Polska liga eksportowa

Takiego efektu pandemii koronawirusa chyba nikt się nie spodziewał. Tuż przed restartem rozgrywek spółka zarządzająca rozgrywkami PKO Ekstraklasy sprzedała prawa do transmisji meczów nadawcom w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Danii, Szwecji, Norwegii i Izraelu.

W normalnych czasach nasza piłkarska ekstraklasa na takim zainteresowaniem się nie cieszy, co zważywszy na jej niską pozycję w rankingu ligowym UEFA i brak w ostatnich latach polskich drużyn w fazie grupowej europejskich pucharów, nie powinno nawet dziwić. Ale w sytuacji gdy od blisko trzech miesięcy piłkarskie rozgrywki niemal wszędzie wstrzymano, nadawcy telewizyjni potrzebują pilnie świeżego piłkarskiego towaru, bo widzom już przejadły się powtórki i programy publicystyczne. Dlatego gotowi byli transmitować spotkania ligi białoruskiej, która nie zważając na pandemię rozpoczęła w marcu sezon (gra systemem wiosna-jesień), a nawet kompletnie już niszowej ekstraklasy Wysp Owczych. Dlatego z taką nadzieją spoglądano na niemiecka Bundesligę, bo to pierwsza z pięciu najsilniejszych lig europejskich, która odważyła się na restart rozgrywek. Ich śladem podążyło kilka innych krajów, w tym Polska, gdzie mimo władze zdecydowały się na „odmrożenie sportu” i wydały zgodę na wznowienie rozgrywek ligowych.
Wszystkie kluby PKO Ekstraklasy i I ligi spełniły wymogi i po mniej więcej trzech tygodniach treningów grupowych w najbliższy weekend przystąpią do rywalizacji. Jak będą wyglądały te mecze, trudno przewidzieć. To znaczy – w sensie przekazu telewizyjnego nie będą w niczym odbiegać pewnie od tego, co widzimy oglądając spotkania w Bundeslidze, ale czy będą stały na choćby minimalnie przyzwoitym poziomie sportowym, to dopiero się przekonamy. Miejmy nadzieję, że piłkarze zatrudniani przez nasze ligowe kluby nie będą grać jak podczas sparingów. Tym razem ich boiskowych popisów nie będą oglądać jedynie nazbyt dla nich wyrozumiali polscy kibice, lecz także widzowie w kilkunastu europejskich krajach.
W Wielkiej Brytanii i Irlandii po dwa mecze z każdej kolejki w bieżącym sezonie PKO BP Ekstraklasy będą pokazywane w bezpłatnej stacji Free Sports, należącej do spółki Premier Media Sarl, które jest także właścicielem płatnego kanału Premier Sports oraz sieci pubów w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Kanadzie. Mecze polskiej ekstraklasy piłkarskiej będą w tych krajach dostępne z angielskim komentarzem.
Z kolei w Danii prawa do pokazywania 50 meczów PKO BP Ekstraklasy w bieżącym sezonie, z możliwością transmisji nawet wszystkich 88 pozostałych do rozegrania, wykupiła agencja Spring Media, mająca możliwość transmitowania spotkań polskiej ligi także w Szwecji i Norwegii. Na norweskim rynku skorzysta z pośrednictwa największego serwisu streamingowego Direktesport. W Izraelu natomiast po dwa mecze polskiej ekstraklasy z każdej kolejki w tym i kolejnym sezonie będą transmitowane na kanałach stacji Sport 1, Sport 1 HD i Sport 2.
Ekstraklasa SA dokonała też korekty w umowie licencyjnej ze spółką Sportdigital, obowiązującą w sezonach 2019/2020 oraz 2020/2021, zwiększając do 40 liczbę transmitowanych meczów w każdym z tych sezonów na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Będzie też mieć prawo do pokazania wybranych meczów na kanałach Eurosport z kilkudniowym opóźnieniem.
Ten niesłychany wzrost zainteresowanie polską ligą jest głównie zasługą zapowiadanego juz w najbliższy weekend restary. PKO Ekstraklasa wznowi rozgrywki przerwane przez wybuch epidemii koronawirusa jako jedna z pierwszych w Europie. Licząc wszystkie zawarte dotąd umowy mecze naszej najwyższej ligi rozgrywkowej w tym sezonie będą pokazywane w co najmniej 16 krajach.
Nie wszystkie to skutek pandemii. W połowie ubiegłego roku Ekstraklasa SA sprzedała prawa do transmisji prowadzonych przez siebie rozgrywek do siedmiu krajów bałkańskich, ale to nie jedyny kierunek ekspansji – spółka rozwija też własną platformę streamingową Ekstraklasa.tv, w której można na całym świecie, oczywiście z wyjątkiem Polski i wspomnianych siedmiu krajów bałkańskich objętych wyłącznymi umowami licencyjnymi, oglądać wszystkie mecze PKO BP Ekstraklasy w abonamentach miesięcznych i na cały sezon. Spółka udostępniła też aplikację mobilną Ekstraklasa.TV na Androidzie, co dodatkowo poszerzyło dostępność jej oferty streamingowej. Na świecie użytkowników urządzeń działających w oparciu o ten system wciąż przybywa, więc spółka spodziewa się znaczącego wzrostu pobrań aplikacji Ekstraklasa.TV, odtworzeń bezpłatnych skrótów oraz subskrypcji wśród osób zainteresowanych oglądaniem rozgrywek na żywo. Ekstraklasa SA szykuje też aplikacje pozwalające na korzystanie z platformy streamingowej w ramach Apple TV oraz Smart.TV.
Na terenie Polski prawo do pokazywania wszystkich meczów PKO Ekstraklasy ma Canal+ oraz Telewizja Polska, która wykupiła prawo do transmitowania jednego wybranego spotkania w każdej ligowej kolejce.
Restart rozgrywek zaplanowano w najbliższy weekend. Do rozegrania pozostały cztery kolejki rundy zasadniczej oraz siedem kolejek w fazie play off. Przerwany przez pandemię sezon ma się zakończyć do 19 lipca.
Prezes PZPN Zbigniew Boniek usiłuje przekonać premiera Mateusza Morawieckiego i ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, żeby zgodzili się na wpuszczenie na mecze limitowanej liczby widzów – do 999 w każdym spotkaniu, bo tyle osób na otwartych obiektach to nie jest jeszcze w myśl obowiązujących przepisów impreza masowa. „Skoro mogę iść do parku, kościoła i marketu, to czemu nie mógłbym pójść na stadion, skoro grają? PZPN przygotował specjalny program i zasady, według których postępowałyby kluby. To nasza idea, jeśli rząd zaakceptuje pomysł, dokończymy rozgrywki z kibicami – przekonuje w rozmowie z „PS” Boniek. i Konkretyzuje: „Skoro odmrażamy galerie handlowe, zakłady kosmetyczne, fryzjerskie, restauracje, ogrody i parki, to wydaje mi się, że można zacząć powoli myśleć także o meczach i stadionach. Ale oczywiście jako o imprezach niemasowych, z maksymalną liczbą 999 widzów. Przy mądrym zarządzaniu i przestrzeganiu wszystkich wymogów, które w czwartek przedstawiłem panu premierowi Morawieckiemu, dałoby się to zrobić. Stadiony mogłyby być zapełnione maksymalnie w 20 procentach, ale liczba widzów nie mogłaby przekroczyć 999 osób. Byłoby miejsce i dla sponsorów, i fanów, z zachowaniem wszelkiej ostrożności, odległości i dbałości o bezpieczeństwo. Bylibyśmy chyba pierwszym krajem na świecie, który coś takiego by zrobił”.
Na razie pomysł krąży po ministerialnych biurkach i czeka na lepszy moment. W tej chwili raczej nie zostanie rozpatrzony pozytywnie, ale za kilka tygodni prośba może zostać wysłuchana.

