Wirus znów atakuje Legię

W miniony weekend nasza piłkarska ekstraklasa rozpoczęła nowy sezon. Z kwartetu zespołów, które zagrają w europejskich pucharach, w 1. kolejce swoje mecze wygrały Legia i Cracovia, natomiast Lech i Piast poniosły porażki. Z poważny problemem boryka się ekipa Legi, u której przed meczem z Rakowem wykryto trzeci już przypadek zakażenia Covid-19.

Legia o pozytywnym wyniku testu na obecność Covid-19 u jednego z piłkarzy pierwszej drużyny poinformowała w oficjalnym komunikacie. „Informujemy, że w rezultacie przeprowadzonego w dniu 21 sierpnia testu RT-PCR na obecność wirusa SARS-CoV-2, u jednego z zawodników I Drużyny otrzymano wynik pozytywny. Po konsultacji lekarskiej, od 18 sierpnia zawodnik przebywa w izolacji. Zgodnie z wewnętrzną procedurą 19 sierpnia zostało przeprowadzone badanie na obecność wirusa, które dało wynik ujemny. Klub zachowuje wszystkie rygory bezpieczeństwa i poinformował o sprawie stosowne organy państwowe oraz PZPN i spółkę Ekstraklasa” – napisano w oświadczeniu.
Trzeci przypadek zakażenia
To już trzeci przypadek wystąpienia zakażeniem Covid-9 w ekipie Legii. Na początku sierpnia wykryto koronawirusa u jednego z masażystów, co było oficjalnym powodem odwołania przez PZPN meczu z Cracovią o Superpuchar Polski. Dwa pozostałe opatrzono klauzulą tajne przez poufne, ale z nieoficjalnych informacji jakie pojawiły się w mediach wynikało, że pierwszym zakażonym graczem był pozyskany tego lata z Hajduka Split chorwacki obrońca Josip Juranović. Podejrzenie padło na niego, bo został wycofany z kadry na mecz z I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów z północnoirlandzkim Linfield FC.
Trzeci przypadek został wykryty w klubie po meczu z Linfield, gdy jeden z zawodników sam zgłosił sztabowi medycznemu kiepskie samopoczucie. Następnego dnia, czyli w środę rano, przeszedł pierwsze badania, który dały wynik negatywny. Od tego czasu przebywał w izolacji, ale kolejny test który przeszedł w miniony piątek dał już wynik pozytywny. Niepotwierdzone plotki wskazywały, że zakażonym może być Paweł Wszołek, ale nikt tego w stołecznym klubie nie chciał rzecz jasna potwierdzić. Ale piłkarz ten nie znalazł się w kadrze na wyjazdowy mecz z Rakowem.
Służby prasowe Legii poinformowały natomiast, że występ zakażonego legionisty jest wykluczony także w najbliższą środę, w meczu II rundy eliminacji Ligi Mistrzów z Omonią Nikozja. Do tego spotkania został zgłoszony pozyskany niedawno przez mistrzów Polski Bartosz Kapustka, który na liście uprawnionych graczy zastąpił jednak Josipa Juranovicia.
W poniedziałek wszyscy piłkarze i sztab szkoleniowy Legii przejadą kolejne testy na obecność koronawirusa. Tego wymaga specjalny protokół sanitarny UEFA, który nakazuje przeprowadzenie testów 48 godzin przed meczem u siebie albo 72 godziny przed meczem na wyjeździe, albo dodatkowo jeszcze jeden test po przylocie do kraju, którego przepisy tego wymagają. Nawet jeśli te testy wykażą wiele zakażeń, to dopóki 13 piłkarzy (w tym minimum jeden bramkarz) będzie zdrowych, spotkania pucharowe mają być rozgrywane. Oczywiście pod warunkiem, że władze sanitarne kraju pochodzenia klubu oraz kraju gospodarza nie zadecydują o kwarantannie dla dużej liczby piłkarzy lub dla całej drużyny.
