Na szczycie Bundesligi bez zmian

Po rozegranej w miniony weekend 27. kolejce na szczycie tabeli Bundesligi nic się nie zmieniło. Bayern Monachium gromiąc u siebie 5:2 Eintracht Frankfurt utrzymał pozycję lidera i zachował czteropunktową przewagę nad Borussią Dortmund, która także zdobyła komplet punktów pokonując VfL Wolfsburg 2:0.

Piłkarze Bayernu Monachium przystępując do sobotniej potyczki z Eintrachtem Frankfurt mieli podwójną motywację. Znali już wynik rozegranego wcześniej meczu Borussii Dortmund z VfL Wolfsburg, zatem wiedzieli, że jeśli przed wtorkową wyprawą do Dortmundu chcą zachować bezpieczną przewagę czterech punktów, muszą także zdobyć komplet punktów. Drugim powodem ich wzmożonej motywacji była chęć rewanżu za poniesioną w rundzie jesiennej klęskę 1:5 we Frankfurcie. To po tej szokująco wysokiej porażce posadę trenera Bayernu stracił Niko Kovac, którego zastąpił jego asystent Hansi Flick. Dzisiaj nikt już na Allianz Arena nie pamięta o Kovacu, bo Flick z trenera tymczasowego szybko przeobraził się w szkoleniowca cenionego nie tylko przez piłkarzy, lecz także szefów klubu i dzisiaj ma już kontrakt do końca czerwca 2023 roku.
Przed meczem z Eintrachtem Flick uczulał swoich graczy, że muszą na boisku wzajemnie się motywować, aby utrzymać koncentrację i wolę walki, bo one będą kluczem do sukcesu w spotkaniach rozgrywanych przy pustych trybunach. Jak bardzo trafne były te jego sugestie, piłkarze Bayernu przekonali się boleśnie na początku drugiej połowy meczu. Na przerwę schodzili z prowadzeniem 2:0 po golach Leona Goretzki i Thomasa Muellera, ale też wściekłym Robertem Lewandowskim, którego w 35. minucie chamsko uderzył ręką w twarz austriacki stoper zespołu rywali Martin Hinteregger. „Lewy” do końca spotkania biegał po boisku z plastrem na zranionym policzku, ale niemal tuż po wznowieniu dał upust złości pakując piłkę głową pod poprzeczkę po dośrodkowaniu Kingsleya Komana. W tym momencie było już 3:0 i pewnie chyba nikt nie sądził, że coś złego może się bawarskiej jedenastce w tym meczu przydarzyć. Raczej oczekiwano jej kolejnych goli.
Ale w 53. minucie zdarzyło się coś niesamowitego. Zdwałoby się zdemolowana już i totalnie zdominowana drużyna Eintrachtu nieoczekiwanie zdobyła bramkę po rzucie rożnym, a szczęśliwym strzelcem okazał się wspomniany już Hinteregger. Austriak miał niebywałego farta, bo dwie minuty później ponownie pokonał Manuela Neuera i w ekipie Bayernu się zagotowało, bo przez kilka chwil dekoncentracji z bezpiecznego prowadzenia 3:0 zrobiło się tylko 3:2. Bawarczycy szybko jednak opanowali nerwy i znów ruszyli do ataku. Obrońcy Eintrachtu z Hintereggerem w roli głównej chyba za punkt honoru postawili sobie powstrzymanie Lewandowskiego, bo pilnowali go jak najcenniejszego skarbu. Skorzystał na tym 20-letni Kanadyjczyk Alphonso Davies, który w 61. minucie podwyższył na 4:2, a w 74. minucie Hinteregger tak bardzo chciał przeszkodzić „Lewemu” z strzeleniu gola, że sam go wyręczył i zaliczył samobója. Pomijając jego niesportowe zachowania, to ten piłkarz miał w sobotę swój wielki dzień na Allians Arenie. Jakby nie patrzeć, ustrzelił hat-tricka.
Lewandowski za swój występ otrzymał w niemieckich mediach wysokie noty. Napastnik Bayernu strzelił 27. gola w obecnym sezonie Bundesligi i 41. licząc wszystkie rozgrywki, potwierdził też niebywałą regularność także po restarcie rozgrywek, bo trafił do siatki w drugim spotkaniu z rzędu, a warto przypomnieć, że owe 27 goli strzelił w 25 występach. Kapitan reprezentacji Polski utrzymuje więc strzeleckie tempo, którego nie wytrzymują jego najgroźniejsi konkurenci. W miniony weekend zadyszki dostał kreowany już na następcę „Lewego” Erling Haaland. Norweski nastolatek zagrał cały mecz z Wolfsburgiem, ale mimo starań bramki nie zdobył. Dla nas równie ważna jest też wiadomość, że ponownie w roli kapitana poprowadził Borussię Łukasz Piszczek, który ponadto za swój występ zebrał świetne noty. W najbliższy wtorek „Piszczu” i „Lewy” zmierzą się w bezpośrednim starciu i będzie to być może wydarzenie nie mniej ekscytujące od strzeleckiego pojedynku Lewandowskiego z Haalandem.
Niemieckie media podkreślają, że trener Hansi Flick przemienił zespół Bayernu w piłkarską maszynę do wygrywania i strzelania goli. Kibice nie tylko w Polsce i w Niemczech z uwagą śledzą pogoń Lewandowskiego za legendarnym rekordem Gerda Muellera, który w sezonie 1971/1972 zdobył 40 bramek w Bundeslidze. Kapitan reprezentacji Polski ma jeszcze siedem meczów, żeby ten chyba jednak mało realny cel osiągnąć. Ale raczej na pewno przekroczy po raz trzeci w karierze granicę 30 trafień w sezonie i sięgnie po piątą koronę króla strzelców Bundesligi. Nie tylko „Lewy” ma jednak szansę przejść do historii niemieckiej ekstraklasy, ale też cały zespół Bayernu, który w tym sezonie strzelił już 80 ligowych bramek i jest na prostej drodze do wyrównania rekordu ustanowionego w sezonie 1971/72 także przez bawarską drużynę, która wówczas zdobyła 101 ligowych bramek. Aby wyrównać ten wynik w kolejnych siedmiu meczach powinni zdobywać przynajmniej trzy bramki na mecz. To wykonalne, bo mistrzowie Niemiec pod wodzą Flicka zdobywają średnio 3,22 bramki na mecz. W 23 spotkaniach rozegranych pod wodzą 55-letniego szkoleniowca monachijska jedenastka zdobyła już 74 bramki, a 21 z tych trafień było dziełem Lewandowskiego, który pod komendą Flicka zagrał 19 razy.
Skoro o polskich piłkarzach mowa, to warto odnotować, że w piątkowych derbach Berlina zagrało dwóch – Rafał Gikiewicz w bramce Unionu, zaś Krzysztof Piątek w ataku Herthy. Niestety, o ile Gikiewicz rozegrał cały mecz, to Piątek znów zaczął spotkanie w roli rezerwowego i na boisku pojawił się dopiero w 75. minucie, zmieniając 35-letniego Bośniaka Vedada Ibsevicia, który po restarcie rozgrywek imponuje formą. W starciu z Unionem znowu strzelił gola, a ponadto dorzucił jeszcze dwie asysty. Hertha wygrała to spotkanie 4:0 i pod wodzą nowego szkoleniowca, Bruno Labbadi, pozostaje póki co niepokonana. W dwóch meczach zdobyła komplet punktów, strzeliła siedem goli i nie straciła ani jednego. Tak udanego startu nie miał wcześniej żaden trener w historii Herthy (w poprzedniej kolejce ten berliński zespół pokonał na wyjeździe Hoffenheim 3:0).
Piątek znów gola nie strzelił i jest więcej niż pewne, że na razie będzie jedynie zmiennikiem Ibsevicia. Wygląda na to, że Labbadia nie przejmuje się faktem, że polski napastnik był najdroższym transferem w historii Herthy. Nie skreśla go ani nie odstawia na boczny tor, ale dopóki Piątek nie zacznie regularnie trafiać do siatki wchodząc tylko na zmiany, raczej nie dostanie miejsca w podstawowym składzie. Chyba że Ibsević zgubi formę, co na razie wydaje się mało prawdopodobne, patrząc z jakim animuszem porusza się po boisku.

