Brexit problemem dla brytyjskich zespołów

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to kolosalny problem dla zespołów Formuły 1. Jeszcze co prawda nie w tym sezonie, bo do końca 2020 roku będą mogły swobodnie korzystać z prawa wspólnotowego, a w kolejnych kłopotów unikną jedynie zespoły mające siedziby poza Wyspami Brytyjskimi – Ferrari, Alfa Romeo i Alpha Tauri.

Formuła 1 od lat zdominowana jest przez zespoły z Wielkiej Brytanii. Z dziesięciu ekip aż siedem ma swoje siedziby w tym kraju, także Haas, chociaż główną bazę ma w Stanach Zjednoczonych. Dlatego też brexit stał się poważnym problemem dla całej Formuły 1. W okresie przejściowym, czyli do końca sezonu 2020, wszystkie ekipy F1 mogą jeszcze spać spokojnie, ale gorzej będzie od roku 2021, gdy nie będzie można korzystać z prawa do swobodnego przepływu osób, towarów i usług. Każdy bolid F1 składa się z ponad 14 tysięcy różnych części, z których większość pochodzi od małych dostawców. I to z różnych krajów, nie tylko z Wielkiej Brytanii. Zakłócenia w łańcuchu dostaw wydają się nieuniknione. Sama Formuła 1, choć należy do amerykańskiej spółki Liberty Media, większość swoich biur od lat ma w Londynie. Firma już w zeszłym roku przygotowała specjalny dokument, w którym uspokajała ewentualnych inwestorów i zapewniała, że brexit nie zakłóci funkcjonowania całego cyklu wyścigowego.
Tylko trzy zespoły nie muszą się martwić brexitem. To Alfa Romeo (kierowcą rezerwowym w tej ekipie jest Robert Kubica), która ma swoją siedzibę w szwajcarskim Hinwil oraz włoskie Ferrari i Alpha Tauri z fabrykami w Maranello i Faenzy. Te ekipy nadal będą mogły korzystać z prawa wspólnotowego i licznych przywilejów.

Brexit, wybory i nowa walka klas

Jednym z najważniejszych wydarzeń 2019 roku były grudniowe wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii. Partia Pracy, pod przewodnictwem najbardziej lewicowego przewodniczącego w historii, Jeremy’ego Corbyna, poniosła wielką porażkę. Oddała pole odbite torysom dwa lata temu – i znacznie, znacznie więcej. 60 miejsc mniej niż w poprzednich wyborach. Reperkusje tego wydarzenia sięgną daleko poza granice tego jednego państwa.

