Gospodarka 48 godzin

Ważne, kto to mówi
Warto jeszcze raz powtórzyć i dobrze zapamiętać to co powiedział prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś. Stwierdził on, że ten kto się nie zgadza z obecną władzą, na podstawie pomówień może być w każdej chwili aresztowany i skazany – i jest to w czystej postaci państwo policyjne, którym rządzą służby, a nie premier, prezydent czy parlament. Prezes Marian Banaś niby nie powiedział nic nowego, chyba wszyscy Polacy wiedzą, że tak właśnie funkcjonuje panowanie Prawa i Sprawiedliwości w naszym kraju. Ważne jednak, że mówi to osoba wywodząca się z samego jądra PiS-owskiej władzy, taka która dobrze wie co mówi – i zna metody funkcjonowania ekipy, która ją postawiła na wysokie stanowisko. Trzeba mieć nadzieję, że wszyscy zapamiętamy te słowa prezesa Mariana Banasia. Niezależnie od obozu z którego się wywodzi, dziś należy docenić to, że nie chce on już dłużej być po złej stronie mocy – i staje w prawdzie. Prawdziwe są też jego słowa, iż NIK to dziś jedyna niezależna instytucja, na którą nie ma wpływu żadna partia ani władza. Może należałoby tu jeszcze wymienić Rzecznika Praw Obywatelskich, ale raporty rzecznika władza PiS może lekceważyć, zaś z wynikami kontroli NIK już się nie da tego tak łatwo zrobić.

Polacy zarabiają, państwo wydaje
W 2020 roku łączne wydatki publiczne naszego państwa w przeliczeniu na jednego mieszkańca wyniosły 29 754 zł i były o 5325 zł wyższe od jego dochodów. Ponadto, były aż o 4550 zł wyższe niż rok wcześniej – podaje FOR. W rezultacie polski dług publiczny wzrósł do 34 057 zł na osobę (czyli o 6521 zł), przy czym ponad jedna szósta tego zadłużenia, czyli ok. 5920 zł na mieszkańca to dług poza kontrolą parlamentu. Ubiegłoroczne wydatki na powstrzymanie i walkę ze skutkami pandemii COVID-19, w tym rekompensaty za lockdown, wyniosły 2722 zł, co oznacza, że 40 proc. wspomnianego przyrostu wydatków stanowią wydatki niezwiązane z pandemią.

Groźna bankowość internetowa
Po raz kolejny potwierdza się, że w Polsce nikomu nie należy ufać. Nie po raz pierwszy przestępcy podszywają się pod banki. Teraz, występując jako PKO Bank Polski, rozsyłają e-maile o tytule „Nieprawidłowy IBAN”. Fałszywa wiadomość przypomina e-maila z PKO BP – zawarta jest w niej prośba o sprawdzenie załączonego numeru IBAN. Załącznik zawiera szkodliwe oprogramowanie – jego otwarcie może sprawić, że stracimy pieniądze. IBAN to międzynarodowy numer kont bankowych. Umożliwia on przelewanie środków na zagraniczne rachunki bankowe oraz na otrzymywanie środków z zagranicy na konto krajowe. Numer IBAN jest unikalny i opisuje bank oraz właściciela prowadzonego w nim rachunku w przelewach międzynarodowych. Przestępcy w swoich mailach powołują się na rzekome przelewy pieniędzy na rachunek bankowy klientów PKO BP. Kłamliwy komunikat brzmi: ” Dzień dobry, z pozdrowieniami od naszego klienta próbowaliśmy wysłać przelew, ale wraca, potwierdź, że załączony numer IBAN jest prawidłowy lub możesz przesłać prawidłowy numer konta, abyśmy mogli przetworzyć płatność „. Władze banku PKO BP apelują, aby nie otwierać załączników i nie klikać w linki podane w tego rodzaju e-mailach i załącznikach. Jeśli kliknie się w link, straci się pieniądze i kontrolę nad kontem.

Teraz powinno się inwestować

Polska gospodarka wypracowała dużą nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących.
Jeszcze na początku 2019 roku Polska notowała deficyt na rachunku obrotów bieżących rzędu 1,3 proc. produktu krajowego brutto. Dwa lata później sytuacja ta zmieniła się o 180 stopni i obecnie notujemy nadwyżkę 3,6 proc. PKB. Obraz uległ poprawie częściowo za sprawą redukcji salda dochodów pierwotnych, ale przede wszystkim dzięki towarom, których saldo przeskoczyło z deficytu równego 1,3 proc. PKB do nadwyżki 2,4 proc. PKB.
Można wnioskować, że spora część tejże poprawy nastąpiła za sprawą pandemii, która zdecydowanie mocniej uderzyła w polski import niż eksport. W kolejnych kwartałach należy spodziewać się pewnego spadku nadwyżki: kiedy gospodarka wyjdzie z okresu pandemicznych restrykcji i mocniej ruszy import. Niemniej należy być także świadomym tego, że z biegiem lat spada stopień importochłonności polskiego eksportu – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Ostatnim elementem układanki jest saldo usług, w przypadku których w ostatnich kilku latach obserwowaliśmy niebywałą poprawę. Zmiana ta nastąpiła głównie dzięki usługom transportowym, ale także informatycznym i biznesowym, które z nadwyżką zrekompensowały negatywny wpływ pandemii na saldo podróży zagranicznych.
Czy to dobrze, iż Polska ma coraz większą nadwyżkę salda bieżącego i co ona właściwie oznacza? Z ekonomicznego punktu widzenia, nadwyżka w handlu zagranicznym równa się nadwyżce krajowych oszczędności nad inwestycjami, a także saldzie budżetowym. Jeśli w budżecie występuje deficyt, a jednocześnie nadwyżka na rachunku obrotów bieżących rośnie, wówczas kraj musi mieć nadwyżkę oszczędności nad inwestycjami. Dokładnie taka sytuacja ma obecnie miejsce w polskiej gospodarce.
Na skutek pandemii inwestycje załamały się (Polska doświadczyła jednego z największych spadków stopy inwestycji w ubiegłym roku w porównaniu z 2019 r.), jednocześnie stopa oszczędności firm i gospodarstw domowych gwałtownie wzrosła, częściowo dzięki transferom z budżetu państwa, a częściowo dzięki wciąż rosnącemu eksportowi.
Nadwyżka może być pozytywnie postrzegana przez inwestorów zagranicznych, co jest istotne, ponieważ chcemy, aby gospodarka Polski doganiała kraje bogatsze, a w tym celu musi inwestować. Zbyt szybki wzrost gospodarczy z kolei, poprzez kreowanie silnego popytu inwestycyjnego czy konsumpcyjnego, także nie jest pożądany. W takiej sytuacji zwiększamy bowiem stopień uzależnienia od zagranicznego kapitału, co w pewnym momencie może stać się problemem (skrajnym przykładem jest tutaj gospodarka turecka) – zwraca uwagę TEP.
W ciągu ostatnich kilku lat Polska zanotowała niebywałą poprawę salda obrotów bieżących. W rezultacie obecnie nie mówimy już o zrównoważeniu zewnętrznym rodzimej gospodarki, ale o pewnego rodzaju nierównowadze. Nierównowaga nie jest dobra zarówno jeśli odchylamy się zbyt dużo w jedną czy drugą stronę. Takie twierdzenie dotyczy także bilansu płatniczego. Czy Polska potrzebuje dużej nadwyżki na rachunku obrotów bieżących?
Najlepszym rozwiązaniem jest utrzymywanie ograniczonej nadwyżki na rachunku obrotów bieżących, która nie będzie blokowała inwestycji. Polska gospodarka ma obecnie znaczne oszczędności, które z czasem będą mogły zostać zainwestowane.
Utrzymywanie lekkiej nadwyżki na rachunku bieżącym jest dla Polski pozytywnym czynnikiem również z jeszcze jednego powodu – ograniczanie zadłużenia zagranicznego. Polska ma relatywnie wysoki poziom długu zagranicznego jeśli chodzi o rating jaki posiada, co zresztą zaznaczała w ostatnim komunikacie agencja Fitch. Jeśli zatem chcemy aspirować do najlepszych, wówczas należy dążyć do dalszej redukcji uzależnienia od kapitału zagranicznego. Utrzymywanie ciągłej i ograniczonej nadwyżki na rachunku obrotów bieżących będzie działać na rzecz dalszego zmniejszania długu zagranicznego bez uszczerbku dla inwestycji.
Od końca 2016 roku Polska istotnie zredukowała zadłużenie zagraniczne: z ponad 76 proc. PKB do 59 proc. PKB, co nastąpiło głównie dzięki spadkowi zadłużenia rządowego, a także (w nieco mniejszym stopniu) zadłużenia banków. Choć dług zagraniczny Polski jest wciąż spory, to jego struktura jest względnie dobra: większość długu to dług sektora rządowego i samorządowego oraz wynika z pożyczek udzielanych bezpośrednio między firmami.
Obniżenie zadłużenia zagranicznego widać także w spadku udziału długu zagranicznego w długu publicznym ogółem, co niesie za sobą pozytywne konsekwencje. Konkludując, tak jak niepożądany był znaczny deficyt na rachunku bieżącym w czasie pierwszej dekady nowego tysiąclecia, tak utrzymywanie nadmiernej nadwyżki w handlu zagranicznym również może nieść negatywne konsekwencje.

