Strajk Kobiet przed sąd?

Do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko trzem przywódczyniom Strajku Kobiet.

– Zarzut obejmuje sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób i spowodowanie zagrożenia epidemiologicznego w postaci możliwości zarażenia wirusem SARS-CoV-2 i szerzenia się choroby zakaźnej COVID-19 poprzez organizację i prowadzenie marszów w październiku, listopadzie oraz grudniu 2020 r. na ulicach Warszawy – tłumaczy Aleksandra Skrzyniarz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Gdyby liderki OSK zostały uznane za winne, grozi im maksymalnie 8 lat pozbawienia wolności.

Dęta sprawa

Zdaniem komentatorów spoza mediów rządowych skazanie trzech kobiet jest jednak mało prawdopodobne. Sąd Najwyższy uznał wszak niedawno, że zakaz zgromadzeń nie miał podstaw, bo rada ministrów w ramach walki z chorobą zakaźną może ustanawiać tylko nakazy, obowiązki i ograniczenia, nie zakazy. To w zasadzie kończy dyskusję o tym, czy zgromadzenia kobiet (i ich sojuszników) były legalne i czy policja mogła zamykać je w kotłach, a potem wnioskować o ukaranie organizatorek lokalnych demonstracji.

Będą robić swoje

– Prokuratura informuje prasę, że ściga Martę L., Klementynę S. oraz Agnieszkę C-F za spowodowanie zagrożenia epidemicznego. W perspektywie 8 latek. A tymczasem SN stwierdził, że nie można karać na podstawie rozporządzenia. Nasza reakcja: śmiech. Będziemy dalej robić to, co robimy – odpowiadają na Twitterze trzy kobiety, które były twarzami masowych protestów.

Strajk kobiet był najpotężniejszym protestem społecznym przeciwko PiS. Drakońskie orzeczenie pseudotrybunału konstytucyjnego wyciągnęło na ulice tysiące obywatelek i obywateli, w tym takich, którzy nigdy wcześniej nie angażowali się politycznie.Młodzi ludzie odważnie domagali się pełni praw dla kobiet i świeckiego państwa dla wszystkich. Władzy PiS broniła policja: były przypadki opryskiwania demonstrantek gazem łzawiącym, złamane palce i ręce, sponiewierani dziennikarze. Rząd nie ustąpił, a ustawa antyaborcyjna skutecznie zniechęca Polki do zachodzenia w ciążę.

Dwa protesty

Jesteś narodowcem – protestuj do woli, choćbyś wykrzykiwał ostentacyjnie rasistowskie hasła. Może sprawa trafi do sądu, a może nie, w każdym razie co pomaszerujesz, to twoje. Demonstrujesz w innej sprawie? Policja już jedzie!

Jeszcze nie opadł kurz po 8 marca i spacyfikowanych protestach Strajku Kobiet. Jeszcze nie zapomnieliśmy zdjęć zamkniętych na Rondzie Czterdziestolatka demonstrantkach z Warszawy i ganianych ulicami protestujących we Wrocławiu, a już do listy osiągnięć polskiej policji doszły kolejne pozycje.

Nowatorskie metody działania

zaprezentowali niezawodni policjanci stołeczni. Wyzwanie rzuciła im trójka aktywistów ekologicznego ruchu Extinction Rebellion. Celem akcji było przypomnienie rządowi o jego zobowiązaniach dotyczących redukcji emisji gazów cieplarnianych do 2025 roku, a także powołania obywatelskiego forum klimatycznego. Premier Mateusz Morawiecki złożył taką obietnicę w zeszłym roku i – a jakże – do teraz słowa nie dotrzymał.
Demonstrantów było tylko trzech, ale uniemożliwili policji szybkie załatwienie sprawy sprawdzonym sposobem (poprzez szarpanie, zakuwanie, rzucanie na ziemię i szybkie wywiezienie na komisariat), bo przykuli się do ogrodzenia Trybunału Konstytucyjnego. Co zrobili funkcjonariusze? Sięgnęli po nową broń – parawan.

Na nagraniach i zdjęciach reporterów widać scenę rodem z klasyki francuskiej komedii: kilku mundurowych prowadzi parawan, którym następnie zasłania protestujących. Nie widać ich, znaczy protestu nie było. I tematu ekologii też nie ma, nie mówiąc już o niespełnionych obietnicach Morawieckiego (on w ogóle coś obiecywał?).

Bez kajdanek i kordonów

Żadnych parawanów, ani kajdanek czy kordonów nie było natomiast w Częstochowie. Nic nie przeszkodziło doprowadzić do końca marszu pamięci „żołnierzy wyklętych”. Chociaż tematyka była dużo szersza. Kilkudziesięciu młodych mężczyzn skandowało m.in. „Janusz Waluś naszym wzorem”, „Biała – Biała Europa”, „Znajdzie się kij na lewacki ryj”. Zapowiadali też zniszczenie nielubianej stacji telewizyjnej.

– Faktycznie zgromadzenie zgłoszone zostało na pięć osób. Potem przyłączyli się do tego sympatycy. Ta liczba uczestników nie była taka ogromna. Nie doszło do zakłócenia porządku – tłumaczyli częstochowscy policjanci „Dziennikowi Zachodniemu”. Dodali też, że do sądu skierowano sześć wniosków o ukaranie uczestników przemarszu, a 21 osób wylegitymowano. Ponadto materiał z marszu trafił do prokuratury, czyli jednak z tą białą Europą nie jest wszystko zupełnie – nomen omen – czyste. Tak czy inaczej, o wywożeniu uczestników na komendę czy przerwaniu marszu przed czasem mowy nie było.

Być może polskie kobiety również powinny ogłaszać swoje przemarsze pod „wyklętym” lub innym odpowiednim sztandarem. Wtedy policja robi się wyrozumiała, pojmuje, że obywatele, a nawet obywatelki mają czasem potrzebę wykrzyczenia tego, co, ich/je boli. I raczej zadziała umiarkowanie, niż zacznie rzucać o ziemię i zamykać w kotłach. Bo z prawicową symboliką się nie zadziera. Poszaleć można gdzie indziej.

Wyrok za kartkę

Anna Sikora, działaczka Lewicy Razem z Sieradza, została uznana za winną wykroczenia popełnionego podczas demonstracji w obronie praw kobiet.

Anna Sikora, członkini zarządu okręgu łódzkiego Lewicy Razem, podczas jednej z demonstracji przeciwko wyrokowi pseudotrybunału umieściła na drzwiach biura posłanki PiS Joanny Lichockiej kartkę papieru z napisem „Zaginęły prawa człowieka. Znalazcę prosimy o kontakt”. Dokładniej rzecz biorąc – przykleiła ją zwykłą taśmą. Mimo to sieradzka policja zareagowała z całą surowością. Uznała, że doszło do wykroczenia z art. 63a kodeksu wykroczeń („Kto umieszcza w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym ogłoszenie, plakat, afisz, apel, ulotkę, napis lub rysunek albo wystawia je na widok publiczny w innym miejscu bez zgody zarządzającego tym miejscem, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny”) i nałożyła na aktywistkę karę grzywny w wysokości 400 zł.
Anna Sikora nie przyjęła grzywny, bo, jak napisała w mediach społecznościowych, pamięta doskoanle sytuację, w której potrącenie kobiety samochodem przez prezydenta Sieradza i nieudzielenie poszkodowanej pomocy zostało przez sieradzkich stróżów prawa „wycenione” na „tylko” 300 zł grzywny. Uznała, że płacenie 100 zł więcej za kartk, zawieszoną w ramach pokojowego obywatelskiego protestu, byłoby po prostu głęboko niesprawiedliwe.

Sprawa trafiła do sądu, a wyrok zapadł w trybie nakazowym i o jego treści działaczka dowiedziała się z lokalnych mediów, zanim dostarczono jej decyzję sądu na piśmie. Sąd orzekł: winna wykroczenia, bo okoliczności nie budzą wątpliwości. Tyle tylko, że odstąpił od wymierzenia kary i nie nakazał Sikorze pokrywać kosztów postępowania.

– Czy będę się odwoływać? Nie wiem. Nigdy w życiu nie byłam przed sądem. Muszę to skonsultować z moim prawnikiem. Cieszę się, że odstąpiono od kary, ale sama myśl „Mam wyrok z wydziału karnego za powieszenie kartki A4” jest dla mnie dość abstrakcyjna – komentuje na gorąco działaczka na Twitterze.

8 marca – dzień walki

Kobiety zamykane w kordonach, spisywane, odwożone na komisariat, potężne siły policji zaangażowane do powstrzymywania marszy – tak wyglądał dzień kobiet w 2021 r. Władza mogłaby usłyszeć od obywatelek ostre słowa, a tego przecież nie lubi.

