Bayern szykuje umowę dla Lewego

Robert Lewandowski w tym sezonie zmienił swoje podejście do gry w Bayernie Monachium i coraz więcej wskazuje, że nie zamierza już odchodzić z tego klubu. W Niemczech tę zmianę zauważono, docenili ją także szefowie bawarskiego klubu, bo zapowiedzieli publicznie, że polski piłkarz dostanie ofertę przedłużenia wygasającego w czerwcu 2021 roku kontraktu, a co za tym idzie – solidna podwyżkę.

Potwierdził to w wypowiedziach dla mediów agent Lewandowskiego Phini Zahavi, a także szefowie bawarskiego klubu Karl-Heinz Rummenigge i Uli Hoennes. „Lewy” w poprzedniej kolejce w meczu z Borussią Dortmund (5:0) zdobył dwie bramki i przekroczył barierę dwustu goli w Bundeslidze jako piąty zawodnik w historii niemieckiej ekstraklasy, a pierwszy obcokrajowiec. W tym sezonie zaliczył już 19 trafień i pewnie prowadzi w klasyfikacji strzelców, nic zatem dziwnego, że większość futbolowych ekspertów uważa, że kapitan reprezentacji Polski definitywnie zrezygnował z planów zmiany barw klubowych i postanowił budować swoją już mocna przecież pozycję w Bayernie i Bundeslidze.

Nowy kontrakt prawdopodobnie wywinduje Lewandowskiego na szczyt listy płac w bawarskim klubie. Nie wszyscy jego koledzy z zespołu ten fakt akceptują, stąd wybuchające co rusz konflikty. Ostatni, wedle dziennika „Bild”,wywołał Kingsley Coman, z którym ponoć „Lewy” musiał nawet stoczyć walkę na pięści. Ile w tym prawdy, nie wiadomo, ale widać w Bayernie walczyć o pozycje w zespole trzeba nie tylko na boisku.

 

Mueller w cieniu Lewandowskiego

Niemieckie media w minionym tygodniu żyły plotką, że Bayern Monachium chce przedłużyć o dwa lata wygasający w 2021 roku kontrakt z Robertem Lewandowskim. Ten temat został wyparty przez wieści, że trener reprezentacji Niemiec Joachim Loew skreślił definitywnie trzech graczy bawarskiego klubu – Thomasa Muellera, Jerome’a Boatenga i Matsa Hummelsa.

Działacze Bayernu przygotowują się do gruntownej przebudowy zespołu. Po zakończeniu obecnego sezonu z klubu mają odejść m.in. Franck Ribery i Arjen Robben, ale wśród nowych nabytków wymienia się napastnika reprezentacji Niemiec i RB Lipsk Timo Wernera. Ten 21-letni piłkarz nie jest jednak szykowany na następcę Lewandowskiego. Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że szefowie bawarskiego potentata chcą zbudować nowy zespół wokół polskiego piłkarza. Stąd wzięła się oferta przedłużenia kontraktu, co jak wiadomo zawsze wiąże się z solidna podwyżką. „Lewy” już teraz należy do najlepiej opłacanych graczy Bayernu, bo jeśli wierzyć medialnym plotkom zarabia rocznie ponad 15 mln euro, mniej więcej tyle samo co Thomas Mueller, bramkarz Manuel Neuer i środkowi obrońcy Mats Hummels i Jerome Boateng.

Według dziennika „Sport Bild” Bayern chce przedłużyć umowę z kapitanem reprezentacji Polski w nagrodę za jego rezygnację z planów zmiany barwa klubowych. Poza tym szefowie klubu zauważyli radykalna zmianę z zachowaniu „Lewego” względem klubu i docenili jego deklaracje, że jest gotów zakończyć w monachijskim zespole karierę.

Lewandowski obecny kontrakt z mistrzem Niemiec podpisał jesienią 2016 roku. Podobnie jak w poprzednich, także i w tym sezonie jest najlepszym strzelcem zespołu i dla nikogo nie ulega wątpliwości, że bez jego goli drużyna Nico Kovaca nie byłaby w stanie walczyć o najwyższe trofea w Niemczech i w europejskich pucharach. We wszystkich rozgrywkach „Lewy” zdobył już 27 bramek i na spółkę z Luką Joviciem jest liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi (15 goli) i najlepszym strzelcem Ligi Mistrzów (8).

