Warto nosić kask

Ile osób musi zginąć, zanim wreszcie przyjęty zostanie przepis, mogący zmniejszyć liczbę ofiar?
Czasem potrzeba tragedii, aby zmotywować tłumy do działania. Niestety, tak było i tym razem. Dominik miał 16 lat i całe życie przed sobą. Rower był jego pasją. W kaliskim skateparku spędzał bardzo dużo czasu.
18 maja tego roku podczas jednej z jego akrobacji zajechała mu drogę mała dziewczynka. Dominik, żeby uniknąć zderzenia, musiał gwałtownie zmienić kierunek lotu, spadł i uderzył głową o beton. Mimo starań lekarzy nie udało się go uratować. Zmarł w szpitalu. Podczas tego feralnego skoku niestety nie miał na głowie kasku, a gdyby go miał – z pewnością byłyby większe szanse na przeżycie.
W ostatniej drodze Dominika uczestniczyły setki osób. “Czy moglibyście pomóc w tym aby jego śmierć coś zmieniła?” – zaapelowali znajomi chłopaka i jego rodziny.
Parę tygodni później w Kaliszu powstało stowarzyszenie Kask jest cool, którego celem jest propagowanie uprawiania sportów rekreacyjnych w świadomy i bezpieczny sposób – w kasku i ochraniaczach. Członkowie aktywnie zabiegają o zmianę przepisów polskiego prawa i wprowadzenie ustawowego nakazu noszenia kasku podczas jazdy rowerem i hulajnogą przez dzieci i młodzież do 18 roku życia. Pomysłodawcami akcji są znajomi rodziców tragicznie zmarłego Dominika. Honorowym członkiem stowarzyszenia został prezydent Kalisza Krystian Kinastowski.
Stowarzyszenie Kask jest cool powstało z inicjatywy znajomych i rodziców Dominika, którzy postanowili uczcić jego pamięć. We współpracy z Radą Rodziców Szkoły Podstawowej nr 6 w Kaliszu będą się starać o edukację społeczeństwa – zarówno tych młodszych, jak i starszych. W sprawę udało im się zaangażować media i niektórych polityków. Dwie interpelacje w sprawie zmiany przepisów polskiego prawa i wprowadzenie ustawowego nakazu noszenia kasku, złożył już w Sejmie poseł Piotr Kaleta.
Okazją do rozpropagowania tej idei był obchodzony 21 czerwca Dzień Deskorolki. W kaliskim skateparku, w którym zginął Dominik, odbyła się impreza skierowana do miłośników jazdy na deskorolce, hulajnodze i BMX, były pokazy w wykonaniu wyczynowców. Podczas tego wydarzenia organizatorzy zachęcali młodych ludzi do zakładania kasków ochronnych.
“Kask i ochraniacze są bardzo ważne, a skatepark to nie jest plac zabaw dla dzieci. Bezpieczeństwo jest kluczowe podczas uprawiania wszelakich sportów, szczególnie tych ekstremalnych, a wypadek może zdarzyć się każdemu, niezależnie od stopnia zaawansowania. Ta tragedia jest tego doskonałym przykładem, nie pozwólmy, aby poszła na marne. Wypadek Dominika był impulsem do tego, aby w ramach naszych działań profilaktycznych, które prowadzimy jako Rada Rodziców Szkoły Podstawowej nr 6 w Kaliszu dążyć do zmiany przepisów prawa. Chcemy pokazywać, że kask jest cool, tworzyć modę na noszenie kasków. Wychowajmy dzieci i młodzież w kaskach, aby jako dorośli mieli to jako element swojego życia” – powiedział Rafał Wieczorek, prezes stowarzyszenia „Kask jest cool”.
Kaliską akcję wsparły między innymi minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk, minister rodziny, pracy i polityki społecznej Marlena Maląg oraz wojewoda wielkopolski wraz z samorządem Kalisza. Zapowiedzieli oni poparcie działań zmierzających do wprowadzenia obowiązku noszenia kasków dla młodzieży do 18 roku życia – choć wiadomo, że sam prawny obowiązek niewiele tu zmieni, jeśli nie powstanie dobry zwyczaj noszenia kasków, taki jaki upowszechnia się już, także wśród dorosłych, na stokach narciarskich.
Warto, byśmy, jako Polacy byli mądrzy po szkodzie i sięgnęli do doświadczeń naszych sąsiadów. Otóż, na Słowacji kask jest wymagany wszędzie dla rowerzystów poniżej 15 roku życia, zaś poza obszarami zabudowanymi, obowiązkowy również dla rowerzystów powyżej 15 lat. W Czechach jest zaś obowiązkowy dla młodzieży poniżej 18 roku życia.
Niestety, w Polsce nie istnieje pojęcie dyscypliny społecznej, a wszelkie przepisy mające ją budować, są torpedowane jako niedopuszczalne ograniczenie świętych swobód osobistych. Dlatego w naszym kraju nie ma dotychczas obowiązku jazdy w kasku, nawet dla najmłodszych dzieci.
W przeszłości były u nas podejmowane próby uchwalenia przepisu, wprowadzającego obowiązek jazdy rowerowej w kaskach chociaż dla dzieci. Oczywiście bezskuteczne. Udało się natomiast wprowadzić obowiązek jazdy w kaskach na nartach, dla młodzieży do 16 roku życia. W rezultacie, na polskich stokach narciarskich kaski się już przyjęły, także wśród starszych miłośników białego szaleństwa.

Tłuste dziecko to w przyszłości chory dorosły

Otyłość jednego z rodziców zwiększa cztero-pięciokrotnie ryzyko, że z ich dziecka wyrośnie otyły dorosły – mówi prof. dr hab. Halina Weker, szefowa Zakładu Żywienia Instytutu Matki i Dziecka, wykładowczyni na wydziale Nauki o Zdrowiu Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, ekspertka opiniująca środki spożywcze oraz opracowująca zalecenia żywieniowe dla niemowląt, małych dzieci, kobiet ciężarnych i karmiących piersią.

Jak możemy zdefiniować otyłość? Jakie kryteria pozwalają nam uznać kogoś za osobę otyłą?

Otyłość jest stanem, w którym ilość energii dostarczonej, istotnie przewyższa jej zużycie przez organizm. Charakteryzuje się zwiększeniem masy ciała poprzez nadmierny wzrost tkanki tłuszczowej w organizmie. Kryterium, które pozwala nam to stwierdzić, stanowi dla osób dorosłych: waga w kilogramach, podzielona przez wzrost w metrach (podniesiony do kwadratu). Jeżeli ów iloraz wynosi powyżej 30, takie osoby uznaje się za otyłe. Dla dzieci te kryteria są inne, związane z siatką centylową, czyli wykresami wagi. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznaje, że aktualna masa ciała dziecka, która jest wyższa, niż u 85 proc. dzieci, oznacza ryzyko otyłości.

Już ponad 50 lat temu WHO uznała otyłość za jednostkę chorobową i wpisała ją na Międzynarodową Listę Chorób i Problemów Zdrowotnych. Jak przypomina portal dozdrowia.com.pl, w Polsce lista ta obowiązuje od 1996 r. Dlaczego w naszym kraju wciąż mamy narastający problem otyłości dzieci i młodzieży?

Otyłość nie zaczyna się z dnia na dzień, jest problemem, który narasta w czasie. Przyrosty masy ciała powinny być kontrolowane od najwcześniejszego okresu życia dziecka. Pierwsze 1000 dni życia, czyli od okresu prenatalnego do około trzeciego roku, są kluczowe i wymagają szczególnej dbałości od strony właściwego postępowania żywieniowego. Od żywienia i metabolizmu w tym czasie, zależy stan zdrowia dziecka gdy dorośnie. Dlatego tak dużą rolę przypisuje się planowaniu prawidłowego żywienia kobiety w okresie ciąży i dziecka w pierwszym roku życia, gdzie optymalnym postępowaniem jest karmienie piersią, a potem umiejętne rozszerzanie diety. Ważny jest także odpowiedni dobór produktów w drugim roku życia, kiedy dziecko zaczyna jeść to, co jego rodzina. Ta dieta jest bardzo istotna, gdyż wtedy kształtują się zachowania żywieniowe dziecka.

W okresie od pierwszych miesięcy do drugiego roku życia dzieci, wzorem zachowania żywieniowego są słodkie mieszanki mleczne. Czy nie kształtujemy w ten sposób nawyku słodkiego smaku?

