Pieniądze w rękach dziecka to pożar?

Jeśli już dajemy im kasę, to pozwalajmy wydawać na co chcą. Najwyżej udzielajmy dobrych rad, żeby nie wydawały na kompletne już bzdury. A jak wszystko wydadzą, nie wypłacajmy im przed terminem.

Czy dzieci powinny mieć własne pieniądze? – to pytanie chyba nie budzi kontrowersji. Wiadomo, że jakieś powinny mieć. Jednak, jeśli zapytamy czy powinny je samodzielnie wydawać w dowolny sposób – to prostej odpowiedzi już nie uzyskamy. Dzieci o finansach będą wiedziały tyle ile przekażą im rodzice, bądź nauczyciele.
Dorośli zaś do tego zadania powinni podchodzić w sposób odpowiedzialny, bo przecież nikt nie chce by jego dziecko przekonane było, że pieniądze biorą się z bankomatu i nie trzeba na nie pracować.

Od najmłodszych lat

Z badań barometru Providenta wynika, że aż 90 procent z nas uważa, że dzieci w wieku szkolnym powinny być edukowane finansowo.
Z drugiej jednak strony dwa raporty – jeden Fundacji Kronenberga, a drugi Banku Santander pokazują, że więcej niż połowa Polaków nie włącza dzieci do rozmów o finansach ani nie edukuje ich ekonomicznie.
Któż jednak, jak nie rodzice, powinien to robić? Szkoła może nie do końca wywiązać się z tego obowiązku, bo w programie edukacji podstawowej wciąż nie ma przedmiotów na serio dotyczących finansów czy przedsiębiorczości.
Główny ciężar spoczywa, więc na rodzicach. I warto zdać sobie z tego sprawę, bo na razie zaledwie 17 procent dorosłych zachęca dzieci do odkładania pieniędzy. Jak ważna jest nauka oszczędzania chyba nikogo przekonywać nie trzeba? A o tym, że warto zacząć ją jak najwcześniej przypomina mądre przysłowie; „Czym skorupka za młodu nasiąknie…”.
Trzeba też wiedzieć, że odpowiednia edukacja ekonomiczna dziecka ma potem wyraźnie przełożenie na to jak finansowo radzi sobie ono w dorosłym życiu.

Zaświecić przykładem

Z drugiej jednak strony, nic nie działa na dzieci tak skutecznie, jak osobisty przykład rodziców.
Jeśli więc rodzice pieniędzy nie oszczędzają, bo, jak większość Polaków, po prostu nie mają czego odkładać, albo uważają za bzdurę odejmowanie sobie od ust teraz, by mieć trochę więcej w podeszłym wieku, kiedy już nie będzie zdrowia ani ochoty, by korzystać z oszczędności, to nie pomogą żadne perory edukacyjne.
Jeśli jednak w ogóle zaczynać przekonywanie potomstwa do oszczędzania, to w istocie odpowiedź jest jedna – najlepiej zaczynać jak najwcześniej.
Najpierw przez zabawę, a potem poprzez dawanie kieszonkowego. I nie ma większego znaczenia czy to będą drobne przekazywane codziennie do szkoły, czy też jedna większa suma przeznaczona na tydzień czy też na cały miesiąc. W te oba sposoby jesteśmy w stanie uczyć dziecko gospodarowania pieniędzmi na prawdziwych przykładach.

Duże pieniądze u małych

Co jednak zrobić, jeśli bachor będzie chciał za jednym razem wydać wszystkie pieniądze, które otrzyma na początku miesiąca na słodycze, jakieś karty z postaciami z gier czy na inne bzdury? Czy mu zabronić?
Raczej nie, może lepiej wytłumaczyć, jakie będzie miało to konsekwencje – i potem konsekwentnie nie dać mu ani grosza do końca miesiąca. Bo dziecko powinno poznać konsekwencje swoich decyzji.
Wbrew pozorom, nielaty mają co wydawać. To jak wielkimi pieniędzmi dysponują dzieci, obrazuje kwota pokazana w badaniu GfK Polonia w 2017 r. Chodzi bowiem o 285 milionów złotych miesięcznie, które wydają dzieci w wieku 5-17 lat w Polsce. Teraz, gdy działa program Rodzina 500 plus, ta kasa jest jeszcze większa.
Wspomniane pieniądze są zapewne nie całkiem samodzielnie wydawane przez dzieci, ale zawsze. Dodatkowo warto też pamiętać, że dzieci niemały wpływ na zakupowe decyzje rodziców. Wyjący bachor potrafi dla świętego spokoju, niemało wymusić na starych.
To wszystko razem czyni z dzieci ważną grupę konsumencką. Dlatego już dawno nikogo nie dziwi, że bardzo wiele reklam skierowanych jest bezpośrednio do dzieci a nie do dorosłych.

Jak dawać pieniądze?

Jeśli chodzi o dawanie dzieciom pieniędzy to rodziców można podzielić na trzy grupy – jedna trzecia daje im kieszonkowe regularnie, ponad połowa nie daje pieniędzy w ogóle, a piętnaście procent daje im na wszystkie potrzeby i na każdą zachciankę.
Dzieci tej ostatniej grupy rodziców w przyszłości mogą być najbardziej pokrzywdzone, choć nie muszą.
Przyzwyczajenie dzieci do tego, że dostają od rodziców pieniądze na wszystko i wszędzie może doprowadzić do rozrzutności czy nieumiejętności oszczędzania w dorosłym życiu – ale też może wyzwolić u nich życiowy spryt, polegający na umiejętności znajdowania bogatego partnera życiowego (co dobrze wychodzi zwłaszcza paniom).
Eksperci, np. z portalu edukacyjnego Viem.pl, uważają, że tym najmniejszym dzieciom, najlepiej dawać gotówkę, którą będą gromadziły w skarbonce. Starszym zaś dobrze jest założyć prosty rachunek bankowy – najlepiej poszukać takiego konta, które jest darmowe i będzie w jasny i przejrzysty sposób pokazywało stan finansów dziecka, by dowiedziało się ono czegoś o finansach i bankowości oraz przekonało czym są odsetki?
Problem w tym, że dziś w Polsce odpowiedź na to pytanie może być dość myląca, bo dzieci dowiedzą się najwyżej, że odsetki są dodatkową sumą, która po jakimś czasie powinna być dopisywana do kwoty rachunku – ale w naszym kraju jej wysokość jest niezauważalna, co oznacza, że nie warto oszczędzać w banku. Nauka może więc przynieść owoce odwrotne od zamierzonych.

Edukacja, głupcze

Dzieci jednak warto uczyć o pieniądzach, bo pod względem wiedzy i świadomości finansowej Polska zajmuje miejsce w ogonie trzydziestu państw OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), co w oczywisty sposób odbija się na naszym dobrobycie.
– Edukacja finansowa powinna być jednym z kluczowych elementów w rozwoju młodych ludzi. Dzięki niej kształtują oni swoje finansowe postawy i w przyszłości są w stanie podejmować właściwe decyzje dotyczące np. inwestycji, które pomogą im zgromadzić oszczędności na emeryturę i zabezpieczyć rodzinę – wypowiada, dość oczywisty pogląd, ekspertka Agnieszka Książek.
Często nie uczymy jednak dzieci tak jak należy. Może to wynikać z tego, że choć naprawdę chcielibyśmy przekazać im wiedzę finansową, to sami niewiele wiemy, więc przekazujemy ją w zły sposób. Podejście większości Polaków do finansów, ekonomii czy przedsiębiorczości jest w wielu przypadkach negatywne i na sam dźwięk słowa „ekonomia” czy „gospodarka finansowa” dostajemy drgawek, a przecież każdy z nas nosi portfel w kieszeni.
Co robimy nie tak? Największym błędem jest oczywiście wyłączanie dzieci z dyskusji o finansach, pracy, zarobkach czy na przykład o promocjach w sklepach i tłumaczeniu, na czym one polegają (zwłaszcza jeśli, co częste, są one oszukańcze).
Często jest też tak, że jeśli jednak dajemy już pieniądze naszym pociechom to na przykład płacimy im za pracę w domu, czyli wyrzucanie śmieci, wieszanie prania. Najgorszym zaś rozwiązaniem jest płacenie za posprzątanie swojego pokoju – bo trzeba od dzieciństwa uczyć się, że we wspólnocie jaką stanowi rodzina, pewne czynności wykonywane są za darmo. Innymi błędami są chociażby finansowe nagradzanie za dobre oceny w szkole lub wreszcie, nie pozwalanie wydawania kieszonkowego na zachcianki dzieci.
Zasada powinna więc być taka – jeśli już dajemy i te pieniądze stają się ich, to należy im pozwalać wydawać na to co chcą. Rolą rodziców powinno zaś być udzielanie dobrych rad (których dzieci oczywiście mogą nie słuchać).