Koronawirus po niemiecku

Berlin, Monachium, Stuttgart, Dortmund… tysiące osób zbierało się w miastach i miasteczkach Niemiec, by protestować przeciw przepisom kwarantannowym, które według nich „łamią konstytucję”. Rząd jest zaniepokojony rosnącym w siłę ruchem kontestacji, który przestał być już marginalny. Represjonowanie spontanicznych ludzkich zachowań przybiera na sile również w świecie sportu. Przekonali się o tym piłkarze Herthy Berlin, którzy celebrując radośnie strzelonego gola ściągnęli na siebie falę krytyki.

Zjawisko nasilania się protestów, które ogarnęło niemal cały kraj, zaskoczyło władze, bo w związku ze znaczącym cofaniem się epidemii rozpoczęły one proces znoszenia kolejnych restrykcji. Zaczęło się już piątek w Stralsundzie (na północnym wschodzie kraju), gdzie od 30 lat CDU – partia kanclerz Merkel wygrywa wybory. Prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) zorganizowała tam manifestację pod biurem poselskim Merkel: pojawił się tam jej kamień nagrobny przewiązany dużą maseczką. Według Bildu, zdenerwowana kanclerz zareagowała na to rytualnym oskarżeniem Rosjan o „szerzenie dezinformacji” i „podburzanie społeczeństwa”.
Skład polityczny tych protestów pozostaje dość różnorodny. We Frankfurcie nad Menem, gdzie uliczny przemarsz odbywał się również pod kolorami AfD, doszło do kontrmanifestacji pod hasłem „Precz z nazistami!”, w której brali też udział manifestanci lewicowi, wśród których, jak raportują media, byli – paradoksalnie – również przeciwnicy restrykcji, którzy nie chcą jednak, by protesty „zawłaszczyła prawica”. W Bremie, Norymberdze, Lipsku i Hamburgu było podobnie. W tym ostatnim mieście na czele kontrpochodu widniał transparent „To teorie spiskowe zagrażają waszemu zdrowiu!”.
Gdzie indziej manifestanci przeciwni restrykcjom wysuwali głównie hasła „w obronie demokracji”, zagrożonej „faszystowską dyktaturą” sanitarną, która jak się obawiają, miałaby trwać po epidemii. Byli wśród nich ludzie rzeczywiście zaniepokojeni rozmiarem ograniczenia praw obywatelskich, przeciwnicy noszenia maseczek z różnych opcji politycznych, wyznawcy „teorii spiskowych”, antyszczepionkowcy i ogólnie ludzie „zmęczeni” (jak deklarują) przesadną ich zdaniem reakcją rządu na epidemię. Na razie ten zróżnicowany ruch popiera nieco ponad jedna czwarta Niemców. Reszta popiera raczej kanclerz za sprawne zarządzanie w czasie epidemii, lecz według popularnych komentatorów lepiej, by rząd przyspieszył znoszenie restrykcji. Na dzisiaj przeciwnicy przepisów wyjątkowych zaplanowali kolejne manifestacje.
Jak wygląda gra w piłkę nożną – wie chyba każdy. Futbol to sport kontaktowy, podczas meczu przez 90 minut 22 facetów walczy o piłkę. Jeśli więc jeden z zawodników jest zarażony koronawirusem, sytuacji, w których może dość do transmisji wirusa jest podczas potyczki piłkarskiej mnóstwo.
W ten weekend rozgrywki wznowiła Bundesliga – najwyższa klasa rozgrywek piłkarskiej w Niemczech. Oczywiście, z pełnym reżimem sanitarnym – zawodnicy, szkoleniowcy, lekarze, masażyści i sędziowie są poddawani badaniom na obecność wirusa przed każdym meczem.
W 74. minucie wczorajszego spotkania pomiędzy berlińską Herthą a Hoffenheim miało miejsce zdarzenie jakie można uświadczyć na niemal każdym meczu piłki nożnej. Matheus Cunha strzelił trzecią bramkę dla gospodarzy, po czym świętował ten fakt z kolegami z zespołu. Jeden z nich – Vedad Ibisević wskoczył na plecy Brazylijczyka. W tym samym meczu kamery zarejestrowały również jak Dedryck Boyata w przypływie radości dał buziaka Marko Grujiciowi.
Na zawodników Herthy spadła zmasowana krytyka. Zarówno kibice, jak i przedstawiciele niemieckiej federacji oraz dziennikarze stwierdzili, że piłkarze dopuścili się rażącego naruszenia obowiązujących zasad bezpieczeństwa. Organizator rozgrywek rozważał również nałożenie na nich kary finansowej, a nawet dyskwalifikacji. Oficjele argumentowali, że piłkarze zostali zobowiązani do utrzymywania dystansu między sobą. Z tego powodu zaniechano tradycyjnego podawania sobie dłoni przez kapitanów drużyn przed rozpoczęciem meczów. Ostatecznie skończyło się jednak na upomnieniu.
Vedad Ibisević był zmuszony tłumaczyć się przed mediami.
– Nie jest w naszej naturze cieszyć się z bramek samemu. Ta sytuacja jest trudna, a jeszcze trudniejsza, gdy strzelasz gola i nie wiesz, co masz zrobić. Podbiegłem nawet do lekarza drużyny i zapytałem, czy bramka została zaliczona, skoro złamaliśmy przepisy. Emocje są tak duże i tak długo czekaliśmy na mecze, że to po prostu w nas eksplodowało – przyznał reprezentant Bośni i Hercegowiny. Bundesliga jest pierwszą europejską ligą piłkarską, która zdecydowała się wznowić rozgrywki. Mecze odbywają się bez publiczności.

Rosną oczekiwania wobec Lewego

Robert Lewandowski nie zmarnował czasu podczas przymusowej przerwy spowodowanej przez pandemię koronawirusa. W pierwszym meczu po restarcie Bundesligi, z Unionem Berlin, należał do najlepszych graczy Bayernu Monachium. Gola strzeliłz rzutu karnego, ale było to jego 26. trafienie w obecnych rozgrywkach niemieckiej ekstraklasy i zarazem 40. w obecnym sezonie licząc wszystkie rozgrywki. Granicę 40 bramek w sezonie osiągnął po raz piąty z rzędu, co stawia go w jednym rzędzie z największymi gigantami współczesnego futbolu – Leo Messim i Cristiano Ronaldo, bo tylko oni w XXI wieku w jednym sezonie także pięciokrotnie z rzędu przekraczali barierę 40 trafień.

