Relokacja pod przymusem

Rządy Bangladeszu i Birmy (Mjanmy) porozumiały się w sprawie repatriacji mniejszości Rohingja. Od ubiegłego czwartku zaczęły się relokacje uciekinierów z powrotem do stanu Rakhine, który zamieszkiwali przed masakrą w sierpniu 2017. Większość uchodźców ma być przymusowo relokowana w tym tygodniu.

 

Dziennik „Guardian” pisze o 58-letnim mężczyźnie, mieszkańcu jednego z obozów w Bangladeszu, który zmarł na atak serca po tym, jak dowiedział się, że jego rodzina znalazła się na liście zakwalifikowanych do powrotu do kraju. To nie jedyny taki przypadek: wielu Rohingjów nie wyrażało na to zgody, nikt ich nie informował, że zostaną przymusowymi repatriantami. Boją się o swoje życie, nie wierzą w zapewnienia rządu o tym, że są już bezpieczni.

W obozach w Koks Badźar około 4,4 tysiąca ludzi dowiedziało się, że ma szykować się do powrotu. Dwóch mężczyzn na tę wieść popełniło samobójstwo. Do samego Bangladeszu uciekło w ciągu roku 700 tys. muzułmańskich uchodźców z Rakhine. Repatriacje mają odbywać się stopniowo – do obozów przejściowych na północy stanu (jak np. Hla Phone Khaung). Dopiero później powrócą do swoich dawnych wiosek i osiedli. Uchodźcy mają wracać z Bangladeszu łodziami po 150 osób dziennie, pierwsza „partia” powrotów ma zamknąć się w 2 tysiącach ludzi. Do tej pory Rohingjowie byli przekonani, że powroty będą dobrowolne, przynajmniej do momentu zakończenia postępowania przez haski trybunał. Teraz okazuje się, że absolutnie nie.

Wysoki Komisarz ONZ do spraw uchodźców twierdzi, że nie będzie w żaden sposób ingerować w działania rządu Bangladeszu, nie udzieli też pomocy w przesiedleniach, ponieważ zdaniem ONZ Birma absolutnie nie jest gotowa na powrót Rohingjów. Rzeczniczka UNHCR Caroline Gluck wyraziła obawy o bezpieczeństwo powracających. Do rządu Bangladeszu odezwę skierowały w ubiegły piątek 42 organizacje broniące praw człowiek – między innymi Oxfam i Save The Children. Niestety do Bangladeszu najwyraźniej bardziej przemówiły argumenty Chin wspierających repatriację, które sfinansowały 1000 domów dla powracających.

Megaobóz dla uchodźców

Reporterzy Associated Press dotarli do piekła na ziemi: 600 tys. ludzi gnieździ się w prowizorycznych schronieniach, w fatalnych warunkach higienicznych w samym środku pory monsunowej, która w każdej chwili może dosłownie zmyć ich namioty z powierzchni ziemi. Zgwałcone przez birmańskich żołnierzy kobiety i dziewczynki rodzą ich dzieci. Narażone są na cierpienia i ostracyzm nawet wśród innych mieszkańców obozu.

 

AP rozmawiała z 10 ofiarami gwałtów buddyjskich żołnierzy. Gwałt jest w Kutupalong tematem tabu: 9 miesięcy po czystkach etnicznych kobiety zaczęły rodzić dzieci z gwałtów, część postanowiła oddać je organizacjom humanitarnym, bo nie czuły się na siłach ich zatrzymać. Część wychowuje dzieci z ogromnym poczuciem winy. Wśród swojej własnej społeczności postrzegane są jako zbrukane przez buddystów. Niektóre po gwałtach zostały porzucone przez mężów.

Jedną z rozmówczyń AP zgwałciło 6 żołnierzy, którzy napadli na jej wioskę. Ale zanim to zrobili, zabili jej 2-letniego syna na jej oczach. To ta z kobiet, która zdecydowała się wychować noworodka – tłumaczyła dziennikarzom, że „dziecko nie jest niczemu winne”.