Samo dosypywanie pieniędzy nie wystarczy

Program 500 plus należy uzupełnić działaniami prorodzinnymi, pozwalającymi na to, aby posiadanie dzieci nie kłóciło się z efektywnym i opłacalnym wykonywaniem pracy.

Całkowity koszt programu Rodzina 500+ w nowym, rozszerzonym kształcie wyniesie około 42 mld zł rocznie.
Czy będą to dobrze wydane pieniądze?

Drogo i nie zawsze sensownie

Należy zgodzić się z argumentacją ekspertów zajmujących się świadczeniami publicznymi, transferami społecznymi, którzy wskazują, że Polska przeznacza zbyt mało środków na usługi społeczne i relatywnie dużo – ale nie zawsze efektywnie – na transfery socjalne.
Zatem, wydaje się, że bardziej racjonalne, oraz znacznie mniej kosztowne, byłoby zastosowanie innego wariantu pomocy, z uwzględnieniem pierwszego dziecka w rodzinie.
Ponieważ dziś sztywny próg dochodowy przy świadczeniu na pierwsze dziecko może całkowicie pozbawiać wypłaty z programu przy minimalnym choćby przekroczeniu wyznaczonej granicy, zamiast bezwarunkowego rozszerzania programu Rodzina 500+ na pierwsze dziecko, należałoby wprowadzić mechanizm „złotówka za złotówkę“.
Taki system nie zabiera całkowicie świadczenia po przekroczeniu, choćby o wspomnianą złotówkę, kryterium dochodowego – ale stopniowo je zmniejsza.

Sposób na oszczędność

Dzięki rozwiązaniu stosującemu zasadę „złotówka za złotówkę”, rodzice otrzymywaliby świadczenie pomniejszone o kwotę o jaką przekroczyli kryterium, a świadczenie trafiłoby, przynajmniej w części, do tych rodzin, które mają wprawdzie niskie dochody, ale nieznacznie przekraczają kryterium.
Polityka wsparcia kierowana byłaby wtedy do tych rodzin, które są w najgorszej sytuacji i tego wsparcia rzeczywiście potrzebują. Oszczędności budżetowe byłyby spore. Eksperci szacują, że wprowadzenie zasady „złotówka za złotówkę” mogłoby przynieść ok. 2 miliardy złotych rocznie.
Zaoszczędzone w ten sposób fundusze rząd mógłby przeznaczyć na inne, ważne elementy polityki społecznej. Wiadomo nie od dziś, że to nie tylko pieniądze otrzymywane przez rodziców decydują o tym, ile zechcą oni mieć dzieci. Służyć temu powinna cała polityka rodzinna, ułatwiająca opiekę nad dzieckiem i łączenie obowiązków zawodowych z rodzicielskimi.
By to osiągnąć, oprócz wspomnianej zmiany w samej konstrukcji programu „Rodzina 500+”, konieczne są też inne ważne działania: zwiększenie dostępności opieki dla niemowląt i dzieci w wieku przedszkolnym, wspieranie finansowe przez pracodawców i państwo równego dzielenia się obowiązkami opiekuńczymi przez matkę i ojca, uelastycznienie na życzenie rodziców ich czasu i miejsca pracy.
Tyle, że zrobienie tego wszystkiego wymaga pomyślunku i sensownych działań organizacyjnych – a to znacznie trudniejsze, niż proste dosypanie gotówki.

Nie wymyślą, ale mogą naśladować

Rząd Prawa i Sprawiedliwości wprawdzie nie wykazuje ani woli, ani ochoty do rzeczywistych działań prorodzinnych, ale nie musiałby niczego wymyślać od zera. Przykładów jest aż nadto.
Polski rząd mógłby zatem wykorzystać doświadczenia innych europejskich państw, powszechnie uważanych za wzorcowe jeśli chodzi o skuteczną politykę społeczną, na przykład Francji i Szwecji. Oba prowadzą politykę skutecznie wpływającą jednocześnie na poprawę poziomu opieki nad dziećmi, na kondycję materialną rodzin i na wzrost zatrudnienia kobiet.
Ten ostatni czynnik nie jest bez znaczenia, bo okazuje się, że więcej dzieci rodzi się w krajach, gdzie matki częściej pracują, a odpowiedzialność za opiekę nad dziećmi w szerszym zakresie bierze na siebie państwo.
Kraje te stwarzają także prawną możliwość elastycznego dostosowania czasu i sposobu uczestnictwa w rynku pracy, głównie poprzez zatrudnienie na część etatu lub pracę z domu.
Przyjęcie powyższych rozwiązań w Polsce wydaje się niewykonalne organizacyjne i mentalnie, zwłaszcza przez rząd PiS. Premier Mateusz Morawiecki, któremu przecież musi zależeć na kondycji naszego trzeszczącego budżetu, nie jest tym zainteresowany. Byłoby to jednak znacznie bardziej skuteczne oraz „strawne’ dla budżetu państwa bez powiększania zadłużenia.
Wtedy premier już nie musiałby apelować do bardziej zamożnych Polaków by nie korzystali z wypłat 500 plus, za pomocą chwytania ich za serce (co nie wszyscy lubią) i takich słów: „Każdy, kto jest bogaty, kto ma dużo środków i sumienie, czy serce mu podpowiada, to nie bierze tych środków i znam takich ludzi bardzo, bardzo wielu“.
Nie wiadomo, jak szeroki jest ten altruistyczny krąg znajomych premiera, ale podobne apele nie wydają się właściwą ani skuteczną metodą dbałości o finanse publiczne. I zwykle są głosem wołającego na puszczy.

Trzy cenne cele

W uzasadnieniu do rozszerzenia programu Rodzina 500 plus, Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło następujący opis celowości tej inicjatywy: „Działania Rządu w zakresie polityki rodzinnej koncentrują się w szczególności na trzech wymiarach: demografia, tj. wzrost liczby urodzeń, ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci, inwestycja w rodzinę (poprawa „jakości” kapitału ludzkiego).“
Co do pierwszego, przedstawionego przez rząd celu, czyli wzrostu liczby urodzeń, okazuje się, że w 2018 r. urodziło się mniej dzieci niż rok wcześniej. Po nieznacznym wzroście tych urodzeń w 2016 r. (o 1 proc.) nastąpił powrót do tendencji spadkowej obserwowanej od 2010 r., a udział urodzeń pierwszego dziecka zmniejszył się z 48,7 proc. w 2010 r. do 42,9 proc. w 2017 r. Jak oceniają eksperci, widać, że 500+ to nie jest rozwiązanie, które zachęca do rodzicielstwa.
Jeśli chodzi o drugi cel: „ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci“, dane statystyczne oraz opinie analityków wskazują, że Rodzina 500+ rzeczywiście dobrze działa działa w tym ważnym obszarze – i skutecznie pomaga rodzinom żyjącym w skrajnym ubóstwie. Jak podkreśla Business Centre Club, ma to jednak również nienajlepszy wpływ na rynek pracy, ponieważ rodzice w ponad 1,5 mln gospodarstw domowych (czyli grupie ok. 2,5 mln dorosłych) zaczęli zastanawiać się, czy warto, by współmałżonek poszedł do pracy i zaczął starać się o poprawę swoich kwalifikacji.
„W wielu przypadkach odpowiedź była negatywna, oparta na logicznym, finansowym uzasadnieniu” – ocenia BCC.
Natomiast trzeci, wskazany cel czyli „inwestycję w rodzinę i poprawę „jakości” kapitału ludzkiego)“ trudno wymiernie ocenić. Pytanie natomiast, czy środki na taką „inwestycję w rodzinę“ zostały właściwie zaadresowane?.
Brak kryterium dochodowego pozwolił na skierowanie wsparcia także do rodzin doskonale sytuowanych, co zwiększyło koszt programu i spowodowało ograniczenie wydatków na inne, ważne cele społeczne. Tymczasem ich realizacja paradoksalnie pomogłaby osiągnąć zakładane cele Rodziny 500+.

