Dezubekizacja w Strasburgu

Żyjemy w państwie, w którym rządząca od prawie 6 lat Polska Zjednoczona Prawica zafundowała całemu społeczeństwu takie ilości kłamstw, podłości, cynizmu i brutalnej propagandy, że nawet drastyczne szykanowanie poszczególnych grup społecznych oraz niezależnych osób (np. sędziowie Tuleja i Juszczyszyn) przestaje robić specjalne wrażenie.

Tylko w takim świetle można zrozumieć dlaczego samobójcza śmierć co najmniej 60 Polaków, głęboko skrzywdzonych wyjątkowo ohydnym aktem, jakim jest ustawa dezubekizacyjna, nie wywołuje żadnych większych reperkusji w życiu publicznym. W każdym normalnie demokratycznym kraju byłby to wielki skandal, bulwersujący temat podnoszony przez publicystów, badaczy społecznych, humanistów, polityków – w Polsce „nad tymi trumnami panuje głęboka cisza”. Jest wręcz upokarzające, że dzięki PiS-owskim rządom nasze społeczeństwo osiągnęło aż taki stan bezduszności.

Sprawa ma zresztą szerszy wymiar, gdyż temat samobójstw jest niezwykle niewygodny dla polskich prawicowych polityków. Mało kto wie, że w tej dziedzinie znajdujemy się obecnie w ścisłej światowej czołówce (przodujemy także w śmiertelności z powodu covid-19, ale to inny problem). W wyniku samobójstw umiera rocznie grubo ponad 5000 (!) naszych obywateli, a przecież zgodnie z propagandą sukcesu pisowskiej TVP żyjemy w kraju pełnej szczęśliwości, rządzonym przez wspaniałych, zatroskanych o ludzi przywódców. Warto więc zauważyć, że w PRL, która podobno była okropnie totalitarnym reżimem, popełniano rocznie nie więcej niż 3000 samobójstw. Właśnie za ten rzekomy totalitaryzm w 2016 r. PiS zbiorowo skazał na głodową wegetację prawie 50 tysięcy byłych, z reguły szeregowych funkcjonariuszy tamtej Polski. Wobec tego pojawia się pytanie, jakie kary powinny ponieść dzisiaj rządzący, jeżeli ich panowanie skutkuje prawie dwukrotnie większą ilością samobójczych zgonów. Natomiast przy tej skali problemu łatwiej zrozumieć, że 60 dodatkowych tragicznych aktów nie robi na nich żadnego wrażenia, aczkolwiek za te konkretnie śmierci ponoszą oni bezpośrednią odpowiedzialność.

Dramat zafundowany na starość tysiącom ludzi, którzy nigdy nie popełnili żadnego przestępstwa, powoli zaczyna się obracać przeciwko jego autorom. Zastosowana przez Zjednoczoną Prawicę taktyka permanentnego odwlekania ich spraw sądowych, była skuteczna przez trzy i pół roku, w czym główne zasługi położył Trybunał Konstytucyjny pani prezes Przyłębskiej. Chodziło im m in. o uniemożliwianie poszkodowanym udania się do sądów europejskich, jako że trybunały te z reguły nie podejmują spraw, o ile nie wykorzystano w całości krajowej drogi prawnej. Jednak granice tolerancji środowiska sędziowskiego zostały już chyba przekroczone.

Oto Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który wcześniej konsekwentnie odmawiał zajęcia się problemem, obecnie przyjął do rozpoznania 23 skargi dotyczące rażącej przewlekłości postępowań sądowych, złożone przez osoby represjonowane. Jednocześnie zadał polskiemu rządowi stosowne pytania, na które musi on udzielić odpowiedzi do 12 maja br. Prawdopodobnie PiS-owskie władze będą się zasłaniały rzekomą obstrukcją ze strony polskich sędziów, ale w ten sposób mogą się tylko ośmieszyć. Międzynarodowy świat prawniczy dobrze orientuje się jaka jest u nas sytuacja, a ponadto oczywistą normą Unii Europejskiej jest, że to władze państwa muszą zadbać o stworzenie właściwych warunków funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, w tym zapewnić odpowiednią ilość etatów, środków materialnych, itp., które umożliwią rzetelne sądzenie z zachowaniem przyzwoitych terminów.

Jest więc wielce prawdopodobne, że pierwszych 23 dezubekizowanych otrzyma wkrótce od PiS-owskiego rządu całkiem przyzwoitą gratyfikację pieniężną za okres prawie czteroletniego oczekiwania na sprawiedliwość. Dalsze konsekwencje wydają się też oczywiste – analogiczne skargi do ETPCz napisze wówczas ogromna większość, jak nie wszyscy, z prawie 25 tysięcy represjonowanych znajdujących się w analogicznej sytuacji. Trudno to wyliczać, ale nie jest wykluczone, że Polska Zjednoczona Prawica będzie musiała stworzyć odrębny fundusz na pokrycie tych odszkodowań, może nawet zbliżony do kwoty, jaką udało jej się ukraść represjonowanym przy pomocy ustawy dezubekizacyjnej.

Należy przy tym pamiętać, że jest to bardzo prawdopodobny, ale tylko dodatkowy koszt radosnej zabawy PiS-u w Sali Kolumnowej w grudniu 2016 r. Chodzi o to, że ogromna większość sędziów polskich, mimo stosowania wobec nich brutalnych szykan przez ekipę ministra Ziobry, nie ulękła się, nie zbrukała swego honoru i uczciwie ocenia zaistniałą sytuację. Dzięki nim część procesów z powództwa represjonowanych osób wreszcie się rozpoczęła i w całym kraju zapadło już kilkaset wyroków I instancji przywracających świadczenia. Sporządzone do nich uzasadnienia dokładnie obnażają żałosny poziom prawny ustawy dezubekizacyjnej, jej niekonstytucyjność, niesprawiedliwość, amoralność. Dzięki temu odbyły się także pierwsze rozprawy apelacyjne i są już osoby, które otrzymały swe prawdziwe emerytury i renty, z wyrównaniem za cały okres represji. Oczywiście PiS może dłużej upierać się przy swej podłości, ale wówczas kumulujące się kwoty oddawanych świadczeń i procenty od nich będą po prostu jeszcze większe. I pozostanie tylko żal, że tak wiele koleżanek i kolegów nie mogło doczekać nie tyle zwrotu pieniędzy, ale czci i godności, które im tak nikczemnie próbowano zabrać.

Oczywiście zdarzają się także, na szczęście nieliczne, przypadki sędzin i sędziów, którzy usilnie chcą się podlizać obecnej władzy, więc wydają wyroki zgodne z jej oczekiwaniami. Powtarzają przy tym bezmyślnie argumenty o rzekomym służeniu jakiemuś totalitarnemu państwu, gdy stojący przed nimi ludzie nigdy nie złamali żadnego prawa, ani karnego, ani ogólnoludzkiego, ani jakiegokolwiek innego. Ci rzekomo wykształceni prawnicy nie zdają sobie sprawy, że jeżeli ktokolwiek z represjonowanych zasłużył na karę, to powinien być postawiony przed izbą karną i tam skazany, a nie przed cywilnymi sądami pracy. Warto więc takim pisowskim sędziom, pełniącym zastępczą rolę kata, uświadomić, że zbliża się już czas, gdy rządy Zjednoczonej Prawicy okażą się tylko żałosnym „okresem błędów i wypaczeń” w historii demokratycznej Polski – ciekawe jak wówczas spojrzą oni w oczy swym kolegom, którzy nigdy nie zniżyli się do tak haniebnej służby.

A to, że rządy Polskiej Zjednoczonej Prawicy powoli, ale systematycznie gniją i ich koniec jest nieuchronny, widzą już wszyscy obiektywni obserwatorzy. Zdają sobie z tego sprawę także politycy tej formacji i wykazują coraz większą łapczywość oraz wręcz „obajtkowe” tempo w zawłaszczaniu majątku narodowego, gdyż czasu nie zostało im zbyt wiele. Ta pazerność i jednoczesne rozglądanie się za tzw „szalupami ratunkowymi” przywołuje na pamięć dawną anegdotę z czasów carskiej Rosji. Otóż spytano w niej prostego ruskiego „mużyka”, co by zrobił gdyby został carem – on podrapał się w głowę i odparł: „Ukradłby sto rubli i uciekł”. PiS -owcy właśnie zaczynają się rozglądać, gdzie można będzie uciec.

Dezubekizacja na arenie

Każdy przywódca państwa niejako w sposób automatyczny zapisuje się na kartach jego historii. Otrzymuje przy tym do dyspozycji dwie znacznie różniące się możliwości: albo trafi do panteonu zasłużonych, albo do galerii szubrawców.

Rządzący samowładnie Polską od ponad pięciu lat prezes PiS uczynił już na tej drodze bardzo poważne kroki. To jego partia uchwaliła bez wątpienia najbardziej podły i niesprawiedliwy akt „prawny” III RP, jakim jest tzw ustawa dezubekizacyjna. Dotkliwa krzywda, którą wyrządzono w ten sposób dziesiątkom tysięcy Polaków, fałszywie oskarżonych zbiorowo o całe zło poprzedniego ustroju, jest haniebną plamą, jakiej PiS nigdy z siebie nie zmyje.

W środowisku represjonowanych wciąż pojawia się pytanie, dlaczego Prezes postanowił zadać cierpienia tak wielkiej liczbie dosyć dowolnie wskazanych funkcjonariuszy kilku dawnych służb. Odpowiedzi padają różne, ale warto wskazać na pewien szczególny aspekt tego brutalnego zabiegu. Otóż genialny strateg Zjednoczonej Prawicy doszedł do wniosku, że zmasowana propaganda, uprawiana od początku istnienia III RP, w wystarczająco czarnych kolorach odmalowywała poprzednią Polskę, aby nie wykorzystać tego politycznie. Już wcześniej próbowano postawić przed sądami poszczególnych przywódców PRL, m. in. gen Jaruzelskiego, Kiszczaka i innych, ale okazywało się, że przestrzegające standardów sądy w zasadzie nie bardzo mają za co ich karać i zapadające wyroki były stanowczo zbyt mało widowiskowe. Prezes uznał, że jest mu potrzebny spektakl na dużo większą skalę.

