W Legii już zmieniono trenera

Po porażce z Górnikiem Zabrze właściciel Legii Warszawa Dariusz Mioduski nieoczekiwanie dokonał zmiany trenera. W poniedziałek w miejsce zwolnionego Aleksandara Vukovicia zatrudnił selekcjonera reprezentacji Polski U-21 Czesława Michniewicza. Nowy szkoleniowiec stołecznego klubu będzie łączył te funkcje.

Vuković był trenerem piłkarzy Legii od 2 kwietnia 2019 roku. W poprzednim sezonie wywalczył mistrzostwo Polski, ale w obecnym prowadzony przez niego zespół zawodził oczekiwania właściciela klubu. Posada serbskiego szkoleniowca była zagrożona już od porażki z Omonią Niokozja w 2. rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów, bo awans do fazy grupowej tych elitarnych rozgrywek to niezmienne marzenie Dariusza Mioduskiego. Planem awaryjnym jest zakwalifikowanie się do fazy grupowej Ligi Europy, ale w prezentowanej obecnie formie warszawski zespół ma na to niewielkie szanse. Pokazała to dobitnie sobotnia porażka z Górnikiem Zabrze w 4. kolejce ekstraklasy. Vuković najwyraźniej nie był w stanie zagwarantować szefowi klubu radykalnej poprawy jakości gry, a już w czwartek 24 września legionistów czeka mecz w 3. rundzie eliminacji Ligi Europy z mistrzem Kosowa Dritą Gnjilane, zaś w przypadku oczekiwanego zwycięstwa tydzień później, 1 października, potyczka w 4. rundzie z mistrzem Azerbejdżanu Karabachem Agdam. A między tymi spotkaniami także u siebie zagra w 5. kolejce ligowej ze Śląskiem Wrocław. Trudno o bardziej sprzyjający układ gier. Pieniądze do zarobienia w Lidze Europy są znacznie mniejsze niż w Lidze Mistrzów, ale gra idzie w najgorszym razie o 2,9 mln euro.
Nie dawał gwarancji sukcesu
Serbski trener jako piłkarz spędził w Legii siedem sezonów, a od 2015 roku pracuje w sztabie szkoleniowym stołecznego klubu i w poniedziałek zakończył swoje trzecie podejście do roli trenera pierwszego zespołu. Gdy w kwietniu 2019 roku zastępował Portugalczyka Ricardo Sa Pinto, miał być „trenerem na lata”. Pewnie dlatego prezes i zarazem właściciel Legii Dariusz Mioduski w komunikacie zamieszczonym na stronie internetowej klubu poświęcił mu wiele ciepłych słów. „Bardzo dziękuję Vuko za to co zrobił dla Legii, nie tylko przez ostatnie półtora roku jako trener I drużyny, z którą zdobył Mistrzostwo Polski, ale także na przestrzeni ostatnich lat. Zawsze mogliśmy na niego liczyć, szczególnie w trudnych momentach i nigdy nie bał się brać odpowiedzialności. Należy mu się za to ogromny szacunek ze strony Klubu i kibiców. Bardzo rozwinął się też jako trener, szybko się uczył i rozwijał, dlatego jestem pewien, że będzie osiągał dalsze sukcesy w swojej karierze trenerskiej. Wiem też, że jest oraz pozostanie prawdziwym Legionistą i zawsze tak będziemy go w Klubie traktować. Dzisiaj musieliśmy jednak podjąć trudną decyzję, która wynika z faktu, że nadrzędnym celem Legii jest realizacja celów sportowych, w tym awans do pucharów europejskich. Uznaliśmy, że zmiana na stanowisku trenera pozwoli na szybszą poprawę gry naszej drużyny, co jest niezbędne ze względu na nadchodzące mecze decydujące o awansie do fazy grupowej Ligii Europy”.
Dalsze losy Vukovicia na razie są niewiadomą. Stołeczny klub i tak musi mu zapłacić pełny kontrakt, więc z szukaniem nowej pracy nie musi się spieszyć. Serb prowadził legionistów w 65 meczach, z których 36 wygrał, 12 zremisował, a w 17 doznał porażek. Wywalczył wicemistrzostwo, a w poprzednim sezonie zdobył dla stołecznego klubu 14. mistrzowski tytuł.
Michniewicz na dwóch stołkach
Zatrudniony w poniedziałek w miejsce Vukovicia 50-letni Czesław Michniewicz dostał od Mioduskiego dwuletni kontrakt. Ponieważ od 7 lipca 2017 roku nowy trener Legii pracuje w PZPN w roli selekcjonera kadry młodzieżowej, musiał uzyskać zgodę szefa związku Zbigniewa Bońka na podjęcie pracy w stołecznym klubie. Ustalono, że do zakończenia eliminacji do Młodzieżowych Mistrzostw Europy będzie łączył obie posady. Pierwszy problem pojawi się w meczu o Superpuchar z Cracovią, który został wyznaczony na 9 października, gdy kadra U-21 grać będzie z Serbią (9 października) i Bułgarią (13 października).
Legia jest dziesiątym klubem w trenerskiej karierze Michniewicza. W przeszłości był szkoleniowcem Lecha, Zagłębia Lubin, Arki, Widzewa, Jagiellonii, Polonii Warszawa, Podbeskidzi, Pogoni i Bruk-Betu Nieciecza. Z Zagłębiem zdobył mistrzostwo Polski, a z Lechem wywalczył Puchar oraz Superpuchar Polski.
Zadania jakie właściciel Legii postawił Michniewiczowi są oczywiste – awans do fazy grupowej Ligi Europy, obrona mistrzowskiego tytułu i zdobycie Pucharu Polski. Jeśli przy tym wyraził też oczekiwanie, żeby zespół grał ładny dla oka, widowiskowy futbol, to raczej chyba się nie doczeka, bo Michniewicz największą wagę przywiązuje do gry defensywnej.
Kto następny do zwolnienia?
W miniony weekend zmiany szkoleniowca zaczęli domagać się fani Wisły Kraków, rozdrażnieni porażką ich ulubieńców 0:3 z Wisłą Płock. Trener „Białej Gwiazdy” Artur Skowronek, którego w poprzednim sezonie wychwalano przy Reymonta pod niebiosa, po porażce z „Nafciarzami” usłyszał z trybun: „To jest prawda oczywista, to jest właśnie wuefista” oraz „Zmieniaj trenera, hej Kuba zmieniaj trenera”. Poprawić notowania u kibiców swojej drużyny będzie mu trudno, bo w 5. kolejce wiślaków czeka wyprawa do Zabrza, a Górnik już jednego trenera w tym sezonie zmienił.
Nieciekawie wygląda też sytuacja trenera Piasta Gliwice Waldemara Fornalika. Po czterech kolejkach jego zespół z wylądował na ostatnim miejscu w tabeli mając zerowy dorobek punktowy, zero strzelonych goli i cztery stracone. Nietrudno więc zauważyć, że Vuković stracił posadę będąc w znacznie lepszym położeniu od Fornalika, bo zostawił zespół na 7. miejscu z dorobkiem sześciu punktów i bilansem bramkowym 5:6.

Prawa telewizyjne kością niezgody

W tej chwili wszystko przemawia za tym, że nasza piłkarska ekstraklasa pod koniec maja wznowi rozgrywki. Jeśli tak się stanie, na konta 16 klubów wpłyną pieniądze z ostatniej transzy za prawa medialne. Nadawcy chcą jednak renegocjować umowę, co w ekstraklasie wzbudziło lekką panikę.