Bo tak

Wyrazy uznania pragnę złożyć na ręce redaktora Kacpra Sulowskiego za materiał „Po podpaski sam nie pójdę. Za dużo rodzajów” w Dużym Formacie. Samotni ojcowie, których sylwetki opisał, stanowią format bezwzględnie duży. Autor w poruszający sposób oddał codzienną walkę o przetrwanie od momentu otwarcia oczu rano, gdy rozlega się pierwsze wołanie: „tata, siku!”.
„Płacz jest dobry, ale w nocy, żeby Maciuś nie widział. Latałem za nią jeszcze w krótkich majtach” – relację 32-letniego Roberta zapamiętam na długo. Gdy jego partnerka zginęła w wypadku, długo zadawał sobie pytanie, czy da radę. Musiał dać.
Gdy jego syn Maciuś pyta, „skąd się bierze burza”, ojciec musi przewalczyć dławiące w gardle poczucie wstydu, że nie ma studiów wyższych i wezwać na pomoc doktora Google, by wyczerpująco odpowiedzieć. Czego w takich chwilach najbardziej obawia się Robert? Żeby Maciuś pewnego dnia nie pomyślał, że ma „ojca tępaka”.
Inny z bohaterów reportażu, Daniel, lat 41, drży o swoją córkę. Czy chłopak, z którym ostatnio wróciła do domu z kina, jest godzien zaufania? „Jak skrzywdzisz mi córkę, to będzie to twój ostatni błąd w życiu” – powtarza sobie w myślach, stojąc w oknie po dwudziestej drugiej.
Daniel sam miewa dylematy dotyczące seksualności – własnej. Bo przecież oprócz tego, że tatą, jest też mężczyzną. Już prawie o tym zapomniał. A ma przecież potrzeby, pragnienia. Chciałby jeszcze kiedyś być z kimś blisko. Z drugiej strony – gdyby miało na tym ucierpieć którekolwiek z dzieci, nigdy by sobie tego nie wybaczył. Niedawno odkrył bieganie – cudowną odskocznię, lek bez recepty na całe zło. Kiedy biega, czuje, że znów ma 17 lat, jest dawnym Danielem – sprzed odejścia partnerki. Patrzącym na życie przez różowe okulary. O sobie mówi, że stara się nie poddawać – „ani w biegu ani w życiu”…
Poruszające? Tak. Godne docenienia? Jak najbardziej.
A teraz pomyślcie, ile znacie podobnych historii z Katarzyną, Anną, Danutą czy Elżbietą w roli głównej. Ile ich mijacie codziennie na swojej klatce schodowej, ile z nich widujecie w kolejce w ośrodku pomocy społecznej. A może sami jesteście ich dziećmi, dziećmi samotnych matek, pieczołowicie sadzanymi na nocnik?
Ich historie nie brzmią już tak wzniośle. Ich dylematy są pospolite, banalne. Ich pragnienie miłości kwitujemy krótkim „niech się dziećmi zajmie, zamiast za chłopami latać, matką jest”. Dla reportażystów kobieta samodzielnie wychowująca dziecko jest już oswojonym zjawiskiem medialnym, no chyba że urodziła szesnastkę, czwórka jest ciężko chora albo wystąpiły inne sensacyjne, a najczęściej dramatyczne okoliczności, które predestynują do zostania „tematem dla Uwagi”. Nie ujmuję bohaterom tekstu redaktora Sulowskiego ani grama determinacji, poświęcenia, miłości do dzieci. Ale specyficzny sposób prowadzenia narracji przez autora nie przestaje mnie uwierać: trud sadzania na nocnik nawet pięćdziesiąt razy kiedy trzeba, konieczność odpowiadania na ciekawskie pytania i objaśniania świata, konieczność chodzenia na wywiadówki i dowiadywania się o dwói w dzienniczku, wreszcie umiejętność ugotowania zupy opisano z niewyobrażalnym patosem, w tonie nieustannego zadziwienia heroizmem mężczyzn, którzy wybrali jasną stronę mocy, a przecież mogli wybrać ciemną. Wybrali trud rodzicielstwa (nota bene często zaczynają zapoznawać się z pojęciem „wychowywania” dopiero, gdy zabraknie kobiety), choć mogli od niego uciec jak setki innych przed nimi i też świat nie przestałby się kręcić. Nikt w tym tonie nie mówi o setkach Katarzyn, Ann, Magdalen, które „skoro mają dzieci” to bohaterkami dnia codziennego muszą być niejako z automatu. Bo tak.

Nasze najdroższe dzieci

Polski system wspierania rodzin za pomocą bezpośredniego transferu gotówki prawdopodobnie będzie najkosztowniejszy na świecie.

Od 1 lipca program Rodzina 500 plus zostanie rozszerzony – świadczenia będą przysługiwały wszystkim dzieciom do 18. roku życia. Nie będzie żadnego kryterium dochodowego, a to oznacza transfer pieniężny dla wszystkich rodzin z dziećmi.
Rozszerzenie programu Rodzina 500 plus na każde dziecko to wydatek dodatkowo ok. 20 mld zł rocznie.

Biedne kraje mniej łożą na dzieci

Całkowity koszt realizacji tego programu będzie oscylował prawdopodobnie w okolicach 40 mld złotych rocznie. Gdy Eurostat zaktualizuje dane dotyczące zabezpieczenia społecznego w Polsce i innych unijnych krajach, zapewne okaże się, że polscy podatnicy (przedsiębiorstwa oraz konsumenci) są najbardziej hojni na świecie.
Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO) przeanalizowała programy zabezpieczenia społecznego na całym świecie. Wynika z nich, że średniorocznie świat wydaje na świadczenia dla dzieci (zarówno gotówkowe, jak i rzeczowe czy w formie usług) zaledwie 0,4 proc. produktu krajowego brutto.
Poza Zachodnią Europą nie ma regionu na świecie, gdzie ta pomoc przekraczałaby 1 proc. PKB. Wyłączając Stary Kontynent, tylko kilka zamożnych krajów świata (Australia, Nowa Zelandia, Izrael) przeznacza więcej niż 2 proc. PKB na transfery dla dzieci.
Nie są to jednak tylko cykliczne świadczenia gotówkowe, lecz także opłaty za przedszkola i mieszkania dla uboższych rodzin, dofinansowania posiłków w szkole lub opieki zdrowotnej, jak również pomoc w domu. Przybierają one też postać wsparcia rzeczowego – np. ubrań dla dzieci.
Znaczna część krajów (75 ze 183 zamieszczonych w analizie ILO) w ogóle nie prowadzi programów wsparcia dla dzieci. Z kolei te, które są, bywają powiązane z zatrudnieniem lub zależą od dochodu świadczeniobiorców.
W rezultacie można stwierdzić, że poza Europą i kilkoma krajami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) transfery gotówkowe dla rodzin mających dzieci są symboliczne lub w ogóle ich nie ma.
Bogata Unia Europejska przoduje w pomocy rodzinom z dziećmi.
Najnowsze dane Eurostatu (za 2016 r.) pokazują, że najwięcej na pomoc dla dzieci wydają kraje zamożne: Dania, Luksemburg, Norwegia, Niemcy oraz Finlandia. We wszystkich przypadkach jest to ponad 3,0 proc. PKB.
Jednak jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko transfery gotówkowe (np. wypłacane co miesiąc czy co kwartał lub te związane z urodzeniem dzieci bądź niskimi dochodami rodzin), to jedynie Luksemburg wyraźnie przekracza 2,0 proc. PKB (2,4 proc.). Pozostałe kraje przeznaczają znaczne środki na pomoc rzeczową i usługi, ale nie na wypłaty gotówkowe.