To wcale nie musi być ostatnia bariera w strzeleckich dokonaniach, jaką Lewandowski w tym sezonie przekroczy. Występ w niedzielnym spotkaniu 26. kolejki Bundesligi z Unionem Berlin był 24. ligowym meczem „Lewego” w obecnych rozgrywkach, o oznacza, że strzelił dotąd więcej goli niż rozegrał meczów. Przed nim jeszcze osiem spotkań w Bundeslidze, więc jeśli utrzyma regularność, powinien po raz trzeci w karierze osiągnąć granicę 30. trafień w niemieckiej ekstraklasie w jednym sezonie.
Ale już 26 goli strzelonych w 24 ligowych występach jest wyczynem godnym podziwu. Dość powiedzieć, że aż w 36 z 57 wcześniejszych sezonów Bundesligi tyle trafień wystarczyło do zgarnięcia tytułu króla strzelców. Sam Lewandowski strzelił więcej goli w rozgrywkach 2015/2016 (30), 2016/2017 (30) i 2017/2018 (29).
Rekord Muellera poza zasięgiem
Do wyrównania legendarnego już strzeleckiego rekordu Gerda Muellera, który w jednym sezonie zdobył 40 bramek, brakuje kapitanowi reprezentacji Polski jeszcze 14 goli. W Niemczech chyba większe emocje towarzyszą właśnie temu zagrożeniu, jakie stanowi polski napastnik dla owianego sławą wyczynu ikony niemieckiego futbolu sprzed blisko pół wieku (sezon 1971/1972). Tak na marginesie – Mueller dwa sezony wcześniej zdobył tytuł króla strzelców z dorobkiem 38 trafień, w sezonie 1972/1973 strzelił 36 goli, a jeszcze dwukrotnie kończył rozgrywki z 30. trafieniami na koncie. Najbardziej jednak na wyobraźnię działa owe 40 bramek, bo to osiągnięcie w dzisiejszych czasach zdawało się nie do pobicia.
I nadal jego pobicie wydaje się nieosiągalne nawet dla Lewandowskiego, bo musieliby mu w tym pomóc wszyscy gracze Bayernu, a na to „Lewy” chyba nie ma raczej co liczyć. Chociaż odkąd zrezygnował z marzeń o Realu Madryt i całe serce oddał bawarskiemu klubowi, jego pozycja w zespole umocniła się, a relacje z kolegami znacznie ociepliły, to chyba nie na tyle, żeby wszyscy nagle zaczęli go traktować jak gracze Barcelony traktują Messiego, a gracze Juventusu (wcześniej Realu Madryt) Cristiano Ronaldo. Lewandowski nie dostanie raczej w Bayernie takich specjalnych praw, ani też nie statusu największej gwiazdy zespołu, nawet jeśli dla kibiców i mediów już jest taką wyjątkową postacią jak Argentyńczyk i Portugalczyk.
W szatni Bayernu wciąż jednak więcej znaczą od niego Thomas Mueller, Manuel Neuer, Joshua Kimmisch czy Leon Goretzka. I na boisku też to będzie widoczne – nie będą szukać „Lewego”, nie będą mu zagrywać piłki za każdym razem, bo w Bayernie każdy piłkarz czuje się gwiazdą.
Dlatego nie ma co się nastawiać, że kapitan reprezentacji Polski w kolejnych meczach znowu zacznie strzelać po dwa czy trzy gole, a tylko w ten sposób byłby w stanie wyrównać lub pobić rekord Gerda Muellera.
Dobrze, że chociaż Lewandowski wciąż w drużynie Bayernu jest numerem 1 na liście egzekutorów rzutów karnych. Ten właśnie przywilej pozwolił mu zaliczyć trafienie w spotkaniu z Unionem Berlin. Przy okazji warto podkreślić, że „Lewy” jest w tej chwili chyba najlepszym, a na pewno najpewniejszym wykonawcą „jedenastek” na świecie.
Mistrz rzutów karnych
Rzut karny w meczu z Unionem, w bramce którego stał Polak, Rafał Gikiewicz, był 42. egzekwowanym przez Lewandowskiego w barwach Bayernu. Nie wykorzystał z nich tylko dwóch – w marcu 2018 roku przeniósł piłkę nad poprzeczką w meczu z Hamburgerem SV, a w styczniu 2019 roku trafił w słupek w spotkaniu z VfB Stuttgart. Czterdzieści pozostałych „jedenastek” zamienił na bramki, co jest wyczynem naprawdę wymykającym się nawet z reguł rachunku prawdopodobieństwa. Co ciekawe, doprowadził też do mistrzostwa swoją oryginalna technikę mylenia bramkarzy przed strzałem. Tylko w sześciu przypadkach na 42 golkiperzy potrafili odczytać jego zamiary i rzucali się we właściwy róg. Ostatnim, który trafnie wybrał, był Gikiewicz, ale i tak nie zdołał zapobiec nieszczęściu.
Lewandowski nie może rzecz jasna liczyć, że w każdym spotkaniu sędziowie będą dyktować „jedenastki” dla Bayernu. Jeśli chce po raz piąty w karierze zdobyć tytuł króla strzelców Bundesligi, musi też zdobywać bramki z gry. Jeśli nie dostanie wsparcia od kolegów, będzie miał z tym problem w każdym z ośmiu pozostałych do rozegrania spotkań. A to może zrodzić poważne problemy, z czego doskonale zdaje sobie sprawę trener monachijskiego zespołu Hansi Flick. On po meczu z Unionem przyznał, że osobiście uważa, iż Lewandowski jest w stanie pobić rekord Gerda Muellera. „To nie będzie łatwe, ale Robert ma odpowiednią jakość. Jeśli ktoś może tego dokonać, to właśnie on” – stwierdził w wypowiedzi dla portalu Goal.com.
Atak norweskiego nastolatka
Utrzymanie przez „Lewego” strzeleckiej formy będzie jak zawsze w ostatnich sezonach kluczowym czynnikiem w walce o mistrzostwo Niemiec, która póki co nie została jeszcze rozstrzygnięta. W 26. kolejce swój mecz wygrała także Burussia Dortmund, chyba najgroźniejszy obecnie przeciwnik bawarskiego potentata w wyścigu po tytuł, która ma cztery punkty straty. A we wtorek 26 maja ekipa BVB gościć będzie Bayern w 28. kolejce ligowej. Co prawda wcześniej, w weekend, w ramach 27. kolejki bawarska jedenastka zagra u siebie z Eintrachtem Frankfurt, zaś ekipa z Dortmundu na wyjeździe z VfL Wolfsburg, więc ta różnica punktowa może się zmienić, niemniej jednak dopiero bezpośrednie starcie zespołów Lewandowskiego i Łukasza Piszczka da odpowiedź na pytanie, który z nich ma obecnie większą moc.
Ale można już teraz zakładać, że nie tylko w Niemczech, w Polsce i w Norwegii kibice będą jednak bardziej ekscytować się wielkim pojedynkiem Lewandowskiego z Erlingiem Haalandem. Norweski nastolatek przebojem wszedł na salony Bundesligi i zdobywa bramki z taką samą regularnością, jak polski snajper Bayernu. Czy stary mistrz wyjdzie z konfrontacji z pretendentem, przekonamy się już za niespełna tydzień.

Piszczek jako kapitan

Po ponad dwóch miesiącach przerwy spowodowanej przez pandemię koronawirusa, niemiecka Bundesliga jako pierwsza z najsilniejszych lig europejskich wznowiła rozgrywki. Bez kibiców na trybunach i przy zachowaniu reżimu sanitarnego, ale wszyscy i tak są zadowoleni, bo już pierwsze mecze pokazały, że rywalizacja będzie emocjonująca.