Organizatorki warszawskiego protestu z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet musiały w ostatniej chwili zmienić miejsce zbiórki, żeby protest mógł w ogóle się rozpocząć. Rondo Dmowskiego, nazywane przez aktywistki Rondem Praw Kobiet, zostało całkowicie obstawione przez radiowozy. A i grupa demonstrujących na Rondzie Czterdziestolatka, gdzie przeniesiono demonstrację, została już po godzinie protestu otoczona szczelnym kordonem. Uczestnicy zgromadzenia odpowiedzieli na to niepochlebnymi dla policji okrzykami i kontynuowali protest w formie ironicznej zabawy: z samochodu protestacyjnego grała muzyka, zebrani tańczyli. Przed 19 policja zaczęła wyciągać z odciętej grupy pojedyncze osoby, doszło do przepychanek. Następnie ogłosiła, że kto chce opuścić protest, będzie mógł po wylegitymowaniu to zrobić. Zebrani korzystali z tej możliwości, ale najwytrwalsze kobiety pozostały na rondzie do północy. Inne protestowały przed komisariatami na Zakroczymskiej i Wilczej, dokąd odwieziono wyciągnięte z tłumu, zatrzymane osoby.

Strajk Kobiet protestował 8 marca również we Wrocławiu. Tam również policja robiła wszystko, by demonstracja nie mogła przejść ulicami miasta. Na ul. Kazimierza Wielkiego drogę zastawił jej sznur radiowozów. Kobiety i wspierający je mężczyźni próbowały obejść je bocznymi ulicami. Policjanci ruszyli w pościg za tą grupą demonstrantów, część protestujących usiadła na ziemi. Doszło do szarpaniny, w ruch poszedł gaz łzawiący, a wśród poszkodowanych znaleźli się fotoreporterzy. – Policja zrobiła kordon, żebyśmy nie przeszli. On chciał przejść. Rzucili go na ulice, użyli gazu, w pięciu się na nim położyli i dusili – tak jeden z uczestników relacjonował zatrzymanie reportera Strajku Kobiet. Mężczyzna został odwieziony na komisariat, gdzie szybko zebrała się demonstracja solidarnościowa. I jej uczestnicy zostali spisani.

Na tym tle zupełnie spokojny przebieg miała Sląska Manifa w Katowicach, chociaż i tam policja się pojawiła. Pierwszym wydarzeniem tego wieczoru był performance, w którym wzięło udział kilkanaście aktywistek. Były one przebrane w stroje inspirowane dystopijną powieścią Margaret Atwood „Opowieści podręcznej” – miały na sobie identyczne czerwone peleryny oraz białe czepki. Przeszły przez Galerię Katowicką (galerię handlową znajdującą się tuż przy dworcu PKP), a następnie przez centrum miasta aż do rynku. Tam nastąpił punkt kulminacyjny – aktywistki odegrały scenę porodu. Trwała też zbiórka podpisów pod projektem liberalizującym prawo aborcyjne.

Policja, która w pewnym momencie zaczęła spisywać kobiety przebrane za podręczne, ale z pomocą przyszła im marszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka.

W reakcji na działania policji uczestnicy spontanicznie utworzyli pochód i udali się na tradycyjny spacer koło regionalnego biura Prawa i Sprawiedliwości.

Kobiety nie mogą się poddawać

– Kobiety nie mogą schodzić z ulic. Muszą być ciągle widoczne i ciągle powtarzać: my tu zostaniemy, dopóki wy nie odejdziecie. Masowy ruch jest jedyną siłą, która może realnie coś wywalczyć. Parlament Europejski? Zabiera głos i mówi słuszne rzeczy, ale nie ma realnej siły. Komisja Europejska? Nie jest ani odważna, ani naprawdę zainteresowana sprawami seksualności czy równości płci – mówi Ailbhe Smyth, irlandzka działaczka na rzecz praw kobiet, rzeczniczka Koalicji na rzecz Odwołania Ósmej Poprawki, która w 2018 r. doprowadziła do zniesienia zakazu przerywania ciąży w Irlandii, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

Działa pani w ruchu na rzecz praw kobiet od blisko czterdziestu lat…

Dokładnie od końcówki lat 70. To był bardzo trudny czas dla kobiet w Irlandii: z jednej strony recesja ekonomiczna, z drugiej – backlash, agresywna reakcja Kościoła na samo pojawienie się ruchu na rzecz wyzwolenia kobiet. Kościół katolicki prowadził wówczas kampanię na rzecz ustanowienia całkowitego zakazu aborcji, wpisania takiej poprawki do konstytucji. Kampania ta zresztą w 1981 r. zakończyła się sukcesem. A ja, początkująca aktywistka, byłam po drugiej stronie… Zresztą nie chodziło tylko o aborcję. Zaledwie pod koniec lat 60. Irlandki otrzymały prawo do nauki w szkołach ponadpodstawowych. Kiedy w latach 70. urodziłam córkę, nie byłam żoną jej ojca, a to oznaczało, że automatycznie zarejestrowano ją jako nieślubne dziecko. To był ogromny skandal, a córka, dopóki to prawo obowiązywało, nie miałaby np. prawa do renty po mojej śmierci.

W 1973 r. wyszłam za mąż. Uczelnia, gdzie byłam zatrudniona, poinformowała mnie, że nie będę mogła dłużej pracować na pełen etat. Po prostu przepisy nie pozwalały zamężnym kobietom pracować w instytucjach państwowych. Na szczęście w tym samym roku weszła w życie nowa ustawa, która ten zakaz znosiła. Do połowy lat 90. obowiązywał zakaz rozwodów, niewiele wcześniej umożliwiono wolny dostęp do antykoncepcji. Moje małżeństwo, które rozpadło się po pół roku, zostało formalnie rozwiązane dopiero po zmianie prawa w 1995 r.

A aborcja? Była nielegalna jeszcze przed wprowadzeniem konstytucyjnych gwarancji ochrony „nienarodzonego”. Groziło za nią dożywocie.

Jak za morderstwo.

I to kara ta groziła zarówno kobiecie, która przerwała ciążę, jak i lekarzowi – wszystkim, którzy jej pomogli. Nawet w obecnych irlandzkich przepisach, które są oczywiście nieporównywalnie lepsze, pomocnictwo w aborcji to przestępstwo, jeśli nie są spełnione bardzo rygorystyczne wymogi.

Wróćmy jeszcze do pani historii – są lata 70., samodzielnie wychowuje pani córkę, do tego pracuje na uczelni…

… jako jedna z bardzo nielicznych kobiet. Zwykle po urodzeniu dziecka kobieta zostawała w domu. Musiałam nawet tłumaczyć córce, że to świetnie, że mam pracę, bo dzięki temu zarabiam dla nas pieniądze. Samotne matki były w tym czasie potwornie stygmatyzowane w społeczeństwie. A brutalna prawda o tym, jak niezamężne dziewczyny w ciąży były zamykane w ośrodkach prowadzonych przez zakonnice i zmuszane do niewolniczej pracy, wyszła na jaw dopiero po latach. Państwo i Kościół szły ręka w rękę w tej sprawie.

A Irlandia dopiero zaczynała się zmieniać. Przyjęto nas do Unii Europejskiej. Nasza sytuacja ekonomiczna, bardzo trudna w poprzednich dekadach, powoli się poprawiała. Irlandczycy zaczęli wyjeżdżać z kraju nie do pracy, a na wakacje, i przekonywać się, że gdzie indziej życie jest inne, albo przynajmniej oglądać świat zewnętrzny w telewizji.

W 1983 r. Kościół dostaje to, czego chciał. 8 poprawka do irlandzkiej konstytucji zrównała prawo „nienarodzonego” do życia z prawem kobiety. Przyjęto ją w referendum, większością 67 proc. głosów. To oznacza, że część kobiet również poparła te przepisy.

Irlandia ciągle była krajem głęboko katolickim. Kościół miał wielki wpływ na szkołę, wielkie znaczenie w służbie zdrowia. Dla tysięcy ludzi nie przestał być najwyższym autorytetem w sprawach seksualności. Więc tak, wiele kobiet faktycznie zagłosowało w tym referendum przeciwko prawu do przerwania ciąży. Natomiast jestem przekonana, że gdyby takie referendum odbywało się dwadzieścia lat wcześniej, to poprawka miałaby nie 67 proc., a ponad 80 proc. głosów na tak. To, że ponad 1/3 głosujących sprzeciwiła się Kościołowi, to już było świadectwo wielkich przemian w naszym społeczeństwie.

Ósma poprawka obowiązywała przez prawie czterdzieści lat. Została odwołana w referendum w 2018 r.

Przez cały ten czas ruch na rzecz wyzwolenia kobiet działał, przypominał o sobie, walczył i odnosił zwycięstwa. W 1990 r. wybraliśmy na urząd prezydencki kobietę, prawniczkę Mary Robinson, zwolenniczkę prawa do aborcji i równych praw dla osób LGBT. Trzeba tu zaznaczyć, że te dwa ruchy, kobiecy i LGBT, rosły, walczyły i dojrzewały w Irlandii razem.