PO oszczędzała na maluchach

Polska przed wprowadzeniem pierwszej tury programu 500 plus wydawała 1,5 proc. PKB na świadczenia dla rodzin, w tym jedynie 0,8 proc. na transfery pieniężne (prawie najmniej z całej UE).
Po 2016 r. program Rodzina 500 plus znacznie zmienił tę statystykę. Transfery gotówkowe wzrosły do poziomu 1,8 proc. PKB i wyprzedzało nas w Unii tylko 6 państw.
W 2016 r. Polskie rodziny otrzymały 33,4 mld zł (już wraz z programem 500 plus).
Jak będzie po 1 lipca 2019 r.? Otóż, rozszerzenie tego programu poprzez likwidację kryterium dochodowego na pierwsze dziecko, spowoduje zwiększenie transferów do 53,5 mld. Wraz z wyprawką szkolną „Dobry Start” roczne koszty rosną już do ok. 55 mld zł, czyli do 2,8 proc. PKB.
Z tego wynika, że Polska będzie miała największe w Unii Europejskiej transfery gotówkowe do rodzin w relacji do PKB. Poza Luksemburgiem (2,4 proc.) w innych krajach te świadczenia są przynajmniej o 0,8 pkt proc. niższe.
Wsparcie rodzin gotówką od państwa (czyli de facto od podatników) poza Unią jest mało popularne. W rezultacie polskie transfery pieniężne dla dzieci, głównie w postaci programu Rodzina 500 plus, będą od 1 lipca największe na świecie – ocenia Cinkciarz.pl.

Nie bójmy się ratingów

Czy wszystkie te transfery mogą się odbić na ocenach agencji ratingowych?
Pamiętajmy, że Polska nieco ponad trzy lata temu przeżywała pewne problemy w związku nagłym cięciem ratingu przez S&P. W styczniu 2016 r. kurs euro tylko w ciągu jednej sesji wzrósł o 10 gr. Poszybowały w górę rentowności obligacji skarbowych, a wśród inwestorów zagranicznych zaczęły się pytania – co dalej z kondycją polskiej gospodarki, która przez lata była uważana za lokalnego, a może nawet i światowego lidera krajów rozwijających się?.
Z perspektywy czasu widać, że decyzja S&P była przesadzona. Ryzyka instytucjonalne (np. te związane z Narodowym Bankiem Polskim) się nie zmaterializowały, a relacja długu do PKB była znacznie korzystniejsza, niż można było się tego spodziewać trzy czy cztery lata temu. Finalnie S&P wycofał się ze swojej decyzji ze stycznia 2016 r. i rating Polski powrócił do wartości A-.
Tym razem Fitch, jako pierwsza z trzech głównych agencji ratingowych, wypowiada się na temat zmian fiskalnych ogłoszonych pod koniec lutego przez rządzącą w Polsce koalicję. Większość tych środków zostanie przeznaczona na program Rodzina 500+ dla pierwszego dziecka oraz na trzynastą emeryturę.
Stanowisko tej agencji nie jest szczególnie alarmistyczne. Opublikowany komunikat sugeruje, że znaczny koszt tych programów nie spowoduje wyraźnego przyspieszenia tempa wzrostu PKB w porównaniu do wcześniejszych szacunków. „Korzyści wzrostu pochodzące z zaproponowanych zmian fiskalnych prawdopodobnie będą umiarkowane, a konsumpcja gospodarstw domowych będzie ich bezpośrednim beneficjentem” – ocenia agencja. Spodziewa się ona, że dynamika PKB osłabi się w 2020 r. do poziomu 3 proc. ze względu na „zmniejszanie się wzrostu inwestycji” – i zwraca uwagę, że jeżeli administracja nie znajdzie dodatkowych przychodów, deficyt w 2020 r. może zostać popchnięty w stronę 3-procentowej granicy wszczęcia unijnej procedury nadmiernego deficytu”. Przegląd samego ratingu odbędzie się 29 marca. Prawdopodobnie tego dnia żadna decyzja dla Polski nie zostanie ogłoszona.

Flaczki tygodnia

„Ręce precz od naszych dzieci!”. To zawołanie zadudniło w każdym zakątku IV Rzeczpospolitej.

W pierwszej chwili Flaczki myślały, że pan prezes wystąpił w obronie swych dzieci poczętych, lecz nienarodzonych. Dwóch ślicznych, bliźniaczych wież płodzonych przez pana prezesa z austriackim biznesmenem i swą najbliższą rodziną. Dwóch dumnych wieżowców tworzonych na obraz i podobieństwo i wieczną chwałę panów braci Kaczyńskich. Wież poronionych w efekcie bezpłodnego związku Polaków z obcym narodowo i religijnie Austriakiem.
Gdyby pan prezes nie zapomniał o narodowych korzeniach, o Wandzie dumnej Polce, która nie chciała niemieckojęzycznego męża, gdyby postawił na czysto polskiego dewelopera, na polskich architektów, to pewnie już dziś chrzcił by pan prezes swe dwa srebrne bliźnięta.

„Ręce przecz od naszych dzieci”, echo niosło po kraju naszym całym. I w drugiej chwili Flaczki pomyślały, że pan prezes wreszcie wystąpił do hierarchów polskiego kościoła kat. Biorących pod swą obronę zwyrodniałych księży pedofilów. Że zakrzyknął „Ręce precz!” do tych przebierających się w księże sukienki pedofilów katujących polskie dzieci. Wykorzystujących w obrzydliwy sposób swą pozycję człowieka-boga. Wykorzystujących powszechny brak edukacji seksualnej wśród Polaków. Tych dorosłych i dzieci. Ale szybko okazało się, że to nie łamiący prawo i ład moralny pedofile przeszkadzają panu prezesowi.

Okazało się, że to prezesowskie zawołanie skierowane było do osób homoseksualnych, które chciałby żyć w związkach partnerskich, podobnych heteroseksualnym małżeństwom, i jeszcze adoptować dzieci. Bo swoich mieć nie mogą. Jak wiele heteroseksualnych małżonków. Ci zaś dzieci adoptować mogą.

Było skierowane do homoseksualistów, ale nie tylko. Tak naprawdę te „Ręce precz od naszych dzieci” to jest kolejna próba zmobilizowania konserwatywnych, narodowo – katolickich, słabo wykształconych wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Zbudowania kolejnej wspólnoty wyborczej opartej na strachu przed atakiem obcych.

Najpierw dla wyborców PiS takimi obcymi byli „komuniści i złodzieje”. Wtedy kaczystom udało się podzielić polskie społeczeństwo. Skutecznie szczuć jednych na drugich. Potem przyjść mieli „uchodźcy zarażający tyfusem i wszawicą”. Wtedy jeszcze większy sukces osiągnęła kaczystowska szczujnia. Następnie straszakiem była „ideologia gender”. Tu jednak była totalna klapa, bo nawet najbardziej zakłamani kapłani kaczystowskiej szczujni, jak choćby pan minister Jarosław Sellin, nie potrafili „ciemnemu ludowi” wyjaśnić o co w tym „żenderze” chodzi. Poza to, że w „genderze” chłopcy muszą przebierać się w sukienki. Czyli robią to co wszyscy księża z kościoła kat.

Potem kreowano „POstkomunę”, czyli wskazywano na Platformę Obywatelską jako dziedziczkę starej, ohydnej „komuny”. Bo szczucie na „komunę”, czyli SLD, już im nie wystarczało. Chwilowo takim straszakiem – wrogiem była zmartwychwstała „żydokomuna”. Ale czujny amerykański Wielki Brat szybko wytargał PiS elity za uszy, niczym uczniaków w szkole. Dał im wyraźny sygnał, że wara kaczystom od izraelskiego sojusznika. Że kaczyści mają trzymać swe antysemickie modry na kłódki. Dlatego kaczyści już wiedzą, że na antysemityzmie narodowo – katolickiej wspólnoty budować nie mogą. Przynajmniej publicznie.

Skoro „komuna” już nie skutkuje, „uchodźcy” też już nie straszą, „Żydy” cicho – sza, bo Wielki Brat patrzy, to elitom intelektualnym PiS pozostali jedynie kosmici albo „pedały”.
Z kosmitów trudno straszaka przedwyborczego zrobić. Bo „ciemny lud” taki już głupi nie jest. Za to „pedały” były jak znalazł. Zwłaszcza, że jeden religijny gej, wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej udzielił długiego wywiadu „Dziennikowi. Gazecie Prawnej”. Tam zdradził swe marzenie. Marzenie religijnego geja, że kiedyś takie nadejdą czasy, kiedy i w Polsce pary homoseksualne będą mogły wychowywać adoptowane przez siebie dzieci.

