Rzecz o pryncypiach

Kontynuacja listu otwartego, skierowanego do prof. Andrzeja RZEPLIŃSKIEGO.

Szanowny Panie Profesorze!
Dziennik Trybuna Nr 168/2018 z dnia 24/26 sierpnia 2018r. opublikował pod powyższym adresem list otwarty, skierowany do Pana.
List dotyczył stanowiska Pana wobec pierwszej ustawy dezubekizacyjnej i Pana obrony Trybunału Konstytucyjnego, spraw ze sobą powiązanych nierozdzielnie.
Autor listu zwracał się do Pana o komentarz do Pana stanowisk w obydwu sytuacjach. Śledzę z uwagą artykuły, publikowane w DT i nie zauważyłem jeszcze Pana odpowiedzi.
Podzielam stanowisko autora listu w obydwu sprawach. W sprawie dezubekizacyjnej znajdował się Pan po stronie psujących prawo a w sprawie Trybunału Konstytucyjnego zajmuje Pan chwalebne stanowisko po stronie obrońców prawa.
Zwracam się do Pana o opublikowanie komentarza do treści listu: o wyjaśnienie powodów zajmowania przez Pana różnych stanowisk.
Obecnie, gdy psucie (łamanie) prawa jest praktyką stosowaną, Pana stanowisko, szanowanego profesora prawa, byłoby cenne dla wyjaśnienia powodów nieprzestrzegania prawa.
Nazwisko i mój adres jest do Pana Dyspozycji.
ALI

Dezubekizacja po polsku

Warszawski Sąd Okręgowy półtora roku temu zawiesił rozpatrywanie tysięcy spraw emerytów i rencistów, których objęła ustawa dezubekizacyjna.

