Obywatelu, broń się sam

Przez kraj przetoczyła się informacja, że w ramach budowania potęgi naszej armii, rząd da pieniądze na wyremontowanie 200 czołgów T-72. Są to konstrukcje radzieckie pochodzące z lat siedemdziesiątych. Specjaliści od uzbrojenia i byli wojskowi wyśmieli ten pomysł. Aktualni wojskowi milczą. Żaden nie skrytykował pomysłu, ale też nie pochwalił. Każdy chce mieć pracę.
Dla mniej zorientowanych wytłumaczę to tak. Bierzemy radziecką Wołgę. W Rosji jeszcze są czasami używane, w Polsce można je spotkać na ulicach, ale jako odrestaurowane zabytki. Bierzemy więc Wołgę, wsadzamy do niej silnik nowszy, ale nie za nowy, bo karoseria się rozpadnie. Najlepiej wolnossący disel od, np., leciwego mercedesa. Podmieniamy zawieszenie i felgi. Opony też. Trzeba też wymienić instalację elektryczną. Nowe oświetlenie też, ale elementy od innych aut nie muszą pasować. Jak inny silnik to i skrzynią biegów trzeba też inną dobrać. Klimatyzacji raczej nie da się dorobić. O takich elementach jak abs czy tcs nawet trudno marzyć, ale można kombinować. Do tego poduszki powietrzne, o kurtynach nie wspominając. No i niestety karoseria. Oryginalna była pancerna, ale rdzewiała. Galwanizacji blach w tamtych czasach nie stosowano. Z siedzeniami też trzeba będzie coś zrobić. I tak należy jeszcze zmienić lub poprawić wiele elementów. W sumie wyjdzie z tego monstrum, którym można będzie nawet się przejechać kilkaset metrów, ale do codziennego użytku takie urządzenie nie będzie się nadawało. Tak samo będzie ze zmodernizowanym czołgiem. Będą stały i zaświadczały o głupocie naszych rządzących. Dopóki nas ktoś nie napadnie. Mam nadzieję, że to tylko przedwyborcze wzdęcie i z tej modernizacji nic nie wyjdzie. Dla dobra kraju i chwały naszego wojska.

Lato będzie gorące

O wyjątkowo trudnej sytuacji Autonomii Palestyńskiej, jedności Palestyńczyków na okupowanych ziemiach i milczeniu społeczności międzynarodowej Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawiają z Rijadem al-Malikim, ministrem spraw zagranicznych Palestyńskiej Władzy Narodowej – rządu Autonomii Palestyńskiej.

Premier Palestyńskiej Władzy Narodowej, czyli rządu Autonomii Palestyńskiej, powiedział, że nadchodzące lato będzie gorące – i to na wielu poziomach. Jak to rozumieć? Czy w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się prawdziwych wstrząsów na Bliskim Wschodzie?
To „gorące lato” ma wiele znaczeń. Po pierwsze – gospodarka. Izrael znacząco zredukował kwoty z podatków, jakie przekazuje co miesiąc do dyspozycji Autonomii Palestyńskiej. Jako że odmówiliśmy w takiej sytuacji przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy z Tel Awiwu, musieliśmy zapożyczyć się w lokalnych bankach i czasowo obciąć wypłaty pracowników budżetówki o 50 proc. Za dwa, trzy miesiące skończy się również limit pożyczek bankowych. To będzie dla nas poważny problem.
Po drugie – polityka. Stany Zjednoczone zapowiadają, że wkrótce poznamy szczegóły „układu stulecia”, ich pomysłu na rozwiązanie kwestii palestyńskiej. Spodziewamy się, że USA będzie nadal naciskać na Palestyńczyków, by zrezygnowali z walki o swoje państwo. Musimy wypracować strategię, jak na te naciski odpowiedzieć. Nie jest wykluczone, że ta konfrontacja osiągnie „gorący” poziom.
Jest też nasz wewnętrzny problem. Ciągle nie ma porozumienia między rządem na Zachodnim Brzegu a Hamasem, który rządzi w Strefie Gazy. My czyniliśmy starania, by się z nimi dogadać, by mógł powstać palestyński Rząd Jedności Narodowej. Hamas najwyraźniej nie jest tym zainteresowany. Tymczasem jesteśmy w okresie, gdy Izrael nie ma stałego rządu, tylko tymczasowy. Premier Netanjahu sądzi, że w takim czasie może sobie pozwolić absolutnie na wszystko – i nikt nie pociągnie go do odpowiedzialności.
Liczycie się z tym, że spełni swoje groźby o przyłączeniu części Zachodniego Brzegu do państwa Izrael?
Nie tylko z tym. Żeby pozyskać koalicjantów ze skrajnej prawicy, a także odebrać im elektorat, Netanjahu przydałaby się wojna. Z kim? Widzę dwie możliwości – Hezbollah w Libanie i Hamas w Gazie.

Wojna z Hezbollahem byłaby jednak bardzo ryzykowna. I kosztowna.
Zgadzam się. Ich potencjał jest w zasadzie równy izraelskiemu. Mają broń, wyposażenie wysokiej jakości. Hamas jest zdecydowanie słabszy. Więc gdyby Netanjahu naprawdę poszedł na wojnę, to z Hamasem. Z myślą o przejmowaniu ultraprawicowych wyborców może zabić część przywódców Hamasu, dokonać nowych zniszczeń infrastruktury w Gazie. Musimy mieć przygotowaną odpowiedź na taki scenariusz.

A odpowiedź na „układ stulecia”? Co zrobicie, jeśli Jared Kushner w końcu ogłosi swój plan w całości i okaże się, że nie ma tam państwa palestyńskiego ani teraz, ani w bliskiej przyszłości? Można się tego spodziewać na podstawie jego komentarzy w mediach…
Kushner mówi o swoim planie pokojowym od dwóch i pół roku. Od dwóch, trzech miesięcy zapowiada, że wkrótce go ujawni – i nie ujawnia. Mogą być dwa powodu takiego stanu rzeczy. Być może w ogóle nie ma żadnego planu. Albo plan powstał, ale nie otrzymał poparcia ze strony tych państw, na które Kushner liczył.
Jestem przekonany, że Waszyngton starał się o poparcie dla swojej koncepcji w krajach arabskich, głównie w Arabii Saudyjskiej, ale okazało się, że tam wcale nie palą się do udzielania takiego wsparcia. Więc Kushner może sobie opowiadać dziennikarzom, co chce, ale to są tylko jego prywatne pomysły.

Nie macie złych przeczuć, słysząc, jak Kushner mówi, że „ma nadzieję, że kiedyś Palestyńczycy nauczą się rządzić”? To prawie jak powiedzenie wprost: USA nie pozwoli na powstanie niepodległej Palestyny.
My to odczytujemy inaczej. Po pierwsze, kim jest ten człowiek, żeby nas oceniać? Na jakiej podstawie decyduje, czy Palestyńczycy umieją rządzić, czy nie? On nie ma pojęcia o historii, o geografii, demografii, o polityce. To, że ktoś był przedsiębiorcą w branży nieruchomości, nie znaczy, że nadaje się do rozwiązywania konfliktów międzynarodowych!
To, co mówi Kushner, to wyraz jego antypalestyńskich uprzedzeń. Nie waham się powiedzieć: jego wypowiedzi to czysty rasizm! On mówi o nas jak o podludziach. Taki człowiek powinien stanąć przed sądem, a nie być przyjmowanym przez światowych przywódców. Jared Kushner jest szkodliwy dla swojego własnego kraju. Ale równocześnie uważam, że ten człowiek, tak jak nagle się pojawił, tak w którymś momencie nagle zniknie.

Być może tak będzie. Ale na razie, sam pan o tym opowiadał, sytuacja Palestyny jest coraz gorsza. Co się stanie, jeśli jej mieszkańcy zostaną całkowicie postawieni pod ścianą? Bez perspektywy poprawy swojej sytuacji na drodze dyplomatycznej, wobec coraz bardziej agresywnej polityki Izraela?
To prawda, że w palestyńskim społeczeństwie czuje się frustrację. Ale z drugiej strony nie jest tak, by ludzie chcieli buntować się przeciwko rządowi. Oni świetnie wiedzą, kto doprowadził do obecnej sytuacji, kto naprawdę ich zawiódł. Będą obwiniać za swoje położenie Izrael, Amerykę, milczącą społeczność międzynarodową, resztę świata arabskiego – ale nie palestyńskich przywódców.
Podam prosty przykład. Kiedy Izrael przestał przekazywać nam dotychczasowe sumy z podatków i musieliśmy zapożyczyć się, żeby zapłacić urzędnikom połowę wynagrodzeń, nikt nie protestował. Ludzie wiedzą, że to nie Mahmud Abbas chce wpędzić ich z nędzę. Oczywiście, są rozczarowani, w końcu taki stan rzeczy trwa już cztery miesiące i nie wiemy, czy nie okaże się, że będą konieczne jeszcze głębsze cięcia. Ale Palestyńczycy są na tyle dojrzałym społeczeństwem, by rozumieć, że atak na swoich przywódców w tym wypadku nie pomoże w walce z prawdziwym wrogiem.

