Cristiano Ronaldo nie odpuszcza Lewemu

Gwiazdor Juventusu Turyn w niedzielę w ligowym meczu z Sassuolo zdobył 759. gola w karierze i wyrównał rekord zdobytych bramek, należący do Czecha Josefa Bicana. Cristiano Ronaldo w tym sezonie jest też najgroźniejszym konkurentem Roberta Lewandowskiego w wyścigu po „Złotego Buta”.

Cristiano Ronaldo zdobył historyczną bramkę w ostatniej akcji meczu Juventusu z Sassuolo, gdy ustalił wynik spotkania na 3:1 dla drużyny z Turynu. W obecnych rozgrywkach było to już 15. trafienie portugalskiego snajpera, który z takim dorobkiem prowadzi w klasyfikacji strzelców włoskiej Serie A. Jak wyliczyli futbolowi statystycy, gol wbity ekipie Sassuolo był w karierze Cristiano Ronaldo już 759. trafieniem, co oznacza, że wyrównał rekord strzelonych bramek dzierżony dotąd przez Czecha Josefa Bicana. Portugalski gwiazdor na zgromadzenie takiej liczby bramek potrzebował 1037 występów w oficjalnych spotkaniach. Ale ponieważ w tym sezonie prezentuje wyśmienitą formę, zapewne jeszcze w styczniu zostanie samodzielnym liderem tej klasyfikacji. W pięciu ostatnich meczach Juventusu w Serie A Cristiano Ronaldo zdobył pięć bramek. Jak policzyli redaktorzy internetowego serwisu abs.es, Portugalczyk aż 450 bramek zdobył w barwach Realu Madryt, a pozostałe zdobywał jako gracz Sportingu Lizbona, gdzie zaczynał karierę, Manchesteru United i Juventusu a także w reprezentacji Portugalii, z którą m.in. w 2016 roku wywalczył mistrzostwo Europy.
Ale nie tylko z tego powodu jego występ w tym spotkaniu odbił się szerokim echem w mediach. Portugalskiego piłkarza można nie lubić, ale jego sportowej klasy nie da się zakwestionować. Mimo 36 lat na karku wciąż potrafi zadziwić niezwykłymi boiskowymi wyczynami. W meczu z Sassuolo zauważono na przykład, że w jednej z akcji z krótkiego rozbiegu wyskoczył do piłki w polu karnym wyżej niż bramkarz rywali mógł to zrobić rękami. To oznacza, że wciąż nie ma granicy jego fizycznych możliwości.
Tak na marginesie, podobnie rzecz się ma z Lewandowskim, któremu niedawno w ligowym meczu zmierzono prędkość sprintu i wyszło, że to to był jego najlepszy wynik w karierze. A przypomnijmy, że „Lewy”: też nie jest już młodzieniaszkiem, bo ma przecież 32 lata.
Portugalczyk i Polak mogą służyć młodszym pokoleniom piłkarzy za wzór profesjonalnego podejścia do zawodu i obaj wciąż zadziwiają niezwykłą wytrzymałością i odpornością na kontuzje. Jeśli więc przyjmiemy, że Lewandowski zdoła przez najbliższe trzy sezony utrzymać formę, a Cristiano Ronaldo przez ten czas na swoim przykładzie pokaże, że można grać na wysokim poziomie także pod „czterdziestkę”, to może się okazać, że czeka nas jeszcze kilka sezonów wspaniałej rywalizacji między tymi znakomitymi napastnikami.
Poprzedni sezon należał do Bayernu Monachium i najskuteczniejszego strzelca bawarskiego potentata, Roberta Lewandowskiego. Polak zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia, które w ostatnich dziesięciu latach dzieli między siebie Cristiano Ronaldo i Lionel Messi. Obaj ci wielcy piłkarze nie zamierzają jednak łatwo ustępować pierwszeństwa. Portugalczyk ewidentnie chce w tym sezonie zdobyć „Złotego Buta”, nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich, a to oznacza, że chce też pokrzyżować plany Lewandowskiemu, który w swojej bogatej już kolekcji trofeów nie ma właśnie „Złotego Buta”. Jeszcze niedawno Polak był murowanym faworytem, bo prowadził w klasyfikacji z dużą przewagą nad najgroźniejszymi konkurentami. Teraz jego przewaga też jest jeszcze okazał, bo „Lewy” z 20 bramkami na koncie przewodzi w klasyfikacji „ZB” z dorobkiem 40 punktów. Gwoli przypomnienia: Ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w lidze. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy – dwa – ma pięć czołowych lig. Obecnie: hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska (współczynnik zależy od wyników klubów z każdej ligi w europejskich pucharach w ciągu ostatnich pięciu sezonów). W poprzednim sezonie nagrodę zdobył włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile (72 pkt za 36 goli), który wyprzedził Lewandowskiego (34 gole i 68 pkt) oraz Cristiano Ronaldo
(31 goli, 62 pkt).
W obecnym sezonie na czele peletonu goniącego „Lewego” znajduje się obecnie Cristiano Ronaldo z 15 golami i 30 punktami na koncie, a za nim pędzą Egipcjanin Mohamed Salah (FC Liverpool) – 13 goli, 26 pkt oraz mający po 12 goli i 24 pkt Francuz Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain), Anglik Jamie Vardy (Leicester City), Belg Romelu Lukaku (Inter Mediolan), Koreańczyk Heung-min Son (Tottenham Hotspur), Norweg Erling Haaland (Borussia Dortmund) i Francuz Boulaye Dia
(Stade Reims).
Trudno w tej chwili stwierdzić, czy Lewandowskiemu uda się utrzymać prowadzenie do końca sezonu, ale już sam fakt, że wciąż utrzymuje się na szczycie jest godny pochwały. Wygląda jednak na to, że „Lewy” zaczyna już powoli planować sobie życie po zakończeniu piłkarskiej kariery. Być może jednym z pomysłów jest zaangażowanie się w któryś z polskich klubów.
„Super Express” doniósł, że „Lewy” w miniona sobotę skorzystał z tego, że przyjechał do Warszawy na galę mistrzów sportu i w południe spotkał się na dwie godziny z właścicielem Legii Dariuszem Mioduskim. O czym była rozmowa, wiedzą tylko jej uczestnicy, a my możemy jedynie domniemywa. „Super Express” nawet zasugerował, że być może spotkanie ma jakiś związek z sensacyjnymi plotkami, które pojawiły się pod koniec listopada, a dotyczyły złożonej rzekomo Mioduskiemu przez Piniego Zahaviego oferty odkupienia akcji Legii. Zahavi jak powszechnie wiadomo jest piłkarskim agentem i prowadzi między innymi także piłkarskie interesy
Lewandowskiego.
Niekoniecznie jednak obaj panowie musieli rozmawiać o tamtej propozycji, bo przecież nietrudno sobie wyobrazić ich rozmowę o wspólnym prowadzeniu warszawskiego klubu. Być może Lewandowski rozważa pójście tropem Jakuba Błaszczykowskiego w Wiśle Kraków i też na koniec kariery postanowi zostać grającym współwłaścicielem klubu, konkretnie Legii. Mioduski już rok temu dał sygnał, że jest tym żywo zainteresowany, ale postawił też pewien warunek. „Uważam, że Robert powinien na zakończenie kariery zagrać w Legii. Rozmowy w tej sprawie moglibyśmy zacząć w chwili, w której Robert zdecyduje się na powrót do Polski” – powiedział właściciel Legii. Ciekawe czy po roku coś się w jego podejściu zmieniło.

Legioniści kończą rok na pierwszym miejscu

Piłkarska ekstraklasa przerwała rozgrywki po 14. kolejkach, ale sukcesem jest jednak to, że mimo pandemii odbyły się wszystkie ze 112 spotkań. Padło w nich 306 goli, co daje średnią 2,73 bramki na mecz. W czterech zespołach dokonano zmiany trenerów. Tak w największym skrócie można podsumować pierwszą odsłonę sezonu 2020/2021.