Inflacyjny skok na finanse Polaków

W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości inflacja wzrosła. Z jednej strony program socjalny daje, a z drugiej strony inflacja zabiera.

Bardzo ważnym wskaźnikiem, wpływającym na poziom życia jest inflacja. W listopadzie ubiegłego roku w Polsce inflacja była najwyższa w Europie (3,7 proc.). W kolejności za nami były Węgry i Czechy (2,8 proc.), Rumunia (1,7 proc.) oraz Słowacja (1,6 proc.). Najniższą inflację miała Grecja (- 2,1 proc.) i Estonia (- 1,2 proc.), a średnia inflacja dla strefy euro wynosiła minus 0,3 proc. Kraje z inflacją do ok. 4,5 proc. to: Holandia, Niemcy, Malta, Bułgaria, Słowenia, Rumunia, Austria. Dane te zostały podane na podstawie wyliczeń Eurostatu za listopad 2020.
W pierwszych dniach stycznia 2021 r czekała nas jednak niespodzianka. Inflacja za grudzień według wstępnych danych podanych przez Główny Urząd Statystyczny wynosi w Polsce tylko 2,3 proc. w porównaniu do grudnia ubiegłego roku. Pewnym wytłumaczeniem tej sytuacji jest wysoka baza porównawcza – czyli grudzień 2019 r, kiedy bardzo znaczący był wzrost cen artykułów spożywczych (6,9 proc.).
Tym niemniej prognoza inflacyjna Eurostatu dla Polski na 2021 r (2 proc.) i założenia budżetu państwa (1,8 proc.) są nierealne i mają raczej charakter życzeniowy. Obecnie ma miejsce zarówno luka popytowa, jak też podażowa. Oddziaływanie tej drugiej jest zdecydowanie silniejsze ze względu na ograniczenia w podaży usług (gastronomia, hotelarstwo, branża fitness). Należy liczyć się z tym, że kiedy gospodarka „ruszy”, nastąpi wzrost cen w tych branżach. Obecnie nawet mieszkania (wprawdzie dotyczy to niewielkiej części populacji) „trzymają” swoją cenę. Ponadto planowany wzrost cen energii (ok. 10 proc.) i wywozu śmieci (ok. 50 proc.) będzie przekładać się znacząco na wzrost czynszów.
Spośród ogółu zjawisk inflacyjnych warto skomentować jak w ciągu lat kształtuje się indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI = Consumer Price Index) – ponieważ ten wskaźnik najbardziej bezpośrednio wpływa na poziom życia ludności. W Polsce wskaźnik ten rośnie systematycznie od 2000 r., osiągając w 2019 r. 150 proc. jego wielkości w 2000 r.
W ostatnim dziesięcioleciu najniższa inflacja w Polsce miała miejsce w latach: 2003 (0,80 proc.), 2013 (0,90 proc.), a od lipca 2014 r. do października 2016 r. inflacja była poniżej 0,00 proc. Od tego momentu systematycznie rośnie osiągając w listopadzie 2020 r. poziom 3,7 proc. .
Nie od rzeczy będzie przypomnienie, że od lat cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego to 2,5 proc.. W tym kontekście założenia przyjęte w budżecie państwa (inflacja 1,8 proc.) to jakiś „lapsus”. Można też zadać pytanie, dlaczego cel inflacyjny NBP to aż 2,5 proc.?. To już z założenia jest drenowaniem społeczeństwa.
Przy tej okazji należy zwrócić uwagę, że właśnie w czasie ostatnich lat rządów Prawa i Sprawiedliwości inflacja wzrosła. Z jednej strony program socjalny daje, a z drugiej strony inflacja zabiera.
W tym też kontekście należy zwrócić uwagę na zjawiska jakie miały miejsce w końcowych miesiącach 2020 r. w obszarze finansów ludności. Z kont bankowych wycofano 20 proc. gotówki, która zasiliła sferę popytu. Jest to konsekwencja drastycznego obniżenia stóp procentowych. W tym kontekście są więc ekonomiści, którzy zwiastują w 2021 r. inflację w Polsce na poziomie 6 – 7 proc.
W związku z pandemią zmieniło się dotychczasowe restrykcyjne podejście do wielkości długu publicznego. Traktat z Maastricht przewiduje relację długu do produktu krajowego brutto na poziomie 60 proc. Ograniczenie takie jest również zawarte w naszej Konstytucji. W związku z pandemią koronawirusa Komisja Europejska uruchomiła tzw. „ogólną klauzulę wyjścia”, przewidzianą w Pakcie Stabilności i Wzrostu.
Klauzula ta umożliwia państwom członkowskim przekroczenie ustalonej w Traktacie relacji. To elastyczne podejście ma ułatwić reakcję państw na kryzys wywołany pandemią – umożliwia zasilanie finansowe przez państwo tych firm, które w związku z pandemią mają zawieszoną, bądź ograniczoną działalność.
Polska uruchomiła rządowy program walki z pandemią poprzez utworzenie w Banku Gospodarstwa Krajowego Funduszu Przeciwdziałania Covid–19 – oraz Tarczy Finansowej funkcjonującej w Polskim Funduszu Rozwoju. Fundusz i Tarcza zostały zaliczone do sektora instytucji rządowych i samorządowych, a nie do sektora finansów publicznych.
Rozmiary długu wynikają z zaciąganych pożyczek na finansowanie pomocy udzielanej potrzebującym firmom. Jednym ze skutków rozwijającej się pandemii jest bezrobocie. W tym względzie Polska na tle krajów europejskich prezentuje się doskonale – jest na drugim miejscu (ok. 3,0 proc.) po Czechach (ok. 2,5 proc.). Niewątpliwie jest to zasługa wsparcia finansowego dla firm, żeby nie musiały zwalniać pracowników. Najwyższe bezrobocie mają: Litwa (ok. 9,5 proc.) i Hiszpania (ok. 15,5 proc.). Średnia dla UE w listopadzie ubiegłego roku to ok. 7 proc., a dla strefy euro ok. 7,5 proc.,według danych Eurostatu.
Zgodnie z rządową „Strategią zarządzania długiem publicznym” dług sektora instytucji rządowych i samorządowych w relacji do PKB wynosi w 2020 r. 61,9 proc., a na 2021 r. prognozuje się 64,1 proc. Prognozy zakładały też, że deficyt budżetu państwa w 2020 r wyniesie około 100 miliardów złotych.
Przyjęty przez Sejm budżet państwa przewiduje deficyt w 2021 r. w wysokości 82,3 mld zł, co stanowi według metodologii UE około 6 proc. PKB.
Pojawiają się zarzuty, że rząd w celach wizerunkowych zaniża deficyt budżetu państwa przenosząc wydatki związane z koronawirusowym wsparciem do funduszów celowych. Konfederacja Lewiatan sporządziła na tę okoliczność raport., w którym stwierdza, że wartość wsparcia dla firm przekroczy 200 mld zł, które powinno powiększyć deficyt budżetu państwa w 2020 r. (Artykuł na ten temat p.t. „Europa nam ucieka” ukazał się w Trybunie z 16–18.10.2020 r.). Opozycja w różnych wypowiedziach swoich przedstawicieli krytykuje to wizerunkowe rozwiązanie, twierdząc, że deficyt budżetu państwa w 2020 r. wynosił 300 mld zł.
Dużą pomocą w wychodzeniu naszej gospodarki na prostą będą fundusze Unii Europejskiej. Na szczęście nie doszło do zawetowania budżetu UE przez Polskę i Węgry. Po tym kilkutygodniowym spektaklu, którym żyła opinia publiczna w Polsce i w Europie pozostał tylko niesmak.
Polska jest jednym z największych beneficjentów pomocy finansowej, którą UE zorganizowała, aby pomóc państwom członkowskim w podźwignięciu ich gospodarek po regresie spowodowanym pandemią. W ramach tej pomocy dla Polski przewidziane jest wsparcie w postaci: 123 mld euro dotacji z budżetu UE w latach 2021 – 2027 plus 27 mld euro dotacji z Funduszu Odbudowy. Poza tym Polska może starać się o 32 mld euro tanich pożyczek z Funduszu Odbudowy.

