Wciąż nie chcą płacić

Nie pomagają różne metody, wymyślane przez nasze państwo przeciwko niesolidnym alimenciarzom. Trzeba na własną rękę walczyć z nimi o należne pieniądze.

 

Przypadki, gdy były partner uchyla się od obowiązku alimentacyjnego, nie są rzadkie. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, skala problemu wzrosła w ciągu pierwszego półrocza 2018 r. Łączne zaległości w płaceniu alimentów na dzieci wynoszą blisko 11,9 mld zł i dotyczą prawie 319 tys. osób. Średnio na jednego dłużnika alimentacyjnego przypada ponad 37 tys. zł zaległości. Nie oznacza to jednak, że odzyskanie przyznanych przez sąd pieniędzy jest zupełnie niemożliwe.
Jak podaje Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty”, problem zaległych alimentów dotyka w Polsce ponad 1 mln dzieci. Gdy zobowiązany rodzic nie płaci, ciężar utrzymania rodziny spoczywa na jednej osobie. Nawet miesiąc opóźnienia lub braku płatności może oznaczać początek problemów finansowych dla rodzica, który sprawuje realną opiekę nad dzieckiem.
Pierwszym z kroków, jakie należy podjąć w takiej sytuacji, jest próba polubownego rozwiązania sprawy.
– Przedstawmy byłemu mężowi lub żonie, na jak wysoką sumę zalega i wyznaczmy nowy termin na przekazanie środków. Niestety, zdarza się, że po rozwodzie mamy utrudniony kontakt z eks-partnerem. Wtedy o pomoc możemy poprosić firmę windykacyjną. Jest to wskazane, jeżeli drugi rodzic unika wszelkiego kontaktu. Firma windykacyjna podejmie się za nas mediacji z dłużnikiem alimentacyjnym – mówi radca prawny Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Jeśli mimo to były partner nie płaci alimentów przez dłuższy okres i unika polubownych rozwiązań, pozostaje nam oddanie sprawy do sądu i skorzystanie z pomocy komornika. Decyzja sądu, czyli wydany tytuł wykonawczy oraz sporządzony wniosek są podstawą do wszczęcia przez komornika egzekucji z majątku dłużnika. Komornik podejmuje wtedy działania, które mają na celu odzyskanie należności, zajmując np. do 60 proc. wynagrodzenia niepłacącego rodzica, z której pokrywane są roszczenia.
–W przypadku alimenciarzy posiadających legalne zatrudnienie, możliwe jest także złożenie bezpośrednio u pracodawcy wniosku o potrącenie wierzytelności alimentacyjnych zgodnie z tytułem wykonawczym. Wówczas pracodawca potrąca z pensji dłużnika zasądzoną kwotę i wypłaca ją osobie, która ma ustalone prawo do alimentów – dodaje radca Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Mając prawomocny wyrok sądu, nakazujący wypłacenie zaległych alimentów, można wpisać dłużnika do Krajowego Rejestru Długów. Osoba na takiej liście staje się niewiarygodnym kredytobiorcą w oczach banku i to będzie mieć nie tylko problem z zaciągnięciem kredytu, ale nawet z zakupami na raty. Gdy egzekucja komornicza jest bezskuteczna, można starać się o świadczenie alimentacyjne. Prawo do niego ma jednak wąska grupa rodziców, którzy znajdują się w szczególnej trudnej sytuacji finansowej (dochód na jednego członka rodziny nieprzekraczający 725 zł).

Niedorzecznik

Nad kandydaturą nowego Rzecznika Praw Dziecka debatowały sejmowe komisje. W piątek posłowie zagłosują za lub przeciw Mikołajowi Pawlakowi, pracownikowi Ministerstwa Sprawiedliwości.

 

