Polscy żołnierze uczczeni w Berlinie

1 września 2020 r. odsłonięto szczególną tablicę pamiątkową. Uhonorowano nią żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, „uczestników bitwy o Berlin, walczących jako część Koalicji Antyhitlerowskiej w dzielnicach Charlottenburg i Tiergarten, o wyzwolenie Polski i Europy od faszyzmu”.

Nie, to nie Instytut Pamięci Narodowej zgodził się choć jednego dnia odpuścić narrację o tym, że w 1945 r. nie było żadnego wyzwolenia i postawić w centrum historycznej refleksji kogoś innego niż narodowców i „wyklętych”. Skromny pomnik stanął przy Ernst-Reuter-Platz, dwa kilometry w linii prostej od Kolumny Zwycięstwa, gdzie polscy żołnierze zawiesili 2 maja 1945 r. biało-czerwoną flagę, pięć kilometrów od Reichstagu.

Stanął przy zielonym rondzie z fontanną, otoczonym przez nowoczesne budynki. Tu zaczyna się kompleks budynków Uniwersytetu Technicznego: wiosną 1945 r. prawdziwej fortecy na drodze do centrum i Kancelarii Rzeszy. Ale kto nie zna tej historii, nie domyśli się, że 75 lat temu dzielnica Charlottenburg przypominała raczej morze gruzów. I to jeszcze przed ostatecznym starciem o Berlin; w listopadzie 1943 r. została zbombardowana przez RAF. Rajd w nocy z 22 na 23 listopada 1943 r. dowódcy brytyjskiego lotnictwa uznali za najbardziej efektywny ze wszystkich nalotów na stolicę III Rzeszy. Dzięki idealnej pogodzie bombardującym udało się zniszczyć zabudowę dzielnic położonych na zachód od centrum w takim stopniu, że jednej nocy 175 tys. berlińczyków straciło dach nad głową. O tamtych wydarzeniach przypomina w Berlinie wiele znaków – zdjęcia dawnej zabudowy w metrze, fotografie całych kwartałów mieszczańskich kamienic wprost w terenie, tam, gdzie nigdy ich nie odbudowano, i wreszcie pomnik najbardziej monumentalny: Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma w pobliżu ulicy Kurfürstendamm, pozostawiony w postaci trwałej ruiny, symbolu pojednania.

O tym, jak w 1945 r. Niemcy aż do samej śmierci Führera zażarcie bronili Berlina, odwiedzający miasto dowiedzą się mniej. Natomiast udział Polaków w operacji berlińskiej, wspólnie z armią radziecką, w pamięci zbiorowej niemalże nie istnieje.

Walka o każde okna

Walczyło ich bezpośrednio przy zdobywaniu miasta dwanaście tysięcy, zginęło dwa tysiące, osiem tysięcy odniosło rany. – Niemcy nadal walczyli, tak jakby to nie był rok 1945 i koniec wojny. Bić się trzeba było nie tylko o domy i ulice, ale o drzwi, okna i kominy na dachach. Oberwać po głowie można było z każdej strony, a najczęściej z tyłu i góry. Próby natarcia ulicami nie dały rezultatów i pułk przeszedł do natarcia przez domy i podwórza, przebijając przejścia w murach, niszcząc oddzielne punkty oporu i strzelców wyborowych – pisał Zygmunt Duszyński, polski żołnierz 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, wspominając zażarte walki na ulicach Spandau.

Polacy z 1 Dywizji Piechoty zdobyli w zachodnich dzielnicach Berlina, idąc w kierunku Bramy Brandenburskiej, 56 kwartałów zabudowy, siedem zespołów fabrycznych, cztery stacje metra. 6 Batalion Pontonowo-Mostowy pod niemieckim ostrzałem zbudował 26-27 kwietnia most na Szprewie, odbudował zniszczony most kolejowy, usuwał barykady i miny z ulic miasta. 1 Samodzielna Brygada Moździerzy brała udział w ciężkich walkach o Poczdam, zdobywała południowo-zachodnie przedmieścia Bernau i Glienicke.

Opanowanie przez polskich żołnierzy zabudowań politechniki, stacji Ogród Zoologiczny wraz z torami kolejowymi pozwoliło przerwać centralny pierścień obrony Berlina. Polskie i radzieckie oddziały opanowały Tiergarten i wyszły na tyły Reichstagu. Natarcie na centrum Berlina ze wszystkich kierunków stało się możliwe. 2 maja pierwszy raz dowódcy niemieckiej obrony poprosili o możliwość kapitulacji. Tego samego dnia polscy żołnierze wciągnęli biało-czerwoną flagę na Kolumnę Zwycięstwa.

W 1972 r. w Berlinie Wschodnim odsłonięto Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty, dwie szare kolumny oplecione wspólną flagą. Data nie była przypadkowa: w chwili polepszenia polsko-niemieckich stosunków monument, stworzony przez czwórkę rzeźbiarzy, po dwie osoby z każdego kraju, miał sprzyjać dalszemu ociepleniu, przypominając, że nie każdy Niemiec sympatyzował ze zbrodniczą ideologią nazizmu. W 1995 r. zmodyfikowano tablice na pomniku i odsłonięto go po raz drugi; niemniej, podobnie jak kilka innych monumentalnych upamiętnień z czasów NRD, w zjednoczonym Berlinie wojenny kompleks pomnikowy położony daleko od centrum stał się głównie miejscem aktywności ulicznych twórców graffiti i miłośników trików deskorolkowych.

Pomysłodawcą upamiętnienia w centrum Charlottenburga był Kamil Majchrzak, lewicowy dziennikarz, współpracownik jednej z posłanek Lewicy do Bundestagu, członek berlińskiego oddziału Stowarzyszenia Ofiar Prześladowanych przez Reżim Nazistowski. Dzięki jego staraniom ostatni żyjący weterani I Armii Wojska Polskiego w 2015 r. spotkali się z burmistrzem dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf Reinhardem Naumannem, politykiem Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. Na ludziach z SPD zrobiły wrażenie dramatyczne losy Polaków: najpierw hitlerowska napaść na ich ojczyznę, następnie wkroczenie Armii Czerwonej 17 września, wywózki na Syberię, wstępowanie najpierw do armii Andersa, potem do 1 Armii Wojska Polskiego. Albo: najpierw walka w szeregach Armii Krajowej, Powstanie Warszawskie, potem dołączenie do 1 Armii WP. Wniosek klubu SPD o tablicę pamiątkową musiała jeszcze zatwierdzić miejska komisja zajmująca się upamiętnieniami. Kiedy i ona dała zielone światło, przy Uniwersytecie Technicznym mogła stanąć rzeźba nawiązująca kształtem do biało-czerwonej flagi na Kolumnie Zwycięstwa. Na wbitym w ziemię metalowym „proporcu” widnieje schemat walk stoczonych przez Polaków i inskrypcja-hołd dla żołnierzy i kobiet-żołnierzy. Tak sformułowane zgodnie z niemiecką konwencją podziękowanie przy okazji przypomina, że w 1 Armii Wojska Polskiego ofiarnie walczyli nie tylko mężczyźni.