Niemniej bez wsparcia zewnętrznego Autonomię Palestyńską czekają naprawdę trudne czasy. Gdzie widzicie potencjalnych sojuszników? Liczycie na świat arabski?
W kwietniu ubiegłego roku w Az-Zahran w Arabii Saudyjskiej odbył się szczyt Ligi Państw Arabskich. Gospodarz, król Salman, który jest dziś faktycznym przywódcą świata arabskiego, wystąpił na nim i powiedział: to jest szczyt w Jerozolimie, nie w Az-Zahran. Oznajmił też, że to, co odrzucają Palestyńczycy, odrzuca również on, a to, co oni akceptują, on przyjmuje. Dla nas to było jednoznaczne przesłanie. Tym bardziej, że król Salman w podobnym duchu wypowiadał się podczas szczytu UE-Liga Państw Arabskich w lutym tego roku. I nie tylko on – wszyscy arabscy przywódcy byli jednomyślni w sprawie Palestyny. To był jednoznaczny komunikat pod adresem Europy.
Tak samo było podczas nadzwyczajnego szczytu Ligi Państw Arabskich w Mekce kilkanaście dni temu. Wszystkie państwa arabskie poparły tam rezolucję w sprawie palestyńskiej. Mogę więc powiedzieć z pewnością: mamy ich wsparcie. Ich stanowisko się nie zmieniło.

Ale czy te gesty naprawdę mają znaczenie? Światu zachodniemu bardzo łatwo przychodzi ich ignorowanie. Skoro Palestyna ma takie poparcie, dlaczego nic nie zmienia się tam na lepsze?
Nie mamy armii, żeby wypowiedzieć wojnę tym, którzy codziennie nas krzywdzą. Musimy bazować na naszej wytrwałości, gotowości do stawiania oporu, miłości, jaką żywimy do naszej ziemi. Tego nam nikt nie odbierze.
Tak, nie możemy równać się ani ze Stanami Zjednoczonymi, ani z Izraelem. Ale jest nas 6,8 mln – 1,8 mln w Izraelu i 5 mln w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu. Rząd Izraela może robić, co chce, ale ci ludzie nigdzie stamtąd nie wyjadą. Mogą nas zamykać, szykanować, odcinać nam prąd i wodę, ale my zostaniemy. Nie powtórzymy już roku 1948, kiedy ludzie uciekali ze swoich domów, ani roku 1967, kiedy część Palestyńczyków wyjechała.
Ich, izraelskich Żydów, też jest dokładnie 6,8 mln. Wnioski z tego są dość jasne. Nasza słabość może być też naszą siłą.

Stoi ułan na widecie…

Śpiący w samochodzie żołnierz ukradł panu prezydentowi całe defiladowe szoł.

Prezydent Duda, jak zwykle 3 Maja patriotycznie podniecony… a tu chłopak – pewnie umordowany ciągłymi alarmami, wyjazdami o bladym świcie, godzinami stania w bezruchu – ma to wreszcie wszystko gdzieś i dusi komara! W samochodzie, ale jednocześnie w oku kamery, z prezydentem na pierwszym planie. Duda ble, ble o żołnierskiej daninie krwi składanej od wieków i dyrdymały o historii najnowszej, a żołnierz – w kimę. Żołnierz tak ma – zasypia w każdej pozycji, w każdych okolicznościach, bo nigdy nie wie, kiedy znów okazja się trafi!…
No, ale nam kimać nie wolno. My, obywatele, zwłaszcza nieco starsi, kimnąć się nie możemy ani na moment. Mamy słuchać i targać za uszy każdego – choćby i prezydenta – kto nas nie szanuje, ma nas za głupków wmawiając nam ordynarne kłamstwa. Jeśli mówimy, że powinniśmy bronić swojej historii, to nikt za nas tego nie zrobi.
Minione dni obfitowały w kłamstwa, ociekały obłudą, hipokryzją i bezwstydem.
Oto minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podczas uroczystości 74. rocznicy forsowania Odry w Gozdowicach (woj. zachodniopomorskie), wspominając poległych żołnierzy, mówił: „pamięć dla tych, którzy polegli, jest wieczna”; że ich ofiara „kształtuje polską tożsamość narodową”, a także: „nigdy nie wolno nam zapomnieć o krwi i poświęceniu polskiego żołnierza”.
Jego rządowy kolega zaś, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński, przypomniał, że wielu żołnierzy biorących udział w walkach nad Odrą „nie zdążyło do armii gen. Andersa”, a I Armia Wojska Polskiego „była dla nich szansą na to, aby wrócić do Polski”.
Dodał też: „Jest dla mnie dzisiaj zaszczytem jako ministra, ale przede wszystkim jako mieszkańca tej ziemi (…), że mogę ukłonić się nisko tym z bohaterów, którzy tutaj o Polskę walczyli, opatrzność pozwoliła im przeżyć i są dzisiaj tutaj z nami. (…) Wasza krew, wasz pot, wasze poświęcenie, wasze umiłowanie ojczyzny ma dzisiaj w oczach rządzących taką samą wartość, jak krew, pot, poświęcenie żołnierza spod Tobruku, spod Monte Cassino, marynarza spod Narwiku, podwodniaków, którzy walczyli na morzach i oceanach, jak każdego polskiego żołnierza. (…) Krwi polskiego żołnierza nie wolno dzielić, nie wolno wartościować”.
Czy panowie ministrowie mają w domu lustra? Panowie zapomnieli: „Naszą chlubą jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża.”…
Te słowa wypowiedział Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego im. Gen. K. Sosnkowskiego, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nie słyszałem, żeby swoje myślątka na temat żołnierzy, których panowie w tym roku, roku wyborczym, tak gorliwie czcili, odwołał. Co więc jest w panów ustach prawdą, a co łgarstwem? Bo jeżeli poszliście po rozum do głowy i rzeczywiście szanujecie ofiarę żołnierzy idących ze Wschodu do Berlina, to co na tych stanowiskach robi do tej pory pan Cenckiewicz?
Dlaczego też zdecydowanie nie przetniecie ciągłych podchodów wojewody zachodniopomorskiego, któremu przeszkadzają nazwy niektórych ulic w Kołobrzegu – związane z walkami o miasto w 1945 roku – a nawet Pomnik Zaślubin z Morzem, którego trwanie na kołobrzeskim brzegu wcale nie jest pewne.
Idźmy dalej – skoro minister Błaszczak jest zdolny do takich werbalnych wzniosłości pod adresem żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, to dlaczego w takim razie odmówił wojskowej asysty na pogrzebie najstarszego admirała Marynarki Wojennej, 97-letniego Henryka Pietraszkiewicza, który odszedł w kwietniu na wieczną wachtę? Do wojska został wcielony, gdy miał 21 lat. Początkowo do Armii Czerwonej, potem wylądował w Wojsku Polskim. Po ukończeniu kursów oficerskich, w składzie 4 Dywizji Piechoty WP, przeszedł szlak bojowy do Berlina. Po wojnie wstąpił do Marynarki Wojennej. Był prymusem w Szkole Marynarki Wojennej, służył na ścigaczu okrętów podwodnych ORP „Sprawny”, był dowódcą ORP „Sęp”. Podwodniakiem został do końca, pełnił coraz wyższe stanowiska. Był dowódcą Brygady Okrętów Podwodnych, potem dowodził 9 Flotyllą Obrony Wybrzeża na Helu. Był komendantem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, szefem Sztabu Głównego Dowództwa Marynarki Wojennej, zastępcą Dowódcy Marynarki Wojennej do spraw Liniowych. Po zakończeniu służby był prezesem Ligi Morskiej wspierał Polskie Towarzystwo Nautologiczne, Stowarzyszenie Miłośników Okrętu Muzeum ORP „Błyskawica” czy też Bractwo Okrętów Podwodnych… I takiemu żołnierzowi odmówił pan, panie Błaszczak, asysty wojskowej podczas pogrzebu? Bo IPN podobno jakąś teczkę odgrzebał? A czy pańscy mianowańcy, ekspresowo awansowani, „wybitni dowódcy” po przyspieszonych kursach, nie współpracują z wojskowymi służbami specjalnymi? Nie stawiają się na odprawach, nie uczestniczą w naradach sztabowych? Nie udzielają żądanych informacji? Że niby, co – to inni dowódcy są, inni ministrowie, inne służby? Niepodległe? Różnie mówią. Jeden nawet dwie książki napisał o pańskim poprzedniku, a propos słówka „niepodległe”. I niech pan sobie wyobrazi, że ten pański poprzednik „oszczercy” do sądu nie podał! Taki honorowy…
Czyny panów, panowie ministrowie, i, że tak powiem – „praktyka rządzenia”, jedynie wzmacniają blask bijący od waszych miedzianych czół.
Uroczystości patriotyczne odbywały się nie tylko na zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej, ale także w jej sercu, na Placu Piłsudzkiego w Warszawie. Rządzący dziś notable składali wieńce przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Czy dręczyła ich jednak refleksja, co oni właściwie demonstrują – szacunek i podziw dla bohaterów, czy może namysł nad własnym wkładem w budowanie kłamstwa?
Przecież ci honorowani nad Odrą żołnierze I i II Armii Wojska Polskiego, po zakończeniu wojny wracali do kraju, Jedni szli do cywila, inni dostawali nowe przydziały. Jedni brali się za zagospodarowywanie Ziem Zachodnich i Północnych, ściągali osadników, przydzielali im domy i ziemię, zagospodarowywali odłogi tworząc PGR-y, zakładali szkoły, odbudowywali uniwersytety. Innych ojczyzna wezwała do nowej walki w obronie przed bandami, „zbrojnym podziemiem”. Tym razem oprócz Niemców strzelali do nich „swoi”. Dla „leśnych” każdy zabity żołnierz, każdy zabity milicjant, każdy „ukarany” za pomaganie władzy ludowej – choćby kobieta, nauczyciel wiejski, wybatożony chłop biorący ziemię z reformy rolnej, zabity Żyd, to był powód do dumy i mołojeckiej sławy. Wielu żołnierzy I i II Armii WP przeżyło szturm Berlina, ale nie przeżyło szturmu na posterunek milicji, w którym przebywali, zasadzki na oddział, w którym służyli, nie przeżyli niewoli u „leśnych”…
To panowie – pochylający głowy przed Grobem Nieznanego Żołnierza – tolerują oburzające manipulacje historią i kupczenie żołnierską krwią z politycznych pobudek. Oprócz bowiem rozsianych na kolumnach Grobu tablic upamiętniających żołnierzy spod Kołobrzegu, z Wału Pomorskiego, Budziszyna, Berlina, Lenino nawet – choć ono schowane jest ciut wyżej niż chodnik – na dumnym miejscu wiszą tablice z „bitwami zbrojnego podziemia”. Ci pierwsi ginęli w walce z Niemcami, wyzwalali Polskę, po to, żeby po paru miesiącach ci drudzy mordowali ich „ku chwale ojczyzny”… Panom to nie przeszkadza? Państwu, które współtworzycie na co dzień, to nie przeszkadza?
Już nie mówię o tym, że spośród bitew stoczonych przez I i II Armię WP wymieniono bodaj osiem, zaś bitew „leśnych” uhonorowano aż 18! To ci dopiero była siła!
No właśnie… Dlatego nie liczcie na zapomnienie, nie miejcie złudzeń, że patriotycznym klajstrem zamulicie mózgi. Niektórym na pewno, bo ludzie słabi są i dla „miski ryżu” będą „zapieprzać” dla kogo bądź. Ale nie oni stanowią o pamięci. Zatem musielibyście zmienić znacznie więcej niż tylko frazeologią patriotyczną, żeby dać Polsce szansę na posklejanie tego, co rozwaliliście. Nie ma w was takiej skłonności.
Wracając więc do defilady, którą urządziliście z okazji 3 Maja – oglądając ją przypomniałem sobie ostatnie miesiące Polski Ludowej. Każdy już czuł, że coś się kończy i coś zaczyna. Wtedy, po bardzo długiej przerwie na ulicach Warszawy zabrzmiała „Pierwsza Brygada”, zagrana wzruszająco przez Orkiestrę Reprezentacyjną Wojska Polskiego. Była jak żołnierze po latach tułaczki wracający do domu… Ciary chodziły po plecach.
Wy zaś – na kilka dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i na kilka miesięcy przed wyborami do Sejmu i Senatu, pokazaliście maszerujących klawiszy, policję skarbową, swoich ochroniarzy – na szczęście spieszonych, więc limuzyny były bezpieczne – i Wojska Obrony – Jeb! Jeb! Jeb! – Terytorialnej…
Myślę sobie, że nasz koniec był ładniejszy, chwytający za serce, nieco sentymentalny i jakby pogodzony z historią. W każdym razie nikt nie spał…

