Sushi con carne

TVP cieszy się z 30 lecia Grupy Wyszehradzkiej. W Krakowie odbyły się huczne obchody, a władza podkreśla jaką to niesamowitą czwórkę grupa stanowi i jak pcha nas ku świetlanej przyszłości.
Bzdura to jest. V4 wymyślono kiedyś, żeby razem wejść do NATO i Unii. Polska była prawie dwa razy większa niż pozostałe kraje. Siłą rzeczy uchodziła za lidera. Tyle, że całość konceptu zdechła szybciej niż urosła. Słowacją zawładnął autokrata Vladimir Meciar i przez lata 90. skutecznie odstraszał od tego by wraz z nim coś na arenie międzynarodowej kombinować. Potem była epoka eurosceptycznego prezydenta Czech Klausa, za którego czasów Polska i Czechy stały się dla siebie potężnymi wspólnikami gospodarczymi, co zamiast cieszyć Czechów zaczęło wywoływać w nich niechęć do polskich produktów. Kolejny prezydent Czech Zeman miłością do Polski też nie pałał. Tak jak i aktualny prezydent Babis.
Ten ostatni tak u siebie w kraju jak i w Unii jest postrzegany jako aferał gospodarczy. Jak cywilizowany Świat postrzega Orbana i rządzący Polską PiS też wiadomo. Słowacja po swoich aferach korupcyjnych nie może się otrząsnąć nawet wewnątrz o polityce międzynarodowej nie wspominając.
Po wygranej PiS w 2015 r. Wyszehrad stał się narzędziem Orbana. Debilizm polityki zagranicznej PiS to spowodował. Dzięki światłemu przywództwu wodza Węgier Zachód Europy nie tyle boi się naszej czwórki, co się z niej śmieje. Głównie zaś z tego, że oficjalna retoryka V4 sprowadza się do krytyki Berlina, zaś każdy z krajów przebiera nogami za niemieckim kapitałem. Dzięki czemu V4 to dziś schizofreniczna banda dowodzona przez autorytarystów, stanowiąca ekonomiczną kolonię Republiki Federalnej.

Jeszcze śmieszniej, choć o niebo tragiczniej ma Mjanma. Znana większości jako Birma, a niektórym jako Syjam. Ten od bliźniąt, a nie os syjonistów. Całe dziesięciolecia rządzili tam wojskowi. Oni byli tymi złymi. Dobra była laureatka pokojowego Nobla pani Aung San Suu Kyi.
W związku z tym częściej siedziała w areszcie domowym, niż była wolna. W końcu jednak generałowie doszli do wniosku, że warto się otworzyć na świat, bo dzięki temu można zarobić i wysłać dzieci na dobre uczelnie.
Strony konfliktu politycznego dogadały się zatem. Pani San Suu Kyi miała się nie wtrącać do wojska i dzięki temu mogła być premierem. Była zatem parę ładnych lat. Przez które dla świata stła się tą złą. Z powodu ludu Rohinja, którego z woli narodu Mjanny musiała się pozbyć wyganiając setki tysięcy ludzi z dnia na dzień za granicę. Świat przecierał na takie bestialstwo oczy ze zdumienia, a rada noblowska jęła się zastanawiać jak kobiecie odebrać jej laur.
Honor pani San Suu Kyi uratowała armia, która chwilę temu znów obaliła demokrację i zamknęła ex premier w areszcie domowym.
Junta mjanmańska przejęła władzę, bo podobnie jak Donald Trump postrzegała wybory, w których wystawiona przez wojsko partia przegrała, jako oszukane. Za prezydentem USA poza dziwnymi ludźmi spod Kapitolu, nie opowiedział się w Stanach nikt poważny. W Mjanmie wręcz przeciwnie. Po zdobyciu władzy wojsko nie za bardzo wie czego chce. Na pewno nie ma jednak zamiaru kooperować z Zachodem. Eksperci od tego zakątka świata śmieją się więc, że mająca pełne usta niezależności, niepodległości i wstawania z kolan Junta ma tylko jedno wyjście stać się jak Kambodża i Laos kolonią chińską. Taką ze wszystkimi atrybutami niezależności, z wyjątkiem gospodarki i polityki zagranicznej.

