Ostatni niezły kwartał

W pierwszych miesiącach tego roku pandemia koronawirusa jeszcze nie odcisnęła swego fatalnego wpływu na polskim handlu zagranicznym.
Obroty naszego handlu zagranicznego w pierwszym kwartale bieżącego roku wyniosły 254,9 mld PLN w eksporcie oraz 251,4 mld PLN w imporcie. Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 3,5 mld PLN, gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku wyniosło 1,0 mld PLN. W porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku eksport wzrósł o 0,6 proc., a import spadł o 0,4 proc.
Mimo wprowadzonych w drugiej połowie marca br. szeregu ograniczeń na terenie Polski związanych z COVID-19, to nie miały one dużego wpływu na statystykę obrotów towarowych z zagranicą. Granice dla przepływu towarowego były i są otwarte. W danych za marzec, odnotowano spadek obrotów w statystyce towarowej handlu zagranicznego, tzn. w eksporcie o 5,6 proc., a w imporcie o 2,5 proc. w stosunku do marca ub. roku.
Eksport wyrażony w dolarach USA wyniósł 65,9 mld USD, a import 65,0 mld USD (spadek odpowiednio w eksporcie o 1,5 proc., a w imporcie o 2,5 proc.). Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 0,9 mld USD, gdy w tym samym okresie ubiegłego roku wyniosło minus 0,3 mld USD.
Eksport wyrażony w euro wyniósł natomiast 59,9 mld EUR, a import 59,0 mld EUR (wzrost w eksporcie o 1,7 proc., a w imporcie o 0,7 proc.). Dodatnie saldo wyniosło 0,9 mld EUR, podczas gdy w styczniu – marcu ubiegłego roku było ujemne: minus 0,8 mld EUR.
Największy udział w eksporcie ogółem Polska ma z krajami rozwiniętymi – 86,5 proc. (na Unię Europejską przypada 73,5 proc.). Podobnie jest w imporcie – 65,3 proc. (udział UE to 55,4 proc.). Jest to jednak nieco mniej niż w ubiegłym roku, gdy na kraje rozwinięte przypadało 88,0 proc. naszego eksportu (UE: 74,8 proc.) i 66,9 proc. importu (UE: 57,0 proc.) w styczniu – marcu 2019 r.
Natomiast najmniejszy udział odnotowano z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, który w polskim eksporcie wyniósł 5,9 proc., a w imporcie 7,6 proc., wobec odpowiednio 5,4 proc. i 7,6 proc. w tym samym okresie ubiegłego roku.
Ujemne salda Polska tradycyjnie odnotowała z krajami rozwijającymi się – minus 48,5 mld PLN (eksport: minus 12,6 mld USD, import: minus 11,4 mld EUR) i z krajami Europy Środkowo-Wschodniej – minus 4,2 mld PLN.
Taka struktura handlu zagranicznego to wynik systemowo słabej kondycji polskiej gospodarki. Z krajami rozwiniętymi mamy bilans dodatni, bo sprzedajemy im części i podzespoły, importując niewiele zaawansowanych wyrobów i technologii, których nasza mało nowoczesna gospodarka nie jest w stanie wykorzystać, bądź jej na nie nie stać.
Z kolei od krajów rozwijających się (i z Europy Środkowo – Wschodniej) kupujemy głównie surowce i także części oraz podzespoły. Nie mamy natomiast na tyle atrakcyjnych wyrobów finalnych, których eksport mógłby zrównoważyć nasze zakupy.
W I kwartale br. wśród głównych partnerów handlowych Polski odnotowano wzrost eksportu do Rosji, Stanów Zjednoczonych i Czech, a wzrost importu – z Korei Południowej, ze Stanów Zjednoczonych, z Holandii, Chin oraz Rosji. Obroty z pierwszą dziesiątką naszych partnerów handlowych stanowiły 65,7 proc. całego eksportu (w tym samym okresie ubiegłego roku 67,4 proc. , a importu – 64,1 proc. (wobec 64,0 proc. w styczniu – marcu 2019 r.).
Udział naszego najważniejszego partnera gospodarczego, Niemiec, w eksporcie obniżył się w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku i wyniósł 27,6 proc., a w imporcie 21,6 proc. Dodatnie saldo polskiego handlu z Niemcami wyniosło 16,2 mld PLN (4,2 mld USD, 3,8 mld EUR) wobec 13,6 mld PLN (3,6 mld USD, 3,1 mld EUR) w styczniu – marcu 2019 r.
Największy imporcie Polska ma z krajów rozwiniętych – 185,3 mld PLN, w tym z Unii Europejskiej 167,7 mld PLN, wobec odpowiednio 187,7 mld PLN ( w tym z UE 169,1 mld PLN) w takim samym okresie 2019 r.
W styczniu – marcu 2020 r. odnotowano wzrost obrotów w połowie branż towarowych w porównaniu z 2019 r.
W polskim eksporcie największy wzrost dotyczył napojów i tytoniu (o 17,1 proc.), olejów, tłuszczów, wosków, zwierzęcych i roślinnych (o 10,7 proc.), chemii i tzw. produktów pokrewnych (o 8,2 proc.), żywności i zwierząt żywych (o 7,3 proc., mimo różnych epidemii, takch jak np. pomór dzików,oraz zakazów sprzedaży, trapiących naszą branżę spożywczą).
Wzrost eksportu, choć minimalny, nastąpił takze jeśli chodzi o różne wyroby przemysłowe (o 1,4 proc. ), natomiast spadek odnotowaliśmy w paliwach mineralnych, smarach i materiałach pochodnych (o 19,2 proc.).
W polskim imporcie największy wzrost zanotowano w olejach, woskach, tłuszczach zwierzęcych i roślinnych (o 29,4 proc.), oraz w żywności i zwierzętach żywych (o 8,8 proc.), produktach chemicznych (o 8,2 proc.), napojach i tytoniu (o 5,2 proc.) oraz różnych wyrobach przemysłowych (tylko o 2,4 proc.), natomiast spadek – w surowcach z wyjątkiem paliw (o 8,8 proc.) oraz generalnie w towarach przemysłowych (o 3,7 proc.).

Łapówki eksportowe

W normalnych krajach, specjalistów od wspierania eksportu zamiast wsadzać do pudła, zatrudnia się w agencjach państwowych.