Mimo tych kłopotów Legia w pierwszym ligowym meczu nowego sezonu wygrała w sobotę w Bełchatowie z Rakowem Częstochowa 2:1. Obie bramki dla „Wojskowych” zdobył Thomas Pekhart. Wspomniany Kapustka pojawił się na boisku w 75. minucie i był to jego powrót do PKO Ekstraklasy po czterech latach przerwy. Po jeszcze dłuższej przerwie, bo 15 lat, w naszej lidze ponownie wystąpił bramkarz Artur Boruc.
Legioniści od 45. minuty grali z przewagą jednego gracza, po czerwonej kartce dla stopera Rakowa Macieja Wilusza, ale mimo to po zmianie stron dali sobie wbić wyrównującego gola. Na ich szczęście dobrze tego dnia nastawiony celownik miał czeski napastnik Pekhart, który w 84. minucie poprawił wynik na 2:1. W sumie trudno stołeczny zespół pochwalić za ten występ, co niezbyt dobrze mu wróży przed środową pucharową potyczką z cypryjską drużyną, której trenerem jest dobrze znany na Łazienkowskiej Norweg Henning Berg.
Cracovia przegrywała z Pogonią Szczecin tylko przez minutę, bo tyle potrzebował na doprowadzenie do remisu po golu napastnika gości Adama Frączczaka. Po kolejnych czterech minutach podopieczni trenera Michała Probierza objęli prowadzenie. Oba gole strzelili pomocnicy – niemiecki piłkarz hiszpańskiego pochodzenia Marcos Alvarez i Rumun Sergiu Hanca, nic szczególnego nie pokazał natomiast sprowadzony latem Brazylijczyk Rivaldinho, 25-letni syn słynnego przed laty Rivaldo, gracza m.in. FC Barcelona i mistrza świata z 2002 roku. Zespół „Pasów” w czwartek w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy zmierzy się na wyjeździe z Malmoe FF i w takiej formie raczej nie wyjdzie zwycięsko ze starcia z tym szwedzkim zespołem.
Inni mają problemy sportowe
Krzyżyk można też chyba postawić także na ekipie Piasta Gliwice, który na inaugurację ligi przegrał na wyjeździe 0:2 ze Śląskiem Wrocław. Gliwiczan czeka w czwartek w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy potyczka z Dynamem Mińsk. Spotkanie transmitować będzie na otwartym kanale TVP, a zważywszy na ostatnie wydarzenia na Białorusi i polityczne napięcie na linii Mińsk – Warszawa, gospodarze zrobią zapewne wszystko, żeby zespół Dynama wygrał. Albo żeby do meczu nie doszło, co w obecnej sytuacji epidemicznej w tym kraju nie jest trudne do przeprowadzenia, bo niemożność rozegrania zawodów z powodu wykrycia koronawirusa i obowiązkowej kwarantanny UEFA karze przecież walkowerem. Ale jeśli jednak spotkanie się odbędzie, Piast z pewnością nie będzie w nim faworytem.
W takiej roli z pewnością natomiast wystąpi w czwartek Lech Poznań, chociaż w pierwszej ligowej kolejce, podobnie jak Piast, także zaliczył falstart, przegrywając w Lubinie z Zagłębiem 1:2. Ekipie „Kolejorza” w losowaniu par I rundy kwalifikacji Ligi Europy trafił się łotewski zespół Valmiera FC, przeciwnik słaby, z którym na dodatek lechici zagrają na własnym stadionie. Ich sobotnia porażka z „Miedziowymi” nie jest tragedią, bo grali od rywali ładniej i lepiej, tylko zabrakło im szczęścia w bramkowych sytuacjach. Jeśli tylko trochę lepiej ustawią celowniki w czwartek, powinni bez większego problemu awansować do II rundy, ale że w przeszłości na Bułgarskiej zdarzały się już pucharowe wpadki ze słabeuszami, lepiej nie dzielić przedwcześnie skóry na łotewskim niedźwiedziu.

