Brexitowy pat trwa

Parlament zawieszony, a premier Boris Johnson stara się osiągnąć coś na kształt porozumienia z UE. Choć chyba raczej udaje, że się stara.

Wyprawa szefa brytyjskiego gabinetu nie przyniosła żadnych rezultatów. jego spotkanie z przewodniczącym Komisji Europejskiej – jeśli sądzić z wypowiedzi po spotkaniu – nie doprowadziło do żadnego, nawet śladowego postępu. Wspólne negocjacje z udziałem premiera Luksemburga Xaviera Bettela zakończyło sie bez rezultatów, na nawet – można przypuszczać – pogorszyło sytuację. Gospodarz Downing Street nr 10 został wybuczany przez tłum i zrezygnował z udziału w konferencji prasowej. Odmówił wejścia na podium z dwoma stojakami na mikrofon. W towarzystwie ochrony i asystentów poszedł do samochodu. Z kolei Bettel udał się na briefing. Zaznaczył, że był niezadowolony z negocjacji. „Czas płynie, wystarczy rozmów, czas działać” – powiedział Bettel, wskazując na wolne miejsce obok niego. „Nie można czynić z narodu zakładnika politycznych korzyści własnej partii” – dodał.
Komunikat KE nie pozostawia co do tego wątpliwości: „Przewodniczący Juncker podkreślił otwartość i gotowość Komisji do przeanalizowania propozycji pod kątem zgodności z celami mechanizmu awaryjnego. Takie propozycje jeszcze nie zostały przedstawione” – czytamy w nim. W oświadczeniu podkreśla się także, iż odpowiedzialność za przygotowanie innej, wiążącej prawnie propozycji, to zadanie strony brytyjskiej, a nie Brukseli. Tymczasem w sprawie tzw. „backstopu”, utrzymującego Zjednoczone Królestwo w unii celnej nowych konstruktywnych propozycji Londynu nie ma. I bardzo prawdopodobne, że nie będzie, zaś komentatorzy zastanawiają się, że Londyn w ogóle chce je na serio złożyć, czy też premier i jego ekipa świadomie zdecydowali się doprowadzić do bezumownego brexitu i wszystkich przed faktem dokonanym, a zatem skupiają się raczej nad problemem „obejścia” dyspozycji ustawy wiążącej rządowi ręce poprzez zobligowanie go do wystąpienia o przesunięcie terminu na styczeń gdyby do 19 października nie udało się wynegocjować umowy.
Dodać trzeba, że niezależnie od prowadzenia rozgrywki przez premiera Johnsona, w innym stylu niż robiła to jego poprzedniczka Theresa May, ale – jak widać równie nieskutecznej – traci się z pola widzenia jeszcze jeden element: cały proces odbywa się w bardzo niekorzystnym momencie. Obecny skład KE wkrótce zakończy kadencję i trudno oczekiwać, że ustępujący wkrótce Jean-Claude Juncker nagle zmięknie, zmieni stanowisko uzgodnione przecież przez państwa członkowskie bloku i postawi swoją następczynię Ursulę von der Leyen w sytuacji przynajmniej kłopotliwej. Trudno więc liczyć, żeby była naprawdę realna szansa na postęp. A że strona europejska traci już do Johnsona cierpliwość – to osobna kwestia.
Rozwiązaniem byłoby może powtórzenie referendum – sugeruje to nawet były premier David Cameron, który przecież grając brexitową kartą wyzwolił cały ciąg wydarzeń będących przyczyną obecnej sytuacji, nota bene także nie po to, aby serio chciał „rozwodu” z UE. Trudno sobie wyobrazić, kto miałby teraz wystąpić z taką inicjatywą? Formalne uwarunkowania doprowadziły bowiem ewidentnie do sytuacji, w której faktycznie może nie być już żadnego ruchu. Chyba że Sąd Najwyższy uzna, że zawieszenie parlamentu było niezgodne z obowiązującym prawem. Tai werdykt parlamentarzyści zdołali wywalczyć w sądzie szkockim. Może to oznaczać dla premiera Johnsona nawet utratę stanowiska.

Czy funt poleci w dół?

Rośnie prawdopodobieństwo bezumownego brexitu, co dramatycznie zwiększyłoby ryzyko recesji w Wielkiej Brytanii

Brytyjską walutę czekałaby dramatyczna przecena, gdyby Zjednoczone Królestwo bez porozumienia opuściło Wspólnotę. Złe wiadomości dla Johnsona są więc dobrą informacją dla funta. To rozumowanie inwestorów ma jednak słaby punkt. Szanse Borisa Johnsona i radykalnej części torysów na wieloletnie rządy wcale nie maleją, ale tak naprawdę rosną.
Przegrany, skompromitowany czy nawet upokorzony. Takie opinie można było przeczytać w brytyjskiej prasie na temat premiera Borisa Johnsona. Nie udało mu się zapobiec inicjatywie opozycji, która opóźnia bezumowny brexit, a dodatkowo odwrócił się od niego nawet brat. Jo Johnson zrezygnował ministerialnego stanowiska na znak protestu przeciw polityce rządu, a de facto swojego brata.