Jakiś czas temu CBA ujęło członka zarządu i jednego z dyrektorów handlowych Solarisa. W stosownym komunikacie Biuro oświadczyło, że chodzi o 800 tys euro łapówki. „Pieniądze miały być zapłatą, korzyścią majątkową za załatwienie kontraktu na dostawę blisko 200 autobusów i trolejbusów do Rygi”.
Nieudane pranie
Potem okazało się, że w tym samym czasie służby łotewskie zapuszkowały czterech tamtejszych. Dyrektora ds. przetargów łotewskiej spółki obsługującej komunikację miejską, biznesmena oraz dwóch „słupów”. Policja antykorupcyjna w Rydze, miała widać gości na oku pewnie nie tylko na okoliczność ustawiania przetargów pod Solarisa. Inaczej nikt nie wpadłby na to jak wykryć przepuszczenie łapówki przez firmy konsultingowe z Łotwy, Cypru, Hong-Kongu i Chin.
Mający pecha zadawać się z niewłaściwymi kontrahentami Polacy, trafili do prokuratury gdzie usłyszeli zarzuty korupcyjne i te dotyczące prania pieniędzy.
Jeśli ktoś sądzi, że dzięki takiemu niusowi została podważona biznesowa wiarygodność Solarisa, która to firma jest absolutnie prywatna, to jest w błędzie. A jeśli ktoś uzna zatrzymanych za przestępców, to znaczy, że nie ma pojęcia o prowadzeniu międzynarodowego biznesu.
Bo obaj zatrzymani panowie robi to, co od zawsze jest wpisane tak w ich obowiązki, jak i etos biznesmena. A ten sprowadza się do tego, żeby znaleźć nabywcę. Bo dzięki temu robotnicy będą mieli pracę, właściciele firmy zysk, a państwo podatki. Ba, ten etos każe wydawać również takie oświadczenia, jak to, że Solaris nie akceptuje „jakichkolwiek zachowań swoich pracowników, spółek zależnych czy powiązanych z nim interesariuszy, które mogłyby być uznane za nielegalne”.
Bo zarówno łapówki, jak przepierka takiego hajsu, jak i krygowanie się przed „opinią publiczną” to nic innego jak efektywne wspieranie eksportu.
Amerykański strzał w stopę
Dla wszystkich stało się to jasne w połowie lat 70-tych, gdy wybuchła afera Lockheeda. Oczywiście przez głupotę polityków. W1972 roku demokratyczny senator Frank Church, chcąc dojebać republikańskiej administracji i tak sypiącej się po aferze Watergate, powołał komisję badającą jak duże firmy wpływają na kształtowanie polityki zagranicznej. No i wyszło, że Gulf, Exxon, Mobil i Lockheed systematycznie od dziesiątków lat wypłacały olbrzymie łapówy, dzięki czemu amerykański eksport miał się dobrze, a politycy w wielu krajach byli przyjaciółmi USA.
Choćny taki Kakuei Tanaka, premier Japonii, który przytulił 1,8 miliona dolarów łapówki, w zamian za nakłonienie japońskich linii lotniczych All Nippon Airways do zakupu samolotu robionego przez Lockheeda.
Abo niemiecki Minister Obrony – Franz Josef Straus i jego partia CSU, za co otrzymali co najmniej 10 milionów dolarów, co miało gwarantować kupno, w 1961 roku, 900 samolotów.
Oficjele z Lockheeda wyśpiewali też, że na rybuchę załapał się książę Bernhard (mąż królowej Holandii – Juliany). Dostał w łapę 1.1 miliona dolarów za zapewnienie wygrania kontraktu przez Lockheed w starciu z ofertą francuskiego samolotu Mirage. Książę był członkiem Wypada wiedzieć, że książę, nie był biznesową niemotą. Zasiadał w ponad 300 radach nadzorczych i komitetach na całym świecie, zyskując uznanie za promowanie rozwoju gospodarczego swojego kraju.
W sumie Lockheed przyznał się do wypłacenia w sumie ponad 22 mln. ówczesnych – czyli wartych circa 10 razy więcej niż dziś – dolarów, politykom w Japonii i Niemczech, włoskim urzędnikom i generałom, a także wysoko postawionym osobom w Hongkongu i Arabii Saudyjskiej.
Oczywiście nikt w korporacji za to nie poszedł siedzieć. Bo dopiero po rozdmuchaniu przez senatora Churcha w Stanach wprowadzono ustawę wedle której, nielegalne stało się wręczanie łapówek zagranicznym urzędnikom państwowym.
Afera Lockheeda to jedyny przypadek, gdzie sprawa korupcji jako formy wspierania eksportu wyszła ze strony wręczającej łapówki. Było to z biznesowego punktu widzenia tak głupie, że od tej pory wszystkie transakcje proeksportowe są tam przeprowadzane przez agencje federalne. Dzięki temu zarówno dający, jak i biorący są pewni, że ich nazwiska nie wypłyną. Nie trzeba chyba wspominać, że ustawa zakazująca korumpować zagranicznych polityków jest ustawą martwą.
Offset zamiast rybuchy
Sprawa sprzed 45 lat zmusiła wszystkich do poszerzenia sposobów zyskiwania sympatii przy zakupach. Oprócz tradycyjnego dawania w łapę, wymyślono zatem dziesiątki sposobów jak ukryć fakt kupowania sobie przychylności przy zawieraniu kontraktów. Stąd najróżniejsze fundusze pomocowe. Stąd offsety. Stąd wizyty i szkolenia. Czy zakładanie firm mających udawać prowadzące biznes, a w rzeczywistości generujące łapówkarskie zyski dla tych, którzy szmal dostać powinni.
Na to wszystko oczywiście potrzebna jest kasa. Z jednej strony pochodzi ona z płaconych przez firmy podatków, ale z drugiej nawet agencje państwowe muszą mieć swoje tajne fundusze. Te zaś w znacznym stopniu powstają na skutek zrzutki zainteresowanych firm.
Ma się to oczywiście nijak do oficjalnych przepisów skarbowych, czy tych o praniu brudnej kasy, ale działa. Zwłaszcza, że niemal każda korporacja i tak ma swoje tajne środki finansowe na wspomaganie wygrywania kontraktów.
I cały ten mechanizm hula od dziesięcioleci. I to nie tylko na styku prywatny kapitał-państwo (swoje czy obce, bez różnicy), ale i na korumpowanie się nawzajem. Od czasu, gdy na rynku mamy korporacje nie mające właściciela, a tylko zatrudnianych menedżerów, chętnych do tego, by firma przepłaciła za zakup czegoś nie braknie. Zwłaszcza, że przecież duża część przepłaconej kwoty trafi do kieszeni pracownika najemnego. I to bez podatku.
Bezgrzeszne Pendolino
Największą aferą po Lockheedzie była sprawa globalnego korumpowania przez produkującą tabor komunikacyjny francuską firmę Alstom. Do wtopy doszło w Stanach. Miejscowi namierzyli bowiem tych, którzy brali kesz od amerykańskiej filii Alstomu w Connecticut. Przyparci przez federalnych do muru, trzej członkowie kadry kierowniczej przyznali się do winy i płacenia łapówek w imieniu firmy.
Potem była Szwajcaria, gdzie biorący łapówki wskazali palcem na tych, którzy ich skorumpowali. Znaczy na Alstom. Przy okazji firma musiała zapłacić grzywnę w wysokości 41 mln. dolarów.
Brytyjczycy dopatrzyli się, że francuski koncern ma za uszami korumpowanie w Indiach, Tunezji i w Polsce. Wydał na to 8,5 mln baksów.
No i znowu Amerykanie, którzy wygrzebali, że Alstom przekupował urzędników państwowych w Indonezji, Arabii Saudyjskiej i Egipcie. A ponieważ firma była nieamerykańska, to Departament Sprawiedliwości nałożył na nią grzywnę w wysokości 772 mln dolarów.
Co i tak jest kwotą niewielka, bo w 2008 roku polubowne zakończenie sprawy łapówkowej w Stanach, kosztowało niemieckiego konkurenta Alstomu, firmę Siemens 1,6 mld dolarów.
Polski wątek afery Alstomu sprowadził się do śledztwa w sprawie 400 tys funtów wypłaconej ok roku 2000 łapówki. Miała być dla ówczesnego prezydenta Warszawy Piskorskiego – nie była. Potem przez lata obstawano że wziął jego zastępca Zdrojewski – wyroku skazującego też nie usłyszał. Oberwali jacyś niżsi urzędnicy i to tylko za przekazywanie kasy.
A żeby było śmieszniej, to wcale nie chodziło o najbardziej znany produkt Alstomu w Polsce czyli Pendolino. 400 tys funtów łapówki miało być za parę wagonów do warszawskiego metra. O pociągu, którego włoska nazwa brzmi „wahadełko”, a którego polska wersja się nie waha, choć kosztuje niemal tyle samo, w kontekście łapówek nie da się powiedzieć złego słowa. Bo widać firma, która dawała w łapę na całym świecie, wyjątkowo w Polsce, działała wzorcowo i transparentnie.
Wsparcie po morawiecku
Wszystkie przykłady międzynarodowego łapówkarstwa po Lockheedzie, mają jedną wspólną cechę. Policja łapie kogoś kto wziął w łapę, i w ten sposób wychodzi na jaw od kogo wziął. Tak było z Alstomem, gdzie do poszczególnych krajów pukali sędziowie i prokuratorzy z innych.
Przypadek Alstomu pokazuje jeszcze jeden ważny aspekt. To mianowicie, że wyroki zapadają wszędzie, tylko nie we Francji, w której Alstom ma siedzibę. Żadna służba sama z siebie nie poluje zatem na międzynarodowych łapówkarzy, którzy działają proeksportowo, czyli patriotycznie.
I u nas jest tak samo. Gdyby nie łotewska wpadka, menedżerami z Solarisa nie interesowałby się żaden agent, czy prokurator. I słusznie. Bo ludzi, którzy wiedzą co robić, żeby produkty polskich firm sprzedawały się za granicą, jest na lekarstwo.
Dwa lata temu miało się to zmienić. Morawiecki zapowiadał powstanie w 2017 roku Agencji Wspierania Eksportu. W kuluarach mówiło się, że obok biznesmenów będą w niej też ludzie ze służby wywiadu. I co?
Zmieniono nazwę. Nieudolną Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych przemianowano na Polską Agencja Inwestycji i Handlu. Wymieniono wierchuszkę, pozatrudniano krewnych i znajomych królików i jest jak było. Nijak. Zwłaszcza, że coś, co nosi dumną nazwę Agencja, tak jak kiedyś jest spółką akcyjną. Tyle, że teraz należącą do Polskiego Funduszu Rozwoju.
I nie pracują w niej ludzie, którzy zjedli zęby na wręczaniu łapówek i nikt ich nigdy nie złapał za rękę. Ci są na wagę złota w tych nielicznych polskich firmach, które coś eksportują. Panowie z Solarisa, bogatsi o nowe doświadczenia, też do nich trafią. Bo nikt rozsądny nie sądzi, że robiąc dobrze krajowi, dochrapią się jakiegoś wyroku bez zawiasów. A poza tym w Solarisie ich dni i tak były policzone. Od kiedy we wrześniu spółka stała się własnością hiszpańskiej grupy CAF, to w podpoznańskiej firmie rzeczywiście nikt nie wymagał od pracowników „zachowań nielegalnych.” Zdobywaniem kontraktów zajęli się fachowcy z Beasain w prowincji Guipúzcoa na Półwyspie Iberyjskim.
Co zaś do zatrzymanych przez CBA menedżerów, to oczywiście słuch o całej sprawie zaginął.

Ostatni gasi światło?

Czeka nas długi okres odbudowy polskiej gospodarki. Już teraz trzeba pracować nad narzędziami, które będą ją wspierać nie tylko w najbliższych miesiącach, ale także wtedy, gdy będzie wychodzić (oby jak najszybciej) ze stanu epidemii.