Od początku wszyscy preferujemy smak słodki, tyle, że on jest odpowiednio wyciszany w czasie karmienia piersią, gdyż laktoza, podstawowy cukier mleka kobiecego, jest zdecydowanie mniej słodka niż dwucukry, takie jak sacharoza zawarta w mieszankach. Dzieci karmione piersią nie akceptują smaku słodkiego w takim stopniu jak dzieci żywione sztucznie, mlekiem modyfikowanym. Mając to na uwadze eksperci żywieniowi z Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Żywności wyznaczają odpowiednie rekomendacje dotyczące składu ilościowego i jakościowego żywności przeznaczonej dla najmłodszych dzieci.

Z danych WHO wynika, że w Polsce wśród 11 latków jest najwięcej dzieci z otyłością, w porównaniu do równolatków w innych krajach europejskich. W Europie co czwarte dziecko ma nadmierną masę ciała. Co jest tego powodem?

Jest to związane z nierealizowaniem zaleceń, ujętych w modelu bezpiecznego żywienia dzieci. Często jest to często zła organizacja posiłków, a dzieci mają tzw. dietę gryzową – czyli kilkanaście razy dziennie wcinają różnego rodzaju przekąski, jedzą nieregularnie, nie dostają diety dobrze zbilansowanej pod względem wartości energetycznej i odżywczej, która uwzględniałaby indywidualne zapotrzebowania dziecka. Istotne są także zachowania żywieniowe opiekunów, tradycja kulturowa, gdyż pierwsze nawyki powstają w domu. Kształtowanie prawidłowych zachowań żywieniowych dzieci i właściwy dobór produktów w ich dietach, zależą głównie od rodziców i opiekunów. Dziś ludzie pochłonięci codziennymi sprawami mają mniej czasu na emocjonalny kontakt z dzieckiem, brakuje zwykłych rozmów, wspólnego spędzania czasu, celebrowania posiłków. Efektem jest wzrost konsumpcji pożywienia łatwego do przygotowania, a tym samym w dużym stopniu przetworzonego. W diecie dzieci z otyłością często występuje zbyt wysokie spożycie tłuszczów pochodzenia zwierzęcego, cukrów prostych i soli. Problem ten pośrednio związany jest z producentami żywności, którzy poprzez reklamę niekorzystnych pod względem składu produktów czy napojów, rujnują efekty edukacji prozdrowotnej. Koszyk przemyślanych zakupów powinien zawierać produkty niskoprzetworzone, świeże, naturalne.

Co, poza niewłaściwą dietą, może być przyczyną otyłości?

Za czynniki środowiskowe sprzyjające powstawaniu nadmiernej masy ciała, uznaje się niską aktywność fizyczną, siedzący tryb życia – szacuje się, że tylko około 30 proc. dzieci i młodzieży uprawia jakąś formę ruchu – oraz niedobór snu. Przyczyną otyłości mogą być także problemy emocjonalne. Może być to powiązane z takimi czynnikami psychologicznymi jak niska samoocena i brak samoakceptacji, obniżony nastrój lub depresja. Zastępowanie jedzeniem ważnych potrzeb emocjonalnych np. bezpieczeństwa, miłości, przyjaźni, uznania, szacunku otoczenia grozi uzależnieniem od jedzenia.

Jakie są podwyższone czynniki ryzyka otyłości u dzieci?

Otyłość jednego z rodziców zwiększa 4-5-krotnie ryzyko występowania otyłości dziecka gdy już dorośnie, przy czym otyłość matki ma tu większy wpływ. W przypadku, kiedy otyłość dotyczy obojga rodziców, ryzyko to wzrasta aż 13-krotnie. Ważnym czynnikiem ryzyka jest również waga urodzeniowa, jeśli wynosi poniżej 2500 gramów i powyżej 4000 gramów. Niedożywienie płodu może być rekompensowane w okresie pourodzeniowym wzmożonym łaknieniem i lepszą przyswajalnością pokarmu, zaś stałe przekarmianie dziecka zwiększa ryzyko wystąpienia otyłości.

Otyłe dziecko, to w przyszłości otyły, chory dorosły człowiek. Dlaczego wciąż przegrywamy walkę z otyłością?

Dlatego, że nie jesteśmy dość uważni, bagatelizujemy objawy, liczymy na to, że dziecko wyrośnie z nadmiaru masy ciała. Inna przyczyna to nasze stereotypy myślenia – przychodzimy na wizytę do lekarza czy dietetyka i uważamy, że dziecko już zaraz zacznie zrzucać wagę. Tymczasem tylko kompleksowa opieka i konsekwencja w działaniu mogą spowodować, że dziecko będzie stawać się szczuplejsze – albo przez przyrost wysokości, albo przez żywienie, zmodyfikowane dzięki lekarzom czy dietetykom. Musimy pamiętać, że otyłość sprzyja rozwojowi wielu innych chorób: cukrzycy typu 2, zaburzeniom oddychania, zmianom zwyrodnieniowym układu kostno-stawowego, dyslipidemii, niektórym typom nowotworów, chorobom układu sercowo-naczyniowego. Otyłość zwiększa także ryzyko wystąpienia zaburzeń hormonalnych i metabolicznych. Poza negatywnym wpływem na zdrowie fizyczne, obniża również komfort życia psychospołecznego. Dziecko z powodu nadwagi jest stygmatyzowane przez rówieśników i często odtrącane podczas szkolnych zabaw. Uważane jest za gorsze, leniwe, mniej inteligentne i nieatrakcyjne. Brak akceptacji ze strony innych wpływa bardzo negatywnie na rozwój emocjonalny i psychiczny młodego człowieka, co sprawia, że nawet w dorosłym życiu czuje się on gorszy i uważa, że nie zasługuje na dobrą pracę, większe zarobki czy atrakcyjnego partnera.

Oczywistym jest, że lepiej temu wszystkiemu zapobiegać niż potem mozolnie próbować leczyć…

Prewencja otyłości polega na promowaniu zdrowego stylu życia, edukacji żywieniowej dzieci i młodzieży, edukacji opiekunów dziecka, budzeniu świadomości pozwalającej na dokonywaniu właściwych wyborów żywieniowych każdego dnia. Ogromny wpływ mogą tu odegrać media, które traktowane są przez rodziców jako wiarygodne źródło informacji. To bardzo ważne, bo poprzez prawidłowe żywienie w okresie intensywnego wzrostu i rozwoju, rodzice mają realny wpływ na zdrowie dziecka teraz i w przyszłości. Także szkoła może być środowiskiem przyjaznym zdrowemu żywieniu dzieci. Promowanie aktywności fizycznej, zachęcanie do uprawiania różnych form ruchu, do ograniczenia czasu spędzanego przed komputerem lub telewizorem, jest kolejnym czynnikiem w zapobieganiu otyłości. Pożądana aktywność fizyczna to co najmniej godzina dziennie. Rekomendowane jest pokonywanie 10 tys. kroków w ciągu doby.
Jednym z najważniejszych i najprostszych narzędzi skutecznej profilaktyki otyłości są piramidy żywieniowe. To graficzny opis różnych grup produktów spożywczych, niezbędnych w codziennej diecie, wzbogacony o zasady, które należy stosować, np. jedz regularnie 5 małych posiłków i pamiętaj o częstym piciu wody, jedz różnorodne warzywa i owoce, jedz produkty zbożowe, zwłaszcza pełnoziarniste, wybieraj tłuszcze roślinne zamiast zwierzęcych, nie spożywaj słodkich napojów oraz słodyczy (zastępuj je owocami i orzechami), nie dosalaj potraw, nie jedz słonych przekąsek i produktów typu fast food, wysypiaj się, by twój mózg mógł wypocząć, sprawdzaj regularnie wagę.

Co może zrobić rodzic, by nie wychować otyłego dziecka ? Czy można podać kilka praktycznych wskazówek?