W 1992 r. miało miejsce kolejne referendum dotyczące aborcji. Niestety, przyczyną jego zorganizowania była ludzka tragedia – 14-letnia dziewczyna została zgwałcona przez przyjaciela rodziny, uniemożliwiono jej wyjazd do Wielkiej Brytanii w celu dokonania aborcji. Ostatecznie poroniła. Odpowiadaliśmy w referendum na trzy pytania: czy kobieta powinna mieć prawo do informacji o możliwości aborcji za granicą, czy powinien być możliwy swobodny wyjazd w celu dokonania aborcji, czy ryzyko popełnienia samobójstwa przez kobietę jest sytuacją zagrożenia zdrowia matki, a więc czy mogłoby uzasadniać zgodę na aborcję. Odpowiedź „tak”, która padła, miała wielkie znaczenie. Uznając wynik referendum, państwo przyznawało oficjalnie, że aborcje istnieją i są przeprowadzane mimo zakazu.

Wcześniej nie było tej świadomości? Nie było podziemia aborcyjnego?

U nas funkcjonowało na bardzo niewielką skalę. Dawno temu, w latach 20. i 30., na tyłach sklepów czy aptek kobiety mogły nieoficjalnie kupić różne „leki”, które miały doprowadzić do poronienia. Od 1967 r. miałyśmy Wielką Brytanię, która zalegalizowała zabiegi. W latach 70. kobiety, które chciały przerwać ciążę, jeździły tam. Oczywiście nie każda mogła: nie miały pieniędzy, nie miały z kim zostawić dzieci, które już miały… One rodziły i starały się wychować najlepiej, jak mogły. Ich historii już nikt nie opowie.

Jeszcze jeden czynnik przyczynił się do zmiany myślenia: nasz irlandzki neoliberalizm. Ludziom zaczęło bardziej zależeć na konsumpcji, na materialnych korzyściach. Zniknęło gdzieś stare przekonanie, że Bóg patrzy z góry i wszystko nadzoruje. Społeczeństwo się zlaicyzowało, a do tego Kościół popełnił swoiste harakiri – wyszła na jaw cała seria skandali dotyczących wykorzystywania seksualnego dzieci przez duchownych. Demaskowano księdza po księdzu. To był wielki wstrząs. Kościół nie był już w stanie narzucać swojego autorytetu.

W Polsce również to Kościół, ręka w rękę z posłusznymi politykami, forsuje zakaz aborcji. W naszym dyskursie publicznym wiele jest porównań do Irlandii, często formułowanych z nadzieją: skoro tam w końcu załamała się wszechmoc Kościoła katolickiego, to i my damy radę. Powtórzymy tę drogę i zbudujemy otwarte społeczeństwo.

Tyle, że przy bliższym przyjrzeniu się historii ruchów kobiecych w obu krajach można dostrzec więcej różnic niż podobieństw. Polki, wychodząc na ulicę, walczą o prawo, które ich matki i babki miały. My domagałyśmy się prawa, którego nie miałyśmy nigdy. Kościół katolicki w Polsce zajął swoją obecną pozycję, wypełniając pustkę po upadku realnego socjalizmu. Nie tylko nie upada, ale zdołał tę pustkę zagospodarować swoimi pojęciami, ma ciągle posłusznych sojuszników – polityków skrajnie prawicowych.

Będzie nam trudniej?

Najważniejsze jest to, żeby się nie poddawać. Kobiety nie mogą schodzić z ulic. Muszą być ciągle widoczne i ciągle powtarzać: my tu zostaniemy, dopóki wy nie odejdziecie. Masowy ruch jest jedyną siłą, która może realnie coś wywalczyć. Parlament Europejski? Zabiera głos i mówi słuszne rzeczy, ale nie ma realnej siły. Komisja Europejska? Nie jest ani odważna, ani naprawdę zainteresowana sprawami seksualności czy równości płci.

W Irlandii w latach dwutysięcznych byliśmy już jako społeczeństwo przekonani: musimy wykreślić ósmą poprawkę. Niestety, zanim takie zmiany prawne zostały wdrożone, doszło do kolejnej tragedii…

W 2012 r. z powodu sepsy umiera 31-letnia Savita Halappanavar. Żyłaby, gdyby nie odmówiono jej aborcji.

Ta sprawa oburzyła Irlandię. Zmarła kobieta, która przyjechała do nas żyć i pracować, która, gdyby została w rodzinnych Indiach, mogłaby usunąć ciążę. Nasze prawa ją zabiły. Było nam zwyczajnie wstyd.

W tym samym czasie w Irlandii odbywała się kampania na rzecz małżeństwa dla wszystkich – także dla gejów i lesbijek. Pracowałam przy tej kampanii i powiedziałam wtedy: jeśli wygramy w tej sprawie, to wywalczymy również prawo do aborcji.

To mamy chyba kolejną różnicę między Polską a Irlandią, skoro łatwiej było upominać się o prawa osób LGBT niż o prawa kobiet.

U nas tak właśnie było! Walcząc o małżeństwo dla wszystkich, pary lesbijskie czy gejowskie mówiły do heteroseksualnej większości: chcemy być tacy jak wy! Walczyliśmy o prawo do zakładania rodzin, czyli czegoś, co jest powszechnie akceptowane, nie legalne, a hiperlegalne. Mówiliśmy o miłości, potrzebie stabilności, opiece nad dziećmi, bezpieczeństwie. Rzeczach, które kojarzą się dobrze. I to działało.

Gdy walczy się o prawo do aborcji, sytuacja jest inna. Mężczyźni w ogóle nie lubią rozmawiać o aborcji. Kobiety rozumieją, że ona była i jest, ale wolą o niej nie myśleć. Dochodzi jeszcze ta cała frazeologia stworzona przez Kościół: aborcja = morderstwo, zniszczenie życia… Więc temat był dla nas na tyle trudny, że nawet niektóre aktywistki biorące udział w kampanii przed referendum, które ostatecznie zniosło ósmą poprawkę, mówiły: jestem za prawem wyboru, ale nie wiem, czy sama zrobiłabym aborcję. Musieliśmy wykazać się wielką rozwagą, dobrze przemyśleć stosowany język.

Radykalizowałyście go czy wręcz przeciwnie?

Musiałyśmy pamiętać, że nie chodzi o wygranie ideologicznej dyskusji czy porozumienie z tymi, którzy już są przekonani i przekonane. Wychodziłyśmy od osobistego doświadczenia, szukając tego, co mogło nas łączyć. Powtarzałyśmy: walczymy za wszystkie, jedne za prawa dla siebie, inne za swoje córki, wnuczki czy po prostu kobiety, które mogłyby znaleźć się w potrzebie. Akcentowałyśmy: aborcja to kwestia sprawiedliwości, praw człowieka. Mówiłyśmy: dając kobietom prawo do decyzji państwo udowadnia, że zależy mu na równości, ale też pokazuje, że chce być państwem po prostu porządnym, ludzkim.

Kościół w Polsce, nawet skompromitowany kolejnymi skandalami, walczy z ruchem kobiet nie przebierając w słowach. W Irlandii było tak samo?

Kościół walczył o zakaz aborcji w latach 80., potem prowadził swoje kampanie przed referendum w 1992 r. i w 2002 r. W 2018 r. odpuścił. Biskupi nie zabierali głosu. Ale działały antyaborcyjne organizacje, które twierdziły, że aborcja jest po prostu złem, nie ze względów religijnych, tylko po prostu. Kościół zrozumiał, że ludzie już go nie słuchają, dlatego się cofnął. W 2018 r. Kościół w Irlandii nie był już polityczną siłą. W Polsce, mam wrażenie, ciągle nią jest, więc różnica między naszymi społeczeństwami jest bardzo duża. To jednak nie oznacza automatycznie, że Polki będą walczyły o swoje prawa jeszcze długo. W Argentynie Kościół nie upadł tak, jak w Irlandii, a jednak nie zdołał powstrzymać wprowadzenia ustawy legalizującej aborcję. Najważniejsze jest to, żeby ruch kobiet nie znikał, żeby wracał na ulice, upominał się i o nowe prawa, i to te, które już raz zostały wywalczone. Bo przecież one mogą być też odebrane.

Walka Polek w moim odczuciu ma jeszcze jeden wymiar. To jest wyzwanie rzucone skrajnej prawicy, prawicowemu rządowi, którego działania są obserwowane i inspirują prawicę w innych krajach. Kobiety i mężczyźni, którzy dają do zrozumienia, że nie akceptują prawicowej wizji, utrudniają międzynarodowy pochód autorytarnej prawicy. A jeśli rząd będzie ignorował głos ulicy, kobiety powinny odpowiedzieć: zignorujemy wasze prawo. Znajdziemy sposób, żeby je ośmieszyć. Będziemy walczyć na każdym możliwym poziomie.