Labour Party jest dziś największą partią polityczną w Europie – i niemal ostatnią z tradycyjnych socjaldemokracji, która przez kilka lat wydawała się przełamywać zaklęty krąg stagnacji, marginalizacji, a nawet degeneracji, w jakim partie o podobnym profilu i historii zamknęły się na całym kontynencie wskutek najpierw ukąszenia neoliberalizmem, a potem kryzysu finansowego 2008 roku. Lewica w całej Europie patrzyła na Labour z nadzieją – i jako na lekcję, jak inną politykę uczynić możliwą w ramach tradycyjnego systemu partyjnego. Wynik zeszłorocznych brytyjskich wyborów najprawdopodobniej otworzy teraz nową sekwencję wielkich, spektakularnych zwycięstw prawicy po obydwu stronach Atlantyku.
Przewaga uzyskana przez torysów okazała się większa niż przewidywały najbardziej nieprzychylne Labour sondaże i media. Wyniki stanęły w poprzek trendów notowanych w ostatnich tygodniach przed wyborami, kiedy to różnica między Partią Pracy a Partią Konserwatywną wydawała się kurczyć raczej niż rosnąć, a dodatkowo fakt, że w ostatnich latach sondaże cechowało raczej niedoszacowanie Labour, dawał nadzieję na wynik powyżej przewidywań sondażowni. Przewagę torysów powiększył jeszcze zniekształcający proporcje brytyjski system jednomandatowych okręgów wyborczych. 43,4 proc. przełożyło się na 56 proc. miejsc w westminsterskich ławach i większość 80 głosów.
Klęska pomimo popularności programu
Labourzyści przegrali tak sromotnie, pomimo iż znacznie więcej Brytyjczyków popiera sporą część ich programu (koniec polityki zaciskania pasa; nacjonalizacja kolei, energetyki czy poczty; inwestycje w zieloną transformację; wojna z rajami podatkowymi czy uśmieciowieniem zatrudnienia; itd.). Pomimo iż Boris Johnson naprawdę nie cieszy się poparciem większości brytyjskiego społeczeństwa – większość uważa go, zasłużenie, za klauna. Jakby tego było mało, na finiszu wyborów robił wszystko, żeby raczej tracić głosy niż je zyskiwać – nie stawił się na telewizyjnej debacie klimatycznej, odmawiał wywiadów najbardziej szanowanym dziennikarzom, a nawet chował się przed niektórymi do lodówki. A jednak stało się to, co się stało. Jak to było możliwe?
Podobnie jak było z Brexitem – tak wielki wstrząs polityczny nie da się nigdy wytłumaczyć jednym czynnikiem. Poszczególnymi ludźmi kieruje zwykle więcej niż tylko jeden motyw, a całymi społeczeństwami – zwłaszcza tak zróżnicowanymi i nierównymi jak współczesna Wielka Brytania – złożone konfiguracje tych motywów. Szereg analiz wykazał już, że Jeremy Corbyn był przez całe cztery lata pod nieprzerwanym atakiem większości mainstreamowych mediów, nawet tych, które przez dekady uchodziły w Wielkiej Brytanii za lewicowe (szczególnie haniebną rolę odegrał tu „The Guardian”). Udowodniono, że miażdżąca większość medialnych doniesień na temat Corbyna zniekształcała jego stanowisko, demonizowała go lub ośmieszała. Odkąd po raz pierwszy ubiegał się o stanowisko przewodniczącego Partii Pracy, w okresach poprzedzających kluczowe głosowania czy to wewnątrz Partii Pracy czy to na poziomie ogólnokrajowym, w prasie pojawiały się całe serie oskarżeń wyssanych z palca. Że „przyjaźni się z terrorystami” (z IRA, z Hamasu), że był komunistycznym agentem (czechosłowackim, of all places!), wreszcie – że on sam lub jego otoczenie to „antysemici” (bo uważają, że Palestyńczycy są ludźmi i jako takich ich też obejmują pewne niezbywalne prawa człowieka).
Wiele wskazuje, że ogromna część tych fabrykacji smażona była dla mediów przez i we współpracy z kontrolowanym przez torysów aparatem bezpieczeństwa państwa brytyjskiego, a także z siłami obcych mocarstw, zwłaszcza Izraela. Ale przed wyborami w 2017 było tak samo – dlaczego wtedy te kalumnie partii nie zaszkodziły, a w 2019 umożliwiły torysom zwycięstwo na miarę triumfów Margaret Thatcher?
Względny (w warunkach pozostawionych po dekadach neoliberalnego spustoszenia) „radykalizm” manifestu Partii Pracy z roku 2017 nie odstraszył wtedy wyborców, wręcz przeciwnie, przyciągnął wielu z powrotem, a też wielu całkiem nowych. Manifest z roku 2019 nie odjechał stamtąd za bardzo w lewo, żeby miliony ludzi się nagle przestraszyły, że niby „hoho, wystarczy!”. Był raczej reafirmacją tej samej linii, rozwinięciem tamtych propozycji, czymś na kształt: „mówimy serio, nam chodzi cały czas o to samo”. Tylko głośniej. Coś się jednak musiało zmienić, żeby wywołać taki wstrząs, tym bardziej, że w międzyczasie nie wzrosła nigdzie wiara, że to torysi mają jakiś lepszy pomysł na cokolwiek.
Część ludzi zapewne zaczęła wierzyć w kalumnie od samej częstotliwości ich powtarzania; część przestała wierzyć, że przywódca będący celem takich ataków ma jakiekolwiek szanse sukcesu. Ale to na pewno nie wszystko.
Brexit election
Była jedna wielka, znacząca różnica między propozycjami Labour w latach 2017 i 2019: dotyczyła Brexitu. Dwa lata wcześniej Labour oficjalnie akceptowała wynik referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, a w 2019, dość niespodziewanie, zapowiedziała drugie referendum. Ta propozycja mogła być „filozoficznie” dobra, w tym sensie, że dopiero dzisiaj wiemy, jak niewiele wiedzieliśmy, co z tego pierwszego referendum mogło w ogóle wynikną i Brytyjczycy powinni mieć prawo zagłosować również nad wynegocjowanymi konkretami. Poza tym partia nie chciała wyalienować żadnej z dwóch części społeczeństwa spolaryzowanego właśnie wokół Brexitu, tym bardziej, że kolejne fale kryzysu ekonomicznego są dziś i tak nieuchronne.
Ale filozoficznie słuszne decyzje mają czasem niepożądane konsekwencje praktyczne. O ile Partii Konserwatywnej udało się zachować swoich wyborców chcących Brexitu i nie utracić tych, którzy byli (i są) za pozostaniem w Unii Europejskiej, o tyle Labour utraciła głosy tam, gdzie jej wcześniejsi wyborcy w referendum głosowali za Brexitem. W 2019 część zagłosowała po raz pierwszy w życiu na torysów, wielu zrezygnowało z głosowania. Może to więc prawda, że były to wybory „na temat Brexitu”, „wokół Brexitu”, że to o zdominował i przyćmił wszystko, przeorał brytyjską scenę polityczną tak, że obrócił ją całą w szachownicę ułożoną z pułapek, źle postawionych pytań, na które niemal nie da się dobrze odpowiedzieć. Cokolwiek by tobą nie kierowało, co chwilę grozi ci, że obudzisz się po jednej stronie albo z neoliberałami, albo z rasistami i nacjonalistami.
Brytyjczycy i Brytyjki zagłosowali en masse wbrew swojemu materialnemu interesowi. Część z nich uwiodły rasizm i nacjonalizm lansowane przez otoczenie Johnsona, nostalgia za Imperium Brytyjskim, ale na pewno nie wszystkich. Część z nich popierała wiele postulatów Labour, ale po dekadzie barbarzyńskich cięć budżetowych torysów po prostu nie wierzyła w realną możliwość ich realizacji. Gorzej nawet: rozjeżdżane przez dziesięciolecia neoliberalnym walcem, rozbite nim na rozerwane, osamotnione jednostki, utraciło wiarę w możliwość odbudowy ogólnospołecznej solidarności, która realizację programu Labour mogłaby uczynić możliwym. Wobec tego – zamiast tego – postawili ostatecznie na coś w ich poczuciu bardziej w zasięgu ręki – żeby już zrobić cały ten Brexit, jak mawia Boris Johnson. Lepiej już było, co będzie to będzie, byle się skończył ten stan zawieszenia i pośmiewisko w oczach świata.
Pułapka i katastrofa Brexitu
Dziś już wiadomo z całą pewnością, że torysi Borisa Johnsona zrobią Brexit za wszelką cenę, żeby ugrać coś na wstrząśniętych w ten sposób rynkach, i sprzedać, co jeszcze zostało rządowi na Wyspach do sprzedania, czyli przede wszystkim służbę zdrowia (NHS, National Health Service). Wiadomo już, że sępami będą amerykańskie korporacje, więc wszyscy oprócz ich akcjonariuszy stracą, a jednak głosy odpłynęły w stronę takich torysów. Kiedyś pisałem, że Brexit będzie katastrofą, ale też, że jego odwołanie byłoby jeszcze większą, bo umocniłoby najbardziej reakcyjne, ultraneoliberalne siły w samej UE i poszczególnych jej krajach członkowskich. Dlatego nie ma się co łudzić wyborem między katastrofą a jej odwołaniem (nierealnym) – kierować natomiast się należy wyborem między różnymi scenariuszami katastrofy, takimi, po których jest co zbierać i odbudowywać, i takimi, po których nic już nie ma.
Ale może sprawa była jeszcze poważniejsza: katastrofą większą od Brexitu mogła być już nawet sama propozycja, że Brexit ewentualnie, hipotetycznie, w jakichś okolicznościach, dałoby się jeszcze odwołać, np. w dodatkowym referendum? I właśnie to się stało, najważniejszym czynnikiem redukującym w ostatniej chwili poparcie dla Labour była ta zmiana, podczas gdy Boris jechał po bandzie ze swoim „Get Brexit done!” i mógł się nawet po drodze chować w lodówkach. Brytyjskie społeczeństwo poczuło, że może im zostać odebrana ta jedyna „ich własna” decyzja, która naprawdę coś w ciągu ostatnich dziesięcioleci zmieniła w brytyjskiej polityce – ten jeden raz, kiedy ich głos okazał się faktycznie mieć znaczenie, i to takie o mocy wstrząsu; ten jeden jedyny raz, kiedy mieli poczucie, że udało im się uderzyć w ekonomiczne elity, zemścić się na nich, naprawdę je znokautować. Nawet jeśli było to zwycięstwo pyrrusowe.
Jak można te wydarzenia w ogóle rozumieć, w parametrach materialistycznego rozumienia polityki? Proponuję hipotezę z kilku kroków oddalenia.
A jeśli kapitalizm już się skończył?
W książce Capital Is Dead filozof/ka McKenzie Wark stawia bulwersujące pytanie. Co, jeśli kapitalizm już się skończył? Nic nie zauważyliśmy, bo myśleliśmy, że rezultatem upadku kapitalizmu będzie, oczywiście (bo jesteśmy lewicą, marksistowską), komunizm. Skoro to, w czym żyjemy, to wciąż nie jest komunizm, to znaczy, że wciąż żyjemy w kapitalizmie. A jeśli kapitalizm już przegrał, tylko że nie z nami (lewicą)? Jeśli my (lewica) przegraliśmy razem z nim, i zwycięstwo należy do kogoś/czegoś innego, jeszcze gorszego?
Nie zauważyliśmy, bo upieramy się traktować wszystko, co widzimy, jako manifestacje tego samego systemu, tej samej „esencji”, która tylko zmienia formy, kostiumy i rekwizyty? Wark nazywa takie podejście metafizyką. Marks uważał pojawienie się kapitalizmu za fenomen historyczny. Tak jak się pojawił, system ten może zniknąć, zostać zastąpiony. Tak jak zastąpić mogły go siły od kapitalizmu lepsze (socjalizm, komunizm), tak mogą i gorsze, nic nie jest z góry przesądzone.
Wark proponuje eksperyment myślowy: co, jeśli burżuazja została pokonana przez klasę społeczną jeszcze gorszą, która przejęła władzę nawet nad nią? Istnienie wciąż burżuazji i proletariatu nie wystarczy, by podważyć trafność jej hipotezy. Przecież kapitalizm i zwycięstwo burżuazji nie zniosły istnienia starszych klas społecznych – np. feudalnych właścicieli ziemskich, kleru i chłopów. Umieściły je tylko w nowej konfiguracji. W kapitalizmie arystokracja i właściciele ziemscy nie przestali istnieć, nie stracili swoich zasobów i możliwości wyzyskiwania chłopów, tylko zostali włączeni w konfigurację, w której ich pozycja podporządkowana została panowaniu i ekonomicznej racjonalności burżuazji. Tak samo dziś burżuazja – klasa właścicieli środków produkcji – została przechytrzona przez klasę właścicieli informacji (albo: wektora przepływu informacji). Burżuazja wciąż istnieje i zarzyna setki milionów proletariuszy w niekoniecznie potrzebnej pracy przy produkcji jej fetyszy. Ale największa władza wcale nie należy dziś do tych, którzy posiadają środki produkcji.
