Reduta Bodnara

Kiedyś, dawno, dawno temu ukształtowała się opinia, że emocje są złym doradcą. Pogląd ten to oczywista apoteoza racjonalizmu, kierowania się przy podejmowaniu różnych decyzji faktami, obiektywnymi analizami, opiniami ekspertów. Ta epoka właśnie przemija. Dzisiaj liczą się tylko emocje, jakie u ludzi można wzbudzić. Rządzenie przez zarządzanie ludzkimi emocjami z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i Internetu – to nowa fala. W samej rzeczy władcy często woleli odwoływać się do emocji poddanych niż do ich racjonalizmu. Zwykle jednak taka podstawa władzy kończyła się katastrofą nie tylko dla władcy, ale i dla poddanych. A nigdy nie mieli do dyspozycji Internetu i botów. Czy historia się powtórzy po raz kolejny? Niestety jest to całkiem realne. Przed wybuchem drugiej wojny światowej rozkwitły w Europie dyktatury czerpiące swoje żywotne soki z emocji mas: Rosja Sowiecka, Hiszpania, Włochy, Niemcy – to tylko niektóre z przykładów. Ruchy faszystowskie rozlały się i po takich krajach jak na przykład Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Polska. Dzisiaj historia zatacza kolejny krąg. Do głosu w wielu krajach dochodzą populiści, nacjonaliści, wielcy manipulatorzy ludzkimi emocjami. Rozum idzie (poszedł?) spać. Zaczyna wiać grozą. Politycy PiS są tyko częścią sieci tych wstecznych sił politycznych. Kłamstwa PiS stały się codziennością i niebezpiecznie spowszedniały. Co raz to wzniecane są nowe emocje, nowe pseudo-zagrożenia. Zachować wierność zasadom, racjonalizmowi, jest tej sytuacji funkcjonariuszom publicznym coraz trudniej. Tym większy szacunek należy się Adamowi Bodnarowi, Rzecznikowi Praw Obywatelskich, który odważył się wskazać, że metody zastosowane przez policję względem podejrzanego o popełnienie szczególnie okrutnego mordu na 10-letniej dziewczynce były niewłaściwe, były nadużyciem. Pan Bodnar stwierdził między innymi: „Nie może być zgody na niegodne traktowanie człowieka. Na nadużywanie środków represyjnych, poniżanie, demonstrowanie siły w stosunku do jednostki. A zwłaszcza na budowanie atmosfery linczu przez organy i przedstawicieli władz”. Nic dodać nic ująć. Ale reakcja PiS była wręcz frenetyczna. Rządząca partia i jej propagandowe tuby publicznie postawili Rzecznikowi Praw Obywatelskich kuriozalny, cyniczny, ze wszech miar obrzydliwy zarzut „obrony mordercy”. Na Bodnara wylały się cysterny hejtu w Internecie w oczywisty sposób napędzane potężnymi emocjami. W tym przypadku emocje były niewątpliwie uzasadnione ale zachowanie policji niewątpliwie daleko niewłaściwe. Przekaz ze strony rządzących jest jednak jednoznaczny: jeżeli emocje społeczne są na dostatecznie wysokim poziomie w kąt idą wszelkie prawne ograniczenia brutalności organów represji. Ale społeczne emocje wzbudzać można w różny sposób i wcale nie muszą mieć one materialnych podstaw. Dlatego Adam Bodnar, odważnie broniąc prawa i zawartych w nich zasad bronił tak naprawdę każdego z nas przed potencjalnymi nadużyciami ze strony instytucji państwowej, przez tworzenie przez te instytucje klimatu dla linczów. I za to należy mu się podziękowanie i uznanie. Dzisiaj Bodnar jest jak kapitan Ordon broniący do ostatka Fortu nr 54 na Woli w 1831 r.
Świetny opis procesu kształtowania się nowej polityki opartej na fałszywie kreowanych emocjach postawiła BBC w swoim filmie „Brexit”, w kluczowym dla filmu dialogu. Rozmówcami są: Oliver Craig – szef sztabu kampanii referendalnej ruch „RemaIn” – za pozostaniem w UE i Dominic Cummings – charyzmatyczny architekt kampanii ruchu „Leave” – za opuszczeniem Unii. O ile „RemaIn” w swojej kampanii odwoływał się do danych gospodarczych, statystyk, eksperckich analiz, jednym słowem do faktów, wiedzy i racjonalizmu, o tyle „Live” do emocji wyborców kreowanych kłamstwami jak to, że Wielka Brytania co tydzień przekazuje UE 350 mln funtów, rozpowszechnianych przez specjalne czerwone autobusy i amerykański system profilowania użytkowników Facebooka i Tweetera. Film „Brexit” oparty jest na faktach, jednak ten dialog jest niewątpliwie częścią fabularną, dodaną przez BBC. Panowie nieoczekiwanie spotykają się w brytyjskim pubie przy piwie, po morderczej kampanii, dzień po zamordowaniu na jednym z wieców posłanki do Parlamentu i na dzień przed referendum, które, jak wskazują sondaże, wygrają zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.
Oliver Craig (RemaIn): – Nie sądziłem, że będzie tak źle, a ty?
Dominic Cumming (Leave):- Też nie… ale takie pytania dzielą ludzi na plemiona.
– A mimo to wierzę, że możemy je sobie zadać i odpowiedzieć sobie na nie bez tego wszystkiego, bez nienawiści, zabijania.
– Tak…
– Tu chodzi o coś więcej niż o nasze relacje z gospodarką Unii. Chodzi o duszę tego kraju. Boję się, że nie uda nam się jej wyleczyć, bo stworzyliśmy…
– Tylko odkryliśmy.
– Rodzaj debaty, która jest prymitywna, dzika i co najgorsze – brutalna. Nie martwią cię jej długofalowe skutki? Odrzucenie wiedzy, autorytetów?
– Wasi eksperci mieli swój plan…
– Poparty wiedzą. Wy dajecie pożywkę toksycznej kulturze, w której nikt nikomu nie ufa.
– Wcale nie.
– Nikt nie słucha, tylko wrzeszczy.
– Bo chce, żeby go usłyszeli. Tych ludzi przez lata ignorowano.
– Szczujecie ich.
– Mylisz mnie z Banksem i Farage’em.
– To wygodne – robią za ciebie brudną robotę. Próbowałeś ich powstrzymać?
– Tacy jak ty przez lata dominowali w debacie publicznej – i co z tego wyszło?
– Już nie zamkniesz tej puszki. Odtąd polityka będzie właśnie taka.
– Zmiany cieszą.
– Co cię w niej rajcuje? Co odkryłeś?
– … brakuje mi snu. Chcę spać.
– Ja też. Więcej spałem nawet przy małych dzieciach. Twoje wkrótce się urodzi?
– Tak. Ty masz dwie córki?
– Trzy. I zastanawiam się w jakim kraju będą dorastać.
– Bierzesz mnie na dzieci? Daruj. Chcę nas przygotować. Nie spodziewałeś się tego pociągu. Nie było go w rozkładzie, przykre. Nawet mnie zaskoczył. Ale godzę się na niego. A ty go nie zatrzymasz. Tak, to nowa polityka, nad którą nie będziesz miał kontroli.
– Ostrożnie z życzeniami, bo i ty ją stracisz.
Dialog kończy tradycyjny dzwonek barmana oznaczający ostatnią szansę na zamówienie kolejnego piwa. PiS wydaje się, że bazowanie na kłamstwach i emocjach daje mu władzę na zawsze. Nic z tych rzeczy, pierwsze symptomy, że tak nie jest już się pojawiły. Arcybiskup Metropolita Wrocławski wydał otóż „Dyspensę od obowiązku wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych na dzień 21 czerwca 2019 r.”. Rzecz w tym, że owa dyspensa nie została udzielona wiernym w tej diecezji, ale: „wszystkim mieszkańcom Archidiecezji oraz przebywającym w tym dniu na jej terytorium” (podkr. JU). Można na ten incydent spojrzeć przez palce, zbagatelizować go, sprowadzi do głupiego żartu. Ale przecież od tak drobnych spraw się zaczyna. Jeżeli nie będzie reakcji władzy państwowej na ten eksces kościelnego hierarchy, a nie będzie, to dzisiaj mamy zezwolenie Arcybiskupa, ale jutro być może zakazik oglądanie tego lub owego lub nakazik takiego lub innego postępowania – adresowany do WSZYSTKICH obywateli. Ośrodek władzy publicznej się rozmywa, prawo idzie do kosza. Tej puszki nie da się już łatwo zamknąć. Jeżeli w ogóle się da.