Mamy się czym martwić. Firmy przemysłowe mówią o spadku produkcji i o redukcji zatrudnienia, która jest najsilniejsza od lipca 2009 roku.
Może zatem warto przypomnieć, że w czasie kryzysu lat 2008 – 2009 liczba pracujących w polskim przemyśle (w firmach zatrudniających powyżej 10 osób) spadła o ponad 9 proc. (w okresie sierpień 2008 – grudzień 2009).
Jeśli z taką skalą spadku aktywności w przemyśle mielibyśmy do czynienia teraz, mogłoby to oznaczać zmniejszenie liczby pracujących w przemyśle w firmach 10 plus o ok. 250 tys. – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. A przecież obecna sytuacja jest znacznie trudniejsza i mniej przewidywalna niż ta z 2009 r.
Tymczasem „armaty”, które rząd wyciągnął do walki z narastającym kryzysem, czyli proponowane narzędzia wsparcia dla gospodarki, już teraz wydają się daleko niewystarczające. Zrozumiałe jest, że trzeba było od razu uruchomić mechanizmy odciążające przedsiębiorstwa od części zobowiązań formalno-prawnych, aby w ten sposób wesprzeć ich płynność finansową, którą zaczęły tracić z dnia na dzień. Tym bardziej, że część z nich kolejnymi rozporządzeniami Ministra Zdrowia była wyłączana z możliwości prowadzenia działalności gospodarczej.
Jednak przedsiębiorstwa, dla zachowania płynności finansowej i utrzymania zatrudnienia potrzebują o wiele więcej niż zostało zapisane w ustawie. Mówiły one o tym w trakcie krótkiej, ale niestety nie wysłuchanej przez rząd dyskusji o tym co powinno się znaleźć w tzw. tarczy antykryzysowej, aby przedsiębiorstwa – te najmniejsze, ale także te duże, których zamówienia są niezbędne dla przeżycia dla ogromnej liczby firm małych – nie musiały zawieszać działalności i zwalniać pracowników.
„Marcowe wyniki badań PMI przeprowadzonych przez IHS Markit wykazały pierwsze skutki gospodarcze coraz szybciej rozprzestrzeniającej się epidemii koronawirusa w Europie. Produkcja, nowe zamówienia oraz eksport spadły w najszybszym tempie od grudnia 2008 r., czyli od najczarniejszych dni światowego kryzysu finansowego” – napisał IHS Markit w swoim komunikacie prasowym.
W marcu 2020 r. wskaźnik PMI (jest to wskaźnik aktywności finansowej odzwierciedlający aktywność managerów nabywających różnego rodzaju dobra i usługi. Gdy osiąga ponad 50 pkt oznacza to poprawę koniunktury, a poniżej – spadek) dla polskiego sektora przemysłowego wyniósł 42,4.
Wskaźnik PMI polskiego sektora przemysłowego spada już od 17 miesięcy. Ale marcowy spadek (badania przeprowadzano w dniach 12-25 marca) był bardzo silny. Z silnymi spadkami mieliśmy także do czynienia w większości krajów Unii Europejskiej (większości, bo na przykład w Holandii nastąpiło pogorszenie wskaźnika PMI, ale tylko z 52,9 w lutym do 50,5 w marcu).
Trudno się dziwić tym spadkom, jeśli w większości krajów UE całkowicie zawieszono działalność części gospodarki, a działalność pozostałej części została spowolniona w wyniku zaburzeń w łańcuchach dostaw oraz w wyniku spadku popytu (ograniczenia dla ludności). Na pełnych obrotach pracowały tylko przemysł spożywczy, farmaceutyczny, branże technologii informacyjno-komunikacyjnych i może chemia kosmetyczna.
Polski przemysł jest w recesji. I to już w pierwszym miesiącu epidemii. Poziom wskaźnika PMI w marcu (42,4) jest trzecim najniższym wśród badanych krajów UE, po PMI dla Włoch (co zrozumiałe obserwując sytuację pandemii w tym kraju, gdzie w marcu wskaźnik PMI wyniósł 40,3) oraz … PMI Czech: 41,3).
Nawet w Grecji wskaźnik PMI był nieznacznie, ale jednak wyższy niż w Polsce – i wyniósł 42,5. Był wyższy także w Hiszpanii (45,7), gdzie problemy zaczynają być porównywalne do tych we Włoszech.
Mamy się czym martwić także dlatego, że eksport polskiego przemysłu spadł w najszybszym tempie od grudnia 2008 r. Komentarze IHS Markit do prezentacji wskaźników PMI dla innych krajów UE wskazują na ten sam problem. Znaleźliśmy się w klinczu. Przemysł w czterech krajach, które są największymi odbiorcami polskich towarów (do Niemiec, Czech, Wlk. Brytanii i Francji trafia ponad 45 proc. polskiego eksportu) jest także w bardzo trudnej sytuacji i nie należy się spodziewać, aby szybko się to zmieniło.

           Wskaźnik aktywności finansowej
          PMI-marzec 2020   PMI-luty 2020   udział w polskim eksporcie (2019)

Polska 42,4 48,2 x
Strefa euro 44,5 49,2 57,4 proc.
Niemcy 45,4 48,0 27,6 proc.
Czechy 41,3 46,5 6,1 proc.
Wlk. Brytania 47,8 51,7 6,0 proc.
Francja 43,2 49,8 5,8 proc.
źr. opr. na podst. GUS i Markit

Przedsiębiorcy w krajach będących naszymi głównymi partnerami handlowymi wskazują na problem ze spadkiem zamówień tak na rynkach krajowych, jak i na rynkach zewnętrznych oraz rosnące kłopoty z dostawami. W efekcie sami zmniejszają aktywność zakupową.
Nie może to nie odbić się na polskich eksporterach. A tymi w większości są firmy średnie i duże. Należy jednak pamiętać, że ich dostawcami są głównie przedsiębiorstwa mniejsze. Możemy zatem spodziewać się, że będą one traciły zamówienia wraz ze zmniejszaniem się zamówień dla eksporterów.
W rządowym, ustawowym pakiecie dla gospodarki nie widzi się większości problemów, przed którymi już dzisiaj stają polskie przedsiębiorstwa i ich pracownicy. Działania rządu mają charakter reaktywny.
Tymczasem, już teraz trzeba pracować nad narzędziami, które będą wspierać polską gospodarkę nie tylko w najbliższych dwóch-trzech miesiącach, ale także wtedy, gdy będziemy wychodzić (oby jak najszybciej) ze stanu epidemii.
Już dzisiaj, po miesiącu epidemii widać bowiem, że będziemy musieli odbudowywać naszą gospodarkę i walczyć o jak najlepsze miejsce w gospodarce europejskiej i światowej. I wielu innych krajach rządy właśnie tak działają przygotowując pakiety pomocowe dla swoich gospodarek. Jeśli już teraz nie zaczniemy nad tym pracować, przyjdzie nam tylko zgasić światło.

Zanim epidemia wstrzyma wymianę

Polskie firmy dobrze wykorzystały pierwsze miesiące bieżącego roku, zarabiając na handlu zagranicznym.

Początek roku nie osłabił kondycji polskiego handlu zagranicznego. Obroty towarowe w styczniu 2020 utrzymały się na poziomie wyników stycznia roku poprzedniego. Rynek niemiecki nadal dominuje w polskim eksporcie i imporcie.
Z opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny danych wynika, że w styczniu bieżącego roku (nowszych danych jeszcze nie ma) wartość eksportu polskich podmiotów gospodarczych utrzymała się na poziomie takim, jak w analogicznym miesiącu roku poprzedniego – w ujęciu złotowym eksport odnotował nieznaczny spadek (o 0,1 punktu procentowego), a w ujęciu w euro niewielki wzrost (o 0,4 p.p.).
Nadal największym rynkiem dla polskich towarów są kraje wysoko rozwinięte: przyjmują 87,1 proc. polskiego eksportu ogółem. Jednakże nastąpił tu nieznaczny spadek, o 1,8 p.p. (wszystkie porównania w stosunku do tego samego okresu roku 2019).

