Życie w cieniu plastiku

Ostrożność podczas zakupów nie wystarczy, bo pozostałości groźnych substancji z mikroplastiku mogą być też w żywności i wodzie.
Tworzywa sztuczne to nie tylko ogromny problem dla naszego środowiska, ale także dla naszego zdrowia, na co wskazuje coraz więcej badań. Głównym zagrożeniem nie jest nawet sam plastik, a różnego rodzaju dodatki, które się w nim znajdują: tzw. plastyfikatory, wypełniacze, barwniki, stabilizatory i różne inne środki chemiczne stosowane w celu nadania plastikowi pożądanych właściwości.
W ostatnim czasie coraz częściej pojawiają się też informacje o obecności w pożywieniu i wodzie pitnej mikroplastiku, który powstaje w wyniku rozpadu tworzyw sztucznych na mikrocząsteczki. Mikroplastik wraz z odprowadzanymi ściekami z gospodarstw domowych (gdzie powstaje m.in. w trakcie ścierania pranej odzieży wytworzonej z syntetycznych tkanin) przedostaje się do rzek, a następnie do mórz i oceanów, trafiając do łańcuchów pokarmowych, a po spożyciu ryb i owoców morza – z powrotem do organizmu człowieka.
Na szkodliwe działanie i wpływ substancji zawartych w tworzywach sztucznych narażone są także najmłodsze dzieci korzystające z plastikowych zabawek: niepożądane substancje mogą przenikać do ich organizmów ze względu na częsty kontakt takich zabawek bezpośrednio z ustami. Te problemy mogą być coraz poważniejsze, ponieważ z roku na rok rośnie na świecie produkcja tworzyw sztucznych – z niespełna 30 mln ton rocznie w latach sześćdziesiątych, do ponad 350 mln ton rocznie obecnie.
W Polsce, w zależności od rodzaju produktów i wyrobów z tworzyw sztucznych, dwie Inspekcje: Państwowa Inspekcja Sanitarna oraz Inspekcja Handlowa (której działalnością kieruje prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów) kontrolują przestrzeganie przepisów normujących zawartość substancji niebezpiecznych w tworzywach sztucznych. Pierwsza z nich bada generalnie wyroby mające kontakt z żywnością (np. opakowania i naczynia), druga kontroluje pozostałe produkty, dla których takie normy ustanowiono – w szczególności zabawki.
Działania kontrolne UOKiK koncentrują się zwłaszcza na bezpieczeństwie zabawek z polichlorku winylu (PCW) badanych pod kątem zawartości ftalanów. NIK zwraca uwagę na ograniczone możliwości badawcze laboratoriów UOKiK. Badaniem zawartości substancji w produktach z tworzyw sztucznych zajmowały się tylko dwa spośród ośmiu laboratoriów UOKiK: w Łodzi oraz w Lublinie. Dlatego, z powodu braku możliwości wykonywania przez nie niektórych analiz, występuje konieczność zlecenia analiz laboratoriom zewnętrznym.
W latach 2017 – 2019 rocznie wykonywano ok. 200 badań zabawek z PCW w kierunku zawartości ftalanów. Wprawdzie wykonywano w ten sposób tym samym plany badań, tym niemniej są to nader ograniczone działania. Zdaniem NIK liczba przeprowadzonych badań wynikająca z możliwości badawczych laboratoriów UOKiK była niewielka, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielkość rynku zabawek oraz łatwość natrafienia na niebezpieczne produkty (według danych Krajowej Administracji Skarbowej sama liczba zgłoszeń celnych dla zabawek z tworzyw sztucznych w latach 2017–2019 wyniosła w Polsce ponad 40 tys.). Do ograniczonych możliwości badawczych swoich laboratoriów przyznał się również prezes UOKiK w trakcie kontroli NIK.
Najwyższa Izba Kontroli zwraca również uwagę, na długi czas badania próbek zabawek na zawartość ftalanów w laboratorium UOKiK w Łodzi – średni czas oczekiwania na wyniki tych badań wynosił od 25 do 34 dni (od daty ich dostarczenia do laboratorium). Tymczasem, takie badania powinny i mogłyby być wykonywane nawet w terminie od 5 do 7 dni. W przypadku części zabawek w których wykryto ftalany w niedozwolonych stężeniach, w trakcie oczekiwania na wyniki badań dochodziło do ich sprzedaży, co stwarzało zagrożenie dla dzieci. W trakcie kontroli NIK ustalono, że łącznie sprzedano 451 sztuk niebezpiecznych zabawek.
Wprawdzie w takich przypadkach UOKiK podejmował działania zmierzające do wycofania z obrotu takich zabawek i ich zwrotu do sprzedawców (służyło temu nakazywanie sprzedawcom publikacji ogłoszeń prasowych o stosownej treści), jednak wcale to nie oznaczało, że zakupione zabawki rzeczywiście były zwracane przez klientów.
Prezes UOKiK prowadził rejestr wyrobów z tworzyw sztucznych niezgodnych z wymaganiami, co mało na celu ich wycofanie z rynku. Natomiast Główny Inspektor Sanitarny wprowadził procedurę urzędowej kontroli materiałów i wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Jednak przy wykonywaniu czynności kontrolnych, z powodu braku stosownych uregulowań w prawie unijnym i polskim, organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej nie uwzględniały w swych działaniach badań zawartości mikroplastiku w wodzie pitnej i żywności. Dopiero 12 stycznia 2021 r. weszła w życie zmieniona Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi, zgodnie z którą będzie można prowadzić monitoring mikroplastiku w wodzie. Jednak nie zaraz, bo Komisja Europejska dostała czas na przyjęcie tej procedury badawczej do 12 stycznia 2024 r.
W latach 2017–2019 organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej zbadały w całym kraju 4263 próbek materiałów i wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Dane te obejmują nie tylko tworzywa sztuczne, ale również inne wyroby (np. opakowania ze szkła i metalu). Odsetek zdyskwalifikowanych wyrobów był niewielki – od 0,6 do 1,9 proc., co może świadczyć o tym, że oferowane na polskim rynku wyroby przeznaczone do kontaktu z żywnością, w tym także te wykonane z tworzyw sztucznych, są bezpieczne.
Zdarzały się jednak niekiedy zaniedbania – na przykład w 2019 r. z powodu braku pieniędzy (ok. 500 tys. zł) w jednym laboratorium nie wykonano 47 z 50 zaplanowanych badań. Główny Inspektorat Sanitarny tłumaczył, że ograniczenie liczby takich badań przez jeden rok nie niosło istotnego ryzyka dla konsumentów, ale Najwyższa Izba Kontroli nie podzieliła tego poglądu. Ponadto, niedobory sprzętowe w laboratoriach były powodem wydłużonego czasu badania (od 28 do 45 dni) niektórych próbek produktów. „W konsekwencji w jednym przypadku stwierdzono sprzedaż konsumentom 12 łyżek nylonowo-stalowych, w których stwierdzono ponadnormatywną migrację amin aromatycznych” – wskazuje NIK.
Generalnie jednak, polskie organy niezwłocznie i co do zasady prawidłowo reagowały na powiadomienia w unijnych systemach wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach oraz szybkiej wymiany informacji o niebezpiecznych produktach z tworzyw sztucznych. Krajowy Punkt Kontaktowy znajdujący się w Głównym Inspektoracie Sanitarnym, rozpatrzył w ostatnich latach kilkadziesiąt spraw dotyczących materiałów i wyrobów wykonanych z plastiku przeznaczonych do kontaktu z żywnością, zgłoszonych do tych systemów. Najczęściej chodziło o zestawy naczyń zawierające szkodliwy formaldehyd, aminy aromatyczne i melaminę.
Po kontroli NIK wystąpiła z wnioskiem do premiera Mateusza Morawieckiego, aby zwiększył potencjał badawczy laboratoriów UOKIK oraz wyeliminował bariery utrudniające organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej szybsze badania wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. A do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – aby skrócił czas oczekiwania na wyniki badań próbek zabawek mogących stanowić zagrożenie dla dzieci.

