Rozpoznawalna marka na Białorusi

TIS Group, firma z Podlasia produkująca kotły C. O., która od lat ma ugruntowaną pozycję na krajowym rynku, znakomicie sprzedaje się także na Białorusi.

– Współpracujemy z kontrahentami ze Wschodu od dawna, a perspektywy są ciągle rozwojowe– ocenia Tomasz Mańczuk prezes TIS Grup.
TIS Group funkcjonuje od 2007 roku. Zakłady produkcyjne usytuowane ma po dwóch stronach naszej wschodniej granicy. Najpierw powstała fabryka na Białorusi, a ponad trzy lata temu w Lipsku na Podlasiu. Spółka słynie z solidnych kotłów C.O., które znakomicie wytrzymują niskie temperatury i nadają się do długiej i intensywnej eksploatacji. Dlatego też cieszą się powodzeniem wśród klientów w takich krajach jak Kazachstan, Rosja, Ukraina, a przede wszystkim Białoruś.
Ujmując rzecz statystycznie – blisko 70 proc. kontrahentów TIS Group to klienci ze Wschodu, głównie z Białorusi, a około 30 to pozostali, w tym polscy odbiorcy.Firma chce utrzymać dobrą pozycję w krajach, w których jest największy popyt na jej produkty. Dlatego regularnie bierze udział w branżowych targach na Wschodzie – w Mińsku, Wilnie, Moskwie czy Rydze.
– Na nasze kotły klienci zza wschodniej granicy niekiedy muszą poczekać nawet trzy czy cztery tygodnie, ponieważ tak dużym cieszą się powodzeniem. Ale wiedzą, że warto, bo potem będą działały bezawaryjnie przez wiele lat – mówi Tomasz Mańczuk prezes TIS Grup.–Dobrze sprzedają się starsze, sprawdzone modele, ale jest duże zainteresowanie także tymi najnowszymi, spełniającymi europejskie normy emisji. Aktualnie posiadamy w ofercie doskonały kocioł C.O. 5 klasy, który przetestowaliśmy też w trudnych, zimowych warunkach na Wschodzie.
Nowe kotły C.O. produkowane przez TIS Group przystosowane są do spalania paliwa typu pellet. Wyposażone zostały w palnik z automatycznym zapłonem oraz elektronicznie sterowany system precyzyjnego dozowania paliwa. Jednym z największych jego atutów, szczególnie docenianym przez użytkowników, jest system samoczyszczący, dzięki któremu pozostałości paliwa usuwane są z palnika. Kocioł TIS nadaje się do ogrzewania budynków o powierzchni wielu tysięcy metrów kwadratowych i można go instalować w domach jednorodzinnych.
– Nasze ceny są konkurencyjne w porównaniu z urządzeniami tej klasy produkowanymi na Białorusi, a ich jakość jest jednak dużo lepsza – dodajeTomasz Mańczuk, prezes TIS Group.–Mamy w tym kraju wyrobią markę, także dlatego, że jeden z naszych zakładów mieści się na terenie Republiki Białoruś. Bardzo cenię sobie białoruskich pracowników, zarówno niższego szczebla jak i kadrę zarządzającą. Znakomicie układa się też współpraca z firmami dystrybuującymi nasz produkt, jak i z odbiorcami. Z kolei oni budują dobrą opinię o naszej firmie i produkowany kotłach w swoim kraju. Zysk jest więc obopólny.

Nasza gospodarka puka do Państwa Środka

Trudno nie zwrócić uwagi na polski niedowład i indolencję w sferze dwustronnej współpracy ekonomicznej, handlowej, naukowo-technicznej i inwestycyjnej z Chinami.

Chiński eksport do Polski nadal przewyższa znacznie (kilkunastokrotnie) polski eksport do Chin. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła ok. 30 mld USD w roku 2018, przy czym wartość polskiego eksportu do Chin osiągnęła zaledwie 2,3 mld USD.
Szybko zwiększa się więc polskie ujemne saldo w handlu z Chinami. Stanowi to coraz poważniejszy problem (także polityczny – uzależnienie) dla Polski. Nie można tego tłumaczyć, wykrętnie, tym, iż również inne kraje mają ujemne saldo w handlu z Chinami. Trzeba zwiększać polski eksport. Ale z tym już znacznie trudniej z naszej strony.