Kapustka został legionistą

Cztery lata temu 19-letni wówczas Bartosz Kapustka był filarem zespołu Cracovii i jedną z największych nadziei polskiego futbolu. Ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka powołał go do kadry już we wrześniu 2015 roku, a potem zabrał także na finały mistrzostw Europy w 2016 roku we Francji. Niestety, po tej imprezie Kapustka za pięć milionów euro przeszedł do Leicester City i zmarnował w tym angielskim klubie cztery lata. Dlatego w tej chwili trudno powiedzieć, czy 23-letni obecnie pomocnik będzie dla Legii Warszawa wzmocnieniem, czy kolejnym transferowym niewypałem.

Działacze Legii w letnim oknie transferowym byli w tym roku wyjątkowo aktywni. Hitem było pozyskanie 40-letniego bramkarza Artura Boruca, któremu skończyła się umowa z AFC Bournemouth, ale wzmocnieniami byli też pozyskany z Lechii Gdańsk Serb Filip Mladenović, z Hajduka Split Chorwat Josip Juranović, a z Cracovii Portugalczyk Rafael Lopes. Kapustka jest więc piątym graczem pozyskanym tego lata przez mistrzów Polski, ale póki co trudno powiedzieć, czy okaże się wzmocnieniem stołecznej drużyny.
Wątpliwości wydają się uzasadnione, jeśli choćby pobieżnie prześledzi się przebieg jego piłkarskiej kariery w ostatnich czterech sezonach. Gdy po względnie udanym występie w turnieju Euro 2016 Kapustka za pięć milionów euro przechodził do Leicester City, wielu futbolowych ekspertów mocno go za to krytykowało. Z perspektywy jego dokonań w angielskim klubie dzisiaj można stwierdzić, że mieli wtedy rację odradzając niespełna 20-letniemu piłkarzowi próbę podboju Premier League.
Dzisiaj już nawet nikt nie docieka, kto stał za transferem Kapustki i kto na nim najwięcej zarobił, bo piłkarz nawet nie zadebiutował w angielskiej ekstraklasie, a na otarcie łez pozostała mu jedynie satysfakcja, że był pierwszym od 24 lat polskim piłkarzem, który z naszej ligi trafił bezpośrednio do zespołu aktualnego mistrza jednej z pięciu najsilniejszych lig na naszym kontynencie. Przed nim blisko ćwierć wieku wcześniej taki splendor spotkał Zbigniewa Bońka, którzy z Widzewa Łódź przeszedł do mistrza Serie A Juventusu Turyn.
Kapustka trafił do Leicester City świeżo po sensacyjnym zdobyciu przez ten zespół mistrzostwa Anglii. Początek miał obiecujący, bo ówczesny trener „Lisów” Włoch Claudio Ranieri, dobry znajomy prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, pozwolił młodemu Polakowi zadebiutować w barwach Leicester City już w dniu podpisania kontraktu, na dodatek w spotkaniu towarzyskim z zespołem Barcelony. I to było wszystko co dobrego spotkało Kapustkę w tym klubie. Ranieri z sobie tylko wiadomego powodu przez cały sezon 2016/2017 przetrzymał go w głębokich rezerwach, a dał mu zagrać tylko w trzech meczach Pucharu Anglii. Na następny sezon Kapustka powędrował do Niemiec, bo został wypożyczony do SC Freiburg. Tam jednak też furory nie zrobił, zagrał tylko w siedmiu meczach i rozczarowany nim szefowie niemieckiego klubu nie zdecydowali się na wykupienie go z Leicester. Już wtedy Kapustka, który zdążył wylecieć z kadry Polski i stracić zainteresowanie kibiców polskiej reprezentacji, był gotów wrócić do naszej ligi, ale sztab trenerski Leicester City uznał, że byłby to dla niego krok wstecz w rozwoju i zgody nie dostał. Chociaż już wtedy jego transferowa wartość mocno spadła poniżej kwoty pięciu milionów euro, wciąż był za drogi nawet dla Legii.
Leicester na sezon 2018/2019 posłało Kapustkę do belgijskiego drugoligowca OH Leuven – swojego klubu filialnego, którego trenerem był Nigel Pearson, wytrawny szkoleniowiec i wielce dla ekipy „Lisów” zasłużony, bo wprowadził ten klub w 2014 roku do Premier League. Na początku ten pomysł nie wyglądał na zły, bo w słabej belgijskiej drugiej lidze Kapustka prezentował się nieźle, a dzięki regularnym występom zaczął też powoli wracać do dawnej formy. Skorzystał na tym trener naszej kadry młodzieżowej Czesław Michniewicz, bo Kapustka okazał się liderem jego drużyny i walnie jej pomógł w awansie do młodzieżowych mistrzostw Europy. Niestety, w turnieju Kapustka udziału nie wziął, bo w marcu 2019 roku, dwa miesiące przed imprezą, zerwał w kolanie więzadło krzyżowe przednie. Do treningów wrócił dopiero późną jesienią ubiegłego roku, ale chociaż trenował z pierwszym zespołem Leicester City i grał w jego sparingach, a obecny trener „Lisów” Brendan Rodgers chwalił go za czynione postępy, to jednak nie dostał szansy pokazania się na boisku w meczach o stawkę. Prawdę mówiąc, nie łapał sie nawet do szerokiej kadry. Nic dziwnego, że Kapustka na początku tego roku podjął starania o wcześniejsze rozwiązanie wygasającego w czerwcu 2021 roku kontraktu.
Gdy tylko publicznie ogłosił swój zamiar, natychmiast otrzymał ofertę z Legii. Stołeczny klub chciał tego piłkarza pozyskać już w sierpniu 2012 roku, ale wtedy 15-letni wówczas junior Tarnovii Tarnów wybrał ofertę Cracovii. Posłuchał rad, że w ekipie „Pasów” będzie mu łatwiej przebić się do podstawowej jedenastki niż w naszpikowanej gwiazdami drużynie Legii, co się ostatecznie potwierdziło. Trener Wojciech Stawowy włączył nastolatka do kadry pierwszego zespołu, a rok później dał mu zadebiutować w ekstraklasie. Jego następca na stołku trenera „Pasów, Robert Podoliński, w sezonie 2014/2015 już regularnie wystawiał nastolatka do gry. Wtedy Legia ponownie podjęła starania o transfer Kapustki i zaoferował Cracovii za niego 300 tys. euro, ale krakowski klub ofertę odrzucił. Jak się okazało, słusznie, bo rok później opchnął go do Leicester za kwotę wielokroć wyższą.
Trzecie podejście okazało się wreszcie skuteczne. Po trwających kilka miesięcy negocjacjach agentowi Kapustki udało się osiągnąć porozumienie z Leicester w kwestii warunków odejścia. Piłkarz przeszedł do Legii na zasadzie transferu definitywnego. Wedle branżowych portali jego aktualna wartość transferowa jest szacowana na 1,2 mln euro, więc jeśli „Wojskowi” zapłacili „Lisom” więcej, to przepłacili. Kapustka podpisał z Legią dwuletni kontrakt z opcją przedłużenia o kolejny rok. Po zakończeniu sezonu Premier League był na krótkim urlopie w Grecji, a po powrocie trenował indywidualnie w Krakowie. „Legia to dla mnie dobre miejsce do gry” – zapewnił na łamach strony internetowej stołecznego klubu. Zobaczymy…

