Polityczny szczękościsk prawicowej władzy w Polsce

Andrzej Wierzbicki

Czyli upadek rozumu i porażka człowieczeństwa.

Ulice polskich miast kipią od tłumnych protestów kobiet – także wspierających je mężczyzn – okazujących energiczną i głośną niezgodę na ogłoszone nie dawano przez tzw. Trybunał Konstytucyjny uzasadnienie do wcześniejszego wyroku zakazującego aborcji w przypadku tzw. wady letalnej płodu. Oznacza to w praktyce, że możemy poszczycić się najbardziej drakońskim w Europie – poza państwem Watykan – prawem dot. usuwania ciąży. Prawo zastało tu dramatycznie zindoktrynowane – zawężone – a sama aborcja, z niewielkim wyjątkiem, podlega penalizacji; grozi więzieniem lekarzowi i matce, która z poważnych powodów zdrowotnych i społecznych zdecyduje się na usunięcie płodu. Władzy, łącznie z Kościołem, który skrywa się za restrykcją, pomyliły się epoki. Średniowiecze, i inne ciemne czasy Europa ma już za sobą. Szanuję i podziwiam matki, które decydują się na donoszenie i urodzenie chorego już w łonie dziecka, lecz jednocześnie nie potrafię potępiać tych matek, które zechcą taki płód usunąć, gdyż to kobieta, z ważnych i rozsądnie skodyfikowanych powodów winna mieć prawo decydować, co uczynić z takim mniej czy bardziej rozwiniętym, chorym zalążkiem życia w swoim łonie. Ewentualna aborcja jest również ogromnym dramatem i cierpieniem kobiety, przeżywanym za przyczyną poważnego przymusu zdrowotnego.

Przymuszanie kobiet do heroizmu rodzenia dzieci obciążonych poważnym defektami zdrowotnymi jest okrutnym kuglarstwem prawnym oraz nadużyciem etycznym, klepniętym konstytucyjnie przez organ nieuprawniony, powołany do sądzenia – wedle poważnych opinii – w sposób prawnie wadliwy. Całość ta dowodzi sfanatyzowania rządzących, mocujących coś takiego w prawie, przy tym kalkulujących to prawo na zimno. Ogromna część Polaków zauważa, że to paranoja. Ja również. Lecz należy pamiętać, że wcale nie wszyscy podzielają poglądy protestujących. Co z tego, że tłumy wyszły na ulice ?! Władza przywykła do protestów, wpisała je w koszty swojego rządzenia wedle zasady: psy szczekają, karawana jedzie dalej. PiS ma przed sobą jeszcze trzy lata rządów i cieszy się poparciem wcale pokaźnego elektoratu, który w nosie ma – nie ogarnia – przekrętów partii Kaczyńskiego; te go ani nie interesują ani obchodzą, więc płynie nurtem jej zideologizowanego programu. Popierający PiS czują się w większości zwolnionymi od myślenia. Zatracili empatię w wielu sprawach, że dodatkowo wspomnę tu ustawę zwaną, nie wiedzieć dlaczego, „Dezubekizacyjną” z grudnia 2016 roku. Należy przypomnieć, ze wpędziła ona w biedę tysiące mundurowych emerytów i rencistów, razem z rodzinami – rzekomych „ubeków”. Szczuto na tą grupę od dawna, nawet w kościołach. Brakuje w języku polskim słów mogących trafnie ważyć głębie nikczemności tego wyroku władzy. W Polsce, gdzie jedno ludzkie nieszczęście potrafi burzyć tłumy, zadbano o to, aby nieszczęście tysięcy wepchnąć do piekła obojętności i zapomnienia. I nazwać je przewrotnie rzekomym spełnieniem oczekiwanej przez naród sprawiedliwości. Temat nie cieszy się wzięciem gwiazd medialnych – wszak, kto będzie bronić .. „ubeków – komunistycznych oprawców” ?! W tej akurat sprawie nie tylko PiS, ale równie polskie elity szeroko pojęte nie zdały egzaminu z człowieczeństwa; albo uwierzyły w dekomunizacyjną sprawiedliwość Ustawy nie bacząc, że klecąc ją łamano z hukiem kluczowe zasady Prawa Rzymskiego, lub wolały schować uszy po sobie, trzymając się maniery i salonowej koniunktury. Prawo i Sprawiedliwość – Zjednoczona Prawica – posiadło moc sprawczą forsowania swoich władczych pomysłów, także urojeń. Wyrosło na mistrza stawiania narodu pod ścianą faktów dokonanych. Kuglarstwo paragrafami towarzystwo to opanowało do perfekcji, przecząc moralności, jeśli moralność w polityce znaczy cokolwiek. Jarosław Kaczyński, jako polityk, przepoczwarzył się i wyrósł na polskie wcielenie Niccolo Machavelli’ego. Nie ulega wątpliwości, że PiS zgarnęło władzę demokratycznie, przy tym wcale nie bezwzględną wyborczą przewagą nad resztą politycznie podzielonej konkurencji, lecz „D’Hondtem”. Wydawałoby się, że takie rozstrzygnięcie winno motywować zwycięzców do jakiegoś umiaru. Antony Beevor, brytyjski historyk – mój rówieśnik – autor paru bardzo ciekawych książek historycznych (patrz np., „Stalingrad” czy „Berlin 1945”) jest autorem dzieła, „Walka o Hiszpanię 1936 – 1939”, opatrzonego podtytułem „Pierwsze starcie totalitaryzmów”.