W minioną niedzielę meczami Piasta Gliwice z Rakowem Częstochowa (0:0) i Jagiellonii Białystok z Górnikiem Zabrze (1:0) zakończyła się ostatnia w tym roku, 14. kolejka PKO Ekstraklasy. Mimo sensacyjnej porażki u siebie ze Stalą Mielec (2:3) pozycję lidera utrzymała broniąca mistrzowskiego tytułu Legia Warszawa. W tym sezonie do niższej ligi spada tylko jeden zespół, a zagrożone degradacją ostatnie miejsce okupuje jeden z trzech beniaminków ekstraklasy, Podbeskidzie Bielsko-Biała, lecz dwaj pozostali, Stal Mielec i Warta Poznań, uplasowały się tuż nad bielszczanami z czteropunktową przewagą. To jeszcze niczego wprawdzie nie przesądza, ale już widać, że te trzy drużyny trochę poziomem odstają od reszty i po wznowieniu rozgrywek raczej to się nie zmieni.
W Legii tuż przed świętami z powodu tej porażki zrobiło się jednak trochę nerwowo, bo prezes Legii Dariusz Mioduski nie krył swojej irytacji z powodu porażki z jednym z najsłabszych zespołów ekstraklasy. Na szczęście Raków tylko zremisował w Gliwicach z Piastem i dzięki temu nie doszło do zmiany na szczycie tabeli. Wypada jednak zauważyć dobrą postawę trzeciej w stawce Pogoni Szczecin, która po perturbacjach spowodowanych zakażeniami koronawirusem sporej części zespołu zakończyła jesienną rundę w imponującym stylu. „Portowcy” mają świetnego trenera (Kosta Runjanić), grupę naprawdę niezłych zawodników i wiosną mogą powalczyć nawet o mistrzostwo.
Mistrz bogaty mimo pandemii
Wszystkie finansowe sprawozdania wskazują, ze najbogatszym klubem ekstraklasy niezmiennie pozostałe Legia. Z ostatniego raportu wynika, że stołeczny klub osiągnął wzrost przychodów sprzedażowych o 10 procent, do poziomu 101,9 mln złotych, a wynik netto przy spadku kosztów operacyjnych wyniósł 7,85 mln zł, co jest dużym skokiem zważywszy na fakt, że roik wcześniej „Wojskowi” zanotowali stratę przekraczającą 31 mln złotych.
Legia w zeszłym sezonie zdobyła mistrzostwo Polski i z tego tytułu otrzymała z medialnego „tortu” 31,3 mln zł. Wzrosły też przychody reklamowe klubu – z 21,33 do 27,3 mln zł. W obecnym sezonie zapewne też wzrosną, ponieważ w sierpniu „Wojskowi” zawarli kontrakt z nowym sponsorem głównym – internetową platformą finansową Plus500. Poza tym od lat współpracują z firmą bukmacherską Fortuna i marką piwną Królewskie. Przychody Legii z transferów zawodników, podwoiły się z 25,8 mln złotych do 50,9 mln zł. Złożyła się na to głównie sprzedaż dwóch zawodników na początku tego roku – napastnika Jarosława Niezgody do Portland Timbers (za 5,5 mln dolarów) oraz bramkarza Radosława Majewskiego do AS Monaco (ponad 7 mln euro). W drugiej połowie roku stołeczny klub dokonał też transferu Michała Karbownika do Brighton&Howe za 5,5 mln euro, którego angielski zespół do końca tego sezonu zostawił jednak na Łazienkowskiej.
W związku z epidemią koronawirusa Legia skorzystała z tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm, w maju otrzymała 3,5 mln zł nieoprocentowanego kredytu, którego od 25 do 75 proc. zgodnie z zasadami tarczy może być bezzwrotne przy spełnieniu określonych kryteriów. Wydatki operacyjne Legii Warszawa w zeszłym roku finansowym wyniosły 131,35 mln zł i były mniejsze o 10 procent w porównaniu z poprzednim okresem obliczeniowym. Przesądziło o tym zmniejszenie wydatków na wynagrodzenia z 61,6 do 51,1 mln zł.
Kadrowa rewolucja na Łazienkowskiej
W minioną sobotę, czyli już następnego dnia po porażce ze Stalą, trener Michniewicz odbył długą rozmowę z prezesem i zarazem właścicielem Legii Dariuszem Mioduskim. Potem w mediach opowiadał, że dyskutował z szefem także o sprawach kadrowych, a jest to temat o tyle palący, że latem przyszłego roku wygasają kontrakty aż 12 zawodników. Na tej liście znajdują się: Artur Boruc, Radosław Cierzniak, Igor Lewczuk, Ariel Mosór, Inaki Astiz, Luis Rocha, Marko Vesović, Paweł Stolarski, Walerian Gwilia, Mateusz Cholewiak, Paweł Wszołek, Jose Kante. Do tej grupy trzeba też doliczyć Michała Karbownika, który po sezonie odejdzie do Brighton oraz Williama Remy i Vamara Sanogo, których umowy właśnie zostały rozwiązane. Z końcem tego roku wygaśnie też umowa z Domagojem Antoliciem. W sumie zatem z obecnej kadry legionistów do 31 czerwca 2021 roku odejdzie w sumie 16 piłkarzy, a być może 17, bo ważą się jeszcze losy Joela Valencii. Ekwadorczyk, który w polskiej lidze zrobił furorę w Piaście Gliwice, z którego odszedł do angielskiego Brentford, ale tam się nie przebił i został na ten sezon wypożyczony do Legii, lecz także na Łazienkowskiej rozczarował swoja grą i wszystko wskazuje, iż warszawski klub odeśle go do Anglii już w styczniu.
Trener Michniewicz przyznał, że Legia będzie w przerwie zimowe chciała pozyskać dwóch skrzydłowych i napastnika o walorach innych niż te, którymi imponuje w obecnych rozgrywkach Czech Tomas Pekhart, najskuteczniejszy strzelec PKO Ekstraklasy (14 goli). Na liście graczy, których ściągnięciem zainteresowani są „Wojskowi”, znajdują się wyłącznie gracze zagraniczni. „Z niektórymi piłkarzami, którym w czerwcu skończą się kontrakty, zaczniemy negocjacje wcześniej, z innymi dopiero pod koniec sezonu. W tej pierwszej grupie są m.in. Paweł Wszołek i Artur Boruc, którego Michniewicz wciąż widzi w zespole, chociaż byłemu bramkarzowi reprezentacji Polski stuknęła już „40”. „Myślę, że on mógłby być takim naszym Gianluigim Buffonem, przy którym będący jego zmiennikiem Cezary Miszta mógłby szlifować swój bramkarski talent. Na razie nie wiem, czy jemu taka rola by odpowiadała, ale na pewno siądziemy do rozmowy i sobie to porządnie omówimy” – zapewnił trener Michniewicz.
W opinii szkoleniowca stołecznej drużyny w rundzie jesiennej to pozyskany latem Bartosz Kapustka stał sie kluczowym graczem Legii i sercem tego zespołu. W opinii Michniewicza ten 23-letni piłkarz wkrótce wróci do reprezentacji Polski. „Jeszcze nie pokazał wszystkiego, na co go stać, ale ma takie umiejętności, że za chwilę zacznie o niego pytać selekcjoner naszej kadry. Na najbliższe Euro Bartek może jeszcze nie zdąży, ale po turnieju będzie nowa reprezentacja, nowe rozdanie i to może być też szansa dla niego” – ocenił Michniewicz. Powinien też dodać, że najważniejszym kryterium będą mistrzostwo i Puchar Polski oraz zwycięski marsz legionistów w kwalifikacjach Ligi Mistrzów.

W Legii znów zadyma

Stadion Legii Warszawa to w tym sezonie jest przyjaznym miejscem dla przyjezdnych drużyn. W miniony piątek z gościnności legionistów skorzystała Cracovia, która pokonała ich w karnych 5:4 i wywiozła z Łazienkowskiej Superpuchar Polski, chociaż tak naprawdę nie był to puchar, tylko skromna patera, na dodatek słabo umocowana w oprawie.

Stadion Legii Warszawa w tym sezonie nie jest atutem zespołu mistrza Polski. W ekstraklasie legioniści przegrali na Łazienkowskiej oba rozegrane dotychczas mecze, z Jagiellonią Białystok 1:2 i Górnikiem Zabrze 1:3, tu odpadli w kwalifikacjach Ligii Mistrzów z Omonią Nikozja 0:2 i w eliminacjach Ligi Europy z Karabachem Agdam 0:3. A w miniony piątek przegrali też u siebie po karnych z Cracovią mecz o Superpuchar Polski. Nic dziwnego, że kibicom „Wojskowych” puściły nerwy.
Na piątkowym meczu o Superpuchar Polski na stadionie przy Łazienkowskiej pojawiło się niespełna siedem tysięcy widzów, ale w fanach Legii chyba nie było wiary w sukces, bo już w tzw. oprawie meczowej mocno zaakcentowali swoje pretensje do właściciela stołecznego klubu Dariusza Mioduskiego, a po przegranym przez legionistów w rzutach karnych spotkaniu z Cracovią (0:0, k. 4:5) zafundowali mu pokaz pirotechniczny i festiwal złośliwych przyśpiewek w rodzaju: „Nie znasz się na tym, Mioduski nie znasz się na tym”, „Gdzie są puchary, Mioduski, gdzie są puchary”, „Hej Mioduski, co zrobiłeś, cztery lata spier…”, „Gdzie wielka Legia, Mioduski gdzie wielka Legiia”, „Chcemy prezesa, Mioduski chcemy prezesa”. Dostało się też nieobecnemu na meczu trenerowi Czesławowi Michniewiczowi, który w tym czasie wypełniał bez powodzenia swoje obowiązki jako trener reprezentacji młodzieżowej. Jego przekreśloną podobiznę na wywieszonym banerze uzupełniało wymowne hasło: „Chórzysto, nigdy nie będziesz legionistą”, wzmocnione skandowaną przyśpiewką – „Chcemy trenera, nie poznańskiego frajera”.
Atmosfera na stadionie przy Łazienkowskiej znowu mocno zgęstniała, a relacje fanów Legii z właścicielem klubu ponownie zrobiły się napięte jak postronki. Na internetowej stronie Legioniści.com licznik skrupulatnie odmierza dni od ostatniego występu „Wojskowych” w europejskich pucharach, a upłynęło ich już grubo ponad tysiąc, bo legioniści już cztery sezony z rzędu nie potrafią przebić się choćby tylko do fazy grupowej Ligi Europy, bo Liga Mistrzów jest tylko mglistym marzeniem.
Po porażce z Karabachem Agdam (0:3) stołeczny klub stracił nie tylko duże pieniądze, ale także cierpliwość swoich kibiców. W tym sezonie z powodu pandemii UEFA nakazała rozgrywanie spotkań kwalifikacyjnych w europejskich pucharach bez udziału publiczności, a fani Legii po raz ostatni na żywo dopingowali zespół 19 września w przegranym 1:3 ligowym meczu z Górnikiem Zabrze. Zatem piątkowy Superpuchar Polski z Cracovią był dla nich pierwszą okazją, żeby zademonstrować swoje stanowisko. Swoje niezadowolenie z wyników zespołu wyrazili już w trakcie rytualnego odśpiewania „Snu o Warszawie”, kiedy w trakcie na trybunach rozwieszono baner z podobizną właściciela Legii i napisem: „Czas Apokalipsy”, dramat w reżyserii Dariusza Mioduskiego. A potem odpalono świece dymne i petardy hukowe i skandowanie haseł, których treść cytowaliśmy już wyżej.
Michniewiczowi natomiast fani Legii najwyraźniej jeszcze nie wybaczyli udokumentowanego w nagraniu wideo udziału w chóralnym śpiewaniu wraz z zespołem Lecha obraźliwej przyśpiewki pod adresem Legii. Stąd baner z hasłem „Chórzysto, nigdy nie będziesz legionistą”. Michniewicz próbował te pretensje rozładować pokajaniem się na łamach strony internetowej Legia.net: „Każdy czas ma swoją historię, którą można oceniać z różnych perspektyw. To nagranie sprzed kilkunastu lat, przeszłość. Łatwo było wtedy ulec emocjom. Dziś jestem mądrzejszy i bardziej doświadczony jako trener oraz jako człowiek, również właśnie przez pracę w innych klubach i nie popełniłbym już takich błędów. Na pewno nie chciałem urazić wtedy, ani nigdy Legii, ani jej kibiców. Wiem, że to wyjątkowy klub, bardzo szanuję jego tradycję i kibiców (…)”. Jak widać, nie pomogło.
Na razie zmiana trenera nic Legii dobrego nie przyniosła i dlatego frustracja jej fanów jest jak najbardziej zrozumiała. Nie jest jednak jeszcze najgorzej, bo chociaż narzekają, obrażają i dymią, to przychodzą na stadion i płacą za bilety. Prawdziwy problem właściciela stołecznego klubu zacznie się dopiero wtedy, gdy „Żyleta” ogłosi i zarządzi bojkot.