Internet za zamkniętymi drzwiami

Państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa apeluje do dorosłych, by zgłaszali przypadki publikacji treści erotycznych samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie.
Coraz częściej w sieci spotykane są intymne materiały foto lub wideo przedstawiające dzieci – i często wykonane są one przez nie same. Przypomnijmy, że w świetle polskiego prawa (ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka) za dziecko uznaje się istotę ludzką do chwili osiągnięcia pełnoletniości, czyli 18 lat. Taką osobę określa się też terminem prawnym: „małoletnia”.
Blisko co trzeci ankietowany polski nastolatek w badaniach Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej zadeklarował, że prowadził wideo rozmowy z osobami, których wcześniej nie znał, a co ósmy, że w trakcie takich rozmów dostał propozycję pokazania się bez ubrania. 25 proc. polskich nastolatków zadeklarowało, iż otrzymało czyjeś materiały erotyczne, a ponad 7 proc. – że wysłało komuś swoje. Taki wynik przynosi badanie NASK „Nastolatki wobec internetu” z 2014 r., jednak na podstawie tzw. technik projekcyjnych zastosowanych w kwestionariuszu badania, można wnioskować, że procent takich nastolatków jest znacznie wyższy.
W związu z tym państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa rozpoczął kampanię „Czy wiesz, co robią dzieci za zamkniętymi drzwiami?”, poruszającą problem wytwarzania oraz prezentowania w internecie i rozsyłania do innych osób intymnych obrazów lub filmów przez osoby małoletnie. Jak precyzuje NASK, chodzi tu o osoby małoletnie: „intencjonalnie angażujące się w erotyczną lub seksualną aktywność”. Eksperci Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej przekonują, że coraz więcej takich obrazów krąży w sieci – i za każdym z nich może stać krzywda dziecka.
Jak podkreśla państwowy instytut badawczy NASK: „Kampania ma zachęcać dorosłych użytkowników Internetu do zgłaszania przypadków publikacji treści erotycznych, samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie”.
W sformułowaniu tym instytut badawczy NASK użył określenia „osoba nieletnia”, a nie „małoletnia”. Chodzi tu konkretnie o rok różnicy, jest to jednak ważna różnica.
Nieletni to w świetle polskiego prawa karnego osoba poniżej 17 roku życia, która tylko w szczególnych przypadkach może odpowiadać za popełnienie przestępstwa. Do tych przypadków nie należy wytwarzanie materiałów pornograficznych przez nieletniego, z udziałem własnym czy innej osoby nieletniej – za co może jednak karnie odpowiadać osoba małoletnia (w tym przypadku, będąca pomiędzy 17 a 18 rokiem życia).
Dziecko (czyli człowiek poniżej 18 roku życia) może zatem zostać skazane za wytwarzanie i upowszechnianie materiałów zawierających to, co wolno mu robić. Zgodnie z polskim prawem, minimalny wiek, od którego dziecko ma prawo wyrażenia zgody na czynności seksualne z inną osobą wynosi w naszym kraju 15 lat.
Osoba pomiędzy 17 a 18 rokiem życia może więc legalnie już podejmować czynności seksualne, ale nie może ich utrwalać ani ujawniać w internecie, gdyż grozi jej za to odpowiedzialność z art 202 kodeksu karnego (publiczne prezentowanie treści pornograficznych). A jest ona niemała: od 1 roku do nawet 12 lat pozbawienia wolności. Nie dla każdego „intymność” znaczy dokładnie to samo. Ale większość z nas uznaje, że sprawy intymne, czyli związane z seksualnością, należą do sfery najbardziej prywatnej i powinno się je dzielić wyłącznie z najbliższymi osobami. Niestety, nie zawsze młode osoby w pełni zdają sobie sprawę ze znaczenia tego faktu. Albo z innych, zewnętrznych powodów, decydują się postąpić wbrew swojej potrzebie zachowania prywatności. Eksperci, którzy na co dzień zajmują się treściami szkodliwymi i nielegalnymi w Internecie, w tym materiałami przedstawiającymi seksualne wykorzystywanie dzieci, coraz częściej otrzymują zgłoszenia na temat materiałów z bardzo intymnymi treściami wideo i zdjęciami, na których dzieci zarejestrowały same siebie, a potem udostępniły je innym osobom – mówi Anna Rywczyńska, kierownik działu edukacji cyfrowej w państwowym instytucie badawczym NASK.
„Wśród tych zdjęć czy filmów znajdują się takie, gdzie dziecko jest całkowicie rozebrane, widać intymne części ciała lub wręcz jest w trakcie czynności seksualnych” – podkreśla instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa. Mogą to być treści sextingowe, które młodzi przesyłają sobie nawzajem (np. jako dowód miłości, zaufania, element flirtu, zabawy).
Treści takiej korespondencji niekiedy „wypływają” i są upubliczniane wbrew początkowym intencjom pary – na skutek kłótni, pozyskania materiałów przez osoby postronne lub błędu w zabezpieczeniach. Zdarzają się jednak również materiały, które nastolatki przesyłają na prywatnych kanałach osobom nieznajomym lub publikują w szeroko dostępnych serwisach.
Według badań brytyjskiej organizacji Internet Watch Foundation, wśród znalezionych w Internecie materiałów o charakterze seksualnym wykonanych przez osoby nieletnie, 96 proc. treści przedstawiało te dzieci znajdujące się w domowym otoczeniu, przeważnie w pokojach lub sypialniach pełnych zabawek lub młodzieżowych dekoracji. 98 proc.zbadanych materiałów przedstawia dzieci w wieku 13 lat i mniej. Słowem, jest to raj dla pedofilów. W Polsce na razie nie ma podobnych statystyk. – Nie można uznawać, że materiały wytworzone samodzielnie zawsze są wykonane dobrowolnie. W wielu przypadkach są to materiały powstałe w wyniku procesu uwodzenia dziecka, szantażu, pod wpływem presji rówieśników lub środowiska bądź w wyniku podejmowania czynności przez nieletnich, którzy naśladując starszych, nie do końca rozumieją cały kontekst sytuacji – wyjaśnia Martyna Różycka, kierownik należącego do Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zespołu Dyżurnet.pl, zajmującego się reagowaniem na szkodliwe i nielegalne treści w sieci.
W 2019 r. Dyżurnet.pl przeanalizował 12 517 zawiadomień, z czego 2 295 (czyli 18 proc. analizowanych treści) zostało zakwalifikowanych jako treść pornograficzna z udziałem dziecka. Były to więc materiały bezsprzecznie nielegalne.
Eksperci Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zauważają, że coraz częściej wśród materiałów atrakcyjnych dla osób o pedofilskich skłonnościach znajdują się materiały samodzielnie wytworzone przez osoby małoletnie. W 2019 r. stanowiły one blisko 10 proc. treści zakwalifikowanych jako pornografia dziecięca. Trudno zrozumieć, co siedzi w głowach nastolatków, którzy samodzielnie wytwarzają pornografię dziecięcą z własnym udziałem, lecz jak wynika z badań NASK, jest to realny problem w Polsce.
Celem kampanii jest zwrócenie uwagi osób dorosłych na to, że nawet drobne działanie, takie jak zgłoszenie nadużycia do moderatora lub administratora serwisu, może zapobiec poważnym konsekwencjom dla dziecka. O ile bowiem młody autor czy autorka intymnego selfie może nie do końca zdawać sobie sprawę, jak poważny błąd popełnia, to dorośli powinni.
Publikowanie materiałów intymnych może prowadzić do nadużyć wobec dziecka, na przykład agresywnych i wulgarnych komentarzy, dalszej seksualizacji oraz przemocy polegającej na wymuszaniu dostarczania kolejnych filmów czy zdjęć. Intymne materiały są oczywiście atrakcyjne dla osób o pedofilskich skłonnościach.
Należy podkreślić, że według polskiego prawa utrwalanie i publikacja treści pornograficznych z udziałem osoby poniżej 18. roku życia są nielegalne. Nakłanianie przez dorosłych osoby nieletniej do prezentowania nagości również jest niezgodne z prawem.
„Wielką rolę mają tu do odegrania rodzice, którzy powinni poważnie traktować internetowe doświadczenia swoich dzieci, słuchać ich i interweniować zawsze wtedy, gdy dziecko czuje, że sobie nie radzi” – podkreśla instytut badawczy NASK. I wskazuje, że to często dorośli krzywdzą dzieci. Tym bardziej na pozostałych dorosłych, którym dobro dzieci leży na sercu, ciąży obowiązek reagowania, gdy dzieje się coś niepokojącego.
Zgłaszanie treści, w których osoby małoletnie są widoczne w seksualnym kontekście, prowadzi do weryfikacji, czy nie doszło do przestępstwa?. Prowadzi też przeważnie do usunięcia filmu czy zdjęcia z danego serwisu a czasem nawet z wyników wyszukiwania lub z dostępnych stron portalu społecznościowego. To ważne dla młodych osób, dla których oglądanie krępujących materiałów przez rodzinę czy przyjaciół może być źródłem cierpienia psychicznego.
„Dlatego, nawet jeśli nie jesteśmy pewni, czy osoba, którą oglądamy jest niepełnoletnia, czy tylko młodo wygląda, powinniśmy zgłosić materiał do sprawdzenia przez moderatora lub do zespołu Dyżurnet.pl” – apeluje instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa.

Czy władza zatroszczy się o dzieci już urodzone?