Jeśli uda się wznowić rozgrywki PKO Ekstraklasy w wyznaczonym terminie, czyli w dniach 28-30 maja, to pozostałe do zakończenia sezonu 11 kolejek ligowych udałoby się rozegrać do 20 lipca. Jeżeli tak się stanie, to TVP wypłaci Ekstraklasie SA wszystkie należności, zawarte w umowie dotyczącej pokazywania jednego spotkania ligowego w każdej kolejce. „Zgodnie z zawartym kontraktem mamy jeszcze do końca rozgrywek 11 meczów. Od początku powtarzam, że przy odwołaniu sezonu wypłacenie całej kwoty z kontraktu telewizyjnego byłoby niegospodarnością, bo zamówiona usługa nie została przecież wykonana, w czym nie ma winy TVP. Jeżeli jednak zamówione przez nas mecze się odbędą, to telewizja wywiąże się ze wszystkich zobowiązań. Jestem w tej sprawie w stałym kontakcie z Ekstraklasą SA i stacją Canal+, z którą czujemy się wspólnie odpowiedzialni za ten produkt. Jeśli rozgrywanie meczów okaże się niemożliwe, będziemy rozmawiać. Albo kontrakt będzie renegocjowany, albo za każdy nieodbyty mecz będziemy potrącać pieniądze. Wydaje mi się jednak, że w tej chwili sytuacja zmierza w dobrym kierunku. Kluby chcą grać, piłkarze chcą grać, jest wsparcie premiera, dlatego jestem dobrej myśli” – powiedział Szkolnikowski.
Wygląda jednak na to, że po drugiej stronie barykady podjęto pierwsze działania na wypadek niepowodzenia restartu rozgrywek. Po przeprowadzonych zdalnie, ale ponoć dość burzliwych naradach Rada Nadzorcza Ekstraklasy SA upoważniła jej prezesa, Marcina Animuckiego, do rozmów w sprawie ewentualnych zmian w obecnie obowiązującym kontrakcie telewizyjnym, który w tym sezonie i następnym (2020/2021) gwarantuje klubom 250 milionów złotych za sezon, ale także do podjęcia negocjacji warunków nowego kontraktu telewizyjnego, który zacznie obowiązywać od sezonu 2021/2022. Personalną rozgrywkę w tej istotnej kwestii wygrał właściciel Legii Dariusz Mioduski, który nie tylko poparł reprezentującego w radzie interesy Lecha Poznań Amunickiego, ale pozyskał też dla niego poparcie przedstawicieli Lechii Gdańsk i Jagiellonii Białystok.
Piast na czele niezadowolonych
Nie spodobało się to działaczom klubów, które nie mają swoich przedstawicieli w Radzie Nadzorczej, co nie dziwi zważywszy na fakt, że nie zostali nawet poinformowani o decyzjach, jakie zapadły podczas narady. Także na oficjalnej stronie internetowej Ekstraklasy nie pojawił się w tej sprawie żaden komunikat. A przecież chodzi o kluczową dla wszystkich klubów sprawę i poważne pieniądze. Tu i ówdzie pojawiły się spekulacje, że grupa najsilniejszych klubów, która zgarnia największą część medialnego tortu, jest gotowa złożyć obecnym partnerom telewizyjnym czyli Canal+ i TVP propozycję przedłużenia wygasającej w czerwcu przyszłego roku umowy w zamian za stuprocentową wypłatę ostatniej transzy z tego sezonu, opiewającej na wspomniane już 70 mln złotych.
Z tej puli najwięcej otrzymają trzy czołowe zespoły, ale głównym beneficjentem będzie ekipa mistrza ligi. W tej chwili pewniakiem do zdobycia tego tytułu jest Legia, która ma na koncie 51 pkt i wyprzedza drugiego w tabeli Piasta Gliwice o osiem „oczek”. Jeśli legioniści utrzymają pierwsze miejsce do końca rozgrywek, stołeczny klub zgarnie z owych 70 mln złotych aż 19 milionów. Ta kwota pozwoli Mioduskiemu utrzymać płynność finansową i jakoś przetrwać „czas zarazy”. Takie rozwiązanie byłoby korzystne także dla dwóch kolejnych zespołów, które dostaną odpowiednio 13 i 10 mln złotych. Za zajęcie miejsca poza podium z tej puli wypłaty będą mniejsze, bo za czwartą lokatę jest to 6,1 mln złotych, za piątą 5,2 mln, szóstą 2,8 mln, siódmą 2,4, a ósmą 1,7 mln złotych.
Kiepsko na podziale wyjdą natomiast zespoły z grupy spadkowej. Najlepsza w tym towarzystwie drużyna, czyli dziewiąta w stawce, dostanie 1,4 mln złotych, ale im niżej, tym gorzej – od 12. miejsca wypłaty nie przekroczą pół miliona. W podziale pozostałej do wypłaty transzy uwzględniono premie dla klubów, które zakwalifikują się do europejskich pucharów (31,5 mln zł), fundusz solidarnościowy dla zespołów z dolnej ósemki (1,2 mln) i tzw. parasol ochronny dla spadkowiczów (2,3 mln zł). Termin wypłaty ostatniej transzy wyznaczony jest na lipiec, ale warunkiem jest zakończenie rozgrywek i ustalenie ostatecznej kolejności w tabeli.
To pobieżne zestawienie pokazuje, że zakulisowe działania w radzie nadzorczej mogły nie spodobać się głównie klubom z dolnych rejonów tabeli. I to jest prawda, ale o dziwo raban podnieśli działacze Piasta Gliwice, domagając się przestrzegania w tym trudnym czasie solidarności klubowej, czyli działania w interesie wszystkich.
Nikt nikomu nie robi łaski
Po stronie buntujących się przeciwko dyktatowi potentatów „klubom środka” nieoczekiwanie stanął PZPN, czyli de facto prezes Zbigniew Boniek. Sternik naszego futbolu skomentował sprawę krótko: „Negocjacje czy renegocjacje kontraktu na prawa telewizyjne w tej chwili są kompletnym nieporozumieniem. Kontrakt, który obowiązuje, stanowi jasno, że pieniądze z ostatniej transzy i tak muszą być wypłacone. Nikt nikomu łaski nie robi. Zajmowanie się teraz czymkolwiek innym niż restart ligi to zawracanie głowy”.
Widać jednak ktoś już teraz zamieszał w tym „kociołku”. I bynajmniej nie bez powodu. Nie wiadomo przecież kiedy kibice wrócą na stadiony, więc nadawcy telewizyjnie zyskali dodatkowy argument w negocjacjach i z pewnością nie będą chcieli podwyższyć obecnej oferty opiewającej na 250 mln złotych za sezon. Zatem przedłużenie umowy za ćwierć miliarda o dodatkowy sezon, a nawet dwa, może okazać się najrozsądniejszym rozwiązaniem.

Tak bardzo chcą grać, że aż strach

Nawet właściciel Legii Warszawa w końcu wymusił na piłkarzach pierwszego zespołu ich zgodę na obniżkę wynagrodzeń. Zawodnicy stołecznego zespołu do końca czerwca będą pobierać o 30 procent mniej pieniędzy, zaś pozostałe 70 procent zostanie im wypłacone w ratach. To efekt zawieszenia rozgrywek z powodu epidemii. Na razie jednak nikt jeszcze w polskim futbolu, podobnie jak i w innych dyscyplinach sportu, nie rozważa czarnego scenariusza opartego na prognozach WHO, zakładającego iż pandemii nie da się opanować nie tylko do lipca tego roku, lecz być może nawet do końca następnego.

Dla nikogo nie ulega wątpliwości, że konieczność zmagania się z wirusem Covid-19 w takiej długiej perspektywie czasowej zrujnuje nie tylko świat sportu, ale życie nas wszystkich. Trzeba zakładać, że podczas organizowanych za pomocą wideokonferencji narad ich uczestnicy rozmawiają też o takich sprawach, bo gdyby tego nie robili, byliby skończonymi głupcami. Co prawda do tego biznesu nie pcha się kwiat „białych kołnierzyków” i przez to nawet wronie łatwo w nim wybić się na orła, lecz przecież w fundamentalnych kwestiach decydujące słowo należy do właścicieli klubów. Teoretycznie powinni oni stanowić w Ekstraklasie SA siłę zdolną do dokonania wszelkich zmian służącym ochronie ich najważniejszego interesu, jakim jest uchronienie klubów przed bankructwem bez konieczności finansowania deficytu z własnej kieszeni.

Barwny poczet właścicieli klubów

W tym tygodniu do grona właścicieli klubów PKO Ekstraklasy dołączyli Jakub Błaszczykowski, Tomasz Jażdżyński i Jarosław Królewski, którzy przejęli 90 procent akcji SSA Wisła Kraków. Błaszczykowski to 108-krotny reprezentant Polski i nadal czynny piłkarz, Jażdżyński to twórca portalu internetowego Interia, a obecnie prezes zarządu Gremi Media SA, wydawcy m.in. „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”, zaś Królewski działa w branży informatycznej i nowatorskich technologii.
Ten tercet dołączył do mocno zróżnicowanej pod każdym względem grupy ludzi. W niej najgrubszy portfel ma chyba właściciel większościowego pakietu akcji Cracovii Janusz Filipiak, do którego należy informatyczna firma Comarch, bo jest jedynym z właścicieli klubów PKO Ekstraklasy umieszczanym w rankingach najbogatszych Polaków tworzonych przez „Forbesa” i „Wprost”. Jego majątek szacowany jest na ponad 700 mln złotych, co daje mu jednak dość odległe miejsce pod koniec pierwszej setki zestawienia. Filipiak posiada 66 procent akcji Cracovii, a z klubem związany jest od 2002 roku, najpierw jako sponsor, a potem jako współwłaściciel i od 2004 roku także jako prezes zarządu.
Weteranem pod względem stażu w naszej klubowej piłce jest też właściciel Lecha Poznań Jacek Rutkowski, który zaczynał jeszcze w latach 90. ub. wieku tworząc należący do jego fabryki sprzętu AGD klub fabryczny Amica Wronki, który w 2006 roku dokonał fuzji z zagrożonym wtedy bankructwem poznańskim klubem.
Dariusz Mioduski działa w Legii od 2004 roku. Był w radzie nadzorczej za czasów ITI (2004-2013), a potem do spółki z Bogusławem Leśnodorskim odkupił klub od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a od marca 2017 roku jest jedynym właścicielem warszawskiego klubu. Wygrał wtedy głośną licytację z Leśnodorskim i Maciejem Wandzlem. Ale od tej pory Legia ani razu nie zakwalifikowała się do fazy grupowej europejskich pucharów, a w poprzednim sezonie straciła nawet prymat w lidze na rzecz Piasta Gliwice. 56-letni Mioduski jest doktorem nauk prawnych po Harvardzie. W latach 2007-2013 zarządzał Kulczyk Investments SA – największą grupą kapitałową w Polsce.
Prezesem i zarazem głównym udziałowcem jest też Jarosław Mroczek z Pogoni Szczecin, 65-letni inżynier, który pod koniec lat 80 założył z kolegami ze stoczni firmę EPA zajmującą się montażem sprzętu nawigacyjnego i elektroniki na statkach. Potem EPA rozszerzyła swoją działalność na energetykę wiatrową i dzisiaj należy do największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosiły się władze odradzającej się Pogoni. EPA zaczęła od przejęcia 5 procent akcji, teraz ma ich 74, zaś Mroczek prezesem „Portowców” jest już od 9 lat.
Jednego właściciela ma też Raków Częstochowa. Beniaminek ekstraklasy należy do Michała Świerczewskiego, właściciela sieci sklepów ze sprzętem komputerowym. Mocno rozproszony akcjonariat ma Jagiellonia Białystok, ale najmocniejszą pozycję w tym towarzystwie ma prezes klubu Cezary Kulesza, były piłkarz „Jagi”, który po zakończeniu kariery zbił fortunę w branży muzycznej. W 1994 roku założył wytwórnię „Green Star”, która specjalizuje się do dzisiaj w muzyce dico polo. Z kolei Tomasz Salski, prezes i główny właściciel Łódzkiego Klubu Sportowego, jest potentatem w branży pogrzebowej. Należąca do jego rodziny „Klepsydra” to drugi największym dom pogrzebowy w Łodzi. Jest też właścicielem największej na świecie firmy zajmującej się międzynarodowym transportem ciał. Pod jego rządami ŁKS wrócił do ekstraklasy i chociaż teraz grozi mu spadek do I ligi, nie będzie to dramatem. Miasto kończy właśnie budowę nowego stadionu na 18 tys. widzów, więc przyszłość klubu nie wygląda źle. Dominik Midak to najmłodszy właściciel klubu w PKO Ekstraklasie, ma 24 lata i jest synem potentata w branży recyclingu, gospodarowaniu odpadami i oczyszczaniu ścieków Włodzimierza Midaka. Klan Midaków ma 75 procent akcji Arki Gdynia, których jednak pilnie chce się pozbyć.
Głównymi właścicielami pozostałych pięciu klubów ekstraklasy są gminy albo spółki Skarbu Państwa. Do pierwszej grupy należą Górnik Zabrze, Piast Gliwice, Śląsk Wrocław i Wisła Płock, a właścicielem Zagłębia Lubin jest KGHM. Natomiast Korona Kielce i Lechia Gdańsk mają niemieckich właścicieli. Właścicielem kieleckiego klubu jest rodzina Hundsdoerferów, zaś gdańskiego rodzina Wernzów. Mimo to radni obu miast sukcesywnie uchwalają wielomilionowe dotacje dla tych klubów.

