Thatcheryzm na sterydach

W tasiemcowym brytyjskim serialu o brexicie może nastąpić kolejny zwrot akcji: 12 grudnia odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne, po których zarówno brexit, jak orientacje polityczne Wielkiej Brytanii mogą całkiem się zmienić.

Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna przystąpiła dziś do ataku na rządzących konserwatystów i ich premiera Borisa Johnsona.
Konserwatyści (torysi) mają przewagę, jeśli chodzi o sondażowe intencje wyborcze, ale ostatnie wewnętrzne podziały związane z brexitem mogą ich drogo kosztować i faworyzować Partię Pracy.
Na mityngu wyborczym w Harlow, na północno-wschodnich przedmieściach Londynu, Jeremy Corbyn ostrzegał rodaków: „Boris Johnson i torysi chcą przejąć brexit, by narzucić thatcheryzm na sterydach!” – co było aluzją do ultraliberalnej polityki byłej prawicowej premier Margaret Thatcher z lat 80. ub. wieku. „Głosować na torysów to sprzedać nasz NHS [publiczny system ochrony zdrowia] Trumpowi” – grzmiał Corbyn.
Szef Labour oskarżył rząd Johnsona o zamiar sprzedaży części NHS amerykańskim koncernom farmaceutycznym, w ramach przyszłej umowy o wolnym handlu z USA. „Oni chcą zniszczyć nie tylko reguły ochrony zdrowia, chcą modelu gospodarczego jeszcze bardziej liberalnego niż w Stanach Zjednoczonych!” – przestrzegał Corbyn.
Johnson przesłał Corbynowi list otwarty, w którym domaga się od niego wyraźnego stanowiska w sprawie opuszczenia UE, dość ambiwalentnego: „Wyborcy zasługują na precyzyjny obraz każdego potencjalnego premiera, jeśli chodzi o brexit” – argumentował.

Szkocja chce zostać w UE

Mocny akcent na rzecz szkockiej niepodległości. Szefowa autonomicznego szkockiego rządu Nicola Sturgeon, przemawiając w sobotę w Glasgow na wielkim wiecu zwolenników niepodległości, apelowała, by „oddać przyszłość Szkocji w ręce Szkocji”. Polityczka zapowiedziała też, że złoży wniosek o nowe referendum niepodległościowe w przyszłym roku.

Było to pierwsze przemówienie Sturgeon na wiecu zwolenników wyjścia ze Zjednoczonego Królestwa od 2014 r., kiedy wydawało się, że projekt niepodległej Szkocji po przegranym referendum został pogrzebany na lata. Teraz jednak, po tym jak obywatele przekonali się o niedołęstwie władzy w Londynie, a także o braku respektu dla woli szkockiego społeczeństwa, które w większości chciałoby pozostać w Unii Europejskiej, idea samodzielnego państwa została wskrzeszona.
Szkocka premier zaznaczyła, że nadszedł czas, by uwolnić wyrwać się od „chaosu w Westminsterze” poprzez drugie referendum niepodległościowe. Mówiła, że wybory do brytyjskiej Izby Gmin, które odbędą się 12 grudnia, to dla Szkocji chwila na podjęcie decyzji o przyszłości.
„W ciągu najbliższych kilku tygodni naszym zadaniem jest przekonanie wszystkich, których znamy, aby 12 grudnia poszli i wysłali największy, najgłośniejszy i najbardziej donośny komunikat do Westminsteru – że nadszedł czas, aby Szkocja wybrała swoją przyszłość. Nadszedł czas, aby Szkocja stała się niepodległym krajem” – mówiła Sturgeon.
„Niezależnym krajem, który będzie najlepszym przyjacielem i rodziną dla naszych sąsiadów na Wyspach Brytyjskich, w całej Europie i na całym świecie. To jest Szkocja, do której dążymy – wyjdźmy więc i złapmy ją obiema rękami. Zainspirujmy ludzi pozytywnym przesłaniem, pokazując wszystko, czym może być niepodległa Szkocja, i wszystko, co Szkoci mogą osiągnąć” – przekonywała.
Co dalej? Według obietnicy Sturgeon, jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia do Londynu trafi formalny wniosek o zgodę na przeprowadzenie w przyszłym roku ponownego referendum w sprawie niepodległości.
Jakie są szanse na zyskanie aprobaty Izby Gmin na taki pomysł? Rządząca Partia Konserwatywna, a także Liberalni Demokraci sprzeciwiają się kolejnemu referendum. Partia Pracy też jest za utrzymaniem jedności Wielkiej Brytanii, ale nie wyklucza zgody na referendum w tak jednoznaczny sposób. Jej lider Jeremy Corbyn, odnosząc się do słów Sturgeon, powiedział, że tylko laburzyści są w stanie poprawić kondycję szkockiej gospodarki i zredukować poziom biedy w dużych miastach. Partia Pracy chce w ten sposób odzyskać okręgi stracone w poprzednich wyborach na rzecz Szkockiej Partii Narodowej.
W 2014 r. za pozostaniem Szkocji w składzie Zjednoczonego Królestwa opowiedziało się 55 proc. głosujących.

Brexit i lewica

Brexitowy kryzys w Wielkiej Brytanii wszedł w nową, spektakularnie wybuchową fazę. Rząd premiera Borisa Johnsona jest w stanie kompletnego chaosu.