Odsłonili pomnik żywi świadkowie historii: m.in. pułkownik Józef Koleśnicki walczący w 1945 r. w 5. Batalionie Artylerii Ciężkiej i Elżbieta Sadzyńska, wdowa po kościuszkowcu, wcześniej ofiara hitlerowskich akcji wysiedleń z tzw. Kraju Warty, sekretarz generalny Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.

Pamięć i walka

Przemawia burmistrz Neumann

– Przy pamiętaniu i upamiętnianiu ważne są trzy elementy – mówił 1 września burmistrz Reinhard Neumann. – Pierwszy: to, co było. Drugi: teraźniejszość. Walka przeciw wszystkim formom wykluczenia, przeciwko rasizmowi, antysemityzmowi, homofobii, wszelkim formom dyskryminacji. Trzeci: perspektywa na przyszłość. Musimy działać w szkołach, na uniwersytetach, by nigdy więcej nie było przemocy.

Polityk SPD zakończył swoje wystąpienie okrzykiem: Nigdy więcej wojny! Nigdy więcej faszyzmu!

To „nigdy więcej” zabrzmiało jeszcze kilka razy, niejako na przemian z podziękowaniami za wyzwolenie. Dziękował przedstawiciel studentów Uniwersytetu Technicznego, odczytano list od wiceprzewodniczącego Międzynarodowego Komitetu Sachsenhausen, wyrażającego i wdzięczność, i pewien żal za to, że upamiętnienie Polaków, którzy wspólnie z żołnierzami radzieckimi otworzyli bramy tego obozu, powstaje dopiero teraz. – Jako antyfaszyści i antyfaszystki pamiętamy o morderczej polityce wobec Polski, o Intelligenzaktion, o rzezi Woli, wymordowaniu polskich Żydów – jeśli podać tylko kilka przykładów – mówiła reprezentantka stowarzyszenia byłych więźniarek Ravensbrück, córka i wnuczka więźniarek. Przypomniała o tym, że największą grupą wśród ofiar tego obozu były obywatelki Polski, a potem zaznaczyła, jak wielkie znaczenie miała w obozie solidarność i pomoc wzajemna, dzięki której wiele kobiet, skazanych na zagładę, mogło przetrwać.

Na ceremonii odsłonięcia wyróżniała się jedna flaga z napisem po polsku. To berlińska organizacja partii Razem ze swoim sztandarem przyłączyła się do antyfaszystowskiej uroczystości. Młodzi lewicowcy i antyfaszyści z satysfakcją przyjęli fakt, że nie była ona czysto historyczna, ale niosła przesłanie na tu i teraz: – Cieszymy się, że został położony nacisk na obywatelskość, że to jest miejsce walki z każdą dyskryminacją, że burmistrz Charlottenburga zaznaczył, że nie ma dziś miejsca na homofobię, rasizm, na uprzedzenia na tle narodowym. My czujemy się częścią Berlina i jest nam miło, że jesteśmy traktowani inkluzywnie – powiedział mi Paweł Jankiewicz z Razem. – Takie wydarzenia są ważne, bo dają historyczną orientację, pokazują, że całkiem niedawno Europa wyzwalała się z takich trendów, które dzisiaj obserwujemy.

Antyfaszystów z Razem martwią doniesienia z Polski, świadczące o tym, że tam uprzedzenia nie są bynajmniej w odwrocie: gdyby było inaczej, muzułmańska dziewczyna z Moabitu, dzielnicy, w której mieszka Jankiewicz, nie zostałaby zaatakowana za to, że miała na głowie chustę. – Nic nie jest dane raz na zawsze, trzeba walczyć – mówi działacz.

To swoiste echo słów pułkownika Józefa Koleśnickiego, który zabrał wcześniej głos w imieniu kombatantów. Nie było w jego krótkim wystąpieniu gniewu ani historycznego rewanżyzmu. – Współczujemy wam cierpień zadanych wam przez władze III Rzeszy – zwrócił się do niemieckich słuchaczy. – Uczynimy wszystko, aby ten znak pamięci o wojennej ofierze polskich żołnierzy w walkach o Berlin był przyjęty jako gest życzliwości w nowym układzie powojennego polsko-niemieckiego sąsiedztwa – zadeklarował.

Żywa historyczna dyskusja

Zanim jeszcze odsłonięto tablicę i złożono wieńce, po burmistrzu Charlottenburga przemówił polski ambasador Andrzej Przyłębski. Podziękował władzom dzielnicy za „bardzo ciekawą inicjatywę”. Podkreślił, że skoro miejscowa ludność postanowiła upamiętnić żołnierzy, którzy niegdyś wkraczali do niej jako wrogowie, razem z armią radziecką, znaczy to, że po Polakach pozostało jednak dobre wspomnienie, co przecież wcale nie jest oczywiste.

Dodatkowo zebrani mogli dowiedzieć się od polskiego dyplomaty, że na temat roli odegranej przez Ludowe Wojsko Polskie, czyli również przez 1 Armię WP, toczy się obecnie w Polsce żywa historyczna dyskusja. Nie chodzi o samo zdobycie Berlina i przyczynienie się do obalenia nazistowskich rządów, ale o rolę odegraną przez te wojska na terytorium Polski. – Nie zawsze była to szlachetna rola – zaznaczył ambasador.

Żeby niemieccy słuchacze nie poczuli się już zupełnie skołowani, doprecyzował, że kontrowersje dotyczą dowództwa armii, a zwykłych żołnierzy upamiętnić jednak można, nawet trzeba, bo, jak zauważył prezydent Andrzej Duda, krew przelana przez Polaków idących ze wschodu i zachodu ma i tak tę samą barwę.

I na tej konstatacji można było chyba poprzestać.

Berlińska opowieść

To uderzające, że słowo „Berlin”, nazwa wielkiego europejskiego miasta, stolicy Niemiec, nie budzi w pierwszym rzędzie skojarzenia z turystyką, choć są tu wspaniałe obiekty i miejsca do zwiedzania, jak wspaniała Wyspa Muzeów, gmach Reichstagu, melancholijna Unter den Linden uwieńczona emblematyczną Bramą Brandenburską, elegancka Kurfűrstendamm, imponująca aleja Wilhelmstrasse, park Tiergarten ze strzelistą Siegessaule czy ponura nieco, naznaczona dawnym klimatem proletariackim dzielnica Kőpenick. To także dzielnica Charlottenburg i położony na obrzeżach miasta kompleks wzniesiony przez pruskich Fryderyków z pałacem Sans Souci, legendarna siedziba Fryderyka II Wielkiego w Poczdamie (Potsdam). Z polskiego punktu widzenia osobliwe jest już samo wrażenie z podróży do Berlina z Warszawy. Jazda tam trwa – z grubsza biorąc – około sześciu godzin przez terytorium Polski, a po przekroczeniu granicy na Odrze, już w niecałą godzinę możemy znaleźć się w stolicy Niemiec, na Berlin Hauptbanhoff.