Jako wytrawny polityk skorzystał z wzorców sprawdzonych niegdyś w starożytnym Rzymie, którego władcy doskonale wiedzieli, że aby rządzić, muszą dostarczyć plebsowi jedynie dwóch rzeczy: chleba i igrzysk. Z chlebem sprawa była prosta – wprowadzono 500+ (wypłacane ludowi z podatków, które oczywiście sam lud wcześniej państwu zapłacił) i trzeba było jeszcze wymyślić igrzyska. Tu znów przydała się znajomość historii i rozwiązanie jakie prawie dwa tysiące lat temu zastosował cesarz Neron. On także doszedł do wniosku, że za ogromny pożar Rzymu wypadałoby kogoś ukarać, i że kilka osób stanowczo tu nie wystarczy. Ku uciesze rzymskiej tłuszczy zorganizował więc ogromne igrzyska, gdzie na różne wymyślne sposoby, krzyżując, paląc żywcem i rzucając lwom na pożarcie, uśmiercono na arenach kilka tysięcy chrześcijan (których wcześniej cesarska czarna propaganda nazwała „wrogami życia” i wskazała jako podpalaczy).

Prezes ocenił, że polskie społeczeństwo w swej masie niczym nie różni się od rzymskiego plebsu i zastosował dokładnie ten sam mechanizm. Przyjął, że ok. pięćdziesiąt tysięcy niewinnych ludzi złożonych w ofierze będzie odpowiednią liczbą i tylu kazał przygotować swym gorliwym sługom. Widowisko rozpoczęto 16 grudnia 2016 r., w Sali Kolumnowej Sejmu, od jawnego zademonstrowania publiczności absolutnej pogardy dla jakichkolwiek cywilizowanych norm prawnych i parlamentarnych. Trudno było jednak urządzić spektakl aż tak krwawy jak w czasach Nerona, więc zdecydowano, iż sadystyczne zadowolenie osiągnie się dzięki długotrwałości cierpień skazańców. Pewnym niebezpieczeństwem było, że mogli oni próbować znaleźć sprawiedliwość w niezależnych sądach, więc zagrożenie takie usunięto przy pomocy pretorian z Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Trybunału Konstytucyjnego, z panią prezes Przyłębską na czele. Zastosowany przez nich rozległy repertuar brudnych chwytów i kruczków prawnych spowodował, że ogromna większość z kilkudziesięciu tysięcy ofiar od prawie czterech lat wciąż bezskutecznie czeka na odbycie się rozpraw i uzyskanie jakichkolwiek wyroków. Dzięki temu organizatorzy igrzysk osiągnęli efekty, które z pewnością spełniają ich oczekiwania – zrozpaczeni, niewinnie szykanowani starzy ludzie popełniają samobójstwa (co najmniej 60 takich tragedii) i umierają w przyspieszonym tempie, zabici stresem i nędzą w jaką ich wpędzono (tak odeszło już ponad 1500 represjonowanych).

Ostatnio spektakl trochę zaczyna kuleć, bowiem nie wszystkie osoby ze środowiska polskich sędziów i prawników chcą uczestniczyć w tym haniebnym widowisku. Pojawiły się odważne orzeczenia, że odpowiedzialność zbiorowa jest w sposób oczywisty bezprawna, że karać można tylko za indywidualne czyny, że prawo nie może działać wstecz, że stosowanie zemsty politycznej jest zakazane, że istnieje domniemanie niewinności itp. Także część dziennikarzy i publicystów w końcu zorientowała się w poziomie moralnym i prawnym twórców dezubekizacji i zaczyna bardziej uczciwie pisać o skali uczynionej podłości. Nawet wśród zwykłych obywateli polskich, którzy początkowo, tak samo jak rzymski plebs, cieszyli się i radośnie oklaskiwali cierpienia bezbronnych skazańców, dzisiaj skala poparcia dla dezubekizacji zaczyna powoli opadać.

Szczególne kłopoty bezpośrednim realizatorom igrzysk, czyli pseudo prawnikom z Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA oraz pseudo historykom z IPN, sprawiło orzeczenie Sądu Najwyższego o konieczności wykazywania jakich to konkretnie przestępczych czynów dopuścili się poszczególni represjonowani w czasach swej służby w PRL. Wobec posiadania niezwykle mizernych materiałów na ten temat zdesperowani propagandziści PiS wymyślili, iż czynem takim jest fakt, że wielu z nich było członkami rządzącej tamtą Polską partii PZPR. Obecnie argument ten pojawia się nie tylko w sądach, ale nawet w decyzjach administracyjnych MSWiA. Szokujące uznanie, że dowodem przestępstwa jest przynależność partyjna, może mieć ciekawe konsekwencje polityczne. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. na PiS głosowały przede wszystkim osoby z wykształceniem podstawowym i zawodowym, mieszkańcy wsi oraz ludzie zaawansowani wiekowo. W szczytowym okresie gierkowskim (lata siedemdziesiąte XX wieku) do PZPR należało ponad 3,5 miliona dorosłych Polaków i nie należy się dziwić, że to z nich w dużej części wywodzi się dzisiejszy podstarzały elektorat Zjednoczonej Prawicy – dla wielu z nich partia PiS ze swym populizmem, otwartą wrogością do wszelkich elit, prymatem państwa i despotycznym wodzem, musi wprost kojarzyć się z komunistyczną młodością. Mogą teraz być bardzo zdziwieni, że ta partia zaliczyła ich właśnie do kategorii przestępców, którym należy zabrać emerytury i renty.

Oczywiście PiS stara się także innymi sposobami podtrzymać ochotę polskiego plebsu w kibicowaniu trwającym igrzyskom. Zatrudnieni prawicowi hejterzy na różnych stronach mediów społecznościowych stale zamieszczają stosowne komentarze, z których ostatnio wybija się zjadliwy tekst, że „emerytury i renty dezubekizowanym powinna wypłacać Moskwa”. Hejt jak hejt, zwykłe łgarstwo, ale autorom warto odpowiedzieć, że w takim razie za lata służby po 1990 r, a nadal pracowała wówczas ogromna większość represjonowanych, świadczenia powinien wypłacać Waszyngton, i to w dolarach.

Zacząłem od nawiązania do aspektów historycznych, więc chciałbym ten wątek dokończyć. Zwłaszcza, że historia lubi się powtarzać. Otóż kilka lat po zorganizowaniu przez Nerona wspaniałych igrzysk z udziałem chrześcijan okazało się, że lud rzymski nadal pragnie widowiska, lecz teraz najchętniej zobaczyłby na arenie samego cesarza. Ucieczka się nie udała i jedynym sensownym wyjściem okazało się popełnienie samobójstwa – sam Neron trochę się przed tym wzbraniał, więc ostateczny cios zadał mu z litości jeden z jego niewolników.

Polityczny szczękościsk prawicowej władzy w Polsce

Czyli upadek rozumu i porażka człowieczeństwa.

Ulice polskich miast kipią od tłumnych protestów kobiet – także wspierających je mężczyzn – okazujących energiczną i głośną niezgodę na ogłoszone nie dawano przez tzw. Trybunał Konstytucyjny uzasadnienie do wcześniejszego wyroku zakazującego aborcji w przypadku tzw. wady letalnej płodu. Oznacza to w praktyce, że możemy poszczycić się najbardziej drakońskim w Europie – poza państwem Watykan – prawem dot. usuwania ciąży. Prawo zastało tu dramatycznie zindoktrynowane – zawężone – a sama aborcja, z niewielkim wyjątkiem, podlega penalizacji; grozi więzieniem lekarzowi i matce, która z poważnych powodów zdrowotnych i społecznych zdecyduje się na usunięcie płodu. Władzy, łącznie z Kościołem, który skrywa się za restrykcją, pomyliły się epoki. Średniowiecze, i inne ciemne czasy Europa ma już za sobą. Szanuję i podziwiam matki, które decydują się na donoszenie i urodzenie chorego już w łonie dziecka, lecz jednocześnie nie potrafię potępiać tych matek, które zechcą taki płód usunąć, gdyż to kobieta, z ważnych i rozsądnie skodyfikowanych powodów winna mieć prawo decydować, co uczynić z takim mniej czy bardziej rozwiniętym, chorym zalążkiem życia w swoim łonie. Ewentualna aborcja jest również ogromnym dramatem i cierpieniem kobiety, przeżywanym za przyczyną poważnego przymusu zdrowotnego.

Przymuszanie kobiet do heroizmu rodzenia dzieci obciążonych poważnym defektami zdrowotnymi jest okrutnym kuglarstwem prawnym oraz nadużyciem etycznym, klepniętym konstytucyjnie przez organ nieuprawniony, powołany do sądzenia – wedle poważnych opinii – w sposób prawnie wadliwy. Całość ta dowodzi sfanatyzowania rządzących, mocujących coś takiego w prawie, przy tym kalkulujących to prawo na zimno. Ogromna część Polaków zauważa, że to paranoja. Ja również. Lecz należy pamiętać, że wcale nie wszyscy podzielają poglądy protestujących. Co z tego, że tłumy wyszły na ulice ?! Władza przywykła do protestów, wpisała je w koszty swojego rządzenia wedle zasady: psy szczekają, karawana jedzie dalej. PiS ma przed sobą jeszcze trzy lata rządów i cieszy się poparciem wcale pokaźnego elektoratu, który w nosie ma – nie ogarnia – przekrętów partii Kaczyńskiego; te go ani nie interesują ani obchodzą, więc płynie nurtem jej zideologizowanego programu. Popierający PiS czują się w większości zwolnionymi od myślenia. Zatracili empatię w wielu sprawach, że dodatkowo wspomnę tu ustawę zwaną, nie wiedzieć dlaczego, „Dezubekizacyjną” z grudnia 2016 roku. Należy przypomnieć, ze wpędziła ona w biedę tysiące mundurowych emerytów i rencistów, razem z rodzinami – rzekomych „ubeków”. Szczuto na tą grupę od dawna, nawet w kościołach. Brakuje w języku polskim słów mogących trafnie ważyć głębie nikczemności tego wyroku władzy. W Polsce, gdzie jedno ludzkie nieszczęście potrafi burzyć tłumy, zadbano o to, aby nieszczęście tysięcy wepchnąć do piekła obojętności i zapomnienia. I nazwać je przewrotnie rzekomym spełnieniem oczekiwanej przez naród sprawiedliwości. Temat nie cieszy się wzięciem gwiazd medialnych – wszak, kto będzie bronić .. „ubeków – komunistycznych oprawców” ?! W tej akurat sprawie nie tylko PiS, ale równie polskie elity szeroko pojęte nie zdały egzaminu z człowieczeństwa; albo uwierzyły w dekomunizacyjną sprawiedliwość Ustawy nie bacząc, że klecąc ją łamano z hukiem kluczowe zasady Prawa Rzymskiego, lub wolały schować uszy po sobie, trzymając się maniery i salonowej koniunktury. Prawo i Sprawiedliwość – Zjednoczona Prawica – posiadło moc sprawczą forsowania swoich władczych pomysłów, także urojeń. Wyrosło na mistrza stawiania narodu pod ścianą faktów dokonanych. Kuglarstwo paragrafami towarzystwo to opanowało do perfekcji, przecząc moralności, jeśli moralność w polityce znaczy cokolwiek. Jarosław Kaczyński, jako polityk, przepoczwarzył się i wyrósł na polskie wcielenie Niccolo Machavelli’ego. Nie ulega wątpliwości, że PiS zgarnęło władzę demokratycznie, przy tym wcale nie bezwzględną wyborczą przewagą nad resztą politycznie podzielonej konkurencji, lecz „D’Hondtem”. Wydawałoby się, że takie rozstrzygnięcie winno motywować zwycięzców do jakiegoś umiaru. Antony Beevor, brytyjski historyk – mój rówieśnik – autor paru bardzo ciekawych książek historycznych (patrz np., „Stalingrad” czy „Berlin 1945”) jest autorem dzieła, „Walka o Hiszpanię 1936 – 1939”, opatrzonego podtytułem „Pierwsze starcie totalitaryzmów”.