Długo zastanawiałam się, o co chodzi: czy w naszym kraju najwyraźniej nie ma osoby kompetentnej, aby powołać ją na urząd RPD, skoro Sejmowi/Senatowi nie udało się to już cztery razy? Najpierw na straty poszli kandydaci opozycji: Ewa Jarosz i Paweł Kukiz-Szczuciński. Było to jednak dość oczywiste: pierwsza chciała 500-plusa dla wszystkich dzieci, a nie życzyła sobie klapsów; drugi już przez sam fakt leczenia arabskich dzieci z Syrii był podejrzany. Poległa Sabina Zalewska ze swoimi obawami o nastanie pajdokracji i oskarżeniami o plagiat. Też logiczne – robiłaby rządzącym zły PR.
Poległa wreszcie Agnieszka Dudzińska, szanowana w środowisku obyczajowa konserwatystka – i tu, szczerze mówiąc, przestałam rozumieć logikę sejmowych przepychanek. Dudzińska była wszak kandydatką idealną z punktu widzenia PiS. Ale na szczęście pojawił się on – cały na czarno. I wtedy doszło do mnie, że Zjednoczona Prawica ma bardzo konkretną wizję osoby, którą chce na ów urząd powołać. W żadnym wypadku nie może być to społecznik, lecz religiant.
Mikołaj Pawlak jest świętszy od samego papieża. Katolicko wykształcony od liceum, znawca prawa kanonicznego, nie uznający rozwodów (za wyjątkiem tych kościelnych, których udzielanie przez 11 lat opiniował). Chciał zresztą zmieniać prawo rodzinne tak, aby ex-małżonkowie w przypadku rozwodów bez orzekania o winie nie dostawali zwrotu kosztów sądowych. Zamiast bowiem zyskiwać po 3 stówki w kieszeni, po wyjściu z sali rozpraw powinni zacząć smażyć się w ogniu piekielnego potępienia. Pawlak domagał się, aby zaoszczędzone pieniądze w zamian szły na mediacje między małżonkami posiadającymi małe dzieci, aby za wszelką cenę ocalić ich od rozwodu.
To i tak jednak akcent humorystyczny w porównaniu z tym, co chciałby zapisać w ustawie o nieletnich: zbuduje ośrodki readaptacji społecznej (takie bardziej lajtowe poprawczaki), do których wsadzane będą już 13-latki. Żeby tylko. Według wizji nowego kandydata na RPD już 10-letnie dziecko mogłoby odpowiadać za popełnienie czynu karalnego. To zresztą kontynuacja polityki karnej Zbigniewa Ziobry (za pierwszej kadencji rządu PiS również chciał obniżyć wiek karalności – do 15 lat). Pawlak rozdysponował również znikomy procent ministerialnego funduszu służącego pomocy ofiarom przestępstw i resocjalizacji więźniów. Strach zapytać, na co w tym wypadku chciałby przekazać oszczędności. Może 600 plus na każde dziecko przeznaczone w przyszłości do seminarium?
RPD ma być urzędem służebnym wobec interesów najmłodszych – wobec dzieci z różnych środowisk, o różnym pochodzeniu i z różnym statusem majątkowym. Z rodzin pełnych i niepełnych, z rodzin adopcyjnych, patchworkowych, cudzoziemskich, nieheteronormatywnych. A także (co w całej sprawie „najstraszniejsze”): z rodzin po rozwodach. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że wybór tego kandydata zaspokoi potrzeby jedynie wąskiej grupy: ultrakonserwatywnych, głęboko wierzących rodziców, przekonanych o zbawiennej sile kar i autorytetu mierzonego klapsem.
Trzeba przyznać, że opozycja zagrała dziś wyjątkowo sprytnie: opiniując negatywnie kandydaturę Pawlaka, znalazła formalny wybieg, który można do niego przyłożyć: brak wymaganego pięcioletniego doświadczenia w pracy na rzecz dzieci lub z dziećmi. W departamencie spraw rodzinnych u Ziobry Pawlak pracuje bowiem dopiero od 2016. Rządzący natomiast pragną jeszcze „dopytywać go o życiorys”, mając nadzieję, że jednak „przepchną” go dalej. Sama nie wiem, czy bardziej chcę, żeby im się to w najbliższy piątek udało, czy jednak nie. Patrząc na tendencję w wyborach kolejnych kandydatów wskazywanych przez PiS, mam obawy, że następnym może okazać się sam arcybiskup Głódź.

Przemocowe dzieci

Brytyjska policja przyznaje, że jest bezradna wobec rosnącego poziomu przestępczości wśród dzieci i rosnącej brutalności młodych. I nie ma wątpliwości: to efekt cięcia wydatków na cele socjalne i profilaktykę.

 

Przedstawicielka kierownictwa organów ścigania, Jackie Sebire powiedziała brytyjskiej gazecie „The Times”, że przemoc dziecięca osiągnęła taki poziom, że kraj, a przynajmniej część jego regionów, przekształca się w „Dziki Zachód”. W ciągu ostatniego roku sytuacja jeszcze się pogorszyła. Obecnie najcięższych nawet przestępstw dokonują już 9-letnie dzieciaki. Często używanym przez nie niebezpiecznym narzędziem jest biała broń – noże i maczety. Według danych, cytowanych przez Sebire, od stycznia do lipca tego roku, poważnie poszkodowanych w wyniku napadów z użyciem niebezpiecznego narzędzia zostało 69 000 dzieci w wieku 10-15 lat. To porażająca liczba, o 4 tys. dzieci więcej niż w całym zeszłym roku. O 14 proc. wzrosła liczba morderstw, których ofiarami stały się dzieci. Dochodzi już do tego, że młodociani przestępcy dokonują aktów przemocy w środku dnia i w ruchliwych miejscach miast.

Przestępczość młodocianych, według słów innych przedstawicieli brytyjskiej policji, staje się poważnym kryzysem społecznym. Władze rozkładają ręce i zapowiadają, że będą poszukiwać rozwiązań problemu. Tyle, że same wcześniej przyczyniły się do jego sprowokowania, tnąc wydatki na programy profilaktyki przestępczości, zamykając ośrodki pracy z trudną młodzieżą i likwidując etaty pracowników interweniujących np. wśród młodych bezdomnych czy pracujących z uzależnionymi od narkotyków. Dlaczego? Oczywiście w ramach austerity, neoliberalnej polityki oszczędności, o której fatalnych skutkach dla brytyjskiego społeczeństwa powstało już niejedno studium.

Lekko nie było i lekko nie jest Wywiad

Z prof. MARIANEM SZAMATOWICZEM, ginekologiem-położnikiem, pionierem polskiego in vitro rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Jest Pan Profesor pionierem polskiego in vitro (1987) i wieloletnim szefem pierwszego de facto ośrodka zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce, jakim była Klinika Ginekologiczna Akademii Medycznej w Białymstoku. Proszę opowiedzieć o początkach swojej działalności w tej dziedzinie…

Diagnostyką i leczeniem niepłodności zajmowałem się od dawna. W 1978 roku w literaturze medycznej pojawiły się doniesienia o możliwości zapłodnienia pozaustrojowego i o urodzeniu dziecka w wyniku takiego zapłodnienia. Zespół angielski – profesor Robert Edwards, noblista i doktor Patrick Steptoe uznawani są za pionierów nowego sposobu leczenia przypadków niepłodności, wcześniej traktowanych jako nieuleczalne. W niedługim czasie ukazały się kolejne artykuły o urodzeniu dziecka z zapłodnienia pozaustrojowego w Indiach, w Australii, w Stanach Zjednoczonych i w innych niż Anglia krajach europejskich. Z uwagą śledziliśmy te doniesienia naukowe. W 1983 r. w czasie mojego pobytu w Szwecji, gdzie przebywałem jako „visiting professor”, w ośrodku w Goeteborgu, zobaczyłem naocznie jak się pozaustrojowe zapłodnienie realizuje. Bardzo skrupulatnie wynotowałem, jakie urządzenia trzeba zorganizować i po powrocie do kraju podjąłem z moim zespołem decyzję, że tę nowoczesną metodę leczenia niepłodności będziemy realizować w Białymstoku. Było to, w owym czasie, bardzo duże wyzwanie, nie było łatwo, przeżywaliśmy chwile zwątpienia, ale ostatecznie się udało i w listopadzie 1987 roku urodziło się pierwsze dziecko po zastosowaniu metody in vitro w Polsce. Byliśmy niewątpliwymi pionierami w naszym kraju, mamy jako zespół duży wkład w rozwój metod wspomaganej prokreacji. Na dzień dzisiejszy, można śmiało powiedzieć, że poziom leczenia niepłodności w Polsce nie odbiega od standardów europejskich i światowych. Jest tylko jedna bardzo istotna różnica. Leczenie metodami wspomaganej prokreacji w Polsce nie jest refundowane i bariera finansowa dla par mniej zamożnych stanowi zasadnicze ograniczenie.