Wojsko weekendowe

Jak cofnąć się do historii, wojsko zawsze było wykorzystywane do celów politycznych. Maszerowało podczas świąt i uroczystości nie koniecznie państwowych. Teraz jednak przekroczono granicę szacunku do służby narodowi. Marsz z faszystami w jednej kolumnie obraził i krzyczał do rządzących: co zrobiliście z naszego kraju? Jak bardzo upodliliście wojsko i pamięć poległych polskich bohaterów w walce z faszyzmem? To już nie jest zabezpieczenie jakiś imprez partyjnych, to nie składanie wieńców, czy obchody Radia Maryja. Tym razem wysłano Wojsko Polskie na propagandowy marsz faszystów. Takiego upodlenia wojska nie pomiętam. Tymczasem na poligonie wykuwa się PiS-rzemiosło wojskowe. Pan gen. Jabłoński, wraz ze swoją dywizją chciał ćwiczyć trudne i niezbędne umiejętności wojskowe. Jednak nie będzie ćwiczył, bo zadanie przerosło mentalnie decydujących o wszystkim generałów smoleńskich. Co począć, gdy udział wojska w manifestacji faszystów jest ważniejszy dla karierowiczów i wazeliniarzy M ariusza Błaszczaka, niż rzemiosło wojskowe. Smutne jest to, że wojsko pod kontrolą PiS-u coraz częściej służy agresywnej propagandzie partyjnej, a nie bezpieczeństwu narodowemu.

 

***

Komentarz odnosi się do odwołania części ćwiczeń bojowych „Anakonda 2018” dla Wojska polskiego – z powodu złych warunków atmosferycznych. Niski poziom wody nie pozwolił żołnierzom przeprawić się przez Wisłę w Chełmnie. Dowództwo operacyjne wolało zrezygnować. Całą sytuację skomentował dowódca 12. Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie gen. dyw. Maciej Jabłoński. Powiedział:
„Czy w razie nie daj Boże wojny to co nasze „wojsko” wyśle telegram do wroga z prośbą o zawieszenie broni bo pogoda nie sprzyja? Jako dowódca 12.DZ mogę tylko powiedzieć, że uniemożliwienie przeprawy przez Wisłę, a również innych zaplanowanych działań wojsk z powodu złych warunków pogodowych to tylko i wyłącznie brak kompetencji Dowódcy Operacyjniego generała Tomasza Piotrowskiego. Pan generał przedstawia się mi ignorantem, który wskutek dyletanckiego dowodzenia manewrami zhańbił moją dywizję bojową i stworzył pajacowe wojsko weekendowe! Wydaje się logiczne aby wszystkie procedury ćwiczyć, testować w każdych warunkach pogodowych, wtedy można dowieść czy są one optymalne”.

Fregaty

Niepotrzebne są nam nie tylko australijskie fregaty.

 

Cały polski polityczno-medialny mainstream pasjonuje się niedoszłym zakupem australijskiego pływającego demobilu. Jednak nikt nie zadał sobie prostego pytania: czy faktycznie potrzebne są nam okręty wojenne? Trzeba by doprawdy niezwykle bujnej – a właściwie chorej – wyobraźni aby widzieć bitwy morskie na Bałtyku w XXI wieku. Z kim miałaby się naparzać polska wojenna flota morska? Z Niemcami już nie, wszak to nasz natowski sojusznik. A może z ruskimi, gdyby następcą Putina został jakiś nacjonalistyczny oszołom? A może z niezbyt biegłymi w geografii islamskimi terrorystami, którzy przedarli się przez cieśninę Skagerrak, aby ostrzeliwać polskie wybrzeże myśląc, że Poland to Holland?
Gdyby jednak ziścił się któryś z wyżej wymienionych scenariuszy, to trzeba wiedzieć, że są lepsze niż bitwy morskie sposoby unieszkodliwienia wrażych okrętów. Można do nich np. strzelać z armat. Wiem coś o tym, bo sam strzelałem na poligonie do celów pływających. Skuteczniejszym sposobem byłoby bombardowanie z powietrza. Ciach trach i po ptokach.
W obecnych czasach marynarka wojenna nie służy do tego, aby okręty pukały do siebie nawzajem z armatek ustawionych na pokładzie. Obecnie okręty wojenne to przede wszystkim lotniskowce. Wykorzystywane są jako mobilne bazy dla wojsk lądowych i powietrznych, pełniąc również funkcje zwiadowcze. Dlatego nie pływają po Bałtyku, jako że efektem takiego pływania byłoby jedynie wystraszanie tej niewielkiej ilości ryb, które jeszcze się ostały w tym zasyfionym morzu. Wojenne lotniskowce znajdują się na wielkich akwenach wodnych, z reguł w pobliżu miejsc, gdzie już się toczą lub mogą się toczyć konflikty zbrojne. Najbardziej wyrazistym przykładem jest Morze Śródziemne w bezpośredniej bliskości Syrii, gdzie pływają sobie amerykańskie i rosyjskie lotniskowce, nie wchodząc sobie w paradę. Nie po to tam je bowiem wysłano aby się wzajemnie ostrzeliwały.
Polska trzymając się – i słusznie – z dala od konfliktu syryjskiego swoich okrętów w ten rejon wysyłać nie musi nawet gdyby je kupiła w Australii. Skoro nasz kraj jest członkiem NATO, które w założeniu jest paktem obronnym, to i uzbrojenie polskiej armii powinno mieć obronny, a nie ofensywny charakter. Dlatego też nie są nam potrzebne okręty wojenne – ani australijskie fregaty ani amerykańskie krążowniki. Jedyne zadanie obronne polskiej armii na wodach Bałtyku to ochrona wybrzeża np. przed uciekającym ze Szwecji uchodźcami. Do tego celu wystarczyłyby łodzie patrolowe. Straż przybrzeżna Belize ma takich łodzi 37 i rozwijają one prędkość do 100 km na godzinę. Strzegą one morskiej granicy o długości 386 km. Przypada w przybliżeniu 1 łódź na 10 km. Polskie wybrzeże jest o 54 km dłuższe, zatem do ochrony liczącej 440 km granicy wystarczyłoby 45 takich łódek, a może 50, gdyby któraś poszła do remontu, a załogi kilku innych byłyby akurat na urlopie.
Przy okazji tych morskich rozważań przypomina się stary dowcip, który ostatnio nabrał walorów aktualności. Podczas szczytu Unii Europejskiej do delegacji polskiej podeszli przedstawiciele Czech i poprosili naszych aby pomogli im w budowaniu marynarki wojennej. „Jak to? – zdziwili się Polacy – przecież nie ma macie morza”. „No tak – odpowiedzieli Czesi – ale wy macie Ministerstwo Sprawiedliwości”.
Poddając w wątpliwość sens istnienia polskiej marynarki wojennej bynajmniej nie nawołuję do osłabienia obronności RP. Staram się jedynie przeciwstawić nonsensy racjonalnemu rozumowaniu.