To mądra i wyważona w sądach książka, rozsądnie rozdzielająca po latach winy obojga stron nieszczęścia, które dotknęło to iberyjskie państwo w tym samym czasie, kiedy nad Europą zbierały się burzowe chmury nadciągającej wojny światowej. Aspirujący do władzy Front Ludowy zdobył w nich niewielką przewagę – poniżej dwóch procent. .Beevor, konstatując wyniki parlamentarnej elekcji Hiszpanów, odnosi je do tryumfującej w wyborach Lewicy. Pisze dalej: „Lewica, lekceważąc skromność swego zwycięstwa, zaczęła się zachowywać tak, jakby otrzymała powszechny mandat do wprowadzenia rewolucyjnych zmian” (sic!). Rzecz historycznie odległa w czasie oraz w geografii nasuwa cząstkę analogii do tego, co aktualnie dzieje się w Polsce, tyle, że słowo „Lewica” należałoby tu zastąpić zwrotem „Prawica” do tego „Zjednoczona”. Hiszpański przykład tamtego czasu, opisany piórem wrażliwego pisarza i historyka, mającego wyczucie niebezpieczeństw niepohamowania zapędów – „rewolucyjnych zmian” – władzy zdobytej akurat niewielką przewagą elekcyjną – także tu i teraz polskim „D’ontem” – zdaje się być ostrzeżeniem przed jej nadużywaniem. W Polsce, sumarycznie po stronie przeciwnej, była jednak większość tych, którzy głosowali na inne od PiS partie, co w jakiś cywilizowany sposób winno być uszanowane i motywować rządzących od powściągnięcia we wdrażaniu rozwiązań budzących skrajne kontrowersje, wtłoczonych do praktyki w sposób prawnie wątpliwy. I tak być powinno. I chociaż nie ma ku temu żadnej, zapisanej w prawie obligacji, owa powściągliwość winna wpisać się w polityczny obyczaj – stanowić żywą część demokratycznego myślenia elit władzy o państwie jako cywilizowanej, delikatnej tkance rozwiązań i instytucji, mającej na celu łączenie, a nie dzielenie i szczucie na siebie obywateli. Warto przywołać tutaj słowa utrwalone przez Cypriana Kamila Norwida w liście słanym przez poetę w 1862 roku do Michaliny z Dziekońskich Zalewskiej: „Jesteśmy żadnym SPOŁECZEŃSTWEM. Jesteśmy wielkim SZTANDAREM NARODOWYM”. Mało co nam tak dobrze, wspólnie i zbiorowo wychodzi, jak wymachiwanie sztandarami i gromkie śpiewanie hymnu – dwóch zwrotek obowiązkowo. A nawet trzech. Po nasyceniu łopotem i śpiewem poczucia bycia patriotami, wzbiera w nas chęć skoczenia sobie do gardeł. Zjednoczona Prawica skłonność tą podsyca i konserwuje. Nasi wyborczy zwycięzcy po coś w końcu zassali do swojej polityki Trybunał Konstytucyjny, resorty siłowe – w tym sądy i prokuraturę – oraz komplet mediów publicznych. Teraz zasysają prasę, rzecz jasna dla dobra Polaków. W TVP 1, we wiadomościach, pojawia się twierdzenie, że w Polsce panoszą się siły neoliberalne i neokomunistyczne, chcące zniszczyć jej fundament .. polską rodzinę. Na ulicach panoszy się wściekły alians liberałów i komunistów, uprzykrzających życie prezesa w jego samotni na Żoliborzu, dający niepotrzebne zatrudnienie policji, która miast tropić zbójów jest przymuszana do pałowania i gazowania burzycieli porządku i spokoju polskiego domu. Minister Czarnek, arcyprawicowy fanatyk kierujący resortem Edukacji Nauki, rekomenduje utworzenie nowej dziedziny nauki: o rodzinie. Rzecz jasna, wedle jedynie słusznego modelu i wyobrażeń pisowskich akuszerów pomysłu. I będzie można z tego robić .. doktoraty; pewnie i na przykład na toruńskiej uczelni Rydzyka. Podlana bogoojczyźnianym sosem żenada władzy ?! Jasne, że tak. Lecz nie dla wszystkich. Z pewnością nie dla żarliwych oglądaczy i słuchaczy – wielbicieli mediów publicznych, i tych toruńskich. Także całego multum obojętnych na cokolwiek. I ten cały cyrk ma się ciągle dobrze i trzyma publikę. Jakkolwiek, o czym wiem, moje pisanie jest pisaniem na Berdyczów – wielu pisze podobnie – powstrzymać się nie potrafię, aby nie wylać na papier wieloźródłową gorycz niezrozumienia, jak coś takiego możliwym jest w dwudziestym pierwszym wieku w rzekomo cywilizowanym państwie Europy. Władza w Polsce wylądowała w łapach prawicowych, sfanatyzowanych pseudomyślicieli i mściwców z politycznym i historycznym szczękościskiem na gardłach urojonych liberałów i komunistów. I kogo tam jeszcze. To ogromnie smutne i dołujące. Niech to szlag trafi.

Dezubekizacja nieustająca

Polska jest nadzwyczaj szczęśliwym krajem. Premier jej rządu, Mateusz Morawiecki wprawił niedawno w zachwyt cały naród, gdy z wielką miłością w głosie mówił, jak bardzo troszczy się o zagrożonych epidemią seniorów, „o wszystkie nasze babcie i dziadków”. Trochę wcześniej, przy okazji odchodzącej w niebyt „piątki dla zwierząt”, prezes Kaczyński osobiście nazwał siebie nadzwyczaj dobrym człowiekiem, którego popierają wszyscy inni dobrzy ludzie.

Przy takich liderach również pozostali politycy Zjednoczonej Prawicy jednym głosem deklarują, iż kierują się wyłącznie wartościami chrześcijańskimi: miłosierdziem, dobrocią, przebaczeniem… . Czy może być nieszczęśliwy naród, na którego czele stoją tak wspaniali przywódcy? Przecież to bez wyjątku absolutnie świetlane postaci, posiadające najwyżej jedną, jedyną wadę – taką, że notorycznie kłamią. Nie mogą inaczej, bowiem hasłem przewodnim ich ugrupowania jest: „propaganda, głupcze, propaganda”.

Zatroskanie premiera o seniorów ze szczególnym rozczuleniem przyjęło ponad 50 000 bardzo starych, schorowanych, zniedołężniałych ludzi, których wymienieni politycy, przy pomocy ustawy dezubekizacyjnej, uczynili nędzarzami. Jak dotychczas przyczyniło to się do samobójczej śmierci 60 z nich i radykalnie przyspieszyło zgony prawie 1,5 tysiąca dalszych. Pamiętajmy przy tym, że te babcie i ci dziadkowie nigdy w życiu nie popełnili żadnego przestępstwa, ani jakiegokolwiek czynu nagannego. Mało tego, przed laty wielu z nich z narażeniem życia zwalczało m. in. terroryzm i międzynarodową przestępczość, handel narkotykami i bronią, rozpracowywało najpoważniejsze afery kryminalne, przemytnicze i im podobne. Kilkadziesiąt lat później, przy pomocy „czarnej propagandy” zostali okrzyknięci zbrodniarzami i nagrodzeni zasiłkami na granicy minimum biologicznego. W powodzi kłamstw, zmyśleń i cynicznych fałszerstw na swój temat niespodziewanie usłyszeli ciepłe słowa pana Morawieckiego, więc jak mieli się nie wzruszyć? Co prawda, pan premier całkiem niedawno sam nazywał ich mordercami, ale dzisiaj bardzo prosi, by dla swego bezpieczeństwa zostali w domach i obiecuje, że dostarczy im zaopatrzenie pod same drzwi.

Piękny obraz burzy niestety fakt, że kierownictwo partii i rządu prawdopodobnie zapomniało o wydaniu odpowiednich instrukcji podległym sobie służbom i nic one nie wiedzą o przyjętym kierunku „gorącej miłości do naszych seniorów”.

Prezes Trybunału Konstytucyjnego, pani Przyłębska, w tym roku kilkukrotnie odwoływała zapowiadane wydanie orzeczenia o ustawie dezubekizacyjnej. Jej Trybunał zajmuje się tym tematem od lutego 2018(!), ale teraz pani prezes żadnych już więcej terminów zakończenia pracy nie ogłasza. Przeciąganie sprawy w nieskończoność to jej prosty sposób, aby blokować środowisku represjonowanych możliwość składania skarg do trybunałów międzynarodowych. Bez wątpienia czeka, aż zainteresowani (w czasie pandemii grupa zdecydowanie wysokiego ryzyka) zaczną wreszcie masowo wymierać i nieprzyjemny problem sam się rozwiąże. Z pewnością pani Przyłębska nie słyszała o nowej linii partii, bo czy inaczej mogłaby tak postępować?

Ogromną większość z prawie 30 000 skarg represjonowanych ma rozstrzygnąć Sąd Okręgowy w Warszawie. Przyznaje on sam, iż zajmie mu to co najmniej 6 lat (chociaż zapewne znacznie więcej), i że takiego okresu nie przeżyją tysiące skarżących. Jakąś szansą dla nich byłoby przekazanie części procesów sądom w terenie, lub prowadzenie rozpraw w trybie niejawnym (zaocznym), co wobec powielania się schematów procesowych, ma swoje uzasadnienie. Jednak Zakład Emerytalno Rentowy MSWiA, reprezentujący dzisiejszą władzę, w żadnym wypadku nie zgadza się na jakiekolwiek tego rodzaju ułatwienia, czy przyspieszenia. Jeżeli wszystkie te babcie i dziadkowie chcą brać udział w rozprawach, to zgodnie z życzeniem ZER powinni przyjeżdżać do Warszawy i osobiście stawiać się w sądzie. Kalkulacja jest prosta – takie rozwiązanie znacznie zwiększa szansa, że ci upierdliwi dziadkowie złapią koronawirusa i wreszcie przestaną dokuczać rządzącym. Widać z tego, że nie tylko w TK, ale także w MSWiA nie słyszeli pana premiera, gdy czule prosił seniorów, aby w żadnym wypadku nie wychodzili z domów.