 

Ile dzieci urodziło się w Polsce z zapłodnienia n vitro?

Z reguły pada pytanie ile dzieci z zapłodnienia in vitro urodziło się w Polsce, na świecie, a ile w ośrodku białostockim. Najbardziej wiarygodne są dane publikowane przez ESHRE w odniesieniu do dzieci urodzonych na świecie i wskazuje się, że liczba ta na dzień dzisiejszy przekracza 7 milionów. W Polsce można mówić o kilkudziesięciu tysiącach. Ośrodki białostockie, bo obecnie jest ich trzy, pomogły doczekać się potomstwa kilkunastu tysiącom par. Najbardziej szczegółowe dane można przytoczyć z pisma Ministerstwa Zdrowia (wrzesień 2018), z którego wynika, że w wyniku realizacji programu finansowania in vitro w latach 2013 – 2016 urodziło się 21 666 dzieci. W tym miejscu można dodać, że liczba urodzeń żywych na jeden cykl po in vitro oscyluje w granicach 30 procent, znacznie więcej niż w rozrodzie naturalnym. Ale trzeba pamiętać, że w tym samym czasie odnotowujemy około 70 procent niepowodzeń, ze wszystkimi negatywnymi skutkami. Dlatego też wyzwaniem dla nowoczesnej medycyny rozrodu jest poprawa skuteczności leczenia, ale również poszukiwanie stuprocentowych tzw. predykatorów, pozwalających przewidzieć wynik naszego postępowania.

 

Na co może liczyć bezdzietna para małżeńska, para partnerska, a także samotna kobieta, którzy zgłoszą się do któregoś z ośrodków w Białymstoku? Jaką procedurę muszą przejść? Jakie kryteria wypełnić? I na jakie koszty muszą być przygotowani?

Jeśli zgłasza się para z problemami bezdzietności, to pierwszym bardzo istotnym etapem jest ustalenie przyczyny niemożności zajścia w ciążę. Rozród u człowieka jest procesem złożonym i ustalenie przyczyny nie zawsze jest możliwe, stąd też niemały odsetek przypadków niepłodności o nieustalonej przyczynie (unexplained infertility). Zespół Klinik Rozrodczości i Ginekologii w Uniwersyteckim Szpitalu w Białymstoku jest w pełni przygotowany i laboratoria są bardzo dobrze wyposażone aby prowadzić diagnostykę na bardzo wysokim poziomie. W zależności od rozpoznanej przyczyny, proponuje się leczenie bądź farmakologiczne, zabiegowe, bądź – wreszcie – metody wspomaganej prokreacji, które dla pewnej grupy przypadków są jedyną szansą na potomstwo, dla innej – szansą ostatnią.

 

Jak ocenia Pan aktualny stan uregulowania prawnego stosowania w Polsce metody in vitro i jakiego stanu prawnego Pan oczekuje?

W Polsce obowiązuje ustawa z dnia 25 czerwca 2015 r. o „Leczeniu niepłodności”. Ustawa ta nie jest tak restrykcyjna jak we Włoszech czy w Niemczech, nie ma zapisów tak liberalnych jak np. w Anglii, Belgii, Hiszpanii, w krajach skandynawskich itp., ale pod rządami tej ustawy przytoczone wyniki Rządowego Programu Leczenia Niepłodności udowodniły, że skuteczność leczenia za pomocą in vitro w Polsce może być bardzo wysoka. Artykuł 5. ust 1. zatytułowany: „Leczenie niepłodności” obejmuje sposoby leczenia a punkt 5-ty mówi: „Procedury medycznie wspomaganej prokreacji w tym zapłodnienie pozaustrojowe prowadzone w ośrodku medycznie wspomaganej prokreacji”. Wcześniej wspomniałem, że w Polsce zasadniczą przeszkodę w nowoczesnym leczeniu niepłodności stanowi bariera finansowa. Nie przytoczę szczegółowych danych, ale od kierowników ośrodków stosujących in vitro wiem, że liczba zabiegów radykalnie się zmniejszyła. I tutaj pomoc samorządów, na razie nielicznych, które finansują procedurę in vitro dla swoich mieszkańców posiada ogromne znaczenie. Mam nadzieję, że nowe samorządy bardziej zaangażują się w pomoc finansową tym z mieszkańców, którzy pragną i nie mogą doczekać się potomstwa.

 

Krytyka i ataki prawicowych polityków, wymysły w rodzaju „bruzdy księdza Longchamps de Bérier”, niechętna postawa Kościoła kat. – to tylko niektóre przeszkody na drodze do swobodnego rozwoju in vitro w służbie społeczeństwa i rodziny. Czy presja ideologiczna w tej mierze nadal jest tak silna, jak jeszcze kilka lat temu?