Jego próby odzyskania kontroli nad sytuacją, w tym poprzez rozwiązanie parlamentu, jak dotąd nie powiodły się. Pierwszy tydzień Johnsona w parlamencie związany był z utratą przez niego aż sześciu głosów parlamentarnych w ciągu sześciu dni, oraz przeprowadzeniem przez dwóch prób zwołania wyborów powszechnych. Był to również tydzień, w którym cienka nić łącząca zwaśnione frakcje Partii Torysów, wreszcie się zerwała. Dwudziestu jeden konserwatywnych deputowanych zostało wyrzuconych z partii. W Izbie Gmin wybuchł kompletny chaos, i to w momencie, gdy przeprowadzano archaiczne rytuały związane z zawieszeniem Parlamentu.
Ale o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek akrobacje deputowanych były działania tysięcy pracowniczek oraz pracowników oraz młodych ludzi, którzy wzięli udział w protestach przeciwko tak zwanemu „zamachowi Borysa”. W tygodniu, w którym ogłoszono zawieszenie parlamentu, w demonstracjach wzięło udział do 100 tys. osób. Podczas gdy demonstracje nieuchronnie odzwierciedlają zamieszanie wokół kwestii Brexitu, protesty te stanowiły niewielki ujście dla ogromnej stłumionej złości, która kipi w społeczeństwie. Wskazuje to na ogromny potencjał mobilizacyjny ludzi pochodzących z klasy robotniczej przeciwko rządom Torysów, przeciwko kontynuacji polityki cięć i oszczędności.
Pod koniec września Sąd Najwyższy Zjednoczonego Królestwa podjął decyzję o uchyleniu zawieszenia parlamentu, które uznał za „niezgodne z prawem”. Chociaż z pewnością była to porażka Johnsona, nie doprowadziła ona jednak do jasności co do sposobu rozwiązania kryzysu brexitowego. Polityczna implozja, która miała miejsce we wrześniu, szykowała się od dawna.
Trzy lata żeglowania po burzliwych wodach
W czerwcu 2016 r. większość Brytyjczyków i Brytyjek głosowała w referendum za opuszczeniem Unii Europejskiej, rozpoczynając w ten sposób w polityce brytyjskiej erę niepewności. Trzy lata później kryzys i marazm, w którym znajduje się brytyjski kapitalizm, nadal się pogłębiają.
Zaledwie kilka godzin dzieliło liczenie głosów oddanych w referendum w 2016 r. i rezygnację ówczesnego premiera Torysów Davida Camerona. Jego następczyni, Theresa May, która ostatecznie nie sprostała poważnemu wyzwaniu narzuconemu jej przez poprzednika, była niemal jednogłośnym wyborem kapitalistycznego establishmentu. Była wybrana jako „bezpieczna parą rąk” – ufano, że jej priorytetem w tych niezwykle niepewnych czasach będą interesy wielkiego kapitału. Powierzono jej zadanie wręcz historyczne – przeprowadzenia „Brexitu tylko z nazwy”, łagodzenia i minimalizowania szkód wyrządzonych brytyjskiej klasie kapitalistów przez wygraną opcji Leave. W praktyce oznaczało to zawarcie umowy, która utrzymałaby co najmniej bliskie stosunki z Jednolitym Rynkiem i Unią Celną UE, przy jednoczesnym poszanowaniu wyniku referendum w sensie formalnym. Nie udało jej się. Bezsilna May odeszła z urzędu, nie dlatego, by jej samej brakowało energii, lecz dlatego, że cała sytuacja UK to efekt globalnego kryzysu w połączeniu z upadkiem dotychczasowego modelu brytyjskiego kapitalizmu.
Kiedyś znana jako warsztat świata, Wielka Brytania ma teraz niższy poziom wydajności niż zubożała Grecja. Zamiast inwestować w rozwój nowej technologii, brytyjscy kapitaliści, w celu utrzymania rentowności gospodarki, polegają raczej na niskich zarobkach. Dziesięć lat po kryzysie w 2008 r., w warunkach kompletnej stagnacji na polu jakości życia mieszkańców i mieszkanek, Wielka Brytania ponownie zmierza w kierunku recesji, przy ujemnym wzroście odnotowanym w pierwszym kwartale 2019 r. To właśnie ten gospodarczy marazm był przyczyną pierwotnej porażki poniesionej przez establishment w referendum. Kapitalistyczne media najczęściej twierdzą, że o wyniku referendum przesądziła kwestia migrantów. Ale chociaż kapitalistyczni politycy po obu stronach debaty stosowali antyimigrancką, a w niektórych przypadkach otwarcie rasistowską retorykę, to nie rasizm najbardziej skłaniał do popierania opcji „Leave”. W rzeczywistości głosowanie na Brexit było wyrazem buntu – ślepego, nieukierunkowanego – przede wszystkim wyborców z klasy robotniczej, przeciwko dekadom oszczędności, deindustrializacji, zrujnowaniu usług publicznych, prywatyzacji, cięciom świadczeń socjalnych.
Opcję „Leave” wybrało prawie dwie trzecie nisko opłacanych pracowników. Gdy w sondażach pytano o motywację, tylko jedna trzecia zwolenników Brexitu wymieniła kwestię imigracji jako główny powód. Zdecydowanie najczęściej wskazywanym czynnikiem – podanym przez prawie 50 proc. – była kwestia kontroli demokratycznej, chęć podmiotowego wypowiedzenia się na temat decyzji, które mają wpływ na nasze życie. Co to oznacza, jeśli nie uznanie, że społeczeństwo, w którym żyjemy, jest „sfabrykowane” na korzyść super-bogatych, a ludzie z klasy robotniczej nie mają prawdziwego głosu w sposobie zarządzania naszym społeczeństwem? Do tego brytyjscy robotnicy najwyraźniej niejasno, ale jednak słusznie wyczuwali, że Unia Europejska odgrywa rolę w tym „fabrykowaniu” – że jest nieodłączną częścią i zarazem instrumentem tego establishmentu. Równocześnie należy zauważyć, że wobec słabości ruchu robotniczego, który mógłby jasno wskazać, jak ma się Unia Europejska do socjalizmu, wielu ludzi z klasy robotniczej, jak i ludzi młodych poparło opcję Remain – odrzuciła ich imperialistyczna bigoteria Johnsona i Farage’a. Ten instynktowny internacjonalizm wielu robotników i młodzieży nie ma nic wspólnego z neoliberalnym kapitalistycznym projektem, jakim jest UE, ani z zachętami przywódców Torysów podczas oficjalnej kampanii na rzecz Remain. Oni sami stosowali retorykę antyimigrancką.
Do tego w ostatnich latach trwa proces rozkładu Partii Konserwatywnej, dramatycznie przyspieszony po wyborze Borisa Johnsona na przewodniczącego partii. Partia Konserwatywna jest najstarszą i pod wieloma względami odnoszącą największe sukcesy partią prokapitalistyczną na świecie. Jej rozpad, zwłaszcza w tym samym czasie, kiedy lewicowy Jeremy Corbyn kieruje Partią Pracy, pozostawia klasę rządzącą bez jakiejkolwiek wiarygodnej i stabilnej formy reprezentacji politycznej. Klasa kapitalistyczna – a ta w przeważającej mierze popiera pozostanie Wielkiej Brytanii w UE – obecnie nie jest w stanie zagwarantować, że nie dojdzie do katastrofy, czyli Brexitu bez umowy.
Wybory powszechne na horyzoncie!
W normalnych okolicznościach wybory powszechne byłyby „drogą wyjścia” z takiego impasu. Kapitaliści nie mają jednak poważnej reprezentacji politycznej, a więc zwykłe wyjście z sytuacji okazuje się bardzo ryzykowne. Z jednej strony istnieje bowiem szansa, że wybory parlamentarne zapewnią Johnsonowi większość, z drugiej – że nowo utworzona prawicowa i zarazem niezwykle populistyczna partia Brexit stanie się znaczącą siłą parlamentarną. Kolejnym scenariuszem – z którym kapitalistyczna klasa bawi niczym z zapaloną paczką zapałek – jest możliwość dojścia Jeremy’ego Corbyna do władzy.