Tytuł „Berlin. Metropolia Fausta” jest dość zwodniczy, jako że postać Fausta nie tylko nie jest związana z Berlinem, ale w poemacie Goethego nazwa tego miasta nawet się nie pojawia. Być może autorka potraktowała postać Fausta jako ogólną figurę symboliczną kojarzącą się z kulturą niemiecką. „Berlin. Metropolia Fausta”, to naukowa, choć wolna od nadmiaru formalnego naukowego sztafażu, monografia miasta, której pierwszy tom obejmuje okres od powstania miasta do „szalonych lat dwudziestych” XX wieku, z ich legendą ekspresjonizmu, także w kinie niemieckim, z teatrem Bertolta Brechta, kompozycjami Kurta Weila, z klimatem oddanym w słynnej „Operze za 3 grosze”. To opatrzona bogatym aparatem przypisów fascynująca opowieść o mieście, które analogicznie jak Warszawa, choć oczywiście jednocześnie zupełnie inaczej, było i jest miastem granicznym, łączącym w sobie cechy miasta zachodniego i środkowoeuropejskiego, nie bez pewnych także akcentów miasta wschodnioeuropejskiego.
Berlin łączy z Warszawą także pewien stan odwiecznego stawania się, bycia w permanentnym „in statu nascendi” (co kontrastuje na przykład z Paryżem, od wielu dziesięcioleci, a w pewnej warstwie nawet od blisko stu pięćdziesięciu lat ustabilizowanym, jednolitym, niezmiennym), hybrydyczność, kapryśność, nieregularność kształtu urbanistycznego i swoisty cierpki, „nieoczywisty” wdzięk. Każdego środkowo- czy wschodnioeuropejczyka, który znajdzie się w Berlinie uderzy jego urbanistyczny klimat, bliski tej właśnie części Europy, a słabo kojarzący się z europejskością zachodnią. Być może jakaś część wyjaśnienia tego zjawiska kryje się w początku opowieści Ritchie, która zwraca uwagę, że legiony rzymskie dotarły do Kolonii, Regensburga, Akwizgranu czy Monachium i tam zakładały rzymskie osady, ale już nie w pobliże dzisiejszego Berlina. Stąd rzymskie piętno w architekturze, w urbanistyce tamtej, a nie tej części Niemiec. Do bagien rozciągających się wzdłuż Sprewy Rzymianie nie dotarli, sięgnęli tylko tzw. „Lasu Teutoburskiego”, gdzie ponieśli klęskę, przez co Berlin i otaczająca go kraina nie ma rodowodu rzymskiego. Zaznacza się w niej natomiast „ciężki”, także urbanistycznie, duch tych ziem, odległy od „rzymskości”, „łacińskości”, bliższy raczej zachodniej Słowiańszczyźnie (Łużyczanie), która tu dość głęboko sięgała. Dlatego korzenie geniusa loci Berlina sięgają zaledwie XIX wieku, a ich ważnym inspiratorem był Johann Gottlieb Fichte, praojciec, „praszczur” niemieckiego nacjonalizmu.
Z jego pomocą, wspartą germańskimi baśniami, duchem gotyckich katedr powstawała poezja niemieckiej tęsknoty, patriotyczne i romantyczne pieśni, rodził się późniejszy niemiecki nacjonalizm. Nie przypadkiem sławetny niemiecki hełm wojskowy, tzw. pickelhauba swoją formą nawiązuje do gotyku. W tej epoce narodził się też niemiecki „weltschmertz”, czyli ból istnienia. Ofiarą tego bólu istnienia padł m.in. wybitny dramaturg Heinrich von Kleist popełnił samobójstwo w 1811 roku w wodach podberlińskiego wtedy jeziora Wannsee. Jednak XIX-wieczny Berlin to także wykładana tu myśl Georga Friedricha Hegla. Atmosferę duchową Berlina tamtej epoki oddaje m.in. proza Teodora Fontane, twórcy m.in. powieści „Effie Briest”, z rzadka pojawia się ona w opowiadaniach E.T.A. Hoffmana. Choć jednak nazwa Berlina była wzmiankowana w XIII wieku, to pierwszą wielką epoką w jego dziejach, fundamentem jego tradycji okazały się lata 1740-1786, czyli czasy panowania Fryderyka II Wielkiego, sławnego „Wielkiego Fryca”, po którym pozostał wspaniały kompleks parkowo-pałacowy ze sławnym Sans Souci w Poczdamie i którego upamiętnia konny pomnik na prestiżowej Unter den Linden. Wcześniej Berlin pozostaje miastem przy wojskowym garnizonie. Dopiero wiek XIX wprowadził Berlin do europejskiej wspólnotowej historii. W 1806 roku, 20 lat po śmierci „Wielkiego Fryca”, do Berlina wkracza ze swoją armią Napoleon, a powracając w 1813 roku po przegranej ostatecznie wojnie zabiera do Paryża sławną kwadrygę z Bramy Brandenburskiej, która powróci na nią dopiero w 1848 roku, w rezultacie Wiosny Ludów. Jednak stolicą zjednoczonych Niemiec stał się Berlin dopiero w 1871 roku, co zostało oficjalnie ogłoszone przez kanclerza Bismarcka. W 1918 roku Niemcy przegrały wywołaną przez siebie wojnę, a rok później powstała Republika Weimarska. Berlin to wtedy także jedno z centrów międzynarodowego ruchu robotniczego, miejsce pobytów m.in. Lenina i miejsce śmierci Róży Luksemburg.
I to właśnie ten okres, trwający do zdobycia władzy przez Hitlera w 1933 roku stworzył prawdziwy genius loci Berlina, jego nastrój i legendę. Dziś w tle klimatu duchowego Berlina jest między innymi proza takich pisarzy jak Alfred Dőblin, którego powieść „Berlin Alexanderplatz” jest swoistą panoramiczną syntezą (także topograficzną) obrazu miasta tej epoki (nazywaną berlińskim „Ulissesem”), dramaturgia Bertolta Brechta z jego „Operą za trzy grosze” i historią Mackie Majchra (choć formalnie jej akcja rozgrywa się w Londynie) oraz songami Kurta Weila. Berlin tej epoki to także sławna historia „kapitana z Kőpenick”, świetnie oddana przez Karla Zuckmayera z jego sztuce pod takim tytułem i będąca satyrą na niemiecki militaryzm (legendarna piwiarnia o nazwie „Hauptmann von Kőpenick”, związana z tą historią istnieje do dziś i znajduje się we wschodniej dzielnicy Kőpenick u zbiegu Mahlsdorferstrasse i Stellingdamm, ocalał też miejscowy ratusz, w którym rozgrywa się część akcji). Fragment tkanki Berlina tamtych czasów oddają też powieści dla młodzieży: Karla Mundstocka „Ali i jego banda”, 1955, której akcja rozgrywa się w robotniczym Kreuzbergu (Manteuffelstrasse, Kőpenickerstrasse, Lauseplatz, Prenzlauerstrasse, Waldemarstrasse, kościół św. Tomasza) czy Ericha Kästnera („Emil i detektywi”, 1928). Atmosferę Berlina w okresie Wielkiej Wojny (1914-1918) oddają też obszerne fragmenty polskiej powieści Andrzeja Struga „Żółty Krzyż” (1933), której główna bohaterka, międzynarodowa gwiazda filmowa Eva Evard związana jest z wytwórnią filmową „Mundusfilm”, usytuowaną przez pisarza przy Klosterstrasse, nieopodal Alexanderplatz, a jej mieszkanie w barokowym pałacu przy Keithstrasse 8, a także w hotelach: „Windsor” przy Behrenstrasse 64/65 i przy Kaiserwilhelmstrasse. Atmosferę miasta tej epoki współtworzy też kino, dzieła filmowego ekspresjonizmu oraz tzw. kammerspielu, takie jak „Gabinet doktora Caligari” Roberta Wiene (1919), „Portier z hotelu Atlantic” Friedricha Wilhelma Murnau (1924), także twórcy „Nosferatu” (1922), jak również „Zmęczona śmierć” (1921), „Doktor Mabuse” (1922), „Metropolis” (1926), „M-morderca” (1931), „Testament doktora Mabuse” (1932) Fritza Langa, a także – pośrednio – jego „Zygfryd” i „Nibelungi” (1924), poetycka ekranizacja starogermańskich, średniowiecznych legend o Bogach Germanii (wcześniej spopularyzowanych w operach Richarda Wagnera). W „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga” (1930) jedną ze swoich najważniejszych ról zagrała (i zaśpiewała najsławniejszą piosenkę) Marlena Dietrich, wielka gwiazda światowego kina i jedna z ikon przedhitlerowskiego Berlina, pochowana w swoim mieście w 1992 roku na cmentarzu Stadtischer Friedhoff III przy Stubenrauchstrasse, po wielu dziesięcioleciach życia na emigracji, głównie w Paryżu.
Poza „Portierem z hotelu Atlantic” Berlin nie jest topograficznym miejscem filmowych akcji, ale to jego duch i nastrój się w nich odzwierciedla. Z klimatem kina tej epoki wiąże się też usytuowany przy Unter den Linden 77 hotel „Adlon” w którym nakręcono sceny filmu „Ludzie z hotelu” (1932) Edmunda Gouldinga z Gretą Garbo w roli głównej. W tamtej epoce Berlin był jednym z europejskich centrów świata przestępczego. W popularnej polskiej komedii filmowej „Hallo Szpicbródka” (1978), tytułowy bohater, grany przez Piotra Fronczewskiego, zwraca się do nadszefa kasiarzy warszawskich ostrzegawczymi słowami: „Moja dintojra znajduje się w Berlinie i nazywa się herrenferein”. Gorąco rekomenduję wspaniale napisaną, bogatą opowieść Aleksandry Richie o Berlinie. Czytajcie i jedźcie do Berlina. Niedaleko i fascynująco. Czekam na drugi tom tej opowieści, obejmujący czas po 1928 roku.
Aleksandra Richie – „Berlin. Metropolia Fausta”, tom. 1, przekł. Zofia Kunert, wyd. WAB, Warszawa 2016, str. 591, 978-83-280-2109-9

