Co się stało w Mjanmnie?

Wojskowy zamach stanu przeprowadzony w Myanmarze przez Min Aung Hlainga, głównodowodzącego armii, wywołał protesty społeczne, których wojskowi najwyraźniej się nie spodziewali. Ale również ich zamach stanu był dla wielu zaskoczeniem. Jak pisali klasycy, w burżuazyjnej strategii politycznej przewrót wojskowy jest zazwyczaj środkiem ostatecznym, a żeby był udany, należy go dokonać dopiero wtedy, gdy ruch robotniczy, chłopski i młodzieżowy został już zdemoralizowany. Tak było w 1922 roku we Włoszech, kiedy do władzy doszedł Mussolini, i tak było w przypadku Pinocheta w 1973 roku w Chile. Co natomiast stało się w Mjanmnie?

Mjanma, dawna Birma, uzyskała formalną niepodległość w 1948 roku od rządów brytyjskich. Miejscowa rodząca się burżuazja i właściciele ziemscy nie byli w stanie rozwinąć kraju po II wojnie światowej. Nie byli też w stanie rozwiązać złożonej kwestii narodowej w Birmie (135 grup etnicznych!), z mniejszościami narodowymi – jak Kaczinowie czy Szanowie – toczącymi zbrojne walki o samostanowienie. Po uzyskaniu niepodległości nowy reżim stanął również przed problemem konieczności zmierzenia się z silną Partią Komunistyczną, której autorytet został ogromnie wzmocniony dzięki roli, jaką odegrała w wojnie z Japończykami i w walce o niepodległość. Niestety, przywódcy komunistów postawili na politykę frontu ludowego, wychodząc z założenia, że w Birmie nastąpi rewolucja burżuazyjno-demokratyczna, tworząca podstawy dla kapitalistycznego rozwoju. Jednak birmańska burżuazja szybko zwróciła się przeciwko chwilowym sojusznikom, a to z kolei skłoniło partię, by wszcząć walkę zbrojną, porzucić miasta i zwrócić się ku chłopstwu. W konsekwencji w 1953 r. partia została zdelegalizowana. Tymczasem kolejne niestabilne rządy okazywały się niezdolne do rozwiązania problemów, z którymi borykał się kraj. Słaba burżuazja nie była w stanie zrealizować żadnego z podstawowych zadań rewolucji demokratycznej. Chłopi domagali się ziemi, a naród jako całość pragnął wyzwolenia spod jarzma imperializmu.
Realną alternatywą wydawały się modele radziecki, a w większym nawet stopniu chiński, który Birma „widziała” przez granicę. Właśnie w tym kontekście w 1962 r. grupa radykalnych oficerów pod przywództwem Nay Wina dokonała zamachu stanu. Kasta oficerska postrzegała siebie jako jedyną warstwę, która może powstrzymać kraj przed rozpadem i przyjęła „birmańsko-buddyjską drogę do socjalizmu”. Wprowadzono jednopartyjny reżim na wzór radziecko-chiński, nacjonalizując biznesy zagranicznych właścicieli, a nawet lokalnej birmańskiej burżuazji. Początkowo w oparciu o gospodarkę państwową, kraj rozwijał się w dość szybkim tempie, ze wzlotami i upadkami, ale w niektórych latach osiągał nawet dwucyfrowy procentowy roczny wzrost PKB, sięgający 10-13 proc., co zapewniło reżimowi pewien stopień stabilności i legitymizacji. Choć rząd przedstawiał się jako „niezaangażowany”, ostatecznie kraj de facto znalazł się w strefie wpływów maoistowskich Chin. Pozostał u władzy aż do poważnego kryzysu gospodarczego, który doprowadził do protestów w 1988 roku, kiedy to Nay Win został zmuszony do rezygnacji. W latach 1986-88 PKB gwałtownie spadł, w samym 1988 roku o –11 procent.
Aby zrozumieć kolejny etap historii Birmy, musimy spojrzeć na arenę międzynarodową. Związek Radziecki przeżywał kryzys, zakończony ostatecznie jego upadkiem. Zaledwie kilka lat wcześniej Chiny pod rządami Denga rozpoczęły proces otwierania się na inwestycje zagraniczne i coraz bardziej zmierzały w kierunku gospodarki rynkowej. Gospodarka planowa jawiła się jako system, który zawiódł. Tymczasem kapitalizm tymczasowo podniósł się z kryzysu lat 70. Nieuchronnie wpłynęło to na sposób myślenia kasty urzędniczej rządzącej wówczas Myanmarem. Ich własne zaufanie do systemu, któremu przewodzili, zostało zachwiane.
8888
Narastały również niepokoje społeczne. W połowie lat 80. wybuchły wielkie protesty studenckie, które osiągnęły kulminację i stały się znane jako powstanie 8888, od daty początkowej 8 sierpnia 1988 r. Protest rozszerzył się na szerokie kręgi społeczne i został krwawo stłumiony: we wrześniu tego samego roku doszło do kolejnego puczu, a reżim wojskowy zabił tysiące ludzi. Właśnie w tym okresie Aung San Suu Kyi, przemawiająca w sierpniu na ogromnym wiecu, gromadzącym pół miliona uczestników, stała się ikoną walki o demokrację. Wojsko, mimo brutalnej pierwszej reakcji na protesty, odczuwało jednak presję polityczną na tyle wielką, by w 1990 r. rozpisać wybory. NLD, Narodowa Liga na rzecz Demokracji, z Aung San Suu Kyi jako kandydatką, stanęła do wyborów i odniosła w nich spektakularne zwycięstwo, zdobywając 81 proc. głosów i 392 z 492 miejsc w parlamencie. Wojsko odmówiło uznania wyniku wyborów i zablokowało proces demokratyzacji, umieszczając Aung San Suu Kyi w areszcie domowym. W 2007 r. napięcia ponownie wzrosły, wybuchł kolejny ruch protestu nazwany szafranową rewolucją, znowu stłumiony. Jednak rok później wojsko zostało zmuszone do zezwolenia na referendum w sprawie tego, czy obywatele chcą wyborów parlamentarnych. Wynik pokazał powszechne pragnienie zakończenia rządów wojskowych. W 2010 r. Aung San Suu Kyi wyszła na wolność, mieszkańcy Mjanmy poszli do urn. Jednocześnie wojskowi upewnili się, że nie ma niebezpieczeństwa utraty przez nich kluczowych instytucji władzy. To oni napisali konstytucję, która automatycznie daje im 25 proc. posłów w parlamencie i gwarantuje kontrolę nad kluczowymi ministerstwami i nad granicami. Zapisali również klauzulę, która daje im większość miejsc w Narodowej Radzie Obrony i Bezpieczeństwa, ogłaszającej stan wyjątkowy. NLD zbojkotowała wybory, ponieważ nie spełniono jej wszystkich żądań, m.in. nie zwolniono więźniów politycznych. W takiej sytuacji zwyciężyła ze znaczną większością partia wojskowych: Partia Solidarności i Rozwoju (USDP). Ale już w 2015 r. w kolejnych wyborach to NLD z Aung San Suu Kyi, która zdążyła w międzyczasie otrzymać pokojowego Nobla (1991) i międzynarodową sławę, zdobyła obie izby parlamentu. I wtedy… maska opadła.