Rozważania z defiladą w tle

Przy okazji defilady wojskowej w dniu 15 sierpnia wyszły na powierzchnię wszystkie problemy polskiej armii i Polski, jako kraju.

 

Chodzi o cały kompleks spraw związanych z naszymi tradycjami militarnymi, polityką medialną, szczególnie dotyczącą historii oraz aktualnym poziomem uzbrojenia w konfrontacji z wymogami XXI wieku. Zwraca uwagę przede wszystkim wizerunkowy brak spójności pomiędzy rzeczywistością i historią a symboliką płynącą z tego, co ujrzeliśmy na Wisłostradzie i w powietrzu nad Wisłą.
Trzeba zwrócić uwagę, że defilada odbywała się w roku 100-lecia odzyskania niepodległości, a jej wymiar historyczny i propagandowy nastawiono na mające mieć miejsce za dwa lata 100-lecie Bitwy Warszawskiej. Przede wszystkim symbolika nawiązująca do konfrontacji polsko-rosyjskiej, kiedy wiadomo, że w tym 100-leciu miały przynajmniej miejsce trzy wielkie wydarzenia, z których Bitwa Warszawska może być jedynie epizodem w konfrontacji z kilkuletnimi zmaganiami Polaków na frontach I wojny światowej i najbardziej krwawej II wojny światowej, oraz wielkimi ofiarami, jakie ponieśliśmy jako naród. Wiąże się z tym absolutnie niespójny i zakłamany przekaz historyczny dotyczący II wojny światowej, w którym zapomina się przynajmniej o dwóch sprawach: po pierwsze o sprawcach tej wojny i po drugie o proporcji wysiłku i liczbie ofiar na frontach wschodnim, zachodnim i południowym.

Istotną sprawą treści tej defilady jest wystąpienie prezydenta RP i zawarta w nim deklaracja wzrostu polskiego budżetu obronnego do poziomu 2,5 proc. PKB. To istotna deklaracja, złożona, jak można rozumieć, aby zadowolić naszego sojusznika zza oceanu po żądaniach podczas ostatniego szczytu NATO. Inne kraje sojusznicze, jak wiadomo jej nie podjęły. Deklaracja budzi zdziwienie, została złożona bowiem bez zachowania odpowiednich procedur wymaganych przy konstrukcji budżetów państwa i porozumienia na szczeblu parlamentarnym. Jest w opinii publicznej niezadane pytanie, szczególnie po ostatnich dwóch latach rządów koalicji prawicowej w MON, o realizację zatwierdzonego przez Sejm budżetu obronnego i celowość wielu wydatków, z pytaniem o tzw. gospodarność w tle.

Generalnie problem, z jakim spotyka się dziś Polska na tle innych krajów, położonych szczególnie w Europie Środkowej, dotyczy ewentualności wybuchu konfliktu militarnego i zachowania stanu bezpieczeństwa, pozwalającego na realizację w dalszej perspektywie naszych interesów narodowych w ramach m.in. Unii Europejskiej. Polska myśl polityczna początku XXI wieku zdominowana jest przez fobie historyczne potomków właścicieli utraconych w wyniku porozumień w Jałcie i Poczdamie ziem na Wschodzie. Nie bierze ona pod uwagę, co widać w codziennych przekazach medialnych rządu i jego prominentnych przedstawicieli, realiów, jakie wytworzyły się w wyniku zmian globalnych po roku 1989 i nowych kart, które próbuje otworzyć prezydent Donald Trump po spotkaniu na szczycie w Helsinkach. Jest ona absolutnie oderwana od rzeczywistości, również europejskiej, gdzie dominują idee współpracy i rozwoju, a nie wojny.

Polska polityka międzynarodowa i polityka bezpieczeństwa powinny zostać określone, w sytuacji, jaka powstaje dziś w świecie, w ramach porozumienia wszystkich sił parlamentarnych i opozycji pozaparlamentarnej. Nie może ona być dziełem jednej opcji politycznej i jednego punktu odniesienia. Już dziś sytuacja ta działa na szkodę interesów Polski w dłuższej przestrzeni czasowej. Coraz więcej środowisk i doświadczonych polskich polityków i intelektualistów uważa, co widać w polskich mediach, że polityka oparta o realizowane błędne założenia, przynosi szkodę. Generalnie w zrównoważonym dziś świecie wojna nuklearna nie jest możliwa, a na wojnę lokalną na naszych ziemiach, może wygodną nawet dla niektórych, po doświadczeniach XX wieku pozwolić sobie jako Polacy nie możemy.

Wracając do defilady 15 sierpnia. Założeniem jej organizatorów było przekazanie społeczeństwu, że jesteśmy gotowi do wojny na Wschodzie i nie oddamy piędzi ziemi potencjalnym najeźdźcom. Znamy takie przekazy z 1939 roku i wiemy jak to się skończyło.

Defilada nie pokazała, jak i w jaki sposób jesteśmy gotowi do pokoju – czy jesteśmy w stanie skutecznie odstraszać, ale również efektywnie współpracować. Jak zauważyliśmy, stan naszych sił obronnych jest na złym poziomie. Opiera się głównie o stare, muzealne uzbrojenie, w części pamiętające lata 70. ubiegłego wieku. Przestarzałe są, nawet te najnowocześniejsze F16 na tle konstrukcji, które posiadają inne kraje. O ile wiem, nie zdołaliśmy tej wielkiej inwestycji zbrojeniowej rozliczyć – może ktoś odpowie, co jest z tzw. offsetem?

15 sierpnia byliśmy świadkami wielu symbolicznych przekazów, które warto zapamiętać, bowiem one stanowić będą o przyszłości: to sierżant dowodzący grupą żołnierzy naszego największego sojusznika, to stare poradzieckie helikoptery broniące polskiego nieba, to dwóch spieszonych huzarów przypominających chwałę polskiego oręża, to wreszcie prezydent honorujący publicznie „wyklętego”.

Jaka ma być polska armia? Skuteczna

15 sierpnia nabrzeżem Warszawy przeszła defilada wojskowa. Miała być, jak powiedział minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak, „wyjątkowa”. Ma też spowodować,by społeczeństwo Polski „mogło poczuć dumę z tego, że przed nimi będą defilowali żołnierze Wojska Polskiego” To popatrzmy, na czym duma ta się opiera.

