Rozwód odkładany na później

Zadanie wynegocjowania warunków opuszczenia europejskiej wspólnoty przez Wielką Brytanię przerosło wszystkie strony, które brały udział w rozmowach. W najbardziej rozpaczliwej sytuacji znalazła się jednak szefowa brytyjskiego rządu. Widząc jej bezradność, europejskie mocarstwa zgodziły się na odroczenie ostatecznej daty Brexitu. Do kiedy? To pytanie jest kluczowe, jednak odpowiedzi na nie wciąż brak.

Łatwo jest powiedzieć „wychodzimy”, znacznie trudniej jest wyjść. Kiedy obywatele Wielkiej Brytanii w 2016 roku w drodze referendum zadecydowali o wyjściu z Unii Europejskiej, nikt chyba się nie spodziewał, że na początku roku 2019 Londyn nadal będzie tkwić w tragikomicznym klinczu pomiędzy obwieszczeniem, a jego realizacją. Okazało się jednak, że przeprowadzenie Brexitu potężnego państwa jest wyzwaniem arcytrudnym.
Kanclerz Niemiec Angela Merkel oświadczyła dziś, że Niemcy i Francja nie mają nic przeciwko przesunięciu terminu Brexitu. Swoją decyzję ogłosiła podczas wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Emmanuelem Macronem w Paryżu. Szefowa niemieckiego rządu zaznaczyła jednak, że skoro Brytyjczycy powiedzieli „goodbye”, to muszą wziąć odpowiedzialność za swoją decyzję i wspólnotę prędzej czy później opuścić. Merkel dodała jednak, że Brexit musi się odbyć w sposób „uporządkowany”, co jest jasnym sygnałem, że cala wspólnota nie godzi się na wariant, w którym Londyn wychodzi bez podpisania porozumienia.
Na jakich zasadach Zjednoczone Królestwo opuści więc Unię Europejską? Ze słów francuskiego prezydenta wynika, że Theresa May nie ma wielkiego pola manewru. – Jesteśmy zgodni, że umowa nie może być jeszcze raz negocjowana, nawet jeśli potrzebują więcej czasu – podkreślił Macron. Co to oznacza? Prawdopodobnie to, że jeśli będą jakieś zmiany, chociażby te dotyczące statusu Irlandii Północnej, to będą one niewielkie.
Jak sprawy się mają na Wyspach? Jeśli do 13. marca Izba Gmin nie zaakceptuje drugiej umowy z Unią, rząd Theresy May wyrazi zgodę na głosowanie w parlamencie ws. odłożenia Brexitu. Pojawia się jednak pytanie – czy taką zgodę premier otrzyma. Jeremy Corbyn i większość Partii Pracy rozgrywa obecną sytuacja w taki sposób, aby uwypuklić jak największą nieporadność Theresy May i obniżyć poparcie społeczne dla jej partii. Lider laburzystów wielokrotnie oskarżał premier o próbę „przeciągnięcia” procesu Brexitu.

Brexit odroczony?

Możliwe scenariusze

Nikt nie chce twardego Brexitu. Zarówno Bruksela, jak i brytyjski rząd i opozycja intensyfikują starania na rzecz uniknięcia scenariusza, w którym pod koniec marca Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską bez żadnego porozumienia. Najciekawszy pomysł pojawił się niedawno. Zakłada on przedłużenie okresu, w którym ustalone zostaną warunki do końca roku 2020.
Jeszcze niedawno taki wariant był forsowany i brany na poważnie wyłącznie przez fantazyjnych zwolenników pozostania Zjednoczonego Królestwa w europejskiej wspólnocie. Dziś jest jednym z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy. Grupa brukselskich polityków skupiona wokół sekretarza generalnego Komisji Europejskiej Martina Selmayra proponuje, aby dać Londynowi jeszcze 21 miesięcy na wynegocjowanie i przegłosowanie w Izbie Gmin warunków wystąpienia z Unii Europejskiej.

Zirytowani komisarze

Bruksela, podobnie jak brytyjska klasa polityczna i tamtejsze społeczeństwo, z wielkim niepokojem przyjmuje zbliżające się i rosnące z każdym dniem widmo twardego Brexitu. Katastrofa komunikacyjna, społeczna i gospodarcza dotknęłaby przede wszystkim Wielką Brytanię, jednak fala uderzeniowa dotarłaby również na kontynent, czego wszyscy chcą uniknąć. Stolica Unii Europejskiej ma również dosyć niestabilności i napięć wynikających z przedłużającego się stanu braku porozumienia pomiędzy głównymi siłami w brytyjskim parlamencie. Przypomnijmy, że kluczowe głosowanie w Izbie Gmin ws. umowy z Brukselą miało odbyć się najpóźniej 27 lutego, czyli w dziś. Tymczasem okazało się, że Theresa May, obawiając się kolejnej klęski i związanego z nią spadku poparcia dla jej rządu, postanowiła przenieść głosowanie na 12 marca, czyli zaledwie 17 dni przed ostateczną, wydawało się do dziś, datą Brexitu.
Co dokładnie proponuje Bruksela? Brexit zostaje odroczony na 21 miesięcy, a więc do czasu, gdy według wcześniejszego planu miał obowiązywać okres przejściowy, podczas którego strony miały uzgodnić warunki współpracy gospodarczej po opuszczeniu wspólnoty przez Londyn. Najnowszy plan unijnych polityków zakłada, że do tego czasu Wielka Brytania pozostanie członkiem Unii Europejskiej. Wariant ten ma szanse znaleźć szeroką aprobatę w Brukseli, gdyż również do końca 2020 roku obowiązuje bieżący budżet UE, co sprawiłoby, że konieczność negocjowania z Londynem warunków podziału środków rozwiązałaby się sama.
– Jeśli liderzy widzą jakikolwiek sens w przedłużaniu negocjacji, co nie jest pewne, biorąc pod uwagę sytuację w Wielkiej Brytanii, (…) będą chcieli zapewnić rozsądny okres, który pozwoli na rozwiązanie pozostałych kwestii – powiedział „Guardianowi” jeden z dyplomatów UE.

Co siedzi w głowach brytyjskiej premier i jej współpracowników?

Jest to pytanie przewrotne. Część ministrów Partii Konserwatywnej rozważa otwarty bunt przeciwko swojej szefowej i dogadania się z opozycją w sprawie przegłosowania uchwały gwarantującej wykluczenie szkodliwego scenariusza Brexitu bez umowy (tzw. poprawka Cooper). Koncept ten zakłada możliwość wydłużenia członkostwa w UE nawet od trzech do dziewięciu miesięcy. Zgodnie z propozycją miałoby do tego dojść, jeśli do 13 marca premier nie udałoby się wypracować ostatecznej umowy ze Wspólnotą. „The Sun” podaje, że inicjatorami rewolty są: minister pracy i emerytur Amber Rudd, minister sprawiedliwości David Gauke, minister ds. biznesu, energii i strategii przemysłowej Greg Clark i minister ds. Szkocji David Mundell. Jakie są szanse na powodzenie tego przedsięwzięcia? Zdaniem komentatorów, raczej poniżej 50 proc. jednak w przypadku dalszej nieporadności szefowej rządu, mogą w kluczowym momencie wzrosnąć.
Inną rozważaną opcją jest złożenie rządowego projektu uchwały parlamentu, w której wyrażono by poparcie dla alternatywnej propozycji dotyczącej kontrowersyjnego mechanizmu awaryjnego dla Irlandii Północnej (ang. backstop); dotychczas propozycja ta nie była przyjmowana przez unijnych negocjatorów. Downing Street liczy jednak, że taka decyzja Izby Gmin zwiększyłaby nacisk polityczny na unijne instytucje, aby dojść do porozumienia z Londynem.
Sama Theresa May rozważa również poproszenie strony unijnej o wydłużenie okresu na urzeczywistnienie Brexitu o dwa miesiące, a więc do końca maja. Ten wariant grozi jednak koniecznością udziału Zjednoczonego Królestwa w wyborach do europarlamentu. Premier chce za wszelką cenę uniknąć takiego scenariusza, bowiem o ile sondaże dają jej partii przewagę na Labour Party w wysokości 3-7 punktów procentowych, to podczas krótkiej, acz ostrej kampanii jej formacja mogłaby się znaleźć w głębokiej defensywnie. May chciałaby więc opóźnić Brexit, jednak nie na tak długo, by wiązało się to z koniecznością rozpisania elekcji.

Widmo katastrofy działa na wyobraźnie

Co jednak, jeśli Londynowi nie uda się uzyskać żadnego przedłużenia daty Brexitu? Wówczas Downing Street znajdzie się pod niewyobrażalną presją. May będzie musiała doprowadzić do kolejnego głosowania w parlamencie, w którym dokonano by wyboru między powrotem do wynegocjowanej umowy w sprawie Brexitu – odrzuconej już raz przez posłów w połowie stycznia – a opuszczeniem Wspólnoty bez porozumienia.
Jeśli rząd nie uzyska w parlamencie poparcia dla porozumienia proponowanego przez May lub alternatywnego rozwiązania, Wielka Brytania o północy z 29 na 30 marca automatycznie opuści Wspólnotę bez umowy na mocy procedury opisanej w art. 50 traktatu o UE.

A Corbyn czeka

Jakie stanowisko zajmuje największa siła opozycyjna – Partia Pracy? Laburzyści są obecnie zajęci brutalnymi walkami frakcyjnymi, które zostały zainicjowane przez partyjnych liberałów, którzy domagali się dymisji Jeremy’ego Corbyna ze stanowiska szefa formacji. Tydzień temu z szeregów partii wystąpiło siedmioro deputowanych, mających na pieńku z przewodniczącym od dawna. W obliczu kuriozalnych oskarżeń o antysemityzm, głos laburzystów w sprawie Brexitu stał się mniej słyszalny. A jest on niezmienny – to Partia Konserwatywna odpowiada za bałagan związany z Brexitem i to ona powinna go posprzątać. Partia Pracy liczy na spadek zaufania społecznego do torysów i przejęcie władzy w najbliższych wyborach do Izby Gmin.

Kolejne referendum?

Co na to wszystko brytyjskie społeczeństwo? Większość obywateli i obywatelek uważa, że najlepszym rozwiązaniem byłoby…rozpisanie kolejnego referendum, w którym mogliby po raz kolejny wypowiedzieć się w sprawie opuszczenia przez ich kraj europejskiej wspólnoty. Dziennik „The Independent” zlecił badanie opinii publicznej, z którego jasno wynika, iż z uwagi na impas w Izbie Gmin i rosnący antagonizm pomiędzy głównymi siłami politycznymi, opcja drugiego referendum cieszył się największą popularnością wśród respondentów. Drugim życzeniem Brytyjczyków i Brytyjek jest po prostu pozostanie w Unii za wszelką cenę. Dalsze renegocjacje umowy znalazły się dopiero na trzecim miejscu.
Najmniejsze poparcie ma twardy Brexit. Aktywiści z kampanii „Put It To The People”, która forsuje idee pozostania w rodzinie zapowiedzieli, że w sobotę 23 marca br. na Park Lane w Londynie odbędzie się wielka demonstracja przeciwników Brexitu.