Pochopny sygnał: kupuj!
Inwestorzy zinterpretowali porażki brytyjskiego premiera Borisa Johnsona w Izbie Gmin jako zapowiedź mniejszego ryzyka twardego brexitu i sygnał do kupowania funta. Faktycznie jednak sytuacja może być odwrotna – i brytyjska waluta może szybko spaść poniżej wartości euro – ocenia Cinkciarz.pl
Rynek finansowy czasami bardzo krótkoterminowo podchodzi do rzeczywistości. Przesunięcie hipotetycznej daty opuszczenia Unii Europejskiej z 31 października na koniec stycznia 2020 r. niewiele rozwiązuje w kontekście brexitu. Cały czas z tym problemem trzeba się będzie zmierzyć, tyle że trzy miesiące później. Inwestorzy ignorują fakt, że tak naprawdę konserwatyści zyskują na popularności, przyjmując twardsze podejście do brexitu.
Półtora miesiąca temu, sondaże badające nastroje społeczne wskazywały około 2-3 pkt proc. przewagi laburzystów nad torysami. Po przejęciu władzy przez Johnsona ostatnie 10 badań opinii publicznej pokazuje ok. 10 pkt punktów przewagi partii Johnsona nad ugrupowaniem Jeremy’ego Corbyna.

As w rękawie Borisa
Konserwatyści po niesamowicie dobrym wyniku Partii Brexitu w wyborach do Parlamentu Europejskiego (ugrupowanie kierowane przez Nigela Farage wygrało ten plebiscyt) zorientowali się, że ich podejście do opuszczenia UE jest zbyt łagodne i konieczna jest zmiana nastawienia na bardziej radykalne. Idealnie zadanie to wypełnia Boris Johnson, który mimo upokorzenia przez opozycję nadal ma asa w rękawie. Chce po prostu zrealizować brexit, a taki punkt widzenia gwarantuje szerokie poparcie.
Wygrana konserwatystów w wyborach, które najprawdopodobniej odbędą się w najbliższych tygodniach, będzie oznaczać bardzo poważne kłopoty dla funta.
Nowy mandat torysów, zakładając pokrycie się wyniku elekcji z sondażami, będzie nie tylko szerszy i bardziej stabilny niż przez ostatnie dwa lata, ale dodatkowo zdecydowanie bardziej konfrontacyjny w stosunku do Brukseli.
Będzie to olbrzymi problem dla brytyjskiej gospodarki i dla funta, nawet jeżeli opozycji faktycznie uda się przesunąć ostateczną datę brexitu z 31 października na koniec stycznia przyszłego roku.
Inwestorzy szybko się zorientują, że szanse na kompromis będą bardzo małe, a Johnson, by wypełnić żądanie obywateli, bez problemów zdecyduje się na dyplomatyczną wojnę z UE, nawet jeśli to miałoby oznaczać bezumowny brexit w 2020 r. Taki scenariusz nie tylko dramatycznie zwiększyłby ryzyko recesji w Wielkiej Brytanii, ale również spowodowałby silny odpływ kapitału z tej gospodarki. Wyprzedaż funta, niezwykle wrażliwego na perspektywę twardego brexitu, mogłaby się zatrzymać poniżej wyceny do euro. Oznaczałoby to, że za funta płacilibyśmy mniej niż 4,40 zł.

Sezon brexitowych klęsk

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson zaliczył kolejne porażki – Twardy brexit został zablokowany, przedterminowych wyborów nie będzie. I co dalej?

W zasadzie dwie spośród ostatnich klęsk premiera Johnsona były konsekwencją poprzednich i były doskonale przewidywalne. W poniedziałek królowa Elżbieta II podpisała przyjętą bez poprawek przez Izbę Lordów ustawę uniemożliwiającą rządowi przeprowadzenie bezumownego brexitu 31 października i obligującą go do dalszego przesunięcia terminu. Wciągnięcie monarchii do rozgrywki, na co – jak się wydawało po tym, jak królowa zgodziła się na zawieszenie parlamentu – premier Boris Johnson miał jakieś nadzieje. Niezbyt uzasadnione, bo – zgodnie z uformowaną przez wieki tradycją – dwór bardzo uważa, żeby nie brać udziału w życiu politycznym, jeżeli to robi, to bardzo dyskretnie, w drodze nieformalnych konsultacji i sugestii.
Jeszcze tego samego dnia upadł po raz kolejny wniosek o rozpisanie przedterminowych wyborów, co również nie było zaskoczeniem, bo po odejściu 21 konserwatywnych posłów rząd stracił większość w Izbie Gmin. Przed głosowaniem, które odbywało się – niemal jak w polskim Sejmie – nad ranem we wtorek – premier Johnson usiłował bezskutecznie sprowokować lidera opozycyjnej Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna mówiąc, że pierwszym w historii Wielkiej Brytanii liderem opozycji, który tak wielkie okazuje zaufanie rządowi niemającemu w Izbie większości i nie chce wykorzystać tego faktu do jego obalenia. Zaledwie 293 spośród 650 posłów poparło wniosek o rozwiązanie parlamentu.
Fakt, że rząd utracił większość sprawia, że prawdopodobnie przedterminowych wyborów nie da się uniknąć, ale równocześnie groźba, że wybory mogłyby zostać rozpisane po zaplanowanym terminie brexitu każe opozycji ostrożnie podchodzić do tej perspektywy. Tym bardziej, że przedterminowe wybory mogłyby okazać się – przynajmniej teoretycznie – rozwiązaniem „ostatniej szansy” dla Borisa Johnsona: byłoby tak w sytuacji, gdyby po wyborach możliwe było sformowanie koalicji z Partią Brexitu Nigela Farage’a, z którą Johnsonowi, w którego zapewnienia, że nadal będzie starał się negocjować, a „twardy” brexit uważa za zło konieczne i możliwe do zaakceptowania jedynie w przypadku, gdyby nie było innego wyjścia, nikt już prawdopodobnie nie wierzy, być może udałoby się porozumieć. Na tym – każdym razie parlamentarna rozgrywka została zawieszona, bo tymczasem weszło w życie zawieszenie obrad, które potrwa do 13 października. Rozwiązanie, które miało ułatwić premierowi działanie okazało się w rezultacie dodatkowym czynnikiem krępującym mu ruchy – pozostaje mu tylko udawać, że przygotowuje jakieś propozycje, choćby symboliczne, w celu renegocjowania „układu rozwodowego” z Unią Europejską przed szczytem w Brukseli 17 października. Choć znaczy to, że wszystko zostaje odłożone dosłownie na pięć minut przed północą.
Czy doprowadzą te działania do czegokolwiek – trudno wyrokować. Paradoksalnie może się okazać, że do „twardego” brexitu jednak dojdzie 31 października, nawet mimo podpisanej przez królową ustawy, gdyż daje o sobie znać coraz większe zniecierpliwienie po stronie unijnej, które wyraża się w coraz częściej pojawiających się opiniach, że sprawę należy wreszcie skończyć, a nawet będzie lepiej, jeśli bez przyjęcia umowy Zjednoczone Królestwo opuści UE wcześniej niż później.
To wszystko to jednak jeszcze nie koniec okołobrexitowych problemów Borisa Johnsona. Parlament przymusił bowiem rząd – czyli ministrów, specjalnych doradców i kluczowych funkcjonariuszy służb y cywilnej do ujawnienia wiadomości wymienianych za pośrednictwem WhatsApp i innych komunikatorów, a związanych ze sprawą zawieszenia parlamentu. Wiąże się to z domniemaniem zamiaru przeprowadzenia przez administrację „Operacji Yellowhammer”, czyli doprowadzenia do odebranie parlamentowi przypisanej mu przez prawo roli decyzyjnej w sprawie brexitu – „ucieszenia” go, jak to zostało określone. Wniosek w tej sprawie zgłosił były prokurator generalny Dominic Grieve – jeden z 21 posłów konserwatywnych, którzy przeszli na stronę opozycji.
Odpowiadając na wyrażane przez parlamentarzystów podejrzenia, że rząd może chcieć „ominąć” nałożone nań ograniczenia zakazujące bezumownego opuszczenia UE, minister spraw zagranicznych Dominic Raab zapewnił, że rząd zawsze kieruje się zasadą praworządności, dodając wprawdzie, że „czasem sytuacja może być bardziej skomplikowana, gdyż niektóre dyspozycje prawa bywają sprzeczne ze sobą, podobnie jak ich interpretacje”. Czy należy to uważać za wskazówkę mówiącą, że rząd faktycznie realizuje „Operację Yellowhammer”?