Ligowa szarpanina o pieniądze

Zespoły naszej ekstraklasy w komplecie zaliczyły testy na obecność Covid-19 i otrzymały zgodę na wznowienie treningów. Pojawił się jednak nowy problem, bo część klubów chce zmiany wprowadzonej jeszcze w poprzednim sezonie, a forującej najsilniejszych zasady podziału pieniędzy z praw mediowych.

Nieproporcjonalny podział środków został wprowadzony ponad rok temu, pod hasłem promowania zespołów, które będą reprezentować polski futbol w europejskich pucharach. Pomysł był dobry, ale dzisiaj wypadałoby go zarzucić, żeby ratować rujnowane przez pandemię koronawirusa finanse słabszych klubów.
Prezes zarządzającej rozgrywkami spółki Ekstraklasa SA Marcin Animucki zapewnia, że z tegorocznej transzy wpływów z praw medialnych kwoty podstawowe w wysokości 11 mln złotych, równe dla wszystkich klubów, zostały już przelane w lutym. Do rozdzielenia pozostało około 25 procent z 250 mln złotych na wedle osiągniętych wyników sportowy, co oznacza, że najwięcej otrzymają zespoły z pierwszych miejsc, które zakwalifikują się do europejskich pucharów. Dodatkowe środki przeznaczone będą na tzw. opłatę spadochronową dla trzech spadkowiczów. Te pieniądze wpłyną do klubów dopiero po zakończeniu rozgrywek. I właśnie podział tej ostatniej transzy wzbudza dzisiaj kontrowersje. Czołowa trójka otrzyma około 19, 13 i 10 mln złotych, zaś kluby z dolnej części tabeli dostaną nędzne resztki z tego tortu.
Legia chce najwięcej
Nie dziwi, że właściciel prowadzącej w tabeli po 26 kolejkach Legii Warszawa, Dariusz Mioduski, nie jest skłonny do kompromisu i jak na razie skutecznie torpeduje wszelkie inicjatywy zmierzające do zawieszenia obowiązującego regulaminu i wprowadzenia bardziej solidarnościowych zasad podziału ostatniej transzy. Jeśli uda się dokończyć ligowe rozgrywki, a Legia utrzyma prowadzenie i zdobędzie mistrzostwo Polski, wówczas zgarnie 19 mln złotych z puli za wyniki, co wraz z kwotą bazową (11 mln zł) zapewni jej przychód z praw telewizyjnych na poziomie 30 mln złotych.
Dla porównania, zajmujący ostatnią lokatę w tabeli ŁKS Łódź, jeśli zakończy sezon na tej pozycji i spadnie z ligi, dostanie z „medialnego tortu” w sumie ok. 11 mln zł.
Nie są to jednak jakoś przesadnie zbójeckie zasady, bo na przykład w Hiszpanii dysproporcje w podziale pieniędzy z praw medialnych między najsilniejszymi klubami, czyli Barceloną, Realem Madryt i Atletico Madryt, są znacznie większe. Na konto „Dumy Katalonii” z tego tytułu wpływa czterokrotnie więcej niż dostają kluby z dolnych rejonów tabeli. Rok temu otrzymała 166 mln euro, „Królewscy” wzbogacili się o 153 mln euro, a Atletico o 119 mln. Dla porównania, zdegradowana w poprzednim sezonie z Primera Division Huesca, musiała się zadowolić kwotą 44 mln euro. Hiszpańska ekstraklasa połowę kwoty uzyskanej z praw medialnych dzieli po równo, a drugą połowę, wypłacaną w dwóch ratach, uzależnia od wyników sportowych w ostatnich pięciu latach i wskaźników oglądalności. Z kolei w lidze angielskiej te dysproporcje zostały mocno spłaszczone – Manchester City w poprzednim sezonie zgarnął za prawa medialne 72 mln funtów, ale najbardziej pokrzywdzony przy podziale Huddersfield Town dostał 45 mln funtów, więc ten można dzielić też sprawiedliwie.
