Biedroń brzydko się chwyta

„Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE to nie dom spokojnej starości!”.
Nie wiem, czy pan Biedroń akurat o takiej sławie myślał, ale że znalazł się „na językach”, to fakt.

Sam sobie to załatwił posłużywszy się „mową wykluczenia”, jak ją nazwał Leszek Miller. Poszło o jeden wpis na TT:
„Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE, to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówimy nie! Skończymy z dziadostwem w polskiej polityce”.

„Skończymy”,

czyli skończy on i jego „Wiosna” – jak rozumiem m.in. partner pana Biedronia i partnerka jego zastępcy, bo takie „Wiosenne” lokomotywy ujawniono, choć, jak dotąd, raczej publicystycznie niż oficjalnie.
Rychło, zapewne pod wpływem krytyki, pan Biedroń doprecyzował, „co autor miał na myśli” z tymi „dinozaurami”. W programie „Fakty po Faktach”, w TVN24, wyjaśnił:
„To nie był żaden przytyk do wieku”, tylko „określenie pracy polskich parlamentarzystów”. Po czym posłużył się przykładami.
Zwrot – „polskich parlamentarzystów” – sprawia jednak, że choć palcem wskazał troje posłów PiS, siłą rzeczy uderzył we wszystkich polskich europosłów.
Spójrzmy, kto posłużył panu Biedroniowi za tarczę strzelniczą?
„Anna Fotyga trzy razy zadała pytania ustne przez cztery lata podczas obrad parlamentu.
Karol Karski (złożył) jedną interpelację, sześć razy zabierał głos.
Jacek Saryusz-Wolski (złożył) jedno sprawozdanie przez pięć lata prawie, (zadał) sześć pytań ustnych tylko”…
Dodał też:
– Jesteśmy jedną z najsłabszych delegacji. Może powinniśmy zacząć myśleć o tym, żeby wprowadzać do polskiego parlamentu i europejskiego ludzi, którzy pracują?…
Po pierwsze – przywołując przykład trojga posłów PiS w uogólniającym, obejmującym całą polską grupę europarlamentarną kontekście, pan Biedroń już dopuszcza się manipulacji. Człowiek jego pokroju nie może nie zdawać sobie z tego sprawy.
Poza tym wokół Parlamentu Europejskiego istnieje mnóstwo różnych pism, magazynów, instytutów i placówek analizujących jego działalność w każdej płaszczyźnie i pod każdym kątem. Wszyscy opracowują własne rankingi pracowitości, aktywności legislacyjnej i zaangażowania w prace parlamentu.
Do analizy danych można więc wykorzystywać różne źródła zajmujące się monitoringiem tej
instytucji.
Jednym z nich jest niezależny hiszpański serwis mepranking.eu, który pozwala na porównywanie aktywności europosłów od 2009 r. Portal tworzy również rankingi, które obok kryteriów ilościowych, uwzględniają m.in. nakład pracy włożonej w podejmowane działania, obecność na sesjach czy pełnione funkcje i role. Jakie zatem informacje dotyczące posłów zaczepionych przez pana Biedronia można tam znaleźć?
Anna Fotyga (PiS) oprócz tego, że trzy razy „zadała pytania ustne”, zadała blisko 100 pytań na piśmie, około 200 razy wypowiadała się podczas obrad. Oprócz tego czterokrotnie wystąpiła przed parlamentem w roli sprawozdawcy i siedmiokrotnie w roli kontrsprawozdawcy.