Mógł tak zrobić (choć nie musiał), bo wysyłał pytanie prawne do Trybunału Konstytucyjnego. Ten jednak wciąż nie wyznaczył terminu publicznego ogłoszenia orzeczenia, a „sprawa jest w toku postępowania merytorycznego.
(cyt. za: »Rzeczpospolitą«).
Cała sprawa stanowi w mojej ocenie sprytną zagrywkę tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego, zwanego także Trybunałem Przyłębskim.
Pozostawiając jednak na boku skierowane do ww. „organu” przez SO w Warszawie pytanie prawne (każdy sąd ma do tego prawo i to z mocy przepisu rangi konstytucyjnej — art. 193 Konstytucji RP), należy stwierdzić — nie tyle posiłkując się wiedzą prawniczą, ile rozumem — że cała ustawa dezubekizacyjna jest nielegalna. Jest ona sprzeczna z elementarną zasadą filozofii prawa, która zakazuje tak zwanej retroaktywności prawa, czyli działania norm prawnych z mocą wsteczną. Przy rozpoznawaniu kwestii dezubekizacyjnej należy zadać sobie pytania:
Czy służba władzy ludowej była legalna, obojętnie od tego, jak oceniamy sposób działania tej władzy?
Czy stopnie wojskowe nadawane były zgodnie z ówcześnie obowiązującymi ustawami i przez organ do tego powołany, obojętnie jak oceniamy jakość ówczesnego prawa i rzeczywiste zasługi, które pozwalały na nadanie takiego czy innego stopnia?
Na dwa powyższe pytania odpowiedź musi być pozytywna. Władza ludowa, chociaż głęboko ułomna w swoich założeniach ideologicznych, była władzą legalną, prawo stanowione przez tę władzę, choć ułomne jeszcze bardziej, było jednak prawem w znaczeniu ścisłym. A zatem z prawa poprawnie promulgowanego nie może w żadnym razie wypływać owoc nielegalny w postaci np. nadawania stopni wojskowych czy odznaczeń. Można oceniać te działania jako etycznie dalece kontrowersyjne, ale na pewno nie nielegalne.
PiS dopuszcza się prawnego barbarzyństwa, represjonując pracowników aparatu władzy ludowej za pomocą aktu z mocą wsteczną. Ludzie ci, skoro działali na podstawie zasady legalizmu, czyli w granicach i na podstawie prawa, nie mogą być posądzani o działania nielegalne. Nie piszę tutaj o zbrodniarzach czasów komunizmu, bo nie tego rzecz dotyczy. Każdy system polityczny może zostać uznany przez kolejną władzę za szkodliwy, nielegalny, wadliwy itd. To jest czysta uznaniowość i prawna partyzantka. Jak można zabierać emeryturę lekarzowi (przypadek z Rzeszowa), któremu zarzuca się, że współpracował z władzą socjalistyczną, gdyż przez dwa tygodnie zastępował jako ordynator kolegę w szpitalu wojskowym należącym do ministerstwa? Jak można ciąć emeryturę milicjantowi, który służył w MO (bo innej formacji tego typu nie było), ale swoje obowiązki wypełniał rzetelnie, a cała jego aktywność sprowadzała się do kontroli pojazdów? To jest jedna z paranoi państwa PiS. Jakieś osobiste demony Kaczyńskiego czy innych jego podkomendnych każą na zasadzie prymitywnego odwetu wywrzeć taką, czy inną presję na niewinnych osobach. To jest dekomunizacja za pomocą metod typowo komunistycznych (odpowiedzialność zbiorowa, działanie prawa wstecz, kierowanie się zemstą, a nie cywilizowaną literą prawa).
Niektórym niezwykle trudno jest odróżnić dwie z natury swej odrębne sfery. Mianowicie sferę legalizmu władzy (czyli jej umocowanie prawne), a sposób wykonywania tej władzy. Według tego rozumowania przyjmiemy, że rząd Adolfa Hitlera był rządem w pełni legalnym, ale nie sposób zaakceptować metod działania tego rządu, zwłaszcza od roku 1939. Tak więc władza legalnie wybrana i umocowana u swej podstawy w normach prawnych może być jednocześnie władzą barbarzyńską. Władza ludowa była władzą legalną, akty prawne (z wyjątkami) były promulgowane poprawnie, wielką jej wadą było zawisłe od PZPR sądownictwo. Natomiast nie budzi wątpliwości, że nadawane na podstawie ustawy odznaczenia, były przyznawane prawomocnie, stąd nie sposób ich odbierać na mocy nowej ustawy działającej z mocą wsteczną. Zakaz działania prawa wstecz jest elementarną gwarancyjną funkcją prawa. Kto tego nie pojmuje, nie ma tytułu moralnego do nazywania się prawnikiem. Natomiast adekwatnym określeniem dla takiego „znawcy” prawa będzie wyraz „konował” czy „dyletant”.
Ustawa dezubekizacyjna PiS-u, jak wspomniałem, godzi w jedną z naczelnych zasad prawa, a mianowicie zasadę „lex retro non agit” (prawo nie działa wstecz). Zwłaszcza na gruncie prawa karnego sentencja ta ma nieprzecenione znaczenie. Władza obecna chce karnie „rozliczać” funkcjonariuszy (często szeregowych pracowników) z ich współpracy z władzą ludową. Jest to niedorzeczność. Konstytucja RP w art. 42 ust. 1 zdanie 1 stanowi: „Odpowiedzialności karnej podlega ten tylko, kto dopuścił się czynu zabronionego pod groźbą kary przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia”. Konstytucyjny charakter omawianej przeze mnie zasady powoduje, że ma ona nadrzędne miejsce w hierarchii norm prawa karnego. Dawny Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie wskazywał, że zarówno wszystkie elementy przestępstwa, jak i grożące za jego popełnienie kary muszą być określone w samej ustawie i to w sposób kompletny, precyzyjny i jednoznaczny (zob. np. postanowienie TK z 25 września 1991 r. – S 6/91, OTK 1991/1, poz. 34, oraz z 13 czerwca 1994 r. – S 1/94, OTK 1994/1, poz. 28). Nie są możliwe żadne wyjątki od zasady „lex retro non agit” i to nawet w czasie stanu wojennego lub wyjątkowego (zob. art. 233 ust. 1 Konstytucji).
Jakość prawa stanowionego w Polsce drastycznie spada. Depcze się święte i utrwalone od wieków zasady cywilizowanego prawodawstwa. Zasady legislacji leżą w gruzach. Ustawy, o często niezmiernie doniosłych dla przeciętnego obywatela skutkach, klecą politycy bez żadnego trybu, bez znaczącego udziału czynnika profesjonalnego, tj. wykwalifikowanych prawników (praktyków i teoretyków).
Masywna nowelizacja Kodeksu karnego (1/3 przepisów) uchwalona w dwa dni świadczy o tym najdobitniej. Prezydent, doktor prawa, zapytany zaś co sądzi o noweli k.k., stwierdził, że mankamentów formalnych nie widzi, ale na wszelki wypadek odsyła ustawę do TK. Czy tzw. TK uzna nowelizację za zgodną z Konstytucją? Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że tak, albowiem twór ten zwany Trybunałem, jest aktualnie towarzystwem w pełni podporządkowanym politycznie. Skoro pewien prezes stołuje się u innej prezes, to odmówić uznania noweli za konstytucyjną, byłoby wielką niezręcznością. Oto „państwo prawa” !

Krajobraz po bitwie

Do wyborów zostało już mniej niż sto dni (przyjmując, że Pan Prezydent wskaże pierwszy możliwy a dla rządzących korzystny termin).