Przywódcy wojskowi promowali buddyjski szowinizm wśród większości populacji Bamarów (największa grupa etniczna, 68 proc. ludności) jako sposób na odwrócenie uwagi od rzeczywistych problemów gospodarczych i społecznych. W ostatnim okresie skupili uwagę na mniejszości muzułmańskiej, Rohindżach, z których wielu zostało wypędzonych z kraju i umieszczonych w obozach dla uchodźców w Bangladeszu. W 2017 r. wojsko, wspierane przez reakcyjne gangi buddyjskie, spaliło całe wioski Rohingów i zabiło tysiące osób. Aung San Suu Kyi zamiast potępić te działania, kryła je na arenie międzynarodowej. Coraz bardziej opierała się na większości Bamarów, po tym, jak wcześniej obiecała mniejszościom etnicznym, że będzie bronić ich praw i położy kres wielu nadal toczącym się małym, lokalnym wojnom. Jej program gospodarczy nigdy nie był tak postępowy, jak przedstawiały go media: zawierał liberalny program prywatyzacji i większe otwarcie na zagraniczny kapitał. Jej Plan Zrównoważonego Rozwoju Gospodarczego Mjanmy pozwala zagranicznym kapitalistom na inwestowanie do 35 proc. w lokalne firmy, a także na posiadanie do 35 proc. udziałów w spółkach notowanych na giełdzie w Rangunie. Gdzie prawdziwe reformy w interesie robotników i chłopów? Na to miejsca nie ma – program „ikony demokracji” oznaczał przejście od kontroli nad gospodarką przez wojskowych oligarchów do kontroli przez zagraniczny kapitał.
Tym, co działało na korzyść Aung San Suu Kyi, gdy po raz pierwszy objęła rządy w 2015 r., było silne powiązanie gospodarki Mjanmy z gospodarką Chin. W latach 2015-19 kraj ten odnotowywał średnioroczny wzrost na poziomie 6,5 proc. Jednak dane na rok 2020 wskazywały na znaczne spowolnienie do około 2 procent, wraz z pogarszającymi się finansami publicznymi z powodu skutków pandemii. Jak zauważył The Economist w listopadzie ubiegłego roku, wielu obywateli „nie doczekało się jeszcze dobrobytu, który obiecała Suu Kyi. Co czwarty według Banku Światowego żył w 2017 roku w biedzie. Około 54 procent stwierdziło, że nie było w stanie uzyskać dostępu do podstawowych usług, takich jak woda, transport publiczny i opieka zdrowotna, w porównaniu z 48 procentami pięć lat temu. Zyski z reform gospodarczych i wzrostu gospodarczego pod rządami NLD muszą być jeszcze zauważone przez zwykłych obywateli” – napisali autorzy badania.
Dla zwykłych ludzi pracy demokracja nie jest abstrakcyjną zasadą, ale bardzo konkretną kwestią. Jest postrzegana jako środek, dzięki któremu można uzyskać lepsze życie, więcej miejsc pracy, lepsze płace, lepsze usługi. Ludzie cierpieli przez dziesięciolecia pod rządami wojska i oczekiwali prawdziwych zmian pod rządami Aung San Suu Kyi. Tymczasem Aung San Suu Kyi utrzymała swoje poparcie wśród Bamarów i niektórych mniejszości etnicznych częściowo dlatego, że rządy wojska są wciąż świeże w umysłach mas, ale poczyniła również znaczne ustępstwa wobec szowinizmu buddyjsko-bamarskiego.
Rola Chin
Wojskowa kasta oficerska Mjanmy jest również potężną siłą gospodarczą. Wielu byłych wysokich rangą oficerów wojskowych stało się jednymi z najbogatszych ludzi w kraju. W latach 1962-88 władza i przywileje najwyższych rangą wojskowych były gwarantowane przez ich kontrolę nad państwem, które z kolei kontrolowało większość gospodarki. Jednak reżim wojskowy, który doszedł do władzy w 1988 r. pod rządami Saw Maunga, ujawnił, że kasta oficerska straciła zaufanie do systemu gospodarczego, który do tej pory dobrze im służył. Nowy reżim upatrywał w kapitalizmie, rozwiązania dla kryzysu, który doprowadził do przewrotu społecznego, i w ten sposób uruchomił proces, którego celem było rozbicie starej gospodarki państwowej i przejście do coraz większego urynkowienia. Zamierzano osiągnąć rozwój gospodarczy, chroniąc jednocześnie swoją uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie.
Chiny odegrały w tym pewną rolę, Birma podążała w końcu w pewnym sensie wytyczoną przez nie drogą. Po zamachu stanu w 1988 r., jak pisze Geopolitical Monitor, „zastępca przewodniczącego Komunistycznej Partii Birmy i inni przywódcy zostali zatrzymani podczas przewrotu, a wszyscy zostali wysłani do okręgu Menglian w Chinach. Chiny nie zamierzały już eksportować rewolucyjnych idei. Zamiast tego, ze względu na politykę otwarcia, miały nadzieję na otwarcie handlu przygranicznego z Mjanmą, aby spenetrować tym samym jej bogate zasoby”. Dalej autorzy tekstu tłumaczą, że gdy Zachód potępił wojsko i obłożył Birmę sankcjami, rząd tamtejszy nie miał innego wyboru, jak tylko ściśle współpracować z Chinami. Chiny między innymi zbudowały elektrownie wodne, a także rurociągi naftowe i gazowe z głębokowodnego portu w zatoce Makassar w Myanmarze do Kunming w Chinach. Chińska biurokracja nie była zainteresowana promowaniem jakiejkolwiek rewolucji pod przywództwem komunistów.