W sobotnich spotkaniach na boisku pojawiło się dwóch polskich piłkarzy, Łukasz Piszczek w barwach Borussii Dortmund i Krzysztof Piątek w Herthcie Berlin, lecz tylko pierwszy z nich mógł w pełni cieszyć się z powrotu na boisko. Piszczek zagrał w podstawowym składzie i na dodatek jeszcze w roli kapitana drużyny, co świadczy o jego znaczącej roli w zespole i chyba też zapowiada, że ten klub zamierza przedłużyć z naszym piłkarzem wygasający po tym sezonie kontrakt. Ścigająca prowadzący w tabeli Bayern Monachium Borussia w 26. kolejce podejmowała na swoim stadionie zajmującą miejsce w środku ligowej stawki ekipę Schalke Gelsenkirchen. Trener dortmundczyków Lucien Favre nie wystawił w wyjściowej jedenastce narzekającego na drobne problemy zdrowotne Jadona Sancho, posadził też na ławce z powodu niedyspozycji Giovaniego Reynę, którego w ostatniej chwili zastąpił Thorgan Hazard, a za którego z kolei w 79. minucie spotkania wszedł wspomniany Sancho.
W tym spotkaniu padła pierwsza bramka w 1. Bundeslidze po wznowieniu rozgrywek. Zdobył ją nie kto inny, jak niesamowity norweski nastolatek Erling Haaland, który w 29. minucie wykończył akcję ofensywną rozpoczętą przez Piszczka. Dla Haalanda było to juz 10 trafienie w obecnym sezonie Bundesligi, ale warto przypomnieć, że 19-letni napastnik dołączył do ekipy BVB dopiero w styczniu tego roku i swój strzelecki dorobek uzyskał w zaledwie dziewięciu ligowych występach.
Zdobyte prowadzenie nakręciło jeszcze bardziej graczy Borussii Dortmund i do otwartego przez Haalanda worka z bramkami trzy kolejne dorzucili Raphael Guerreiro (dwa) i Hazard. Punkty zdobyte w wygranym 4:0 spotkaniu pozwoliły ekipie trenera Favre utrzymać pozycję wicelidera tabeli i zmniejszyć do jednego „oczka” dystans punktowy do prowadzącego Bayernu Monachium, ale z radością musieli poczekać do niedzielnego popołudnia, aż Robert Lewandowski i spółka zakończą wyjazdową potyczkę z Unionem Berlin (zakończyła się po zamknięciu wydania).
W Niemczech przed wznowieniem rywalizacji dużo dyskutowano o tym, czy kapitan reprezentacji Polski w tym sezonie po raz piąty w karierze wywalczy tytuł króla strzelców Bundesligi. Wielu ekspertów twierdziło, że może mu w tym przeszkodzić Timo Werner, który przed przerwą w rozgrywkach miał do „Lewego” cztery trafienia straty (mieli w dorobku odpowiednio 25 i 21 goli). Napastnik RB Lipsk w spotkaniu z Freiburgiem (1:1) zaliczył jednak „pusty przebieg” i mógł jedynie liczyć, że Polak także w niedzielnym meczu z Unionem nie powiększy tej przewagi.
Stratę dwóch punktów przez zespół z Lipska wykorzystała bezlitośnie czająca się za jego plecami Borussia Moenchengladbach, która na wyjeździe ograła 3:1 Eintracht Frankfurt i dzięki temu awansowała w tabeli na trzecią pozycję, spychając z ostatniego miejsca na podium właśnie ekipę sponsorowaną przez Red Bulla.
Nieciekawie rozgrywki po restarcie zaczął natomiast inny z graczy reprezentacji Polski, Krzysztof Piątek, który dość niespodziewanie sobotni wyjazdowy mecz Herthy Berlin z Hoffenheim (3:0) rozpoczął na ławce rezerwowych. Nowy trener berlińskiego zespołu, Bruno Labbadia, w roli środkowego napastnika obsadził doświadczonego, 35-letniego Bośniaka Vedada Ibisevicia, który po raz ostatni w wyjściowym składzie Herthy zaczął mecz w grudniu ubiegłego roku. To nie była jedyna kadrowa roszada dokonana przez Labbadię, bo w porównaniu do składu zespołu z ostatniego ligowego spotkania przed zawieszeniem rozgrywek dokonał aż siedmiu zmian. Polski piłkarz był ewidentnie zaskoczony odesłaniem na ławkę, czemu dał wyraz w pomeczowych wypowiedziach, ale zbyt wielu argumentów na swoją obronę nie miał, bo Ibisević zaliczył udany występ i strzelił jedną z trzech bramek. W 79. minucie zmienił go co prawda Piątek, lecz nic szczególnego nie pokazał i wygląda na to, że póki co będzie jedynie zmiennikiem bośniackiego weterana, którego Labbadia dobrze zna jeszcze z czasów, gdy był jego trenerem w VfB Stuttgart (2011-2013).

Lewandowski gotów do gry

Bundesliga będzie drugą ligą w Europie, która wznowi rozgrywki. Wcześniej restart przeprowadzono na Wyspach Owczych, ale z piątki najsilniejszych lig europejskich pierwsi zaczną Niemcy. Spotkania rozgrywane będą rzecz jasna bez udziału publiczności przy zachowaniu rygorystycznych przepisów sanitarnych i z udziałem limitowanych składów poszczególnych ekip.

W sobotę 16 maja rozegranych zostanie sześć spotkań 26. kolejki. Tego dnia zobaczymy w akcji trzy zespoły mające w swoich kadrach polskich piłkarzy. Fortuna Duesseldorf (Dawid Kownacki) zmierzy się z SC Paderborn 07, Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek) zagra z Schalke 04 Gelsenkirchen, zaś Hertha Berlin (Krzysztof Piątek) z TSG Hoffenheim. W niedzielę natomiast po dwóch stronach barykady stanie snajper Bayernu Monachium Robert Lewandowski oraz bramkarz Unionu Berlin Rafał Gikiewicz. Z wymienionych Polaków raczej na pewno na boisku nie pojawi się Kownacki, który co prawda wyleczył już kontuzję kolana, której nabawił się na początku lutego, lecz chociaż podjął już treningi z zespołem, to na razie nie jest jeszcze gotowy do gry. Ale jego klub ponownie zgłosił go do rozgrywek, zaś trener Uwe Roseler przyznał, że bardzo liczy na polskiego napastnika w ostatnich meczach tego sezonu.
Piszczek powinien pojawić się w podstawowym składzie, bo władze Borussii Dortmund finalizują z nim negocjacje o przedłużeniu kontraktu o rok, więc trener Lucian Favre nie musi na siłę wstawiać na prawą flankę obrony innego gracza, bo każdy jakich ma do dyspozycji, jest dużo gorszy od 66-krotnego reprezentanta Polski.
Wielką niewiadomą jest natomiast aktualna sytuacja Krzysztofa Piątka w Herthcie Berlin. Nasz piłkarz przeszedł do tego klubu w AC Milan zimą tego roku, a obecny trener berlińskiej drużyny, Bruno Labbadia, jest już trzecim szkoleniowcem z jakim przyszło mu pracować (przed nim byli Juergen Klinsmann i Alexander Nouri). Hertha nie jest jeszcze pewna utrzymania w lidze, chociaż ma sześć punktów przewagi nad zajmującą pierwsze spadkowe miejsce Fortuną Duesseldorf. Dlatego presja na Piątka, żeby znów zaczął seryjnie strzelać gole, nie osłabnie. Labbadia to były napastnik, mający na koncie 328 występów w 1.Bundeslidze i 103 strzelone gole, więc nasz piłkarz może tylko na współpracy z nim skorzystać.
W spotkaniu Unionu z Bayernem na pewno zobaczymy Roberta Lewandowskiego, natomiast nie jest pewny, że w bramce berlińczyków stanie Rafał Gikiewicz. Nasz golkiper ogłosił bowiem w trakcie przerwy w rozgrywkach, że nie przedłuży wygasającego po tym sezonie kontraktu z Unionem i natychmiast w tym klubie zjechał „z bohatera do zera”. Niewykluczone, że przyjdzie mu do końca rozgrywek grzać karnie ławę, chociaż przed zawieszeniem rozgrywek zaliczano go do najlepszych bramkarzy niemieckiej ekstraklasy, ale czy tak będzie, przekonamy się już w niedzielę.
Zespół Unionu czeka piekielnie trudne wyzwanie, bo Bayern wykorzystał przerwę na załatwienie najpilniejszych spraw personalnych. Podpisał trzyletni kontrakt z trenerem Hansim Flickiem, przedłużył też umowy z Thomasem Muellerem (do czerwca 2023) i Alphonso Daviesem (do czerwca 2025).
Najlepszą wiadomością dla fanów mistrza Niemiec jest jednak powrót Lewandowskiego do zespołu po kontuzji kolana. Kapitan reprezentacji Polski skorzystał na przymusowej przerwie w rozgrywkach i w jej trakcie porządnie wyleczył uraz, odpoczął, a także doczekał się narodzin drugiej córki. Spadły mu więc z głowy najpoważniejsze troski i teraz może już skoncentrować się na futbolu. W medialnych wypowiedziach przed restartem rozgrywek stwierdził: „Czuję się przygotowany lepiej, niż kiedykolwiek, bo jeszcze mocniej mogłem popracować nad swoją sprawnością. Kluczowe to zwracanie uwagi na detale – zdrowe jedzenie, dbanie o swoje ciało w domu i przywiązanie do treningów i meczów”. Przypomnijmy, że „Lewy” z dorobkiem 25 goli jest liderem klasyfikacji strzelców, ale jego najgroźniejszy konkurent do korony, Timo Werner z RB Lipsk, ma tylko o cztery trafienia mniej. Ich rywalizacja zapowiada się emocjonująco, chociaż wiele wskazuje, że w tym sezonie będzie miała tylko lokalne znaczenie, bo wyścig o „Złotego Buta” prawdopodobnie zostanie anulowany.
Zestaw par 26. kolejki:
Sobota: Fortuna Duesseldorf – SC Paderborn, godz. 15:30; Borussia Dortmund – Schalke Gelsenkirchen, godz. 15:30; RB Lipsk – SC Freiburg, godz. 15:30; Hoffenheim – Hertha Berlin, godz. 15:30; FC Augsburg – VfL Wolfsburg, godz. 15:30; Eintracht Frankfurt – Borussia M’gladbach, godz. 18:30. Niedziela: FC Koeln – FC Mainz, godz. 15:30; Union Berlin – Bayern Monachium, godz. 18:30. Poniedziałek: Werder Brema – Bayer 04 Leverkusen, godz. 20:30.