Gospodarka 48 godzin

Inflacja w odwrocie?
Nie ma powodów do zaniepokojenia groźbą wybuchu inflacji. Tego niebezpieczeństwa nie potwierdzają żadne dane, perspektywy rozwoju gospodarczego, ani kształtowanie się cen światowych czy dynamika płac w Polsce – oświadczył prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński. Zdaniem prezesa Glapińskiego, jeżeli można odczuwać jakieś zaniepokojenie to przeciwnym trendem, czyli jej spadkiem – inflacja od początku 2020 roku obniżyła się prawie dwukrotnie. Mimo to szef NBP stwierdził, że spadek inflacji bazowej będzie kontynuowany.

Dług atakuje
Ekonomiści debatują, a dług rośnie. Inwestycje publiczne mogą uzasadniać ich finansowanie długiem, zwłaszcza jeżeli korzyści z nich będą czerpały kolejne pokolenia. Ocenia się jednak, że w krajach rozwiniętych zaledwie 4 proc. przyrostu długu publicznego można powiązać z finansowaniem inwestycji publicznych, a szacunki Forum Obywatelskiego Rozwoju dla Unii Europejskiej wskazują na tylko 1,5 proc. Deficyty budżetowe kumulują się w coraz wyższy dług publiczny, który może ograniczać wzrost gospodarczy i stwarzać ryzyka fiskalne. Dlatego rządy powinny emitować dług tylko w uzasadnionych przypadkach. Często dzieje się jednak inaczej. Wielu ekonomistów uważa, że rządy powinny prowadzić politykę antycykliczną, czyli zwiększać finansowanie długiem w kryzysach gospodarczych i ograniczać w boomach. Jednak w największych gospodarkach świata od 40 lat dług publiczny rośnie, a jego dużym przyrostom w kryzysach nie towarzyszą spadki w boomach – wskazuje Rafał Trzeciakowski z FOR.
Dług publiczny jest wyższy w gospodarkach o starzejących się społeczeństwach, w których istnieje pokusa finansowania coraz liczniejszych, starszych wyborców na koszt młodszych pokoleń. W próbie 51 krajów, większy o 10 puntów procentowych udział osób w wieku 65 pus w populacji, związany jest z długiem publicznym wyższym o 85 proc. w produktcie krajowym brutto. Wysoki dług publiczny i niski wzrost gospodarczy są zjawiskami występującymi wspólnie. Szacuje się, że gospodarki krajów rozwiniętych o długu publicznym poniżej 30 proc. PKB rosną w tempie 3,7 proc. rocznie, natomiast tych o zadłużeniu publicznym powyżej 90 proc. PKB – już tylko 1,2 proc. Ten związek jest dwukierunkowy – zwraca uwagę Rafał Trzeciakowski. Z jednej strony dług publiczny może wypierać inwestycje prywatne, ograniczając dostęp firm do finansowania, lub zniechęcać firmy do inwestycji, tworząc oczekiwania wzrostu podatków w przyszłości. Z drugiej strony jeżeli na przykład rządy reagują na załamania wzrostu gospodarczego wzrostem wydatków publicznych, to zależność może przebiegać w odwrotną stronę.
Od czasu globalnego kryzysu finansowego sprzed dekady na świecie utrzymują się bardzo niskie stopy procentowe, które ułatwiają rządom obsługę zadłużenia publicznego. Nie wiadomo, dlaczego, ani na jak długo, stopy procentowe na świecie spadły – w przeszłości ich wzrosty były jednak skokowe i niemożliwe do przewidzenia. Jak wskazuje R. Trzeciakowski, kiedy stopy procentowe wzrosły w globalnym kryzysie finansowym przed dekadą, Węgry popadły w problemy fiskalne, przy podobnym do spodziewanego na koniec roku w Polsce poziomie zadłużenia (ok. 65 proc. PKB). Kraj uniknął niewypłacalności dzięki pożyczce z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ale załamanie silnie przełożyło się na trwały spadek PKB i utratę wielowiekowej przewagi gospodarczej Węgier nad Polską.