Ponieważ „ciemny lud” nie czyta długich wywiadów, nawet tych znakomitych w „Dzienniku. Gazecie Prawnej”, to twórcy kłamliwej kaczystowskiej propagandy wyborczej, zakrzyknęli z radości. Ogłosili, że konkurencyjna Koalicja Europejska ma w swym programie nakaz wprowadzenia prawa, a nawet obowiązku, adoptowania dzieci przez pary homoseksualne. I zaczęli straszyć społeczeństwo polskie, że kiedy Koalicją Europejska wygra wybory do Parlamentu Europejskiego, to tenże Parlament Europejski, narzuci Polsce nowe, restrykcyjne prawo. Nakazujące adopcji niewinnych polskich dzieci, przez tak ohydnych „pedryli” jak
Paweł Rabiej.

Ale niech dzieci polskie nie tracą nadziei. Nie wpadną w „perdylskie łapska” jeśli zwycięży partia pana prezesa Kaczyńskiego. Od niedawna ojca „naszych dzieci”.

Pan prezes Kaczyński kreuje się nie tylko na ojca „naszych dzieci”, ale jeszcze strażnika moralności. Recenzenta moralności katolickiej wszystkich innych obywateli naszego kraju. I surowej ręki sprawiedliwości kaczystowskiej karzącej za odstępstwa od tej kato-moralności.

Ale jest to typowa moralność fasadowa. Polegająca na tym, że kaczyści głoszą pięknie brzmiące zasady moralne, narzucają wypełnianie ich zarządzanemu przez siebie społeczeństwu, ale sami już ich nie przestrzegają. Pan prezes Kaczyński szalenie dba o polskie dzieci rzekomo zagrożone „perdylsimi” adopcjami, ale nawet nie zająknie się w obronie dzieci gwałconych przez księży pedofilów. Tak jak katoliccy hierarchowie chronią księży pedofilii, tak pan prezes Kaczyński chroni swego posła Stanisława Piotrowicza, który wcześniej, jak prokurator, ochraniał pedofilii w księżowskich sukienkach. Pan prezes Kaczyński obłudnie kreuje zagrożenia polskich dzieci, a boi się wystąpić przeciwko autentycznym, pedofilskim zagrożeniom.

Pan prezes Kaczyński rozpoczął walkę z edukacją seksualną w szkole. Bo ona rzekomo „deprawuje dzieci”. Gdyby pan prezes miał dzieci, choćby te adoptowane, to pewnie posłałby je na lekcje religii katolickiej i na nauki przed pierwszą komunią. I wtedy dowiedziałby się jakie to katusze przezywają te dzieci podczas spowiedzi, kiedy zmusza się je do intymnych, zwykle niezrozumiałych Dia nich, wyznań. Do opowiadania gdzie dotykają się podczas kąpieli, czy bawią się siusiaczkami, a jeśli nie, to dlaczego? Kiedy straszy się ich piekłem za takie dotyki.

Elity PiS traktują obywateli Polski jak dzieci. Pan minister Szczerski każe nauczycielom rozmnażać się, a sam jest czterdziestoletnim, bezdzietnym kawalerem. A przecież nie musi żyć w celibacie. Pan prezes Kaczyński nakazuje zdziecinniałym Polakom żyć wedle katolickich przykazań, a jego najbliższa rodzina przoduje w ich łamaniu. Jego bratanica miała już kilkoro mężów, choć nie owdowiała. Jego siostrzenica żyje z Austriakiem bez katolickiego ślubu. Jego kuzynkowie są bohaterami obyczajowych plotek, bo mają nieślubne „kochanice”. Jego przybrany syn, pan prezes Jacek Kurski to zbiór wszelkich, katolickich grzechów. A pan prezes ani mru-mru.

Patrząc na zgniliznę moralną panującą w rodzinie pana prezesa Kaczyńskiego, to właśnie im należałoby prawnie zakazać adopcji polskich dzieci.

Wciąż nie chcą płacić

Nie pomagają różne metody, wymyślane przez nasze państwo przeciwko niesolidnym alimenciarzom. Trzeba na własną rękę walczyć z nimi o należne pieniądze.

 

Przypadki, gdy były partner uchyla się od obowiązku alimentacyjnego, nie są rzadkie. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, skala problemu wzrosła w ciągu pierwszego półrocza 2018 r. Łączne zaległości w płaceniu alimentów na dzieci wynoszą blisko 11,9 mld zł i dotyczą prawie 319 tys. osób. Średnio na jednego dłużnika alimentacyjnego przypada ponad 37 tys. zł zaległości. Nie oznacza to jednak, że odzyskanie przyznanych przez sąd pieniędzy jest zupełnie niemożliwe.
Jak podaje Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty”, problem zaległych alimentów dotyka w Polsce ponad 1 mln dzieci. Gdy zobowiązany rodzic nie płaci, ciężar utrzymania rodziny spoczywa na jednej osobie. Nawet miesiąc opóźnienia lub braku płatności może oznaczać początek problemów finansowych dla rodzica, który sprawuje realną opiekę nad dzieckiem.
Pierwszym z kroków, jakie należy podjąć w takiej sytuacji, jest próba polubownego rozwiązania sprawy.
– Przedstawmy byłemu mężowi lub żonie, na jak wysoką sumę zalega i wyznaczmy nowy termin na przekazanie środków. Niestety, zdarza się, że po rozwodzie mamy utrudniony kontakt z eks-partnerem. Wtedy o pomoc możemy poprosić firmę windykacyjną. Jest to wskazane, jeżeli drugi rodzic unika wszelkiego kontaktu. Firma windykacyjna podejmie się za nas mediacji z dłużnikiem alimentacyjnym – mówi radca prawny Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Jeśli mimo to były partner nie płaci alimentów przez dłuższy okres i unika polubownych rozwiązań, pozostaje nam oddanie sprawy do sądu i skorzystanie z pomocy komornika. Decyzja sądu, czyli wydany tytuł wykonawczy oraz sporządzony wniosek są podstawą do wszczęcia przez komornika egzekucji z majątku dłużnika. Komornik podejmuje wtedy działania, które mają na celu odzyskanie należności, zajmując np. do 60 proc. wynagrodzenia niepłacącego rodzica, z której pokrywane są roszczenia.
–W przypadku alimenciarzy posiadających legalne zatrudnienie, możliwe jest także złożenie bezpośrednio u pracodawcy wniosku o potrącenie wierzytelności alimentacyjnych zgodnie z tytułem wykonawczym. Wówczas pracodawca potrąca z pensji dłużnika zasądzoną kwotę i wypłaca ją osobie, która ma ustalone prawo do alimentów – dodaje radca Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Mając prawomocny wyrok sądu, nakazujący wypłacenie zaległych alimentów, można wpisać dłużnika do Krajowego Rejestru Długów. Osoba na takiej liście staje się niewiarygodnym kredytobiorcą w oczach banku i to będzie mieć nie tylko problem z zaciągnięciem kredytu, ale nawet z zakupami na raty. Gdy egzekucja komornicza jest bezskuteczna, można starać się o świadczenie alimentacyjne. Prawo do niego ma jednak wąska grupa rodziców, którzy znajdują się w szczególnej trudnej sytuacji finansowej (dochód na jednego członka rodziny nieprzekraczający 725 zł).

Niedorzecznik

Nad kandydaturą nowego Rzecznika Praw Dziecka debatowały sejmowe komisje. W piątek posłowie zagłosują za lub przeciw Mikołajowi Pawlakowi, pracownikowi Ministerstwa Sprawiedliwości.