Powiedziałabym tak: zwracaj uwagę na sposób żywienia twojego dziecka oraz całej rodziny, dbaj o regularność posiłków, wykorzystuj naturalne, świeże produkty i żywność nieprzetworzoną. W diecie twojego dziecka powinny dominować warzywa, z mniejszą ilością owoców. Jako przekąskę, zamiast słodyczy podawaj dziecku talerz kolorowych warzyw i owoców. Pamiętaj, że małe dziecko w ciągu roku powinno przybierać na wadze ok 2-3 kg i rosnąć o ok. 5-8 cm. Jeżeli przyrosty masy ciała są nieprawidłowe, konsultuj to z lekarzem. Pamiętaj też, że czynnik żywieniowy jest najważniejszy w obniżaniu ryzyka wystąpienia chorób dietozależnych w przyszłości. Obserwuj, monitoruj – i zachowaj zdrowy rozsądek.
Dziękuję za rozmowę

Kraj grubych brzuchów

W Polsce systematycznie wzrasta częstość występowania nadwagi i otyłości. Z otyłością zmaga się dziś 25 proc. mężczyzn i 27 proc. kobiet, zaś nadwaga występuje u 44 proc. mężczyzn i 32 proc. kobiet. Mniejsza częstotliwość występowania nadwagi u kobiet (odwrotnie niż w przypadku otyłości) wynika stąd, że panie, zwłaszcza młodsze, pragnąc się podobać, próbują zachować szczupłą linię. Natomiast polscy mężczyźni, już w młodym wieku zapuszczają grube brzuchy i karki.
Niepokojący jest fakt, że tendencję do tycia obserwuje się także u dzieci i młodzieży. Poradnie specjalistyczne oblegane są przez matki z dziećmi, których pociechy w wieku 10-11 lat zmagają się z nadwagą. Najnowsze badania Instytutu Żywności i Żywienia pokazują, że otyłość występuje już u 22,3 proc. uczniów szkół podstawowych i gimnazjów, dotyczy także od 9 do 18 proc. dzieci w wieku 3-6 lat.

DT

Dzieci wesoło wróciły do szkoły

Początek roku szkolnego wiąże się z naprawdę sporymi kosztami, których nie da się uniknąć.

Mowa o wyposażeniu, określanym nieśmiertelnym terminem „wyprawki szkolnej”, na co się składa zakup zeszytów, książek (część uczniowie dostają za darmo), materiałów piśmienniczych, obuwia szkolnego, czasami nowego plecaka czy tornistra i innych potrzebnych rzeczy.
Z tegorocznych badań Deloitte wynika, że w przypadku rodzin z jednym dzieckiem na wyprawkę przeznaczymy średnio 1388 zł, z dwojgiem 1898 zł, a z trojgiem aż 2742 zł. Są to znaczące kwoty, nawet jak na rodzinę, w której pracują i dobrze zarabiają oboje rodzice.
Rządowy program 300+ pokryje około 20 proc. tych jednorazowych kosztów. Skąd wziąć zatem resztę? Głównym źródłem jest oczywiście budżet domowy, w którym w sierpniu i we wrześniu musi się znaleźć brakujące 80 proc. W sytuacji gdy w wakacje mamy jeszcze letnie wydatki, zwykle jest to dość trudne dla większości rodzin. Mimo to uważajmy i uodpornijmy się na reklamy z szybkimi pożyczkami, które mogą doraźnie rozwiązać problem. Pamiętajmy bowiem, że pożyczki na konsumpcję kosztują najwięcej.
Budżet domowy powinien pomieścić koszty związane z powrotem dzieci do szkoły. Potrzebne jest jednak odpowiednie bieżące zarządzanie, trzymanie się pewnej dyscypliny i jak w tym przypadku, przewidywanie większych wydatków. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem będziemy odkładać nawet niewielkie kwoty, to wyprawka szkolna nie powinna być dla nas dużym zaskoczeniem
Oczywiście, jeśli zostawimy problem na ostatni dzwonek, może być trudno, ale nie ma wyjścia, trzeba sobie z tym poradzić. Wtedy można np. kupić używane podręczniki, odłożyć lub rozłożyć w czasie większe zakupy, poczekać na jesienne wyprzedaże. Powrót do szkoły to także większe comiesięczne koszty. Wyżywienie, transport, zajęcia dodatkowe, a niejednokrotnie dodatkowe czesne zwiększają nasze wydatki.
– Zawsze w takiej sytuacji proponuję podział budżetu domowego na mniejsze części i następnie trzymanie się ustalonych miesięcznych kwot na poszczególne cele. W moim przypadku doskonale sprawdza się podział przychodów na sześć mniejszych budżetów, z których należy wygospodarować część właśnie na koszty edukacji dzieci. Ten budżet nazywamy „Edukacja” i co miesiąc przeznaczamy na niego 10 proc. tego, co wspólnie zarabiamy. Z tego budżetu pokrywamy czesne, dodatkowe zajęcia edukacyjne, wyprawkę szkolną i inne wydatki związane z edukacją dzieci i nas samych. Koszty związane z transportem dzieci do szkoły i ich wyżywienia pokrywamy z największego budżetu, nazywanego w mojej rodzinie „Życiem” (55 proc. miesięcznych przychodów rodziny). Na pozostałe mniejsze budżety składają się „Inwestycje” (10 proc.), czyli pieniądze potrzebne do budowy aktywów i majątku rodziny, „Duże wydatki” (10 proc.) na większe zakupy, jak nowe meble czy wycieczka wakacyjna, oraz „Przyjemności” (10 proc.) na wszystko, czego pragniesz lub potrzebujesz, a co nie mieści się w budżetach „Życie” ani „Dobroczynność” (5 proc.) na finansową pomoc innym – radzi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych.
Bez względu na to, ile zarabiamy, taki podział może się sprawdzić. Tym bardziej, że w rzeczywistości mało która rodzina naprawdę przeznacza 5 proc. swych dochodów na dobroczynność.

Pieniądze w rękach dziecka to pożar?

Jeśli już dajemy im kasę, to pozwalajmy wydawać na co chcą. Najwyżej udzielajmy dobrych rad, żeby nie wydawały na kompletne już bzdury. A jak wszystko wydadzą, nie wypłacajmy im przed terminem.

Czy dzieci powinny mieć własne pieniądze? – to pytanie chyba nie budzi kontrowersji. Wiadomo, że jakieś powinny mieć. Jednak, jeśli zapytamy czy powinny je samodzielnie wydawać w dowolny sposób – to prostej odpowiedzi już nie uzyskamy. Dzieci o finansach będą wiedziały tyle ile przekażą im rodzice, bądź nauczyciele.
Dorośli zaś do tego zadania powinni podchodzić w sposób odpowiedzialny, bo przecież nikt nie chce by jego dziecko przekonane było, że pieniądze biorą się z bankomatu i nie trzeba na nie pracować.

Od najmłodszych lat

Z badań barometru Providenta wynika, że aż 90 procent z nas uważa, że dzieci w wieku szkolnym powinny być edukowane finansowo.
Z drugiej jednak strony dwa raporty – jeden Fundacji Kronenberga, a drugi Banku Santander pokazują, że więcej niż połowa Polaków nie włącza dzieci do rozmów o finansach ani nie edukuje ich ekonomicznie.
Któż jednak, jak nie rodzice, powinien to robić? Szkoła może nie do końca wywiązać się z tego obowiązku, bo w programie edukacji podstawowej wciąż nie ma przedmiotów na serio dotyczących finansów czy przedsiębiorczości.
Główny ciężar spoczywa, więc na rodzicach. I warto zdać sobie z tego sprawę, bo na razie zaledwie 17 procent dorosłych zachęca dzieci do odkładania pieniędzy. Jak ważna jest nauka oszczędzania chyba nikogo przekonywać nie trzeba? A o tym, że warto zacząć ją jak najwcześniej przypomina mądre przysłowie; „Czym skorupka za młodu nasiąknie…”.
Trzeba też wiedzieć, że odpowiednia edukacja ekonomiczna dziecka ma potem wyraźnie przełożenie na to jak finansowo radzi sobie ono w dorosłym życiu.

Zaświecić przykładem

Z drugiej jednak strony, nic nie działa na dzieci tak skutecznie, jak osobisty przykład rodziców.
Jeśli więc rodzice pieniędzy nie oszczędzają, bo, jak większość Polaków, po prostu nie mają czego odkładać, albo uważają za bzdurę odejmowanie sobie od ust teraz, by mieć trochę więcej w podeszłym wieku, kiedy już nie będzie zdrowia ani ochoty, by korzystać z oszczędności, to nie pomogą żadne perory edukacyjne.
Jeśli jednak w ogóle zaczynać przekonywanie potomstwa do oszczędzania, to w istocie odpowiedź jest jedna – najlepiej zaczynać jak najwcześniej.
Najpierw przez zabawę, a potem poprzez dawanie kieszonkowego. I nie ma większego znaczenia czy to będą drobne przekazywane codziennie do szkoły, czy też jedna większa suma przeznaczona na tydzień czy też na cały miesiąc. W te oba sposoby jesteśmy w stanie uczyć dziecko gospodarowania pieniędzmi na prawdziwych przykładach.