Na unijne rynki

Wśród krajów wysoko rozwiniętych nadal największym odbiorcą polskich towarów są kraje Unii Europejskiej (80,8 proc. eksportu ogółem), ale ich znaczenie nieco spadło (o 2 p.p.). Do krajów strefy euro kierowane było 58,2 proc. eksportu ogółem, niewiele mniej (o 1,5 p.p.) niż w styczniu rok wcześniej.
Wzrósł natomiast (o 1,1 p.p.) udział krajów rozwijających się w polskim eksporcie ogółem, który wyniósł 7,2 proc. – oraz udział krajów Europy Środkowo-Wschodniej (o 0,7 p.p.), który ukształtował się na poziomie 5,5 proc. naszego eksportu ogółem.
Podobnie jest z importem. Jego wartość ogółem wyniosła w styczniu br. 81,5 mld złotych, co stanowiło 99,8 proc. wartości odnotowanej w tym samym okresie roku poprzedniego; wartość importu w przeliczeniu na euro wyniosła 19,1 mld euro, i była ona większa o 0,3 p.p. w porównaniu do stycznia ubiegłego roku.
Tak jak i w eksporcie, kraje wysokorozwinięte były głównym miejscem naszych zakupów, jednakże ich udział imporcie ogółem był znacznie niższy niż w eksporcie i wyniósł 62,8 proc. zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, zwrócić uwagę trzeba na znaczną zmianę w znaczeniu tego importu dla Polski: nastąpił spadek jego udziału w imporcie ogółem Polski o 3,5 pkt.proc. – na korzyść krajów rozwijających się, których udział wzrósł z kolei o 3,2 p.p. do poziomu 29 proc. wartości importu ogółem. Nieznacznie (o 0,3 p.p.) w imporcie ogółem Polski wzrósł udział krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Tracimy na wschodzących

Dobrą wiadomością jest utrzymujące się nadal dodatnie saldo obrotów naszego handlu zagranicznego, które wyniosło 700 mln złotych (w przeliczeniu na euro było to 200 mln).
Dodatnie saldo występowało w handlu z krajami wysokorozwiniętymi, w tym z krajami UE i krajami strefy euro. Natomiast saldo w handlu z krajami rozwijającymi się było – podobnie jak w styczniu ubiegłego roku – ujemne i wyniosło 17,7 mld złotych (4,1 mld euro). Ujemne saldo (w wysokości 2,2 mld zł; 500 mln euro) występowało także w handlu Polski z krajami Europy Środkowo-Wschodniej.
Utrzymała się wysoka koncentracja eksportu na rynek niemiecki: jego udział w eksporcie ogółem wyniósł 27,4 proc. czyli tyle, ile wyniósł łącznie udział kolejnych pięciu krajów na liście najważniejszych odbiorców polskiego eksportu (Francji, Czech, Wielkiej Brytanii, Włoch i Holandii – 27,7 proc. polskiego eksportu ogółem).
To ważna informacja dla polskich polityków gospodarczych i eksporterów: w ocenie TEP, w związku z nadchodzącymi informacjami o spowolnieniu gospodarki niemieckiej możemy się spodziewać uderzenia w polski eksport i gospodarkę, chyba że polscy eksporterzy znajdą dla swoich towarów alternatywnych odbiorców ich towarów.
Stany Zjednoczone zajmują dopiero siódme miejsce na liście największych odbiorców polskiego eksportu (2,8 poc.), ex aequo z Hiszpanią i Węgrami. Listę dziesięciu najważniejszych odbiorców polskiego eksportu zamyka Szwecja (2,7 proc. eksportu ogółem).
66,7 proc. polskiego eksportu trafia do dziesięciu krajów, co oznacza wysoką koncentrację geograficzną eksportu.

Niemieckie uzależnienie

Głównym rynkiem, z którego pochodzą towary importowane do Polski jest rynek niemiecki (20,5 proc. importu ogółem), co nie dziwi, jeśli spojrzy się na strukturę towarową importu – 37,6 proc. towarów importowanych do Polski to maszyny, urządzenia i środki transportu, kolejne 17,8 proc. to różne inne wyroby przemysłowe, a 17,2 proc. to towary przemysłowe sklasyfikowane według surowca. Następne na liście (9,3 proc.) są chemikalia i towary pokrewne.
Wszystkie wymienione grupy towarów są towarami wysoko przetworzonymi; warto zauważyć, że stanowią one główne grupy towarowe w eksporcie gospodarki niemieckiej.
Przytoczone liczby wskazują na silne powiązanie gospodarki polskiej z wysoko uprzemysłowioną gospodarką niemiecką. To dobra wiadomość przy dobrym stanie koniunktury, ale – wobec zbliżającego się osłabienia gospodarczego w Niemczech – alarmująca.
Drugim pod względem wartości importu partnerem polskich podmiotów gospodarczych były Chiny (14,3 proc. importu ogółem); na kolejnych miejscach uplasowały się Rosja, Włochy i Stany Zjednoczone z (odpowiednio 6,7 proc., 4,4 proc., 4,1 proc.). Z tych pięciu krajów pochodziło 50 proc. polskiego importu ogółem.
Kolejne kraje na liście głównych importerów to Francja, Czechy, Holandia, Korea Południowa i Hiszpania. Z wszystkich tych dziesięciu krajów pochodziło 65 proc. polskiego importu.

Eksportowy motor już nie zwalnia

Poprawiła się sytuacja w polskim handlu zagranicznym. Mamy dodatni bilans obrotów, co jest dobrą wiadomością dla naszej gospodarki oraz budżetu.

Polski eksport nadal rośnie mimo osłabienia gospodarczego u głównych partnerów handlowych. W okresie styczeń – listopad 2019 r. wzrósł o 4,8 proc. (w ujęciu w euro), import zaś zaledwie o 2,3 proc.
Dodatnie saldo obrotów wyniosło 1,9 mld euro (8 mld PLN). Odnotowano dodatnie saldo w obrotach z wszystkimi grupami krajów, z wyjątkiem krajów rozwijających się (minus 41,9 mld euro) i krajów Europy Środkowo-Wschodniej (minus 3,7 mld euro) – podał Główny Urząd Statystyczny.
Wśród dobrze rozwiniętych
Na rynki krajów wysoko rozwiniętych kierowane jest aż 86,7 proc. polskiego eksportu – wśród tych krajów największą grupę stanowią kraje Unii Europejskiej (79,9 proc.) a z nich – państwa strefy euro (57,5 proc.).
Taka struktura geograficzna polskiego eksportu pozwala postawić tezę, że polskie towary są nadal konkurencyjne na wymagających rynkach krajów wysoko rozwiniętych, na których polscy eksporterzy napotykają sporą konkurencję – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Polska importuje także głównie z krajów wysoko rozwiniętych (65,5 proc.), w tym z krajów Unii Europejskiej (57,8 proc.) i ze strefy euro (45,9 proc.).
Z krajów rozwijających się pochodziło 26,7 proc. importu (wzrost o 1,6 punktu procentowego rok do roku), a z krajów Europy Środkowo-Wschodniej 7,8 proc.
Niemcy i inni
Nadal, jak w roku poprzednim, najważniejszymi partnerami polskich eksporterów są firmy niemieckie – nasz eksport na rynek niemiecki wzrósł o 2,7 proc. rok do roku i wyniósł 60,1 mld euro.
Mimo to udział gospodarki niemieckiej w wartości polskiego eksportu ogółem spadł o pół punktu procentowego. To efekt wzrostu eksportu na inne rynki, co jest dobrą wiadomością – potwierdza stale wysoką pozycję polskich eksporterów na rynku niemieckim oraz wzrost eksportu do innych krajów i regionów.
Dostawcy niemieccy byli także największymi partnerami polskich importerów – w wyrażeniu wartościowym import z Niemiec wyniósł w okresie styczeń-listopad 2019 r. 47,1 mld euro, co stanowiło 21,9 proc. naszego importu ogółem, to jest o 0,7 punktu procentowego mniej, niż rok temu (przy wzroście wartości importu ogółem).
W handlu z Niemcami polscy partnerzy odnotowali dodatnie saldo obrotów w wysokości 13 mld euro, wobec 10,9 mld euro w tym samym okresie roku poprzedniego.
Mniej kupujemy z Rosji
Wzrósł nasz eksport do wszystkich pozostałych partnerów handlowych Polski z pierwszej dziesiątki – Czech, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Holandii, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Szwecji i Węgier. Ich łączny udział w nszym eksporcie (włącznie z Niemcami) wynosił 66,35 proc.
Wzrósł także nasz import ze Stanów Zjednoczonych, Chin, Hiszpanii, Francji, Włoch oraz Niemiec.
Udział dziesięciu największych pod względem wartości importu krajów w całym naszym imporcie stanowił 63,8 proc.
Odnotowano spadek udziału importu z Rosji (trzeciej na liście naszych największych dostawców) o 1 punkt procentowy w porównaniu z rokiem poprzednim – z 7,1 proc. do 6,1 proc.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, struktura towarowa naszego eksportu odpowiada strukturze eksportu krajów wysoko rozwiniętych – polscy producenci eksportują głównie maszyny, urządzenia i wyroby transportowe (38 proc. eksportu ogółem) oraz różne wyroby przemysłowe (35,4 proc. eksportu ogółem). Żywność i zwierzęta stanowiły 10,7 proc. całego polskiego eksportu.
Głównymi towarami w naszym imporcie także były maszyny, urządzenia i środki transportu (36,3 proc. udziału ogółem), różne wyroby przemysłowe (31,1 proc.), a także chemikalia (13,6 proc.). Paliwa mineralne i materiały pochodne stanowiły 7,6 proc. polskiego importu.
Jak widać, opublikowane przez GUS dane statystyczne wskazują na silną pozycję polskich eksporterów na rynkach krajów wysoko rozwiniętych – oraz na nieznaczny wzrost naszej ekspansji na rynki krajów rozwijających się oraz na rynki krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Gospodarka 48 godzin

Dobre bo polskie?