Prawicowi politycy i nie tylko, którzy nie akceptują metody in vitro jako „nowoczesnego narzędzia” w leczeniu niepłodności, stosują bardzo niewybredną retorykę: o mordowaniu dzieci, o znamionach w postaci bruzdy, o licznych defektach itd. itp. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że na świecie żyje wiele milionów dzieci i ich szczęśliwych rodziców. Po prostu, nie uznają podstawowego prawa wynikającego z Uniwersalnej Deklaracji Praw Człowieka, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. Chcą stosować w praktyce wykładnię teologiczną, która daje prawo do prokreacji, stwarza potencjalną szansę na bycie rodzicem w wyniku kontaktów seksualnych. Problem w tym, że dzieci po in vitro nie rodzą się w następstwie stosunków płciowych. Medycyna rozrodu zna wiele przypadków, że bez pomocy metod wspomaganej prokreacji nigdy nie urodzą się dzieci. Ocenia się, że może to być około 60 procent niepłodnych par. Obowiązkiem lekarza jest takim parom pomagać przy wykorzystaniu najnowszych metod leczenia. Nagroda Nobla za pozaustrojowe zapłodnienie została przyznana za największe osiągnięcie medycyny klinicznej XX wieku.

 

Jakie są w związku z tym perspektywy metody in vitro w Polsce?

Odpowiedź na pytanie o perspektywy metody zapłodnienia in vitro w Polsce będzie miała charakter dwuczęściowy. Wcześniej już wspominałem, że poziom leczenia niepłodności w naszym kraju metodami wspomaganej prokreacji w pełni odpowiada standardom europejskim i światowym. Ośrodki wykonujące tę procedurę są bardzo dobrze wyposażone a kadra ma wysokie kwalifikacje zawodowe. Natomiast pozostaje kwestia jej dostępności, uwarunkowana kosztami procedury. Poprzedni Minister Zdrowia, pan Konstanty Radziwiłł, zlikwidował Rządowy Program wsparcia finansowego leczenia niepłodności na dalsze 3 lata, tłumacząc decyzję brakiem poparcia społecznego dla metody in vitro w Polsce. Jest to o tyle nieprawdziwe, że jak wynika z raportu CBOS-u (2015), leczenie niepłodności metodą in vitro popiera w Polsce 77 procent ankietowanych. Ponadto, pan minister Radziwiłł zaakceptował tzw. „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce”. Program mówi o zwiększonej dostępności do wysokiej jakości świadczeń z zakresu diagnostyki i leczenia niepłodności, ale w rzeczywistości jest to zakamuflowany sposób finansowania pseudonauki jaką jest naprotechnologia. Stawia się rozpoznanie przyczyny niepłodności, ale w żadnym stopniu nie dopuszcza stosowania in vitro w przypadkach tego wymagających.

 

Pana syn, profesor Jacek Szamatowicz kontynuuje Pana dzieło…

Syn mój od czterech lat kieruje kliniką Ginekologii i Onkologii Ginekologicznej. Nie jest on moim bezpośrednim „spadkobiercą”, bowiem wcześniej przez 8 lat kierownikiem tej kliniki był profesor. Piotr Knapp. Moja kadencja to lata 1984-2005. Oczywiście prof. Jacek Szamatowicz aktywnie działa na polu leczenia niepłodności pracując w Centrum ARTEMIDA oraz wykonując procedury zabiegowe w laboratorium w Szpitalu Klinicznym.

 

Dziękuję za rozmowę.

Czym skorupka za młodu

Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży leczenie – czyli inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży to inwestycja w zdrowe społeczeństwo i szybki rozwój gospodarczy.

 

Dzieci i młodzież w wieku szkolnym nie mają w naszym kraju zapewnionej spójnej i kompleksowej opieki służącej zdrowiu.
Oprócz niewystarczającej liczby personelu medycznego i gabinetów pomocy zdrowotnej, brakuje współdziałania i koordynacji pomiędzy podmiotami odpowiedzialnymi za leczenie najmłodszych.
Zniekształcenia kręgosłupa, alergie, otyłość, choroby zakaźne, nieodpowiednie żywienie, brak aktywności fizycznej i brak odpowiedniej profilaktyki – a co również niezwykle ważne, niedostatek odpowiedniej, rozumnej edukacji nakierunkowanej na rodziców – to tylko niektóre z ogromnej liczby problemów zdrowotnych najmłodszych Polaków.
Zdrowie dzieci w Polsce należy do bardzo zaniedbanych elementów systemu służby zdrowia, wymagających podjęcia pilnych kroków i współpracy systemowej – taki jest główny wniosek płynący z debaty „Opieka zdrowotna nad uczniami. Inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży inwestycją w zdrowe społeczeństwo”, przeprowadzonej 12 września tego roku w Najwyższej Izbie Kontroli.

 

Długa lista potrzeb

Jakość opieki zdrowotnej ma szczególne znaczenie w okresie dziecięcym oraz dojrzewania. Kształtowanie zachowań służących zdrowiu przekłada się na zdrową przyszłość i zdrowe społeczeństwo.
Przeszkadzają w tym braki kadrowe – na przykład, w przypadku pielęgniarek, mamy w Polsce znikomy procent osób przed 40. rokiem życia.
Niewystarczająca jest liczba gabinetów profilaktyki zdrowotnej, pomieszczenia nie spełniają warunków, wciąż brakuje pielęgniarek i higienistek w szkołach, za mało jest gabinetów stomatologicznych, występują bardzo duże dysproporcje pomiędzy miastami i wsiami.
– Pomiędzy Polską a innymi krajami Unii Europejskiej istnieje wielka przepaść w występowaniu u dzieci próchnicy. Borykamy się z niepokojącym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, takie jak krztusiec czy odra. Problemy zdrowotne dzieci i młodzieży narastają na najróżniejszych płaszczyznach. Potrzebujemy ustawy, której celem będzie wprowadzenie kompleksowych rozwiązań opieki zdrowotnej dzieci i młodzieży – zaznaczył Piotr Wasilewski, dyrektor departamentu zdrowia NIK, wyrażający jak widać wiarę w moc sprawczą kolejnych aktów prawnych.