Duże pieniądze u małych

Co jednak zrobić, jeśli bachor będzie chciał za jednym razem wydać wszystkie pieniądze, które otrzyma na początku miesiąca na słodycze, jakieś karty z postaciami z gier czy na inne bzdury? Czy mu zabronić?
Raczej nie, może lepiej wytłumaczyć, jakie będzie miało to konsekwencje – i potem konsekwentnie nie dać mu ani grosza do końca miesiąca. Bo dziecko powinno poznać konsekwencje swoich decyzji.
Wbrew pozorom, nielaty mają co wydawać. To jak wielkimi pieniędzmi dysponują dzieci, obrazuje kwota pokazana w badaniu GfK Polonia w 2017 r. Chodzi bowiem o 285 milionów złotych miesięcznie, które wydają dzieci w wieku 5-17 lat w Polsce. Teraz, gdy działa program Rodzina 500 plus, ta kasa jest jeszcze większa.
Wspomniane pieniądze są zapewne nie całkiem samodzielnie wydawane przez dzieci, ale zawsze. Dodatkowo warto też pamiętać, że dzieci niemały wpływ na zakupowe decyzje rodziców. Wyjący bachor potrafi dla świętego spokoju, niemało wymusić na starych.
To wszystko razem czyni z dzieci ważną grupę konsumencką. Dlatego już dawno nikogo nie dziwi, że bardzo wiele reklam skierowanych jest bezpośrednio do dzieci a nie do dorosłych.

Jak dawać pieniądze?

Jeśli chodzi o dawanie dzieciom pieniędzy to rodziców można podzielić na trzy grupy – jedna trzecia daje im kieszonkowe regularnie, ponad połowa nie daje pieniędzy w ogóle, a piętnaście procent daje im na wszystkie potrzeby i na każdą zachciankę.
Dzieci tej ostatniej grupy rodziców w przyszłości mogą być najbardziej pokrzywdzone, choć nie muszą.
Przyzwyczajenie dzieci do tego, że dostają od rodziców pieniądze na wszystko i wszędzie może doprowadzić do rozrzutności czy nieumiejętności oszczędzania w dorosłym życiu – ale też może wyzwolić u nich życiowy spryt, polegający na umiejętności znajdowania bogatego partnera życiowego (co dobrze wychodzi zwłaszcza paniom).
Eksperci, np. z portalu edukacyjnego Viem.pl, uważają, że tym najmniejszym dzieciom, najlepiej dawać gotówkę, którą będą gromadziły w skarbonce. Starszym zaś dobrze jest założyć prosty rachunek bankowy – najlepiej poszukać takiego konta, które jest darmowe i będzie w jasny i przejrzysty sposób pokazywało stan finansów dziecka, by dowiedziało się ono czegoś o finansach i bankowości oraz przekonało czym są odsetki?
Problem w tym, że dziś w Polsce odpowiedź na to pytanie może być dość myląca, bo dzieci dowiedzą się najwyżej, że odsetki są dodatkową sumą, która po jakimś czasie powinna być dopisywana do kwoty rachunku – ale w naszym kraju jej wysokość jest niezauważalna, co oznacza, że nie warto oszczędzać w banku. Nauka może więc przynieść owoce odwrotne od zamierzonych.

Edukacja, głupcze

Dzieci jednak warto uczyć o pieniądzach, bo pod względem wiedzy i świadomości finansowej Polska zajmuje miejsce w ogonie trzydziestu państw OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), co w oczywisty sposób odbija się na naszym dobrobycie.
– Edukacja finansowa powinna być jednym z kluczowych elementów w rozwoju młodych ludzi. Dzięki niej kształtują oni swoje finansowe postawy i w przyszłości są w stanie podejmować właściwe decyzje dotyczące np. inwestycji, które pomogą im zgromadzić oszczędności na emeryturę i zabezpieczyć rodzinę – wypowiada, dość oczywisty pogląd, ekspertka Agnieszka Książek.
Często nie uczymy jednak dzieci tak jak należy. Może to wynikać z tego, że choć naprawdę chcielibyśmy przekazać im wiedzę finansową, to sami niewiele wiemy, więc przekazujemy ją w zły sposób. Podejście większości Polaków do finansów, ekonomii czy przedsiębiorczości jest w wielu przypadkach negatywne i na sam dźwięk słowa „ekonomia” czy „gospodarka finansowa” dostajemy drgawek, a przecież każdy z nas nosi portfel w kieszeni.
Co robimy nie tak? Największym błędem jest oczywiście wyłączanie dzieci z dyskusji o finansach, pracy, zarobkach czy na przykład o promocjach w sklepach i tłumaczeniu, na czym one polegają (zwłaszcza jeśli, co częste, są one oszukańcze).
Często jest też tak, że jeśli jednak dajemy już pieniądze naszym pociechom to na przykład płacimy im za pracę w domu, czyli wyrzucanie śmieci, wieszanie prania. Najgorszym zaś rozwiązaniem jest płacenie za posprzątanie swojego pokoju – bo trzeba od dzieciństwa uczyć się, że we wspólnocie jaką stanowi rodzina, pewne czynności wykonywane są za darmo. Innymi błędami są chociażby finansowe nagradzanie za dobre oceny w szkole lub wreszcie, nie pozwalanie wydawania kieszonkowego na zachcianki dzieci.
Zasada powinna więc być taka – jeśli już dajemy i te pieniądze stają się ich, to należy im pozwalać wydawać na to co chcą. Rolą rodziców powinno zaś być udzielanie dobrych rad (których dzieci oczywiście mogą nie słuchać).

Samo dosypywanie pieniędzy nie wystarczy

Program 500 plus należy uzupełnić działaniami prorodzinnymi, pozwalającymi na to, aby posiadanie dzieci nie kłóciło się z efektywnym i opłacalnym wykonywaniem pracy.

Całkowity koszt programu Rodzina 500+ w nowym, rozszerzonym kształcie wyniesie około 42 mld zł rocznie.
Czy będą to dobrze wydane pieniądze?

Drogo i nie zawsze sensownie

Należy zgodzić się z argumentacją ekspertów zajmujących się świadczeniami publicznymi, transferami społecznymi, którzy wskazują, że Polska przeznacza zbyt mało środków na usługi społeczne i relatywnie dużo – ale nie zawsze efektywnie – na transfery socjalne.
Zatem, wydaje się, że bardziej racjonalne, oraz znacznie mniej kosztowne, byłoby zastosowanie innego wariantu pomocy, z uwzględnieniem pierwszego dziecka w rodzinie.
Ponieważ dziś sztywny próg dochodowy przy świadczeniu na pierwsze dziecko może całkowicie pozbawiać wypłaty z programu przy minimalnym choćby przekroczeniu wyznaczonej granicy, zamiast bezwarunkowego rozszerzania programu Rodzina 500+ na pierwsze dziecko, należałoby wprowadzić mechanizm „złotówka za złotówkę“.
Taki system nie zabiera całkowicie świadczenia po przekroczeniu, choćby o wspomnianą złotówkę, kryterium dochodowego – ale stopniowo je zmniejsza.

Sposób na oszczędność

Dzięki rozwiązaniu stosującemu zasadę „złotówka za złotówkę”, rodzice otrzymywaliby świadczenie pomniejszone o kwotę o jaką przekroczyli kryterium, a świadczenie trafiłoby, przynajmniej w części, do tych rodzin, które mają wprawdzie niskie dochody, ale nieznacznie przekraczają kryterium.
Polityka wsparcia kierowana byłaby wtedy do tych rodzin, które są w najgorszej sytuacji i tego wsparcia rzeczywiście potrzebują. Oszczędności budżetowe byłyby spore. Eksperci szacują, że wprowadzenie zasady „złotówka za złotówkę” mogłoby przynieść ok. 2 miliardy złotych rocznie.
Zaoszczędzone w ten sposób fundusze rząd mógłby przeznaczyć na inne, ważne elementy polityki społecznej. Wiadomo nie od dziś, że to nie tylko pieniądze otrzymywane przez rodziców decydują o tym, ile zechcą oni mieć dzieci. Służyć temu powinna cała polityka rodzinna, ułatwiająca opiekę nad dzieckiem i łączenie obowiązków zawodowych z rodzicielskimi.
By to osiągnąć, oprócz wspomnianej zmiany w samej konstrukcji programu „Rodzina 500+”, konieczne są też inne ważne działania: zwiększenie dostępności opieki dla niemowląt i dzieci w wieku przedszkolnym, wspieranie finansowe przez pracodawców i państwo równego dzielenia się obowiązkami opiekuńczymi przez matkę i ojca, uelastycznienie na życzenie rodziców ich czasu i miejsca pracy.
Tyle, że zrobienie tego wszystkiego wymaga pomyślunku i sensownych działań organizacyjnych – a to znacznie trudniejsze, niż proste dosypanie gotówki.