Sushi chce przestrzec przed oglądaniem TVN. Można to robić tylko wtedy, gdy się pamięta, że telewizja jest własnością amerykańskiego Discovery. Dzięki temu w każdym programie informacyjnym musi być o Stanach dobrze, a nawet doskonale. Najlepiej to obserwować po przedstawianiu reakcji zagranicznych na akcję „Media bez wyboru”. Najczęstszy komentarz jest taki, że Unia Europejska nie wsparła wolnych mediów, ograniczając się do zdawkowych wypowiedzi kilkorga brukselskich urzędników. Ale miłujące wolne słowo Stany to ho, ho. Dały PiS tak popalić, że Morawieckiemu, Dudzie i Kaczyńskiemu poszło w wpięty. Tezę tę udowadnia się potem przez pół godziny pokazując jak ten czy inny amerykański parlamentarzysta, który coś na ten temat powiedział lub napisał na Twitterze, jest ważny. Zabawne to tak samo jak udowadnianie , że głos niemieckiego deputowanego, czy nawet polskiego posła ma jakieś znaczenie międzynarodowe. Bo nie ma otóż. Liczą się tylko stanowiska szefów państw i ich MSZ-ów. I nawet TVN tego nie zmieni. Ale co sobie poopowiadają o wielkości kraju ich pracodawców, to ich.

Słodka herbata i gorzkie łzy

“Słodka herbata i gorzkie życie” to najnowszy polski dokument poświęcony największemu na świecie obozowi dla uchodźców w Cox Bazar w Bangladeszu. Zrealizowana przed wybuchem epidemii Covid-19 produkcja pokazuje życie uchodźców od kuchni. Ma na celu zapoznanie „człowieka – widza”, z „człowiekiem – uchodźcą”, ukazując ludzki aspekt problemu. Film powstał w wyniku zgodnej współpracy dziennikarskiej osób o różnych poglądach i wyznających różne wartości. Dokument jest całkowicie niezależny: został sfinansowany z prywatnych środków twórców, nie przez jakikolwiek rząd lub organizację. Jest też rozpowszechniany na wolnej licencji. Małgorzata Kulbaczewska-Figat rozmawia z Pawłem Bolkiem, jednym z twórców obrazu.

