Ukryte cele promocji Żołnierzy Wyklętych

V Marsz Żołnierzy Wyklętych miał miejsce tydzień przed datą uroczystych obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jego uczestnikami, którzy bynajmniej nie należeli do jakkolwiek powiązanych z „wyklętymi”, byli reprezentanci środowisk kibicowskich, Obozu Narodowo-Radykalnego jak również ci, którzy dumnie określają się „Pięknymi polskimi nacjonalistami”.

Wszyscy oni, ściągnięci z całej Polski zdeterminowani by „obalić ostatni bastion komuny w Polsce” przyjechali do podlaskiej Hajnówki, aby uczcić dla siebie wiecznie żywe idee „wyklętych”. Z okrzykiem „Cześć i chwała bohaterom” przemierzali miasto siejąc niepokój i strach wśród rzeczywistych mieszkańców Hajnówki, jak również tych, którzy wciąż mają w pamięci 79 ofiary tzw. rajdu „Burego” po białoruskich prawosławnych wsiach Białostocczyzny w 1946 r. Żaden z uczestników Marszu nie krył przekonania, że to właśnie ten sam Romuald Rajs – „Bury” został przez nich okrzyknięty czołowym bohaterem tamtych czasów. Zanim jednak wyruszył V Marsz Żołnierzy Wyklętych, pełen ksenofobów i faszystów, na skwerze niedaleko cerkwi spotkali się ci, którzy wciąż nie mogą pogodzić się z kultem bohatera – mordercy.

Solidaryzując się z lokalną społecznością jak również chcąc oddać hołd każdej z ofiar mordu „Burego”, świadkowie wspominanych masakrycznych wydarzeń, mieszkańcy Hajnówki jak również przedstawiciele Lewicy w atmosferze zadumy i szacunku palili znicze i składali kwiaty w miejscu pamięci.
Teraz, kiedy od wydarzeń w Hajnówce minął już jakiś czas, warto zastanowić się jeszcze raz dlaczego, tak wydawałoby się potępiane zjawisko kultu nienawiści wciąż otrzymuje prawo do poszerzania swojej skali. I skąd pomysł aby to właśnie „wyklęci” posłużyli do kolejnego ataku przeciwko odmienności?
Zgodnie z oficjalną komunikacją, pojęcie Żołnierze Wyklęci odnosić się miało do tych, którzy mieli walczyć z komunistami w okresie zajęcia Polski przez Związek Radziecki. Tym sposobem wszyscy antykomunistyczni partyzanci, którzy podejmowali wówczas jakiekolwiek działania w Polsce zostali uznani jako przedstawiciele monolitycznego systemu.

Zabieg ten skutecznie rozmył wiele kwestii, które ich dotyczyły, w tym również takie podstawowe wydawałoby się aspekty jak idee jakimi się kierowali, cele, wizję Polski o jaką walczyli czy moralną ocenę swoich działań. Pominięcie tych jakże istotnych różnic między nimi doprowadziło do uznania za bohaterów zarówno tych którzy istotnie pragnęli życia w wolnym i demokratycznym kraju, jak i członków Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i pomniejszych formacji, których celem było nacjonalistyczne państwo katolickie w imię którego bez wahania mordowali polskich obywateli nie podzielających jedynej, uznanej przez nich wizji. Wszystko to doprowadziło do zatarcia granic pomiędzy tymi, którzy rzeczywiście walczyli, a tymi, którzy podejmowali się najbardziej masakrycznych zbrodni przeciwko własnym rodakom. Wszystko to doprowadziło do tego, że idee tych pierwszych posłużyły jako argument do „przepchnięcia” kultu ich wszystkich. Arbitralność w układaniu listy Żołnierzy Wyklętych pokazać może fakt, że można znaleźć na niej gen. Emila Fieldorfa „Nila”, który nie był zaangażowany w powojenną konspirację ale i mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, który walczył zbrojnie z komunistami.

Do grona „wyklętych” nie zaliczono jednak Kazimierza Moczarskiego czy Władysława Bartoszewskiego, którzy do końca byli żołnierzami Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj. To jednak nie dzięki żadnemu z nich możemy, jak podkreślał to uparcie Premier Morawiecki podczas swojego ostatniego, zorganizowanego na cześć „wyklętych” wystąpienia, cieszyć się życiem w demokratycznym i bezpiecznym państwie. Bowiem to Solidarność lat 80. XX wieku, a nie zbrojni partyzanci przyczynili się do tego, w jakim kraju obecnie żyjemy. Tak przyjęta retoryka, której ciągiem dalszym było niewątpliwie wspomniane wystąpienie Morawieckiego jest dalszym przekłamywaniem historii. Choć często PiS kusi się o określanie swoich działań jako odkłamywanie historii „wyklętych”- jest to nie prawdą.