Od początku 2019 r. rośnie eksport towarów rolno-spożywczych z Polski. Jego wartość w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. wyniosła 15,4 mld euro i była o ponad 8 proc. większa niż rok wcześniej. Jednocześnie import ukształtował się na poziomie 10,4 mld euro, o około 5 proc. wyższym. W rezultacie dodatnie saldo wymiany zwiększyło się o około 17 proc. do 5 mld euro. Polska jest liderem w Unii Europejskiej w produkcji drobiu, owoców i pieczarek. Jakość rodzimych produktów coraz częściej doceniają również Polacy, choć głównym kryterium zakupowym pozostaje cena. Jednak ponad 2/3 Polaków deklaruje, iż jest gotowych zapłacić więcej za rodzimą żywność wytworzoną w sposób ekologiczny, natomiast blisko 1/3 zwraca uwagę na polskie pochodzenie produktu. Rzadziej zwraca się uwagę na posiadane certyfikaty jakości (19-proc.) oraz rozpoznawalność marki (9-proc.).Jak wynika z raportu Polskiego Monitora Opinii, coraz częściej robimy zakupy w lokalnych sklepach osiedlowych (51,8 proc. badanych). Podobny odsetek (51,3 proc.) deklaruje zaopatrywanie się w towary w dyskontach spożywczych. Dopiero na czwartym miejscu pojawiają się supermarkety i hipermarkety (40,5 proc.).

Gorsze nastroje

Hotelarze i restauratorzy zakończą bieżący rok z nadzwyczaj słabymi nastrojami. Wskaźnik koniunktury dla ich branży osiągnął najniższą wartość od początku roku 2015 – tylko 43,8 pkt. Jest to spadek o 11,2 pkt. w porównaniu do III kwartału tego roku o i o 4,5 pkt. w porównaniu do tego samego okresu 2018 r. W przeciągu pół roku wskaźnik dla usług hotelarsko-gastronomicznych spadł aż o 20,3 pkt. Na załamanie nastrojów największy wpływ mają coraz mniej optymistyczne prognozy dotyczące sprzedaży ich usług. W IV kwartale br. tylko 21 proc. hotelarzy i restauratorów spodziewa się większych zamówień, podczas gdy kwartał wcześniej uważało tak 42 proc. zapytanych, a w połowie roku 60 proc. Rynek usług hotelarskich i gastronomicznych, był w tym roku sektorem najbardziej odpornym na niepokojące sygnały makroekonomiczne zwiastujące spowolnienie gospodarcze. Jak widać, do czasu. Za negatywną prognozą sprzedaży idzie przewidywany spadek płynności finansowej firm działających w branży gastronomiczno-hotelarskiej. Tylko 20 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy w tym obszarze, podczas gdy kwartał wcześniej uważało tak 34 proc. zapytanych. Mniej optymistycznie jest również w przypadku prognoz inwestycyjnych. Tylko co dziesiąty przedstawiciel branży zadeklarował większe inwestycje, podczas gdy w III kwartale br. tak uważał blisko co czwarty.

Drugi silnik zaczął lepiej pracować

Nasz eksport zaczyna nabierać rozpędu po zachwianiu, spowodowanym rządami PiS.
Oznacza to, że drugi, najważniejszy obok konsumpcji krajowej motor polskiego
wzrostu gospodarczego, stopniowo przyśpiesza. Pytanie, na jak długo?

Polski handel zagraniczny wyszedł z dołka. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, obroty towarowe Polski w okresie styczeń – wrzesień bieżącego roku wyniosły 745,9 mld PLN w eksporcie oraz 742,3 mld PLN w imporcie.
Tak więc, dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 3,6 mld PLN, podczas gdy w w tym samym okresie roku ubiegłego wyniosło minus 12,3 mld PLN. W porównaniu ze styczniem – wrześniem 2018 roku eksport wzrósł o 6,5 proc., a import o 4,1 proc.

Na lekkim plusie

Te dane stanowią dobry sygnał, świadczący o tym, że polskie firmy umieją radzić sobie także i w trudniejszych warunkach, spowodowanych wolniejszym tempem rozwoju u naszego głównego partnera gospodarczego, w Niemczech.
Po trzech kwartałach jesteśmy na plusie także i w przeliczeniu na dwie najważniejsze waluty świata. Eksport wyrażony w dolarach USA wyniósł 195,6 mld USD, a import 194,7 mld USD (spadek odpowiednio w eksporcie o 1,1%, a w imporcie o 3,2%). Tak więc, mamy nadwyżkę w wysokości 0,9 mld USD, podczas gdy w tym samym okresie 2018 r. odnotowaliśmy deficyt: minus 3,5 mld USD.
Natomiast eksport wyrażony w euro wyniósł 173,6 mld, zaś import 172,8 mld (czyli wzrost w eksporcie o 5,0 proc. , a w imporcie o 2,7 proc.).
Dodatnie saldo wyniosło zatem 0,8 mld EUR, podczas gdy w ubiegłym roku traciliśmy w tym czasie 2,9 mld EUR.

Z rozwiniętymi notujemy rozwój

Tradycyjnie, największy udział w wymianie gospodarczej Polska osiąga w handlu z krajami rozwiniętymi.
Jeśli chodzi o nasz eksport, to kierujemy tam 86,8 proc. (w tym na Unię Europejską przypada 79,9 proc.). Import z krajów rozwiniętych stanowi zaś 65,6 proc. (w tym z UE 57,9 proc.).
W handlu zagranicznym z tymi państwami osiągamy nadwyżki. Dodatnie saldo w obrotach z krajami rozwiniętymi wyniosło 161,1 mld PLN (42,3 mld USD, 37,5 mld EUR), z czego na kraje Unii Europejskiej przypada 165,8 mld PLN (43,5 mld USD, 38,6 mld EUR).
W sumie, do krajów rozwiniętych wyeksportowaliśmy wyroby o wartości 647,8 mld PLN (169,9 mld USD, 150,8 mld EUR), z czego na UE przypada 595,6 mld PLN (156,2 mld USD, 138,6 EUR).
Polski import z państw rozwiniętych wyniósł zaś 486,7 mld PLN (127,6 mld USD, 113,3 mld EUR), w tym z Unii 429,8 mld PLN (112,7 mld USD, 100,0 mld EUR).

Skazani na deficyt

Najmniejsze obroty mamy natomiast z krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Ich udział w naszym eksporcie to tylko 6 proc., zaś w imporcie 7,9 proc. Tu notujemy deficyt – minus 13,7 mld PLN (minus 3,6 mld USD, minus 3,2 mld EUR).
Ten deficyt jest jednak minimalny, w porównaniu z nierównowagą, jaka panuje w relacjach gospodarczych z krajami rozwijającymi się – deficyt aż minus 143,7 mld PLN (minus 37,7 mld USD, minus 33,5 mld EUR).
Przyczyna takiej sytuacji jest oczywista: duże zakupy tanich wyrobów i surowców, czego nie jesteśmy w stanie zrównoważyć eksportem polskich produktów, pożądanych na tamtych rynkach.
W handlu zagranicznym z krajami rozwiniętymi ratuje nas to, że jesteśmy w Unii Europejskiej, więc pełnimy dla nich rolę dostawców części i półproduktów. Dla państw rozwijających się nie możemy być kooperantami, więc w obrotach z nimi jesteśmy skazani na strukturalny deficyt.

Niemcy i długo nic

Po trzech kwartałach roku odnotowaliśmy wzrost eksportu do wszystkich krajów z pierwszej dziesiątki głównych odbiorców wyrobów z Polski (kolejno: Niemcy, Czechy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Holandia, Rosja, Stany Zjednoczone, Węgry, Szwecja).
Jeśli zaś chodzi o import, to zwiększyliśmy zakupy z Chin, Stanów Zjednoczonych, Hiszpanii, Francji, Holandii oraz Niemiec.
Niemcy są od lat naszym najważniejszym partnerem gospodarczym. Po trzech kwartałach tego roku nasz eksport na rynek niemiecki wyniósl 206,5 mld PLN, a import stamtąd 163,6 mld PLN.
Drugie miejsce w naszym eksporcie zajmują Czechy (45,7 mld PLN). Natomiat w imporcie, za Niemcami znajdują się Chiny, skąd sprowadziliśmy produkty o wartości 91 mld PLN.
Udział Niemiec w eksporcie obniżył się w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku o 0,5 punktu procentowego i wyniósł 27,7 proc. W imporcie obniżył się natomiast o 0,7 p. proc., do 22,0 proc.
Dodatnie saldo w obrotach z Niemcami wyniosło 42,9 mld PLN (11,3 mld USD, 10,0 mld EUR) wobec 35,3 mld PLN (10,0 mld USD, 8,3 mld EUR) w trzech kwartałach 2018 r.
Po trzech kwartałach roku w porównaniu z tym samym okresem 2018 r. nastąpił wzrost obrotów w większości grup towarów.