To już się dzieje. Działa Aborcyjny Dream Team, aktywistki, które pomagają zorganizować wyjazd na zabieg za granicę. Działają grupy, które pomagają zdobyć środki niezbędne do aborcji farmakologicznej. Kobiety czują, że uratuje nas głównie samoorganizacja i solidarność, bo rząd nie zamierzał podjąć żadnego dialogu z protestującymi nawet wtedy, gdy na ulicach były setki tysięcy, a w sondażach 70 proc. ankietowanych stawało po stronie kobiet.

I te kobiece inicjatywy to są wspaniałe rzeczy. A równocześnie nie wolno dopuścić, żeby o temacie przestało być głośno. Bo rozmowa o aborcji na skalę ogólnoeuropejską powinna wiązać się z rozmową o naszej demokracji. W prawie do przerywania ciąży chodzi o to, czy kobieta ma prawo decydować o swoim życiu, czy jednak są pewne grupy, które mogą więcej i dostają prawo do sprawowania kontroli nad nimi. To jest walka o dominację, nie o moralność, bo Kościół jest jedną z najbardziej niemoralnych, amoralnych i pełnych hipokryzji instytucji, tylko walką o władzę, o ustanawianie autorytarnego społeczeństwa.

Na pandemii autorytarna prawica tylko zyskuje, podczas gdy lewica jest nieustannie w defensywie. To prawica zagospodarowuje lęki społeczne, a lewica w najlepszym razie mówi, że „czas wymyślić alternatywę dla neoliberalnego kapitalizmu” (jeśli w ogóle jest na tyle odważna, by żądać podważenia kapitalistycznych reguł). Nie przechodzimy od wymyślania do działania, gdy prawica sięga po nowych zwolenników.

Zdecydowanie tak. W Irlandii ruchy skrajnie prawicowe nadal są mało liczebne, ale zyskują nowych zwolenników – pandemia i wywołana przez nią fala bezrobocia sprawiła, że ludzie bardziej niepokoją się o przyszłość, są bardziej przygnębieni i chętniej słuchają ich propozycji. Między innymi dlatego angażuję się obecnie w tworzenie Le Cheile – platformy współtworzonej przez lewicę, aby blokować postępy skrajnej prawicy. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że samo blokowanie nie wystarczy. Ludzie muszą poznać nasze koncepcje, nasze alternatywy i muszą usłyszeć: to, co proponuje prawica, to oderwane od życia slogany, oni nie rozwiążą twoich problemów swoimi ekstremistycznymi pomysłami, to my wiemy, jak ocalić miejsca pracy. Musimy być na lewicy mądrzejsi i bardziej zdeterminowani i musimy wiedzieć, jak rozmawiać z ludźmi, w których bije kryzys. Walka o prawa kobiet splata się zresztą z tą walką: przecież kryzys niszczy całe sektory, w których pracowały kobiety czy młodzież – handel, gastronomię, turystykę.

Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że marzy o świecie opartym na naprawdę równościowych strukturach, że z dumą określa się pani jako „aktywistka”. Jaki jest klucz do tego, by aktywizm przynosił owoce?

Trudno jest dawać uniwersalne recepty, uważam, że to nawet trochę kontrproduktywne, gdyby miała z perspektywy swojego irlandzkiego doświadczenia coś radzić walczącym kobietom w Polsce! Kilku rzeczy jednak jestem pewna. Jestem bardzo głęboko związana z tradycją feministyczną, z niej się wywodzę, ale twierdzę, że nie powinno się być aktywistką, jeśli traci się z oczu globalne znaczenia, związki, zależności. Zawsze do rozwiązania jest wiele problemów, które nie są oderwane od siebie. Zostając przy Irlandii: tutaj też jest o co walczyć – jest sprawa skandalicznego traktowania uchodźców, którzy przybywają na wyspę. Kwestia zaniedbanego mieszkalnictwa. Sprawa podejścia do ludzi starszych, takich jak ja, których w czasie pandemii tak naprawdę porzucono, pozostawiono własnemu losowi.

Równocześnie do ludzi trzeba też mówić tak, żeby wiedzieli, że to, co mówisz, jest autentyczne, ma związek z twoim i ich życiem. Podczas naszych kampanii starałyśmy się tak właśnie komunikować: co zrobisz, mówiłyśmy do niezdecydowanych, jeśli to twoja córka nie będzie miała dostępu do aborcji? Jeśli twój wnuk okaże się gejem i nie będzie mógł zawrzeć małżeństwa? Skłaniałyśmy do myślenia o sobie, zachęcając, by to myślenie przeradzało się w zrozumienie i solidarność dla innych.

Aktywizm to praca w terenie. Z ludźmi, na ulicy. Media społecznościowe są super, ale nie wystarczą! One są jak kartka papieru i długopis, pomagają się organizować, ale najważniejsze są wielkie, masowe wystąpienia. To tłumy ludzi, którzy idą na parlament sprawiają, że rządy się chwieją i ustępują przed wolą ludu.

Jest pani optymistką? Wierzy pani, że stworzymy ten bardziej egalitarny świat i uratujemy planetę, jak i siebie samych, przed zniszczeniem?

Nie wiem. Byłoby jednak tchórzostwem i nieodpowiedzialnością przynajmniej o to nie zawalczyć. Wiem, że nie przekonam wszystkich i nie zmienię natury wszystkich ludzi, ale ja przynajmniej nie umiałabym widzieć, że istnieją systemy i struktury, które prowadzą do śmierci i zniszczenia, i nie sprzeciwiać się temu. Na tyle, na ile jestem w stanie. Stawka jest zbyt wysoka.

List otwarty do Pani Marty Lempart

Szanowna Pani

Pozwoli Pani, że zacznę od cytatu pastora Niemőllera, antyfaszysty, więźnia hitlerowskich katowni, postaci historycznej:

„….kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Wszak nie byłem komunistą.
kiedy przyszli po socjalistów, nie protestowałem, bo socjalistą też nie byłem.
kiedy przyszli po Żydów, również nie protestowałem, bo przecież nie byłem Żydem.
kiedy przyszli po mnie, nie miał już kto protestować….”

Proszę oto sobie wyobrazić, że my – środowisko emerytów mundurowych, w tym nie tylko służb specjalnych PRL, ale także innych, mających nieszczęście podlegać w swoim czasie ministerstwu Spraw Wewnętrznych, zachowując kolejność grup represjonowanych z cytatu, znajdujemy się na 2 miejscu listy. Pierwsze miejsce zajęli ludzie, którzy również pracowali dla Polski – takiej, jaka była, bo innej nie mieliśmy.

Potem na tapetę wzięto nas. Nasze środowisko. Wtedy skrzywdzono „tylko” kilkadziesiąt tysięcy osób. Albo aż kilkadziesiąt. Bardzo ostro potraktowano. Dwukrotnie. W 2009 i 2016 r. Pozbawiono nas nie tylko wypracowanych ofiarnie emerytur, czyli środków do życia. Odebrano nam także część naszych praw obywatelskich (np. bierne prawo wyborcze w niektórych organizacjach społecznych). Upodlono, pozbawiono godności. Wielu z nas (także wdów po funkcjonariuszach, ich niepełnosprawnych dzieci, znakomitych sportowców) zepchnięto tym samym na skraj ubóstwa, nawet bezdomności.

Dalej przystąpiono do ataku na kolejne grupy zawodowe: lekarzy, pielęgniarki i sędziów.

Na koniec zaatakowano WAS – nasze wspaniałe KOBIETY.

Nie słyszałem powszechnych protestów przeciwko represjonowaniu grupy pierwszej i nas, przedstawicieli grupy drugiej. Pierwsze głośniejsze oburzenie społeczne wzbudziły ataki tej skretyniałej władzy na służbę zdrowia, a szczególnie na sędziów. Jednakże skala tych protestów była zdecydowanie ograniczona.

OLBRZYM jeszcze się nie obudził.

Aż doszło do zdarzenia bezprecedensowego. Do bezpośredniego ataku na OLBRZYMA.

Na Was. Na polskie KOBIETY.

Faktyczny sprawca ataku jest tchórzem. Nie stać go na wystąpienie z otwartą przyłbicą. Zawsze wysyła swoich pachołków. W tym przypadku posłużył się stworzoną przez siebie atrapą w postaci trybunału konstytucyjnego.

Trudno wyobrazić sobie, że suweren nie przewidział reakcji. Być może nie przewidział jedynie jej formy i zasięgu. Brutalna pacyfikacja była zamierzona i została zrealizowana.