W Legii już zmieniono trenera

Po porażce z Górnikiem Zabrze właściciel Legii Warszawa Dariusz Mioduski nieoczekiwanie dokonał zmiany trenera. W poniedziałek w miejsce zwolnionego Aleksandara Vukovicia zatrudnił selekcjonera reprezentacji Polski U-21 Czesława Michniewicza. Nowy szkoleniowiec stołecznego klubu będzie łączył te funkcje.

Vuković był trenerem piłkarzy Legii od 2 kwietnia 2019 roku. W poprzednim sezonie wywalczył mistrzostwo Polski, ale w obecnym prowadzony przez niego zespół zawodził oczekiwania właściciela klubu. Posada serbskiego szkoleniowca była zagrożona już od porażki z Omonią Niokozja w 2. rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów, bo awans do fazy grupowej tych elitarnych rozgrywek to niezmienne marzenie Dariusza Mioduskiego. Planem awaryjnym jest zakwalifikowanie się do fazy grupowej Ligi Europy, ale w prezentowanej obecnie formie warszawski zespół ma na to niewielkie szanse. Pokazała to dobitnie sobotnia porażka z Górnikiem Zabrze w 4. kolejce ekstraklasy. Vuković najwyraźniej nie był w stanie zagwarantować szefowi klubu radykalnej poprawy jakości gry, a już w czwartek 24 września legionistów czeka mecz w 3. rundzie eliminacji Ligi Europy z mistrzem Kosowa Dritą Gnjilane, zaś w przypadku oczekiwanego zwycięstwa tydzień później, 1 października, potyczka w 4. rundzie z mistrzem Azerbejdżanu Karabachem Agdam. A między tymi spotkaniami także u siebie zagra w 5. kolejce ligowej ze Śląskiem Wrocław. Trudno o bardziej sprzyjający układ gier. Pieniądze do zarobienia w Lidze Europy są znacznie mniejsze niż w Lidze Mistrzów, ale gra idzie w najgorszym razie o 2,9 mln euro.
Nie dawał gwarancji sukcesu
Serbski trener jako piłkarz spędził w Legii siedem sezonów, a od 2015 roku pracuje w sztabie szkoleniowym stołecznego klubu i w poniedziałek zakończył swoje trzecie podejście do roli trenera pierwszego zespołu. Gdy w kwietniu 2019 roku zastępował Portugalczyka Ricardo Sa Pinto, miał być „trenerem na lata”. Pewnie dlatego prezes i zarazem właściciel Legii Dariusz Mioduski w komunikacie zamieszczonym na stronie internetowej klubu poświęcił mu wiele ciepłych słów. „Bardzo dziękuję Vuko za to co zrobił dla Legii, nie tylko przez ostatnie półtora roku jako trener I drużyny, z którą zdobył Mistrzostwo Polski, ale także na przestrzeni ostatnich lat. Zawsze mogliśmy na niego liczyć, szczególnie w trudnych momentach i nigdy nie bał się brać odpowiedzialności. Należy mu się za to ogromny szacunek ze strony Klubu i kibiców. Bardzo rozwinął się też jako trener, szybko się uczył i rozwijał, dlatego jestem pewien, że będzie osiągał dalsze sukcesy w swojej karierze trenerskiej. Wiem też, że jest oraz pozostanie prawdziwym Legionistą i zawsze tak będziemy go w Klubie traktować. Dzisiaj musieliśmy jednak podjąć trudną decyzję, która wynika z faktu, że nadrzędnym celem Legii jest realizacja celów sportowych, w tym awans do pucharów europejskich. Uznaliśmy, że zmiana na stanowisku trenera pozwoli na szybszą poprawę gry naszej drużyny, co jest niezbędne ze względu na nadchodzące mecze decydujące o awansie do fazy grupowej Ligii Europy”.
Dalsze losy Vukovicia na razie są niewiadomą. Stołeczny klub i tak musi mu zapłacić pełny kontrakt, więc z szukaniem nowej pracy nie musi się spieszyć. Serb prowadził legionistów w 65 meczach, z których 36 wygrał, 12 zremisował, a w 17 doznał porażek. Wywalczył wicemistrzostwo, a w poprzednim sezonie zdobył dla stołecznego klubu 14. mistrzowski tytuł.
Michniewicz na dwóch stołkach
Zatrudniony w poniedziałek w miejsce Vukovicia 50-letni Czesław Michniewicz dostał od Mioduskiego dwuletni kontrakt. Ponieważ od 7 lipca 2017 roku nowy trener Legii pracuje w PZPN w roli selekcjonera kadry młodzieżowej, musiał uzyskać zgodę szefa związku Zbigniewa Bońka na podjęcie pracy w stołecznym klubie. Ustalono, że do zakończenia eliminacji do Młodzieżowych Mistrzostw Europy będzie łączył obie posady. Pierwszy problem pojawi się w meczu o Superpuchar z Cracovią, który został wyznaczony na 9 października, gdy kadra U-21 grać będzie z Serbią (9 października) i Bułgarią (13 października).
Legia jest dziesiątym klubem w trenerskiej karierze Michniewicza. W przeszłości był szkoleniowcem Lecha, Zagłębia Lubin, Arki, Widzewa, Jagiellonii, Polonii Warszawa, Podbeskidzi, Pogoni i Bruk-Betu Nieciecza. Z Zagłębiem zdobył mistrzostwo Polski, a z Lechem wywalczył Puchar oraz Superpuchar Polski.
Zadania jakie właściciel Legii postawił Michniewiczowi są oczywiste – awans do fazy grupowej Ligi Europy, obrona mistrzowskiego tytułu i zdobycie Pucharu Polski. Jeśli przy tym wyraził też oczekiwanie, żeby zespół grał ładny dla oka, widowiskowy futbol, to raczej chyba się nie doczeka, bo Michniewicz największą wagę przywiązuje do gry defensywnej.
Kto następny do zwolnienia?
W miniony weekend zmiany szkoleniowca zaczęli domagać się fani Wisły Kraków, rozdrażnieni porażką ich ulubieńców 0:3 z Wisłą Płock. Trener „Białej Gwiazdy” Artur Skowronek, którego w poprzednim sezonie wychwalano przy Reymonta pod niebiosa, po porażce z „Nafciarzami” usłyszał z trybun: „To jest prawda oczywista, to jest właśnie wuefista” oraz „Zmieniaj trenera, hej Kuba zmieniaj trenera”. Poprawić notowania u kibiców swojej drużyny będzie mu trudno, bo w 5. kolejce wiślaków czeka wyprawa do Zabrza, a Górnik już jednego trenera w tym sezonie zmienił.
Nieciekawie wygląda też sytuacja trenera Piasta Gliwice Waldemara Fornalika. Po czterech kolejkach jego zespół z wylądował na ostatnim miejscu w tabeli mając zerowy dorobek punktowy, zero strzelonych goli i cztery stracone. Nietrudno więc zauważyć, że Vuković stracił posadę będąc w znacznie lepszym położeniu od Fornalika, bo zostawił zespół na 7. miejscu z dorobkiem sześciu punktów i bilansem bramkowym 5:6.

Prawa telewizyjne kością niezgody

W tej chwili wszystko przemawia za tym, że nasza piłkarska ekstraklasa pod koniec maja wznowi rozgrywki. Jeśli tak się stanie, na konta 16 klubów wpłyną pieniądze z ostatniej transzy za prawa medialne. Nadawcy chcą jednak renegocjować umowę, co w ekstraklasie wzbudziło lekką panikę.