 

Długo zastanawiałam się, o co chodzi: czy w naszym kraju najwyraźniej nie ma osoby kompetentnej, aby powołać ją na urząd RPD, skoro Sejmowi/Senatowi nie udało się to już cztery razy? Najpierw na straty poszli kandydaci opozycji: Ewa Jarosz i Paweł Kukiz-Szczuciński. Było to jednak dość oczywiste: pierwsza chciała 500-plusa dla wszystkich dzieci, a nie życzyła sobie klapsów; drugi już przez sam fakt leczenia arabskich dzieci z Syrii był podejrzany. Poległa Sabina Zalewska ze swoimi obawami o nastanie pajdokracji i oskarżeniami o plagiat. Też logiczne – robiłaby rządzącym zły PR.
Poległa wreszcie Agnieszka Dudzińska, szanowana w środowisku obyczajowa konserwatystka – i tu, szczerze mówiąc, przestałam rozumieć logikę sejmowych przepychanek. Dudzińska była wszak kandydatką idealną z punktu widzenia PiS. Ale na szczęście pojawił się on – cały na czarno. I wtedy doszło do mnie, że Zjednoczona Prawica ma bardzo konkretną wizję osoby, którą chce na ów urząd powołać. W żadnym wypadku nie może być to społecznik, lecz religiant.
Mikołaj Pawlak jest świętszy od samego papieża. Katolicko wykształcony od liceum, znawca prawa kanonicznego, nie uznający rozwodów (za wyjątkiem tych kościelnych, których udzielanie przez 11 lat opiniował). Chciał zresztą zmieniać prawo rodzinne tak, aby ex-małżonkowie w przypadku rozwodów bez orzekania o winie nie dostawali zwrotu kosztów sądowych. Zamiast bowiem zyskiwać po 3 stówki w kieszeni, po wyjściu z sali rozpraw powinni zacząć smażyć się w ogniu piekielnego potępienia. Pawlak domagał się, aby zaoszczędzone pieniądze w zamian szły na mediacje między małżonkami posiadającymi małe dzieci, aby za wszelką cenę ocalić ich od rozwodu.
To i tak jednak akcent humorystyczny w porównaniu z tym, co chciałby zapisać w ustawie o nieletnich: zbuduje ośrodki readaptacji społecznej (takie bardziej lajtowe poprawczaki), do których wsadzane będą już 13-latki. Żeby tylko. Według wizji nowego kandydata na RPD już 10-letnie dziecko mogłoby odpowiadać za popełnienie czynu karalnego. To zresztą kontynuacja polityki karnej Zbigniewa Ziobry (za pierwszej kadencji rządu PiS również chciał obniżyć wiek karalności – do 15 lat). Pawlak rozdysponował również znikomy procent ministerialnego funduszu służącego pomocy ofiarom przestępstw i resocjalizacji więźniów. Strach zapytać, na co w tym wypadku chciałby przekazać oszczędności. Może 600 plus na każde dziecko przeznaczone w przyszłości do seminarium?
RPD ma być urzędem służebnym wobec interesów najmłodszych – wobec dzieci z różnych środowisk, o różnym pochodzeniu i z różnym statusem majątkowym. Z rodzin pełnych i niepełnych, z rodzin adopcyjnych, patchworkowych, cudzoziemskich, nieheteronormatywnych. A także (co w całej sprawie „najstraszniejsze”): z rodzin po rozwodach. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że wybór tego kandydata zaspokoi potrzeby jedynie wąskiej grupy: ultrakonserwatywnych, głęboko wierzących rodziców, przekonanych o zbawiennej sile kar i autorytetu mierzonego klapsem.
Trzeba przyznać, że opozycja zagrała dziś wyjątkowo sprytnie: opiniując negatywnie kandydaturę Pawlaka, znalazła formalny wybieg, który można do niego przyłożyć: brak wymaganego pięcioletniego doświadczenia w pracy na rzecz dzieci lub z dziećmi. W departamencie spraw rodzinnych u Ziobry Pawlak pracuje bowiem dopiero od 2016. Rządzący natomiast pragną jeszcze „dopytywać go o życiorys”, mając nadzieję, że jednak „przepchną” go dalej. Sama nie wiem, czy bardziej chcę, żeby im się to w najbliższy piątek udało, czy jednak nie. Patrząc na tendencję w wyborach kolejnych kandydatów wskazywanych przez PiS, mam obawy, że następnym może okazać się sam arcybiskup Głódź.

Przemocowe dzieci

Brytyjska policja przyznaje, że jest bezradna wobec rosnącego poziomu przestępczości wśród dzieci i rosnącej brutalności młodych. I nie ma wątpliwości: to efekt cięcia wydatków na cele socjalne i profilaktykę.

 

Przedstawicielka kierownictwa organów ścigania, Jackie Sebire powiedziała brytyjskiej gazecie „The Times”, że przemoc dziecięca osiągnęła taki poziom, że kraj, a przynajmniej część jego regionów, przekształca się w „Dziki Zachód”. W ciągu ostatniego roku sytuacja jeszcze się pogorszyła. Obecnie najcięższych nawet przestępstw dokonują już 9-letnie dzieciaki. Często używanym przez nie niebezpiecznym narzędziem jest biała broń – noże i maczety. Według danych, cytowanych przez Sebire, od stycznia do lipca tego roku, poważnie poszkodowanych w wyniku napadów z użyciem niebezpiecznego narzędzia zostało 69 000 dzieci w wieku 10-15 lat. To porażająca liczba, o 4 tys. dzieci więcej niż w całym zeszłym roku. O 14 proc. wzrosła liczba morderstw, których ofiarami stały się dzieci. Dochodzi już do tego, że młodociani przestępcy dokonują aktów przemocy w środku dnia i w ruchliwych miejscach miast.

Przestępczość młodocianych, według słów innych przedstawicieli brytyjskiej policji, staje się poważnym kryzysem społecznym. Władze rozkładają ręce i zapowiadają, że będą poszukiwać rozwiązań problemu. Tyle, że same wcześniej przyczyniły się do jego sprowokowania, tnąc wydatki na programy profilaktyki przestępczości, zamykając ośrodki pracy z trudną młodzieżą i likwidując etaty pracowników interweniujących np. wśród młodych bezdomnych czy pracujących z uzależnionymi od narkotyków. Dlaczego? Oczywiście w ramach austerity, neoliberalnej polityki oszczędności, o której fatalnych skutkach dla brytyjskiego społeczeństwa powstało już niejedno studium.

Lekko nie było i lekko nie jest Wywiad

Z prof. MARIANEM SZAMATOWICZEM, ginekologiem-położnikiem, pionierem polskiego in vitro rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Jest Pan Profesor pionierem polskiego in vitro (1987) i wieloletnim szefem pierwszego de facto ośrodka zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce, jakim była Klinika Ginekologiczna Akademii Medycznej w Białymstoku. Proszę opowiedzieć o początkach swojej działalności w tej dziedzinie…

Diagnostyką i leczeniem niepłodności zajmowałem się od dawna. W 1978 roku w literaturze medycznej pojawiły się doniesienia o możliwości zapłodnienia pozaustrojowego i o urodzeniu dziecka w wyniku takiego zapłodnienia. Zespół angielski – profesor Robert Edwards, noblista i doktor Patrick Steptoe uznawani są za pionierów nowego sposobu leczenia przypadków niepłodności, wcześniej traktowanych jako nieuleczalne. W niedługim czasie ukazały się kolejne artykuły o urodzeniu dziecka z zapłodnienia pozaustrojowego w Indiach, w Australii, w Stanach Zjednoczonych i w innych niż Anglia krajach europejskich. Z uwagą śledziliśmy te doniesienia naukowe. W 1983 r. w czasie mojego pobytu w Szwecji, gdzie przebywałem jako „visiting professor”, w ośrodku w Goeteborgu, zobaczyłem naocznie jak się pozaustrojowe zapłodnienie realizuje. Bardzo skrupulatnie wynotowałem, jakie urządzenia trzeba zorganizować i po powrocie do kraju podjąłem z moim zespołem decyzję, że tę nowoczesną metodę leczenia niepłodności będziemy realizować w Białymstoku. Było to, w owym czasie, bardzo duże wyzwanie, nie było łatwo, przeżywaliśmy chwile zwątpienia, ale ostatecznie się udało i w listopadzie 1987 roku urodziło się pierwsze dziecko po zastosowaniu metody in vitro w Polsce. Byliśmy niewątpliwymi pionierami w naszym kraju, mamy jako zespół duży wkład w rozwój metod wspomaganej prokreacji. Na dzień dzisiejszy, można śmiało powiedzieć, że poziom leczenia niepłodności w Polsce nie odbiega od standardów europejskich i światowych. Jest tylko jedna bardzo istotna różnica. Leczenie metodami wspomaganej prokreacji w Polsce nie jest refundowane i bariera finansowa dla par mniej zamożnych stanowi zasadnicze ograniczenie.