Dzień klimatycznego protestu

Tłumy ludzi na ulicach w metropoliach na wszystkich zamieszkanych kontynentach świata, starcia z policją, żądania natychmiastowej zmiany polityki. Tak wyglądał globalny dzień gniewu, zorganizowany przez sieć Extinction Rebellion.

Powstrzymać zmiany klimatyczne, ocalić planetę i ludzkość, wymuszając na politykach podjęcie działań – to hasła i cele ruchu zrzeszającego setki tysięcy ludzi na całym świecie, podejmujących w porozumieniu sieciowym wspólne działania na rzecz uratowania Ziemi przez postępującą apokalipsą.
Od Berlina, przez Amsterdam, Paryż, Londyn, Nowy Jork, Tokio, Los Angeles, aż po Sydney, łącznie w ponad 60 miastach trwały wczoraj i dziś protesty przeciwko bierności polityków w zakresie walki ze zmianami klimatycznymi.
Niektóre demonstracje stanowią mocną manifestację gniewu. Policja zatrzymała kilkaset osób. W Londynie protestujący zamknęli się w samochodach, zablokowali most i kilka ulic w dzielnicy Westminster, gdzie mieszczą się budynki rządowe. Z kolei przed siedzibą ministerstwa obrony odbyła się pikieta. W ciągu dnia planowane są podobne blokady w pobliżu siedziby parlamentu i na Trafalgar Square, jak również siedząca manifestacja na lotnisku London City. Według szacunków aktywistów demonstracje w brytyjskiej stolicy będą pięć razy liczniejsze niż te, które miały miejsce w kwietniu. Spodziewają się, że w ciągu dwóch tygodni protestów w Londynie weźmie w nich udział ok. 30 tys. osób. Londyńska policja próbuje zastraszyć uczestników. Poinformowała o zmobilizowaniu tysięcy dodatkowych funkcjonariuszy w związku i zapowiedziała, że każdy, kto złamie prawo, nawet podczas pokojowych demonstracji, musi się liczyć z aresztowaniem.
Mocne „nie” obecnej polityce napłynęło również z niemieckiej stolicy. Klimatyczni aktywiści rozpoczęli blokadę jednego z głównych rond w centrum Berlina wokół Kolumny Zwycięstwa (Siegessaeule) w parku Tiergarten. Domagają się od rządu zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu. Na wiecu planowanie jest m.in. przemówienie aktywistki transportującej migrantów z Morza Śródziemnego do Europy Caroli Rackete.
– Przeszkadzamy, bo nie widzimy innej możliwości wymuszenia przeprowadzenia głębokiej i powszechnej zmiany, która zapobiegłaby zmianom klimatu. Polityka klimatyczna rządu poniosła fiasko: lasy płoną, podnosi się poziom oceanów, dzikie zwierzęta masowo wymierają. Ludzkości grozi zagłada – tłumaczyła poniedziałkową blokadę w Berlinie Eva Escosa-Jung, jedna z działaczek grupy.
Ludzie widzą, że demonstracje nie wystarczą i należy sięgnąć po poważniejsze środki – mówiła Annemarie Botzki, rzeczniczka aktywistów – rzeczniczka niemieckiej Extinction Rebellion – Rząd musi działać natychmiast, żeby powstrzymać wymieranie i do 2025 roku osiągnąć zerowe emisje CO2 netto. Rząd powinien ogłosić klimatyczny stan wyjątkowy i zwołać zgromadzenie obywatelskie, które opracuje konkretne działania mające przeciwdziałać katastrofie klimatycznej – dodała.

Pierwsze powstanie

65 lat temu, zaledwie cztery lata po proklamowaniu NRD, powstałej w odpowiedzi na utworzenie przez mocarstwa zachodnie Niemieckiej Republiki Federalnej, 17 czerwca 1953 roku w Niemczech Wschodnich doszło do krwawych zaburzeń i strajków. Był to pierwszy buntowniczy zryw ludności w krajach demokracji ludowej. Na mapie historii najnowszej to wydarzenie pozostawało długo białą plamą, ponieważ w NRD wracano do tematu niechętnie, wstydliwie, a jeżeli już, to poprzestawano w lakonicznych tekstach, w dodatku rażąco upraszczających fakty. Z kolei historykom i publicystom PRL nie wypadało wersji tej kwestionować. Szczególnie, że sami nie byliśmy lepsi w opisie aktualnych, dramatycznych zrywów własnej ludności.