Bundesliga chce limitować zarobki

W Niemczech rozpoczęły się rozmowy nad ustanowieniem nowych regulacji finansowych w zawodowym futbolu. Zasadniczym punktem proponowanych zmian jest ustalenie górnego pułapu zarobków piłkarzy. Szanse na przeforsowanie tego pomysłu nie są wielkie, ale sam fakt, że się o tym rozmawia, może zapowiadać nowe prądy w Bundeslidze.

Na razie o nowych zasadach finansowych dyskutuje się w gremiach decyzyjnych Deutsche Fussbal Liga (DFL), czyli organu nadzorującego rozgrywki Bundesligi i jej bezpośredniego zaplecza. W projektach zmian zakłada się ustalenie limitu płac zawodników, górne pułapy prowizji dla agentów, a także wielkość kwot wpisywanych do kontraktów w tzw. klauzulach wykupu. „Osobiście jestem za tym, żeby przynajmniej spróbować ustalić górny próg zarobków. Nie wiem, czy to się uda, ale rozmowy w tej kwestii są prowadzone i moim zdaniem, są one konstruktywne i dobrze rokujące na przyszłość” – stwierdził szef DFL, Christian Seifert.
Oponenci uważają jednak, że takie działania będą miały sens i przyniosą lidze korzyści tylko wówczas, jeśli zostaną wprowadzone nie tylko w Niemczech, ale w całej Europie, a najlepiej na całym świecie. Inaczej w krótkim czasie z Bundesligi odejdą wszyscy najlepsi, a co za tym idzie, także najlepiej opłacani gracze, co znacznie obniży poziom rozgrywek oraz ich atrakcyjność.
Obecnie najlepsi zawodnicy, wśród których jest Robert Lewandowski, zarabiają na poziomie 15-20 mln euro, ale prawie wszyscy krezusi z tej półki występują w Bayernie Monachium (tyle, co kapitan reprezentacji Polski w bawarskim klubie zarabiają też m.in. Thomas Mueller i Manuel Neuer). Generalnie niemieckie kluby nie przepłacają swoich gwiazdorów i pod tym względem Bundesliga jest od dłuższego czasu mniej atrakcyjna od innych lig z europejskiej „wielkiej piątki”, zwłaszcza hiszpańskiej i angielskiej.
Zarys projektu limitowania zarobków został już jednak przesłany do UEFA, a prezydent europejskiej federacji Aleksander Ceferin zapowiedział, że weźmie czynny udział w dyskusji nad proponowanymi przez DFL zmianami. Finansowa zapaść, w jaką europejski futbol coraz bardziej popada w związku z pandemią koronawirusa, sprzyja wprowadzeniu radykalnych zmian w systemie wynagradzania piłkarzy. Bundesliga na przykład już wyliczyła, że kończąc rozgrywki w tym sezonie bez udziału publiczności, kluby pierwszej i drugiej ligi stracą w sumie blisko 100 mln euro. A przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć jak długo jeszcze ten zakaz będzie obowiązywał, skoro mówi się, że na jesieni pandemia może wrócić ze zdwojoną siłą. Jeśli do tego dojdzie, jej skutki odczują nie tylko kluby niemieckie, lecz także w pozostałych ligach europejskich. I to może skłonić szefów nawet takich potentatów, jak Barcelona, Real Madryt, Paris Saint-Germain, Juventus Turyn, Manchester City czy FC Liverpool, do przyzwolenia na program oszczędnościowy.

Klose potrenuje Lewego

Kadra Bayernu Monachium szykuje się do restartu rozgrywek 1. Bundesligi, ale wydarzeniem minionego weekendu w ekipie mistrzów Niemiec była wiadomość, że od lipca asystentem trenera Hansiego Flicka będzie 41-letni Miroslav Klose, najskuteczniejszy napastnik w historii reprezentacji Niemiec.

Urodzony w Opolu Miroslav Klose w 1987 roku jako dziewięcioletni chłopak wyemigrował z całą rodziną do Niemiec, gdzie został jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii reprezentacji tego kraju. Zadebiutował w niej 24 marca 2001 roku w meczu z Albanią i od razu strzelił swoją pierwszą bramkę. W sumie do 2014 roku rozegrał w niemieckich barwach aż 137 meczów i zdobył w nich 71 goli, co czyni go najskuteczniejszym strzelcem w historii piłkarskiej reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów. Przed nim przez kilka dziesięcioleci rekordzistą z dorobkiem 68 trafień był legendarny Gerd Mueller.
Imponująca jest też lista jego osiągnięć z niemiecką drużyną. W 2002 roku na mundialu w Korei i Japonii zdobył z nią wicemistrzostwo świata, a sam zdobywając w tym turnieju 5 bramek został wicekrólem strzelców. Cztery lata później w mistrzostwach świata rozegranych w Niemczech wywalczył z ekipa gospodarzy brązowy medal, ale z pięcioma bramkami na koncie został królem strzelców turnieju. Ponownie brązowy medal reprezentacja Niemiec zdobyła w 2010 roku w Republice Południowej Afryki, a Klose powiększył swój łączny bramkowy dorobek w światowych czempionatach o kolejne cztery trafienia. W 2012 roku znalazł się w kadrze na rozgrywany w Polsce i na Ukrainie mistrzostwa Europy (Niemcy zdobyli w tym turnieju trzecie miejsce, a cztery lata wcześniej, na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii wywalczyli wicemistrzostwo). 7 września 2013 roku w wygranym 3:0 spotkaniu z Austrią w eliminacjach MŚ 2014 Klose strzelił gola i było to jego 68 trafienie w barwach niemieckiej reprezentacji, co oznaczało, że wyrównał rekord Gerda Muellera. 21 czerwca 2014 na mundialu w Brazylii w meczu Niemcy – Ghana zaliczył 15 bramkę i wyrównał rekord strzelonych goli w finałach mistrzostw świata należący do Brazylijczyka Ronaldo, ale już 8 lipca w słynnym spotkaniu Brazylia – Niemcy (1:7) zdobył jedną z bramek bramkę i z 16. trafieniami do dzisiaj jest samodzielnym rekordzistą w liczbie goli strzelonych w turniejach o mistrzostwo globu. Po rozegranym 13 lipca 2014 roku meczu finałowy z Argentyną, wygrany przez Niemców po dogrywce 1:0, mógł w wieku 36 lat świętować w końcu mistrzowski tytuł. Po tym spotkaniu zakończył reprezentacyjna karierę z imponującym dorobkiem 137 występów – lepszy od niego jest tylko Lothar Matthaeus, który rozegrał 150 meczów. W liczbie strzelonych goli jest jednak rekordzistą.
W swojej piłkarskiej biografii Klose ma też bogaty w sukcesy kilkuletni okres występów w Bayernie Monachium. Trafił do tego klubu z Werderu Brema latem 2007 roku jako król strzelców Bundesligi z sezonu 2005/2006 i piłkarz roku 2006 w Niemczech. W klubie z Bremy rozegrał łącznie 131 meczów, strzelił w nich 63 gole i zanotował 47 asyst. Ale dopiero w Bayernie mógł święcić największe klubowe sukcesy w swojej karierze – dwukrotnie zdobywał z bawarska drużyną mistrzostwo Niemiec i Puchar Niemiec, a po razie Superpuchar Niemiec i Puchar Ligi, zaś w sezonie 2009/2010 doszedł do finału Ligi Mistrzów, w którym Bayern przegrał z Interem Mediolan. W barwach monachijskiego klubu Klose we wszystkich rozgrywkach rozegrał 150 meczów, w których strzelił 53 gole i zaliczył 28 asyst.
W 2011 roku odszedł z Bayernu i podpisał kontrakt z Lazio Rzym. W barwach włoskiego klubu występował już do końca piłkarskiej kariery, którą zakończył oficjalnie 1 listopada 2016 roku. W Lazio rozegrał łącznie 171 meczów, w których strzelił 64 bramki i zaliczył 35 asyst.
Gdy tylko zawiesił buty na kołku, selekcjoner niemieckiej reprezentacji Joachim Loew natychmiast zaproponował mu posadę swojego asystenta, obok już współpracującego z nim w tej roli Hansiego Flicka. Obecny trener Bayernu Monachium nie miał nic przeciwko temu, bo Klose już wcześniej, u schyłku swojej reprezentacyjnej kariery, miał w kadrze Niemiec specjalny status i często uczestniczył w taktycznych naradach z Loewem i Flickiem. Ponoć potrafił zaskoczyć swoich szefów błyskotliwymi spostrzeżeniami i sugestiami.
Klose jeszcze jako aktywny zawodnik nie ukrywał, że zamierza zostać trenerem. Realizacji marzeń nie odkładał na później. Dlatego bez wahania przyjął ofertę Loewa, a w 2018 roku po ukończeniu odpowiednich kursów podjął pierwszą samodzielną pracę – poprowadził juniorską drużynę Bayernu U-17 i zaczął z nią osiągać bardzo obiecujące wyniki. Gdy Hansi Flick na poczaąku listopada ubiegłego roku przejął po Niko Kovacu pierwszy zespół bawarskiego potentata, a w następnych miesiącach umocnił swoją pozycje na tyle, że władze klubu podpisały z nim trzyletni kontrakt, od razu zaczął zabiegać o włączenie Klosego do swojego sztabu szkoleniowego. „Z Hansim znamy się dobrze z pracy w sztabie reprezentacji, więc ufamy sobie zawodowo i prywatnie. To dla mnie kolejny krok w mojej trenerskiej karierze. Chciałbym pomóc Bayernowi osiągnąć wytyczone cele dzieląc się w swojej pracy doświadczeniem jakie zebrałem przez lata na boisku” – podkreślił z kolei Klose.
Niemieckie media natychmiast zaczęły spekulować jak Klose ułoży sobie współpracę z Robertem Lewandowskim. Raczej nikt nie przewiduje komplikacji, nie tylko dlatego, że obaj są Polakami. Klose do tej pory w publicznych wypowiedziach oceniał „Lewego” bardzo dobrze, nawet potrafił przyznać, że pod względem piłkarskich umiejętności reprezentant Polski znacznie go przewyższa. „On jest wyjątkowy, łączy w swojej grze po trochu wszystko, co powinien mieć klasowy napastnik. Naprawdę trudno znaleźć u niego jakąś słabszą stronę” – komplementował Lewandowskiego w jednym z wywiadów. Czy będzie w stanie jeszcze ulepszyć maszynę do strzelania goli, jaką jest kapitan reprezentacji Polski? Będzie to trudne, bo Lewandowski to w tej chwili już w pełni ukształtowanym piłkarz, uważany za najlepszego na świecie na swojej pozycji, a niedocenianego poza Niemcami tylko dlatego, że Bayern w ostatnich latach nie odnosił sukcesów w europejskich pucharach, a reprezentacja Polski poziomem znacznie odstaje od europejskiej i światowej czołówki. Z pewnością jednak Klose będzie w stanie jakieś niuanse poprawić – może grę głową, może umiejętność wychodzenia na pozycję, a może dostrzeże coś, z czego nawet „Lewy” nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Przekonamy się o tym jeszcze w tym roku, bo Klose ma zacząć pracę w sztabie pierwszego zespołu od 1 lipca.