Selekcjonerzy jak na bazarze

Fot. Selekcjoner reprezentacji Jerzy Brzęczek nie w PZPN zbyt wiele do powiedzenia

 

 

W siedzibie PZPN w obecności prezesa Zbigniewa Bońka odbyło się spotkanie selekcjonerów trzech reprezentacji Polski – Jerzego Brzęczka, Czesława Michniewicza (U-21) i Jacka Magiery (U-20). Targowano się o pięciu piłkarzy – Dawida Kownackiego, Sebastiana Szymańskiego, Krystiana Bielika, Szymona Żurkowskiego i Bartosza Kapustkę.

 

Jeśli coś w tej informacji może dziwić, to chyba to, że spór między trenerami kadry dotyczył piłkarzy, których Jerzy Brzęczek do tej pory ani razu nie powołał do kadry. No i może jeszcze to, że z normalnej roboczej rozmowy w biurze propagandziści PZPN zrobili jakieś doniosłe spotkanie na szczycie. To tylko potwierdza domysły, że Jerzy Brzęczek nie ma w związku takiej dominującej pozycji, jaką mieli jego poprzednicy na tym stanowisku.

 

Wspólny interes dzielony na trzy

Każda z trzech drużyn narodowych ma swoje cele do osiągnięcia. Pierwsza reprezentacja już 21 marca przyszłego roku zagra w Wiedniu z Austrią i tym meczem rozpocznie eliminacje Euro 2020. Prezes PZPN Zbigniew Boniek stawia sprawę jasno – awans biało-czerwonych jest priorytetem. Dla sternika polskiego futbolu ważny jest jednak także udany występ młodzieżówki w czerwcowych finałach mistrzostw Europy we Włoszech, do których zespół Czesława Michniewicza awansował po barażowym zwycięstwie nad Portugalią. Ale i przed kadrą U-20 prowadzoną przez Jacka Magierę stoją nie lada wyzwania, bo przecież w dniach 23 maja – 15 czerwca wystąpi w roli gospodarza mistrzostw świata U-20.