May traci poparcie

Rozłam w brytyjskiej Partii Konserwatywnej w sprawie Brexitu jest coraz bardziej klarowną perspektywą. Czworo brytyjskich ministrów zagroziło poparciem planu opozycji, który może opóźnić wyjście Wielkiej Brytanii z UE, jeśli premier Theresa May nie zdecyduje się wykluczyć brexitu bez umowy i przedłużyć proces opuszczania  Wspólnoty.

O sprawie poinformował dzisiejszy „The Sun”. Buntownicy to: minister pracy i emerytur Amber Rudd, ministra sprawiedliwości Davida Gauke’a, ministra ds. biznesu, energii i strategii przemysłowej Grega Clarka i ministra ds. Szkocji Davida Mundella.

Podczas poniedziałkowego spotkania na Downing Street wymienieni zadeklarowali, że są gotowi poprzeć w przyszłotygodniowym bloku głosowań w sprawie brexitu plan opozycji, w którym chodzi o wymuszenie na May przedłużenia procesu wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE na mocy art. 50 traktatu o UE, aby uniknąć opuszczenia Wspólnoty bez porozumienia.
Według informacji „The Sun” Rudd, Gauke, Clark i Mundell ostrzegli szefową rządu, że nawet 20 innych członków rządu, głównie wiceministrów, mogłoby zagłosować przeciwko propozycji jej rządu w sprawie brexitu. Postawiłoby to premier w trudnej sytuacji i zmusiło do rozważenia odwołania tych polityków ze stanowisk.

„Premier ma wybór i jasno go jej przestawiliśmy. Albo usunie możliwość brexitu bez umowy, przedłużając obowiązywanie artykułu 50, albo będzie musiała nas wszystkich pozwalniać, ale wtedy i tak przegra” – powiedział jeden z ministrów.

Według „The Sun” premier porzuciła nadzieję na zwycięstwo i liczy jedynie na „znaczący postęp”, choć nie wyklucza kolejnej porażki w parlamentarnym głosowaniu. W weekend May uda się do egipskiego Szarm el-Szejk, gdzie weźmie udział w szczycie UE z państwami arabskimi, aby na marginesie tego spotkania przekonywać unijnych przywódców do zawarcia kompromisu w sprawie brexitu.

Inny tytuł, eurosceptyczny „Daily Mail” uważa, że nie jest wykluczone, iż May zdoła uzyskać w przyszłym tygodniu poparcie dla swojej umowy. Głosowania w tej sprawie zaplanowane są wstępnie na środę, 27 lutego. Szczegółowy plan prac w Izbie Gmin zostanie przedstawiony w czwartek przez szefową większości parlamentarnej Andreę Leadsom.

W połowie stycznia brytyjski parlament odrzucił wynegocjowany przez rząd i UE projekt umowy w sprawie brexitu, a pod koniec miesiąca zaapelował do gabinetu May, by skłonił stronę unijną do wprowadzenia zmian w kontrowersyjnym mechanizmie awaryjnym dla Irlandii Północnej sugerował, że wówczas mógłby poprzeć przedstawioną propozycję.

Jeśli rządowi nie uda się uzyskać żadnych ustępstw ze strony Wspólnoty, May będzie musiała doprowadzić do kolejnego głosowania w parlamencie, w którym dokonano by wyboru między powrotem do wynegocjowanej umowy w sprawie brexitu – odrzuconej już raz przez posłów w połowie stycznia – a opuszczeniem Wspólnoty
bez porozumienia.

Jeśli rząd nie uzyska w parlamencie poparcia dla porozumienia proponowanego przez May lub alternatywnego rozwiązania, Wielka Brytania automatycznie opuści Wspólnotę bez umowy na mocy procedury opisanej w art. 50 traktatu o UE o północy z 29 na 30 marca.

Corbyn w potrzasku

Żarty się skończyły. Wygląda na to, że Wielka Brytania opuści Unię, zaliczając najtwardsze lądowanie z możliwych.