Waszyngton przeciw Corbynowi

Stany Zjednoczone nie ustają w walce z „czerwoną zarazą”. Tym razem kontrrewolucyjna czujność wykryła zagrożenie w Zjednoczonym Królestwie. Tam bowiem do przejęcia władzy szykuje się najbardziej popularny lewicowy polityk w Europie, socjaldemokrata w starym stylu – Jeremy Corbyn. Sekretarz Stanu Mike Pompeo, który wraz z gł. doradcą d/s bezpieczeństwa Johnem Boltonem, tworzą mroczny duet animatorów amerykańskiej polityki zagranicznej, ogłosił, że można corbynowskiemu widmu spróbować zaradzić.

Pompeo dokonał obwieszczenia w intymnej atmosferze, podczas kameralnego spotkania z, jak pisze „The Times”, „żydowskimi przywódcami” (Jewish leaders) w Nowym Jorku. Do prasy – najpierw do The Washington Post – trafiło nagranie, na którym słychać jak amerykański „dyplomata” nr jeden opowiada o tym, że Waszyngton może „odeprzeć” (push back) kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy. Deklaracja ta padła odpowiedzi na pytanie, co USA zamierzają zrobić w razie ewentualnego wyboru oskarżanego o antysemityzm Jeremy’ego Corbyna na premiera Wielkiej Brytanii.
„Musicie wiedzieć, że nie będziemy po prostu czekali, aż to się wydarzy. Zaczniemy dawać odpór wcześniej. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Bo gdy już się to wydarzy, to będzie to zbyt trudne i zbyt ryzykowne” – słychać komentarz Pompeo w odniesieniu do prawdopodobnego zwycięstwa Partii Pracy w najbliższych wyborach parlamentarnych i nominacji Corbyna na premiera tego kraju.
Wypowiedź ta wywołała powszechne oburzenie w Zjednoczonym Królestwie, zwłaszcza na lewicy. Rzecznik prasowy Partii Pracy powiedział, że „zachowanie prezydenta Trumpa i jego urzędników jest niedopuszczalną ingerencją w demokratyczny proces polityczny” w Wielkiej Brytanii i dodał, że Pompeo „nie będzie decydował o tym, kto zostanie premierem” w jego kraju.
Mike Pompeo, konserwatywny ekstremista i wiodący „jastrząb”, wielokrotnie wcześniej krytykował Corbyna m. in. za poparcie dla legalnego rządu Wenezueli. Na wspólnej konferencji z konserwatywnym ekstremistą z Wielkiej Brytanii, szefem Foreign Office Jeremym Huntem, po raz kolejny przypomniał, iż „napawa odrazą fakt, że są tacy politycy, nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii, którzy popierają morderczy reżim Maduro”.
Departament Stanu wciąż nie wydał oficjalnego komentarza dotyczącego wyciekłego do mediów nagrania.
Tymczasem w Wielkiej Brytanii decyduje się, kto będzie szefował torysom – głównym rywalom Partii Pracy. O przejęcie schedy po Theresie May ubiega się dziesięciu polityków. Nie wszystkie te kandydatury mają wprawdzie realne szanse – aby wstąpić w szranki walki o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej kandydat musi zapewnić sobie poparcie ośmiu deputowanych, jest więc to warunek stosunkowo łatwy do spełnienia.
Zdecydowanym faworytem jest były minister spraw zagranicznych i burmistrz Londynu Boris Johnson – postać dość kontrowersyjna wśród torysów, ale mająca realną charyzmę. Johnson jest zagorzałym zwolennikiem brexitu, a w sytuacji, gdyby nie udało się renegocjować korzystniejszych dla Wielkiej Brytanii warunków opuszczenia Unii – gotów jest na „twardy brexit”. Biorąc pod uwagę, że warunki jakie postawiłby Brukseli Johnson, jego wybór na szefa partii – i w konsekwencji także szefa rządu – prawdopodobnie przesądziłby o takiej właśnie opcji. Dodać trzeba także, iż Johnson jest zdecydowanym faworytem Donalda Trumpa, który zachęca otwarcie Londyn do „twardego brexitu”, a na dodatek sam jest figurą bardzo
„trumpoidalną”.
Głównym rywalem Johnsona wydaje się obecny minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt – bardziej modelowy torys, czyli konserwatysta–neoliberał ekonomiczny, z doświadczeniem w sektorze prywatnym, zwolennik niskich podatków dla firm, demontażu polityki społecznej państwa, zaś w sferze polityki zagranicznej – równie euroatlantycki jak Johnson. Hunt jednak nie patrzy na perspektywę „twardego brexitu” tak nonszalancko jak Johnson, chciałby renegocjować umowę z Brukselą co – zauważmy – prawdopodobnie nie będzie i tak wchodziło w grę, bowiem Unia w tej sprawie wypowiedziała się bardzo konkretnie: powrotu do zamkniętych negocjacji nie będzie. W sumie jednak politycznie i Hunt i Johnson reprezentują bardzo podobne stanowisko, a to co ich różni to głównie temperament i imaż.
Pozostała ósemka kandydatów na następcę Theresy May to minister środowiska Michael Gove, minister spraw wewnętrznych Sajid Javid, minister zdrowia Matt Hancock, minister rozwoju międzynarodowego Rory Stewart, były minister do spraw brexitu Dominic Raab, była minister pracy Esther McVey oraz Andrea Leadsom i Mark Harper, którzy sprawowali w partii różne funkcje, ale nie mają doświadczenia w rządzie. W sumie zatem – jeśli wśród torysów nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego zwrotu – najprawdopodobniej wszystko zmierza ku „twardemu brexitowi”, z tą tylko różnicą, że albo Zjednoczone Królestwo wkroczy w niego radośnie, czy też owijając go we frazeologiczną bawełnę i udając, że inaczej być nie mogło.