Odkłamywaniem historii nie jest z pewnością tendencyjne dobieranie źródeł, w taki sposób, aby pasowały do tezy. Z całą pewnością nie jest nim również łączenie według własnego uznania przeciwnych sobie ideami ludzi i uznawanie za prawdziwe tylko tych zeznań świadków, które idealne pasują do akurat obranej narracji. Co więcej, na drodze perswazji mieszane są pojęcia, które celowo odwoływać się mają do emocji i symboli, aby dalej mitologizować rzeczywistość. Nie trzeba być wnikliwym badaczem, aby zauważyć manipulację jaka jest tu stosowana. Polegać ona bowiem ma na przejęciu kontroli nad zdarzeniami i zbudowaniu atmosfery wspierającej obrany komunikat. Jego autorzy „wpajają” swoim odbiorcom informacje wydające się być wszystkim oczywiste, w między czasie przemycając również te, które pomogą zbudować pożądany choć sfałszowany obraz rzeczywistości.

Nadawca próbuje tak sformułować problem i nadać kierunek dyskusji, by wpłynąć na reakcje poznawcze odbiorcy i przez to uzyskać jego zgodę, nie stwarzając przy tym wrażenia, że próbuje do czegokolwiek przekonać. Prawo i Sprawiedliwość nie po raz pierwszy dopuszcza się właśnie takiej manipulacji. Promując „wyklętych” stawia się w pozycji tej części społeczeństwa, która ma nie zapominać przeszłości i kontynuować niegdyś zapomniane, cenione organizacje. I tym razem jednak działania te zmierzają w prostej linii do dalszego szerzenia nienawiści do odmienności, którą w tym przypadku są „odmieńcy” religijni i kulturowi. To religia bowiem wydaje się być tym najmocniejszym argumentem, który pozwalał wielu z „wyklętych” na wykonywanie wyroków śmierci na niewinnej ludności cywilnej, w tym również dzieciach. Relacje świadków pełne są bowiem opisów, w których to pytanie o wyznanie było tym ostatnim tuż przed egzekucją. Jak mogło być inaczej, jeżeli działali oni zgodnie z między innymi takimi zaleceniami jak Wytyczne programu Ruchu Narodowego w Polsce, w którym podkreślono, że wszystkie dziedziny życia powinny być oparte na zasadach katolickiej etyki i religii, jedność religijna jest fundamentem jedności narodowej, a jednym z głównych zadań Kościoła w Polsce jest nawracanie prawosławnych i misje na wschodzie?

Trudno o bardziej jednoznaczne nawoływanie do walki dla tych, którzy szukali wówczas sensu swojej egzystencji i zaistnienia. Tym samym podobnie jak dzieje się to obecnie, kult Żołnierzy Wyklętych nie dość, że uzasadnia nienawiść i przemoc wobec odmienności, to jest promowany w Polsce jako coś godnego uznania, pozytywnego i pełnego troski o przyszłość. Wskazywany w ten sposób przykład „właściwych” postaw, kontynuowanie przekonania NSZ czy NZW, że patriotami są jedynie ci, którzy zabijali za samą odmienność, jawnie sugeruje, że są one w tym państwie pożądane i jak najbardziej słuszne. Komu więc, jak również nie instytucji Kościoła zależy, aby „wyklęci” nie zostali przypadkiem zepchnięci z piedestału? To on przecież stał się jednym z czołowych promotorów kultu Żołnierzy Wyklętych. Poparcie jakim ich darzy, zarówno w swoich mediach jak i marszach czy kazaniach zdecydowanie to potwierdza. Żołnierze Wyklęci, którzy eksponowani są przez Kościół mają być jednak nie tylko narzędziem szerzenia nienawiści, ale i środkiem do przekazywania jeszcze innych bodźców, które mają kierować zarówno wiernymi jak i wyborcami partii katolickich. Świadoma ich część, otrzymuje informację, że władza jest w stanie zaakceptować pochwalanie zbrodni czy ksenofobi w imię miłości do Boga czy narodu. Natomiast ta część elektoratu, która pozostaje nieświadoma, otrzymuje jedynie pozytywne komunikaty odnoszące się do uwielbienia wolności i walki z komunizmem. Niestety nie tylko wspieranie tego zjawiska, ale i jego ignorowanie, również przez polityków uważających się za liberałów, przyczynia się eskalacji agresywnej narracji. Co więcej, należy zauważyć, że zjawisko promowania „wyklętych” nie ograniczając się jedynie do granic Polski, przyczynia się budowania negatywnego wizerunku tego kraju za granicą, które zaczyna się jawić jako przemilczające niekomfortowe fragmenty historii jak również czczące kult zbrodniarzy. Obecnie obserwowana narracja, która zawiera jakże wąski dobór tematów i jakże ograniczony przekaz historyczny, bez wskazania na kontekst europejski czy globalny, już nie tylko w przypadku „wyklętych” wydaje się być niezwykle podobna do tej realizowanej w Rosji. Ta ów „putinizacja Polski”, jak określił takie działania Tomothy Snyder w amerykańskim piśmie opiniotwórczej amerykańskiej elity intelektualnej „New York Review of Books”, rzeczywiście ma miejsce. Jak bowiem wytłumaczyć próbę przekonania wszystkich o słuszności jedynie swojej racji i uzasadnieniu morderstw na własnych obywatelach jako służących słusznej „sprawie”?

Lewica uczciła ofiary „wyklętych”

Włodzimierz Czarzasty obiecał w 2019 r. w Hajnówce, że co roku będzie przyjeżdżał na Podlasie i nazywał po imieniu haniebne czyny powojennego podziemia, które prawica próbuje usprawiedliwiać. Słowa dotrzymał.