Izba się nie dała

Kolejne głosowanie w brytyjskiej Izbie Gmin i kolejna porażka premiera Borisa Johnsona. Po zablokowaniu opcji tzw. „twardego brexitu” posłowie uniemożliwili mu rozwiązanie parlamentu.

Najpierw stosunkiem głosów 328 do 301 Izba Gmin przyjęła wniosek opozycji ws ustalenia porządku obrad w środę. Za odebraniem premierowi Borisowi Johnsonowi sterowności zagłosowała również proeuropejska frakcja Partii Konserwatywnej. W następnym głosowaniu – w sprawie „twardego”, czyli bezumownego brexitu Izba Gmin poparła projekt ustawy umożliwiającej jego zablokowania i opóźnienie wyjścia z UE do 31 stycznia 2020 r. Za było 327 posłów, a przeciwko 299 z nich. W reakcji na to premier chciał doprowadzić do rozwiązania parlamentu i przedterminowych wyborów, co – należy przyznać – było posunięciem wielce ryzykownym, bo wymagającym nie tylko zwykłej większości, lecz większości kwalifikowanej 2/3 głosów. Ruch ten zakończył się jeszcze większą klęską – wniosek nie zdobył wymaganych 434 głosów, lecz tylko 298, czyli nawet o jeden mniej niż wyniosła liczba głosujących przeciwko krępującej działania premiera umowie w sprawie bezumownego opuszczenia Unii Europejskiej.
Sprawa „twardego brexitu” nie jest jeszcze przesądzona, ustawą zajmie się bowiem teraz Izba Lordów, która wszakże na jej procedowanie – zgłoszenie poprawek, przyjęcie bądź odrzucenie – mam bało czasu, w związku z zaplanowanym na 9 września zawieszeniem parlamentu. Zawieszenie parlamentu, do którego przekonał królową Elżbietę II, było z punktu widzenia premiera Johnsona posunięciem chytrym, gdyż uniemożliwiałoby przeciwnikom brexitu obstruowanie jego działań, jednak wobec tego, co w ostatnich dniach stało się w Izbie Gmin okazuje się dla niego straconą okazją, bo posłowie uprzedzili ewentualne pozaparlametarne posunięcia rządu.
Podziały w sprawie brexitu nie pokrywają się z podziałami partyjnymi – przeciwko rządowi głosuje także znacząca grupa rządzącej Partii Konserwatywnej – wyniki głosowań wskazują, że konserwatyści stracili większość.
Przeciwko przedterminowym wyborom głosowała tak znaczna grupa parlamentarzystów, gdyż zrodziła się obawa, że premier Johnson mógłby wyznaczyć termin wyborów po 31 października, kiedy to zgodnie z obecnymi ustaleniami Wielka Brytania opuści UE, co postawiłoby parlament przed faktem dokonanym. A na to Izba nie zamierza pozwolić. W sumie zatem strategiczny plan Johnsona, najwyraźniej zdecydowanego na doprowadzanie do „twardego” brexitu, gdyby jego szantaż wobec Brukseli się nie powiódł, zakończył się fiaskiem.

Boris dyscyplinuje

Boris Johnson odgrywa rolę nieobliczalnego wariata, który jest gotowy doprowadzić do wyjścia Wielkiej Brytanii z UE bez żadnej umowy. Taką samą taktykę stosuje wobec niechętnych mu parlamentarzystów Partii Konserwatywnej – zakomunikował im, że jeśli zagłosują przeciwko twardemu brexitowi, mogą zapomnieć o starcie pod szyldem Torystów w najbliższych wyborach.