Jednakże można odnieść wrażenie, że stworzony przez niego konflikt zaczął go przerastać, ponieważ po pierwsze, zaczęła zawodzić policja, po drugie, współkoalicjanci zaczęli okazywać pewną nerwowość.
Na to wszystko nakłada się nieudolność rządu w zakresie walki z pandemią. Sznurki, którymi dotychczas sterował swoimi kukiełkami, wydają się rwać, są co najmniej poprzecierane. Nie wiadomo, czy i kiedy popękają. Wielki strateg okazuje się całkiem malutkim człowieczkiem. Problemy zaczynają go przerastać.

Co więcej, Pani Marto, mały człowieczek zwyczajnie się Was boi. Tak. Zwyczajnie, po ludzku, po prostu się boi.

Nie wiem, czy ten strach Wam i nam też dobrze się przysłuży. Ludzie wystraszeni zdolni są do zachowań nieprzewidywalnych.
Nieśmiało przypomnę, że na wiosnę ubiegłego roku policja dokonała zakupu sprzętu specjalnego – armatek wodnych. Dotychczas nie zostały użyte. Ale być może trzymane są na specjalną okazję. Na przykład na przypadające 8 marca Święto Kobiet. Bo przecież jest to data święta szczególnego. Trudno założyć, że OSK zachowa się w tym dniu biernie.

Rzecz jasna, absolutnie nie życzę Wam publicznej kąpieli z tej okazji. Piszę to, ponieważ wiem, podobnie jak moje przyjaciółki i przyjaciele – emeryci mundurowi, że ta władza jest zdolna do wszelkiego łajdactwa wobec nas, zwykłych obywateli. I chce utrzymać się przy korycie za wszelką cenę. W tej chwili już nawet nie dla wysysanych z nas – naszego Państwa pieniędzy, ile bardziej po to, aby odwlec moment, kiedy trzeba będzie ponieść odpowiedzialność za wszystkie świństwa, za notoryczne łamanie prawa na każdym szczeblu i w każdej instytucji przez tę tzw. zjednoczoną prawicę zawłaszczonej i zdemolowanej.

Popatrzmy przez chwilę na drugą stronę naszej sceny politycznej. Otóż w normalnych krajach, o demokracji nawet tylko z grubsza utrwalonej, po drugiej stronie występuje zazwyczaj opozycja. Realna i aktywna.

U nas – to chyba nasza krajowa specjalność, tej opozycji faktycznie nie ma.

Tenże tak zwany wielki strateg dlatego jest taki mocny i bezkarny, bowiem zwyczajnie nie ma z kim przegrać. A przynajmniej nie miał do tej pory. Bo teraz na tej scenie pojawiłyście się WY, KOBIETY. I jesteście aktywne, co się zowie. I jest Was dużo. Statystycznie biorąc, o jakieś 10% więcej, niż nas – facetów. Czyli, stanowicie w tej chwili jedyną realną siłę w naszym kraju. Do tego macie poparcie w każdej warstwie i klasie społecznej. Wywodzicie się z różnych, bardzo różnych środowisk. Chcecie, aby zidiociali pseudopolitycy, starzy kawalerowie w sukienkach udający duchownych, całe to towarzystwo o inteligencji bezobjawowej, przestało wtrącać się w Wasze prywatne życie, w Wasze wybory, w Wasze prawa obywatelskie. Żeby ci śmieszni ludkowie zrozumieli w końcu, że ich czas przeminął. Że skończyła się ich władza, że utracili już rząd dusz. My też tego chcemy. Bardzo mocno chcemy.

Napisałem wyżej, że nie mamy opozycji.

Truizm, który pozwala na postawienie pytania. Czy nie nadszedł już kres takich tworów, jak partie polityczne? Czy nie pora na powstanie apolitycznych ruchów obywatelskich? Czy nie czas pogonić od władzy takich różnych kretynów, jak „obatel”, „zero” „bożek” z Żoliborza, „pies” z Krakowa i towarzyszącą im menażerię?

Jeśli teraz jest jedyna, niepowtarzalna okazja, aby uratować nasz piękny kraj, aby ocalić wszystkich tych, dla których takie słowa i pojęcia jak: honor, prawa człowieka, wolność wyboru, wolność sumienia i wszystkie inne wartości zapisane w pierwszej konstytucji RP, zwanej marcową, ułożonej przez sejm ustawodawczy prawie równo sto lat temu, to należy bezwzględnie ją wykorzystać.
Dodać muszę, że wspomniany sejm zdominowany został w dużej mierze przez socjalistów z PPS.

Skoro sięgnąłem do historii, pozwolę sobie przypomnieć, że właśnie sto lat temu KOBIETY stanęły przed szansą na uzyskanie swojej reprezentacji w Sejmie. Reprezentacji wyłonionej przez związki kobiece. Jednakże zarówno lewicowe organizacje kobiece, jak też te, które były pod silnym wpływem endecji, a tym samym kościoła, dały się omamić obietnicom polityków – mężczyzn, że mogą zostać wybrane w ramach istniejących partii politycznych. Nie trzeba dodawać, że nadal zdominowanych przez mężczyzn. Skończyło się wyborem bodaj sześciu czy siedmiu KOBIET na funkcje poselskie.

Może więc pora, aby PANIE się zorganizowały, przekształciły OSK w ugrupowanie nie będące partią polityczną, ale w coś w rodzaju ruchu społecznego? Wyłoniły spośród siebie kandydatki na posłanki oraz senatorki, i po prostu, zwyczajnie, wygrały te najbliższe wybory parlamentarne. Bez względu na to, kiedy one będą. Dopiero za trzy lata, czy też wcześniej.

Może to być dobry początek budowy społeczeństwa obywatelskiego w skali makro. Bo w skali mikro, czyli w Polsce gminnej, istnieje już dość silny zaczyn tego społeczeństwa. Mimo upartyjnienia. Wielu wójtów jest faktycznie apolitycznych. Są po prostu samorządowcami. Niekiedy świetnymi w tej roli. Sam znam co najmniej kilkunastu. Ale znam też, niestety, zatwardziałych partyjniaków, głównie pisowców, którzy niewiele robią dla miejscowych społeczności, za to wiele dla siebie i „swojaków”.

Marzy mi się, aby nasz nowy sejm był zdominowany przez KOBIETY.

Mądre KOBIETY.

Takie, które uporządkują zdemolowany system prawny Państwa. Które uchwalą prawo oparte na kanonach prawa europejskiego. Prawo zgodne z prawami człowieka. Takie, które nie jest martwą literą, zapisaną w konstytucji, które nie jest rozciągliwe jak guma do majtek, czy do żucia. Do tego prawo spójne, mądre i logiczne, czyli takie, jakie powinno być w kraju, mającym aspiracje używania do nazwy kraju demokratycznego. Prawo nie działające wstecz, nie stosujące odpowiedzialności zbiorowej, zapewniające realny rozdział państwa od związków wyznaniowych i organizacji religijnych, zabraniające ich finansowania. (Wręcz przeciwnie; traktujące je jako podmioty do opodatkowania). Wreszcie prawo dające każdej osobie PRAWO WYBORU SWOJEJ DROGI ŻYCIOWEJ, w tym także do decyzji o odejściu ze świata żywych.

Mam nadzieję, że ta garść moich myśli będących efektem spotkań, rozmów i dyskusji z moimi przyjaciółmi nie tylko z naszego środowiska służb mundurowych, tych represjonowanych i tych jeszcze ocalałych, da się jakoś spożytkować. Na pewno zaś jest wyrazem naszego poparcia Pani działań.

Jeśli uzna Pani, że nasze, naszego środowiska oceny, będące efektem doświadczeń zawodowych i umiejętności analitycznych mogą być przydatne dla OSK, proszę o sygnał, bądź skierowanie tego listu do osób z Zespołu zajmującego się, (mam nadzieję), analizami i prognozami. Być może jeszcze się przydamy.
Jest w nas, emerytach służb specjalnych „silna potrzeba” wspierania wszystkich ludzi i organizacji dążących do normalności.

Proszę o tym pamiętać. To nie są czcze słowa. Ani gołosłowna deklaracja.

Marcin Szymański
Emerytowany oficer kontrwywiadu PRL
E-mail: zebek86@interia.pl

PO z kobietami, ale nie do końca

Wydawałoby się, że Polki dały już do zrozumienia opozycji, jakich propozycji w zakresie praw kobiet od nich oczekują. Lewica na te oczekiwania odpowiada. I na razie tylko ona.

Platformie Obywatelskiej próba sformułowania oferty dla obywatelek, chociaż to potencjalnie wielki antypisowski elektorat, idzie jak po grudzie. A to poseł Raś rzuci, że jednak nie jest za prawem do przerywania ciąży, a to wypowie się ktoś z teoretycznie liberalnego skrzydła partii, pokazując, że jednak tak samo jak zdanie kobiet ważne jest dla „europejskiej” i „liberalnej” Platformy zdanie Kościoła.