Potrzeba kontynuowania permanentnej dezubekizacji sprawia, że prawnicy ZER stosują także inne metody. Ich sytuację skomplikowało niedawne orzeczenie Sądu Najwyższego, iż dezubekizować można tylko te osoby, którym indywidualnie wykazano dopuszczanie się czynów przestępczych powiązanych z ich służbą w organach PRL. Wobec powyższego ZER przyjął stanowisko, iż to samo represjonowani mają obowiązek dostarczenia sądowi dowodów swej niewinności. Trzeba przyznać, że takie podejście do prawa ma długie, sięgające średniowiecza tradycje, ale jednak wywołało pewne zdziwienie niektórych prowadzących sprawy sędziów i okazało się mało skuteczne. Zmieniono więc taktykę i znane są przypadki, gdy prawnicy ZER składali wnioski, aby sędziowie sami zwracali się do IPN i prosili o dostarczenie materiałów obciążających poszczególne osoby (co wywołuje już więcej niż zdziwienie tychże sędziów).

Innym krokiem z tego repertuaru jest nagminne domaganie się, aby dać ZER (i IPN) co najmniej kilka dalszych miesięcy na odnalezienie żądanych dowodów. Warto tu zauważyć, że setki prokuratorów IPN już od ponad 20 lat prowadzą usilną kwerendę archiwów i szukają zbrodni służb PRL. Skąd jednak wziąć te na gwałt potrzebne dowody, gdy nawet samych zbrodni (po 1956 r.) wykryto zaledwie „tyle, co kot napłakał”? Wszyscy więc wiedzą, że kolejne miesiące nic tu nie zmienią i jedynie umrze trochę więcej represjonowanych, ale może właśnie o to chodzi.

Oczywiście przesadzam twierdząc, że władza nie dostarcza absolutnie żadnych materiałów obciążających byłych funkcjonariuszy. Znany jest przypadek, gdy jako jedyny, koronny dowód upadku moralnego skarżącego się oficera przedstawiono sądowi fakt, iż w czasach PRL-u wziął on rozwód, a ex żona bardzo negatywnie się później o nim wypowiadała. Faktem jest, że w katolickim kraju rozwody to niezwykle podejrzana sprawa, ale czy na pewno należy za to zabierać emerytury? Myślę, że ta sytuacja także w całej Zjednoczonej Prawicy powinna wywołać wiele niepokoju.

Dezubekizacji ciąg dalszy

Każdy obiektywny obserwator polskiego życia publicznego doskonale widzi jak w naszym kraju, dotkniętym od kilku miesięcy korono wirusem, coraz szybciej narasta potężny kryzys gospodarczy i społeczny. Tysiące firm stoi na skraju bankructwa, milionom ludzi zagraża bezrobocie, całe warstwy i regiony pogrążają się w biedzie, a ceny, inflacja oraz frustracja społeczeństwa dopiero nabierają rozpędu.

Zagrożona PiS-owska ekipa z właściwym sobie cynizmem i obłudą nieustannie rozgłasza w TVP jak to ona samotnie, bohatersko i z poświęceniem walczy z zarazą, zaś opozycja jedynie sypie jej piasek w szprychy. Krzykliwa propaganda i fałszywa troska o zdrowie społeczeństwa (jej symbolem mogą być malowane cieniami oczy ministra Szumowskiego – dowód jego rzekomego przepracowania), mają zatrzeć niewygodną prawdę, że epidemia jest tylko jedną z przyczyn nadciągającej zapaści. Drugim, jeszcze ważniejszym jej źródłem jest prowadzona od prawie 5 lat skrajnie populistyczna i całkowicie woluntarystyczna polityka rządu Zjednoczonej (wokół koryta) Prawicy, marnotrawiącej dla przyziemnych korzyści politycznych wszelkie oszczędności,zapasy i rezerwy państwa – kryzys wybuchłby i tak, zaś korono wirus jedynie go przyspieszył i zintensyfikował.

Nadzwyczajna skala zbliżającego się załamania sprawia, że ogromna krzywda jaką 3,5 roku temu, przy pomocy ustawy „dezubekizacyjnej”, PiS wyrządziło kilkudziesięciu tysiącom niewinnych Polaków, przestaje robić wrażenie. Można nawet ocenić, że poza samym środowiskiem represjonowanych, świadomych do jak wielu nieszczęść i tragedii doprowadzili rządzący, mało kto już o nich pamięta. Opinia społeczna wie, że gdzieś tam toczą się jakieś sprawy sądowe, problemem zajmują się prawnicy, trybunały, więc temat nie jest wart większego zainteresowania.

Wrażenie takie nie jest słuszne, bowiem problem ma mało wspólnego z sądami, sprawiedliwością i prawem, zaś bardzo dużo z czystą polityką (w tym wypadku z brudną). To właśnie polityka powoduje, że desperacko walcząca o zachowanie władzy PiS-owska ekipa tematu represjonowanych z pewnością nie spuści z oka. Dowodem jest postępowanie „osobistego odkrycia towarzyskiego” prezesa Kaczyńskiego, czyli przewodniczącej Trybunału Konstytucyjnego, mgr Julii Przyłębskiej.

Pani Przyłębska przez ponad dwa lata(!) nie raczyła nawet w przybliżeniu podać kiedy TK rozpozna konstytucyjność ustawy (przez bardzo wielu wybitnych prawników ocenionej jako szokujący bubel legislacyjny), ale wreszcie, stojąc wobec zagrożenia, że skargi na rażącą przewlekłość mogą dotrzeć do TSUE, raczyła wyznaczyć termin rozprawy na 17 marca br. W krótkim czasie odwoła go i wskazała jako nową datę 21 kwiecień, następnie zmieniła ją na 19 maj, zaś aktualnie obowiązującym terminem jest 2 czerwiec.

Dla wszystkich realnie myślących osób decyzja jaką podejmie opanowany przez PiS Trybunał jest od dawna oczywista – wydany wyrok stwierdzi, że ustawa represyjna jest całkowicie i bezwzględnie zgodna z Konstytucją. Można być pewnym, że dla pani Przyłębskiej, pani Pawłowicz, pana Piotrowicza i pozostałych dublerów takie bzdurne reguły prawne jak: nie stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, nie karanie osób bez wyroku, nie działanie prawa wstecz, zakaz powtórnego karanie już raz ukaranych, kwestia zaufania do państwa, oraz szereg dalszych cywilizowanych zasad, nie będą miały jakiejkolwiek znaczenia wobec sztandarowego stwierdzenia: „służyli totalitarnemu państwu”. Nasze środowisko nie ma w tej kwestii złudzeń, ale oczekuje wyroku bowiem otworzy on wreszcie drogę do trybunałów europejskich, gdzie szansę na sprawiedliwość i uczciwość są znacząco większe, chociaż też nie przesadnie.

Trzeba tu zauważyć, że kolejne odwoływanie rozpraw nie zostało spowodowane epidemią, (odbywały się w tym czasie inne posiedzenia), natomiast jego przyczyną jest wyłącznie kalendarz wyborów prezydenckich. Otóż prezes Kaczyński bardzo nie chce, aby wyrok powyższy został ogłoszony przed rozstrzygnięciem wyborów, bowiem mógłby znacząco osłabić wcale niewygórowane szanse prezydenta Dudy.

Sprawa jest prosta: bardzo wielu ludzi w Polsce doskonale pamięta, iż ugrupowanie PiS już kilkukrotnie przymierzało się do objęcia analogicznymi represjami dalszych środowisk funkcjonujących w PRL, w tym żołnierzy LWP, funkcjonariuszy MO, działaczy organizacji politycznych, także prokuratorów, sędziów, dziennikarzy, a prawdopodobnie i innych grup zawodowych, uczciwie pracujących w tamtej Polsce. PiS ma wielką ochotę na dalszą dezubekizację, więc zaplanowane orzeczenie TK jest mu niezbędne, aby czynić swe podłości rzekomo zgodnie z prawem.

Problemem prezesa jest to, że wyrok potwierdzający, iż nawet za jeden dzień „służenia totalitarnemu państwu” można zostać pozbawionym emerytury i renty i otrzymać jedynie głodowy zasiłek socjalny, mógłby dzisiaj skłonić wielu Polaków zaczynających kariery zawodowe w PRL do chwili refleksji. Mogliby zacząć zastanawiać się, że swą solidną pracą także wzmacniali Polski Ludowej, czyli jej służyli, więc teraz PiS z pewnością im tego nie daruje. Na przykład górnicy, którzy w ogromnym trudzie przez całe dziesięciolecia podtrzymywali chwiejną socjalistyczną gospodarkę, a w dodatku są formacją mundurową. Albo nauczyciele, którzy latami kształcili miliony młodych Polaków zgodnie z programami nauczania opracowanymi ówczesne władze.

Gwoli sprawiedliwości warto dodać, że rzeczywiście zdarzali się w tamtych czasach nauczyciele wyjątkowo gorliwi, wkładający dużo wysiłku w utrwalenie młodzieży wartości obowiązujących w Polsce Ludowej. Na przykład wiele osób studiujących w latach 70 tych w Białymstoku, na Fili Uniwersytetu Warszawskiego, doskonale pamięta młodego doktora prawa konstytucyjnego, który przyjeżdżał na zajęcia z Warszawy. Otóż ten młody wykładowca, oprócz wpajania im, że konstytucja jest aktem absolutnie niepodważalnym, wymagał także opanowania na pamięć dokładnie całej konstytucji PRL i jakiekolwiek potknięcia w tej mierze skutkowały bezwzględnym oblaniem egzaminu – nie zaliczało go w pierwszym terminie z reguły 2/3 zdających. Nikt się temu specjalnie nie dziwił, bowiem młody naukowiec także w swej pracy doktorskiej powoływał się na dzieła Lenina. Podobnych osób było więcej, ale by uspokoić pedagogów z PRL-owskim rodowodem można dodać, że ten młody doktor nazywał się Jarosław Kaczyński, więc represje nauczycielom raczej nie grożą.

Jednak pozostali ludzie, którzy z premedytacją uczciwie pracowali w Polsce przed 1990 rokiem, nie mogą spać spokojnie. Jeżeli wygra prezydent Duda i działacze PiS uzyskają dzięki temu gwarancję bezkarności na kolejne lata (Duda może ich ułaskawiać nawet nie czekając na wyroki sądów), to temat jak najszerszej dekomunizacji – sztandarowe hasło PiS – z pewnością wróci z niezwykłą siłą. Wielu więc Polaków może pewnego ranka z zaskoczeniem dowiedzieć się, że o trzeciej w nocy PiS-owska większość w sejmie uchwaliła, a prezydent Duda już podpisał, iż oni także służyli „totalitarnemu państwu”, więc sprawiedliwość społeczna wymaga, by od teraz żyli w nędzy już do końca swoich dni. Narastający kryzys, w tym zapaść finansowa w jakiej pogrąża się Polska, czynią ten scenariusz coraz bardziej prawdopodobnym.

