Lenistwo suwerena

Zupełnie przypadkowo znalazłem się w ostatnich dniach w kilkunastoosobowym towarzystwie, w dużej sali dającej możliwość zachowania obowiązujących, dwumetrowych odstępów i ubranym w twarzowe maski. Maski były wprawdzie odchylane lub zdejmowane, w sposób pozwalający posiadaczom na konsumpcję, głównie napojów o znacznej zawartości alkoholu.

Z niemal wszystkimi uczestnikami tego spotkania przeprowadziłem krótkie rozmowy na tematy polityczno – społeczne, Chytrze i niegrzecznie naprowadzałem je na uzyskanie informacji o ich poglądach, ocenie sytuacji politycznej i perspektywach jej rozwoju. W sklerotycznej pamięci dokonałem niezbędnych obliczeń i określiłem wynikające z tego „badania” fakty i czekające nas zdarzenia.

Absencja wyborcza

Zebrane towarzystwo miało w swym składzie zarówno przeciwników jak i zwolenników obecnej władzy, która dała im względnie intratne stanowiska i której polityki „naprawiania Polski” nie kwestionują, chociaż nie są nią zachwyceni. Okrągło licząc tych zwolenników było ok. 30%. To dużo, zwłaszcza, jeśli uwzględni się drugą informację – ponad 20% zebranych „raczej” nie uczestniczy w żadnych wyborach i ma „w głębokim poważaniu” wszelkie partie polityczne, rząd i ich problemy. W skali kraju absencja wyborcza bywała najczęściej niemal dwukrotnie większa (ok. 40%) . Moja „próbka nadawcza” wykazywała się więc znacznie większą świadomością obywatelską.

Mimo to usiłowałem zrozumieć bardziej rozmownych przedstawicieli grupy „absencjonistów”, dlaczego nie zamierzają nikogo wybierać i nie przejmują się tym, kto nami rządzi. Nie zadawalały mnie wymijające wyjaśnienia, że „mój głos i tak nie ma znaczenia”, albo „to i tak jest wszystko ustawione”. Zrozumiałem w końcu, że podstawowa przyczyna jest znacznie prostsza i może dlatego, zadziwiająca. Ich to po prostu nie interesuje. Wiedzą, kto jest premierem i prezydentem, – bo bez przerwy widać ich w telewizji. Czasem wysłuchują części ich bajkowych opowiadań, tak dalece niezgodnych z rzeczywistością, w której żyją, że poprawia im to humor. Znają kilka innych nazwisk – jak Suski czy Sasin, – ale nie wiedzą, czym te osoby się zajmują. Wiedzą, że „bardzo ważny” jest Jarosław Kaczyński, ale nie potrafią określić, jakie rzeczywiste funkcje pełni w kierowaniu państwem, i dlaczego niektórzy uważają go za nieomylną wyrocznię.

Dlaczego?

Teoretycznie moi rozmówcy na tej imprezie są zaliczani do inteligencji. Zrozumiałem, że tak bardzo zniechęcili się do tego, co nazywamy polityką, że przestali się nią przejmować. Skoncentrowali się na utrwalaniu lub poprawianiu swojej pozycji społecznej i finansowej. Z dorobku twórców naszego prawa śledzą tylko to, co bezpośrednio ich dotyczy. Z uśmiechem obserwują patriotyczne podrygi władz, manewry wokół starych i nowych pomników, uroczyste obchodzenie słusznych i wątpliwych rocznic, ale traktują to tylko, jako „folklor epoki” i naszą narodową specyfikę.
To grono politycznie wstrzemięźliwych obywateli wywodzących się z wielkich miast, jest wspomagane przez – jak sądzę – znacznie liczniejszą grupę rezydującą na wsiach i w małych miasteczkach. Przy zupełnie innej okazji, czekałem na wizytę u lekarza, w małym, prowincjonalnym szpitalu. Były wygodne ławki i pogodny nastrój dość licznych czekających pacjentów. Siedzące obok mnie w nieprzepisowej odległości dwie miłe pani narzekały na służbę zdrowia, szczepionkowy bałagan i rosnące ceny żywności. Szukały u mnie potwierdzenia, że źle nami rządzą i przy następnych wyborach trzeba „ich” zmienić. Wyjątkowo chyba pójdą na wybory, Ale nie wiedzą, na kogo głosować „żeby było lepiej”.

Powiedziałem, że to zależy, jakie mają poglądy i kto im się „w telewizorze” podoba, jaki ma program, i co dla nich istotnego obiecuje.