Na tle osiągnięć polskiego piłkarza dokonania jego niemieckich kolegów wypadają blado, ale działacze Bayernu mają świadomość, że dokładając Lewandowskiemu wywołają płacowe żądania rodzimych gwiazd. Nieoczekiwanie w sukurs przyszedł im selekcjoner kadry Niemiec Joachim Loew, który definitywnie skreślił z niej Muellera, Boatenga i Hummelsa. Oficjalnie władze bawarskiego klubu wyraziły oburzenie z tego powodu, ale raczej kruszyć kopii z tego powodu długo nie będą. Mają powód, żeby odmówić im, gdy zażądają podwyżki.

 

Bundesliga chwali się Lewandowskim

Fot. Robert Lewandowski

 

 

Niemcy mają problem z Robertem Lewandowskim. Jedna media wciąż podważają jego piłkarską wartość, inne na odwrót – chwalą go pod niebiosa.

 

Oficjalna strona internetowa Bundesligi podała ostatnio z dumą wyliczenie, z którego jasno wynika, że Lewandowski jest skuteczniejszy od Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. Obliczono, że polski napastnik Bayernu Monachium potrzebuje mniej minut gry na zdobycie gola niż Argentyńczyk i Portugalczyk.

Lewandowski w ostatnich dwóch latach kalendarzowych (2017 i 2018) zdobył 87 bramek w 94 meczach, spędzając na boisku 7759 minut. Średnio na pokonanie bramkarz rywali potrzebował 89 minut. Dla porównania, Messiemu potrzebne było na to 94 minuty (zdobył 93 bramki przebywając na boisku przez 8704 minuty w 104 meczach), zaś Cristiano Ronaldo trafił co 98 minut (82 bramki, 92 mecze, 7940 minuty). „Żaden piłkarz z pięciu najlepszych lig w Europie nie może pochwalić się taką średnią” – podaje portal Bundesligi.

Warto dodać, że „Lewy” w tym sezonie jest pierwszym piłkarzem w Europie, który zdobył więcej niż 20 bramek (ma na koncie dokładnie 22 gole – 10 w Bundeslidze, osiem w Lidze Mistrzów, trzy w Superpucharze Niemiec oraz jedną w Pucharze Niemiec.

 

Kamiński pomógł Lewandowskiemu

Fot. Marcin Kamiński

 

 

Walcząca o utrzymanie Fortuna Duesseldorf w 16. kolejce Bundesligi sensacyjnie pokonała liderującą Borussię Dortmund, na czym skorzystał Bayern Monachium.

 

Zwycięstwo Fortuny Duesseldorf w meczu z Borussią Dortmund (2:1) to jedna z największych sensacji tego sezonu w Bundeslidze. Dla Borussii była to pierwsza w tym sezonie przegrana w niemieckiej ekstraklasie. W tym spotkaniu wystąpiło dwóch polskich piłkarzy – w ekipie beniaminka zagrał Marcin Kamiński, a w zespole BVB Łukasz Piszczek. Dzięki triumfowi Fortuna wydostał się ze strefy spadkowej. Monachijczycy mimo porażki w rozegranej we wtorek i środę 16. kolejce zakończą ten rok w roli lidera rozgrywek, bo wciąż mają sześć punktów przewagi nad drugą w tabeli Borussią Moenchengladbach (2:0 z FC Nuernberg) i trzecim Bayernem Monachium (1:0 z RB Lipsk). więc nawet ewentualna porażka w zaplanowanej na najbliższy weekend 17. kolejce przodownictwa im nie odbierze.

Warto odnotować, że najwyższe noty z polskich piłkarzy w 16. kolejce zebrał Kamiński. Nasz reprezentacyjny obrońca rozegrał swój najlepszy mecz w tym sezonie (zagrał w 13), dostał za występ notę „2”, a Piszczek „3”. najgorzej oceniono „Lewego”, bo ledwie na „4”.