Jeśli uda się wznowić rozgrywki PKO Ekstraklasy w wyznaczonym terminie, czyli w dniach 28-30 maja, to pozostałe do zakończenia sezonu 11 kolejek ligowych udałoby się rozegrać do 20 lipca. Jeżeli tak się stanie, to TVP wypłaci Ekstraklasie SA wszystkie należności, zawarte w umowie dotyczącej pokazywania jednego spotkania ligowego w każdej kolejce. „Zgodnie z zawartym kontraktem mamy jeszcze do końca rozgrywek 11 meczów. Od początku powtarzam, że przy odwołaniu sezonu wypłacenie całej kwoty z kontraktu telewizyjnego byłoby niegospodarnością, bo zamówiona usługa nie została przecież wykonana, w czym nie ma winy TVP. Jeżeli jednak zamówione przez nas mecze się odbędą, to telewizja wywiąże się ze wszystkich zobowiązań. Jestem w tej sprawie w stałym kontakcie z Ekstraklasą SA i stacją Canal+, z którą czujemy się wspólnie odpowiedzialni za ten produkt. Jeśli rozgrywanie meczów okaże się niemożliwe, będziemy rozmawiać. Albo kontrakt będzie renegocjowany, albo za każdy nieodbyty mecz będziemy potrącać pieniądze. Wydaje mi się jednak, że w tej chwili sytuacja zmierza w dobrym kierunku. Kluby chcą grać, piłkarze chcą grać, jest wsparcie premiera, dlatego jestem dobrej myśli” – powiedział Szkolnikowski.
Wygląda jednak na to, że po drugiej stronie barykady podjęto pierwsze działania na wypadek niepowodzenia restartu rozgrywek. Po przeprowadzonych zdalnie, ale ponoć dość burzliwych naradach Rada Nadzorcza Ekstraklasy SA upoważniła jej prezesa, Marcina Animuckiego, do rozmów w sprawie ewentualnych zmian w obecnie obowiązującym kontrakcie telewizyjnym, który w tym sezonie i następnym (2020/2021) gwarantuje klubom 250 milionów złotych za sezon, ale także do podjęcia negocjacji warunków nowego kontraktu telewizyjnego, który zacznie obowiązywać od sezonu 2021/2022. Personalną rozgrywkę w tej istotnej kwestii wygrał właściciel Legii Dariusz Mioduski, który nie tylko poparł reprezentującego w radzie interesy Lecha Poznań Amunickiego, ale pozyskał też dla niego poparcie przedstawicieli Lechii Gdańsk i Jagiellonii Białystok.
Piast na czele niezadowolonych
Nie spodobało się to działaczom klubów, które nie mają swoich przedstawicieli w Radzie Nadzorczej, co nie dziwi zważywszy na fakt, że nie zostali nawet poinformowani o decyzjach, jakie zapadły podczas narady. Także na oficjalnej stronie internetowej Ekstraklasy nie pojawił się w tej sprawie żaden komunikat. A przecież chodzi o kluczową dla wszystkich klubów sprawę i poważne pieniądze. Tu i ówdzie pojawiły się spekulacje, że grupa najsilniejszych klubów, która zgarnia największą część medialnego tortu, jest gotowa złożyć obecnym partnerom telewizyjnym czyli Canal+ i TVP propozycję przedłużenia wygasającej w czerwcu przyszłego roku umowy w zamian za stuprocentową wypłatę ostatniej transzy z tego sezonu, opiewającej na wspomniane już 70 mln złotych.
Z tej puli najwięcej otrzymają trzy czołowe zespoły, ale głównym beneficjentem będzie ekipa mistrza ligi. W tej chwili pewniakiem do zdobycia tego tytułu jest Legia, która ma na koncie 51 pkt i wyprzedza drugiego w tabeli Piasta Gliwice o osiem „oczek”. Jeśli legioniści utrzymają pierwsze miejsce do końca rozgrywek, stołeczny klub zgarnie z owych 70 mln złotych aż 19 milionów. Ta kwota pozwoli Mioduskiemu utrzymać płynność finansową i jakoś przetrwać „czas zarazy”. Takie rozwiązanie byłoby korzystne także dla dwóch kolejnych zespołów, które dostaną odpowiednio 13 i 10 mln złotych. Za zajęcie miejsca poza podium z tej puli wypłaty będą mniejsze, bo za czwartą lokatę jest to 6,1 mln złotych, za piątą 5,2 mln, szóstą 2,8 mln, siódmą 2,4, a ósmą 1,7 mln złotych.
Kiepsko na podziale wyjdą natomiast zespoły z grupy spadkowej. Najlepsza w tym towarzystwie drużyna, czyli dziewiąta w stawce, dostanie 1,4 mln złotych, ale im niżej, tym gorzej – od 12. miejsca wypłaty nie przekroczą pół miliona. W podziale pozostałej do wypłaty transzy uwzględniono premie dla klubów, które zakwalifikują się do europejskich pucharów (31,5 mln zł), fundusz solidarnościowy dla zespołów z dolnej ósemki (1,2 mln) i tzw. parasol ochronny dla spadkowiczów (2,3 mln zł). Termin wypłaty ostatniej transzy wyznaczony jest na lipiec, ale warunkiem jest zakończenie rozgrywek i ustalenie ostatecznej kolejności w tabeli.
To pobieżne zestawienie pokazuje, że zakulisowe działania w radzie nadzorczej mogły nie spodobać się głównie klubom z dolnych rejonów tabeli. I to jest prawda, ale o dziwo raban podnieśli działacze Piasta Gliwice, domagając się przestrzegania w tym trudnym czasie solidarności klubowej, czyli działania w interesie wszystkich.
Nikt nikomu nie robi łaski
Po stronie buntujących się przeciwko dyktatowi potentatów „klubom środka” nieoczekiwanie stanął PZPN, czyli de facto prezes Zbigniew Boniek. Sternik naszego futbolu skomentował sprawę krótko: „Negocjacje czy renegocjacje kontraktu na prawa telewizyjne w tej chwili są kompletnym nieporozumieniem. Kontrakt, który obowiązuje, stanowi jasno, że pieniądze z ostatniej transzy i tak muszą być wypłacone. Nikt nikomu łaski nie robi. Zajmowanie się teraz czymkolwiek innym niż restart ligi to zawracanie głowy”.
Widać jednak ktoś już teraz zamieszał w tym „kociołku”. I bynajmniej nie bez powodu. Nie wiadomo przecież kiedy kibice wrócą na stadiony, więc nadawcy telewizyjnie zyskali dodatkowy argument w negocjacjach i z pewnością nie będą chcieli podwyższyć obecnej oferty opiewającej na 250 mln złotych za sezon. Zatem przedłużenie umowy za ćwierć miliarda o dodatkowy sezon, a nawet dwa, może okazać się najrozsądniejszym rozwiązaniem.

Tak bardzo chcą grać, że aż strach

Nawet właściciel Legii Warszawa w końcu wymusił na piłkarzach pierwszego zespołu ich zgodę na obniżkę wynagrodzeń. Zawodnicy stołecznego zespołu do końca czerwca będą pobierać o 30 procent mniej pieniędzy, zaś pozostałe 70 procent zostanie im wypłacone w ratach. To efekt zawieszenia rozgrywek z powodu epidemii. Na razie jednak nikt jeszcze w polskim futbolu, podobnie jak i w innych dyscyplinach sportu, nie rozważa czarnego scenariusza opartego na prognozach WHO, zakładającego iż pandemii nie da się opanować nie tylko do lipca tego roku, lecz być może nawet do końca następnego.

Dla nikogo nie ulega wątpliwości, że konieczność zmagania się z wirusem Covid-19 w takiej długiej perspektywie czasowej zrujnuje nie tylko świat sportu, ale życie nas wszystkich. Trzeba zakładać, że podczas organizowanych za pomocą wideokonferencji narad ich uczestnicy rozmawiają też o takich sprawach, bo gdyby tego nie robili, byliby skończonymi głupcami. Co prawda do tego biznesu nie pcha się kwiat „białych kołnierzyków” i przez to nawet wronie łatwo w nim wybić się na orła, lecz przecież w fundamentalnych kwestiach decydujące słowo należy do właścicieli klubów. Teoretycznie powinni oni stanowić w Ekstraklasie SA siłę zdolną do dokonania wszelkich zmian służącym ochronie ich najważniejszego interesu, jakim jest uchronienie klubów przed bankructwem bez konieczności finansowania deficytu z własnej kieszeni.

Barwny poczet właścicieli klubów

W tym tygodniu do grona właścicieli klubów PKO Ekstraklasy dołączyli Jakub Błaszczykowski, Tomasz Jażdżyński i Jarosław Królewski, którzy przejęli 90 procent akcji SSA Wisła Kraków. Błaszczykowski to 108-krotny reprezentant Polski i nadal czynny piłkarz, Jażdżyński to twórca portalu internetowego Interia, a obecnie prezes zarządu Gremi Media SA, wydawcy m.in. „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”, zaś Królewski działa w branży informatycznej i nowatorskich technologii.
Ten tercet dołączył do mocno zróżnicowanej pod każdym względem grupy ludzi. W niej najgrubszy portfel ma chyba właściciel większościowego pakietu akcji Cracovii Janusz Filipiak, do którego należy informatyczna firma Comarch, bo jest jedynym z właścicieli klubów PKO Ekstraklasy umieszczanym w rankingach najbogatszych Polaków tworzonych przez „Forbesa” i „Wprost”. Jego majątek szacowany jest na ponad 700 mln złotych, co daje mu jednak dość odległe miejsce pod koniec pierwszej setki zestawienia. Filipiak posiada 66 procent akcji Cracovii, a z klubem związany jest od 2002 roku, najpierw jako sponsor, a potem jako współwłaściciel i od 2004 roku także jako prezes zarządu.
Weteranem pod względem stażu w naszej klubowej piłce jest też właściciel Lecha Poznań Jacek Rutkowski, który zaczynał jeszcze w latach 90. ub. wieku tworząc należący do jego fabryki sprzętu AGD klub fabryczny Amica Wronki, który w 2006 roku dokonał fuzji z zagrożonym wtedy bankructwem poznańskim klubem.
Dariusz Mioduski działa w Legii od 2004 roku. Był w radzie nadzorczej za czasów ITI (2004-2013), a potem do spółki z Bogusławem Leśnodorskim odkupił klub od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a od marca 2017 roku jest jedynym właścicielem warszawskiego klubu. Wygrał wtedy głośną licytację z Leśnodorskim i Maciejem Wandzlem. Ale od tej pory Legia ani razu nie zakwalifikowała się do fazy grupowej europejskich pucharów, a w poprzednim sezonie straciła nawet prymat w lidze na rzecz Piasta Gliwice. 56-letni Mioduski jest doktorem nauk prawnych po Harvardzie. W latach 2007-2013 zarządzał Kulczyk Investments SA – największą grupą kapitałową w Polsce.
Prezesem i zarazem głównym udziałowcem jest też Jarosław Mroczek z Pogoni Szczecin, 65-letni inżynier, który pod koniec lat 80 założył z kolegami ze stoczni firmę EPA zajmującą się montażem sprzętu nawigacyjnego i elektroniki na statkach. Potem EPA rozszerzyła swoją działalność na energetykę wiatrową i dzisiaj należy do największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosiły się władze odradzającej się Pogoni. EPA zaczęła od przejęcia 5 procent akcji, teraz ma ich 74, zaś Mroczek prezesem „Portowców” jest już od 9 lat.
Jednego właściciela ma też Raków Częstochowa. Beniaminek ekstraklasy należy do Michała Świerczewskiego, właściciela sieci sklepów ze sprzętem komputerowym. Mocno rozproszony akcjonariat ma Jagiellonia Białystok, ale najmocniejszą pozycję w tym towarzystwie ma prezes klubu Cezary Kulesza, były piłkarz „Jagi”, który po zakończeniu kariery zbił fortunę w branży muzycznej. W 1994 roku założył wytwórnię „Green Star”, która specjalizuje się do dzisiaj w muzyce dico polo. Z kolei Tomasz Salski, prezes i główny właściciel Łódzkiego Klubu Sportowego, jest potentatem w branży pogrzebowej. Należąca do jego rodziny „Klepsydra” to drugi największym dom pogrzebowy w Łodzi. Jest też właścicielem największej na świecie firmy zajmującej się międzynarodowym transportem ciał. Pod jego rządami ŁKS wrócił do ekstraklasy i chociaż teraz grozi mu spadek do I ligi, nie będzie to dramatem. Miasto kończy właśnie budowę nowego stadionu na 18 tys. widzów, więc przyszłość klubu nie wygląda źle. Dominik Midak to najmłodszy właściciel klubu w PKO Ekstraklasie, ma 24 lata i jest synem potentata w branży recyclingu, gospodarowaniu odpadami i oczyszczaniu ścieków Włodzimierza Midaka. Klan Midaków ma 75 procent akcji Arki Gdynia, których jednak pilnie chce się pozbyć.
Głównymi właścicielami pozostałych pięciu klubów ekstraklasy są gminy albo spółki Skarbu Państwa. Do pierwszej grupy należą Górnik Zabrze, Piast Gliwice, Śląsk Wrocław i Wisła Płock, a właścicielem Zagłębia Lubin jest KGHM. Natomiast Korona Kielce i Lechia Gdańsk mają niemieckich właścicieli. Właścicielem kieleckiego klubu jest rodzina Hundsdoerferów, zaś gdańskiego rodzina Wernzów. Mimo to radni obu miast sukcesywnie uchwalają wielomilionowe dotacje dla tych klubów.