 

Warto przypomnieć głośne przed 65 laty tragiczne zdarzenie. Decyzją Rady Ministrów NRD z 28 maja 1953 r., wprowadzono w gospodarce wyższe normy pracy. Decyzja ta kłóciła się z ogłoszoną niemal równolegle (11 czerwca) polityką „nowego kursu”. Wezwano przywódców NRD 5 czerwca do Moskwy, skąd wrócili po trzech dniach z nakazem szybkiego złagodzenia stalinowskiego kursu „przyspieszonej budowy socjalizmu”, ogłoszonego latem 1952 roku. Po powrocie zapowiadano szereg odwilżowych, liberalnych ułatwień w codziennym bytowaniu ludności, obiecano podjęcie reformatorskich kroków w zarządzaniu państwem. Echo wywołała także zapowiedź rewizji wyroków w procesach politycznych, która obudziła nadzieję na otwarcie w kierunku demokratyzacji. Być może władze sądziły, że to ułatwi przełknięcie podwyższenia norm. Prawdopodobnie obietnica liberalizacji w połączeniu ze śmiercią Stalina i wywołaną tym przejściową dezorientacją polityczną tak w Moskwie, jak w Berlinie, w jakimś stopniu ośmieliły ludność do wyjścia na ulicę.

 

Bunt robotniczej arystokracji

Pierwsi, już 15 czerwca, zaprotestowali w kilku punktach Berlina i przerwali pracę robotnicy budowlani. Była to wówczas arystokracja robotnicza, najbardziej świadoma swojej wartości i dobrze zorganizowana grupa zawodowa. Poza przerwaniem pracy, skierowano pismo protestacyjne do premiera Otto Grotewohla, a 16 czerwca manifestacja budowlanych, do których dołączyli liczni przechodnie, przemaszerowała centralnymi ulicami miasta pod siedzibę Rady Ministrów. Po drodze pochód zatrzymał się przed gmachem centrali związkowej FDGB, jednakże żaden z funkcjonariuszy związkowych nie wyszedł, by porozmawiać z protestującymi. Zamknięte drzwi zastano także w Urzędzie Rady Ministrów, nadaremnie domagając się spotkania z Grotewohlem bądź 1. sekretarzem SED, Walterem Ulbrichtem. W końcu do tłumu wyszli (nie wiadomo, czy z własnej inicjatywy, czy delegowani) działacze partyjni nie najwyższego szczebla: sekretarz berlińskiej organizacji partyjnej Heinz Brandt oraz profesor Uniwersytetu Humboldta, znany późniejszy dysydent, Robert Havemann. Obiecali odwołanie zwiększonych norm, ale czy ich ustne zapewnienia mogły uspokoić nastroje?

Władze oficjalnie i jednoznacznie wycofały się z tej decyzji w komunikacie z 17 czerwca, ale było już za późno, by zapanować nad sytuacją; w międzyczasie zgłoszone zostały nowe żądania i pretensje. Góra partyjna i związkowa popełniły błąd, z którego później również w innych krajach demokracji ludowej nie wyciągnięto żadnej nauki. Zamiast błyskawicznie zareagować na pierwszy sygnał niezadowolenia, ociągały się z wysłuchaniem protestujących. W końcu zdobyły się na ogłoszenie suchego komunikatu, nadal nie kwapiąc się do bezpośrednich rozmów z przedstawicielami wzburzonej ulicy.

Od rana 17 czerwca robotniczy bunt zaczął rozlewać się na całą NRD. Zastrajkowało ok. 600 zakładów pracy, tj. około pół miliona zatrudnionych. Do strajku generalnego było zatem jeszcze daleko. Nie doszło do niego głównie dlatego, że władza zastosowała środki siłowe, tłumiąc rozruchy przede wszystkim przy użyciu jednostek wojsk radzieckich. Lokalne niepokoje o różnym stopniu natężenia miały miejsce w ok.400 miejscowościach. Na tradycyjnych terenach przemysłowych wokół Halle, Lipska, Cottbus, Gery, Magdeburga były nawet silniejsze, niż w samym Berlinie. W niektórych rejonach do protestujących przyłączyli się także chłopi. Zrywanie emblematów partyjnych, państwowych, haseł państwowo-twórczych, niszczenie portretów przywódców nie należało do rzadkości. Protestujący wdarli się do ok. 140 budynków partyjnych bądź związkowych, administracji państwowej i policji. W dziewięciu przypadkach szturmowano nawet więzienia, uwalniając ok. 1300 więźniów, nie tylko politycznych. W pojedynczych przypadkach doszło również do podpaleń.

 

Spontaniczne i nieskoordynowane

Demonstracjom brakowało jednak „jasno określonych celów” – jak czytamy w jednym z posthoneckerowskich opracowań. Wybuchały bez uprzedniego przygotowania, chaotycznie. Nie mniej chaotyczne były żądania niezadowolonych. Pośredni dowód, że zryw miał charakter spontaniczny, a nie spiskowy, jak to później usiłowano tłumaczyć propagandowo. Postulaty socjalne mieszały się z politycznymi, wśród których dość głośno rozlegało się żądanie ustąpienia rządu i przeprowadzenia wolnych wyborów. W tłumie padały okrzyki „Precz ze Szpicbródką!” (Ulbricht), „Rosjanie do domu!” (jeszcze przed wkroczeniem wojsk radzieckich do akcji). Czy krzyczeli tylko miejscowi czy także, lub głównie, zachodni berlińczycy, trudno powiedzieć. Rosjanie początkowo czuli się zdezorientowani, zakłopotani, wykazywali powściągliwość. „Ulbricht prosił Rosjan o interwencję, lecz ci początkowo nie chcieli się angażować. To wasza sprawa – mówili. Dopiero za pośrednictwem Moskwy Ulbricht spowodował, że jednak wkroczyli”. Dodam, że władze NRD szukały wsparcia u Rosjan nie tylko dlatego, że własne, nie okrzepłe jeszcze siły policyjne były słabe. Nie było pewności, czy można zaufać policji, czy w godzinie próby niektóre jednostki nie przejdą na stronę demonstrantów lub zachowają bierność.

 

Czołgi na ulicach

Jednostki radzieckie pojawiły się na ulicach Berlina 17 czerwca, po wprowadzeniu przez komendanturę radziecką o godz. 13.00 stanu wyjątkowego, ogłoszonego także w kilku innych miastach. Demonstracje szybko rozpraszano, strzelając ostrą amunicją. Ehrhart Neubert autor blisko 1000-stronicowej pracy o opozycji w NRD, nie podając źródeł, utrzymuje, że z powodu odmowy wykonania rozkazu rozstrzelano 40 żołnierzy. Władze wojskowe przyznały się jedynie do siedmiu takich przypadków. Rosjanie zapewne byli zaskoczeni, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego mają strzelać do bezbronnej ludności sojuszniczego, bratniego państwa, Wojsko włączono przecież do akcji niespodziewanie, bez żadnego przygotowania, niejako z marszu.
Radzieccy komendanci wydali m.in. rozkaz publicznej egzekucji kilku cywilów, w tym mieszkańca Berlina Zachodniego, Willy Gottlinga. Między dzielnicami miasta istniał swobodny przepływ ludności. Granice NRD zamknęła dopiero 13 sierpnia 1961 roku. Ostatnie strajki wygasły 20 czerwca. Bilans ofiar to co najmniej 50 ofiar śmiertelnych wśród demonstrantów i 10 zabitych policjantów. Liczba rannych szła w setki. Jeszcze bardziej bolesne dla uczestników bądź sympatyków powstania były represje po jego zdławieniu. Aresztowano około 6 tys. osób, z czego 1/3 wkrótce zwolniono, choć zapewne fakt zatrzymania odnotowano w ich aktach personalnych. Wśród aresztowanych było 3500 robotników i ok. 1800 pracowników umysłowych, chłopów i rzemieślników. Charakterystyczną cechą powstania, które stopniowo przekształcało się w wotum nieufności dla panującego reżimu, była nieobecność wśród demonstrantów środowisk inteligenckich i intelektualnych. Częste były przypadki deklarowania z ich strony poparcia dla władz.