Ostatnio z takich właśnie „liberalnych” pozycji wypowiedział się Rafał Grupiński – od lat niepodzielny liderem wielkopolskich struktur PO, współtwórca partyjnych strategii w skali krajowej. Rozmawiając z „Głosem Wielkopolskim” wytłumaczył, e generalnie popiera dostęp do bezpłatnego zabiegu przerwania ciąży do 12 tygodnia, ale…

– Sam jestem za liberalizacją prawa w tym zakresie i przyjęciem jedynie dodatkowego przepisu, dzięki któremu przed podjęciem tej zawsze trudnej decyzji, kobieta czy rodzina będzie mogła liczyć na rozmowę z psychologiem, a jeśli jest osobą wierzącą, z duchownym swojego wyznania – oznajmił. Jakby nie wiedział, że w polskich realiach z „będzie mogła liczyć” za chwilę zrobi się „obowiązkowo będzie musiała przejść” – i nie rozmowę, a zwyczajną, w przypadku księdza, próbę nacisków.

Jeszcze ciekawiej brzmiały tłumaczenia Grupińskiego, dlaczego problem dostępności aborcji pozostał w Polsce nierozwiązany, chociaż PO rządziła przez osiem lat. Poseł niejako przyznał, że jego partii odpowiadał tzw. kompromis. Ale podobno dlatego, że PO wychodziła z założenia, że jeśli ruszyć ustawę w jedną stronę, to później nastąpi przechył w drugą. Innymi słowy: gdyby rząd Tuska przepchnął ustawę liberalizacyjną, a potem przegrał wybory, kolejny gabinet zaserwowałby Polkom drakońskie prawo antyaborcyjne. Logika PO jak widać poległa, a prawica katolicka postanowiła zmusić Polki do rodzenia niezależnie od tego, co kombinowała polityczna konkurencja. A może właśnie dlatego, że wiedziała dobrze, że dla konkurencji sprawy kobiet to „tematy zastępcze”.

Grupiński przyznał przynajmniej, że kompromis i tak był fikcją, a zamiast zdrowia i życia kobiet na pierwszym miejscu stawiano wrażliwe sumienia katolickich lekarzy. Szkoda, że przy okazji nie przyznał, że aborcje były i będą, a ich legalizacja pozwoli, by były przynajmniej bezpieczne.

Polityczny szczękościsk prawicowej władzy w Polsce

Czyli upadek rozumu i porażka człowieczeństwa.

Ulice polskich miast kipią od tłumnych protestów kobiet – także wspierających je mężczyzn – okazujących energiczną i głośną niezgodę na ogłoszone nie dawano przez tzw. Trybunał Konstytucyjny uzasadnienie do wcześniejszego wyroku zakazującego aborcji w przypadku tzw. wady letalnej płodu. Oznacza to w praktyce, że możemy poszczycić się najbardziej drakońskim w Europie – poza państwem Watykan – prawem dot. usuwania ciąży. Prawo zastało tu dramatycznie zindoktrynowane – zawężone – a sama aborcja, z niewielkim wyjątkiem, podlega penalizacji; grozi więzieniem lekarzowi i matce, która z poważnych powodów zdrowotnych i społecznych zdecyduje się na usunięcie płodu. Władzy, łącznie z Kościołem, który skrywa się za restrykcją, pomyliły się epoki. Średniowiecze, i inne ciemne czasy Europa ma już za sobą. Szanuję i podziwiam matki, które decydują się na donoszenie i urodzenie chorego już w łonie dziecka, lecz jednocześnie nie potrafię potępiać tych matek, które zechcą taki płód usunąć, gdyż to kobieta, z ważnych i rozsądnie skodyfikowanych powodów winna mieć prawo decydować, co uczynić z takim mniej czy bardziej rozwiniętym, chorym zalążkiem życia w swoim łonie. Ewentualna aborcja jest również ogromnym dramatem i cierpieniem kobiety, przeżywanym za przyczyną poważnego przymusu zdrowotnego.

Przymuszanie kobiet do heroizmu rodzenia dzieci obciążonych poważnym defektami zdrowotnymi jest okrutnym kuglarstwem prawnym oraz nadużyciem etycznym, klepniętym konstytucyjnie przez organ nieuprawniony, powołany do sądzenia – wedle poważnych opinii – w sposób prawnie wadliwy. Całość ta dowodzi sfanatyzowania rządzących, mocujących coś takiego w prawie, przy tym kalkulujących to prawo na zimno. Ogromna część Polaków zauważa, że to paranoja. Ja również. Lecz należy pamiętać, że wcale nie wszyscy podzielają poglądy protestujących. Co z tego, że tłumy wyszły na ulice ?! Władza przywykła do protestów, wpisała je w koszty swojego rządzenia wedle zasady: psy szczekają, karawana jedzie dalej. PiS ma przed sobą jeszcze trzy lata rządów i cieszy się poparciem wcale pokaźnego elektoratu, który w nosie ma – nie ogarnia – przekrętów partii Kaczyńskiego; te go ani nie interesują ani obchodzą, więc płynie nurtem jej zideologizowanego programu. Popierający PiS czują się w większości zwolnionymi od myślenia. Zatracili empatię w wielu sprawach, że dodatkowo wspomnę tu ustawę zwaną, nie wiedzieć dlaczego, „Dezubekizacyjną” z grudnia 2016 roku. Należy przypomnieć, ze wpędziła ona w biedę tysiące mundurowych emerytów i rencistów, razem z rodzinami – rzekomych „ubeków”. Szczuto na tą grupę od dawna, nawet w kościołach. Brakuje w języku polskim słów mogących trafnie ważyć głębie nikczemności tego wyroku władzy. W Polsce, gdzie jedno ludzkie nieszczęście potrafi burzyć tłumy, zadbano o to, aby nieszczęście tysięcy wepchnąć do piekła obojętności i zapomnienia. I nazwać je przewrotnie rzekomym spełnieniem oczekiwanej przez naród sprawiedliwości. Temat nie cieszy się wzięciem gwiazd medialnych – wszak, kto będzie bronić .. „ubeków – komunistycznych oprawców” ?! W tej akurat sprawie nie tylko PiS, ale równie polskie elity szeroko pojęte nie zdały egzaminu z człowieczeństwa; albo uwierzyły w dekomunizacyjną sprawiedliwość Ustawy nie bacząc, że klecąc ją łamano z hukiem kluczowe zasady Prawa Rzymskiego, lub wolały schować uszy po sobie, trzymając się maniery i salonowej koniunktury. Prawo i Sprawiedliwość – Zjednoczona Prawica – posiadło moc sprawczą forsowania swoich władczych pomysłów, także urojeń. Wyrosło na mistrza stawiania narodu pod ścianą faktów dokonanych. Kuglarstwo paragrafami towarzystwo to opanowało do perfekcji, przecząc moralności, jeśli moralność w polityce znaczy cokolwiek. Jarosław Kaczyński, jako polityk, przepoczwarzył się i wyrósł na polskie wcielenie Niccolo Machavelli’ego. Nie ulega wątpliwości, że PiS zgarnęło władzę demokratycznie, przy tym wcale nie bezwzględną wyborczą przewagą nad resztą politycznie podzielonej konkurencji, lecz „D’Hondtem”. Wydawałoby się, że takie rozstrzygnięcie winno motywować zwycięzców do jakiegoś umiaru. Antony Beevor, brytyjski historyk – mój rówieśnik – autor paru bardzo ciekawych książek historycznych (patrz np., „Stalingrad” czy „Berlin 1945”) jest autorem dzieła, „Walka o Hiszpanię 1936 – 1939”, opatrzonego podtytułem „Pierwsze starcie totalitaryzmów”.