Bez oligarchów, szejków i miliarderów

Jak widać, nie ma w tym gronie oligarchów wedle wschodniego wzorca, arabskich szejków czy azjatyckich inwestorów, szastających setkami milionów dolarów na transfery piłkarzy z najwyższej półki. Nawet KGHM, chociaż to światowy potentat w wydobyciu i obróbce miedzi, więc spokojnie mógłby uczynić z Zagłębia Lubin najbogatszy klub ekstraklasy, nie zdradza takich ambicji i na swój mecenat przeznacza rozsądne kwoty. Nie jest to więc dobre środowisko dla rekinów piłkarskiego biznesu, zarabiających grube pieniądze na transferach. Z polskiej ligi agenci piłkarscy rocznie drenują 35-40 mln złotych, co i tak jest skandalicznym marnotrawstwem ze strony klubów, zaś za granicę eksportują graczy po zaniżonych cenach, czego dowodzi przykład choćby Krzysztofa Piątka, którego z Cracovii do Genui przeflancowano za niewiele ponad 5 mln euro, a już pół roku później ten włoski klub opchnął go do AC Milan za 35 mln euro. Największe kwotowo transfery (Jan Bednarek, Sebastian Szymański) póki co realnie tylko zbliżyły się do granicy sześciu milionów euro. To jednak wcale nie oznacza, że poza granicami nie ma zainteresowania piłkarzami z Polski. Owszem, jest, lecz zachodnie kluby wyjmują głównie utalentowanych juniorów, za których płacą grosze w porównaniu z ich rówieśnikami z innych krajów.
Nikt nie próbuje z tym walczyć, co powinno zastanawiać, bo to przecież jest wbrew interesom polskich klubów zawodowych, czyli de facto ich właścicieli. W tej sytuacji nie można mieć do nich pretensji, że masowo importują piłkarzy zagranicznych, którzy w tej chwili stanowią blisko połowę graczy zatrudnionych przez kluby ekstraklasy. Niestety, nie są to zawodnicy wysokiej klasy i w gruncie rzeczy szkoda na nich marnować pieniądze, ale z drugiej strony niejednokrotnie są znacznie tańsi od naszych piłkarzy, bo do polskich klubów przechodzą na ogół na zasadzie wolnych transferów i nie trzeba za nich płacić milionów za transfery. A za utalentowanych, młodych polskich graczy z niższych lig już trzeba, bo nie tylko w ekstraklasie, lecz także na niższych poziomach rozgrywkowych piłkarscy menedżerowie nie myślą kooperacyjnie, tylko kupiecko – szybko zarobić i szybko wydać, a przy okazji coś tam skubnąć dla siebie. Tak właśnie funkcjonował dotąd współczesny futbol i ludzie, którzy za plecami właścicieli klubów omotali go pajęczyną skomplikowanych układów i powiązań, bardzo chcą aby po wygaśnięciu pandemii koronawirusa wszystko w nim pozostało w niezmienionej formie.

Domena futbolowej korporacji

Co może temu przeszkodzić? W pierwszej kolejności rzecz jasna masowe bankructwa klubów, do czego może nieuchronnie doprowadzić przedłużenie zakazu organizowania imprez sportowych o kolejne miesiące. To oczywiście nie oznacza końca piłki nożnej, co najwyżej koniec w jej obecnej, skrajnie skomercjalizowanej formie. Nietrudno przecież sobie wyobrazić naszą ekstraklasę oraz niższe ligi, w których rywalizują zespoły półprofesjonalne czy wręcz amatorskie, w których piłkarze znów będą grać głównie dla przyjemności, lokalnej sławy i miłych wspomnień, a nie jak teraz wyłącznie dla pieniędzy. Na utrzymanie takich drużyn starczyłyby bez problemu dotacje z samorządów, wpłaty od sponsorów oraz wpływy ze sprzedaży biletów i sprzedaży praw telewizyjnych.
Ktoś powie, że to brednie, bo nikogo taka liga by nie interesowała. Polemizować z tym zarzutem nawet nie wypada, bo zanegować go mogło tylko sprawdzenie w realnej rzeczywistości, czego przecież nikt z nas na serio by nie chciał, bo to by oznaczało, że cały dotychczasowy porządek naszego świata legł w gruzach. To byłaby zdecydowanie zbyt wysoka cena za poskromienie niepohamowanej pazerności obecnych animatorów futbolu, którzy ten ludyczny kiedyś sport zawłaszczyli i przekształcili w dążącą do nieustannego zwiększania zysków ogólnoświatową korporację. A jak wiadomo, koroporacje rządzą światem, a jak uczy historia, ci co mają władzę nigdy z niej nie rezygnują z własnej, nieprzymuszonej woli. Ktoś musi ich do tego przymusić lub wręcz ją odebrać. Jeśli chodzi o futbol, którego globalne obroty szacowane są już na ponad bilion dolarów, może to, niestety, zrobić tylko taki kataklizm, jakim powoli staje się pandemia koronawirusa.
Póki co futbolowa korporacja walczy o przetrwanie, co widzimy także w Polsce, gdzie mimo wciąż rosnącej liczby zachorowań na koronawirusa rząd zaczyna ulegać naciskom piłkarskiego lobby i przymierza się do wydania zgody na wznowienie rozgrywek pod koniec maja. Powód jest oczywisty – kluby dążą do wznowienia rozgrywek, żeby otrzymać ostatnią transzę od nadawców telewizyjnych. Do podziału na 16 klubów jest łącznie 67 mln złotych, czyli po ok. 4,2 mln „na głowę”. Czy to nie dziwne, że dla takich stosunkowo niewielkich pieniędzy stawia się na szali zdrowie wielu ludzi?
Plan zakłada, że piłkarze wrócą na boiska w środę 27 maja (tego dnia mają zostać rozegrane spotkania Pucharu Polski), a w piątek 29 maja zostać rozegrane mecze 27. kolejki PKO Ekstraklasy. Nie są to przesądzone terminy, bo nikt nie wie jak rozwinie się pandemia w naszym kraju.

UEFA chce zakończyć sezon do 3 sierpnia

Epidemia wciąż trwa, ale piłkarzy nikt nie zwalnia z obowiązków – ani kluby, ani krajowe federacje, ani też stojąca na szczycie futbolowej hierarchii FIFA. W miniony weekend prezydent UEFA Aleksander Ceferin podał, że graniczną datą zakończenia obecnego sezonu jest 3 sierpnia. Także w Polsce panuje przekonanie, że to realny termin.

Ta graniczna data zmieniała się już kilkakrotnie. Podczas pierwszej telekonferencji na szczycie europejskiej piłki, przeprowadzonej 17 marca, UEFA apelowała do władz krajowych federacji, żeby obecny sezon ligowy zakończyły do 30 czerwca, bo tego dnia kończą się kontrakty zawodnikom. Rozwój pandemii koronawirusa zmusił jednak piłkarskie władze do zmiany stanowiska i już 1 kwietnia oficjalnie podano, że rozgrywki mogą zostać przedłużone, a w klubom dano możliwość zawierania krótkoterminowych umów z tymi graczami, którym kończyły się one 30 czerwca, a byli ważnymi graczami w drużynach.
Stanowisko UEFA jak na razie zlekceważyła jedynie liga belgijska, która postanowiła zakończyć rozgrywki z uznaniem kolejności w tabeli po ostatniej rozegranej kolejce. Decyzja Belgów wywołała burzę w europejskiej federacji, a jej władze zagroziły nawet wykluczeniem belgijskich (i każdej innej ligi, która postąpi podobnie) wyrzuceniem z europejskich pucharów. Nie można było jednak przedłużać tego sezonu w nieskończoność, a już pojawiały się spekulacje, że na przykład Liga Mistrzów może skończyć się dopiero w połowie sierpnia.
Dlatego prezydent Aleksander Ceferin postanowił je przerwać i w wypowiedzi udzielonej niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF oznajmił: „Wszystkie rozgrywki, także Liga Mistrzów i Liga Europy, muszą zostać zakończone do 3 sierpnia. Sytuacja jest nadzwyczajna, więc będzie można grać w tych samych terminach zarówno mecze ligowe, jak i w europejskich pucharach. Musimy być elastyczni”.
Piłkarze wrócą, kibice nie
Ale o ile piłkarze w czerwcu powinni wrócić do gry, to raczej na pewno przyjdzie im rywalizować bez udziału publiczności. „To oczywiste, że piłka nożna bez kibiców nie jest tym samym sportem, co z ich udziałem. Nie mamy jednak wyboru, bo w obecnej sytuacji lepiej jest grać bez kibiców na trybunach, ale mieć transmisje telewizyjne z meczów, bo dzięki temu kluby otrzymają pieniądze z tytułu praw telewizyjnych i od sponsorów” – stwierdził Ceferin.
Z najnowszych ustaleń wynika, że nasze piłkarskie ligi mają wznowić rozgrywki w połowie czerwca, o ile rzecz jasna epidemia koronawirusa zacznie do tego czasu wygasać. Taki termin najczęściej wymieniany jest w dyskusjach podczas wideokonferencji z udziałem klubów ekstraklasy i I ligi. Nie ma jednak pewności, czy uda się rozegrać wszystkie spotkania, bo zostało jeszcze sporo kolejek – w PKO Ekstraklasie 11, zaś w I lidze i II lidze po 12. Piłkarze musieliby grać praktycznie co trzy dni, a przecież pozostaje jeszcze do dokończenia rywalizacja w Pucharze Polski.
Nikt jednak w naszym futbolowym światku nie kwestionuje tych planów, wręcz przeciwnie – panuje powszechna determinacja, żeby z tego rozwalonego kompletnie przez epidemię sezonu uratować tyle pieniędzy, ile się tylko da. Straty zapowiadają się jednak potężne i w klubach już słychać dzwony alarmowe. Władze większości z nich skorzystały już z możliwości obniżenia wynagrodzeń piłkarzy w usankcjonowanej przez rozporządzenie rady nadzorczej Ekstraklasy SA maksymalnej 50-procentowej opcji. Poinformowały o tym m.in. Śląsk Wrocław, Cracovia, Pogoń Szczecin, Wisła Kraków, Lechia Gdańsk. W pozostałych jeszcze toczą się w tej sprawie negocjacje, ale zawodnicy stoją w nich na straconej pozycji.
Nawet Legia tnie zarobki
Nawet w uchodzącej za najbogatszy w PKO Ekstraklasie klub Legii Warszawa pracę straciło już 40 osób zatrudnionych w działach marketingu, sprzedaży i obsługi medialnej, a pozostałym pracownikom, w tym także trenerom z wszystkich pionów szkoleniowych, płace obcięto o 50 procent. W tej sytuacji wątpliwe jest, by piłkarze uniknęli redukcji płac o połowę. A jest z czego kroić, bo Legia ma w swojej kadrze najwięcej zawodników zarabiających ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie, a wśród nich rekordzistów ekstraklasy pod tym względem – Artura Jędrzejczyka (250 tys. złotych miesięcznie), Chorwata Domagoja Antolicia (150 000 zł), Janusza Gola (Cracovia, 130 000 zł), Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech Poznań, 120 000 zł), Holendra serbskiego pochodzenia Marko Vejinović (Arka Gdynia, 120 000 zł), Filipa Starzyńskiego (Zagłębie Lubin, 115 000 zł), Czarnogórca Marko Vesovicia (Legia, 113 000 zł), Litwina Arvydasa Novikovasa (Legia, 100 000 zł), Chorwata Ivana Runje (Jagiellonia Białystok, 100 000 zł), Słowaka Dusana Kuciaka (100 000 zł). Ta lista niekoniecznie musi odzwierciedlać stan faktyczny ani pod względem podawanych kwot, ani stworzonej na ich podstawie hierarchii.
Wysokość zarobków jest we wszystkich klubach pilnie strzeżoną tajemnicą, a jeśli jakieś wiadomości w tej kwestii wyciekają do mediów, zazwyczaj są to „przecieki kontrolowane”, służące do wywołania chwilowego wzburzenia opinii publicznej i nastawienia jej przeciwko „szokująco wysoko opłacanym piłkarzom”. Właśnie teraz mamy do czynienia z taką sytuacją, bo klubowi działacze właśnie zmuszają zawodników do zgody na 50-procentowe cięcia zarobków.
Sponsorzy wypowiadają umowy
Właściciel i prezes Cracovii Janusz Filipiak z powodu epidemii utknął w Szwajcarii i z tego kraju podejmuje decyzje. W wypowiedzi dla TVP Sport przyznał: „U nas wszyscy sponsorzy wypowiedzieli umowy, bo liga nie gra, więc nie mają reklamy, za którą płacą. Piłkarze mogą mieć roszczenia, tylko co z tego, skoro pieniędzy w klubowej kasie nie ma. A banki, o czym jestem przekonany, nie będą dawać klubom kredytów na pensje piłkarzy. To jest oczywiste. Tymczasem Canal+ zapłaci ostatnia transzę za prawa medialne dopiero jak rozgrywki zostaną wznowione. To nie będą przelewy wsteczne”.
Filipiak przyznał, że jego firma, Comarch, będzie musiała zmniejszyć finansowe zaangażowanie w Cracovię. Nie planuje jednak wyjścia z klubu i twierdzi, że poradzi sobie z utrzymaniem drużyny. „Na korzyść Comarchu działa to, że sprzedajemy usługi wirtualne. Cały czas obserwujemy biznesowy barometr firmy i on nie wygląda źle. Dlatego w tej chwili nie rozpatruję wycofania się z dalszego finansowania Cracovii. Ale na pewno rozważymy stopień zaangażowania. On na skali nie będzie wynosił zero, ale też nie sięgnie 100 procent jak do tej pory. Klub utrzymamy, ale tylko przy rozsądnych kosztach” – zapewnia właściciel Cracovii.