MFW bada stan naszej gospodarki

Dotychczas realizacja programów wsparcia przebiegała generalnie szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki. W Polsce konieczne jest jednak podwyższenie wieku emerytalnego.
Misja Międzynarodowego Funduszu Walutowego przeprowadziła w Polsce wirtualną wizytę w dniach 2-19 listopada br. Efektem jej prac było oświadczenie na temat stanu polskiej gospodarki oraz działań rządu.
Oświadczenie stwierdza, że aktywność gospodarcza w Polsce spadnie w bieżącym kwartale, co oznacza, że produkcja może spaść o 3,4 proc. w całym 2020 r.
Kluczowym wyzwaniem stojącym przed polskimi decydentami jest kontrolowanie pandemii i zapobieganie trwałym szkodom dla gospodarki. Aby stawić czoła trwającej drugiej fali, Polska powinna wykorzystać istniejące możliwości w celu zapewnienia dodatkowego wsparcia dotkniętym kryzysem firmom i gospodarstwom domowym oraz zwiększać wydatki na ochronę zdrowia w nadchodzącym roku.
Kiedy pandemia zostanie opanowana, a ożywienie gospodarcze utrwali się, polska polityka będzie musiała być w coraz większym stopniu ukierunkowana na zwiększenie podaży siły roboczej i sprzyjanie alokacji zasobów potrzebnych do powrotu do silnego wzrostu sprzed pandemii.
Oczekuje się, że spowolnienie działalności spowodowane wzrostem liczby infekcji wirusowych i związanymi z nimi ograniczeniami sanitarnymi ustąpi w 2021 r. W rezultacie wzrost gospodarczy Polski prognozowany jest na 2,7 proc. w przyszłym roku.
Misja MFW zauważa jednak, że istnieje możliwość nastąpienia kolejnych fal epidemii wirusów, co stanowi wyraźne ryzyko pogorszenia sytuacji. Wczesna dostępność szczepionki na Covid mogłaby jednak spowodować szybsze odbicie w 2021 r.
Ogólnie rzecz biorąc, Polska jest dobrze przygotowana do ożywienia, a sektor przedsiębiorstw wszedł w pandemię ze stosunkowo dobrymi bilansami i korzystał z wsparcia ze strony polityki fiskalnej i pieniężnej podczas pierwszej fali pandemii.
Jak zauważają przedstawiciele Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kluczowe działania zachęciły firmy do utrzymania zatrudnienia poprzez dopłaty do wynagrodzeń, zapewniono wsparcie dochodów dla osób samozatrudnionych i bezrobotnych. Ponadto, firmom zaoferowano gwarancje kredytowe, umorzone mikropożyczki i pożyczki na utrzymanie płynności finansowej. Realizacja programów wsparcia przebiegała zasadniczo szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki.
W związku z tym misja MFW prognozuje, że polski wzrost gospodarczy w latach 2023 – 25 wyniesie średnio około 3,25 proc. Rezerwy zewnętrzne są wystarczające, aby zapewnić ochronę przed zewnętrznymi wstrząsami i zaburzonymi warunkami rynkowymi. Istnieją też szanse dalszego wsparcia fiskalnego, którego może wymagać rozwój pandemii.
Misja MFW zwraca uwagę, że zmniejszenie wskaźników długu publicznego w ostatnich latach umożliwiło rządowi energiczną reakcję na kryzys. Ponadto rząd zgromadził duże rezerwy gotówki i ma korzystny dostęp do rynków kapitałowych. W ramach konstytucyjnego limitu zadłużenia Polski pozostaje miejsce, a poziom zadłużenia jest stabilny i stworzono miejsce na dodatkowe wsparcie fiskalne w 2021 r. W związku z tym programy rządowe mogą i powinny być przedłużane w miarę potrzeb w nadchodzącym roku, nadal priorytetowo traktując zachowanie zatrudnienia, dochodów i rentowności przedsiębiorstw.
Możliwy też jest jednak niekorzystny scenariusz dłuższego kryzysu w Polsce. Trwająca druga fala stanowi bowiem poważne wyzwanie, a środki pomocowe są mile widziane. Wiele firm zachowuje jeszcze bufor płynności z początkowej rundy wsparcia (tarcza finansowa z funduszu rozwoju). Bufor ten jest pomocny podczas drugiej fali pandemii. Jednak niektóre firmy stają w obliczu trudnego wyzwania w drugiej fali. Zatem rozszerzenie dodatkowego wsparcia na firmy i pracowników podczas drugiej fali pandemii byłoby właściwe.
Podejście oparte na pomaganiu wybranym sektorom może sprzyjać efektywnemu wykorzystaniu zasobów. Jednak grozi to pominięciem niektórych przedsiębiorstw nie powiązanych z dotkniętymi sektorami i dlatego powinno być uzupełnione wsparciem dla wszystkich firm doświadczających trudności.
Przewiduje się, że nawet po rozważeniu zastosowania znaczących środków fiskalnych dług publiczny pozostanie stabilny w średnim okresie – wskazuje misja MFW. Według jej prognoz, wydatki związane z kryzysem zwiększą deficyt budżetowy sektora instytucji rządowych i samorządowych do 8,9 proc. produktu krajowego brutto Polski w 2020 r. Dług brutto sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrośnie natomiast do 59 proc. PKB i ustabilizuje się na tym poziomie w następnych latach. W miarę ożywienia gospodarczego deficyt powinien być stopniowo zmniejszany, aby uzupełnić bufory fiskalne, przy czym jego wielkość i tempo ograniczania muszą zależeć od siły ożywienia.
Zdaniem misji MFW, w Polsce konieczna jest poprawa polityki wydatkowej, w tym podwyższenie wieku emerytalnego i lepsze ukierunkowanie świadczeń socjalnych, wraz z dalszym wzmocnieniem strumienia dochodów budżetu państwa.