W Polsce rządzonej przez PiS brakuje miejsc w domach dla matek z dziećmi, a te, które już są, na ogół nie spełniają standardów. Ucieczka przed biedą i przemocą domową jest więc bardzo trudna.
To, że polskie władze dbają bardziej o dobro dzieci poczętych niż już żyjących, wiadomo od dawna. Teraz jednak ta teza została empirycznie potwierdzona przez Najwyższą Izbę Kontroli.
NIK skontrolowała jak powiaty (czyli władza rządowa), między styczniem 2016 r., a czerwcem 2019 r (właśnie ten okres rządów PiS sprawdzała kontrola) sprawowały opiekę nad szczególną grupą – nad dotkniętymi przemocą lub znajdującymi się w innej sytuacji kryzysowej matkami, ojcami, opiekunkami z dziećmi. Okazało się, że tej opieki nie sprawowano prawie w ogóle.
NIK wykazała, że 95 proc kontrolowanych ośrodków i centrów pomocy nie wywiązuje się prawidłowo z zadania powiatu, jakim jest prowadzenie specjalnych ośrodków wsparcia dla takich osób.
Chodzi tu o domy dla matek z dziećmi i dla kobiet w ciąży. Placówki te udzielają potrzebującym całodobowego, okresowego (maksymalnie do roku) schronienia, a ich standard ściśle określa rozporządzenie ministra polityki społecznej z 2005 r., wydane za rządów SLD, które dotyczy warunków lokalowych, opieki i pomocy w przezwyciężaniu sytuacji kryzysowych.
Zadania związane z zapewnieniem miejsc w takich placówkach, powinny być wykonywane przez powiatowe centra pomocy rodzinie, ośrodki pomocy społecznej lub ośrodki pomocy rodzinie. Jednak tylko sześć na 21 tego rodzaju instytucji skontrolowanych przez NIK rzeczywiście umieszczało potrzebujących w domach dla matek z dziećmi, głównie prowadzonych na zlecenie samorządu. Pozostałe kierowały takie osoby do schronisk dla bezdomnych, hosteli przy ośrodkach interwencji kryzysowej i do mieszkań chronionych (będących również placówkami samorządowymi). W większości z nich standard był niższy niż w domach dla matek z dziećmi.
NIK „wyróżniła” tu szczególnie Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Sztumie. Jak stwierdza raport pokontrolny, było ono: „Nieprzygotowane instytucjonalnie i organizacyjnie w jakikolwiek sposób do zapewnienia potrzebującym miejsc”.
Na to, że domów dla matek z dziećmi jest w Polsce za mało – i że matki z dziećmi oraz kobiety w ciąży przebywają w schroniskach dla bezdomnych, które nie zapewniają im odpowiednich warunków, już od kilku lat zwracały uwagę media i Rzecznik Praw Obywatelskich. Trudno jednak oszacować ile takich placówek jest w naszym kraju, ponieważ rząd PiS nie stworzył listy takich ośrodków.
Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2018 r. w Polsce funkcjonowało 31 domów dla matek z dziećmi, które dały schronienie w sumie nieco ponad 1 300 osobom. Główny Urząd Statystyczny, na podstawie otrzymanych sprawozdań doliczył się zaś 63 domów (łącznie z filiami), z których skorzystało prawie 3 200 osób.
Badanie społeczne, którego przeprowadzenie Najwyższa Izba Kontroli zleciła w 2019 r., pokazało, że z domów dla matek z dziećmi korzystały przede wszystkim kobiety z wykształceniem podstawowym (41 proc.) i zawodowym (31 proc.), z których ponad połowa (54 proc.) miała własne comiesięczne dochody niższe niż 1,8 tys. zł. Posiadały one zwykle jedno lub dwójkę dzieci, średnio w wieku 3 lat lub młodsze.
Wyniki badania wskazują na to, że najważniejszym rodzajem wsparcia, którego podopieczni tych domów potrzebowali było schronienie, a także odizolowane od sprawcy przemocy oraz uzyskanie pomocy psychologa.
Matki, opiekunki i kobiety w ciąży najczęściej oczekują, że pomoc zostanie im udzielona w pobliżu miejsca zamieszkania, bez konieczności rozłąki z rodziną, bez potrzeby zmiany szkoły i lekarza dla dzieci oraz rezygnacji z pracy. Obawiają się one także, że w razie przeniesienia w odległe miejsce, pogorszą się ich szanse w staraniach o lokal z zasobów gminy (np. w przypadku Kętrzyna najbliższy dom dla matek z dziećmi znajdował się w odległości ok. 100 km od miasta).
Powiaty diagnozowały skalę potrzebnych miejsc w takich ośrodkach w oparciu o liczbę wniosków złożonych przez szukających schronienia. Wniosków było jednak niewiele, ponieważ potrzebujący często nie wiedzieli o przysługującym im prawie do skorzystania z takiej pomocy. Zdarzają się także przypadki kiedy rodzice dzieci unikają kontaktu z ośrodkami i centrami pomocy w obawie przed utratą praw rodzicielskich.
Wiedzę o potrzebach dotyczących zapewnienia schronienia dla matek z dziećmi i kobiet w ciąży powinny mieć lokalne władze, ale takie informacje nie zawsze do nich docierały. Jak wykazała kontrola NIK, większość jednostek opieki społecznej nie zawiadamiała starostów lub prezydentów miast o konieczności utworzenia takich ośrodków.
Jak ustaliła NIK kontrolując jednostki organizacyjne pomocy społecznej, rocznie wpływało do nich średnio od 1 do 96 wniosków o udzielenie schronienia. W badanym okresie, czyli od stycznia 2016 r. do połowy 2019 r. dach nad głową w domach dla matek z dziećmi znalazło średnio od 15 do 77 osób, w tym od 8 do 48 dzieci.
Zdarzało się, że liczba dostępnych miejsc była mniejsza niż potrzeby. Na przykład, w jednej z placówek aż 12 osobom odmówiono przyznania pomocy, a 14 kolejnych wpisano na listę oczekujących.
Dodatkowym utrudnieniem w dostępie do niektórych domów dla matek z dziećmi i innych ośrodków zapewniających schronienie, były ograniczenia dotyczące wieku dziecka. Na przykład dom dla matek z dziećmi w Gdańsku określił maksymalny wiek przyjmowanych dzieci do 6 lat, a Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Cieszynie zapewniało pomoc tylko ofiarom stwierdzonej przemocy. W jednym z ośrodków wprowadzono zasadę wykluczającą przyjmowanie kobiet z więcej niż dwojgiem dzieci (!).
Domy dla matek z dziećmi z reguły nie gwarantują odpowiedniego standardu. Na poziomie jakiego wymaga wspomniane rozporządzenie ministra społecznej z 2005 r. zapewniała go zaledwie jedna na 8 skontrolowanych placówek.
NIK ma zastrzeżenia do nie zapewnienia odrębnych pomieszczeń do spania dla osób z dziećmi, braku odpowiedniej liczby łazienek, proporcjonalnej do liczby mieszkańców (1 na pięć osób) lub nieopracowania programów dla podopiecznych, dzięki którym mogliby się usamodzielnić.
Innym problemem jest dostępność placówek udzielających schronienia dla osób z niepełnosprawnością ruchową. Nie zapewniał jej żaden z skontrolowanych domów dla matek z dziećmi. Ograniczenia wynikały, np. z nieodpowiedniego usytuowania drzwi wejściowych do budynku, do których można było dotrzeć wyłącznie po schodach, braku odpowiednio wyposażonej łazienki, braku urządzeń umożliwiających osobom niepełnosprawnym korzystanie z pomieszczeń znajdujących się na wyższych piętrach.
Kontrola NIK pokazała także, że potrzebne jest stworzenie ogólnodostępnego źródła informacji na temat możliwości uzyskania schronienia w domach dla matek z dziećmi. Pod rządami PiS nie jest bowiem prowadzony ani rejestr takich ośrodków, ani innych placówek świadczących tego rodzaju pomoc.
W rezultacie samorządy nie miały wiarygodnych informacji nie tylko o domach dla matek z dziećmi funkcjonujących na terenie kraju, ale nawet o tych będących w ich najbliższym sąsiedztwie. Potrzebujący też nie zawsze wiedzieli o istnieniu takich ośrodków oraz o obowiązujących przepisach. Zdarzało się, że matki z dziećmi odsyłane do schronisk dla bezdomnych nie miały świadomości, że zgodnie z ustawą o opiece społecznej przysługuje im skierowanie do specjalnej placówki o gwarantowanym standardzie.
NIK stwierdza: „Z kontroli jednoznacznie wynika, że w badanym okresie nie wszystkie powiaty i miasta na prawach powiatu zapewniały schronienie w domach dla matek z dziećmi” – co jest niezgodne z prawem. Izba formułuje więc oczywisty wniosek, że powiat powinien być organizacyjnie przygotowany do zapewnienia miejsca w takich ośrodkach.
No, naturalnie, że powinien…. Trudno jednak oczekiwać, żeby PiS-owska ekipa zechciała się zająć tym problemem. Rządzący są obecnie skoncentrowani przede wszystkim na walce z kobietami – a nie na rozwiązywaniu ich problemów.