Na polskiej scenie politycznej mamy, co mamy – zwarcie szeregów i prężenie muskułów po stronie rządzących i tradycyjny bałagan i rozmemłanie po stronie opozycji.

Normalka!

Skoro tak — to spróbujmy, uruchomiwszy wyobraźnię (bo żadnych twardych danych, dotyczących przyszłości nie ma i być nie może), narysować krajobraz polityczny w kraju po wygraniu przez Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowanie nadchodzących wyborów.
Podkreślę raz jeszcze – to będą symulacje i prognozy, to będzie posługiwanie się różnymi modelami i matrycami pojęciowymi, występującymi we współczesnych naukach społecznych, a nie odwoływanie się do wyników konkretnych badań.
Mówienie o tym, jaka na pewno będzie przyszłość,
nawet ta najbliższa, nie jest możliwe, przyszłość się staje, ona dopiero będzie. „Tu i teraz” jesteśmy osadzeni w „płynnej nowoczesności”, jak nazwał nasze czasy czas jakiś temu, mój profesor Zygmunt Bauman. Mnogość zmiennych, czynników wzajemnie się warunkujących, zdarzeń na świecie — a nie tylko na naszym polskim podwórku — jest tak wielka, że każda próba mówienia z całą pewnością o tym, co będzie polityczną rzeczywistością w Polsce w październiku czy listopadzie 2019, jest nonsensem.
Pamiętając o tych ograniczeniach — możemy jednak, bazując na znajomości tego, co za nami, tego, co władza „dobrej zmiany” zrobiła w latach 2015 -2019, pamiętając wszystkie zdarzenia z okresu 2005 -2007, gdy Jarosław Kaczyński był premierem polskiego rządu, a prezydentem był jego brat-bliźniak Lech Kaczyński, mając w pamięci opracowany tekst nowej konstytucji jaki „wisiał” na stronie PiS-u przed wyborami 2015, a który po wyborach został schowany, pamiętając wszystkie delikty konstytucyjne obecnego rządu i prezydenta, pamiętając wreszcie deklarowane publicznie marzenia Jarosława Kaczyńskiego — o tym, że kiedyś będzie w Warszawie Budapeszt czy Ankara — możemy jednak ze sporym prawdopodobieństwem opowiedzieć, co nas czeka po ewentualnie wygranych przez PiS wyborach do Sejmu i Senatu.

Zacznijmy od modelu sprawowania władzy. 

Wszystkie dane wskazują na to, że będziemy mieli w Polsce system wyborczego autorytaryzmu. Władza, zachowując wyborczą fasadę, zapewni sobie nieusuwalność. Wybory odbywane w warunkach pełnego opanowania wszystkich instrumentów prawnych i dysponowania przez rządzącą ekipę państwowymi pieniędzmi, całym budżetem i niekontrolowanym systemem ich wydawania, władza zawsze wygra, żadnych wyborów nie przegra w skali i stopniu takim, żeby to było niepodważalne dla obserwatorów krajowych i zagranicznych. Na straży nieusuwalności rządzących stać będzie Trybunał Konstytucyjny (trybunał Kaczyńskiego), Sąd Najwyższy, Państwowa Komisja Wyborcza. Partie opozycyjne, jeżeli „urosną” ponad założony przez rządzących poziom — zostaną sprowadzone do parteru przez wymiar sprawiedliwości, partyjną prokuraturę i opanowane sądy.

To na teraz.

Na przyszłość (a przypomnę, o jakim wymiarze sprawowania władzy mówił Jarosław Kaczyński – o 20 -30 latach rządów tej ekipy) władza ma możliwość zmiany konstytucji tak, aby wprowadzić w niej zapisy gwarantujące nieusuwalność Prezesa. Tak, jak to jest opisane w statucie jego partii – bo PiS jest partią Kaczyńskiego, wystarczy przeczytać jej statut. Statut napisany przez prezesa.
Z dwóch możliwych wariantów: partii kadrowej i partii masowej, partia rządząca wybierze wariant partii kadrowej, obudowanej masą klientów – ludzi, których praca, stanowiska i pieniądze zależeć będą od notowań partyjnych. To będzie powtórka z historii – system nomenklatury partyjnej obowiązywał w Polsce przez ponad 40 lat. Prezes go dobrze pamięta. System oparty o rządy partii obudowanej armią klientów jest bezpieczniejszy niż partia masowa. W partiach masowych możliwe są bowiem ruchy oddolne, jakieś „struktury poziome”, pojawienie się jakiś trudno kontrolowanych osobników-członków partii. W partii kadrowej wszystko jest łatwiejsze do kontroli – jeden wódz, jedna linia, jeden cel.