 

W zalewie informacji

Potrzebujemy nie tylko dostępności do świadczeń zdrowotnych, ale i odpowiedniej edukacji, profilaktyki i świadomości społecznej – mówili zgodnie goście debaty, reprezentujący środowisko ekspertów nauki, oświaty, zdrowia i sportu oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych i administracji.
Co do profilaktyki, to postęp technologiczny z jednej strony jest cennym zjawiskiem, a z drugiej – zagrożeniem.
– Rodzą się rozmaite pseudoteorie. Niesprawdzone „naukowe” informacje, które pojawiają się w Internecie, mają bardzo silne oddziaływanie na rodziców, którzy w efekcie tych informacji, są narażeni na podejmowanie złych decyzji w stosunku do swoich dzieci – powiedział Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu Strategii i Rozwoju zwróciła uwagę na inny, ważny element – kanały społecznościowe i rolę kampanii społecznych w profilaktyce zdrowotnej: – Należy uwzględnić różnorodność i współczesny kształt przekazu, jaki dociera do najmłodszych. Nowe media, pomimo wynikających z nich zagrożeń, mogą być w mądry sposób wykorzystane w promowaniu prozdrowotnych wzorców. Żeby poprawić efektywność kampanii społecznych, należy konsultować założenia właśnie z dziećmi i młodzieżą. Czynne włączanie ich w kreowanie kampanii pozwoli osiągać lepsze efekty.

 

Samorządy mają to w nosie

Wyniki przeprowadzonych działań wykazują, iż jednostki samorządu terytorialnego w zbyt małym zakresie angażują się w zaspokajanie potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
W rezultacie, powstają nieodpowiednie i bazujące na nieznajomości tematu programy strategii zdrowotnej.
Okazało się, że żadna z kontrolowanych przez NIK gmin nie posiadała informacji o liczbie dzieci i młodzieży z nieprawidłową wagą ciała. Ponad 56 proc. jednostek samorządów terytorialnych nie przeprowadziło żadnej analizy potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
Stołówki i sklepiki szkolne nie spełniają wymogów zawartych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia, a u dzieci nie wyrabia się odpowiednich, prozdrowotnych nawyków. Nie działa coraz potrzebniejsza, skierowana do młodych, specjalistyczna opieka psychologiczna, a szkoły i placówki lecznicze nie mogą jej zapewnić przez brak wystarczającego wsparcia finansowego.

 

Wyzwania współczesności

Opieka zdrowotna dzieci i młodzieży wymaga poprawienia standardu organizacyjnego oraz samych warunków udzielania świadczeń zdrowotnych.
Ukazują to skargi wpływające do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, o których opowiedziała Agnieszka Wernik, dyrektorka departamentu strategii i działań systemowych w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta: – Zdarzają się rażące sytuacje, kiedy to uczniowie są badani w miejscach narażających ich intymność, a często również w towarzystwie innych, poza personelem medycznym, osób. Opieka zdrowotna nad małoletnimi prowadzi do wielu wyzwań systemowych.
Nowym problemem – który zdaniem Szymona Chrostowskiego, doradcy społecznego Ministra Zdrowia, należy do kluczowych wyzwań zdrowotnych u dzieci i młodzieży – jest zbyt mała skala szczepień przeciwko HPV, wirusowi mogącemu powodować raka szyjki macicy,prącia, pochwy i gardła. Zakażenie HPV to najczęstsza choroba przenoszona drogą płciową. – W krajach, w których funkcjonuje odpowiednio prowadzona profilaktyka, a w młodym wieku szczepione są zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, sytuacja wygląda znacznie lepiej, a zachorowalność m.in. na raka szyjki macicy jest dużo mniejsza – stwierdził doradca.

 

Potrzeba pieniędzy

Odpowiednie inwestycje na wczesnych etapach życia w oczywisty sposób przekształcają się w lepszą zdrowotność obywateli w późniejszych latach.
To jednocześnie ogromna korzyść dla budżetu państwa, bo przecież zdrowe społeczeństwo to zdrowa gospodarka – tyle, że najpierw te pieniądze trzeba wyłożyć, czego się nie robi.
– Niestety, o problemach i wyzwaniach zdrowotnych dotyczących dzieci i młodzieży mówi się od dawna, a wciąż czekamy na stosowne kroki i zmiany – dodał Piotr Mierzejewski, dyrektor zespołu prawa administracyjnego i gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Dobra, kompleksowa współpraca

Profilaktyka zdrowotna nad uczniami w szkole znajduje się w obszarze współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sportu. Zdaniem odpowiadających za ten obszar urzędników, wszystko idzie prawidłowo.
– Jest to kompleksowa i odpowiednio prowadzona współpraca, a naszym wspólnym celem jest wypracowanie jak najlepszych rozwiązań. Wśród kluczowych zaleceń są m.in. bezpieczeństwo i higiena w szkole, wydłużenie przerw międzylekcyjnych, a w tym dłuższej przerwy na spożycie posiłku – oświadczyła Agnieszka Ludwin, wicedyrektorka departamentu wychowania i kształcenia integracyjnego w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Wnioski z tej debaty zostaną oczywiście przekazane stosownym placówkom – choć chyba nikt nie ma złudzeń, że cokolwiek uda się szybko zmienić. Pozwoliła ona na jeszcze jedną obserwację – jak dużo jest dobrze płatnych stanowisk dyrektorskich w rozmaitych komórkach administracji, mających rzekomo służyć dobru obywateli…

Uczmy się pieniędzy

Edukacja finansowa dzieci to wspólna, rodzinna lekcja do odrobienia.