No właśnie – powiedziała bardziej elokwentna pani – chyba zagłosujemy na PIS, bo tam jest paru przystojnych facetów, którzy prawie nigdy się nie śmieją, zawsze są w garniturach z krawatami i tak mądrze mówią, że ja nic nie rozumiem. I są z siebie bezgranicznie zadowoleni. To pewnie wiedzą, jak dobrze rządzić, tylko muszą się tego nauczyć.

Ależ proszę pani – zaoponowałem – przecież PIS właśnie rządzi od kilku lat i mówiła pani, że nie jest z tego zadowolona!

To PIS teraz rządzi? Co pan powie? A ja cały czas myślałam, że to jacyś następcy Tuska, albo postkomuniści. To będziemy musiały się zastanowić. Jeśli Tusk będzie na listach, to na niego byśmy zagłosowały. On jest zawsze uśmiechnięty, podobno lubią go w całej Europie i też mówi mądrze, ale przynajmniej tak, że częściowo go rozumiem.

Budzenie aktywności

Oba zdarzenia, które opisałem, są autentyczne. Potwierdziły one prawdziwe badania i opinię, że mamy w Polsce znaczną część suwerennego elektoratu, która jest albo świadomie obojętna, albo wykazuje sporadyczną aktywność, nie kierując się żadnymi przesłankami merytorycznymi. Głosują, bo w ich otoczeniu tak wypada, ale podstawą ich decyzji są głównie wrażenia wizualne. Zagłosuję na X, bo mi się podoba, Przystojny, nie boi się krytykować, ładnie mówi. Jego program?? Nie wiem, nie znam, nawet nie rozumiem, jak taki program ma wyglądać.

Ten zbiornik rezerwy elektoratu jest dość głęboki, bo sięgał – jak już wspomniałem najczęściej 40 %. Jest o co walczyć. Wydaje mi się. jednak, że walczący popełniają istotny błąd. Starają się przekonać nieaktywną część suwerena, mówiąc, co chcieliby zrobić, co usprawnić, co popierać, za co dawać pieniądze i z czym walczyć. Do części opornych wyborców to na pewno dociera. Ale po tych spotkaniach jestem przekonany, że nie do większości. Ta większość na codzień fascynuje się osiągnięciami sportowymi i perypetiami celebrytów. Tym, że zmienili kolor włosów, zmienili partnera czy partnerkę, są w ciąży, kupili nowe oszałamiające mieszkanie, albo bardzo drogi samochód. I byli na urlopach w atrakcyjnych miejscach w kraju i zagranicą, mimo, że przeciętny wyborca siedzi w domu gnębiony przez pandemię.

Nie jestem tym zachwycony, ale nie wpadam w patriotyczne przygnębienie. Taka jest natura społeczeństwa konsumpcyjnego. Podobne zachowania i upodobania występują we wszystkich krajach demokratycznych. Ważne są jednak proporcje. Jeśli absencja wyborcza będzie wynosiła – jak w krajach skandynawskich – mniej niż 20%, i zmniejszy się liczba tych, którzy glosują „na wygląd”, to powinniśmy mieć powody do zadowolenia i dokonywać, bardziej niż ostatnio przemyślanych, wyborów.

Ta nadzieja ma jeszcze jedno istotne źródło. Dzięki brakowi wyobraźni rządzących, ich konserwatywnym poglądom i wymuszonym decyzjom, w ostatnim roku mieliśmy (i nadal mamy) gwałtowne ożywienie młodszych pokoleń. Młodzież znacznie lepiej rozumie obecną sytuację społeczną, mniej ulega klerykalno konserwatywnym naciskom, w większości plasuje się w tej części suwerena, która wie, kto i jak rządzi. Uderzono ją w kilka bolesnych miejsc. Źle reorganizowano edukację, klerykalizuje się programy nauczania, bezsensownie utrudnia się antykoncepcję i radykalnie ogranicza możliwość aborcji, w nieudolnie próbuje się realizować program mieszkaniowy. A także spowodowano powszechne zniesmaczenie atakami na sądownictwo, których żenującym przykładem jest ambicjonalny chaos prawny, wywołany „sprawą” sędziego Igora Tuleyi.

Sądzę, że ich radykalnie wzmożoną aktywność zobaczymy na wiosnę. W znakomitej większości będą się domagać zmiany ekip rządzących i stylu rządzenia. Oraz wielu wprowadzanych ostatnio rozwiązań prawnych. Mogą się też przechylać bardziej w stronę lewicy. I w niej też powinni znaleźć oparcie.