Takiej wizji i takiemu modelowi sprawowania władzy

służyć będzie nowa polityka historyczna, nowy model wychowania młodzieży, nowy wzór człowieka – członka wspólnoty narodowej. Członka wspólnoty narodowej, a nie obywatela. Obywatel nie będzie faworytem władzy. Obywatel to termin obcy, zapożyczony, za nim wloką się jakieś prawa człowieka i obywatela. Członek wspólnoty narodowej to „nasz” członek, członek wspólnoty parafialnej, gminnej. Wspólnota budowana na więziach osobowych, takich jak w rodzinie, w małych grupach to podstawa nowego ładu wynikająca z założeń leżących u podstaw państwa PiS.
Dokonując całościowej syntezy celów rządzącej ekipy, opartej na obserwacji dotychczasowych zaszłości, trudno nie zauważyć, że są one dobrą ilustracją modelu tradycyjnego, opisanego przez Ronalda Ingleharta w jego znanej typologii: Tradycyjne, Nowoczesne i Ponowoczesne społeczeństwo, opartego o badania przeprowadzone w 43 różnych krajach. Władza PiS-u, z jego skoncentrowaniem się na wzmacnianiu gospodarki państwowej, tradycyjnych wartościach religijnych i wspólnotowych, realizująca się w oparciu o tradycyjne systemy tak w rodzinie, jak i w lokalnych wspólnotach do państwa włącznie, jest doskonałym przykładem realizacji w praktyce modelu opisywanego przez Ingleharta jako przeszłość, zapóźnienie.
Przechodząc od modeli do polskiej rzeczywistości tu i teraz, stawiam tezę, że po wyborach powstaną warunki do tworzenia się oligarchów — tak, jak to się dzieje na Węgrzech, czy w Turcji (o Rosji nie wspominając). Cztery lata rządów „dobrej zmiany” stworzyły wystarczająco dużą grupę beneficjentów finansowych, którzy za pieniądze uzyskane z pracy w dużych spółkach skarbu państwa i odpraw za odchodzenie z tych stanowisk będą chcieli teraz inwestować w różne formy państwowej własności tak, aby pomnożyć swój majątek. Sprawa majątku premiera Morawieckiego, ukrycie pieniędzy poprzez rozdzielność majątkową ze swoją żoną, jest tu tylko sygnałem zjawiska.

Przyjęte w modelu szkolnictwa zmiany,

postawienie na rozwój wąsko profilowanych szkół zawodowych, dramatyczne obniżenie poziomu kształcenia na poziomie szkół wyższych — zaowocuje spadkiem konkurencyjności polskich pracowników na międzynarodowym rynku pracy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć w perspektywie 2030, a zwłaszcza 2050 roku, że polska gospodarka z jej niskim poziomem nowoczesności i innowacyjności spadnie do modelu rzeczywiście tradycyjnego, w którym jako główny projekt społeczny określono przeżycie, a nie maksymalizację wzrostu gospodarczego — jak to jest w modelu nowoczesnym — czy maksymalizację subiektywnego dobrostanu, jak jest to przyjęte dla modeli ponowoczesnych.
Społecznym efektem tych zmian będzie wzrost migracji za pracą młodych wykształconych ludzi do różnych krajów UE i dramatyczne zmiany w strukturze społecznej mieszkańców Polski. To w perspektywie najbliższych dziesięciu lat.
Bazując na modelu Ingleharta
łatwo przewidzieć dalszy wzrost roli i znaczenia kościoła katolickiego w Polsce. Stawiam tezę, że im bardziej światowy kościół katolicki będzie się zmieniał i modernizował, tym bardziej polski będzie pogrążał się w dewocji i obskurantyzmie — przy malejącej ilości aktywnych uczestników kościelnych obrzędów. Ale na najbliższe 10-15 lat starczy mu i wiernych i państwowych pieniędzy, aby mówić, tak jak mówi, o sprawowaniu rządu dusz w Polsce.
W modelu wychowawczym dominować będzie wzór nacjonalistycznego patriotyzmu,wzór żołnierza wyklętego-niezłomnego, wzór obrońcy „naszości-swojskości” przed wrogim, obcym światem. Wrócimy do pojęcia z lat trzydziestych, do wzorca narodowej demokracji – do pojęcia Polak-katolik. Polska będzie przedstawiana jako prawdziwa wyspa pobożności i przywiązania do Kościoła w tym całym lewackim i bezbożnym świecie. Jak trzeba, to i poza władzą Rzymu, jak trzeba, to poza Unią.
Wyjście z Unii Europejskiej jest logicznym rozwinięciem dotychczasowej polityki Prawa i Sprawiedliwości — a to, że większość Polaków jest za Unią, da się zmienić. Wystarczy, że Unia przestanie dawać pieniądze, czy to za łamanie prawa, czy z innych przyczyn. Mając rządowe media — zmienić nastawienie suwerena da się.
Polityka historyczna po opanowaniu instrumentów zapewniających bezpieczeństwo panującym stanie się sprawą zasadniczą. To ta polityka w długim horyzoncie czasowym (a obecna władza myśli taką perspektywą) stanie się najważniejsza. Rola i ranga ministra kultury i dziedzictwa narodowego, wicepremiera (pierwszego wicepremiera) Piotra Glińskiego (czy też innego jegomościa na tym stanowisku) wzrośnie. Spadnie przy tym poziom kultury krajowej i nie będzie swobody wypowiedzi dla artystów. To już kiedyś też było.
Polska znajdzie się poza UE (bo to zła organizacja była). Jedynym naturalnym sojusznikiem będzie Wschód, Z Rosją, poszerzoną o Ukrainę i Białoruś; Polska w tym towarzystwie będzie grać rolę „światowej damy”. I to będzie się podobać ludowi w „pisowskiej” Polsce.