500 plus zmniejsza liczbę urodzin

Możnaby powiedzieć, że sztandarowy projekt PiS poniósł spektakularną klęskę. Ale jednak zapewnił tej partii sporo głosów wyborczych. A przecież tylko w tym celu powstał.
Działania – a raczej zaniechania – rządu Prawa i Sprawiedliwości sprawiły, że w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci. Jak wiadomo, rząd PiS stworzył program Rodzina 500 plus, by zwiększyć liczbę narodzin. W 2016 r. tłumaczyła to dokładnie premier Beata Szydło. Chodziło o zachętę finansową, żeby Polacy decydowali się na posiadanie liczniejszego potomstwa.
Niestety, program Rodzina 500 plus okazał się całkowicie nieskuteczny – a nawet przeciw skuteczny. Liczba urodzin zaczęła bowiem spadać. Takiego scenariusza spodziewali się zresztą specjaliści, których oczywiście nie słuchano.
Rząd PiS długo udawał, że program Rodzina 500 plus funkcjonuje zgodnie z oczekiwaniami i przynosi spodziewane efekty. Danych statystycznych nie dało się jednak ukrywać. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. urodziło się 402 tys. dzieci, w 2018 r. tylko 388 tys., a w ubiegłym jedynie 375 tys.
Oczywiście oficjalne prognozy rządu PiS zapowiadały dokładnie coś innego: stały wzrost liczby urodzin w tych trzech latach. Tak się nie stało, choć do tej pory na program Rodzina 500 plus wydano około 115 miliardów złotych.
Rząd PiS ma dwie fundamentalne zasady, przestrzegane z żelazną konsekwencją: nigdy nie przyznawać się do błędu i zawsze zrzucać winę na innych.
Dlatego i w przypadku 500 plus rząd, licząc na krótką pamięć Polaków, prezentuje dziś stanowisko, iż oczekiwanym skutkiem wprowadzenia świadczenia z programu 500 plus nie był regularny wzrost liczby urodzeń. „Urodzenia nie wzrosły i nie wzrosną” – dodała szczerze wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Barbara Socha.
Pytanie więc, co było i jest celem tego programu, skoro inflacja, idąca szybko w górę pod rządami PiS (do zwiększenia której przyczynia się 500 plus), sprawia, że pieniądze otrzymywane na dziecko mają coraz mniejszą siłę nabywczą?
Odpowiedź jest oczywista i jasna: celem było i pozostaje kupowanie głosów wyborców za pieniądze podatników. Jednak za te głosy PiS płaci coraz marniej.

Warto nosić kask

Ile osób musi zginąć, zanim wreszcie przyjęty zostanie przepis, mogący zmniejszyć liczbę ofiar?
Czasem potrzeba tragedii, aby zmotywować tłumy do działania. Niestety, tak było i tym razem. Dominik miał 16 lat i całe życie przed sobą. Rower był jego pasją. W kaliskim skateparku spędzał bardzo dużo czasu.
18 maja tego roku podczas jednej z jego akrobacji zajechała mu drogę mała dziewczynka. Dominik, żeby uniknąć zderzenia, musiał gwałtownie zmienić kierunek lotu, spadł i uderzył głową o beton. Mimo starań lekarzy nie udało się go uratować. Zmarł w szpitalu. Podczas tego feralnego skoku niestety nie miał na głowie kasku, a gdyby go miał – z pewnością byłyby większe szanse na przeżycie.
W ostatniej drodze Dominika uczestniczyły setki osób. “Czy moglibyście pomóc w tym aby jego śmierć coś zmieniła?” – zaapelowali znajomi chłopaka i jego rodziny.
Parę tygodni później w Kaliszu powstało stowarzyszenie Kask jest cool, którego celem jest propagowanie uprawiania sportów rekreacyjnych w świadomy i bezpieczny sposób – w kasku i ochraniaczach. Członkowie aktywnie zabiegają o zmianę przepisów polskiego prawa i wprowadzenie ustawowego nakazu noszenia kasku podczas jazdy rowerem i hulajnogą przez dzieci i młodzież do 18 roku życia. Pomysłodawcami akcji są znajomi rodziców tragicznie zmarłego Dominika. Honorowym członkiem stowarzyszenia został prezydent Kalisza Krystian Kinastowski.
Stowarzyszenie Kask jest cool powstało z inicjatywy znajomych i rodziców Dominika, którzy postanowili uczcić jego pamięć. We współpracy z Radą Rodziców Szkoły Podstawowej nr 6 w Kaliszu będą się starać o edukację społeczeństwa – zarówno tych młodszych, jak i starszych. W sprawę udało im się zaangażować media i niektórych polityków. Dwie interpelacje w sprawie zmiany przepisów polskiego prawa i wprowadzenie ustawowego nakazu noszenia kasku, złożył już w Sejmie poseł Piotr Kaleta.
Okazją do rozpropagowania tej idei był obchodzony 21 czerwca Dzień Deskorolki. W kaliskim skateparku, w którym zginął Dominik, odbyła się impreza skierowana do miłośników jazdy na deskorolce, hulajnodze i BMX, były pokazy w wykonaniu wyczynowców. Podczas tego wydarzenia organizatorzy zachęcali młodych ludzi do zakładania kasków ochronnych.
“Kask i ochraniacze są bardzo ważne, a skatepark to nie jest plac zabaw dla dzieci. Bezpieczeństwo jest kluczowe podczas uprawiania wszelakich sportów, szczególnie tych ekstremalnych, a wypadek może zdarzyć się każdemu, niezależnie od stopnia zaawansowania. Ta tragedia jest tego doskonałym przykładem, nie pozwólmy, aby poszła na marne. Wypadek Dominika był impulsem do tego, aby w ramach naszych działań profilaktycznych, które prowadzimy jako Rada Rodziców Szkoły Podstawowej nr 6 w Kaliszu dążyć do zmiany przepisów prawa. Chcemy pokazywać, że kask jest cool, tworzyć modę na noszenie kasków. Wychowajmy dzieci i młodzież w kaskach, aby jako dorośli mieli to jako element swojego życia” – powiedział Rafał Wieczorek, prezes stowarzyszenia „Kask jest cool”.
Kaliską akcję wsparły między innymi minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk, minister rodziny, pracy i polityki społecznej Marlena Maląg oraz wojewoda wielkopolski wraz z samorządem Kalisza. Zapowiedzieli oni poparcie działań zmierzających do wprowadzenia obowiązku noszenia kasków dla młodzieży do 18 roku życia – choć wiadomo, że sam prawny obowiązek niewiele tu zmieni, jeśli nie powstanie dobry zwyczaj noszenia kasków, taki jaki upowszechnia się już, także wśród dorosłych, na stokach narciarskich.
Warto, byśmy, jako Polacy byli mądrzy po szkodzie i sięgnęli do doświadczeń naszych sąsiadów. Otóż, na Słowacji kask jest wymagany wszędzie dla rowerzystów poniżej 15 roku życia, zaś poza obszarami zabudowanymi, obowiązkowy również dla rowerzystów powyżej 15 lat. W Czechach jest zaś obowiązkowy dla młodzieży poniżej 18 roku życia.
Niestety, w Polsce nie istnieje pojęcie dyscypliny społecznej, a wszelkie przepisy mające ją budować, są torpedowane jako niedopuszczalne ograniczenie świętych swobód osobistych. Dlatego w naszym kraju nie ma dotychczas obowiązku jazdy w kasku, nawet dla najmłodszych dzieci.
W przeszłości były u nas podejmowane próby uchwalenia przepisu, wprowadzającego obowiązek jazdy rowerowej w kaskach chociaż dla dzieci. Oczywiście bezskuteczne. Udało się natomiast wprowadzić obowiązek jazdy w kaskach na nartach, dla młodzieży do 16 roku życia. W rezultacie, na polskich stokach narciarskich kaski się już przyjęły, także wśród starszych miłośników białego szaleństwa.

Tłuste dziecko to w przyszłości chory dorosły

Otyłość jednego z rodziców zwiększa cztero-pięciokrotnie ryzyko, że z ich dziecka wyrośnie otyły dorosły – mówi prof. dr hab. Halina Weker, szefowa Zakładu Żywienia Instytutu Matki i Dziecka, wykładowczyni na wydziale Nauki o Zdrowiu Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, ekspertka opiniująca środki spożywcze oraz opracowująca zalecenia żywieniowe dla niemowląt, małych dzieci, kobiet ciężarnych i karmiących piersią.

Jak możemy zdefiniować otyłość? Jakie kryteria pozwalają nam uznać kogoś za osobę otyłą?

Otyłość jest stanem, w którym ilość energii dostarczonej, istotnie przewyższa jej zużycie przez organizm. Charakteryzuje się zwiększeniem masy ciała poprzez nadmierny wzrost tkanki tłuszczowej w organizmie. Kryterium, które pozwala nam to stwierdzić, stanowi dla osób dorosłych: waga w kilogramach, podzielona przez wzrost w metrach (podniesiony do kwadratu). Jeżeli ów iloraz wynosi powyżej 30, takie osoby uznaje się za otyłe. Dla dzieci te kryteria są inne, związane z siatką centylową, czyli wykresami wagi. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznaje, że aktualna masa ciała dziecka, która jest wyższa, niż u 85 proc. dzieci, oznacza ryzyko otyłości.

Już ponad 50 lat temu WHO uznała otyłość za jednostkę chorobową i wpisała ją na Międzynarodową Listę Chorób i Problemów Zdrowotnych. Jak przypomina portal dozdrowia.com.pl, w Polsce lista ta obowiązuje od 1996 r. Dlaczego w naszym kraju wciąż mamy narastający problem otyłości dzieci i młodzieży?