To samo sprzedajemy i kupujemy

W polskim eksporcie najbardziej zwiększyła się sprzedaż olejów, tłuszczów zwierzęcych i roślinnych (o 25,0 proc.) oraz napojów i tytoniu (o 12,2 proc. ). Spadła natomiast sprzedaż paliw mineralnych i smarów (o 4,5 proc.).
Co do importu, to największy wzrost zanotowano w napojach i tytoniu (o 14,8 proc.) oraz różnych wyrobach przemysłowych (o 8,4 proc.) natomiast spadek – w paliwach mineralnych i smarach (o 4,6 proc.), towarach przemysłowych (o 1,3 proc.) oraz w surowcach z wyłączeniem paliw (o 1,1 proc.).
W czasach globalizacji, kraje, zwłaszcza o rozwiniętej gospodarce, sprzedają i kupują od siebie podobne grupy towarów. Nic więc dziwnego, iż Polska jest zarazem eksporterem i importerem na przykład tytoniu i napojów czy paliw.

Rozpoznawalna marka na Białorusi

TIS Group, firma z Podlasia produkująca kotły C. O., która od lat ma ugruntowaną pozycję na krajowym rynku, znakomicie sprzedaje się także na Białorusi.

– Współpracujemy z kontrahentami ze Wschodu od dawna, a perspektywy są ciągle rozwojowe– ocenia Tomasz Mańczuk prezes TIS Grup.
TIS Group funkcjonuje od 2007 roku. Zakłady produkcyjne usytuowane ma po dwóch stronach naszej wschodniej granicy. Najpierw powstała fabryka na Białorusi, a ponad trzy lata temu w Lipsku na Podlasiu. Spółka słynie z solidnych kotłów C.O., które znakomicie wytrzymują niskie temperatury i nadają się do długiej i intensywnej eksploatacji. Dlatego też cieszą się powodzeniem wśród klientów w takich krajach jak Kazachstan, Rosja, Ukraina, a przede wszystkim Białoruś.
Ujmując rzecz statystycznie – blisko 70 proc. kontrahentów TIS Group to klienci ze Wschodu, głównie z Białorusi, a około 30 to pozostali, w tym polscy odbiorcy.Firma chce utrzymać dobrą pozycję w krajach, w których jest największy popyt na jej produkty. Dlatego regularnie bierze udział w branżowych targach na Wschodzie – w Mińsku, Wilnie, Moskwie czy Rydze.
– Na nasze kotły klienci zza wschodniej granicy niekiedy muszą poczekać nawet trzy czy cztery tygodnie, ponieważ tak dużym cieszą się powodzeniem. Ale wiedzą, że warto, bo potem będą działały bezawaryjnie przez wiele lat – mówi Tomasz Mańczuk prezes TIS Grup.–Dobrze sprzedają się starsze, sprawdzone modele, ale jest duże zainteresowanie także tymi najnowszymi, spełniającymi europejskie normy emisji. Aktualnie posiadamy w ofercie doskonały kocioł C.O. 5 klasy, który przetestowaliśmy też w trudnych, zimowych warunkach na Wschodzie.
Nowe kotły C.O. produkowane przez TIS Group przystosowane są do spalania paliwa typu pellet. Wyposażone zostały w palnik z automatycznym zapłonem oraz elektronicznie sterowany system precyzyjnego dozowania paliwa. Jednym z największych jego atutów, szczególnie docenianym przez użytkowników, jest system samoczyszczący, dzięki któremu pozostałości paliwa usuwane są z palnika. Kocioł TIS nadaje się do ogrzewania budynków o powierzchni wielu tysięcy metrów kwadratowych i można go instalować w domach jednorodzinnych.
– Nasze ceny są konkurencyjne w porównaniu z urządzeniami tej klasy produkowanymi na Białorusi, a ich jakość jest jednak dużo lepsza – dodajeTomasz Mańczuk, prezes TIS Group.–Mamy w tym kraju wyrobią markę, także dlatego, że jeden z naszych zakładów mieści się na terenie Republiki Białoruś. Bardzo cenię sobie białoruskich pracowników, zarówno niższego szczebla jak i kadrę zarządzającą. Znakomicie układa się też współpraca z firmami dystrybuującymi nasz produkt, jak i z odbiorcami. Z kolei oni budują dobrą opinię o naszej firmie i produkowany kotłach w swoim kraju. Zysk jest więc obopólny.

Nasza gospodarka puka do Państwa Środka

Trudno nie zwrócić uwagi na polski niedowład i indolencję w sferze dwustronnej współpracy ekonomicznej, handlowej, naukowo-technicznej i inwestycyjnej z Chinami.

Chiński eksport do Polski nadal przewyższa znacznie (kilkunastokrotnie) polski eksport do Chin. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła ok. 30 mld USD w roku 2018, przy czym wartość polskiego eksportu do Chin osiągnęła zaledwie 2,3 mld USD.
Szybko zwiększa się więc polskie ujemne saldo w handlu z Chinami. Stanowi to coraz poważniejszy problem (także polityczny – uzależnienie) dla Polski. Nie można tego tłumaczyć, wykrętnie, tym, iż również inne kraje mają ujemne saldo w handlu z Chinami. Trzeba zwiększać polski eksport. Ale z tym już znacznie trudniej z naszej strony.

Słoń i mrówka

Tylko ok. 3.000 przedsiębiorstw polskich eksportuje do Chin; ale aż ok. 30.000 firm chińskich eksportuje do Polski. Ok. 50 proc. tego eksportu trafia do nas przez rynki trzecie, np. przez wielkie „hurtownie chińskie” w Hamburgu czy w Rotterdamie.
Np. obecnie działa już 97 linii kolejowych łączących miasta chińskie z europejskimi, zaś liczba pociągów towarowych z kontenerami sięga 6.000.
Efektywność chińskich reform i tempo rozwoju nie ma precedensu w całej historii gospodarczej świata. Reformy Deng’a są stale rozszerzane, pogłębiane i doskonalone – także w sferze politycznej i społecznej. Do partii mogą już wstępować prywatni przedsiębiorcy a nawet milionerzy.
W minionych latach średni przyrost produktu krajowego brutto Chińskiej Republiki Ludowej kształtował się w granicach 10 proc. rocznie lub więcej. Nawet w kryzysowym roku 2009 osiągnął on ok. 9 proc. Gospodarka chińska zajmuje już drugie miejsce w świecie (pod względem absolutnej wartość PKB). Jednak, z uwagi na wielką liczbę ludności, chiński PKB per capita wynosi obecnie zaledwie 16.800 USD (93. miejsce w świecie); zaś pod względem wartości obrotów handlu zagranicznego (4,1 bln USD, w roku 2018) – pierwsze. UE jest 1. partnerem handlowym (także strategicznym i politycznym) ChRL. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła 605 mld USD – w roku 2018; 2. miejsce: USA – 480 mld USD.
Inne wskaźniki makroekonomiczne też mówią same za siebie. W roku 1952 wartość PKB ChRL wynosiła (w przeliczeniu) 68 mld juanów; a w roku 2008 – ponad 30 bln juanów; czyli 440 razy więcej! (Przy podzieleniu tej sumy na pół otrzymamy przybliżoną wartość PKB w złotych). Rezerwy walutowe Chin, sięgają już prawie 3,5 bln USD. Łączne lokaty kapitału zagranicznego w ChRL, w latach 1979 – 2006, wyniosły 883 mld USD; z czego bezpośrednie inwestycje zagraniczne (Foreign Direct Investment) osiągnęły 692 mld USD. Tylko w roku 2008, niezależnie od kryzysu, lokaty te stanowiły (odpowiednio): 108,5 mld USD i 92,5 mld USD.
Pod koniec 2018 r., w ChRL działało już 442.000 firm zagranicznych (z około 200 krajów) – o łącznym zainwestowanym kapitale 2 bln USD. Poczynając od 1978 r., Chiny wydźwignęły z biedy (około 2 USD per capita dziennie na utrzymanie) około 800 mln obywateli. Pozostało jeszcze ponad 40 mln. Prezydent Xi apeluje o zdwojenie wysiłków, aby „dokończyć tę podróż” w możliwie niedługim czasie (kilku lat).
Spośród „500-ki” największych koncernów świata, już 490 prowadzi swą działalność gospodarczą w ChRL. Na 1. miejscu znajduje się Volkswagen; a na 2. – General Motors China. W tejże „500-tce” jest już 26 firm chińskich. Jednocześnie Chiny inwestują coraz więcej na całym świecie. Wartość tych inwestycji osiągnęła łącznie ponad 526 mld USD, w roku 2018 (5.100 projektów, w 156 krajach świata); nie licząc inwestycji czysto finansowych – jak np. kupowanie obligacji skarbowych USA, których Chiny już mają na wartość prawie 2 bln USD. W końcu 2009 r. Chiny udzieliły Afryce pożyczki w wysokości 10 mld USD (na bardzo korzystnych warunkach). Po 35 latach reform, sektor prywatny wytwarza ponad 50 proc. PKB w 27 z 40 najważniejszych gałęzi przemysłowych. W innych branżach, jego udział sięga 70 proc.. Chiny osiągnęły samowystarczalność żywnościową; ba, stały się wielkim eksporterem artykułów rolno-spożywczych. Dysponując zaledwie 7 proc. gruntów rolnych (uprawnych) na świecie, są one w stanie wyżywić ponad 20 proc. ludności świata (czyli mieszkańców ChRL).