Właściciel i prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski jest jednak zwolennikiem tuczenia pieniędzmi z praw mediowych czołowych klubów, pewnie dlatego, że jego zespół jest teraz na czele tabeli. Inna sprawa, że stołeczna drużyna jest w naszej lidze bezkonkurencyjna pod względem atrakcyjności medialnej, zatem ma prawo domagać się największego kawałka z tego „tortu”. Problem w tym, że słabsze ekonomicznie kluby ekstraklasy oczekują w tej chwili od potentatów raczej gestów solidarności, bo nie jest to właściwy moment na forsowanie idei „ligi różnych prędkości”.
Zwłaszcza że Legia nie jest wcale wzorcem rozsądnej polityki finansowej i sportowej. Wystarczy wspomnieć jej niefortunne transfery piłkarzy i korowód trenerów – Romeo Jozak, Dean Klafuric, Ricardo Sa Pinto nie zapewnili sukcesów, pracowali byle jak, ale kosztowali słono. Takie same błędy popełniają też inne kluby naszej ligowej elity, nic więc dziwnego, że nie mają żadnych finansowych rezerw. Co im wpadnie do kasy, natychmiast jest wydawane.
To nie jedyny spór jaki toczy się obecnie w polskim futbolu. Niedawno PZPN przyklepał decyzję Wojewódzkich Związków Piłki Nożnej o anulowaniu sezonu w niższych ligach, co z miejsca wywołało wiele kontrowersji. Teraz szykują się kolejne, bowiem do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia zakończenia rozgrywek w III lidze.
Trzecioligowcy się burzą
Od nowego sezonu PZPN ma przejąć pieczę nad tymi ligami, więc nie jest zainteresowany bałaganem w tabelach i skłania się do zakończenia obecnych rozgrywek z uznaniem kolejności po ostatniej rozegranej kolejce. Napotkał jednak na ostry sprzeciw ze strony klubów, które albo stracą przez to szansę awansu, albo możliwość wybronienia się przed degradacją. W tym pierwszym przypadku największy „dym” zrobił prezes Piasta Żmigród Rafał Zagórski.
„W zaistniałej sytuacji najwyraźniej ktoś się pogubił. Jak można jednych ułaskawić, drugim dać szansę sportową, a kolejnych zdegradować przy zielonym stoliku?! W przeciągu kilkunastu ostatnich dni szanowny pan prezes Boniek twierdził, że pozostawia sprawę III ligi oraz tych niższych, poszczególnym związkom wojewódzkim. Wszystko wskazuje, że nie do końca. Rozgrywki rozpoczęliśmy na podstawie stworzonego regulaminu rozgrywek na sezon 2019/2020 i nie nasz problem, że nie ma w nim żadnego zapisu, co w przypadku wojny, katastrofy, epidemii, itp. Jeżeli III liga zostanie potraktowana inaczej niż pozostałe, pozostanie sąd. Za duże nakłady finansowe zostały poczynione zimą, by teraz pozostawić sprawę bez echa. Jeżeli nie chcieliście 22-23 zespołów w III lidze, trzeba było anulować wyniki! Bez awansów i spadków! A teraz? Jednym zrobiliście dobrze, a drugich chcecie karać?!” – grzmi w oświadczeniu zamieszczonym na stronie internetowej dolfutbol.pl. prezes występującego w 3. grupie III ligi Piasta Żmigród.
Protestuje też mocno Polonia Warszawa, która od niedawna ma nowego mecenasa, a 1. grupie III ligi jest co prawda na przedostatnim, 17. miejscu, lecz ma na koncie 17 punktów i tylko dwa straty do bezpiecznego miejsca w tabeli. |Czarne Koszule” chcą więc grać, a jeśli nie, to domagają się pozostawienia ich zespołu w III lidze. Takich spornych spraw do rozwiązania na czwartym poziomie rozgrywek jest więcej. Dla PZPN to kolejny kłopot.

Cała liga na testach

W poniedziałek wszyscy piłkarze naszej piłkarskiej ekstraklasy poddali się testom na obecność koronawirusa. Zgodnie z opublikowanym 2 maja rozporządzeniem rządu w przypadku negatywnych wyników zespoły mogły już od wtorku rozpocząć treningi w grupach liczących 14 zawodników, ale tego dnia rano władze Ekstraklasy SA wydały jednak zakaz rozpoczęcia zajęć do środy.