Koniec epoki May

Brytyjczycy głosowali w wyborach do Europarlamentu trzy dni wcześniej niż Polacy. Niechciane wybory – bo przecież ich zorganizowanie było wymuszone jedynie przesunięciem terminu dokończenia procedury brexitu – mogą zachwiać sceną polityczną w Zjednoczonym Królestwie.

W chwili gdy Czytelnicy będą mieli to wydanie w rękach, będą znane przynajmniej częściowe wyniki, wszystko jednak wskazuje na to, że nie będą bardzo różne od sondaży, a te wskazywały wprost na klęskę tak torysów jak i labourzystów – dwu głównych partii, które przez dziesięciolecia dominowały na brytyjskiej scenie politycznej.
Według ostatnich prognoz sprzed głosowania największa grupa wyborców – 37 proc. poprze eurosceptyczną Partię Brexitu Nigela Farage’a. Na drugim miejscu znaleźliby się proeuropejscy Liberalni Demokraci – z poparciem na poziomie 19. Deklarowane poparcie 13 proc. dla Partii Pracy to faktycznie klęska – jeszcze niedawno ugrupowanie Jeremy’ego Corbyna liczyło – i to mając po temu całkiem realne podstawy – że w ewentualnych wyborach parlamentarnych zdobędzie większość absolutną i zastąpi torysów jako partia rządząca. Los tych ostatnich zapowiada się jeszcze gorzej – na Partię konserwatywną deklarowało oddanie głosu zaledwie 7 proc. wyborców. Mniej niż na zupełnie marginalnych w Wielkiej Brytanii Zielonych (12 proc.). I labourzyści i konserwatyści płacą więc wysoką cenę za brak porozumienia w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej. A ten temat ewidentnie zdominował preferencje wyborców oczekujących jasne postawienie sprawy brexitu.
Niepowodzenie ostatniej, podjętej przez premier Theresę May na początku tygodnia, próby przełamania impasu w sprawie uzgodnionej z Komisją Europejską umowy wzbogaconej o furtkę otwierającą możliwość powtórnego referendum, w przypadku takiego ciosu, jaki torysom zadadzą wyborcy, prawdopodobnie będzie oznaczał jej rezygnację.
Wczorajsze wybory najwyraźniej dla głosujących namiastką referendum, więc wyniki niekoniecznie oddają preferencje polityczne Brytyjczyków. W wyborach parlamentarnych – czy to Królestwie będącym częścią Unii, czy też nie – decydującą wagę będą miały już inne, tradycyjne tematy, dotyczące polityki społecznej, gospodarczej i itp., co prawdopodobnie pozwoli w jakiś sposób odbudować pozycję tak labourzystom jak i konserwatystom, ale nie da się ukryć – tymczasem tak dla jednych, jaki dla drugich, zanosi się na pierwszorzędną klęskę wizerunkową.

Polany

Lider brytyjskiej Brexit Party, a wcześniej szef UKiP, brytyjskiej neotradycjonalistycznej i antyunijnej prawicy Nigel Farage został potraktowany napojem chłodzącym po jednym ze swoich wieców. Opinia publiczna, w tym lewicowa, jest bardzo podzielna, co do oceny incydentu.

Do osobliwej scenki rodzajowej doszło w angielskim mieście Newcastle, położonego nad rzeką Tyne, nieopodal jej ujścia do Morza Północnego. Tam właśnie Nigel Farage, charyzmatyczny przywódca populistycznej brytyjskiej prawicy wygłosił specjalne przemówienie na okoliczność zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego. Ze względu na ustawiczne przekładanie terminu faktycznego wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, brytyjskie stronnictwa wezmą udział w najbliższych eurowyborach. Największe szanse ma właśnie świeżo założona przez Farage’a Brexit Party. Ugrupowanie to prowadzi we wszystkich sondażach.
Po wystąpieniu w stronę Farage’a poleciał mleczny napój chłodzący, jak się później okazało był to szejk o smaku bananowym z dodatkiem słonego karmelu. Wykonany rzut był bardzo celny. Prawicowy polityk wyglądał komicznie.
Do napaści przyznał się Paul Crowther, mieszkaniec Trockley. Został zatrzymany na miejscu przez policję i później aresztowany. Nie stawiał oporu. W rozmowie z dziennikarzami powiedział, że o wizycie Farage’a w Newcastle dowiedział się przypadkiem i uznał, że to jego „jedyna szansa”. Wyjaśnił także, że „jad i rasizm, które wypluwa ten człowiek są o wiele bardziej szkodliwe, niż kilka kropel mlecznego koktajlu na jego garniturze”.
O ile trudno mieć wątpliwość, co do tego ostatniego stwierdzenia, o tyle zdania dotyczące postępowania Crowthera są bardzo podzielone. W sieciach społecznościowych i na wielu forach spiera się również lewica. Do głosu coraz częściej dochodzą przytomne, do niedawna niemal nieobecne w liberalno-demokratycznym i lewicowym dyskursie na Zachodzie, opinie o konieczności zaniechania happeningowych, agresywnych form działania wobec coraz wyraźniej dominującej prawicowej narracji politycznej. Zdaniem wielu brytyjskich aktywistów rozmaitych organizacji o różnych odcieniach czerwieni pora skupić się na wypracowaniu przekonywających argumentów, a nie symbolicznym sprzeciwie.