 

Kibole wszędzie zachowują się tak samo

Kibice Herthy Berlin wszczęli rozróbę na stadionie Borussii Dortmund, a potem kontynuowali ją na ulicach. Według niemieckich mediów, ucierpiało 45 osób.

 

W sobotnim meczu dziewiątej kolejki Bundesligi Borussia Dortmund zremisowała 2:2 z Hertha Berlin. Gospodarze stracili prowadzenie w samej końcówce, bo goście doprowadzili do wyrównania już w doliczonym czasie gry. Ale po tym meczu więcej po drugiej stronie Odry mówiono o wybrykach kibiców Herthy, którzy odpalili na Signal Iduna Park zakazane materiały pirotechniczne. Gdy zrobili to po raz drugi, do zajmowanego przez nich sektora wkroczyli policjanci. Funkcjonariusze chcieli im skonfiskować tzw. sektorówkę oraz klubowe flagi, ale ponieważ były one częścią zaakceptowanej wcześniej przez policję oprawy meczowej, kibice stawili opór. Najbardziej aktywna była jedna z kibolskich grup, która świętowała 15-lecie założenia. Funkcjonariusze zostali zmuszeni do użycia pałek i gazu pieprzowego.

Według oficjalnego komunikatu komendy policji w Dortmundzie, w zamieszkach, które przeniosły się na ulice miasta, ucierpiało co najmniej 45 osób, z czego 35 osób z powodu użycia gazu, a pozostałe dziesięć wskutek przemocy fizycznej. Wśród poszkodowanych byli też policjanci, ale żaden nie odniósł poważnych obrażeń. Uczestnicy zamieszek byli filmowani i po rozpoznaniu zostaną im postawione zarzuty zakłócania porządku publicznego, stawiania oporu interweniującym funkcjonariuszom oraz wykorzystania zakazanych prawem środków pirotechnicznych. Kibole Herthy zdemolowali też toalety na stadionie w Dortmundzie, za co zostaną obciążeni kosztami naprawy.

Wydarzenia w Dortmundzie wywołały szok, głównie z powodu ich gwałtowności i skali przemocy. „To czarny dzień dla niemieckiego futbolu” – pisano w komentarzach.

 

Gdzie są piłkarze Bayernu?

Bayern Monachium po raz ostatni wygrał mecz pod koniec września. W sobotę zespół Niko Kovaca w fatalnym stylu uległ u siebie Borussii M’gladbach 0:3. W niemieckich mediach na bawarski zespół wylała fala bezlitosnej krytyki.

 

W siódmej kolejce Bundesligi Bayern przegrał na własnym stadionie 0:3 z Borussią Moenchengladbach. Tak wysoko w lidze Bayern nie przegrał u siebie od czterech lat. Ta porażka oznacza, że kryzys formy Bawarczyków coraz bardziej się pogłębia. W tabeli Bundesligi podopieczni trenera Niko Kovaca spadli na piąte miejsce i do prowadzącej Borussii Dortmund tracą już cztery punkty. W niemieckich mediach aż huczy od plotek, że między częścią piłkarzy Bayernu a trenerem wybuchł otwarty konflikt, a wysoka przegrana z Borussia Moenchengladbach jest tego najlepszym potwierdzeniem. Coś w tych plotkach może być na rzeczy, bo w sobotni wieczór zespół Bayernu wykazywał inicjatywę tylko przez pierwsze 10 minut, jakby piłkarze chcieli pokazać, że grać potrafią. Potem już tylko statystowali rywalom i nawet niespecjalnie przejmowali się utratą kolejnych goli. A pierwszego z nich stracili właśnie w 10. minucie, gdy Alassane Plea precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał Manuela Neuera.