Kryzysowa chińska zadyszka

Kryzys finansowy i ekonomiczny z końca pierwszej dekady XXI wieku spowodował nieobliczalne straty w gospodarce chińskiej, która nieźle radziła sobie w warunkach globalizacji (spadek PKB o 2 – 3 proc.). Ucierpiały zwłaszcza, tzw. prowincje eksportowe i rolno-spożywcze. Na rynku unijnym, amerykańskim, japońskim i in. było coraz mniejsze zapotrzebowanie na tanie i dobre wyroby chińskie. Dziesiątki tysięcy zakładów produkcyjnych zlikwidowano lub zawieszono ich działalność gospodarczą. Wartość obrotów chińskiego handlu zagranicznego zmniejszyła się szybko – o ok. 25 proc. rocznie. Znacznie obniżała się wartość chińskich rezerw walutowych i posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych – a to wskutek lawinowego spadku wartości wymiennej dolara. Choć kryzys amerykański zaskoczył początkowo kierownictwo i przedsiębiorców chińskich, to jednak szybko otrząsnęli się oni z szoku i podjęli zdecydowane działania antykryzysowe. Bardzo przydały się w tym celu instrumenty interwencjonizmu państwowego, stosowane od dawna w tamtejszej społecznej gospodarce rynkowej. Rząd uruchomił niezwłocznie bodźce finansowe (prawie 1 bln USD) – dla ratowania zagrożonych podmiotów gospodarczych i ożywienia działalności kredytowej banków.
Zintensyfikowano ogromny rynek wewnętrzny, szczególnie wiejski, zwiększono nakłady inwestycyjne w prowincjach zacofanych oraz znaleziono alternatywne rynki zbytu i inwestycji na całym świecie. Podjęto też wiele innych awaryjnych i długofalowych działań antykryzysowych, w kraju i na arenie globalnej. Okazały się one bardzo efektywne; najnowsze prognozy głoszą, iż przyrost PKB ChRL w najbliższych latach wyniesie ok. 7,5 proc..
W sumie, kryzys globalny i jego konsekwencje unaoczniły większą agresywność i
znaczne pogorszenie sytuacji USA wobec Chin, nie tylko w kategoriach finansowych i strategicznych. Faktycznie, USA „siedzą” bardzo głęboko w kieszeni chińskiej. Chiny muszą więc prowadzić wyjątkowo zręczną i delikatną grę z USA.

Byliśmy prekursorami

W latach 50-tych XX wieku Polska i Chiny podjęły wiele istotnych posunięć w dziedzinach, ekonomicznej, społecznej i kulturalnej. Dobrze rozwijał się handel polsko-chiński, rozliczany dość długo (do 1990 r.) w clearing’u i we frankach szwajcarskich – z uwagi na ówczesną awersję Chin do USA i do dolara.
Dla rozwoju wymiany handlowej, dnia 15 czerwca 1951 r., utworzono Polsko-Chińską Spółkę Żeglugową Chipolbrok – z siedzibą w Szanghaju i w Gdyni. Była to pierwsza chińsko-zagraniczna spółka joint venture (fifty-fifty) w historii gospodarczej ChRL. Istnieje ona do dziś. Później LOT uruchomił połączenia lotnicze z Pekinem, z których zrezygnowano, na dłuższy czas, z nonsensownych powodów politycznych – by wznowić loty na tej trasie relatywnie niedawno.
Polska może stanowić dla Chin „bramę do Europy”, podobnie jak np. Szanghaj i Hongkong są – dla Polski i Europy – „bramami do Chin”. W interesie obydwu Stron leży przeto maksymalnie efektywne wykorzystanie nowych szans i nowych możliwości współpracy. Dla Polski, nie jest to wszakże zadanie łatwe z tego prostego względu, iż RP należy nie tylko do UE, ale również do NATO i jest I sojusznikiem USA w naszej strefie geograficznej. Doskonalenie współpracy polsko-chińskiej jest nie w smak naszym ”starszym braciom” zza oceanu. Sytuacja ta może jednak się zmienić, gdyby stosunki chińsko-amerykańskie uległy poprawie. Przecież Niemcy znajdują się w analogicznym, jak Polska, położeniu wobec USA, NATO i Chin, ale to nie przeszkadza im w znakomitym rozwijaniu współpracy z Chinami Ludowymi od samego początku.
Mikroskopijne są nadal inwestycje polskie w Chinach (ok. 150 mln USD) i chińskie w Polsce (ok. 1,5 mld USD). Wprawdzie wielki koncern chiński – Lenovo podjął (w latach 2008 – 2009) bardzo poważną próbę zainwestowania w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, ale inwestycja ta (na ok. 1.500 pracowników) została spartaczona przez stronę polską. Lenovo wycofało się z Polski – i nie wiadomo, kiedy tu powróci.
Przy przetargach, w Polsce stosuje się praktyki dyskryminacyjne (z powodów formalno-politycznych) wobec inwestorów chińskich (np. w przypadku drugiej linii metra warszawskiego). Skandal z Covec (wstrzymana budowa odcinka autostrady A2) czy z Huawei (na zlecenie zagraniczne) był niepotrzebnym nieporozumieniem.
Stale słychać narzekania na niedobre praktyki wizowe konsulatów polskich w Chinach wobec tamtejszych przedsiębiorców. W Chinach nie ma przedstawicielstwa banku polskiego. Wymiana studencka i turystyczna jest niewielka – jak na potrzeby i możliwości obydwu stron.
Chińczycy nie zrażają się tym i – mimo kryzysu – są coraz bardziej aktywni na rynku polskim. Doceniają jego znaczenie w kontekście unijnym i wschodnioeuropejskim oraz w perspektywie ewentualnego przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Mało tego, zwiększają swą aktywność gospodarczą w Polsce (i na całym świecie).
Póki co jednak, Polska plasuje się dopiero w okolicach 70-tego miejsca w pierwszej setce partnerów gospodarczych Chin! Nie ma profesjonalnej promocji Polski, zwłaszcza naszej gospodarki w Chinach, natomiast chińska działalność informacyjna i promocyjna w Polsce jest coraz lepsza – ale jeszcze niewystarczająca. Polska strategia Go-China jest marną imitacją chińskiej polityki Go-Global.

Tracimy olbrzymie sumy

W sumie, wskutek prowadzonej nadal irracjonalnej i anachronicznej polityki handlowej oraz inwestycyjnej wobec Chin, a także zaniechania, zwłaszcza po 1989 r., porządnej współpracy w sferze handlu i inwestycji, nasz kraj stracił bezpowrotnie setki miliardów euro.
Niektórzy decydenci polscy nadal „zwalczają” (nieistniejący) komunizm w Chinach, ingerują w ich sprawy wewnętrzne, udzielają pouczeń itp., z czym kierownictwo i naród chiński nigdy się nie pogodzi. Wszystko to szkodzi polskim interesom państwowym i narodowym, ośmiesza nasz kraj na arenie międzynarodowej, szczególnie w Unii Europejskiej oraz tworzy niesprzyjający klimat polityczny dla rozwoju polsko-chińskiej współpracy gospodarczej, handlowej i inwestycyjnej.
Uprawianie polityki wobec Chin w stylu: „jak pies do jeża” nie ma sensu. Sytuację pogarsza dotkliwa luka informacyjna i świadomościowa. „Średni Polak” nie zna prawdy o Chinach, zaś, w odbiorze „średniego Chińczyka”, szczególnie przedsiębiorcy, Polska jawi się więc jako „kraj rozkojarzony i mało przyjazny Chinom”, z którym… nie warto robić większych interesów. Pozostaje to w sprzeczności z odwiecznymi tradycjami sympatii, współpracy i przyjaźni polsko-chińskiej, kultywowanymi w obydwu społeczeństwach.
Od 1989 r., w rozwoju Polski wystąpiły dwie główne fazy: 1. bezkrytyczna, cielęca fascynacja Ameryką, która obecnie przekształca się w zwątpienie i rozczarowanie – z powodu wielkiego kryzysu i krachu ekstremalnego neoliberalizmu; 2. „powrót do Europy”, tzn. trudne przygotowania do przystąpienia do UE, samo przystąpienie oraz żmudne szukanie (metodą prób i błędów) swego miejsca we wspólnocie unijnej. Towarzyszy temu nadal polskie „rozdwojenie jaźni” między USA i UE. W tym okresie zaniedbano bezmyślnie współpracę z Chinami oraz Azją Wschodnią i Południowo – Wschodnią.