Nie wymyślą, ale mogą naśladować

Rząd Prawa i Sprawiedliwości wprawdzie nie wykazuje ani woli, ani ochoty do rzeczywistych działań prorodzinnych, ale nie musiałby niczego wymyślać od zera. Przykładów jest aż nadto.
Polski rząd mógłby zatem wykorzystać doświadczenia innych europejskich państw, powszechnie uważanych za wzorcowe jeśli chodzi o skuteczną politykę społeczną, na przykład Francji i Szwecji. Oba prowadzą politykę skutecznie wpływającą jednocześnie na poprawę poziomu opieki nad dziećmi, na kondycję materialną rodzin i na wzrost zatrudnienia kobiet.
Ten ostatni czynnik nie jest bez znaczenia, bo okazuje się, że więcej dzieci rodzi się w krajach, gdzie matki częściej pracują, a odpowiedzialność za opiekę nad dziećmi w szerszym zakresie bierze na siebie państwo.
Kraje te stwarzają także prawną możliwość elastycznego dostosowania czasu i sposobu uczestnictwa w rynku pracy, głównie poprzez zatrudnienie na część etatu lub pracę z domu.
Przyjęcie powyższych rozwiązań w Polsce wydaje się niewykonalne organizacyjne i mentalnie, zwłaszcza przez rząd PiS. Premier Mateusz Morawiecki, któremu przecież musi zależeć na kondycji naszego trzeszczącego budżetu, nie jest tym zainteresowany. Byłoby to jednak znacznie bardziej skuteczne oraz „strawne’ dla budżetu państwa bez powiększania zadłużenia.
Wtedy premier już nie musiałby apelować do bardziej zamożnych Polaków by nie korzystali z wypłat 500 plus, za pomocą chwytania ich za serce (co nie wszyscy lubią) i takich słów: „Każdy, kto jest bogaty, kto ma dużo środków i sumienie, czy serce mu podpowiada, to nie bierze tych środków i znam takich ludzi bardzo, bardzo wielu“.
Nie wiadomo, jak szeroki jest ten altruistyczny krąg znajomych premiera, ale podobne apele nie wydają się właściwą ani skuteczną metodą dbałości o finanse publiczne. I zwykle są głosem wołającego na puszczy.

Trzy cenne cele

W uzasadnieniu do rozszerzenia programu Rodzina 500 plus, Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło następujący opis celowości tej inicjatywy: „Działania Rządu w zakresie polityki rodzinnej koncentrują się w szczególności na trzech wymiarach: demografia, tj. wzrost liczby urodzeń, ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci, inwestycja w rodzinę (poprawa „jakości” kapitału ludzkiego).“
Co do pierwszego, przedstawionego przez rząd celu, czyli wzrostu liczby urodzeń, okazuje się, że w 2018 r. urodziło się mniej dzieci niż rok wcześniej. Po nieznacznym wzroście tych urodzeń w 2016 r. (o 1 proc.) nastąpił powrót do tendencji spadkowej obserwowanej od 2010 r., a udział urodzeń pierwszego dziecka zmniejszył się z 48,7 proc. w 2010 r. do 42,9 proc. w 2017 r. Jak oceniają eksperci, widać, że 500+ to nie jest rozwiązanie, które zachęca do rodzicielstwa.
Jeśli chodzi o drugi cel: „ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci“, dane statystyczne oraz opinie analityków wskazują, że Rodzina 500+ rzeczywiście dobrze działa działa w tym ważnym obszarze – i skutecznie pomaga rodzinom żyjącym w skrajnym ubóstwie. Jak podkreśla Business Centre Club, ma to jednak również nienajlepszy wpływ na rynek pracy, ponieważ rodzice w ponad 1,5 mln gospodarstw domowych (czyli grupie ok. 2,5 mln dorosłych) zaczęli zastanawiać się, czy warto, by współmałżonek poszedł do pracy i zaczął starać się o poprawę swoich kwalifikacji.
„W wielu przypadkach odpowiedź była negatywna, oparta na logicznym, finansowym uzasadnieniu” – ocenia BCC.
Natomiast trzeci, wskazany cel czyli „inwestycję w rodzinę i poprawę „jakości” kapitału ludzkiego)“ trudno wymiernie ocenić. Pytanie natomiast, czy środki na taką „inwestycję w rodzinę“ zostały właściwie zaadresowane?.
Brak kryterium dochodowego pozwolił na skierowanie wsparcia także do rodzin doskonale sytuowanych, co zwiększyło koszt programu i spowodowało ograniczenie wydatków na inne, ważne cele społeczne. Tymczasem ich realizacja paradoksalnie pomogłaby osiągnąć zakładane cele Rodziny 500+.

Bo tak

Wyrazy uznania pragnę złożyć na ręce redaktora Kacpra Sulowskiego za materiał „Po podpaski sam nie pójdę. Za dużo rodzajów” w Dużym Formacie. Samotni ojcowie, których sylwetki opisał, stanowią format bezwzględnie duży. Autor w poruszający sposób oddał codzienną walkę o przetrwanie od momentu otwarcia oczu rano, gdy rozlega się pierwsze wołanie: „tata, siku!”.
„Płacz jest dobry, ale w nocy, żeby Maciuś nie widział. Latałem za nią jeszcze w krótkich majtach” – relację 32-letniego Roberta zapamiętam na długo. Gdy jego partnerka zginęła w wypadku, długo zadawał sobie pytanie, czy da radę. Musiał dać.
Gdy jego syn Maciuś pyta, „skąd się bierze burza”, ojciec musi przewalczyć dławiące w gardle poczucie wstydu, że nie ma studiów wyższych i wezwać na pomoc doktora Google, by wyczerpująco odpowiedzieć. Czego w takich chwilach najbardziej obawia się Robert? Żeby Maciuś pewnego dnia nie pomyślał, że ma „ojca tępaka”.
Inny z bohaterów reportażu, Daniel, lat 41, drży o swoją córkę. Czy chłopak, z którym ostatnio wróciła do domu z kina, jest godzien zaufania? „Jak skrzywdzisz mi córkę, to będzie to twój ostatni błąd w życiu” – powtarza sobie w myślach, stojąc w oknie po dwudziestej drugiej.
Daniel sam miewa dylematy dotyczące seksualności – własnej. Bo przecież oprócz tego, że tatą, jest też mężczyzną. Już prawie o tym zapomniał. A ma przecież potrzeby, pragnienia. Chciałby jeszcze kiedyś być z kimś blisko. Z drugiej strony – gdyby miało na tym ucierpieć którekolwiek z dzieci, nigdy by sobie tego nie wybaczył. Niedawno odkrył bieganie – cudowną odskocznię, lek bez recepty na całe zło. Kiedy biega, czuje, że znów ma 17 lat, jest dawnym Danielem – sprzed odejścia partnerki. Patrzącym na życie przez różowe okulary. O sobie mówi, że stara się nie poddawać – „ani w biegu ani w życiu”…
Poruszające? Tak. Godne docenienia? Jak najbardziej.
A teraz pomyślcie, ile znacie podobnych historii z Katarzyną, Anną, Danutą czy Elżbietą w roli głównej. Ile ich mijacie codziennie na swojej klatce schodowej, ile z nich widujecie w kolejce w ośrodku pomocy społecznej. A może sami jesteście ich dziećmi, dziećmi samotnych matek, pieczołowicie sadzanymi na nocnik?
Ich historie nie brzmią już tak wzniośle. Ich dylematy są pospolite, banalne. Ich pragnienie miłości kwitujemy krótkim „niech się dziećmi zajmie, zamiast za chłopami latać, matką jest”. Dla reportażystów kobieta samodzielnie wychowująca dziecko jest już oswojonym zjawiskiem medialnym, no chyba że urodziła szesnastkę, czwórka jest ciężko chora albo wystąpiły inne sensacyjne, a najczęściej dramatyczne okoliczności, które predestynują do zostania „tematem dla Uwagi”. Nie ujmuję bohaterom tekstu redaktora Sulowskiego ani grama determinacji, poświęcenia, miłości do dzieci. Ale specyficzny sposób prowadzenia narracji przez autora nie przestaje mnie uwierać: trud sadzania na nocnik nawet pięćdziesiąt razy kiedy trzeba, konieczność odpowiadania na ciekawskie pytania i objaśniania świata, konieczność chodzenia na wywiadówki i dowiadywania się o dwói w dzienniczku, wreszcie umiejętność ugotowania zupy opisano z niewyobrażalnym patosem, w tonie nieustannego zadziwienia heroizmem mężczyzn, którzy wybrali jasną stronę mocy, a przecież mogli wybrać ciemną. Wybrali trud rodzicielstwa (nota bene często zaczynają zapoznawać się z pojęciem „wychowywania” dopiero, gdy zabraknie kobiety), choć mogli od niego uciec jak setki innych przed nimi i też świat nie przestałby się kręcić. Nikt w tym tonie nie mówi o setkach Katarzyn, Ann, Magdalen, które „skoro mają dzieci” to bohaterkami dnia codziennego muszą być niejako z automatu. Bo tak.