Kluby PKO Ekstraklasy realizują plan powrotu na boiska już od 20 kwietnia. Wtedy wytypowane przez nie osoby (piłkarze, członkowie sztabu szkoleniowego, pracownicy – kluby miały dowolność przy zgłoszeniach, ale nie mogły podać więcej jak 50 osób) zostały poddane kwarantannie. W tym czasie miały ograniczyć kontakt z innymi osobami i codziennie wypełniały szczegółową, jednakową dla wszystkich ankietę medyczną. Miało to na celu wczesne wykrycie objawów choroby. Ankiety były anonimowe, a oceniali je lekarze z pionu medycznego Ekstraklasy SA. Kolejnym etapem było zaplanowane na 4 maja testy wytypowanych 800 osób na obecność koronawirusa.
Nerwowe oczekiwanie na wyniki
Wydane we wtorek rano przez władze Ekstraklasy SA zalecenie wstrzymania się z rozpoczęciem treningów natychmiast wzbudziło podejrzenia, że wśród 800 przebadanych znaleźli się tez zakażeni. Ponieważ jednak wszystko w tej kwestii objęte jest najwyższą tajemnicą, nawiasem mówiąc nie tylko w PKO Ekstraklasie, bo także władze niemieckiej Bundesligi wydały rozporządzenie zakazujące klubom podawania na własną rękę informacji o wynikach testów i liczbie zakażonych.
W planach „odmrożenia” ligowych rozgrywek z góry jednak uwzględniono, że wśród osób zgłaszanych przez kluby mogą się też trafić zakażeni wirusem, ale zakładano, że będą to jedynie pojedyncze przypadki które nie spowodują wstrzymania całej akcji.
Ostatecznie PZPN wydał w tej sprawie taki oto komunikat: „Plan wznowienia rozgrywek PKO BP Ekstraklasy przygotowany przez grupę roboczą powołaną przez spółkę Ekstraklasa SA, w skład której wchodzą przedstawiciele Komisji Medycznej PZPN, zakładał w pierwszym kroku przeprowadzenie badań na obecność przeciwciał anty-SARS-CoV-2. Testy zostały przeprowadzone w poniedziałek 4 maja, a kluby wyniki tych testów otrzymają we wtorek 5 maja do godziny 13:00. W sytuacji, w której wynik poniedziałkowego testu nie będzie ujemny, konkretna osoba zostaje skierowana do dalszej diagnostyki badaniem wymazu z nosogardzieli w kierunku SARS-CoV-2 met. Testy Real Time RT-PCR, które w razie zaistnienia takiej konieczności, zostaną przeprowadzane we wtorek 5 maja. Kluby wyniki tych testów poznają w środę 6 maja. Do czasu uzyskania ostatecznych wyników badań przesiewowych, a w razie konieczności również wyników badań wymazowych, kluby, jak wynika z przygotowanego przez Ekstraklasę planu, prowadzą treningi indywidualne”.
Nadal chcą zacząć 29 maja
Pierwotnie plan restartu zakładał powrót do treningów grupowych od 10 maja, ale pod koniec kwietnia premier Mateusz Morawiecki i minister resortu Danuta Dmowska-Andrzejuk ogłosili plan „odmrażania polskiego sportu”, którego głównym beneficjentem miały być największe ligi w naszym kraju, czyli piłkarska i żużlowa. W podanych wytycznych określono, że zajęcia treningowe mogą być prowadzone maksymalnie w sześcioosobowych grupach, ale w minioną sobotę rząd niespodziewanie (ciekawe czym się kierował zmieniając decyzję?) opublikował rozporządzenie, w którym od 5 do 9 maja zezwolił na zwiększenie grup treningowych do 14 osób (13 zawodników plus trener). Z kolei od 10 maja kluby będą mogły organizować już treningi z udziałem niemal całej kadry zespołu, bo ćwiczyć wspólnie zezwolono w grupach do 25 zawodników
Zgodnie z harmonogramem wznowienia zawieszonych 13 marca rozgrywek PKO Ekstraklasy w dniach 27-28 maja wszystkie osoby zgłoszone na listach izolacyjnych przejdą ponownie testy na obecność koronawirusa, a w piątek 29 maja mają odbyć się pierwsze mecze 27. kolejki. Rozgrywki mają potrwać do 19 lipca.
Po 26 kolejkach w tabeli prowadzi Legia Warszawa z dorobkiem 51 pkt, przed broniącym tytułu Piastem Gliwice (43 pkt) oraz Cracovią, Śląskiem Wrocław i Lechem Poznań, które maja na koncie po 42 punkty. W strefie spadkowej znajdują się zespoły Korona Kielce (26 pkt), Arki Gdynia (25) i ŁKS (20).
A PZPN zaplanował na 27 maja rozegranie dwóch zaległych meczów ćwierćfinałowych Pucharu Polski, zaś między 30 maja a 6 czerwca chce wznowić też rozgrywki w pierwszej i drugiej lidze.
Co pokażą na boisku?
Kolejnym problemem ligowych drużyn będzie ich sportowa forma, jaką zdołają osiągnąć po sześciotygodniowej przymusowej przerwie i ledwie po trzech tygodniach wspólnych treningów. Dla trenerów jest to wyzwanie, z jakim nigdy jeszcze się nie zetknęli. Na dobrą sprawę nikt nie jest w stanie dokładnie określić jak głębokie nastąpiło załamanie zdolności wysiłkowych, co jest nieuchronnym efektem gwałtownego zmniejszenia aktywności fizycznej. Dla wytrenowanych organizmów to potężne tąpnięcie, a jego skala wyjdzie dopiero po przeprowadzeniu testów wydolnościowych. Można jednak z góry założyć, że nawet w obrębie jednej drużyny różnice w spadkach wydolności będą ogromne, a czasu na ich wyrównanie szkoleniowcy dostaną niewiele. Taka sytuacja znacznie zwiększa ryzyko odniesienia kontuzji, a kadry zespołów są przecież limitowane.
W Europie bywa różnie
W Belgii i Holandii rozgrywki już zakończono, ostatnio taką decyzje podjęto też we Francji. Niemiecka Bundesliga jednak twardo zmierza do restartu rozgrywek, chociaż wykryto przypadki koronawirusa w FC Koeln. Po tym, jak w mediach rozpętała się z tego powodu burza i pojawiły się wątpliwości co do sensu powrotu piłkarzy na boisko, władze ligi (DFL) poleciły zaleciły klubom nie podawanie do wiadomości publicznej wyników testów na obecność Covid-19. Mimo to wiele klubów postanowiło opublikować wyniki testów. Z nieoficjalnych danych wynika jednak, że do tej pory w 36 klubach niemieckiej 1. i 2. Bundesligi wykryto jedynie 10 przypadków zakażenia Covid-19 na 1742 wykonane testy. Decyzja o dacie wznowienia rozgrywek ma zostać podana 6 maja po spotkaniu kanclerz Angeli Merkel z ministrami sportu poszczególnych landów.
Także włoski rząd zezwolił zawodnikom klubów Serie A na powrót do macierzystych ośrodków treningowych. Zajęcia na własnych obiektach są dozwolone od 4 maja. Początkowo zgoda dotyczyła jedynie ćwiczeń indywidualnych, ale pod naciskiem piłkarzy władze zmieniły decyzję. W tej chwili władze Serie A zakładają, że rozgrywki uda się wznowić w połowie czerwca.
W Anglii planom restartu rozgrywek Premier League sprzeciwiły się niespodziewanie kluby z dołu tabeli, które są zagrożone degradacją. Na razie sytuacja jest patowa, bo 13 klubów jest za restartem, sześć przeciw, a jeden na razie się waha. Dla przełamania impasu władze ligi są skłonne przyjąć rozwiązanie zakładające wstrzymanie w tym sezonie spadków z ligi. Będzie jednak, jak wszędzie w Europie, zakaz wpuszczania widzów na stadiony.