Słoń i mrówka

Tylko ok. 3.000 przedsiębiorstw polskich eksportuje do Chin; ale aż ok. 30.000 firm chińskich eksportuje do Polski. Ok. 50 proc. tego eksportu trafia do nas przez rynki trzecie, np. przez wielkie „hurtownie chińskie” w Hamburgu czy w Rotterdamie.
Np. obecnie działa już 97 linii kolejowych łączących miasta chińskie z europejskimi, zaś liczba pociągów towarowych z kontenerami sięga 6.000.
Efektywność chińskich reform i tempo rozwoju nie ma precedensu w całej historii gospodarczej świata. Reformy Deng’a są stale rozszerzane, pogłębiane i doskonalone – także w sferze politycznej i społecznej. Do partii mogą już wstępować prywatni przedsiębiorcy a nawet milionerzy.
W minionych latach średni przyrost produktu krajowego brutto Chińskiej Republiki Ludowej kształtował się w granicach 10 proc. rocznie lub więcej. Nawet w kryzysowym roku 2009 osiągnął on ok. 9 proc. Gospodarka chińska zajmuje już drugie miejsce w świecie (pod względem absolutnej wartość PKB). Jednak, z uwagi na wielką liczbę ludności, chiński PKB per capita wynosi obecnie zaledwie 16.800 USD (93. miejsce w świecie); zaś pod względem wartości obrotów handlu zagranicznego (4,1 bln USD, w roku 2018) – pierwsze. UE jest 1. partnerem handlowym (także strategicznym i politycznym) ChRL. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła 605 mld USD – w roku 2018; 2. miejsce: USA – 480 mld USD.
Inne wskaźniki makroekonomiczne też mówią same za siebie. W roku 1952 wartość PKB ChRL wynosiła (w przeliczeniu) 68 mld juanów; a w roku 2008 – ponad 30 bln juanów; czyli 440 razy więcej! (Przy podzieleniu tej sumy na pół otrzymamy przybliżoną wartość PKB w złotych). Rezerwy walutowe Chin, sięgają już prawie 3,5 bln USD. Łączne lokaty kapitału zagranicznego w ChRL, w latach 1979 – 2006, wyniosły 883 mld USD; z czego bezpośrednie inwestycje zagraniczne (Foreign Direct Investment) osiągnęły 692 mld USD. Tylko w roku 2008, niezależnie od kryzysu, lokaty te stanowiły (odpowiednio): 108,5 mld USD i 92,5 mld USD.
Pod koniec 2018 r., w ChRL działało już 442.000 firm zagranicznych (z około 200 krajów) – o łącznym zainwestowanym kapitale 2 bln USD. Poczynając od 1978 r., Chiny wydźwignęły z biedy (około 2 USD per capita dziennie na utrzymanie) około 800 mln obywateli. Pozostało jeszcze ponad 40 mln. Prezydent Xi apeluje o zdwojenie wysiłków, aby „dokończyć tę podróż” w możliwie niedługim czasie (kilku lat).
Spośród „500-ki” największych koncernów świata, już 490 prowadzi swą działalność gospodarczą w ChRL. Na 1. miejscu znajduje się Volkswagen; a na 2. – General Motors China. W tejże „500-tce” jest już 26 firm chińskich. Jednocześnie Chiny inwestują coraz więcej na całym świecie. Wartość tych inwestycji osiągnęła łącznie ponad 526 mld USD, w roku 2018 (5.100 projektów, w 156 krajach świata); nie licząc inwestycji czysto finansowych – jak np. kupowanie obligacji skarbowych USA, których Chiny już mają na wartość prawie 2 bln USD. W końcu 2009 r. Chiny udzieliły Afryce pożyczki w wysokości 10 mld USD (na bardzo korzystnych warunkach). Po 35 latach reform, sektor prywatny wytwarza ponad 50 proc. PKB w 27 z 40 najważniejszych gałęzi przemysłowych. W innych branżach, jego udział sięga 70 proc.. Chiny osiągnęły samowystarczalność żywnościową; ba, stały się wielkim eksporterem artykułów rolno-spożywczych. Dysponując zaledwie 7 proc. gruntów rolnych (uprawnych) na świecie, są one w stanie wyżywić ponad 20 proc. ludności świata (czyli mieszkańców ChRL).

Kryzysowa chińska zadyszka

Kryzys finansowy i ekonomiczny z końca pierwszej dekady XXI wieku spowodował nieobliczalne straty w gospodarce chińskiej, która nieźle radziła sobie w warunkach globalizacji (spadek PKB o 2 – 3 proc.). Ucierpiały zwłaszcza, tzw. prowincje eksportowe i rolno-spożywcze. Na rynku unijnym, amerykańskim, japońskim i in. było coraz mniejsze zapotrzebowanie na tanie i dobre wyroby chińskie. Dziesiątki tysięcy zakładów produkcyjnych zlikwidowano lub zawieszono ich działalność gospodarczą. Wartość obrotów chińskiego handlu zagranicznego zmniejszyła się szybko – o ok. 25 proc. rocznie. Znacznie obniżała się wartość chińskich rezerw walutowych i posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych – a to wskutek lawinowego spadku wartości wymiennej dolara. Choć kryzys amerykański zaskoczył początkowo kierownictwo i przedsiębiorców chińskich, to jednak szybko otrząsnęli się oni z szoku i podjęli zdecydowane działania antykryzysowe. Bardzo przydały się w tym celu instrumenty interwencjonizmu państwowego, stosowane od dawna w tamtejszej społecznej gospodarce rynkowej. Rząd uruchomił niezwłocznie bodźce finansowe (prawie 1 bln USD) – dla ratowania zagrożonych podmiotów gospodarczych i ożywienia działalności kredytowej banków.
Zintensyfikowano ogromny rynek wewnętrzny, szczególnie wiejski, zwiększono nakłady inwestycyjne w prowincjach zacofanych oraz znaleziono alternatywne rynki zbytu i inwestycji na całym świecie. Podjęto też wiele innych awaryjnych i długofalowych działań antykryzysowych, w kraju i na arenie globalnej. Okazały się one bardzo efektywne; najnowsze prognozy głoszą, iż przyrost PKB ChRL w najbliższych latach wyniesie ok. 7,5 proc..
W sumie, kryzys globalny i jego konsekwencje unaoczniły większą agresywność i
znaczne pogorszenie sytuacji USA wobec Chin, nie tylko w kategoriach finansowych i strategicznych. Faktycznie, USA „siedzą” bardzo głęboko w kieszeni chińskiej. Chiny muszą więc prowadzić wyjątkowo zręczną i delikatną grę z USA.