Bez oligarchów, szejków i miliarderów

Jak widać, nie ma w tym gronie oligarchów wedle wschodniego wzorca, arabskich szejków czy azjatyckich inwestorów, szastających setkami milionów dolarów na transfery piłkarzy z najwyższej półki. Nawet KGHM, chociaż to światowy potentat w wydobyciu i obróbce miedzi, więc spokojnie mógłby uczynić z Zagłębia Lubin najbogatszy klub ekstraklasy, nie zdradza takich ambicji i na swój mecenat przeznacza rozsądne kwoty. Nie jest to więc dobre środowisko dla rekinów piłkarskiego biznesu, zarabiających grube pieniądze na transferach. Z polskiej ligi agenci piłkarscy rocznie drenują 35-40 mln złotych, co i tak jest skandalicznym marnotrawstwem ze strony klubów, zaś za granicę eksportują graczy po zaniżonych cenach, czego dowodzi przykład choćby Krzysztofa Piątka, którego z Cracovii do Genui przeflancowano za niewiele ponad 5 mln euro, a już pół roku później ten włoski klub opchnął go do AC Milan za 35 mln euro. Największe kwotowo transfery (Jan Bednarek, Sebastian Szymański) póki co realnie tylko zbliżyły się do granicy sześciu milionów euro. To jednak wcale nie oznacza, że poza granicami nie ma zainteresowania piłkarzami z Polski. Owszem, jest, lecz zachodnie kluby wyjmują głównie utalentowanych juniorów, za których płacą grosze w porównaniu z ich rówieśnikami z innych krajów.
Nikt nie próbuje z tym walczyć, co powinno zastanawiać, bo to przecież jest wbrew interesom polskich klubów zawodowych, czyli de facto ich właścicieli. W tej sytuacji nie można mieć do nich pretensji, że masowo importują piłkarzy zagranicznych, którzy w tej chwili stanowią blisko połowę graczy zatrudnionych przez kluby ekstraklasy. Niestety, nie są to zawodnicy wysokiej klasy i w gruncie rzeczy szkoda na nich marnować pieniądze, ale z drugiej strony niejednokrotnie są znacznie tańsi od naszych piłkarzy, bo do polskich klubów przechodzą na ogół na zasadzie wolnych transferów i nie trzeba za nich płacić milionów za transfery. A za utalentowanych, młodych polskich graczy z niższych lig już trzeba, bo nie tylko w ekstraklasie, lecz także na niższych poziomach rozgrywkowych piłkarscy menedżerowie nie myślą kooperacyjnie, tylko kupiecko – szybko zarobić i szybko wydać, a przy okazji coś tam skubnąć dla siebie. Tak właśnie funkcjonował dotąd współczesny futbol i ludzie, którzy za plecami właścicieli klubów omotali go pajęczyną skomplikowanych układów i powiązań, bardzo chcą aby po wygaśnięciu pandemii koronawirusa wszystko w nim pozostało w niezmienionej formie.

Domena futbolowej korporacji

Co może temu przeszkodzić? W pierwszej kolejności rzecz jasna masowe bankructwa klubów, do czego może nieuchronnie doprowadzić przedłużenie zakazu organizowania imprez sportowych o kolejne miesiące. To oczywiście nie oznacza końca piłki nożnej, co najwyżej koniec w jej obecnej, skrajnie skomercjalizowanej formie. Nietrudno przecież sobie wyobrazić naszą ekstraklasę oraz niższe ligi, w których rywalizują zespoły półprofesjonalne czy wręcz amatorskie, w których piłkarze znów będą grać głównie dla przyjemności, lokalnej sławy i miłych wspomnień, a nie jak teraz wyłącznie dla pieniędzy. Na utrzymanie takich drużyn starczyłyby bez problemu dotacje z samorządów, wpłaty od sponsorów oraz wpływy ze sprzedaży biletów i sprzedaży praw telewizyjnych.
Ktoś powie, że to brednie, bo nikogo taka liga by nie interesowała. Polemizować z tym zarzutem nawet nie wypada, bo zanegować go mogło tylko sprawdzenie w realnej rzeczywistości, czego przecież nikt z nas na serio by nie chciał, bo to by oznaczało, że cały dotychczasowy porządek naszego świata legł w gruzach. To byłaby zdecydowanie zbyt wysoka cena za poskromienie niepohamowanej pazerności obecnych animatorów futbolu, którzy ten ludyczny kiedyś sport zawłaszczyli i przekształcili w dążącą do nieustannego zwiększania zysków ogólnoświatową korporację. A jak wiadomo, koroporacje rządzą światem, a jak uczy historia, ci co mają władzę nigdy z niej nie rezygnują z własnej, nieprzymuszonej woli. Ktoś musi ich do tego przymusić lub wręcz ją odebrać. Jeśli chodzi o futbol, którego globalne obroty szacowane są już na ponad bilion dolarów, może to, niestety, zrobić tylko taki kataklizm, jakim powoli staje się pandemia koronawirusa.
Póki co futbolowa korporacja walczy o przetrwanie, co widzimy także w Polsce, gdzie mimo wciąż rosnącej liczby zachorowań na koronawirusa rząd zaczyna ulegać naciskom piłkarskiego lobby i przymierza się do wydania zgody na wznowienie rozgrywek pod koniec maja. Powód jest oczywisty – kluby dążą do wznowienia rozgrywek, żeby otrzymać ostatnią transzę od nadawców telewizyjnych. Do podziału na 16 klubów jest łącznie 67 mln złotych, czyli po ok. 4,2 mln „na głowę”. Czy to nie dziwne, że dla takich stosunkowo niewielkich pieniędzy stawia się na szali zdrowie wielu ludzi?
Plan zakłada, że piłkarze wrócą na boiska w środę 27 maja (tego dnia mają zostać rozegrane spotkania Pucharu Polski), a w piątek 29 maja zostać rozegrane mecze 27. kolejki PKO Ekstraklasy. Nie są to przesądzone terminy, bo nikt nie wie jak rozwinie się pandemia w naszym kraju.

UEFA chce zakończyć sezon do 3 sierpnia

Epidemia wciąż trwa, ale piłkarzy nikt nie zwalnia z obowiązków – ani kluby, ani krajowe federacje, ani też stojąca na szczycie futbolowej hierarchii FIFA. W miniony weekend prezydent UEFA Aleksander Ceferin podał, że graniczną datą zakończenia obecnego sezonu jest 3 sierpnia. Także w Polsce panuje przekonanie, że to realny termin.