Co roku 29 stycznia mieszkańcy Zaleszan i okolicznych miejscowości czczą pamięć swoich przodków, zamordowanych tego dnia i w dniach następnych 1946 r. przez oddział Romualda Rajsa „Burego”. Uczestnictwo w tych uroczystościach jest też dobrą tradycją podlaskiej lewicy.

Krwawy rajd „Burego”

Oddział Rajsa, z którego organizacje nacjonalistyczne i rządząca prawica robią pierwszorzędnego bohatera najnowszej historii, na przełomie stycznia i lutego 1946 r. zabił w Zaleszanach, Zaniach i Szpakach 47 osób cywilnych, prawosławnych chłopów pochodzenia białoruskiego. Spalił również wieś Końcowizna, gdzie ofiar śmiertelnych nie było głównie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okolicznosci. W Zaleszanach „wyklęci” spędzili mieszkańców do jednego z wiejskich domów, następnie podpalili budynek. Zebranym w chacie udało się jednak wydostać. „Wyklęci” spalili również pozostałe chaty w Zaleszanach, a do tych, którzy na zebranie nie poszli i próbowali uciekać z domów przed ogniem, strzelali. Tu właśnie padły ofiary śmiertelne, a wśród nich kobieta w zaawansowanej ciąży oraz dzieci – najmłodsze miało siedem dni. Ponadto we wsi Puchały Stare „żołnierze wyklęci” rozstrzelali trzydziestu wozaków, których wcześniej porwali i zmusili do przewożenia oddziału. Również w tym wypadku zginęli tylko prawosławni. Kto udowodnił, że jest katolikiem, został zwolniony.
Ofiary „żołnierzy wyklętych” uczczono w Zaleszanach najpierw prawosławnym nabożeństwem, przed krzyżami wzniesionymi na miejscu domu, do którego ludzie „Burego” spędzili mieszkańców wsi. Historię tragicznych wydarzeń sprzed 74 lat przypominała wystawa opracowana przez stowarzyszenie „Nasza pamięć”.

Lewica pamięta

Przedstawiciele Lewicy, która zawsze sprzeciwiała się nienawiści i przemocy na tle narodowościowym czy religijnym, od wielu lat przybywają na zaleszańskie uroczystości. Także w tym roku kwiaty składali działacze podlaskiej Lewicy Razem, a razem z nimi posłowie Adrian Zandberg, Paweł Krutul oraz wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. To najprawdopodobniej jak dotąd najwyższy rangą przedstawiciel polskich władz państwowych, który uczcił pamięć zamordowanych przez „Burego”.

Morderstwo nazwać morderstwem

I nie był to gest jednorazowy. W 2018 r., przed niesławnym marszem nacjonalistów w Hajnówce, Czarzasty przepraszał, iż SLD swojego czasu bezrefleksyjnie poparło ustanowienie dnia „żołnierzy wyklętych”, traktując ich wszystkich na równi. W 2019 r. również w Hajnówce mówił: Jestem tu i będę przyjeżdżał tu co roku, podobnie jak do Zaleszan, aby przypominać o tych zbrodniach. Morderstwo trzeba nazywać morderstwem, gwałty trzeba nazywać gwałtami, a złodziejstwo trzeba nazywać złodziejstwem.
Czarzasty składał kwiaty przed pomnikiem pamięci ofiar, który dosłownie w przededniu uroczystości skończyło remontować Stowarzyszenie Kursk. Prace prowadził na miejscu wolontariusz stowarzyszenia Mariusz Niczyporuk, sam potomek rodziny, której członkowie zginęli z rąk ludzi „Burego”. Już kilka lat temu burmistrz Kleszczel (na terenie tej gminy leżą Zaleszany) starał się o dofinansowanie remontu podupadłego pomnika w podlaskim urzędzie wojewódzkim. Urząd, będący już pod kontrolą PiS, nie wydzielił jednak żadnej kwoty.

– Miało tu miejsce zło i niestety to zło będzie trwać nadal, dopóki oprawca będzie uznawany za bohatera narodowego – powiedział Niczyporuk podczas uroczystości.

A takich, którzy usprawiedliwiają oprawców, niestety nie brakuje. W lutym 2019 r. podczas nacjonalistycznego pochodu w Hajnówce niesiono transparent, z którego wynikało, że największymi bohaterami antykomunistycznego byli właśnie „Bury” oraz działający na Podhalu „Ogień”. Jego pseudonim budzi z kolei grozę wśród podhalańskich Słowaków, udowodniono mu także zbrodnie na Żydach. Czy przeszkadza to IPN-owi w szerzeniu kultu obydwu postaci? Bynajmniej.

„Bury nasz bohater” – chociaż nie do końca

Instytut Pamięci Narodowej, gdy już doprowadził do wściekłości polskich prawosławnych i wywołał skandal w stosunkach Warszawa-Mińsk swoim stanowiskiem w sprawie „Burego”, próbuje gasić pożar. Pokrzykując: nic się nie stało!