Będą grać po obu stronach Odry

Rozpoczęte w poniedziałek wielkie testowanie na obecność koronawirusa w klubach naszej ekstraklasy przeciągnęło się do czwartku. Tego dnia komisja medyczna PZPN wydała zgodę Koronie Kielce na wznowienie treningów. Pozostałe zespoły uzyskały zezwolenie w środę. Na razie zatem nie ma przeszkód, żeby restart rozgrywek nastąpił 29 maja. Po drugiej stronie Odry, w niemieckiej Bundeslidze, ligowe granie zacznie już 16 maja.

Wyniki przeprowadzonych w poniedziałek testów trzymano w tajemnicy, co jednak nie zapobiegło panikarskim spekulacjom w mediach. Atmosferę niepewności podsycały kolejne decyzje. Komisja medyczna PZPN bez podania powodów we wtorek cofnęła wszystkim klubom pozwolenie na wznowienie treningów. Prezes PZPN uzasadnił to krótko: „Gdyby wszystko było OK, to kluby mogłyby, zgodnie z rozporządzeniem, trenować. Chuchając na zimne i dbając o zdrowie wszystkich osób zgłoszonych przez kluby, musimy zrobić dodatkowe badania” – napisał na Twitterze Zbigniew Boniek. W mediach pojawiły się plotki, że zarażonych może być nawet kilkudziesięciu zawodnikach i pracownikach klubów. Na szczęście okazało się, że potwierdzonych zakażeń nie stwierdzono, a przeprowadzone testy wykazały co najwyżej obecności przeciwciał, których obecność może być spowodowana bezobjawowym zetknięciem z Covid-19.
W środę rano w wydanym komunikacie komisja medyczna PZPN poinformowała, że sześć zespołów przeszło pomyślnie badanie na obecność na obecność przeciwciał anty-SARS-CoV-2. Zezwolenie na rozpoczęcie treningów jako pierwsze otrzymały ekipy Piasta Gliwice, Śląska Wrocław, Rakowa Częstochowa, Górnika Zabrze, Zagłębia Lubin i Pogoni Szczecin. Po południu dołączyły do nich Cracovia, Jagiellonia Białystok, Lech Poznań i Wisła Kraków, a do końca dnia wymagana zgodę otrzymały jeszcze Legia Warszawa, Wisła Płock, Arka Gdynia, ŁKS Łódź i późnym wieczorem Lechia Gdańsk. Ze znakiem zapytania pozostała zatem jedynie Korona Kielce, lecz ostatecznie także w tym klubie wyniki nie wykazały obecności zarażonych koronawirusem i w czwartek rano kielczanie także dostali zgodę na podjęcie treningów. Tym samym piłkarze ekstraklasy dopiero od czwartku mogli w komplecie przystąpić do zajęć. Do końca tego tygodnia zgodnie z rządowym rozporządzeniem mogą ćwiczyć maksymalnie w 14-osobowych grupach (jeden trener plus 13 zawodników), potem będzie już można trenować w grupach 25-osobowych.
W trakcie tych kilku dni nerwowego oczekiwania zespoły mające już zgodę nie czekały na maruderów, tylko brały się z miejsca do pracy. „Nie będzie żadnej umowy solidarnościowej, bo nie wszyscy tak do końca byli solidarni w przestrzeganiu wcześniejszych zaleceń. Są podejrzenia, że dwie drużyny mocno się wyłamały. Ale to nie nasza sprawa, żeby to osądzać” – przyznał właściciel Rakowa Częstochowa Michał Świerczewski. W jego klubie był w testach przesiewowych jeden niepokojący wynik, u osoby z grupy technicznej. Wśród zgłoszonych przez każdy klub na listach izolacyjnych 50 osób, właśnie pracownicy zaplecza byli najbardziej narażeni na kontakt z wirusem, bo mieli więcej obowiązków w ostatnich dwóch tygodniach i nie zawsze mogli przestrzegać, jak piłkarze i trenerzy, pełnej izolacji.
Z nieoficjalnych źródeł dochodziły wieści, że po poniedziałkowych testach skierowano na dodatkowe badania nawet po kilkanaście osób z każdego klubu. Jeśli to prawda, to może oznaczać tylko to, że trochę zlekceważono zalecenia. Na razie jednak nic nie zapowiada, żeby restart rozgrywek miał nie nastąpić w ustalonym terminie.
Po drugiej stronie Odry też było nerwowo. Pod koniec kwietnia władze Bundesligi datę wznowienia ligi wyznaczyły na 8-9 maja, lecz te plany zniweczyła podjęta przez rząd kanclerz Angeli Merkel decyzja o przesunięciu terminu co najmniej o tydzień. Zbiegnie się w czasie z wdrożeniem większego pakietu luzowania ograniczeń – z otwarciem wszystkich sklepów i zgodą na uprawianie sportu na świeżym powietrzu.
Po 25 kolejkach ligi niemieckiej liderem jest Bayern Monachium, który ma 55 punktów. Druga w tabeli jest Borussia Dortmund (51 pkt), a trzecie miejsce zajmuje RB Lipsk (50 pkt). Ostatnie trzy miejsca zajmują kolejno: Fortuna (22 pkt), Werder (18 pkt) i Paderborn (16 pkt). Najlepszym strzelcem rozgrywek jest Robert Lewandowski, który w środę ogłosił narodziny drugiego dziecka. Na pewien czas będzie musiał jednak opuścić rodzinę, bo władze Bayernu skoszarowały piłkarzy w hotelu aż do czasu rozpoczęcia rozgrywek. „Lewy” ma na koncie 25 goli i o cztery trafienia wyprzedza drugiego w zestawieniu Timo Wernera z RB Lipsk.