Szykują się do testów na Covid-19

Polski Związek Piłki Nożnej rozważa sfinansowanie testów na koronawirusa dla klubów PKO ekstraklasy oraz I i II ligi. Testy mają być przeprowadzone dwukrotnie – tuż przed rozpoczęciem przygotowań oraz w przededniu wznowienia rozgrywek.

Badania na obecność koronawirusa mają przejść nie tylko piłkarze, ale też trenerzy i oddelegowani przez kluby pracownicy oraz arbitrzy. Wedle planu realizowanego pod egidą powołanej do życie grupy roboczej ds. wznowienia rozgrywek, pierwsze testy na obecność koronawirusa w klubach mają się rozpocząć 4 maja. To niezbędny warunek uzyskania zezwolenia władz na wznowienie zawieszonych od 13 marca rozgrywek ekstraklasy. W minioną niedzielę wszystkie kluby trzech najwyższych klas rozgrywkowych miały przedstawić imienną listę osób zaangażowanych w dokończenie rozgrywek (w PKO Ekstraklasie każdy klub mógł zgłosić maksymalnie 50 osób, w niższych ligach ta liczba była mniejsza). Tuż przed startem rozgrywek te same osoby będą musiały przejść ponowne badania na obecność koronawirusa. To oznacza konieczność zakupu niezbędnej liczby testów dla tej grupy ludzi. Oprócz piłkarzy są w niej członkowie sztabów szkoleniowych, wydelegowani pracownicy obsługi oraz członkowie zespołów sędziowskich.
W mobilnych punktach testowania jeden test wysokiej czułości kosztuje komercyjnie ponad 500 złotych, ale takich używać ma się jedynie w ostateczności. W grę wchodzi raczej użycie znacznie tańszych testów przesiewowych, które kosztują już poniżej 100 złotych. W sumie zatem za dwukrotne przebadanie tylko oddelegowanych przez kluby osób oraz sędziów trzeba będzie zapłacić ponad pół miliona złotych. Do tego trzeba dodać jeszcze koszty przetestowania członków ekipy Ekstraklasa Live Park, czyli firmy produkującej sygnał telewizyjny na potrzeby telewizyjnych transmisji. W sumie zatem łączny koszt operacji przeprowadzenia testów na obecność Covid-19 może wynieść około 600-700 tysięcy złotych, ale w przypadku jakiś nieprzewidzianych kłopotów, na przykład konieczności użycia większej liczby testów wysokiej czułości, wydatki mogą podskoczyć nawet w okolice miliona złotych.
W mediach pojawiły się informacje, że ponoć PZPN zamierza sfinansować przeprowadzenie wszystkich testów, ale niewykluczone, że dorzuci się do tej operacji także Ekstraklasa SA.

Takiej ligi nie warto ratować

Pandemia koronawirusa nie odpuszcza, zakażonych i zmarłych wciąż przybywa, także w Polsce. Sytuacja jest dramatyczna, bo coraz więcej wskazuje, że Covid-19 wpędzi świat w recesję gospodarczą gorszą nawet od Wielkiego Kryzysu z przełomu lat 20.i 30. ubiegłego wieku. To znaczy, że już za kilka miesięcy miliony ludzi może zostać bez środków do życia lub w najlepszym przypadku z mocno ograniczonymi zarobkami. Nie jest to więc czas na zajmowanie się igrzyskami, gdy grozi brak chleba. Zwłaszcza igrzyskami tak marnej jakości, jakie oferuje nasza piłkarska ekstraklasa. Dlatego dziwi, że premier Morawiecki trwonił swój cenny czas na dyskusję z prezesem PZPN o terminach wznowienia rozgrywek.