Był to już piąty gol piłkarza Borussii w tym sezonie i w klasyfikacji strzelców wyprzedza on m. in. Roberta Lewandowskiego, który w sobotni wieczór znów zaliczył występ bez gola i otrzymał bardzo słabe noty. Na razie niemieckie media jeszcze kapitana polskiej reprezentacji nie obarczają winą za porażki Bayernu, ale to tylko kwestia czasu. Wśród tamtejszych ekspertów już pojawiły się opinie, że „Lewy” po sezonie powinien znaleźć się w grupie piłkarzy, którzy powinni odejść z Bayernu.
Zmianę podejścia do Bayernu dobrze ilustrują dwie sytuacje meczowe. Lewandowski zdobył w 67. minucie bramkę, ale sędzia jej nie uznał, a VAR potwierdził jego decyzję. Tuż przed końcem spotkania Patrich Hermann przyjął piłkę w polu karnym Bayernu i podwyższył wynik na 3:0, lekko dotknął jednak przy tym piłkę ręką, lecz sędzia po wideoweryfikacji uznał jego trafienie za całkowicie prawidłowe.

„Jestem za te porażkę odpowiedzialny” – przyznał po meczu Niko Kovac, ale jego odwaga nie robi teraz na nikim wrażenia. Cztery mecze, żadnego zwycięstwa, bilans bramkowy 2:7. Takie statystyki dla bawarskiego potentata są upokarzające, więc nic dziwnego, że Kovac znalazł się pod ostrzałem. Znany z ostrych ocen były gwiazdor monachijskiego klubu Lothar Matthaes ocenił jego drużynę krótko: „Nigdy nie widziałem Bayernu grającego aż tak źle. To nie ma nic wspólnego z nowoczesnym futbolem. Chwilami miałem wrażenie, że prawdziwi piłkarze Bayernu poszli do szatni, a za nich biegają jacyś przebierańcy”

Podwójny karny Lewego

W inaugurującym nowy sezon Bundesligi meczu Bayernu Monachium z Hoffenheim Robert Lewandowski spudłował z rzutu karnego. Miał jednak farta, bo sędzia nakazał powtórkę „jedenastki”, a za drugim razem trafił.

 

Lewandowski dobrze zaczął nowy sezon, bo przed pierwszym meczem ligowym zaliczył hat-tricka w spotkaniu o Superpuchar Niemiec z Eintrachtem Frankfurt i zaliczył zwycięskie trafienie w meczu Pucharu Niemiec. W inaugurującym rozgrywki Bundesligi piątkowej potyczce z Hoffenheim (3:1) gola strzelił z rzutu karnego. I to za drugim razem, bo za pierwszym bramkarz rywali obronił. „Lewy” podszedł do jedenastki w 78. minucie w bardzo ważnym momencie, przy stanie 1:1.

Chwilę wcześniej słabo prowadzący zawody sędzia Bastian Dankert odgwizdał jego zdaniem przewinienie obrońcy gości Havarda Nordtveita na skrzydłowym Bayernu Francku Ribery’m. Lewandowski w ostatnich trzech sezonach wypracował sobie markę bezbłędnego egzekutora „jedenastek”. Golkiper Hoffenheim Oliver Baumann nie dał się jednak zmylić oryginalnym podbiegiem polskiego napastnika do ustawionej piłki i rzucił się we właściwą stronę odbijając piłkę. Jego trud poszedł jednak na marne, bo doskoczył do niej Arjen Robben i wpakował ja do siatki.

Ale bramki Holendra sędzia nie uznał, bo po analizie VAR uznał, że zawodnicy Hoffenheim za szybko wbiegli w pole karne i nakazał powtórne wykonanie rzutu karnego. Lewandowski za drugim razem zrobił wszystko jak należy i tym razem zmylił Baumanna posyłając piłkę w ten róg bramki, w który golkiper sie nie rzucił. „Szczęście mi dopisało, bo mogłem szybko naprawić błąd” – nie krył zadowolenia kapitan reprezentacji Polski. sam sobie. Bayernu ostatecznie pokonał Hoffenheim 3:1, a dwa pozostałe gole strzelili Thomas Mueller i Robben.

 

Koniec szarpaniny Lewandowskiego?

Sensacją minionego tygodnia w mediach po obu stronach Odry było przyznanie się przez Roberta Lewandowskiego w wywiadzie zamieszczonym w tygodniku „Sport Bild”, że faktycznie chciał latem odejść z Bayernu Monachium.