Otyłość nie zaczyna się z dnia na dzień, jest problemem, który narasta w czasie. Przyrosty masy ciała powinny być kontrolowane od najwcześniejszego okresu życia dziecka. Pierwsze 1000 dni życia, czyli od okresu prenatalnego do około trzeciego roku, są kluczowe i wymagają szczególnej dbałości od strony właściwego postępowania żywieniowego. Od żywienia i metabolizmu w tym czasie, zależy stan zdrowia dziecka gdy dorośnie. Dlatego tak dużą rolę przypisuje się planowaniu prawidłowego żywienia kobiety w okresie ciąży i dziecka w pierwszym roku życia, gdzie optymalnym postępowaniem jest karmienie piersią, a potem umiejętne rozszerzanie diety. Ważny jest także odpowiedni dobór produktów w drugim roku życia, kiedy dziecko zaczyna jeść to, co jego rodzina. Ta dieta jest bardzo istotna, gdyż wtedy kształtują się zachowania żywieniowe dziecka.

W okresie od pierwszych miesięcy do drugiego roku życia dzieci, wzorem zachowania żywieniowego są słodkie mieszanki mleczne. Czy nie kształtujemy w ten sposób nawyku słodkiego smaku?

Od początku wszyscy preferujemy smak słodki, tyle, że on jest odpowiednio wyciszany w czasie karmienia piersią, gdyż laktoza, podstawowy cukier mleka kobiecego, jest zdecydowanie mniej słodka niż dwucukry, takie jak sacharoza zawarta w mieszankach. Dzieci karmione piersią nie akceptują smaku słodkiego w takim stopniu jak dzieci żywione sztucznie, mlekiem modyfikowanym. Mając to na uwadze eksperci żywieniowi z Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Żywności wyznaczają odpowiednie rekomendacje dotyczące składu ilościowego i jakościowego żywności przeznaczonej dla najmłodszych dzieci.

Z danych WHO wynika, że w Polsce wśród 11 latków jest najwięcej dzieci z otyłością, w porównaniu do równolatków w innych krajach europejskich. W Europie co czwarte dziecko ma nadmierną masę ciała. Co jest tego powodem?

Jest to związane z nierealizowaniem zaleceń, ujętych w modelu bezpiecznego żywienia dzieci. Często jest to często zła organizacja posiłków, a dzieci mają tzw. dietę gryzową – czyli kilkanaście razy dziennie wcinają różnego rodzaju przekąski, jedzą nieregularnie, nie dostają diety dobrze zbilansowanej pod względem wartości energetycznej i odżywczej, która uwzględniałaby indywidualne zapotrzebowania dziecka. Istotne są także zachowania żywieniowe opiekunów, tradycja kulturowa, gdyż pierwsze nawyki powstają w domu. Kształtowanie prawidłowych zachowań żywieniowych dzieci i właściwy dobór produktów w ich dietach, zależą głównie od rodziców i opiekunów. Dziś ludzie pochłonięci codziennymi sprawami mają mniej czasu na emocjonalny kontakt z dzieckiem, brakuje zwykłych rozmów, wspólnego spędzania czasu, celebrowania posiłków. Efektem jest wzrost konsumpcji pożywienia łatwego do przygotowania, a tym samym w dużym stopniu przetworzonego. W diecie dzieci z otyłością często występuje zbyt wysokie spożycie tłuszczów pochodzenia zwierzęcego, cukrów prostych i soli. Problem ten pośrednio związany jest z producentami żywności, którzy poprzez reklamę niekorzystnych pod względem składu produktów czy napojów, rujnują efekty edukacji prozdrowotnej. Koszyk przemyślanych zakupów powinien zawierać produkty niskoprzetworzone, świeże, naturalne.

Co, poza niewłaściwą dietą, może być przyczyną otyłości?

Za czynniki środowiskowe sprzyjające powstawaniu nadmiernej masy ciała, uznaje się niską aktywność fizyczną, siedzący tryb życia – szacuje się, że tylko około 30 proc. dzieci i młodzieży uprawia jakąś formę ruchu – oraz niedobór snu. Przyczyną otyłości mogą być także problemy emocjonalne. Może być to powiązane z takimi czynnikami psychologicznymi jak niska samoocena i brak samoakceptacji, obniżony nastrój lub depresja. Zastępowanie jedzeniem ważnych potrzeb emocjonalnych np. bezpieczeństwa, miłości, przyjaźni, uznania, szacunku otoczenia grozi uzależnieniem od jedzenia.

Jakie są podwyższone czynniki ryzyka otyłości u dzieci?

Otyłość jednego z rodziców zwiększa 4-5-krotnie ryzyko występowania otyłości dziecka gdy już dorośnie, przy czym otyłość matki ma tu większy wpływ. W przypadku, kiedy otyłość dotyczy obojga rodziców, ryzyko to wzrasta aż 13-krotnie. Ważnym czynnikiem ryzyka jest również waga urodzeniowa, jeśli wynosi poniżej 2500 gramów i powyżej 4000 gramów. Niedożywienie płodu może być rekompensowane w okresie pourodzeniowym wzmożonym łaknieniem i lepszą przyswajalnością pokarmu, zaś stałe przekarmianie dziecka zwiększa ryzyko wystąpienia otyłości.

Otyłe dziecko, to w przyszłości otyły, chory dorosły człowiek. Dlaczego wciąż przegrywamy walkę z otyłością?

Dlatego, że nie jesteśmy dość uważni, bagatelizujemy objawy, liczymy na to, że dziecko wyrośnie z nadmiaru masy ciała. Inna przyczyna to nasze stereotypy myślenia – przychodzimy na wizytę do lekarza czy dietetyka i uważamy, że dziecko już zaraz zacznie zrzucać wagę. Tymczasem tylko kompleksowa opieka i konsekwencja w działaniu mogą spowodować, że dziecko będzie stawać się szczuplejsze – albo przez przyrost wysokości, albo przez żywienie, zmodyfikowane dzięki lekarzom czy dietetykom. Musimy pamiętać, że otyłość sprzyja rozwojowi wielu innych chorób: cukrzycy typu 2, zaburzeniom oddychania, zmianom zwyrodnieniowym układu kostno-stawowego, dyslipidemii, niektórym typom nowotworów, chorobom układu sercowo-naczyniowego. Otyłość zwiększa także ryzyko wystąpienia zaburzeń hormonalnych i metabolicznych. Poza negatywnym wpływem na zdrowie fizyczne, obniża również komfort życia psychospołecznego. Dziecko z powodu nadwagi jest stygmatyzowane przez rówieśników i często odtrącane podczas szkolnych zabaw. Uważane jest za gorsze, leniwe, mniej inteligentne i nieatrakcyjne. Brak akceptacji ze strony innych wpływa bardzo negatywnie na rozwój emocjonalny i psychiczny młodego człowieka, co sprawia, że nawet w dorosłym życiu czuje się on gorszy i uważa, że nie zasługuje na dobrą pracę, większe zarobki czy atrakcyjnego partnera.

Oczywistym jest, że lepiej temu wszystkiemu zapobiegać niż potem mozolnie próbować leczyć…

Prewencja otyłości polega na promowaniu zdrowego stylu życia, edukacji żywieniowej dzieci i młodzieży, edukacji opiekunów dziecka, budzeniu świadomości pozwalającej na dokonywaniu właściwych wyborów żywieniowych każdego dnia. Ogromny wpływ mogą tu odegrać media, które traktowane są przez rodziców jako wiarygodne źródło informacji. To bardzo ważne, bo poprzez prawidłowe żywienie w okresie intensywnego wzrostu i rozwoju, rodzice mają realny wpływ na zdrowie dziecka teraz i w przyszłości. Także szkoła może być środowiskiem przyjaznym zdrowemu żywieniu dzieci. Promowanie aktywności fizycznej, zachęcanie do uprawiania różnych form ruchu, do ograniczenia czasu spędzanego przed komputerem lub telewizorem, jest kolejnym czynnikiem w zapobieganiu otyłości. Pożądana aktywność fizyczna to co najmniej godzina dziennie. Rekomendowane jest pokonywanie 10 tys. kroków w ciągu doby.
Jednym z najważniejszych i najprostszych narzędzi skutecznej profilaktyki otyłości są piramidy żywieniowe. To graficzny opis różnych grup produktów spożywczych, niezbędnych w codziennej diecie, wzbogacony o zasady, które należy stosować, np. jedz regularnie 5 małych posiłków i pamiętaj o częstym piciu wody, jedz różnorodne warzywa i owoce, jedz produkty zbożowe, zwłaszcza pełnoziarniste, wybieraj tłuszcze roślinne zamiast zwierzęcych, nie spożywaj słodkich napojów oraz słodyczy (zastępuj je owocami i orzechami), nie dosalaj potraw, nie jedz słonych przekąsek i produktów typu fast food, wysypiaj się, by twój mózg mógł wypocząć, sprawdzaj regularnie wagę.