Niezgodę odpuścili, Lewego nie powinni

Major League Soccer nie należy do najbardziej popularnych rozgrywek sportowych w Stanach Zjednoczonych, ale… piłka nożna w tym kraju dynamicznie się rozwija i ma się coraz lepiej. Niedawno brazylijski gwiazdor Neymar zadeklarował, że za kilka lat zagra w MLS w barwach zespołu Inter Miami. Głównym animatorem tego klubu, który dopiero zadebiutuje w tej lidze, jest David Beckham. Ale udane sezony w MLS ma za sobą wielu graczy o uznanych nazwiskach, jak choćby Zlatan Ibrahimović czy Wayne Rooney, a ochotę na to ma wielu innych, także Robert Lewandowski. Na razie jednak Amerykanie wyciągają z Polski zawodników o mniej znanych nazwiskach.

W latach 70. i 80. ubiegłego wieku mimo administracyjnych ograniczeń do USA na sportowe saksy wyjechała jednak całkiem spora grupa piłkarzy, wśród nich także reprezentanci Polski o znanych na świecie nazwiskach, jak Kazimierz Deyna, Władysław Żmuda, Robert Gadocha, Stanisław Terlecki, Zdzisław Kapka, Adam Musiał czy Adam Nawałka. Nie oni jednak tworzyli historię Major League Soccer, bo ligę powołano do życia dopiero w 1993 roku, rok przed rozegranymi w Stanach Zjednoczonych mistrzostwami świata w piłce nożnej, zakończonymi triumfem reprezentacji Brazylii. Rozgrywki ruszyły jednak dopiero w 1996 roku i chociaż nie wróżono im długiego żywota, mimo silnej konkurencji ze strony NBA, NHL, MBL i NFL przetrwały i w marcu zainaugurują jubileuszowy 25 sezon.
MLS nie jest ligą wedle europejskiego modelu. Gra w systemie wiosna-jesień, nie ma w niej spadków i awansów, a system rozgrywek jest taki, jak w innych zawodowych ligach amerykańskich, czyli z podziałem na konferencje, sezon zasadniczy i play off. W pierwszym sezonie w rozgrywkach wystartowało dziesięć zespołów, obecnie jest ich 26, a w najbliższych latach mają dołączyć jeszcze trzy. Zarobki piłkarzy są kontrolowane przez władze ligi, a zasady wynagradzania obowiązują wszystkie kluby. Nie przeszkadza to w płaceniu największym gwiazdom krociowych wynagrodzeń, ale też uniemożliwia, jak ma to miejsce w Europie, zatrudnianiu większej liczy takich graczy w jednym zespole.
Skromny wkład Polaków w MLS
Zresztą w MLS w ostatnich kilku latach zmienił się trend. Dzisiaj kluby nie chcą już stawiać na boiskowych weteranów w rodzaju Ibrahimovicia czy Rooneya, jak robiły to od początku istnienia ligi. Skorzystało na tym też kilku znanych polskich piłkarzy, także reprezentantów Polski. W 1996 roku do MLS trafił Robert Warzycha (Columbus Crew), dwa lata później w Chicago Fire pojawił się tercet Piotr Nowak, Roman Kosecki i Jerzy Podbrożny, a w do Tampa Bay Matiny trafił Jacek Ziober. W kolejnych latach strumień graczy z naszego kraju był już cieniutki – w 2000 roku w Columbus Crew mignął Mirosław Rzepa, w 2003 roku w New York MetroStars Andrzej Juskowiak (zagrał tylko sześć meczów i strzelił jednego gola). Pięc lat później do Chicago Fire zawitał „Francek, łowca bramek”, czyli Tomasz Frankowski. Zaliczył tylko jeden sezon, 16 występów, w których zdobył dwie bramki. Po nim w 2010 roku w ekipie z Chicago pojawił się Krzysztof Król, w 2011 roku w Sporting Kansas City Konrad Warzycha, a w 2015 roku w Toronto FC Damien Perquis.
W 2019 roku w MLS mieliśmy trzech graczy – do Chicago Fire powędrował Przemysław Frankowski, do FC Cincinatti Przemysław Tytoń, a do Philadelphia Union Kacper Przybyłko. Zrobili dobrą markę polskim piłkarzom – Frankowski rozegrał 31 meczów i strzelił 5 goli, a Przybyłko w 26 występach strzelił 15 goli.
Przed tegorocznym sezonem za ocean powędrował z Pogoni Szczecin do New England Revolution 23-letni Adam Buksa oraz z Legii Warszawa do Portland Timbers 24-letni lider klasyfikacji strzelców naszej ekstraklasy Jarosław Niezgoda. Obaj są świetnym przykładem nowego modelu biznesowego stosowanego przez kluby MLS, które zaczęły ściągać do siebie młodych, utalentowanych i głodnych sukcesu zawodników z całego świata i coraz śmielej uczestniczyć w międzynarodowym rynku transferów piłkarskich. Zachęcają je do tego przypadki takich graczy, jak Miguel Almiron, który z MLS przeszedł do angielskiego Newcastle za 24 mln euro), Alphonso Daviesa oddanego do Bayernu Monachium za 10 mln euro czy Zacka Steffena, który trafił do Manchesteru City za 8 mln euro.
Kluby MLS oprócz rozwijania swoich akademii piłkarskich, intensywnie też wyszukują utalentowanych graczy w krajach Ameryki Południowej, ale na tym rynku panuje silna konkurencja i ceny są mocno wyśrubowane, dlatego futbolowi skauci z MLS coraz chętniej penetrują mniejsze ligi europejskie, w tym także polską ekstraklasę. Nie wszyscy polscy piłkarze są chętni na przeprowadzkę za ocean. Oprócz Buksy i Niezgody tej zimy oferty kontraktowe z amerykańskich klubów mieli jeszcze Jacek Góralski (ostatecznie wybrał kazachski Kajrat Ałmaty), Damian Kądzior (wolał pozostać w Dinamie Zagrzeb) oraz Patryk Klimala (wybrał Celtic Glasgow).
W polskiej lidze wciąż jest tanio
Wyciągnięcie piłkarza z PKO Ekstraklasy wciąż jest tanim biznesem. Przemysław Frankowski zimą 2018 roku przeszedł z Jagielloni Białystok do Chicago Fire za skromne półtora miliona euro, ale tej zimy za Buksę ekipa New England Revolution zapłaciła Pogoni Szczecin już 4 mln euro, zaś Portland Timbers za Niezgodę 3,5 mln euro, a dopłaci jeszcze prawie milion, jeśli okaże się, że po zabiegu kardiologicznym przeprowadzonym już w USA ten piłkarz całkowicie pozbył się problemów z sercem. W sumie polski futbol w tym sezonie reprezentować będzie w MLS pięciu zawodników. Dla porównania, Francja ma 12 graczy, Anglia 10, Hiszpania dziewięciu, Niemcy i Szwecja po siedmiu, a Holandia i Dania po sześciu. Obiektywnie rzecz oceniając, MLS jest dobrym miejscem do rozwoju dla młodych piłkarzy, a dla tych z Polski ponadto także atrakcyjnym pod względem zarobków. Przybyłko w Philadelphii Union w pierwszym sezonie otrzymywał 277 tysięcy dolarów, teraz będzie dostawał dwukrotnie wyższą gażę, bo ma kontrakt progresywny. Tytoń z kolei jako bramkarz FC Cincinnati zarabia 330 tysięcy dolarów, ale już Frankowski w Chicago Fire dostaje 661 tysięcy rocznej pensji, a w tym sezonie ta kwota wzrośnie, bo jego kontrakt także jest progresywny. Niezgoda w Portland Timbers także wedle nieoficjalnych informacji ma zarabiać około jednego miliona dolarów za sezon, co jest kwotą niemal czterokrotnie wyższą od tej, jaką płaciła mu Legia.
To spora różnica, lecz bynajmniej nie jest efektem gorszej kondycji finansowej stołecznego klubu, tylko raczej skutkiem chaotyczni prowadzonej w nim polityki płacowej. Skądinąd wiadomo przecież, że w kadrze Legii są zawodnicy zarabiający rocznie na tym poziomie, choćby 32-letni obrońca Artur Jędrzejczyk. Z punktu widzenia interesów klubu zdecydowanie bardziej opłacalnym interesem byłaby podwyżka gaży do takiego poziomu dla obiecującego 24-letniego napastnika, który po 20 kolejkach rundy jesiennej miał na koncie 14 goli i przewodził w klasyfikacji strzelców PKO Ekstraklasy, bo Legia ma szansę odzyskać w tym sezonie mistrzowski tytuł, a więc jej szefowie powinni już dzisiaj myśleć o budowie zespołu zdolnego do zakwalifikowania się do Ligi Mistrzów, bo takie osiągnięcie przyniosłoby o wiele większe zyski niż te 3,5 mln dolarów wzięte już teraz od Portland Timbers za Niezgodę. Nie trzeba też chyba dodawać, że ten piłkarz, jako król strzelców ekstraklasy i z występami w Champions League na koncie, pod koniec tego roku zyskałby znacznie na wartości. Gdyby wtedy przeszedł do MLS, dostałby tam wtedy status faktycznej gwiazdy, bo dzisiaj jest w Stanach Zjednoczonych piłkarzem anonimowym i na dorobku.
Nie puszczać Lewego za ocean
Nie ulega wątpliwości, że w tej chwili jedynym polskim piłkarzem, który za oceanem mógłby zrobić prawdziwą promocję polskiej piłce nożnej, jest Robert Lewandowski. Ona nawet jakiś czas temu wyraził ochotę na taką przeprowadzkę, ale odkąd przedłużył kontrakt z Bayernem Monachium do 2024 roku, jego nazwisko w kontekście występów w MLS przestało pojawiać się nawet w najbardziej niepoważnych medialnych spekulacjach. Co bynajmniej nie musi oznaczać, że temat definitywnie upadł. Lewandowski pod względem motorycznym jest wyjątkowym piłkarzem nie tylko jak na polskie realia i pod tym względem dorównuje nawet Cristiano Ronaldo, a pamiętajmy, że Portugalczyk, chociaż ma już 35 lat, wciąż regularnie strzela gole i bez trudu wytrzymuje maksymalne obciążenia meczowe. Polak ma teraz 31 lat, a gdy będzie wygasał jego obecny kontrakt z Bayernem, osiągnie obecny wiek Cristiano Ronaldo i można w ciemno założyć, że tak samo jak on nadal będzie zdolny do gry na najwyższym światowym poziomie.
Dla polskiego futbolu byłoby zdecydowanie korzystniej, gdyby wtedy „Lewy”, już po wypełnieniu kontraktu z Bayernem i jako wolny zawodnik, zamiast szukać szczęścia za oceanem jako gwiazdor MLS, wybrał opcję powrotu do polskiej ekstraklasy. A jeśli taki wariant zakończenia piłkarskiej kariery poważnie rozważa, a ponoć rozważa, to zważywszy na jego rozliczne interesy i rodzinne korzenie jedynym klubem, w którym z sensem mógłby zagrać, jest Legia Warszawa. Chociaż kiedyś nie poznano się tu na jego talencie, jego powrót na jeden czy dwa sezony zapewniłby Legii nie tylko światowy rozgłos, ale co ważniejsze – stworzyłby możliwości rozwoju o jakich dzisiaj włodarze na Łazienkowskiej mogą jedynie marzyć.
Pozyskanie Lewandowskiego, bynajmniej nie wyłącznie w roli zawodnika, powinno dla obecnie jedynego właściciela stołecznego klubu Dariusza Mioduskiego być najważniejszym celem strategicznym. Taki partner byłby dla niego bezcennym wsparciem. Dla niekwestionowanych korzyści wizerunkowych, sportowych i biznesowych jakie Legia mogłaby odnieść dzięki „Lewemu”, naprawdę warto podzielić nie tylko podzielić się z nim władzą w klubie, lecz nawet oddać ją w jego ręce.