Nasze najdroższe dzieci

Polski system wspierania rodzin za pomocą bezpośredniego transferu gotówki prawdopodobnie będzie najkosztowniejszy na świecie.

Od 1 lipca program Rodzina 500 plus zostanie rozszerzony – świadczenia będą przysługiwały wszystkim dzieciom do 18. roku życia. Nie będzie żadnego kryterium dochodowego, a to oznacza transfer pieniężny dla wszystkich rodzin z dziećmi.
Rozszerzenie programu Rodzina 500 plus na każde dziecko to wydatek dodatkowo ok. 20 mld zł rocznie.

Biedne kraje mniej łożą na dzieci

Całkowity koszt realizacji tego programu będzie oscylował prawdopodobnie w okolicach 40 mld złotych rocznie. Gdy Eurostat zaktualizuje dane dotyczące zabezpieczenia społecznego w Polsce i innych unijnych krajach, zapewne okaże się, że polscy podatnicy (przedsiębiorstwa oraz konsumenci) są najbardziej hojni na świecie.
Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO) przeanalizowała programy zabezpieczenia społecznego na całym świecie. Wynika z nich, że średniorocznie świat wydaje na świadczenia dla dzieci (zarówno gotówkowe, jak i rzeczowe czy w formie usług) zaledwie 0,4 proc. produktu krajowego brutto.
Poza Zachodnią Europą nie ma regionu na świecie, gdzie ta pomoc przekraczałaby 1 proc. PKB. Wyłączając Stary Kontynent, tylko kilka zamożnych krajów świata (Australia, Nowa Zelandia, Izrael) przeznacza więcej niż 2 proc. PKB na transfery dla dzieci.
Nie są to jednak tylko cykliczne świadczenia gotówkowe, lecz także opłaty za przedszkola i mieszkania dla uboższych rodzin, dofinansowania posiłków w szkole lub opieki zdrowotnej, jak również pomoc w domu. Przybierają one też postać wsparcia rzeczowego – np. ubrań dla dzieci.
Znaczna część krajów (75 ze 183 zamieszczonych w analizie ILO) w ogóle nie prowadzi programów wsparcia dla dzieci. Z kolei te, które są, bywają powiązane z zatrudnieniem lub zależą od dochodu świadczeniobiorców.
W rezultacie można stwierdzić, że poza Europą i kilkoma krajami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) transfery gotówkowe dla rodzin mających dzieci są symboliczne lub w ogóle ich nie ma.
Bogata Unia Europejska przoduje w pomocy rodzinom z dziećmi.
Najnowsze dane Eurostatu (za 2016 r.) pokazują, że najwięcej na pomoc dla dzieci wydają kraje zamożne: Dania, Luksemburg, Norwegia, Niemcy oraz Finlandia. We wszystkich przypadkach jest to ponad 3,0 proc. PKB.
Jednak jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko transfery gotówkowe (np. wypłacane co miesiąc czy co kwartał lub te związane z urodzeniem dzieci bądź niskimi dochodami rodzin), to jedynie Luksemburg wyraźnie przekracza 2,0 proc. PKB (2,4 proc.). Pozostałe kraje przeznaczają znaczne środki na pomoc rzeczową i usługi, ale nie na wypłaty gotówkowe.

PO oszczędzała na maluchach

Polska przed wprowadzeniem pierwszej tury programu 500 plus wydawała 1,5 proc. PKB na świadczenia dla rodzin, w tym jedynie 0,8 proc. na transfery pieniężne (prawie najmniej z całej UE).
Po 2016 r. program Rodzina 500 plus znacznie zmienił tę statystykę. Transfery gotówkowe wzrosły do poziomu 1,8 proc. PKB i wyprzedzało nas w Unii tylko 6 państw.
W 2016 r. Polskie rodziny otrzymały 33,4 mld zł (już wraz z programem 500 plus).
Jak będzie po 1 lipca 2019 r.? Otóż, rozszerzenie tego programu poprzez likwidację kryterium dochodowego na pierwsze dziecko, spowoduje zwiększenie transferów do 53,5 mld. Wraz z wyprawką szkolną „Dobry Start” roczne koszty rosną już do ok. 55 mld zł, czyli do 2,8 proc. PKB.
Z tego wynika, że Polska będzie miała największe w Unii Europejskiej transfery gotówkowe do rodzin w relacji do PKB. Poza Luksemburgiem (2,4 proc.) w innych krajach te świadczenia są przynajmniej o 0,8 pkt proc. niższe.
Wsparcie rodzin gotówką od państwa (czyli de facto od podatników) poza Unią jest mało popularne. W rezultacie polskie transfery pieniężne dla dzieci, głównie w postaci programu Rodzina 500 plus, będą od 1 lipca największe na świecie – ocenia Cinkciarz.pl.

Nie bójmy się ratingów

Czy wszystkie te transfery mogą się odbić na ocenach agencji ratingowych?
Pamiętajmy, że Polska nieco ponad trzy lata temu przeżywała pewne problemy w związku nagłym cięciem ratingu przez S&P. W styczniu 2016 r. kurs euro tylko w ciągu jednej sesji wzrósł o 10 gr. Poszybowały w górę rentowności obligacji skarbowych, a wśród inwestorów zagranicznych zaczęły się pytania – co dalej z kondycją polskiej gospodarki, która przez lata była uważana za lokalnego, a może nawet i światowego lidera krajów rozwijających się?.
Z perspektywy czasu widać, że decyzja S&P była przesadzona. Ryzyka instytucjonalne (np. te związane z Narodowym Bankiem Polskim) się nie zmaterializowały, a relacja długu do PKB była znacznie korzystniejsza, niż można było się tego spodziewać trzy czy cztery lata temu. Finalnie S&P wycofał się ze swojej decyzji ze stycznia 2016 r. i rating Polski powrócił do wartości A-.
Tym razem Fitch, jako pierwsza z trzech głównych agencji ratingowych, wypowiada się na temat zmian fiskalnych ogłoszonych pod koniec lutego przez rządzącą w Polsce koalicję. Większość tych środków zostanie przeznaczona na program Rodzina 500+ dla pierwszego dziecka oraz na trzynastą emeryturę.
Stanowisko tej agencji nie jest szczególnie alarmistyczne. Opublikowany komunikat sugeruje, że znaczny koszt tych programów nie spowoduje wyraźnego przyspieszenia tempa wzrostu PKB w porównaniu do wcześniejszych szacunków. „Korzyści wzrostu pochodzące z zaproponowanych zmian fiskalnych prawdopodobnie będą umiarkowane, a konsumpcja gospodarstw domowych będzie ich bezpośrednim beneficjentem” – ocenia agencja. Spodziewa się ona, że dynamika PKB osłabi się w 2020 r. do poziomu 3 proc. ze względu na „zmniejszanie się wzrostu inwestycji” – i zwraca uwagę, że jeżeli administracja nie znajdzie dodatkowych przychodów, deficyt w 2020 r. może zostać popchnięty w stronę 3-procentowej granicy wszczęcia unijnej procedury nadmiernego deficytu”. Przegląd samego ratingu odbędzie się 29 marca. Prawdopodobnie tego dnia żadna decyzja dla Polski nie zostanie ogłoszona.