Ta graniczna data zmieniała się już kilkakrotnie. Podczas pierwszej telekonferencji na szczycie europejskiej piłki, przeprowadzonej 17 marca, UEFA apelowała do władz krajowych federacji, żeby obecny sezon ligowy zakończyły do 30 czerwca, bo tego dnia kończą się kontrakty zawodnikom. Rozwój pandemii koronawirusa zmusił jednak piłkarskie władze do zmiany stanowiska i już 1 kwietnia oficjalnie podano, że rozgrywki mogą zostać przedłużone, a w klubom dano możliwość zawierania krótkoterminowych umów z tymi graczami, którym kończyły się one 30 czerwca, a byli ważnymi graczami w drużynach.
Stanowisko UEFA jak na razie zlekceważyła jedynie liga belgijska, która postanowiła zakończyć rozgrywki z uznaniem kolejności w tabeli po ostatniej rozegranej kolejce. Decyzja Belgów wywołała burzę w europejskiej federacji, a jej władze zagroziły nawet wykluczeniem belgijskich (i każdej innej ligi, która postąpi podobnie) wyrzuceniem z europejskich pucharów. Nie można było jednak przedłużać tego sezonu w nieskończoność, a już pojawiały się spekulacje, że na przykład Liga Mistrzów może skończyć się dopiero w połowie sierpnia.
Dlatego prezydent Aleksander Ceferin postanowił je przerwać i w wypowiedzi udzielonej niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF oznajmił: „Wszystkie rozgrywki, także Liga Mistrzów i Liga Europy, muszą zostać zakończone do 3 sierpnia. Sytuacja jest nadzwyczajna, więc będzie można grać w tych samych terminach zarówno mecze ligowe, jak i w europejskich pucharach. Musimy być elastyczni”.
Piłkarze wrócą, kibice nie
Ale o ile piłkarze w czerwcu powinni wrócić do gry, to raczej na pewno przyjdzie im rywalizować bez udziału publiczności. „To oczywiste, że piłka nożna bez kibiców nie jest tym samym sportem, co z ich udziałem. Nie mamy jednak wyboru, bo w obecnej sytuacji lepiej jest grać bez kibiców na trybunach, ale mieć transmisje telewizyjne z meczów, bo dzięki temu kluby otrzymają pieniądze z tytułu praw telewizyjnych i od sponsorów” – stwierdził Ceferin.
Z najnowszych ustaleń wynika, że nasze piłkarskie ligi mają wznowić rozgrywki w połowie czerwca, o ile rzecz jasna epidemia koronawirusa zacznie do tego czasu wygasać. Taki termin najczęściej wymieniany jest w dyskusjach podczas wideokonferencji z udziałem klubów ekstraklasy i I ligi. Nie ma jednak pewności, czy uda się rozegrać wszystkie spotkania, bo zostało jeszcze sporo kolejek – w PKO Ekstraklasie 11, zaś w I lidze i II lidze po 12. Piłkarze musieliby grać praktycznie co trzy dni, a przecież pozostaje jeszcze do dokończenia rywalizacja w Pucharze Polski.
Nikt jednak w naszym futbolowym światku nie kwestionuje tych planów, wręcz przeciwnie – panuje powszechna determinacja, żeby z tego rozwalonego kompletnie przez epidemię sezonu uratować tyle pieniędzy, ile się tylko da. Straty zapowiadają się jednak potężne i w klubach już słychać dzwony alarmowe. Władze większości z nich skorzystały już z możliwości obniżenia wynagrodzeń piłkarzy w usankcjonowanej przez rozporządzenie rady nadzorczej Ekstraklasy SA maksymalnej 50-procentowej opcji. Poinformowały o tym m.in. Śląsk Wrocław, Cracovia, Pogoń Szczecin, Wisła Kraków, Lechia Gdańsk. W pozostałych jeszcze toczą się w tej sprawie negocjacje, ale zawodnicy stoją w nich na straconej pozycji.
Nawet Legia tnie zarobki
Nawet w uchodzącej za najbogatszy w PKO Ekstraklasie klub Legii Warszawa pracę straciło już 40 osób zatrudnionych w działach marketingu, sprzedaży i obsługi medialnej, a pozostałym pracownikom, w tym także trenerom z wszystkich pionów szkoleniowych, płace obcięto o 50 procent. W tej sytuacji wątpliwe jest, by piłkarze uniknęli redukcji płac o połowę. A jest z czego kroić, bo Legia ma w swojej kadrze najwięcej zawodników zarabiających ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie, a wśród nich rekordzistów ekstraklasy pod tym względem – Artura Jędrzejczyka (250 tys. złotych miesięcznie), Chorwata Domagoja Antolicia (150 000 zł), Janusza Gola (Cracovia, 130 000 zł), Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech Poznań, 120 000 zł), Holendra serbskiego pochodzenia Marko Vejinović (Arka Gdynia, 120 000 zł), Filipa Starzyńskiego (Zagłębie Lubin, 115 000 zł), Czarnogórca Marko Vesovicia (Legia, 113 000 zł), Litwina Arvydasa Novikovasa (Legia, 100 000 zł), Chorwata Ivana Runje (Jagiellonia Białystok, 100 000 zł), Słowaka Dusana Kuciaka (100 000 zł). Ta lista niekoniecznie musi odzwierciedlać stan faktyczny ani pod względem podawanych kwot, ani stworzonej na ich podstawie hierarchii.
Wysokość zarobków jest we wszystkich klubach pilnie strzeżoną tajemnicą, a jeśli jakieś wiadomości w tej kwestii wyciekają do mediów, zazwyczaj są to „przecieki kontrolowane”, służące do wywołania chwilowego wzburzenia opinii publicznej i nastawienia jej przeciwko „szokująco wysoko opłacanym piłkarzom”. Właśnie teraz mamy do czynienia z taką sytuacją, bo klubowi działacze właśnie zmuszają zawodników do zgody na 50-procentowe cięcia zarobków.
Sponsorzy wypowiadają umowy
Właściciel i prezes Cracovii Janusz Filipiak z powodu epidemii utknął w Szwajcarii i z tego kraju podejmuje decyzje. W wypowiedzi dla TVP Sport przyznał: „U nas wszyscy sponsorzy wypowiedzieli umowy, bo liga nie gra, więc nie mają reklamy, za którą płacą. Piłkarze mogą mieć roszczenia, tylko co z tego, skoro pieniędzy w klubowej kasie nie ma. A banki, o czym jestem przekonany, nie będą dawać klubom kredytów na pensje piłkarzy. To jest oczywiste. Tymczasem Canal+ zapłaci ostatnia transzę za prawa medialne dopiero jak rozgrywki zostaną wznowione. To nie będą przelewy wsteczne”.
Filipiak przyznał, że jego firma, Comarch, będzie musiała zmniejszyć finansowe zaangażowanie w Cracovię. Nie planuje jednak wyjścia z klubu i twierdzi, że poradzi sobie z utrzymaniem drużyny. „Na korzyść Comarchu działa to, że sprzedajemy usługi wirtualne. Cały czas obserwujemy biznesowy barometr firmy i on nie wygląda źle. Dlatego w tej chwili nie rozpatruję wycofania się z dalszego finansowania Cracovii. Ale na pewno rozważymy stopień zaangażowania. On na skali nie będzie wynosił zero, ale też nie sięgnie 100 procent jak do tej pory. Klub utrzymamy, ale tylko przy rozsądnych kosztach” – zapewnia właściciel Cracovii.

Niezgodę odpuścili, Lewego nie powinni

Major League Soccer nie należy do najbardziej popularnych rozgrywek sportowych w Stanach Zjednoczonych, ale… piłka nożna w tym kraju dynamicznie się rozwija i ma się coraz lepiej. Niedawno brazylijski gwiazdor Neymar zadeklarował, że za kilka lat zagra w MLS w barwach zespołu Inter Miami. Głównym animatorem tego klubu, który dopiero zadebiutuje w tej lidze, jest David Beckham. Ale udane sezony w MLS ma za sobą wielu graczy o uznanych nazwiskach, jak choćby Zlatan Ibrahimović czy Wayne Rooney, a ochotę na to ma wielu innych, także Robert Lewandowski. Na razie jednak Amerykanie wyciągają z Polski zawodników o mniej znanych nazwiskach.