 

Ile dzieci urodziło się w Polsce z zapłodnienia n vitro?

Z reguły pada pytanie ile dzieci z zapłodnienia in vitro urodziło się w Polsce, na świecie, a ile w ośrodku białostockim. Najbardziej wiarygodne są dane publikowane przez ESHRE w odniesieniu do dzieci urodzonych na świecie i wskazuje się, że liczba ta na dzień dzisiejszy przekracza 7 milionów. W Polsce można mówić o kilkudziesięciu tysiącach. Ośrodki białostockie, bo obecnie jest ich trzy, pomogły doczekać się potomstwa kilkunastu tysiącom par. Najbardziej szczegółowe dane można przytoczyć z pisma Ministerstwa Zdrowia (wrzesień 2018), z którego wynika, że w wyniku realizacji programu finansowania in vitro w latach 2013 – 2016 urodziło się 21 666 dzieci. W tym miejscu można dodać, że liczba urodzeń żywych na jeden cykl po in vitro oscyluje w granicach 30 procent, znacznie więcej niż w rozrodzie naturalnym. Ale trzeba pamiętać, że w tym samym czasie odnotowujemy około 70 procent niepowodzeń, ze wszystkimi negatywnymi skutkami. Dlatego też wyzwaniem dla nowoczesnej medycyny rozrodu jest poprawa skuteczności leczenia, ale również poszukiwanie stuprocentowych tzw. predykatorów, pozwalających przewidzieć wynik naszego postępowania.

 

Na co może liczyć bezdzietna para małżeńska, para partnerska, a także samotna kobieta, którzy zgłoszą się do któregoś z ośrodków w Białymstoku? Jaką procedurę muszą przejść? Jakie kryteria wypełnić? I na jakie koszty muszą być przygotowani?

Jeśli zgłasza się para z problemami bezdzietności, to pierwszym bardzo istotnym etapem jest ustalenie przyczyny niemożności zajścia w ciążę. Rozród u człowieka jest procesem złożonym i ustalenie przyczyny nie zawsze jest możliwe, stąd też niemały odsetek przypadków niepłodności o nieustalonej przyczynie (unexplained infertility). Zespół Klinik Rozrodczości i Ginekologii w Uniwersyteckim Szpitalu w Białymstoku jest w pełni przygotowany i laboratoria są bardzo dobrze wyposażone aby prowadzić diagnostykę na bardzo wysokim poziomie. W zależności od rozpoznanej przyczyny, proponuje się leczenie bądź farmakologiczne, zabiegowe, bądź – wreszcie – metody wspomaganej prokreacji, które dla pewnej grupy przypadków są jedyną szansą na potomstwo, dla innej – szansą ostatnią.

 

Jak ocenia Pan aktualny stan uregulowania prawnego stosowania w Polsce metody in vitro i jakiego stanu prawnego Pan oczekuje?

W Polsce obowiązuje ustawa z dnia 25 czerwca 2015 r. o „Leczeniu niepłodności”. Ustawa ta nie jest tak restrykcyjna jak we Włoszech czy w Niemczech, nie ma zapisów tak liberalnych jak np. w Anglii, Belgii, Hiszpanii, w krajach skandynawskich itp., ale pod rządami tej ustawy przytoczone wyniki Rządowego Programu Leczenia Niepłodności udowodniły, że skuteczność leczenia za pomocą in vitro w Polsce może być bardzo wysoka. Artykuł 5. ust 1. zatytułowany: „Leczenie niepłodności” obejmuje sposoby leczenia a punkt 5-ty mówi: „Procedury medycznie wspomaganej prokreacji w tym zapłodnienie pozaustrojowe prowadzone w ośrodku medycznie wspomaganej prokreacji”. Wcześniej wspomniałem, że w Polsce zasadniczą przeszkodę w nowoczesnym leczeniu niepłodności stanowi bariera finansowa. Nie przytoczę szczegółowych danych, ale od kierowników ośrodków stosujących in vitro wiem, że liczba zabiegów radykalnie się zmniejszyła. I tutaj pomoc samorządów, na razie nielicznych, które finansują procedurę in vitro dla swoich mieszkańców posiada ogromne znaczenie. Mam nadzieję, że nowe samorządy bardziej zaangażują się w pomoc finansową tym z mieszkańców, którzy pragną i nie mogą doczekać się potomstwa.

 

Krytyka i ataki prawicowych polityków, wymysły w rodzaju „bruzdy księdza Longchamps de Bérier”, niechętna postawa Kościoła kat. – to tylko niektóre przeszkody na drodze do swobodnego rozwoju in vitro w służbie społeczeństwa i rodziny. Czy presja ideologiczna w tej mierze nadal jest tak silna, jak jeszcze kilka lat temu?

Prawicowi politycy i nie tylko, którzy nie akceptują metody in vitro jako „nowoczesnego narzędzia” w leczeniu niepłodności, stosują bardzo niewybredną retorykę: o mordowaniu dzieci, o znamionach w postaci bruzdy, o licznych defektach itd. itp. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że na świecie żyje wiele milionów dzieci i ich szczęśliwych rodziców. Po prostu, nie uznają podstawowego prawa wynikającego z Uniwersalnej Deklaracji Praw Człowieka, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. Chcą stosować w praktyce wykładnię teologiczną, która daje prawo do prokreacji, stwarza potencjalną szansę na bycie rodzicem w wyniku kontaktów seksualnych. Problem w tym, że dzieci po in vitro nie rodzą się w następstwie stosunków płciowych. Medycyna rozrodu zna wiele przypadków, że bez pomocy metod wspomaganej prokreacji nigdy nie urodzą się dzieci. Ocenia się, że może to być około 60 procent niepłodnych par. Obowiązkiem lekarza jest takim parom pomagać przy wykorzystaniu najnowszych metod leczenia. Nagroda Nobla za pozaustrojowe zapłodnienie została przyznana za największe osiągnięcie medycyny klinicznej XX wieku.

 

Jakie są w związku z tym perspektywy metody in vitro w Polsce?

Odpowiedź na pytanie o perspektywy metody zapłodnienia in vitro w Polsce będzie miała charakter dwuczęściowy. Wcześniej już wspominałem, że poziom leczenia niepłodności w naszym kraju metodami wspomaganej prokreacji w pełni odpowiada standardom europejskim i światowym. Ośrodki wykonujące tę procedurę są bardzo dobrze wyposażone a kadra ma wysokie kwalifikacje zawodowe. Natomiast pozostaje kwestia jej dostępności, uwarunkowana kosztami procedury. Poprzedni Minister Zdrowia, pan Konstanty Radziwiłł, zlikwidował Rządowy Program wsparcia finansowego leczenia niepłodności na dalsze 3 lata, tłumacząc decyzję brakiem poparcia społecznego dla metody in vitro w Polsce. Jest to o tyle nieprawdziwe, że jak wynika z raportu CBOS-u (2015), leczenie niepłodności metodą in vitro popiera w Polsce 77 procent ankietowanych. Ponadto, pan minister Radziwiłł zaakceptował tzw. „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce”. Program mówi o zwiększonej dostępności do wysokiej jakości świadczeń z zakresu diagnostyki i leczenia niepłodności, ale w rzeczywistości jest to zakamuflowany sposób finansowania pseudonauki jaką jest naprotechnologia. Stawia się rozpoznanie przyczyny niepłodności, ale w żadnym stopniu nie dopuszcza stosowania in vitro w przypadkach tego wymagających.

 

Pana syn, profesor Jacek Szamatowicz kontynuuje Pana dzieło…

Syn mój od czterech lat kieruje kliniką Ginekologii i Onkologii Ginekologicznej. Nie jest on moim bezpośrednim „spadkobiercą”, bowiem wcześniej przez 8 lat kierownikiem tej kliniki był profesor. Piotr Knapp. Moja kadencja to lata 1984-2005. Oczywiście prof. Jacek Szamatowicz aktywnie działa na polu leczenia niepłodności pracując w Centrum ARTEMIDA oraz wykonując procedury zabiegowe w laboratorium w Szpitalu Klinicznym.