Co może zrobić rodzic, by nie wychować otyłego dziecka ? Czy można podać kilka praktycznych wskazówek?

Powiedziałabym tak: zwracaj uwagę na sposób żywienia twojego dziecka oraz całej rodziny, dbaj o regularność posiłków, wykorzystuj naturalne, świeże produkty i żywność nieprzetworzoną. W diecie twojego dziecka powinny dominować warzywa, z mniejszą ilością owoców. Jako przekąskę, zamiast słodyczy podawaj dziecku talerz kolorowych warzyw i owoców. Pamiętaj, że małe dziecko w ciągu roku powinno przybierać na wadze ok 2-3 kg i rosnąć o ok. 5-8 cm. Jeżeli przyrosty masy ciała są nieprawidłowe, konsultuj to z lekarzem. Pamiętaj też, że czynnik żywieniowy jest najważniejszy w obniżaniu ryzyka wystąpienia chorób dietozależnych w przyszłości. Obserwuj, monitoruj – i zachowaj zdrowy rozsądek.
Dziękuję za rozmowę

Kraj grubych brzuchów

W Polsce systematycznie wzrasta częstość występowania nadwagi i otyłości. Z otyłością zmaga się dziś 25 proc. mężczyzn i 27 proc. kobiet, zaś nadwaga występuje u 44 proc. mężczyzn i 32 proc. kobiet. Mniejsza częstotliwość występowania nadwagi u kobiet (odwrotnie niż w przypadku otyłości) wynika stąd, że panie, zwłaszcza młodsze, pragnąc się podobać, próbują zachować szczupłą linię. Natomiast polscy mężczyźni, już w młodym wieku zapuszczają grube brzuchy i karki.
Niepokojący jest fakt, że tendencję do tycia obserwuje się także u dzieci i młodzieży. Poradnie specjalistyczne oblegane są przez matki z dziećmi, których pociechy w wieku 10-11 lat zmagają się z nadwagą. Najnowsze badania Instytutu Żywności i Żywienia pokazują, że otyłość występuje już u 22,3 proc. uczniów szkół podstawowych i gimnazjów, dotyczy także od 9 do 18 proc. dzieci w wieku 3-6 lat.

DT

Dzieci wesoło wróciły do szkoły

Początek roku szkolnego wiąże się z naprawdę sporymi kosztami, których nie da się uniknąć.

Mowa o wyposażeniu, określanym nieśmiertelnym terminem „wyprawki szkolnej”, na co się składa zakup zeszytów, książek (część uczniowie dostają za darmo), materiałów piśmienniczych, obuwia szkolnego, czasami nowego plecaka czy tornistra i innych potrzebnych rzeczy.
Z tegorocznych badań Deloitte wynika, że w przypadku rodzin z jednym dzieckiem na wyprawkę przeznaczymy średnio 1388 zł, z dwojgiem 1898 zł, a z trojgiem aż 2742 zł. Są to znaczące kwoty, nawet jak na rodzinę, w której pracują i dobrze zarabiają oboje rodzice.
Rządowy program 300+ pokryje około 20 proc. tych jednorazowych kosztów. Skąd wziąć zatem resztę? Głównym źródłem jest oczywiście budżet domowy, w którym w sierpniu i we wrześniu musi się znaleźć brakujące 80 proc. W sytuacji gdy w wakacje mamy jeszcze letnie wydatki, zwykle jest to dość trudne dla większości rodzin. Mimo to uważajmy i uodpornijmy się na reklamy z szybkimi pożyczkami, które mogą doraźnie rozwiązać problem. Pamiętajmy bowiem, że pożyczki na konsumpcję kosztują najwięcej.
Budżet domowy powinien pomieścić koszty związane z powrotem dzieci do szkoły. Potrzebne jest jednak odpowiednie bieżące zarządzanie, trzymanie się pewnej dyscypliny i jak w tym przypadku, przewidywanie większych wydatków. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem będziemy odkładać nawet niewielkie kwoty, to wyprawka szkolna nie powinna być dla nas dużym zaskoczeniem
Oczywiście, jeśli zostawimy problem na ostatni dzwonek, może być trudno, ale nie ma wyjścia, trzeba sobie z tym poradzić. Wtedy można np. kupić używane podręczniki, odłożyć lub rozłożyć w czasie większe zakupy, poczekać na jesienne wyprzedaże. Powrót do szkoły to także większe comiesięczne koszty. Wyżywienie, transport, zajęcia dodatkowe, a niejednokrotnie dodatkowe czesne zwiększają nasze wydatki.
– Zawsze w takiej sytuacji proponuję podział budżetu domowego na mniejsze części i następnie trzymanie się ustalonych miesięcznych kwot na poszczególne cele. W moim przypadku doskonale sprawdza się podział przychodów na sześć mniejszych budżetów, z których należy wygospodarować część właśnie na koszty edukacji dzieci. Ten budżet nazywamy „Edukacja” i co miesiąc przeznaczamy na niego 10 proc. tego, co wspólnie zarabiamy. Z tego budżetu pokrywamy czesne, dodatkowe zajęcia edukacyjne, wyprawkę szkolną i inne wydatki związane z edukacją dzieci i nas samych. Koszty związane z transportem dzieci do szkoły i ich wyżywienia pokrywamy z największego budżetu, nazywanego w mojej rodzinie „Życiem” (55 proc. miesięcznych przychodów rodziny). Na pozostałe mniejsze budżety składają się „Inwestycje” (10 proc.), czyli pieniądze potrzebne do budowy aktywów i majątku rodziny, „Duże wydatki” (10 proc.) na większe zakupy, jak nowe meble czy wycieczka wakacyjna, oraz „Przyjemności” (10 proc.) na wszystko, czego pragniesz lub potrzebujesz, a co nie mieści się w budżetach „Życie” ani „Dobroczynność” (5 proc.) na finansową pomoc innym – radzi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych.
Bez względu na to, ile zarabiamy, taki podział może się sprawdzić. Tym bardziej, że w rzeczywistości mało która rodzina naprawdę przeznacza 5 proc. swych dochodów na dobroczynność.

Pieniądze w rękach dziecka to pożar?

Jeśli już dajemy im kasę, to pozwalajmy wydawać na co chcą. Najwyżej udzielajmy dobrych rad, żeby nie wydawały na kompletne już bzdury. A jak wszystko wydadzą, nie wypłacajmy im przed terminem.

Czy dzieci powinny mieć własne pieniądze? – to pytanie chyba nie budzi kontrowersji. Wiadomo, że jakieś powinny mieć. Jednak, jeśli zapytamy czy powinny je samodzielnie wydawać w dowolny sposób – to prostej odpowiedzi już nie uzyskamy. Dzieci o finansach będą wiedziały tyle ile przekażą im rodzice, bądź nauczyciele.
Dorośli zaś do tego zadania powinni podchodzić w sposób odpowiedzialny, bo przecież nikt nie chce by jego dziecko przekonane było, że pieniądze biorą się z bankomatu i nie trzeba na nie pracować.

Od najmłodszych lat

Z badań barometru Providenta wynika, że aż 90 procent z nas uważa, że dzieci w wieku szkolnym powinny być edukowane finansowo.
Z drugiej jednak strony dwa raporty – jeden Fundacji Kronenberga, a drugi Banku Santander pokazują, że więcej niż połowa Polaków nie włącza dzieci do rozmów o finansach ani nie edukuje ich ekonomicznie.
Któż jednak, jak nie rodzice, powinien to robić? Szkoła może nie do końca wywiązać się z tego obowiązku, bo w programie edukacji podstawowej wciąż nie ma przedmiotów na serio dotyczących finansów czy przedsiębiorczości.
Główny ciężar spoczywa, więc na rodzicach. I warto zdać sobie z tego sprawę, bo na razie zaledwie 17 procent dorosłych zachęca dzieci do odkładania pieniędzy. Jak ważna jest nauka oszczędzania chyba nikogo przekonywać nie trzeba? A o tym, że warto zacząć ją jak najwcześniej przypomina mądre przysłowie; „Czym skorupka za młodu nasiąknie…”.
Trzeba też wiedzieć, że odpowiednia edukacja ekonomiczna dziecka ma potem wyraźnie przełożenie na to jak finansowo radzi sobie ono w dorosłym życiu.

Zaświecić przykładem

Z drugiej jednak strony, nic nie działa na dzieci tak skutecznie, jak osobisty przykład rodziców.
Jeśli więc rodzice pieniędzy nie oszczędzają, bo, jak większość Polaków, po prostu nie mają czego odkładać, albo uważają za bzdurę odejmowanie sobie od ust teraz, by mieć trochę więcej w podeszłym wieku, kiedy już nie będzie zdrowia ani ochoty, by korzystać z oszczędności, to nie pomogą żadne perory edukacyjne.
Jeśli jednak w ogóle zaczynać przekonywanie potomstwa do oszczędzania, to w istocie odpowiedź jest jedna – najlepiej zaczynać jak najwcześniej.
Najpierw przez zabawę, a potem poprzez dawanie kieszonkowego. I nie ma większego znaczenia czy to będą drobne przekazywane codziennie do szkoły, czy też jedna większa suma przeznaczona na tydzień czy też na cały miesiąc. W te oba sposoby jesteśmy w stanie uczyć dziecko gospodarowania pieniędzmi na prawdziwych przykładach.