 

Stan skuteczności ma zapewnić zwiększenie wydatków na obronność najpierw do 2, a następnie do 2,5 proc. PKB. W tym roku wydamy 41 mld PLN. W Niemczech będzie to 1,5 proc. PKB, ale i tak pięć i pół razy więcej w żywej gotówce niż u nas. W dodatku z naszych wydatków tylko co czwarta złotówka przeznaczona jest na zakup uzbrojenia, sprzętu, amunicji. Reszta to „fundusz wegetacyjny” –uposażenie żołnierze, pensje, remonty, misje wojskowe oraz emerytury i renty, bo wojskowi nie są objęci programem powszechnego ubezpieczenia społecznego, a ich pensje „uzusowione”. Ponad pół miliarda będzie kosztowała obrona terytorialna – „niedzielni partyzanci Macierewicza”.
Polska planuje, jako jedyna chyba na świecie, rozbudowę ilościową sił zbrojnych i to do 130 tys. żołnierzy. Do tego dochodzi wspomniana obrona terytorialna plus nikłe rezerwy. Wydając coraz więcej, w rzeczywistość na uzbrojenie pozostanie nam coraz mniej. Od blisko ćwierć wieku Siły Zbrojne RP borykają się z samymi problemami, ale brakiem wystarczających środków finansowych nie można tłumaczyć wszystkiego. Gospodarując rozsądnie nawet niewielkimi pieniędzmi można coś zrobić tylko w odpowiednio mniejszej skali, jeśli starcza kompetencji i wyobraźni. Nam jednak przybywa wyłącznie struktur sztabowych i administracji.
Skoro jesteśmy w NATO, to wszystkie nasze planowane działania i zakupu dla armii powinny być podporządkowane roli, jaką możemy odegrać i jaką przyjmiemy w ramach sojuszu. W wypadku ewentualnego konfliktu nie obronimy się sami, odwracanie się od Zjednoczonej Europy jest idiotyzmem, bo innego sojusznika nie mamy. Należy w tym miejscu zastrzec wyraźniej – mimo istniejących zagrożeń politycznych, nie ma w obecnej chwili bezpośredniego zagrożenia militarnego kraju. Sam zaś konflikt zbrojny, o ile miałby mieć miejsce na będzie poprzedzony na tyle poważnymi zmianami w polityce globalnej, że można wykluczyć zaskoczenie. Oceny te specjaliści powtarzają od dekad.

 

Potrzeby Sił Zbrojnych RP

Większość uzbrojenia używanego przez polskie wojsko to konstrukcje postradzieckie, nierzadko z lat 60., wyprodukowane przed 1989 r. Dokonywana permanentnie modernizacja – to akurat nie jest zarzut – powoduje, że znaczna część sprzętu widnieje „na papierze” i nie jest zdolna do działań operacyjnych, bo działania takie, oprócz tego, że są kosztowne, po prosu trwają długo.
Ze względu na położenie kraju, priorytetem powinna być obrona przestrzeni powietrznej, od opanowania której praktycznie zaczyna się jakikolwiek konflikt. Zawsze wsparcie zapewniają siły powietrzne sojuszników. Rząd PiS odtrąbił sukces polegający na zakupie dwóch baterii rakiet „Patriot”, jako „tarczy antyrakietowej”. Dostawy mają nastąpić od 2022 r., choć negocjacje podjęto kilka lat wcześniej. Za dwie baterie amerykańskich „Patriotów” wraz ze sprzętem i zapasem rakiet zapłacić będziemy musieli około 5 mld dolarów. Zamiast offsetu – transfer technologii IBCS, wartości około 5 proc. polskiego zamówienia.
Uwagi są jednak następujące: radary działają w wycinku o promieniu 180o (nie obejmują pełnego pola), co przy dwóch bateriach zmniejsza znacznie ich efektywność, a do tego zamówione pociski rakietowe służą przede wszystkim do zwalczania rakiet balistycznych, choć mogą być przeznaczone również do zwalczania dużych obiektów latających. Podobno trafiały też w drony. Same „Patrioty” wcześniejszej wersji nie poradziły sobie z irackim Scudem – rakieta trafiła w koszary US Marine w bazie Dhahran w 1991 r., bo komputer kierujący system przeciwrakietowym „pomylił się” o 600 m. Błąd w systemie dostrzegli wcześniej Izraelczycy, uprzedzając o tym Amerykanów. Ale jakoś nikt nie miał do tego głowy.
Jeśli chodzi o nową generację pocisków, to i one nie są niezawodne – pięciokrotnie chybiły Scuda wystrzelonego przez jemeńskich powstańców Huti w grudniu ubiegłego roku. Teraz „Patrioty” mają podobno kłopoty z radarem. Do tego trzeba je będzie zintegrować z polskim systemem dowodzenia i kierowania ogniem w obronie przeciwlotniczej. Takową mamy, z zastrzeżeniem – brak Polsce obrony przeciwlotniczej dla celów poruszających się na średnim i wysokim pułapie, stare modernizowany systemy poradzieckie „nie odpowiadają wymogom współczesnego pola walki”. Owszem, „Patrioty” służą do niszczenia pocisków balistycznych, ale w końcowej fazie ich lotu. Rosyjskie „Iskandery” (balistyczne) są opracowane w systemie „stealth” i posiadają właśnie w terminalnej fazie lotu możliwości manewrowe.
Czesi i Litwini zrezygnowali z systemu Patriot, wybierając system NASAMS, który jest tańszy i razi cele do 40 km. Można też było wybrać do baterii „Patriot” pociski typu „Skyceptor”, ale one przeznaczone są przed wszystkim do niszczenia środków napadu powietrznego i pocisków manewrujących z ograniczoną możliwością niszczenia rakiet balistycznych. Była wreszcie opcja zakupu izraelskiego systemu obrony przeciwlotniczej Żelazna Kopuła. To system sprawdzony w walce, niezbyt drogi, wykazujący efektywność niszczenia celów powyżej 80 proc. Zaproponowano transfer nowoczesnych technologii do Polski. Dwie baterie Patriotów, które kupiliśmy, nie są w stanie obronić żadnego „celu obszarowego”, takiego, jak duża aglomeracja miejska.

 

Czego więc będą bronić?

Polska w kolejnej fazie zakupu ma wyłożyć pieniądze na następne baterie rakiet „Patriot”, tym razem z innymi radarami (będą się obracać!) i pociskami przeznaczonymi do niszczenia środków bezpośredniego napadu powietrznego. Ponieważ środki obrony przeciwlotniczej są pierwszym celem ataku, to samych „Patriotów” trzeba będzie bronić. Do tego ma służyć tarcza przeciwrakietowa, wymierzona w pociski balistyczne i to przede wszystkim międzykontynentalne – budowana od dwóch lat w Redzikowie natowska instalacja – amerykański Aegis Ashore System. Druga taka powstaje w Rumunii, wraz z Redzikowem będą wysuniętymi punktami, z których mają być wystrzeliwane pociski SMB Block IIA. Centrum dowodzenia jest w Rammstein w Niemczech, a satelity wykrywające start nieprzyjacielskiej rakiety są amerykańskie. Wkład koncepcyjny Polski sprowadził się do budowy bazy (wg amerykańskich projektów). „Wspaniały” SMB wystrzelony do tej pory został trzy razy i trafił tylko raz.

 

Lotnictwo

Z całej floty powietrznej dożywają już ostatnich dni poradziecki Su 22 S (modernizowane), które po raz pierwszy zostały zaprezentowane na polskim niebie w 1974 r. na wojskowej paradzie z okazji XXX Lecia PRL. Jeszcze maksimum 5 lat i trzeba będzie wycofać ze służby poradzieckie MiG 29, wszystkie wyprodukowane przed 1989 r. Pozostają amerykańskie F – 16, które i tak będą musiały przejść modernizację.
Od 2017 r. MON rozważa zakup 100 maszyn F – 35 (JSF Lighting II). O ile Amerykanom uda się obniżyć cenę jednostkową, to koszty takiego zakupu i tak będą oscylować wokół kwoty 20 mld dolarów. Myśliwiec V generacji, jakim jest amerykański F – 35 to rozsądny pomysł, tyle, że na tyle jednostek po prostu nas nie stać.
Dolatują ostatnich dni śmigłowce i inne powietrzne statki, nie mamy samolotów do wczesnego ostrzegania radioelektronicznego (AWACS), nie mamy też tego, co jest przyszłością pola walki – latających obiektów bezzałogowych, czyli popularnych dronów, zarówno rozpoznawczych, kierowania ogniem, jak i bojowych, wyposażonych w różnorodne środki rażenia. Znowu – trzeba kupić. Ciekawe za co.

 

Wojska lądowe

Sprzętu mamy dużo, ale jest on dosyć leciwy i chociaż modernizowany, to coraz mniej efektywny operacyjnie. Poza Leopardami 2 (łącznie mamy około 250 Leopardów, prawie tyle, co Bundeswehra w I linii) posiadamy jeszcze ponad 200 starych T 72, które po wymianie sytemu kierowania ogniem i oklejeniu pancerza reaktywnymi, profilowanymi ładunkami wybuchowymi nazywają się PT 91 Twardy.
Rok temu podsekretarz stanu w MON Tomasz Szatkowski zadeklarował, że Polska chce dokupić jeszcze trochę starych Leopardów i zaczął majaczyć o kolejnej, nowej dywizji pancernej. Wniosek prosty – po zakupie trzeba będzie modernizować sprzęt. Po co? Istnieje przecież niemiecko-francuskie konsorcjum do produkcji nowego czołgu Leopard 3. Polska ma podpisane umowy międzynarodowe tak w ramach NATO, jak Europy, umożliwiające udział w takim przedsięwzięciu, o ile nasz przemysł zbrojeniowy sprosta wymaganiom i znajdą się pieniądze. Stare Leopardy nawet po modernizacji nie pojeżdżą dłużej niż 10 lat.