 

Dziękuję za rozmowę.

Czym skorupka za młodu

Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży leczenie – czyli inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży to inwestycja w zdrowe społeczeństwo i szybki rozwój gospodarczy.

 

Dzieci i młodzież w wieku szkolnym nie mają w naszym kraju zapewnionej spójnej i kompleksowej opieki służącej zdrowiu.
Oprócz niewystarczającej liczby personelu medycznego i gabinetów pomocy zdrowotnej, brakuje współdziałania i koordynacji pomiędzy podmiotami odpowiedzialnymi za leczenie najmłodszych.
Zniekształcenia kręgosłupa, alergie, otyłość, choroby zakaźne, nieodpowiednie żywienie, brak aktywności fizycznej i brak odpowiedniej profilaktyki – a co również niezwykle ważne, niedostatek odpowiedniej, rozumnej edukacji nakierunkowanej na rodziców – to tylko niektóre z ogromnej liczby problemów zdrowotnych najmłodszych Polaków.
Zdrowie dzieci w Polsce należy do bardzo zaniedbanych elementów systemu służby zdrowia, wymagających podjęcia pilnych kroków i współpracy systemowej – taki jest główny wniosek płynący z debaty „Opieka zdrowotna nad uczniami. Inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży inwestycją w zdrowe społeczeństwo”, przeprowadzonej 12 września tego roku w Najwyższej Izbie Kontroli.

 

Długa lista potrzeb

Jakość opieki zdrowotnej ma szczególne znaczenie w okresie dziecięcym oraz dojrzewania. Kształtowanie zachowań służących zdrowiu przekłada się na zdrową przyszłość i zdrowe społeczeństwo.
Przeszkadzają w tym braki kadrowe – na przykład, w przypadku pielęgniarek, mamy w Polsce znikomy procent osób przed 40. rokiem życia.
Niewystarczająca jest liczba gabinetów profilaktyki zdrowotnej, pomieszczenia nie spełniają warunków, wciąż brakuje pielęgniarek i higienistek w szkołach, za mało jest gabinetów stomatologicznych, występują bardzo duże dysproporcje pomiędzy miastami i wsiami.
– Pomiędzy Polską a innymi krajami Unii Europejskiej istnieje wielka przepaść w występowaniu u dzieci próchnicy. Borykamy się z niepokojącym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, takie jak krztusiec czy odra. Problemy zdrowotne dzieci i młodzieży narastają na najróżniejszych płaszczyznach. Potrzebujemy ustawy, której celem będzie wprowadzenie kompleksowych rozwiązań opieki zdrowotnej dzieci i młodzieży – zaznaczył Piotr Wasilewski, dyrektor departamentu zdrowia NIK, wyrażający jak widać wiarę w moc sprawczą kolejnych aktów prawnych.

 

W zalewie informacji

Potrzebujemy nie tylko dostępności do świadczeń zdrowotnych, ale i odpowiedniej edukacji, profilaktyki i świadomości społecznej – mówili zgodnie goście debaty, reprezentujący środowisko ekspertów nauki, oświaty, zdrowia i sportu oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych i administracji.
Co do profilaktyki, to postęp technologiczny z jednej strony jest cennym zjawiskiem, a z drugiej – zagrożeniem.
– Rodzą się rozmaite pseudoteorie. Niesprawdzone „naukowe” informacje, które pojawiają się w Internecie, mają bardzo silne oddziaływanie na rodziców, którzy w efekcie tych informacji, są narażeni na podejmowanie złych decyzji w stosunku do swoich dzieci – powiedział Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu Strategii i Rozwoju zwróciła uwagę na inny, ważny element – kanały społecznościowe i rolę kampanii społecznych w profilaktyce zdrowotnej: – Należy uwzględnić różnorodność i współczesny kształt przekazu, jaki dociera do najmłodszych. Nowe media, pomimo wynikających z nich zagrożeń, mogą być w mądry sposób wykorzystane w promowaniu prozdrowotnych wzorców. Żeby poprawić efektywność kampanii społecznych, należy konsultować założenia właśnie z dziećmi i młodzieżą. Czynne włączanie ich w kreowanie kampanii pozwoli osiągać lepsze efekty.

 

Samorządy mają to w nosie

Wyniki przeprowadzonych działań wykazują, iż jednostki samorządu terytorialnego w zbyt małym zakresie angażują się w zaspokajanie potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
W rezultacie, powstają nieodpowiednie i bazujące na nieznajomości tematu programy strategii zdrowotnej.
Okazało się, że żadna z kontrolowanych przez NIK gmin nie posiadała informacji o liczbie dzieci i młodzieży z nieprawidłową wagą ciała. Ponad 56 proc. jednostek samorządów terytorialnych nie przeprowadziło żadnej analizy potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
Stołówki i sklepiki szkolne nie spełniają wymogów zawartych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia, a u dzieci nie wyrabia się odpowiednich, prozdrowotnych nawyków. Nie działa coraz potrzebniejsza, skierowana do młodych, specjalistyczna opieka psychologiczna, a szkoły i placówki lecznicze nie mogą jej zapewnić przez brak wystarczającego wsparcia finansowego.

 

Wyzwania współczesności

Opieka zdrowotna dzieci i młodzieży wymaga poprawienia standardu organizacyjnego oraz samych warunków udzielania świadczeń zdrowotnych.
Ukazują to skargi wpływające do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, o których opowiedziała Agnieszka Wernik, dyrektorka departamentu strategii i działań systemowych w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta: – Zdarzają się rażące sytuacje, kiedy to uczniowie są badani w miejscach narażających ich intymność, a często również w towarzystwie innych, poza personelem medycznym, osób. Opieka zdrowotna nad małoletnimi prowadzi do wielu wyzwań systemowych.
Nowym problemem – który zdaniem Szymona Chrostowskiego, doradcy społecznego Ministra Zdrowia, należy do kluczowych wyzwań zdrowotnych u dzieci i młodzieży – jest zbyt mała skala szczepień przeciwko HPV, wirusowi mogącemu powodować raka szyjki macicy,prącia, pochwy i gardła. Zakażenie HPV to najczęstsza choroba przenoszona drogą płciową. – W krajach, w których funkcjonuje odpowiednio prowadzona profilaktyka, a w młodym wieku szczepione są zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, sytuacja wygląda znacznie lepiej, a zachorowalność m.in. na raka szyjki macicy jest dużo mniejsza – stwierdził doradca.

 

Potrzeba pieniędzy

Odpowiednie inwestycje na wczesnych etapach życia w oczywisty sposób przekształcają się w lepszą zdrowotność obywateli w późniejszych latach.
To jednocześnie ogromna korzyść dla budżetu państwa, bo przecież zdrowe społeczeństwo to zdrowa gospodarka – tyle, że najpierw te pieniądze trzeba wyłożyć, czego się nie robi.
– Niestety, o problemach i wyzwaniach zdrowotnych dotyczących dzieci i młodzieży mówi się od dawna, a wciąż czekamy na stosowne kroki i zmiany – dodał Piotr Mierzejewski, dyrektor zespołu prawa administracyjnego i gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Dobra, kompleksowa współpraca

Profilaktyka zdrowotna nad uczniami w szkole znajduje się w obszarze współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sportu. Zdaniem odpowiadających za ten obszar urzędników, wszystko idzie prawidłowo.
– Jest to kompleksowa i odpowiednio prowadzona współpraca, a naszym wspólnym celem jest wypracowanie jak najlepszych rozwiązań. Wśród kluczowych zaleceń są m.in. bezpieczeństwo i higiena w szkole, wydłużenie przerw międzylekcyjnych, a w tym dłuższej przerwy na spożycie posiłku – oświadczyła Agnieszka Ludwin, wicedyrektorka departamentu wychowania i kształcenia integracyjnego w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Wnioski z tej debaty zostaną oczywiście przekazane stosownym placówkom – choć chyba nikt nie ma złudzeń, że cokolwiek uda się szybko zmienić. Pozwoliła ona na jeszcze jedną obserwację – jak dużo jest dobrze płatnych stanowisk dyrektorskich w rozmaitych komórkach administracji, mających rzekomo służyć dobru obywateli…