Corbyn został wybrany na lidera Partii Pracy w 2015 r. wskutek ogromnego zrywu klasy robotniczej i młodych ludzi, którzy chcieli, by głos polityki antyoszczędnościowej wybrzmiał w końcu w mainstreamie. Ale stoi na czele partii, która w parlamencie, w samorządach lokalnych, we własnym aparacie pozostała całkowicie zdominowana przez neoliberałów powiązanych z byłym liderem partii Tony Blairem. Pod jego przewodnictwem partia wyrzekła się przywiązania do socjalizmu, upodobniła się do amerykańskich Demokratów. Chociaż socjalista kieruje już partią przez cztery lata, a dziesiątki tysięcy jego zwolenników go wspiera, Corbyn nie zmobilizował ich, aby przeprowadzić ofensywną kampanię mającą na celu przejęcie pełnej kontroli nad partią z rąk neoliberałów.
Właśnie dlatego niektóre kapitalistyczne kręgi zastanawiają się teraz, czy warto zgodzić się na rząd kierowany przez Corbyna, jeśli byłby odpowiednio ograniczony poprzez obecność piątej kolumny blairystów, która ciągle dominuje w sekcji parlamentarnej Labour. Otwarcie już mówi się o potencjalnych zaletach premiera Corbyna w mediach kapitalistycznych, nawet jeśli dla liberałów to zabawa z żywym ogniem. Powstanie takiego rządu mogłaby wzbudzić ogromne oczekiwania wśród pracowników i młodych ludzi, apetyt na bardziej dalekosiężne zmiany w kierunku socjalistycznym. Taki zryw nastąpił już podczas wyborów powszechnych w 2017 r., kiedy Corbyn poprowadził swoją kampanię na fundamencie programu odważnych propracowniczych reform. W efekcie wynik Partii Pracy był znacznie wyższy, niż ktokolwiek się spodziewał. Problem, z lewicowego punktu widzenia, leży jednak w tym, że i Corbyn nie zawsze gwarantował klasowe, niezależne podejście do kwestii relacji Wielkiej Brytanii z UE. Porzucając swoją wieloletnią pozycję sprzeciwu wobec UE jako neoliberalnego klubu szefów, Corbyn nie przyjął za swoją „miękkiej linii Remain”, przyczyniając się tym samym do rozwoju sprzecznej i pod wieloma względami fałszywej polaryzacji, która obecnie istnieje w kwestii Brexitu. Niepowodzenie ruchu robotniczego, który nie odcisnął piętna na tej kwestii, otworzyło drzwi rasistowskiej i ksenofobicznej prawicy.
Johnson spędził całe lato na poszukiwaniu wyborczej bazy dla siebie, w obliczu pojawienia się prawicowo-populistycznej siły w postaci partii Brexit Nigela Farage’a, która w maju „weszła z kopa” do mainstreamu w wyborach europejskich, zdobywając prawie jedną trzecią głosów. Próbując zneutralizować to poważne zagrożenie wyborcze dla torysów, Johnson przyjął w tym celu sztywną datę wycofania się Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej 31 października – z układem lub bez. Zostało to połączone z serią obietnic dotyczących zwiększenia wydatków publicznych, mających na celu stworzenie wrażenia, że nowy rząd odejdzie od polityki oszczędności.
Co oznaczałby Brexit bez umowy?
Johnson przedstawia się jako twardy zwolennik Brexitu, ale jasne jest, że wolałby zawrzeć jakąś formę porozumienia z Unią Europejską. Ale żeby był w stanie uzasadnić taką umowę własnej bazie politycznej, musiałby to być taki deal, który obejmowałby znaczne ustępstwa, szczególnie w odniesieniu do wyjątkowo drażliwej kwestii „irlandzkiego zabezpieczenia” na granicy pomiędzy Irlandią, częścią UE, a Irlandią Północną. Porozumienie z Wielkiego Piątku z roku 1997 zakończyło okres, w którym Irlandzka Armia Republikańska walczyła z bronią w ręku o to, by zmusić państwo brytyjskie do zrzeczenia się kontroli nad Irlandią Północną. Część porozumienia wielkopiątkowego dotyczyła wycofania wojsk brytyjskich z ulic i patrolowania granic podczas procesu rozbrajania IRA.
Ale porozumienie wielkopiątkowe powołało również Zgromadzenie i Zarząd Irlandii Północnej, które umocniły podział wyznaniowy w Irlandii Północnej. Dziś Sinn Fein, dawne skrzydło polityczne IRA, dominuje we wspólnocie katolickiej, podczas gdy twarda Partia Demokratyczno-Unionistyczna dominuje we wspólnocie protestanckiej. Ten podstawowy podział na północy faktycznie umocnił się w ciągu ostatnich 20 lat. W wyniku tej polaryzacji instytucje utworzone na mocy Porozumienia przestały funkcjonować. Jeśli Brexit ustanowi twardą granicę między Irlandią Północną i Irlandią, spotka się to z masową opozycją ze strony ludności katolickiej i może nawet doprowadzić do nowego wybuchu niepokojów. Z kolei alternatywa, utworzenie granicy między całą wyspą a Wielką Brytanią przez Morze Irlandzkie doprowadziłaby do silnego sprzeciwu protestantów, którzy postrzegaliby ją jako część dryfu w kierunku zjednoczonej Irlandii.
Z punktu widzenia UE, jeśli Wielka Brytania znajdzie się poza jednolitym rynkiem lub unią celną bez porozumienia, pewna forma granicy jest konieczna. Socjaliści zdecydowanie sprzeciwiają się zaostrzaniu granicy w Irlandii lub tworzeniu nowej na Morzu Irlandzkim. Z punktu widzenia Johnsona zaakceptowanie proponowanego „mechanizmu ochronnego”, który zasadniczo utrzymywałby Wielką Brytanię w Unii Celnej na czas nieokreślony i który uniemożliwiłby negocjacje w sprawie nowych umów handlowych, byłby ogromną porażką. Co więcej, otworzyłoby to drzwi liderowi Partii Brexit Nigelowi Farage’owi, który przedstawiłby go jako zdrajcę narodu w nadchodzących wyborach. Najnowsza propozycja Johnsona dotycząca sposobu wyrównywania tej kwadratury koła wydaje się martwa po rozmowach z rządem irlandzkim i UE. Strategia Farage’a – prosta i skuteczna – polega na wezwaniu do „czystego zerwania”, co jest innym sposobem na odmowę zawarcia umowy. On i jego akolici łączą to z ideą odrodzenia brytyjskiego przemysłu i powrotu dobrze płatnych, wykwalifikowanych miejsc pracy do obszarów kraju, które zostały zniszczone przez ponad trzydzieści lat neoliberalizmu. Takie podejście łączy się ze świadomą próbą wzmocnienia nastrojów antyimigranckich i rasistowskich.
Wobec ogólnej niepewności w kwestii Brexitu, a zwłaszcza braku konsensusu co do niego wśród klasy robotniczej, może okazać się, że kapitalistyczny establishment spróbuje odkręcić wynik referendum z 2016 r. Niedawna ankieta ComRes wykazała, że ​​38 proc. głosujących opowiedziałoby się za wyjściem bez porozumienia 31 października, jeśli to porozumienie nie zostanie osiągnięte wcześniej. Pogląd ten staje się coraz bardziej popularny nie tylko w elektoracie Torysów, ale także Labour – zwłaszcza w wielu sekcjach partyjnych z północnej części kraju, typowo robotniczych, głosujących w większości za wyjściem z UE. Zagrożenie ze strony Farage’a zmusiło Johnsona do udawania coraz twardszej linii negocjacji w rozmowach z UE, co pozostawia mu niewiele pola manewru. Johnson miał nadzieję, że rozwiązując parlament, będzie mógł kupić sobie czas na poszukiwania nowej umowy z UE. Pomimo porażki Johnsona spowodowanej orzeczeniem Sądu Najwyższego, jego podstawowa strategia wydaje się niezmienna. Niemniej jednak okazało się teraz, że może on zostać zmuszony do złożenia wniosku o przedłużenie terminu, a jeśli odmówi, może zostać skazany na więzienie za sprzeciw wobec woli parlamentu. Grożąc wyjściem bez porozumienia, postawił swoje własne ambicje i wąskie interesy wyborcze ponad interesami klasy kapitalistycznej.