Materiał ma charakter informacyjny, a jednym z priorytetów przy jego tworzeniu było zachowanie wysokich standardów etycznego i obiektywnego dziennikarstwa. Film przypomina, że we współczesnym świecie każdy jego mieszkaniec, w wyniku niezależnych okoliczności może niespodziewanie stać się uchodźcą.
Uchodźcami Rohingya międzynarodowa opinia publiczna praktycznie przestała się interesować, ale przecież tak nie było zawsze. Kilka lat temu o ich tragedii powstawały artykuły w największych mediach na świecie. Dlaczego po tej pierwotnej fali zainteresowania, czy wręcz oburzenia, w tej chwili temat już nie istnieje?
Wygnanie Rohingya z Birmy, na oczach międzynarodowej społeczności i to w XXI wieku było szokujące, samo przez się musiało wywołać jakiś rodzaj międzynarodowej reakcji. Niestety była ona typowa dla współczesnego świata Zachodu – medialny szum i oburzenie, szczypta wyrazów dyplomatycznej dezaprobaty, może jakieś nakładki na zdjęcie na Facebooku, lecz nie poszła za tym realna pomoc. Wiadomość o tragedii na Półwyspie Teknaf, o którym mało kto słyszał, szybko zniknęła pośród medialnego natłoku informacji.
Dzisiejsze milczenie jest też konsekwencją tego, że nikt nie powstrzymał jednego z uznawanych na arenie międzynarodowej rządów, gdy ten używał aparatu państwowego do wygnania grupy etnicznej, rabunku ich majątku i zastraszenia tych ludzi, do czego wykorzystano sprawdzoną metodę gwałtów oraz morderstw.
Mówienie o Rohingya jest dla świata nie tylko wstydem, ale też się mediom nie opłaca, a jak coś się nie opłaca, to się tego nie robi. Reklamodawców bardziej interesuje nowa produkcja Big Brothera niż poruszanie tematu uchodźców. Należy dodać, że populistyczne rządy oraz skrajna prawica włożyły wiele wysiłku, aby zniszczyć „ludzki” wizerunek uchodźcy. Jest to kolejny dowód na to, że zła propaganda, oraz słowa mogą wyrządzać realną krzywdę realnym ludziom – i zawsze najbardziej obrywają ci najbardziej pokrzywdzeni – w tym wypadku okradzione rodziny, żyjące w błotach Cox Bazar.
Czy ci ludzie wiedzą, że mogą nigdy nie wrócić do Birmy? Próbują jakoś na nowo układać sobie życie?
W obozach panuje dziwna atmosfera. Miałem wrażenie, że jestem w najsmutniejszym miejscu na tej planecie. Uśmiechają się głównie dzieci, a najbardziej interesującym tematem rozmów są plotki na temat powrotu do domu. „Bo już ONZ się dogadał, zaraz wracamy, jeszcze tylko rok, może dwa”. Łudzą się zwłaszcza uchodźcy z ostatniej fali ucieczek oraz dzieci. Tych ostatnich rok rocznie na terenie obozów rodzi się ok. 100 000. Ciężko powiedzieć co się stanie, jeżeli ten stan rzeczy się utrzyma.
Co z tym robią władze Bangladeszu? Ile są w stanie realnie zrobić?
Sytuacja w Bangladeszu jest napięta. Wyrzuceni z Birmy uchodźcy zajęli czyjąś ziemię – oczywiście jej posiadacze, miejscowi rolnicy nie są z tego faktu zadowoleni, co wywołuje lokalne problemy. Uchodźcy są wykorzystywani jako najtańsza siła robocza, mają także miejsce sytuacje, w których dochodzi eksploatacji seksualnej handlu ludźmi. Rząd Bangladeszu został z problemem praktycznie sam i robi co może by zapobiec katastrofie humanitarnej. Wojsko wybudowało toalety, aby zapobiec epidemii, w podobozach pracuje personel medyczny. W samym Cox Bazar działają liczne organizacje pomocowe, a miejscowej administracji, o czym się przekonałem, zależy, by byt w obozach był jak najlepszy. Pamiętajmy, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i w rozmowach z ludźmi da się wyczuć jakieś poczucie wspólnoty, które nakazuje pomagać Rohingya pomimo własnego niedostatku.
Na miejscu działają UNHCR i UNCEF, pomaga też kilka krajów świata, Unia Europejska oraz wiele organizacji pozarządowych. Cała ta pomoc, w stosunku do skali problemu jest wysoce niewystarczająca i wymaga on rozwiązań systemowych.
Jak wygląda sytuacja w obozach obecnie, w czasie pandemii? Czy podjęto jakiekolwiek środki ochronne przeciwko szerzeniu się choroby?