Ci, którzy je posiadają, wciąż mają władzę and tymi, którzy ich nie posiadają, ale sami znaleźli się w sytuacji podporządkowania wobec tych, którzy posiadają władzę nad informacją i informację na własność. Apple i Google nie potrzebują nawet środków produkcji, produkcję zlecają podwykonawcom w Azji. Amazon przerzuca po świecie coraz wydajniej (dzięki coraz pełniejszej informacji, jaką dysponuje i nie przestaje gromadzić) produkty wytwarzane przez innych. Facebook nie produkuje w ogóle niczego materialnego. Władzę nad tymi, którzy posiadają środki produkcji daje im kontrola informacji (patentów, praw autorskich, zagregowanych drobiazgowych danych ściąganych z mieszkańców całej planety, obiegu tych informacji).
Władcy informacji
Argument, że informacja istniała i miała znaczenie już wcześniej, niczego tu nie zbija. Towar też istniał przed kapitalizmem i zwycięstwem burżuazji, a jednak nie był jeszcze tym samym, czym się stał w kapitalizmie i w warunkach klasowej władzy burżuazji. To samo z argumentem, że informacja jest po prostu kolejnym towarem. Jest towarem, ale zupełnie innym niż te, którymi obracał kapitalizm. Tak jak towar w kapitalizmie ma władzę, jakiej nie miał jeszcze w feudalizmie.
Informację wytwarzamy wszyscy cały czas, nie wiedząc nawet kiedy, ciągle podłączeni do urządzeń, które stale ją z nas wysysają. Nawet gdy śpimy, albo gdy myślimy, że jesteśmy klientami albo nabywcami jakiejś usługi (wydawałoby się, że to biegunowe przeciwieństwo pracy). Tylko nie mamy nad nią żadnej władzy, żadnej kontroli, nie podejrzewamy nawet, ile z każdym naszym krokiem jej wytwarzamy. Za to ci, którzy mają nad nią władzę, wiedzą o nas tyle, że – choć nigdy nas nie spotkali – są na przykład w stanie nasze konkretne indywidualne istnienie wytypować, jako wrażliwe na pewne podmuchy chorągiewki, które można w kluczowym politycznie momencie urobić właściwymi bodźcami.
McKenzie Wark sugeruje, że to się stało już wtedy, kiedy większość z nas (lewicy) myśli, że zaczął się kolejny etap, kolejne stadium kapitalizmu. Z początkiem neoliberalizmu. Dotychczasowa marksistowska opowieść o tym wydarzeniu idzie mniej więcej tak. Kapitaliści wykorzystali kryzys (paliwowy, stagflacji) lat 70. XX wieku, żeby zniszczyć pozycję klas pracujących, zmusić je do oddania pola, osłabić związki zawodowe, rozbić klasowe solidarności i skonsolidować władzę poprzez finansjeryzację gospodarki, rozrzucenie po globie łańcucha dostaw, logistykę i przyspieszony przepływ informacji (dzięki komputerom, internetowi, itd.), aż po zatomizowanie społeczeństw przez socjalizację do skrajnego narcyzmu. A jeśli ta opowieść jest nieprawdziwa? Wark proponuje inną: w warunkach kryzysu lat 70. XX wieku kapitaliści uciekli się do tego, by poszukiwać ratunku przed widmem rewolucji w technologiach intensyfikujących przepływ, pozyskiwanie i przetwarzanie informacji. Żeby przy ich pomocy móc przerzucać po świecie produkcję tam, gdzie taniej i siła robocza mniej zorganizowana, szybciej przesyłać tam instrukcje i skuteczniej wozić po świecie półprodukty i gotowe towary, unikając gniewu i oporu pracowników. A jeśli wtedy właśnie wyhodowali na swojej piersi klasę, która może chwilowo pomogła im nie osunąć się nagle pod topór rewolucji, ale niepostrzeżenie przejęła ich władzę i narzuciła siebie jako siłę dominującą nawet nad nimi? Co, jeśli neoliberalizm to nie jest kolejne/ostatnie stadium kapitalizmu, ale już pierwsze stadium następnego (jeszcze gorszego) systemu?
Klasę, która się ponad tym wszystkim wyłoniła i przechytrzyła burżuazję, Wark proponuje nazwać vectoralist class (po polsku byłaby to może klasa wektoralistyczna). Chodzi o posiadanie kontroli nad wektorem (przepływu) informacji. Z burżuazją łączy tę klasę pragnienie utrzymania globalnego systemu wyzysku i dominacji, ale dzieli ją rywalizacja o udział we władzy i korzyściach z tej władzy – przejęła władzę także nad burżuazją, która obudziła się z ręką w nocniku, skazana na jej dyktat.
Osobiście chcę wierzyć, że to jeszcze nie jest tak do końca przesądzone, że wciąż żyjemy w wielkim interregnum i możemy temu jeszcze gorszemu systemowi zapobiec. Że – jak u Petera Frase’a – wciąż są możliwe inne scenariusze. Ale może po prostu jestem mniejszym pesymistą niż Wark.
Brexit jako symptom (jeden z wielu)
Tak czy owak, być może Brexit i wszystkie jego konsekwencje to arena walki między tymi dwiema (dominującymi) klasami? Kosztem reszty z nas? Jedna z tych kilku aren, na których vectoralist class postanowiła w końcu przejąć pełnię otwartej władzy, jasno nam wszystkim pokazać, kto tu rządzi? Film dokumentalny The Great Hack (dostępny na Netfliksie, ubiega się o Oscara) czy najnowszy wyciek dokumentów rozwiązanej firmy Cambridge Analytica, za sprawą sygnalistki Brittany Kaiser, wskazują na inne takie areny.
Hipoteza: vectoralist class można przypisać autorstwo całego Brexitu. Tracącą grunt pod nogami, przerażoną końcem świata jaki znamy część starej kapitalistycznej burżuazji, która jej w tym pomogła, rozbijając się o ściany, byle coś jeszcze w ostatniej chwili ukraść, możemy uważać za jej pożytecznych idiotów. To władcy informacji rozpętali Brexit, żeby pomnożyć fortuny na dramatycznych wahaniach walut i innych aktywów w bezpośrednim sąsiedztwie tego wydarzenia. Dzięki śledztwu dziennikarskiemu Bloomberga możemy już dziś mieć pewność, że wielkie fundusze inwestycyjne grały na nie w okolicach referendum, że miały dostęp do otoczonych tajemnicą wyborczą oficjalnych informacji, i mogły w ten sposób „zaprojektować” wahania rynków; że Nigel Farage, jeden z politycznych prowodyrów Brexitu, musiał działać z nimi w zmowie.
Można powiedzieć, że nihil novi sub sole, bo w kapitalizmie elity ekonomiczne zawsze stosowały – mówiąc Różą Luksemburg – „sztuczki i sposobiki”, żeby kupować i przechwytywać na swoją korzyść formalne procedury liberalnej demokracji. Ale jednocześnie wszystko jest tu zupełnie nowe, bo dziś – jak pokazało referendum brexitowe i wybory prezydenckie w USA – nie trzeba już nawet przekonać jak najwięcej ludzi – wydając na to przekonywanie więcej pieniędzy niż inni. Większość brytyjskich kapitalistów chciała pozostania w Unii Europejskiej. Hillary Clinton wydała na kampanię więcej niż Donald Trump, stała za nią większość kapitalistów. Burżuazja przegrała z vectoralist class, która dysponuje zupełnie nowymi środkami. Przy pomocy analiz statystycznych, algorytmów i projekcji opartych na zagregowanej informacji, potrafi wskazać kilka kluczowych, precyzyjnych kategorii demograficznych, np. ludzi w określonym przedziale wiekowym i majątkowym w kilku statystycznie decydujących okręgach, zlokalizować ich fobie i najskuteczniejsze „czerwone płachty”, i albo zmobilizować je albo do głosowania tak a nie inaczej, albo zniechęcić do głosowania w ogóle. Jest to niby podobne do tego, co w liberalnych demokracjach kapitalizmu robiła burżuazja, ale jednocześnie jest to zupełnie nowa jakość. Burżuazja przegrywa dziś z władcami informacji (których sama uprzednio stworzyła).
Inna taka różnica – tylko pozornie powierzchowna – polega na stosunku tych dwóch klas panujących do kryzysów ekonomicznych.
Informacja i kryzys
Kryzysy są immanentną częścią kapitalizmu, powracają w nim cyklicznie. Historycznie tak to zwykle wyglądało, że cykliczne destrukcje kapitału w wielkich kryzysach były mechanizmem, dzięki któremu system resetował się na ścieżkę wzrostu i długotrwałej (takiej na czas jednego pokolenia) akumulacji i ekspansji. To prawda, że garstka najpotężniejszych kapitalistów, burżuazyjnych oligarchów, wykorzystywała zawsze kryzysy, by zrestrukturyzować stosunki władzy i umocnić swoją własną dominację nad systemem, ale tych zawsze była mniejszość w ramach samej burżuazji. Burżuazja w ogóle, postrzegana jako całość, na dłuższą metę prawdziwych kryzysów (prawdziwych, nie tylko zwykłych wahnięć koniunktury) się boi. Dlatego w ich okresach tak mocno przytula się do faszystów. Woli warunki wzrostu, bo wtedy jest więcej do podziału, mniej własnych trupów po drodze, a i o legitymizację słuszności całego systemu łatwiej, niż gdy wszystko się wali.
Dla władców informacji tymczasem kryzys to idealne środowisko. Zgromadzili już tyle władzy, że skutki kryzysów ich nie dosięgają. Jakby co, bunkry na Nowej Zelandii już zbudowane. Zagregowane informacje oraz technologie ich analizy i przetwarzania pozwalają im właśnie w warunkach kryzysów powiększać swoją władzę, wpływy i majątki, np. grając na towarzyszących im wahnięciach kursów, które są w stanie przewidzieć, zaprojektować, a nawet wywołać. Brexit, Donald Trump, Jair Bolsonaro, Boris Johnson… W kryzysie są jak ryba w wodzie, dlatego jeśli diagnoza Wark się potwierdzi, nie będzie już nawet żadnych cykli. Kryzys od tego momentu będzie już permanentny.
Pojawienie się władców informacji jako odrębnej klasy społecznej, która odbiera władzę nawet burżuazji, przeszło jak dotąd w znacznym stopniu niezauważone, podobnie jak antagonizm i walka o władzę między nią a burżuazją. Dlatego trudno z zewnątrz (z dołu) zobaczyć, że nie są już one dłużej stronnictwami w ramach tej samej, starej klasy.
Brytyjska klasa pracująca od kilkudziesięciu lat znosiła ciosy neoliberalnych ofensyw i wynikające z nich upokorzenia. Od dekady przeżywa intensyfikację tego wszystkiego pod postacią torysowskiej polityki drastycznego zaciskania pasa, która najdosłowniej zabiła dziesiątki tysięcy ludzi. Klasa władców informacji zdołała zlokalizować frustracje „zwykłych ludzi”, najbardziej podatne na wpływy i „czerwone płachty” grupy społeczne, a następnie podsunąć im klaunów zgrywających „anty-establiszment” (Farage, Johnson) oraz narzędzia przedstawione jako sposób uderzenia w „kosmopolityczne elity”, jako szansa na zemstę na nich (Brexit, bo burżuazja kocha Unię Europejską). Jednocześnie zdołała też ukryć swoje własne istnienie jako odrębnej klasy, która walczy (między innymi w ten sposób) o władzę z burżuazją. Zdołała ukryć swój udział w tym całym procesie, rolę w nim odgrywaną. Brytyjskie masy pracujące, myśląc, że mszczą się w końcu na klasach panujących, w istocie dały się wciągnąć w wojnę domową między dwiema takimi klasami, starą i nową (operującą wciąż incognito), walczącymi o udział w torcie i stosunek władzy między sobą. Nieświadomie pomogły nowej dokopać starej. Same zostały z pustymi rękami, ograbione jeszcze bardziej, wystawione na jeszcze więcej ciosów, umacniając nową klasę panującą, jeszcze węższą i potężniejszą niż burżuazja, którą obalić będzie jeszcze trudniej.
Jeśli taka hipoteza jest choć trochę prawdziwa, to lewicy zabrakło, żeby rzucić na to wszystko trochę światła, bo sama nie zauważyła wielkiej systemowej zmiany, która się rozgrywa (lub nawet już się dokonała), wciąż przekonana, że zmieniają się tylko zewnętrzne manifestacje systemu, wiecznej „esencji kapitalizmu”. W skrajnych przypadkach: wierząca do dziś, że z chaosu, w którym się obecnie znajdujemy, da się wyjść podnosząc kilka podatków i zasiłków…