Te bliskie stosunki z Chinami pod rządami Denga odpowiadały potrzebom aspirujących wojskowych oligarchów. Rząd, który objął władzę po wyborach w 2010 r., bezpośrednio kontrolowany przez wojskowych, ogłosił, że w ciągu roku zamierzaą sprywatyzować 90 proc. państwowych przedsiębiorstw. Ale jak narzekało wówczas BBC, „jedna z teorii głosi, że program prywatyzacji stanowi rodzaj złotego spadochronu dla odchodzących od władzy”, a jak zaznaczał Sean Turnell, profesor ekonomii na Uniwersytecie Macquarie w Sydney w Australii, aktywa miały zostać przy ludziach reżimu. Plan został zresztą zrealizowany tylko częściowo: rolnictwo i przemysł lekki tworzą obecnie mjanmański sektor prywatny, większość dużego przemysłu pozostała pod kontrolą państwa. Przed wyborami w 2010 roku wojskowi wpadli w szał grabieży ziemi, a także zagarniania wszelkich zasobów, jakie tylko wpadły im w ręce, nawet nielegalnie. Tego rodzaju działania nadal trwają i wywołały wiele lokalnych protestów. Wiele z bardziej lukratywnych przedsiębiorstw znalazło się pod kontrolą dwóch kontrolowanych przez wojsko konglomeratów biznesowych: Myanmar Economic Corporation (MEC) i Myanmar Economic Holdings Limited (MEHL). Jako głównodowodzący Ming Aung Hlaing ma również władzę nad tymi konglomeratami, oprócz przedsiębiorstw kontrolowanych bezpośrednio przez jego rodzinę. Wojskowi są zdecydowani nie oddać kontroli nad swoją najbardziej lukratywną działalnością cywilom, którzy reprezentują zachodnie imperialistyczne interesy, co jest dodatkowym czynnikiem w utrzymywaniu dobrych stosunków z Chinami. Międzynarodowe korporacje chciałyby przeniknąć do gospodarki Myanmaru, ale wojskowi stawiają temu opór. A fakt, że główną zagraniczną potęgą w Myanmarze są Chiny, jeszcze bardziej powiększa problem.
W 2016 roku istniało jeszcze 50 korporacji publicznych i 500 państwowych fabryk, należących do różnych ministerstw i agencji państwowych, wymagających poważnych inwestycji, które mogły pochodzić jedynie z zagranicy. Przedsiębiorstwa państwowe nadal odgrywają dużą rolę w gospodarce. Generują 50 proc. dochodów budżetowych; są zaangażowane w prawie każdym sektorze, od transportu po tekstylia, od bankowości po zasoby naturalne, i nadal zatrudniają około 150 000 pracowników. Zarządzający tymi przedsiębiorstwami mogą swobodnie udzielać zamówień partnerom z sektora prywatnego, którymi bardzo często są firmy należące do oficerów.
To również wyjaśnia, dlaczego Zachód popiera Aung San Suu Kyi, którą widzi jako dźwignię do otwarcia gospodarki Myanmaru i osłabienia wojskowych. Jej zadaniem było ruszenie z miejsca programu prywatyzacji, ona sama obiecała zbudować „zdrową gospodarkę rynkową”. Warto pamiętać, że jeszcze w 2016 r. przewidywano, że jeśli Aung San Suu Kyi będzie forsować prywatyzację, w końcu dojdzie do konfrontacji z interesami wojskowych. Nawet, jeśli w systemie zapisano dla nich specjalne gwarancje.
Dlaczego więc do akcji wkroczył generał Min Aung Hlaing? Jest on obecnym głównodowodzącym sił zbrojnych Myanmaru, ale wkrótce przejdzie na emeryturę, do czego zobowiązuje go prawo, gdy w lipcu skończy 65 lat. Do tego ma osobiste zmartwienia: uważa się go za głównego odpowiedzialnego za ludobójstwo dokonane na Rohindżach. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nałożyły już na niego osobiste sankcje. Ma więc powody sądzić, że zostanie postawiony przed sądem jako zbrodniarz wojenny. On i jego rodzina odnieśli ogromne korzyści z opisanego powyżej procesu prywatyzacji, wzbogacił się kosztem obywateli Mjanmy. Zamach stanu ma być dla niego sposobem na zabezpieczenie siebie i zgromadzonego majątku, skoro wcześniej rozwiały się jego nadzieje na uzyskanie w demokratycznym trybie urzędu prezydenckiego. Aby generał mógł zostać prezydentem, wojskowi, którzy już mianują 166 posłów do parlamentu, musieli zdobyć kolejne 167 w wyborach, co im się nie udało: zdobyli w ostatnim podejściu 33 z 498 miejsc, o które walczono.
Wynik wyborów w listopadzie 2020 r. również wyraźnie pokazał, jak niewielkie poparcie mają wojskowi. Biorąc pod uwagę masowe zwycięstwo Aung San Suu Kyi i NLD, obawiali się, że masy mogą zostać zachęcone do pójścia dalej, a może nawet popchnąć Aung San Suu Kyi ku bardziej progresywnej strategii. W marcu ubiegłego roku NLD zaproponowała kilka wstępnych poprawek do konstytucji. Jedna z nich miała na celu stopniowe zmniejszenie liczby miejsc w parlamencie zarezerwowanych dla wojska.
Największy ruch protestu od 1988 r.
W ostatecznym rozrachunku zarówno Aung San Suu Kyi, jak i szefowie wojska popierają gospodarkę rynkową. Jedynym sposobem na rzeczywiste pokonanie wojskowych i odsunięcie ich od władzy zdawałaby się mobilizacja robotników i chłopów, ale to byłoby zbyt niebezpieczne dla liberalnej burżuazji, ponieważ taki masowy ruch mógłby rozwinąć własną logikę. Masy mogą zacząć wysuwać własne żądania dotyczące miejsc pracy, mieszkań, płac itd., które wykraczałyby daleko poza interesy liberałów stojących za Aung San Suu Kyi.
Wojskowi zdawali sobie sprawę z tych zagrożeń i pragnęli położyć kres narastającej niestabilności społecznej. To był dodatkowy czynnik, który popchnął ich do bezpośredniej interwencji. Zdają sobie jednak sprawę z tego, że nie mogą długo rządzić poprzez bezpośrednie rządy wojskowych. Ich baza poparcia społecznego jest na to zbyt wąska. To wyjaśnia, dlaczego przejęli władzę, ale zapowiedzieli, że w ciągu roku rozpiszą nowe wybory. W międzyczasie próbują postawić Aung San Suu Kyi zarzuty karne – oskarżając ją o nielegalny import krótkofalówek! – aby wyeliminować ją jako kandydatkę. Ich celem jest sformowanie bardziej akceptowalnego i kontrolowanego rządu cywilnego, listka figowego dla rządów armii. Ale masy widzą to wszystko i nie przyjmują tego do wiadomości. Ruch protestu, który wybuchł po zamachu stanu, jest największym od 1988 roku. Nie tego spodziewali się oficerowie.
W ciągu ostatnich kilku dni wybuchły protesty studenckie, strajki robotników i walki uliczne. Wojskowi uważają, że mogą dyktować społeczeństwu, jak ma żyć, tak jak robili to w przeszłości. Ale zamiast położyć kres masowej opozycji wobec generałów, zamach stanu jedynie wydobył na powierzchnię ukryte sprzeczności.
Już teraz poważni stratedzy kapitału uważają, że jedynym sposobem na powstrzymanie tego ruchu wymykającego się spod kontroli jest przywrócenie Aung San Suu Kyi. Trudno powiedzieć, czy stanie się to w najbliższym czasie. Jedno jest jednak pewne, a mianowicie to, że w Mjanmarze ruch społeczny jest dopiero w fazie początkowej, nie schyłkowej.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu marxist.com. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Skróty pochodzą od redakcji.