Laburzyści pod wodzą Jeremy’ego Corbyna muszą w tej sprawie przestać chować głowę w piasek. Inaczej ostatecznie pożegnają się z marzeniami o władzy i przebudowie kraju.
Brytyjski parlament odrzucił projekt wyjścia z UE proponowany przez premier May. Kolejnego nie ma. Czas goni – Zjednoczone Królestwo ma czas do końca marca, by Radzie Europejskiej przedstawić warunki wyjścia z Unii, które zabezpieczą interesy mieszkańców Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że unijni biurokraci wiedzą jedno: trzymają Brytyjczyków w garści, bo ci nie mają żadnego pomysłu na swój kraj poza UE. Obie strony wiedzą już, że nie ma o czym rozmawiać. Ostatni rządowy projekt przewidywał mniej więcej takie stosunki z Londynu z Brukselą, jakie z Unią wiążą Norwegię i Szwajcarię. Są to elementy unii celnej i wspólnego rynku z poważnym ograniczeniem swobody przepływu ludności. Nie mogło to jednak usatysfakcjonować twardych nacjonalistów, którzy wyrzucili projekt do kosza z powodu tzw. backstopu: możliwości pozostawienia swobodnego ruchu między Irlandią a Irlandią Północną.
Szowinistyczne szaleństwo pcha więc Brytanię ku najgorszej z możliwych ewentualności: wyjścia bez żadnej umowy. Oznacza to prawdopodobnie gwałtowną zapaść w gospodarce i na rynku pracy. Dojdzie do tego polityczny problem z milionami imigrantów, którzy nagle staną się nielegalni w sensie ścisłym. Londyn ma już w zanadrzu nawet plan ewakuacji królowej z kraju w razie wybuchu gniewu społecznego.
Brexit laburzystów: kwadratura koła
W kropce znalazła się Partia Pracy, która do tej pory nie miała żadnego pomysłu na odnalezienie się w sytuacji brexitu. Kraj zdaje się skazany na taki los, że laburzyści przestali, jak się wydaje, grać już na przyśpieszone wybory, które z powodu nienawiści Brytyjczyków do May miały im dać władzę. Kierownictwo skupione wokół Jeremy’ego Corbyna szukało sposobów, by uniknąć odpowiedzialności za brexit, zwłaszcza w sytuacji, gdy wizja przewodniczącego pod tym względem znacząco rozmija się z nastrojami elektoratu.
Corbyn nie zdołał do tej pory przekonać “dołów” do tego, że opuszczenie Unii na lepszych warunkach niż proponują konserwatyści może być szansą na odnowę lewicowej polityki w kraju dzięki uwolnieniu Londynu od brukselskiego neoliberalizmu. Większość sympatyków Partii Pracy nie chce na razie słyszeć o niczym innym, tylko o pokrzyżowania planów nacjonalistów. Wielu z nich popiera ideę kolejnego referendum, które miałoby cofnąć decyzję głosowania z 2016 r. i powstrzymać brexit. Czołowi laburzyści, chowając głowy w piasek, tylko pogorszyli sytuację partii. Obecnie – odwrotnie niż rok temu – sondaże dają konserwatystom siedmiopunktową przewagę wyborczą nad laburzystami. Jest źle.
Prasa doniosła, że centrala związkowa branży transportowej TSSA sporządziła specjalny raport w sprawie brexitu, oparty na danych sondażowych, i przesłała go partii, a dokładnie frakcji Momentum, uznawanej za najtwardszych corbynistów. Dokument zawiera podobno jednoznaczny wniosek, że Labour wiele straci, jeżeli nie przyjmie postawy zdecydowanie przeciwnej wyjściu z Unii. Treść raportu nie pozostawia wątpliwości: w obecnej sytuacji zarówno poparcie rozwodu z UE, jak i otwarte przeciwstawienie mu się spowoduje u laburzystów straty. W drugim przypadku byłyby one po prostu mniejsze i doprowadziłyby podczas przyspieszonych wyborów do utraty 11 miejsc w parlamencie. Byłby to skutek rozczarowania części elektoratu pro-brexitowego, która do tej pory popierała Partię Pracy z powodu antyestablishmentowej retoryki Corbyna. Jeżeli ugrupowanie poprze brexit w ostrzejszej lub łagodniejszej postaci, straciłoby jednak aż 45 parlamentarzystów. Oznaczałoby to druzgocącą klęskę – prawdziwie czarny scenariusz, biorąc pod uwagę, że cały miniony 2018 r. ubiegł laburzystom pod znakiem dumnego marszu po władzę – ekipa Corbyna zachowywała się tak, jakby już ją miała na wyciągnięcie ręki.
Twardzi antybrexitowcy stanowią poważną siłę kadrową partii, co sami dobrze rozumieją i starają się to wykorzystać. Muszą jednak uważać, by nie przestrzelić. Ich awangarda to zdecydowani przeciwnicy Corbyna, od dawna chętni do pozbawienia go władzy. Elektorat Labour jest prounijny, a jednocześnie wierny przewodniczącemu, który z pełną determinacją odnawia partię w duchu socjalistycznym. Trudno więc oczekiwać, by najradykalniejsi przeciwnicy brexitu, zdecydowani jednocześnie kontynuować spuściznę Blaira, uzyskali jakiekolwiek poparcie dla swoich zapędów secesjonistycznych.
Takie zaś istnieją – na początku lutego donosił o nich “The Observer”. Powołując się na “liczne źródła w Partii Pracy” magazyn informował, że szereg posłów, poirytowanych brakiem zdecydowanego stanowiska organizacji w sprawie brexitu, zdecydowana jest opuścić szeregi laburzystów i założyć nową centrową, mocno prounijną partię. Wśród buntowników znaleźli się zdaniem dziennikarzy m.in. Angela Smith, Chris Leslie i Luciana Berger, czyli znani partyjni liberałowie, starający się pogrążyć Corbyna na różnych frontach, łącznie z podłączaniem się do nagonki w sprawie jego rzekomego „antysemityzmu” i ubolewaniem, że przewodniczący wątpi w sens puczu przeciwko „dyktatorowi Maduro” w Wenezueli. Kilka dni później prasa doniosła, że z opuszczeniem Labour na tle stosunku do brexitu liczy się Owen Smith, rywal Corbyna podczas ostatnich wyborów na przewodniczącego. Podejrzani nie potwierdzili tych doniesień, ani jasno im nie zaprzeczyli. Owen jednak dobitnie podkreślał, że ewentualność odejścia z partii należy w dzisiejszej sytuacji “zdecydowanie rozważyć”, sugerując, że kierownictwo partii zdradziło socjaldemokratyczne ideały, które jego zdaniem ucieleśnia Unia Europejska.
Bardzo wątpliwe, by „separatyści” spełnili swoje groźby, ponieważ po odejściu z partii zostaliby kompletnie „na lodzie”. Tym bardziej jeżeli doszłoby do tego, że zgodnie z sugestiami mediów, w nowej partii miałoby dojść do połączenia sił z dezerterami spośród konserwatystów i liberalnych demokratów. Twardy elektorat Partii Pracy uznałby to bezdyskusyjnie za zdradę. Brexit jest w ich oczach osią silnej polaryzacji politycznej: jest postrzegany jako ksenofobiczny projekt Torysów (choć nie do końca tak jest), a bunt przeciwko niemu i ideowe trwanie przy “projekcie europejskim” stanowi obecnie sedno laburzystowskiej tożsamości i nakazuje bić się o niego w szeregach partii.
“Rebielianci” nie narobią więc partii wielkich szkód, korzystając jednak ze wzmożenia nastrojów antybrexitowych czują się coraz pewniej. Na tyle pewnie, że ostatnio dziewięciu z 25 “ministrów” gabinetu cieni sprzeciwiło się poparciu pakietu poprawek, jakie Partia Pracy zaproponowała do nieszczęsnego projektu brexitu Theresy May, który nie odpowiadał nikomu i mógł prowadzić tylko do bezumownego wyjścia z UE. W odrzuceniu laburzystowskich poprawek betonowi antybrexitowscy połączyli więc siły z fanatycznymi torysowskimi i nacjonalistycznymi brexitowcami, gotowymi wypchnąć Brytanię z Unii zupełnie “na wariackich papierach”. Pełna polityczna determinacja, by koniecznie zaakcentować ideologiczną bezkompromisowość, doprowadziła więc – jak to często bywa – do paradoksu.
Najbardziej prounijna część elektoratu Labour to najmłodsi wyborcy, mieszczący się w studenckiej kategorii wiekowej. To oni właśnie najsilniej wierzą w Corbyna i stoją za masowym wzrostem liczebności partii po objęciu przez niego funkcji przewodniczącego. Co ciekawe, jest tak, mimo że ich idol – delikatnie mówiąc – nie podziela ich euroentuzjazmu. Media społecznościowe obiegł ostatnio materiał wideo sprzed dziesięciu lat, na którym Jeremy Corbyn pomstuje na UE jako na “wielkiego Frankensteina”, który ostatecznie doprowadzi Brytyjczyków do ruiny. Krytykując w ten sposób Traktat Lizboński ostrzegał wtedy przed “Imperium Europejskim”, które będzie skakać na każde skinienie NATO – jak przystało na socjalistę starej daty, dodał więc do tego sosu szczypty szczerego antymilitaryzmu. Szef Labour należy do pokolenia lewicowców od początku nieufnego wobec projektu Unii, którego fundamentem był traktat z Maastricht. Ich obawy raczej się sprawdziły: gospodarczy ustrój Unii, potwierdzony w Traktacie Lizbońskim, utrwalił nierówności, biedę i władzę kapitału w Wielkiej Brytanii, a plagi te sprowokowały nacjonalistów do coraz skuteczniejszego obarczania imigrantów winą za wszelkie zło trapiące mieszkańców UK.
Uzasadniona niechęć Corbyna do UE jako do neoliberalnego lewiatana jest znana i prowokuje ataki pod jego adresem ze strony członków partyjnej biurokracji nadal żywiącej sentyment do liberalnej doktryny Tony’ego Blaira i bezpiecznej symbiozy z biznesem. Eurosceptycyzm przewodniczącego nie powoduje jednak na razie widocznego buntu szerokich mas laburzystowskich. Dotyczy to również członków Momentum, które uchodzi za grupę “skrajnie lewicową” i na tej zasadzie można by domniemywać, że jako betonowi corbyniści będą nieugięcie stali na stanowisku “lewicowego brexitu”. Tymczasem nic podobnego: znaczna część z nich tworzy platformę “Inna Europa jest możliwa”, głoszącą ideę rekonstrukcji UE na lewicową modłę. Teraz domagają się odwołania z parlamentu tych liberalnych deputowanych, którzy akceptują Unię bezkrytycznie i postanowili na złość Corbynowi nie głosować za poprawkami własnej partii, pracując w ten sposób na bexit według May. Nie wygląda więc na to, by zagorzali zwolennicy Corbyna godzili się w obliczu wyjścia z Unii na odegranie roli bezwolnego stada lemingów – forsują własne stanowisko. Prawdopodobnie dochodzi w ten sposób do głosu dialektyka wzajemnego stosunku “góry” i “dołów”, kiedy szeregowi członkowie, świadomi tego, że w zamian za wcześniejsze poparcie “coś im się należy” oczekują, że teraz polityka kierownictwa odpowie na ich oczekiwania.
Pierwszy krok naprzód
Wiele wskazuje na to, że się nie pomylą. Wierchuszka coraz lepiej rozumie nastroje w partii i fakt, że w obliczu indolencji May skontrowanie projektu jej umowy wydaje się jedynym sposobem, by samemu się nie skompromitować. Corbyn postanowił więc po raz pierwszy zagrać odważniej i zaproponować jakąś konstruktywną wizję wyjścia z impasu. Nie jest to na razie nic radykalnego, ani nic bliskiemu jego sercu, stanowi za to na pewno wyjście naprzeciw oczekiwaniom większości elektoratu. Szef Labour wystosował list otwarty do premier, w którym oprócz krytyki jej projektu umowy z UE zawarł pięć warunków, które “ brexit musi spełnić, by uzyskać akceptację Partii Pracy w parlamencie. Są to: 1) “trwała i całościowa unia celna” wiążąca cały obszar Wielkiej Brytanii, 2) ścisły związek krajowej gospodarki z unijnym wspólnym rynkiem, oparty na “wspólnych instytucjach”, 3) “dynamiczne dostosowanie na obszarze praw i ochrony interesu obywateli” – chodzi przede wszystkim o zapewnienie praw pracowniczych co najmniej na poziomie gwarantowanym przez przepisy UE, 4) jasna deklaracja, że Wielka Brytania będzie uczestniczyć (nie wiadomo na ile aktywnie) w instytucjach unijnych i korzystać z funduszy UE, 5) jednoznaczna gwarancja uzgodnienia współpracy na obszarze przepisów bezpieczeństwa, m.in. europejskiego nakazu aresztowania.
Szału nie ma. Nadal wygląda to na korektę projektu May. Z drugiej strony przedstawione warunki idą na tyle daleko, że sprawiają wrażenie jakby Partia Pracy, owszem, akceptowała wyjście z Unii, ale tylko jedną nogą – bardziej nominalnie niż realnie. Sympatycy idei “lewicowego brexitu” mają powody do niezadowolenia, słusznie bowiem zauważa autor wstępniaka w Morning Star, że powyższe propozycje w żadnym stopniu nie kwestionują neoliberalnego charakteru Unii. Przekonanemu socjaliście nie godzi się brać “instytucji wspólnego rynku” za dobrą monetę. A przecież niecały rok temu Corbyn roztaczał wizję, zgodnie z którą ewentualne pozostanie w Unii musi się na jego kraju wiązać z gwarancjami umożliwiającymi politykę nacjonalizacji i wielkoskalowego interwencjonizmu, niemożliwą przy w obecnym kształcie ustrojowym UE.
Jak widać, przy panującej polaryzacji myślenie krótkoterminowe bierze górę, każąc się ustosunkować przede wszystkim bezpośrednio do budzącego emocje projektu May. Zwolennicy pozostania w UE, tak się jednak ostatnio zradykalizowali i skoncentrowali na promocji idei ponownego referendum, że wydawało się, iż zadowoli ich wyłącznie deklaracja pełnego powrotu na łono Unii. Nie atakują jednak Corbyna. Jak słusznie zauważa jeden z komentatorów, jest tak prawdopodobnie dlatego, że wszyscy zdają sobie sprawę, że warunki Corbyna są w istocie zaporowe i nie mają szansy zyskać akceptacji rządu, który stara się obecnie grać na poparcie nacjonalistów. Trudno więc na tej podstawie zwolennikom pozostania atakować Corbyna za “wysługiwanie” się May w wyprowadzaniu kraju z UE. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że czasu do skonstruowania dobrej umowy pozostało Wielkiej Brytanii bardzo mało, można interpretować ostatni ten ruch jako gotowość do zablokowania brexitu w ogóle, co jest jednak o tyle trudne, że w praktyce wymagałoby błyskawicznego rozpisania nowego referendum. De facto nadal więc mamy do czynienia z polityką walenia pięścią w stół na znak niezgody.
Zbudować nową Europę
Analityczka z London School of Economics rozsądnie zauważa, że praktycznie jedynym dobrym dla laburzystów wyjściem byłoby połączenie idei pozostania w UE – którą zwyczajnie muszą przyjąć ze względu na okoliczności – z przekształceniem jej w ruch na rzecz reformy Unii w duchu lewicowym, czyli zdecydowanego ograniczenia jej neoliberalnego charakteru, przede wszystkim dyktatu EBC narzucającego poszczególnym rządom politykę bezlitosnych cięć, praktycznie bez możliwości demokratycznego sprzeciwu. Brexit jest rodzajem “dopustu bożego”, wymogiem chwili, z którym trzeba sobie poradzić, by mieć to już za sobą. Jeśli jednak Partia Pracy rzeczywiście chce rządzić i to tak, by zmienić kraj, konieczne jest wykroczenie poza perspektywę, która obecnie wydaje się laburzystów paraliżować.
Głosy dochodzące z terenu całej Wielkiej Brytanii, przede wszystkim zaś z prowincji, w postaci reportaży, sondaży i badań socjologicznych mówią wyraźnie, że ludzie oczekują zmian, wobec których kwestia pozostania w UE lub jej opuszczenia jawi się jako sprawa drugorzędna. Deterioracja gospodarki i samej tkanki społecznej zaszła tak daleko, że niepewność w sprawie brexitu, niezależnie od ostatecznego wyniku, nakłada tylko na Brytyjczyków ryzyko pogłębienia ich postępującego ubóstwa, które stało się ostatnio tak oczywiste, że ma się nim zająć komisja ONZ ds. praw człowieka. Wzrost biedy, nierówności, niepewności materialnej i niemożności skutecznego wydźwignięcia się z niekończącego się kryzysu społecznego jest plagą, która trawi cały kontynent. Lewica w całej Europie szuka też sposobu na skuteczne przeciwstawienie się fali nacjonalizmu i ksenofobii. Lokalne rozwiązanie, którego poszukuje Partia Pracy, powinno zatem stać się programem dla Europy i na tym laburzyści powinni oprzeć swoją wizję sprzeciwu wobec brexitu. Opieranie się cynicznym propozycjom Theresy May może być tylko pierwszym – i nie ukrywajmy: najłatwiejszym – krokiem naprzód.
Inaczej niż sam Corbyn, wyborcy i szeregowi członkowie Labour widzą brexit jako projekt czysto nacjonalistyczny. Trudno odmówić im racji. Niezależnie od teoretycznej możliwości przekucia go w inicjatywę antykapitalistyczne, ksenofobia od początku określała jego polityczną praktykę. Nic dziwnego, że większość brytyjskiej lewicy czuje potrzebę przeciwstawienia się tendencjom izolacjonistycznym, za którymi nie kryją się żadne postępowe motywy, a ton całemu przedsięwzięciu nadaje twarda prawica. Owszem, obecne unijne przepisy o konkurencji i pomocy publicznej będą przeszkodą w dalekosiężnych planach gospodarczych Corbyna, jeżeli zastąpi on May na stanowisku premiera. Prawdą jest też, że obecność w Unii nie daje Brytanii jakiejkolwiek gwarancji poprawy sytuacji społecznej i gospodarczej, bo odkąd funkcjonuje w jej ramach wskaźniki makroekonomiczne i społeczne tylko się pogarszają. Lecz jednocześnie gwałtowne i bezumowne opuszczenie europejskich struktur może dodatkowo pogorszyć sytuację bieżącą. Nie wygląda również na to, by polityka “im gorzej tym lepiej” mogła przynieść oczekiwane korzyści społeczne – zwłaszcza w sytuacji, gdy postępowa formacja polityczna wykaże się indolencją i utraci wiarygodność.
Problem lidera laburzystów polega na tym, że stosunek Brytyjczyków do brexitu nie układa się według tych osi, które jemu odpowiadają. Część antyestablishmentowo nastawionych wyborców Partii Pracy, którzy są pryncypialnie za wyjściem z UE, to za mało, by przeforsować “lewicowy brexit”. Jakkolwiek socjalista Jeremy Corbyn nie znosi Unii – tego kapitalistycznego “Frankensteina” – musi na razie pogodzić się z dwiema rzeczami: uznać prounijne nastawienie swojej bazy społecznej, od której zależy politycznie, a która chce jednocześnie zmierzać w proponowanym przez niego kierunku uspołecznienia gospodarki. Oraz fakt, że poważne potraktowanie misji socjalizm to konieczność sprostania wyzwaniu poważniejszemu niż sam brexit – jest nim rzeczywisty przewrót klasowy i pozbawienie władzy „jednego procentu”, by tym samym naruszyć fundamenty kapitalizmu.
Brexit trzeba po prostu rozegrać tak, by euroentuzjastyczne nastroje móc spożytkować na rzecz postępowej polityki europejskiej. Trudno bowiem uciec od faktu, że pełne sprzężenie brytyjskiej gospodarki z europejskim kapitalizmem, coraz bardziej zależnym od łupienia mas przez elity finansowe, każe po raz kolejny przemyśleć sens budowy kapitalizmu w jednym kraju. Idee Corbyna są w końcu ideami dla Europy, a Europejczycy, umordowani neoliberalizmem, jak np. “żółte kamizelki”, chętnie za nimi pójdą.