Brzęczek i Michniewicz doszli do porozumienia odnośnie marcowych terminów dla reprezentacji. Na zaplanowane w tym miesiącu eliminacyjne mecze z Austrią i Łotwą Brzęczek może powołać z kadry U-21 kogo zechce, chociaż wiadomo, że największe szanse na to mają Szymon Żurkowski, Sebastian Szymański, Dawid Kownacki, Krystian Bielik i odradzający się w belgijskiej II lidze dawny pupil Adama Nawałki Bartosz Kapustka.

Ale już w czerwcu, gdy biało-czerwoni będą walczyć o Euro 2020 na wyjeździe z Macedonią (7 czerwca) i u siebie z Izraelem (10 czerwca), trener Brzęczek swoimi ewentualnymi powołaniami tych zawodników wejdzie w szkodę Michniewiczowi. Dlatego ustalono, że będzie mógł powołać z młodzieżówki tylko tych piłkarzy, którzy będą mieli realne szanse na występ w tych spotkaniach. W tej chwili perspektyw na to nie ma żaden z piątki wymienionych wyżej zawodników młodzieżówki, ale za pół roku może się to radykalnie zmienić, czego dowodzi choćby przykład Jana Bednarka w Southampton przed mundialem w Rosji. „Przez pół roku w życiu dwudziestoletniego piłkarza może się zmienić bardzo wiele” – stwierdził prezes Boniek i odłożył sprawę na przyszłość.

 

Wyjątek dla Szymańskiego

Młodzieżowe Mistrzostw Europy odbędą się we Włoszech i San Marino między 16 a 30 czerwca. Zespół Czesława Michniewicza trafił do grupy A, w której zmierzy się z Belgią (16 czerwca), Włochami (19 czerwca w Bolonii) oraz z Hiszpanią (22 czerwca w Bolonii). Szkoleniowcy PZPN podjęli decyzję, że występujący w tej drużynie pomocnik Legii Warszawa Sebastian Szymański nie będzie uwzględniany przez Jacka Magierę w kadrze U-20. Legionista jest jednym z liderów reprezentacji U-21 i jego droga rozwoju ma zmierzać do pierwszej reprezentacji. Choć zespół Magiery rozgrywać będzie MŚ do lat 20 w Polsce, Szymański nie weźmie w nich udziału. Albo pojedzie do Włoch na MME do lat 21, albo zagra w czerwcowych meczach eliminacyjnych Euro 2020.

 

Kadra wciąż w butach Nawałki

Trener Brzęczek w roli selekcjonera reprezentacji Polski jeszcze nie wygrał meczu. W sześciu spotkaniach pod jego wodza biało-czerwoni trzy razy zremisowali i doznali trzech porażek. W tych meczach Brzęczek wystawił do gry w sumie 26 zawodników. Prezes Boniek, którego relacje z nowym selekcjonerem nie są najlepsze, bez ogródek stwierdził, że po pół roku rządów Brzęczka wciąż widzi reprezentację Adama Nawałki. Trudno nie przyznać mu racji, bo też żaden z zawodników wynalezionych przez nowego trenera kadry nie okazał się odkryciem. Arkadiusz Reca, Rafał Pietrzak, Adam Dźwigała, Adam Buksa czy Huberty Matynia nie zostawili po sobie w kadrze żadnego śladu.

Brzęczek nie dostał zgody Bońka na zimowe zgrupowanie dla graczy z klubów krajowych i z kadrowiczami spotka się dopiero w marcu, na kilka dni przed spotkaniem z Austrią. Na żadne personalne eksperymenty nie będzie miał ani czasu, ani nawet sposobności. Jedyna nadzieja w tym, że pod wpływem nacisków Bońka zrezygnuje z powoływania do kadry piłkarzy nie występujących regularnie w swoich klubowych zespołach, co już powinno złagodzić napięcia między zawodnikami, a ponadto zagwarantuje, że na boisko wyjdą gracze znajdujący się w dobrej formie fizycznej i psychicznej. Na Austrię i Łotwę powinno to wystarczyć, jeśli rzecz jasna Brzęczek nie zacznie kombinować czegoś z taktyką. A tego wykluczyć się niestety nie da.