 

Może lepiej zainwestować w nowe?

Wymiany wymagają wozy bojowe (też poradzieckie). Kołowe transporty opancerzone Patria – „Rosomak”, muszą być dozbrojone w wyrzutnie pocisków przeciwpancernych, co też kosztuje. Wybrana została już dawno wyrzutnia i pocisk „Spike” (Kolec), kolejnej generacji. Konieczna jest wymianą środków przeciwpancernych, bowiem poza Kolcem używamy do tej pory poradzieckiej konstrukcji PPK 3M14 „Malutka”.
Kolejna pozycja na liście – środki ogniowe artylerii. I znowu sukces. Kupimy od Amerykanów system Himars, takie współczesne „katiusze”. Będą mogły wystrzeliwać również taktyczne pociski balistyczne o zasięgu do 300 km. Sam system to zmodernizowany MLRS, który powstał pół wieku temu, a strzelanie pociskami balistycznymi odbywa się z tej samej platformy, ale z innego urządzenia. Używane obecnie wyrzutnie rakietowe (niebalistyczne), to naprawdę nieźle zmodernizowane „Grady”, w Polsce noszące nazwę „Langusta”. Zakup amerykańskich systemów artylerii rakietowej nastąpił po przyjęciu do realizacji przez polski przemysł dostawy nowoczesnych pocisków typu „Feniks” przeznaczonych dla istniejących wyrzutni polskich, a osiągami nieustępujący amerykańskim. Prace nad wdrożeniem do produkcji trwały prawie 10 lat. Himars i Langusta maja różne kalibry.

 

Marynarka wojenna

Reprezentatywnym przykładem obecnego stanu polskiej floty wojennej jest ORP „Błyskawica” – okręt muzeum zacumowany w Gdyni. W teorii MW ma bronić własnych wybrzeży i floty. Problem w tym, że chyba dwukrotnie więcej jest okrętów wojennych, aniżeli statków handlowych pod polską banderą. Wpływy z podatku „tonażowego” od statków handlowych pływających pod polska banderą w 2016 r. wyniosły 300 zł. Co do wybrzeża, to zabezpieczone będzie wystarczająco po dokupieniu kolejnych norweskich zestawów rakietowych NSM i wdrożeniu nowych systemów radarowych oraz bezzałogowych, latających środków rozpoznawczych. Na razie rakiety mają zasięg ok. 200 km, a radary 40 km.
Średnia wieku polskich okrętów to 30 plus. Dar od USA, używane, ćwierćwiekowe fregaty (ostatnia wycofana z US NAVY w 2015 r.), przeszły niedawno remont i modernizację, ale jak nie na wiele to się zdało. Dokupiono do nich używane śmigłowce w liczbie sztuk 4, ale „zadokowano” je na lądzie. MW nie ma ani jednego, nowoczesnego śmigłowca do zwalczania okrętów podwodnych.
Podwodniacy też nie mają na czym pływać. ORP „Orzeł” zwodowany jeszcze w radzieckiej stoczni remontowany jest ponad dwa lata. A to się w czasie remontu uszkodził, a to przytopił, aż w końcu zapalił – pewnie ze wstydu. Pozostały okręty podwodne wyprodukowane w latach sześćdziesiątych i podarowane przez Norwegów na początku obecnego stulecia odchodzą na złom. Od blisko roku powtarza się, że nowe pojawią się niedługo. Nie wiadomo czy francuskie, czy niemieckie klasy 212/214, bo z nimi są kłopoty techniczne, a ponieważ Polacy się uparli, że mają na nich być zamontowane pociski manewrujące typu „Tomahawk”, Niemcy będą musieli wydłużyć oferowane przez siebie okręty o 10 m. Dla porządku – „Tomahawków”, też jeszcze nie mamy. Być może będziemy mieli szwedzkie okręty A – 26 (najnowocześniejsze), ale one jeszcze nie powstały. Na Bałtyku nie ma już miejsca praktycznie na nowe okręty podwodne (Niemcy, Szwedzi i Rosjanie mają ich w sumie 15), ani akwenów sprzyjających ich działaniom. Bałtyk jest za płytki. Rosjanie swoje okręty podwodne trzymają praktycznie w bazach i są to stare okręty klasy tej samej klasy, co nasz „Orzeł”. Obwód kaliningradzki pozostaje w zasięgu rażenia konwencjonalnej artylerii, więc do ataków żadne okręty nie są potrzebne. Wszystko możemy rozlokować na własnym wybrzeżu. Przynajmniej nic nie utonie.
Uderzeniową siłę polskiej floty wojennej i myśli technicznej reprezentuje „Gawron”, który od roku jest „Ślązakiem”, a był budowany blisko czternaście lat za blisko półtora miliarda złotych. Z korwety „wyszedł” słabo uzbrojony patrolowiec określony przez wielu „najdroższą motorówką na Bałtyku”. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, że Polska w obecnej sytuacji potrzebuje naprawdę nowoczesnego zespołu do trałowania akwenów i niszczenia min i jednostek pomocniczych.

 

Mentalność

Idea zwiększania „potencjału” pancernego poprzez dokupienie starych czołgów wskazuje, że pojęcie o wojnie rządzących obecnie polityków zatrzymało się na historycznym poziomie 1943 r. Tylko że drugiej Prochorowki, największej bitwy pancernej II WŚ, już nie będzie. Roczny koszt utrzymania w ruchu Leoparda to milion złotych.
Tak samo pomysł na obronę terytorialną i przebieranie w mundury ludzi, którzy po dwóch tygodniach szkolenia składają przysięgę to bezmyślność, a kierowanie najnowocześniejszego sprzętu do takiej formacji i pozbawienie go wojsk operacyjnych to kretynizm. Wyszkolenie operatora sprzętu (np. przeciwpancernego środka ogniowego) to okres od 6 do 9 miesięcy. W wojskach operacyjnych operator szkoli się dalej i udoskonala praktykę niszczenia cały czas swojej służby (kontraktu). Cała sytuacja, przy braku poboru powoduje kurczenie się, czy wręcz brak rezerw dla wojsk operacyjnych.
Oficerowie wykształceni jeszcze w latach osiemdziesiątych, którzy przeszli wszystkie poziomy dalszego kształcenia i kolejne szczeble dowódcze szybciej zrozumieli wymogi współczesnego pola walki aniżeli politycy, kierujący MON – em. Ale większość z nich odeszła ostatnio z czynnej służby.
Zwiększenie obecności wojsk amerykańskich to żadne rozwiązanie. Pentagon niezależnie od pomysłów swojego obecnego wodza – prezydenta jest temu przeciwny. Niemców, którzy się do tego zresztą nie palą, z kolei nie chce prezes Kaczyński, bo jak powiedział, że musi „upłynąć siedem pokoleń”, żeby to można było sobie wyobrazić. Polski przemysł zbrojeniowy nie jest efektywny.
Siły zbrojne RP na tyle małe, że nie jest opłacalnym uruchomienie produkcji, bo cena jednostkowa będzie zawsze wysoka. Innowacyjność niewielka, zatem nie można w ogóle brać pod uwagę eksportu. Zwiększenie wydatków na badania do planowanych 5 proc. budżetu MON niczego nie załatwi. Kwota 2 mld zł to kropelka. Program tworzenia amerykańskiego F – 35 (co prawda od podstaw) pochłonął ponad 50 mld dolarów. Program budowy Leoparda 3 w oparciu o istniejące i sprawdzone rozwiązania) szacowany jest na ponad miliard euro. Sytuacja w polskim przemyśle zbrojeniowym, jest na tyle zła, że funkcjonuje system „zaliczek”. MON wypłaca pieniądze z góry, za niedostarczony jeszcze sprzęt.
Innowacyjność polskiej zbrojeniówki to m. in. PZL – 22 „Iryda”, który zakończył się fiaskiem. Kilkanaście wyprodukowanych egzemplarzy poszło na złom. Koszt? Około miliarda dolarów. Armatohaubica „Krab” to prawie dziesięć lat badań i rozwoju. Produkcja – kilkanaście sztuk. Efekt to angielska lufa, południowokoreańskie podwozie (poradziecka „Kalinka” nie dała się „spasować”) i system kierowania ogniem złożony z produktów i technologii państw „zachodnich”. W tym samym czasie, kiedy projektowano „Kraba” Niemcy mieli gotową PZH 2000, więc taniej było kupić i mieć, niż dziesięć lat „się rozwijać”. „Loara”, jako mobilny system artyleryjsko rakietowy miała bronić polskiego nieba. Po dziesięciu latach wyprodukowano jedną i to bez rakiet. Zakupiono za to linię produkcyjną do wyrobu armat, w które miała być uzbrojona. To wszystko miało miejsce prawie 20 lat temu. Żeby wszystko było jasne, każdy z tych projektów nosił miano priorytetowego. Nowy, polski rakietowy pocisk przeciwlotniczy „Piorun” ma duże kłopoty z silnikiem.
Siły Zbrojne RP powinny być małe, ale dobrze wyposażone i wyszkolone – zawodowe. Koniecznym jest stworzenie rezerw czy to przez zaciąg ochotniczy, czy przez ograniczony kontyngentowo pobór powszechny. Deklaracje obecnego rządu i planowane, a przynajmniej deklarowane zakupy to kwota nie mniejsza niż 50 – 60 mld dolarów, wydanych po 2020 r. Modernizacja armii zajmie ponad 20 lat. Na lipcowym szczycie NATO w Brukseli przyjęto zobowiązanie do wystawienia sił mających być w pełnej gotowości bojowej, gotowych do natychmiastowej reakcji w sytuacji zagrożenia. To „program” 3 razy 30, czyli 30 dywizjonów (eskadr) samolotów bojowych, 30 batalionów wojsk lądowych i 30 okrętów. Biorąc pod uwagę potencjał naszego kraju – 10 proc. z tego programu powinny stanowić siły zbrojne RP. Uwzględniając potrzeby obrony powietrznej i dodatkowe jednostki wojsk lądowych, polska armia powinna liczyć nie więcej niż 60 tys. zawodowych żołnierzy i drugie tyle rezerw. I działać we współpracy z europejskimi członkami NATO – innego wyjścia nie ma.