Jeżeli ktoś nadal ma wątpliwości jacy ludzie rządzą dzisiaj Polską, niech zastanowi się nad jeszcze kilkoma faktami. Otóż zagorzali pisowscy antykomuniści miesiąc temu z niezwykłym samozachwytem przechwalali się przed całym narodem, że pierwszy komunista świata, prezydent Chin, łaskawie zgodził się na rozmowę telefoniczną z A. Dudą. Następnie urządzili propagandową hecę, z udziałem samego premiera Morawieckiego, aby przywitać samolot ze środkami medycznymi, które Chińczycy sprzedali Polsce. Jak widać dla celów propagandowych nawet chiński komunista może okazać się wspaniałym człowiekiem. Za to z pewnością nie usłyszycie z ust premiera, że desperacką walkę z korona wirusem polscy lekarze prowadzą w szpitalach i przychodniach, które w 97 % były wybudowane w czasach PRL. Nie dowiecie się także, że znacząco niższa śmiertelność epidemii w Polsce, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, nie jest wcale zasługą genialnych PiS-owskich władz, lecz tego, że w czasach Polski Ludowej wprowadzono obowiązkowe szczepienia przeciwgruźlicze całego społeczeństwa. Dzięki temu nasza odporność na choroby płuc jest znacząco wyższa niż krajach Zachodu, a zjawisko to występuje także w pozostałych byłych krajach socjalistycznych Wschodniej Europy. Wiedzą już o tym naukowcy w wielu instytutach medycznych, ale można być pewnym, że TVP za żadną cenę nie poinformuje Polaków, że tysiące z nich zawdzięcza dzisiaj swe życie tylko polityce zdrowotnej Polski Ludowej.

Wirus w Pałacu Sprawiedliwości

W dniu 16.12.2016 r., ponad ćwierć wieku po upadku PRL, politycy PiS uchwalili ustawę represyjną, zwaną kłamliwie i propagandowo „dezubekizacyjną”, w wyniku której prawie 50 tysięcy pracowników i funkcjonariuszy tamtej Polski oraz członków ich rodzin, uznano za zbrodniarzy, a ich uczciwie wypracowane emerytury i renty obniżono do poziomu głodowego minimum. Na wszelkie zarzuty o rażącej niesprawiedliwości tego „pseudo prawa”, o zastosowaniu zbiorowej odpowiedzialności, o łamaniu nienaruszalnej godności ludzkiej, o kłamliwych argumentach w rodzaju: „służyli totalitarnemu państwu”, lub „odbierane są im tylko przywileje” (które z nadmiarem zostały odebrane już ustawą z 2009 r.), rządzący najczęściej odpowiadają, że przecież każdy kto czuje się pokrzywdzony, może odwołać się do sądu. Zademonstrowany przez twórców „dezubekizacji” poziom moralny wskazywał, iż droga prawna rzeczywiście może być jedyną dającą jakiekolwiek nadzieje, więc wkrótce do polskich sądów wpłynęło prawie 30 tys. skarg głęboko skrzywdzonych ludzi. Powoływali się w nich m. in. na rażące łamanie Konstytucji, na kierowanie się zakazaną w cywilizowanym prawie zemstą polityczną, na oszukańcze wykorzystanie pracy i poświęcenia tysięcy z nich, gdy nadal służyli Polsce po 1990 r. , a także na wiele innych podłości i niesprawiedliwości im wymierzonych.

Od uchwalenia ustawy mija już czwarty rok, a czy ktoś uwierzy, że do dzisiaj w sprawach represjonowanych nie zapadł ani jeden prawomocny wyrok sądowy!

Dotknięci ustawą to z reguły osoby w bardzo podeszłym wieku. Znaczna ich część z powodu zniedołężnienia, chorób, starczych problemów mentalnych, nawet nie w pełni rozumie co ich spotkało. Wielu nie potrafi się bronić, nie wie dokąd pisać, czy chociażby przed kim wypowiedzieć swoją krzywdę. A przecież są to prawie bez wyjątku ludzie całkowicie niewinni, nigdy o nic nie oskarżeni, latami uczciwie i z poświęceniem pracujący dla Polski. I teraz właśnie tej grupie, która niegdyś uczestniczyła w odbudowywaniu ojczyzny z ruin, w wyciąganiu jej z okropnej biedy i zacofania, w tworzeniu podwalin pod obecny awans cywilizacyjny, a która dzisiaj zbliża się już do nieuchronnego kresu, cyniczni politycy PiS zniszczyli i zbrukali ostatnie lata życia. A co bardziej haniebne, uczynili to tylko z powodu przyziemnych kalkulacji politycznych oraz dla podłej, mściwej satysfakcji niektórych dawnych przeciwników PRL. Mało kto wie, bo państwowa telewizja z pewnością o tym nie powie, jak wiele strasznych tragedii spowodowały zastosowane represje. Nie jest dla TVP tematem interesującym, że już pięćdziesięciu dziewięciu doprowadzonych do skrajnej rozpaczy ludzi, popełniło samobójstwa. Zdruzgotani psychicznie, bezsilni i bezradni, odmawiali pokarmów, przestawali przyjmować leki, wieszali się … Wielu dalszych zmarło, bo nie stać już ich było na wykupienie recept, na sfinansowanie zabiegów medycznych, na kupienie jedzenia, na opłatę czynszu …. Kolejnych zabiły zawały serca, udary, lub wstrząs psychiczny, jaki przeżyli, gdy listonosz przyniósł im „list śmierci” – decyzję, że rządzący skazali ich na dożywotnią głodową wegetację. Do tej pory odeszło już ponad 1100 represjonowanych osób i liczba ta rośnie coraz szybciej. Niektórych trzyma jeszcze przy życiu wiara, że może kiedyś doczekają uczciwego wyroku, sprawiedliwości, przywrócenie im godności, ale z kolejno mijającymi tygodniami, miesiącami i latami, ta nadzieja również stopniowo umiera.

Jest oczywiste, że wieloletnia zwłoka w sądowym procedowaniu spraw represjonowanych nie jest wyłącznie winą polskiego wymiaru sprawiedliwości. Głównie „zasługi” ponownie położyli tu politycy PiS, którzy z pełną premedytacją spowodowali ogromny chaos prawny w polskim sądownictwie i obsadzili w nim kluczowe stanowiska wyłącznie miernymi, ale posłusznymi sobie funkcjonariuszami. Co prawda, w ostatnim okresie, w różnych miastach znaleźli się nadzwyczaj odważni i rzetelni sędziowie, którzy rozpoczęli wydawanie uczciwych wyroków w sprawach „dezubekizacyjnych”, ale spowodowało to natychmiastowe stworzenie przez rządzących mechanizmu, który umożliwia im dowolnie represjonować, nawet wyrzucić z zawodu każdego sędziego, który będzie orzekał niezgodnie z ich życzeniem. Trudno więc się dziwić, że i w tym środowisku pojawiły się stany dezorientacji, czy też swoistej schizofrenii, lub co najmniej kunktatorskiego wyczekiwania na ostateczne rozstrzygnięcia polityczne.

Z przykrością trzeba stwierdzić, że w tych warunkach los skrzywdzonych ludzi w bardzo małym stopniu jest brany pod uwagę, chociaż zarówno politycy jak i prawnicy mają pełna świadomość ich tragicznej sytuacji. Oto cytat z Postanowienia Sądu Apelacyjnego w Warszawie co do wniosku Sąd Okręgowego, o przeniesienie sprawy do innego miasta, zgodnie z miejscem zamieszkania zainteresowanego, co mogłoby przyspieszyć proces:

„Jak wyjaśnił Sąd Okręgowy, wobec wpływu spraw (do 28 lutego 2019 r. – 23 884), jak również mając na względzie jego możliwości orzecznicze, sprawy dotyczące odwołań od decyzji Dyrektora ZER MSWiA mogą być rozpoznane dopiero po upływie 5-6 lat od ich wpływu, a mając na uwadze podeszły wiek odwołujących się, osoby te mogą nie doczekać wydania merytorycznych rozstrzygnięć w ich sprawach.”

Wszystko tu zostało jasno powiedziane. Kolejnych 5-6 lat to okres, którego prawdopodobnie nie przeżyje większość represjonowanych, a należy dodać, że powyższy dokument sporządzono we wrześniu 2019 r., więc już prawie trzy lata po uchwaleniu ustawy. I czy będzie zaskoczeniem dla czytelników, że Sąd Apelacyjny z powodów formalnych nie uwzględnił powyższej argumentacji i stwierdził m. in., że przecież nie wiadomo, czy Ministerstwo Sprawiedliwości z czasem nie wzmocni kadrowo warszawskiego Sadu Okręgowego, więc może terminy się skrócą? Teraz trzeba jeszcze przypomnieć, że rzecz dzieje się w Rzeczpospolitej Polskiej, mieniącej się państwem prawa i będącej członkiem Unii Europejskiej. Okazuje się, że wieloletni okres oczekiwania starych, skrzywdzonych ludzi na sprawiedliwość i świadomość, że większości z nich jej nie dożyje, na nikim, ani w rządzącej partii, ani wśród bliskich jej prawników, nie robi żadnego wrażenia.

Polskie sądy postawione w obliczu głęboko niekonstytucyjnej, zachowującej jedynie pozory prawa ustawy, próbują czasami stosować przedziwne rozwiązania merytoryczne. Stało się tak np. ze sformułowaniem, że decyzją MSWiA mogą być z niej wyłączeni ci, którzy „krótko” pracowali w PRL i równocześnie zasłużyli się dla nowej RP. Łaskawość dzisiejszej władzy objęła co prawda zaledwie ułamek promila represjonowanych, ale wielu odwoływało się od negatywnych decyzji do sądów administracyjnych, które w tej sytuacji musiały rozstrzygnąć m. in. wartość słowa „krótko”. Okazuje się, że z jakichś bliżej nieznanych powodów przyjęły one, iż „krótko”, to nie więcej niż 15% całego czasu służby. Czyniąc to przyznały, że nie jest ważne, czy ktoś faktycznie popełnił przestępstwo, czy łamał prawo, albo zachowywał się niegodnie, ale dla stwierdzenia dokonania zbrodni istotne jest tylko 15 wyliczonych z kalkulatorem procentów. Przy okazji przesądzono, że np. osoby urodzone w latach pięćdziesiątych lub wcześniej już tylko z tej racji nie mogą być niewinne, bo przecież nie miały szansy zatrudnić się wystarczająco późno. Absurdalne rozważania o czasie pracy, który ma być dowodem przestępstwa (przypominające dylemat, czy można zachować dziewictwo w 85 procentach), skłoniły wreszcie do oprzytomnienia niektórych bardziej światłych sędziów. W efekcie Naczelny Sąd Administracyjny w dniu 12.12.2019 r. wydał prawomocny wyrok (sygn. I OSK 1976/19), w którym stwierdził, że wspomniana ustawa jest po prostu w całości niezgodna z prawem, głównie dlatego, że obowiązujące w RP reguły stanowczo zakazują stosowania odpowiedzialności zbiorowej (całość niezwykle interesującego uzasadnienia do przeczytania na portalu orzeczeń NSA).