W latach 70. i 80. ubiegłego wieku mimo administracyjnych ograniczeń do USA na sportowe saksy wyjechała jednak całkiem spora grupa piłkarzy, wśród nich także reprezentanci Polski o znanych na świecie nazwiskach, jak Kazimierz Deyna, Władysław Żmuda, Robert Gadocha, Stanisław Terlecki, Zdzisław Kapka, Adam Musiał czy Adam Nawałka. Nie oni jednak tworzyli historię Major League Soccer, bo ligę powołano do życia dopiero w 1993 roku, rok przed rozegranymi w Stanach Zjednoczonych mistrzostwami świata w piłce nożnej, zakończonymi triumfem reprezentacji Brazylii. Rozgrywki ruszyły jednak dopiero w 1996 roku i chociaż nie wróżono im długiego żywota, mimo silnej konkurencji ze strony NBA, NHL, MBL i NFL przetrwały i w marcu zainaugurują jubileuszowy 25 sezon.
MLS nie jest ligą wedle europejskiego modelu. Gra w systemie wiosna-jesień, nie ma w niej spadków i awansów, a system rozgrywek jest taki, jak w innych zawodowych ligach amerykańskich, czyli z podziałem na konferencje, sezon zasadniczy i play off. W pierwszym sezonie w rozgrywkach wystartowało dziesięć zespołów, obecnie jest ich 26, a w najbliższych latach mają dołączyć jeszcze trzy. Zarobki piłkarzy są kontrolowane przez władze ligi, a zasady wynagradzania obowiązują wszystkie kluby. Nie przeszkadza to w płaceniu największym gwiazdom krociowych wynagrodzeń, ale też uniemożliwia, jak ma to miejsce w Europie, zatrudnianiu większej liczy takich graczy w jednym zespole.
Skromny wkład Polaków w MLS
Zresztą w MLS w ostatnich kilku latach zmienił się trend. Dzisiaj kluby nie chcą już stawiać na boiskowych weteranów w rodzaju Ibrahimovicia czy Rooneya, jak robiły to od początku istnienia ligi. Skorzystało na tym też kilku znanych polskich piłkarzy, także reprezentantów Polski. W 1996 roku do MLS trafił Robert Warzycha (Columbus Crew), dwa lata później w Chicago Fire pojawił się tercet Piotr Nowak, Roman Kosecki i Jerzy Podbrożny, a w do Tampa Bay Matiny trafił Jacek Ziober. W kolejnych latach strumień graczy z naszego kraju był już cieniutki – w 2000 roku w Columbus Crew mignął Mirosław Rzepa, w 2003 roku w New York MetroStars Andrzej Juskowiak (zagrał tylko sześć meczów i strzelił jednego gola). Pięc lat później do Chicago Fire zawitał „Francek, łowca bramek”, czyli Tomasz Frankowski. Zaliczył tylko jeden sezon, 16 występów, w których zdobył dwie bramki. Po nim w 2010 roku w ekipie z Chicago pojawił się Krzysztof Król, w 2011 roku w Sporting Kansas City Konrad Warzycha, a w 2015 roku w Toronto FC Damien Perquis.
W 2019 roku w MLS mieliśmy trzech graczy – do Chicago Fire powędrował Przemysław Frankowski, do FC Cincinatti Przemysław Tytoń, a do Philadelphia Union Kacper Przybyłko. Zrobili dobrą markę polskim piłkarzom – Frankowski rozegrał 31 meczów i strzelił 5 goli, a Przybyłko w 26 występach strzelił 15 goli.
Przed tegorocznym sezonem za ocean powędrował z Pogoni Szczecin do New England Revolution 23-letni Adam Buksa oraz z Legii Warszawa do Portland Timbers 24-letni lider klasyfikacji strzelców naszej ekstraklasy Jarosław Niezgoda. Obaj są świetnym przykładem nowego modelu biznesowego stosowanego przez kluby MLS, które zaczęły ściągać do siebie młodych, utalentowanych i głodnych sukcesu zawodników z całego świata i coraz śmielej uczestniczyć w międzynarodowym rynku transferów piłkarskich. Zachęcają je do tego przypadki takich graczy, jak Miguel Almiron, który z MLS przeszedł do angielskiego Newcastle za 24 mln euro), Alphonso Daviesa oddanego do Bayernu Monachium za 10 mln euro czy Zacka Steffena, który trafił do Manchesteru City za 8 mln euro.
Kluby MLS oprócz rozwijania swoich akademii piłkarskich, intensywnie też wyszukują utalentowanych graczy w krajach Ameryki Południowej, ale na tym rynku panuje silna konkurencja i ceny są mocno wyśrubowane, dlatego futbolowi skauci z MLS coraz chętniej penetrują mniejsze ligi europejskie, w tym także polską ekstraklasę. Nie wszyscy polscy piłkarze są chętni na przeprowadzkę za ocean. Oprócz Buksy i Niezgody tej zimy oferty kontraktowe z amerykańskich klubów mieli jeszcze Jacek Góralski (ostatecznie wybrał kazachski Kajrat Ałmaty), Damian Kądzior (wolał pozostać w Dinamie Zagrzeb) oraz Patryk Klimala (wybrał Celtic Glasgow).
W polskiej lidze wciąż jest tanio
Wyciągnięcie piłkarza z PKO Ekstraklasy wciąż jest tanim biznesem. Przemysław Frankowski zimą 2018 roku przeszedł z Jagielloni Białystok do Chicago Fire za skromne półtora miliona euro, ale tej zimy za Buksę ekipa New England Revolution zapłaciła Pogoni Szczecin już 4 mln euro, zaś Portland Timbers za Niezgodę 3,5 mln euro, a dopłaci jeszcze prawie milion, jeśli okaże się, że po zabiegu kardiologicznym przeprowadzonym już w USA ten piłkarz całkowicie pozbył się problemów z sercem. W sumie polski futbol w tym sezonie reprezentować będzie w MLS pięciu zawodników. Dla porównania, Francja ma 12 graczy, Anglia 10, Hiszpania dziewięciu, Niemcy i Szwecja po siedmiu, a Holandia i Dania po sześciu. Obiektywnie rzecz oceniając, MLS jest dobrym miejscem do rozwoju dla młodych piłkarzy, a dla tych z Polski ponadto także atrakcyjnym pod względem zarobków. Przybyłko w Philadelphii Union w pierwszym sezonie otrzymywał 277 tysięcy dolarów, teraz będzie dostawał dwukrotnie wyższą gażę, bo ma kontrakt progresywny. Tytoń z kolei jako bramkarz FC Cincinnati zarabia 330 tysięcy dolarów, ale już Frankowski w Chicago Fire dostaje 661 tysięcy rocznej pensji, a w tym sezonie ta kwota wzrośnie, bo jego kontrakt także jest progresywny. Niezgoda w Portland Timbers także wedle nieoficjalnych informacji ma zarabiać około jednego miliona dolarów za sezon, co jest kwotą niemal czterokrotnie wyższą od tej, jaką płaciła mu Legia.
To spora różnica, lecz bynajmniej nie jest efektem gorszej kondycji finansowej stołecznego klubu, tylko raczej skutkiem chaotyczni prowadzonej w nim polityki płacowej. Skądinąd wiadomo przecież, że w kadrze Legii są zawodnicy zarabiający rocznie na tym poziomie, choćby 32-letni obrońca Artur Jędrzejczyk. Z punktu widzenia interesów klubu zdecydowanie bardziej opłacalnym interesem byłaby podwyżka gaży do takiego poziomu dla obiecującego 24-letniego napastnika, który po 20 kolejkach rundy jesiennej miał na koncie 14 goli i przewodził w klasyfikacji strzelców PKO Ekstraklasy, bo Legia ma szansę odzyskać w tym sezonie mistrzowski tytuł, a więc jej szefowie powinni już dzisiaj myśleć o budowie zespołu zdolnego do zakwalifikowania się do Ligi Mistrzów, bo takie osiągnięcie przyniosłoby o wiele większe zyski niż te 3,5 mln dolarów wzięte już teraz od Portland Timbers za Niezgodę. Nie trzeba też chyba dodawać, że ten piłkarz, jako król strzelców ekstraklasy i z występami w Champions League na koncie, pod koniec tego roku zyskałby znacznie na wartości. Gdyby wtedy przeszedł do MLS, dostałby tam wtedy status faktycznej gwiazdy, bo dzisiaj jest w Stanach Zjednoczonych piłkarzem anonimowym i na dorobku.
Nie puszczać Lewego za ocean
Nie ulega wątpliwości, że w tej chwili jedynym polskim piłkarzem, który za oceanem mógłby zrobić prawdziwą promocję polskiej piłce nożnej, jest Robert Lewandowski. Ona nawet jakiś czas temu wyraził ochotę na taką przeprowadzkę, ale odkąd przedłużył kontrakt z Bayernem Monachium do 2024 roku, jego nazwisko w kontekście występów w MLS przestało pojawiać się nawet w najbardziej niepoważnych medialnych spekulacjach. Co bynajmniej nie musi oznaczać, że temat definitywnie upadł. Lewandowski pod względem motorycznym jest wyjątkowym piłkarzem nie tylko jak na polskie realia i pod tym względem dorównuje nawet Cristiano Ronaldo, a pamiętajmy, że Portugalczyk, chociaż ma już 35 lat, wciąż regularnie strzela gole i bez trudu wytrzymuje maksymalne obciążenia meczowe. Polak ma teraz 31 lat, a gdy będzie wygasał jego obecny kontrakt z Bayernem, osiągnie obecny wiek Cristiano Ronaldo i można w ciemno założyć, że tak samo jak on nadal będzie zdolny do gry na najwyższym światowym poziomie.
Dla polskiego futbolu byłoby zdecydowanie korzystniej, gdyby wtedy „Lewy”, już po wypełnieniu kontraktu z Bayernem i jako wolny zawodnik, zamiast szukać szczęścia za oceanem jako gwiazdor MLS, wybrał opcję powrotu do polskiej ekstraklasy. A jeśli taki wariant zakończenia piłkarskiej kariery poważnie rozważa, a ponoć rozważa, to zważywszy na jego rozliczne interesy i rodzinne korzenie jedynym klubem, w którym z sensem mógłby zagrać, jest Legia Warszawa. Chociaż kiedyś nie poznano się tu na jego talencie, jego powrót na jeden czy dwa sezony zapewniłby Legii nie tylko światowy rozgłos, ale co ważniejsze – stworzyłby możliwości rozwoju o jakich dzisiaj włodarze na Łazienkowskiej mogą jedynie marzyć.
Pozyskanie Lewandowskiego, bynajmniej nie wyłącznie w roli zawodnika, powinno dla obecnie jedynego właściciela stołecznego klubu Dariusza Mioduskiego być najważniejszym celem strategicznym. Taki partner byłby dla niego bezcennym wsparciem. Dla niekwestionowanych korzyści wizerunkowych, sportowych i biznesowych jakie Legia mogłaby odnieść dzięki „Lewemu”, naprawdę warto podzielić nie tylko podzielić się z nim władzą w klubie, lecz nawet oddać ją w jego ręce.

Nowa odsłona wojny o ekstraklasę

Prezes PZPN Zbigniew Boniek ostatni rok swoich rządów zaczął od krucjaty na rzecz kolejnej reformy rozgrywek ekstraklasy. Krótko mówiąc, chce przywrócić tej lidze klasyczną formułę, bez fazy play off i podziału na grupy mistrzowską i spadkową, tylko jak już było u nas dawniej – ekstraklasa ma liczyć 18 drużyn i grać w rytmie dwurundowym jesień-wiosna. Nie bardzo było jednak wiadomo, komu w Ekstraklasie SA pomysł prezesa się podoba, a komu nie, bo w tym gremium zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją w końcu właściciel i prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski.