 

Stali z boku

Zdławienie ulicznego zrywu spotęgowało falę ucieczek do Berlina Zachodniego. Kilka tysięcy osób oddało legitymacje partyjne, setki osób wykluczono z partii, a w instytucjach państwowych i na uczelniach doszło do czystek personalnych. Najwyżej postawioną ofiarą tych czystek był socjaldemokrata, minister sprawiedliwości Max Fechner, który nie obronił się przed zarzutem niedopuszczalnej w początkowym okresie powściągliwości organów ścigania. Został nie tylko usunięty z SED, ale i skazany na karę więzienia.
Kościół ewangelicki stał na uboczu zrywu ulicznego i bolesnych jego konsekwencji, a nawet odradzał udział w demonstracjach. Po przegranej, w kołach kościelnych mówiono o bezcelowości wszelkiego sprzeciwu i opozycji, bo władzy się nie pokona.

W NRD unikano przypominania daty 17 czerwca. Gdy już trzeba było ją zauważyć, mówiono o inspirowanym przez Zachód puczu. Wersję tę przyjęli nawet tak szanowani intelektualiści, jak: Anna Seghers, Bertolt Brecht, Stefan Heym, Erich Loest. Późniejszy znany dysydent, prof. Robert Havemann jeszcze długie lata twierdził, że w powstaniu miały swój udział elementy faszystowskie. W przeciwieństwie do wykładni SED, intelektualiści nie byli jednak bezkrytyczni i wskazywali na wewnętrzne, uzasadnione przyczyny niezadowolenia. Erich Honecker, w wydanej w 1980 r., liczącej 500 stron autobiografii „Aus meinem Leben”, kwituje 17 czerwca jakby mimochodem, w kilkudziesięciu zdaniach:

„Błędem okazało się przede wszystkim podwyższenie w sposób administracyjny norm. Wśród robotników wywołało to niezadowolenie. Ich zaufanie do partii i rządu uległo zakłóceniu. Na początku czerwca 1953 KC SED i Rada Ministrów podjęły kroki zmierzające do skorygowania błędnych decyzji, ustabilizowania gospodarki i poprawy poziomu życia ludzi pracy. Zanim jednak decyzje te mogły wejść w życie, uderzył przeciwnik. 17 czerwca 1953 w Berlinie i w kilku innych miastach doszło do przerwania pracy i do demonstracji. Wrogowie socjalizmu wykorzystali niezadowolenie pracujących, żeby podjąć próbę kontrrewolucyjnego puczu, od dawna przygotowywanego przez imperialistyczne wywiady i centrale agentów. Do oczekiwanego przez nich «strajku generalnego» jednak nie doszło. Gdy robotnicy zorientowali się, że kontrrewolucyjni prowokatorzy szaleją jak faszyści, szybko odcięli się od nich. W wielu zakładach zdecydowanie przeciwstawili się podżegaczom. Do akcji wkroczyły zbrojne organa NRD, wspierane przez stacjonujące w NRD radzieckie siły zbrojne. Przesądziło to o szybkim załamaniu się prób puczystów. Ugaszono potencjalne źródło kryzysu jako zapalnika konfliktów militarnych w centrum Europy”. Tak myślał Honecker jeszcze w 1980 roku.

 

Ponad strefami

Źródła zachodnie oceniają obecność zachodnich berlińczyków znacznie skromniej. W publikacji Ehrharta Neuberta znajdujemy podsumowanie: „W demonstracjach licznie uczestniczyli zachodnioberliczycy, którzy w większej liczbie napłynęli do sektora wschodniego, by wesprzeć demonstrantów. (…) małe ugrupowania polityczne wspierały propagandowo rewoltę z terenu Berlina Zachodniego, a media RFN i BZ odegrały dużą rolę w przekazywaniu informacji o rozruchach. Również ze strony odpowiedzialnych polityków nie brak było oświadczeń i deklaracji solidarności, jak również krytyki działań militarnych”. Autor nie uważa jednak, żeby mieszkańcy Berlina Zachodniego byli siłą sprawczą powstania. Dodam, że protesty poza Berlinem odbywały się już bez ich udziału, bo swoboda poruszania się istniała tylko w samym Berlinie.

Heiner Müller, naoczny świadek wydarzeń 17 czerwca, zanotował: „Przyłączyli się do manifestujących młodzi z Berlina Zachodniego. Liczne kolumny rowerzystów wmieszały się w tłum. Centralnym polem starć stał się Potsdamer Platz. Oczywiście, z całą pewnością również Zachód tutaj mieszał, to jasne, aczkolwiek zapewne nie tak skrajnie, jak to przedstawia Stefan Heym w swej książce. Pewne wydarzenia ukazał on wszakże trafnie. Nie ma się czemu dziwić, bo kto jak kto, ale on wie, co to jest CIA.” Radio było wówczas jedynym masowym łącznikiem między ludźmi, bo telewizja stawiała dopiero pierwsze kroki. W RFN zarejestrowanych było zaledwie 10 tysięcy telewizorów, a w NRD chyba nie było ani jednego.

Wyciągając wnioski z międzysojuszniczych uzgodnień, alianci zachodni w Berlinie od początku zachowali rezerwę wobec zaburzeń we wschodnim sektorze. Brytyjska policja wojskowa rozpraszała na granicy swego sektora większe zgromadzenia zachodnich berlińczyków. Podobnie postępowała policja amerykańska. Ponadto Amerykanie nie dopuścili do przekazania przez RIAS (amerykańska rozgłośnia radiowa) wezwania do strajku generalnego w NRD. Po zdławieniu buntu zorganizowali pomoc żywnościową dla ludności.

Świadome lekcji udzielonej 17 czerwca, władze NRD wytargowały od Moskwy tolerowanie bardziej liberalnego kursu, a także deklarację rządu radzieckiego z sierpnia 1953 r. o rezygnacji z wszelkich dalszych reparacji ze wschodniej strefy. W te same ślady poszła Polska. Zatroszczono się także bardziej o podniesienie stopy życiowej, o bogatszą ofertę towarów konsumpcyjnych, podwyższono świadczenia socjalne, złagodzono naciski na rolników i sektor prywatny w mieście. Jednocześnie w zakładach pracy zaczęto tworzyć bojówki partyjne. tzw. Kampfgruppen.
Na pierwszy krwawy zryw ludności w krajach demokracji ludowej Zachód zareagował sygnałem, że nie zamierza interweniować. Pozostał tej postawie konsekwentnie wierny, aż do rozpadu socjalistycznej wspólnoty.