Premier Mateusz Morawiecki znalazł w miniona środę czas, żeby spotkać się z minister sportu Danutą Dmowską-Andrzejuk, której towarzyszył prezes PZPN Zbigniew Boniek. Cała trójka lubi popisywać się dostępem do newsów na Twitterze, ale ponieważ niniejszy tekst dotyczy naszej klubowej piłki, przytoczmy relację ze spotkania zdaną przez sternika PZPN na łamach życzliwego mu od lat portalu Interia.pl. „Muszę powiedzieć, że zapaliło się światło nadziei na dokończenie sezonu Ekstraklasy i Pucharu Polski. Ostateczna decyzja dotycząca powrotu rozgrywek powinna zostać podjęta najpóźniej do 11 maja” – zapowiedział Boniek. Prezes PZPN zdradził też przy okazji kilka problemów technicznych, jakie rodzi planowane na 22 maja „odmrożenie” ligowych rozgrywek. „Musimy przygotować protokół uwzględniający zasady bezpieczeństwa, zabezpieczenie medyczne i właściwą logistykę. Będzie on zakładał między innymi przetestowanie na obecność koronawirusa wszystkich piłkarzy i członków sztabów zarówno przed wznowieniem treningów zespołowych, a później także w dniu meczu. Jeżeli się okaże, że ktoś ma wynik pozytywny testu, to gra toczyć się będzie bez niego. Podkreślam, że kluby nie będą korzystać z puli testów na obecność koronawirusa przeznaczonych dla zwykłych obywateli, tylko będzie musiały zakupić je na komercyjnych zasadach. Na razie jeszcze nie postanowiliśmy, kto sfinansuje zestaw testów, być może zrobi to zarządzająca rozgrywkami Ekstraklasa SA. Będę w tej sprawie rozmawiał z władzami spółki, zobaczymy też jak zareagują kluby” – wyjawił prezes Boniek.
Mit niezbędności ligowej kopaniny
Sprzeciwu raczej się nie spodziewa, bo Ekstraklasa SA od dawna czeka, aż rząd zapali zielone światło do wznowienia zawieszonych rozgrywek. „Mamy przygotowany kalendarz, który przewiduje restart na ostatnią dekadę maja. Jeśli nie będziemy mogli wtedy wznowić ligi, a dopiero tydzień lub dwa tygodnie później, to również powinno się to udać” – zapewniał już jakiś czas temu prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki. I zwykle swoje publiczne wystąpienia kończył odwołaniem do ustaleń UEFA. „Priorytetem dla całej piłkarskiej Europy jest dokończenie rozgrywek ligowych. Nie podejmiemy jednak żadnych decyzji bez uprzedniej decyzji władz państwowych o cofnięciu zakazów związanych z epidemią w kraju. Zdrowie uczestników rozgrywek jest bowiem najważniejsze. Musimy jednak brać też pod uwagę to, że jeśli nie wrócimy do gry, klubom grozi bankructwo”.
W rankingu lig europejskich UEFA PKO Ekstraklasa plasuje się aktualnie na początku czwartej dziesiątki zestawienia i raczej nic nie zapowiada, żeby w najbliższych latach poprawiła znacząco swoje notowania. Dobitnym dowodem jej sportowej słabości są klęski doznawane przez nasze klubowe drużyny w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Trzeba jednak przyznać, że jako produkt medialny rozgrywki radzą sobie całkiem nieźle, czego potwierdzeniem są rosnące wraz z każdą nową umową wpływy ze sprzedaży praw medialnych. Obecna, wedle której głównymi nadawcami telewizyjnymi są Canal+ i TVP, gwarantuje klubom ekstraklasy blisko ćwierć miliarda złotych rocznie. Dopisują też sponsorzy, wśród których są spółki skarbu państwa – PKO Bank Polski, Lotto, PKN Orlen, a ponadto takie firmy, jak Oshee, Stihl, Adidas, Aztorin czy Kinga Pienińska.
Żeby jednak można było wycisnąć z tych firm ustalone w kontraktach pieniądze, liga musi wznowić rozgrywki, ale nawet jeśli dojdzie do tego pod koniec maja, piłkarze muszą wcześniej wznowić treningi, bo bez tego nie wytrzymają morderczej dawki 11 meczów rozgrywanych co trzy dni, nawet jeśli właściciele klubów znów zaczną im wypłacać pełne wynagrodzenie, obcinane z pewną dozą nieśmiałości podczas trwającej od 13 marca przerwy. Niektóre kluby zezwoliły swoim zagranicznym piłkarzom na świąteczne wyjazdy do ojczystych krajów, więc teraz każdy z tych zawodników będzie musiał przejść dwutygodniową kwarantannę, co opóźni podjęcie przez nich treningów. A obcokrajowcy w naszej lidze stanowią pokaźną siłę, bo na około pół tysiąca piłkarzy zatrudnionych przez 16 klubów ekstraklasy, ponad 40 procent to gracze zagraniczni.
Jeśli wierzyć piłkarskim działaczom, to właśnie ta nieliczna w sumie grupka ludzi konsumuje lwią część klubowych budżetów, a nie można ich z dnia na dzień wywalić na bruk, jak robi się to z innymi pracownikami klubów, których łączną liczbę w ekstraklasie trzeba liczyć na około trzy tysiące osób, bo nad interesami piłkarzy, a także trenerów, parasol ochronny roztaczają wszechwładne UEFA i FIFA.
Nikt nie ma odwagi im podskoczyć, bo grożą natychmiast wykluczeniem ze struktur. Jeden kraj, nawet mocny na arenie międzynarodowej, sam w pojedynkę nie ma szans. Musiałoby się naraz zbuntować kilkanaście, bo wtedy mogłyby w swoim gronie i na przez siebie ustalonych warunkach zorganizować rozgrywki nie tylko w rodzimych ligach, ale też pucharowe i na poziomie reprezentacji.
To oczywiście jest tylko nierealna mrzonką, przynajmniej w tej chwili, bo pandemia nawet nie nadkruszyła jeszcze potęgi futbolowego mocarstwa, zbudowanego na wyzysku i niesprawiedliwości, którego spoiwem jest wpajany nam wszystkim „mit o niezbędności piłkarskiej rozrywki dla życia ludzi i społeczeństw”.