Można tak długo.

Przypomnę jednak, że przyszłości nie ma, ona się staje. Od wyników najbliższych wyborów zależy więc wszystko; również to, czy zrealizują się takie scenariusze.
To od nas zależy. Od tego, jak zagłosujemy i co zrobimy, aby inni zagłosowali tak, aby nie stało się to, co dziś jeszcze tylko możliwe.
Możliwe, ale nie przesądzone!

Dezubekizacja to niezasłużone represje

List otwarty do Jarosława Zielińskiego, Sekretarza Stanu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Szanowny Panie Ministrze

W czerwcu br. udzielił Pan Minister wywiadu dla PAP, który w dniu 27.06.2019 r. zamieścił Pan także na swojej stronie internetowej, a którego treści powtórzyło następnie szereg polskich pism i publikatorów. W wywiadzie tym zawarł Pan szereg informacji i komentarzy odnośnie do funkcjonowania Ustawy z dnia 16.12.2016 r. zwanej dezubekizacyjną lub represyjną. Jako osoby objęte tą Ustawą chcielibyśmy, aby Pan Minister zapoznał się z kilkoma naszymi uwagami na ten sam temat. Ponieważ wypowiedź Pana Ministra znalazła szeroki oddźwięk społeczny, powyższe nasze uwagi zdecydowaliśmy się zawrzeć w liście otwartym, udostępnionym wszystkim zainteresowanym mediom społecznościowym.

Panie Ministrze

Stwierdził Pan m. in., że weryfikacja, której poddano funkcjonariuszy służb specjalnych PRL w 1990 r. „była tylko teoretyczna, dokonywana w duchu ustaleń okrągłego stołu i Magdalenki” z czego można wnioskować, że dla ekipy obecnie rządzącej Polską nie ma ona znaczenia. Panie Ministrze, należało nam, funkcjonariuszom którzy poddali się tamtej weryfikacji, powiedzieć to wówczas, a nie teraz, po ponad 25 latach funkcjonowania RP. Weryfikacji dokonywały w 1990 r. oficjalne komisje powołane przez w pełni suwerenne Państwo Polskie, a ich decyzje miały walor formalno-prawny i decydowały o życiu wielu ludzi. Komisje przeanalizowały i oceniły wszystkich pracowników merytorycznych pionów operacyjnych PRL-owskich służb specjalnych. W zdecydowanej większości jednostek organizacyjnych pozytywne oceny otrzymało zaledwie od kilku do kilkunastu procent oficerów (głównie z pionu kontrwywiadu), a w wielu nikt nie został dopuszczony do dalszej służby, dokładnie przeciwnie niż to Pan stwierdził w swym wystąpieniu. Okazuje się przy tym, że uczciwie postąpiono jedynie z funkcjonariuszami zweryfikowanymi negatywnie, którzy w związku z tym w większości podjęli po 1990 r. pracę w innych instytucjach. Do tego czasu praktycznie wszyscy oni wypracowali renty i emerytury cywilne, znacznie wyższe niż określone w Ustawie, które Pan Minister nazywa sprawiedliwymi. Warto też zauważyć, że im każdy rok służby przed 1990 r. wylicza się wskaźnikiem 0,7 proc., podczas gdy zweryfikowanym pozytywnie, uznanym za godnych służenia RP, wskaźnik ten omawianą Ustawą został obniżony do zera. Jesteśmy więc karani za to, że zaufaliśmy Państwu Polskiemu, za to że z całym poświęceniem, narażaniem życia i zdrowia służyliśmy mu po 1990 r., nie przypuszczając, że Polska w tak cyniczny sposób wyzyskuje naszą wiedzę, umiejętności, wytężoną pracę i lata życia, postępując dokładnie jak oszust, który czerpie korzyści z fałszywych obietnic i zawiera umowy, których nie zamierza respektować.
Aby uzupełnić ten wątek warto przypomnieć, że na kongresie PiS w Krakowie w 2009 roku mówił Pan: Chcę to bardzo wyraźnie podkreślić raz jeszcze. Policjanci, strażacy, funkcjonariusze Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Służby Więziennej, zawodowi żołnierze Wojska Polskiego muszą mieć gwarancje, że państwo, któremu służą, dotrzymuje zawartych z nimi umów, wypełnia gwarancje i obietnice deklarowane przy wstępowaniu do służby oraz zapewnia stabilne warunki tej trudnej pracy i należne świadczenia emerytalne po jej wypełnieniu. Po tym wystąpieniu tysiące byłych funkcjonariuszy, skrzywdzonych ustawą z 2009 r. przeforsowaną przez PO, oddało swe głosy w wyborach na partię PiS. Ocena moralna takiego postępowania Pana Ministra jest jednoznaczna, aczkolwiek można pogratulować skuteczności politycznej.