Opozycja powinna rywalizować z rządem

– Pytanie, czy politycy opozycji będą chcieli rezygnować z części swoich ambicji, czy też będą woleli siedzieć w swoich malutkich księstewkach przez kolejne cykle wyborcze. Szczerze mówiąc, nie widać tu znaczącej zmiany – mówi Robert Sobiech, dyrektor Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne sondaże pokazują, że zjednoczona opozycja wygrywa znacznie ze Zjednoczoną Prawicą. Sondaż dla Oko Press daje nawet 57 proc. i 270 mandatów. To samospełniająca się przepowiednia czy raczej marzenie ściętej głowy?

ROBERT SOBIECH: Zjednoczona opozycja to ciekawy pomysł polityczny, ale chyba obliczony na dłuższą perspektywę. Jest to próba wyciągnięcia lekcji z porażek w ostatnich wyborach, ale skuteczność tego projektu zależy w decydującym stopniu od samoograniczenia ze strony polityków partii opozycyjnych.

Próby tworzenia wspólnych list wyborczych już obserwowaliśmy na poziomie wyborów parlamentarnych i okazało się, że znaczna część partii opozycyjnych wolała pójść własną drogą, w konsekwencji nadal są partiami opozycyjnymi.

Jak poszli razem, to odbili Senat.

Dokładnie tak. Pytanie, czy politycy opozycji będą chcieli rezygnować z części swoich ambicji, czy też będą woleli siedzieć w swoich malutkich księstewkach przez kolejne cykle wyborcze. Szczerze mówiąc, nie widać tu znaczącej zmiany. Inicjatywa 276 jest propozycją otwarcia i uzgadniania wspólnych kwestii miedzy partiami opozycyjnymi, ale już widać, że od razu została mocno skontrowana przez pozostałe partie opozycyjne. Nadal mamy ten sam stan od wielu lat…

Czyli że opozycja walczy o przywództwo na opozycji, a Kaczyński robi, co chce.

To przede wszystkim dziennikarze organizują konkursy na lidera opozycji, skłaniając ośrodki badania opinii publicznej do zadawania takiego pytania swoim respondentom. Jeżeli opozycja poważnie myśli o rządzie koalicyjnym, to powinna rywalizować z partią rządzącą, a nie koncentrować się na wyrywaniu sobie tych samych wyborców.

Rządzący to też nie PiS, tylko koalicja trzech partii, o czym ostatnio Kaczyńskiemu boleśnie przypomina Gowin.

To dziwna koalicja, która składa się z jednej dużej partii i dwóch mniejszych. Tu nie ma wątpliwości, kto jest liderem całego ugrupowania. Oczywiście jak każda koalicja ma swoje ograniczenia i wewnętrzne napięcia. Jednak jej skuteczność w wygrywaniu kolejnych wyborów to w dużym stopniu efekt ukrywania wewnętrznych konfliktóww. Dopiero teraz, po blisko 6 latach rządzenia, obserwujemy otwarty konflikt w Porozumieniu Jarosława Gowina. A ile takich otwartych konfliktów miało miejsce w tym samym czasie w partiach opozycji?

Warto jednak pamiętać, że pierwszy tak silny konflikt w obozie rządowym odbywa się w czasach pandemii, w czasach załamania gospodarki, rosnącego bezrobocia czy rosnącej inflacji. Obecny okres to niespotykane od dawna załamanie nastrojów społecznych i krytyki polityki rządu. Sondaże od dłuższego czasu pokazują bardzo niskie notowania rządu, premiera, polityki gospodarczej. Z drugiej strony pandemia jest świetnym okresem dla rządzących, żeby przerzucać swoje pomysły, których pewnie by nie zrealizowano w normalnych warunkach.

Jak podatek od mediów?

Tak, ale też zamach na służbę dyplomatyczną, wcześniej na służbę cywilną, nie mówiąc już o wyroku TK w sprawie aborcji. Rząd próbuje walczyć z pandemią, ale przy okazji ma świetną okazję do tego, żeby przeforsować pomysły, które na dobre wypchnęłyby Polskę z grupy państw demokratycznych.

Tu wrócę do kryzysu w koalicji. Okazuje się, że w sytuacjach krytycznych nawet mała partia, korzystając z niewielkiej przewagi rządzącej koalicji w parlamencie, może powiedzieć nie kolejnym próbom ograniczania demokracji. Zrobiono to już to przy wyborach majowych i wygląda na to, że możemy mieć do czynienia z podobną sytuacją przy okazji finansowego zamachu na media.