Fakt, wizje ekonomicznego Armagedonu w przypadku Brexitu bez porozumienia zawierają mocny element „projekcji strachu”. Ale nie są tylko czystą fantazją. Gdyby w porcie Dover znowu pojawiła się odprawa celna dla ciężarówek z Europy, dwuminutowe opóźnienie odjazdu każdego samochodu może spowodować wydłużenie się kolejki o ponad siedemnaście mil! Zamykanie fabryk i idąca za tym utrata miejsc pracy na podstawie zakłóceń w łańcuchach dostaw również nie jest zupełnie wykluczone. Z drugiej strony ​​wiele firm, które grożą redukcją miejsc pracy w związku z Brexitem, w wielu przypadkach i tak je planowało, a teraz tylko przerzuca winę za kłopoty gospodarcze na robotników głosujących za Brexitem. Relokacje miejsc pracy są równie kosztowne i wymagają czasu. Bardziej ekstremalne wizje ekonomicznej katastrofy związane z potencjalnym masowym odpływem firm z Wielkiej Brytanii niemal z dnia na dzień są przesadzone. Lewicowy rząd mógłby interweniować, aby zapobiec zamykaniu i utracie miejsc pracy – gdyby był przygotowany na przejęcie firm grożących takim manewrem, na przykład poprzez nacjonalizację, gwarantując miejsca pracy i jej dobre warunki. I tutaj wracamy do punktu wyjścia: potrzeby niezależnego, propracowniczego podejścia do kwestii Brexitu. Czy Corbyn taki program posiada?
Polityczna roszada
Brytyjski establishment stara się odzyskać pozory kontroli nad sytuacją, w którą sam się wpędził. W szczególności chce wykorzystać parlamentarną większość euroentuzjastów, prokapitalistycznych deputowanych ze wszystkich głównych partii politycznych, którzy tylko czekają na to, by związać ręce Johnsona. W połączeniu z erozją Partii Konserwatywnej i faktyczną wojną domową w Partii Pracy, „koalicja euroentuzjastów”, która rozwinęła się w parlamencie w ostatnich tygodniach, mocno wskazuje na możliwość szerszej reorganizacji politycznej. Kampania parlamentarna mająca na celu powstrzymanie wyniku braku porozumienia z UE doprowadziła do przyjęcia projektu ustawy, która wymaga od Johnsona ubiegania się o przedłużenie artykułu 50 (opóźnienie Brexitu), jeżeli nie uda mu się osiągnąć porozumienia przed 31 października. Parlamentarny bunt spowodował również, że posłowie zablokowali, dwukrotnie, próby zwołania wyborów powszechnych przez Johnsona. Gdy jego większość parlamentarna spadła – z plus 1 do minus 43 – nie ma sposobu, aby nadal mógł on rządzić bez nowych wyborów.
Tymczasem Corbyn brał udział w ponadpartyjnej próbie podejścia do zatrzymania Brexitu bez porozumienia i zachęcał posłów Partii Pracy do blokowania wyborów powszechnych za każdym razem, gdy były poddawane pod głosowanie. Strategia to ryzykowna, a biorąc pod uwagę, że jesienne wybory parlamentarne są nadal w dużej mierze prawdopodobne, skuteczne opieranie się przez Corbyna presji – nie tylko w kwestii Brexitu – ma znaczenie kluczowe. Sam fakt, że lider Labour nie sprzeciwi się wyborom generalnym Johnsona, gdyż dzięki nim premier mógłby zachować kontrolę nad procesem Brexitu, nie jest jeszcze katastrofą – ale już brak przejęcia inicjatywy przez lidera Partii Pracy w tej sprawie doprowadził do tego, że jest on jedynie częścią grupy opowiadającej się za pozostaniem w UE, bez forsowania własnej, wyrazistej narracji. Oczywiście istnieje możliwość wywołania przez Corbyna – czy raczej wokół jego osoby – nowego społecznego zrywu, potencjał buntu przeciwko wieloletniej polityce cięć Torysów, a zwłaszcza przeciwko bigoterii i reakcyjności Johnsona jest ogromny. Ale ograniczenie się przez Corbyna do udziału w jakiejś formie „tęczowego sojuszu na rzecz Remain” skończy się katastrofą.
Właśnie dlatego Corbyn musi spędzić następne tygodnie, rozmawiając bezpośrednio z ludźmi z klasy robotniczej. Musi w jasny sposób nakreślić niezależne, klasowe podejście do wszystkich głównych problemów stojących przed brytyjskim społeczeństwem. Warto, by zaczął od wezwania związków zawodowych, aktywistów klimatycznych i wszystkich cierpiących z powodu polityki oszczędności, do wyjścia na ulice w masowych protestach przeciwko rządowi Johnsona.
Socjalistyczna droga
W kwestii Brexitu Corbyn może zaoferować zarazem jasność i jedność. Na początku Corbyn musi wyjaśnić, że kierowany przez niego rząd działałby w celu zagwarantowania miejsc pracy i ochrony standardów życia, bez względu na wynik procesu Brexitowego. W szczególności oznacza to zobowiązanie się do przeniesienia jakiejkolwiek spółki grożącej zamknięciem lub zwolnieniem z pracy na własność publiczną, z rekompensatą wypłacaną akcjonariuszom.
Podejście Corbyna powinno obejmować walkę o ponowne otwarcie negocjacji na zupełnie innych zasadach – ustanawiając jako nieprzekraczalne granice nie interesy wielkiego biznesu, ale pracowników, młodych ludzi i emerytów. Oznacza to sprzeciwianie się wszystkim traktatom i porozumieniom, które w praktyce zachęcały do ściągania jak najniżej płac lub które stanowiłyby przeszkody dla prowadzenia lewicowej propracowniczej polityki. Do tego Partia Pracy winna przeciwstawiać się rasizmowi i atakom na imigrantów oraz zamiarom wytyczania nowych granic z Irlandią Północną. Oznacza to też przyjęcie wyraźnie internacjonalistycznego podejścia – apelowanie ponad gadającymi głowami prokapitalistycznych negocjatorów UE do pracowników i aktywistów z krajów europejskich, z których wielu jest już zaangażowanych w walkę z neoliberalną polityką cięć. Krótko mówiąc, oznacza to postawienie pytania o nową współpracę narodów Europy – możliwą tylko w oparciu o rozwiązania socjalistyczne. Czy takie podejście zyskałoby wsparcie brytyjskich pracowników? Nie mam ku temu wątpliwości, zwłaszcza gdyby Corbyn mówił równocześnie o podniesieniu zarobków, inwestycji w publiczną oświatę i zakończeniu polityki cięć.
Inna sprawa – wygranie wyborów to dopiero pierwsze z całej serii poważnych wyzwań, przed którymi stoi Partia Pracy. Gdyby faktycznie to on tworzył nowy rząd, od razu stałby się celem wściekłego ataku neoliberałów. Dlatego konieczne jest wykorzystanie następnych pięciu tygodni, a także przyszłej kampanii wyborczej, aby przygotować się na to, co może nadejść. W obliczu bezpośredniego sabotażu ekonomicznego lub natychmiastowego, chaotycznego Brexitu, Corbyn musiałby podjąć szybkie środki w celu obrony interesów ludzi pracujących i klasy średniej. Oznaczałoby to przygotowanie się do przejęcia kontroli nad kluczowymi dźwigniami siły gospodarczej w społeczeństwie – począwszy od banków i wielkich monopoli, które obecnie dominują w gospodarce, by zasoby mogły być wykorzystywane z pożytkiem dla ludzi i planety. Tego zaś Corbyn nie osiągnie, jeśli nie zerwie z przedstawicielami kapitalizmu, którzy obecnie zasiadają w jego frakcji w Izbie Gmin. Musiałby polegać nie na Parlamencie wypełnionym prokapitalistycznymi parlamentarzystami, ale na masach pracowników, którzy zmobilizowani i zorganizowani stanowią najważniejszą siłę potrzebną do niezbędnej zmiany brytyjskiego społeczeństwa.