 

Kapitan reprezentacji Polski przyznał, że w końcówce poprzedniego sezonu nie czuł się dobrze w monachijskim klubie. „Jestem już w Niemczech tak długo, w Bayernie cztery lata, a wyglądało to tak, jakbym nic w tym klubie jeszcze nie zrobił i nie miał tu żadnego kredytu zaufania. Gdy idzie dobrze, wszyscy uznają to za oczywistość. Gdy idzie źle, to zawsze tylko Lewandowski jest winny. Zgadzam się, że można mi czasem zarzucić brak skuteczności, ale nie tego, że brakuje mi zaangażowania w grę” – stwierdził w wywiadzie Lewandowski.

I przypomniał, że gdy Bayern go potrzebował, to grał nawet z kontuzjami. „W kwietniu i w maju niemal wszyscy mnie atakowali, a ja nie czułem żadnej ochrony ze strony klubu. Nie czułem się wtedy dobrze w Monachium. Wszystko się we mnie skumulowało i dlatego zacząłem na serio myśleć o odejściu” – przyznał szczerze „Lewy”.
Najskuteczniejszy napastnik Bayernu nie dostał jednak zgody szefów bawarskiego potentata na zmianę klubowych barw i wbrew pozorom ta stanowczość Ulego Hoenessa i Karla Heinza-Rummenigge mocno podbudowała samopoczucie „Lewego”.

Ale wedle jego relacji prawdziwym przełomem w jego sporze z monachijskim klubem była rozmowa w cztery oczy z nowym trenerem Bayernu Niko Kovaczem. W wywiadzie dla „Sport Bildu” Polak tak ją ocenił: „Kovacz wyjaśnił mi, jak chce żeby drużyna grała, jaki ma pomysł na nią. Ta wizja bardzo mi się spodobała. Po tej rozmowie podjąłem decyzję, że chcę tutaj zostać. Zmieniłem tego dnia sposób myślenia. Zdaję sobie sprawę również z tego, że sam popełniłem również błędy, w końcu nie jestem przecież maszyną” – przyznał Lewandowski.

Kapitan reprezentacji Polski wyjawił też, że na zmianę jego stanowiska wpłynęły relacje z fanami Bayernu. „Zauważyłem, że wbrew temu co podawały na ulicach w Monachium nie spotkałem się z jakimiś objawami niechęci. Wręcz przeciwnie, ludzie podchodzą do mnie i mówią mi dobre rzeczy. Również życzliwość widowni na pierwszym meczu po przerwie letniej rozegranym na Allianz Arena z Manchesterem United mile mnie zaskoczyła. Wsparcie kibiców dla mnie bardzo dużo znaczy, a ja je poczułem i wtedy zobaczyłem wszystko z zupełnie innej perspektywy” – stwierdził „Lewy”.

Ta jego wypowiedź powinna na jakiś czas zakończyć nieustające medialne spekulacje o jego chęci odejścia z Bayernu. W tym klubie jest najlepiej opłacaną gwiazdą, w Bundeslidze najdroższym graczem (jego wartość wyceniana jest na 85 mln euro), a kontrakt ma ważny do czerwca 2021 roku.

 

Anglicy szastają forsą na transfery

W tegorocznym letnim oknie transferowym znów najbardziej rozrzutne był kluby angielskiej Premier League, które na zakup nowych piłkarzy wydały ponad miliard euro. Na drugim miejscu uplasowała się włoska Serie A.

 

Największe wydarzenie transferowego tego lata w Europie było niewątpliwie przejście Cristiano Ronaldo z Realu Madryt do Juventusu Turyn. 33-letni portugalski gwiazdor nie pobił rekordu Brazylijczyka Neymara, za którego rok temu Paris Saint-Germain zapłacił Barcelonie 222 mln euro. Nie przebił też kwoty transferowej zapłaconej AS Monaco przez paryski klub za wschodzącą gwiazdę światowego futbolu Kyliana Mbeppe (180 mln euro). Juventus pozyskał Cristiano Ronaldo „tylko” za 112 mln euro, co jednak jest rekordem włoskiej ligi. Ale nie tylko turyński klub szalał na transferowym rynku, inne kluby Serie A też nie szczędziły pieniędzy i w sumie wydały na nowych graczy równy miliard euro, czyli tylko sto milionów euro mniej od krezusów z angielskiej Premier League.