To mądra i wyważona w sądach książka, rozsądnie rozdzielająca po latach winy obojga stron nieszczęścia, które dotknęło to iberyjskie państwo w tym samym czasie, kiedy nad Europą zbierały się burzowe chmury nadciągającej wojny światowej. Aspirujący do władzy Front Ludowy zdobył w nich niewielką przewagę – poniżej dwóch procent. .Beevor, konstatując wyniki parlamentarnej elekcji Hiszpanów, odnosi je do tryumfującej w wyborach Lewicy. Pisze dalej: „Lewica, lekceważąc skromność swego zwycięstwa, zaczęła się zachowywać tak, jakby otrzymała powszechny mandat do wprowadzenia rewolucyjnych zmian” (sic!). Rzecz historycznie odległa w czasie oraz w geografii nasuwa cząstkę analogii do tego, co aktualnie dzieje się w Polsce, tyle, że słowo „Lewica” należałoby tu zastąpić zwrotem „Prawica” do tego „Zjednoczona”. Hiszpański przykład tamtego czasu, opisany piórem wrażliwego pisarza i historyka, mającego wyczucie niebezpieczeństw niepohamowania zapędów – „rewolucyjnych zmian” – władzy zdobytej akurat niewielką przewagą elekcyjną – także tu i teraz polskim „D’ontem” – zdaje się być ostrzeżeniem przed jej nadużywaniem. W Polsce, sumarycznie po stronie przeciwnej, była jednak większość tych, którzy głosowali na inne od PiS partie, co w jakiś cywilizowany sposób winno być uszanowane i motywować rządzących od powściągnięcia we wdrażaniu rozwiązań budzących skrajne kontrowersje, wtłoczonych do praktyki w sposób prawnie wątpliwy. I tak być powinno. I chociaż nie ma ku temu żadnej, zapisanej w prawie obligacji, owa powściągliwość winna wpisać się w polityczny obyczaj – stanowić żywą część demokratycznego myślenia elit władzy o państwie jako cywilizowanej, delikatnej tkance rozwiązań i instytucji, mającej na celu łączenie, a nie dzielenie i szczucie na siebie obywateli. Warto przywołać tutaj słowa utrwalone przez Cypriana Kamila Norwida w liście słanym przez poetę w 1862 roku do Michaliny z Dziekońskich Zalewskiej: „Jesteśmy żadnym SPOŁECZEŃSTWEM. Jesteśmy wielkim SZTANDAREM NARODOWYM”. Mało co nam tak dobrze, wspólnie i zbiorowo wychodzi, jak wymachiwanie sztandarami i gromkie śpiewanie hymnu – dwóch zwrotek obowiązkowo. A nawet trzech. Po nasyceniu łopotem i śpiewem poczucia bycia patriotami, wzbiera w nas chęć skoczenia sobie do gardeł. Zjednoczona Prawica skłonność tą podsyca i konserwuje. Nasi wyborczy zwycięzcy po coś w końcu zassali do swojej polityki Trybunał Konstytucyjny, resorty siłowe – w tym sądy i prokuraturę – oraz komplet mediów publicznych. Teraz zasysają prasę, rzecz jasna dla dobra Polaków. W TVP 1, we wiadomościach, pojawia się twierdzenie, że w Polsce panoszą się siły neoliberalne i neokomunistyczne, chcące zniszczyć jej fundament .. polską rodzinę. Na ulicach panoszy się wściekły alians liberałów i komunistów, uprzykrzających życie prezesa w jego samotni na Żoliborzu, dający niepotrzebne zatrudnienie policji, która miast tropić zbójów jest przymuszana do pałowania i gazowania burzycieli porządku i spokoju polskiego domu. Minister Czarnek, arcyprawicowy fanatyk kierujący resortem Edukacji Nauki, rekomenduje utworzenie nowej dziedziny nauki: o rodzinie. Rzecz jasna, wedle jedynie słusznego modelu i wyobrażeń pisowskich akuszerów pomysłu. I będzie można z tego robić .. doktoraty; pewnie i na przykład na toruńskiej uczelni Rydzyka. Podlana bogoojczyźnianym sosem żenada władzy ?! Jasne, że tak. Lecz nie dla wszystkich. Z pewnością nie dla żarliwych oglądaczy i słuchaczy – wielbicieli mediów publicznych, i tych toruńskich. Także całego multum obojętnych na cokolwiek. I ten cały cyrk ma się ciągle dobrze i trzyma publikę. Jakkolwiek, o czym wiem, moje pisanie jest pisaniem na Berdyczów – wielu pisze podobnie – powstrzymać się nie potrafię, aby nie wylać na papier wieloźródłową gorycz niezrozumienia, jak coś takiego możliwym jest w dwudziestym pierwszym wieku w rzekomo cywilizowanym państwie Europy. Władza w Polsce wylądowała w łapach prawicowych, sfanatyzowanych pseudomyślicieli i mściwców z politycznym i historycznym szczękościskiem na gardłach urojonych liberałów i komunistów. I kogo tam jeszcze. To ogromnie smutne i dołujące. Niech to szlag trafi.

Bigos tygodniowy

Kolejny brutalny akt ze strony coraz bardziej terrorystycznych – opartych na jawnej i gołej jak święty turecki przemocy – rządów PiS. Bo one takimi już są, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. 27 stycznia tuż przed północą ogłoszono uzasadnienie i tzw. wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej, radykalnie zawężający już bardzo ograniczone prawo do aborcji, poprzez zakwestionowanie tzw. przesłanki embriopatologicznej (ciężka i nieuleczalna wada płodu). Na ulice polskich miast wróciły demonstracje Strajku Kobiet i tych, którzy go wspierają. Doszło do licznych zatrzymań i brutalnego traktowania przez policję zatrzymanych, których (m.in. jedną z liderek, Klementynę Suchanow) wywożono poza Warszawę, a następnie wiele godzin, także w nocy, przetrzymywano. Tu już nie ma miejsca na żaden relatywizm – ten reżim ma jak najgorsze intencje i rządzi już otwarcie za pomocą nagiej siły. Od białoruskich czy rosyjskich standardów znaleźliśmy się już naprawdę tylko o krok i wcale nie ma gwarancji, że nie zostanie on wykonany, a granica nie zostanie przekroczona. Macie pewność, że oni nie posuną się dalej? Bo ja nie mam takiej pewności. A przecież gdy 1 maja 2004 roku, uczestniczyłem pod Zamkiem Królewskim w uroczystym pikniku z okazji inauguracji wejścia Polski do Unii Europejskiej, z udziałem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, nawet w najczarniejszych wyobrażeniach nie mogłem sobie wyobrazić, że to co dzieje się dziś w Polsce, może się zdarzyć w kraju członkowskim europejskiej wspólnoty – a stało się. Mimo to, co pewien czas szczypię się w ramię, by sprawdzić, czy nie śnię koszmarnego snu.


Różne pięknoduchy po stronie opozycji i niektórzy komentatorzy basują pisiorom w oburzaniu się na Strajk Kobiet i osobiście Martę Lempart za „wulgarny język”. Po pierwsze, to oburzenie jest śmieszne w kraju, w którym słów „kurwa”, „wypierdalać” czy „chuj” używa się w mowie powszechnie, w roli przecinków, a mówią tak nawet przedszkolaki. Po drugie uważam, że tylko takimi słowami można adekwatnie oddać sytuację w Polsce i działania tego coraz bardziej barbaryzującego się reżymu.


Nie ma powrotu do kompromisu aborcyjnego, determinacja młodych kobiet i wspierających je młodych mężczyzn, protestujących na ulicach polskich miast i miasteczek, wyrażających swój sprzeciw wobec opublikowania tzw. wyroku tzw. Trybunału Konstytucyjnego świadczy, że jedyną drogą jest liberalizacja przepisów dotyczących praw reprodukcyjnych. Niestety, taka możliwość powstanie dopiero po odsunięciu pisowców od władzy, a złożone przez Lewicę projekty ustaw dotyczące tej sprawy, jeszcze sobie w tym Sejmie poleżakują, bo szans na podjęcie jakiejkolwiek dyskusji brak.


Od czerwca 2006 do grudnia 2020, przez 14 lat, partia Orbana Viktora Fidesz prowadziła w sondażach i wygrywała wybory na Węgrzech. Kaczorowi tak bardzo to imponowało, że publicznie snuł marzenia o „Budapeszcie w Warszawie”. W ostatnich rankingach coś się jednak zmieniło. Obozowi Orbana wyrósł niespodziewanie groźny przeciwnik. 20 grudnia wszystkie partie opozycyjne zawarły porozumienie ogłaszając wspólny start w wyborach 2022 roku i wystawienie jednego kandydata na premiera. I po raz pierwszy od czternastu lat pojawiły się sondaże, w których partia Orbana znalazła się na drugim miejscu, wobec perspektywy ewentualnej porażki. Węgierska opozycja okazała mądrość, przy czym warto dodać, że nowa koalicja nazywana jest „tęczową”, co nie ma związku z LGBT, ale odnosi się do jej różnorodności politycznej, a to tym bardziej skłania do podziwu dla jej sygnatariuszy. Czy rozczłonkowana i słaba polska opozycja pójdzie w jej ślady, czy też wygra w niej egoizm, sobkowstwo z głupotą pospołu i PiS utrzyma się przy władzy na kolejne lata?


„Nie powinna na tej samej sali przebywać kobieta, która ma wiedzę, że jej dziecko urodzi się z wadą śmiertelną, czasem kilka minut, czasem kilka godzin leżeć koło radosnej matki, która wie, że urodzi się dziecko zdrowe – to jest dodatkowe obciążenie psychiczne dla tej kobiety, nie możemy na to pozwolić” – to słowa Wójcika Michała, byłego wiceziobry z Ministerstwa Sprawiedliwości, nawiązujące do ziobrystowskiego projektu ustawy o hospicjach dla kobiet w ciąży z chorymi płodami. Jakim trzeba być człowiekiem, by cienkim tenorkiem wygłaszać takie cyniczne deklaracje? Czy mówiąc o „sali” Wójcik miał na myśli salę tortur?