Nowa odsłona wojny o ekstraklasę

Prezes PZPN Zbigniew Boniek ostatni rok swoich rządów zaczął od krucjaty na rzecz kolejnej reformy rozgrywek ekstraklasy. Krótko mówiąc, chce przywrócić tej lidze klasyczną formułę, bez fazy play off i podziału na grupy mistrzowską i spadkową, tylko jak już było u nas dawniej – ekstraklasa ma liczyć 18 drużyn i grać w rytmie dwurundowym jesień-wiosna. Nie bardzo było jednak wiadomo, komu w Ekstraklasie SA pomysł prezesa się podoba, a komu nie, bo w tym gremium zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją w końcu właściciel i prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski.

Sądząc po gniewnym tonie Mioduskiego, sternikowi najsilniejszego polskiego klubu piłkarskiego pomysł powiększenia ekstraklasy do 18 zespołów raczej się spodobał, ale chyba znacznie bardziej zirytowała go arbitralny styl wymuszania przyjęcia tego rozwiązania. „Ogłaszanie decyzji przez media, a potem pozorowanie konsultacji, niekonstruktywna krytyka oraz demonstracja siły poprzez deprecjonowanie i obchodzenie Ekstraklasy, która jest własnością klubów i w której PZPN jest jednym z akcjonariuszy, to droga donikąd. A na pewno nie jest to droga ku lepszej przyszłości. Szkoda, że Zbigniew Boniek chce naprawiać ekstraklasę dopiero na finiszu kadencji. Nie przeczę, zmiany są konieczne, ale samo powiększanie ligi, i to przy ignorowaniu opinii spółki Ekstraklasa oraz klubów, które reprezentuje, nie tylko niczego trwale nie poprawi, ale dodatkowo pogłębi wewnętrzne spory. I dlatego co niektórzy łączą te działania ze czekającymi nas wkrótce wyborami w PZPN, dopatrując się w nich bardziej przyziemnej motywacji, związanej z chęcią podzielenia środowiska związanego z Ekstraklasą i 1. ligą oraz dążeniem do zachowania przez obecnego prezesa wpływów przy założeniu, że nie uda mu się wpłynąć na zmianę prawa umożliwiającą wybór na kolejną kadencję. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale mam nadzieję, że motywy wszczęcia tej dyskusji wynikają wyłącznie z kierowania się dobrem polskiego futbolu” – stwierdził na łamach „PS” prezes Legii, ale także członek rady nadzorczej Ekstraklasy SA, członek Club Competition Committee UEFA oraz wiceprzewodniczący Europejskiego Stowarzyszenia Klubów.
Sześć propozycji prezesa Legii
Prezes Mioduski, żeby nie być gołosłownym w tej kontrze, wymienia sześć pomysłów na naprawę naszej klubowej piłki. Po pierwsze, postuluje zmiany w dystrybucji pieniędzy z praw telewizyjnych i od sponsorów – mniej za bycie w ekstraklasie, a dużo więcej na premiowanie wystawiania do gry polskich piłkarzy i promowanie talentów. Po drugie – domaga się dofinansowania infrastruktury szkoleniowej. Po trzecie – uważa, że przy podziale pieniędzy jeszcze mocniej trzeba premiować kluby ze ścisłej czołówki. Po czwarte – zamiast zwiększać liczbę spadkowiczów, należy wręcz przeciwnie, ograniczyć ją do ostatniej drużyny, a przedostatniej nakazać grać baraż z wicemisterze 1. ligi. Jako piąty postulat wymienia stworzenie koncepcji połączenia praw telewizyjnych pierwszej ligi oraz ekstraklasy i sprzedawania ich wspólnie jako jednego produktu, co bez wątpienia byłoby przełomem i przyjęciem europejskich standardów. I wreszcie w szóstym punkcie Mioduski domaga się zniesienie bezsensownego przepisu zakazującego klubom posiadania zespołu rezerw z klasie rozgrywkowej o szczebel niższej.
Te propozycje, na ogół słuszne, nie wyczerpują rzecz jasna katalogu niezbędnych reform, jakie należałoby wprowadzić w polskim futbolu. Boniek nie zawracał sobie takimi sprawami głowy przez prawie osiem lat swoich rządów i tego grzechu zaniechania przez te ostatnie kilka miesięcy nie zdoła naprawić. Dlatego trudno nie przyznać Mioduskiemu racji, że być może cała ta „zadyma” ma tylko na celu skłócenie środowiska, żeby łatwiej było w wyborach nowych władz PZPN przeforsować układ personalny zdolny do utrzymania wpływów obecnej ekipy rządzącej związkiem.
To sprawy nie powinny być jednak częścią debaty dotyczącej sposobów uzdrowienia najwyższej piłkarskiej klasy rozgrywkowej w Polsce. Bo o tym, że jest chora, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Najlepiej świadczy o tym jej żenująco niskie miejsce w prowadzonym przez UEFA rankingu lig europejskich. W najnowszym notowaniu w 2020 roku PKO Ekstraklasa zjedzie z 29. na 32. miejsce, co jest efektem braku osiągnięć w europejskich pucharach. W ostatnich czterech sezonach żadnej polskiej drużynie klubowej nie udało się awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy.
Mimo spadku sportowego poziomu rozgrywki naszej piłkarskiej ekstraklasy wciąż cieszą się względnie dużym zainteresowaniem. Może dlatego, że polska liga, chociaż słaba, jest produktem ładnie opakowanym. Nawet topowe ligi w Europie nie mają około 100 meczów w sezonie transmitowanych w telewizji w technologii 4K. W tym sezonie TVP pokazuje jeden hitowy mecz z każdej kolejki w kanałach otwartych, co od razu przełożyło się na wzrost wskaźników oglądalności ekstraklasy w telewizji o 36 procent. Dla klubów wpływy ze sprzedaży praw telewizyjnych to główny składnik ich przychodów. Nowa umowa z nadawcami jest dzięki hojności Canal+ i TVP wyższa o 60 procent od poprzedniej i urosła do kwoty blisko ćwierć miliarda złotych za sezon.
Pieniędzy przybywa, poziom słabnie
Dlaczego zatem zespoły grające w PKO Ekstraklasy, mimo rosnących z roku na rok przychodów nie rosną w siłę pod względem sportowym? Czeskie, słowackie, serbskie czy chorwackie kluby mają znacznie niższe budżety od polskich, gorszą infrastrukturę stadionową, słabszą frekwencję, a mimo to przebijają się w miarę regularnie do europejskiej elity. W czym może więc tkwić problem?
Najprościej rzecz ujmując, w braku współpracy. Zarządzająca rozgrywkami Ekstraklasa SA jest wspólną własnością wszystkich biorących udział w rozgrywkach klubów, ale każdy z akcjonariuszy pilnuje tylko własnego interesu i broni zażarcie swojej wolności w podejmowaniu decyzji, kształtowaniu polityki finansowej, kadrowej i szkoleniowej. Czy ktoś lub coś zabrania właścicielom klubów wypracować kilka obowiązujących zasad współdziałania? Na przykład: ustalić limit zatrudniania piłkarzy zagranicznych, zliberalizować system przepływu zawodników z klubu do klubu, także w trakcie trwającego sezonu, stworzyć wspólnie program finansowego wspierania dobrze rokujących zawodników z niższych lig, którzy w zamian byliby w każdym oknie transferowym rozdzielani po klubach na zasadzie znanego z amerykańskich lig draftu. Wszystko to ma służyć podnoszeniu jakości sportowej piłkarskich widowisk i przez to ich atrakcyjności.
A o tym, niestety, animatorzy polskiego futbolu zdają się kompletnie nie myśleć. A powinni, bo przecież rozgrywki ligowe przed wszystkim mają być rozrywką, a skoro tak, to jak każdy show muszą zaspokajać potrzeby widzów. Do tego samo „opakowanie”, nawet najbardziej efektowne, na dłuższą metę nie wystarczy.