Cała liga na testach

W poniedziałek wszyscy piłkarze naszej piłkarskiej ekstraklasy poddali się testom na obecność koronawirusa. Zgodnie z opublikowanym 2 maja rozporządzeniem rządu w przypadku negatywnych wyników zespoły mogły już od wtorku rozpocząć treningi w grupach liczących 14 zawodników, ale tego dnia rano władze Ekstraklasy SA wydały jednak zakaz rozpoczęcia zajęć do środy.

Kluby PKO Ekstraklasy realizują plan powrotu na boiska już od 20 kwietnia. Wtedy wytypowane przez nie osoby (piłkarze, członkowie sztabu szkoleniowego, pracownicy – kluby miały dowolność przy zgłoszeniach, ale nie mogły podać więcej jak 50 osób) zostały poddane kwarantannie. W tym czasie miały ograniczyć kontakt z innymi osobami i codziennie wypełniały szczegółową, jednakową dla wszystkich ankietę medyczną. Miało to na celu wczesne wykrycie objawów choroby. Ankiety były anonimowe, a oceniali je lekarze z pionu medycznego Ekstraklasy SA. Kolejnym etapem było zaplanowane na 4 maja testy wytypowanych 800 osób na obecność koronawirusa.
Nerwowe oczekiwanie na wyniki
Wydane we wtorek rano przez władze Ekstraklasy SA zalecenie wstrzymania się z rozpoczęciem treningów natychmiast wzbudziło podejrzenia, że wśród 800 przebadanych znaleźli się tez zakażeni. Ponieważ jednak wszystko w tej kwestii objęte jest najwyższą tajemnicą, nawiasem mówiąc nie tylko w PKO Ekstraklasie, bo także władze niemieckiej Bundesligi wydały rozporządzenie zakazujące klubom podawania na własną rękę informacji o wynikach testów i liczbie zakażonych.
W planach „odmrożenia” ligowych rozgrywek z góry jednak uwzględniono, że wśród osób zgłaszanych przez kluby mogą się też trafić zakażeni wirusem, ale zakładano, że będą to jedynie pojedyncze przypadki które nie spowodują wstrzymania całej akcji.
Ostatecznie PZPN wydał w tej sprawie taki oto komunikat: „Plan wznowienia rozgrywek PKO BP Ekstraklasy przygotowany przez grupę roboczą powołaną przez spółkę Ekstraklasa SA, w skład której wchodzą przedstawiciele Komisji Medycznej PZPN, zakładał w pierwszym kroku przeprowadzenie badań na obecność przeciwciał anty-SARS-CoV-2. Testy zostały przeprowadzone w poniedziałek 4 maja, a kluby wyniki tych testów otrzymają we wtorek 5 maja do godziny 13:00. W sytuacji, w której wynik poniedziałkowego testu nie będzie ujemny, konkretna osoba zostaje skierowana do dalszej diagnostyki badaniem wymazu z nosogardzieli w kierunku SARS-CoV-2 met. Testy Real Time RT-PCR, które w razie zaistnienia takiej konieczności, zostaną przeprowadzane we wtorek 5 maja. Kluby wyniki tych testów poznają w środę 6 maja. Do czasu uzyskania ostatecznych wyników badań przesiewowych, a w razie konieczności również wyników badań wymazowych, kluby, jak wynika z przygotowanego przez Ekstraklasę planu, prowadzą treningi indywidualne”.
Nadal chcą zacząć 29 maja
Pierwotnie plan restartu zakładał powrót do treningów grupowych od 10 maja, ale pod koniec kwietnia premier Mateusz Morawiecki i minister resortu Danuta Dmowska-Andrzejuk ogłosili plan „odmrażania polskiego sportu”, którego głównym beneficjentem miały być największe ligi w naszym kraju, czyli piłkarska i żużlowa. W podanych wytycznych określono, że zajęcia treningowe mogą być prowadzone maksymalnie w sześcioosobowych grupach, ale w minioną sobotę rząd niespodziewanie (ciekawe czym się kierował zmieniając decyzję?) opublikował rozporządzenie, w którym od 5 do 9 maja zezwolił na zwiększenie grup treningowych do 14 osób (13 zawodników plus trener). Z kolei od 10 maja kluby będą mogły organizować już treningi z udziałem niemal całej kadry zespołu, bo ćwiczyć wspólnie zezwolono w grupach do 25 zawodników
Zgodnie z harmonogramem wznowienia zawieszonych 13 marca rozgrywek PKO Ekstraklasy w dniach 27-28 maja wszystkie osoby zgłoszone na listach izolacyjnych przejdą ponownie testy na obecność koronawirusa, a w piątek 29 maja mają odbyć się pierwsze mecze 27. kolejki. Rozgrywki mają potrwać do 19 lipca.
Po 26 kolejkach w tabeli prowadzi Legia Warszawa z dorobkiem 51 pkt, przed broniącym tytułu Piastem Gliwice (43 pkt) oraz Cracovią, Śląskiem Wrocław i Lechem Poznań, które maja na koncie po 42 punkty. W strefie spadkowej znajdują się zespoły Korona Kielce (26 pkt), Arki Gdynia (25) i ŁKS (20).
A PZPN zaplanował na 27 maja rozegranie dwóch zaległych meczów ćwierćfinałowych Pucharu Polski, zaś między 30 maja a 6 czerwca chce wznowić też rozgrywki w pierwszej i drugiej lidze.
Co pokażą na boisku?
Kolejnym problemem ligowych drużyn będzie ich sportowa forma, jaką zdołają osiągnąć po sześciotygodniowej przymusowej przerwie i ledwie po trzech tygodniach wspólnych treningów. Dla trenerów jest to wyzwanie, z jakim nigdy jeszcze się nie zetknęli. Na dobrą sprawę nikt nie jest w stanie dokładnie określić jak głębokie nastąpiło załamanie zdolności wysiłkowych, co jest nieuchronnym efektem gwałtownego zmniejszenia aktywności fizycznej. Dla wytrenowanych organizmów to potężne tąpnięcie, a jego skala wyjdzie dopiero po przeprowadzeniu testów wydolnościowych. Można jednak z góry założyć, że nawet w obrębie jednej drużyny różnice w spadkach wydolności będą ogromne, a czasu na ich wyrównanie szkoleniowcy dostaną niewiele. Taka sytuacja znacznie zwiększa ryzyko odniesienia kontuzji, a kadry zespołów są przecież limitowane.
W Europie bywa różnie
W Belgii i Holandii rozgrywki już zakończono, ostatnio taką decyzje podjęto też we Francji. Niemiecka Bundesliga jednak twardo zmierza do restartu rozgrywek, chociaż wykryto przypadki koronawirusa w FC Koeln. Po tym, jak w mediach rozpętała się z tego powodu burza i pojawiły się wątpliwości co do sensu powrotu piłkarzy na boisko, władze ligi (DFL) poleciły zaleciły klubom nie podawanie do wiadomości publicznej wyników testów na obecność Covid-19. Mimo to wiele klubów postanowiło opublikować wyniki testów. Z nieoficjalnych danych wynika jednak, że do tej pory w 36 klubach niemieckiej 1. i 2. Bundesligi wykryto jedynie 10 przypadków zakażenia Covid-19 na 1742 wykonane testy. Decyzja o dacie wznowienia rozgrywek ma zostać podana 6 maja po spotkaniu kanclerz Angeli Merkel z ministrami sportu poszczególnych landów.
Także włoski rząd zezwolił zawodnikom klubów Serie A na powrót do macierzystych ośrodków treningowych. Zajęcia na własnych obiektach są dozwolone od 4 maja. Początkowo zgoda dotyczyła jedynie ćwiczeń indywidualnych, ale pod naciskiem piłkarzy władze zmieniły decyzję. W tej chwili władze Serie A zakładają, że rozgrywki uda się wznowić w połowie czerwca.
W Anglii planom restartu rozgrywek Premier League sprzeciwiły się niespodziewanie kluby z dołu tabeli, które są zagrożone degradacją. Na razie sytuacja jest patowa, bo 13 klubów jest za restartem, sześć przeciw, a jeden na razie się waha. Dla przełamania impasu władze ligi są skłonne przyjąć rozwiązanie zakładające wstrzymanie w tym sezonie spadków z ligi. Będzie jednak, jak wszędzie w Europie, zakaz wpuszczania widzów na stadiony.