Byliśmy prekursorami

W latach 50-tych XX wieku Polska i Chiny podjęły wiele istotnych posunięć w dziedzinach, ekonomicznej, społecznej i kulturalnej. Dobrze rozwijał się handel polsko-chiński, rozliczany dość długo (do 1990 r.) w clearing’u i we frankach szwajcarskich – z uwagi na ówczesną awersję Chin do USA i do dolara.
Dla rozwoju wymiany handlowej, dnia 15 czerwca 1951 r., utworzono Polsko-Chińską Spółkę Żeglugową Chipolbrok – z siedzibą w Szanghaju i w Gdyni. Była to pierwsza chińsko-zagraniczna spółka joint venture (fifty-fifty) w historii gospodarczej ChRL. Istnieje ona do dziś. Później LOT uruchomił połączenia lotnicze z Pekinem, z których zrezygnowano, na dłuższy czas, z nonsensownych powodów politycznych – by wznowić loty na tej trasie relatywnie niedawno.
Polska może stanowić dla Chin „bramę do Europy”, podobnie jak np. Szanghaj i Hongkong są – dla Polski i Europy – „bramami do Chin”. W interesie obydwu Stron leży przeto maksymalnie efektywne wykorzystanie nowych szans i nowych możliwości współpracy. Dla Polski, nie jest to wszakże zadanie łatwe z tego prostego względu, iż RP należy nie tylko do UE, ale również do NATO i jest I sojusznikiem USA w naszej strefie geograficznej. Doskonalenie współpracy polsko-chińskiej jest nie w smak naszym ”starszym braciom” zza oceanu. Sytuacja ta może jednak się zmienić, gdyby stosunki chińsko-amerykańskie uległy poprawie. Przecież Niemcy znajdują się w analogicznym, jak Polska, położeniu wobec USA, NATO i Chin, ale to nie przeszkadza im w znakomitym rozwijaniu współpracy z Chinami Ludowymi od samego początku.
Mikroskopijne są nadal inwestycje polskie w Chinach (ok. 150 mln USD) i chińskie w Polsce (ok. 1,5 mld USD). Wprawdzie wielki koncern chiński – Lenovo podjął (w latach 2008 – 2009) bardzo poważną próbę zainwestowania w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, ale inwestycja ta (na ok. 1.500 pracowników) została spartaczona przez stronę polską. Lenovo wycofało się z Polski – i nie wiadomo, kiedy tu powróci.
Przy przetargach, w Polsce stosuje się praktyki dyskryminacyjne (z powodów formalno-politycznych) wobec inwestorów chińskich (np. w przypadku drugiej linii metra warszawskiego). Skandal z Covec (wstrzymana budowa odcinka autostrady A2) czy z Huawei (na zlecenie zagraniczne) był niepotrzebnym nieporozumieniem.
Stale słychać narzekania na niedobre praktyki wizowe konsulatów polskich w Chinach wobec tamtejszych przedsiębiorców. W Chinach nie ma przedstawicielstwa banku polskiego. Wymiana studencka i turystyczna jest niewielka – jak na potrzeby i możliwości obydwu stron.
Chińczycy nie zrażają się tym i – mimo kryzysu – są coraz bardziej aktywni na rynku polskim. Doceniają jego znaczenie w kontekście unijnym i wschodnioeuropejskim oraz w perspektywie ewentualnego przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Mało tego, zwiększają swą aktywność gospodarczą w Polsce (i na całym świecie).
Póki co jednak, Polska plasuje się dopiero w okolicach 70-tego miejsca w pierwszej setce partnerów gospodarczych Chin! Nie ma profesjonalnej promocji Polski, zwłaszcza naszej gospodarki w Chinach, natomiast chińska działalność informacyjna i promocyjna w Polsce jest coraz lepsza – ale jeszcze niewystarczająca. Polska strategia Go-China jest marną imitacją chińskiej polityki Go-Global.