Szkoci za referendum

All Under One Banner – to hasło demonstracji, która przeszła wczoraj ulicami największego szkockiego miasta. Marsz był mocnym sygnałem wysłanym do rządu Wielkiej Brytanii. Szkoci chcą mieć możliwość ponownego zadecydowania o dalszych losach ich kraju.

Mimo deszczowej aury dziesiątki tysięcy flag z krzyżem Świętego Andrzeja powiewały na Kelvingrove Park, gdzie rozpoczęła się sobotnia demonstracja. Było to największe zgromadzenie zwolenników wyjścia Zjednoczonego Królestwa od wielu miesięcy i na pewno nie ostatnie, Ruch niepodległościowy zapowiedział już kolejne marsze.
Pojawili się zwolennicy pozostania w Unii. Poparcie dla idei niepodległości jest w Szkocji na fali wznoszącej. Jeszcze w marcu 2019 jedynie 35 proc. ankietowanych opowiadało się za opuszczeniem unii. Obecnie niektóre sondaże pokazują remis.
Miażdżące zwycięstwo Partii Konserwatywnej w wyborach do Izby Gmin oraz utrata złudzeń, że brexit można jeszcze zahamować doprowadziły do renesansu nastrojów separatystycznych. Grudniowa elekcja, w której Szkocka Partia Narodowa osiągnęła najlepszy wynik w historii, wprowadzając do parlamentu w Londynie 59 deputowanych (13 więcej niż w poprzedanich wyborach) dała rządowi Nicoli Sturgeon lepszą pozycję negocjacyjną w starciu z premierem Borisem Johnsonem.
Szef brytyjskiego rządu, który odrzucał dotąd możliwość zapalenia zielonego światła na nowe referendum, ma w swoim gabinecie ministra ds. unii – nowy urząd utworzony w celu utrzymania Zjednoczonego Królestwa w obecnym kształcie. Decyzja ta świadczy o tym, że Johnson traktuje poważnie niepodległościowe aspiracje Edynburga. Głównym zadaniem rządu Strugeon jest doprowadzenie do ponownego referendum.
– Szkocja bardzo wyraźne chce innej przyszłości niż ta, która została wybrana przez większość w pozostałej części Zjednoczonego Królestwa, i Szkocja chce mieć prawo do decydowania o własnej przyszłości. Torysi – choć bez wątpienia tak długo, jak to możliwe, będą wściekać się na rzeczywistość – muszą ją zaakceptować i zrozumieć. Zostali odrzuceni w Szkocji. Postawili kwestię sprzeciwu wobec referendum niepodległościowego na karcie do głosowania i stracili poparcie, stracili ponad 50 proc. miejsc – to była katastrofalna porażka torysów w tej sprawie – mówiła Sturgeon po grudniowych wyborach.
W 2014 roku w Szkocji odbył się plebiscyt w sprawie wyjścia z UK. Za odłączeniem się od struktur UK było wówczas 44,70 proc. głosujących, a za pozostaniem częścią Zjednoczonego Królestwa – 55,30 proc. Frekwencja wyniosła 84,59 proc.

Polska, Europa, Brexit

12 grudnia w Wielkiej Brytanii odbywają się wybory parlamentarne. Po nich zmaterializuje się wreszcie odsuwany po raz któryś z rzędu z racji niedecyzyjności rządzących elit „Brexit”. Wstrząs czeka nie tylko Brytyjczyków, ale też Unię Europejską, a więc Polskę.

Dla wyspiarzy data 12 grudnia 2019 może stać się symboliczną i przełomową datą na kształt 14 października 1066 r. Wtedy to normańskie oddziały atakujące z kontynentu pod wodzą Wilhelma I Zdobywcy po zwycięskiej bitwie koło Hastings i rozbiciu wojsk brytyjskiego króla Harolda II na powrót (po kilkuwiekowej i przerwanej w 402 r. n.e. okupacji rzymskiej) połączyły wyspę z kontynentem. Oczywiście była to tylko łączność rodów królewskich, ale symbolicznie można to uznawać za jakąś symbiozę wysp i Europy kontynentalnej.

Brexit wywoła proces odwrotny. I nie chodzi tu tylko o utrudnienia dla migracyjnych pracowników, czyli dla także dla setek tysięcy Polaków. Można się spodziewać, że okaże się końcem Zjednoczonego Królestwa. Szkoci głośno zapowiadają powtórkę referendum niepodległościowego, a potem starania o wejście w skład Unii. Ulster najpewniej zjednoczy się z „macierzą” – Republiką Irlandii. Walia w dalszej perspektywie też może starać się o rozwód z Albionem. Mała, samotna, wielkości Belgii czy Holandii Anglia pozostanie wyniośle i izolacjonistycznie w centrum największej wyspy archipelagu. Z racji atlantyckich ciągot, mentalności, kultury i języka, związków nie tylko finansowo-gospodarczych, a także historii pozostanie jej stowarzyszyć się (tak jak Portoryko) z USA lub nawet wejść jako 51 stan w zestaw Ameryki. Dumne (i krwawe) imperium, władające przez ponad dwa wieki 1/3 świata, nad którym „nigdy nie zachodziło słońce” może skończyć jako jeden z elementów składowych własnej byłej kolonii.

Po Brexicie technokratyczny, neoliberalny, oparty o anglosaską mentalność i filozofię sposób uprawiania polityki musi ulec osłabieniu w perspektywie dłuższego czasu. To kolejna zła wiadomość dla polskich elit, które w ostatnich dekadach właśnie ten sposób myślenia przyjmowały jako wyrocznię: tak jeśli chodzi o wewnętrzne zarządzanie państwem, tak jeśli chodzi o sprawy międzynarodowe. Wiatru w żagle dostaną natomiast trendy ściślejszego jednoczenia się Unii jak i powolnego rozwodu z USA. To Wielka Brytania, a tuż za nią Polska opowiadały się za kurczowym trzymaniem się surduta Wuja Sama. Teraz większe będą szanse na przemyślenie innych możliwości. Oby także w gospodarce, wszak thaczeryzm i reganomika u podstaw których legła cała ideologia neoliberalna, mają wybitnie anglosaski rodowód.

Wróćmy jednak do spraw międzynarodowych. Unia bez Wysp może zacząć kierować swoje zainteresowania naturalnym kursem współpracy (wielowymiarowym) – na Wschód. Ku jednoczeniu się z Azją. Te wizje i tezy pobrzmiewają zarówno w kilku ostatnich wystąpieniach prezydenta Francji Macrona, jak i spotkaniu (symbolicznym) odbytym nie dawno w Soczi Prezydenta Rosji Putina z przedstawicielami największych koncernów niemieckich (Mercedes, Siemens, AEG, Bayer, Bilfinger etc). To chęć budowy wspólnej gospodarki od Lizbony po Władywostok. Cathrina Claas-Mühlhäuser, wiceszefowa Komitetu Wschodniego Gospodarki Niemiec podkreśliła , iż niemieccy przedsiębiorcy liczą na możliwość politycznego pojednania i powrót do normalnych, gospodarczych kontaktów.

Integralną częścią przestrzeni gospodarczej od Lizbony do Władywostoku byłby tzw. „Nowy Jedwabny Szlak”, czyli połączenie we wspólnotę ekonomiczno-gospodarczą tandemu Chiny-Rosja i Unii Europejskiej, potrzebującej zarówno rosyjskich surowców jak i „miękkiej siły” Chin. Trzeba tu dodać, iż koncepcję takiej przestrzeni – nazywanej Związkiem Gospodarczym – kilka lat temu (z dokładnym „rozrysowaniem” mapy drogowej i sposobów funkcjonowania) ogłosił znany na świecie (lecz nie w Polsce) intelektualista rosyjski, politolog i akademik, prof. Siergiej Karaganow. Tego obawiają się Amerykanie, tworząc dywersję wewnątrz wspólnoty oraz kordony odcinające „starą Unię” od Rosji. Po Brexicie rola takich „koni trojańskich” jak kraje nadbałtyckie i Polska w zamysłach wuja Sama jeszcze wzrośnie.

Czy polskie elity będą w stanie dokonać w nowych warunkach rzetelnego rachunku zysków i strat, czy nadal będą ślepo podążać za Waszyngtonem? Czy może zauważą, jakie szanse daje Europie rezygnacja z anglosaskiego zachodocentryzmu i militaryzmu? Eurazja, wyzbycie się narodowo-rasistowskiego, kulturowego paternalizmu, przy równoczesnej rezygnacji z rojeń o wiecznym wzroście może być szansą dka całego dla świata. Jak prognozuje prof. Sorbony, Bruno Drwęski, może służyć budowie autentycznego internacjonalizmu i wszystkiego, co się z nim wiąże.

Thatcheryzm na sterydach

W tasiemcowym brytyjskim serialu o brexicie może nastąpić kolejny zwrot akcji: 12 grudnia odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne, po których zarówno brexit, jak orientacje polityczne Wielkiej Brytanii mogą całkiem się zmienić.

Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna przystąpiła dziś do ataku na rządzących konserwatystów i ich premiera Borisa Johnsona.
Konserwatyści (torysi) mają przewagę, jeśli chodzi o sondażowe intencje wyborcze, ale ostatnie wewnętrzne podziały związane z brexitem mogą ich drogo kosztować i faworyzować Partię Pracy.
Na mityngu wyborczym w Harlow, na północno-wschodnich przedmieściach Londynu, Jeremy Corbyn ostrzegał rodaków: „Boris Johnson i torysi chcą przejąć brexit, by narzucić thatcheryzm na sterydach!” – co było aluzją do ultraliberalnej polityki byłej prawicowej premier Margaret Thatcher z lat 80. ub. wieku. „Głosować na torysów to sprzedać nasz NHS [publiczny system ochrony zdrowia] Trumpowi” – grzmiał Corbyn.
Szef Labour oskarżył rząd Johnsona o zamiar sprzedaży części NHS amerykańskim koncernom farmaceutycznym, w ramach przyszłej umowy o wolnym handlu z USA. „Oni chcą zniszczyć nie tylko reguły ochrony zdrowia, chcą modelu gospodarczego jeszcze bardziej liberalnego niż w Stanach Zjednoczonych!” – przestrzegał Corbyn.
Johnson przesłał Corbynowi list otwarty, w którym domaga się od niego wyraźnego stanowiska w sprawie opuszczenia UE, dość ambiwalentnego: „Wyborcy zasługują na precyzyjny obraz każdego potencjalnego premiera, jeśli chodzi o brexit” – argumentował.

Szkocja chce zostać w UE

Mocny akcent na rzecz szkockiej niepodległości. Szefowa autonomicznego szkockiego rządu Nicola Sturgeon, przemawiając w sobotę w Glasgow na wielkim wiecu zwolenników niepodległości, apelowała, by „oddać przyszłość Szkocji w ręce Szkocji”. Polityczka zapowiedziała też, że złoży wniosek o nowe referendum niepodległościowe w przyszłym roku.