 

List

Sensacją, która utrwaliła się w annałach historycznych, była postawa jaką zajął wobec buntu w NRD Bertolt Brecht /1898-1956/ niemiecki dramatopisarz, poeta, teoretyk teatru światowej sławy, autor m.in.: „Opera za trzy grosze”, „Matka Courage i jej dzieci”. Lewicujący, lecz nie wstąpił do rządzącej SED. Po pierwszym sygnale buntu Brecht skierował pisma do szefa Partii Waltera Ulbrichta, premiera Otto Grothewohla i do ambasadora ZSRR Władimira Semionowa, opatrzone zastrzeżeniami i wątpliwościami. List do Ulbrichta opublikował organ SED „Neues Deutschland” dopiero 21 czerwca, kiedy powstanie już dogorywało. Tekst, generalnie akceptujący kroki reżimu, dziennik ocenzurował usuwając zdanie „Obejmująca szeroką wymianę zdań rozmowa z masami co do tempa budowy socjalizmu, spowoduje usunięcie braków i zabezpieczy zdobycze socjalizmu”. Wydrukowano jedynie „Czuję potrzebę wyrazić w aktualnej sytuacji moją więź z SLD”.

Po zdławieniu powstania sekretarz Stowarzyszenia Pisarzy Kurt Barthel polecił rozprowadzać w Alei Stalina /tam zaczął się bunt budowlańców/ ulotki ze zdaniem: „Naród roztrwonił zaufanie rządu które może przywrócić tylko zdwojoną pracą”.

Brecht zareplikował wierszem „Lösung” (rozwiązanie), w którym znalazło się głośne później zdanie: „Czy nie byłoby lepiej, prościej zdecydować, że rząd rozwiąże sobie naród i wybierze nowy?”

W Polsce, czyli nigdzie. Tymczasem w Europie

Pod naciskiem pisowskich fanatyków i nieuków z Zamościa, usunięto (lub zamierza się usunąć z fasady jednej z kamienic tego miasta – trudno nadążyć za skalą i tempem ich głupoty), na mocy tzw. ustawy dekomunizacyjnej, tablicę upamiętniającą miejsce urodzin Róży Luksemburg. Ta wybitna polska socjaldemokratka (SdKPiL) żydowskiego pochodzenia jest postacią, która ma poczesne miejsce we wszystkich europejskich, szkolnych podręcznikach historii nie tylko lewicy, ale także historii powszechnej. Tylko nie w polskich. Z kolei na naukową konferencję o Karolu Marksie w nadbałtyckim Pobierowie nasłano niedawno policję.

 

Podczas berlińskiej tzw. rewolucji Spartakusa w 1919 roku Luksemburg została zamordowana (wraz z Karlem Liebknechtem), w parku Tiergarten przez grupę reakcyjnych niemieckich oficerów, którzy wrzucili jej ciało do pobliskiego Landwehrkanal (śródmiejski kanał wodny). Właśnie dokładnie w tym miejscu, tuż obok Lichtensteinbrücke (mostu Lichtenstein), metalowe litery jej z jej imieniem i nazwiskiem posadowione zostały na metalowym cokole. Jednak, jako się rzekło, podczas gdy Niemcy i Europa pamiętają o wielkiej Róży, honorują jej miejsce w historii i mają dla niej co najmniej szacunek, dla pisowskich aparatczyków polsko-niemiecka komunistka żydowskiego pochodzenia, która podawała w wątpliwość celowość obudowywania państw narodowych, w tym Polski (tzw. luksemburgizm) jest postacią nienawistną. Na dźwięk jej imienia i nazwiska zawołali więc „A kysz!”

Z kolei niedaleko od słynnego Aleksanderplatz z monumentalną wieżą telewizyjną, będącą jednym z emblematów Berlina, można zobaczyć dubeltowy, figuralny pomnik Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. To właśnie nazwisko pierwszego z nich zmobilizowało polską policję, kierowaną przez pisowski rząd, by zamiast ścigać przestępców, zajęła się represjonowaniem spokojnych filozofów z Uniwersytetu Szczecińskiego i ich gości. To samo zapewne spotkałoby historyków, gdyby zorganizowali konferencję poświęconą Róży Luksemburg lub Julianowi Marchlewskiemu, innemu wybitnemu działaczowi polskiej, niemieckiej i europejskiej lewicy, który jest patronem jednej z ulic we wschodniej części Berlina (Marchlewskistrasse).

Jak zatem widać, Polska pod rządami PiS pogrąża się w odmętach klerykalno-nacjonalistycznego błocka i coraz bardziej rozmija się z czuciem, myśleniem i ideami cywilizowanej Europy. Polsce bliżej już raczej do klimatu mentalnego rodem z innej berlińskiej historii, z roku 1906, tym razem groteskowej, w której główną rolę odegrał tzw. kapitan z Köpenick. Ten przebrany za oficera bezrobotny szewc nazwiskiem Voigt aresztował burmistrza naówczas podberlińskiego miasteczka, (dziś wschodniej dzielnicy miasta), wykorzystując ślepy pruski szacunek dla munduru. Kto wie czego mógłby dziś dokonać w Polsce ktoś, kto pragnąc podstępem wymusić jakąś administracyjną decyzję, podałby się fałszywie za pisowskiego aparatczyka…

Kilka uwag prosto z Berlina

Gorzki haust ożywczego powietrza.

 

„O, wie gut ist die berliner Luft, Luft,Luft” jak dobre jest berlińskie powietrze, brzmiały słowa piosenki kabaretowej z lat trzydziestych. Powietrze berlińskie, rozumiane dosłownie, nie jest już zapewne tak dobre jak wtedy, ale od warszawskiego na pewno lepsze, i chemicznie i w przenośni. Zyskiem jest już samo to, że oddychając nim można odpocząć od PiS, ONR, biskupów, miesiączek smoleńskich i całego tego koszmarnego pierdolnika polskiego, być kilka chwil z dala od durnego, kołtuńskiego kraju, jak go trafnie określił Antoni Szpak.
Oczywiście, w epoce internetu można niby mieć to wszystko w każdej chwili, na wyciągnięcie ręki, ale mnie chroni od tej łatwości mój technologiczny analfabetyzm, który każdą tego rodzaju czynność czyni trudną i dolegliwą, więc szybko odstępuje od denerwujących prób obserwowania polskiej neurozy codziennej za pomocą Sieci. Znacznie lepiej czuję się w moim starym dobrym żywiole, czyli w wielogodzinnych pieszych wędrówkach, tym razem po Berlinie. A te dostarczają oczywiście, jak wszystkie podróże i wędrówki, wielu nauk i wrażeń.