Tłum Wojciech Łobodziński (STRAJK.EU)

C.d.n.

W sobotę Izba Gmin miała głosować przyjęcie lub odrzucenie umowy podpisanej przez premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona z Unią Europejską.
W rezultacie jednak dalej nie wiadomo, co będzie.

Było to pierwsze od 37 lat sobotnie posiedzenie Izby Gmin – poprzednie miało miejsce w związku z atakiem Argentyny na Falklandy. Tym razem okoliczności były – w gruncie rzeczy – równie dramatyczne, bo przecież dotyczące przyszłości Zjednoczonego Królestwa. Ale okazało się, że góra urodziła mysz i serial brexitowy trwa nadal.
Przeszkodą okazała się poprawka zgłoszona przez konserwatywnego deputowanego Olivera Letwina (jednego z torysów, którzy opuścili obóz premiera Johnsona w związku ze sposobem, w jaki prowadzi on „rozwód” Wielkiej Brytanii z Unią Europejską), wymuszającą wniosek o odroczenie brexitu do czasu przygotowania niezbędnych ustaw, czyli co najmniej o trzy miesiące. Boris Johnson, który w tej sprawie gra va banque, zakłada, że jakimkolwiek przypadku brexit powinien nastąpić 31 października. Skoro zatem Izba Gmin przyjęła poprawkę – większością 322 w stosunku do 306 głosów, rząd wycofał spod głosowania wniosek w sprawie akceptacji bądź odrzucenia zawartej z UE umowy. W tej sytuacji znów wszystkie scenariusze, z „twardym” brexitem włącznie, są otwarte.
Boris Johnon natychmiast zwrócił się do UE z prośbą o przesunięcie terminu, wysyłając dwa listy – w pierwszym, niepodpisanym, prosząc o taką reakcję, w drugim – podpisanym – argumentując przeciwko takiej decyzji. W konsekwencji brytyjski parlament czeka szereg głosowań, które rozpoczną się już we wtorek. Niemniej w nieustającej batalii premier poniósł kolejną porażkę, choć znów nie jest to decydująca klęska.
Choć poprawka Lewina miała – j twierdzi jej autor – stanowić zabezpieczenie przed bezumownym brexitem, jej konsekwencje mogą byś wręcz przeciwne. Bo jeśli UE nie zgodzi się na kolejne odroczenie, bo przecież w końcu uzgodniła z Borisem Johnsonem umowę regulującą warunku opuszczenia jej przez Wielką Brytanię, 31 października może nastąpić ostateczne zerwanie i dalej będzie „ratuj się, kto może”.
Głosowanie nad poprawką Letwina nie wskazuje, czy Izba odrzuci umowę. Według szacunków premierowi do zaakceptowania ubiegłotygodniowej umowy z UE brakuje ok. 10 głosów, ale są to szacunki oparte na założeniach, że wszyscy deputowani będą głosować zgodnie z liniami ich partii i przy zachowaniu dyscypliny, a tak może wcale nie być. W rezultacie odroczenie sobotniego głosowania daje mu także czas na przekonanie nieprzekonanych, przede wszystkim północnoirlandzkich unionistów, z których głosami byłby w stanie przeforsować swój wniosek i doprowadzić ten dramatyczny i pełen spektakularnych zwrotów serial do końca.
Osobne pytanie, to jak zareaguje na to wszystko Bruksela i czy zgodzi się na kolejne przeciągnięcie, nawet jeśli alternatywą będzie brexit bezumowny. Akceptując umowę, szczyt 27 dał bowiem bardzo klarowny sygnał, że na tym sprawa powinna być zakończona.

Nowa, wspaniała umowa

„Mamy wspaniałą, nową umowę, która oddaje nam kontrolę” – napisał po zakończeniu negocjacji z UE na Twitterze brytyjski premier Boris Johnson.

Entuzjastyczne informacje premiera Johnsona potwierdził główny unijny negocjator brexitu Michel Barnier. „Osiągnęliśmy porozumienie uczciwe, rozsądne i odpowiadające naszym zasadom” – oświadczył. Porozumienie pochwalił także szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Porozumienie zakłada, że Irlandia Północna formalnie będzie w obszarze celnym Wielkiej Brytanii, w praktyce jednak pozostanie w unii celnej z UE, czyli jej lądowa granica z Republiką Irlandii będzie funkcjonować tak, jak dotychczas.
Entuzjazm wokół zakończenia negocjacji może jednak okazać się przedwczesny, bo musi być ono zatwierdzone: przez szczyt UE – z czym, wobec opinii głównych unijnych negocjatorów i akceptacji na poziomie eksperckim, przypuszczalnie nie będzie problemu, podobnie jak z przyjęciem go przez Parlament Europejski, ale także przez brytyjski parlament, a tu może być dużo trudniej. Podpisawszy poprzednie porozumienie poprzedniczka premiera Johnsona Theresa May także ogłosiła sukces, a następnie przez kilka miesięcy nie zdołała przekonać brytyjskich parlamentarzystów aby je zaakceptowali, co skończyło się jej dymisją. Boris Johnson w relacjach z Izbą Gmin, choć rozgrywa sprawę w zupełnie innym, dużo brutalniejszym, niemal pokerowym – żeby nie powiedzieć bokserskim – stylu, jak dotąd nie odniósł wielkich sukcesów. Przegrał wszystkie głosowania w Izbie Gmin i na skutek odejścia grupy swoich parlamentarzystów zdołał utracić w niej większość. Jeśli do tego dodać przegraną przed Sądem Najwyższym sprawę o legalność zawieszenia parlamentu i wprowadzenie w błąd królowej, trudno to uznać za pasmo sukcesów, jakkolwiek przyznać trzeba, że jeśli przy tym wszystkim nadal utrzymuje funkcję szefa rządu i inicjatywę rozgrywającego sprawę brexitu, to duże osiągnięcie. Czy to jednak oznacza, że tym razem, pod presją czasu i straszenia „bezumownym” brexitem przekona Izbę Gmin?
Sceptycznie na nowe porozumienie patrzy irlandzka Demokratyczna Partia Unionistów – niewielki, ale ważny koalicjant torysów, którego sprzeciw miał kluczowe znaczenie dla wywrócenia negocjacji prowadzonych przez premier May w ubiegłym roku. Może dziś pozycja unionistów nie jest aż tak kluczowa, bo większość konserwatyści w Izbie Gmin i tak już utracili i wiadomo, że zbliżają się nowe wybory, niemniej jednak w głosowaniu nad porozumieniem ich głosy będą się liczyć.
Nie podziela entuzjazmu premiera Johnsona także przywódca najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy. Jeremy Corbyn, który już wcześniej wypowiadał się o morskich kontrolach i przesunięciu granicy celnej na Morze Irlandzkie z dużą rezerwą, komentując doniesienia o zawarciu porozumienia, stwierdził że wygląda ono gorzej niż układ premier May. Jednak nie należy zapominać, że kwestia brexitu stworzyła w brytyjskiej polityce podziały przebiegające w poprzek (przynajmniej głównych) partii politycznych i ich parlamentarnych reprezentacji, więc nie można z góry zakładać, że wszyscy labourzyści zagłosują zgodnie z dyscypliną, tym bardziej, że już podczas niedawnej konwencji Partii Pracy bardzo trudno było im wypracować wspólne stanowisko i poparcie dla linii Jeremy’ego Corbyna. Z drugiej wszakże strony niepewne jest także stanowisko nastawionych na „twardy” brexit konserwatywnych hardlinerów, do tej pory popierających Johnsona.
Porozumienie trafi pod obrady Izby Gmin najprawdopodobniej podczas specjalnej sesji zaplanowanej na sobotę.