Flaczki tygodnia

„Ręce precz od naszych dzieci!”. To zawołanie zadudniło w każdym zakątku IV Rzeczpospolitej.

W pierwszej chwili Flaczki myślały, że pan prezes wystąpił w obronie swych dzieci poczętych, lecz nienarodzonych. Dwóch ślicznych, bliźniaczych wież płodzonych przez pana prezesa z austriackim biznesmenem i swą najbliższą rodziną. Dwóch dumnych wieżowców tworzonych na obraz i podobieństwo i wieczną chwałę panów braci Kaczyńskich. Wież poronionych w efekcie bezpłodnego związku Polaków z obcym narodowo i religijnie Austriakiem.
Gdyby pan prezes nie zapomniał o narodowych korzeniach, o Wandzie dumnej Polce, która nie chciała niemieckojęzycznego męża, gdyby postawił na czysto polskiego dewelopera, na polskich architektów, to pewnie już dziś chrzcił by pan prezes swe dwa srebrne bliźnięta.

„Ręce przecz od naszych dzieci”, echo niosło po kraju naszym całym. I w drugiej chwili Flaczki pomyślały, że pan prezes wreszcie wystąpił do hierarchów polskiego kościoła kat. Biorących pod swą obronę zwyrodniałych księży pedofilów. Że zakrzyknął „Ręce precz!” do tych przebierających się w księże sukienki pedofilów katujących polskie dzieci. Wykorzystujących w obrzydliwy sposób swą pozycję człowieka-boga. Wykorzystujących powszechny brak edukacji seksualnej wśród Polaków. Tych dorosłych i dzieci. Ale szybko okazało się, że to nie łamiący prawo i ład moralny pedofile przeszkadzają panu prezesowi.

Okazało się, że to prezesowskie zawołanie skierowane było do osób homoseksualnych, które chciałby żyć w związkach partnerskich, podobnych heteroseksualnym małżeństwom, i jeszcze adoptować dzieci. Bo swoich mieć nie mogą. Jak wiele heteroseksualnych małżonków. Ci zaś dzieci adoptować mogą.

Było skierowane do homoseksualistów, ale nie tylko. Tak naprawdę te „Ręce precz od naszych dzieci” to jest kolejna próba zmobilizowania konserwatywnych, narodowo – katolickich, słabo wykształconych wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Zbudowania kolejnej wspólnoty wyborczej opartej na strachu przed atakiem obcych.

Najpierw dla wyborców PiS takimi obcymi byli „komuniści i złodzieje”. Wtedy kaczystom udało się podzielić polskie społeczeństwo. Skutecznie szczuć jednych na drugich. Potem przyjść mieli „uchodźcy zarażający tyfusem i wszawicą”. Wtedy jeszcze większy sukces osiągnęła kaczystowska szczujnia. Następnie straszakiem była „ideologia gender”. Tu jednak była totalna klapa, bo nawet najbardziej zakłamani kapłani kaczystowskiej szczujni, jak choćby pan minister Jarosław Sellin, nie potrafili „ciemnemu ludowi” wyjaśnić o co w tym „żenderze” chodzi. Poza to, że w „genderze” chłopcy muszą przebierać się w sukienki. Czyli robią to co wszyscy księża z kościoła kat.

Potem kreowano „POstkomunę”, czyli wskazywano na Platformę Obywatelską jako dziedziczkę starej, ohydnej „komuny”. Bo szczucie na „komunę”, czyli SLD, już im nie wystarczało. Chwilowo takim straszakiem – wrogiem była zmartwychwstała „żydokomuna”. Ale czujny amerykański Wielki Brat szybko wytargał PiS elity za uszy, niczym uczniaków w szkole. Dał im wyraźny sygnał, że wara kaczystom od izraelskiego sojusznika. Że kaczyści mają trzymać swe antysemickie modry na kłódki. Dlatego kaczyści już wiedzą, że na antysemityzmie narodowo – katolickiej wspólnoty budować nie mogą. Przynajmniej publicznie.

Skoro „komuna” już nie skutkuje, „uchodźcy” też już nie straszą, „Żydy” cicho – sza, bo Wielki Brat patrzy, to elitom intelektualnym PiS pozostali jedynie kosmici albo „pedały”.
Z kosmitów trudno straszaka przedwyborczego zrobić. Bo „ciemny lud” taki już głupi nie jest. Za to „pedały” były jak znalazł. Zwłaszcza, że jeden religijny gej, wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej udzielił długiego wywiadu „Dziennikowi. Gazecie Prawnej”. Tam zdradził swe marzenie. Marzenie religijnego geja, że kiedyś takie nadejdą czasy, kiedy i w Polsce pary homoseksualne będą mogły wychowywać adoptowane przez siebie dzieci.

Ponieważ „ciemny lud” nie czyta długich wywiadów, nawet tych znakomitych w „Dzienniku. Gazecie Prawnej”, to twórcy kłamliwej kaczystowskiej propagandy wyborczej, zakrzyknęli z radości. Ogłosili, że konkurencyjna Koalicja Europejska ma w swym programie nakaz wprowadzenia prawa, a nawet obowiązku, adoptowania dzieci przez pary homoseksualne. I zaczęli straszyć społeczeństwo polskie, że kiedy Koalicją Europejska wygra wybory do Parlamentu Europejskiego, to tenże Parlament Europejski, narzuci Polsce nowe, restrykcyjne prawo. Nakazujące adopcji niewinnych polskich dzieci, przez tak ohydnych „pedryli” jak
Paweł Rabiej.

Ale niech dzieci polskie nie tracą nadziei. Nie wpadną w „perdylskie łapska” jeśli zwycięży partia pana prezesa Kaczyńskiego. Od niedawna ojca „naszych dzieci”.

Pan prezes Kaczyński kreuje się nie tylko na ojca „naszych dzieci”, ale jeszcze strażnika moralności. Recenzenta moralności katolickiej wszystkich innych obywateli naszego kraju. I surowej ręki sprawiedliwości kaczystowskiej karzącej za odstępstwa od tej kato-moralności.

Ale jest to typowa moralność fasadowa. Polegająca na tym, że kaczyści głoszą pięknie brzmiące zasady moralne, narzucają wypełnianie ich zarządzanemu przez siebie społeczeństwu, ale sami już ich nie przestrzegają. Pan prezes Kaczyński szalenie dba o polskie dzieci rzekomo zagrożone „perdylsimi” adopcjami, ale nawet nie zająknie się w obronie dzieci gwałconych przez księży pedofilów. Tak jak katoliccy hierarchowie chronią księży pedofilii, tak pan prezes Kaczyński chroni swego posła Stanisława Piotrowicza, który wcześniej, jak prokurator, ochraniał pedofilii w księżowskich sukienkach. Pan prezes Kaczyński obłudnie kreuje zagrożenia polskich dzieci, a boi się wystąpić przeciwko autentycznym, pedofilskim zagrożeniom.

Pan prezes Kaczyński rozpoczął walkę z edukacją seksualną w szkole. Bo ona rzekomo „deprawuje dzieci”. Gdyby pan prezes miał dzieci, choćby te adoptowane, to pewnie posłałby je na lekcje religii katolickiej i na nauki przed pierwszą komunią. I wtedy dowiedziałby się jakie to katusze przezywają te dzieci podczas spowiedzi, kiedy zmusza się je do intymnych, zwykle niezrozumiałych Dia nich, wyznań. Do opowiadania gdzie dotykają się podczas kąpieli, czy bawią się siusiaczkami, a jeśli nie, to dlaczego? Kiedy straszy się ich piekłem za takie dotyki.

Elity PiS traktują obywateli Polski jak dzieci. Pan minister Szczerski każe nauczycielom rozmnażać się, a sam jest czterdziestoletnim, bezdzietnym kawalerem. A przecież nie musi żyć w celibacie. Pan prezes Kaczyński nakazuje zdziecinniałym Polakom żyć wedle katolickich przykazań, a jego najbliższa rodzina przoduje w ich łamaniu. Jego bratanica miała już kilkoro mężów, choć nie owdowiała. Jego siostrzenica żyje z Austriakiem bez katolickiego ślubu. Jego kuzynkowie są bohaterami obyczajowych plotek, bo mają nieślubne „kochanice”. Jego przybrany syn, pan prezes Jacek Kurski to zbiór wszelkich, katolickich grzechów. A pan prezes ani mru-mru.