Od kwietnia wjazd na teren obozów jest niemożliwy, pierwsze potwierdzone przypadki Covid-19 zanotowano w połowie maja. Sytuacja jest o tyle ciężka, że na terenie obozów mieszka wielu starszych i chorych ludzi, powszechnym problemem jest niedożywienie, brak leków, opieki medycznej, pieniędzy, ręczników, mydła, brak wszystkiego.
Oczywiście jakakolwiek izolacja oraz dystans społeczny w sytuacji, gdy w niewielkich szałasach gnieżdżą się wielodzietne rodziny, są fikcją. Tam od dawna szerzą się rozmaite paskudne choroby, i świat nie reaguje, Covid-19 jest kolejną z nich. Jak zwykle, w takich sytuacjach najbardziej cierpią najsłabsi.
W swoim artykule o Cox Bazar pisałeś: „Grupy terrorystyczne nie powstają w obozach dla uchodźców, lecz gdzieś w kręgach jakkolwiek pojmowanej władzy, nie zakładają ich biedacy, lecz możni”. Czy to znaczy, że ktoś próbuje wykorzystać tragedię Rohingya do własnych celów? Jakie grupy (i jacy sponsorzy tych grup) próbują prowadzić rekrutację w obozach, które odwiedziłeś?
To jest bardzo ciekawe zagadnienie. Z jednej strony, problem jest zbyt poważny, aby umiały sobie z nim poradzić rządy największych państw świata. Na utrzymanie rodzin uchodźców mają wystarczyć głodowe racje żywnościowe: ryż, dal i olej palmowy. Z drugiej zaś strony okazuje się, że są jacyś ludzie, którzy nie tylko mają pieniądze na „lewe papiery” i bilety lotnicze dla uchodźców, ale też na szkolenie, sprzęt, broń i utrzymanie ich rodzin. A przecież to nie są tanie rzeczy.
W obozach Rohingya nie spotkałem żadnego terrorysty, ciężko jest mi jednak nie odnieść wrażenia, że ludzka tragedia jest niezbędnym elementem przemysłu wojennego. Mężczyzna, który siedząc z dnia na dzień pije herbatę, nie robi nic i jest zależny od żywnościowej jałmużny dla swojej rodziny, zgodzi się na różne rzeczy – zwłaszcza gdy do tego dochodzi permanentna depresja i brak jakichkolwiek widoków na przyszłość.
Spotkałem terrorystę w muzułmańskim Sinciangu w Chinach w 2012 r. Ten pogubiony młody człowiek, pochodził z muzułmańskich nizin społecznych i odmienił swoje życie wyjeżdżając na stypendium do Arabii Saudyjskiej. Dzisiaj, po wojnie w Syrii, zapewne już nie żyje. Myślę, że wszędzie mechanizm może być podobny.
Kto skorzystał na tragedii Rohingya, na ich wypędzeniu z rodzinnych stron? Czy jest jakakolwiek szansa, by im tę krzywdę zadośćuczynić?
Moim zdaniem opcje są dwie. Albo powrót do Birmy i odzyskanie przez uchodźców obywatelstwa, plus ochrona ze strony sił pokojowych ONZ, czego pragną praktycznie wszyscy nowi uchodźcy. Albo pozostanie w Bangladeszu i uzyskanie tamtejszego obywatelstwa, czego życzyłoby sobie wielu starych uchodźców. Mówiąc „starych” mam na myśli tych, którzy uciekli wraz z pierwszymi prześladowaniami już w latach osiemdziesiątych XX wieku, poznali język bengalski i dawno utracili wiarę w możliwość powrotu do Birmy. Możliwa jest też opcja pośrednia. Wszystkie jednak wymagają poniesienia olbrzymich kosztów oraz interwencji społeczności międzynarodowe
Problemem jest, że na wypędzeniu skorzystali ci, którzy przejęli ziemię i zrabowane majątki, czyli buddyjscy obywatele Birmy. Buddyjski nacjonalizm i klerykalizm w Birmie to temat na osobny materiał, stanowi on zwyrodnienie wszystkich nauk, które swoim naśladowcom pozostawił Siddhartha Gautama. Współcześnie birmańska propaganda w jakiś sposób wytłumaczyła wygnanie Rohingya swoim obywatelom, ich powrót do kraju, dla ochrony ludności cywilnej, musiałby się więc wiązać ze wkroczeniem wspomnianych już błękitnych hełmów i z pociągnięciem winnych do odpowiedzialności. O tym marzą uchodźcy, ale czy zgodzą się na to Birmańczycy?
Jeżeli Rohinga mieliby z kolei zostać w Bangladeszu, to gdzie? Należałoby wybudować dla nich miasto wielkości Warszawy. Wraz z całą infrastrukturą i zakładami pracy. A to dopiero początek problemów.