Wydane 21 marca nowe oświadczenie Instytutu jest o tyle lepsze od poprzedniego, że nie dowiemy się już z niego, iż spalenie pięciu białoruskich wsi to za mało na prawdziwą zbrodnię o cechach ludobójstwa, bo przecież Romuald Rajs mógł zniszczyć więcej. Teraz IPN ogłasza po prostu, że nie ma nic strasznego w tym, że co innego głoszą historycy Instytutu w swoich publikacjach, a co innego wynika z prokuratorskich śledztw prowadzonych przez Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. W przypadku „Burego”, potwierdza Instytut, nadal w mocy pozostają wnioski końcowe prokuratora Dariusza Olszewskiego ze słowami potępienia dla działalności Rajsa. IPN twierdzi również, że nie miał i nie sugerował intencji wznowienia i rewizji śledztwa w tej sprawie.
Z drugiej strony Instytut nie był uprzejmy zauważyć nic niestosownego w swoim komunikacie i upiera się, że firmowani przez niego historycy prowadzą badania z pełnym szacunkiem dla warsztatu swojej dyscypliny. Jak z tym szacunkiem jest, udowodnił Jakub Woroncow w artykule na łamach „Przeglądu” – przypomniał, że praktycznie wszyscy autorzy, których opinie o „Burym” cytował skandaliczny komunikat, są związani ze skrajną prawicą.
– Wolność badań naukowych pozwala historykom na odnoszenie się do ustaleń śledztwa, a nawet ich kwestionowanie. Jednocześnie żadne interpretacje naukowe, nawet dalece rozmijające się z sentencją umorzenia śledztwa, nie mogą zmieniać decyzji prokuratora – to esencja nowej publikacji IPN. Należy ją czytać następująco: wnioski Olszewskiego zostaną w mocy, żeby nie było nowych skandali, tymczasem jednak my nadal będziemy promować „Burego” jako bohatera.
Nie tylko zresztą jego. IPN zaprasza również na odsłonięcie kolejnego pomnika „Łupaszki” – w opisie wydarzenia dwa razy pada „jeden z najwybitniejszych”. Dlaczego dla historyków to postać kontrowersyjna, a części obywateli Polski kojarzy się raczej z przelaną krwią? Znowu się nie dowiemy.

Na dywaniku w Mińsku

Nie cichnie burza po skandalicznym komunikacie IPN z ostatniego poniedziałku, w którym Romualda Rajsa, zabójcę obywateli Polski wyznania prawosławnego, przedstawiono jako bohatera walki o wolną ojczyznę. Z publikacji instytutu musiał tłumaczyć się polski ambasador w Mińsku, a placówka IPN w Białymstoku, która prowadziła śledztwo w sprawie „Burego”, odcina się od zawartych w niej wniosków.

Informacje o postawie białostockiego IPN pojawiły się na profilu „Kpt. Romuald Rajs „Bury” – nie mój bohater”, prowadzonym przez radnego Bielska Podlaskiego i działacza mniejszości białoruskiej Tomasza Sulimę. Regularnie przypomina on o przebiegu rajdu oddziału Rajsa przez prawosławne wsie w regionie Bielska i Hajnówki, a także przygląda się, jak postać „Burego” jest eksploatowana w polityce historycznej (czy, jak kto woli, zwykłej propagandzie). Tym razem przedstawił reakcję pracownika białostockiego oddziału IPN, naczelnika Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, na poniedziałkowy komunikat IPN podważający wcześniejsze publikacje Instytutu w tej sprawie.
– Centrala IPN publikując komunikat nie informowała nas i nie konsultowała go. Jedynym obowiązującym postanowieniem w tej sprawie pozostają wyniki śledztwa prowadzonego przez prok. Dariusza Olszewskiego oraz orzeczenie Sądu Okręgowego w Białymstoku – powiedział prokurator Janusz Romańczuk.
Przypomnijmy, że prokurator Olszewski prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa mieszkańców Zaleszan, Zań i Szpaków oraz morderstwa na porwanych wcześniej wozakach dokonanego w lesie koło Puchał Starych przez trzy lata. Rozmawiał z żyjącymi jeszcze świadkami, poznawał relacje zarówno mieszkańców napadniętych wsi, jak i żołnierzy „Burego”, studiował dokumenty. Wniosek, iż w powiecie bialskim doszło do zbrodni o znamionach ludobójstwa, do morderstw motywowanych m.in. uprzedzeniami narodowościowymi i religijnymi, sformułował na bardzo solidnych podstawach. W poniedziałkowym komunikacie IPN podważono go bez konsultacji z osobami, które uczestniczyły w tamtym śledztwie. Jako „nowe badania” przedstawiono natomiast dociekania historyków o prawicowych lub skrajnie prawicowych sympatiach, którzy nie kwestionują zebranych wiadomości o mordach oddziału „Burego”. Przekonują jednak, że zbrodni o znamionach ludobójstwa nie było, bo… „Bury” spalił tylko pięć wiosek. Na to sformułowanie z oburzeniem zareagowało także ministerstwo spraw zagranicznych Białorusi. – Naszą szczególną troskę wywołał otwarty cynizm niektórych polskich „badaczy”, na ustaleniach których opiera się komunikat IPN – powiedział Anatol Hłaz, sekretarz prasowy MSZ w Mińsku. Do ministerstwa wezwany został polski ambasador Artur Michalski.

Szopki pana ministra

Czwartek piętnastego marca 2019 roku. Sejm RP. Politykę zagraniczną rządu kierowanego przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego prezentuje pan minister Jacek Czaputowicz.