Szef brytyjskiego rządu wygłosił dziś przemówienie, w którym nakreślił społeczeństwu korzyści, jakie rzekomo ma zapewnić jego gabinet. Mowa była o zatrudnieniu dodatkowych 20 tys. policjantów, zwiększeniu wydatków na oświatę i służbę zdrowia oraz modernizacji szpitali. Johnson przekonywał, że poparcie jego planu brexitowego, czyli de facto najgorszego z możliwych scenariuszy – twardego brexitu, pozwoli jego rządowi przejść do rozwiązywania problemów zwykłych obywateli.
Kierujący obecnie brytyjską polityką duet Johnson – Dominic Cummings (doradca ds. brexitu, nazywany przez swoich partyjnych kolegów „zawodowym psychopatą”), przedstawia działania lidera opozycyjnej Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna jako przejaw odrealnienia „elity parlamentarnej”, podczas gdy swoje kroki reklamuje jako pełne troski o interes ludu. Przypomnijmy, że Corbyn, a także Liberalni Demokraci i proeuropejsko nastawiona część Partii Konserwatywnej zamierzają dziś zagłosować przeciwko twardemu brexitowi, w głosowaniu, które jest zarazem decyzją w sprawie votum zaufania dla obecnego premiera. Brak akceptacji większości może oznaczać wcześniejsze wybory oraz objęcie teki tymczasowego szefa rządu przez Jeremy’ego Corbyna.
Johnson straszy swoich wewnątrzpartyjnych przeciwników, że głosowanie przeciwko niemu będzie równoznaczne z wywindowaniem socjalisty na urząd premiera. Corbyna natomiast chce postawić w niewygodnej sytuacji, w której to on miałby patronować brexitowi bez umowy, w przypadku gdyby został szefem tymczasowego rządu. W ten sposób obecny premier próbuje utrzymać się na stanowisku.
W podobny sposób Johnson próbuje przekonać Brukselę do zmiany zdania w sporej kwestii – tymczasowego pozostania UK w unii celnej, co miałoby pozwolić na pozostawienie otwartej granicy pomiędzy Irlandią, a Irlandią Północną. Unia Europejska nie chce o tym słyszeć, przypominając, ze negocjacje zostały już zakończone. Johnson tymczasem uważa, że umowa wynegocjowana przez rząd Theresy May jest „nieważna”. Premier gra na to, że UE wie, iż jego kraj nie jest w ogóle przygotowany do twardego Brexitu, a konsekwencje takiego scenariusza byłyby bolesne również dla Unii. W ten sposób chce zmusić Brukselę do wynegocjowania nowej umowy. Szanse na to są jednak mizerne.
Johnson zapewnia, że 31 października jego kraj opuści Unię Europejską. Na wyspach mówi się jednak, że w przypadku dymisji premiera najbardziej realnym wariantem będzie kolejne przedłużenie terminu brexitu. Ponowne referendum i pozostanie we wspólnocie raczej nie wchodzi w rachubę.

Królowa zawiesza

Żywy relikt feudalizmu, czyli brytyjska królowa ingeruje w prace organu demokracji przedstawicielskiej. Elżbieta II wydała zgodę na rządowy wniosek o zawieszenie obrad parlamentu w okresie od – najwcześniej – 9 września do 14 października br. W ten sposób monarchini umożliwi konserwatywnemu gabinetowi Borisa Johnsona przeprowadzenie wyjścia z Unii Europejskiej bez umowy.

Po tym jak Unia Europejska nie pozostawiła Londynowi złudzeń co do możliwości podjęcia ponownych negocjacji w sprawie warunków na jakich Wielka Brytania miałaby opuścić wspólnotę oraz w obliczu braku zgody Izby Gmin na wynegocjowaną umowę, obecny premier Boris Johnson postawił na doprowadzenie do twardego brexitu.
Takiego scenariusza chce uniknąć opozycyjna Partia Pracy, a także Liberalni Demokraci i proeuropejska frakcja Partii Konserwatywnej. Johnson zdaje sobie sprawę, że taka grupa może uzyskać wymagają większość podczas głosowania w Izbie Gmin, co doprowadziłoby do patowej dla niego sytuacji, w obliczu której premier musiałby prosić Brukselę o kolejne przedłużenie terminu brexitu, co z pewnością osłabiłoby jego notowania w kraju jako polityka nieskutecznego, albo byłby zmuszony rozpisać kolejne referendum, co skończyłoby się odpływem antyunijnego segmentu elektoratu Torysów do Brexit Party Nigela Farage’a.
W tej sytuacji Johnson postanowił w porozumieniu z królową skrócić obecną, trwającą już od dwóch lat sesję Izby Gmin. Królowa wyraziła właśnie na to zgodę, po spotkaniu z szefem rządu, a także liderem eurosceptycznego skrzydła Partii Konserwatywnej w Izbie Gmin Jacoem Rees-Moggiem oraz jego odpowiedniczka w Izbie Lordów Natalie Evans. Johnson tłumaczył, że nie chodzi o utrudnienie działań opozycji, lecz jedynie o formalne zakończenie sesji, co ma przyspieszyć rutynowy proces legislacyjny w zgromadzeniu. Taka wersja jest poddawana w wątpliwość przez przeciwników rządu, którzy wskazują, że przerwa pomiędzy sesjami trwa zwykle kilka dni, a premier z królową zaordynowali właśnie ponad miesiąc pauzy.
Królowa nie zareagowała na list lidera laburzystów Jeremy’ego Corbyna, który ostrzegł, że „istnieje ryzyko, iż królewskie prerogatywy są używane w sposób, który jest wprost sprzeczny z opinią większości Izby Gmin” oraz poprosił o zwołanie spotkania Tajnej Rady Wielkiej Brytanii w szerszym składzie przed podjęciem ostatecznej decyzji w tej sprawie.
Co o tym myślą obywatele? W większości są krytycznie nastawieni do takiego pomysłu. Jako nieakceptowalny oceniło go 47 proc. ankietowanych pracowni YouGov, 27 proc. uznało, że rząd ma prawo do takiego ruchu, a 26 proc. nie miało zdania. Miesięczną przerwę popiera 52 i 51 proc. wyborców Torystów i zwolenników brexitu.
Co w tej sytuacji zrobi opozycja? Jej liderzy uspokajają, że czasu do przegłosowania odpowiedniej uchwały wstrzymującej twardy brexit jest jeszcze sporo, a pojawił się również pomysł by siłą proeuropejskich deputowanych odwołać premiera Johnsona i rozpisać nowe wybory. Termin elekcji musiałby jednak wyznaczyć szef rządu, a więc prawdopodobnie byłaby to data już po opuszczeniu wspólnoty.

