Na polską transformację patrzmy obiektywnie

Odpowiedź obrońcy planu Balcerowicza, Marcinowi Zielińskiemu na publikację w Trybunie z dnia 16 – 17.12.2019 r.

Zaczyna Pan swoją publikację stwierdzeniem, że … „Andrzej Jakubowicz postanowił za wszelką cenę dowieść że rozwój polskiej gospodarki w żadnym razie nie był zasługą Balcerowicza”
Nie użyłem tego zwrotu. Ale skoro poruszył Pan personalnie Leszka Balcerowicza … Nie mnie jego oceniać. Inni już zrobili to wystarczająco dosadnie i to wielokrotnie. Ale skoro już mówimy o Nim, to przede wszystkim należy mu się wielkie uznanie za odwagę. Nie takie tuzy polskiej ekonomii ówczesnego okresu nie miały odwagi żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za radykalną reformę polskiej gospodarki, a takie heroiczne zadanie postawiła historia w owym momencie przed Polską. Leszek Balcerowicz podjął się tego zadania. I zdobył uznanie najwyższych instytucji finansowych świata. A była to sytuacja człowieka, który ledwo nauczył się pływać a już został rzucony do rzeki, która płynie głębokim, wartkim nurtem pełnym wirów i zdradzieckich zakrętów. Wyszedł z tego żywy, ale nie bez szwanku.
Przecież Leszek Balcerowicz był wówczas młodym adiunktem SGPiS, bez żadnej praktyki w gospodarce. Posiadał (posiada) za to niezłomny charakter. Jak to wyraził się Marek Belka „robił rzeczy o których nawet nie wiedział, że są niemożliwe” (cyt. za S. Krajewskim: Determinanty społecznej akceptacji zmian systemowych w Polsce. Referat na Kongres Ekonomistów Polskich). Polska transformacja gospodarcza to było zadanie unikalne w historii gospodarczej świata. Wobec tego błędy w realizacji tego procesu były niejako wpisane w scenariusz. Chodzi jednak o ich skalę. I o ideologię. Tak – ideologia jest tu istotna. Leszek Balcerowicz nie miał praktyki gospodarczej ale odbył staż zagraniczny na którym został nasycony modną wówczas ideologią neoliberalną. I taki kierunek nadał polskiej transformacji.
Tenże neoliberalny kierunek – w jego najbardziej radykalnej, doktrynalnej formie realizowały wszystkie polskie rządy do 2015 roku z wyjątkiem okresu kiedy wicepremierem i ministrem finansów był prof. Grzegorz Kołodko (Rząd Lewicy – I okres, lata 1994 – 1997). A więc nie tylko Balcerowicz. „Nie on jeden winien”.
I nie ma co się obrażać na krytykę. Jest ona potrzebna. Potrzebna jest żeby obiektywnie ocenić proces transformacji. I żeby wyciągnąć wnioski, bo jeszcze nie wiadomo jakie problemy przed polską gospodarką postawi przyszłość.
Panu Zielińskiemu radzę zejść z doktrynerskich pozycji neoliberalizmu bo są one nie do obrony. Radzę poszerzyć spektrum wiedzy o poglądy ekonomistów którzy widzą więcej i szerzej niż doktryna neoliberalna. Nazwiska znanych i uznanych autorytetów od lat odnoszących się krytycznie do procesu destrukcji w wyniku „działań transformacyjnych” znajdują się w moim artykule opublikowanym przez Trybunę. Są to: W. Kieżun, T. Kowalik, A. Karpiński, Z. Sadowski, P. Bożyk, K. Poznański, G. Kołodko, R. Ślązak. Dodam jeszcze Grażynę Ancyparowicz („Od neoliberalizmu do neokolonializmu”) i Rafała Wosia („Dziecięca choroba neoliberalizmu”).
Tu chciałbym ustosunkować się do krytyki jaką Pan podjął w stosunku do niektórych moich jak Pan nazwał „autorytetów”. Otóż cytuje pan Ryszarda Bugaja, który wypowiada się na temat K. Poznańskiego. Słabiutkie. Gołosłowne epitety Bugaja stawia Pan przeciwko liczbom, którymi posługuje się w swoich (to prawda, dosadnych) wywodach K. Poznański.
Równie mizerne są Pana próby dezawuowania prof. W. Kieżuna. Jego książka („Patologia transformacji”) oparta jest – z jednej strony na liczbach i dokumentach, a z drugiej strony na szerokiej wiedzy i olbrzymim doświadczeniu, także z pracy zagranicą.
Tak, ja mam autorytety. Natomiast Pan – oprócz swojego Szefa nie może przytoczyć żadnych autorytetów które popierałyby Pana wywody. Wiadomo o czym to świadczy.
Szczególnie nietrafiona jest Pana obrona polityki stosowanej wobec przedsiębiorstw państwowych – slogany i ogólniki od lat powtarzane przez apologetów „szokowej terapii” (czyli „szoku bez terapii” – jak mówi Grzegorz Kołodko), o czym będzie mowa w dalszym ciągu mojego tekstu.
Krytyka rezultatów naszej transformacji gospodarczej w miarę upływu czasu rozszerza się i nasila. A jest ku temu okazja – 30 lat od początku jej wdrażania. Oto wydarzenia tylko z ostatnich tygodni:
– Na Kongresie Ekonomistów Polskich który odbył się w dniach 28 – 29 listopada 2019r. zaprezentowane zostały 3 bardzo krytyczne referaty (prof. S. Krajewskiego: Determinanty społecznej akceptacji zmian systemowych w Polsce; dr R. Dolczewskiego: O skrócenie dystansu strategicznego – Polska krajem służących; oraz mój, który wywołał tę polemikę: Spadek i wzrost gospodarczy w okresie transformacji polskiej gospodarki);
– W dniu 17.12.2019 r. w TVP Info odbyła się dyskusja uznanych polskich ekonomistów w czasie której nie zostawiono „suchej nitki” na poczynaniach reformatorskich;