„Europa socjalna” nie może być pustym hasłem

Z Leszkiem Millerem rozmawiają Weronika Książek i Grzegorz Waliński.

Jest Pan jednym z architektów członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Nie boli Pana, że po piętnastu latach jej miejsce w Europie jest marginalne?
Ono jeszcze niedawno było bardzo mocne – na pewno wtedy, kiedy do Unii wchodziliśmy. W Kopenhadze w roku 2002 i przez kilka kolejnych lat ta pozycja była również silna. Problemem jest to, co się stało w ostatnich latach, bo niewątpliwie nasza pozycja bardzo osłabła i jest widoczne we wszystkich obszarach – i w negocjacjach, jakie przedstawiciele rządu prowadzą w różnych sprawach, na przykład w kwestii polityki transportowej, w zarzutach pod naszym adresem, jeśli chodzi o przestrzeganie praworządności. Kiedy więc dojdzie do dyskusji o nowej perspektywie finansowej pod rządami nowego Parlamentu Europejskiego i nowej Komisji Europejskiej, to należy się bardzo poważnie obawiać, że propozycja finansowa dla Polski będzie bardzo mizerna.
Czyli obciąża Pan za to odpowiedzialnością ekipę obecnie rządzącą Polską, ale czy i wcześniej nie zostały popełnione błędy? Jak choćby budowanie w wyobrażeniach Polaków świadomości, że UE to przede wszystkim maszyna do wypłacania pieniędzy.
Tak, to tylko i wyłącznie „zasługa” obecnej ekipy. Owszem, jesteśmy krajem, który cały czas więcej pieniędzy z UE absorbuje, bez porównania z sześcioma krajami, które płacą najwięcej do wspólnego budżetu. Uważam, że pierwsze lata po wejściu Polski do Unii Europejskiej były całkiem w porządku. To, co osłabiło nasza pozycję to jest kwestia ostatnich lat i rządów PiS, który doczekał się zarzutów, iż Polska nie jest krajem praworządnym, gdzie sądownictwo nie jest niezawisłe. To był początek bardzo poważnego osłabienia naszej rangi i to osłabienie utrzymuje się do dziś.
Startuje Pan z listy Koalicji Europejskiej. Co to oznacza? Bo przecież partie formujące tę koalicję są Parlamencie Europejskim w różnych frakcjach. W wielu sprawach wybranym z tej listy europosłom będzie nie po drodze.
Będziemy w dwóch frakcjach. My, lewica, oczywiście u socjalistów, koledzy we frakcji ludowej. To nie jest aż tak rażący podział. Proszę też zwrócić uwagę, że i jedni i drudzy będą w najbardziej znaczących frakcjach PE, tych, które będą decydowały o jego przyszłej polityce. To nas zdecydowanie różni od PiS. Jego politycy wylądują we frakcjach marginalnych. One się jeszcze nawet nie ukształtowały do końca, ale na pewno nie będą to siły o dużym znaczeniu.
Ale takie obawy jeszcze niedawno były. Że Salvini zbuduje sobie twierdzę populistów.
Nawet jeżeli to będzie „aż” 20 czy 25 procent, to będzie to jednak „tylko” 25 procent. Obawiam się tego w innym znaczeniu. To będą grupy małe liczebnie, ale na pewno bardzo krzykliwe i demagogiczne. Będą usiłowały paraliżować pracę Parlamentu Europejskiego. W tym sensie będzie to dokuczliwe, ale bardziej organizacyjnie niż politycznie.
UE stworzyła wspólną przestrzeń gospodarczą. Ale – nazwijmy to tak – głębokość tej przestrzeni jest taka, że jej beneficjentami są przedsiębiorcy. Pracownicy w mniejszym stopniu – o ile nie wybiorą emigracji do bardziej rozwiniętych krajów UE. Co europejska lewica chciałaby zrobić, aby Europa stała się również przestrzenią wspólnych standardów socjalnych i standardów zatrudnienia? Czy europejska płaca minimalna jest na to rozwiązaniem? Jak powinna być konstruowana – czy jako konkretna kwota, czy też dla różnych krajów, a może i regionów ważona w oparciu o ceny koszyka podstawowych artykułów?
Jestem absolutnie za wprowadzeniem europejskiej płacy minimalnej. Dziś płaca minimalna w Polsce wynosi 3 razy mniej niż we Francji czy w Niemczech. Przede wszystkim trzeba zacząć od wyrównania tego. To wymaga oczywiście dużych środków, ale UE jest na tyle bogata, że te środki powinna wyasygnować. Ja w ogóle uważam, że nowy PE powinien zerwać z polityką, która była stosowana w ciągu ostatnich lat: austerity – czyli oszczędność, surowość, oszczędzanie. Jak trzeba było zmniejszać deficyt budżetowy lub dług publiczny to cięło się wydatki socjalne. Z tym trzeba skończyć, bo to właśnie jest źródłem tworzenia się różnych tendencji populistycznych.
Hasło „Europa socjalna” nie może być tylko pustym dźwiękiem, ale musi być wypełniona określoną treścią. Zwłaszcza frakcja demokratów i socjalistów powinna wziąć to pod uwagę i zająć się tym, żeby Europa socjalna istniała nie tylko na papierze ale i w praktyce.
Polska stoi z boku dyskusji o dalszej ewolucji europejskiego systemu. Wpisany w traktaty stan równowagi pomiędzy Unią jako związkiem państw członkowskich i Unią jako wspólnotą jej obywateli wydaje się ulegać zachwianiu. Jak byśmy go chcieli widzieć? Czy poprzez większą centralizację, jako superpaństwo? Czy europejskie instytucje powinny mieć większy wpływ, bardziej bezpośredni na nasze życie?
Powinno się zmierzać w kierunku pogłębienia integracji. Instytucje unijne powinny mieć większy wpływ na nasze życie – jestem przeciwny starej koncepcji de Gaulle’a forsowanej dziś m.in. przez PiS – Europy ojczyzn, a więc takiej Europy, gdzie instytucje europejskie znaczą coraz mniej na rzecz instytucji narodowych. To prosta droga do tego, by Polska miała coraz mniej do powiedzenia. Europa ojczyzn to większe znaczenie krajów, które dominują. Nie należy promować najsilniejszych, ale iść w kierunku wzmocnienia europejskich instytucji i struktur. Głębsza integracja to silniejszy głos Polski.