Kryzysowy, ale jakże optymistyczny

Rada Ministrów przewiduje, że wprawdzie w tym roku polski produkt krajowy brutto spadnie o 4,6 proc., ale już w przyszłym, wzrośnie o 4 proc. Czyli po recesji niemal nie będzie śladu.
Rząd przyjął projekt budżetu państwa na 2021 r. To typowy projekt kryzysowy, przygotowany już z uwzględnieniem sytuacji związanej z pandemią COVID-19, która przyczyniła się do wywołania światowego kryzysu gospodarczego – ale zarazem niepoprawnie optymistyczny, jak wszelkie plany ekipy z Prawa i Sprawiedliwości.
Rząd zapewnia, że w 2021 r. będzie działał „w kierunku możliwie szybkiej odbudowy wzrostu gospodarczego Polski”.
Kontynuowana będzie dotychczasowa polityka budżetowa poprzez wspieranie ożywienia gospodarczego tak, aby dążyć do niezwłocznego wyjścia z recesji (która nastąpiła przy dotychczasowej polityce budżetowej polegającej na wspieraniu ożywienia gospodarczego). Tak więc, to wspieranie ożywienia w wykonaniu rządu PiS okazuje się nieszczególnie skuteczne.
Co do konkretów, to przewiduje się, że w 2021 r. dochody budżetu państwa wyniosą 404,4 mld zł. Wydatki zostały zaplanowane na 486,7 mld zł. Tak więc, deficyt budżetu ma wynieść nie więcej niż 82,3 mld zł.
Produkt krajowy brutto w 2020 r. spadnie o 4,6 proc., aby w 2021 r. wzrosnąć o 4,0 proc. (to hurraoptymistyczne założenie). Głównym czynnikiem tego wzrostu pozostanie popyt krajowy. Rząd zaplanował, że w 2020 r. spożycie prywatne spadnie realnie o 4,2 proc., a w kolejnym roku wzrośnie o 4,4 proc.
W tym roku nastąpi spadek przeciętnego zatrudnienia w gospodarce narodowej o 2,4 proc, a w 2021 r. o 0,7 proc. Przewiduje się, że stopa rejestrowanego bezrobocia wzrośnie z 5,2 proc. w grudniu 2019 r. do 8,0 proc. na koniec 2020 r. Natomiast w 2021 r. stopa bezrobocia wyniesie 7,5 proc.
W następnych latach bezrobocie powinno powoli spadać wraz z poprawą sytuacji na rynku pracy – ale decydujący będzie tu proces demograficzny powodujący zmniejszenie się liczby siły roboczej (co może wskazywać na to, że pod rządami PiS rośnie śmiertelność Polaków).
Przyjęto, że w 2020 r. nominalne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie 3,5 proc. Natomiast w 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej zwiększy się o 3,4 proc.
Oznacza to, ze po uwzględnieniu wzrostu cen, faktyczny wzrost zarobków będzie praktycznie zerowy (co oczywiście nie dotyczy PiS-owskich nominatów, którzy obsadzili wszelkie intratne posady). Rząd widzi to jednak w znacznie bardziej różowych barwach i zakłada średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3,3 proc. w 2020 r – i tylko o 1,8 proc. w 2021 r.
Nasz eksport i import będą nadal się zmniejszać. W warunkach obserwowanego załamania koniunktury światowej Rada Ministrów zakłada, że w 2020 r. polski eksport spadnie o 9,3 proc. w ujęciu realnym, aby w 2021 r. wzrosnąć o 6,9 proc. „Powinno się to przełożyć na dalszy wzrost udziałów polskiego eksportu w światowym handlu” – stwierdza rząd. Czyli, nasz eksport spadnie, ale jego udział miałby wzrosnąć.
Spadek konsumpcji prywatnej oraz mniejszy eksport w tym roku przełożą się na spadek importu o 10,2 proc. w 2020 r. Odbudowa popytu, mająca jakoby nastąpić w przyszłym roku, powinna przyczynić się do wzrostu importu o 7,3 proc.
Rada Ministrów ma świadomość, że wszystkie te plany są na wodzie pisane. Dlatego podkreśla, że poziom dochodów budżetu państwa w 2021 r. będzie zależeć od przewidywanego powrotu gospodarki na ścieżkę wzrostu. Oprócz sytuacji makroekonomicznej, na stronę dochodową budżetu państwa wpływ będą miały kontynuowane oraz rozmaite nowe działania dotyczące wspierania odbudowy wzrostu gospodarczego, a także uszczelnienie systemu podatkowego. Jak widać, dużo jest tych warunków, które musiałyby jednocześnie wystąpić, aby spełniły się optymistyczne założenia ekipy PiS-owskiej.
W prognozie dochodów uwzględniono m.in. planowaną zmianę dotyczącą podatku dochodowego od osób prawnych (tzw. estoński CIT). Istotą tego rozwiązania – które nie wiadomo, kiedy zostanie wprowadzone przez polskie władze – będzie przesunięcie czasu poboru podatku na moment wypływu zysków z przedsiębiorstwa.
Przyszłoroczny rok zapowiada się dosyć chudo. Tym niemniej rząd obiecuje, że w 2021 r. „zabezpieczył środki” na kontynuację najważniejszych dotychczasowych działań oraz na realizację nowych.
Budżet państwa na przyszły rok uwzględniać ma zatem m.in.: finansowanie Programu „Rodzina 500+” (w 2021 r. na realizację tego programu zostanie przeznaczone 41,0 mld zł); zwiększenie nakładów na finansowanie ochrony zdrowia o ok. 11,6 mld zł w porównaniu do roku 2020 (ochrona zdrowia to polski fenomen – rząd utrzymuje, że wydaje na nią coraz więcej pieniędzy, a funkcjonuje ona coraz gorzej); doroczną waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych (od 1 marca 2021 r. o 3,84 proc., co ma kosztować ok. 9,6 mld zł); a przede wszystkim – finansowanie „potrzeb obronnych” Polski na poziomie zwiększonym do do 2,2 proc. PKB.
Jest też kilka innych, znacznie mniej realnych zamysłów, takich jak zwiększanie wydatków w obszarze szkolnictwa wyższego i nauki, finansowanie zadań dotyczących mieszkalnictwa i transportu lądowego, realizacja rządowego programu budowy regionalnych mostów. No i oczywiście dalsza budowa kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.
Ponadto w projekcie przewidziano umorzenie pożyczki udzielonej Funduszowi Solidarnościowemu z Funduszu Rezerwy Demograficznej w 2019 r. oraz umorzenie pożyczki udzielonej Państwowemu Gospodarstwu Wodnemu Wody Polskie, co jakoby umożliwi „realizację licznych przedsięwzięć inwestycyjnych zapobiegających skutkom suszy i powodzi”.
Wszystko to finansowane będzie kosztem obywateli. Ograniczone bowiem zostaną wydatki jednostek sektora finansów publicznych, w tym budżetu państwa, na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych dla pracowników, na fundusze socjalne dla mundurowych emerytów i rencistów, oraz dla nauczycieli.
Fundusz wynagrodzeń w jednostkach i podmiotach sektora finansów publicznych pozostawiony będzie na poziomie z 2020 r. Rząd, nie chcąc jednak zrazić elektoratu, ulokowanego w wielu organach i agendach „ojczyzny dojnej” obiecuje, że takie ograniczenie będzie funkcjonować tylko „co do zasady” – czyli nastąpi fura wyjątków dla swoich. Ale generalnie, utrzymanie wynagrodzeń w 2021 r. na poziomie z 2020 r. ma objąć całą sferę budżetową.
Rząd podkreśla, że w 2021 r. planuje się również utrzymanie wynagrodzeń na poziomie z obecnego roku dla sędziów, prokuratorów, asesorów i referendarzy sądowych oraz sędziów i prokuratorów w stanie spoczynku. Chodzi oczywiście o średnie dochody – a więc wiadomo, że sędziowie i prokuratorzy posłuszni władzy dostaną podwyżki, a ci, którzy kontestują jej wskazówki, powinni spodziewać się cięć.
W nadchodzących latach polskie finanse publiczne będą coraz bardziej zadłużone. Relacja państwowego długu publicznego do PKB wyniesie na koniec 2020 r. 50,4 proc., po czym wzrośnie do 52,7 proc. na koniec 2021 r.
Rząd jednak ma nadzieję, że w kolejnych latach objętych prognozą, relacja długu publicznego do PKB będzie spadała i na koniec 2024 r. osiągnie poziom 48,1 proc. Natomiast relacja długu sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wyniesie w latach 2020 – 2021 odpowiednio 61,9 proc. i 64,1 proc., a następne będzie się obniżać i osiągnie poziom 59,5 proc.
Wszystko to oznacza oczywiście przekroczenie w latach 2020-2023, zawartej w traktacie z Maastricht, relacji długu do PKB na poziomie 60 proc. Jednak w związku z obserwowanym w całej Unii Europejskiej poważnym spowolnieniem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa, Komisja Europejska uruchomiła klauzulę, przewidzianą w Pakcie Stabilności i Wzrostu, umożliwiającą przekroczenie tego wskaźnika.
Polski dług publiczny zatem wzrośnie, ale według rządu, koszty obsługi tego długu ulegną obniżeniu z 1,33 proc. w 2020 r. do 1,19 proc. w 2021 r. – a potem nawet do poziomu 0,75 – 0,76 proc.

Reguła do deregulacji?