Patrząc na zgniliznę moralną panującą w rodzinie pana prezesa Kaczyńskiego, to właśnie im należałoby prawnie zakazać adopcji polskich dzieci.

Wciąż nie chcą płacić

Nie pomagają różne metody, wymyślane przez nasze państwo przeciwko niesolidnym alimenciarzom. Trzeba na własną rękę walczyć z nimi o należne pieniądze.

 

Przypadki, gdy były partner uchyla się od obowiązku alimentacyjnego, nie są rzadkie. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, skala problemu wzrosła w ciągu pierwszego półrocza 2018 r. Łączne zaległości w płaceniu alimentów na dzieci wynoszą blisko 11,9 mld zł i dotyczą prawie 319 tys. osób. Średnio na jednego dłużnika alimentacyjnego przypada ponad 37 tys. zł zaległości. Nie oznacza to jednak, że odzyskanie przyznanych przez sąd pieniędzy jest zupełnie niemożliwe.
Jak podaje Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty”, problem zaległych alimentów dotyka w Polsce ponad 1 mln dzieci. Gdy zobowiązany rodzic nie płaci, ciężar utrzymania rodziny spoczywa na jednej osobie. Nawet miesiąc opóźnienia lub braku płatności może oznaczać początek problemów finansowych dla rodzica, który sprawuje realną opiekę nad dzieckiem.
Pierwszym z kroków, jakie należy podjąć w takiej sytuacji, jest próba polubownego rozwiązania sprawy.
– Przedstawmy byłemu mężowi lub żonie, na jak wysoką sumę zalega i wyznaczmy nowy termin na przekazanie środków. Niestety, zdarza się, że po rozwodzie mamy utrudniony kontakt z eks-partnerem. Wtedy o pomoc możemy poprosić firmę windykacyjną. Jest to wskazane, jeżeli drugi rodzic unika wszelkiego kontaktu. Firma windykacyjna podejmie się za nas mediacji z dłużnikiem alimentacyjnym – mówi radca prawny Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Jeśli mimo to były partner nie płaci alimentów przez dłuższy okres i unika polubownych rozwiązań, pozostaje nam oddanie sprawy do sądu i skorzystanie z pomocy komornika. Decyzja sądu, czyli wydany tytuł wykonawczy oraz sporządzony wniosek są podstawą do wszczęcia przez komornika egzekucji z majątku dłużnika. Komornik podejmuje wtedy działania, które mają na celu odzyskanie należności, zajmując np. do 60 proc. wynagrodzenia niepłacącego rodzica, z której pokrywane są roszczenia.
–W przypadku alimenciarzy posiadających legalne zatrudnienie, możliwe jest także złożenie bezpośrednio u pracodawcy wniosku o potrącenie wierzytelności alimentacyjnych zgodnie z tytułem wykonawczym. Wówczas pracodawca potrąca z pensji dłużnika zasądzoną kwotę i wypłaca ją osobie, która ma ustalone prawo do alimentów – dodaje radca Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Mając prawomocny wyrok sądu, nakazujący wypłacenie zaległych alimentów, można wpisać dłużnika do Krajowego Rejestru Długów. Osoba na takiej liście staje się niewiarygodnym kredytobiorcą w oczach banku i to będzie mieć nie tylko problem z zaciągnięciem kredytu, ale nawet z zakupami na raty. Gdy egzekucja komornicza jest bezskuteczna, można starać się o świadczenie alimentacyjne. Prawo do niego ma jednak wąska grupa rodziców, którzy znajdują się w szczególnej trudnej sytuacji finansowej (dochód na jednego członka rodziny nieprzekraczający 725 zł).

Niedorzecznik

Nad kandydaturą nowego Rzecznika Praw Dziecka debatowały sejmowe komisje. W piątek posłowie zagłosują za lub przeciw Mikołajowi Pawlakowi, pracownikowi Ministerstwa Sprawiedliwości.

 

Długo zastanawiałam się, o co chodzi: czy w naszym kraju najwyraźniej nie ma osoby kompetentnej, aby powołać ją na urząd RPD, skoro Sejmowi/Senatowi nie udało się to już cztery razy? Najpierw na straty poszli kandydaci opozycji: Ewa Jarosz i Paweł Kukiz-Szczuciński. Było to jednak dość oczywiste: pierwsza chciała 500-plusa dla wszystkich dzieci, a nie życzyła sobie klapsów; drugi już przez sam fakt leczenia arabskich dzieci z Syrii był podejrzany. Poległa Sabina Zalewska ze swoimi obawami o nastanie pajdokracji i oskarżeniami o plagiat. Też logiczne – robiłaby rządzącym zły PR.
Poległa wreszcie Agnieszka Dudzińska, szanowana w środowisku obyczajowa konserwatystka – i tu, szczerze mówiąc, przestałam rozumieć logikę sejmowych przepychanek. Dudzińska była wszak kandydatką idealną z punktu widzenia PiS. Ale na szczęście pojawił się on – cały na czarno. I wtedy doszło do mnie, że Zjednoczona Prawica ma bardzo konkretną wizję osoby, którą chce na ów urząd powołać. W żadnym wypadku nie może być to społecznik, lecz religiant.
Mikołaj Pawlak jest świętszy od samego papieża. Katolicko wykształcony od liceum, znawca prawa kanonicznego, nie uznający rozwodów (za wyjątkiem tych kościelnych, których udzielanie przez 11 lat opiniował). Chciał zresztą zmieniać prawo rodzinne tak, aby ex-małżonkowie w przypadku rozwodów bez orzekania o winie nie dostawali zwrotu kosztów sądowych. Zamiast bowiem zyskiwać po 3 stówki w kieszeni, po wyjściu z sali rozpraw powinni zacząć smażyć się w ogniu piekielnego potępienia. Pawlak domagał się, aby zaoszczędzone pieniądze w zamian szły na mediacje między małżonkami posiadającymi małe dzieci, aby za wszelką cenę ocalić ich od rozwodu.
To i tak jednak akcent humorystyczny w porównaniu z tym, co chciałby zapisać w ustawie o nieletnich: zbuduje ośrodki readaptacji społecznej (takie bardziej lajtowe poprawczaki), do których wsadzane będą już 13-latki. Żeby tylko. Według wizji nowego kandydata na RPD już 10-letnie dziecko mogłoby odpowiadać za popełnienie czynu karalnego. To zresztą kontynuacja polityki karnej Zbigniewa Ziobry (za pierwszej kadencji rządu PiS również chciał obniżyć wiek karalności – do 15 lat). Pawlak rozdysponował również znikomy procent ministerialnego funduszu służącego pomocy ofiarom przestępstw i resocjalizacji więźniów. Strach zapytać, na co w tym wypadku chciałby przekazać oszczędności. Może 600 plus na każde dziecko przeznaczone w przyszłości do seminarium?
RPD ma być urzędem służebnym wobec interesów najmłodszych – wobec dzieci z różnych środowisk, o różnym pochodzeniu i z różnym statusem majątkowym. Z rodzin pełnych i niepełnych, z rodzin adopcyjnych, patchworkowych, cudzoziemskich, nieheteronormatywnych. A także (co w całej sprawie „najstraszniejsze”): z rodzin po rozwodach. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że wybór tego kandydata zaspokoi potrzeby jedynie wąskiej grupy: ultrakonserwatywnych, głęboko wierzących rodziców, przekonanych o zbawiennej sile kar i autorytetu mierzonego klapsem.
Trzeba przyznać, że opozycja zagrała dziś wyjątkowo sprytnie: opiniując negatywnie kandydaturę Pawlaka, znalazła formalny wybieg, który można do niego przyłożyć: brak wymaganego pięcioletniego doświadczenia w pracy na rzecz dzieci lub z dziećmi. W departamencie spraw rodzinnych u Ziobry Pawlak pracuje bowiem dopiero od 2016. Rządzący natomiast pragną jeszcze „dopytywać go o życiorys”, mając nadzieję, że jednak „przepchną” go dalej. Sama nie wiem, czy bardziej chcę, żeby im się to w najbliższy piątek udało, czy jednak nie. Patrząc na tendencję w wyborach kolejnych kandydatów wskazywanych przez PiS, mam obawy, że następnym może okazać się sam arcybiskup Głódź.