Było to pierwsze przemówienie Sturgeon na wiecu zwolenników wyjścia ze Zjednoczonego Królestwa od 2014 r., kiedy wydawało się, że projekt niepodległej Szkocji po przegranym referendum został pogrzebany na lata. Teraz jednak, po tym jak obywatele przekonali się o niedołęstwie władzy w Londynie, a także o braku respektu dla woli szkockiego społeczeństwa, które w większości chciałoby pozostać w Unii Europejskiej, idea samodzielnego państwa została wskrzeszona.
Szkocka premier zaznaczyła, że nadszedł czas, by uwolnić wyrwać się od „chaosu w Westminsterze” poprzez drugie referendum niepodległościowe. Mówiła, że wybory do brytyjskiej Izby Gmin, które odbędą się 12 grudnia, to dla Szkocji chwila na podjęcie decyzji o przyszłości.
„W ciągu najbliższych kilku tygodni naszym zadaniem jest przekonanie wszystkich, których znamy, aby 12 grudnia poszli i wysłali największy, najgłośniejszy i najbardziej donośny komunikat do Westminsteru – że nadszedł czas, aby Szkocja wybrała swoją przyszłość. Nadszedł czas, aby Szkocja stała się niepodległym krajem” – mówiła Sturgeon.
„Niezależnym krajem, który będzie najlepszym przyjacielem i rodziną dla naszych sąsiadów na Wyspach Brytyjskich, w całej Europie i na całym świecie. To jest Szkocja, do której dążymy – wyjdźmy więc i złapmy ją obiema rękami. Zainspirujmy ludzi pozytywnym przesłaniem, pokazując wszystko, czym może być niepodległa Szkocja, i wszystko, co Szkoci mogą osiągnąć” – przekonywała.
Co dalej? Według obietnicy Sturgeon, jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia do Londynu trafi formalny wniosek o zgodę na przeprowadzenie w przyszłym roku ponownego referendum w sprawie niepodległości.
Jakie są szanse na zyskanie aprobaty Izby Gmin na taki pomysł? Rządząca Partia Konserwatywna, a także Liberalni Demokraci sprzeciwiają się kolejnemu referendum. Partia Pracy też jest za utrzymaniem jedności Wielkiej Brytanii, ale nie wyklucza zgody na referendum w tak jednoznaczny sposób. Jej lider Jeremy Corbyn, odnosząc się do słów Sturgeon, powiedział, że tylko laburzyści są w stanie poprawić kondycję szkockiej gospodarki i zredukować poziom biedy w dużych miastach. Partia Pracy chce w ten sposób odzyskać okręgi stracone w poprzednich wyborach na rzecz Szkockiej Partii Narodowej.
W 2014 r. za pozostaniem Szkocji w składzie Zjednoczonego Królestwa opowiedziało się 55 proc. głosujących.

Brexit i lewica

Brexitowy kryzys w Wielkiej Brytanii wszedł w nową, spektakularnie wybuchową fazę. Rząd premiera Borisa Johnsona jest w stanie kompletnego chaosu.