Grzech braku współpracy
Większość zespołów PKO Ekstraklasy gra na nowych stadionach, a pod tym względem ekipy beniaminków awansujących ostatnio z I ligi zwykle odstają. Dobrze z tego grona wypada jedynie dysponujące wsparciem możnego mecenasa jakim jest koncern KGHM Zagłębie Lubin, ale już Sandecja Nowy Sącz, Zagłębie Sosnowiec, Bruk-Bet Nieciecza, Miedź Legnica czy grające obecnie ŁKS Łódź i zwłaszcza Raków Częstochowa, zaniżają rażąco poziom. Dlatego bezsensowne wydaje się zwiększanie liczby spadkowiczów z ekstraklasy, zwłaszcza że są zastępowane przez zespoły wyłaniane wyłącznie na podstawie kryterium sportowego, niezbyt przecież w pierwszej lidze wymagającego.
W Europie wymiana drużyn między dwoma najwyższymi ligami jest ograniczana. W 18-zespołowej niemieckiej Bundeslidze bezpośrednio spadają dwa zespoły, w 12-zespołowej austriackiej – jeden. W Czechach, przy podobnym do naszego systemie gier, pewna spadku jest tylko jedna ekipa, a dwie grają baraże z ekipami z niżej ligi.
PZPN i Ekstraklasa SA dysponują wynikami analiz, z których jasno wynika, że wzrost poziomu sportowego ligi jest odwrotnie proporcjonalny do liczby zespołów. Wystarczy sprawdzić, ile zespołów gra w ligach wyżej notowanych od PKO Ekstraklasy: w Austrii 12, Czechach 16, Chorwacji 10, Serbii 16, Szwajcarii 10, Słowacji 12. Ale w tych krajach wspiera się kluby, które mają najwyższe pozycje w europejskim rankingu, bo jest tam świadomość, iż ich ewentualne sukcesy w europejskich pucharach leżą w interesie pozostałych zespołów z krajowej ligi.
W polskim futbolu wciąż jeszcze nikt w ten sposób nie działa, a czasem można nawet odnieść wrażenie, że nawet o tym nie myśli. Na zdrowy rozum oddanie np. drużynie mistrza Polski najlepszego gracza na wypożyczenie niosłoby wymierne korzyści, bo zwiększałoby szanse na przebrnięcie najlepszego zespołu do fazy grupowej Ligi Mistrzów, a co za tym idzie, skutkowałoby cennymi punktami rankingowymi dla całej ligi. Klub wypożyczający bynajmniej na tym by nie stracił, bo zyskałby na wzroście transferowej wartości oddanego zawodnika. W praktyce i tak go zresztą sprzeda za granicę, lecz de facto za półdarmo i często bez sensu, o czym świadczą w ostatnich latach liczne złamane kariery wielu dobrze zapowiadających się młodych piłkarzy. Dzieje się tak także na szkodę reprezentacji Polski – vide przypadek Bartosza Kapustki.
Myślą tylko o pieniądzach
Sytuacja bynajmniej się nie poprawia, wręcz przeciwnie, bo rośnie liczba chybionych transferów z dokonanych w ostatnim roku. Z młodych zawodników dobrze w nowym klubie poradził sobie tak naprawdę tylko Sebastian Szymański, który po przejściu z Legii Warszawa do Dynama Moskwa błyskawicznie wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Inni nie mieli tyle szczęścia. W tej samej lidze rosyjskiej przepadł na przykład szybki jak wiatr skrzydłowy Lechii Gdańsk Konrad Michalak, który w obecnym sezonie uzbierał zaledwie 228 minut w Achmacie Groznym, oglądając aż 13 spotkań ligowych z ławki rezerwowych. Zagrał w sześciu, spotkaniach, ale tylko w jednym w pełnym wymiarze czasowym.
Inny taki smutny przykład, to także młodzieżowy reprezentant Polski Filip Jagiełło, wykupiony z Zagłębia Lubin przez Genoę. W tym włoskim klubie markę wyrobił sobie Krzysztof Piątek, ale Jagiełło już takiego szczęścia nie miał. W tym sezonie zagrał tylko w pięciu meczach, ale tylko dwukrotnie wystawiany był w pierwszym składzie. Miał przy tym pecha, bo gdy on dostawał szansę, zespół zawsze przegrywał i tracił przy tym mnóstwo goli.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda sytuacja ocierającego się o pierwszą reprezentację Polski Szymona Żurkowskiego, za którego Fiorentina zapłaciła Górnikowi Zabrze 3,7 mln euro. 22-letni pomocnik w tym sezonie rozegrał tylko dwa mecze – w pierwszym pojawił się na boisku na 60 sekund, a w drugim na 9 minut. Wielki talent tego piłkarza ewidentnie jest marnotrawiony.
Nie jest tajemnicą, że nasi piłkarze są łatwym celem dla pozbawionych skrupułów agentów. W polskiej lidze pogoń za pieniądzem jest głównym powodem uprawiania tego sportu. Ledwie wchodzący w dorosłe życie młodzi gracze, nie mający za sobą żadnych znaczących dokonań, chętnie ruszają w świat na poniewierkę dla paru euro więcej, niż mogliby zarobić w kraju. Ten szkodliwy trend można przerwać, oferując tym młodym ludziom mądrą wizję rozwoju kariery i finansowe wsparcie. Ekstraklasa SA i PZPN mają na to dość środków i możliwości, muszą jednak zacząć działać wspólnie.

Chwała hojnym mecenasom

Kto jest najbardziej wpływową postacią w polskim sporcie? Miesięcznik „Forbes” najwyższe miejsce na swojej liście przyznaje prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi, drugie Adamowi Małyszowi, a trzecie Robertowi Lewandowskiemu. Dopiero na czwartym miejscu znalazł miejsce dla szefa WADA Witolda Bańki. To nie jedyna bzdura w tym zestawieniu.

Ranking „Forbesa” oparto na dwóch kryteriach – opiniach 20 ekspertów, głównie z branży marketingu sportowego (70 procent wskazań w łącznej ocenie) oraz badaniach tzw. oddźwięku społecznego (pozostałe 30 procent). To trochę tłumaczy dlaczego na jednej liście najwięksi mecenasi polskiego sportu musieli konkurować m.in. z popularnymi komentatorami sportowymi oraz czynnymi sportowcami. Nie tłumaczy jednak zdumiewającego faktu, że mecenasi tę rywalizację przegrali. Dla przykładu – właściciel Polsatu Zygmunt Solorz w zestawieniu najbardziej wpływowych osób w branży sportowej wg. „Forbesa” zajął dopiero 11. miejsce, chociaż ma w ręku stację telewizyjną od lat mocno stawiającą na sport, a do tego sieć telekomunikacyjna Plus, która jest sponsorem głównym siatkarskiej ekstraklasy mężczyzn oraz reprezentacji narodowej.

Jeszcze niżej od Solorza, bo na 22. miejscu, eksperci „Forbesa” umieścili prezesa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego. Pomijając jego propagandowe wspieranie rządzącej prawicowej koalicji, to trzeba przyznać, że na niwie sportowej mocno się zasłużył. W okresie jego czteroletnich rządów publiczny nadawca znacznie poszerzył ofertę transmisji sportowych, a kodowany wcześniej kanał TVP Sport przeniósł do naziemnej telewizji cyfrowej. TVP pokazuje też po mecz piłkarskiej ekstraklasy oraz reprezentacji piłkarskiej, siatkarzy i siatkarek.

Na szczycie listy najbardziej wpływowych postaci nie powinno też zabraknąć szefów największych spółek skarbu państwa, jak PKN Orlen, PGNiG, PGE, Grupa Azoty, Enea, właścicieli klubów sportowych finansujących ich działalność także z własnej kieszeni, jak Dariusza Mioduskiego (właściciel i prezes aktualnego lidera piłkarskiej ekstraklasy Legii Warszawa), Janusza Filipiaka (właściciel i prezes wicelidera ekstraklasy Cracovii), Bertusa Servaasa (właściciel najlepszego polskiego zespołu piłki ręcznej PGE Vive Kielce) czy Dariusza Miłka, właściciela najlepszej polskiej zawodowej grupy kolarskiej CCC, jedynej w światowej elicie.