Panie Ministrze

Oświadczył Pan w swej wypowiedzi, że Ustawa miała na celu realizację historycznej sprawiedliwości, polegającej na odebranie nienależnych przywilejów tym, którzy służyli totalitarnemu państwu. Proszę więc zauważyć, że w 2009 r. rząd premiera Tuska przeprowadził przez Sejm ustawę, w której wszystkim emerytowanym funkcjonariuszom PRL-owskich służb specjalnych zabrano wcześniej stosowany wskaźnik 2,6 proc. za rok służby temu państwu. Jednak nie zmniejszono go do poziomu 1,3 proc., jaki przysługuje każdemu normalnie pracującemu Polakowi (czyli nie jest przywilejem, a normą), ale do 0,7 proc., który obejmuje ludzi niepracujących, a także m. in. więźniów odbywających kary. A więc już 2009 r. nie tylko odebrano przywileje, ale także represyjnie ustalono wysokość rent i emerytur tej grupy na poziomie przestępców. Teraz okazuje się, że zdaniem Pana Ministra wskaźnik 0,7 to też przywilej i bez skrupułów używa Pan tego fałszywego argumentu wobec mało zorientowanej opinii publicznej. Należy ponadto zauważyć, że wymierzanie jakiejkolwiek sprawiedliwości przez władzę polityczną, która ze swej istoty jest stronnicza, świadczy o braku znajomości najbardziej elementarnych reguł prawa, lub o wyjątkowo niskim poziomie etycznym takiej władzy. Do wymierzania sprawiedliwości w demokratycznym państwie prawa służą wyłącznie niezależne sądy i trybunały, stosujące uczciwe reguły procesowe.

Panie Ministrze

Oświadczył Pan, że w Ustawie chodziło o to, aby byli pracownicy służb PRL nie mieli większych dochodów niż ofiary komunistycznych represji. Proszę więc zauważyć, że jeżeli ktoś czuje się ofiarą komunistycznej represji, to powinien kierować do prokuratury (IPN) lub do sądów oskarżenia przeciwko funkcjonariuszom, którzy go skrzywdzili. O ile wiadomo przez ponad 25 lat oskarżenia takie skierowało na drogę prawną zaledwie kilkunastu represjonowanych działaczy opozycji sprzed 1989 r., a następnie odbyły się procesy sądowe i zapadły stosowne wyroki. Proporcje kilkunastu przypadków wobec kilkudziesięciu tysięcy funkcjonariuszy objętych Ustawą są rażące. Mamy nadzieję, że jeżeli zna Pan Minister inne przypadki komunistycznych represji, to zgodnie z prawem bezzwłocznie powiadomi Pan o nich właściwą prokuraturę. Dla uzupełnienia tego wątku warto dodać, że szereg osób, które poniosły szkody w wyniku działalności opozycyjnej w PRL (głównie w wyniku niesprawiedliwych wyroków sądowych) otrzymało w okresie III RP odszkodowania sięgające od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy zł.

Panie Ministrze

Z dumą poinformował Pan, że dzięki Ustawie radykalnie zmniejszono mundurowe renty rodzinne tysiącom osób z nich korzystających. Proszę więc zwrócić uwagę na następujący fakt. Represjonowanie niewinnych osób wyłącznie za to, że są powiązane rodzinnie z rzekomymi przestępcami, za jakich Ustawa, stosując odpowiedzialność zbiorową, uznała wszystkich kiedykolwiek pracujących w służbach specjalnych PRL, ma w zasadzie tylko jeden odpowiednik we współczesnej historii. Otóż podobnie haniebne rozwiązania prawne zastosowano w okresie stalinizmu w Rosji Sowieckiej, gdy za bycie członkiem rodziny tzw. „wroga ludu” również otrzymywało się wyroki skazujące. Fakt, że Pan Minister szczyci się analogicznym represjonowaniem tysięcy, w tym wypadku już bez jakichkolwiek wątpliwości niewinnych ludzi, nie wymaga dalszych komentarzy.