Duże pieniądze u małych

Co jednak zrobić, jeśli bachor będzie chciał za jednym razem wydać wszystkie pieniądze, które otrzyma na początku miesiąca na słodycze, jakieś karty z postaciami z gier czy na inne bzdury? Czy mu zabronić?
Raczej nie, może lepiej wytłumaczyć, jakie będzie miało to konsekwencje – i potem konsekwentnie nie dać mu ani grosza do końca miesiąca. Bo dziecko powinno poznać konsekwencje swoich decyzji.
Wbrew pozorom, nielaty mają co wydawać. To jak wielkimi pieniędzmi dysponują dzieci, obrazuje kwota pokazana w badaniu GfK Polonia w 2017 r. Chodzi bowiem o 285 milionów złotych miesięcznie, które wydają dzieci w wieku 5-17 lat w Polsce. Teraz, gdy działa program Rodzina 500 plus, ta kasa jest jeszcze większa.
Wspomniane pieniądze są zapewne nie całkiem samodzielnie wydawane przez dzieci, ale zawsze. Dodatkowo warto też pamiętać, że dzieci niemały wpływ na zakupowe decyzje rodziców. Wyjący bachor potrafi dla świętego spokoju, niemało wymusić na starych.
To wszystko razem czyni z dzieci ważną grupę konsumencką. Dlatego już dawno nikogo nie dziwi, że bardzo wiele reklam skierowanych jest bezpośrednio do dzieci a nie do dorosłych.

Jak dawać pieniądze?

Jeśli chodzi o dawanie dzieciom pieniędzy to rodziców można podzielić na trzy grupy – jedna trzecia daje im kieszonkowe regularnie, ponad połowa nie daje pieniędzy w ogóle, a piętnaście procent daje im na wszystkie potrzeby i na każdą zachciankę.
Dzieci tej ostatniej grupy rodziców w przyszłości mogą być najbardziej pokrzywdzone, choć nie muszą.
Przyzwyczajenie dzieci do tego, że dostają od rodziców pieniądze na wszystko i wszędzie może doprowadzić do rozrzutności czy nieumiejętności oszczędzania w dorosłym życiu – ale też może wyzwolić u nich życiowy spryt, polegający na umiejętności znajdowania bogatego partnera życiowego (co dobrze wychodzi zwłaszcza paniom).
Eksperci, np. z portalu edukacyjnego Viem.pl, uważają, że tym najmniejszym dzieciom, najlepiej dawać gotówkę, którą będą gromadziły w skarbonce. Starszym zaś dobrze jest założyć prosty rachunek bankowy – najlepiej poszukać takiego konta, które jest darmowe i będzie w jasny i przejrzysty sposób pokazywało stan finansów dziecka, by dowiedziało się ono czegoś o finansach i bankowości oraz przekonało czym są odsetki?
Problem w tym, że dziś w Polsce odpowiedź na to pytanie może być dość myląca, bo dzieci dowiedzą się najwyżej, że odsetki są dodatkową sumą, która po jakimś czasie powinna być dopisywana do kwoty rachunku – ale w naszym kraju jej wysokość jest niezauważalna, co oznacza, że nie warto oszczędzać w banku. Nauka może więc przynieść owoce odwrotne od zamierzonych.

Edukacja, głupcze

Dzieci jednak warto uczyć o pieniądzach, bo pod względem wiedzy i świadomości finansowej Polska zajmuje miejsce w ogonie trzydziestu państw OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), co w oczywisty sposób odbija się na naszym dobrobycie.
– Edukacja finansowa powinna być jednym z kluczowych elementów w rozwoju młodych ludzi. Dzięki niej kształtują oni swoje finansowe postawy i w przyszłości są w stanie podejmować właściwe decyzje dotyczące np. inwestycji, które pomogą im zgromadzić oszczędności na emeryturę i zabezpieczyć rodzinę – wypowiada, dość oczywisty pogląd, ekspertka Agnieszka Książek.
Często nie uczymy jednak dzieci tak jak należy. Może to wynikać z tego, że choć naprawdę chcielibyśmy przekazać im wiedzę finansową, to sami niewiele wiemy, więc przekazujemy ją w zły sposób. Podejście większości Polaków do finansów, ekonomii czy przedsiębiorczości jest w wielu przypadkach negatywne i na sam dźwięk słowa „ekonomia” czy „gospodarka finansowa” dostajemy drgawek, a przecież każdy z nas nosi portfel w kieszeni.
Co robimy nie tak? Największym błędem jest oczywiście wyłączanie dzieci z dyskusji o finansach, pracy, zarobkach czy na przykład o promocjach w sklepach i tłumaczeniu, na czym one polegają (zwłaszcza jeśli, co częste, są one oszukańcze).
Często jest też tak, że jeśli jednak dajemy już pieniądze naszym pociechom to na przykład płacimy im za pracę w domu, czyli wyrzucanie śmieci, wieszanie prania. Najgorszym zaś rozwiązaniem jest płacenie za posprzątanie swojego pokoju – bo trzeba od dzieciństwa uczyć się, że we wspólnocie jaką stanowi rodzina, pewne czynności wykonywane są za darmo. Innymi błędami są chociażby finansowe nagradzanie za dobre oceny w szkole lub wreszcie, nie pozwalanie wydawania kieszonkowego na zachcianki dzieci.
Zasada powinna więc być taka – jeśli już dajemy i te pieniądze stają się ich, to należy im pozwalać wydawać na to co chcą. Rolą rodziców powinno zaś być udzielanie dobrych rad (których dzieci oczywiście mogą nie słuchać).

Samo dosypywanie pieniędzy nie wystarczy

Program 500 plus należy uzupełnić działaniami prorodzinnymi, pozwalającymi na to, aby posiadanie dzieci nie kłóciło się z efektywnym i opłacalnym wykonywaniem pracy.

Całkowity koszt programu Rodzina 500+ w nowym, rozszerzonym kształcie wyniesie około 42 mld zł rocznie.
Czy będą to dobrze wydane pieniądze?

Drogo i nie zawsze sensownie

Należy zgodzić się z argumentacją ekspertów zajmujących się świadczeniami publicznymi, transferami społecznymi, którzy wskazują, że Polska przeznacza zbyt mało środków na usługi społeczne i relatywnie dużo – ale nie zawsze efektywnie – na transfery socjalne.
Zatem, wydaje się, że bardziej racjonalne, oraz znacznie mniej kosztowne, byłoby zastosowanie innego wariantu pomocy, z uwzględnieniem pierwszego dziecka w rodzinie.
Ponieważ dziś sztywny próg dochodowy przy świadczeniu na pierwsze dziecko może całkowicie pozbawiać wypłaty z programu przy minimalnym choćby przekroczeniu wyznaczonej granicy, zamiast bezwarunkowego rozszerzania programu Rodzina 500+ na pierwsze dziecko, należałoby wprowadzić mechanizm „złotówka za złotówkę“.
Taki system nie zabiera całkowicie świadczenia po przekroczeniu, choćby o wspomnianą złotówkę, kryterium dochodowego – ale stopniowo je zmniejsza.

Sposób na oszczędność

Dzięki rozwiązaniu stosującemu zasadę „złotówka za złotówkę”, rodzice otrzymywaliby świadczenie pomniejszone o kwotę o jaką przekroczyli kryterium, a świadczenie trafiłoby, przynajmniej w części, do tych rodzin, które mają wprawdzie niskie dochody, ale nieznacznie przekraczają kryterium.
Polityka wsparcia kierowana byłaby wtedy do tych rodzin, które są w najgorszej sytuacji i tego wsparcia rzeczywiście potrzebują. Oszczędności budżetowe byłyby spore. Eksperci szacują, że wprowadzenie zasady „złotówka za złotówkę” mogłoby przynieść ok. 2 miliardy złotych rocznie.
Zaoszczędzone w ten sposób fundusze rząd mógłby przeznaczyć na inne, ważne elementy polityki społecznej. Wiadomo nie od dziś, że to nie tylko pieniądze otrzymywane przez rodziców decydują o tym, ile zechcą oni mieć dzieci. Służyć temu powinna cała polityka rodzinna, ułatwiająca opiekę nad dzieckiem i łączenie obowiązków zawodowych z rodzicielskimi.
By to osiągnąć, oprócz wspomnianej zmiany w samej konstrukcji programu „Rodzina 500+”, konieczne są też inne ważne działania: zwiększenie dostępności opieki dla niemowląt i dzieci w wieku przedszkolnym, wspieranie finansowe przez pracodawców i państwo równego dzielenia się obowiązkami opiekuńczymi przez matkę i ojca, uelastycznienie na życzenie rodziców ich czasu i miejsca pracy.
Tyle, że zrobienie tego wszystkiego wymaga pomyślunku i sensownych działań organizacyjnych – a to znacznie trudniejsze, niż proste dosypanie gotówki.