Sądząc po gniewnym tonie Mioduskiego, sternikowi najsilniejszego polskiego klubu piłkarskiego pomysł powiększenia ekstraklasy do 18 zespołów raczej się spodobał, ale chyba znacznie bardziej zirytowała go arbitralny styl wymuszania przyjęcia tego rozwiązania. „Ogłaszanie decyzji przez media, a potem pozorowanie konsultacji, niekonstruktywna krytyka oraz demonstracja siły poprzez deprecjonowanie i obchodzenie Ekstraklasy, która jest własnością klubów i w której PZPN jest jednym z akcjonariuszy, to droga donikąd. A na pewno nie jest to droga ku lepszej przyszłości. Szkoda, że Zbigniew Boniek chce naprawiać ekstraklasę dopiero na finiszu kadencji. Nie przeczę, zmiany są konieczne, ale samo powiększanie ligi, i to przy ignorowaniu opinii spółki Ekstraklasa oraz klubów, które reprezentuje, nie tylko niczego trwale nie poprawi, ale dodatkowo pogłębi wewnętrzne spory. I dlatego co niektórzy łączą te działania ze czekającymi nas wkrótce wyborami w PZPN, dopatrując się w nich bardziej przyziemnej motywacji, związanej z chęcią podzielenia środowiska związanego z Ekstraklasą i 1. ligą oraz dążeniem do zachowania przez obecnego prezesa wpływów przy założeniu, że nie uda mu się wpłynąć na zmianę prawa umożliwiającą wybór na kolejną kadencję. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale mam nadzieję, że motywy wszczęcia tej dyskusji wynikają wyłącznie z kierowania się dobrem polskiego futbolu” – stwierdził na łamach „PS” prezes Legii, ale także członek rady nadzorczej Ekstraklasy SA, członek Club Competition Committee UEFA oraz wiceprzewodniczący Europejskiego Stowarzyszenia Klubów.
Sześć propozycji prezesa Legii
Prezes Mioduski, żeby nie być gołosłownym w tej kontrze, wymienia sześć pomysłów na naprawę naszej klubowej piłki. Po pierwsze, postuluje zmiany w dystrybucji pieniędzy z praw telewizyjnych i od sponsorów – mniej za bycie w ekstraklasie, a dużo więcej na premiowanie wystawiania do gry polskich piłkarzy i promowanie talentów. Po drugie – domaga się dofinansowania infrastruktury szkoleniowej. Po trzecie – uważa, że przy podziale pieniędzy jeszcze mocniej trzeba premiować kluby ze ścisłej czołówki. Po czwarte – zamiast zwiększać liczbę spadkowiczów, należy wręcz przeciwnie, ograniczyć ją do ostatniej drużyny, a przedostatniej nakazać grać baraż z wicemisterze 1. ligi. Jako piąty postulat wymienia stworzenie koncepcji połączenia praw telewizyjnych pierwszej ligi oraz ekstraklasy i sprzedawania ich wspólnie jako jednego produktu, co bez wątpienia byłoby przełomem i przyjęciem europejskich standardów. I wreszcie w szóstym punkcie Mioduski domaga się zniesienie bezsensownego przepisu zakazującego klubom posiadania zespołu rezerw z klasie rozgrywkowej o szczebel niższej.
Te propozycje, na ogół słuszne, nie wyczerpują rzecz jasna katalogu niezbędnych reform, jakie należałoby wprowadzić w polskim futbolu. Boniek nie zawracał sobie takimi sprawami głowy przez prawie osiem lat swoich rządów i tego grzechu zaniechania przez te ostatnie kilka miesięcy nie zdoła naprawić. Dlatego trudno nie przyznać Mioduskiemu racji, że być może cała ta „zadyma” ma tylko na celu skłócenie środowiska, żeby łatwiej było w wyborach nowych władz PZPN przeforsować układ personalny zdolny do utrzymania wpływów obecnej ekipy rządzącej związkiem.
To sprawy nie powinny być jednak częścią debaty dotyczącej sposobów uzdrowienia najwyższej piłkarskiej klasy rozgrywkowej w Polsce. Bo o tym, że jest chora, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Najlepiej świadczy o tym jej żenująco niskie miejsce w prowadzonym przez UEFA rankingu lig europejskich. W najnowszym notowaniu w 2020 roku PKO Ekstraklasa zjedzie z 29. na 32. miejsce, co jest efektem braku osiągnięć w europejskich pucharach. W ostatnich czterech sezonach żadnej polskiej drużynie klubowej nie udało się awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy.
Mimo spadku sportowego poziomu rozgrywki naszej piłkarskiej ekstraklasy wciąż cieszą się względnie dużym zainteresowaniem. Może dlatego, że polska liga, chociaż słaba, jest produktem ładnie opakowanym. Nawet topowe ligi w Europie nie mają około 100 meczów w sezonie transmitowanych w telewizji w technologii 4K. W tym sezonie TVP pokazuje jeden hitowy mecz z każdej kolejki w kanałach otwartych, co od razu przełożyło się na wzrost wskaźników oglądalności ekstraklasy w telewizji o 36 procent. Dla klubów wpływy ze sprzedaży praw telewizyjnych to główny składnik ich przychodów. Nowa umowa z nadawcami jest dzięki hojności Canal+ i TVP wyższa o 60 procent od poprzedniej i urosła do kwoty blisko ćwierć miliarda złotych za sezon.
Pieniędzy przybywa, poziom słabnie
Dlaczego zatem zespoły grające w PKO Ekstraklasy, mimo rosnących z roku na rok przychodów nie rosną w siłę pod względem sportowym? Czeskie, słowackie, serbskie czy chorwackie kluby mają znacznie niższe budżety od polskich, gorszą infrastrukturę stadionową, słabszą frekwencję, a mimo to przebijają się w miarę regularnie do europejskiej elity. W czym może więc tkwić problem?
Najprościej rzecz ujmując, w braku współpracy. Zarządzająca rozgrywkami Ekstraklasa SA jest wspólną własnością wszystkich biorących udział w rozgrywkach klubów, ale każdy z akcjonariuszy pilnuje tylko własnego interesu i broni zażarcie swojej wolności w podejmowaniu decyzji, kształtowaniu polityki finansowej, kadrowej i szkoleniowej. Czy ktoś lub coś zabrania właścicielom klubów wypracować kilka obowiązujących zasad współdziałania? Na przykład: ustalić limit zatrudniania piłkarzy zagranicznych, zliberalizować system przepływu zawodników z klubu do klubu, także w trakcie trwającego sezonu, stworzyć wspólnie program finansowego wspierania dobrze rokujących zawodników z niższych lig, którzy w zamian byliby w każdym oknie transferowym rozdzielani po klubach na zasadzie znanego z amerykańskich lig draftu. Wszystko to ma służyć podnoszeniu jakości sportowej piłkarskich widowisk i przez to ich atrakcyjności.
A o tym, niestety, animatorzy polskiego futbolu zdają się kompletnie nie myśleć. A powinni, bo przecież rozgrywki ligowe przed wszystkim mają być rozrywką, a skoro tak, to jak każdy show muszą zaspokajać potrzeby widzów. Do tego samo „opakowanie”, nawet najbardziej efektowne, na dłuższą metę nie wystarczy.
Grzech braku współpracy
Większość zespołów PKO Ekstraklasy gra na nowych stadionach, a pod tym względem ekipy beniaminków awansujących ostatnio z I ligi zwykle odstają. Dobrze z tego grona wypada jedynie dysponujące wsparciem możnego mecenasa jakim jest koncern KGHM Zagłębie Lubin, ale już Sandecja Nowy Sącz, Zagłębie Sosnowiec, Bruk-Bet Nieciecza, Miedź Legnica czy grające obecnie ŁKS Łódź i zwłaszcza Raków Częstochowa, zaniżają rażąco poziom. Dlatego bezsensowne wydaje się zwiększanie liczby spadkowiczów z ekstraklasy, zwłaszcza że są zastępowane przez zespoły wyłaniane wyłącznie na podstawie kryterium sportowego, niezbyt przecież w pierwszej lidze wymagającego.
W Europie wymiana drużyn między dwoma najwyższymi ligami jest ograniczana. W 18-zespołowej niemieckiej Bundeslidze bezpośrednio spadają dwa zespoły, w 12-zespołowej austriackiej – jeden. W Czechach, przy podobnym do naszego systemie gier, pewna spadku jest tylko jedna ekipa, a dwie grają baraże z ekipami z niżej ligi.
PZPN i Ekstraklasa SA dysponują wynikami analiz, z których jasno wynika, że wzrost poziomu sportowego ligi jest odwrotnie proporcjonalny do liczby zespołów. Wystarczy sprawdzić, ile zespołów gra w ligach wyżej notowanych od PKO Ekstraklasy: w Austrii 12, Czechach 16, Chorwacji 10, Serbii 16, Szwajcarii 10, Słowacji 12. Ale w tych krajach wspiera się kluby, które mają najwyższe pozycje w europejskim rankingu, bo jest tam świadomość, iż ich ewentualne sukcesy w europejskich pucharach leżą w interesie pozostałych zespołów z krajowej ligi.
W polskim futbolu wciąż jeszcze nikt w ten sposób nie działa, a czasem można nawet odnieść wrażenie, że nawet o tym nie myśli. Na zdrowy rozum oddanie np. drużynie mistrza Polski najlepszego gracza na wypożyczenie niosłoby wymierne korzyści, bo zwiększałoby szanse na przebrnięcie najlepszego zespołu do fazy grupowej Ligi Mistrzów, a co za tym idzie, skutkowałoby cennymi punktami rankingowymi dla całej ligi. Klub wypożyczający bynajmniej na tym by nie stracił, bo zyskałby na wzroście transferowej wartości oddanego zawodnika. W praktyce i tak go zresztą sprzeda za granicę, lecz de facto za półdarmo i często bez sensu, o czym świadczą w ostatnich latach liczne złamane kariery wielu dobrze zapowiadających się młodych piłkarzy. Dzieje się tak także na szkodę reprezentacji Polski – vide przypadek Bartosza Kapustki.
Myślą tylko o pieniądzach
Sytuacja bynajmniej się nie poprawia, wręcz przeciwnie, bo rośnie liczba chybionych transferów z dokonanych w ostatnim roku. Z młodych zawodników dobrze w nowym klubie poradził sobie tak naprawdę tylko Sebastian Szymański, który po przejściu z Legii Warszawa do Dynama Moskwa błyskawicznie wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Inni nie mieli tyle szczęścia. W tej samej lidze rosyjskiej przepadł na przykład szybki jak wiatr skrzydłowy Lechii Gdańsk Konrad Michalak, który w obecnym sezonie uzbierał zaledwie 228 minut w Achmacie Groznym, oglądając aż 13 spotkań ligowych z ławki rezerwowych. Zagrał w sześciu, spotkaniach, ale tylko w jednym w pełnym wymiarze czasowym.
Inny taki smutny przykład, to także młodzieżowy reprezentant Polski Filip Jagiełło, wykupiony z Zagłębia Lubin przez Genoę. W tym włoskim klubie markę wyrobił sobie Krzysztof Piątek, ale Jagiełło już takiego szczęścia nie miał. W tym sezonie zagrał tylko w pięciu meczach, ale tylko dwukrotnie wystawiany był w pierwszym składzie. Miał przy tym pecha, bo gdy on dostawał szansę, zespół zawsze przegrywał i tracił przy tym mnóstwo goli.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda sytuacja ocierającego się o pierwszą reprezentację Polski Szymona Żurkowskiego, za którego Fiorentina zapłaciła Górnikowi Zabrze 3,7 mln euro. 22-letni pomocnik w tym sezonie rozegrał tylko dwa mecze – w pierwszym pojawił się na boisku na 60 sekund, a w drugim na 9 minut. Wielki talent tego piłkarza ewidentnie jest marnotrawiony.
Nie jest tajemnicą, że nasi piłkarze są łatwym celem dla pozbawionych skrupułów agentów. W polskiej lidze pogoń za pieniądzem jest głównym powodem uprawiania tego sportu. Ledwie wchodzący w dorosłe życie młodzi gracze, nie mający za sobą żadnych znaczących dokonań, chętnie ruszają w świat na poniewierkę dla paru euro więcej, niż mogliby zarobić w kraju. Ten szkodliwy trend można przerwać, oferując tym młodym ludziom mądrą wizję rozwoju kariery i finansowe wsparcie. Ekstraklasa SA i PZPN mają na to dość środków i możliwości, muszą jednak zacząć działać wspólnie.

Chwała hojnym mecenasom

Kto jest najbardziej wpływową postacią w polskim sporcie? Miesięcznik „Forbes” najwyższe miejsce na swojej liście przyznaje prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi, drugie Adamowi Małyszowi, a trzecie Robertowi Lewandowskiemu. Dopiero na czwartym miejscu znalazł miejsce dla szefa WADA Witolda Bańki. To nie jedyna bzdura w tym zestawieniu.