Profesor nauk społecznych. Z autentycznie autentycznym naukowym dorobkiem. Pomimo tego dorobku mianowany został ministrem spraw zagranicznych w styczniu ubiegłego roku decyzją pana prezesa
Kaczyńskiego.
Bo pan prezes miał taki kaprys. Uznał jego nominację za swój „eksperyment”.
Minął rok i pan minister Czaputowicz musi zdać coroczny polityczny egzamin. Musi zaprezentować kierunki polskiej polityki zagranicznej, chociaż nie on – i nie jego resort – jest jej autorem.
Bo przecież najważniejsze decyzje o aktualnej polskiej polityce zagranicznej zapadają nie w MSZ, lecz w Kwaterze Głównej pana prezesa Kaczyńskiego. Tej przy warszawskiej ulicy Nowogrodzkiej.
Bo przecież o relacjach z USA, najważniejszym obecnie sojusznikiem zagranicznym, decyduje obecnie nie MSZ, ale Ministerstwo Obrony Narodowej. Krajowi „siłownicy”, używając rosyjskiej nomenklatury.
Zresztą rządzące obecnie elity PiS nie widzą potrzeby, aby polska polityka zagraniczna powstawała w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Przecież polityka zagraniczna jest przez pana prezesa Kaczyńskiego uważana za politykę drugorzędną.
A w tym roku jest w kierownictwie PiS traktowana jako element kampanii wyborczej.
Ale raz do roku pan minister spraw zagranicznych musi do Sejmu przyjechać i taki polityczny egzamin zdać przed parlamentem musi.
I jak każdy rezolutny student musi wybrać odpowiednią taktykę. Zwłaszcza, że wie, iż słuchać go będzie kilku egzaminatorów na raz. Przychylnych mu w większości. A w takim przypadku sprytny student mówi długo, wszystko co wie, niekoniecznie na temat, i koniecznie odpowiednio modulując głosem.
I tak pan minister mówił, mówił, mówił.
Pomimo długiego słowotoku niewiele konkretnego powiedział. Zwłaszcza, że długiej listy ostatnich zagranicznych porażek zręcznie nie wymienił.
Na pewno wszystkim jego słuchaczom na zawsze w pamięci zostanie informacja, że w efekcie zmasowanej akcji polskich służb dyplomatycznych krakowskie szopki zostały wpisane do światowego dziedzictwa kultury.
To niewątpliwie wielki i niekwestionowany sukces polskiej dyplomacji w roku Stulecia Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Reszta ministerialnego wystąpienia zostanie zapewne szybko zapomniana.
Zresztą o jego randze i znaczeniu dobitnie zaświadczył pan prezes Jarosław Kaczyński. Był nieobecny w czasie wystąpienia swego ministra.
Olał, po studencku mówiąc, dorobek umysłowy swojego „eksperymentu”.
Podobnie zachował się pan minister Czaputowicz. W czasie kiedy panie posłanki i panowie posłowie wyrażali swe opinie o jego wystawieniu, on nakazał zwołać konferencję prasową.
Aby podyktować prorządowym dziennikarzom co mają prorządowym wyborcom przekazać.
Czas na zadawane pytania panu ministrowi skrócono do minimum.
Zbliżał się przecież czas obiadu.
Najważniejsze jednak, że z tymi szopkami udało się. Jest to autentyczny i wymierny sukces godny polskiej dyplomacji.
Na miarę Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

Głos lewicy

Czarzasty w Hajnówce

Przełom stycznia i lutego 1946 roku był tragiczny dla prawosławnych mieszkańców wsi: Zaleszany, Puchały Stare czy też Zanie. Wtedy to oddział „Burego” zamordował 79 osób, w tym również i dzieci. Coroczne marsze „patriotycznych” organizacji w Hajnówce są nie tylko demonstracją pogardy dla ofiar tej zbrodni, ale także przypominają o obecności w bliskim sąsiedztwie tych, którym imponują dokonania Romualda Rajsa „Burego”. Sprzeciwiamy się zakłamywaniu historii i bezkrytycznemu gloryfikowaniu Żołnierzy Wyklętych. W proteście przeciwko marszowi Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce protestowali m.in. Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, Piotr Kusznieruk, przewodniczący podlaskiej Rady Wojewódzkiej SLD oraz Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka prasowa Sojuszu, a także Adrian Zandberg z Partii Razem.
Podczas spotkania z dziennikarzami Włodzimierz Czarzasty powiedział: Powinniśmy tu przyjeżdżać co roku i mówić prawdę na temat temat wydarzeń, w których udział brali Żołnierze Wyklęci. Według nas część Żołnierzy Wyklętych walczyło o Polskę i o swoje ideały oraz wartości, i mieli prawo walczyć o swoją wizję Polski. Sojusz Lewicy Demokratycznej uważa, iż wśród nich było wielu bandytów, morderców, złodziei. Motywacje do popełniania zbrodni były różne: nienawiść do Żydów, czy też nienawiść do osób o wyznaniu prawosławnym. Zbrodnie te pociągały za sobą totalne absurdy, takie jak śmierć dzieci, kobiet, czy też śmierć osób niezaangażowanych w jakąkolwiek politykę. Zbrodnia też jest zbrodnią, jeżeli ktoś jest zaangażowany w politykę. PiS wykorzystuje Żołnierzy Wyklętych do budowania nowej historii, w której nie ma miejsca dla innych formacji, które walczyły o Polskę: Armii Krajowej, Armii Ludowej, czy też Batalionów Chłopskich. Dla matki, która płacze po synu nie ma różnicy w jakiej formacji służył.
Jestem tu i będę przyjeżdżał tu co roku, podobnie jak do Zaleszan, aby przypominać o tych zbrodniach. Morderstwo trzeba nazywać morderstwem, gwałty trzeba nazywać gwałtami, a złodziejstwo trzeba nazywać złodziejstwem. Będę przyjeżdżał po to, aby ludzie wiedzieli, że jest również inne zdanie na temat Żołnierzy Wyklętych.
To co teraz powiem, może się nie spodobać wielu moim koleżankom i kolegom, kilka lat temu Sejm przyjął ustawę o ustanowieniu w dniu 1 marca święta Żołnierzy Wyklętych. Za tą ustawą głosowało wielu posłów SLD, za co przepraszam. Uważam, że to była nierozsądna i głupia decyzja.
Info: sld.org.pl