 

Ile wydajemy na dzieci? Początek września stanowi dobry okres na podsumowanie takich nakładów, bo nasze portfele pamiętają jeszcze wakacyjne podróże, a rozpoczęty właśnie rok szkolny wiąże się z niemałymi nakładami na podręczniki i akcesoria.
Koszty utrzymania dziecka nie są małe. Eksperci Centrum im. Adama Smitha oszacowali ostatnio, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 190 do 210 tys. zł, a dwójki dzieci od 350 do 385 tys. zł, trójki zaś od 460 do ponad 500 tys. zł (koszty wychowania trzeciego dziecka stanowią ok. 60 proc. kosztów wychowania pierwszego).
Te wyliczenia nie są zaskakujące, od lat oceniano, że są to podobne sumy – choć oczywiście jest to pewna średnia, gdyż w rodzinach niezamożnych na ten cel wydaje się znacznie mniejsze kwoty. Trochę jednak dziwi, że są tacy, którzy uznają je tylko za koszt. To błąd. Wydatki na dzieci uznajmy przede wszystkim za inwestycję – i jeśli mamy taką możliwość, zwiększajmy je jak to tylko możliwe, bo dla przyszłego dobrobytu, także osobistego, duże inwestycje są konieczne.
Wszystko to nie zmienia faktu, że tam gdzie można, należy racjonalizować wydatki i szukać oszczędności, także z udziałem dzieci.
Dzieci są doskonałymi obserwatorami i więcej niż słowa powiedzą im obserwacje zachowań dorosłych. Jeżeli więc ktoś nie będzie analizował swoich wydatków, z łatwością zgodzi się na ekstra kieszonkowe, będzie narzekał na wysokość swojego wynagrodzenia, nie będzie dbał o swoje oszczędności, zwiększy szanse na powielenie tych niewłaściwych działań przez swoją pociechę.
Kształtujmy zatem właściwe postawy finansowe, poprzez odpowiednie zarządzanie domowym budżetem i lokowanie swoich oszczędności. Może się okazać, że w perspektywie kilku czy kilkunastu najbliższych lat jesteśmy w stanie zgromadzić kapitał rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Przyda się – na przykład na edukację dziecka (studia na wymarzonej, zagranicznej uczelni.) czy podróż naokoło świata.
Oszczędzać można samodzielnie. Warto zbudować planoszczędnościowy, który pozwoli zgromadzić środki na realizację życiowych planów. Systematycznie odkładane nawet niewielkie kwoty, z czasem pozwolą zgromadzić spore oszczędności. Przydadzą się w sytuacjach nagłych oraz takich, których się spodziewamy i które mogą trwać latami – choćby czas na emeryturze. Niestety, daje się zauważyć spadkowy trend w oszczędzaniu Polaków. zauważyli ekonomiści banku centralnego. W 2016 r. odkładaliśmy ok. 2 proc. rocznych dochodów – a już w I kw. 2017 roku zaledwie 0,1 proc., czyli praktycznie nic. Dobrze, że rośnie konsumpcja Polaków – źle, że oznacza to, iż przestali oszczędzać.
Warto, by dzieci od najmłodszych lat zapoznawały się z rolą pieniądza. Kiedy są jeszcze małe warto im opowiedzieć, jaką wartość mają monety i banknoty oraz dlaczego rodzice chodzą do pracy (oczywiście jeśli rodzice zarabiają skandalicznie mało, mogą też mówić, że pracują dla przyjemności, by nasza pociecha nie nabrała przekonania, iż w życiu liczy się wyłącznie kasa).
Kiedy dziecko będzie starsze, w wieku nastu lat, można je wprowadzić je w tajniki oszczędzania czy zagadnień związanych z obrotem bezgotówkowym i narzędziami do inwestowania pieniędzy. Należy dawać dobry przykład – to od rodziców dziecko może nauczyć się, jak planować budżet i rozsądnie wydawać pieniądze oraz odpowiedzialnie dysponować miesięcznym kieszonkowym.
Wspólne zakupy to doskonały moment na negocjacje i sprawdzenie podejścia naszego dziecka do finansów. Porównujmy ceny produktów, sprawdzajmy oferty dyskontów i hipermarketów. Pozwólmy dziecku uzasadniać swoje decyzje zakupowe – i mówmy im co ile kosztuje. Większa świadomość to większa umiejętność zarządzania swoim portfelem w przyszłości, a co za tym idzie – większe bezpieczeństwo naszych bliskich.
Może też nieco pomóc szkoła. W obecnym systemie szkolnictwa w Polsce przedmioty, które nieco poruszają tematykę finansów – to Wiedza o Społeczeństwie oraz Podstawy Przedsiębiorczości.
Niestety, brakuje przedmiotów, które wyczerpywałyby tematykę finansów osobistych, pokazywały działania rynku, mikro – i makroekonomii. Zagadnienia te poruszane są dopiero wtedy, gdy ktoś zdecyduje się na podjęcie dalszego kształcenia na uczelniach wyższych, bądź specjalistycznych kursach. Dlatego bardzo ważne jest uzupełnianie tej wiedzy od najmłodszych lat, nawet w warunkach domowych.

Trzeba byłoby się ubezpieczyć

Rok szkolny się zaczyna, więc wśród wydatków, jakie należy w związku z tym ponieść, jest także koszt uczniowskiego ubezpieczenia. Jeśli będzie bardzo tanie, nie zapewni dobrej ochrony.

 

Wypadki u dzieci zdarzają się dosyć często. Najczęściej są to drobne urazy, ale bywają i te poważniejsze, obrażenia głowy, różne złamania, zwichnięcia i skręcenia. Dlatego warto zadbać o odpowiednią polisę.
Zazwyczaj w szkołach rodzice mają możliwość zakupu grupowego ubezpieczenia szkolnego. Przed podjęciem decyzji dobrze jest dokładnie zapoznać się z konkretną ofertą obowiązującą w danej szkole oraz ogólnymi warunkami ubezpieczenia, aby mieć pewność, że polisa zapewni dziecku możliwie najlepszą ochronę.