Pojawiają się cały czas koncepcje reformy UE w duchu albo „Europy dwóch prędkości”, albo takie jak plan Macrona. Dzielące Unię na jej centrum i peryferie. Czy to nie regres europejskiej idei? Z drugiej strony nawet największe gospodarki unijne zdają sobie sprawę, że samotnie nie mają szans w rywalizacji z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, a może nawet i z Rosją. Którędy zatem wiedzie droga do przekształcenia UE w jeden organizm, który w stosunku do zewnętrznych partnerów będzie mówił jednym głosem?
Europa dwóch prędkości to proces nieunikniony i nie do zatrzymania. Tak to już będzie, że główne jądro europejskie to będzie strefa euro i wszystko, co wokół strefy euro będzie powstawać łącznie z wydzielonym budżetem tej strefy. Recepta jest jedna – większa integracja gospodarcza z wejściem do strefy euro włącznie. Powinniśmy dążyć do wspólnej waluty z powodów nie tylko ekonomicznych, ale i politycznych. Kraje spoza strefy euro będą miały coraz mniej do powiedzenia. Nie jest przypadkiem, że spośród 10 krajów, które razem z nami wchodziły do strefy euro 10 maja 2004 roku, 7 jest w strefie euro: poza Czechami, Polską i Węgrami. Dochód narodowy w tych 7 krajach jest wyższy niż u nas. Nie należy się więc obrażać na dwie prędkości, tylko dążyć do tego, by Polska stała się krajem pierwszej prędkości.
Brexit. To doświadczenie pokazuje – na obecnym etapie chyba nawet jeszcze nie do końca, bo nie znamy tak naprawdę dalszego ciągu i konsekwencji np. brexitu bezumownego – jak bardzo niebezpieczna może być to droga. Czy będzie to nauczka dla pozostałych państw UE, a także dla samej Brukseli?
Brexit nas uczy, że nie wolno igrać z losem. Premier Cameron, mając problemy wewnętrzne, zorganizował referendum, myśląc, że ono umocni jego pozycję. Tymczasem wyszło inaczej, bo demagodzy i populiści wykorzystali różne problemy brytyjskiego społeczeństwa przeciwko Unii Europejskiej. Gdy analizujemy brexit, nie można mieć pretensji do Brukseli, a tylko do Londynu. Grupy niewydarzonych populistycznych polityków zagrały antyunijną kartą i przegrały. Teraz nie wiedzą, co z tym zrobić.
Nawiasem mówiąc okazuje się, że na Wyspach odbędą się wybory do PE, to groteska. Uważam, że liderzy europejscy popełnili błąd przeciągając ten taniec w czasie. 30 marca, zgodnie z pierwotnym kalendarzem, Wielka Brytania powinna być już odcięta. Te wszystkie tańce, fokstroty i kontredanse są już naprawdę tragikomiczne.
Wspólne, europejskie instytucje obronne. W tym zakresie integracja europejska jest dość słaba. Czego by nie mówić, UE nie jest systemem zbiorowego bezpieczeństwa. Ten projekt to uzupełnienie czy alternatywa dla NATO? Czy Europa może taki system zbiorowego bezpieczeństwa zbudować bez Stanów Zjednoczonych?
Te dyskusje trwają od dawna, trwały jeszcze kiedy byłem premierem. Były zawsze dwa główne problemy hamujące inicjatywę w tym względzie. Po pierwsze: czy te nowe siły mają być konkurencyjne czy komplementarne do NATO? Po drugie: jak szeroko ta koncepcja ma obejmować kraje unijne w sytuacji, gdy istnieją kraje, które na pewno się na to nie zgodzą? Z tych powodów ten temat wydaje mi się niemożliwy do zrealizowania w perspektywie najbliższej przyszłości.
Wiadomo, że praca europarlamentarzysty wymaga specjalizacji. A w Pana przypadku to pytanie jeszcze bardziej zasadnicze, bo chociaż eurodeputowani są równi, byłych premierów nie ma wśród nich wielu. Ktoś taki w Parlamencie Europejskim jest niejako predestynowany aby stać się liderem prowadzącym konkretne tematy. W jakich dziedzinach widziałby Pan swoją rolę? W jakich komisjach? Wokół jakich spraw obracają się Pana główne zainteresowania związane z Unią?
Byli premierzy w PE się zdarzają. Nie ma prezydentów, natomiast ministrowie, premierzy – tak. Ja patrzę na mój udział przez pryzmat sytuacji w Wielkopolsce. Zależy mi, żeby moją bytność w Parlamencie Europejskim najlepiej wykorzystać dla regionu w kwestiach takich jak: ochrona zdrowia, problemy infrastruktury drogowo-kolejowej, sprawa konińskiego zagłębia energetycznego – jak rekultywować te tereny, środowisko naturalne, ochrona przed smogiem, problemy rolnictwa. W tych kwestiach chciałbym się ogniskować – we współpracy z samorządem. Jeśli zostanę wybrany, odbędę wizyty we wszystkich samorządach powiatowych i naszkicuję kalendarz współpracy.
Parlament Europejski jest ważną, ciężko pracującą instytucją. Zatrudniająca wielu pracowników, posiadającą fundusze na promocje. Ale w Europie, a zwłaszcza w Polsce, postrzegany jest jedynie jak dom spokojnej, politycznej starości, rozgadane niewiele znaczące ciało. Czemu grono tak znakomitych, doświadczonych ludzi zgromadzonych w PE akceptuje tak kiepską politykę informacyjną?
Mało się wie o Parlamencie Europejskim. Na przykład mało kto wie, że 60 proc. prawa stanowionego przez Sejm i Senat musi być zgodne z dyrektywami i prawem europejskim. Jakość tego prawa ma bezpośredni wpływ na jakość prawa krajowego. Pod rządami obecnej ekipy następuje systematyczne psucie prawa. Jeśli w Sejmie jest permanentny tryb przyspieszonego nocnego tworzenia prawa bez namysłu, to oczywiste, że będzie ono marnej jakości.