Weźmy się do roboty

Żaden polski rząd po 1989 r. nie zdobył się na opracowanie i na wdrożenie optymalnego programu współpracy z Chinami. Skoro, od 1989 r., w centrali lekceważy się, de facto, Chiny i rynek chiński, to nic dziwnego, iż podobnie postępują polskie placówki dyplomatyczne, konsularne i ekonomiczne w Chinach.
Konieczne jest więc opracowanie i wdrożenie kompleksowej, długofalowej strategii współpracy z Chinami – z uwzględnieniem najnowszych zmian w globalnym układzie sił, szczególnie ekonomiczno-politycznym. Trzeba wyeliminować dotkliwą lukę informacyjno-świadomościową i psychologiczną w stosunkach między obydwoma krajami i społeczeństwami, oraz kołami opiniotwórczymi, przedsiębiorcami, ludźmi nauki, techniki i kultury. Rozwijać w dużej skali współpracę regionalną oraz kontakty między organizacjami pozarządowymi, społecznymi, twórczymi. Doskonalić i koordynować działalność instytucji krajowych zajmujących się współpracą z Chinami oraz placówek, instytucji i przedstawicielstw polskich w Chinach. Ustanowić sprawny system promowania Polski, szczególnie w sferze gospodarczej i kulturalnej, na gruncie chińskim.
Pozytywnych wzorców do naśladowania nie trzeba szukać daleko – wystarczy przeanalizować np. dynamikę i efekty rozwoju stosunków niemiecko – chińskich, czy holendersko – chińskich w minionych dziesięcioleciach i korzyści z tego wynikające dla zainteresowanych stron. Na przykład wartość niemiecko – chińskich obrotów handlowych przekroczyła 226 mld USD, w roku 2018 (to około 1/3 ogółu obrotów UE – ChRL). Wartość ta ma ulec podwojeniu (!) w najbliższych latach. Pani kanclerz Angela Merkel złożyła oficjalne (i owocne) wizyty w Chinach aż siedmiokrotnie – poczynając od roku 2005, zaś przywódcy, przedsiębiorcy i obywatele chińscy są częstymi gośćmi w Republice Federalnej.
Ufam zatem, że nadejdzie relatywnie niedługo dzień niezbędnego, jakościowego przełomu i zasadniczej trwałej poprawy w stosunkach polsko-chińskich.

Po pierwsze, za mało armat

Pod rządami PiS osłabła zdolność przedsiębiorstw działających w Polsce do konkurowania na rynkach zagranicznych. Pojawił się deficyt w wymianie handlowej, nasz eksport wzrastał znacznie wolniej niż import. Może jednak ten rok przyniesie zmianę na lepsze.

Rok 2018 był kolejnym rokiem wzrostu obrotów handlu zagranicznego, w stosunku do roku poprzedniego. Wartość eksportu towarów i usług z Polski wyniosła 223,6 mld euro, a wartość importu 228,2 mld euro.
Oznacza to, że eksport towarów i usług wzrósł o 8,2 proc. rok do roku, zaś import o 10,7 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.

Traciliśmy na handlu

Niepokojącym zjawiskiem jest pojawienie się deficytu w handlu towarami i usługami – osiągnął on 4,6 mld euro. A jeszcze rok wcześniej saldo było dodatnie i wynosiło 500 mln euro.
Ujemne saldo obrotów powstało w handlu z krajami rozwijającymi się (41,6 mld euro) i krajami Europy Środkowowschodniej (7,3 mld euro). Przedstawione dane potwierdzają tezę, że polscy eksporterzy powinni zwrócić uwagę na intensyfikację eksportu do krajów słabo rozwiniętych i leżących w naszym regionie geograficznym.
Brak informacji o strukturze towarowej obrotów handlu zagranicznego nie pozwala na razie stwierdzić handel jakimi grupami towarów przyczynił się do ujemnego salda obrotów z zagranicą. Na pewno jednak wskazać można na surowce, w tym ropę i gaz. Ale to, co byłoby interesujące, to wyniki handlu dobrami wysoko przetworzonymi i saldo obrotów nimi. A takich danych na razie nie mamy.
W naszym eksporcie utrzymuje się od lat, z niewielką tendencją wzrostową, wysoka koncentracja obrotów na rynkach krajów wysoko rozwiniętych (87,1 proc. wobec 86,6 proc. w roku poprzednim), w tym głównie na rynkach Unii Europejskiej (80,6 proc. wobec 80,0 proc. w roku poprzednim).
Prawie 58 proc. naszego eksportu kierowane jest do odbiorców ze strefy euro (wzrost o 0,9 punktu procentowego w stosunku do roku ubiegłego). O wysokiej koncentracji eksportu świadczy także fakt, że 66,7 proc. eksportu kierowane jest tylko do 10 krajów – dziewięciu wysoko uprzemysłowionych plus Rosja (Niemcy – 28,2 proc., Czechy – 6,4 proc., Wielka Brytania – 6,2 proc. , Francja – 5,6 proc., Włochy – 4,6 proc., Holandia – 4,5 proc., Rosja – 3 proc., Szwecja – 2,9 proc., Stany Zjednoczone i Węgry – po 2,7 proc. Nasz eksport do tych państw zwiększył się w sumie o 0,5 pkt.
Udział krajów rozwijających się w polskim eksporcie wyniósł zaledwie 7 proc. (wobec 7,1 proc. w roku poprzednim). Tylko 5,8 proc. eksportu skierowane było do krajów Europy Środkowowschodniej.

Trochę dobrze i źle

Tak wysoka i utrzymująca się od wielu lat koncentracja naszego eksportu na krajach wysoko uprzemysłowionych oznacza, że polskie towary są konkurencyjne na tych wymagających rynkach, a polscy eksporterzy potrafią utrzymać długookresowo swoje pozycje dostawców.
To dobra wiadomość. Staje się ona jednak trochę gorsza, jeśli weźmie się pod uwagę zbliżające się spowolnienie wzrostu gospodarczego w krajach wysoko uprzemysłowionych, które dotknie w jakimś stopniu tychże polskich eksporterów. Dlatego wskazane by było dywersyfikowanie eksportu i poszukiwanie nowych rynków zbytu – przynajmniej dla tej części eksportu, która nie stanowi dostaw podzespołów do produkcji.
Wysoki udział partnerów niemieckich w polskim eksporcie i imporcie wskazuje na duży stopień powiązań obu gospodarek, przy czym większe zaangażowanie jest po stronie polskiej. Świadczy o tym dodatnie saldo obrotów gospodarczych Polski z Niemcami (11,6 mld euro wobec 9,1 mld euro w roku poprzednim).
Warto zwrócić uwagę na fakt, iż 58 proc. eksportu towarów i usług kierowanego do odbiorców ze strefy euro mogłoby być argumentem przemawiającym za rozważeniem przystąpienia Polski do tej strefy. Pozwoliłoby to poprawić konkurencyjność polskiego eksportu dzięki likwidacji prowizji z tytułu wymiany walut oraz pomogło obniżyć eksporterom i importerom ryzyko w wymianie handlowej z eurostrefą.
Polski import jest mniej skoncentrowany geograficznie niż eksport. Ciągle jednak prawie 66 proc. tego importu pochodzi z krajów wysoko rozwiniętych. Ta tendencja utrzymuje się.
Tak więc, ponad 58 proc. naszego importu pochodzi z krajów Unii Europejskiej, a 47 proc. z samej strefy euro (tu nastąpiła lekka tendencja spadkowa w porównaniu do roku poprzedniego, gdy udział eurostrefy wynosił 48,3 proc.).
Udział krajów rozwijających się w imporcie polskim ukształtował się na poziomie 25,2 proc. (lekka tendencja wzrostowa – o 0,6 punktu procentowego w stosunku do roku poprzedniego). Pozostały import (8,9 proc. %) pochodził z krajów Europy Środkowowschodniej (wzrost udziału o 1 pkt. proc. rok do roku).

Może nastąpi odbicie

O wysokiej koncentracji także i w imporcie świadczy fakt, że jego 64,8 proc. pochodzi z 10 krajów. Oprócz krajów wysoko rozwiniętych, do tej grupy należą Chiny i Rosja. Również w imporcie najważniejszym partnerem handlowym dla polskich podmiotów gospodarczych są Niemcy, skąd sprowadzane jest 22,6 proc. wszystkich towarów i usług (udział ten nieznacznie zmalał – o 0,5 pkt. proc. rok do roku).
Drugim najważniejszym partnerem handlowym w imporcie były Chiny (11,6 proc.), a dalej Rosja (z udziałem 7,1 proc.), Włochy (5,1 proc.), Francja (3,1 proc.), Holandia (3,6 proc.), Czechy (3,4 proc. ), Stany Zjednoczone (2,8 proc.), Belgia (2,5 proc.), Wielka Brytania (2,4 proc.).
W okresie styczeń – maj 2019 odnotowano lekką nadwyżkę w naszych obrotach handlowych (ok. 200 milionów euro). Te pierwsze pięć miesięcy bieżącego roku pokazuje, że mimo osłabienia u naszych głównych partnerów handlowych, potencjał eksportowy i zdolność do konkurowania polskich przedsiębiorstw jest ciągle wysoka. I to co cieszy – zdecydowanie rośnie nasz eksport do krajów Europy Środkowowschodniej, a także do krajów rozwijających się.