Sushi con carne

TVP cieszy się z 30 lecia Grupy Wyszehradzkiej. W Krakowie odbyły się huczne obchody, a władza podkreśla jaką to niesamowitą czwórkę grupa stanowi i jak pcha nas ku świetlanej przyszłości.
Bzdura to jest. V4 wymyślono kiedyś, żeby razem wejść do NATO i Unii. Polska była prawie dwa razy większa niż pozostałe kraje. Siłą rzeczy uchodziła za lidera. Tyle, że całość konceptu zdechła szybciej niż urosła. Słowacją zawładnął autokrata Vladimir Meciar i przez lata 90. skutecznie odstraszał od tego by wraz z nim coś na arenie międzynarodowej kombinować. Potem była epoka eurosceptycznego prezydenta Czech Klausa, za którego czasów Polska i Czechy stały się dla siebie potężnymi wspólnikami gospodarczymi, co zamiast cieszyć Czechów zaczęło wywoływać w nich niechęć do polskich produktów. Kolejny prezydent Czech Zeman miłością do Polski też nie pałał. Tak jak i aktualny prezydent Babis.
Ten ostatni tak u siebie w kraju jak i w Unii jest postrzegany jako aferał gospodarczy. Jak cywilizowany Świat postrzega Orbana i rządzący Polską PiS też wiadomo. Słowacja po swoich aferach korupcyjnych nie może się otrząsnąć nawet wewnątrz o polityce międzynarodowej nie wspominając.
Po wygranej PiS w 2015 r. Wyszehrad stał się narzędziem Orbana. Debilizm polityki zagranicznej PiS to spowodował. Dzięki światłemu przywództwu wodza Węgier Zachód Europy nie tyle boi się naszej czwórki, co się z niej śmieje. Głównie zaś z tego, że oficjalna retoryka V4 sprowadza się do krytyki Berlina, zaś każdy z krajów przebiera nogami za niemieckim kapitałem. Dzięki czemu V4 to dziś schizofreniczna banda dowodzona przez autorytarystów, stanowiąca ekonomiczną kolonię Republiki Federalnej.