Wielki powrót?

22 maja to najnowszy deadline dla Wielkiej Brytanii w sprawie przyjęcia umowy rozwodowej z UE. Jeśli nie dotrzyma i tego terminu, dzień później będzie zmuszona wybierać swoją reprezentację do europarlamentu.

Okazuje się, że po dramatycznej kompromitacji i spadku zaufania do Theresy May, na scenę polityczną z sukcesem powrócił Nigel Farage. Jego nowe dziecko, Brexit Party – w sondażach YouGov zdobyła 28 procent poparcia.
W stosunku do sondażu sprzed tygodnia to wzrost o 5 punktów procentowych. Wcześniej partia ta uzyskała 15 procent, choć nie zdążyła jeszcze dopełnić wszystkich wymaganych procedur do rejestracji. Brytyjczycy dziś nie zaufaliby już Theresie May. 13 procent – dokładnie tyle w ostatnim sondażu uzyskała Partia Konserwatywna: i to najgorszy wynik w historii jej istnienia. Partia Pracy może liczyć na 22 proc. poparcia, ale wyprzedza ja właśnie Partia Brexitu. Tydzień temu zajmowała ona na podium trzecie miejsce, a dziś chętnie wchodzi w rolę „zbawcy”.
Na powstaniu Partii Brexit straciło przede wszystkim dawne ugrupowanie Farage’a – UKIP. Ubyło im dokładnie połowy wyborców. Kiedy nowa inicjatywa Farage’a pojawiła się na scenie politycznej i poszła jak burza, redakcja „The Independent” wprost nazwała zwycięstwo Brexit Party w sondażu YouGov „szokującym”. Nikt nie przypuszczał, że Farage „przeskoczy” dwa największe ugrupowania. Wróżono mu sukces, pisany zmęczeniem konserwatystów, ale nie prześcignięcie wszystkich pozostałych.
24 kwietnia na spotkaniu w Westminster lider nowego ugrupowania ogłosił, że jeżeli Brexit Party wypadnie dobrze w wyborach 23 maja, to będzie w stanie zablokować ewentualne drugie referendum. Zdradził też, że ma poparcie kolegów partyjnych Theresy May (ponoć około 40 proc. konserwatystów jest w stanie poprzeć jego partię). Chce także odbić głosy Laburzystom.
W czym tkwi tajemnica wielkiego comebacku? Farage od dwóch tygodni epatuje Brytyjczyków retoryką zdrady:
– Premier May okazała się katastrofą. Przygotowała coś, co miało być brexitem, ale nim nie jest. Jaką cenę ma wolność? Stalibyśmy się niezależnym, suwerennym krajem, który nie byłby popychadłem Junckera, Tuska czy Barniera. My mielibyśmy władzę. A o to przecież chodzi w brexicie. Nie o to, że będziemy bogatsi, ale że będziemy sami u siebie rządzić – tymi słowami porwał tłumy zmęczone brakiem skuteczności premier May w negocjacjach z Brukselą.

Szkocja idzie swoją drogą

Szefowa rządu Nicola Sturgeon obiecała, że regulacje potrzebne do zorganizowania drugiego referendum niepodległościowego zostaną wprowadzone do końca maja. Szkocja jest zdeterminowana, by zostać w UE. „Brexit to niewybaczalny akt sabotażu Partii Konserwatywnej wobec Szkocji” – uważają politycy rządzącej Szkockiej Partii Narodowej.

Partia Sturgeon wczoraj w Edynburgu miała swoją konwencję. Szefowa rządu sprecyzowała swoje wcześniejsze obietnice dotyczące organizacji drugiego referendum, uniezależniającego Szkocję od Wielkiej Brytanii. Do wyborów parlamentarnych pozostały jeszcze dwa lata. W tym czasie Sturgeon chce, by Szkocja stała się pełnoprawnym członkiem UE w oderwaniu od Zjednoczonego Królestwa. Jest pewna, że tym razem jej obywatele, obserwując to, co dzieje się w Londynie wokół procedury brexitu, opowiedzą się w referendum po stronie niepodległości. Sondaże są po jej stronie.
– Brexit to niewybaczalny akt sabotażu Partii Konserwatywnej wobec Szkocji – powiedziała w niedzielę liderka SNP. – Nie ufam Theresie May, ale w sprawie brexitu nie ufam też Jeremy’emu Corbynowi. SNP nie będzie głosować za brexitem w wydaniu ani Partii Konserwatywnej, ani Partii Pracy. Nasze stanowisko to brak brexitu, tego chcieli Szkoci i to właśnie powinno się stać. Unia Europejska nie jest systemem idealnym, ale „członkostwo w UE to nie tylko korzyści, ale również wartości, które są Szkotom drogie: wolność, demokracja, szacunek do ludzkiej rasy i godności.
Sturgeon obiecała, że w maju zaproponuje pierwszą wersję ustawy umożliwiającej referendum. Ma nadzieję, że uda się ją przyjąć do końca 2019. Oświadczyła, że „Szkocja już nigdy nie zaufa obietnicom Wielkiej Brytanii”, gdyż „ostatnie trzy lata udowodniły, że opieranie się na modelu westminsterskim nie służy Szkocji, a wszystkie obietnice dane przez Londyn zostały złamane”.

Miejsce w Piekle

Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii w języku potocznym nazywane bywa Wielką Brytanią, a czasami – Anglią. Ta ostatnia nazwa jest oczywiście myląca. Jak wiadomo – Wielka Brytania, to wspólna nazwa Anglii, Szkocji i Walii.