Polska piłkarka za milion euro

Na męskiej Bundeslidze wielką gwiazdą jest brylujący w Bayernie Monachium Robert Lewandowski, natomiast nie wszyscy kibice w Polsce wiedzą, że w kobiecej Bundeslidze taki sam status jak „Lewy” ma 23-letnia Ewa Pajor, która właśnie niedawno przedłużyła kontrakt z najlepszym niemieckim klubem w kobiecej piłce – VfL Wolfsburg. W klauzuli tzw. odstępnego wpisano w jej kontrakcie rekordową w kobiecym futbolu kwotę jednego miliona euro.

Ewa Pajor występuje w barwach kobiecej drużyny VfL Wolfsburg od lipca 2015 roku. Przez ten czas stała się niekwestionowana gwiazdą drużyny, najlepszej w Niemczech i zaliczanej do ścisłej czołówki w Europie. Nasza piłkarka do tej pory rozegrała w Bundeslidze sto spotkań, w których strzeliła 65 goli, walnie przyczyniając się do zdobycia przez ekipę z Wolfsburga trzech tytułów mistrzowskich oraz czterech Pucharów Niemiec. W poprzednim sezonie zdobyła nagrodę dla najskuteczniejszej zawodniczki kobiecej Bundesligi. Trofeum to zapewniły jej 24 trafienia uzyskane w 19 meczach i pod tym względem okazała się nawet lepsza od Roberta Lewandowskiego, któremu tytuł króla strzelców zapewniły 22 bramki. „Dla mnie to było niezwykłe przeżycie móc obserwować z bliska, jak Ewa przekształciła się z obiecująco utalentowanej zawodniczki w piłkarkę światowej klasy. A jestem przekonany, że to jeszcze nie jest szczyt jej możliwości” – przekonuje Ralf Kellermann, dyrektor sportowy żeńskiej drużyny Wolfsburga.
W tym sezonie 23-letnia Polka potwierdziła swoje nietuzinkowe umiejętności, chociaż rozgrywki kobiecej ekstraklasy przerwano z powodu pandemii koronawirusa po 16. kolejce. Tyle spotkań wystarczyło, żeby drużyna Wolfsburga umocniła się na pierwszym miejscu w tabeli z przewagą ośmiu punktów nad drugim Bayernem Monachium. Kellermann wykorzystał przerwę w rozgrywkach na renegocjacje kontraktów z kluczowymi zawodniczkami w tym także z Ewą Pajor. Polka miała co prawda kontrakt ważny do 2022 roku, ale bez oporów zgodziła się na jego przedłużenie o rok. Oczywiście – nie za darmo, tylko za solidną podwyżkę wynagrodzenia, lecz niemiecki klub także ubił na tej transakcji swój interes, wpisując do umowy z reprezentantka Polski kwotę jednego miliona euro w tzw. klauzuli odstępnego. Jak na finansowe realia kobiecego futbolu jest to kwota wręcz gigantyczna. Najdroższą obecnie piłkarką na świecie, takim odpowiednikiem Neymara w żeńskiej piłce nożnej, jest Francuzka Kadidiatou Diani, która w 2017 roku przeszła z Paris FC do Paris Saint-Germain za 150 tys. euro.
Znawcy kobiecego futbolu twierdzą z przekonaniem, że 23-letnia Pajor będzie w najbliższych latach z powodzeniem walczyć o najbardziej prestiżowe nagrody indywidualne, ze „Złotą Piłką” włącznie. Co prawda jeszcze nigdy do tej nagrody nie była nawet nominowana, lecz to tylko kwestia czasu. VfL Wolfsburg stawia sobie za cel wygranie Ligi Mistrzyń i sukcesywnie wzmacnia kadrę zespołu, a i w reprezentacji Polski Pajor odgrywa rolę równie istotną jak Lewandowski w męskiej. Polki jak na razie z powodzeniem walczą o awans na Euro 2022 w Anglii. Po trzech spotkaniach eliminacyjnych są liderkami w grupie, a Pajor zdobyła w tych trzech meczach pięć goli. Warto odnotować, że kilka innych zawodniczek w kadrze prowadzonej przez trenera Miłosza Stępińskiego na co dzień także występuje w mocnych europejskich klubach. Katarzyna Kiedrzynek i Paulina Dudek grają w Paris Saint-Germain, Aleksandra Sikora w Juventusie Turyn, a Patrycja Balcerzak i Agnieszka Winczo w niemieckim SC Sand.
Piłkarski talent Ewy Pajor pierwszy zauważył Piotr Kozłowski, wuefista ze szkoły podstawowej w Wieleninie, do której z rodzinnego Pęgowa dojeżdżała. W jej wsi szkoły nie ma, więc pierwsze piłkarskie kroki Ewa stawiała nie na orliku, czy osiedlowym boisku, lecz na łące opodal domu, kopiąc w piłkę z chłopakami lub siostrami. Można ja było łatwo poznać replice koszulki Cristiano Ronaldo jeszcze z Manchesteru United. Do dzisiaj uważa portugalskiego gwiazdora za swój piłkarski wzór, a jej ulubionymi klubami są Lech Poznań i Widzew Łódź.
Od Kozłowskiego o Ewie Pajor dowiedział się Roman Jaszczak, twórca potęgi Medyka Konin, były selekcjoner kobiecej reprezentacji Polski i jak tylko zobaczył ją na własne oczy, już nie odpuścił. W kobiecej ekstraklasie Ewa zadebiutowała mając 15 lat i 133 dni, co wciąż jest niepobitym rekordem ligi. Żeby zagrać, potrzebowała specjalnej zgody, bo związkowy przepis zezwalał na grę zawodniczkom, które ukończyły 16 lat. W debiucie od razu strzeliła dwa gole.
Świat usłyszał o utalentowanej piłkarsko dziewczynie z Pęgowa w czerwcu 2013 roku. Na mistrzostwach Europy U-17 Polska zdobyła złoty medal, a Pajor otrzymała nagrodę UEFA dla najlepszej piłkarki do lat 17. Tuż po turnieju zadebiutowała w pierwszej kobiecej reprezentacji kraju, zdobywając z miejsca bramkę i dokładając asystę. Na to wystarczył jej tylko kwadrans gry, a miała wtedy dopiero 16 lat. I działaczom Medyka Konin od tego momentu nie starczyło już argumentów, żeby utalentowaną piłkarkę zatrzymać na dłużej. Na początku 2015 roku skusił ją Wolfsburg, który był wtedy najlepszym kobiecym zespołem w Europie. Pozyskał młoda polska zawodniczkę za darmo i najpierw podpisał z nią dwuletnią umowę, lecz później co rusz ją przedłużał o kolejne sezony.
Pajor mogła przejść do Chelsea Londyn, miała oferty z Francji, a nawet z amerykańskiej zawodowej ligi NWSL. Wybrała jednak Wolfsburg i nigdy tego nie żałowała. Dziś jest gwiazdą tej drużyny i całej żeńskiej Bundesligi. Robi dobrą reklamę polskiemu futbolowi w Niemczech nie gorzej niż Lewandowski, chociaż rzecz jasna to „Lewy” jest zdecydowanie większa gwiazdą. Ale młodsza od niego o osiem lat piłkarka też ma się już czym pochwalić.