– Artykuł „Kapitalizm bez kapitału” (Dziennik Gazeta Prawna z 13 – 15.12.2019r.) – rozmowa Sebastiana Stodolaka z Andrzejem Laskowskim i Andrzejem Sadowskim z Centrum im. Adama Smitha – krytyka podejścia do przedsiębiorstw państwowych – do tego jeszcze powrócę.
– Publikacja Dawida Kopa „Transformacja była katastrofą” (Trybuna Nr 253/2019 z 20 – 22.12.2019 r) zainspirowana artykułem Marcina Zielińskiego.
Do w.w. dodam swój referat wygłoszony 20 maja 2019 r w Uczelni Vistula na konferencji podsumowującej 30 lat polskiej transformacji gospodarczej (opublikowany w Zeszytach Naukowych Uczelni Vistula). Tytuł referatu: Polska transformacja gospodarcza – wielki sukces czy „wielki przekręt”?
Skoro już zostało użyte słowo „katastrofa” – a dotyczy to w najwyższym stopniu aspektów społecznych – rekomenduję lekturę trzech publikacji książkowych:
– Katarzyna Duda: Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji. Książka i Prasa, Warszawa 2019;
– Stanisława Golinowska: O polskiej biedzie w latach 1990 – 2015. Definicje, miary, wyniki. Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018;
– Magdalena Okraska: Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu. Trzecia strona, Warszawa 2018.
Kolejny „obszar transformacyjny”, który jakoś Pan Zieliński przezornie pomija: likwidacja PGR – ów. Nie dość było ruin zlikwidowanych zakładów przemysłowych (kto chciałby zobaczyć te „obrazki” to polecam książkę Ryszarda Ślązaka „Czarna księga prywatyzacji”) to należało jeszcze zrujnować życie setek tysięcy pracujących w tych rolnych gospodarstwach. Pan Zieliński nie lubi słowa „religia”. A czyż nie była to religia neoliberalizmu? W imię czego zrujnowano życie tych ludzi? Tylko dlatego że słowo „państwowe” jest trefne, brzydkie, znienawidzone. Doktrynerstwo do kwadratu. Z określeniem „likwidacja PGR – ów” wiążą się najstraszniejsze dla człowieka jako istoty żyjącej słowa: bezrobocie, ubóstwo, pijaństwo, kradzieże, rozboje, samobójstwa i zabójstwa. Jeszcze teraz, po latach, można zobaczyć konsekwencje tych decyzji. Czy to jest również sukces? Czy ktoś się tym zajmie? To temat na co najmniej kilka prac doktorskich i habilitacyjnych. W najwyższym stopniu dotknęło to zachodnich i północnych ziem, które weszły w skład państwa polskiego po 1945 r a to powinno skłaniać do większej przezorności. Wystarczyło zmienić formę prawną jak to zrobili
Czesi i Słowacy.
Jeszcze raz okazało się że nasi południowi sąsiedzi są rozważniejsi i mądrzejsi od nas.
W Czechach i na Słowacji w czasach socjalizmu prywatne rolnictwo praktycznie nie istniało. Niemal w 100% były to spółdzielnie produkcyjne i gospodarstwa państwowe (w Czechach 65 % użytków rolnych stanowiły spółdzielnie produkcyjne a 35% gospodarstwa państwowe). W pierwszym okresie transformacji oddawano ziemię prawowitym właścicielom (uznawano że prywatna własność ziemi uległa tylko zawieszeniu w latach 1948 – 1989). Jednak pomimo zwrotu gruntów rolnych ich prawowitym właścicielom pozostawały one w zarządzaniu dużych holdingów i spółek produkcyjnych (dotychczasowe spółdzielnie produkcyjne przekształciły się w spółki prawa handlowego). Drobni właściciele wydzierżawiają użytki rolne dużym holdingom produkcyjnym. Motywacja – wielkoobszarowe gospodarstwa są bardziej efektywne.
W rezultacie zmiana sposobu zarządzania rolnictwem w Czechach i na Słowacji przebiegła płynnie – nie było z tego powodu bezrobocia, nie było patologii.
Kuriozalne jest tłumaczenie sytuacji w Polsce po likwidacji PGR – ów: „Skutki tego procesu, szczególnie w sferze społecznej były silnie krytykowane. Tym niemniej likwidacja PGR dała początek tworzeniu rynku gruntów rolnych” (Katarzyna Żukrowska: Transformacja w sferze gospodarczej. Rekapitulacja 2. W: Transformacja systemowa w Polsce. SGH, Warszawa 2010). Zaiste – „utworzenie rynku gruntów rolnych” jako właściwy ekwiwalent za nieszczęsny los setek tysięcy pracowników byłych PGR – ów. Zwłaszcza, że te grunty leżały potem odłogiem lub były przedmiotem spekulacji i innych nieprawidłowości na tym chwalonym „rynku”. Jest to klasyczny przykład kamuflowania nieprawidłowości w procesie transformacji w czym celuje wydawnictwo SGH „Transformacja systemowa w Polsce”, 2010.
Niektórzy realizatorzy koncepcji likwidacji PGR – ów mają po latach niewesołe refleksje na ten temat. Przytoczę tu wypowiedź Michała Wojtczaka (Odkupienie, „Gazeta Wyborcza. Duży Format”, 18 grudnia 2009 r). – wiceministra w rządzie Balcerowicza: „20 lat temu w rządzie Mazowieckiego odpowiadałem za restrukturyzację rolnictwa i wiem, że przeze mnie kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy ludzi z dawnych pegeerów znalazło się na bruku, praktycznie bez środków do życia. (…) Intuicja podpowiadała mi, że robimy źle. Mogłem przekonywać Balcerowicza, a jakby mi się nie udało, odejść z rządu. Tylko tak należało się zachować”.