Po roku 1945 w polityce brytyjskiej, zwłaszcza w kontekście dekolonizacji zarysowały się dwie tendencje. Pierwsza to utrzymywanie reliktów imperialnej przeszłości, a druga – bliższe powiązania z integrującą się Europą Zachodnią. Okres rządów Margaret Thatcher – a zwłaszcza wojna z Argentyną w roku 1979 o Falklandy-Malwiny – spowodował nawrót nostalgii imperialnej. Była ona jedną z przyczyn postawy wielu polityków brytyjskich, którzy brali na siebie rolę „hamulcowych” w procesach współpracy i integracji europejskiej. Zdaniem tych polityków prawo i instytucje europejskie naruszały suwerenność Zjednoczonego Królestwa. Z czasem modne stało się narzekanie na „brukselskich biurokratów”, na których zwalano odpowiedzialność za błędy i kłopoty w brytyjskiej polityce wewnętrznej. Część społeczeństwa dała sobie wmówić, że jest zdominowana przez Unię Europejską, której Królestwo jest bardziej potrzebne aniżeli Europa Królestwu. Wśród-jak dotychczas – pragmatycznych Brytyjczyków antyunijne zacietrzewienie poszło tak daleko, że znaczenie argumentów ekonomicznych zaczęło słabnąć.
W roku 1998 w ramach Zjednoczonego Królestwa przeprowadzona została autonomizacja zwana też dewolucją. Oznaczała ona utworzenie w Szkocji, Walii i Północnej Irlandii regionalnych parlamentów i rządów. Dewolucja dawała satysfakcję – zazwyczaj częściową – mieszkańcom odczuwającym poczucie odrębności. W przypadku Szkocji pobudziła do dalszych działań w kierunku ustanowienia własnego państwa.
W klimacie nacjonalistycznej chełpliwości i arogancji w roku 2016 plebiscyt zakończył się decyzją o brexicie. Decyzja ta pogłębiła podziały w społeczeństwie i stworzyła zagrożenie dla Zjednoczonego Królestwa w jego obecnej formie. Plebiscyt w Szkocji zakończył się przewagą zwolenników pozostania w Unii Europejskiej 62 proc. za. Niezależne państwo szkockie miałoby możliwość pomyślnego rozwoju w ramach Unii. W Północnej Irlandii 56 proc. było za pozostaniem, a 44 proc. za brexitem.
Czy nastąpi wznowienie konfliktu w Północnej Irlandii?
Przez wiele lat Irlandią Północną (Ulsterem) rządzili protestanci, zwolennicy jej przynależności do Zjednoczonego Królestwa, zwani unionistami lub lojalistami. Buntowali się przeciwko nim dyskryminowani katolicy – irlandzcy republikanie dążący do stworzenia Zjednoczonej Irlandii. Krwawy konflikt w Londonderry w roku 1972, kiedy to od kul brytyjskich żołnierzy zginęło 14 osób, zapoczątkował w Ulsterze wojnę domową, która pochłonęła około 3,5 tysiąca ofiar. Wojnę tą zakończyło Porozumienie Wielkopiątkowe (Good Friday Agreement) zawarte 10 kwietnia 1998 roku przez przedstawicieli skonfliktowanych społeczności. Negocjacje prowadzące do tego porozumienia były niezwykle trudne. Istotną rolę mediacyjną odegrał w nich amerykański prezydent irlandzkiego pochodzenia – Bill Clinton.
Porozumienie, ustanawiając rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości, stworzyło dostęp do władzy irlandzkim katolikom. Dało możliwość swobodnego podróżowania i szeroko rozumianej współpracy Irlandczyków przekraczających bez przeszkód oficjalną granicę, Uznało też prawo głosu Republiki Irlandii w sprawach dotyczących Ulsteru.
Unioniści uzyskali zapewnienie, że o przynależności Północnej Irlandii do Zjednoczonego Królestwa decydować będzie demokratyczna większość jej mieszkańców. Godne przypomnienia jest ogromne poparcie społeczne dla Good Friday Agreement. W Północnej Irlandii Porozumienie to zaaprobowało 71 proc. uczestników plebiscytu. Byli wśród nich liczni protestanci. W Republice Irlandii akceptacja wyniosła ponad 90 procent.
Porozumienie z 1998 roku nie oznaczało jednak całkowitego wygaszenia potencjalnych ognisk konfliktu. Lojaliści – ekstremiści z Orange Order – organizowali w dalszym ciągu prowokacyjne marsze, które miały przypominać o brytyjskiej dominacji nad Irlandią.
Tak zwany twardy brexit spowodowałby przywrócenie kontroli granicznej pomiędzy Irlandią Północną a Republiką, co oznaczałoby poważne zagrożenie dla porozumienia.
Miejsce Zjednoczonego Królestwa po wyjściu z Unii
Przez wiele lat Zjednoczone Królestwo było animatorem Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) istniejącego równolegle z Europejską Wspólnotą Gospodarczą (EWG). EFTA w porównaniu z EWG była luźną strukturą. Sukcesy odnoszone przez państwa członkowskie EWG w warunkach postępującej integracji skłaniały do przechodzenia z EFTY do Wspólnoty. W 1972 roku uczyniły to-Zjednoczone Królestwo, Irlandia i Dania (członkowie EWG od 1 stycznia 1973).
Obecnie EFTA to Norwegia, Islandia, Szwajcaria i Liechtenstein. Z wyjątkiem Szwajcarii państwa te łącznie z Unią Europejską stanowią Europejską Przestrzeń Gospodarczą w której obowiązuje około 80 proc. unijnych zasad i regulacji prawnych.
W trakcie brexitowych dyskusji rozważany był powrót Zjednoczonego Królestwa do EFTY i członkostwo w Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej. Propozycja ta ma jednak niewielkie poparcie. W Izbie Gmin po dyskusji nad wariantami wyjścia z Unii znaczną liczbę głosów uzyskała koncepcja dalszej obecności w europejskiej unii celnej. Jej przyjęcie oznaczałoby utrzymanie obecnej sytuacji na granicy pomiędzy Ulsterem a Irlandią. W czasie niedawnej wizyty w Paryżu za takim rozwiązaniem wypowiedział się premier Irlandii Leo Varadkar. Członkostwo w unii celnej jest – i byłoby – korzystne dla brytyjskich przedsiębiorstw uczestniczących w handlu międzynarodowym. Przy tym wariancie brexitu nowych rozwiązań prawnych wymagałyby natomiast liczne problemy społeczne. Dotyczy to m.in. sytuacji dwumilionowej rzeszy brytyjskich emerytów spędzających jesień życia w południowej Francji i w Hiszpanii. Liczni członkowie rodzin polskich pracowników przebywających w Wielkiej Brytanii musieliby podjąć starania o prawo pobytu.
Premier Theresa May utrzymuje, że społeczeństwo Zjednoczonego Królestwa podjęło decyzję o wyjściu z Unii, a obecnie należy ją wprowadzić w życie. Jest to stanowisko chyba zbyt kategoryczne. W roku 2016 uczestnicy plebiscytu nie byli dokładnie poinformowani o konsekwencjach brexitu. Obecnie ich wiedza na ten temat jest znacznie większa. Trudno pominąć postawę około 5 milionów Brytyjczyków,którzy podpisali petycję do parlamentu postulującą pozostanie w Unii Europejskiej. Z drugiej strony zacietrzewieni zwolennicy brexitu domagają się natychmiastowego wyjścia, gdyż chcą być „wolni” i „niepodlegli”.
Jak wiadomo rząd brytyjski wynegocjował z władzami UE projekt porozumienia, który nie został przyjęty przez parlament. Zgłaszane są różne propozycje dotyczące przedłużenia terminu brexitu. Politycy brytyjscy oczekują, że przywódcy 27 państw będą ciągle zbierać się, aby dyskutować nad ich kolejnymi propozycjami. Zgoda na takie podejście oznaczałaby odciąganie uwagi wspomnianych przywódców od ważnych spraw ogólnoeuropejskich i wewnętrznych. W samym Zjednoczonym Królestwie brexitowe dyskusje wywołują głębokie podziały, chaos pojęciowy i wrogość wobec obcych, którzy stwarzają konkurencję i zabierają pracę „prawdziwym” Brytyjczykom.
Według informacji BBC, Donald Tusk wyraził pogląd, że brexitowcy mają zarezerwowane miejsce w piekle. Można przypuszczać, że miejsce to jest w pobliżu kotłów stanowiących polskie piekło.