 

Na co zwracać uwagę

Pomysłowość dzieci nie zna granic, do wypadku może zarówno w szkole, jak i drodze powrotnej czy w domu po lekcjach.
Ubezpieczenie NNW, czyli od następstw nieszczęśliwych wypadków da rodzicom komfort i pewność, że w sytuacji gdy już dojdzie do wypadku, to bez względu na miejsce zdarzenia, ubezpieczyciel pokryje koszty leczenia – ale także i inne związane z tym wydatki, jak np. koszt korepetycji, jeśli dziecko będzie musiało nadrobić materiał po pobycie w szpitalu.
Wybierając takie ubezpieczenie trzeba sprawdzić, jaka jest suma ubezpieczenia czyli maksymalna kwota jaką może wypłacić ubezpieczyciel, jakie zdarzenia są uwzględnione w ofercie oraz jakie są wyłączenia odpowiedzialności ubezpieczyciela, które muszą być wskazane i opisane w ogólnych warunkach ubezpieczenia.
To ważne, bo z reguły kwoty proponowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe są haniebnie niskie, lista zdarzeń objętych ochroną bardzo krótka, zaś przypadki wyłączenia ich odpowiedzialności, nadzwyczaj liczne.

 

Agent nam nie pomoże

Dodatkowo, jeśli dziecko uprawia wyczynowo sport, należy wybrać takie ubezpieczenie, które zapewnia wypłatę pieniędzy po wypadku, do którego doszło w trakcie jego uprawiania.
Wszystko to jest szczególnie ważne, jeśli rodzice wybiorą indywidualne ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków, które zawiera się samodzielnie u agenta a nie za pośrednictwem szkoły. Agent reprezentuje zaś towarzystwo ubezpieczeniowe i jest zainteresowany tym, by jego klient otrzymał jak najmniejsze świadczenie za możliwie najwyższą opłatę.

Prawda nas wyzwoli

Kilka dni temu Stanami Zjednoczonymi wstrząsnęła publikacja raportu, z którego wynika, że przez 70 lat wysocy hierarchowie Kościoła katolickiego na masową skalę zacierali ślady po molestowaniu seksualnym w Pensylwanii. Autorzy raportu wskazują, że pedofilami było co najmniej 300 kapłanów w sześciu diecezjach, a ich ofiarami były tysiące dzieci.
W konsekwencji kolejnych afer pedofilskich następuje w USA masowy odpływ wiernych. Katolicy odczuwają wstyd ze względu na masową skalę pedofilii wśród duchownych i jej ukrywanie przez hierarchię Kościoła. W ciągu ostatnich lat wyszło na jaw wiele przestępstw seksualnych duchownych, których efektem jest utrata przez Kościół kilku milionów wiernych.
Stany Zjednoczone to nie jedyny kraj, w którym ujawniono olbrzymią skalę pedofilii wśród księży katolickich, co doprowadziło do masowego odpływu wyznawców. Skandale dotyczące przestępstw seksualnych spowodowały kryzys w Kościele katolickim w Irlandii, w Niemczech, w Belgii czy w Holandii. We wszystkich tych państwach świeckie komisje ujawniały olbrzymią skalę pedofilii wśród księży i odsłaniały system ukrywania zboczeńców w sutannach. Wszędzie okazywało się, że nie tylko księża wykorzystywali seksualnie dzieci, ale i hierarchowie, biskupi, ukrywali przestępców, unikając współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości. Problem z Kościołem nie polega zatem jedynie na dużej skali pedofilii, bo pedofile zdarzają się w każdej grupie zawodowej i w każdym środowisku. Rzecz w tym, że Kościół chroni przestępców, a w system ukrywania winnych byli i są zaangażowani najwyżsi dostojnicy kościelni, z papieżami włącznie.
Polska jest jednym z ostatnich krajów o silnej pozycji Kościoła katolickiego, w którym księża pedofile pozostają w znacznej mierze bezkarni i w którym nigdy nie powstała żadna silna instytucja, badająca skalę przestępstw seksualnych wśród duchownych. Gdy – z rzadka – wychodzi na jaw skandal pedofilski, w który uwikłani są księża, hierarchia kościelna ogłasza, że to indywidualny przypadek, za który Kościół jako całość nie odpowiada. W ten sposób najwyżsi hierarchowie uciekają od odpowiedzialności, a kler zachowuje pozycję autorytetu moralnego. W wielu krajach Kościół pod wpływem nacisku opinii publicznej podejmował krytyczną pracę nad sobą – we Francji czy Holandii dzisiaj jest znacznie słabszy, ale w większym stopniu poddany społecznej kontroli i nadzorowi państwa.
W Polsce kler wciąż pozostaje samowolnym i uprzywilejowanym państwem w państwie, który w zarodku niszczy wszelkie krytyczne badania nad sobą. Episkopat boi się odkrycia olbrzymiej skali przemocy seksualnej wśród księży i efektu, który nastąpił w Irlandii, Niemczech czy USA. Nic nie wskazuje na to, aby liczba pedofilów w sutannach była w naszym kraju mniejsza niż w innych krajach, tym bardziej, że w ukrywanie przestępców seksualnych bezpośrednio uwikłany był polski papież Jan Paweł II. Niestety Kościół wciąż uparcie odmawia współpracy ze świeckimi organami ścigania przy badaniu przestępstw seksualnych, a kolejne rządy boją się wystąpić przeciwko hierarchii kościelnej. Dlatego najwyższy czas na powołanie świeckiej komisji, która zajęłaby się pedofilami w sutannach. Pozwoliłaby ona na odsłonięcie prawdziwej skali pedofilii wśród kleru i systemu ukrywania przestępców, a zarazem prawdopodobnie doprowadziłaby do masowego odpływu wiernych z Kościoła.
Czas, aby prawda nas wyzwoliła!