Jeszcze śmieszniej, choć o niebo tragiczniej ma Mjanma. Znana większości jako Birma, a niektórym jako Syjam. Ten od bliźniąt, a nie os syjonistów. Całe dziesięciolecia rządzili tam wojskowi. Oni byli tymi złymi. Dobra była laureatka pokojowego Nobla pani Aung San Suu Kyi.
W związku z tym częściej siedziała w areszcie domowym, niż była wolna. W końcu jednak generałowie doszli do wniosku, że warto się otworzyć na świat, bo dzięki temu można zarobić i wysłać dzieci na dobre uczelnie.
Strony konfliktu politycznego dogadały się zatem. Pani San Suu Kyi miała się nie wtrącać do wojska i dzięki temu mogła być premierem. Była zatem parę ładnych lat. Przez które dla świata stła się tą złą. Z powodu ludu Rohinja, którego z woli narodu Mjanny musiała się pozbyć wyganiając setki tysięcy ludzi z dnia na dzień za granicę. Świat przecierał na takie bestialstwo oczy ze zdumienia, a rada noblowska jęła się zastanawiać jak kobiecie odebrać jej laur.
Honor pani San Suu Kyi uratowała armia, która chwilę temu znów obaliła demokrację i zamknęła ex premier w areszcie domowym.
Junta mjanmańska przejęła władzę, bo podobnie jak Donald Trump postrzegała wybory, w których wystawiona przez wojsko partia przegrała, jako oszukane. Za prezydentem USA poza dziwnymi ludźmi spod Kapitolu, nie opowiedział się w Stanach nikt poważny. W Mjanmie wręcz przeciwnie. Po zdobyciu władzy wojsko nie za bardzo wie czego chce. Na pewno nie ma jednak zamiaru kooperować z Zachodem. Eksperci od tego zakątka świata śmieją się więc, że mająca pełne usta niezależności, niepodległości i wstawania z kolan Junta ma tylko jedno wyjście stać się jak Kambodża i Laos kolonią chińską. Taką ze wszystkimi atrybutami niezależności, z wyjątkiem gospodarki i polityki zagranicznej.

Sushi chce przestrzec przed oglądaniem TVN. Można to robić tylko wtedy, gdy się pamięta, że telewizja jest własnością amerykańskiego Discovery. Dzięki temu w każdym programie informacyjnym musi być o Stanach dobrze, a nawet doskonale. Najlepiej to obserwować po przedstawianiu reakcji zagranicznych na akcję „Media bez wyboru”. Najczęstszy komentarz jest taki, że Unia Europejska nie wsparła wolnych mediów, ograniczając się do zdawkowych wypowiedzi kilkorga brukselskich urzędników. Ale miłujące wolne słowo Stany to ho, ho. Dały PiS tak popalić, że Morawieckiemu, Dudzie i Kaczyńskiemu poszło w wpięty. Tezę tę udowadnia się potem przez pół godziny pokazując jak ten czy inny amerykański parlamentarzysta, który coś na ten temat powiedział lub napisał na Twitterze, jest ważny. Zabawne to tak samo jak udowadnianie , że głos niemieckiego deputowanego, czy nawet polskiego posła ma jakieś znaczenie międzynarodowe. Bo nie ma otóż. Liczą się tylko stanowiska szefów państw i ich MSZ-ów. I nawet TVN tego nie zmieni. Ale co sobie poopowiadają o wielkości kraju ich pracodawców, to ich.

Słodka herbata i gorzkie łzy

“Słodka herbata i gorzkie życie” to najnowszy polski dokument poświęcony największemu na świecie obozowi dla uchodźców w Cox Bazar w Bangladeszu. Zrealizowana przed wybuchem epidemii Covid-19 produkcja pokazuje życie uchodźców od kuchni. Ma na celu zapoznanie „człowieka – widza”, z „człowiekiem – uchodźcą”, ukazując ludzki aspekt problemu. Film powstał w wyniku zgodnej współpracy dziennikarskiej osób o różnych poglądach i wyznających różne wartości. Dokument jest całkowicie niezależny: został sfinansowany z prywatnych środków twórców, nie przez jakikolwiek rząd lub organizację. Jest też rozpowszechniany na wolnej licencji. Małgorzata Kulbaczewska-Figat rozmawia z Pawłem Bolkiem, jednym z twórców obrazu.