Europosłanka PiS

zajęła 163. miejsce w ogólnym zestawieniu mepranking.eu (wśród 750 europosłów) i jest w pierwszej dziesiątce polskich europosłów. Uczestniczyła w 87 proc. posiedzeń i w 80 proc. głosowań.
Karol Karski (ten od jazdy wyczynowej na melexie). Red. Jabłonowski (z portalu konkret24.tvn24.pl) znalazł na podstronie podsumowującej aktywność Karskiego w Brukseli i w Strasburgu, zapis 90 jego wystąpień. Karski pięciokrotnie wystąpił też przed parlamentem w roli kontrsprawozdawcy. Dodam, że Karski jest przewodniczącym kolegium kwestorów Parlamentu Europejskiego, którzy są odpowiedzialni za prowadzenie spraw administracyjnych i finansowych bezpośrednio dotyczących europosłów i wykonywania przez nich mandatu.
Podobnie rzecz się ma z aktywnością posła Saryusza-Wolskiego.
Polscy europosłowie w ogólnym rankingu mepranking.eu wypadają zdecydowanie lepiej niż tak źle, jak ich „maluje” pan Biedroń. Krasnodębski, Zwiefka, Wałęsa, Liberadzki, Hübner, Siekierski, Buzek, są tam dobrze znani i dobrze notowani. Nie oni jedni, a mimo to na nich też padły okruchy szyderstwa pozornie wymierzonego przez pana Biedronia jedynie w posłów PiS. Jak się poczuli?
Na przykład pani poseł Krystyna Łybacka z SLD została w tym roku nominowana przez europejski The Parliament Magazine do nagrody „Najlepszy europoseł” w dziedzinie edukacji, kultury i mediów. Taka nominacja jest bardzo prestiżowa. Krystyna Łybacka pracuje m.in. w komisjach parlamentarnych Kultury i Edukacji (CULT) oraz Przemysłu, Badań Naukowych i Energii, reprezentuje Parlament Europejski w Narodowej Szkole Administracji Publicznej we Francji (École nationale d’administration – ENA) oraz Europejskim Instytucie Innowacji i Technologii (EIT). Poseł Łybacka otrzymała specjalne wyróżnienie około 30 organizacji pozarządowych – ON OUR WATCH, które monitorują prace Posłów w Parlamencie Europejskim… Mało? „Dom spokojnej starości”? „Leśne dziadki na płatnych wczasach?”… Może wypadałoby panią poseł Łybacką przeprosić? Co pan na to, panie prezydencie? Panie pośle? Panie kandydacie?
Laureatem (!) MEP Awards (Magazynu Parlamentarnego Unii) za rok 2018 został Jan Olbrycht (PO) pracujący w Komisji budżetu i finansów. Koncentruje się na Wieloletnich Ramach Finansowych, czyli na budżecie całej Unii.
Pan prof. Bogusław Liberadzki z kolei jest wiceprzewodniczącym PE uzyskawszy drugi wynik w głosowaniu (378 głosów), za europosłanką z Irlandii, która uzyskała kilkadziesiąt głosów więcej. Był również laureatem rankingu w kategorii „najbardziej pracowity europoseł” (MEP Awards) w kategorii transport.

„Coś, co nas podnieca”

…czyli zarobki europosłów. To zawsze jest gorący temat, który teraz, w okresie kampanii wyborczej, na pewno będzie często powracał.
Zaczął na portalu WP.pl były eurodeputowany PO, Sławomir Nitras, wtórował mu w tym samym miejscu, też b. europoseł, Marek Migalski. Swobodnie żonglując liczbami wyliczyli, że najbardziej „obrotni” potrafią „wyciągnąć” nawet do 100 tys. złotych miesięcznie. To po prostu nieprawda, choć możliwości, a więc pokus, jest wiele. Pan Migalski, gdy już przestał być europosłem, opisał zresztą pomysłowość swoich kolegów w książce „Parlament Antyeuropejski”. Można otóż, jak czynią niektórzy, dorabiać na szaleńczym podróżowaniu w te i wewte, odbierając zwrot kosztów za przejechane kilometry i należne diety; można podpisywać listę obecności i unikać pracy, ale nie kasy; można rozliczać podróż samolotem, a naprawdę podróżować samochodem; można też, niczym jedna z medialnych gwiazd PiS, wynajmować mieszkanko do spółki z asystentem i żywić się wekami przygotowanymi przez żonę… Tylko, że to wszystko to jest patologia, a nie poważna polityka! Bohaterowie tych opowieści przypominają kierowców TiR-ów z lat 70-tych, którzy wyjeżdżali w trasy międzynarodowe ledwo mieszcząc się w kabinie ciężarówki zapchanej wekami właśnie, kuchenkami gazowymi i zmianą ubrania. To są opisy mentalności dozorcy PGR, który był chory jak wrócił do domu z „gołymi rękami”.
My jednak rozmawiamy o poważnym traktowaniu swych obowiązków. Jest faktem, że europosłowie zarabiają dobrze, ale jeśli uwzględnimy wydatki, które ich obciążają, zarabiają mniej niż asystentki prezesa banku centralnego, czy kumple władzy poutykani w spółkach skarbu państwa.
Jakie to wydatki? Utrzymanie biur w swoim okręgu wyborczym, opłacenie personelu tych biur – łącznie ze wszystkimi obciążeniami wynikającymi z umów o pracę, opłacanie różnorodnych akcji i niezbędnych przedsięwzięć ważnych z punktu widzenia pozycji i znaczenia europosła w swoim okręgu wyborczym. Oczywiście także utrzymanie się na miejscu – w Brukseli i Strasburgu – personel, wyjazdy, hotele, wyżywienie.
Ale przecież to dalece nie wszystko. Znani mi polscy europosłowie organizują na przykład staże europejskie zarówno w swoich biurach krajowych, jak i w Brukseli, wyjazdy studyjne – zazwyczaj dla kilkudziesięcioosobowych grup ze swoich okręgów wyborczych. Warto w tym miejscu przywołać przykład posła Janusza Zemke, który wykonał wręcz gigantyczną pracę organizując (i opłacając!) naukę języka angielskiego dla dzieci z uboższych rodzin, wyposażył pracownie komputerowe, by prowadzić kursy komputerowe dla dzieci, młodzieży i seniorów. Z jego pomocy korzystają również studenci – dla najzdolniejszych organizuje staże w swoich biurach w województwie, a także w Brukseli i Strasburgu. Ich liczba idzie już w setki. Stażysta jadący na staż do Brukseli, który trwa od 4 do 6 tygodni, dostaje od posła stypendium w wysokości 1000 euro miesięcznie. Na stażu w biurze w województwie, stypendium wynosi 200 euro.
Można więc, jak to opisuje pan Migalski, zajadać weki, liczyć diety i godziny do odjazdu do domu, ale można też pracować zupełnie inaczej – z pożytkiem dla kraju i dla swoich wyborców.
Ciekawe, którą z tych możliwości wybiorą koledzy pana Biedronia? Bo on sam zapowiada, że choć wygra, to nie wyjedzie. Ma misję do wypełnienia w kraju. Uważam, że to też – podobnie jak tak lekko rzucane szyderstwa i niedopowiedzenia na temat politycznej konkurencji – nie jest w porządku.
Pan Biedroń ledwo zaczął, a już brzydko się chwyta.