Tron w służbie propagandy

Mowa tronowa wygłoszona na otwarcie parlamentu przez królową Elżbietę II została oceniona jako przegląd obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej przed nadchodzącymi wyborami. Oraz poparcie brexitu 31 października.

Ociekający blichtrem i ostentacją ceremoniał towarzyszący wygłoszeniu mowy tronowej, to tylko gra pozorów. Choć sięgająca czasów średniowiecza tradycja, pełna symbolicznych elementów odzwierciedlających konstytucyjną konstrukcję monarchy w parlamencie jako figury państwa oraz historyczną ewolucję relacji między władcą a parlamentarzystami może budzić podziw, jednak w obecnym systemie politycznym królowa jest tylko tubą rządu. W mowie tronowej władczyni przedstawia swoje niby to polecenia dla rządu, ale jej tekst pisze premier, ona ją tylko odczytuje i nie wolno wręcz jej nic dodawać od siebie ani pomijać. Fakt, że królowa siedzi na tronie, a mowa spisana jest na pergaminie nic tu nie zmienia.
Zasadniczo mowa tronowa powinna być przeglądem zamiarów rządu na najbliższy rok – jest to zatem jakby exposé – tym razem jednak nawet to było iluzją, bo cała wyliczanka ustaw, jakie by miały być opracowane i wprowadzone w życie ma się nijak do realnych możliwości – premier Boris Johnson kieruje rządem mniejszościowym i odkąd wprowadził się na Downing Street nie wygrał w Izbie Gmin żadnego głosowania. Zarówno on jak i opozycja prą do przedterminowych wyborów, a jedno, co do czego nie są w stanie się zgodzić to termin, kiedy by do nich miało dojść: przed czy po opuszczeniu przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej. Terminu, do którego premier Johnson jest przywiązany – czyli 31 października – w mowie tronowej zresztą nie zabrakło.
Ustami królowej zapowiedziano więc ustawy dotyczące zmian systemu imigracyjnego po brexicie mające chronić rynek pracy przed imigrantami, nowych regulacji w zakresie rybołówstwa, rolnictwa, handlu i usług finansowych, pakiet ustaw odnoszących się do poprawy bezpieczeństwa i systemu wymiaru sprawiedliwości, poprawy systemu edukacyjnego i opieki zdrowotne (acz dość ogólnikowo zasygnalizowanych) podniesienia płacy minimalnej do 10,5 funta za godzinę, a nawet ustawy gwarantującej że napiwki w całości muszą być przekazywane kelnerom. Powstaje jednak pytanie – kiedy rząd premiera Johnsona miałby to wszystko zrobić. Nic dziwnego zatem, że opozycja od razu uznała całą ceremonię za farsę – tak ją wprost określiła sekretarz spraw wewnętrznych w labourzystowskim gabinecie cieni Diane Abbott, dodając, że jest to życzeniowa lista obietnic, których ten rząd nie ma ani zamiaru ani możliwości realizować. Lider Labour Party Jeremy Corbyn stwierdził wręcz, że tak skonstruowana mowa tronowa to nic innego jak katalog obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej i cyniczne wykorzystywanie królowej do celów partyjnej propagandy.
Wiadomo, że przynajmniej od czasu sprawy namówienia królowej Elżbiety na zawieszenie parlamentu, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego nielegalne, stosunki między premierem a nią są fatalne. Co zresztą nie dziwi, bo nawet gdy się jest pozbawioną realnej władzy monarchinią, poczucie że jest się kukłą wykorzystywaną do celów politycznej gry przyjemne być nie może.
Brytyjskie media odnotowały skrzętnie, że królowa odczytywała tekst posuniętej jej mowy z wyraźną niechęcią, choć bez robienia otwarcie złośliwych min, na co nie pozwoliłaby jej dobra kindersztuba i przekonanie, że sprawy tego rodzaju należy traktować serio i nie naruszać ustalonych przez wieki reguł. Inaczej najwyraźniej rzecz potraktował Boris Johnson, który w czasie wysłuchiwania mowy tronowej miny robił i kiwał głową, zupełnie jakby chciał swojej władczyni powiedzieć coś w stylu „może i siedzisz na tronie, ale i tak musisz czytać, co ci napisałem”. Co więcej – otwarcie zapowiedział, że nawet jak dysponująca większością opozycja odrzuci przedstawione w mowie tronowej dyspozycje (procedura jest taka, że mowa poddawana jest pod debatę), nie poda się do dymisji, choć tak zwyczajowo powinien by postąpić.

Szansa na przełom?

Sobota przyniosła nadzieje na uregulowanie w ostatniej chwili sprawy brexitu – Wielka Brytania wystąpiła z kompromisowym rozwiązaniem, które uznano za otwierające drogę do negocjacji. Sytuacja nie jest jednak aż tak optymistyczna jakby mogło się to wydawać.