Materiał ma charakter informacyjny, a jednym z priorytetów przy jego tworzeniu było zachowanie wysokich standardów etycznego i obiektywnego dziennikarstwa. Film przypomina, że we współczesnym świecie każdy jego mieszkaniec, w wyniku niezależnych okoliczności może niespodziewanie stać się uchodźcą.
Uchodźcami Rohingya międzynarodowa opinia publiczna praktycznie przestała się interesować, ale przecież tak nie było zawsze. Kilka lat temu o ich tragedii powstawały artykuły w największych mediach na świecie. Dlaczego po tej pierwotnej fali zainteresowania, czy wręcz oburzenia, w tej chwili temat już nie istnieje?
Wygnanie Rohingya z Birmy, na oczach międzynarodowej społeczności i to w XXI wieku było szokujące, samo przez się musiało wywołać jakiś rodzaj międzynarodowej reakcji. Niestety była ona typowa dla współczesnego świata Zachodu – medialny szum i oburzenie, szczypta wyrazów dyplomatycznej dezaprobaty, może jakieś nakładki na zdjęcie na Facebooku, lecz nie poszła za tym realna pomoc. Wiadomość o tragedii na Półwyspie Teknaf, o którym mało kto słyszał, szybko zniknęła pośród medialnego natłoku informacji.
Dzisiejsze milczenie jest też konsekwencją tego, że nikt nie powstrzymał jednego z uznawanych na arenie międzynarodowej rządów, gdy ten używał aparatu państwowego do wygnania grupy etnicznej, rabunku ich majątku i zastraszenia tych ludzi, do czego wykorzystano sprawdzoną metodę gwałtów oraz morderstw.
Mówienie o Rohingya jest dla świata nie tylko wstydem, ale też się mediom nie opłaca, a jak coś się nie opłaca, to się tego nie robi. Reklamodawców bardziej interesuje nowa produkcja Big Brothera niż poruszanie tematu uchodźców. Należy dodać, że populistyczne rządy oraz skrajna prawica włożyły wiele wysiłku, aby zniszczyć „ludzki” wizerunek uchodźcy. Jest to kolejny dowód na to, że zła propaganda, oraz słowa mogą wyrządzać realną krzywdę realnym ludziom – i zawsze najbardziej obrywają ci najbardziej pokrzywdzeni – w tym wypadku okradzione rodziny, żyjące w błotach Cox Bazar.
Czy ci ludzie wiedzą, że mogą nigdy nie wrócić do Birmy? Próbują jakoś na nowo układać sobie życie?
W obozach panuje dziwna atmosfera. Miałem wrażenie, że jestem w najsmutniejszym miejscu na tej planecie. Uśmiechają się głównie dzieci, a najbardziej interesującym tematem rozmów są plotki na temat powrotu do domu. „Bo już ONZ się dogadał, zaraz wracamy, jeszcze tylko rok, może dwa”. Łudzą się zwłaszcza uchodźcy z ostatniej fali ucieczek oraz dzieci. Tych ostatnich rok rocznie na terenie obozów rodzi się ok. 100 000. Ciężko powiedzieć co się stanie, jeżeli ten stan rzeczy się utrzyma.
Co z tym robią władze Bangladeszu? Ile są w stanie realnie zrobić?
Sytuacja w Bangladeszu jest napięta. Wyrzuceni z Birmy uchodźcy zajęli czyjąś ziemię – oczywiście jej posiadacze, miejscowi rolnicy nie są z tego faktu zadowoleni, co wywołuje lokalne problemy. Uchodźcy są wykorzystywani jako najtańsza siła robocza, mają także miejsce sytuacje, w których dochodzi eksploatacji seksualnej handlu ludźmi. Rząd Bangladeszu został z problemem praktycznie sam i robi co może by zapobiec katastrofie humanitarnej. Wojsko wybudowało toalety, aby zapobiec epidemii, w podobozach pracuje personel medyczny. W samym Cox Bazar działają liczne organizacje pomocowe, a miejscowej administracji, o czym się przekonałem, zależy, by byt w obozach był jak najlepszy. Pamiętajmy, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i w rozmowach z ludźmi da się wyczuć jakieś poczucie wspólnoty, które nakazuje pomagać Rohingya pomimo własnego niedostatku.
Na miejscu działają UNHCR i UNCEF, pomaga też kilka krajów świata, Unia Europejska oraz wiele organizacji pozarządowych. Cała ta pomoc, w stosunku do skali problemu jest wysoce niewystarczająca i wymaga on rozwiązań systemowych.
Jak wygląda sytuacja w obozach obecnie, w czasie pandemii? Czy podjęto jakiekolwiek środki ochronne przeciwko szerzeniu się choroby?
Od kwietnia wjazd na teren obozów jest niemożliwy, pierwsze potwierdzone przypadki Covid-19 zanotowano w połowie maja. Sytuacja jest o tyle ciężka, że na terenie obozów mieszka wielu starszych i chorych ludzi, powszechnym problemem jest niedożywienie, brak leków, opieki medycznej, pieniędzy, ręczników, mydła, brak wszystkiego.
Oczywiście jakakolwiek izolacja oraz dystans społeczny w sytuacji, gdy w niewielkich szałasach gnieżdżą się wielodzietne rodziny, są fikcją. Tam od dawna szerzą się rozmaite paskudne choroby, i świat nie reaguje, Covid-19 jest kolejną z nich. Jak zwykle, w takich sytuacjach najbardziej cierpią najsłabsi.
W swoim artykule o Cox Bazar pisałeś: „Grupy terrorystyczne nie powstają w obozach dla uchodźców, lecz gdzieś w kręgach jakkolwiek pojmowanej władzy, nie zakładają ich biedacy, lecz możni”. Czy to znaczy, że ktoś próbuje wykorzystać tragedię Rohingya do własnych celów? Jakie grupy (i jacy sponsorzy tych grup) próbują prowadzić rekrutację w obozach, które odwiedziłeś?
To jest bardzo ciekawe zagadnienie. Z jednej strony, problem jest zbyt poważny, aby umiały sobie z nim poradzić rządy największych państw świata. Na utrzymanie rodzin uchodźców mają wystarczyć głodowe racje żywnościowe: ryż, dal i olej palmowy. Z drugiej zaś strony okazuje się, że są jacyś ludzie, którzy nie tylko mają pieniądze na „lewe papiery” i bilety lotnicze dla uchodźców, ale też na szkolenie, sprzęt, broń i utrzymanie ich rodzin. A przecież to nie są tanie rzeczy.
W obozach Rohingya nie spotkałem żadnego terrorysty, ciężko jest mi jednak nie odnieść wrażenia, że ludzka tragedia jest niezbędnym elementem przemysłu wojennego. Mężczyzna, który siedząc z dnia na dzień pije herbatę, nie robi nic i jest zależny od żywnościowej jałmużny dla swojej rodziny, zgodzi się na różne rzeczy – zwłaszcza gdy do tego dochodzi permanentna depresja i brak jakichkolwiek widoków na przyszłość.
Spotkałem terrorystę w muzułmańskim Sinciangu w Chinach w 2012 r. Ten pogubiony młody człowiek, pochodził z muzułmańskich nizin społecznych i odmienił swoje życie wyjeżdżając na stypendium do Arabii Saudyjskiej. Dzisiaj, po wojnie w Syrii, zapewne już nie żyje. Myślę, że wszędzie mechanizm może być podobny.
Kto skorzystał na tragedii Rohingya, na ich wypędzeniu z rodzinnych stron? Czy jest jakakolwiek szansa, by im tę krzywdę zadośćuczynić?
Moim zdaniem opcje są dwie. Albo powrót do Birmy i odzyskanie przez uchodźców obywatelstwa, plus ochrona ze strony sił pokojowych ONZ, czego pragną praktycznie wszyscy nowi uchodźcy. Albo pozostanie w Bangladeszu i uzyskanie tamtejszego obywatelstwa, czego życzyłoby sobie wielu starych uchodźców. Mówiąc „starych” mam na myśli tych, którzy uciekli wraz z pierwszymi prześladowaniami już w latach osiemdziesiątych XX wieku, poznali język bengalski i dawno utracili wiarę w możliwość powrotu do Birmy. Możliwa jest też opcja pośrednia. Wszystkie jednak wymagają poniesienia olbrzymich kosztów oraz interwencji społeczności międzynarodowe
Problemem jest, że na wypędzeniu skorzystali ci, którzy przejęli ziemię i zrabowane majątki, czyli buddyjscy obywatele Birmy. Buddyjski nacjonalizm i klerykalizm w Birmie to temat na osobny materiał, stanowi on zwyrodnienie wszystkich nauk, które swoim naśladowcom pozostawił Siddhartha Gautama. Współcześnie birmańska propaganda w jakiś sposób wytłumaczyła wygnanie Rohingya swoim obywatelom, ich powrót do kraju, dla ochrony ludności cywilnej, musiałby się więc wiązać ze wkroczeniem wspomnianych już błękitnych hełmów i z pociągnięciem winnych do odpowiedzialności. O tym marzą uchodźcy, ale czy zgodzą się na to Birmańczycy?
Jeżeli Rohinga mieliby z kolei zostać w Bangladeszu, to gdzie? Należałoby wybudować dla nich miasto wielkości Warszawy. Wraz z całą infrastrukturą i zakładami pracy. A to dopiero początek problemów.