Czas na referendum irlandzkie

W atmosferze bexitowego pata szczególnie pokrzywdzeni wydają się być mieszkańcy Irlandii Płn. Co będzie z granicą? Liderka nacjonalistycznej partii Sinn Féin zapowiada, że „niezależnie od brexitu, odbędzie się referendum w sprawie zjednoczenia”.

Zdaniem Mary Lou McDonald, przewodniczącej Sinn Féin, rośnie społeczna chęć ogłoszenia referendum w sprawie powrotu Irlandii Płn. do macierzy. Mówiła o tym w sobotę na zgromadzeniu zwołanym specjalnie w tej sprawie przez jej partię w Dublinie.

– Kolejne sondaże pokazują, że tak w istocie jest. Niektórzy mówią: to nie jest właściwy czas. My im odpowiadamy: mylicie się. Właśnie dzieje się historia, otwiera się kolejny jej rozdział. To jest właściwy czas.

– Nadszedł moment, by zwołać forum zjednoczeniowe i rozpocząć planowanie. Sinn Féin jest gotowa na to wyzwanie – mówiła dalej McDonald. Dla jej partii to początek kampanii politycznej w sprawie zjednoczenia.

Inicjatywa nabrała wigoru w okolicznościach narastającej niepewności w kwestii brexitu. Brytyjski parlament odrzucił ostatni rządowy projekt porozumienia z UE z powodu niezgody zwolenników wyjścia z Unii na tzw. backstop czyli mechanizm mający zapobiec powrotowi „twardej” granicy między obiema częściami Irlandii, nawet po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię. Premier Theresa May zapowiedziała jednak gotowość do wprowadzenia poprawek tej części umowy i ponownego głosowania w parlamencie, mimo że Unia nie jest zainteresowana dyskusją o kolejnej umowie
„rozwodowej”.

W tej sytuacji szefowa Sinn Féin przypomina, że obywatele Irlandii Płn. w referendum z 2016 r. opowiedzieli się w większości za pozostaniem w UE, a więc przeciwko powrotowi granicy. – Ich głos został zlekceważony przez brytyjski rząd, którego nie obchodzi, jaki wpływ będzie miał brexit na ludzi tutaj – stwierdziła McDonald.

Sinn Féin przypomniało, że zgodnie z Porozumieniem Wielkopiątkowym podpisanym w 1998 r. rząd w Londynie jest zobowiązany do zorganizowania referendum w sprawie zjednoczenia Irlandii i Irlandii Płn. w sytuacji, gdy zachodzi ugruntowane domniemanie, że większość głosujących opowiedziałby się za oderwaniem Irlandii Płn. od Wielkiej Brytanii. McDonald oświadczyła, że będzie pracować na rzecz zastosowania tego rozwiązania.

– Oczywiście nasi unionistyczni bracia i siostry powinni być uczestnikami procesu planowania nowej Irlandii – zastrzegła szefowa Sinn Féin – ale teraz powinni zacząć przygotowywać się na wszystkie okoliczności, a opowiadanie się za związkiem Irlandii Północnej z Wielką Brytanią potrzebuje planu B.

McDonald podkreśla również, że działania na rzecz referendum jej partia będzie kontynuować bez względu na wynik dalszych negocjacji między Londynem a Brukselą. – Referendum zjednoczeniowe odbędzie się niezależnie od brexitu – mówiła w sobotę.

Przegrana nie do końca

Przeciwko uchwale w sprawie umowy wynegocjowanej przez rząd Theresy May z UE określającej warunki Brexitu zagłosowało 432 posłów Izby Gmin przy zaledwie 202 głosach poparcia (większość wynosiła 230 głosów). Mówi się, że to najwyższa porażka urzędującego premiera w historii brytyjskiego parlamentaryzmu. Mimo to konserwatywna premier okazała się „niezatapialna” i jej rząd przetrwał głosowanie nad wotum nieufności.

Wniosek o wotum nieufności zapowiedział Jeremy Corbyn tuż po wtorkowym głosowaniu. Torysi jednak zwarli szeregi. Niespodziewane było także poparcie ze strony północnoirlandzkiej partii DUP.

Choć wydawać by się mogło, że po tak sromotnej klęsce i kompromitacji rządu los Theresy May był przesądzony, ale okazało się, że poparcie dla wotum nieufności wyraziło 306 posłów; przeciwko było 325 deputowanych Gdyby dziesięciu deputowanych DUP zagłosowało wraz z opozycją, to szefowa rządu przegrałaby jednym głosem. Jest to o tyle zrozumiałe, że upadek rządu May oznaczałby przedterminowe wybory, a te według wszelkiego prawdopodobieństwa by mogły skończyć się dla torysów niewesoło, nawet jeśli wielu z nich nie godzi się na umowę z UE. Poparcie DUP będzie jednak miało swoje konsekwencje, gdyż akurat DUP ma bardzo zasadnicze stanowisko wobec Brexitu i nie godzi się na żadne koncesje względem UE w sprawie granicy między Irlandią Północną a Republiką Irlandii.

Po głosowaniu premier may zapowiedziała, że podejmie rozmowy ze wszystkimi partiami w sprawie znalezienia kompromisu w sprawie warunków Brexitu. Nie zamierza też z wychodzenia z Unii rezygnować – podkreśliła, że referendum obliguje Izbę i rząd do jego przeprowadzenia, zatem to, o czym można rozmawiać to warunki, nie zaś pytanie, czy wychodzić, czy zostać. Drugie referendum zatem się nie zapowiada.

Czas jednak ucieka i prawdopodobnie Wielka Brytania musiałaby zwrócić się do Brukseli o przedłużenie art. 50 – który jasno określa, ile czasu kraj opuszczający Wspólnotę i Bruksela mają na ustalenie zasad rozwodu. Zgodnie z nim Brexit ma się stać faktem 29 marca tego roku. Wniosek o przedłużenie art. 50 dałby obu stronom czas na porozumienie – czy to w przypadku negocjowania kolejnej umowy. Problem w tym, że Unia uważa, że warunki zostały ustalone i nie będzie się otwierać ponownie negocjacji w ich sprawie. A to oznacza Brexit bezumowny, czyli rozwiązanie dla Londynu bardzo niebezpieczne, którego konsekwencje trudno przewidzieć. Drugą ewentualnością byłaby decyzja o pozostanie Zjednoczonego Królestwa w UE, czyli ponowienie referendum – co oczywiście byłoby niemożliwe do przeprowadzenia w ciągu niewiele więcej niż dwa miesiące.

Do porzucenia samej idei Brexitu namawia Londyn przewodniczący rady europejskiej Donald Tusk, który zasugerował, że w tych okolicznościach Zjednoczone Królestwo powinno całkowicie go odpuścić. Można to odczytać jako sygnał zachęty do pozostania w Unii i że w takiej sytuacji, uznając iż zmieniają się warunki wstępne, Bruksela byłaby skłonna przychylniej spojrzeć na propozycje Londynu.

Przypomnijmy, że w przeszłości Bruksela wręcz naciskała na swoje państwa członkowskie w sprawach powtarzania referendów, jeśli ich wynik był nie po jej myśli.

 

Którędy, Europo?

Z europosłanką Marią João Rodrigues, wiceprzewodniczącą frakcji Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D), rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

 

Czy lubi pani Fado?

Jestem Portugalką, ale w kategoriach emocjonalnych nie jestem jego największą wielbicielką Fado. To specyficzna tradycja Portugalii, wywodząca się ze splotu różnych wpływów kulturowych, ale jest smutne. A ja nie bardzo przepadam za takim stanami emocjonalnymi. Bliższe są mi emocje ludzi, którzy wyglądają ku lepszej przyszłości. To także część portugalskiej tradycji.

 

Moje pytanie nie było jednak przypadkowe. Pani jest z jednej strony Europy, ja – z drugiej strony Unii Europejskiej. Chcą się do niej dostać setki tysięcy ludzi, często ryzykując swoje życie. Z drugiej strony ci, którzy są w UE, coraz bardziej jej nienawidzą. Dlaczego?

Bardzo długo Unia Europejska była bardzo atrakcyjna. Wiele nowych państw chciało do niej dołączyć. To się jeszcze nie skończyło. Kraje bałkańskie, które jeszcze do Unii nie należą, nadal mają takie ambicje. Zatem nadal jest ona projektem atrakcyjnym. Muszę jednak przyznać, że Unie nie nie spełnia wszystkich oczekiwań, jakie w niej pokładamy. Potrzebujemy więc innej Unii. Myślę, że teraz nadszedł czas, aby postępowe siły zjednoczyły się w Europie, aby zmienić kierunek jej rozwoju. To jest konieczne. Musimy zmienić Europę.