Kaczor zapowiada, że po „zwalczeniu pandemii” PiS wystąpi z „ambitną ofensywą”, która będzie się nazywać Nowy Ład Polski. Z przecieków wynika, że będą to m.in. ustawy skierowane przeciw samorządom, mediom oraz nowe korupcyjne ustawy „socjalne” skierowane do wybranych targetów, już nie tylko osłabiające złotego, ale mogące mieć zabójczy dla przyszłości gospodarki.


Kaczor, jako wicepremier i przewodniczący komitetu ds. bezpieczeństwa narodowego i spraw obronnych, wydał oświadczenie w sprawie zakupu respiratorów w kwietniu 2020 roku przez Ministerstwo Zdrowia od handlarza bronią. Stwierdził, że działania służb specjalnych nie wykazały żadnych przesłanek wskazujących na możliwość nadużyć, działań korupcyjnych lub innych czynów zabronionych przy ich zakupie. Tym samym Kaczor uwolnił organy ścigania od prowadzenia żmudnego śledztwa, a sądy od prowadzenia rozpraw, uniewinnił też kierownictwo Ministerstwa Zdrowia od ewentualnej winy i kary. Szybko i sprawnie, bez zbędnej zwłoki, załatwił sprawę wartą grube miliony publicznego grosza. Można? Można, wystarczy chcieć. Tylko po co te prokuratury, po co te sądy i trybunały, po co te wszystkie reformy wymiaru sprawiedliwości nad którymi od lat biedzi się Zioberek z kolegami? Wystarczy sam jeden Kaczor – właściwy człowiek na właściwym stanowisku.


„Stawiając na przestarzałe rozwiązania węglowe Polska skazuje się na regres i zapóźnienia gospodarcze wobec Europy. Najgorsze jest jednak to, że negując zmiany klimatyczne polski rząd działa przeciwko własnym obywatelom” – powiedział w wywiadzie dla Onetu specjalny sprawozdawca ONZ ds. skrajnego ubóstwa Philip Alston. Zarzutów stawia rządowi PiS więcej, n.p. lekceważenie zbliżającej się katastrofy klimatycznej, której Polska będzie jedną z najdotkliwiej dotkniętych ofiar, a początek najgorszego okresu sytuuje już około 2030 roku. „W ten sposób pański kraj – mówi do dziennikarza Alston – stanie się całkowicie niekonkurencyjny i zostanie w tyle za innymi krajami, które będą korzystać z energii odnawialnej. Z czasem Polska zacznie odstawać na tyle, że będzie jej trudno handlować z tymi krajami. Najbardziej zadziwiający jest jednak fakt, że Polska po prostu nie dba o własne środowisko, a tym samym o własnych obywateli”. To nie jedyny wątek poświęcony Polsce w tym generalnie przerażającym swą wymową wywiadzie.

Gniew kobiet

Czy rząd liczył na to, że nieoczekiwanie opublikuje uzasadnienie wyroku pseudotrybunału i uniknie protestów, bo wszyscy są już zajęci czym innym? A może wolał wkurzyć obywatelki, by nie mówiono o klapie programu szczepień?

Pewne jest jedno – kiedy tylko uzasadnienie wyroku, słusznie nazywanego wyrokiem na kobiety, zostało podane do wiadomości publicznej, obywatelki zaczęły w sieci skrzykiwać się na demonstracje. Nie tylko w Warszawie i nie tylko w wielkich miastach. Spacerowano również w mniejszych miejsco-
wościach, znowu zabrzmiało „wypierdalać” i „nigdy nie będziesz szła sama”.

– Po miesiącach zawieszenia, rząd zdecydował o naszym losie. O życiu wielu kobiet, tak wielu osób. O przyszłości tylu rodzin. Zabierając tak wielu z nas koło ratunkowe skazał na cierpienie i śmierć – skomentowała wyrok w internecie posłanka Lewicy Daria Gosek-Popiołek. – Nie zgadzam się z wyrokiem. Nie zgadzam się na zabieranie nam naszych praw. Na terror. Na cierpienie. Te słowa doskonale oddają strach i gniew tysięcy kobiet w całym kraju.

Aborcje dla bogatych

W stolicy początkowo gromadzono się przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego. Tam głos zabrała m.in. posłanka Lewicy Magdalena Biejat, zapowiadając, iż jej ugrupowanie zacznie wkrótce zbiórkę podpisów pod
obywatelskim projektem ustawy liberalizującej dostęp do aborcji
i apelując, by już teraz wdrożyć w Sejmie prace nad inną ustawą złożoną przez socjaldemokratów – depenalizującą pomoc w przerywaniu ciąży. –

Aborcja prawem

osób z macicami! Trzeba było nas nie wkurwiać! – skandowali zgromadzeni. – Zakaz aborcji nie sprawia, że nie ma aborcji. Aborcje są wtedy dozwolone, ale tylko dla osób bogatych – przemawiała przez megafon Marta Lempart, jednak z liderek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.
Chociaż manifestacja byłacałkowicie spontaniczna, pod Trybunał przyszło kilka tysięcy osób. Znowu, jak w październiku, spod budynku, w którym zapadł pseudowyrok, przeniesiono sipod siedzibę Prawa i Sprawie-
dliwości, szczelnie obstawionąprzez policję. Tym razem jednak
funkcjonariusze nie próbowali rozbijać demonstracji. Nawet komunikat o tym, że „nie zgłoszono żadnego zgromadzenia” był emitowany tylko przez krótki czas.

Nie było gazu ani kotłów. Uczestniczki demonstracji zauważyły, że dzięki temu protest był wyjątkowo bezpieczny. Liderka OSK zdecydowała, by pozostać w centrum Warszawy, nie iść pod dom Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego protestujący zakończyli zgromadzenie tam, gdzie się ono zaczęło – pod siedzibą Trybunału Konstytucyjnego. Aktywistki zapowiada ją powtórkę z protestów w czwartek 28 stycznia i piątek 29 wieczorem. Tego dnia Ogólnopolski Strajk Kobiet wzywa wszystkich i wszystkie do Warszawy. Niech znowu wyjdzie na ulice 100 tys. ludzi, a może jeszcze więcej. Mamy rząd do obalenia Nie tylko Warszawa będzie tego dnia protestować. Kontynuację protestów w czwartkowy wieczór zapowiadają również aktywistki z Wrocławia, gdzie w środę protest również zgromadził kilka tysięcy oburzonych. Przeszli przez historyczne centrum miasta, skandując „Przepraszamy za utrudnienia, mamy rząd do obalenia”. Przed biurami PiS zbierano się w Łodzi, Gdańsku, Białymstoku. W stolicy Podlasia co prawda udało się zgromadzić jedynie kilkadziesiąt osób, ale ich gniew był szczególnie gorzki. W rozmowie z mediami zwracali uwagę na fakt, że teraz odmówiono im prawa do aborcji, a już wcześniej region był faktycznie wykluczony, jeśli chodzi o opiekę gineko- logiczną dla kobiet z mniejszych miejscowości.

Zajmijcie się narodzonymi…

Podczas demonstracji w Łodzi przypomniano niedawną tragedię z Bytomia, gdzie 15-latek zabił swoją 13-letnią dziewczynę, która była w ciąży. Zgromadzeni nie mieli wątpliwości: gdyby w Polsce normalnie podchodzono do spraseksualności i antykoncepcji, podobne dramaty by się nie zdarzały. Prawica woli jednak zmuszać wszystkich do zaakceptowania
fundamentalistycznie katolickich„wartości” i swojej koncepcji „życia poczętego”. Również w Radomiu przed biurem PiS zachęcano rządzących, by zajęli się raczej ludźmi, którzy już się urodzili. Obok zniczy ustawiono ulepione ze śniegu kaczuszki.

… i pandemią

Podczas kilku protestów w Trójmieście powracał natomiast wątek zaniedbanej walki z koronawirusem. – Rząd znowu zmusza nas do wyjścia na ulice i znowu naraża nasze zdrowie. Trybunał Konstytucyjny publikuje uzasadnienie wyroku w czasie, gdy Narodowy Program Szczepień nie daje sobie rady z obecną sytuacją.

W systemie rejestracyjnym panuje chaos, a szczepionek, które są naszą jedyną nadzieją na zakończenie pandemii, brakuje.

Mamy w Polsce pilniejsze sprawy, którymi rząd powinien się zająć. Zajmijcie się pandemią, a prawo wyboru zostawcie kobietom – mówiła jedna z działaczek, które zabrały głos podczas spontanicznego, ok. stuosobowego zgromadzenia na Targu Drzewnym w Gdańsku.

– Żadna władza nie trwa wiecznie! Zapłacą za to, co zrobili kobietom – mówił do zebranych w Gdy-  ni poseł Lewicy Marek Rutka. Oby miał rację! I to jak najprędzej.