Panie Ministrze

Wielokrotnie używanym przez Pana argumentem jest przykład, iż jakiejś jednej osobie z ponad 38 tys. objętych Ustawą, odebrano aż 18 tys. zł miesięcznie, co niewątpliwie robi wrażenie na opinii publicznej. Dlaczego Pan Minister nie podał, że jednocześnie kilkunastu tysiącom emerytów i rencistów mundurowych obniżono otrzymywane przez nich, z trudem wystarczające na przeżycie świadczenia niewiele przekraczające 1000 zł netto, do głodowych 880 zł miesięcznie? Czy dlatego, że to mogłoby nie zrobić pożądanego wrażenia na opinii publicznej? Czy tragedia dziesiątków tysięcy niewinnych ludzi ma nadal służyć tylko doraźnym celom propagandowym? Pan Minister stwierdził przy okazji, że Ustawa spotkała się z szerokim poparciem społecznym. Proszę więc wziąć pod uwagę, że w wypadku gdyby zdarzyło się, iż Panu Ministrowi, lub jego kolegom z rządu, w przyszłości również obniżono by świadczenia emerytalne do poziomu minimalnego, to bez wątpienia spotkałoby się to z podobnie wielkim entuzjazmem społeczeństwa polskiego.

Panie Ministrze

Z satysfakcją podał Pan, że budżet państwa dzięki Ustawie „zaoszczędził” około 676 mln. zł rocznie, o 25 proc. więcej niż Pan Minister przewidywał. Można pogratulować skuteczności działań i ponadplanowych efektów finansowych. Mamy jedynie nadzieję, że nasze uwagi do wystąpienia Pana Ministra pozwolą lepiej zrozumieć sposób w jaki zostały osiągnięte tak doskonałe efekty, oraz wyjaśnią, dlaczego Pan Minister jest dumny z Ustawy dekomunizacyjnej. Poruszony temat ma jeszcze szereg innych interesujących aspektów, ale w tym wypadku chcieliśmy się odnieść tylko do konkretnej wypowiedzi Pana Ministra.
Najserdeczniej pozdrawiamy Pana Ministra i życzymy dalszych sukcesów w pracy zawodowej.

Przegrana dezubekizacja

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie zapadł precedensowy wyrok: zdecydowano o cofnięciu zmniejszenia emerytury w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Orzeczenie dotyczy mężczyzny, któremu MSWiA obniżyło świadczenie, chociaż był idealnym przykładem przewidzianego w ustawie wyjątku.

Orzeczenie dotyczy Augustyna Skitka – byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który w latach 80. w Gorzowie Wielkopolskim współpracował z „Solidarnością”, przekazywał opozycjonistom informacje o planowanych działaniach SB, których celem byli przeciwnicy rządu oraz aktywni w opozycji duchowni. W 1990 r. mężczyzna został zweryfikowany pozytywnie i przez kolejne 15 lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa. Po wprowadzeniu pierwszej tzw. ustawy dezubekizacyjnej przez rząd PO-PSL sąd potwierdził, że jego emerytura nie podlegnie zmniejszeniu. Mężczyzna spełniał wskazany w ustawie warunek – „podjął bez wiedzy i zgody przełożonych współpracę i czynnie wspierał osoby i organizacje działające na rzecz niepodległości Państwa Polskiego”.
Gdy PiS ogłosił drugą, radykalniejszą ustawę zmniejszającą świadczenia dawnych funkcjonariuszy, Augustyn Skitek również stracił emeryturę. Chociaż ponownie spełniał warunki, by zrobiono dla niego wyjątek. MSWiA nie zagłębiło się jednak w szczegóły jego sprawy, pozostało głuche na interwencję gorzowskiej „Solidarności” oraz rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara. Skitek poszedł do sądu.
Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, na niejawnym posiedzeniu Sądu Okręgowego Wydziału Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie sędzia Jolanta Lewandowska ogłosiła uchylenie decyzji Zakładu Emerytalnego MSWiA o zmniejszeniu emerytury, nakazała przywrócić pełne świadczenie i wypłacić wyrównanie za ostatnie 18 miesięcy – ok. 22 tys. złotych.
Obniżka emerytur na mocy ustawy przeforsowanej przez PiS dotyczy blisko 40 tys. osób. Większość złożyła odwołania, ale Zakład Emerytalny MSWiA uwzględnił je tylko w stosunku do kilkunastu sportowców, których milicyjne etaty były czystą fikcją. W tej sytuacji 27 tys. osób zwróciło się do sądu. Jeden z sędziów rozpatrujących taką skargę zadał w tej sprawie pytanie Trybunałowi Konstytucyjnemu.
– Teraz inni sędziowie zawieszają postępowanie w podobnych sprawach, tłumacząc się, że czekają właśnie na wyrok TK. Ale tak nie musi być. Sędziowie, jeśli uznają to za zasadne, mogą wydać wyrok bez czekania na Trybunał – tłumaczy „GW” Tomasz Oklejak, naczelnik Wydziału Spraw Żołnierzy w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.
Na razie jednak orzekać bez czekania na opinię TK zdecydowała się jedynie sędzia Lewandowska z warszawskiego Sądu Okręgowego. – To może być przełom, który spowoduje, że inni sędziowie też zaczną wydawać podobne orzeczenia – skomentował dla „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Co z dezubekizacją?