Pod pozorem walki z kryzysem wywołanym epidemią COVID-19 wysocy rangą urzędnicy Ministerstwa Finansów postulują zniesienie reguły wydatkowej, a nawet progów długu publicznego zapisanych w ustawie o finansach publicznych i w Konstytucji.
Ze strony przedstawicieli rządu PiS padają pytania retoryczne takie jak np: „czy stałoby się coś złego, gdybyśmy nie mieli reguły ani progów ostrożnościowych”. Te niebezpieczne propozycje, mające zamaskować zły stan finansów naszego państwa, nie są poparte żadną analizą merytoryczną.
Tymczasem polska, stabilizująca reguła wydatkowa, zapisana w art. 112 ustawy o finansach publicznych, jest bardzo ważną instytucją: chroni przyszłe pokolenia przed nadmiernym obciążaniem finansów publicznych wydatkami, które nie mają trwałego źródła finansowania. Jako taka, musi być zachowana – podkreśla Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Polska reguła wydatkowa stanowi implementację Dyrektywy Rady UE w sprawie wymogów dla ram budżetowych państw członkowskich. Dyrektywa wskazuje na konieczność dysponowania przez państwa członkowskie Unii Europejskiej regułami fiskalnymi oraz ich stosowania w corocznym procesie budżetowym. Powinno to skutecznie wspierać wypełnianie zobowiązań wynikających z traktatu o funkcjonowaniu UE w zakresie długu i deficytu (utrzymywanie poziomów deficytu i długu odpowiednio poniżej 3 proc. i 60 proc. produktu krajowego brutto).
Likwidacja tej reguły, czy też jej zawieszenie oznaczałoby zmianę niezgodną z dyrektywą UE i spowodowało wszczęcie procedury naruszeniowej. Uzasadnianie ewentualnego zawieszenia reguły rzekomo dobrą sytuacją budżetową jest sprzeczne z faktami – wskazuje TEP.

Komisja Europejska, instytucje międzynarodowe i rynki finansowe oceniają sytuację finansów publicznych nie na podstawie wyniku budżetu państwa, ale na podstawie wyniku sektora finansów publicznych jako całości – wraz z jednostkami samorządu terytorialnego oraz z funduszami, agencjami i innymi jednostkami publicznymi, do których w ostatnim czasie „przepychane” są wydatki (bez pokrycia dochodami). Deficyt całego polskiego sektora finansów publicznych daleki jest wciąż od zrównoważenia i opiera się na dochodach jednorazowych. Według prognoz Komisji Europejskiej deficyt strukturalny w Polsce w 2019 r. wyniósł ponad 2 proc. PKB i będzie dwukrotnie wyższy niż średni dla UE. W 2020 r. deficyt strukturalny może nawet sięgnąć 3 proc. PKB. Już w tym roku niestety nie da się uniknąć uruchomienia dla Polski procedury nadmiernych odchyleń dla finansów publicznych.

To decydenci określają priorytety polityki społeczno-gospodarczej. Zjawisko malejącego udziału wydatków prorozwojowych (inwestycyjnych) w Polsce jest efektem krótkookresowego, często podyktowanego bieżącymi względami wyborczymi, ich patrzenia na potrzeby rozwojowe polskiej gospodarki. Nie jest to efekt funkcjonowania polskiej reguły wydatkowej, gdyż nie ogranicza ona wydatków inwestycyjnych. Propozycje ewentualnego rozluźniania reguły w związku z rzekomo niskimi kosztami obsługi długu są krótkowzroczne i doraźne – przy nieodpowiedzialnej polityce fiskalnej obecna sytuacja może ulec szybko zmianie.

Likwidacja lub zawieszenie reguły wydatkowej spowodowałoby pogorszenie ratingów Polski, wzrost kosztów obsługi długu. Mogłoby to doprowadzić do destabilizacji finansów publicznych i negatywnie wpłynąć na zrównoważony rozwój gospodarczy. TEP wzywa więc do podjęcia działań legislacyjnych mających na celu uszczelnienie reguły wydatkowej. Chodzi o objęcie jej zakresem państwowych funduszy celowych i innych podmiotów sektora finansów publicznych, które dostają z pominięciem wydatków budżetowych skarbowe papiery wartościowe czy pożyczki, nie mając własnych dochodów, czy źródeł spłaty pożyczek. Należy też zwiększyć przejrzystość ustawy budżetowej, tak by prezentować w niej pełne rozliczenie wydatków objętych regułą wydatkową dla wszystkich istotnych podmiotów. A prace nad ewentualnymi zmianami w obecnie obowiązującej regule wydatkowej powinny być jawne, przejrzyste i poprzedzone rzetelnymi konsultacjami, analizami oraz symulacją zaproponowanych rozwiązań.
Warto przypomnieć, że prace koncepcyjne nad wprowadzeniem reguły wydatkowej w Polsce, co nastąpiło w 2013 r., trwały kilka lat. Wiarygodność polskich reguł fiskalnych musi zostać zachowana.

Komornik ścigał 11-latkę

11-letnia Zuzia Sałaszewska z Libiąża po śmierci ojca musiała nadal spłacać jego długi – komornik zabierał 180 zł z jej 604-złotowej renty. Zmienił zdanie dopiero po reportażu „Wprostu”, który zyskał ogromny rozgłos w internecie.

Zuzia razem z matką mieszka w 20-metrowym pomieszczeniu, a ich miesięczny dochód nie przekracza 1,5 tys. zł. Źródła tego dochodu to dorywcza praca matki w bibliotece, zasiłek dla samotnej matki. Do tego dochodziło 604 zł renty po zmarłym ojcu oraz 500+, które na szczęście dla dziewczynki nie podlega windykacji.

Fatalny dług

W momencie śmierci w 2011 r. ojciec Zuzi był zadłużony. Wziął 318 tys. złotych kredytu na rozkręcenie biznesu – hurtowni materiałów budowlanych. Jeszcze za życia miał problemy ze spłacaniem rat. Sprawa trafiła do komornika, który dopiero w 2015 r. „zauważył”, że dłużnik zmarł. Wówczas bank, nie widząc szans na odzyskanie pieniędzy, sprzedał należność wrocławskiej firmie windykacyjnej Ultimo.

Ta najpierw poszła do sądu i zdobyła klauzulę wykonalności wobec… nieżyjącego Piotra Sałaszewskiego. Komornik nie mógł zrobić z takiej klauzuli użytku, więc kilka miesięcy później windykatorzy udali się do krakowskiego sądu po raz drugi. Tym razem domagali się nadania klauzuli wykonalności wobec 9-letniej spadkobierczyni dłużnika.

Nie mogły odrzucić spadku

Do momentu, gdy klauzula została faktycznie wystawiona, dziewczynka i jej matka nawet nie wiedziały o niespłaconym kredycie. Piotr Sałaszewski nie był mężem matki Zuzi. Po jego śmierci kobieta nie miała nawet prawnej możliwości dowiedzieć się o długu ani odrzucić spadku w imieniu małoletniej córki, tak, jak mogłaby postąpić, gdyby byli małżeństwem.

Milion do spłaty

Spłacając co miesiąc 180 zł Zuzia i tak nie miała szans pokryć długu ojca. Dług przez kilka lat urósł do miliona złotych: do pierwotnej kwoty doszły odsetki bankowe, należności dla firmy windykacyjnej i koszty komornicze. Jej sytuacja, i tak dramatyczna, stawała się rozpaczliwa.

Po publikacji tygodnika „Wprost” Ultimo przekonywało, że nie miało o tych okolicznościach pojęcia. Utrzymuje także, że windykator wcale nie żądał od komornika zajęcia renty rodzinnej dziewczynki.

Po nagłośnieniu sprawy przez media i użytkowników Facebooka, komornik Marcin Musiał oddał dziewczynce zabrane dotąd pieniądze. Przywiózł jej także rower, bo w publikacji „Wprostu” matka Zuzi opowiedziała, że właśnie jego posiadanie jest marzeniem córki. W kancelarii Musiała przeprowadzona została kontrola.

Pomyłka?

„Z wyjaśnień komornika prowadzącego sprawę wynika, iż rzeczywiście wskutek omyłki pracownika i błędnego odczytania wniosku wierzyciela wyszedł poza zakres wniosku egzekucyjnego i zajął rentę rodzinną dziewczynki” – przyznał w rozmowie z dziennikarzem „Wprost” prezes Krajowej Rady Komorniczej.