Jego próby odzyskania kontroli nad sytuacją, w tym poprzez rozwiązanie parlamentu, jak dotąd nie powiodły się. Pierwszy tydzień Johnsona w parlamencie związany był z utratą przez niego aż sześciu głosów parlamentarnych w ciągu sześciu dni, oraz przeprowadzeniem przez dwóch prób zwołania wyborów powszechnych. Był to również tydzień, w którym cienka nić łącząca zwaśnione frakcje Partii Torysów, wreszcie się zerwała. Dwudziestu jeden konserwatywnych deputowanych zostało wyrzuconych z partii. W Izbie Gmin wybuchł kompletny chaos, i to w momencie, gdy przeprowadzano archaiczne rytuały związane z zawieszeniem Parlamentu.
Ale o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek akrobacje deputowanych były działania tysięcy pracowniczek oraz pracowników oraz młodych ludzi, którzy wzięli udział w protestach przeciwko tak zwanemu „zamachowi Borysa”. W tygodniu, w którym ogłoszono zawieszenie parlamentu, w demonstracjach wzięło udział do 100 tys. osób. Podczas gdy demonstracje nieuchronnie odzwierciedlają zamieszanie wokół kwestii Brexitu, protesty te stanowiły niewielki ujście dla ogromnej stłumionej złości, która kipi w społeczeństwie. Wskazuje to na ogromny potencjał mobilizacyjny ludzi pochodzących z klasy robotniczej przeciwko rządom Torysów, przeciwko kontynuacji polityki cięć i oszczędności.
Pod koniec września Sąd Najwyższy Zjednoczonego Królestwa podjął decyzję o uchyleniu zawieszenia parlamentu, które uznał za „niezgodne z prawem”. Chociaż z pewnością była to porażka Johnsona, nie doprowadziła ona jednak do jasności co do sposobu rozwiązania kryzysu brexitowego. Polityczna implozja, która miała miejsce we wrześniu, szykowała się od dawna.
Trzy lata żeglowania po burzliwych wodach
W czerwcu 2016 r. większość Brytyjczyków i Brytyjek głosowała w referendum za opuszczeniem Unii Europejskiej, rozpoczynając w ten sposób w polityce brytyjskiej erę niepewności. Trzy lata później kryzys i marazm, w którym znajduje się brytyjski kapitalizm, nadal się pogłębiają.
Zaledwie kilka godzin dzieliło liczenie głosów oddanych w referendum w 2016 r. i rezygnację ówczesnego premiera Torysów Davida Camerona. Jego następczyni, Theresa May, która ostatecznie nie sprostała poważnemu wyzwaniu narzuconemu jej przez poprzednika, była niemal jednogłośnym wyborem kapitalistycznego establishmentu. Była wybrana jako „bezpieczna parą rąk” – ufano, że jej priorytetem w tych niezwykle niepewnych czasach będą interesy wielkiego kapitału. Powierzono jej zadanie wręcz historyczne – przeprowadzenia „Brexitu tylko z nazwy”, łagodzenia i minimalizowania szkód wyrządzonych brytyjskiej klasie kapitalistów przez wygraną opcji Leave. W praktyce oznaczało to zawarcie umowy, która utrzymałaby co najmniej bliskie stosunki z Jednolitym Rynkiem i Unią Celną UE, przy jednoczesnym poszanowaniu wyniku referendum w sensie formalnym. Nie udało jej się. Bezsilna May odeszła z urzędu, nie dlatego, by jej samej brakowało energii, lecz dlatego, że cała sytuacja UK to efekt globalnego kryzysu w połączeniu z upadkiem dotychczasowego modelu brytyjskiego kapitalizmu.
Kiedyś znana jako warsztat świata, Wielka Brytania ma teraz niższy poziom wydajności niż zubożała Grecja. Zamiast inwestować w rozwój nowej technologii, brytyjscy kapitaliści, w celu utrzymania rentowności gospodarki, polegają raczej na niskich zarobkach. Dziesięć lat po kryzysie w 2008 r., w warunkach kompletnej stagnacji na polu jakości życia mieszkańców i mieszkanek, Wielka Brytania ponownie zmierza w kierunku recesji, przy ujemnym wzroście odnotowanym w pierwszym kwartale 2019 r. To właśnie ten gospodarczy marazm był przyczyną pierwotnej porażki poniesionej przez establishment w referendum. Kapitalistyczne media najczęściej twierdzą, że o wyniku referendum przesądziła kwestia migrantów. Ale chociaż kapitalistyczni politycy po obu stronach debaty stosowali antyimigrancką, a w niektórych przypadkach otwarcie rasistowską retorykę, to nie rasizm najbardziej skłaniał do popierania opcji „Leave”. W rzeczywistości głosowanie na Brexit było wyrazem buntu – ślepego, nieukierunkowanego – przede wszystkim wyborców z klasy robotniczej, przeciwko dekadom oszczędności, deindustrializacji, zrujnowaniu usług publicznych, prywatyzacji, cięciom świadczeń socjalnych.
Opcję „Leave” wybrało prawie dwie trzecie nisko opłacanych pracowników. Gdy w sondażach pytano o motywację, tylko jedna trzecia zwolenników Brexitu wymieniła kwestię imigracji jako główny powód. Zdecydowanie najczęściej wskazywanym czynnikiem – podanym przez prawie 50 proc. – była kwestia kontroli demokratycznej, chęć podmiotowego wypowiedzenia się na temat decyzji, które mają wpływ na nasze życie. Co to oznacza, jeśli nie uznanie, że społeczeństwo, w którym żyjemy, jest „sfabrykowane” na korzyść super-bogatych, a ludzie z klasy robotniczej nie mają prawdziwego głosu w sposobie zarządzania naszym społeczeństwem? Do tego brytyjscy robotnicy najwyraźniej niejasno, ale jednak słusznie wyczuwali, że Unia Europejska odgrywa rolę w tym „fabrykowaniu” – że jest nieodłączną częścią i zarazem instrumentem tego establishmentu. Równocześnie należy zauważyć, że wobec słabości ruchu robotniczego, który mógłby jasno wskazać, jak ma się Unia Europejska do socjalizmu, wielu ludzi z klasy robotniczej, jak i ludzi młodych poparło opcję Remain – odrzuciła ich imperialistyczna bigoteria Johnsona i Farage’a. Ten instynktowny internacjonalizm wielu robotników i młodzieży nie ma nic wspólnego z neoliberalnym kapitalistycznym projektem, jakim jest UE, ani z zachętami przywódców Torysów podczas oficjalnej kampanii na rzecz Remain. Oni sami stosowali retorykę antyimigrancką.
Do tego w ostatnich latach trwa proces rozkładu Partii Konserwatywnej, dramatycznie przyspieszony po wyborze Borisa Johnsona na przewodniczącego partii. Partia Konserwatywna jest najstarszą i pod wieloma względami odnoszącą największe sukcesy partią prokapitalistyczną na świecie. Jej rozpad, zwłaszcza w tym samym czasie, kiedy lewicowy Jeremy Corbyn kieruje Partią Pracy, pozostawia klasę rządzącą bez jakiejkolwiek wiarygodnej i stabilnej formy reprezentacji politycznej. Klasa kapitalistyczna – a ta w przeważającej mierze popiera pozostanie Wielkiej Brytanii w UE – obecnie nie jest w stanie zagwarantować, że nie dojdzie do katastrofy, czyli Brexitu bez umowy.
Wybory powszechne na horyzoncie!
W normalnych okolicznościach wybory powszechne byłyby „drogą wyjścia” z takiego impasu. Kapitaliści nie mają jednak poważnej reprezentacji politycznej, a więc zwykłe wyjście z sytuacji okazuje się bardzo ryzykowne. Z jednej strony istnieje bowiem szansa, że wybory parlamentarne zapewnią Johnsonowi większość, z drugiej – że nowo utworzona prawicowa i zarazem niezwykle populistyczna partia Brexit stanie się znaczącą siłą parlamentarną. Kolejnym scenariuszem – z którym kapitalistyczna klasa bawi niczym z zapaloną paczką zapałek – jest możliwość dojścia Jeremy’ego Corbyna do władzy.
Corbyn został wybrany na lidera Partii Pracy w 2015 r. wskutek ogromnego zrywu klasy robotniczej i młodych ludzi, którzy chcieli, by głos polityki antyoszczędnościowej wybrzmiał w końcu w mainstreamie. Ale stoi na czele partii, która w parlamencie, w samorządach lokalnych, we własnym aparacie pozostała całkowicie zdominowana przez neoliberałów powiązanych z byłym liderem partii Tony Blairem. Pod jego przewodnictwem partia wyrzekła się przywiązania do socjalizmu, upodobniła się do amerykańskich Demokratów. Chociaż socjalista kieruje już partią przez cztery lata, a dziesiątki tysięcy jego zwolenników go wspiera, Corbyn nie zmobilizował ich, aby przeprowadzić ofensywną kampanię mającą na celu przejęcie pełnej kontroli nad partią z rąk neoliberałów.
Właśnie dlatego niektóre kapitalistyczne kręgi zastanawiają się teraz, czy warto zgodzić się na rząd kierowany przez Corbyna, jeśli byłby odpowiednio ograniczony poprzez obecność piątej kolumny blairystów, która ciągle dominuje w sekcji parlamentarnej Labour. Otwarcie już mówi się o potencjalnych zaletach premiera Corbyna w mediach kapitalistycznych, nawet jeśli dla liberałów to zabawa z żywym ogniem. Powstanie takiego rządu mogłaby wzbudzić ogromne oczekiwania wśród pracowników i młodych ludzi, apetyt na bardziej dalekosiężne zmiany w kierunku socjalistycznym. Taki zryw nastąpił już podczas wyborów powszechnych w 2017 r., kiedy Corbyn poprowadził swoją kampanię na fundamencie programu odważnych propracowniczych reform. W efekcie wynik Partii Pracy był znacznie wyższy, niż ktokolwiek się spodziewał. Problem, z lewicowego punktu widzenia, leży jednak w tym, że i Corbyn nie zawsze gwarantował klasowe, niezależne podejście do kwestii relacji Wielkiej Brytanii z UE. Porzucając swoją wieloletnią pozycję sprzeciwu wobec UE jako neoliberalnego klubu szefów, Corbyn nie przyjął za swoją „miękkiej linii Remain”, przyczyniając się tym samym do rozwoju sprzecznej i pod wieloma względami fałszywej polaryzacji, która obecnie istnieje w kwestii Brexitu. Niepowodzenie ruchu robotniczego, który nie odcisnął piętna na tej kwestii, otworzyło drzwi rasistowskiej i ksenofobicznej prawicy.
Johnson spędził całe lato na poszukiwaniu wyborczej bazy dla siebie, w obliczu pojawienia się prawicowo-populistycznej siły w postaci partii Brexit Nigela Farage’a, która w maju „weszła z kopa” do mainstreamu w wyborach europejskich, zdobywając prawie jedną trzecią głosów. Próbując zneutralizować to poważne zagrożenie wyborcze dla torysów, Johnson przyjął w tym celu sztywną datę wycofania się Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej 31 października – z układem lub bez. Zostało to połączone z serią obietnic dotyczących zwiększenia wydatków publicznych, mających na celu stworzenie wrażenia, że nowy rząd odejdzie od polityki oszczędności.
Co oznaczałby Brexit bez umowy?
Johnson przedstawia się jako twardy zwolennik Brexitu, ale jasne jest, że wolałby zawrzeć jakąś formę porozumienia z Unią Europejską. Ale żeby był w stanie uzasadnić taką umowę własnej bazie politycznej, musiałby to być taki deal, który obejmowałby znaczne ustępstwa, szczególnie w odniesieniu do wyjątkowo drażliwej kwestii „irlandzkiego zabezpieczenia” na granicy pomiędzy Irlandią, częścią UE, a Irlandią Północną. Porozumienie z Wielkiego Piątku z roku 1997 zakończyło okres, w którym Irlandzka Armia Republikańska walczyła z bronią w ręku o to, by zmusić państwo brytyjskie do zrzeczenia się kontroli nad Irlandią Północną. Część porozumienia wielkopiątkowego dotyczyła wycofania wojsk brytyjskich z ulic i patrolowania granic podczas procesu rozbrajania IRA.
Ale porozumienie wielkopiątkowe powołało również Zgromadzenie i Zarząd Irlandii Północnej, które umocniły podział wyznaniowy w Irlandii Północnej. Dziś Sinn Fein, dawne skrzydło polityczne IRA, dominuje we wspólnocie katolickiej, podczas gdy twarda Partia Demokratyczno-Unionistyczna dominuje we wspólnocie protestanckiej. Ten podstawowy podział na północy faktycznie umocnił się w ciągu ostatnich 20 lat. W wyniku tej polaryzacji instytucje utworzone na mocy Porozumienia przestały funkcjonować. Jeśli Brexit ustanowi twardą granicę między Irlandią Północną i Irlandią, spotka się to z masową opozycją ze strony ludności katolickiej i może nawet doprowadzić do nowego wybuchu niepokojów. Z kolei alternatywa, utworzenie granicy między całą wyspą a Wielką Brytanią przez Morze Irlandzkie doprowadziłaby do silnego sprzeciwu protestantów, którzy postrzegaliby ją jako część dryfu w kierunku zjednoczonej Irlandii.
Z punktu widzenia UE, jeśli Wielka Brytania znajdzie się poza jednolitym rynkiem lub unią celną bez porozumienia, pewna forma granicy jest konieczna. Socjaliści zdecydowanie sprzeciwiają się zaostrzaniu granicy w Irlandii lub tworzeniu nowej na Morzu Irlandzkim. Z punktu widzenia Johnsona zaakceptowanie proponowanego „mechanizmu ochronnego”, który zasadniczo utrzymywałby Wielką Brytanię w Unii Celnej na czas nieokreślony i który uniemożliwiłby negocjacje w sprawie nowych umów handlowych, byłby ogromną porażką. Co więcej, otworzyłoby to drzwi liderowi Partii Brexit Nigelowi Farage’owi, który przedstawiłby go jako zdrajcę narodu w nadchodzących wyborach. Najnowsza propozycja Johnsona dotycząca sposobu wyrównywania tej kwadratury koła wydaje się martwa po rozmowach z rządem irlandzkim i UE. Strategia Farage’a – prosta i skuteczna – polega na wezwaniu do „czystego zerwania”, co jest innym sposobem na odmowę zawarcia umowy. On i jego akolici łączą to z ideą odrodzenia brytyjskiego przemysłu i powrotu dobrze płatnych, wykwalifikowanych miejsc pracy do obszarów kraju, które zostały zniszczone przez ponad trzydzieści lat neoliberalizmu. Takie podejście łączy się ze świadomą próbą wzmocnienia nastrojów antyimigranckich i rasistowskich.
Wobec ogólnej niepewności w kwestii Brexitu, a zwłaszcza braku konsensusu co do niego wśród klasy robotniczej, może okazać się, że kapitalistyczny establishment spróbuje odkręcić wynik referendum z 2016 r. Niedawna ankieta ComRes wykazała, że ​​38 proc. głosujących opowiedziałoby się za wyjściem bez porozumienia 31 października, jeśli to porozumienie nie zostanie osiągnięte wcześniej. Pogląd ten staje się coraz bardziej popularny nie tylko w elektoracie Torysów, ale także Labour – zwłaszcza w wielu sekcjach partyjnych z północnej części kraju, typowo robotniczych, głosujących w większości za wyjściem z UE. Zagrożenie ze strony Farage’a zmusiło Johnsona do udawania coraz twardszej linii negocjacji w rozmowach z UE, co pozostawia mu niewiele pola manewru. Johnson miał nadzieję, że rozwiązując parlament, będzie mógł kupić sobie czas na poszukiwania nowej umowy z UE. Pomimo porażki Johnsona spowodowanej orzeczeniem Sądu Najwyższego, jego podstawowa strategia wydaje się niezmienna. Niemniej jednak okazało się teraz, że może on zostać zmuszony do złożenia wniosku o przedłużenie terminu, a jeśli odmówi, może zostać skazany na więzienie za sprzeciw wobec woli parlamentu. Grożąc wyjściem bez porozumienia, postawił swoje własne ambicje i wąskie interesy wyborcze ponad interesami klasy kapitalistycznej.
Fakt, wizje ekonomicznego Armagedonu w przypadku Brexitu bez porozumienia zawierają mocny element „projekcji strachu”. Ale nie są tylko czystą fantazją. Gdyby w porcie Dover znowu pojawiła się odprawa celna dla ciężarówek z Europy, dwuminutowe opóźnienie odjazdu każdego samochodu może spowodować wydłużenie się kolejki o ponad siedemnaście mil! Zamykanie fabryk i idąca za tym utrata miejsc pracy na podstawie zakłóceń w łańcuchach dostaw również nie jest zupełnie wykluczone. Z drugiej strony ​​wiele firm, które grożą redukcją miejsc pracy w związku z Brexitem, w wielu przypadkach i tak je planowało, a teraz tylko przerzuca winę za kłopoty gospodarcze na robotników głosujących za Brexitem. Relokacje miejsc pracy są równie kosztowne i wymagają czasu. Bardziej ekstremalne wizje ekonomicznej katastrofy związane z potencjalnym masowym odpływem firm z Wielkiej Brytanii niemal z dnia na dzień są przesadzone. Lewicowy rząd mógłby interweniować, aby zapobiec zamykaniu i utracie miejsc pracy – gdyby był przygotowany na przejęcie firm grożących takim manewrem, na przykład poprzez nacjonalizację, gwarantując miejsca pracy i jej dobre warunki. I tutaj wracamy do punktu wyjścia: potrzeby niezależnego, propracowniczego podejścia do kwestii Brexitu. Czy Corbyn taki program posiada?
Polityczna roszada
Brytyjski establishment stara się odzyskać pozory kontroli nad sytuacją, w którą sam się wpędził. W szczególności chce wykorzystać parlamentarną większość euroentuzjastów, prokapitalistycznych deputowanych ze wszystkich głównych partii politycznych, którzy tylko czekają na to, by związać ręce Johnsona. W połączeniu z erozją Partii Konserwatywnej i faktyczną wojną domową w Partii Pracy, „koalicja euroentuzjastów”, która rozwinęła się w parlamencie w ostatnich tygodniach, mocno wskazuje na możliwość szerszej reorganizacji politycznej. Kampania parlamentarna mająca na celu powstrzymanie wyniku braku porozumienia z UE doprowadziła do przyjęcia projektu ustawy, która wymaga od Johnsona ubiegania się o przedłużenie artykułu 50 (opóźnienie Brexitu), jeżeli nie uda mu się osiągnąć porozumienia przed 31 października. Parlamentarny bunt spowodował również, że posłowie zablokowali, dwukrotnie, próby zwołania wyborów powszechnych przez Johnsona. Gdy jego większość parlamentarna spadła – z plus 1 do minus 43 – nie ma sposobu, aby nadal mógł on rządzić bez nowych wyborów.
Tymczasem Corbyn brał udział w ponadpartyjnej próbie podejścia do zatrzymania Brexitu bez porozumienia i zachęcał posłów Partii Pracy do blokowania wyborów powszechnych za każdym razem, gdy były poddawane pod głosowanie. Strategia to ryzykowna, a biorąc pod uwagę, że jesienne wybory parlamentarne są nadal w dużej mierze prawdopodobne, skuteczne opieranie się przez Corbyna presji – nie tylko w kwestii Brexitu – ma znaczenie kluczowe. Sam fakt, że lider Labour nie sprzeciwi się wyborom generalnym Johnsona, gdyż dzięki nim premier mógłby zachować kontrolę nad procesem Brexitu, nie jest jeszcze katastrofą – ale już brak przejęcia inicjatywy przez lidera Partii Pracy w tej sprawie doprowadził do tego, że jest on jedynie częścią grupy opowiadającej się za pozostaniem w UE, bez forsowania własnej, wyrazistej narracji. Oczywiście istnieje możliwość wywołania przez Corbyna – czy raczej wokół jego osoby – nowego społecznego zrywu, potencjał buntu przeciwko wieloletniej polityce cięć Torysów, a zwłaszcza przeciwko bigoterii i reakcyjności Johnsona jest ogromny. Ale ograniczenie się przez Corbyna do udziału w jakiejś formie „tęczowego sojuszu na rzecz Remain” skończy się katastrofą.
Właśnie dlatego Corbyn musi spędzić następne tygodnie, rozmawiając bezpośrednio z ludźmi z klasy robotniczej. Musi w jasny sposób nakreślić niezależne, klasowe podejście do wszystkich głównych problemów stojących przed brytyjskim społeczeństwem. Warto, by zaczął od wezwania związków zawodowych, aktywistów klimatycznych i wszystkich cierpiących z powodu polityki oszczędności, do wyjścia na ulice w masowych protestach przeciwko rządowi Johnsona.
Socjalistyczna droga
W kwestii Brexitu Corbyn może zaoferować zarazem jasność i jedność. Na początku Corbyn musi wyjaśnić, że kierowany przez niego rząd działałby w celu zagwarantowania miejsc pracy i ochrony standardów życia, bez względu na wynik procesu Brexitowego. W szczególności oznacza to zobowiązanie się do przeniesienia jakiejkolwiek spółki grożącej zamknięciem lub zwolnieniem z pracy na własność publiczną, z rekompensatą wypłacaną akcjonariuszom.
Podejście Corbyna powinno obejmować walkę o ponowne otwarcie negocjacji na zupełnie innych zasadach – ustanawiając jako nieprzekraczalne granice nie interesy wielkiego biznesu, ale pracowników, młodych ludzi i emerytów. Oznacza to sprzeciwianie się wszystkim traktatom i porozumieniom, które w praktyce zachęcały do ściągania jak najniżej płac lub które stanowiłyby przeszkody dla prowadzenia lewicowej propracowniczej polityki. Do tego Partia Pracy winna przeciwstawiać się rasizmowi i atakom na imigrantów oraz zamiarom wytyczania nowych granic z Irlandią Północną. Oznacza to też przyjęcie wyraźnie internacjonalistycznego podejścia – apelowanie ponad gadającymi głowami prokapitalistycznych negocjatorów UE do pracowników i aktywistów z krajów europejskich, z których wielu jest już zaangażowanych w walkę z neoliberalną polityką cięć. Krótko mówiąc, oznacza to postawienie pytania o nową współpracę narodów Europy – możliwą tylko w oparciu o rozwiązania socjalistyczne. Czy takie podejście zyskałoby wsparcie brytyjskich pracowników? Nie mam ku temu wątpliwości, zwłaszcza gdyby Corbyn mówił równocześnie o podniesieniu zarobków, inwestycji w publiczną oświatę i zakończeniu polityki cięć.
Inna sprawa – wygranie wyborów to dopiero pierwsze z całej serii poważnych wyzwań, przed którymi stoi Partia Pracy. Gdyby faktycznie to on tworzył nowy rząd, od razu stałby się celem wściekłego ataku neoliberałów. Dlatego konieczne jest wykorzystanie następnych pięciu tygodni, a także przyszłej kampanii wyborczej, aby przygotować się na to, co może nadejść. W obliczu bezpośredniego sabotażu ekonomicznego lub natychmiastowego, chaotycznego Brexitu, Corbyn musiałby podjąć szybkie środki w celu obrony interesów ludzi pracujących i klasy średniej. Oznaczałoby to przygotowanie się do przejęcia kontroli nad kluczowymi dźwigniami siły gospodarczej w społeczeństwie – począwszy od banków i wielkich monopoli, które obecnie dominują w gospodarce, by zasoby mogły być wykorzystywane z pożytkiem dla ludzi i planety. Tego zaś Corbyn nie osiągnie, jeśli nie zerwie z przedstawicielami kapitalizmu, którzy obecnie zasiadają w jego frakcji w Izbie Gmin. Musiałby polegać nie na Parlamencie wypełnionym prokapitalistycznymi parlamentarzystami, ale na masach pracowników, którzy zmobilizowani i zorganizowani stanowią najważniejszą siłę potrzebną do niezbędnej zmiany brytyjskiego społeczeństwa.