 

Dziś uczestniczyliśmy w konferencji zatytułowanej „Za zjednoczoną Europą Socjalną”. Mówiono tam, że jesteśmy razem, że wracamy do starych wartości Unii, ale wielu uczestników tej dyskusji miało do tego wyraźnie sceptyczny stosunek. Że to tylko takie frazesy. Pojawia się więc pytanie, czy my, socjaliści, powinniśmy podtrzymywać ten stan Unii Europejskiej, czy mamy go zmieniać. Bo przez wielu naszych krytyków jesteśmy – jako Postępowi Socjaliści i Demokraci – postrzegani jako beneficjenci, rentierzy „dobrej” Unii. Jak mamy ją więc zmieniać.

To była konferencja na naprawdę wysokim szczeblu. Uczestniczyłam w wielu konferencjach na podobne tematy w całej Europie, mam zatem skalę porównawczą, aby powiedzieć, że to w czym brałam udział dziś to nie było prawienie okrągłych frazesów. Na dzisiejszej konferencji udało nam się określić nowe cele przed nami i potrafiliśmy przedstawić przygotowywane przez nas rozwiązania, dzięki którym zmienimy kierunek, w którym zmierza Europa. A potrzebne są konkrety. Jesteśmy pomiędzy globalnymi potęgami. Niektóre z nich zatapiają się w nacjonalistycznych iluzjach. Mówię tu o takich sprawach jak „America First”, ale też o tym jak swoją rolę w świecie widzą Chiny czy Rosja. Musimy zapewnić warunki, w których nasz europejski sposób życia będzie respektowany i będzie mógł trwać. To ważny powód sprawiający, że Unia Europejska musi być silna. Tylko w ten sposób będziemy w stanie rozmawiać z innymi globalnymi siłami, powiedzieć im, że my chcemy tu żyć tak jak żyjemy i oczekujemy, że to zostanie uszanowane. To musi być wyraźnie stawiane podczas negocjowania wielkich umów handlowych. Jest to oczywiste, że jeśli chcemy aby te umowy wpisywały się w nasze standardy, również nasze standardy stosunku ochrony środowiska, musimy używać pełnej siły Unii. Żadne z państw europejskich, nawet najsilniejsze,nie będzie miało tej siły negocjacyjnej.

Drugi powód, to skuteczność naszych działań wobec zmiany klimatu. Dziś dla każdego jest oczywiste, że ona następuje. Przyjęta została Deklaracja Paryska wyznaczająca nowe standardy, i Europa wzięła na siebie rolę lidera ich wcielania w życie. Ma to kluczowe znaczenie dla uratowania naszej planety. Chcemy też wspierać ludzi dotkniętych tą polityką. Jeśli pracownicy tracą miejsca pracy na skutek wdrażania nowej polityki energetycznej, jest oczywiste, że muszą oni otrzymać wsparcie umożliwiające im znalezienia nowego zatrudnienia. Tak rozumiem postępowe, europejskie podejście do zmiany polityki energetycznej.

Trzeci obszar, nie mniej istotny, ważny przede wszystkim dla młodych ludzi, to transformacja cyfrowa. W tym zakresie nasze podejście jest bardzo różne od tego, jak widzą tę sprawę Amerykanie czy Chińczycy. Wiemy, że chińska polityka w tym zakresie nie respektuje wolności osobistych, w Stanach Zjednoczonych prywatne dane osobowe są wykorzystywane w celu generowania zysków dla wielkich operatorów cyfrowych. Tymczasem podstawą podejścia europejskiego jest ochrona prywatności, zapewnienie, że nikt nie będzie manipulował naszą demokracją. W naszym rozumieniu rewolucja cyfrowa dokonująca się na naszych oczach ma służyć poprawie jakości życia, poprawić dostęp do służby zdrowia, do edukacji, do usług publicznych, do poprawy naszej samorządności. Wierzę głęboko, że tym okresie PES powinna stać się liderem zmian wynikających z transformacji naszego cyfrowego otoczenia w Europie.

 

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości globalna sytuacja będzie wyglądać tak, że jej aktorami będą Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Chiny. W jakimś stopniu może też Rosja i Indie. A tymczasem UE nie ma nadal wspólnej polityki wobec Chin. Chiny preferują stosunki bilateralne, czyli rozgrywają poszczególne państwa. Wręcz przekupują je, oferując duże kontakty. Na przykład na zakup samolotów od Airbusa, innych technologii od Niemiec. Jednocześnie, jeżeli się pojawi jakaś okazja, ja ta dzięki której Chiny mogą kupić port w Pireuse, traktują to jako soldy. W rezultacie UE jako całość jest wobec Chin dość bezbronna.

Należy wyjaśnić, na czym polega europejska strategia rozwijania stosunków z Chinami. Nie ulega wątpliwości, że są one jednym z najważniejszych graczy na świecie, a będą jeszcze ważniejszym. Pierwsza rzecz, to potrzeba bardziej skoordynowanego stanowiska. Musimy też monitorować chińskie inwestycje bezpośrednie w Europie. Generalnie, musimy zwracać uwagę na to, czy zewnętrzni inwestorzy w Europie nie naruszają naszych strategicznych interesów. Musimy panować nad naszą przestrzenią, która nie jest tylko rynkiem czy strefą walutową. Unia Europejska musi więc zachowywać się jako wspólna, geopolityczna jednostka. I powinno się to opierać tylko na grze ekonomicznych interesów, ale podlegać demokratycznej kontroli i brać pod uwagę również wymiar społeczny i kulturowy. Najwyższy czas, aby Unia stała się wreszcie takim organizmem strategicznym. Z tego powodu musimy określić spójną strategię wobec innych globalnych graczy. Jeśli idzie o Chiny, chcę przypomnieć, że mamy z nimi strategiczne partnerstwo. Brałam udział w przygotowaniach do europejsko-chińskich szczytów. Musimy powiedzieć stronie chińskiej, że oczekujemy wzajemności, że nie mogą oczekiwać od nas pełnego otwarcia naszego rynku podczas gdy swój trzymają zamknięty. Z drugiej strony muszę podkreślić, że należy przede wszystkim skupić się na pozytywnych aspektach współpracy między Europą a Chinami i je przede wszystkim rozwijać. Skupić się na tym, co jest naszym wspólnym interesem. Chiny zobowiązały się wdrażać porozumienie paryskie i agendę na rzecz trwałego rozwoju. Chiny pojęły wysiłek, aby stworzyć spójny system ochrony społecznej. W naszym najlepiej pojętym interesie jest, aby Chinom udało się te cele zrealizować. Podniesienie standardów społecznych w Chinach zmniejszy ich skłonność do dumpingu i wpłynie na zrównoważenie ich konkurencyjności w stosunku europejskiego modelu społecznego. Dlatego to są obszary, w których musimy z Chinami współpracować. Musimy także zachęcać na Chiny aby wspierały system światowy oparty na wielostronności, na który czynią zakusy takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Rosja. Ostatnia sprawa związana jest z chińskim projektem Jedwabnego Pasa i Szlaku. To nie jest tylko frazeologia. To projekt, dzięki któremu Chiny chcą zdefiniować swoje miejsce w świecie. Na ten projekt Unia powinna odpowiedzieć równie ambitnym projektem. Musimy wspierać naszych sąsiadów, starać się ustanawiać pokój i inspirować rozwój wśród nich. Odnosi się to do Bałkanów, także do Ukrainy, ale też do Afryki.

 

Prezydent Trump publicznie cieszył się z Brexitu. Kiedy do niego dojdzie, UE straci państwo, które nie tylko jest wielką gospodarką, ale dysponuje i bronią jądrową i wielką armią. Czy zatem Unia powinna budować własne siły zbrojne, skoro dotychczasowy sojusznik – USA – jest wobec UE sceptyczny, a jeden z jej filarów wypada poza nią. Czy my, socjaliści, powinniśmy popierać budowanie wspólnej europejskiej armii?

Proszę mi pozwolić zacząć od powiedzenia kilku słów o Brexicie. Musimy respektować podjętą w demokratyczny sposób decyzję Brytyjczyków. Należę jednak do tych, któzy są zdania, że była ona podjęta w oparciu o mylące informacje, albo wręcz brak informacji. Co się rzeczywiście stanie – nie wiemy, bo nadal czekamy na decyzję brytyjskiego parlamentu. Dopiero po niej nastąpi decyzja Parlamentu Europejskiego. Dostrzegamy, że administracja prezydenta Trumpa w sposób jednoznaczny wspiera zerwanie Wielkiej Brytanii z UE, co wskazuje, że że założeniem jej polityki jest dzielenie Unii, jej osłabianie. Tu sygnał głębokiej zmiany amerykańskiej polityki, która dotąd zawsze wspierała UE i sprzyjała europejskiej integracji. Dlatego PES zupełnie otwarty krytykuje stanowisko prezydenta Trumpa. Jeśli prezydent Tramp powiada, że Brexit może być przykładem dla innych członków Unii, uważam że to zupełnie błędne podejście. Wierzę, że za tym przykładem nikt inny nie podąży. Wszystkie sondaże opinii to potwierdzają. Obywatele Europy mogą być krytyczni wobec Unii, ale wiedzą też, że jest im potrzebna. A to wielka różnica.
Druga sprawa polega na tym, że Brexit zaowocował pewnym paradoksem. Właśnie wobec Brexitu i polityki prezydenta Trumpa staje się powodem, dla którego Europa tym bardziej powinna tworzyć własny potencjał obronny. Nie w takim rozumieniu, że miałby on zastąpić NATO, ale je uzupełnić, równocześnie dając nam autonomię w podejmowaniu decyzji. Z tego powodu widać jasno, że coraz więcej europejskich przywódców deklaruje wsparcie dla tworzenia wspólnego europejskiego potencjału obronnego. Na koniec chciałabym podkreślić, że dzięki temu projektowi będziemy mogli wyznaczyć wspólne standardy i wzmocnimy naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Będzie lepsza koordynacja, nie mówiąc o tym, że będzie to kolejny krok eliminujący możliwość wewnątrzeuropejskich wojen, takich jak te w ubiegłym wieku.

 

Wróćmy do sprawy wspólnej Europy. Jestem częstym gościem w Azji, w Chinach, w Wietnamie, w Korei. Tam nasza Europa postrzegana jest na dwa sposoby. Z jednej strony region czysty ekologicznie, uregulowany, utrzymujący wysokie standardy, w którym nie ma podróbek, ale również jako taki „dom spokojnej starości”. Z drugiej strony – jako region nadal innowacyjny, produkujący patenty. Bardzo się ucieszyłem, że socjaliści optują za zwiększaniem programu Erasmus, ale Chińczycy wysyłają studentów na najlepsze amerykańskie, europejskie czy australijskie uczelnie, a jednocześnie mają program ściągania ich z powrotem. Czy my, socjaliści moglibyśmy stworzyć taki program, żeby nie tylko integrować naszych studentów, ale zapobiegać drenażowi mózgów? Dlaczego pozwalamy na to, że „produkując” dobrych studentów, także dzięki Erasmusowi, a równocześnie pozwalamy „podbierać” nam absolwentów.