To mądra i wyważona w sądach książka, rozsądnie rozdzielająca po latach winy obojga stron nieszczęścia, które dotknęło to iberyjskie państwo w tym samym czasie, kiedy nad Europą zbierały się burzowe chmury nadciągającej wojny światowej. Aspirujący do władzy Front Ludowy zdobył w nich niewielką przewagę – poniżej dwóch procent. .Beevor, konstatując wyniki parlamentarnej elekcji Hiszpanów, odnosi je do tryumfującej w wyborach Lewicy. Pisze dalej: „Lewica, lekceważąc skromność swego zwycięstwa, zaczęła się zachowywać tak, jakby otrzymała powszechny mandat do wprowadzenia rewolucyjnych zmian” (sic!). Rzecz historycznie odległa w czasie oraz w geografii nasuwa cząstkę analogii do tego, co aktualnie dzieje się w Polsce, tyle, że słowo „Lewica” należałoby tu zastąpić zwrotem „Prawica” do tego „Zjednoczona”. Hiszpański przykład tamtego czasu, opisany piórem wrażliwego pisarza i historyka, mającego wyczucie niebezpieczeństw niepohamowania zapędów – „rewolucyjnych zmian” – władzy zdobytej akurat niewielką przewagą elekcyjną – także tu i teraz polskim „D’ontem” – zdaje się być ostrzeżeniem przed jej nadużywaniem. W Polsce, sumarycznie po stronie przeciwnej, była jednak większość tych, którzy głosowali na inne od PiS partie, co w jakiś cywilizowany sposób winno być uszanowane i motywować rządzących od powściągnięcia we wdrażaniu rozwiązań budzących skrajne kontrowersje, wtłoczonych do praktyki w sposób prawnie wątpliwy. I tak być powinno. I chociaż nie ma ku temu żadnej, zapisanej w prawie obligacji, owa powściągliwość winna wpisać się w polityczny obyczaj – stanowić żywą część demokratycznego myślenia elit władzy o państwie jako cywilizowanej, delikatnej tkance rozwiązań i instytucji, mającej na celu łączenie, a nie dzielenie i szczucie na siebie obywateli. Warto przywołać tutaj słowa utrwalone przez Cypriana Kamila Norwida w liście słanym przez poetę w 1862 roku do Michaliny z Dziekońskich Zalewskiej: „Jesteśmy żadnym SPOŁECZEŃSTWEM. Jesteśmy wielkim SZTANDAREM NARODOWYM”. Mało co nam tak dobrze, wspólnie i zbiorowo wychodzi, jak wymachiwanie sztandarami i gromkie śpiewanie hymnu – dwóch zwrotek obowiązkowo. A nawet trzech. Po nasyceniu łopotem i śpiewem poczucia bycia patriotami, wzbiera w nas chęć skoczenia sobie do gardeł. Zjednoczona Prawica skłonność tą podsyca i konserwuje. Nasi wyborczy zwycięzcy po coś w końcu zassali do swojej polityki Trybunał Konstytucyjny, resorty siłowe – w tym sądy i prokuraturę – oraz komplet mediów publicznych. Teraz zasysają prasę, rzecz jasna dla dobra Polaków. W TVP 1, we wiadomościach, pojawia się twierdzenie, że w Polsce panoszą się siły neoliberalne i neokomunistyczne, chcące zniszczyć jej fundament .. polską rodzinę. Na ulicach panoszy się wściekły alians liberałów i komunistów, uprzykrzających życie prezesa w jego samotni na Żoliborzu, dający niepotrzebne zatrudnienie policji, która miast tropić zbójów jest przymuszana do pałowania i gazowania burzycieli porządku i spokoju polskiego domu. Minister Czarnek, arcyprawicowy fanatyk kierujący resortem Edukacji Nauki, rekomenduje utworzenie nowej dziedziny nauki: o rodzinie. Rzecz jasna, wedle jedynie słusznego modelu i wyobrażeń pisowskich akuszerów pomysłu. I będzie można z tego robić .. doktoraty; pewnie i na przykład na toruńskiej uczelni Rydzyka. Podlana bogoojczyźnianym sosem żenada władzy ?! Jasne, że tak. Lecz nie dla wszystkich. Z pewnością nie dla żarliwych oglądaczy i słuchaczy – wielbicieli mediów publicznych, i tych toruńskich. Także całego multum obojętnych na cokolwiek. I ten cały cyrk ma się ciągle dobrze i trzyma publikę. Jakkolwiek, o czym wiem, moje pisanie jest pisaniem na Berdyczów – wielu pisze podobnie – powstrzymać się nie potrafię, aby nie wylać na papier wieloźródłową gorycz niezrozumienia, jak coś takiego możliwym jest w dwudziestym pierwszym wieku w rzekomo cywilizowanym państwie Europy. Władza w Polsce wylądowała w łapach prawicowych, sfanatyzowanych pseudomyślicieli i mściwców z politycznym i historycznym szczękościskiem na gardłach urojonych liberałów i komunistów. I kogo tam jeszcze. To ogromnie smutne i dołujące. Niech to szlag trafi.

Poprzedni

Szczepionek będzie brakować!

Następny

Gospodarka 48 godzin

Zostaw komentarz