Komu tak naprawdę służy futbol?
Ten właśnie mit jest powodem, dla którego premier Morawiecki, choć z pewnością ma tysiące ważniejszych spraw na głowie, znajduje czas na spotkanie z prezesem PZPN i rozmawia z nim o terminie wznowienia ligowych rozgrywek. Czyżby dał się zwieść propagandowej tezie, iż PKO Ekstraklasa jest największą ligą rozgrywkową w Polsce, której mecze na stadionach oglądają w każdym sezonie dwa miliony Polaków? Bo jeśli tak, to może ktoś powinien mu powiedzieć, że średnia widzów na jednej kolejce ligowej w obecnym sezonie wynosi niespełna 71 tysięcy kibiców. A ponieważ na mecze chodzą regularnie na ogół ci sami pasjonaci, więc de facto piłkarskie stadiony w Warszawie, Krakowie, Kielcach, Gdańsku, Gdyni, Białymstoku, Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie, Łodzi, Zabrzu, Gliwicach, Częstochowie, Lubinie i Płocku odwiedza stale niewiele ponad 140 tysięcy obywateli. Interesuje się wynikami pewnie trochę więcej, ale skoro trybuny stadionów wszędzie świecą pustkami, a na obiekty piłkarskie nasze władze samorządowe i państwowe nie skąpiły w ostatnich 12 latach środków, więc są duże i miejsca na nich jest ponad miarę, nie ma co wciskać kitu, że wszyscy warszawiacy kochają Legię, poznaniacy Lecha, a krakowianie dzielą sie na sympatyków Wisły i Cracovii. Tak dobrze to nie jest.
A jak jest, wystarczy zajrzeć do zestawienia prezentującego średnią frekwencję na stadionach poszczególnych klubów ekstraklasy: Legia Warszawa – 17 151 (pojemność stadionu 33 000 miejsc), Wisła Kraków – 15 442 (33 000), Lech Poznań – 14 941 (42 000), Śląsk Wrocław – 14 560 (42 000), Górnik Zabrze – 13 517 (24 000, stadion w rozbudowie, docelowa pojemność 32 000), Lechia Gdańsk – 10 702 (42 000), Jagiellonia Białystok – 9370 (21 000), Cracovia – 9045 (15 000), Arka Gdynia – 7289 (15 000), Korona Kielce – 5346 (15 000), ŁKS Łódź – 5178 (stadion w budowie, docelowa pojemność 18 000 miejsc), Wisła Płock – 4522 (10 000, ale miasto chce budować nowy obiekt na 12 000 miejsc), Piast Gliwice – 4394 (12 000), Zagłębie Lubin – 4267 (15 000), Pogoń Szczecin – 3699 (czynna tylko jedna trybuna, bo miasto buduje nowy stadion na 18 000 miejsc), Raków Częstochowa – 2973 (gra gościnnie w Bełchatowie, bo Częstochowa dopiero planuje budowę nowoczesnego stadionu na 10 000 miejsc).
Lament o tak zwane dni meczowe
Tak zwany „dzień meczowy” to fachowych terminów wykutych w ostatnich latach przez firmę doradczą Deloitte, która zajmuje się m.in. tworzeniem corocznego raportu „Piłkarska liga finansowa”. Jego autorzy termin ten definiują jako sumę wpływów ze sprzedanych biletów, karnetów, cateringu na stadionie, opłat parkingowych, sprzedaży pamiątek klubowych itp. Z powodu przerwania rozgrywek wpływy z tego źródła spadły praktycznie do zera.
Najwięcej straciły na tym kluby z największą frekwencją, jak Legia Warszawa, Lech Poznań, Wisła Kraków czy Śląsk Wrocław. W poprzednim sezonie Legia notowała z tego tytułu przychody na poziomie 28 mln złotych, co stanowiło 28 procent całości, Lech 13,2 mln zł (23 procent), Wisła Kraków – 7,4 mln zł (28 procent), Jagiellonia – 6,5 mln zł (18 procent). Na drugim biegunie znajdowały się mało popularne nawet w swoich matecznikach Wisła Płock – 0,5 mln zł (3 procent), zdobywca mistrzowskiego tytułu Piast Gliwice – 1 mln zł (4 procent) i sponsorowane przez KGHM Zagłębie Lubin – 1,1 mln zł (3 procent).
To zestawienie pokazuje, że obecne straty klubów z powodu nierozgrywania meczów są mocno zróżnicowane. Gdyby jednak władze nie pozwoliły na dokończenie rozgrywek, to wedle szacunkowych obliczeń Legia straciłaby na tym około 9 mln złotych, Lech 4,5 mln zł, Wisła Kraków 2,5 mln zł, a Jagiellonia 2 mln złotych. Przy budżetach rocznych tych klubów nie są to kwoty, z braku których te kluby byłyby zmuszone ogłosić bankructwo.
Nie jest to też żaden argument, aby zwalniać je z obowiązkowych podatków czy daniny na ZUS, czego po cichu domaga się od władz piłkarskie środowisko. Tym bardziej, że wedle prognoz Deloitte mimo pandemii może się okazać, że ten sezon przyniesie mimo wszystko klubom ekstraklasy rekordowe przychody. Dotychczasowy najlepszy łączny wynik wynosił 578,9 mln zł w 2016 roku, w 2018 spadł do 528 mln zł, ale w tym roku dzięki nowej umowie medialnej może zbliżyć się ponownie do kwoty 600 mln złotych.
Warunkiem osiągnięcia tego celu jest jednak dokończenie rozgrywek. Dla nas, zwykłych obywateli, nie jest to ważna sprawa. To priorytet wyłącznie dla 4-5 tysięcy osób bezpośrednio zaangażowanych w piłkarski biznes, z którego czerpią niczym nieuzasadnione korzyści. Nie dajmy się zwieść ich cynicznej propagandzie. Nawet jeśli ten biznes w obecnej postaci zbankrutuje, to przecież piłka nożna jako sport nie przestanie istnieć. Zostaną stadiony i boiska w większości zbudowane za nasze, społeczne pieniądze. A że życie nie zna pustki, szybko zapełnią je rzesze piłkarzy, kopiących w piłkę dla przyjemności, dla zdrowia, ale i za darmo. Kibice będą przychodzić na ich mecze może nawet tłumniej, niż chodzą teraz na wątpliwej jakości popisy przepłacanych zawodowców. Gdy chleb będzie coraz droższy, a będzie, to chociaż igrzyska muszą być za darmo. Nie zawadziłoby, żeby lewicowi politycy wpisali sobie tę myśl do sztambucha.