Wskazuje pan na bardzo istotny problem. Przekuwanie edukacji i wiedzy w instrument, który będzie służył poprawie naszych standardów życia powinno być centralnym celem postępowej orientacji w Europie. To była sprawa, w którą byłam bardzo zaangażowana już w czasach, gdy była tworzona Strategia Lizbońska. W tedy strategiczne podejście do tych problemów było wypracowywane przez UE po raz pierwszy. Wtedy przyjęliśmy, że chcemy być kontynentem, którego siłą opiera się na edukacji i wynikającej z niej innowacyjności. Wówczas jeździłam po całej Europie prezentując tę strategię. Byłam również w Polsce, na spotkaniu z ciałem, które nazywało się Polska Rada Lizbońska. Wówczas udało się zmobilizować bardzo silne wsparcie dla tego podejścia. Potem jednak, na skutek kryzysu finansowego, Europa wytraciła moment. Musimy teraz wrócić do tego, aby wykorzystać edukację i innowację w celu generowania wzrostu, tworzenia nowych miejsc pracy, zielonej transformacji. Mamy wielki potencjał badawczy, mamy pokolenie najlepiej wykształcone w całej historii, ale nie umiemy dyrygować tą orkiestrą. Nie umiemy wspierać współpracy pomiędzy badaczami, przemysłem i innymi środowiskami. A to powinna być jeden z naszych centralnych celów na nadchodzący czas, aby taką współpracę tworzyć. Musimy ukierunkować na rzecz tego procesu dokonującą się właśnie rewolucję cyfrową. Europa jest zacofana w stosunku do Stanów Zjednoczonych i Chin w drugiej fazie tej rewolucji. Polega ona na usieciowianiu i udostępnianiu w sieci nowych obszarów. Mówimy o wprowadzaniu do sieci naprawdę gigantycznych ilości informacji, która powinna trafić w chmury obliczeniowe, tworzyć sztuczną inteligencję. Powinniśmy naprawdę skupić się na inicjowaniu rozwoju w tym kierunku, ale i na takim nim kierowaniu, aby wpisywał się w potrzeby naszego, europejskiego sposobu życia.

 

Dziękuję za rozmowę. I chciałbym wyrazić równocześnie nadzieję, że nasza europejska, wspólna ale i różnorodna inteligencja będzie lepsza niż sztuczna inteligencja stworzona przez Amerykanów czy Chińczyków. Bo w tej różnorodności kryje się jej wartość dodana.

 

 

Wywiad został przeprowadzony podczas konferencji „Za zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która odbyła się w Krakowie, 30 listopada 2018 r.

Brexit można abortować?

Trybunał Sprawiedliwości UE orzekał na wniosek Szkocji, gdzie prawie trzy lata temu w referendum dwie trzecie obywateli zaznaczyło opcję „stay”. We wtorek 11 grudnia brytyjski parlament będzie głosował wynegocjowane przez May porozumienie z Brukselą w sprawie warunków, na jakich ma się odbyć wyjście. Izba Gmin raczej odrzuci traktat rozwodowy, krytykowany od wielu miesięcy.

 

Wyrok TSUE może zostać potraktowany jako koło ratunkowe rzucone Londynowi (pomimo sprzeciwów z Brukseli) – ponieważ odrzucenie umowy (a wszystko wskazuje, że jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz) spowoduje, że Zjednoczone Królestwo 29 marca formalnie wyjdzie z UE, ale nie będzie miało podpisanych żadnych nowych umów gospodarczych. To będzie oznaczać blokadę importu leków i żywności, wstrzymanie pracy lotnisk i portów.

A że deputowani odrzucą porozumienie z UE27, jest raczej przesądzone: licząca prawie 600 stron umowa May przewiduje, że Irlandia Północna pozostanie formalnie pod jurysdykcją Unii, na wyspie nie będzie zatem granicy. Jest to de facto oddanie wspólnocie kontroli nad całą Irlandią i nadmierne uzależnienie od Brukseli. May może odłożyć w czasie jutrzejsze głosowanie i wzorem Margaret Thatcher negocjować do skutku lepsze warunki porozumienia. Ale nie zmieni to faktu, że w obecnej postaci – teraz czy za kilka tygodni, dokument nie przejdzie.

Głosowanie przeciwko zapowiada ponad 100 posłów rządzącej Partii Konserwatywnej, a także deputowani północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistycznej. Na pewno May nie poprze Szkocka Partia Narodowa, Liberalni Demokraci i opozycyjna część Partii Pracy.

Co zmienia wyrok z Luksemburga? Daje Wielkiej Brytanii opcję wycofania się „z twarzą”: może bez zgody pozostających w Unii 27 krajów, jednostronnie zrezygnować z deklaracji o opuszczeniu UE. A to już pierwszy krok ku rozpisaniu nowego referendum. Szkocja przywitała wyrok z radością. Ale minister środowiska Michael Gove zapowiedział, że orzeczenie TSUE nie wpłynie na intencje rządu, który i tak chce opuścić Unie docelowo.

Bruksela również nie ucieszyła się z wyroku: obawia się precedensu, na który będą powoływać się inne kraje pragnąc wyjść z Unii – będą mogły zażądać wyjątkowego potraktowania, wzorem wychodzącej Wielkiej Brytanii.

Tymczasem premier Theresa May w obliczu nadchodzącej porażki odwołała wczorajsze głosowanie w Izbie Gmin w sprawie Brexitu, być może nawet do 21 stycznia – nie wskazano jednak żadnego konkretnego terminu. Tym razem przekonywała, że umowa jest najlepszym dostępnym porozumieniem i że najbardziej kontrowersyjna jej część – czyli tzw. irlandzki mechanizm awaryjny – wcale nie musi wejść w życie. „Widzę jasno, na podstawie rozmów, jakie tu odbyłam, że wszystkie te elementy nie dają pewności wystarczającej liczbie moich kolegów. W ciągu weekendu rozmawiałam z szeregiem liderów Unii. Przed szczytem Rady Europejskiej spotkam się z moimi odpowiednikami w innych krajach i szefami Rady oraz Komisji. Przedyskutuję z nimi obawy wyrażone przez tę Izbę” – powiedziała Problem w tym, że nie do końca pokrywa się to z prawdą, a raczej powiększa listę kłamstw, niedomówień i wykrętów szefowej brytyjskiego rządu, dzięki którym nikt chyba spośród przywódców państw UE ani w Brukseli nie uważa jej już za wiarygodnego partnera do rozmów.

Przeciwko ponownemu otwieraniu rozmów z Londynem, który po raz kolejny godzi się na konkretne ustalenia tylko po to, aby za kilka dni próbować ponownie je negocjować ostro wypowiedział się premier Irlandii Leo Varadkar. Odbył następnie rozmowę telefoniczną z przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, po której wydany komunikat jasno stwierdza, że żadnych renegocjacji nie będzie. Co najwyżej trzeba się przygotować na sytuację, w której Wielka Brytania opuści UE bez umowy. To dla pani May powinien być wystarczający sygnał mówiący, że sposób prowadzenia przez nią rozmów w sprawie Brexitu zakończył się całkowitym fiaskiem, a ona sama skompromitowała się ostatecznie i powinna jak najszybciej ustąpić, aby nie czynić więcej szkód i wstydu.

Zamiast tego rozsądnego posunięcia Theresa May postanowiła jednak iść w zaparte i udać się do Hagi i Berlina, aby rozmawiać z premierem Markiem Rutte i kanclerz Angelą Merkel. Informując o planowanej wizycie rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert podkreślił, że odbywa się ona na wyraźną prośbę strony brytyjskiej, co wskazuje na to, że Berlin wcale nie pali się do spotkania, a kanclerz Merkel przyjmuje premier May tylko przez grzeczność. Po spotkaniu nie przewidziano konferencji prasowej. Wygląda więc na to, że ta rzekoma akcja, aby w ostatniej chwili wywalczyć lepsze warunki, wypada nie tyle jako nieustępliwość twardej negocjatorki, a jako dość żałosna próba stworzenia wrażenia, że premier May coś usiłuje zdziałać. Abortowanie Brexitu może okazać więc naprawdę jedynym ratunkiem.

May znów do Brukseli?

Według dziennika „Sunday Times” premier Theresa May chce renegocjować dopiero co zawartą umowę z UE w sprawie Brexitu. To efekt buntu w parlamencie.

 

Proces negocjowania wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej przechodzi kolejny zwrot i staje się jeszcze bardziej żenujący. Premier Theresa May obawia się poważnie, że umowa może przepaść w głosowaniu zaplanowanym na 11 grudnia. Ruch na rzecz renegocjowania umowy mógłby więc spowodować przesunięcie jego terminu. Oficjalnie tego jednak nie potwierdzono.

Porozumienie zawarte na ostatnim szczycie w Brukseli jest powszechnie krytykowane, obawy premier May wydają się zatem uzasadnione, jednak pomysł z ponownym otwieraniem dyskusji pomiędzy Londynem a Brukselą i pozostałymi państwami europejskiego bloku nie wydaje się dobry – szefowa brytyjskiego rządu utwierdzi w ten sposób opinię – również uzasadnioną – że jako negocjatorka jest po prostu niewiarygodnym partnerem. Mówienie, że próba renegocjowania krytykowanej umowy poprawi wizerunek pani May jako osoby zdeterminowanej i stanowczej jest zupełnie chybioną interpretacją, bo Unia jest coraz bardziej znużona jej działaniami, jest zatem całkiem możliwe, że na tym etapie nikt nie będzie chciał rozmów z nią podejmować.

Sposób prowadzenia dialogu z Brukselą, zmiany stanowiska, rozmyślne dezinformowanie partnerów, wycofywanie się z podjętych uzgodnień sprawiły, że w zasadzie najlepszym rozwiązaniem by było, gdyby premier May po przegranym głosowaniu ustąpiła ze stanowiska i pozwoliła działać komu innemu, bo w ten sposób doprowadza do pogłębiania się chaosu i niepewności, a Brexit i tak nastąpi, i to w najbardziej niebezpiecznej dla Londynu wersji, czyli bez żadnych uzgodnień.

Tymczasem jednak minister do spraw Brexitu Stephen Barclay zapewnia, że premier May może pozostać szefową rządu nawet w przypadku odrzucenia umowy przez parlament, choć wydaje się to równie złym scenariuszem.

Finis Germaniae

Niemiecka kanclerz Angela Merkel ogłosiła, że nie ma zamiaru startować w zbliżających się wyborach na lidera CDU, co pokrywa się z tym, że nie będzie również kandydować w najbliższych wyborach do Bundestagu. Decyzja ta oznacza polityczne trzęsienie ziemi i koniec pewnej ery w niemieckiej polityce. Merkel pełniła urząd kanclerza od 2005 roku, a liderką CDU była od 2001. Decyzję tę przyspieszyła druga fatalna porażka CDU w ciągu ostatnich dwóch tygodni w wyborach, które miały miejsce w Bawarii i Hesji.