Nacjonaliści w Hajnówce po raz czwarty wychwalali „Burego”

Mieszkańcy Hajnówki – prawosławni i katolicy – wspólnie uczcili pamięć zamordowanych przez oddział „Burego”. Solidarnie z nimi w pełnej powagi uroczystości wzięli udział działacze partii Razem oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Godzinę później ruszył marsz nacjonalistów – kilkaset osób wykrzykujących  o wielkiej Polsce katolickiej, z transparentem wychwalającym najkrwawszych „wyklętych”.

Podobnie jak w ubiegłym roku, mieszkańcy Hajnówki odpowiedzieli na prowokacyjny, pełen agresji marsz nacjonalistów własnym, pełnym powagi zgromadzeniem. Na skwerze Dymitra Wasilewskiego złożono kwiaty i znicze oraz odczytano 79 nazwisk ofiar morderczego rajdu „Burego” w 1946 r. – zabitych furmanów zmuszonych wcześniej do przewożenia oddziału „wyklętych”, żywcem spalonych i zastrzelonych mieszkańców Zaleszan, Szpaków, Zań. Informacje o czynach „bohatera” znalazły się również na wystawie przygotowanej przez inicjatywę Nasza Pamięć. Wcześniej w intencji zabitych modlono się w hajnowskiej cerkwi Narodzenia św. Jana Chrzciciela – w nabożeństwie wziął udział m.in. burmistrz miasta Jerzy Sirak, który w poprzednich tygodniach bezskutecznie starał się przekonać sądy, że marsz nacjonalistów w jego mieście sieje nienawiść i powinien zostać zabroniony.
Solidarność z hajnowianami wyrazili również lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Włodzimierz Czarzasty i członek Zarządu Krajowego partii Razem Adrian Zandberg. Ten pierwszy przeprosił zgromadzonych za to, że jego partyjni koledzy swojego czasu w Sejmie poparli pomysł ustanowienia dnia pamięci „żołnierzy wyklętych”. – Nie mam wątpliwości, że ten marsz to prowokacja, żeby ludzi skłócić, wywołać demony nienawiści. Polska jest wspólna, nikt nikogo nie ma prawa mordować, wykluczać, dlatego że jest innej narodowości czy wyznania – mówił drugi.
Zupełnie inna atmosfera panowała na marszu nacjonalistów, który ruszył godzinę później spod kościoła Podwyższenia Krzyża Pańskiego. Na zaproszenie Narodowej Hajnówki zjechali się na niego aktywiści Obozu Narodowo-Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej z całej Polski, działacze Marszu Niepodległości, kibice z grupy Patriotyczna Jagiellonia. Był Piotr Rybak, znany z całej serii antysemickich inicjatyw oraz delegacja kibiców z Bydgoszczy, którzy wystąpili z transparentem „Najwięksi wyklęci z wyklętych – Ogień i Bury. Nasi bohaterowie”. Kilkusetosobowa grupa skandowała dobrze znane z poprzednich lat hasła: „Armio wyklęta, Hajnówka o was pamięta”, „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „Cześć i chwała bohaterom”.
W odróżnieniu od poprzednich lat, gdy „z szacunku dla miejscowej społeczności” powstrzymywano się od skandowania o wielkiej Polsce katolickiej (zamiast tego była „chrześcijańska”), tym razem nacjonaliści sięgnęli także po to hasło. Przez megafon mówili również o tym, że walka z Kościołem to zbrodnia, a polski narodowy katolicyzm wolny jest od rasizmu. Zgodnie z planem marsz przeszedł obok prawosławnego soboru Trójcy Świętej. Nad prowadzącą do niego ulicą wcześniej zawieszony został transparent z biblijnym cytatem: Ojcze, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią.
Na trasie marszu nacjonalistów stanęli Obywatele RP, którzy przybyli do podlaskiego miasta nie bez trudu – rano w Warszawie policja nie dopuściła ich autokaru do ruchu z powodu jednego niesprawnego pasa bezpieczeństwa. Ostatecznie działacze i działaczki jechali do Hajnówki własnymi samochodami. Mieli ze sobą białe róże, transparent „Bury nie jest bohaterem” oraz tabliczki, na których wypisano miejscowości, gdzie oddział Romualda Rajsa mordował cywilów. Policja siłą usunęła z drogi część blokujących, zepchnęła i odgrodziła pozostałych kordonem, by marsz mógł przejść drugą połową jezdni. 76 osobom wręczono mandaty za zakłócanie legalnego zgromadzenia. W momencie mijania usuniętej blokady członkowie ONR zakrzyknęli „Bury, Bury – nasz bohater”.
Chociaż agresja haseł utrzymała się na podobnym poziomie, liczba nacjonalistów uczestniczących w prowokacyjnym marszu wyraźnie spadła. – Tendencja jest pozytywna. To bardziej przechodzi już z zastraszania w rozbawianie – napisał na Twitterze Michał Kalina, prawosławny Podlasianin.