Wycofanie się przez komornika z wcześniejszych działań nie oznacza, że dług, którego 11-latka nie ma szans spłacić za życia, został anulowany. Wszystko pozostaje w rękach firmy Ultimo.

Prawnik, który pro bono pomaga Zuzi i jej matce nie ma złudzeń – jej historia nie jest w Polsce wyjątkiem.

Emerytury toną w finansowej mgle

Polski system emerytalny nie wymaga dotacji budżetowych. Poradziłby sobie znakomicie, gdyby Skarb Państwa zechciał zwrócić mu około 5 bilionów złotych, jakie do tej pory zabrał ze składek obywateli.

System emerytalny jest kluczowym elementem zarówno bezpieczeństwa socjalnego, jak i bezpieczeństwa finansów publicznych. Krach systemu emerytalnego mógłby mieć bardzo poważne konsekwencje, zarówno dla obywateli jak i budżetu państwa.
Część publicystów uważa, że zmiana systemu emerytalnego spowodowała spadek stopy zastąpienia z 70 proc. do 30 proc. To nie jest jednak spowodowane systemem, tylko wysokością składki.

Każdy wypracowuje sobie sam

Przypomnijmy, że założeniem reformy z 1999 roku było przejście od systemu solidarności międzypokoleniowej do systemu solidarności wewnątrzpokoleniowej.
Czyli, chodziło o to, aby emerytura nie zależała od składek pracujących w następnych pokoleniach tylko od składek ubezpieczonego zbieranych na indywidualnych kontach emerytalnych. Takie rozwiązanie uniezależniało emerytury od problemów demograficznych, ale rodziło poważne problemy finansowe w długim okresie przejściowym.
Bieżąca zbierana składka emerytalna miała być inwestowana, a emerytury wypłacane powinny być finansowane z innych pieniędzy. Założenia do reformy zakładały, że tę dziurę uzupełni majątek skarbu państwa poprzez korzystanie z wypracowanego zysku lub sprzedaży tego majątku. Miało to uzasadnienie w historii gdyż majątek narodowy w okresie Polski Ludowej był między innymi budowany z nadwyżek z sytemu emerytalnego. Co do spadku stopy zastąpienia, to teoretycznie można było przyjąć taką wysokość składki, że stopa zastąpienia w nowym systemie emerytalnym wynosiłaby nawet i 120 proc. Tyle, że w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych coraz bardziej zaczęłoby brakować pieniędzy. Wtedy byłyby dwa wyjścia: podwyższyć składkę kosztem wynagrodzeń netto, lub dopłacać z budżetu.
Dopłacanie z budżetu jest niesprawiedliwe społecznie ponieważ byłoby wyższe – do wyższych emerytur. Oznaczałoby to, że budżet zatraci swoją redystrybucyjną funkcję wspierania ludzi biednych.
Tak więc, obniżenie stopy zastąpienia było decyzją polityczną, którą podjęto niezależnie od systemu emerytalnego, uważając że większą wartością jest poziom życia pracujących niż emerytów.

Nikt tu nikogo nie dotuje

Pojawienie się otwartych funduszy emerytalnych i indywidualnych kont emerytalnych ujawniło szerokiej publiczności istnienie niedoboru w systemie emerytalnym.
Jeżeli bieżącymi składkami pokrywa się bieżące wypłaty emerytur to znaczy, że nie ma już pieniędzy dla tych co wpłacają składki na bieżąco. Moim zdaniem lepiej mieć wiedzę, że dług istnieje i w jakiej jest wysokości, niż żyć w błogim przekonaniu, że wszystko jest w porządku.
Mają rację ci którzy twierdzą, że pieniądze ze sprzedaży majątku zostały przeznaczone na inne cele niż, jak zapowiadano, na wypłatę bieżących emerytur.
Szacuje się że tylko co czwartą złotówkę ze sprzedaży majątku przeznaczono na emerytury. Niestety ówczesne władze (premierzy Buzek i Balcerowicz) nie zapewniły ustawowo, aby te środki wpływały do systemu emerytalnego. Pewnie rządzący chcieli mieć swobodę co do sposobu wykorzystania pieniędzy ze sprzedaży majątku państwa. Następni premierzy tego nie naprawili.
Aby więc utrzymać płynność sytemu emerytalnego, wypłaty świadczeń finansowano z bieżących składek oraz „dotacji z budżetu”.
Nawiasem mówiąc, twierdzenie że budżet „dotuje” system emerytalny jest skandalem, ponieważ budżet tylko oddaje systemowi niewielką część swojego długu. Przecież pieniądze ze sprzedaży majątku narodowego „przejedzono”, w konsekwencji czego budżet ma olbrzymie zobowiązanie wobec przyszłych emerytów.
Mamy tu oczywisty konflikt interesów. Premier, który odpowiada za budżet państwa, powołuje prezesa ZUS, który powinien domagać się zwrotu długu od budżetu.
Przy okazji postanowiono zlikwidować OFE, aby ratować się przed narastającym deficytem budżetowym. Dużą przesadą jest jednak stwierdzenie, że „polskie społeczeństwo musiało zapłacić kolejnym wyrzeczeniem za utrzymanie OFE”. Całkowita likwidacja OFE jako przymusowej części systemu (za czym się opowiadam) nie naprawi systemu emerytalnego.
Dług budżetu wobec systemu emerytalnego według Głównego Urzędu Statystycznego wynosi pięć bilionów złotych (na koniec 2015 r.), a według prezes ZUS, trzy biliony złotych. Wysokość emerytur jest niepewna, bo zapotrzebowanie na pracowników będzie malało. Powodem tego stanie się postęp naukowo techniczny, który ogranicza zapotrzebowanie na pracę.