Ranking „Forbesa” oparto na dwóch kryteriach – opiniach 20 ekspertów, głównie z branży marketingu sportowego (70 procent wskazań w łącznej ocenie) oraz badaniach tzw. oddźwięku społecznego (pozostałe 30 procent). To trochę tłumaczy dlaczego na jednej liście najwięksi mecenasi polskiego sportu musieli konkurować m.in. z popularnymi komentatorami sportowymi oraz czynnymi sportowcami. Nie tłumaczy jednak zdumiewającego faktu, że mecenasi tę rywalizację przegrali. Dla przykładu – właściciel Polsatu Zygmunt Solorz w zestawieniu najbardziej wpływowych osób w branży sportowej wg. „Forbesa” zajął dopiero 11. miejsce, chociaż ma w ręku stację telewizyjną od lat mocno stawiającą na sport, a do tego sieć telekomunikacyjna Plus, która jest sponsorem głównym siatkarskiej ekstraklasy mężczyzn oraz reprezentacji narodowej.

Jeszcze niżej od Solorza, bo na 22. miejscu, eksperci „Forbesa” umieścili prezesa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego. Pomijając jego propagandowe wspieranie rządzącej prawicowej koalicji, to trzeba przyznać, że na niwie sportowej mocno się zasłużył. W okresie jego czteroletnich rządów publiczny nadawca znacznie poszerzył ofertę transmisji sportowych, a kodowany wcześniej kanał TVP Sport przeniósł do naziemnej telewizji cyfrowej. TVP pokazuje też po mecz piłkarskiej ekstraklasy oraz reprezentacji piłkarskiej, siatkarzy i siatkarek.

Na szczycie listy najbardziej wpływowych postaci nie powinno też zabraknąć szefów największych spółek skarbu państwa, jak PKN Orlen, PGNiG, PGE, Grupa Azoty, Enea, właścicieli klubów sportowych finansujących ich działalność także z własnej kieszeni, jak Dariusza Mioduskiego (właściciel i prezes aktualnego lidera piłkarskiej ekstraklasy Legii Warszawa), Janusza Filipiaka (właściciel i prezes wicelidera ekstraklasy Cracovii), Bertusa Servaasa (właściciel najlepszego polskiego zespołu piłki ręcznej PGE Vive Kielce) czy Dariusza Miłka, właściciela najlepszej polskiej zawodowej grupy kolarskiej CCC, jedynej w światowej elicie.

 

Trudno jest rządzić w ekstraklasie

Pod względem sportowym nasza piłkarska ekstraklasa to europejska druga liga, czego najlepszym dowodem jest żenująco słaba postawa jej najlepszych drużyn w europejskich pucharach. Prezes PZPN Zbigniew Boniek mówi wprost, że winni temu są ludzie zarządzający na co dzień klubami. Ta raczej kontrowersyjna ocena.

W odróżnieniu od prezesa PZPN, który jako szef piłkarskiego związku nie wykłada na jego działalność własnych pieniędzy, większość sterników ligowych klubów w większym lub mniejszym stopniu łoży na ich utrzymanie ze swojej kieszeni. Do prezesów, którzy zarazem są też właścicielami lub co najmniej współudziałowcami klubów, zaliczają się Janusz Filipiak (Cracovia), Dariusz Mioduski (Legia), Cezary Kulesza (Jagiellonia), Jarosław Mroczek (Pogoń Szczecin) i Tomasz Salski (ŁKS Łodź). Trudno stwierdzić, za którym z nich stoją większe pieniądze, ale jeśli wierzyć informacjom o wysokości budżetów poszczególnych klubów, to na szali największe kwoty kładzie właściciel stu procent akcji stołecznej Legii.

Mioduski pojawił się w Legii już w 2004 roku, gdy klub przejął holding ITI. Został wtedy członkiem rady nadzorczej, a 10 lat później do spółki z Leśnodorskim odkupił Legię od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a potem wykupił od współudziałowców pozostałe 40 i od 2,5 roku jest jedynym właścicielem stołecznego klubu. Przejął Legię pół roku po awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale jak do tej pory nie zdołał powtórzyć tego osiągnięcia. W dwóch kolejnych sezonach legioniści odpadali w kwalifikacjach europejskich pucharów w żenującym stylu, a w minionym sezonie straciła nawet prymat na krajowym podwórku na rzecz Piasta Gliwice. To jednak Legia w tym sezonie jako jedyna z kwartetu naszych „pucharowiczów” dotarła do ostatniej fazy eliminacji (rewanżowy mecz z Glasgow Rangers zakończył się po zamknięciu wydania).

Filipiak z kolei jest jedynym w gronie właścicieli naszych piłkarskich klubów szefem i właścicielem spółki notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych. Jego Comarch jest jedną z największych polskich firm informatycznych, działa w 31 krajach. Na liście najbogatszych Polaków „Forbesa” znalazł się na 95. miejscu. Poza nim w tym zestawieniu nie ma innego właściciela polskiego klubu piłkarskiego.

Wszechwładny szef Jagiellonii Cezary Kulesza działa w branży muzycznej specjalizującej się w segmencie disco polo i finansowa przejrzystość nie jest mu potrzebna. Kulesza w Jagiellonii jako działacz pojawił się 2008 roku, zostając dyrektorem sportowym. Potem wszedł do zarządu klubu, a w styczniu 2010 roku został jego prezesem. W białostocki klub zainwestował własne pieniądze, ale dzisiaj jest jednym z dziewięciu współwłaścicieli. Takiego rozproszenia nie ma w żadnym innym klubie ekstraklasy, ale nie jest tajemnicą, że Kulesza ma w Jagiellonii decydujące zdanie. Jak wieść niesie w najbliższych wyborach władz PZPN zostanie wystawiony do walki o fotel prezesa i ma duże szanse go zdobyć.

Jarosław Mroczek tuż przed ustrojową transformacją założył z kolegami w Szczecinie firmę EPA, dzisiaj jednego z największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosili się działacze odradzającej się po bankructwie Pogoni. Nie odmówił, bo jako dziecko sam grał w szczecińskim klubie. Dzisiaj EPA ma 74 procent akcji, zaś Mroczek od 2011 roku pełni z powodzeniem także funkcję prezesa Pogoni.

ŁKS-em z nie mniejszym powodzeniem rządzi natomiast Tomasz Salski, właściciel firmy „Klepsydra” zarządzającej siecią domów pogrzebowych i krematoriów na terenie Łodzi, Koluszek i Krakowa. Przy jego dużym udziale łódzki zespół powrócił do ekstraklasy po siedmiu latach przerwy. Najpierw tylko wspierał klub finansowo, ale w 2016 roku stanął na jego czele zastępując Marka Saganowskiego i Tomasza Wieszczyckiego. Pod wodzą Salskiego piłkarze ŁKS-u awansowali rok po roku z III ligi do ekstraklasy.
Trudno powiedzieć dlaczego ekstraklasa, mając w swoich szeregach takich obrotnych ludzi, nie jest w stanie w swoim gronie wypracować takie zasady współpracy, żeby jej poziom sportowy systematycznie wzrastał. Zwłaszcza, że w pozostałych 11 klubach rządzą ludzie znający się na rzeczy. Prezesami na pełny etat są Karol Klimczok w Lechu, Wojciech Cygan w Rakowie Częstochowa, Piotr Waśniewski w Śląsku Wrocław, Grzegorz Stańczuk w Arce Gdynia, Paweł Żelem w Piaście Gliwice, Piotr Obidziński w Wiśle Kraków, Mateusz Drożdż w Zagłębia Lubin, Krzysztof Zając w Koronie Kielce czy wreszcie pełniący od niedawna funkcję prezesa zarządu Lechii Gdańsk Janusz Biesiada, wcześniej znany w działalności w siatkówce.
Tymczasem jest tak, że skauci z klubów zachodniej Europy bezkarnie buszują po Polsce i wyciągają za bezcen utalentowanych graczy, a jeśli już na boiskach ekstraklasy objawi się jakiś talent, jest sprzedawany w porównaniu z europejskimi realiami za przysłowiową czapkę gruszek.

Wspomniany już Janusz Filipiak jeszcze dekadę temu stawiał w Cracovii na polskich piłkarzy, także na wychowanków. Teraz w ekipie „Pasów” są gracze z całego świata, ale największe pieniądze w ostatnich latach na transferach krakowski klub zarobił ze sprzedaży Bartosza Kapustki i Krzysztofa Piątka.

Zestaw par 7. kolejki PKO Ekstraklasy
Piątek: Arka Gdynia – Górnik Zabrze, godz. 18:00, sędziuje Jarosław Przybył;
Korona Kielce – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak.
Sobota: Wisła Płock – ŁKS Łódź, godz. 15:00, sędziuje Krzysztof Jakubik;
Piast Gliwice – Lechia Gdańsk, godz. 17:30, sędziuje Paweł Raczkowski;
Wisła Kraków – Zagłębie Lubin, godz. 20:00, sędziuje Daniel Stefański.
Niedziela: Śląsk Wrocław – Pogoń Szczecin, godz. 15:00, sędziuje Piotr Lasyk;
Lech Poznań – Cracovia, godz. 17:30, sędziuje Bartosz Frankowski;
Legia Warszawa – Raków Częstochowa, godz. 20:00, sędziuje Tomasz Musiał.

 

Spór o Ligę Mistrzów UEFA

W europejskim futbolu toczy się ostra dyskusja o przyszłości europejskich pucharów, których obecna formuła obowiązuje do 2024 roku. Najbogatsze kluby chcą po tym terminie zamienić Ligę Mistrzów w zamknięte rozgrywki tylko w swoim gronie.

O zmianie obecnego formatu Champions League dyskusja toczy się już od dłuższego czasu. Europejskie Stowarzyszenie Klubów (ECA), zrzeszające wszystkie największe kluby na Starym Kontynencie, dąży do zreformowania pucharowych rozgrywek. Według UEFA na razie nie podjęto w tej kwestii żadnych wiążących decyzji, ale według doniesień o przebiegu narady jaka miała miejsce w ubiegłym tygodniu z udziałem UEFA i przedstawicieli największych europejskich lig, ECA zaprezentowała już swoją propozycję zmian.