Myślę jednak, że ponownie nikt się nie zdziwi, iż powyższy wyrok NSA również nie zrobił na rządzących politykach PiS jakiegokolwiek wrażenia. Ostatecznie zawsze można nazwać go tylko opinią kilkudziesięciu prawników z tytułami profesorskimi, którzy ani dla dzisiejszych ministrów, ani dla prezydenta Dudy (szczycącego się tytułem doktora praw), nie są żadnymi autorytetami. Natomiast można być pewnym, że takim autorytetem okaże się dla nich magister Przyłębska, skierowana przez nich samych na stanowisko Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Pani Prezes, po ponad dwuletnim odwlekaniu orzeczenia TK o ustawie, obecnie (w marcu 2020) przesunęła termin wydania wyroku o kolejny miesiąc. Wszystko wskazuje, że niebezpodstawnie liczy ona, iż w tym czasie, z powodu koronawirusa i nie tylko, umrą kolejni represjonowani, więc może brudna plama na sumieniu PiS odrobinę się zmniejszy. Co prawda ten proces działa dokładnie odwrotnie, ale i tak dotyczy wyłącznie ludzi, którzy jakiekolwiek sumienie mają.

Rzecz o pryncypiach

Kontynuacja listu otwartego, skierowanego do prof. Andrzeja RZEPLIŃSKIEGO.

Szanowny Panie Profesorze!
Dziennik Trybuna Nr 168/2018 z dnia 24/26 sierpnia 2018r. opublikował pod powyższym adresem list otwarty, skierowany do Pana.
List dotyczył stanowiska Pana wobec pierwszej ustawy dezubekizacyjnej i Pana obrony Trybunału Konstytucyjnego, spraw ze sobą powiązanych nierozdzielnie.
Autor listu zwracał się do Pana o komentarz do Pana stanowisk w obydwu sytuacjach. Śledzę z uwagą artykuły, publikowane w DT i nie zauważyłem jeszcze Pana odpowiedzi.
Podzielam stanowisko autora listu w obydwu sprawach. W sprawie dezubekizacyjnej znajdował się Pan po stronie psujących prawo a w sprawie Trybunału Konstytucyjnego zajmuje Pan chwalebne stanowisko po stronie obrońców prawa.
Zwracam się do Pana o opublikowanie komentarza do treści listu: o wyjaśnienie powodów zajmowania przez Pana różnych stanowisk.
Obecnie, gdy psucie (łamanie) prawa jest praktyką stosowaną, Pana stanowisko, szanowanego profesora prawa, byłoby cenne dla wyjaśnienia powodów nieprzestrzegania prawa.
Nazwisko i mój adres jest do Pana Dyspozycji.
ALI

Dezubekizacja po polsku

Warszawski Sąd Okręgowy półtora roku temu zawiesił rozpatrywanie tysięcy spraw emerytów i rencistów, których objęła ustawa dezubekizacyjna.

Mógł tak zrobić (choć nie musiał), bo wysyłał pytanie prawne do Trybunału Konstytucyjnego. Ten jednak wciąż nie wyznaczył terminu publicznego ogłoszenia orzeczenia, a „sprawa jest w toku postępowania merytorycznego.
(cyt. za: »Rzeczpospolitą«).
Cała sprawa stanowi w mojej ocenie sprytną zagrywkę tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego, zwanego także Trybunałem Przyłębskim.
Pozostawiając jednak na boku skierowane do ww. „organu” przez SO w Warszawie pytanie prawne (każdy sąd ma do tego prawo i to z mocy przepisu rangi konstytucyjnej — art. 193 Konstytucji RP), należy stwierdzić — nie tyle posiłkując się wiedzą prawniczą, ile rozumem — że cała ustawa dezubekizacyjna jest nielegalna. Jest ona sprzeczna z elementarną zasadą filozofii prawa, która zakazuje tak zwanej retroaktywności prawa, czyli działania norm prawnych z mocą wsteczną. Przy rozpoznawaniu kwestii dezubekizacyjnej należy zadać sobie pytania:
Czy służba władzy ludowej była legalna, obojętnie od tego, jak oceniamy sposób działania tej władzy?
Czy stopnie wojskowe nadawane były zgodnie z ówcześnie obowiązującymi ustawami i przez organ do tego powołany, obojętnie jak oceniamy jakość ówczesnego prawa i rzeczywiste zasługi, które pozwalały na nadanie takiego czy innego stopnia?
Na dwa powyższe pytania odpowiedź musi być pozytywna. Władza ludowa, chociaż głęboko ułomna w swoich założeniach ideologicznych, była władzą legalną, prawo stanowione przez tę władzę, choć ułomne jeszcze bardziej, było jednak prawem w znaczeniu ścisłym. A zatem z prawa poprawnie promulgowanego nie może w żadnym razie wypływać owoc nielegalny w postaci np. nadawania stopni wojskowych czy odznaczeń. Można oceniać te działania jako etycznie dalece kontrowersyjne, ale na pewno nie nielegalne.
PiS dopuszcza się prawnego barbarzyństwa, represjonując pracowników aparatu władzy ludowej za pomocą aktu z mocą wsteczną. Ludzie ci, skoro działali na podstawie zasady legalizmu, czyli w granicach i na podstawie prawa, nie mogą być posądzani o działania nielegalne. Nie piszę tutaj o zbrodniarzach czasów komunizmu, bo nie tego rzecz dotyczy. Każdy system polityczny może zostać uznany przez kolejną władzę za szkodliwy, nielegalny, wadliwy itd. To jest czysta uznaniowość i prawna partyzantka. Jak można zabierać emeryturę lekarzowi (przypadek z Rzeszowa), któremu zarzuca się, że współpracował z władzą socjalistyczną, gdyż przez dwa tygodnie zastępował jako ordynator kolegę w szpitalu wojskowym należącym do ministerstwa? Jak można ciąć emeryturę milicjantowi, który służył w MO (bo innej formacji tego typu nie było), ale swoje obowiązki wypełniał rzetelnie, a cała jego aktywność sprowadzała się do kontroli pojazdów? To jest jedna z paranoi państwa PiS. Jakieś osobiste demony Kaczyńskiego czy innych jego podkomendnych każą na zasadzie prymitywnego odwetu wywrzeć taką, czy inną presję na niewinnych osobach. To jest dekomunizacja za pomocą metod typowo komunistycznych (odpowiedzialność zbiorowa, działanie prawa wstecz, kierowanie się zemstą, a nie cywilizowaną literą prawa).
Niektórym niezwykle trudno jest odróżnić dwie z natury swej odrębne sfery. Mianowicie sferę legalizmu władzy (czyli jej umocowanie prawne), a sposób wykonywania tej władzy. Według tego rozumowania przyjmiemy, że rząd Adolfa Hitlera był rządem w pełni legalnym, ale nie sposób zaakceptować metod działania tego rządu, zwłaszcza od roku 1939. Tak więc władza legalnie wybrana i umocowana u swej podstawy w normach prawnych może być jednocześnie władzą barbarzyńską. Władza ludowa była władzą legalną, akty prawne (z wyjątkami) były promulgowane poprawnie, wielką jej wadą było zawisłe od PZPR sądownictwo. Natomiast nie budzi wątpliwości, że nadawane na podstawie ustawy odznaczenia, były przyznawane prawomocnie, stąd nie sposób ich odbierać na mocy nowej ustawy działającej z mocą wsteczną. Zakaz działania prawa wstecz jest elementarną gwarancyjną funkcją prawa. Kto tego nie pojmuje, nie ma tytułu moralnego do nazywania się prawnikiem. Natomiast adekwatnym określeniem dla takiego „znawcy” prawa będzie wyraz „konował” czy „dyletant”.
Ustawa dezubekizacyjna PiS-u, jak wspomniałem, godzi w jedną z naczelnych zasad prawa, a mianowicie zasadę „lex retro non agit” (prawo nie działa wstecz). Zwłaszcza na gruncie prawa karnego sentencja ta ma nieprzecenione znaczenie. Władza obecna chce karnie „rozliczać” funkcjonariuszy (często szeregowych pracowników) z ich współpracy z władzą ludową. Jest to niedorzeczność. Konstytucja RP w art. 42 ust. 1 zdanie 1 stanowi: „Odpowiedzialności karnej podlega ten tylko, kto dopuścił się czynu zabronionego pod groźbą kary przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia”. Konstytucyjny charakter omawianej przeze mnie zasady powoduje, że ma ona nadrzędne miejsce w hierarchii norm prawa karnego. Dawny Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie wskazywał, że zarówno wszystkie elementy przestępstwa, jak i grożące za jego popełnienie kary muszą być określone w samej ustawie i to w sposób kompletny, precyzyjny i jednoznaczny (zob. np. postanowienie TK z 25 września 1991 r. – S 6/91, OTK 1991/1, poz. 34, oraz z 13 czerwca 1994 r. – S 1/94, OTK 1994/1, poz. 28). Nie są możliwe żadne wyjątki od zasady „lex retro non agit” i to nawet w czasie stanu wojennego lub wyjątkowego (zob. art. 233 ust. 1 Konstytucji).
Jakość prawa stanowionego w Polsce drastycznie spada. Depcze się święte i utrwalone od wieków zasady cywilizowanego prawodawstwa. Zasady legislacji leżą w gruzach. Ustawy, o często niezmiernie doniosłych dla przeciętnego obywatela skutkach, klecą politycy bez żadnego trybu, bez znaczącego udziału czynnika profesjonalnego, tj. wykwalifikowanych prawników (praktyków i teoretyków).
Masywna nowelizacja Kodeksu karnego (1/3 przepisów) uchwalona w dwa dni świadczy o tym najdobitniej. Prezydent, doktor prawa, zapytany zaś co sądzi o noweli k.k., stwierdził, że mankamentów formalnych nie widzi, ale na wszelki wypadek odsyła ustawę do TK. Czy tzw. TK uzna nowelizację za zgodną z Konstytucją? Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że tak, albowiem twór ten zwany Trybunałem, jest aktualnie towarzystwem w pełni podporządkowanym politycznie. Skoro pewien prezes stołuje się u innej prezes, to odmówić uznania noweli za konstytucyjną, byłoby wielką niezręcznością. Oto „państwo prawa” !