Wojenny budżet

716 miliardów. To suma, która od 1 października 2018 roku będzie wydawana na potrzeby armii USA. To nie jest największy budżet w historii Stanów Zjednoczonych, ale wsparty został bardzo wojowniczą retoryką.

 

Ta ogromna suma pójdzie na modernizację amerykańskich siła zbrojnych i zwiększenie ich liczebności. Ogranicza współpracę z Rosją w ramach Porozumienia o otwartych przestworzach (umożliwia kontrolę wzajemną państw sygnatariuszy) i, jakżeby inaczej, grozi kolejnymi sankcjami wobec tych, którzy prowadzą działalność „na korzyść rosyjskiego wywiadu” i sektora zbrojeniowego.

Dokument został podpisany w Forcie Drum, bazie amerykańskiej na północy stanu Nowy Jork. Amerykański prezydent podkreślił, że podpisany przez niego dokument jest największą inwestycją w amerykański sektor wojenno-przemysłowy w najnowszej historii kraju. (W 2011 roku Barack Obama podpisał budżet na 724,6 mld dolarów).

„Na następny rok mamy 716 miliardów dolarów, żeby dać wam najlepsze samoloty, czołgi i rakiety [do użycia] w dowolnym punkcie Ziemi” – mówił Donald Trump w swym przemówieniu skierowanym do wojskowych w bazie Fort Drum.

Na podstawie podpisane go dokumentu zarobki wojskowych wzrosną o 2,6 proc, 40 mld pójdzie na wzmocnienie sił powietrznych (m.in. na zakup 77 myśliwców F-35), za 24,1 mld zostanie zbudowanych 13 nowych okrętów i zmodernizowane zostaną stare.

Wiele uwagi amerykański lider poświęcił w swym przemówieniu konieczności zwiększenia mocy sił kosmicznych, ponieważ, jak się wyraził, „by zachować dominację Ameryki, musimy być przed wszystkimi. Zwykła przewaga nie wystarczy, Ameryka musi panować w kosmosie”. 65 mld wydanych zostanie na opracowanie nowych głowic jądrowych małej mocy, które będą na uzbrojeniu łodzi podwodnych. Zakupionych zostanie 135 czołgów „Abrams” i 360 innych pojazdów bojowych. Przewiduje się też finansowanie badań nad rozwojem dronów.

Liczba żołnierzy zwiększy się o 15,6 tysięcy ludzi.

Co istotne dla naszego regionu Europy, 250 milionów dolarów zostanie przeznaczonych na pomoc wojskową dla Ukrainy, łącznie z bronią ofensywnego charakteru, a także przewidziane są wspólne manewry amerykańskich i miejscowych wojsk na Ukrainie i w Gruzji.

Świat stał się mniej bezpieczny.

Kuglarze godnością

Jako stały czytelnik tygodnika „Polityka” od czasu do czasu wracam do starszych numerów, w których opublikowano artykuły, które zwróciły moją szczególną uwagę.

 