Propozycje na przyszłość

Wysokość emerytur jest kluczową decyzją polityczną i powinniśmy o tym zadecydować w referendum. To obywatele powinni określić, czy chcą mieć wyższy poziom życia podczas aktywności zawodowej, czy na emeryturze, co wiąże się z wysokością składki.
Niezależnie od tej kluczowej decyzji, można przyjąć wiele korzystnych zmian poprawiających system emerytalny. Moim zdaniem powinien opierać się on na przedstawionych poniżej zasadach.
W ZUS-ie zaczną być prowadzone indywidualne konta emerytalne, na które zbierana będzie składka przyszłego emeryta. To bezpieczne rozwiązanie dla emerytów i budżetu państwa.
Tak więc, powinien istnieć system solidarności wewnątrzpokoleniowej (składki tych co żyją krócej niż średnia długość życia na emeryturze finansują emerytury tych których okres życia na emeryturze jest dłuższy od średniej), a nie międzypokoleniowej (bieżące składki pracujących finansują wypłaty aktualnych emerytur).
Wszyscy obywatele także rolnicy, służby mundurowe, kler i inni będą mieć jednolity, ten sam system emerytalny.
Państwo zagwarantuje emerytury tylko w ustalonej ustawowo wysokości. Wyższe świadczenie możnaby osiągnąć oszczędzając w różnych instytucjach finansowych lub oszczędzając indywidualnie.
W związku z tym, że gwarantowana emerytura będzie dla wszystkich jednakowa, kwota na indywidualnym koncie emerytalnym gwarantująca wypłatę emerytury też będzie jednakowa i przymusowo zbierana tylko do momentu osiągnięcia poziomu, zapewniającego wypłacanie jednakowego dla wszystkich świadczenia.
Wysokość składki będzie stanowić ustalony procent wynagrodzenia minimalnego – a więc wzrośnie wraz z tym wynagrodzeniem. Każdy obywatel mógłby wpłacać na swoje konto emerytalne (lub innego obywatela polskiego) poza składką obowiązkową także dodatkowe dowolne kwoty, aż do osiągnięcia przewidzianego poziomu. Te wpłaty byłyby odejmowane od podstawy opodatkowania.
Minimalna składka będzie płacona jest przez wszystkich w jednakowej wysokości, wyłącznie z wynagrodzenia osobistego (odpowiednio podniesionego tak, aby wynagrodzenie netto nie zmalało). Za obywateli, którzy nie ze swojej winy nie mają odpowiednich dochodów, składki opłacałoby państwo.
Do wyliczeń minimalnej składki przykładowo można przyjąć 42 letni okres składkowy dla kobiet i mężczyzn.
Każdy obywatel mógłby iść na emeryturę w dowolnym wieku jeżeli na indywidualnym koncie emerytalnym zgromadzi odpowiednią kwotę, która pozwoli mu otrzymać ustawową emeryturę.
Dla niektórych zawodów i stanowisk pracy (np. służby mundurowe, maszyniści kolejowi, górnicy) minimalna składka byłaby ustawowo na wyższym poziomie, aby mogli oni odejść na emeryturę wcześniej. Podwyższona składka będzie w całości opłacana z wynagrodzenia osobistego w odpowiedni sposób podwyższonego.
Pieniądze ze składek mogą być inwestowane tylko w papiery dłużne skarbu państwa, Narodowego Banku Polskiego, samorządu terytorialnego oraz w lokaty bankowe w NBP i Banku Gospodarstwa Krajowego.
Nadzór społeczny nad ZUS-em będzie sprawowany poprzez bezpośredni wybór rady nadzorczej przez ubezpieczonych, którzy są pełnoletni. Rada będzie wybierała zarząd.

Niech państwo zwróci ten dług

Wprowadzenie jednego systemu emerytalnego i likwidacja Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego przyniesie oszczędności dla budżetu. Ale przejście do opisanego tu systemu będzie trudne, głównie z powodu braków finansowych.
Najpierw trzeba przeprowadzić ustawę, która uniezależni zarząd ZUS-u (i środki gromadzone w ZUS) od zakusów władz państwowych.
Potem przyjedzie czas na rozwiązania, nie niosące zwiększenia obciążeń finansowych np. pobieranie całości składki z wynagrodzenia brutto pracowników przy jednoczesnym ubruttowieniu ich wynagrodzeń czy możliwość płacenia składek za inne osoby.
Ważnym zadaniem ZUS byłoby wynegocjowanie porozumienia dotyczącego spłaty zadłużenia budżetu wobec systemu emerytalnego. Kwota zobowiązań jest tak duża, że budżet państwa nie będzie w stanie jej zwrócić do systemu w krótkim czasie.
Gdyby przyjąć że budżet będzie spłacać rocznie po 50 mld zł, to okres spłaty długu wyniesie od 60 do 100 lat. Można jednak część tego długu spłacić poprzez przekazanie majątku skarbu państwa.

Przedsiębiorcy nie będą zadowoleni

Pytanie, skąd budżet weźmie pieniądze na to wszystko?
Wydaje się że źródłem dodatkowego finansowania budżetu mogłaby być likwidacja funduszu kościelnego oraz KRUS-u, a także przeniesienie kosztów finansowania wcześniejszych emerytur z budżetu państwa na pracodawców, poprzez wyższe wynagrodzenia brutto ubezpieczonych.
Gdyby tych pieniędzy nie starczyło, trzeba przyjąć zasadę, że finansowanie systemu emerytalnego jest priorytetem budżetowym do czasu osiągnięcia przez ZUS samowystarczalności finansowej.
Proponowany kształt systemu powinien zostać poddany analizom finansowym i konsultacjom społecznym. Nie ulega jednak wątpliwości, że byłby on bezpieczny dla ubezpieczonych i dla budżetu.
Moim zdaniem, przedstawione tu zmiany są rozwinięciem propozycji zgłoszonej przez Lewicę i uzależniają wiek przejścia na emeryturę nie od czasu pracy, tylko od kwoty zebranej na indywidualnym koncie emerytalnym, co jest istotą każdego systemu ubezpieczeniowego.

 

Czy Polska pójdzie śladem Brazylii​

Program wspierania rodzin, długi okres szybkiego wzrostu produktu krajowego brutto, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To nie Polska dziś, lecz Brazylia sprzed kilku lat.

Dla Brazylijczyków nadszedł powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach. Wieloletnia ekonomiczna fiesta zakończyła się w 2014 r. dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób i gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty.
Coś poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej. Teraz, po największej w historii recesji, nastąpił czas wyrzeczeń, podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji.

Bolesne przebudzenie

Zaskoczenie było tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych (embraery). Kto jest odpowiedzialny za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?
W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.
Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. Wtedy na arenę wkroczyła szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Miłe złego początki

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program, nazwany Bolsa Familia okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.
Program sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale stał się bohaterem narodowym i ikoną prospołecznej polityki gospodarczej.
Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc., inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.
Pewne wahnięcie popularności prezydenta nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni „mensalão”, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.
Afera finalnie nie zmieniła obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych katalizatorów katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu. Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – oceniała dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka.
Populizm ów polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia. Dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli przechodzić na emerytury w wieku dużo poniżej 60 lat (kobiety po 30 latach płacenia składek, a mężczyźni po 35, co oznaczało emeryturę nawet w wieku 50 lat). Rząd ochoczo (często o kilkanaście procent rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.
Władze utrzymywały także bardzo silne więzy ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Suchą stopą przez kryzys

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany z uwzględnieniem deficytu sięgającego 3-procent PKB. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. finanse publiczne były niemal zbilansowane.
Wysoki deficyt nie przekładał się też na znaczący wzrost wskaźników zadłużenia. Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia, relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie, na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec tylko 54,2 proc.
Sceptyczne głosy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musiały zamilknąć, gdy okazało się, że światowy kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach urosła ona o ponad 12 proc.
Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu w Chinach na te surowce). Niezaprzeczalny jednak był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.
Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, miał nawet 80 proc. poparcia
W swoim orędziu mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity, przekształcając się w kraj rozwinięty”.
Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Koniec gospodarczej fiesty

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Postanowiono zamrozić rosnące ceny elektryczności. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.
Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do elektryczności niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.
Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe, ale i obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co w dodatku ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.
W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata (na których Brazylia przegrała 1:7 z Niemcami), wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. produktu krajowego brutto, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W kolejnych trzech latach przekraczał średnio 8 proc. W rezultacie dług wystrzelił do 88,4 proc. PKB.
PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii brazylijskiej gospodarki.
Chaos w finansach publicznych spowodował spadek ratingu kraju do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,6 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze zbiegło się z ujawnieniem afery korupcyjnej, obrazującej patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa, a także i z zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).
Afera przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie w 2018 r. przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo, że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.
Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego (do 62 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn) i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli prawie 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.
Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, lecz zła polityka

Utrzymująca się gdzieś zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii.
Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą, związaną ze zbyt silną i pogłębiającą narastanie nierównowagi gospodarczej stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi wysokimi cenami surowców – ocenia Cinkciarz.pl.
Wysoki wzrost produktu krajowego i konsumpcji ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję, ingerowanie państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.
Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.