 

CDU i jej siostrzana bawarska partia CSU poniosły w nich dotkliwe straty, ledwo utrzymując się w tych krajach związkowych u władzy.

 

Partie establishmentu w odwrocie

W wyborach w Hesji CDU wygrała, osiągając 27 procent głosów, co oznacza spadek o 11 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2013. Jest to zarazem najgorszy wynik CDU w Hesji od 1966 roku. Sojusznik Merkel, Volker Bouffier, ledwo zdobył mandat, który pozwolił mu stworzyć regionalny rząd. Partnerka koalicyjna CDU, SPD osiągnąła jeszcze gorszy wynik, tracąc również 11 punktów procentowych i zdobywając 19,8 proc. To z kolei najgorszy wynik tej partii w Hesji od roku 1946, w regionie, który był uznawany za “czerwoną fortecę”.
Liberalna partia Zielonych, która była regionalnym koalicjantem CDU w Hesji przez ostatnie pięć lat, okazała się największym zwycięzcą wyborów, zdobywając ponad 8 punktów procentowych więcej i zdobywając 19,8 proc. głosów. To zabezpieczyło kontynuację regionalnego rządu pod wodzą Bouffiera, który utrzymuje większość, ale tylko za pomocą jednego głosu. Prawicowa i nacjonalistyczna partia AfD, Alternatywa dla Niemiec zdobyła czwarte miejsce z 13,1 proc. głosów, co pozwoliło jej na wprowadzenie po raz pierwszy posłów do heskiego landtagu. Die Linke i ultraliberalna Wolna Partia Demokratyczna Niemiec również osiągnęły wzrost, zdobywając odpowiednio 6,3 i 7,5 procenta głosów.
Wnioski, które nasuwają się na podstawie wyników heskich wyborów potwierdza sytuacja w Bawarii, w której CSU cieszyło się absolutną większością praktycznie od 1962 roku, jedynie z pięcioletnią przerwą. Teraz CSU osiągnęło tylko 37-procentowy wynik, najniższy od 1957 r. SPD poniosła ośmieszającą wręcz porażkę, z wynikiem 9,7 proc. Spowodowało to kryzys rządu federalnego.
Widoczny jest wzrastająca niechęć do tradycyjnych partii, które są postrzegane jako “establishment’, oderwany od rzeczywistości zwykłych ludzi.

 

Sprzeczności klasowe

Na papierze Niemcom idzie świetnie. Pod względem gospodarczym są najsilniejsi w Europie, wzrost gospodarczy jest stabilny, na poziomie 2 proc. rocznie. Bezrobocie, oficjalnie, kształtuje się na historycznie niskim poziomie 4,9 proc. To akurat nie jest prawdą, ponieważ realnie bezrobocie, jak i niepełne zatrudnienie mają procentowo większy udział, niż się wydaje. Większość obywateli i obywatelek również nie odczuwa efektów wzrostu, który po prostu nie przekłada się na powszechne korzyści. Tak naprawdę część sukcesu gospodarczego Niemiec wciąż płynie z ataku na rozwiązania socjalne z lat 1998-2005, kiedy to Niemcy były pod rządami Gerharda Schroedera z koalicji SPD-Zieloni. Dziś miliony niemieckich pracowników jest zmuszonych do pracy dorywczej, w bardzo sprekaryzowanych warunkach.
SPD jest nadal bardzo dumna z wprowadzenia pensji minimalnej w 2016 roku – dziś jest na poziomie 8,84 euro za godzinę. To około 1500 euro miesięcznie, nie wliczając podatków i ubezpieczeń społecznych, jeśli ma się szczęście i pracę na cały etat. Jednak ta suma ledwo starcza na pokrycie podstawowych kosztów utrzymania. Zgodnie z raportem Instytutu Ekonomiczno-Społecznego (WSI) wspieranej przez związki zawodowe Fundacji im. Hansa Böcklera, jedna trzecia niemieckich domostw jest w stanie utrzymać się tylko kilka tygodni, najwyżej dwa-trzy miesiące, jeśli tylko straci swoje źródła dochodu.
Znaczna część klasy pracującej praktycznie żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy najbogatsi stają się coraz bogatsi z dnia na dzień. Nierówności w Niemczech są na najwyższym poziomie od 1913 roku, a najbiedniejsze 40 proc. społeczeństwa zarabia mniej niż 20 lat temu. W tym samym czasie rząd nadal trzyma się polityki cięć budżetowych, nie zwiększając wydatków społecznych, chociaż budżet od jakiegoś czasu znajduje się na plusie. Na takim gruncie masowy sprzeciw wobec rządu akumulował się od dłuższego czasu.

 

Kryzys CDU/CSU

Niestety resentyment, o które mowa nie może znaleźć upustu w działaniach SPD czy liderów związkowych, którzy na różne sposoby są związani z polityką rządową i „umoczeni” w panujące układy sił. W tym kontekście niemiecka partycypacja w tzw. pakietach ratunkowych dla strefy Euro i Grecji, jak i decyzja Angeli Merkel dotycząca przyjęcia miliona uchodźców w 2015 roku, otworzyły drogę dla prawicowych i nacjonalistycznych sił, takich jak AfD. Ułatwiła również prawicowym frakcjom w CDU atak na samą Angelę Merkel. Demagogicznie obarczając rząd o “wspieranie ludzi spoza Niemiec” siły te karmią złość zebraną wśród ludzi zdesperowanych, czyli niezadowolonych warstw ludzi z klasy średniej i klasy pracującej, którzy nie widzą alternatywy w innych partiach. Przy tym Merkel nie jest oczywiście przykładem antyrasistowskiej demokratki. Jej poglądy odzwierciedlają poglądy większości najbogatszych Niemców, którzy faworyzują swoje interesy klasowe.
Rosnąca presja wzmacniającej się AfD otworzyła dawno zanikłe linie podziału i konfliktu w łonie CDU i CSU. Latem minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer, który jest też liderem CSU, zagroził zerwaniem koalicji, co spowodowałoby przedterminowe wybory, jeśli Angela Merkel nie zgodzi się na wprowadzenie kontroli na granicach. Osiągnięto jednak kompromis. Czując, jak gaśnie gwiazda wielkiej koalicji, Seehofer starał się zdystansować swoją partię od Merkel, w świetle przyszłych wyborów regionalnych. Jednak wyniki bawarskich wyborów pokazały, że gambit Seehofera spalił na panewce, a oportunistyczne myślenie jeszcze bardziej zdyskredytowało rząd. Stało się to też zagraniem wspierającym AfD, która konsekwentnie stara się świecić blaskiem siły broniącej prostych ludzi przed rządzącą maszyną polityczną.
Pazerni na władzę, cyniczni politycy – oto co myśli przeciętny Niemiec o establishmencie politycznym. Około 75 procent wyborców, którzy opuścili CDU, i ponad 50 procent tych, którzy opuścili SPD, nie głosując na te partie, wysłało im jasną wiadomość. Upadek głównych partii jest bardzo znaczący; SPD i CDU od momentu zjednoczenia Niemiec do niedawna łącznie zdobywały zazwyczaj 60-80 procent głosów. Wcześniej bywało jeszcze lepiej – w latach 70. obie potrafiły podzielić między siebie 90 proc. wszystkich wskazań wyborców. W 2017 roku zagospodarowały już tylko połowę wyborców. Dziś obie w sumie osiągają w sondażach 40 proc.
Ostatnie wyniki przekładają się na destabilizację obu partii. Wyniki w Bawarii i Hesji, finansowym sercu Niemiec, dolewają tylko oliwy do ognia. Nawet wspominany już heski premier Volker Bouffier (niedawny bliski sojusznik Merkel) stwierdził, że wyniki są prostym komunikatem “wiadomość dla Berlina jest prosta: rządźcie prawidłowo”. Znakiem tego, co czeka nas w przyszłości, są ostatnie wybory na lidera frakcji CDU w Bundestagu. Dawny sojusznik Merkel, Volker Kauder został niespodziewanie pokonany – bunt grupy posłów z CDU i CSU był buntem wprost przeciwko Merkel.
To obraz sił odśrodkowych, które rozwijają się w partii i które zostaną wsparte przez kongres CDU na początku grudnia. Natychmiast po ogłoszeniu przez Angelę Merkel decyzji o odejściu, rozpoczął się festiwal zgłoszeń swoich kandydatur przez różnych liderów partyjnych do walki o władzę w partii. Jednym z nich jest ambitny Friedrich Merz, który został odsunięty z kierownictwa partii przez Merkel w roku 2002, od tego czasu czekał na swoją zemstę. Odpuścił sobie na jakiś czas karierę parlamentarną w 2009 roku i teraz jest potężnym lobbystą kapitału finansowego i wielkiego biznesu, zasiadającym w radzie Blackrock oraz wielu innych wpływowych grup kapitałowych. Merz jest faworyzowany przez kapitalistów i ultraliberalnych prawicowców z CDU, jednak jego zwycięstwo nie jest pewne. Ostateczne wyniki wyborów wewnętrznych, które wsparłyby zaciekłego wroga Merkel mogą prowadzić do kryzysu politycznego i w konsekwencji krótkotrwałego rządu.

 