Wiele kobiet zdecydowało się na aborcję „domowymi” metodami lub porzuciły dzieci urodzone w ukryciu. Często nie przyznawały się do ciąży nawet pracującym na miejscu Lekarzom bez Granic.
W megaobozie żyje 600 tys. ludzi – tych, którzy przeżyli czystki etniczne lub w porę uciekli do Bangladeszu. Oprócz traum związanych z gwałtem, dla mieszkańców i mieszkanek obozu każdy dzień jest niepewny, zwłaszcza w porze monsunowej. Już 30 osób zostało rannych podczas ostatniej powodzi. Doszło do 160 osuwisk. Namioty z tyczek i folii nie są w stanie ochronić Rohingjów przed szalejącym wiatrem i deszczem. Niektórzy sprzedają swój przydział jedzenia, aby zapewnić sobie nowe namioty.

Brakuje lekarstw, rozprzestrzeniają się choroby.

Większość zdaje sobie sprawę, że będzie musiała wrócić do Birmy. Taki warunek postawiło Birmie ONZ w maju, jednak według Agencji Reutera Birma nie zamierza dawać żadnych gwarancji wolności ani przyznania obywatelstwa uciekinierom, którzy powrócą.

18 września raport ONZ na temat przemocy etnicznej wobec Rohingjów ma trafić na biurko Wysokiego Komisarza Praw Człowieka.

Zniszczymy wszystko

Dokument, który upubliczniła Amnesty International, wskazuje na konkretne osoby – a dokładniej na 13 wojskowych, sprawców gwałtów, wygnań, morderstw i deportacji ludności Rohingja. Obrońcy praw człowieka domagają się, aby sprawą zajął się Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze.

 

Raport „Zniszczymy Wszystko: Odpowiedzialność sił zbrojnych za zbrodnie przeciwko ludzkości w stanie Rakhine” jest jednym wielkim apelem do Rady Bezpieczeństwa ONZ, aby czyny wojskowych z Birmy (Mjanma) zostały zaliczone do dziewięciu kategorii zbrodni przeciwko ludzkości, będących przedmiotem jurysdykcji Trybunału.

AI wskazuje przy okazji, że odpowiedzialność za zbrodnie na ludności Rohingja sięga najwyższych szczebli dowódczych w birmańskiej armii: wskazuje z nazwiska 13 wojskowych, w tym Min Aung Hlainga – naczelnego dowódcy tamtejszych sił zbrojnych jako głównego decydenta. To on miał podjąć decyzję o wysłaniu do Rakhine jednego z najbardziej brutalnych oddziałów, znanych już z łamania praw człowieka.

Amnesty spisało relacje Rohingjów na temat postępowania armii birmańskim na ich terenie: około 20 sierpnia 2017, na pięć dni przed wybuchem wielkiej czystką, dowódca polowy z 33. lekkiej dywizji piechoty miał spotkać się w Chut Pyin w sześcioma lokalnymi przywódcami Rohingja i grozić im, że jeśli ludność „będzie zachowywać się niewłaściwie” lub jeśli w okolicy zobaczą oddziały partyzantów, wojsko będzie strzelać do kogo popadnie. AI posiada też nagrania, na których słychać rozmowę telefoniczną.

Oficer stacjonujący niedaleko miejscowości Inn Din miał powiedzieć: „Mamy rozkaz, żeby spalić całą wioskę w razie jakichkolwiek zajść. Jeśli nie żyjecie w sposób pokojowy, wszystko zniszczymy”.
AI zgromadziło także relacje z masakr całych wiosek: egzekucji, palenia rodzin we własnych domach, gwałtów na kobietach i dziewczynkach. AI twierdzi, że działalność armii birmańskiej nosi znamiona apartheidu.

„Rada Bezpieczeństwa ONZ musi zaprzestać gier politycznych i pilnie skierować sprawę Mjanmy do Międzynarodowego Trybunału Karnego, nałożyć obszerne embargo zbrojne na Mjanmę a także obciążyć najwyższych urzędników państwowych odpowiedzialnych za poważne zbrodnie i łamanie praw człowieka sankcjami finansowymi” – czytamy w dokumencie.