Tracimy olbrzymie sumy

W sumie, wskutek prowadzonej nadal irracjonalnej i anachronicznej polityki handlowej oraz inwestycyjnej wobec Chin, a także zaniechania, zwłaszcza po 1989 r., porządnej współpracy w sferze handlu i inwestycji, nasz kraj stracił bezpowrotnie setki miliardów euro.
Niektórzy decydenci polscy nadal „zwalczają” (nieistniejący) komunizm w Chinach, ingerują w ich sprawy wewnętrzne, udzielają pouczeń itp., z czym kierownictwo i naród chiński nigdy się nie pogodzi. Wszystko to szkodzi polskim interesom państwowym i narodowym, ośmiesza nasz kraj na arenie międzynarodowej, szczególnie w Unii Europejskiej oraz tworzy niesprzyjający klimat polityczny dla rozwoju polsko-chińskiej współpracy gospodarczej, handlowej i inwestycyjnej.
Uprawianie polityki wobec Chin w stylu: „jak pies do jeża” nie ma sensu. Sytuację pogarsza dotkliwa luka informacyjna i świadomościowa. „Średni Polak” nie zna prawdy o Chinach, zaś, w odbiorze „średniego Chińczyka”, szczególnie przedsiębiorcy, Polska jawi się więc jako „kraj rozkojarzony i mało przyjazny Chinom”, z którym… nie warto robić większych interesów. Pozostaje to w sprzeczności z odwiecznymi tradycjami sympatii, współpracy i przyjaźni polsko-chińskiej, kultywowanymi w obydwu społeczeństwach.
Od 1989 r., w rozwoju Polski wystąpiły dwie główne fazy: 1. bezkrytyczna, cielęca fascynacja Ameryką, która obecnie przekształca się w zwątpienie i rozczarowanie – z powodu wielkiego kryzysu i krachu ekstremalnego neoliberalizmu; 2. „powrót do Europy”, tzn. trudne przygotowania do przystąpienia do UE, samo przystąpienie oraz żmudne szukanie (metodą prób i błędów) swego miejsca we wspólnocie unijnej. Towarzyszy temu nadal polskie „rozdwojenie jaźni” między USA i UE. W tym okresie zaniedbano bezmyślnie współpracę z Chinami oraz Azją Wschodnią i Południowo – Wschodnią.

Weźmy się do roboty

Żaden polski rząd po 1989 r. nie zdobył się na opracowanie i na wdrożenie optymalnego programu współpracy z Chinami. Skoro, od 1989 r., w centrali lekceważy się, de facto, Chiny i rynek chiński, to nic dziwnego, iż podobnie postępują polskie placówki dyplomatyczne, konsularne i ekonomiczne w Chinach.
Konieczne jest więc opracowanie i wdrożenie kompleksowej, długofalowej strategii współpracy z Chinami – z uwzględnieniem najnowszych zmian w globalnym układzie sił, szczególnie ekonomiczno-politycznym. Trzeba wyeliminować dotkliwą lukę informacyjno-świadomościową i psychologiczną w stosunkach między obydwoma krajami i społeczeństwami, oraz kołami opiniotwórczymi, przedsiębiorcami, ludźmi nauki, techniki i kultury. Rozwijać w dużej skali współpracę regionalną oraz kontakty między organizacjami pozarządowymi, społecznymi, twórczymi. Doskonalić i koordynować działalność instytucji krajowych zajmujących się współpracą z Chinami oraz placówek, instytucji i przedstawicielstw polskich w Chinach. Ustanowić sprawny system promowania Polski, szczególnie w sferze gospodarczej i kulturalnej, na gruncie chińskim.
Pozytywnych wzorców do naśladowania nie trzeba szukać daleko – wystarczy przeanalizować np. dynamikę i efekty rozwoju stosunków niemiecko – chińskich, czy holendersko – chińskich w minionych dziesięcioleciach i korzyści z tego wynikające dla zainteresowanych stron. Na przykład wartość niemiecko – chińskich obrotów handlowych przekroczyła 226 mld USD, w roku 2018 (to około 1/3 ogółu obrotów UE – ChRL). Wartość ta ma ulec podwojeniu (!) w najbliższych latach. Pani kanclerz Angela Merkel złożyła oficjalne (i owocne) wizyty w Chinach aż siedmiokrotnie – poczynając od roku 2005, zaś przywódcy, przedsiębiorcy i obywatele chińscy są częstymi gośćmi w Republice Federalnej.
Ufam zatem, że nadejdzie relatywnie niedługo dzień niezbędnego, jakościowego przełomu i zasadniczej trwałej poprawy w stosunkach polsko-chińskich.

Po pierwsze, za mało armat

Pod rządami PiS osłabła zdolność przedsiębiorstw działających w Polsce do konkurowania na rynkach zagranicznych. Pojawił się deficyt w wymianie handlowej, nasz eksport wzrastał znacznie wolniej niż import. Może jednak ten rok przyniesie zmianę na lepsze.

Rok 2018 był kolejnym rokiem wzrostu obrotów handlu zagranicznego, w stosunku do roku poprzedniego. Wartość eksportu towarów i usług z Polski wyniosła 223,6 mld euro, a wartość importu 228,2 mld euro.
Oznacza to, że eksport towarów i usług wzrósł o 8,2 proc. rok do roku, zaś import o 10,7 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.