„Gazeta Wyborcza” poinformowała o zapowiedzi cofnięcia tzw. „ustawy dezubekizacyjnej”, jako niezgodnej z Konstytucją…

 

Sejmowa Komisja przyjęła opinię Biura Analiz Sejmowych, w której wskazano, że zmniejszenie emerytur w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej jest niekonstytucyjne. „Gazeta Wyborcza” wskazuje, że w głosowaniu wzięło udział wielu parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości (m.in. Marek Ast, Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz).

„Naszym zdaniem ograniczenie wysokości emerytury do przeciętnej wypłacanej przez ZUS jest niekonstytucyjne” – stwierdziła mec. Dorota Lis-Staranowicz, przedstawicielka Biura Analiz Sejmowych (BAS), wskazując, że „ art. 15c. ust. 2 i art. 3 w zakresie, jaki ma zastosowanie do wymiaru wysokości emerytury za okres służby w policji po 1 sierpnia 1990, ograniczający jej wysokość do kwoty przeciętnej emerytury, jest niezgodny z zasadą równości wyrażoną w art. 32 Konstytucji”.

4 października Komisja Ustawodawcza przyjęła opinię sejmowych prawników i zarekomendowała marszałkowi Sejmu, by takie właśnie stanowisko zaprezentował przed Trybunałem Konstytucyjnym. Trybunał ma bowiem rozstrzygnąć o konstytucyjności ustaw o dezubekizacji – pisze „Gazeta Wyborcza”. W ślad za tym, oraz odpowiadając na liczne zapytania pokrzywdzonych represyjną ustawą emerytów mundurowych – przypominamy czyimi głosami przyjęte zostały w Sejmie RP obie „ustawy dezubekizacyjne” – ta pierwsza z 23 stycznia 2009 roku i ta druga z 16 grudnia 2016 r. Najgorliwiej byłi „za” członkowie PiS, PO, ale także PSL.

Wobec skutków obu ustaw przeprowadzono szeroko zakrojone kampanie protestacyjne i odwoławcze, uznajac je za niekonstytucyjne, naruszajace prawa człowieka, niesprawiedliwe, łamiące zasadę niedziałania prawa wstecz, wprowadzajce wreszcie odpowiedzialność zbiorową. W tych działaniach najaktywniej protestowały środowiska lewicy – SLD, FSSM, organizacje związkowe mundurowych. O wszystkich akcjach informowaliśmy na stronie posła Janusza Zemke, osobiście wspierającego te przedsięwzięcia, także w Parlamencie Europejskim.

Jak kulą w płot! Czyżby teraz, na dwa tygodnie przed wyborami samorządowymi tzw. ustawy dezubekizacyjne stały się ratunkowym narzędziem pozyskania przychylności rządzącym niemałej grupy wyborców – emerytów i rencistów funkcjonariuszy mundurowych i ich rodzin, nieraz pozbawionych znacznej części ich świadczenia, wypracowanego całym zawodowym życiem?
Aż trudno w to uwierzyć. Poseł Borys Budka z PO podejrzewa, że to skutek pomyłki w głosowaniu członków Komisji Ustawodawczej z PiS, bo w przeciwnym razie, rządzący musieliby zwrócić zabrane emerytom świadczenia, liczone na ok. 300 mln rocznie. Zobaczymy, co uczyni marszałek Sejmu, wszak nie musi w swoim stanowisku sugerować się opinią Komisji Ustawodawczej. Zobaczymy też, co orzeknie Trybunał Konstytucyjny, choć wskazówka z Sejmu dla Julii Przyłębskiej będzie zapewne ważną przesłanką do wyroku. Ale czy orzeknie przed wyborami?

Chyba że owa „niekonstytucyjność”, jako zabieg PR, będzie ważna tylko do wyborów…