Optymizm Borisa

Poczynając od swojego przemówienia w Izbie Gmin nowy premier Wielkiej Brytanii wręcz tryska pomysłami i optymizmem. Brexit nie napawa go obawami. Wręcz przeciwnie.

Znając Borisa Johnsona i jego poglądy, trudno poczuć się zaskoczonym. Ale poziom jego beztroskiego optymizmu zupełnie poraża. Choć szef rządu przyznaje, że chce renegocjować umowę brexitową podpisaną przez jego poprzedniczkę Theresę May, do której pomimo usiłowań i namów nie potrafiła przekonać Izby Gmin, to nawet i brexit „twardy”, czyli bezumowny nie napawa go obawami.
To, co dla większości analityków jest zagrożeniem i otwarciem drzwi kryzysowi gospodarczemu, odpływowi kapitału, wzrostowi cen, a nawet brakom niektórych towarów, które Zjednoczone Królestwo będzie musiało importować z Europy, a które po jego wyjściu z unii celnej będą znacznie droższe – to w jego perspektywie „wielka okazja” – tak przynajmniej oświadczył podczas wystąpienia w manchesterze. Jego zdaniem na taką okoliczność kraj jest „przygotowany lepiej niż wielu się wydaje” i zapowiadał okres prosperity. Nazwał opuszczenie UE przez Wielką Brytanię „wielką okazją gospodarczą”, która pozwoli zmienić przepisy, podatki, uruchomić inwestycje, a nawet ożywić budownictwo mieszkaniowe. Zapowiedział także ożywienie w dawnych ośrodkach przemysłowych, takich jak właśnie Manchester, zaniedbywanych przez poprzednie ekipy. „Zdaję sobie sprawę, że ludzie którzy głosowali za wyjściem z UE, nie głosowali tylko przeciw Brukseli, głosowali też przeciw Londynowi i przeciw wszelkiej koncentracji władzy w odległych centrach – powiedział.
Kto ma być teraz głównym partnerem gospodarczym królestwa też wiadomo. Chyba pierwszą zapowiedzią złożoną przez Johnsona po objęciu funkcji premiera było poinformowanie, że zaraz po brexicie rozpoczną się rozmowy na temat umowy gospodarczej ze Stanami Zjednoczonymi. Z prezydentem Donaldem Trumpem Johnson rozumie się znacznie lepiej niż Theresa May, ale czy zgoda we wszystkim, co tylko sojusznik zza oceanu proponuje to wystarczający warunek? W gruncie rzeczy to sprawa osobistych sympatii, ale pod rządami Theresy May Wielka Brytania także prowadziła politykę amerykańską, może co najwyżej wykazując lekki dystans do sprawy Iranu i umowy nuklearnej, ale i to stopniowo się zmieniało, a stanowisko Londynu wobec sankcji stało się bardzo bliskie waszyngtońskiego – do tego stopnia, że oba kraje wzajemnie zajmują sobie tankowce.
Wobec tego co najważniejsze w przewidywalnym okresie – czyli brexitu – nie wydaje się, żeby po stronie unijnej była jakakolwiek wola zmiany stanowiska. Przewodniczący KE Jean-Claude Juncker w rozmowie telefonicznej z Johnsonem po raz kolejny stwierdził, że umowa o wyjściu Zjednoczonego Królestwa z UE, uzgodniona przez w listopadzie 2018 r. jest najlepszą i jedyną możliwą umową ze Wspólnotą. Tez zaś uważa ją za nieakceptowalną, zwłaszcza w odniesieniu do tzw. mechanizmu awaryjnego, czyli prowizji pozwalającej, aby granica między Irlandią Północną a Republiką Irlandii nie była granicą celną UE. W konsekwencji by to oznaczało, że cała Wielka Brytania w praktyce mogłaby prowadzić wymianę handlową z UE w obrębie jednej przestrzeni celnej. Rozbieżności dotyczą także finansowych zobowiązań brytyjskich wobec Unii – kalkulacja Brukseli i Londynu także różnią się w tej mierze. A że na kolejne odkładanie brexitu nie zanosi się już zdecydowanie wskazuje też fakt, że Boris Johnson nie zamierza proponować kandydata do Komisji Europejskiej.