 

 

 

Sukces naszej reprezentacji młodzieżowej

Fot. Kapitan młodzieżówki Dawid Kownacki

 

 

Mało kto liczył, że w barażu z Portugalią po porażce u siebie 0:1 nasza „młodzieżówka” zdoła w rewanżu odrobić straty. Ale wygrała 3:1 i zagra w finałach mistrzostw Europy.

Portugalczycy byli tak pewni siebie, że do rewanżowego spotkania z biało-czerwonymi nie wystawili nawet najsilniejszego składu. Przyszło im zapłacić za to słoną cenę. Prowadzony przez trenera Czesława Michniewicza polski zespół objął prowadzenie już w 5. minucie po golu strzelonym po rzucie rożnym przez obrońcę Krystiana Bielika. De facto ten piłkarz jest zawodnikiem Arsenalu Londyn, ale w tej chwili gra na wypożyczeniu w trzecioligowym angielskim Charlton Athletic. Trzy minuty później na 2:0 podwyższył kapitan biało-czerwonych Dawid Kownacki, na co dzień rezerwowy napastnik Sampdorii Genua, a w 24. minucie trzecią bramkę wbił piłkarz Legii Warszawa Sebastian Szymański.

Portugalski zespół odpowiedział tylko jednym trafieniem – w 52. minucie na 3:1 strzelił Diogo Jota, ale na więcej młodzi polscy piłkarze już rywalom nie pozwolili i tak oto raczej niespodziewanie po raz siódmy w historii wywalczyli awans do finałów młodzieżowych mistrzostw Europy. Awans wywalczył zespół w składzie: Polska: Kamil Grabara – Robert Gumny, Mateusz Wieteska, Krystian Bielik, Kamil Pestka – Filip Jagiełło (53. Konrad Michalak), Patryk Dziczek, Bartosz Kapustka, Szymon Żurkowski, Sebastian Szymański (69. Kamil Jóźwiak) – Dawid Kownacki (90. Karol Świderski).

Turniej finałowy odbędzie się w przyszłym roku w dniach 16-30 czerwca we Włoszech. Naszej reprezentacji przyjdzie rywalizować z drużynami Włoch, Hiszpanii, Francji, Anglii, Serbii, Niemiec, Chorwacji, Danii, Belgii, Rumunii i Austrii. Losowanie grup odbędzie się w piątek 23 listopada w Bolonii.

PZPN przed rokiem był gospodarzami finałów MME. W turnieju zagrało po raz pierwszy 12 zespołów. Niestety, nasz zespół, którego trenerem był Marcin Dorna, nie zdołał nawet wyjść z grupy, przegrywając ze Słowacją 1:2 i Anglią 0:3 oraz remisując ze Szwecją 2:2.

Przyszłoroczny turniej będzie miał podwójną stawkę, bo oprócz walki o mistrzostwo kontynentu młodzi piłkarze bić się będą jeszcze o olimpijskie paszporty do IO 2020 w Tokio. Przypomnijmy, że po raz ostatni nasz zespół zagrał na olimpiadzie w 1992 roku w Barcelonie, zdobywając tam pod wodzą trenera Janusza Wójcika srebrny medal. W Japonii zagrają półfinaliści MME 2019.

 

Lisy nie chcą Kapustki

Koszmar Bartosza Kapustki trwa nadal. Piłkarz wrócił do Leicester City z rocznego wypożyczenia do Freiburga, ale nowy trener „Lisów” Claude Puel po obejrzeniu jego gry w dwóch sparingach nie chce go w zespole.

 

Trener Freiburga Christian Streich wiązał z Kapustką pewne nadzieje, ale szybko zmienił zdanie i odstawił reprezentanta Polski na boczny tor. Okrzyczany wielką nadzieją polskiego futbolu zawodnik zagrał w sumie przez cały sezon tylko w dziewięciu meczach, z tego wiosną zaledwie w dwóch. Na boisku spędził łącznie tylko 285 minut, nie licząc występów w młodzieżowej reprezentacji Polski. Nic dziwnego, że Freiburg nie skorzystał z opcji transferu definitywnego i latem odesłał Kapustkę do angielskiego klubu.