Relokacja pod przymusem

Rządy Bangladeszu i Birmy (Mjanmy) porozumiały się w sprawie repatriacji mniejszości Rohingja. Od ubiegłego czwartku zaczęły się relokacje uciekinierów z powrotem do stanu Rakhine, który zamieszkiwali przed masakrą w sierpniu 2017. Większość uchodźców ma być przymusowo relokowana w tym tygodniu.

 

Dziennik „Guardian” pisze o 58-letnim mężczyźnie, mieszkańcu jednego z obozów w Bangladeszu, który zmarł na atak serca po tym, jak dowiedział się, że jego rodzina znalazła się na liście zakwalifikowanych do powrotu do kraju. To nie jedyny taki przypadek: wielu Rohingjów nie wyrażało na to zgody, nikt ich nie informował, że zostaną przymusowymi repatriantami. Boją się o swoje życie, nie wierzą w zapewnienia rządu o tym, że są już bezpieczni.

W obozach w Koks Badźar około 4,4 tysiąca ludzi dowiedziało się, że ma szykować się do powrotu. Dwóch mężczyzn na tę wieść popełniło samobójstwo. Do samego Bangladeszu uciekło w ciągu roku 700 tys. muzułmańskich uchodźców z Rakhine. Repatriacje mają odbywać się stopniowo – do obozów przejściowych na północy stanu (jak np. Hla Phone Khaung). Dopiero później powrócą do swoich dawnych wiosek i osiedli. Uchodźcy mają wracać z Bangladeszu łodziami po 150 osób dziennie, pierwsza „partia” powrotów ma zamknąć się w 2 tysiącach ludzi. Do tej pory Rohingjowie byli przekonani, że powroty będą dobrowolne, przynajmniej do momentu zakończenia postępowania przez haski trybunał. Teraz okazuje się, że absolutnie nie.

Wysoki Komisarz ONZ do spraw uchodźców twierdzi, że nie będzie w żaden sposób ingerować w działania rządu Bangladeszu, nie udzieli też pomocy w przesiedleniach, ponieważ zdaniem ONZ Birma absolutnie nie jest gotowa na powrót Rohingjów. Rzeczniczka UNHCR Caroline Gluck wyraziła obawy o bezpieczeństwo powracających. Do rządu Bangladeszu odezwę skierowały w ubiegły piątek 42 organizacje broniące praw człowiek – między innymi Oxfam i Save The Children. Niestety do Bangladeszu najwyraźniej bardziej przemówiły argumenty Chin wspierających repatriację, które sfinansowały 1000 domów dla powracających.

Megaobóz dla uchodźców

Reporterzy Associated Press dotarli do piekła na ziemi: 600 tys. ludzi gnieździ się w prowizorycznych schronieniach, w fatalnych warunkach higienicznych w samym środku pory monsunowej, która w każdej chwili może dosłownie zmyć ich namioty z powierzchni ziemi. Zgwałcone przez birmańskich żołnierzy kobiety i dziewczynki rodzą ich dzieci. Narażone są na cierpienia i ostracyzm nawet wśród innych mieszkańców obozu.

 

AP rozmawiała z 10 ofiarami gwałtów buddyjskich żołnierzy. Gwałt jest w Kutupalong tematem tabu: 9 miesięcy po czystkach etnicznych kobiety zaczęły rodzić dzieci z gwałtów, część postanowiła oddać je organizacjom humanitarnym, bo nie czuły się na siłach ich zatrzymać. Część wychowuje dzieci z ogromnym poczuciem winy. Wśród swojej własnej społeczności postrzegane są jako zbrukane przez buddystów. Niektóre po gwałtach zostały porzucone przez mężów.

Jedną z rozmówczyń AP zgwałciło 6 żołnierzy, którzy napadli na jej wioskę. Ale zanim to zrobili, zabili jej 2-letniego syna na jej oczach. To ta z kobiet, która zdecydowała się wychować noworodka – tłumaczyła dziennikarzom, że „dziecko nie jest niczemu winne”.