O kulcie zbrodniarza

Z prof. Olegiem Łatyszonkiem, historykiem z Uniwersytetu w Białymstoku, o „żołnierzach wyklętych” rozmawia Przemysław Prekiel.

 

Kim jest Romuald Rajs ps. „Bury” dla białoruskiej mniejszości w Polsce?

Romuald Rajs „Bury” to sprawdza największej zbrodni na Białorusinach dokonanej po II wojnie światowej na tym terenie. Wcześniej większych dokonywali tylko Niemcy. „Bury” w kilka dni zamordował ponad 80 osób, w tym wiele kobiet i dzieci. Dlatego jest dla Białorusinów symbolem prześladowcy.

 

Czy pamięć o tragicznych wydarzeniach na Podlasiu, już wojnie, jest nadal żywa?

Pamięć ta przygasała, lecz rozbudziło ją na nowo unieważnienie w 1995 r. wyroku sądu wojskowego skazującego „Burego” na karę śmierci. Równie ważne znaczenie miało też ujawnienie miejsca pochówku 30 białoruskich wozaków zamordowanych przez „Burego”. Do tego czasu rodziny nie wiedziały na pewno, co się z nimi stało. Wiele rodzin bardzo długo oczekiwało ich powrotu.

 

Panie profesorze, czy sprawy „Burego” nie przypomniała również kilka lat temu popularna pisarka Katarzyna Bonda i jej książka „Okularnik”. Tę książkę zadedykowała swojej babci, która padła ofiarą pacyfikacji wsi prawosławnych na Podlasiu w 1946 roku.

Jestem Pani Bondzie głęboko wdzięczny za to, że napisała o tej tragedii. Dzięki temu mnóstwo polskich czytelników dowiedziało się o istnieniu w Polsce Białorusinów i ich powojennej tragedii. Ale w tym czasie na Podlasiu sprawa była już znana.

 

Od kilku lat w Hajnówce odbywa się Marsz Żołnierzy Wyklętych, organizowany przez skrajną prawicę. Jak odbierają to mieszkańcy Hajnówki?

Nie mogę wypowiadać się w imieniu mieszkańców Hajnówki. O ile wiem, wielu Białorusinów odbiera to jako próbę ich zastraszenia. Na pewno jest to pokaz szowinistycznej buty i pogardy dla ofiar. Przecież jego uczestnicy skandują „Bury, Bury nasz bohater” w miasteczku, w którym mieszkają krewni ofiar jego zbrodni i potomkowie tych, co przeżyli. Poza tym wydaje mi się, że nie tylko w Białorusinach, lecz także w miejscowych Polakach marsz ten budzi obawy o zrujnowanie dobrego współżycia obu narodowości.

 

Skrajna prawica do dziś uważa, że prawosławne wsie na Podlasiu były oparciem dla komunistycznej władzy. Czy rzeczywiście tak było?

Trzeba pamiętać o tym, że sanacyjna Polska była krajem autorytarnym, wolnych wyborów w niej nie było, a przywódcy opozycji siedzieli w Berezie. Tylko wolne wybory mogłyby dać przynajmniej przybliżony obraz społecznego poparcia dla poszczególnych nurtów politycznych, a takich nie przeprowadzano. Tymczasem za przejaw skomunizowania uchodziło nawet domaganie się języka białoruskiego w szkole. Po wojnie sytuacja długo była niejasna, miejscowe władze komunistyczne opowiadały się za „repatriacją” ludności białoruskiej do ZSRR, terenie rządziło antykomunistyczne podziemie. Wobec tego ludzie nie garnęli się do działalności politycznej, chociaż część Białorusinów, tak jak i Polaków, władzę komunistyczną poparła. Z punktu widzenia Białorusinów była to władza polska i jako takiej jej się podporządkowali.

 

Kim były ofiary „Burego”? Ludzie przypadkowi czy jakoś zaangażowanie?

Tutaj można z całą pewnością stwierdzić, że były to ofiary w ogromnej większości w politykę nie zaangażowane. „Bury” palił białoruskie wsie i mordował ich ludność kierując się wyłącznie kryterium etnicznym i wyznaniowym. Celem było zastraszenie i wypędzenie Białorusinów do ZSRR. Sam „Bury” jasno powiedział w czasie procesu, że otrzymał rozkaz spalenia tych wsi „zasadniczo biorąc na podstawie faktu, że ludność ta nie repatriowała się do Związku Radzieckiego”. Tak więc nie była to pacyfikacja, lecz czystka etniczna.