Nie wymyślą, ale mogą naśladować

Rząd Prawa i Sprawiedliwości wprawdzie nie wykazuje ani woli, ani ochoty do rzeczywistych działań prorodzinnych, ale nie musiałby niczego wymyślać od zera. Przykładów jest aż nadto.
Polski rząd mógłby zatem wykorzystać doświadczenia innych europejskich państw, powszechnie uważanych za wzorcowe jeśli chodzi o skuteczną politykę społeczną, na przykład Francji i Szwecji. Oba prowadzą politykę skutecznie wpływającą jednocześnie na poprawę poziomu opieki nad dziećmi, na kondycję materialną rodzin i na wzrost zatrudnienia kobiet.
Ten ostatni czynnik nie jest bez znaczenia, bo okazuje się, że więcej dzieci rodzi się w krajach, gdzie matki częściej pracują, a odpowiedzialność za opiekę nad dziećmi w szerszym zakresie bierze na siebie państwo.
Kraje te stwarzają także prawną możliwość elastycznego dostosowania czasu i sposobu uczestnictwa w rynku pracy, głównie poprzez zatrudnienie na część etatu lub pracę z domu.
Przyjęcie powyższych rozwiązań w Polsce wydaje się niewykonalne organizacyjne i mentalnie, zwłaszcza przez rząd PiS. Premier Mateusz Morawiecki, któremu przecież musi zależeć na kondycji naszego trzeszczącego budżetu, nie jest tym zainteresowany. Byłoby to jednak znacznie bardziej skuteczne oraz „strawne’ dla budżetu państwa bez powiększania zadłużenia.
Wtedy premier już nie musiałby apelować do bardziej zamożnych Polaków by nie korzystali z wypłat 500 plus, za pomocą chwytania ich za serce (co nie wszyscy lubią) i takich słów: „Każdy, kto jest bogaty, kto ma dużo środków i sumienie, czy serce mu podpowiada, to nie bierze tych środków i znam takich ludzi bardzo, bardzo wielu“.
Nie wiadomo, jak szeroki jest ten altruistyczny krąg znajomych premiera, ale podobne apele nie wydają się właściwą ani skuteczną metodą dbałości o finanse publiczne. I zwykle są głosem wołającego na puszczy.

Trzy cenne cele

W uzasadnieniu do rozszerzenia programu Rodzina 500 plus, Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło następujący opis celowości tej inicjatywy: „Działania Rządu w zakresie polityki rodzinnej koncentrują się w szczególności na trzech wymiarach: demografia, tj. wzrost liczby urodzeń, ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci, inwestycja w rodzinę (poprawa „jakości” kapitału ludzkiego).“
Co do pierwszego, przedstawionego przez rząd celu, czyli wzrostu liczby urodzeń, okazuje się, że w 2018 r. urodziło się mniej dzieci niż rok wcześniej. Po nieznacznym wzroście tych urodzeń w 2016 r. (o 1 proc.) nastąpił powrót do tendencji spadkowej obserwowanej od 2010 r., a udział urodzeń pierwszego dziecka zmniejszył się z 48,7 proc. w 2010 r. do 42,9 proc. w 2017 r. Jak oceniają eksperci, widać, że 500+ to nie jest rozwiązanie, które zachęca do rodzicielstwa.
Jeśli chodzi o drugi cel: „ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci“, dane statystyczne oraz opinie analityków wskazują, że Rodzina 500+ rzeczywiście dobrze działa działa w tym ważnym obszarze – i skutecznie pomaga rodzinom żyjącym w skrajnym ubóstwie. Jak podkreśla Business Centre Club, ma to jednak również nienajlepszy wpływ na rynek pracy, ponieważ rodzice w ponad 1,5 mln gospodarstw domowych (czyli grupie ok. 2,5 mln dorosłych) zaczęli zastanawiać się, czy warto, by współmałżonek poszedł do pracy i zaczął starać się o poprawę swoich kwalifikacji.
„W wielu przypadkach odpowiedź była negatywna, oparta na logicznym, finansowym uzasadnieniu” – ocenia BCC.
Natomiast trzeci, wskazany cel czyli „inwestycję w rodzinę i poprawę „jakości” kapitału ludzkiego)“ trudno wymiernie ocenić. Pytanie natomiast, czy środki na taką „inwestycję w rodzinę“ zostały właściwie zaadresowane?.
Brak kryterium dochodowego pozwolił na skierowanie wsparcia także do rodzin doskonale sytuowanych, co zwiększyło koszt programu i spowodowało ograniczenie wydatków na inne, ważne cele społeczne. Tymczasem ich realizacja paradoksalnie pomogłaby osiągnąć zakładane cele Rodziny 500+.

Bo tak

Wyrazy uznania pragnę złożyć na ręce redaktora Kacpra Sulowskiego za materiał „Po podpaski sam nie pójdę. Za dużo rodzajów” w Dużym Formacie. Samotni ojcowie, których sylwetki opisał, stanowią format bezwzględnie duży. Autor w poruszający sposób oddał codzienną walkę o przetrwanie od momentu otwarcia oczu rano, gdy rozlega się pierwsze wołanie: „tata, siku!”.
„Płacz jest dobry, ale w nocy, żeby Maciuś nie widział. Latałem za nią jeszcze w krótkich majtach” – relację 32-letniego Roberta zapamiętam na długo. Gdy jego partnerka zginęła w wypadku, długo zadawał sobie pytanie, czy da radę. Musiał dać.
Gdy jego syn Maciuś pyta, „skąd się bierze burza”, ojciec musi przewalczyć dławiące w gardle poczucie wstydu, że nie ma studiów wyższych i wezwać na pomoc doktora Google, by wyczerpująco odpowiedzieć. Czego w takich chwilach najbardziej obawia się Robert? Żeby Maciuś pewnego dnia nie pomyślał, że ma „ojca tępaka”.
Inny z bohaterów reportażu, Daniel, lat 41, drży o swoją córkę. Czy chłopak, z którym ostatnio wróciła do domu z kina, jest godzien zaufania? „Jak skrzywdzisz mi córkę, to będzie to twój ostatni błąd w życiu” – powtarza sobie w myślach, stojąc w oknie po dwudziestej drugiej.
Daniel sam miewa dylematy dotyczące seksualności – własnej. Bo przecież oprócz tego, że tatą, jest też mężczyzną. Już prawie o tym zapomniał. A ma przecież potrzeby, pragnienia. Chciałby jeszcze kiedyś być z kimś blisko. Z drugiej strony – gdyby miało na tym ucierpieć którekolwiek z dzieci, nigdy by sobie tego nie wybaczył. Niedawno odkrył bieganie – cudowną odskocznię, lek bez recepty na całe zło. Kiedy biega, czuje, że znów ma 17 lat, jest dawnym Danielem – sprzed odejścia partnerki. Patrzącym na życie przez różowe okulary. O sobie mówi, że stara się nie poddawać – „ani w biegu ani w życiu”…
Poruszające? Tak. Godne docenienia? Jak najbardziej.
A teraz pomyślcie, ile znacie podobnych historii z Katarzyną, Anną, Danutą czy Elżbietą w roli głównej. Ile ich mijacie codziennie na swojej klatce schodowej, ile z nich widujecie w kolejce w ośrodku pomocy społecznej. A może sami jesteście ich dziećmi, dziećmi samotnych matek, pieczołowicie sadzanymi na nocnik?
Ich historie nie brzmią już tak wzniośle. Ich dylematy są pospolite, banalne. Ich pragnienie miłości kwitujemy krótkim „niech się dziećmi zajmie, zamiast za chłopami latać, matką jest”. Dla reportażystów kobieta samodzielnie wychowująca dziecko jest już oswojonym zjawiskiem medialnym, no chyba że urodziła szesnastkę, czwórka jest ciężko chora albo wystąpiły inne sensacyjne, a najczęściej dramatyczne okoliczności, które predestynują do zostania „tematem dla Uwagi”. Nie ujmuję bohaterom tekstu redaktora Sulowskiego ani grama determinacji, poświęcenia, miłości do dzieci. Ale specyficzny sposób prowadzenia narracji przez autora nie przestaje mnie uwierać: trud sadzania na nocnik nawet pięćdziesiąt razy kiedy trzeba, konieczność odpowiadania na ciekawskie pytania i objaśniania świata, konieczność chodzenia na wywiadówki i dowiadywania się o dwói w dzienniczku, wreszcie umiejętność ugotowania zupy opisano z niewyobrażalnym patosem, w tonie nieustannego zadziwienia heroizmem mężczyzn, którzy wybrali jasną stronę mocy, a przecież mogli wybrać ciemną. Wybrali trud rodzicielstwa (nota bene często zaczynają zapoznawać się z pojęciem „wychowywania” dopiero, gdy zabraknie kobiety), choć mogli od niego uciec jak setki innych przed nimi i też świat nie przestałby się kręcić. Nikt w tym tonie nie mówi o setkach Katarzyn, Ann, Magdalen, które „skoro mają dzieci” to bohaterkami dnia codziennego muszą być niejako z automatu. Bo tak.