Tym razem, mając na uwadze atmosferę wokół byłych i obecnych żołnierzy oraz wojska jako całości, postanowiłem wrócić do artykułu „Dostawcy godności” panów Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki opublikowany w 13. numerze Polityki z 2017 r., zwłaszcza że znalazłem w nim bardzo celne spostrzeżenia dotyczące wojska.
W „Kodeksie Honorowym Żołnierza Zawodowego Wojska Polskiego” z 2008 r. czytamy: „godność żołnierza zawodowego, to wartość wypływająca z szacunku dla samego siebie, poczucia dumy z przynależności do społeczności wojskowej i podjęcia szczególnych zobowiązań wobec Ojczyzny”. Czytamy w nim również, „żołnierz zawodowy otacza szczególną czcią godło, barwy narodowe i hymn państwowy. Jest wierny przysiędze wojskowej i sztandarowi. Szanuje mundur wojskowy, który uosabia uświęcone tradycją wartości oręża polskiego. Utożsamia się z tradycjami i dobrym imieniem macierzystej jednostki wojskowej”.
W tym miejscu należy się chyba zastanowić, czy godność można ograniczać, czy można nią kuglować. Wspomniani wyżej Janicki i Władyka przywołują słowa, prawdopodobnie autorstwa Ludwika Dorna, że środowiskach prawicowych pojawiło się sformułowanie „redystrybucja prestiżu”, jako priorytetowy postulat do zrealizowania. Oznacza to, że w przestrzeni publicznej istnieje pewna ograniczona ilość godności, którą decyzjami włodarzy można podzielić między obywateli. Inaczej mówiąc rządzący mogą decydować, kogo można obdarować godnością, a komu należy ją zabrać. Idąc tą drogą panująca „dobra zmiana” uważa, że prestiż określonych grup można poprawić tylko wtedy, gdy ograniczy się znaczenie innych środowisk. Tak na przykład urzędnik MON Sławomir Cenckiewicz, zmienił adres Centralnego Archiwum Wojskowego (obecnie Wojskowego Biura Historycznego) w Rembertowie z ulicy Czerwonych Beretów na Pontonierów. Uznał, że polskim spadochroniarzom noszącym czerwone berety godność należy odebrać, a pontonierów nią obdarzyć.
Pod hasłami obrony godności jednych depcze się godność, cześć i honor innych. Jest to szczególnie widoczne w odniesieniu do środowiska byłych i obecnych żołnierzy. Przykładem znowu jest publicystyka „historyczna” wspomnianego Cenckiewicza. Twierdzi, on m.in. że „Ludowe Wojsko Polskie to formacja w gruncie rzeczy niepolska. Milicja Obywatelska i Ludowe Wojsko Polskie działały na szkodę Polski i powinny zostać uznane, za formacje w jakimś stopniu zbrodnicze”. Czy w związku z tym mam rozumieć, że mój Śp. Ojciec, żołnierz 7. Dywizji Piechoty 2. Armii Wojska Polskiego, który szlak bojowy zakończył w Mielniku, w Czechosłowacji, był zbrodniarzem? Kto to oceni? Jakim prawem ma to oceniać samozwańczy „prokurator” Cenckiewicz? Czy aby nie pomyliły mu się role? Gdybym był złośliwy, dociekałbym dlaczego ja, w odróżnieniu od Cenckiewicza, nie muszę się tłumaczyć za mojego dziadka, niepiśmiennego chłopa, który jako ułan marszałka Piłsudskiego walczył w 1920 r. z bolszewikami na Podlasiu i Polesiu. Nie tylko żołnierzom LWP i funkcjonariuszom MO odbiera się godność. W ubiegłym roku przyszła kolej na żołnierzy Armii Krajowej i Państwo Podziemne. Dobitnym tego przykładem była odmowa mianowania na wyższy stopień wojskowy bohatera Powstania Warszawskiego majora prof. dr. hab. Leszka Żukowskiego. W czerwcu br. prof. Żukowski został w haniebny, obrzydliwy sposób zaatakowany przez Cenckiewicza, który zarzucił mu współpracę z SB. Czym prof. Żukowski naraził się Cenckiewiczowi? Otóż przed dwoma laty w swoim przemówieniu pod pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej Profesor ośmielił się skrytykować promowanie żołnierzy wyklętych mówiąc, że „kontynuowali bezsensowną walkę i ginęli bez rozkazu”. Innym przykładem pozbawiania godności jest gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, który niedawno ukończył 101 lat i jest w poniżający sposób lustrowany. Państwo Podziemne jest powoli spychane na ubocze. Kto zatem zasługuje na obdarowanie godnością, oczywiście „Żołnierze Wyklęci”. To oni są obecnie najważniejszym podmiotem polityki historycznej prowadzonej przez kuglarzy. Nie wszyscy się jednak z tym zgadzają. Poseł Paweł Kukiz napisał w lutym 2017 r. na swym profilu na Facebooku (pisownia oryg.) „…najpierw powinniśmy rzetelnie przyjrzeć się naszym Wyklętym.……..pośród masy prawych Żołnierzy mieliśmy jednostki w postaci bandytów. Nie ulega wątpliwości, że ogromna większość Wyklętych była Bohaterami, ale nie wolno gloryfikować tych, którzy pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” dokonywali zbrodni na ludności cywilnej. A takie postaci jak „Bury” czy „Ogień” są – mówiąc bardzo delikatnie –kontrowersyjne. Bóg jest Miłością, a ten, który „w imię Ojczyzny” zionie nienawiścią tak, że morduje bezbronnych cywilów (a szczególnie kobiety i dzieci),nie ma prawa odwoływać się do Honoru”.
O dziwo, Kukiza wziął w obronę znany, kontrowersyjny historyk Piotr Zychowicz na łamach prawicowego tygodnika „Do Rzeczy”. Krytykuje on wyidealizowaną narrację i zjawisko „cenzury patriotycznej”, przeciwstawia się fałszowaniu historii „w imię racji stanu” i „obrony pięknej legendy” oraz przedstawia skrótowo kilku, przeklętych-wyklętych ,tj. tych, którzy wzbudzają największe obiekcje („Wacław”, „Bury”, „Szary”, „Wołyniak”, „Ogień” i „Łupaszka”). Wylicza ofiary rzezi, masakr i pacyfikacji, nie przebiera w słowach i nie pomija niewygodnych dla „Wyklętych” faktów. Zjawisko to zostało zauważone także za granicą. Brytyjsko-polski dziennikarz Matthew Luxmoore w artykule „Polacy podzieleni: gorzki konflikt o komunistyczną historię narodu” opublikowanym w dniu 13 lipca 2018 r. na łamach jednego z największych i najpoczytniejszych brytyjskich dzienników – „The Guardian” – napisał: „PiS gloryfikuje grupę bohaterów, którzy byli prześladowani i mordowani przez komunistyczne rządy. W miejscach komunistycznych pomników pojawiają się w całym kraju nowe, zaaprobowane przez państwo, murale i pomniki: polskich generałów, którzy zginęli z rąk okupantów nazistowskich i sowieckich, a także, w coraz większej liczbie żołnierzy wyklętych”.
Niestety, nowa polityka historyczna i kuglowanie godnością znajdują zwolenników w wojsku. Widać to choćby w treściach publikacji zamieszczanych mediach związanych resortem obrony narodowej. Nie znajdziemy tam materiałów o wyzwoleniu Warszawy (przepraszam, według obecnej terminologii zakończeniu walk o Warszawę), spaleniu w stodole w Podgajach 32 żołnierzy 1. Dywizji Piechoty, zdobyciu Poznania, Kołobrzegu i Trójmasta, forsowaniu Odry i Nysy Łużyckiej, zdobyciu Berlina, operacji praskiej 2. AWP, zapewnieniu przez wojsko bezpieczeństwa wewnętrznego po wojnie itp. Nie znajdziemy w nich również informacji o zamordowaniu przez oddział „Igły” w lesie pod Skaryszewem ppłk Alfreda Wnukowskiego, jego ciężarnej żony Ireny oraz kilku żołnierzy KBW. Nic więc dziwnego, że gdy przed kilku laty w rozmowie z jednym żołnierzem zawodowym kilkakrotnie wspomniałem o swych bardzo dobrych wrażeniach z obchodów 70 rocznicy bitwy pod Lenino w tej miejscowości, ten zaintrygowany zapytał, a co to była ta bitwa pod Lenino?
Ciekawych spostrzeżeń, wartych badań socjologicznych, dostarcza lektura wypowiedzi na internetowym Niezależnym Forum o Wojsku. Głośne wypowiedzi prasowe niektórych generałów komentowane są słowami w rodzaju „rocznik 1951–komuch”. Można znaleźć tam wypowiedzi, że młodzi zdolni oficerowie będą usatysfakcjonowani, gdy pogoni się „starych trepów”, pułkowników i generałów. Muszą jednak pamiętać, że „stare trepy” byli kiedyś młodymi zdolnymi i współcześni młodzi też zostaną „starymi trepami”, wcześniej niż się spodziewają. Zjawisko to świadczy, że kuglarzom udało się podzielić środowiska byłych żołnierzy i żołnierzy służby czynnej.
Kuglowanie godnością dotknęło żołnierzy pełniących wcześniej służbę w przysłowiowych „brązowych butach”. Mimo, że byli wierni wartościom zapisanym późnej w „Kodeksie Honorowym Żołnierza Zawodowego Wojska Polskiego” traktuje się ich jako osoby „gorszego sortu”. Odmawia się wojskowej asysty honorowej na pogrzebach i wielu uroczystościach patriotycznych organizowanych przez różne ogniwa Związku Żołnierzy Wojska Polskiego. Obecni na nich żołnierze służby czynnej w mundurach to nieliczne wyjątki. Kuglowanie godnością przekłada się na kuglowanie historią. Uroczystości składania wieńców na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza z okazji rocznicy wyzwolenia Warszawy, którą przecież wyzwoliło Wojsko Polskie, są bojkotowane przez władze państwowe i wojskowe. Premier bierze jednak udział w uroczystościach w Auschwitz z okazji wyzwolenia tego obozu koncentracyjnego przez „wrażą” Armię Czerwoną.
Bronisław Komorowski ani jako Minister Obrony Narodowej, ani jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nigdy nie wziął udziału w uroczystości z okazji Dnia Zwycięstwa w Warszawie. Nie przeszkodziło mu to jednak w udziale w takich uroczystościach w maju 2013 r w Paryżu. Widocznie we Francji świętowało mu się godniej. Zastanawiam się czasami czy udział oficjeli w uroczystościach rocznicowych nie jest uzależniony od stosowanej przy tych okazjach terminologii: wyzwolenie – tak , zdobycie –zależy czego i gdzie, zakończenie walk –nie, opanowanie, forsowanie, przełamanie – zobaczy się.
Kuglowanie godnością zaczyna dosięgać emerytów i rencistów wojskowych oraz ich rodziny. Spoczywający w Sejmie, przygotowany w pośpiechu przez resort obrony narodowej, projekt zmian w ustawie o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych oraz ich rodzin zawiera klauzulę służby na rzecz totalitarnego państwa i związaną z tym drastyczną redukcję emerytur i rent. Szkoda, że autorzy projektów nie zadali sobie trudu zrozumiałego zdefiniowania pojęcia „państwo totalitarne” i nie skorzystali z prac doświadczonych, uczonych politologów i socjologów na temat takiego państwa rozciągając to pojęcie na Polskę po 1956 roku.
Po tych rozważaniach pojawia się pytanie jak, zgodnie z prawem, walczyć z kuglarzami i kuglarstwem. Problem w tym, że wielu emerytów i rencistów mundurowych uległo w minionych latach dezorientacji, uwierzyli panom: Kukizowi, Dudzie, a nawet Kaczyńskiemu. Niektórzy nadal tkwią nogami w przeszłości i nie są w stanie wykonać kroku do przodu. Do dziś pamiętam, jak pewien emeryt wojskowy w stopniu pułkownika, z tytułem doktora wyjaśniał mi na kogo i dlaczego będzie głosował w drugiej turze wyborów prezydenckich. Teraz on i jemu podobni znaleźli się w swego rodzaju zagubieniu. Zaczynają sobie powoli uświadamiać, że pojawia się zagrożenie dla ich egzystencji, mają jednak nadzieję, że zagrożenie to dotknie innych, a ich nie.
Zdaniem Janickiego i Władyki jedyną drogą walki z kuglarzami i kuglarstwem wydaje się niepoddawanie się ich narracji, niepowtarzanie ich przesłań i uwolnienie się od ich rzekomo słusznych diagnoz, tworzonych przez nich samych, na ich własne potrzeby. Pamiętać należy, że społeczeństwo bardziej interesują problemy socjalne (np. program 500+ lub 300+) niż walka o godność. Na to, że uda się zagospodarować jakiś obszar chwilowo opuszczony przez kuglarzy nie ma co liczyć. Oni dysponują wszystkim, począwszy od środków finansowych poprzez usłużne media do grup hejterów (ang. hate – nienawidzić) piszących na sygnał nienawistne teksty na forach internetowych włącznie.
My dysponujemy bronią, której się boją najbardziej, kartką wyborczą. Przed wyborami wielu kuglarzy przypomni sobie o naszym istnieniu i znajdzie do nas drogę, jak znajdowali w przeszłości. Pierwsi emisariusze już się pojawili.
Musimy otrząsnąć się z atmosfery tworzonej przez kuglarzy. W przeciwnym razie kilkanaście procent społeczeństwa zapewni kuglarzom sprawowanie władzy przez kolejne kadencje.