Traciliśmy na handlu

Niepokojącym zjawiskiem jest pojawienie się deficytu w handlu towarami i usługami – osiągnął on 4,6 mld euro. A jeszcze rok wcześniej saldo było dodatnie i wynosiło 500 mln euro.
Ujemne saldo obrotów powstało w handlu z krajami rozwijającymi się (41,6 mld euro) i krajami Europy Środkowowschodniej (7,3 mld euro). Przedstawione dane potwierdzają tezę, że polscy eksporterzy powinni zwrócić uwagę na intensyfikację eksportu do krajów słabo rozwiniętych i leżących w naszym regionie geograficznym.
Brak informacji o strukturze towarowej obrotów handlu zagranicznego nie pozwala na razie stwierdzić handel jakimi grupami towarów przyczynił się do ujemnego salda obrotów z zagranicą. Na pewno jednak wskazać można na surowce, w tym ropę i gaz. Ale to, co byłoby interesujące, to wyniki handlu dobrami wysoko przetworzonymi i saldo obrotów nimi. A takich danych na razie nie mamy.
W naszym eksporcie utrzymuje się od lat, z niewielką tendencją wzrostową, wysoka koncentracja obrotów na rynkach krajów wysoko rozwiniętych (87,1 proc. wobec 86,6 proc. w roku poprzednim), w tym głównie na rynkach Unii Europejskiej (80,6 proc. wobec 80,0 proc. w roku poprzednim).
Prawie 58 proc. naszego eksportu kierowane jest do odbiorców ze strefy euro (wzrost o 0,9 punktu procentowego w stosunku do roku ubiegłego). O wysokiej koncentracji eksportu świadczy także fakt, że 66,7 proc. eksportu kierowane jest tylko do 10 krajów – dziewięciu wysoko uprzemysłowionych plus Rosja (Niemcy – 28,2 proc., Czechy – 6,4 proc., Wielka Brytania – 6,2 proc. , Francja – 5,6 proc., Włochy – 4,6 proc., Holandia – 4,5 proc., Rosja – 3 proc., Szwecja – 2,9 proc., Stany Zjednoczone i Węgry – po 2,7 proc. Nasz eksport do tych państw zwiększył się w sumie o 0,5 pkt.
Udział krajów rozwijających się w polskim eksporcie wyniósł zaledwie 7 proc. (wobec 7,1 proc. w roku poprzednim). Tylko 5,8 proc. eksportu skierowane było do krajów Europy Środkowowschodniej.

Trochę dobrze i źle

Tak wysoka i utrzymująca się od wielu lat koncentracja naszego eksportu na krajach wysoko uprzemysłowionych oznacza, że polskie towary są konkurencyjne na tych wymagających rynkach, a polscy eksporterzy potrafią utrzymać długookresowo swoje pozycje dostawców.
To dobra wiadomość. Staje się ona jednak trochę gorsza, jeśli weźmie się pod uwagę zbliżające się spowolnienie wzrostu gospodarczego w krajach wysoko uprzemysłowionych, które dotknie w jakimś stopniu tychże polskich eksporterów. Dlatego wskazane by było dywersyfikowanie eksportu i poszukiwanie nowych rynków zbytu – przynajmniej dla tej części eksportu, która nie stanowi dostaw podzespołów do produkcji.
Wysoki udział partnerów niemieckich w polskim eksporcie i imporcie wskazuje na duży stopień powiązań obu gospodarek, przy czym większe zaangażowanie jest po stronie polskiej. Świadczy o tym dodatnie saldo obrotów gospodarczych Polski z Niemcami (11,6 mld euro wobec 9,1 mld euro w roku poprzednim).
Warto zwrócić uwagę na fakt, iż 58 proc. eksportu towarów i usług kierowanego do odbiorców ze strefy euro mogłoby być argumentem przemawiającym za rozważeniem przystąpienia Polski do tej strefy. Pozwoliłoby to poprawić konkurencyjność polskiego eksportu dzięki likwidacji prowizji z tytułu wymiany walut oraz pomogło obniżyć eksporterom i importerom ryzyko w wymianie handlowej z eurostrefą.
Polski import jest mniej skoncentrowany geograficznie niż eksport. Ciągle jednak prawie 66 proc. tego importu pochodzi z krajów wysoko rozwiniętych. Ta tendencja utrzymuje się.
Tak więc, ponad 58 proc. naszego importu pochodzi z krajów Unii Europejskiej, a 47 proc. z samej strefy euro (tu nastąpiła lekka tendencja spadkowa w porównaniu do roku poprzedniego, gdy udział eurostrefy wynosił 48,3 proc.).
Udział krajów rozwijających się w imporcie polskim ukształtował się na poziomie 25,2 proc. (lekka tendencja wzrostowa – o 0,6 punktu procentowego w stosunku do roku poprzedniego). Pozostały import (8,9 proc. %) pochodził z krajów Europy Środkowowschodniej (wzrost udziału o 1 pkt. proc. rok do roku).

Może nastąpi odbicie

O wysokiej koncentracji także i w imporcie świadczy fakt, że jego 64,8 proc. pochodzi z 10 krajów. Oprócz krajów wysoko rozwiniętych, do tej grupy należą Chiny i Rosja. Również w imporcie najważniejszym partnerem handlowym dla polskich podmiotów gospodarczych są Niemcy, skąd sprowadzane jest 22,6 proc. wszystkich towarów i usług (udział ten nieznacznie zmalał – o 0,5 pkt. proc. rok do roku).
Drugim najważniejszym partnerem handlowym w imporcie były Chiny (11,6 proc.), a dalej Rosja (z udziałem 7,1 proc.), Włochy (5,1 proc.), Francja (3,1 proc.), Holandia (3,6 proc.), Czechy (3,4 proc. ), Stany Zjednoczone (2,8 proc.), Belgia (2,5 proc.), Wielka Brytania (2,4 proc.).
W okresie styczeń – maj 2019 odnotowano lekką nadwyżkę w naszych obrotach handlowych (ok. 200 milionów euro). Te pierwsze pięć miesięcy bieżącego roku pokazuje, że mimo osłabienia u naszych głównych partnerów handlowych, potencjał eksportowy i zdolność do konkurowania polskich przedsiębiorstw jest ciągle wysoka. I to co cieszy – zdecydowanie rośnie nasz eksport do krajów Europy Środkowowschodniej, a także do krajów rozwijających się.

