy to nasza nazwę ulicy ZWM „podciągnięto” pod ustawę dezubekizacyjną. Dzieło to wymyślił IPN i wąskie grono „dobrej zmiany”.ZWM-owcom przypisano powstanie i propagowanie komuny w Polsce? Mieszkańcy ulicy i rozsądni działacze społeczni radni, samorząd Dzielnicy i Rady Warszawy i tym razem postawili opór i sprzeciw.. Sprawa kolejny raz trafiła na wokandę WSA przeciw wojewodzie mazowieckiemu.. I tym razem przy tak licznym wsparciu społecznym Sąd Administracyjny stanął po stronie prawa i po stronie demokracji ale także po stronie mieszkańców tej lokalnej ulicy. Jednak opór przegranego wojewody trwa. Postanowił on „załatwić”sprzeciw mieszkańców przez wniesienie odwołania od wyroku WSA do wyższej instancji tj NSA. Taka wojna z mieszkańcami to wątpliwa wizytówka mazowieckiego wojewody. Mieszkańcy ulicy ZWM (2300 mieszkańców) liczą jednak, że NSA stanie na wysokości zadanie i po właściwej stronie za co w imieniu mieszkańców z góry dziękuję.
Przewodniczący Społecznego Komitetu Obrońców nazwy ul. ZWM