Relokacja pod przymusem

Rządy Bangladeszu i Birmy (Mjanmy) porozumiały się w sprawie repatriacji mniejszości Rohingja. Od ubiegłego czwartku zaczęły się relokacje uciekinierów z powrotem do stanu Rakhine, który zamieszkiwali przed masakrą w sierpniu 2017. Większość uchodźców ma być przymusowo relokowana w tym tygodniu.

 

Dziennik „Guardian” pisze o 58-letnim mężczyźnie, mieszkańcu jednego z obozów w Bangladeszu, który zmarł na atak serca po tym, jak dowiedział się, że jego rodzina znalazła się na liście zakwalifikowanych do powrotu do kraju. To nie jedyny taki przypadek: wielu Rohingjów nie wyrażało na to zgody, nikt ich nie informował, że zostaną przymusowymi repatriantami. Boją się o swoje życie, nie wierzą w zapewnienia rządu o tym, że są już bezpieczni.

W obozach w Koks Badźar około 4,4 tysiąca ludzi dowiedziało się, że ma szykować się do powrotu. Dwóch mężczyzn na tę wieść popełniło samobójstwo. Do samego Bangladeszu uciekło w ciągu roku 700 tys. muzułmańskich uchodźców z Rakhine. Repatriacje mają odbywać się stopniowo – do obozów przejściowych na północy stanu (jak np. Hla Phone Khaung). Dopiero później powrócą do swoich dawnych wiosek i osiedli. Uchodźcy mają wracać z Bangladeszu łodziami po 150 osób dziennie, pierwsza „partia” powrotów ma zamknąć się w 2 tysiącach ludzi. Do tej pory Rohingjowie byli przekonani, że powroty będą dobrowolne, przynajmniej do momentu zakończenia postępowania przez haski trybunał. Teraz okazuje się, że absolutnie nie.

Wysoki Komisarz ONZ do spraw uchodźców twierdzi, że nie będzie w żaden sposób ingerować w działania rządu Bangladeszu, nie udzieli też pomocy w przesiedleniach, ponieważ zdaniem ONZ Birma absolutnie nie jest gotowa na powrót Rohingjów. Rzeczniczka UNHCR Caroline Gluck wyraziła obawy o bezpieczeństwo powracających. Do rządu Bangladeszu odezwę skierowały w ubiegły piątek 42 organizacje broniące praw człowiek – między innymi Oxfam i Save The Children. Niestety do Bangladeszu najwyraźniej bardziej przemówiły argumenty Chin wspierających repatriację, które sfinansowały 1000 domów dla powracających.