Rozpędzona budowlanka potrzebuje wsparcia

Rząd wciąż nie stworzył efektywnych mechanizmów, ułatwiających zagraniczną działalność naszych firm budowlanych.

Ubiegły rok był trudny i wymagający dla całej, notującej wysokie wzrosty produkcji, branży budowlanej.
Jest to swoistą specjalnością polskiej gospodarki, że budowlanka jednocześnie i kwitnie, i kuleje.

Potencjał godny uwagi

Od paru lat produkcja budowlano-montażowa rośnie, jest wiele przetargów, zwłaszcza w obszarze infrastruktury, stawia się rekordowe ilości mieszkań (oczywiście rekordowe na skalę III RP, bo jeszcze daleko do wyrównania rzeczywistych rekordów z czasów Edwarda Gierka).
A zarazem, stale zaostrzają się niekorzystne tendencje: przybywa upadłości firm budowlanych, branża boryka się z drożyzną materiałów budowlanych, wzrasta presja cenowa ze strony podwykonawców i pracowników. Powszechnie uważa sie, że rok 2019 będzie także niełatwy dla budowlanki w naszym kraju.
To ważna branża dla Polski. Pracuje w niej, wedle różnych szacunków, od 400 tys. do 1,2 mln ludzi.
Skąd tak duża różnica? Otóż oficjalne dane Głównego Urzedu Statystycznego obejmują firmy zatrudniające co najmniej 10 osób – i to w tych przedsiębiorstwach z branży budowlanej ma pracować łącznie 400 osób. Ale ta dziedzina gospodarki opiera się przede wszystkim na firmach drobnych, liczących nie więcej niż 9 pracowników, duże znaczenie ma także samozatrudnienie.
Gdy więc doliczyć firmy i firemki mające od 1 do 9 osób, to uzyskamy wspomnianą liczbę 1,2 mln osób. Natomiast w szczycie prac sezonowych i razem z ludźmi zatrudnianymi na czarno, których przecież w budownictwie jest wielu, możemy mówić o prawie półtoramilionowej rzeszy pracowników.

Kryzys zagląda na budowy

Branża budowlana rozwija się, odpowiadając na zapotrzebowanie rynku. Stopniowo rozpoczynają się, zaplanowane już wiele lat wcześniej, inwestycje infrastrukturalne, wciąż przybywa nowych mieszkań.
A jednocześnie, przybywa i problemów. Wystarczy powiedzieć, że od 2017 r. asfalt podrożał o ponad 30 proc., gdyż państwowe firmy – PKN Orlen i Lotos – podniosły ceny. W górę poszły zresztą ceny praktycznie wszystkich materiałów budowlanych. Tego wzrostu firmy budowlane nie są w stanie przerzucić na odbiorców, choć oczywiście próbują.
Na szczęście cały czas dość wysoki jest popyt, podtrzymywany zastrzykami pieniędzy przez państwo. Gdy jednak wzrośnie deficyt i inflacja, dotychczas jeszcze jakoś trzymana w ryzach, to pieniędzy zabraknie, popyt spadnie, a branża stanie w obliczu poważnego kryzysu.
Jego symptomy pojawiają się już i dziś. Budowlanka przoduje wśród branż z największą liczbą niewypłacalnych firm, bardzo niska jest rentowność, zaś przedsiębiorstwa budowlane mają coraz większe kłopoty z uzyskaniem finansowania.
Zdobywanie środków nieco lepiej udaje się państwowym firmom budowlanym, takim jak Polski Holding Nieruchomości, Torpol czy Polimex-Mostostal. Są one łagodniej traktowane przez banki komercyjne, które przecież wiedzą, że w razie potrzeby państwo jakoś pomoże własnym przedsiębiorstwom. Firmy prywatne często jednak mają problemy ze zdobyciem odpowiednich kredytów. Trudniej im jest też o uzyskanie intratnych zamówień państwowych.

Klaster nie zastąpi państwa

Budowlanka próbuje ratować się eksportem, ale to ciężki – choć i pożywny kawałek chleba.
Być może podczas działalności na rynkach zagranicznych nieco mniej odczuwalne są problemy z niedoborem pracowników i rosnącymi cenami materiałów budowlanych. Jednakże nie da się uniknąć problemów ze zdobyciem środków finansowych, a do tego dochodzą wszystkie inne utrudnienia, związane z funkcjonowaniem w innych państwach, zwłaszcza tych poza Unią Europejską.
Jak uważa przedsiębiorca budowlany Jan Mikołuszko, problemem jest też brak polityki państwa, wspierającej eksport polskiej branży budowlanej.
Jest co wspierać, bo wartość naszego eksportu usług budowlanych wynosi ok. 6 mld zł rocznie. Byłby on jednak znacznie większy, na co z łatwością pozwoli potencjał polskich firm budowlanych, gdyby nasz rząd zastosował choćby część mechanizmów wsparcia, wykorzystywanych przez wiele innych państw Unii Europejskiej.
Jan Mikołuszko wie co mówi, bo jest prezesem Zarządu Polskiego Klastra Eksporterów Budownictwa, powołanego pod koniec 2015 r. przez nasze firmy budowlane. Dziś klaster składa się z 43 podmiotów, a ponieważ niektóre z nich są właścicielami innych spółek, więc do klastra należy w sumie ponad 50 przedsiębiorstw budowlanych.
Polski Klaster Eksporterów Budownictwa to inicjatywa przedsiębiorców, którzy chcą budować na zagranicznych rynkach – i w tym celu kreować współpracę polskich firm budowlanych. Bo na tych rynkach łatwiej działać razem.
Chodzi też o promowanie potencjału naszych firm i prezentowanie ich możliwości ewentualnym kontrahentom zagranicznym.
Polska budowlanka ma nowoczesne technologie i produkty oraz profesjonalną kadrę inżynierską. Trzeba wykorzystywać te atuty, wspomagając i organizując działania eksportowe, a także poprawiając bezpieczeństwo finansowe funkcjonowania na obcych rynkach.