Brexit odroczony

I to nie do czerwca, ale aż do 31 października – tak zdecydował szczyt unijnych przywódców.

Brytyjska premier Theresa May zapowiada jednak, że jej celem jest doprowadzenie do brexitu jak najszybciej, aby nie w Wielkiej Brytanii nie trzeba było organizować wyborów do Parlamentu Europejskiego, które są zaplanowane na 23 maja. „Jeśli przyjmiemy umowę w pierwszych trzech tygodniach maja, to nie będziemy musieli brać udziału w europejskich wyborach i oficjalnie opuścimy Unię Europejską w sobotę 1 czerwca – mówiła.
Odroczenie terminy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest warunkowane przez sprawę wyborów do PE. Jeśli Londyn będzie chciał skorzystać z niego, a nie zdoła sfinalizować brexitu w terminie zarysowanym przez premier May, a przy tym nie przeprowadzi wyborów brexit nastąpi faktycznie 1 czerwca, ale będzie to brexit bezumowny. Wielka Brytania dostała zatem czas, aby uporządkować sprawy i przyjąć wynegocjowaną umowę, ale też i została postawiona przed ultimatum. Trudno bowiem oczekiwać, że dwudziestka siódemka zgodzi się na powtórne odroczenie. Premier May musi zdawać sobie z tego sprawę.
Szefowa brytyjskiego rządu zdaje sobie również sprawę, że choć zyskała na czasie, jej zadanie nie będzie łatwe. Dotychczasowe doświadczenia wskazują bowiem wyraźnie, że osiągnięcie porozumienia w parlamencie w terminie do 22 maja może okazać się przesadnie optymistycznym założeniem. Może zatem powinna poważnie traktować perspektywę zorganizowania wyborów, nawet jeśli brytyjscy europarlamentarzyści mieliby pełnić swoją funkcję zaledwie przez kilka miesięcy – najdalej właśnie do 31 października.

Brexit się odsuwa?

Theresa May w liście do szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska poprosiła o przedłużenie terminu brexitu do 30 czerwca. Do tego czasu obiecała wypracować porozumienie w swoim parlamencie. Tusk oświadczył, że jest skłonny dać Wielkiej Brytanii nawet kolejny rok w UE, ale Londyn musi w tej sytuacji rozpocząć przygotowania do eurowyborów. May wolała tego uniknąć, ale czas goni ją tak bardzo, że na wszelki wypadek zorganizuje kampanię.

Szefowa brytyjskiego rządu liczy mimo wszystko, że sprawę brexitu uda się domknąć na najbliższych posiedzeniach Izby Gmin – do dnia, kiedy w Wielkiej Brytanii miałyby się odbyć eurowybory (23 maja). Jeśli uda się wcześniej osiągnąć porozumienie, Zjednoczone Królestwo opuści Unię tak szybko, jak to możliwe. Jednak na wszelki wypadek rozpoczęto przygotowania do kampanii – to jeden z warunków, jakie postawił May Donald Tusk, zgadzając się na „elastyczny brexit”. Teraz jeszcze muszą zgodzić się na to pozostałe kraje członkowskie.
Premier May napisała w liście do szefa Rady Europejskiej, że „przyjmuje pogląd Komisji Europejskiej, że jeśli Wielka Brytania nadal będzie członkiem Unii Europejskiej 23 maja 2019 roku, to będzie prawnie zobowiązana do przeprowadzenia wyborów europejskich”.
Jak na razie to jednak tylko przywołanie proceduralnego wymogu, bo w tym samym liście premier May zaznacza, że zasadniczym zamiarem jest ustalenie harmonogramu ratyfikacji, który pozwoli na wyjście ze Wspólnoty przed 23 maja 2019 r. i odwołanie w Wielkiej Brytanii wyborów do Parlamentu Europejskiego”, wyciąganie zatem daleko idących wniosków z zapowiedzi wyborów może być bardzo przedwczesne.
Prośba o przedłużenie brexitu do końca czerwca to między innymi wynik czwartkowych konsultacji z Partią Pracy. W środę jedna z posłanek złożyła w Izbie Gmin wniosek o to, by May starała się o przedłużenie terminu, by uniknąć twardego brexitu 12 kwietnia. Prawdopodobieństwo, że do tego czasu Izba przyjmie porozumienie (skoro nie przyjęła umowy May już trzykrotnie) jest małe, więc Partia Pracy rekomendowała zyskanie na czasie. Środowy wniosek przeszedł, ale najmniejszą możliwą liczbą głosów. 313 parlamentarzystów było za, a 312 przeciw.
Z kolei w sobotę szefowa brytyjskiego rządu zapowiedziała, że „Wielka Brytania ma wybór: opuścić Unię Europejską z umową albo nie wyjść z niej wcale”. To reakcja na obstrukcje ze strony części torysów, skłonnych zaakceptować opuszczenie Unii przez Wielkiej Brytanii nawet bez umowy. W rezultacie zatem nadal nic nie wiadomo.