Megaobóz dla uchodźców

Reporterzy Associated Press dotarli do piekła na ziemi: 600 tys. ludzi gnieździ się w prowizorycznych schronieniach, w fatalnych warunkach higienicznych w samym środku pory monsunowej, która w każdej chwili może dosłownie zmyć ich namioty z powierzchni ziemi. Zgwałcone przez birmańskich żołnierzy kobiety i dziewczynki rodzą ich dzieci. Narażone są na cierpienia i ostracyzm nawet wśród innych mieszkańców obozu.

 

AP rozmawiała z 10 ofiarami gwałtów buddyjskich żołnierzy. Gwałt jest w Kutupalong tematem tabu: 9 miesięcy po czystkach etnicznych kobiety zaczęły rodzić dzieci z gwałtów, część postanowiła oddać je organizacjom humanitarnym, bo nie czuły się na siłach ich zatrzymać. Część wychowuje dzieci z ogromnym poczuciem winy. Wśród swojej własnej społeczności postrzegane są jako zbrukane przez buddystów. Niektóre po gwałtach zostały porzucone przez mężów.

Jedną z rozmówczyń AP zgwałciło 6 żołnierzy, którzy napadli na jej wioskę. Ale zanim to zrobili, zabili jej 2-letniego syna na jej oczach. To ta z kobiet, która zdecydowała się wychować noworodka – tłumaczyła dziennikarzom, że „dziecko nie jest niczemu winne”.

Wiele kobiet zdecydowało się na aborcję „domowymi” metodami lub porzuciły dzieci urodzone w ukryciu. Często nie przyznawały się do ciąży nawet pracującym na miejscu Lekarzom bez Granic.
W megaobozie żyje 600 tys. ludzi – tych, którzy przeżyli czystki etniczne lub w porę uciekli do Bangladeszu. Oprócz traum związanych z gwałtem, dla mieszkańców i mieszkanek obozu każdy dzień jest niepewny, zwłaszcza w porze monsunowej. Już 30 osób zostało rannych podczas ostatniej powodzi. Doszło do 160 osuwisk. Namioty z tyczek i folii nie są w stanie ochronić Rohingjów przed szalejącym wiatrem i deszczem. Niektórzy sprzedają swój przydział jedzenia, aby zapewnić sobie nowe namioty.

Brakuje lekarstw, rozprzestrzeniają się choroby.

Większość zdaje sobie sprawę, że będzie musiała wrócić do Birmy. Taki warunek postawiło Birmie ONZ w maju, jednak według Agencji Reutera Birma nie zamierza dawać żadnych gwarancji wolności ani przyznania obywatelstwa uciekinierom, którzy powrócą.

18 września raport ONZ na temat przemocy etnicznej wobec Rohingjów ma trafić na biurko Wysokiego Komisarza Praw Człowieka.

Zniszczymy wszystko

Dokument, który upubliczniła Amnesty International, wskazuje na konkretne osoby – a dokładniej na 13 wojskowych, sprawców gwałtów, wygnań, morderstw i deportacji ludności Rohingja. Obrońcy praw człowieka domagają się, aby sprawą zajął się Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze.

 

Raport „Zniszczymy Wszystko: Odpowiedzialność sił zbrojnych za zbrodnie przeciwko ludzkości w stanie Rakhine” jest jednym wielkim apelem do Rady Bezpieczeństwa ONZ, aby czyny wojskowych z Birmy (Mjanma) zostały zaliczone do dziewięciu kategorii zbrodni przeciwko ludzkości, będących przedmiotem jurysdykcji Trybunału.

AI wskazuje przy okazji, że odpowiedzialność za zbrodnie na ludności Rohingja sięga najwyższych szczebli dowódczych w birmańskiej armii: wskazuje z nazwiska 13 wojskowych, w tym Min Aung Hlainga – naczelnego dowódcy tamtejszych sił zbrojnych jako głównego decydenta. To on miał podjąć decyzję o wysłaniu do Rakhine jednego z najbardziej brutalnych oddziałów, znanych już z łamania praw człowieka.

Amnesty spisało relacje Rohingjów na temat postępowania armii birmańskim na ich terenie: około 20 sierpnia 2017, na pięć dni przed wybuchem wielkiej czystką, dowódca polowy z 33. lekkiej dywizji piechoty miał spotkać się w Chut Pyin w sześcioma lokalnymi przywódcami Rohingja i grozić im, że jeśli ludność „będzie zachowywać się niewłaściwie” lub jeśli w okolicy zobaczą oddziały partyzantów, wojsko będzie strzelać do kogo popadnie. AI posiada też nagrania, na których słychać rozmowę telefoniczną.

Oficer stacjonujący niedaleko miejscowości Inn Din miał powiedzieć: „Mamy rozkaz, żeby spalić całą wioskę w razie jakichkolwiek zajść. Jeśli nie żyjecie w sposób pokojowy, wszystko zniszczymy”.
AI zgromadziło także relacje z masakr całych wiosek: egzekucji, palenia rodzin we własnych domach, gwałtów na kobietach i dziewczynkach. AI twierdzi, że działalność armii birmańskiej nosi znamiona apartheidu.

„Rada Bezpieczeństwa ONZ musi zaprzestać gier politycznych i pilnie skierować sprawę Mjanmy do Międzynarodowego Trybunału Karnego, nałożyć obszerne embargo zbrojne na Mjanmę a także obciążyć najwyższych urzędników państwowych odpowiedzialnych za poważne zbrodnie i łamanie praw człowieka sankcjami finansowymi” – czytamy w dokumencie.