W piątek jeszcze tak było, ale już wiadomo, że mają odbyć się konsultacje w sprawie tego projektu. Sprzeciw Gowina to zwykła brudna gra polityczna czy chodzi tu o coś więcej, jak np. wartości demokratyczne?

Jedno jest powiązane drugim. Nie znając szczegółów, jak słucha się Adama Bielana, widać wyraźnie, że chodzi tu o przejęcie władzy w partii. Podobno trzy lata temu odwołano prezesa, a poseł Bielan dopiero teraz się zorientował, że coś jest nie tak. To kabaret. Natomiast rzeczywiście próbuje się zapobiec czy zablokować pewne ruchy polityczne. Teraz są media, za chwilę już słychać, że będzie skok na samorząd, likwidacja województwa mazowieckiego, przesuwanie niepokornych sędziów do innych miejscowości w ramach planowanej reorganizacji sądów. Tych pomysłów partia rządząca ma sporo i pytanie, czy jeden z koalicjantów będzie miał na tyle silną pozycję, aby te najbardziej radykalne pomysły zablokować.

A będzie miał?

To zależy od samodyscypliny tych kilkunastu posłów, bo pewnie będą na wiele sposobów kuszeni.

Czy zatem w polityce jeszcze liczą się wartości? Czy to przeżytek XX wieku?

Bardzo bym chciał, żeby były, bo polityka bez wartości jest już czystą cyniczną grą, w której przegrywający spychani są na margines życia społecznego. Wiele Polek i Polaków oczekuje, że te wartości będą. Oczekiwania uprawiania polityki silnie powiązanej z wartościami przekładają się na poparcie, jakie na początku swojej działalności dostają nowe partie polityczne. Tak np. na obietnicach budowania polityki zgodnej z wartościami wyrasta ruch Hołowni. Ale duże nadzieje przerodzić się mogą łatwo w rozczarowanie, gdy przychodzi do konfrontacji wartości z krótkotrwałymi zyskami politycznymi.

W przypadku Polski 2050 pierwszy taka rozbieżność pojawia się w przypadku pozyskiwania posłów z innych ugrupowań. Oczywiście poseł może zmienić zdanie i przejść do innego ugrupowania. Zazwyczaj takie decyzje to efekt indywidualnych kalkulacji zysków i strat. Za każdym razem efektem takich decyzji są zawiedzione nadzieje tych, dzięki którym dana osoba zdobyła poselski mandat. To nie są tylko zawiedzeni wyborcy, to także szeregowi działacze partii, woluntariusze, ludzie, którzy w kampaniach wyborczych poświęcali swój czas, często własne pieniądze, aby ich kandydat dostał się do parlamentu. I kiedy po jakimś czasie tacy parlamentarzyści mówią, że przechodzą do innej drużyny, zmniejsza się (i tak już niezbyt liczna) grupa ludzi, którzy wierzą, że da się połączyć wartości z codziennym uprawianiem polityki.

We wtorek politycy opozycji wezwali we wspólnej deklaracji do wycofania się z projektu składki od wpływów reklamowych, a także do odpartyjnienia mediów. Takie inicjatywy wszystkich partii opozycyjnych to może być zaczątek koalicji?

To jest ten obszar współpracy opozycji, o którym mówiliśmy. Opozycja po przegranych wyborach w 2019 roku nie ma najmniejszych szans, aby przeforsować swoje pomysły w Sejmie. To, co może robić, to nagłaśniać istniejące problemy i budować porozumienia, wspólne reakcje wobec istniejących zagrożeń. Przykładem jest ostania wspólna reakcja opozycji wobec zamachu na niezależność mediów. Chyba o to chodziło PO, kiedy przedstawiała swój pomysł integracji opozycji, którego celem ma być zdobycie 276 mandatów w przyszłym Sejmie.

Jeśli partie opozycyjne nie odrzucą takiego sposobu uprawiania polityki, to mają szanse nie tylko na wzrost poparcia, ale też na wypracowanie sensownych rozwiązań dotyczących przyszłości. Poprzednio podobne propozycje rozbijały się o ambicje liderów partii opozycyjnych.

Pierwsze reakcje na koalicję 276 sugerują, że i ten pomysł może podzielić los wcześniejszych prób integracji opozycji. Dla wielu ludzi będzie to kolejne potwierdzenie braku wiarygodności partii opozycyjnych. Jeśli liderzy opozycji twierdzą, że rządy PiS są zagrożeniem dla demokracji, a jednocześnie pozostawiają PiS u władzy tylko dlatego, że w kolejnych wyborach starują samodzielnie – dla przeciętnego Kowalskiego oznacza to, że nie ma tu żadnego zagrożenia dla demokracji, albo też, że sama demokracja nie jest warta rezygnacji z indywidualnych ambicji.