SPD w ślepym zaułku

Partner koalicyjny CDU, SPD nie jest wcale w lepszym stanie. SPD utrzymuje, że jest partią socjaldemokratyczną, reprezentacją klasy pracującej, tymczasem coraz częściej jest postrzegana jako CDU-light. Mając wpływ na wszystkie rządy od 1998 roku, prócz lat 2009-2013. kiedy to Merkel oparła się na liberalnej FDP, jest coraz bardziej krytykowana przez przedstawicieli klasy pracującej jako winna polityce cięć budżetowych i obniżce standardów życia, w tym okresie niebywałej.
W 2017 roku w wyborach do Bundestagu partia otrzymała tylko 20,5 proc. głosów, co było najgorszym wynikiem od 1932(!). Kiedy ogłoszono wyniki, lider partii Schulz ogłosił, że SPD przejdzie do opozycji, co wzmocniło nadzieje na zmianę pośród lewicowego skrzydła partii. Nadzieje te nie ziściły się, w kierownictwie partii dokonał się nagły zwrot. Opozycja wewnętrzna względem wchodzenia do wielkiej koalicji została pokonana. Kierownictwo popchnęło partię w kierunku trzeciej wielkiej koalicji od 2005 roku pod kierownictwem Angeli Merkel, co popchnęło partię w kierunku większego kryzysu. Stało się jasne dla wszystkich, że liderom partii zależy tylko na ministerialnych teczkach, a nie na tym, by postawić się presji wielkiego biznesu, który wspiera Merkel, co pogrąża kraj w politycznym kryzysie. Okazało się, że na to partia ta nie ma siły.
Od momentu sformowania nowej koalicji rządowej w kwietniu, poparcie dla SPD spadło jeszcze bardziej. Obecnie według sondaży sytuuje się na poziomie 14 proc. na poziomie federalnym. Sytuacja ta została przypieczętowana pogrążającymi partię klęskami w wyborach regionalnych, które niewątpliwie staną się powodem wzrostu napięć w łonie samej partii. Teoretycznie mogłyby nawet spowodować odejście z wielkiej koalicji i kryzys polityczny. Ale kierownictwo SPD tak długo nie wyrażało woli odejścia od CSU/CDU, że nawet jeśli w końcu by się na to zdobyło, to i tak partia jest skazana na powolną śmierć. Jedyne, co mogłoby ją uratować, to zdecydowany skręt w lewo. Równowaga polityczna Niemiec w każdym razie jest zagrożona, co spędza sen z powiek wielkiego biznesu i Angeli Merkel, jak i też chciwym politykom SPD, z których wielu straciłoby swoje miejsce w Bundestagu, gdyby dziś odbyły się wybory. Po wyborach w Hesji jedna z liderek SPD wystąpiła z krytyką polityki rządu, ale nie wydaje się, by za słowami miały pójść realne działania. Widok śliskich i pozbawionych kręgosłupa karierowiczów z SPD, którzy ze względu na własne korzyści nie chcą opuścić rządu jest kolejnym czynnikiem, który spycha partie w dół. Nic dziwnego, że większość obywateli i obywatelek nie widzi możliwości zmiany, która miałaby nadejść ze strony tradycyjnych partii.
W ramach protestu ludzie zagłosowali na Zielonych; wygląda na to, że partia ta przeżywa swoje drugie narodziny. Rok temu walczyła o to, by móc w ogóle myśleć o parlamencie, wahając się na wysokości 5 procent, a w wyborach osiągając szczęśliwie 8,9 proc. Dziś sondaże dają im ok. 20 proc., co powoduje, że stają się drugą partią w Bundestagu. To nie tylko efekt rozczarowania wyborców dwiema najpotężniejszymi partiami. Na potencjalny rezultat Zielonych składa się również złość chrześcijańskich i liberalnych wyborców spowodowana antyimigranckimi zagraniami CSU/CDU. Podczas gdy większość mediów skupia się odpływie wyborców CDU/CSU w stronę AfD, prawdą jest, że na napięciach wewnętrznych i kompromitacji dotychczasowych dominatorów korzystają również Zieloni. Przejmują poparcie ludzi z klasy średniej, którzy nie popierają eurosceptycyzmu i zamykania granic.

 

Brak pracowniczej alternatywy

Pod presją zaostrzających się sprzeczności klasowych, tradycyjny ład polityczny ulega dekonstrukcji. Wzrost poparcia dla AfD i Zielonych tylko częściowo pokazuje jej ostrość.
To nie imigracja jest prawdziwym problemem klasy pracującej. Odkąd Merkel wpuściła milion uchodźców w 2015 roku, bezrobocie spadło oficjalnie o 2 proc., a statystyki przestępczości są najniższe od 1982 r. Prawdziwi kryminaliści, pasożytujący na niemieckim społeczeństwie kryją się wśród kapitalistów, którzy żerują na problemach ludzi pracy. Ale AfD nie jest ich przeciwniczką, nie krytykuje ich, ponieważ sama jest ich wytworem, jednym z ich skrzydeł. Wskazując palcem na uchodźców, stara się ona rozbić klasę pracującą i osłabić ją w jej sporze z kapitalistami.
Również dalsza integracja europejska, o którą walczą Zieloni, niczego nie zmieni. Unia Europejska jako instrument kapitalistów, szczególnie niemieckich, nie sprzyja pracującym. Dla niemieckich kapitalistów bardzo ważne są otwarte granice, ponieważ pozwalają one na eksport tanich produktów oraz import taniej siły roboczej. Unia Europejska wiernie służy ich interesom.
Prawdziwym przeciwnikiem niemieckiej klasy pracującej są kapitaliści. Poprzez wykorzystanie polityki cięć budżetowych i ograniczanie swobody związków zawodowych, zabezpieczyli oni swoje interesy oraz źródło swojej siły roboczej, wykształconych i wykwalifikowanych, tanich pracowników. Na tej podstawie ich zyski rosną z każdym rokiem coraz bardziej, podczas gdy standardy życia większości Niemców systematycznie się obniżają.

 

Radykalne nastroje

Gdyby istniała w Niemczech lewicowa partia, z czytelnym programem gospodarczym, wymierzonym przeciw kapitalistom, dążąca do redystrybucji ich bogactwa i zabezpieczenia interesów większości społeczeństwa, od razu zyskałaby ona poparcie. Ale taka partia nie istnieje. Die Linke, najbardziej lewicowa partią w Bundestagu, jest formalnie partią socjalistyczną, ale w rzeczywistości – lewicą socjaldemokratyczną. Domaga się ona reformistycznych zmian, takich jak podwyższenie podatków dla najbogatszych, ale unika równocześnie kwestii nacjonalizacji i restrukturyzacji sektora bankowego, monopoli, prywatnych spółek zajmujących się nieruchomościami i innych. Nawet jej opozycyjny status jest wątpliwy. Na wschodzie, gdzie była zawsze silna i posiadała ministrów w trzech rządach regionalnych, działa pod dyktando polityki wielkiej koalicji, nie reprezentując interesów pracowników.
Na wschodzie więc Die Linke coraz częściej jest postrzegane jako część establishmentu, a jej wyborcy odpływają w kierunku AfD. I jeśli w debacie partyjnej i atmosferze w partii da się wyczuć radykalizm, to brakuje go już w realnych działaniach. Chociaż nacjonalizacja banków jest w programie partii od czasu kryzysu ekonomicznego, to nie był ten postulat artykułowany a w trakcie kampanii czy akcji politycznych. Na co zdobywa się Die Linke, to działania będące adaptacją corbynowskiego “For the many, not the few” na grunt niemiecki.
Partia trwa w bezruchu, nie proponując nic ludziom, poszukującym programu potrzebnego do zażegnania kryzysu, jakiego doświadczają. Podczas gdy SPD traciło poparcie młodych i pracujących, którzy zmęczeni byli prawicowym kierunkiem partii, Die Linke nie przechwyciło ich, w bawarskich wyborach osiągając wynik 3,2 procenta. W Hesji, gdzie partia ma bardzo aktywistyczny lewicowy wizerunek, zdobyła ona tylko 6,3 procenta.
W ostatnich miesiącach rozgoryczenie popchnęło jedną z frakcji Die Linke, kierowaną przez Sahrę Wagenknecht i Oskara Lafontaina do założenia szerokiego, antyestablishmentowego ruchu Aufstehen (Powstańcie). Wezwali oni do odwrócenia procesu prywatyzacji, zakończenia imperialnej polityki Niemiec oraz doprowadzenia do fundamentalnej poprawy standardów życia. Lista wspierających Aufstehen jest długa, znajdują się na niej związkowcy, jak i członkowie SPD będący w opozycji do wielkiej koalicji. Pod koniec lata ruch osiągnął liczbę 150 tys. popierających go w sieci, był widoczny na licznych strajkach i protestach. To pokazuje potencjał radykalnej polityki i postulatów.
Problem w tym, że od tego momentu Aufstehen pozostało nieaktywne. Jego liderzy i liderki nie podjęli żadnych szerokich działań, możliwe, że ze względu na strach przed utratą kontroli nad ruchem. Niemniej niebawem ma dojść do akcji protestacyjnych z udziałem Aufstehen, zaczynają też powoli powstawać organizacje lokalne. W tym czasie Wagenknecht, która cieszy się rosnącą popularnością i stanowi twarz ruchu, zaczęła swój flirt z nacjonalizmem, postulatami zamkniętych granic, jak i nie wsparła wezwania na demonstrację antyrasistowską, która 13 października w Berlinie zgromadziła 250 tys. ludzi. Polityczka nawołuje do realizmu, dyskutowania i zajmowania się prawdziwymi problemami klasy pracującej. Wszystko to ma demoralizujący wpływ na doświadczone warstwy klasy pracującej, które wiedzą, jak ważna jest klasowa solidarność i jedność. Wagenknecht sądzi, że jest w stanie przejąć poparcie ludzi, dla których bliskie jest AfD. Jednak jak widzieliśmy na przykładzie działań rządu i jego antyimigranckich zarządzeń, takie dryfowanie w kierunku prawicowym tylko wzmacnia samą AfD, a nie osłabia.
Możliwe, że Aufstehen zainteresuje tych, którzy odwrócili się od SPD oraz osoby nieposiadające jeszcze tożsamości politycznej, a ich poparcie przemieni w silną politykę realnych działań antyestablishmentowych. To, co pokazał początek tego ruchu, to głęboka niezgoda na działania rządu i chęć walki o lepsze jutro. Pod wpływem klasowych sprzeczności jesteśmy świadkami początku końca dotychczasowej stabilności niemieckiej polityki, która została ufundowana na podstawach stworzonych po II wojnie światowej, a później zjednoczenia Niemiec. To, co do tej pory było trwałe i stabilne, okazuje się roztapiającą się powoli bryłą, a Niemcy wkraczają w okres kryzysu i walki klasowej.

 

Przed nami tylko kryzys

Dominujące grupy klasy rządzącej zmusiły SPD i CSU/CDU do sformowania rządu, mając na celu uniknięcie kryzysu i idącego za nim chaosu. Chciały stabilności i utrzymania roli Niemiec w Unii Europejskiej, rynku zbytu dla ich towarów, za wszelką cenę. Ale nic się nie zmieniło. Bycie w rządzie rozrywa oba ugrupowania od środka. Jest możliwość, że Merkel zrezygnuje z bycia kanclerzem jeszcze przed wyborami w 2021 roki oraz że rząd jeszcze raz zostanie sformowany przed nimi. Nie jest wykluczone, że CDU wybierze na lidera przeciwnika Merkel, albo SPD zrezygnuje pod presją dołów partyjnych z bycia członkinią wielkiej koalicji. Przed nami okres gospodarczych, społecznych i politycznych turbulencji, który może skutkować nieprzewidywalnymi zmianami.
Ale burżuazja nadal naciska na partie, by te zrobiły wszystko, by uniknąć kryzysu.
Chciwi posłowie i posłanki mogą stanowić siłę, która uniemożliwi przeprowadzenie przedterminowych wyborów, ponieważ wielu z nich nie zostanie w nich wybranymi na kolejną kadencję. Jeśli rząd przetrwa do kolejnych wyborów w 2021 roku, oznacza to upadek obu wielkich partii koalicyjnych, pozostawiając wielką burżuazję samą sobie z Zielonymi. Pewne jest, że brak stabilności i niepewność będzie głównymi cechami najbliższego okresu politycznego. Będzie mu towarzyszyło wiele innych czynników, takich jak Brexit i jego konsekwencje, kryzys bankowy we Włoszech, wojny handlowe i możliwy kryzys globalnej gospodarki. Wszystkie te czynniki tylko zaostrzą sprzeczności klasowe i pogłębią walkę polityczną w Niemczech oraz walkę klasową wymierzoną w wielki biznes. To, co dziś widzimy jest jedynie preludium do wybuchu wielkich walk klasowych, które wstrząsną Niemcami i światem w najbliższym czasie.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu marxist.com. Tłumaczył Wojciech Łobodziński.