Krajobraz po bitwie

Do wyborów zostało już mniej niż sto dni (przyjmując, że Pan Prezydent wskaże pierwszy możliwy a dla rządzących korzystny termin).

Na polskiej scenie politycznej mamy, co mamy – zwarcie szeregów i prężenie muskułów po stronie rządzących i tradycyjny bałagan i rozmemłanie po stronie opozycji.

Normalka!

Skoro tak — to spróbujmy, uruchomiwszy wyobraźnię (bo żadnych twardych danych, dotyczących przyszłości nie ma i być nie może), narysować krajobraz polityczny w kraju po wygraniu przez Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowanie nadchodzących wyborów.
Podkreślę raz jeszcze – to będą symulacje i prognozy, to będzie posługiwanie się różnymi modelami i matrycami pojęciowymi, występującymi we współczesnych naukach społecznych, a nie odwoływanie się do wyników konkretnych badań.
Mówienie o tym, jaka na pewno będzie przyszłość,
nawet ta najbliższa, nie jest możliwe, przyszłość się staje, ona dopiero będzie. „Tu i teraz” jesteśmy osadzeni w „płynnej nowoczesności”, jak nazwał nasze czasy czas jakiś temu, mój profesor Zygmunt Bauman. Mnogość zmiennych, czynników wzajemnie się warunkujących, zdarzeń na świecie — a nie tylko na naszym polskim podwórku — jest tak wielka, że każda próba mówienia z całą pewnością o tym, co będzie polityczną rzeczywistością w Polsce w październiku czy listopadzie 2019, jest nonsensem.
Pamiętając o tych ograniczeniach — możemy jednak, bazując na znajomości tego, co za nami, tego, co władza „dobrej zmiany” zrobiła w latach 2015 -2019, pamiętając wszystkie zdarzenia z okresu 2005 -2007, gdy Jarosław Kaczyński był premierem polskiego rządu, a prezydentem był jego brat-bliźniak Lech Kaczyński, mając w pamięci opracowany tekst nowej konstytucji jaki „wisiał” na stronie PiS-u przed wyborami 2015, a który po wyborach został schowany, pamiętając wszystkie delikty konstytucyjne obecnego rządu i prezydenta, pamiętając wreszcie deklarowane publicznie marzenia Jarosława Kaczyńskiego — o tym, że kiedyś będzie w Warszawie Budapeszt czy Ankara — możemy jednak ze sporym prawdopodobieństwem opowiedzieć, co nas czeka po ewentualnie wygranych przez PiS wyborach do Sejmu i Senatu.

Zacznijmy od modelu sprawowania władzy. 

Wszystkie dane wskazują na to, że będziemy mieli w Polsce system wyborczego autorytaryzmu. Władza, zachowując wyborczą fasadę, zapewni sobie nieusuwalność. Wybory odbywane w warunkach pełnego opanowania wszystkich instrumentów prawnych i dysponowania przez rządzącą ekipę państwowymi pieniędzmi, całym budżetem i niekontrolowanym systemem ich wydawania, władza zawsze wygra, żadnych wyborów nie przegra w skali i stopniu takim, żeby to było niepodważalne dla obserwatorów krajowych i zagranicznych. Na straży nieusuwalności rządzących stać będzie Trybunał Konstytucyjny (trybunał Kaczyńskiego), Sąd Najwyższy, Państwowa Komisja Wyborcza. Partie opozycyjne, jeżeli „urosną” ponad założony przez rządzących poziom — zostaną sprowadzone do parteru przez wymiar sprawiedliwości, partyjną prokuraturę i opanowane sądy.

To na teraz.

Na przyszłość (a przypomnę, o jakim wymiarze sprawowania władzy mówił Jarosław Kaczyński – o 20 -30 latach rządów tej ekipy) władza ma możliwość zmiany konstytucji tak, aby wprowadzić w niej zapisy gwarantujące nieusuwalność Prezesa. Tak, jak to jest opisane w statucie jego partii – bo PiS jest partią Kaczyńskiego, wystarczy przeczytać jej statut. Statut napisany przez prezesa.
Z dwóch możliwych wariantów: partii kadrowej i partii masowej, partia rządząca wybierze wariant partii kadrowej, obudowanej masą klientów – ludzi, których praca, stanowiska i pieniądze zależeć będą od notowań partyjnych. To będzie powtórka z historii – system nomenklatury partyjnej obowiązywał w Polsce przez ponad 40 lat. Prezes go dobrze pamięta. System oparty o rządy partii obudowanej armią klientów jest bezpieczniejszy niż partia masowa. W partiach masowych możliwe są bowiem ruchy oddolne, jakieś „struktury poziome”, pojawienie się jakiś trudno kontrolowanych osobników-członków partii. W partii kadrowej wszystko jest łatwiejsze do kontroli – jeden wódz, jedna linia, jeden cel.

Takiej wizji i takiemu modelowi sprawowania władzy

służyć będzie nowa polityka historyczna, nowy model wychowania młodzieży, nowy wzór człowieka – członka wspólnoty narodowej. Członka wspólnoty narodowej, a nie obywatela. Obywatel nie będzie faworytem władzy. Obywatel to termin obcy, zapożyczony, za nim wloką się jakieś prawa człowieka i obywatela. Członek wspólnoty narodowej to „nasz” członek, członek wspólnoty parafialnej, gminnej. Wspólnota budowana na więziach osobowych, takich jak w rodzinie, w małych grupach to podstawa nowego ładu wynikająca z założeń leżących u podstaw państwa PiS.
Dokonując całościowej syntezy celów rządzącej ekipy, opartej na obserwacji dotychczasowych zaszłości, trudno nie zauważyć, że są one dobrą ilustracją modelu tradycyjnego, opisanego przez Ronalda Ingleharta w jego znanej typologii: Tradycyjne, Nowoczesne i Ponowoczesne społeczeństwo, opartego o badania przeprowadzone w 43 różnych krajach. Władza PiS-u, z jego skoncentrowaniem się na wzmacnianiu gospodarki państwowej, tradycyjnych wartościach religijnych i wspólnotowych, realizująca się w oparciu o tradycyjne systemy tak w rodzinie, jak i w lokalnych wspólnotach do państwa włącznie, jest doskonałym przykładem realizacji w praktyce modelu opisywanego przez Ingleharta jako przeszłość, zapóźnienie.
Przechodząc od modeli do polskiej rzeczywistości tu i teraz, stawiam tezę, że po wyborach powstaną warunki do tworzenia się oligarchów — tak, jak to się dzieje na Węgrzech, czy w Turcji (o Rosji nie wspominając). Cztery lata rządów „dobrej zmiany” stworzyły wystarczająco dużą grupę beneficjentów finansowych, którzy za pieniądze uzyskane z pracy w dużych spółkach skarbu państwa i odpraw za odchodzenie z tych stanowisk będą chcieli teraz inwestować w różne formy państwowej własności tak, aby pomnożyć swój majątek. Sprawa majątku premiera Morawieckiego, ukrycie pieniędzy poprzez rozdzielność majątkową ze swoją żoną, jest tu tylko sygnałem zjawiska.

Przyjęte w modelu szkolnictwa zmiany,

postawienie na rozwój wąsko profilowanych szkół zawodowych, dramatyczne obniżenie poziomu kształcenia na poziomie szkół wyższych — zaowocuje spadkiem konkurencyjności polskich pracowników na międzynarodowym rynku pracy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć w perspektywie 2030, a zwłaszcza 2050 roku, że polska gospodarka z jej niskim poziomem nowoczesności i innowacyjności spadnie do modelu rzeczywiście tradycyjnego, w którym jako główny projekt społeczny określono przeżycie, a nie maksymalizację wzrostu gospodarczego — jak to jest w modelu nowoczesnym — czy maksymalizację subiektywnego dobrostanu, jak jest to przyjęte dla modeli ponowoczesnych.
Społecznym efektem tych zmian będzie wzrost migracji za pracą młodych wykształconych ludzi do różnych krajów UE i dramatyczne zmiany w strukturze społecznej mieszkańców Polski. To w perspektywie najbliższych dziesięciu lat.
Bazując na modelu Ingleharta
łatwo przewidzieć dalszy wzrost roli i znaczenia kościoła katolickiego w Polsce. Stawiam tezę, że im bardziej światowy kościół katolicki będzie się zmieniał i modernizował, tym bardziej polski będzie pogrążał się w dewocji i obskurantyzmie — przy malejącej ilości aktywnych uczestników kościelnych obrzędów. Ale na najbliższe 10-15 lat starczy mu i wiernych i państwowych pieniędzy, aby mówić, tak jak mówi, o sprawowaniu rządu dusz w Polsce.
W modelu wychowawczym dominować będzie wzór nacjonalistycznego patriotyzmu,wzór żołnierza wyklętego-niezłomnego, wzór obrońcy „naszości-swojskości” przed wrogim, obcym światem. Wrócimy do pojęcia z lat trzydziestych, do wzorca narodowej demokracji – do pojęcia Polak-katolik. Polska będzie przedstawiana jako prawdziwa wyspa pobożności i przywiązania do Kościoła w tym całym lewackim i bezbożnym świecie. Jak trzeba, to i poza władzą Rzymu, jak trzeba, to poza Unią.
Wyjście z Unii Europejskiej jest logicznym rozwinięciem dotychczasowej polityki Prawa i Sprawiedliwości — a to, że większość Polaków jest za Unią, da się zmienić. Wystarczy, że Unia przestanie dawać pieniądze, czy to za łamanie prawa, czy z innych przyczyn. Mając rządowe media — zmienić nastawienie suwerena da się.
Polityka historyczna po opanowaniu instrumentów zapewniających bezpieczeństwo panującym stanie się sprawą zasadniczą. To ta polityka w długim horyzoncie czasowym (a obecna władza myśli taką perspektywą) stanie się najważniejsza. Rola i ranga ministra kultury i dziedzictwa narodowego, wicepremiera (pierwszego wicepremiera) Piotra Glińskiego (czy też innego jegomościa na tym stanowisku) wzrośnie. Spadnie przy tym poziom kultury krajowej i nie będzie swobody wypowiedzi dla artystów. To już kiedyś też było.
Polska znajdzie się poza UE (bo to zła organizacja była). Jedynym naturalnym sojusznikiem będzie Wschód, Z Rosją, poszerzoną o Ukrainę i Białoruś; Polska w tym towarzystwie będzie grać rolę „światowej damy”. I to będzie się podobać ludowi w „pisowskiej” Polsce.