 

Kraj bez politycznych egzorcyzmów

Ograniczę się tylko, i to w telegraficznym skrócie do dwóch z nich. Pierwsza jakoś przewrotnie, na odwyrtkę, kontrastowo, rymuje się z polskimi perypetiami z dekomunizacją. Prawicowi hunwejbini polscy chcieliby zniszczyć i zatrzeć wszystko, co wiąże się z poprzednim ustrojem, realnym socjalizmem. Miał on bez wątpienia swoje ciemne strony, to nie ulega wątpliwości, ale człowiek, który pamięta tamte czasy, a zanurzony w ciężkich kłopotach i niepokojach współczesności może coraz częściej myśleć o tamtych czasach znacznie cieplej niż myślał wtedy, przed sławetną zmianą i falą głupoty, wniesioną w polskie życie przez Solidarność i kler katolicki. Ale prawicowi hunwejbini polscy podbechtywani przez arcyszkodliwą organizację IPN, którzy dzialają w oszalałym amoku, na wszelkie próby przemówienia im do resztek rozumu odpowiadają, że „komunizm w Polsce był tak straszny”, że trzeba wyniszczyć wszystkie pamiątki po nim. Wikłają się tym jednak w sprzeczność. Skoro komunizm będzie wygumkowany, to gdzie miejsce na legendę walki z nim?
Tymczasem Niemcy, w tym berlińczycy, doświadczyli go przecież w znacznie bardziej hardkorowej postaci, której symbolem jest choćby STASI, a mimo to nie przeszkadza im ani mauzoleum chwały gwałcącej niemieckie kobiety Armii Czerwonej, mauzoleum z czołgami, czerwonymi gwiazdami i lśniącymi od złota godłami przy alei 17 Czerwca, ani aleje, ulice i place Karola Marksa, Fryderyka Engelsa, Włodzimierza Lenina, Róży Luxemburg czy Karola Liebknechta, a w największym parku berlińskim, w Tiergarten, stoi pomnik autora „Kapitału”. Nieopodal ulicy przy której mieszkam, mieści się gimnazjum imienia Fryderyka Engelsa i jakoś nikomu to nie przeszkadza. A przecież nikt tu nie uprawia bałwochwalczego kultu tych wybitnych skądinąd postaci, nikt nie urządza na ich cześć stalinowskich wieców, tyle że tu traktuje się historię jako pewnego rodzaju opowieść, która, aby była jasna i zrozumiała, musi mieć kształt nawarstwiąjącego się tortu, drzewa w przekroju, ze słojami, które mówią o jego metryce i nadają mu specyficzną urodę, o której sensie musi stanowić ciągłość. I nie może być co rusz, jak w Polsce, rozszarpywana na strzępy przez ideologicznych opętańców.

 

Kraj Hegla czyli kapusta kapuście nierówna

Jak w jednej ze swoich pieśni chełpił się Przemysław Gintrowski, nieżyjący już bard polskiego, sentymentalnego patriotyzmu czy, jak kto woli, nacjonalizmu, jednego z najgorszych wytworów, a raczej nowotworów chorej polskiej tzw duchowości, „nie czytaliśmy Hegla jaśnie panie, dla nas psałterz, groch i kapusta, i od czasu do czasu powstanie”. Nie mam nic do kapusty, w tym kiszonej, bo to i w Niemczech dodatek do licznych potraw, w tym klasycznego wursta czyli pieczonej kiełbasy, ale jak się okazuje, kapusta kapuście nierówna.

 

Wilhelm Friedrich Hegel, intelektualny guru i filozoficzny przodek Marksa

uczył, że historia, ujmując rzecz najprościej, formuje się według zasady dialektyki czyli nieustannego ścierania się i walki przeciwieństw, że z konfrontacji tezy i antytezy wyłania się synteza czyli nowa jakość, która staje się podstawą nowej rzeczywistości i nowych szlaków ludzkiej egzystencji. Co prawda późniejsza historia podważyła heglowski optymizm i wiarę w to, że z tego ścierania się przeciwności wyłania się, a przynajmniej prosto się wyłania, lepszy świat i że zmierzamy do mądrego porządku, który ucieleśni się w wyczekiwanym doskonałym duchu (Geist), ale reguła ucierania się przeciwieństw jako drogi, którą podąża świat, pozostaje kanonem logicznej i światłej myśli ludzkiej niemal na równi z tabliczką mnożenia i innymi regułami matematyki. I to pomimo tego, że opętani, fanatyczni komiwojażerowie nowej reakcji religijnej, tym razem nie pozostającej w tyle technologicznie, chcą dziedzictwo Oświecenia zastąpić jakimś nowym średniowieczem i nie ustają w żarliwych wysiłkach na rzecz zbudowania nowego piekła w imię Boże. Ta kleronacjonalistyczna reakcja ma dziś w Polsce jeden z najsilniejszych przyczółków w skali europejskiej a może i światowej. Wstydzę się z tego powodu i dlatego bardzo kameralny, nie związany z licznymi kontaktami charakter mojego berlińskiego pobytu, nie zmuszający mnie do tłumaczenia się za swój kraj, poczytuję sobie za komfort.

 

Berliński spokój i warszawskie parademarsze

Po drugie, propaganda PiS i jego medialnych doboszów usilnie dąży do stworzenia wrażenia, jakoby pod obecnymi rządami Polska była nie tylko krajem cudu gospodarczego i powszechnego dostatku, lecz także spokoju i poczucia bezpieczeństwa jako m.in. rezultatu niewpuszczania tu uchodźców. A jednak, mimo dużej oczywiście w Berlinie liczby uchodźców z Azji, Afryki oraz tureckich imigrantów osadzonych tu od wielu lat i mimo tego, że jest on miastem większym od Warszawy, atmosfera ulicy jest tu znacznie spokojniejsza, cichsza od tej, której doświadczamy w nerwowej, agresywnej, histerycznej, jakby owładniętej ADHD rzeczywistości Warszawy. I bez akompaniamentu wrzasków pisowskich aparatczyków, wydzierających się jak stare przescieradło albo jak Szydło, pachnące raczej szalejem niz rosołem. Ciszej tu i dosłownie i w przenośni. Jak widać, nawet imigranci na spółkę z Marksem, Engelsem i Leninem oraz czerwonoarmiejcami nie przeszkadzają tu żyć w miarę spokojnie, jak na skalę miasta nad Sprewą, i w miarę godziwie. Tu na ludzkich twarzach widać i w powietrzu ulicy czuć te błogosławione cechy starej dobrej, powojennej Europy zachodniej, która wyciągnęła wnioski z krwawej przeszłości i rozrzedziła ciśnienie twardych, w tym nacjonalistycznych i religianckich tożsamości, będące źródłem tylu nieszczęść, a do których wraca teraz pisowska Polska. Ta, tkwiąca w rozwibrowaniu i gorączce rozpętanej nad Wisłą przez kleronacjonalistów, jawi się z berlińskiej perspektywy jeszcze bardziej, prawem kontrastu, nieprzyjemnie niż gdy się tkwi na co dzień w trąbie polskiego cyklonu i wariactwa. Stąd dotkliwiej widać w jakim gównie brodzimy tam, w kraju, oddalonym zaledwie o miedzę. Mimo więc początkowej deklaracji o chwili wytchnienia od polskiego piekła, spędziłem te berlińskie dni z towarzyszącym mi w tyle głowy uczuciem wstydu i zazdrości. A zaskakujący paradoks tej sytuacji polega także na tym, że schronieniem dobrych, także owych miękkich wartości starej, dobrej, powojennej Europy, choćby i nieco idealizowanej, jest wlaśnie Berlin, historyczna kolebka pruskiego, szowinistycznego nacjonalizmu, który przez tyle stuleci, od Wielkiego Fryca do Hitlera, huczał podczas parademarszów od łoskotu podkutych, wojskowych butów. Dziś, o ironio historii, hałaśliwe i butne parademarsze odbywają sie w Warszawie.