Co trzecie może spać spokojnie BEZPIECZEŃSTWO DZIECI

Inspekcja Handlowa sprawdziła pod koniec ubiegłego roku, czy łóżeczka, kołyski, kojce i nosidełka są bezpieczne. Inspektorzy skontrolowali sklepy, hurtownie, producentów, pierwszych dystrybutorów i importerów. Wykryli nieprawidłowości w prawie 35 proc. tych produktów.

 

Bez ostrych krawędzi

Najczęstsze zauważone nieprawidłowości to brak oparcia dla główki dziecka w nosidełkach, zbyt duże odstępy między listwami na dnie łóżka, brak instrukcji, ostrzeżeń lub danych producenta, a w przypadku nosidełek brak informacji o dopuszczalnej wadze lub wieku dziecka. Nie było to jednak generalnie duże nasilenie usterek. Tylko w sześciu przypadkach Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowania administracyjne. Do tej pory zakończyło się jedno z nich – zgodnie z decyzją UOKiK producent wadliwych łóżeczek musi je wycofać z rynku.
Urząd zaleca, by kupując łóżeczko, kołyskę, kojec lub nosidełko, sprawdzić, czy nie mają one żadnych ostrych krawędzi lub narożników, zadziorów, wystających gwoździ, nie mają otwartych końców rur, ani małych elementów, które dziecko mogłoby samodzielnie oderwać i połknąć.

 

Możemy sami kołysać

W przypadku wracających do łask kołysek, należy zwrócić uwagę, czy układ kołysania ma mechanizm blokujący i może być poruszany wyłącznie przez bezpośrednie popychanie – a nie jest napędzany silnikiem elektrycznym.
Pamiętajmy też, że przestawienie dna łóżeczka lub kojca z położenia wyższego na niższe powinno być możliwe tylko przy użyciu narzędzi.
Natomiast nosidełko, przeznaczone dla malutkich dzieci w wieku do 4 miesięcy, musi mieć podparcie dla główki.

 

Proste rozwiązanie

W sprzedaży są różne wymyślne systemy elektroniczne, sygnalizujące, jak zachowuje się dziecko w łóżeczku.
Żaden system nie zastąpi jednak prostego rozwiązania, stosowanego od setek lat, polegającego na wyjęciu jednego szczebelka z poręczy łóżeczka – po to, żeby dziecko, które już raczkuje i postanawia wybrać się na spacer po mieszkaniu, mogło bezpiecznie opuścić łóżeczko, bez obawy, że utknie głową między szczebelkami.

Melania przeciw Donaldowi

W wielu miastach USA trwaja protesty przeciwko nieludzkiej polityce imigracyjnej Trumpa. Również wpływowe postacie amerykańskiej prawicy krytykują oddzielanie dzieci od rodziców.

 

W minionym tygodniu w miastach stanów Kalifornia, Kolorado, Floryda, Kentucky, Nowy Jork, Ohio, Oregon, Teksas i Utah odbyło się ponad 20 marszów i innych form protestu przeciwko najnowszej odsłonie polityki antyimigracyjnej prowadzonej przez Donalda Trumpa. Prezydent USA ogłosił politykę „zero tolerancji” dla nielegalnych imigrantów. Oznacza to automatyczne uznanie ich za przestępców i kierowanie ich przed sąd, podczas gdy wcześniej było wobec nich podejmowane postępowanie administracyjne.

Największe oburzenie amerykańskiej i światowej opinii publicznej budzi praktyka rozdzielania rodzin imigrantów, odbierania dzieci rodzicom i odsyłania ich do specjalnych obozów. Oficjalne dane mówią o 2 tys. dzieci odebranych rodzicom w okresie od połowy kwietnia do końca maja. Problem dotyczy przeważnie osób przekraczających granicę USA z Meksykiem. Przez krytyków Trumpa – polityków, media i organizacje społeczne – polityka ta jest określana jako „nieludzka” i „okrutna”. Zdarza się, że miejsca przetrzymywania odebranych dzieci są porównywane do nazistowskich obozów koncentracyjnych.

Do organizowanych w całym kraju protestów dołączyli senatorzy i senatorki Demokratów. Jeff Merkley wizytował centrum kotroli granicznej w Teksasie, żeby zwrócić uwagę na sposób traktowania imigrantów. Członek izby reprezentantów, demokrata Beto O’Rourke poprowadził w Teksasie marsz do obozu przetrzymywania dzieci. Jerrold Nadler spotkał się z przetrzymywanymi w jednym z pięciu obozów w New Jersey. Przejęty ich sytuacją, powiedział: „Nie możemy być tacy jako naród”.

Również niektórzy politycy Republikanów krytykują okrutną politykę Trumpa. m.in. senatorzy Susan Collins i Jeff Flake. Przeciwko rodzielaniu rodzin wypowiedziała się też Laura Bush, była pierwsza dama USA. Oświadczyła, że polityka „Zero toleracji” jest niemoralna i łamie jest serce. Mało tego. Przeciwna temu procederowi jest nawet żona prezydenta Melania Trump. Jej agent powiedział telewizji CNN: „Pani Trump cierpi widząc, jak dzieci są odbierane rodzinom i ma nadzieję, że obie strony [granicy meksykańsko-amerykańskiej] opracują w końcu udaną reformę polityki imigracyjnej”.

Zeszłotygodniowe protesty odbywały się pod szyldem koalicji organizacji społecznych „Families Belong Together” (Rodziny powinny być razem). Platforma ta opowiada się przeciwko rozdzielniu rodzin i innym naruszeniom praw człowieka przez aparat nadzoru imigracji w USA. Żąda podjęcia natychmiastowych działań celem powstrzymania nieludzkiego traktowania imigrantów.
Rozdzialanie rodzin i odbieranie dzieci przez USA oficjalnie potępiła Rada Praw Człowieka ONZ.