Tłum Wojciech Łobodziński (STRAJK.EU)

C.d.n.

W sobotę Izba Gmin miała głosować przyjęcie lub odrzucenie umowy podpisanej przez premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona z Unią Europejską.
W rezultacie jednak dalej nie wiadomo, co będzie.

Było to pierwsze od 37 lat sobotnie posiedzenie Izby Gmin – poprzednie miało miejsce w związku z atakiem Argentyny na Falklandy. Tym razem okoliczności były – w gruncie rzeczy – równie dramatyczne, bo przecież dotyczące przyszłości Zjednoczonego Królestwa. Ale okazało się, że góra urodziła mysz i serial brexitowy trwa nadal.
Przeszkodą okazała się poprawka zgłoszona przez konserwatywnego deputowanego Olivera Letwina (jednego z torysów, którzy opuścili obóz premiera Johnsona w związku ze sposobem, w jaki prowadzi on „rozwód” Wielkiej Brytanii z Unią Europejską), wymuszającą wniosek o odroczenie brexitu do czasu przygotowania niezbędnych ustaw, czyli co najmniej o trzy miesiące. Boris Johnson, który w tej sprawie gra va banque, zakłada, że jakimkolwiek przypadku brexit powinien nastąpić 31 października. Skoro zatem Izba Gmin przyjęła poprawkę – większością 322 w stosunku do 306 głosów, rząd wycofał spod głosowania wniosek w sprawie akceptacji bądź odrzucenia zawartej z UE umowy. W tej sytuacji znów wszystkie scenariusze, z „twardym” brexitem włącznie, są otwarte.
Boris Johnon natychmiast zwrócił się do UE z prośbą o przesunięcie terminu, wysyłając dwa listy – w pierwszym, niepodpisanym, prosząc o taką reakcję, w drugim – podpisanym – argumentując przeciwko takiej decyzji. W konsekwencji brytyjski parlament czeka szereg głosowań, które rozpoczną się już we wtorek. Niemniej w nieustającej batalii premier poniósł kolejną porażkę, choć znów nie jest to decydująca klęska.
Choć poprawka Lewina miała – j twierdzi jej autor – stanowić zabezpieczenie przed bezumownym brexitem, jej konsekwencje mogą byś wręcz przeciwne. Bo jeśli UE nie zgodzi się na kolejne odroczenie, bo przecież w końcu uzgodniła z Borisem Johnsonem umowę regulującą warunku opuszczenia jej przez Wielką Brytanię, 31 października może nastąpić ostateczne zerwanie i dalej będzie „ratuj się, kto może”.
Głosowanie nad poprawką Letwina nie wskazuje, czy Izba odrzuci umowę. Według szacunków premierowi do zaakceptowania ubiegłotygodniowej umowy z UE brakuje ok. 10 głosów, ale są to szacunki oparte na założeniach, że wszyscy deputowani będą głosować zgodnie z liniami ich partii i przy zachowaniu dyscypliny, a tak może wcale nie być. W rezultacie odroczenie sobotniego głosowania daje mu także czas na przekonanie nieprzekonanych, przede wszystkim północnoirlandzkich unionistów, z których głosami byłby w stanie przeforsować swój wniosek i doprowadzić ten dramatyczny i pełen spektakularnych zwrotów serial do końca.
Osobne pytanie, to jak zareaguje na to wszystko Bruksela i czy zgodzi się na kolejne przeciągnięcie, nawet jeśli alternatywą będzie brexit bezumowny. Akceptując umowę, szczyt 27 dał bowiem bardzo klarowny sygnał, że na tym sprawa powinna być zakończona.