Z przecieków wynika, że bogate kluby chcą wprowadzenia od sezonu 2024/2025 w miejsce obecnie obowiązujących rozgrywek pucharowych trzystopniową „ligę europejską”. Najwyższy poziom, odpowiednik Ligi Mistrzów, składałby się z 32 drużyn, ale 24 najlepsze w danym sezonie miałyby mieć zagwarantowany start w kolejnej edycji, co byłoby końcem obecnie obowiązującej reguły, iż kwalifikacje do pucharów europejskich zdobywane są w rozgrywkach krajowych. W tej koncepcji dla zwycięzców 54 europejskich lig narodowych w elicie byłyby tylko cztery miejsca.

Konkurencyjne wobec ECA stowarzyszenie European Leagues, które zrzesza 35 lig z 28 krajów, w tym polską, jest przeciwne tej propozycji, czemu dała wyraz także podczas narady zorganizowanej w miniony czwartek w Warszawie. W siedzibie Ekstraklasy S.A. Spotkali się szefowie 12 lig Europy, m. in. La Liga (Hiszpania), Premier League (Anglia), Bundesligi (Niemcy), Serie A (Włochy) i Ligue 1 (Francja).

W zarządzie EL jest m. in. prezes i właściciel Legii Warszawa Dariusz Mioduski, który rzecz jasna jest przeciwny inicjatywie ECA. „Zabetonowana Liga Mistrzów to nie największy problem polskich klubów. Walczymy o wskoczenie na stałe do klasy średniej europejskiej piłki, a dzisiejszy podział funduszy w pucharach pokazuje, że system jest zły. Dzieli na bogatych i biednych” – przekonuje Mioduski.

Trudno nie przyznać mu racji. Wprowadzona w 2016 roku reforma pucharowych rozgrywek ostatecznie zamknęła tzw. autostradę do Champions League, stworzoną za rządów byłego prezydenta UEFA Michela Platiniego dla słabszych lig, takich jak polska. Po wymuszonej skandalem korupcyjnym dymisji francuskiego działacza ECA wykorzystała okazję i przeforsowała zmiany, które utrudniły zespołom ze słabszych lig awans do przynoszącej krociowe zyski fazy grupowej Ligi Mistrzów. Co prawda polskie zespoły wykorzystały „autostradę” tylko raz, ale teraz nie godzą się odcięcie dostępu do piłkarskiego El Dorado.

Dość niespodziewanie po stronie przeciwników zmian proponowanych przez ECA opowiedziała się Niemiecka Liga Piłkarska (DFL), zrzeszająca dwie najwyższe klasy rozgrywkowe w tym kraju. Niemcy sprzeciwiają się jednak nie z powodów nierównego dostępu do pieniędzy, tylko nie godzą się na marginalizację rozgrywek krajowych. Wygląda jednak na to, że bogate kluby mimo sprzeciwów dopną swego i za kilka lat stworzą zamkniętą ligę, w której raczej na pewno nie będzie polskiego zespołu.

 

Lotto Ekstraklasy: Spadają głowy trenerów

Dla trenera Legii Ricardo Sa Pinto 27. kolejka ekstraklasy okazała się równie brzemienna w skutkach, jak dla trenera Lecha Adama Nawałki. Obaj po słabych występach swoich drużyn zostali zwolnieni. Ich los wkrótce podzielą następni.

Ricardo Sa Pinto został trenerem Legii 13 sierpnia zeszłego roku. Portugalczyk podpisał trzyletni kontrakt, ale popracował w stołecznym klubie tylko 231 dni. Po niedzielnej klęsce legionistów w wyjazdowym meczu z Wisłą Kraków (0:4) właściciel warszawskiego klubu Dariusz Mioduski, wstrząśnięty najwyższą porażką w lidze od 9 lat, podjął decyzję o odsunięciu Sa Pinto od prowadzenia zespołu. Dymisję kontrowersyjnego portugalskiego szkoleniowca w kręgach legijnych i w części mediów przyjęto z ulgą, ale obiektywnie rzecz oceniając za wyniki trudno tego trenera potępiać w czambuł – z 28 meczów pod jego wodzą Legia wygrała 15, siedem zremisowała, a tylko sześć przegrała.

Co prawda stołeczny zespół odpadł w ćwierćfinale Pucharu Polski z I-ligowym Rakowem Częstochowa, ale w lidze utrzymywał pozycję wicelidera i chociaż po porażce z Wisłą mimo miał pięciopunktową stratę do prowadzącej Lechii Gdańsk, to nie stracił bynajmniej jeszcze szans na obronę mistrzowskiego tytułu. W rundzie wiosennej legioniści zdobyli 12 punktów, tylko dwa mniej od Lechii, ale aż o pięć więcej od Lecha i cztery od Jagiellonii. Trudno powiedzieć, czy mianowany tymczasowym trenerem Aleksandar Vuković zdoła osiągnąć lepsze wyniki niż Ricardo Sa Pinto. Podobną niewiadomą będzie postawa zespołu Lecha po wodzą Dariusza Żurawia.

Miedziowi rycerzami wiosny

Tak na marginesie, w miniony wtorek w cieniu tych dwóch głośnych trenerskich dymisji z pracą w drugoligowym Górniku Łęczna pożegnał się Franciszek Smuda, który w przeszłości był szkoleniowcem zarówno Lecha, jak i Legii, a także, jak jeszcze niedawno Nawałka, selekcjonerem reprezentacji Polski. Ten przykład dowodzi, że w Polsce w każdej klasie rozgrywkowej jest tak samo i nic trenera przed dymisją nie chroni – ani wiek, ani dawne dokonania, ani kontraktowe zapisy. Liczą się tylko wyniki i dopóki zespół zdobywa punkty, dopóty jego szkoleniowiec może spać spokojnie.W rozegranych w tym roku kolejkach ekstraklasy najlepiej wypadł zespół Zagłębia Lubin, który w siedmiu meczach (nie uwzględniamy wtorkowego spotkania 28. kolejki z Górnikiem Zabrze, które podobnie jak trzy inne rozegrane wczoraj – Cracovii z Koroną Kielce, Śląska Wrocław z Miedzią Legnica i Arki Gdynia z Lechią Gdańsk, zakończyły się po zamknięciu wydania) wywalczyło 16 punktów.
Na drugim biegunie znalazła się Arka Gdynia, która z siedmiu spotkań przegrała sześć, a w jednym wyszarpała remis. Nic więc dziwnego, że przed wtorkowymi derbami Trójmiasta z Lechią trener gdyńskiej drużyny Zbigniew Smółka przyznawał szczerze, iż jest to dla niego najważniejszy mecz w tym sezonie.

Holenderski trener Zagłębie Lubin Ben van Dael przejął zespół 28 listopada ub. roku po zwolnionym za słabe wyniki Mariuszu Lewandowskim i chociaż miał być jedynie prowizorką, został na dłużej. W tym roku „Miedziowi” pod jego wodzą wygrali pięć z siedmiu meczów, zdobywając 16 punktów. Pokonali Lecha, Miedź, Lechię, Pogoń i Wisłę Płock, a we wtorkowym spotkaniu z Górnikiem byli murowanymi faworytami.

Znakomicie w rundzie wiosennej spisuje się też Cracovia, który w siedmiu kolejkach zdobyła 15 punktów i dzięki temu trwale usadowiła się w grupie mistrzowskiej. Tylko jedno „oczko” ,mniej wywalczyła Lechia. Podopieczni Piotra Stokowca ograli Pogoń, Wisłę Kraków, Zagłębie Sosnowiec i niepokonane wcześniej w pięciu meczach z rzędu Piasta, więc przed wtorkowymi derbami na stadionie Arki byli pewni zwycięstwa.

Trudne zadanie strażaków

W siedmiu pierwszych wiosennych kolejkach po 12 punktów zdobyły Wisła Kraków, Legia Warszawa i Śląsk Wrocław, 11 zgromadziła Pogoń, 10 Górnik Zabrze, a po dziewięć Korona Kielce i ostatnie w tabeli Zagłębie Sosnowiec. Dopiero 12. w tabeli wiosennej części rozgrywek z dorobkiem ośmiu punktów plasuje się Jagiellonia Białystok, a za nią z siedmioma „oczkami” poznański Lech. To zaważyło, że po bezbramkowym remisie w Kielcach Adam Nawałka został zdymisjonowany. Kiepsko w siedmiu pierwszych kolejkach w tym roku wiodło się też zespołom Miedzi Legnica (sześć punktów) i Wisły Płock (cztery).
Już w środę wyjaśni się, czy zmiany szkoleniowców w Legii i Lechu miały sens.

Dariusz Żuraw został „strażakiem” w poznańskim zespole już po raz drugi w tym sezonie. Wcześniej „gasił pożar” po zwolnieniu Ivana Djurdjevicia i w dwóch meczach wywalczył cztery punkty, a jest to lepszy wynik niż miał Nawałka (1,45 pkt na mecz). Teraz czeka go jednak trudniejsze zadanie, bowiem w trzech ostatnich kolejkach przed podziałem ekstraklasy na dwie grupy „Kolejorz” będzie musiał walczyć o cenne punkty z Pogonią, Lechią i Jagiellonią, a już znalazł się w grupie spadkowej. Legii coś takiego nie grozi, lecz prezes Mioduski nie zmienił Vukoviciowi celu – on też ma walczyć o mistrzostwo.

Zestaw par 28. kolejki
Wtorek 2 kwietnia (wszystkie mecze zakończyły sie po zamknięciu wydania)): Cracovia – Korona Kielce; Śląsk Wrocław – Miedź Legnica; Arka Gdynia – Lechia Gdańsk; Zagłębie Lubin – Górnik Zabrze. Środa 3 kwietnia: Piast Gliwice – Wisła Płock, godz. 18:00; Lech Poznań – Pogoń Szczecin, godz. 18:00; Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30; Zagłębie Sosnowiec – Wisła Kraków, godz. 20:30.