Upadek może być wielki

Jan Mikołuszko zna od strony praktycznej działalność polskich przedsiębiorstw na zagranicznych rynkach. Nie tylko jako prezes Polskiego Klastra Eksporterów Budownictwa, lecz także jako główny udziałowiec i Przewodniczący Rady Nadzorczej firmy Unibep, prowadzącej swoje inwestycje budowlane m.in. na Białorusi, Ukrainie, w Szwecji i Norwegii.
Nie ukrywa więc, że wsparcie polskiego państwa dla eksportu branży budowlanej jest w zasadzie żadne. Jedyne, co trochę zmieniło się na lepsze, to dostęp do informacji, dzięki pracy zagranicznych biur handlowych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.
To nie zastąpi jednak wsparcia rządowego w formie pożyczek preferencyjnych, kredytów czy gwarancji eksportowych, efektywnego systemu ubezpieczeń eksportu.
Brakuje tego, a czasem nawet dochodzi do rujnowania dobrze rokującej współpracy gospodarczej z innymi państwami. Przykładem może być program „Go Iran”, zainicjowany w 2015 r. przez Ministerstwo Gospodarki. Jego głównym celem było zwiększenie wymiany handlowej pomiędzy polskimi i irańskimi przedsiębiorcami. Antyirańska konferencja w Warszawie, zorganizowana w tym roku w interesie Izraela przez rząd PiS na polecenie Stanów Zjednoczonych, skutecznie zniszczyła jednak nadzieje na rozwój współpracy z życzliwym nam (do niedawna) Iranem.

Polska branża budowlana jest dziś rozpędzona i funkcjonuje w mocnym tempie. Żeby jednak mogła wytrzymać to tempo przez kolejne lata, bez potknięć i zadyszki, potrzebuje racjonalnej pomocy własnego państwa. Inaczej, by użyć języka ewangelicznego, jej upadek może być wielki.

Znikający partner handlowy

Nasza wymiana handlowa z Wenezuelą zmniejszyła się praktycznie do zera.

To, jak głęboko Wenezuela pogrąża się w kryzysie, dobrze pokazują informacje o polskiej wymianie towarowej z tym krajem. Jak podaje GUS, jeszcze w grudniu 2012 r. Polska wyeksportowała do Wenezueli towary o wartości 51 mln zł – tymczasem po 6 latach było to tylko 265 tys. zł.
Produkt krajowy brutto Wenezueli obniżył się aż o ok. 45 proc. Hiperinflacja jest katastrofą dla tamtejszej gospodarki. Ciągle tracący na wartości boliwar i spadające wydobycie ropy naftowej zwiększają skalę problemów.
Panujący w Wenezueli kryzys humanitarny najlepiej obrazują dane o handlu zagranicznym. To one mówią o tym, że w tym południowoamerykańskim kraju brakuje leków i żywności. To one również wskazują, jak trudne może być obecnie życie Wenezuelczyków, którzy masowo emigrują za granicę.

Wielka fala kryzysu

W 2012 r. Wenezuela importowała towary o wartości niemal 60 mld dolarów. Pięć lat później, czyli w 2017 r., import spadł do 9,1 mld dol. To już wtedy było niezwykle mało jak na 30-milionowy kraj, który jednocześnie praktycznie nic nie produkuje i musi sprowadzać z zagranicy niemal wszystko oprócz ropy naftowej.
W badanych latach import wyrobów przemysłu elektromaszynowego spadł z 18,5 mld dol. do 1,5 mld dol. czyli o ponad 90 proc. Zbliżona skala załamania importu była widoczna w przypadku przemysłu chemicznego w tym leków. W 2012 r. import gotowych medykamentów wynosił 2,5 mld dol, a w 2017 r. tylko 160 mln, czyli o ponad 93 proc. mniej. W przypadku metali przemysłowych i żywności obniżki sięgały ok. 80 proc.
Nie ma jeszcze globalnych danych dotyczących roku 2018, ale jjak wynika z informacji polskiego Głównego Urzędu Statystycznego, spadek wenezuelskiego popytu na zagraniczne dobra tylko w minionym roku mógł przekraczać kolejne 90 proc.

Mniej o 99,5 proc.