Trzecie miejsce w tym zestawieniu przypadło klubom z hiszpańskiej Primera Division, które tego lata wydały w sumie na transfery 690 mln euro. W gronie potentatów najbiedniejsza okazała się niemiecka Bundesliga, bo jej kluby na nowych zawodników wydały w sumie 446 mln euro, a najgłośniejszym transferem okazało się jak na razie przejście Belga Axela Witsela z chińskiego zespołu do Borussii Dortmund za 20 mln euro.

Działacze niemieckich klubów narzekaj, że maja do dyspozycji takich pieniędzy, jak ich konkurenci w Anglii, Włoszech i Hiszpanii. Lada moment mogą też spaść na piąte miejsce w tym zestawieniu, bo coraz większe sumy pojawiaj się w ofertach francuskich klubów. Europejska hierarchia futbolowych potentatów nie jest ustalona raz na zawsze.

 

Druga szansa na odrodzenie Kapustki

Piłkarska kariera Bartosza Kapustki po Euro 2016 gwałtownie się załamała. Po przejściu z Cracovii do Leicester City wypadł na margines futbolu i zmarnował dwa lata kariery. Teraz dostał od losu szansę na przełamanie impasu.

 

Kapustka przeszedł do Leicester City w sierpniu 2016 roku po udanym dla niego występie na Euro 2016 we Francji. Cracovia zarobiła na jego transferze 5,5 mln euro, co było kwotą jak na polskie realia rekordową, ale też wykluczającą transakcję zwrotną. Gdy po roku grzania ławy agenci młodego piłkarza sondowali możliwość jego wypożyczenia do krakowskiego klubu, spotkali się ze stanowcza odmową. Kapustka nawet jako piłkarski outsider zarabiał w Leicester City dwadzieścia razy więcej niż jako zawodnik „Pasów”.

W pierwszym roku spędzonym na King Power Stadium Kapustka nie doczekał się debiutu w Premier League, a ówczesny trener „Lisów” Claudio Ranieri dał mu zagrać tylko w trzech meczach Pucharu Anglii. Po zwolnieniu włoskiego szkoleniowca sytuacja młodego Polaka nie uległa zmianie i latem ubiegłego roku angielski klub wypożyczył go z opcja pierwokupu do niemieckiego SC Freiburg. Nowy klub miał być miejscem, w którym Kapustka zamierzał odzyskać dawną formę i odbudować podupadłą karierę. Niestety, młodemu piłkarzowi zabrakło chyba determinacji i siły charakteru, bo zamiast podbić Bundesligę szybko zniknął w rezerwach Freiburga. Trener Christian Streich nie ukrywał rozczarowania polskim piłkarzem i dał mu zagrać tylko w dziewięciu meczach, z czego tylko w dwóch w rundzie wiosennej. Kapustka spędził na niemieckich boiskach ledwie 285 minut i nic dziwnego, że szefowie Freiburga nie skorzystali z opcji jego wykupienia i odesłali do Leicester City.

Dla 21-letniego Kapustki, który ma jeszcze trzy lata ważnego kontraktu z angielskim klubem, tu być może najtrudniejszy moment w dotychczasowej karierze, a może też i życiu. Nowy trener „Lisów” Claude Puel nieoczekiwanie zainteresował się losem należącego do kadry jego zespołu 14-krotnego reprezentanta Polski. Francuski trener postanowił osobiście przekonać się jakie ma umiejętności i polecił mu stawić się na trening pierwszej drużyny. Dla Kapustki to wielka szansa na przełamanie impasu w karierze, bo ma okazję zaliczyć cały okres przygotowawczy. Tylko czy on jeszcze umie dobrze grać w piłkę?