Dinozaury,

wybory do PE i polski hydraulik.

Listy kandydatów PiS do Parlamentu Europejskiego pod wieloma względami zasługują na krytykę,ale wymaga ona wyważenia i argumentów merytorycznych. Dlatego słowa lidera „Wiosny” o” leśnych dziadkach na płatnych wczasach” i dinozaurach (ostatnio na przywoływaniu tych ogromnych gadów poważnie potknęła się już b.premier Kopacz) powszechnie uznano za niesmaczne, a nawet za swoistą dyskryminację osób starszych.
A przecież – na szczęście – ludzie dziś żyją długo.W starożytnym Rzymie jeśli ktoś przekroczył 40-tkę uchodził za matuzalema, a obecnie np. w Japonii czy Skandynawii długość życia powyżej 80 lat jest standardem. Celnie zareagował na to Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, przypominając karierę Konrada Adenauera (był kanclerzem Niemiec do 87 roku życia). A te przykłady można mnożyć. Przecież dziś najważniejsi politycy w USA są po 70-ce – choćby Donald Trump, Nancy Pelosi, Bernie Sanders, czy Hillary Clinton.
W kampaniach wyborczych niełatwo o wpadki i nobody is perfect, ale warto też starać się dbać o precyzję. Otóż w tym samym wystąpieniu w Lublinie Robert Biedroń – mający przecież doświadczenie międzynarodowe,m.in, w polskiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy – opacznie przedstawił mityczną postać „polskiego hydraulika” („le plombier polonais”). Nie był on bynajmniej propagowany przez nasze władze jako symbol fachowca, który zrobi karierę w Unii Europejskiej, lecz używały go siły eurosceptyczne i przeciwne rozszerzeniu UE jako rodzaj straszaka przed napływem osób z nowych państw członkowskich, mogących jakoby odebrać pracę miejscowym.
Rząd w Warszawie zareagował na to zręcznie,choć z pewnym opóźnieniem. Przystojny aktor na plakacie z kompletem narzędzi mówił: „Je reste en Pologne (…)” („zostaję w Polsce, przyjeżdżajcie do nas”). Ponieważ apogeum dyskusji na ten temat zbiegło się z burzliwą debatą nad projektem tzw. Konstytucji dla Europy, której projekt zaproponowano jesienią 2004 r., to trudno ocenić, czy miało to jakiś wpływ na przegrane referenda w tej sprawie we Francji i Holandii w 2005 r. Po nich wspomniany projekt upadł, a szkoda.
Wspominam o tym jako o ciekawostce, dziś –jak widać – trochę zapomnianej. Ale w dobrej intencji, gdyż trzeba umieć różnić się pięknie, zwłaszcza na lewicy.