 

Białostocki oddział IPN przyznał w swoim śledztwie, że działalność „Burego” nosi znamiona ludobójstwa. Co się zatem stało, że znalazł się on na sztandarach prawicy?

Jak rozumiem, chodzi o to, że „Bury” dowodził jednym z nielicznych dużych oddziałów podziemia antykomunistycznego, a legenda wojny potrzebuje bohaterskich walk, a nie strzelania zza węgła. Być może jest jeszcze jeden powód, chociaż ukryty w podświadomości, a przynajmniej publicznie nie wyartykułowany – zabijając Białorusinów „Bury” zabijał obcych, podczas gdy inni żołnierze wyklęci zabijali Polaków. Jednakże najważniejsza przyczyna wynika z samej istoty kultu „żołnierzy wyklętych”. Ponieważ mamy do czynienia z kultem, jego przedmiot ma charakter sakralny. Jako żołnierz wyklęty „Bury” musi być nieskalanie czysty i wszelkie racjonalne argumenty, że było inaczej, muszą być odrzucone.

 

Czy Pana zdaniem kult „żołnierzy wyklętych” z czasem nie osłabnie?

W pewnych środowiskach na pewno utrzyma się długo. Niemniej jednak wraz z upływem czasu pewne sprawy coraz mniej ludzi poruszają. Na ogół żywe emocje budzą tylko te wydarzenia, których uczestnicy jeszcze żyją, a tych już dzisiaj jest niewielu. Wiele zależy również od tego, kto będzie sprawował rządy w Polsce. Chociaż do kultu „żołnierzy wyklętych” przyłożyła rękę także Platforma Obywatelska, nie wydaje mi się, by obecnie była w jego rozwoju zainteresowana.

 

Czy zbrodnie dokonane przez „Burego” i jego żołnierzy rzutują jakoś na relacje Polaków i Białorusinów na Podlasiu?

Jeszcze raz chcę podkreślić, że chodzi tu nie tyle o historyczne zaszłości, co o współczesny kult „Burego” i „żołnierzy wyklętych”. Ten kult natrafia na opór społeczeństwa także i w polskich okolicach Podlasia, gdzie żołnierze ci działali i ich wyczyny są pamiętane. Na pomniku żołnierzy wyklętych w miejscowości Poświętne ktoś napisał „mordercy” i zamazał nazwisko „Burego”. A tam Białorusinów nie ma. Niemniej jednak jest rzeczą oczywistą, że ten kult zatruwa stosunki polsko-białoruskie zarówno na Podlasiu, jak i szerzej, w wymiarze międzynarodowym, wywołując protesty nie tylko na Białorusi, lecz także w Rosji. A żyjemy w bardzo niebezpiecznym miejscu i czasie.

Chronią pamięć mordercy

Nie milkną echa kuriozalnych usprawiedliwień białostockiej prokuratury w sprawie umorzenia śledztwa w sprawie propagowania faszyzmu.

 

Chodziło o uczestników III Marszu Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce w lutym 2018 roku (strajk.eu pisał o tym tutaj), zorganizowanego przez skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne organizacje takie jak ONR, Patriotyczna Jagiellonia, Narodowa Hajnówka, Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości”. Jego uczestnicy nieśli symbole jednoznacznie w przestrzeni publicznej kojarzone z ideami faszyzmu: krzyże celtyckie, symbole Falangi, trupie główki takie same, jak ten noszone formacje SS. Marsz za głównego swojego bohatera wziął Romualda Rajsa „Burego”, odpowiedzialnego za mordy na ludności cywilnej.
Podczas samego marszu organy państwa nie reagowały na używaną przez jego uczestników symbolikę, więc Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar złożył w marcu zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstw podczas przejścia prawicowców, a mianowicie publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa i znieważenia osób wyznania prawosławnego z Hajnówki. Policja umorzyła postępowanie, prowadzone pod nadzorem prokuratury we wrześniu tego roku. Prokuratura tę decyzję policji zaakceptowała trzy dni później. Teraz przyszedł czas na wyjaśnienia tej kuriozalnej decyzji, zaskarżonej zresztą przez RPO.
Prokurator rejonowy Karol Radziwonowicz uznał, że „Bury” był „postacią niejednoznaczną”, powołał się na jego rehabilitację przez sąd w 1995 roku. A skoro był niejednoznaczną postacią, to nie można go przedstawiać w sposób jednoznacznie negatywny. Zaś co do symboli, to cóż, trupia główka była elementem odznaki podziemia polskiego, a nie wiadomo jaki miała mieć kształt, więc nie można tez uznać, że to chodziło o symbol SS, krzyż celtycki zaś nie musi być symbolem rasistowskim, powołała się prokuratura białostocka na wyrok sądu z Warszawy, wprawdzie już dawno zakwestionowanego, ale to przecież nie szkodzi.
Wydaje się, że po uzasadnieniu, że swastyka jest hinduistycznym symbolem szczęścia, białostocka prokuratura chce przejść do historii jako ślepa na oczywiste fakty struktura wymiaru sprawiedliwości.