Sześć lat temu wenezuelski import z Polski był 200 razy większy. Jak podaje GUS, w 2012 r. do Boliwariańskiej Republiki eksportowaliśmy towary o wartości 332 mln złotych (w samym grudniu 2012 r. było to 51 mln zł). Połowę z tego stanowiły wyroby przemysłu chemicznego (głównie nawozy). Drugą ważn kategorią były maszyny i urządzenia mechaniczne oraz sprzęt elektryczny.
W 2014 r. nasz eksport do Wenezueli obniżył się wg GUS do 250 mln zł, a w 2017 r. (ostatni okres dostępnych globalnie danych) miał wartość 90 mln zł. Cały czas dominowały w nim produkty przemysłu chemicznego oraz elektromaszynowego, chociaż w porównaniu z 2012 r. ogólnie ich wartość spadła o ponad 70 proc.

Kulminacja upadku

Najbardziej dramatyczne jednak wyglądają dane GUS za rok 2018, a zwłaszcza za grudzień. W ubiegłym roku wenezuelski import z Polski wyniósł zaledwie 8,4 mln zł, czyli o ponad 90 proc. mniej niż w 2017 r.
W porównaniu do 2012 r., kiedy roczny import z Polski wyniósł łącznie 332 mln zł, spadek sięga ponad 97 proc.
Cały 2018 r., mimo że pełen dramatycznego przekazu, nie oddaje jeszcze w pełni skali katastrofy importu z Polski – ocenia Cinkciarz.pl. Dopiero końcówka roku pokazuje kulminację upadku – czyli w grudniu 2018 r. eksport do Wenezueli o wartości zaledwie 265 tys. zł, podczas gdy w grudniu 2012 r. było to 51 mln zł. Spadek wyniósł zatem 99,5 proc. Sześć lat temu polski eksport do Wenezueli był zatem 200 razy większy niż obecnie.
Wenezuela przestała kupować towary za granicą, gdyż zabrakło pieniędzy. Państwo nie było nawet w stanie wydobywać i sprzedawać ropy, bez której Boliwariańska Republika stała się bankrutem. Kolejnym problemem była korupcja władz. Według szacunków szwajcarskiego Basel Institute on Governance, około 350 mld dolarów zostało utracone z publicznych funduszy w związku z: „korupcją, oszustwami oraz łapówkami”.

Dobrze się rozwija

Możemy być dumni z tej branży. Papier toaletowy, który był jednym z głównych deficytowych towarów w PRL, jest obecnie eksportowym hitem Polski. Nasz kraj jest trzecim na świecie jego dostawcą.

Praktycznie przez cały okres PRL papier toaletowy był towarem niezwykle trudno dostępnym i reglamentowanym. Pożądany i wart wielokrotnie więcej, niż wynosiła oficjalna jego cena, zasłużył sobie na miano kultowego produktu, podobnie jak np. szynka.
Każdy, kto choć liznął kilka lat minionego systemu, pamięta przewieszany na sznurkach szary papier lub wycieczki z gazetami do skupu makulatury w celu otrzymania tego w owym czasie luksusowego dobra. Obecnie w większości państw nie ma oczywiście najmniejszych problemów z nabyciem papieru toaletowego, ale paradoksalnie to po części jest zasługa Polski.
Według danych GUS, zamieszczonych w Roczniku Statystycznym Przemysłu, w 2000 r. Polska produkowała tylko 115 tys. ton papieru toaletowego rocznie. Teraz jest to już prawdopodobnie ok. 400 tys. ton rocznie, gdyż produkcja sukcesywnie rośnie, a w 2017 r. wynosiła ona 380 tys. ton.
Ponieważ wzrost produkcji wyraźnie przekracza tempo wzrostu krajowego popytu, Polska ma duże nadwyżki tego produktu. Dane Eurostatu pokazują, że tylko do samych Niemiec wysłaliśmy 70 tys. ton papieru toaletowego (import z Niemiec to mniej niż 10 tys. ton) w 2017 r. o wartości 92 mln euro. Polska jest największym w Unii dostawcą papieru do naszego zachodniego sąsiada. Druga z listy Francja dostarcza ledwie jedną trzecią tego, co Polska. A jak w tej konkurencji radzimy sobie globalnie?
Polska zajmuje siódme miejsce wśród największych eksporterów papieru toaletowego na świecie. Jak podkreśla Cinkciarz.pl, ten ranking jest jednak krzywdzący dla naszego kraju, gdyż nie pokazuje wpływu importu. Co z tego bowiem, że np. USA są czwartym na świecie eksporterem papieru, skoro import przekracza eksport i w rezultacie Amerykanie muszą posiłkować się dostawami z Meksyku.
Dlatego dużo ważniejszym wskaźnikiem jest eksport netto, czyli różnica pomiędzy eksportem i importem. Polska w tym zestawieniu zajmuje trzecie miejsce na świecie za Włochami i Szwecją, odpowiadając za 3,5 proc. netto globalnych dostaw papieru toaletowego. A ile to rolek?
Dane Eurostat pokazują nasz eksport netto do Unii i poza nią wynosi ok. 80 tys. ton papieru toaletowego rocznie. Zakładając, że kilogram tego higienicznego produktu zawiera ok. 10 rolek, oznacza to, że dostarczamy światu, a przede wszystkim Niemcom, mniej więcej 800 milionów rolek papieru toaletowego każdego roku.