Flaczki tygodnia

Faszysta czy cyniczny zakłamaniec?
Takie pytanie ciśnie się na usta po przeczytaniu wywiadu pana premiera Mateusza Morawieckiego dla niemieckiego dziennika „Die Welt”.

„Komunistyczni sędziowie szkolili swoich następców w latach 90. i tym samym kształtowali ich”, tak wyjaśniał niemieckim dziennikarzom, dlaczego rządzący obecnie PiS podporządkowywanie sobie sędziów, nazywa konieczną „dekomunizacją”. Podobną ponoć do niemieckiej „denazyfikacji” dokonanej po 1945 roku i „dekomunizacji” dokonanej po 1990 roku w byłej Niemieckiej Republice Demokratycznej.

W ten sposób pan premier, zwany też „Krzywoustym Pinokio”, stworzył nową, szkodliwą dla Polski grupę społeczną. Sędziów „szkolonych i kształtowanych przez komunistów”.
W Polsce żyje i pracuje wiele innych grup zawodowych, które mogły być „szkolone i kształtowane przez komunistów”. W czasie pracy i nauki w Polsce Ludowej oraz w III Rzecz[pospolitej. Mogą to być prokuratorzy. Wojskowi. Policjanci. Nauczyciele. Lekarze. Pielęgniarki. Piekarze. Aktorzy. Reżyserzy. Sadownicy. Dziennikarze nawet.
Każda z nich może zostać ogłoszona przez „Krzywoustego Pinokio” kolejnym wrogiem Dobrej Zmiany. I podana ustawowo represjom.

Martin Niemöller, niemiecki pastor luterański napisał taki wiersz w obozie w Dachau w 1942 roku.
„Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.”
Dlatego wszyscy obywatele Polski powinni popierać protesty represjonowanych „za komunizm” sędziów. Nawet uważający się za beneficjentów rządów PiS.

Głoszące konieczność „dekomunizacji” politycy PiS jednocześnie chętnie korzystają z usług byłych, prominentnych nawet członków PZPR. Czyli „komunistów” wedle ich nomenklatury.
Takim, byłym „komunistą” jest aktualny sędzia Sądu Najwyższego, były „komunistyczny” prokurator Stanisław Piotrowicz. Gwiazdami narodowo- katolickich, prorządowych mediów są: Marek Król były sekretarz KC PZPR czy Aleksandra Jakubowska też należąca do PZPR, była minister w postkomunistycznych rządach Oleksego, Cimoszewicza, Millera.
Lista byłych „komunistów” wśród elit wspierających PiS jest długa. Bo z „komunistami” w PiS jest jak z Żydami w hitlerowskiej Luftwaffe. Tam o tym kto jest Żydem decydował marszałek Hermann Goering. Dzisiaj kto jest „komunistą” w Polsce decyduje pan prezes Jarosław Kaczyński.