Reduta Bodnara

Kiedyś, dawno, dawno temu ukształtowała się opinia, że emocje są złym doradcą. Pogląd ten to oczywista apoteoza racjonalizmu, kierowania się przy podejmowaniu różnych decyzji faktami, obiektywnymi analizami, opiniami ekspertów. Ta epoka właśnie przemija. Dzisiaj liczą się tylko emocje, jakie u ludzi można wzbudzić. Rządzenie przez zarządzanie ludzkimi emocjami z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i Internetu – to nowa fala. W samej rzeczy władcy często woleli odwoływać się do emocji poddanych niż do ich racjonalizmu. Zwykle jednak taka podstawa władzy kończyła się katastrofą nie tylko dla władcy, ale i dla poddanych. A nigdy nie mieli do dyspozycji Internetu i botów. Czy historia się powtórzy po raz kolejny? Niestety jest to całkiem realne. Przed wybuchem drugiej wojny światowej rozkwitły w Europie dyktatury czerpiące swoje żywotne soki z emocji mas: Rosja Sowiecka, Hiszpania, Włochy, Niemcy – to tylko niektóre z przykładów. Ruchy faszystowskie rozlały się i po takich krajach jak na przykład Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Polska. Dzisiaj historia zatacza kolejny krąg. Do głosu w wielu krajach dochodzą populiści, nacjonaliści, wielcy manipulatorzy ludzkimi emocjami. Rozum idzie (poszedł?) spać. Zaczyna wiać grozą. Politycy PiS są tyko częścią sieci tych wstecznych sił politycznych. Kłamstwa PiS stały się codziennością i niebezpiecznie spowszedniały. Co raz to wzniecane są nowe emocje, nowe pseudo-zagrożenia. Zachować wierność zasadom, racjonalizmowi, jest tej sytuacji funkcjonariuszom publicznym coraz trudniej. Tym większy szacunek należy się Adamowi Bodnarowi, Rzecznikowi Praw Obywatelskich, który odważył się wskazać, że metody zastosowane przez policję względem podejrzanego o popełnienie szczególnie okrutnego mordu na 10-letniej dziewczynce były niewłaściwe, były nadużyciem. Pan Bodnar stwierdził między innymi: „Nie może być zgody na niegodne traktowanie człowieka. Na nadużywanie środków represyjnych, poniżanie, demonstrowanie siły w stosunku do jednostki. A zwłaszcza na budowanie atmosfery linczu przez organy i przedstawicieli władz”. Nic dodać nic ująć. Ale reakcja PiS była wręcz frenetyczna. Rządząca partia i jej propagandowe tuby publicznie postawili Rzecznikowi Praw Obywatelskich kuriozalny, cyniczny, ze wszech miar obrzydliwy zarzut „obrony mordercy”. Na Bodnara wylały się cysterny hejtu w Internecie w oczywisty sposób napędzane potężnymi emocjami. W tym przypadku emocje były niewątpliwie uzasadnione ale zachowanie policji niewątpliwie daleko niewłaściwe. Przekaz ze strony rządzących jest jednak jednoznaczny: jeżeli emocje społeczne są na dostatecznie wysokim poziomie w kąt idą wszelkie prawne ograniczenia brutalności organów represji. Ale społeczne emocje wzbudzać można w różny sposób i wcale nie muszą mieć one materialnych podstaw. Dlatego Adam Bodnar, odważnie broniąc prawa i zawartych w nich zasad bronił tak naprawdę każdego z nas przed potencjalnymi nadużyciami ze strony instytucji państwowej, przez tworzenie przez te instytucje klimatu dla linczów. I za to należy mu się podziękowanie i uznanie. Dzisiaj Bodnar jest jak kapitan Ordon broniący do ostatka Fortu nr 54 na Woli w 1831 r.