Wiele kobiet zdecydowało się na aborcję „domowymi” metodami lub porzuciły dzieci urodzone w ukryciu. Często nie przyznawały się do ciąży nawet pracującym na miejscu Lekarzom bez Granic.
W megaobozie żyje 600 tys. ludzi – tych, którzy przeżyli czystki etniczne lub w porę uciekli do Bangladeszu. Oprócz traum związanych z gwałtem, dla mieszkańców i mieszkanek obozu każdy dzień jest niepewny, zwłaszcza w porze monsunowej. Już 30 osób zostało rannych podczas ostatniej powodzi. Doszło do 160 osuwisk. Namioty z tyczek i folii nie są w stanie ochronić Rohingjów przed szalejącym wiatrem i deszczem. Niektórzy sprzedają swój przydział jedzenia, aby zapewnić sobie nowe namioty.

Brakuje lekarstw, rozprzestrzeniają się choroby.

Większość zdaje sobie sprawę, że będzie musiała wrócić do Birmy. Taki warunek postawiło Birmie ONZ w maju, jednak według Agencji Reutera Birma nie zamierza dawać żadnych gwarancji wolności ani przyznania obywatelstwa uciekinierom, którzy powrócą.

18 września raport ONZ na temat przemocy etnicznej wobec Rohingjów ma trafić na biurko Wysokiego Komisarza Praw Człowieka.

Zniszczymy wszystko

Dokument, który upubliczniła Amnesty International, wskazuje na konkretne osoby – a dokładniej na 13 wojskowych, sprawców gwałtów, wygnań, morderstw i deportacji ludności Rohingja. Obrońcy praw człowieka domagają się, aby sprawą zajął się Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze.

 

Raport „Zniszczymy Wszystko: Odpowiedzialność sił zbrojnych za zbrodnie przeciwko ludzkości w stanie Rakhine” jest jednym wielkim apelem do Rady Bezpieczeństwa ONZ, aby czyny wojskowych z Birmy (Mjanma) zostały zaliczone do dziewięciu kategorii zbrodni przeciwko ludzkości, będących przedmiotem jurysdykcji Trybunału.

AI wskazuje przy okazji, że odpowiedzialność za zbrodnie na ludności Rohingja sięga najwyższych szczebli dowódczych w birmańskiej armii: wskazuje z nazwiska 13 wojskowych, w tym Min Aung Hlainga – naczelnego dowódcy tamtejszych sił zbrojnych jako głównego decydenta. To on miał podjąć decyzję o wysłaniu do Rakhine jednego z najbardziej brutalnych oddziałów, znanych już z łamania praw człowieka.

Amnesty spisało relacje Rohingjów na temat postępowania armii birmańskim na ich terenie: około 20 sierpnia 2017, na pięć dni przed wybuchem wielkiej czystką, dowódca polowy z 33. lekkiej dywizji piechoty miał spotkać się w Chut Pyin w sześcioma lokalnymi przywódcami Rohingja i grozić im, że jeśli ludność „będzie zachowywać się niewłaściwie” lub jeśli w okolicy zobaczą oddziały partyzantów, wojsko będzie strzelać do kogo popadnie. AI posiada też nagrania, na których słychać rozmowę telefoniczną.

Oficer stacjonujący niedaleko miejscowości Inn Din miał powiedzieć: „Mamy rozkaz, żeby spalić całą wioskę w razie jakichkolwiek zajść. Jeśli nie żyjecie w sposób pokojowy, wszystko zniszczymy”.
AI zgromadziło także relacje z masakr całych wiosek: egzekucji, palenia rodzin we własnych domach, gwałtów na kobietach i dziewczynkach. AI twierdzi, że działalność armii birmańskiej nosi znamiona apartheidu.

„Rada Bezpieczeństwa ONZ musi zaprzestać gier politycznych i pilnie skierować sprawę Mjanmy do Międzynarodowego Trybunału Karnego, nałożyć obszerne embargo zbrojne na Mjanmę a także obciążyć najwyższych urzędników państwowych odpowiedzialnych za poważne zbrodnie i łamanie praw człowieka sankcjami finansowymi” – czytamy w dokumencie.