Odnotowano spory spadek zaufania do polityków. Także do prezydenta i premiera, którzy wciąż są na pierwszych miejscach. Dlaczego mamy spadki?

To efekt pandemii, to rozczarowanie, frustracja, która przekłada się na bardzo niskie notowania rządu i spadek zaufania zarówno do rządu, premiera, jak i do prezydenta. Nic więc też dziwnego, że coraz większym zaufaniem cieszą się Szymon Hołownia i Rafał Trzaskowski.

Wyraźnie spadło zaufanie do polityków rządzących, a nie poparcie dla PiS. Jak to możliwe?

Najłatwiej wyjaśnić to nie na rozkładach procentowych, a na liczbach bezwzględnych. W sondażach prezydenta czy premiera oceniają wszyscy Polacy (ok. 30 mln dorosłych obywateli), a nie tylko ci, którzy deklarują udział w wyborach. W ostatnim roku poparcie dla rządu premiera Morawieckiego spadło z 43 proc. w styczniu 2020 do 23 proc. w styczniu 2021 (badania Kantara). Oznacza to, że pomimo tak znaczącego spadku obecnie rząd cieszy się poparciem ok. 7 mln dorosłych Polaków (przed rokiem było to prawie 13 mln).

W styczniu tego roku udział w wyborach zadeklarowało 69 proc. obywateli, czyli ok. 20,7 mln osób (badania Kantara). Spośród tych 20,7 mln na Zjednoczoną Prawicę chciało głosować 29 proc., czyli ok. 6 mln osób. Te 6 mln obecnych wyborców Zjednoczonej Prawicy to zaledwie 20 proc. wszystkich dorosłych Polaków. Jak pokazują badania, wyborcy Zjednoczonej Prawicy (te 6 mln – 20 proc. Polaków) w zdecydowanej większości uważają, że rząd dobrze radzi sobie w czasach pandemii. Jednak zdecydowana większość obywateli ani nie popiera PiS, ani nie jest zadowolona z obecnego rządu. Tym niemniej te ok. 20 proc. Polaków popierających Zjednoczoną Prawicę wystarczało w przeszłości, aby, przy rozbiciu opozycji, wygrywać kolejne wybory. W 2019 roku na Zjednoczoną Prawicę zagłosowało jedynie 26 proc. Polaków. O tym od dawna wiedzą liderzy opozycji. Pytanie tylko, czy będą z tego chcieli wyciągnąć wnioski.

Młodzież skręca w lewo

Przez ostatnie 30 lat w badaniach CBOS dotyczących poglądów politycznych najmłodszych wyborców wygrywała albo opcja „trudno powiedzieć”, albo przekonania centrowe. Raz, w 2015 r., centrum nieznacznie wyprzedziła prawica. I oto w 2020 r. w sondażu zwyciężyły wyklinane i wyśmiewane poglądy lewicowe.

Efekt nachalnego wciskania młodym ludziom do głów kultu „wyklętych”, prymitywnie rozumianego patriotyzmu i narzucania swoich „jedynych słusznych” wartości przez Kościół? W dużym stopniu zapewne tak. Być może swoje zrobiły również problemy, które tworzy dla młodego pokolenia kapitalizm w nadwiślańskim wydaniu: plaga śmieciówek, naruszanie praw młodych pracowników i stażystów, brak dostępu do tanich mieszkań… a przy tym nieustanna propaganda: pracuj więcej, a zostaniesz bogaczem.

Spolaryzowani

Odsetek osób, które określiły się jako zwolennicy i zwolenniczki lewicy wzrósł od 2019 r. radykalnie. W poprzednim badaniu opinii publicznej jedynie ok. 18 proc. opisywało swoje poglądy w ten sposób. Około 23 proc. młodych ankietowanych sytuowało się na prawicy, a wygrywała opcja centrowa z ok. 28 proc. wskazań. Pozostali nie mieli zdania. Tymczasem w roku 2020 odsetek ludzi z sercem po lewej stronie podskoczył do 30 proc. Równocześnie rośnie także polaryzacja, bo wzrost powyżej granicy 25 proc. zanotowała też prawica, za to centrum straciło kilka punktów procentowych, a „nie wiem” odpowiada dziś mniej niż 20 proc. pytanych, najmniej od 1991 r. Młodzi wyborcy wydają się więc bardziej świadomi i stanowczy w swoich przekonaniach niż kilka lat temu. Warto zauważy przy tym, że już od pewnego czasu widoczny jest rozrzut postaw młodych mężczyzn i kobiet. Polki w sondażach chętniej wskazują partie opozycyjne, popierają świeckie państwo i nie chcą dyktatu biskupów. Z kolei młodym Polakom statystycznie częściej podoba się nacjonalizm i frazesy o fundamentalnej roli Kościoła, okraszane wypadami przeciwko mniejszościom seksualnym. To młodzi mężczyźni chodzą na nacjonalistyczne marsze.