Nowa, wspaniała umowa

„Mamy wspaniałą, nową umowę, która oddaje nam kontrolę” – napisał po zakończeniu negocjacji z UE na Twitterze brytyjski premier Boris Johnson.

Entuzjastyczne informacje premiera Johnsona potwierdził główny unijny negocjator brexitu Michel Barnier. „Osiągnęliśmy porozumienie uczciwe, rozsądne i odpowiadające naszym zasadom” – oświadczył. Porozumienie pochwalił także szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Porozumienie zakłada, że Irlandia Północna formalnie będzie w obszarze celnym Wielkiej Brytanii, w praktyce jednak pozostanie w unii celnej z UE, czyli jej lądowa granica z Republiką Irlandii będzie funkcjonować tak, jak dotychczas.
Entuzjazm wokół zakończenia negocjacji może jednak okazać się przedwczesny, bo musi być ono zatwierdzone: przez szczyt UE – z czym, wobec opinii głównych unijnych negocjatorów i akceptacji na poziomie eksperckim, przypuszczalnie nie będzie problemu, podobnie jak z przyjęciem go przez Parlament Europejski, ale także przez brytyjski parlament, a tu może być dużo trudniej. Podpisawszy poprzednie porozumienie poprzedniczka premiera Johnsona Theresa May także ogłosiła sukces, a następnie przez kilka miesięcy nie zdołała przekonać brytyjskich parlamentarzystów aby je zaakceptowali, co skończyło się jej dymisją. Boris Johnson w relacjach z Izbą Gmin, choć rozgrywa sprawę w zupełnie innym, dużo brutalniejszym, niemal pokerowym – żeby nie powiedzieć bokserskim – stylu, jak dotąd nie odniósł wielkich sukcesów. Przegrał wszystkie głosowania w Izbie Gmin i na skutek odejścia grupy swoich parlamentarzystów zdołał utracić w niej większość. Jeśli do tego dodać przegraną przed Sądem Najwyższym sprawę o legalność zawieszenia parlamentu i wprowadzenie w błąd królowej, trudno to uznać za pasmo sukcesów, jakkolwiek przyznać trzeba, że jeśli przy tym wszystkim nadal utrzymuje funkcję szefa rządu i inicjatywę rozgrywającego sprawę brexitu, to duże osiągnięcie. Czy to jednak oznacza, że tym razem, pod presją czasu i straszenia „bezumownym” brexitem przekona Izbę Gmin?
Sceptycznie na nowe porozumienie patrzy irlandzka Demokratyczna Partia Unionistów – niewielki, ale ważny koalicjant torysów, którego sprzeciw miał kluczowe znaczenie dla wywrócenia negocjacji prowadzonych przez premier May w ubiegłym roku. Może dziś pozycja unionistów nie jest aż tak kluczowa, bo większość konserwatyści w Izbie Gmin i tak już utracili i wiadomo, że zbliżają się nowe wybory, niemniej jednak w głosowaniu nad porozumieniem ich głosy będą się liczyć.
Nie podziela entuzjazmu premiera Johnsona także przywódca najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy. Jeremy Corbyn, który już wcześniej wypowiadał się o morskich kontrolach i przesunięciu granicy celnej na Morze Irlandzkie z dużą rezerwą, komentując doniesienia o zawarciu porozumienia, stwierdził że wygląda ono gorzej niż układ premier May. Jednak nie należy zapominać, że kwestia brexitu stworzyła w brytyjskiej polityce podziały przebiegające w poprzek (przynajmniej głównych) partii politycznych i ich parlamentarnych reprezentacji, więc nie można z góry zakładać, że wszyscy labourzyści zagłosują zgodnie z dyscypliną, tym bardziej, że już podczas niedawnej konwencji Partii Pracy bardzo trudno było im wypracować wspólne stanowisko i poparcie dla linii Jeremy’ego Corbyna. Z drugiej wszakże strony niepewne jest także stanowisko nastawionych na „twardy” brexit konserwatywnych hardlinerów, do tej pory popierających Johnsona.
Porozumienie trafi pod obrady Izby Gmin najprawdopodobniej podczas specjalnej sesji zaplanowanej na sobotę.

Tron w służbie propagandy

Mowa tronowa wygłoszona na otwarcie parlamentu przez królową Elżbietę II została oceniona jako przegląd obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej przed nadchodzącymi wyborami. Oraz poparcie brexitu 31 października.

Ociekający blichtrem i ostentacją ceremoniał towarzyszący wygłoszeniu mowy tronowej, to tylko gra pozorów. Choć sięgająca czasów średniowiecza tradycja, pełna symbolicznych elementów odzwierciedlających konstytucyjną konstrukcję monarchy w parlamencie jako figury państwa oraz historyczną ewolucję relacji między władcą a parlamentarzystami może budzić podziw, jednak w obecnym systemie politycznym królowa jest tylko tubą rządu. W mowie tronowej władczyni przedstawia swoje niby to polecenia dla rządu, ale jej tekst pisze premier, ona ją tylko odczytuje i nie wolno wręcz jej nic dodawać od siebie ani pomijać. Fakt, że królowa siedzi na tronie, a mowa spisana jest na pergaminie nic tu nie zmienia.
Zasadniczo mowa tronowa powinna być przeglądem zamiarów rządu na najbliższy rok – jest to zatem jakby exposé – tym razem jednak nawet to było iluzją, bo cała wyliczanka ustaw, jakie by miały być opracowane i wprowadzone w życie ma się nijak do realnych możliwości – premier Boris Johnson kieruje rządem mniejszościowym i odkąd wprowadził się na Downing Street nie wygrał w Izbie Gmin żadnego głosowania. Zarówno on jak i opozycja prą do przedterminowych wyborów, a jedno, co do czego nie są w stanie się zgodzić to termin, kiedy by do nich miało dojść: przed czy po opuszczeniu przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej. Terminu, do którego premier Johnson jest przywiązany – czyli 31 października – w mowie tronowej zresztą nie zabrakło.
Ustami królowej zapowiedziano więc ustawy dotyczące zmian systemu imigracyjnego po brexicie mające chronić rynek pracy przed imigrantami, nowych regulacji w zakresie rybołówstwa, rolnictwa, handlu i usług finansowych, pakiet ustaw odnoszących się do poprawy bezpieczeństwa i systemu wymiaru sprawiedliwości, poprawy systemu edukacyjnego i opieki zdrowotne (acz dość ogólnikowo zasygnalizowanych) podniesienia płacy minimalnej do 10,5 funta za godzinę, a nawet ustawy gwarantującej że napiwki w całości muszą być przekazywane kelnerom. Powstaje jednak pytanie – kiedy rząd premiera Johnsona miałby to wszystko zrobić. Nic dziwnego zatem, że opozycja od razu uznała całą ceremonię za farsę – tak ją wprost określiła sekretarz spraw wewnętrznych w labourzystowskim gabinecie cieni Diane Abbott, dodając, że jest to życzeniowa lista obietnic, których ten rząd nie ma ani zamiaru ani możliwości realizować. Lider Labour Party Jeremy Corbyn stwierdził wręcz, że tak skonstruowana mowa tronowa to nic innego jak katalog obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej i cyniczne wykorzystywanie królowej do celów partyjnej propagandy.
Wiadomo, że przynajmniej od czasu sprawy namówienia królowej Elżbiety na zawieszenie parlamentu, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego nielegalne, stosunki między premierem a nią są fatalne. Co zresztą nie dziwi, bo nawet gdy się jest pozbawioną realnej władzy monarchinią, poczucie że jest się kukłą wykorzystywaną do celów politycznej gry przyjemne być nie może.
Brytyjskie media odnotowały skrzętnie, że królowa odczytywała tekst posuniętej jej mowy z wyraźną niechęcią, choć bez robienia otwarcie złośliwych min, na co nie pozwoliłaby jej dobra kindersztuba i przekonanie, że sprawy tego rodzaju należy traktować serio i nie naruszać ustalonych przez wieki reguł. Inaczej najwyraźniej rzecz potraktował Boris Johnson, który w czasie wysłuchiwania mowy tronowej miny robił i kiwał głową, zupełnie jakby chciał swojej władczyni powiedzieć coś w stylu „może i siedzisz na tronie, ale i tak musisz czytać, co ci napisałem”. Co więcej – otwarcie zapowiedział, że nawet jak dysponująca większością opozycja odrzuci przedstawione w mowie tronowej dyspozycje (procedura jest taka, że mowa poddawana jest pod debatę), nie poda się do dymisji, choć tak zwyczajowo powinien by postąpić.