Można tak długo.

Przypomnę jednak, że przyszłości nie ma, ona się staje. Od wyników najbliższych wyborów zależy więc wszystko; również to, czy zrealizują się takie scenariusze.
To od nas zależy. Od tego, jak zagłosujemy i co zrobimy, aby inni zagłosowali tak, aby nie stało się to, co dziś jeszcze tylko możliwe.
Możliwe, ale nie przesądzone!

Dezubekizacja to niezasłużone represje

List otwarty do Jarosława Zielińskiego, Sekretarza Stanu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Szanowny Panie Ministrze

W czerwcu br. udzielił Pan Minister wywiadu dla PAP, który w dniu 27.06.2019 r. zamieścił Pan także na swojej stronie internetowej, a którego treści powtórzyło następnie szereg polskich pism i publikatorów. W wywiadzie tym zawarł Pan szereg informacji i komentarzy odnośnie do funkcjonowania Ustawy z dnia 16.12.2016 r. zwanej dezubekizacyjną lub represyjną. Jako osoby objęte tą Ustawą chcielibyśmy, aby Pan Minister zapoznał się z kilkoma naszymi uwagami na ten sam temat. Ponieważ wypowiedź Pana Ministra znalazła szeroki oddźwięk społeczny, powyższe nasze uwagi zdecydowaliśmy się zawrzeć w liście otwartym, udostępnionym wszystkim zainteresowanym mediom społecznościowym.

Panie Ministrze

Stwierdził Pan m. in., że weryfikacja, której poddano funkcjonariuszy służb specjalnych PRL w 1990 r. „była tylko teoretyczna, dokonywana w duchu ustaleń okrągłego stołu i Magdalenki” z czego można wnioskować, że dla ekipy obecnie rządzącej Polską nie ma ona znaczenia. Panie Ministrze, należało nam, funkcjonariuszom którzy poddali się tamtej weryfikacji, powiedzieć to wówczas, a nie teraz, po ponad 25 latach funkcjonowania RP. Weryfikacji dokonywały w 1990 r. oficjalne komisje powołane przez w pełni suwerenne Państwo Polskie, a ich decyzje miały walor formalno-prawny i decydowały o życiu wielu ludzi. Komisje przeanalizowały i oceniły wszystkich pracowników merytorycznych pionów operacyjnych PRL-owskich służb specjalnych. W zdecydowanej większości jednostek organizacyjnych pozytywne oceny otrzymało zaledwie od kilku do kilkunastu procent oficerów (głównie z pionu kontrwywiadu), a w wielu nikt nie został dopuszczony do dalszej służby, dokładnie przeciwnie niż to Pan stwierdził w swym wystąpieniu. Okazuje się przy tym, że uczciwie postąpiono jedynie z funkcjonariuszami zweryfikowanymi negatywnie, którzy w związku z tym w większości podjęli po 1990 r. pracę w innych instytucjach. Do tego czasu praktycznie wszyscy oni wypracowali renty i emerytury cywilne, znacznie wyższe niż określone w Ustawie, które Pan Minister nazywa sprawiedliwymi. Warto też zauważyć, że im każdy rok służby przed 1990 r. wylicza się wskaźnikiem 0,7 proc., podczas gdy zweryfikowanym pozytywnie, uznanym za godnych służenia RP, wskaźnik ten omawianą Ustawą został obniżony do zera. Jesteśmy więc karani za to, że zaufaliśmy Państwu Polskiemu, za to że z całym poświęceniem, narażaniem życia i zdrowia służyliśmy mu po 1990 r., nie przypuszczając, że Polska w tak cyniczny sposób wyzyskuje naszą wiedzę, umiejętności, wytężoną pracę i lata życia, postępując dokładnie jak oszust, który czerpie korzyści z fałszywych obietnic i zawiera umowy, których nie zamierza respektować.
Aby uzupełnić ten wątek warto przypomnieć, że na kongresie PiS w Krakowie w 2009 roku mówił Pan: Chcę to bardzo wyraźnie podkreślić raz jeszcze. Policjanci, strażacy, funkcjonariusze Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Służby Więziennej, zawodowi żołnierze Wojska Polskiego muszą mieć gwarancje, że państwo, któremu służą, dotrzymuje zawartych z nimi umów, wypełnia gwarancje i obietnice deklarowane przy wstępowaniu do służby oraz zapewnia stabilne warunki tej trudnej pracy i należne świadczenia emerytalne po jej wypełnieniu. Po tym wystąpieniu tysiące byłych funkcjonariuszy, skrzywdzonych ustawą z 2009 r. przeforsowaną przez PO, oddało swe głosy w wyborach na partię PiS. Ocena moralna takiego postępowania Pana Ministra jest jednoznaczna, aczkolwiek można pogratulować skuteczności politycznej.

Panie Ministrze

Oświadczył Pan w swej wypowiedzi, że Ustawa miała na celu realizację historycznej sprawiedliwości, polegającej na odebranie nienależnych przywilejów tym, którzy służyli totalitarnemu państwu. Proszę więc zauważyć, że w 2009 r. rząd premiera Tuska przeprowadził przez Sejm ustawę, w której wszystkim emerytowanym funkcjonariuszom PRL-owskich służb specjalnych zabrano wcześniej stosowany wskaźnik 2,6 proc. za rok służby temu państwu. Jednak nie zmniejszono go do poziomu 1,3 proc., jaki przysługuje każdemu normalnie pracującemu Polakowi (czyli nie jest przywilejem, a normą), ale do 0,7 proc., który obejmuje ludzi niepracujących, a także m. in. więźniów odbywających kary. A więc już 2009 r. nie tylko odebrano przywileje, ale także represyjnie ustalono wysokość rent i emerytur tej grupy na poziomie przestępców. Teraz okazuje się, że zdaniem Pana Ministra wskaźnik 0,7 to też przywilej i bez skrupułów używa Pan tego fałszywego argumentu wobec mało zorientowanej opinii publicznej. Należy ponadto zauważyć, że wymierzanie jakiejkolwiek sprawiedliwości przez władzę polityczną, która ze swej istoty jest stronnicza, świadczy o braku znajomości najbardziej elementarnych reguł prawa, lub o wyjątkowo niskim poziomie etycznym takiej władzy. Do wymierzania sprawiedliwości w demokratycznym państwie prawa służą wyłącznie niezależne sądy i trybunały, stosujące uczciwe reguły procesowe.

Panie Ministrze

Oświadczył Pan, że w Ustawie chodziło o to, aby byli pracownicy służb PRL nie mieli większych dochodów niż ofiary komunistycznych represji. Proszę więc zauważyć, że jeżeli ktoś czuje się ofiarą komunistycznej represji, to powinien kierować do prokuratury (IPN) lub do sądów oskarżenia przeciwko funkcjonariuszom, którzy go skrzywdzili. O ile wiadomo przez ponad 25 lat oskarżenia takie skierowało na drogę prawną zaledwie kilkunastu represjonowanych działaczy opozycji sprzed 1989 r., a następnie odbyły się procesy sądowe i zapadły stosowne wyroki. Proporcje kilkunastu przypadków wobec kilkudziesięciu tysięcy funkcjonariuszy objętych Ustawą są rażące. Mamy nadzieję, że jeżeli zna Pan Minister inne przypadki komunistycznych represji, to zgodnie z prawem bezzwłocznie powiadomi Pan o nich właściwą prokuraturę. Dla uzupełnienia tego wątku warto dodać, że szereg osób, które poniosły szkody w wyniku działalności opozycyjnej w PRL (głównie w wyniku niesprawiedliwych wyroków sądowych) otrzymało w okresie III RP odszkodowania sięgające od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy zł.

Panie Ministrze

Z dumą poinformował Pan, że dzięki Ustawie radykalnie zmniejszono mundurowe renty rodzinne tysiącom osób z nich korzystających. Proszę więc zwrócić uwagę na następujący fakt. Represjonowanie niewinnych osób wyłącznie za to, że są powiązane rodzinnie z rzekomymi przestępcami, za jakich Ustawa, stosując odpowiedzialność zbiorową, uznała wszystkich kiedykolwiek pracujących w służbach specjalnych PRL, ma w zasadzie tylko jeden odpowiednik we współczesnej historii. Otóż podobnie haniebne rozwiązania prawne zastosowano w okresie stalinizmu w Rosji Sowieckiej, gdy za bycie członkiem rodziny tzw. „wroga ludu” również otrzymywało się wyroki skazujące. Fakt, że Pan Minister szczyci się analogicznym represjonowaniem tysięcy, w tym wypadku już bez jakichkolwiek wątpliwości niewinnych ludzi, nie wymaga dalszych komentarzy.

Panie Ministrze

Wielokrotnie używanym przez Pana argumentem jest przykład, iż jakiejś jednej osobie z ponad 38 tys. objętych Ustawą, odebrano aż 18 tys. zł miesięcznie, co niewątpliwie robi wrażenie na opinii publicznej. Dlaczego Pan Minister nie podał, że jednocześnie kilkunastu tysiącom emerytów i rencistów mundurowych obniżono otrzymywane przez nich, z trudem wystarczające na przeżycie świadczenia niewiele przekraczające 1000 zł netto, do głodowych 880 zł miesięcznie? Czy dlatego, że to mogłoby nie zrobić pożądanego wrażenia na opinii publicznej? Czy tragedia dziesiątków tysięcy niewinnych ludzi ma nadal służyć tylko doraźnym celom propagandowym? Pan Minister stwierdził przy okazji, że Ustawa spotkała się z szerokim poparciem społecznym. Proszę więc wziąć pod uwagę, że w wypadku gdyby zdarzyło się, iż Panu Ministrowi, lub jego kolegom z rządu, w przyszłości również obniżono by świadczenia emerytalne do poziomu minimalnego, to bez wątpienia spotkałoby się to z podobnie wielkim entuzjazmem społeczeństwa polskiego.

Panie Ministrze

Z satysfakcją podał Pan, że budżet państwa dzięki Ustawie „zaoszczędził” około 676 mln. zł rocznie, o 25 proc. więcej niż Pan Minister przewidywał. Można pogratulować skuteczności działań i ponadplanowych efektów finansowych. Mamy jedynie nadzieję, że nasze uwagi do wystąpienia Pana Ministra pozwolą lepiej zrozumieć sposób w jaki zostały osiągnięte tak doskonałe efekty, oraz wyjaśnią, dlaczego Pan Minister jest dumny z Ustawy dekomunizacyjnej. Poruszony temat ma jeszcze szereg innych interesujących aspektów, ale w tym wypadku chcieliśmy się odnieść tylko do konkretnej wypowiedzi Pana Ministra.
Najserdeczniej pozdrawiamy Pana Ministra i życzymy dalszych sukcesów w pracy zawodowej.