Trwały trend?

Politycy parlamentarnego klubu Lewicy przyjęli badania CBOS z nieskrywanym entuzjazmem. – A za trzy lata do młodych wyborców, wśród których już dziś wygrywa lewica, dołączy grupa, która jeszcze nie ma praw wyborczych. Konserwatywni liberałowie słusznie się niepokoją. Czas ich dominacji w polskiej polityce się kończy – tweetował poseł Adrian Zandberg z Lewicy Razem. Jego klubowy kolega Maciej Gdula jest przekonany, że zmiana politycznych postaw młodych wyborców jest trwała i że zachowają oni te przekonania także w latach następnych. – To będzie trwałe pokolenie antyprawicowe, a jego rola w polskiej polityce stanie się kluczowa już za kilka lat – pisze poseł.

Czego chcą?

Oby mieli rację i zwrot ku lewicowości nie okazał się tak efemeryczny, jak swojego czasu zachwyt nad antyklerykalnym i specyficznie wolnościowym Ruchem Palikota, wiara w zmianę, którą przyniesie niepartyjny ruch Kukiza i JOW-y, czy fascynacja totalnym wolnym rynkiem, która pozwoliła partii Janusza Korwin-Mikkego wejść do Europarlamentu. Osobne pytanie brzmi: czym jest lewicowość dla młodych respondentów? Czy chodzi im o krytykę kapitalizmu, jego ekscesów, czy jednak głównie o równouprawnienie i różnorodność? Z jednej strony – na demonstracjach kobiet, gdzie dominują młode protestujące, wątki społeczne (jak hasło „Aborcja jest kwestią klasową”) nie wybijają się na pierwszy plan. Z drugiej – wzrost zainteresowania i członkostwa odnotowują w ostatnich latach socjalistyczne i socjaldemokratyczne młodzieżówki, a ich aktywiści w radykalizmie wyprzedzają kierownictwo „dorosłych” partii.

Demokracja à la polonaise

Niektórzy wiedzieli dużo wcześniej, pozostali mieli aż 30 lat aby nauczyć się i zrozumieć, co to jest demokracja. Wyniki są marne, a ich skutki zatrważające.

Od 1992 roku Centrum Badania Opinii Społecznej sprawdza jaki jest stosunek Polaków do demokracji i rządów niedemokratycznych oraz oceny funkcjonowania demokracji w naszym kraju. Właśnie ukazał się komunikat z tegorocznych, lipcowych badań.

Demokracja

ma przewagę nad wszelkimi innymi formami rządów – w 1992 roku tak uważało nieco więcej niż 50 % badanych, pełnych jeszcze nadziei związanych z nowym ustrojem, natomiast jedna trzecia nie miała w tej kwestii zdania. Aktualnie jest to 73%, przeciw wyraziło tylko 11 %, ale w 2018 roku było nas więcej bo 76 %. Zapewne tamten wynik wiązał się z ówczesnymi masowymi protestami w obronie niezawisłości sądownictwa, a przy braku sukcesu trochę odpuściliśmy.

Wszystko jedno ?

Na pytanie „Czy dla ludzi takich jak Pan(i) nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, czy rządy są demokratyczne czy niedemokratyczne?” w 1992 roku 44 % potwierdziło powyższą opinię co zapewne wiąże się z skutkami trwającego nadal szoku w wyniku transformacji i braku nadziei na lepsze czasy. Aktualnie aż dla 64 % Polaków nie jest obojętny rodzaj rządów, co oznaczać powinno, że demokracja stała się dla nich trwałą i pożądaną wartością.