Świetny opis procesu kształtowania się nowej polityki opartej na fałszywie kreowanych emocjach postawiła BBC w swoim filmie „Brexit”, w kluczowym dla filmu dialogu. Rozmówcami są: Oliver Craig – szef sztabu kampanii referendalnej ruch „RemaIn” – za pozostaniem w UE i Dominic Cummings – charyzmatyczny architekt kampanii ruchu „Leave” – za opuszczeniem Unii. O ile „RemaIn” w swojej kampanii odwoływał się do danych gospodarczych, statystyk, eksperckich analiz, jednym słowem do faktów, wiedzy i racjonalizmu, o tyle „Live” do emocji wyborców kreowanych kłamstwami jak to, że Wielka Brytania co tydzień przekazuje UE 350 mln funtów, rozpowszechnianych przez specjalne czerwone autobusy i amerykański system profilowania użytkowników Facebooka i Tweetera. Film „Brexit” oparty jest na faktach, jednak ten dialog jest niewątpliwie częścią fabularną, dodaną przez BBC. Panowie nieoczekiwanie spotykają się w brytyjskim pubie przy piwie, po morderczej kampanii, dzień po zamordowaniu na jednym z wieców posłanki do Parlamentu i na dzień przed referendum, które, jak wskazują sondaże, wygrają zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.
Oliver Craig (RemaIn): – Nie sądziłem, że będzie tak źle, a ty?
Dominic Cumming (Leave):- Też nie… ale takie pytania dzielą ludzi na plemiona.
– A mimo to wierzę, że możemy je sobie zadać i odpowiedzieć sobie na nie bez tego wszystkiego, bez nienawiści, zabijania.
– Tak…
– Tu chodzi o coś więcej niż o nasze relacje z gospodarką Unii. Chodzi o duszę tego kraju. Boję się, że nie uda nam się jej wyleczyć, bo stworzyliśmy…
– Tylko odkryliśmy.
– Rodzaj debaty, która jest prymitywna, dzika i co najgorsze – brutalna. Nie martwią cię jej długofalowe skutki? Odrzucenie wiedzy, autorytetów?
– Wasi eksperci mieli swój plan…
– Poparty wiedzą. Wy dajecie pożywkę toksycznej kulturze, w której nikt nikomu nie ufa.
– Wcale nie.
– Nikt nie słucha, tylko wrzeszczy.
– Bo chce, żeby go usłyszeli. Tych ludzi przez lata ignorowano.
– Szczujecie ich.
– Mylisz mnie z Banksem i Farage’em.
– To wygodne – robią za ciebie brudną robotę. Próbowałeś ich powstrzymać?
– Tacy jak ty przez lata dominowali w debacie publicznej – i co z tego wyszło?
– Już nie zamkniesz tej puszki. Odtąd polityka będzie właśnie taka.
– Zmiany cieszą.
– Co cię w niej rajcuje? Co odkryłeś?
– … brakuje mi snu. Chcę spać.
– Ja też. Więcej spałem nawet przy małych dzieciach. Twoje wkrótce się urodzi?
– Tak. Ty masz dwie córki?
– Trzy. I zastanawiam się w jakim kraju będą dorastać.
– Bierzesz mnie na dzieci? Daruj. Chcę nas przygotować. Nie spodziewałeś się tego pociągu. Nie było go w rozkładzie, przykre. Nawet mnie zaskoczył. Ale godzę się na niego. A ty go nie zatrzymasz. Tak, to nowa polityka, nad którą nie będziesz miał kontroli.
– Ostrożnie z życzeniami, bo i ty ją stracisz.
Dialog kończy tradycyjny dzwonek barmana oznaczający ostatnią szansę na zamówienie kolejnego piwa. PiS wydaje się, że bazowanie na kłamstwach i emocjach daje mu władzę na zawsze. Nic z tych rzeczy, pierwsze symptomy, że tak nie jest już się pojawiły. Arcybiskup Metropolita Wrocławski wydał otóż „Dyspensę od obowiązku wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych na dzień 21 czerwca 2019 r.”. Rzecz w tym, że owa dyspensa nie została udzielona wiernym w tej diecezji, ale: „wszystkim mieszkańcom Archidiecezji oraz przebywającym w tym dniu na jej terytorium” (podkr. JU). Można na ten incydent spojrzeć przez palce, zbagatelizować go, sprowadzi do głupiego żartu. Ale przecież od tak drobnych spraw się zaczyna. Jeżeli nie będzie reakcji władzy państwowej na ten eksces kościelnego hierarchy, a nie będzie, to dzisiaj mamy zezwolenie Arcybiskupa, ale jutro być może zakazik oglądanie tego lub owego lub nakazik takiego lub innego postępowania – adresowany do WSZYSTKICH obywateli. Ośrodek władzy publicznej się rozmywa, prawo idzie do kosza. Tej puszki nie da się już łatwo zamknąć. Jeżeli w ogóle się da.