Przedstawiona przez Londyn propozycja wycofuje się z idei urządzania placówek kontroli granicznej w Irlandii. Miałyby one być wykonywane na Morzu Irlandzkim, zaś przejazd przez granicę lądową między Republiką Irlandii a Irlandią Północną miałby być swobodny. Nie do końca jest wszakże jasne, jak by to miało wyglądać z obszarami celnymi (domniemanie jest, że Irlandia Północna pozostałaby w unijnym obszarze celnym, na co Londyn dotąd nie chciał przystać) bo w tym aspekcie koncepcja ma jednak szereg niejasności, a wszystko zależałoby od praktyki, jaką porozumienie by sankcjonowało – de facto przenosząc granicę na morze (a zatem pozwalając jedynie zachować pozory, że nie wycofał się ze swoich pozycji całkowicie), czy też byłby to wstęp do podziału Irlandii na dwie strefy celne, jakkolwiek nie teraz, lecz w przewidywalnej przyszłości. Co wydaje się jednak jasne, propozycja nie rezygnuje z tego, aby pozostałą część Wielkiej Brytanii wyszła z unijnego obszaru celnego i aby kraj ten mógł samodzielnie budować sobie infrastrukturę traktatową z zakresie handlu ze stronami trzecimi.
Zdaniem Michela Barnier reprezentującego UE w rozmowach ze Zjednoczonym Królestwem ta propozycja premiera Borisa Johnsona była na tyle interesującą opcją, że zarekomendował ją jako podstawę przyspieszonych, intensywnych negocjacji. Komentarze podkreślają, że to ustępstwo ze strony Johnsona, zauważmy jednak, że ruch w stronę porozumienia zdecydowała się uczynić także UE, która do tej pory opierała wszelkim próbom renegocjowania umowy. Co ważne – po rozmowach premiera Johnsona z jego irlandzkim odpowiednikiem, którego głos ma w tej sprawie zasadnicze znaczenie, obaj zgodzili się, że „jest to ścieżka, która może prowadzić do porozumienia”. W poniedziałek premier Johnson ma rozmawiać o tej sprawie z kluczowymi przywódcami europejskimi – kanclerz Niemiec Angelą Merkel, prezydentem Francji Emanuelem Macronem i szefem KE Jean-Claude Junckerem, starając się ich przekonać do swojej propozycji zmian do układu wynegocjowanego z Theresą May, lub choć przynajmniej do złagodzonej wersji „bezumownego brexitu”, opierającej się podjęciu ustaleń w odniesieniu do tych punktów, które budzą największe kontrowersje.
O ile zatem weekendowe sygnały sugerować by miały ostrożny optymizm w stosunku de perspektywy przełamania impasu, to samej Wielkiej Brytanii ren kompromis również może napotkać na silny opór. Sceptycznie o możliwości wypracowania rozwiązania na podstawie nowej propozycji rządu wypowiedział się lider największej siły opozycyjnej – Partii Pracy – Jeremy Corbyn. „Jeśli miałoby to oznaczać przesunięcie granicy na Morze Irlandzkie widzę szereg problemów” – oświadczył. Irlandzcy unioniści także nie będą zachwyceni tym rozwiązaniem.
Także rząd nie pała wielkim optymizmem. Agencja Reuters, powołując się na źródło związane z Downing Street, pisze że w ocenie ekipy premiera Johnsona droga od akceptacji wstępnych do wynegocjowania układu będzie długa. A czas ucieka nieubłaganie.

Klincz trwa

Już wydawało się, że Boris Johnson nie przetrwa druzgocącego werdyktu Sądu Najwyższego, który uznał iż oszukał królową, ale wygląda na to, że wśród opozycji przeważają obawy, że premier może wykorzystać przedterminowe wybory aby doprowadzić do „twardego” brexitu 31 października.

Z inicjatywą złożenia wniosku o wotum nieufności wobec premiera Johnsona nosiła się Szkocka Partia Narodowa), ale przeważyła opinia labourzystów – a konkretnie ich lidera Jeremy’ego Corbyna. Po spotkaniu przywódców partii opozycyjnych, w których wzięli udział szef parlamentarnej frakcji SNP Ian Blackford, liderka Liberalnych Demokratów Jo Swinson, liderka Zielonych Caroline Lucas, szefowa parlamentarnej frakcji walijskiej partii Plaid Cymru Liz Saville Roberts oraz przywódczyni Niezależnej Grupy na rzecz Zmiany Anna Soubry, oświadczył, że poprze taki wniosek „w momencie, w którym będziemy mogli wygrać oraz zdjąć ze stołu opcję brexitu bez porozumienia”. W rezultacie zatem ani wniosku, ani głosowania nie było.
Na ile są to realne obawy – trudno oceniać, ale dowodzą one, że premier Johnson posługuje się straszakiem przedterminowych wyborów bardzo skutecznie. Bo choć to może wyglądać na samobójczą taktykę (podobny pomysł kosztował nie tak dawno temu jego poprzedniczkę utratę większości i konieczność tworzenia koalicji z egzotycznym i trudnym partnerem, jakim są północnoirlandzcy unioniści), niemniej jednak zdaje się liczyć, że nowe wybory pozwolą mu odzyskać utraconą większość i przeprowadzić rozwód z Unią Europejską według swojego uznania. Nie jest to scenariusz nieprawdopodobny, ale też jego ewentualna skuteczność nie poddaje rozsądnym analizom, bo nie oto chodzi, aby przedterminowe wybory wygrali torysi, ale tacy torysi, którzy – ewentualnie z innymi zatwardziałymi brexitowcami – by byli skłonni poprzeć bezumowne opuszczenie Unii. Bo co do tego, że nadal Partia Konserwatywna cieszy się największym poparciem wskazują wszystkie sondaże się zgadzają. I to – niezależnie od straszaka Johnsona – powód dla którego opozycja, a zwłaszcza Partia Pracy, nie palą się do wchodzenia w nieprzygotowaną, improwizowaną kampanię, w której brexit, a nie kwestie programowe, stanowiłby zasadniczy temat. A z powodu, że opinie w sprawie brexitu przecinają w poprzek podziały partyjne, mogłoby to mieć dla Labour bardzo negatywne konsekwencje, nie mówiąc o tym, że szanse na zastąpienie konserwatywnego jakimkolwiek innym są niewielkie. Bo choć opozycja dysponuje większością dzięki której pewnie by była w stanie przegłosować wotum nieufności, poza stosunkiem do sprawy brexitu, nie łączy jej zgoła nic, co by mogło wskazywać na możliwość sformowania koalicji, nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu. Trudno bowiem sobie rząd labourzystów z Liberalnymi Demokratami.
Tymczasem zaś na linii Londyn-Bruksela, a w zasadzie na linii Londyn-Bruksela-Dublin postępu nie widać. Kolejne propozycje składane przez stronę brytyjską, aby rozwiązać kwestię tzw. „bezpiecznika” i granicy celnej pomiędzy Republiką Irlandii a brytyjską Irlandią Północną nie zostały odebrane jako wnoszące jakikolwiek postęp. Zdaniem irlandzkiego ministra spraw zagranicznych Simona Coveney’a sugerowane jakoby przez Brytyjczyków rozwiązania „utworzenia centrów kontroli celnej niedaleko granicy” nie są nawet punktem wyjścia do rozmów. Podobnego zdania jest przewodnicząca nacjonalistycznej irlandzkiej partii Sinn Féin. Z punktu widzenia Dublina przywrócenie granicy dzieląca wyspę byłoby złamaniem „porozumienia wielkopiątkowego” z 1998 roku.
Boris Johnson wprawdzie twierdzi, że takiej propozycji nie było, ale równocześnie też mówi, że suwerenne państwo powinno mieć własną przestrzeń celną.
Pozycje są zatem nadal nieprzejednane, więc trudno poważnie spodziewać się, żeby Boris Johnson spełnił swoje zapowiedzi, że doprowadzi do korekty umowy z UE podczas szczytu 17-18 października.

Nielegalne zawieszenie

Brytyjski Sąd Najwyższy uznał, że premier Boris Johnson zawieszając parlament dopuścił się złamania prawa i wprowadził królową w błąd. W brytyjskich realiach dyskwalifikuje go to jako polityka.