Rozpoczynają się schody

CBOS przedstawia wskaźnik stosunku do demokracji:
D – demokratami są osoby deklarujące, że demokracja jest najlepszym sposobem rządzenia, a jednocześnie twierdzące, że forma rządów (demokratyczna bądź niedemokratyczna) nie jest im obojętna. To 53 % badanych.
DO – demokraci obojętni to osoby, dla których demokracja jest najlepszą formą rządów, a przy tym deklarujące swą obojętność wobec sposobu, w jaki rząd sprawuje władzę (demokratyczny czy niedemokratyczny). To 17 % badanych.
ND – niedemokraci, nie zgadzający się z twierdzeniem o wyższości demokracji. To 30 % badanych.

Pozostałe procenty to odpowiedzi „nie wiem”.

Uwaga : w przedstawionych poniżej zestawieniach procenty sumują się do 100 % w ramach każdej z trzech omawianych grup.

Demokraci

To osoby stosunkowo młode w wieku 18-44 lat, acz w pozostałych grupach wiekowych wskaźnik ten oscyluje w granicach 50 %. Są mieszkańcami przede wszystkim wielkich aglomeracji (67 %) i pozostałych rodzajów miast (od 54-58 %) natomiast na wsi zamieszkuje tylko 44 %, Ta postawa wiąże się ściśle z rosnącym wyksztalceniem – 27 % z podstawowym i gimnazjalnym i aż do 71 % z wykształceniem wyższym. Złe położenie materialne dotyczy w tej grupie 42 % respondentów, średnie niewiele więcej bo 46 %, a dobre 65 %.

Wśród demokratów górują lewicowcy – 62 %, następnie centrowcy -57 %, prawicowcy – 56 % i 32 % o niesprecyzowanych poglądach.

W hipotetycznych, przyszłych wyborach parlamentarnych deklaruje glosowanie na Lewicę (Nowa Lewica, Wiosna, Lewica Razem) – 75 %, KO (PO, N, IP, Zieloni) – 67 %, PiS (wraz z SP i Porozumieniem – 51 %, Konfederacja Wolność i Niepodległość – 60 %, PSL – Koalicja Polska (PSL, Kukiz’15, UED) – 54 %.

Szczególną uwagę zwraca w tej grupie 32 % osób o niesprecyzowanych poglądach politycznych, 51 % osób niezdecydowanych na kogo głosować i 28 % nie mających zamiaru uczestniczyć w wyborach parlamentarnych.

Demokraci Obojętni

To osoby w podobnym wieku (13-16 %), poza grupą 55 lat i więcej gdzie wskaźnik wynosi 19 i 23 %, zamieszkałe przede wszystkim na wsi (22%) i w miastach do 20 tys.(17 %), natomiast w wielkich aglomeracjach mieszka ich zaledwie 8 %. Dominuje w tej grupie wyksztalcenie podstawowe, gimnazjalne lub zasadnicze zawodowe (51 %), podobna rozpiętość warunków materialnych i analogicznie poglądów politycznych. W hipotetycznych wyborach parlamentarnych najwięcej bo 23 % oddało by swój głos na Zjednoczona Prawicę, najmniej na Konfederację (4 % ), pozostałe głosy rozłożyły by się podobnie, a 17 % ma niesprecyzowane poglądy polityczne.

Niezdecydowani, na kogo głosować to 33 % i niezamierzający głosować to 23 %.

Niedemokraci

Te osoby zasadniczo nie różnicuje wiek, poza niewielkimi większymi grupami respondentów w wieku 45-54 i 60 lat i więcej, podobnie jest z miejscem zamieszkania, natomiast dominują respondenci z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym o złych i średnich warunkach materialnych mające bardzo podobne poglądy polityczne poza grupą 51 % o niesprecyzowanych poglądach. 17% nie wie na kogo głosować, a aż 60 % nie zamierza uczestniczyć w wyborach.

Podsumowując

W każdej grupie wiekowej odnajdujemy prawie zawsze ponad 50 % demokratów, podobna sytuacja jest we wszystkich rodzajach miast. Demokraci to 54 % osób z wykształceniem średnim i aż 71 % z wyższym, ze złym i dobrym położeniem materialnym (po ponad 40 %) i dobrym (ponad 56 %) o przekonaniach lewicowych (62 %) i centrowych bądź prawicowych (57 i 56 %). Natomiast osoby o niesprecyzowanych politycznych przekonaniach dominują wśród niedemokratów (51 %) i demokratów (32 %).

Szczególnym paradoksem jest fakt, że aż 51 % badanych, uważających się za demokratów nie wiedziało by na kogo głosować, a 28 % w ogóle nie uczestniczyło by w wyborach.