Waszyngton przeciw Corbynowi

Stany Zjednoczone nie ustają w walce z „czerwoną zarazą”. Tym razem kontrrewolucyjna czujność wykryła zagrożenie w Zjednoczonym Królestwie. Tam bowiem do przejęcia władzy szykuje się najbardziej popularny lewicowy polityk w Europie, socjaldemokrata w starym stylu – Jeremy Corbyn. Sekretarz Stanu Mike Pompeo, który wraz z gł. doradcą d/s bezpieczeństwa Johnem Boltonem, tworzą mroczny duet animatorów amerykańskiej polityki zagranicznej, ogłosił, że można corbynowskiemu widmu spróbować zaradzić.

Pompeo dokonał obwieszczenia w intymnej atmosferze, podczas kameralnego spotkania z, jak pisze „The Times”, „żydowskimi przywódcami” (Jewish leaders) w Nowym Jorku. Do prasy – najpierw do The Washington Post – trafiło nagranie, na którym słychać jak amerykański „dyplomata” nr jeden opowiada o tym, że Waszyngton może „odeprzeć” (push back) kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy. Deklaracja ta padła odpowiedzi na pytanie, co USA zamierzają zrobić w razie ewentualnego wyboru oskarżanego o antysemityzm Jeremy’ego Corbyna na premiera Wielkiej Brytanii.
„Musicie wiedzieć, że nie będziemy po prostu czekali, aż to się wydarzy. Zaczniemy dawać odpór wcześniej. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Bo gdy już się to wydarzy, to będzie to zbyt trudne i zbyt ryzykowne” – słychać komentarz Pompeo w odniesieniu do prawdopodobnego zwycięstwa Partii Pracy w najbliższych wyborach parlamentarnych i nominacji Corbyna na premiera tego kraju.
Wypowiedź ta wywołała powszechne oburzenie w Zjednoczonym Królestwie, zwłaszcza na lewicy. Rzecznik prasowy Partii Pracy powiedział, że „zachowanie prezydenta Trumpa i jego urzędników jest niedopuszczalną ingerencją w demokratyczny proces polityczny” w Wielkiej Brytanii i dodał, że Pompeo „nie będzie decydował o tym, kto zostanie premierem” w jego kraju.
Mike Pompeo, konserwatywny ekstremista i wiodący „jastrząb”, wielokrotnie wcześniej krytykował Corbyna m. in. za poparcie dla legalnego rządu Wenezueli. Na wspólnej konferencji z konserwatywnym ekstremistą z Wielkiej Brytanii, szefem Foreign Office Jeremym Huntem, po raz kolejny przypomniał, iż „napawa odrazą fakt, że są tacy politycy, nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii, którzy popierają morderczy reżim Maduro”.
Departament Stanu wciąż nie wydał oficjalnego komentarza dotyczącego wyciekłego do mediów nagrania.
Tymczasem w Wielkiej Brytanii decyduje się, kto będzie szefował torysom – głównym rywalom Partii Pracy. O przejęcie schedy po Theresie May ubiega się dziesięciu polityków. Nie wszystkie te kandydatury mają wprawdzie realne szanse – aby wstąpić w szranki walki o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej kandydat musi zapewnić sobie poparcie ośmiu deputowanych, jest więc to warunek stosunkowo łatwy do spełnienia.
Zdecydowanym faworytem jest były minister spraw zagranicznych i burmistrz Londynu Boris Johnson – postać dość kontrowersyjna wśród torysów, ale mająca realną charyzmę. Johnson jest zagorzałym zwolennikiem brexitu, a w sytuacji, gdyby nie udało się renegocjować korzystniejszych dla Wielkiej Brytanii warunków opuszczenia Unii – gotów jest na „twardy brexit”. Biorąc pod uwagę, że warunki jakie postawiłby Brukseli Johnson, jego wybór na szefa partii – i w konsekwencji także szefa rządu – prawdopodobnie przesądziłby o takiej właśnie opcji. Dodać trzeba także, iż Johnson jest zdecydowanym faworytem Donalda Trumpa, który zachęca otwarcie Londyn do „twardego brexitu”, a na dodatek sam jest figurą bardzo
„trumpoidalną”.
Głównym rywalem Johnsona wydaje się obecny minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt – bardziej modelowy torys, czyli konserwatysta–neoliberał ekonomiczny, z doświadczeniem w sektorze prywatnym, zwolennik niskich podatków dla firm, demontażu polityki społecznej państwa, zaś w sferze polityki zagranicznej – równie euroatlantycki jak Johnson. Hunt jednak nie patrzy na perspektywę „twardego brexitu” tak nonszalancko jak Johnson, chciałby renegocjować umowę z Brukselą co – zauważmy – prawdopodobnie nie będzie i tak wchodziło w grę, bowiem Unia w tej sprawie wypowiedziała się bardzo konkretnie: powrotu do zamkniętych negocjacji nie będzie. W sumie jednak politycznie i Hunt i Johnson reprezentują bardzo podobne stanowisko, a to co ich różni to głównie temperament i imaż.
Pozostała ósemka kandydatów na następcę Theresy May to minister środowiska Michael Gove, minister spraw wewnętrznych Sajid Javid, minister zdrowia Matt Hancock, minister rozwoju międzynarodowego Rory Stewart, były minister do spraw brexitu Dominic Raab, była minister pracy Esther McVey oraz Andrea Leadsom i Mark Harper, którzy sprawowali w partii różne funkcje, ale nie mają doświadczenia w rządzie. W sumie zatem – jeśli wśród torysów nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego zwrotu – najprawdopodobniej wszystko zmierza ku „twardemu brexitowi”, z tą tylko różnicą, że albo Zjednoczone Królestwo wkroczy w niego radośnie, czy też owijając go we frazeologiczną bawełnę i udając, że inaczej być nie mogło.

Koniec epoki May

Brytyjczycy głosowali w wyborach do Europarlamentu trzy dni wcześniej niż Polacy. Niechciane wybory – bo przecież ich zorganizowanie było wymuszone jedynie przesunięciem terminu dokończenia procedury brexitu – mogą zachwiać sceną polityczną w Zjednoczonym Królestwie.

W chwili gdy Czytelnicy będą mieli to wydanie w rękach, będą znane przynajmniej częściowe wyniki, wszystko jednak wskazuje na to, że nie będą bardzo różne od sondaży, a te wskazywały wprost na klęskę tak torysów jak i labourzystów – dwu głównych partii, które przez dziesięciolecia dominowały na brytyjskiej scenie politycznej.
Według ostatnich prognoz sprzed głosowania największa grupa wyborców – 37 proc. poprze eurosceptyczną Partię Brexitu Nigela Farage’a. Na drugim miejscu znaleźliby się proeuropejscy Liberalni Demokraci – z poparciem na poziomie 19. Deklarowane poparcie 13 proc. dla Partii Pracy to faktycznie klęska – jeszcze niedawno ugrupowanie Jeremy’ego Corbyna liczyło – i to mając po temu całkiem realne podstawy – że w ewentualnych wyborach parlamentarnych zdobędzie większość absolutną i zastąpi torysów jako partia rządząca. Los tych ostatnich zapowiada się jeszcze gorzej – na Partię konserwatywną deklarowało oddanie głosu zaledwie 7 proc. wyborców. Mniej niż na zupełnie marginalnych w Wielkiej Brytanii Zielonych (12 proc.). I labourzyści i konserwatyści płacą więc wysoką cenę za brak porozumienia w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej. A ten temat ewidentnie zdominował preferencje wyborców oczekujących jasne postawienie sprawy brexitu.
Niepowodzenie ostatniej, podjętej przez premier Theresę May na początku tygodnia, próby przełamania impasu w sprawie uzgodnionej z Komisją Europejską umowy wzbogaconej o furtkę otwierającą możliwość powtórnego referendum, w przypadku takiego ciosu, jaki torysom zadadzą wyborcy, prawdopodobnie będzie oznaczał jej rezygnację.
Wczorajsze wybory najwyraźniej dla głosujących namiastką referendum, więc wyniki niekoniecznie oddają preferencje polityczne Brytyjczyków. W wyborach parlamentarnych – czy to Królestwie będącym częścią Unii, czy też nie – decydującą wagę będą miały już inne, tradycyjne tematy, dotyczące polityki społecznej, gospodarczej i itp., co prawdopodobnie pozwoli w jakiś sposób odbudować pozycję tak labourzystom jak i konserwatystom, ale nie da się ukryć – tymczasem tak dla jednych, jaki dla drugich, zanosi się na pierwszorzędną klęskę wizerunkową.