Jedenastu sędziów było w tej sprawie jednomyślnych. „Sąd zmuszony jest dojść do wniosku, iż decyzja premiera, aby doradzić królowej zawieszenie parlamentu była nielegalna. Jej efektem było bowiem utrudnienie lub powstrzymanie parlamentu przed wykonywaniem swych konstytucyjnych funkcji bez rozsądnego uzasadnienia” – powiedziała przewodnicząca sądu Lady Brenda Hale. Sędzia wyjaśniła, że zgodnie z orzeczeniem parlament w istocie wcale nie został zawieszony, gdyż wniosek o zawieszenie parlamentu z którym premier zwrócił się do królowej był nieważny i pozbawiony skutków prawnych. „Równie dobrze mogła to być pusta kartka papieru” – dodała.
Jakie będą konsekwencje werdyktu sędzia nie wyjaśniła, stwierdzając, że odpowiedź na to pytanie nie należy do kompetencji sądu. Ale że będą one poważne, nie ulega wątpliwości. Liderzy opozycji wezwali Borisa Johnsona do złożenia rezygnacji z funkcji premiera. Parlament zatem zbiera się dziś i dziś mogą już zapaść w kluczowych sprawach rozstrzygnięcia, jakie one będą – trudno przewidzieć, bo poza wezwaniem Johnsona do ustąpienia wypowiedzi polityków są dość niekonkretne co do tego, jak wyobrażają sobie dalszy kierunek.
Wskutek okołobrexitowej rozgrywki dążący ewidentnie do bezumownego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – bo jego działania mające robić wrażenie podejmowania prób wznowienia negocjacji wokół sprawy tzw. „bezpiecznika” należy uznać za pozorowane – Boris Johnson stracił większość w Izbie Gmin i w starciach z parlamentarzystami poniósł szereg porażek, z których zasadniczą było przyjęcie ustawy uniemożliwiającej „twardy” brexit 31 października i przymuszającej go o zwrócenie się do UE o przesunięcie terminu, gdyby do 19 października nie wynegocjonowano nowej umowy. W takiej sytuacji Johnson faktycznie nie ma chyba już żadnej możliwości ruchu i trudno sobie wyobrazić jego dalsze funkcjonowanie jako szefa rządu. Boris Johnson przebywa tymczasem w Nowym Jorku na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych. Jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu zapowiadał, że nawet w przypadku przegranej nie zamierza rezygnować.
Co się stanie – zależy w dużej mierze od stanowiska opozycji, ale podziały wobec kwestii brexitu przebiegają w poprzek podziałów partyjnych. Zakończony dopiero co kongres najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy udzielił w tej sprawie poparcia neutralnemu stanowisku zajmowanemu przez jej lidera – Jeremy’ego Corbyna. Nie zapominajmy wszakże, że stało się to jeszcze przed orzeczeniem sądu, które stwarza zupełnie nową sytuację. Choć w brytyjskiej polityce panuje obecnie zupełnie bezprecedensowy chaos, należy zwrócić uwagę, że werdykt Sądu Najwyższego, przełamujący wzajemne blokowanie swoich działań przez rząd i parlament, pomimo wszystko jest elementem pozwalającym na jakąś formułę nowego otwarcia, w sytuacji, gdy wydawałoby się, że wszystkie możliwości zostały już wykorzystane. W ten zaś sposób całą rozgrywka może być o kilka pól cofnięta. O ile – nie sposób powiedzieć, choć całkiem rozsądnym rozwiązaniem wydawać by się mogło powtórne rozpisanie referendum.

Brexitowy pat trwa

Parlament zawieszony, a premier Boris Johnson stara się osiągnąć coś na kształt porozumienia z UE. Choć chyba raczej udaje, że się stara.

Wyprawa szefa brytyjskiego gabinetu nie przyniosła żadnych rezultatów. jego spotkanie z przewodniczącym Komisji Europejskiej – jeśli sądzić z wypowiedzi po spotkaniu – nie doprowadziło do żadnego, nawet śladowego postępu. Wspólne negocjacje z udziałem premiera Luksemburga Xaviera Bettela zakończyło sie bez rezultatów, na nawet – można przypuszczać – pogorszyło sytuację. Gospodarz Downing Street nr 10 został wybuczany przez tłum i zrezygnował z udziału w konferencji prasowej. Odmówił wejścia na podium z dwoma stojakami na mikrofon. W towarzystwie ochrony i asystentów poszedł do samochodu. Z kolei Bettel udał się na briefing. Zaznaczył, że był niezadowolony z negocjacji. „Czas płynie, wystarczy rozmów, czas działać” – powiedział Bettel, wskazując na wolne miejsce obok niego. „Nie można czynić z narodu zakładnika politycznych korzyści własnej partii” – dodał.
Komunikat KE nie pozostawia co do tego wątpliwości: „Przewodniczący Juncker podkreślił otwartość i gotowość Komisji do przeanalizowania propozycji pod kątem zgodności z celami mechanizmu awaryjnego. Takie propozycje jeszcze nie zostały przedstawione” – czytamy w nim. W oświadczeniu podkreśla się także, iż odpowiedzialność za przygotowanie innej, wiążącej prawnie propozycji, to zadanie strony brytyjskiej, a nie Brukseli. Tymczasem w sprawie tzw. „backstopu”, utrzymującego Zjednoczone Królestwo w unii celnej nowych konstruktywnych propozycji Londynu nie ma. I bardzo prawdopodobne, że nie będzie, zaś komentatorzy zastanawiają się, że Londyn w ogóle chce je na serio złożyć, czy też premier i jego ekipa świadomie zdecydowali się doprowadzić do bezumownego brexitu i wszystkich przed faktem dokonanym, a zatem skupiają się raczej nad problemem „obejścia” dyspozycji ustawy wiążącej rządowi ręce poprzez zobligowanie go do wystąpienia o przesunięcie terminu na styczeń gdyby do 19 października nie udało się wynegocjować umowy.
Dodać trzeba, że niezależnie od prowadzenia rozgrywki przez premiera Johnsona, w innym stylu niż robiła to jego poprzedniczka Theresa May, ale – jak widać równie nieskutecznej – traci się z pola widzenia jeszcze jeden element: cały proces odbywa się w bardzo niekorzystnym momencie. Obecny skład KE wkrótce zakończy kadencję i trudno oczekiwać, że ustępujący wkrótce Jean-Claude Juncker nagle zmięknie, zmieni stanowisko uzgodnione przecież przez państwa członkowskie bloku i postawi swoją następczynię Ursulę von der Leyen w sytuacji przynajmniej kłopotliwej. Trudno więc liczyć, żeby była naprawdę realna szansa na postęp. A że strona europejska traci już do Johnsona cierpliwość – to osobna kwestia.
Rozwiązaniem byłoby może powtórzenie referendum – sugeruje to nawet były premier David Cameron, który przecież grając brexitową kartą wyzwolił cały ciąg wydarzeń będących przyczyną obecnej sytuacji, nota bene także nie po to, aby serio chciał „rozwodu” z UE. Trudno sobie wyobrazić, kto miałby teraz wystąpić z taką inicjatywą? Formalne uwarunkowania doprowadziły bowiem ewidentnie do sytuacji, w której faktycznie może nie być już żadnego ruchu. Chyba że Sąd Najwyższy uzna, że zawieszenie parlamentu było niezgodne z obowiązującym prawem. Tai werdykt parlamentarzyści zdołali wywalczyć w sądzie szkockim. Może to oznaczać dla premiera Johnsona nawet utratę stanowiska.