Ocena rodzaju rządów

Na pytanie: „Czy zgadza się Pan(i) ze stwierdzeniem, że niekiedy rządy niedemokratyczne mogą być bardziej pożądane niż rządy demokratyczne?” w 1992 roku twierdząco odpowiedziało 36 % badanych, a obecnie o 10 % mniej, natomiast nie zgadzało się z takim stwierdzeniem poprzednio 26 % a dziś 52 % respondentów. Poważny wzrost tych ostatnich postaw rozpoczął się w 2016 roku i zapewne był wynikiem pierwszych rządów PiS.

W zależności od dokonanego ewentualnego głosowania w hipotetycznych wyborach parlamentarnych:

Z powyższym stwierdzeniem zgadza się 47 % zwolenników Konfederacji i 28 % PiS;

Z powyższym stwierdzeniem nie zgadzają się przede wszystkim zwolennicy Koalicji Obywatelskiej i Lewicy (70 i 69 %) i PiS (59 %).

Ocena naszej demokracji

W 1992 roku było 36 % zadowolonych z jej funkcjonowania, a niezadowolonych 52 % wśród ogółu badanych, natomiast obecnie zadowolonych jest 49 % a niezadowolonych 44 %. Wśród osób pragnących głosować na PiS aż 85 % jest zadowolonych ze stanu naszej obecnej demokracji, a niezadowoleni to KO i Lewica (po 85 %) oraz Konfederacja (60 %) i tylko 9 % zwolennicy PiS.

Ale jeszcze bardziej szokujące informacje przynosi odpowiedź na to pytanie w uwzględnieniem uprzednio wyróżnionych grup:

Demokraci w 49 % są zadowoleni z funkcjonowania obecnej demokracji, a przeciwnego zdania w tej grupie jest 48 % respondentów;

Demokraci obojętni w 62 % okazują zadowolenie , a jego brak w 32 %;

Niedemokraci w 41 % są zadowoleni, a w 43 % nie.

Reasumując

Każde badanie społeczne dotyczące określonych wartości, w tym przypadku demokracji, obciążone jest, co mam nadzieję zapewne doświadczeni badacze CBOS uwzględniają, naturalną reakcją respondentów pragnących zaprezentować się lepszymi, mądrzejszymi i bardziej poprawnymi, będącymi „na bieżąco”. No bo kto na wyimaginowane pytanie : „Czy jest Pan/i człowiekiem dobrym czy złym ?” wybierze tę drugą odpowiedź ? Niejako podobnie ma się rzecz z pojęciem demokracji, a przede wszystkim z wiedzą co nią stanowi. Badania w pełni potwierdzają, że rozumienie pojęcia demokracja i stanu jej realizacji w naszym życiu publicznym to terra incognita dla bardzo liczącej się grupy badanych, a więc dla milionów Polaków. Nadto zapewne część osób rozumie ten termin rozszerzająco dopełniając go oceną warunków ekonomicznych w jakich żyją w tym właśnie ustroju i dołącza do tego opinię, że demokracja jest zawsze dla tych, którzy mają władzę, bo im najlepiej służy.

Jeżeli do tego dodać, że nadzwyczaj liczna grupa osób, pomimo swoich prodemokratycznych przekonań nie wie na kogo głosować bądź wstrzymuje się od tego aktu, to mamy obraz powszechnej naskórkowej demokracji w naszym społeczeństwie, która w godzinie decydującej próby nie zdaje egzaminu. Zjawisko nie jest odosobnione gdyż podobnie rzecz ma się z polskim katolicyzmem, powszechnym, a jednocześnie bardzo płytkim, w którym głęboką wiarę i wynikające z niej zobowiązania zastępują głośnie deklaracje i manifestacyjne, powierzchowne zachowania.

Taki stan polskiej demokracji oznacza jednocześnie nadzwyczaj surową krytykę, tym razem odważę się napisać, tak zwanych demokratycznych, kolejnych rządów.

Dane z tych badań są katastroficzne i paraliżujące, miejmy więc nadzieję, że zostaną bardzo dobrze przepracowane w opozycyjnych partiach i ruchach społecznych.

PS. W świetle przedstawionych informacji i wniosków najbardziej jednak zadziwia końcowy fragment komunikatu CBOS: „W roku wyborów prezydenckich stosunek do demokracji jest zdecydowanie pozytywny… Funkcjonowanie demokracji w Polsce spotyka się z pozytywną oceną niemal połowy i negatywną ponad dwóch piątych badanych, co oznacza nieznaczny wzrost zadowolenia w porównaniu z ubiegłym rokiem.” Okazuje się więc, że nie tylko politycy potrafią, ale i socjolodzy też.