Akurat w Leicester swoje porządki zaczął zaprowadzać nowy trener Claude Puel. Dokonując przeglądu kadr postanowił sprawdzić co potrafi 21-letni skrzydłowy, którego pamiętał z dobrych występów w reprezentacji Polski podczas Euro 2016. Sytuacja kadrowa w ekipie „Lisów” zdawała się sprzyjać polskiemu piłkarzowi, bo z zespołu odszedł do Manchesteru City skrzydłowy Riyad Mahrez i trener Puel szukał następcy.

Kapustka latem sezonu zagrał w dwóch pierwszych sparingach „Lisów” – z Notts County (4:1) i Akhisarsporem (0:0), lecz w kolejnych grach kontrolnych, z Udinese (1:2), Valencią (1:1) i Lille (2:1) nie znalazł się nawet na ławce rezerwowych. Powodem nie była kontuzja, po prostu trener Leicester uznał, że umiejętności młodego Polak i jego forma nie trzymają poziomu Premier League. Szanse Kapustki na grę ostatecznie przekreślił transfer skrzydłowego Rachida Ghezzala, 13-krotnego reprezentanta Algierii, którego „Lisy” pozyskały z AS Monaco za 14 mln euro. A nasz piłkarz, którego z Cracovii kupiono za 5,5 mln euro, zapewne znów zostanie wypożyczony.

 

Druga szansa na odrodzenie Kapustki

Piłkarska kariera Bartosza Kapustki po Euro 2016 gwałtownie się załamała. Po przejściu z Cracovii do Leicester City wypadł na margines futbolu i zmarnował dwa lata kariery. Teraz dostał od losu szansę na przełamanie impasu.

 

Kapustka przeszedł do Leicester City w sierpniu 2016 roku po udanym dla niego występie na Euro 2016 we Francji. Cracovia zarobiła na jego transferze 5,5 mln euro, co było kwotą jak na polskie realia rekordową, ale też wykluczającą transakcję zwrotną. Gdy po roku grzania ławy agenci młodego piłkarza sondowali możliwość jego wypożyczenia do krakowskiego klubu, spotkali się ze stanowcza odmową. Kapustka nawet jako piłkarski outsider zarabiał w Leicester City dwadzieścia razy więcej niż jako zawodnik „Pasów”.

W pierwszym roku spędzonym na King Power Stadium Kapustka nie doczekał się debiutu w Premier League, a ówczesny trener „Lisów” Claudio Ranieri dał mu zagrać tylko w trzech meczach Pucharu Anglii. Po zwolnieniu włoskiego szkoleniowca sytuacja młodego Polaka nie uległa zmianie i latem ubiegłego roku angielski klub wypożyczył go z opcja pierwokupu do niemieckiego SC Freiburg. Nowy klub miał być miejscem, w którym Kapustka zamierzał odzyskać dawną formę i odbudować podupadłą karierę. Niestety, młodemu piłkarzowi zabrakło chyba determinacji i siły charakteru, bo zamiast podbić Bundesligę szybko zniknął w rezerwach Freiburga. Trener Christian Streich nie ukrywał rozczarowania polskim piłkarzem i dał mu zagrać tylko w dziewięciu meczach, z czego tylko w dwóch w rundzie wiosennej. Kapustka spędził na niemieckich boiskach ledwie 285 minut i nic dziwnego, że szefowie Freiburga nie skorzystali z opcji jego wykupienia i odesłali do Leicester City.

Dla 21-letniego Kapustki, który ma jeszcze trzy lata ważnego kontraktu z angielskim klubem, tu być może najtrudniejszy moment w dotychczasowej karierze, a może też i życiu. Nowy trener „Lisów” Claude Puel nieoczekiwanie zainteresował się losem należącego do kadry jego zespołu 14-krotnego reprezentanta Polski. Francuski trener postanowił osobiście przekonać się jakie ma umiejętności i polecił mu stawić się na trening pierwszej drużyny. Dla Kapustki to wielka szansa na przełamanie impasu w karierze, bo ma okazję zaliczyć cały okres przygotowawczy. Tylko czy on jeszcze umie dobrze grać w piłkę?