Promotorem doktoratu pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego był profesor Stanisław Ehrlich. Polski Żyd, pułkownik I Armii Wojska Polskiego, świetny prawnik. Ale „żydokomuna”, jak to teraz młodzież z PiS- u mawia. Ehrlich nie tylko „szkolił i kształtował” pana prezesa Jarosława. Dzięki jego protekcji pan prezydent Lech Kaczyński mógł obronić swój doktorat. I potem dostać tytuł belwederskiego „profesora”.

W Polsce nie mamy tak twardego i skutecznego nazizmu jaki był w hitlerowskich Niemczech. Mamy za to liczne totalitarne, zamordystyczne tęsknoty elit PiS. Pragnienie stworzenia autorytarnego państwa wzorowanego na sanacyjnej II Rzeczpospolitej. Do tej pory w Polsce totalitarne reżimy nie udawały się. Zatem obozów koncentracyjnych w IV Rzeczpospolitej pewnie nie będzie. Będą za to represje ekonomiczne wobec opozycji i środowisk niepopierających obecną władzę. Odsuwanie „nieswoich” od stanowisk, wyrzucanie ich z pracy, obniżanie im pensji i świadczeń emerytalnych. Wymiana dotychczasowych elit na elity współpracujące z PiS. Pod hasłem „dekomunizacji”.

„Ponadto polskie sądownictwo również nie działa wystarczająco skutecznie. Postępowania trwają zbyt długo. Nic dziwnego, że wielu polskich obywateli domaga się tutaj poprawy|”, powiedział też w wywiadzie dla „Die Welt” pan premier Morawiecki.
O dziwo, tym razem powiedział prawdę. Zapomniał jedynie dodać, że jego formacja polityczna rządzi już piąty rok i przez te lata nie zreformowała skutecznie sądownictwa. Jedynie zabałaganiła je. A podwładny pana premiera, pan minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro skutecznie zablokował awanse wszystkim młodym sędziom. Bo czeka aż wreszcie podporządkuje sobie sądownictwo. I wtedy będzie mógł awansować. Oczywiście tylko swoich sędziów.

O tym, że elity PiS „walczą o dobry wizerunek Polski” za granicą, słyszymy co chwila. Jak naprawdę ten wizerunek tworzą mogliśmy się przekonać kiedy, na zaproszenie Senatu RP, przybyła do Warszawy delegacja Komisji Weneckiej, działającej przy Radzie Europy.
Podobno Polacy, zwłaszcza w czasach „nieskażonych komunizmem”, słynęli z gościnności i dobrych manier. Jednak kiedy zjawili się goście z Rady Europy, to ani pani Marszałek Sejmu RP, ani żaden z ministrów rządu RP nie znalazł ani pięciu minut by, kurtuazyjnie przynajmniej, przywitać delegację Komisji na gościnnej, polskiej ziemi.
Kancelaria Sejmu RP, zarządzająca gmachem Sejmu i Senatu, nie udostępniła gościom Senatu pokoju na planowane spotkania, odmówiła też podstawienia samochodu do jej użytku. Nawet odpłatnie.
Gości z Rady Europy elity PiS potraktowały jak zadżumionych. Fakt, mogliby oni demokrację do Sejmu i Senatu przywlec.

Jedyną propozycją jaką otrzymała delegacja Komisji Weneckiej od elit PiS to zaproszenie do zwiedzenia „muzeum żołnierzy wyklętych”. Bo, jak zauważył pan minister Warchoł, „tam można zobaczyć okrucieństwa komunizmu i skutki braku rozliczenia sędziów”.
„Flaczki tygodnia” żałują, że znowu pan minister Warchoł okazał się nieskuteczny i nie doprowadził tam delegacji. Mieliby okazję zobaczyć jak może wyglądać przyszły efekt rządów PiS, jeśli nadal będą one trwały. Bo im więcej elity PiS mówią o „dekomunizacji” to tym bardziej ich propozycje zmian zbliżają się do dawnego, totalitarnego, stalinowskiego systemu zarządzania państwem.

Stalinizm w Polsce trwał osiem lat. Rządy PiS weszły w piąty rok.

Władze Iranu uznały zestrzelenie ukraińskiego samolotu za „błąd człowieka”. Niewykwalifikowanego wojskowo bojownika Gwardii Rewolucyjnej.
Czy zabicie irańskiego generała Miralema Sulejmaniego to też „błąd człowieka”?
Niewykwalifikowanego polityka wybranego na przywódcę mocarstwa ?
Błąd to, czy efekt systemu?