Kontrowersyjny pakiet i cięcie zarobków

PZPN w miniony piątek zatwierdził do realizacji pakiet pomocowy dla polskich klubów, które w wyniku epidemii koronawirusa wpadną w finansowe tarapaty. W sumie w ramach tego projektu przekaże ponad 116 milionów złotych. Jednak cele, na które zostaną przekazane pieniądze, wzbudziły w piłkarskim środowisku wiele kontrowersji.

Główny zarzut, jaki stawiają oponenci, dotyczy sposobu dystrybucji owych 116 milionów złotych. Z tej imponująco wyglądającej kwoty niemal połowa to środki, które PZPN i tak miał już wcześniej wpisane do budżetu na ten i przyszły sezon. Na przykład w ramach programu Pro Junior System PZPN wypłaca klubom za wystawianie młodzieżowców 18,1 mln złotych, bo do tego się zobowiązał wymuszając wystawianie do gry graczy do lat 21.
W pakiecie pomocowym umieszczono od razu dwie transze, na ten sezon i następny, co dało kwotę 36,2 mln złotych, która i tak miała przecież wpłynąć na konta klubów. Jako pomoc PZPN uznał też dotacje na rozwój piłki kobiecej, który już wcześniej zostały zatwierdzone. A to kolejne 7,6 mln złotych w pakiecie pomocowym. Kreatywnie policzono też pieniądze za Puchar Polski, bo do planowanych wcześniej sześciu milionów dorzucono cztery, ale do pakietu doliczono dziesięć „baniek”. I tak z wszystkich wcześniej i tak już ujętych w budżecie wydatków uzbierało się blisko 60 milionów złotych, czyli połowa z owych tak szumnie ogłoszonych w pakiecie pomocowym 116 milionów.
Realna pomoc to połowa kwoty
A z realnych pieniędzy, jakie związek przeznaczył na wsparcie klubów, 30 milinów złotych dostaną kluby ekstraklasy. To oznacza, że po zdjęciu z tego pakietu propagandowego opakowania w środku znajdziemy znacznie mniej „ciasteczek”, niż obiecuje kolportowana już szumnie przez bezkrytyczną wobec władz PZPN część mediów. Tymczasem program pomocowy przygotowano pod kątem wsparcia największych graczy na naszym piłkarskim rynku, a dla małych zostawiono okruchy z pańskiego stołu.
Faktyczną pomoc finansową PZPN rozbił jeszcze na kilka etapów. W sezonie 2020/2021 kluby ekstraklasy dostanie do podziału 30 milionów złotych, kluby I ligi 10 mln złotych, kluby II ligi 6 mln złotych, a kluby III ligi 4 mln złotych. Do tego PZPN przesunął m.in. terminy spłaty zobowiązań licencyjnych oraz zwiększył do czterech liczbę miesięcy bez wypłaty, co dla piłkarzy jest podstawą do wnioskowania o rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Do tej pory mogli to robić już po dwóch miesiącach bez wypłaty.
W sumie jednak tak naprawdę to mało kto jest zadowolony z pakietu pomocowego PZPN. Kluby ekstraklasy, które dostaną po 1,8 mln złotych, liczyły rzecz jasna na poważniejsze wsparcie, na znacznie więcej liczyły też kluby w niższych ligach, a najbardziej płaczą akademie piłkarskie i przedstawiciele futbolu amatorskiego. Prezes PZPN Zbigniew Boniek wszystkim niezadowolonym opowiedział w medialnych przekazach.
Prezes odpowiada malkontentom
Jego stanowisko brzmi mniej więcej tak: „Przygotowaliśmy ten plan, aby dać klubom fundamenty. Dzięki nim mają o co się oprzeć przed rozpoczęciem rozgrywek sezonu 2020/2021. Nasza pomoc jest rzeczywiście wyjątkowa, bo chyba nie ma takiej drugiej federacji w Europie, która pomagałaby klubom i ligom, bo to są niezależne podmioty. Natomiast my mamy własną strategię, rządzimy tak, aby polska piłka miała ręce i nogi. Mam nadzieję, że kluby wyciągną wnioski z tego kryzysu i nie odbiorą naszej pomocy na zasadzie takiej, że oto pod dom podjechały sanie, wysiadł z nich Gwiazdor, czy święty Mikołaj, rozdał prezenty, a my bawimy się dalej. Jeżeli nie nastąpi zmiana mentalności, w postrzeganiu piłki, poprawa umiejętności zarządzania w klubach, to za chwilę wróci to, co było. Od dawna twierdzę, że nasze kluby żyją ponad stan, nie mają strategii, są za bardzo uległe piłkarzom, których rola, nawet tych najlepszych, nie powinna się do tego sprowadzać. A to właśnie teraz, w czasie pandemii, mocno przeszkadza w sprawnym radzeniu sobie z kryzysem, bo kluby chcą obniżyć pobory piłkarzom o 50 procent i racja jest po ich stronie, lecz co z tego, skoro z powodu istniejących zaległości płacowych napotykają na zrozumiały opór”.
Mimo tych zastrzeżeń rada nadzorcza Ekstraklasy SA, na wniosek wszystkich klubów, podjęła uchwałę o zasadach ograniczania wynagrodzenia zawodników w związku z nadzwyczajnymi okolicznościami w kraju spowodowanymi przez pandemię wirusa SARS-CoV-2. Zasady podano w oficjalnym komunikacie spółki.
Ekstraklasa tnie zarobki piłkarzy
„Wskutek wprowadzonych w Polsce ograniczeń kluby nie mogą prowadzić zorganizowanych treningów i rozgrywać meczów. W rezultacie, świadczenie usług profesjonalnych przez zawodników na rzecz klubów w dotychczasowym kształcie zostało znacząco ograniczone, a kluby nie osiągają zaplanowanych przychodów. Przyjęta uchwała ma na celu minimalizowanie negatywnych wpływów pandemii na sytuację finansową klubów, a zwłaszcza uchronienie ich przed bankructwem, zachowanie miejsc pracy i ochronę wynagrodzeń, a także zapewnienie integralności rozgrywek. Uchwała rady nadzorczej Ekstraklasy reguluje, że kluby są uprawione do obniżenia wynagrodzenia piłkarzy o 50 procent, jednak do kwot nie niższych niż 10 tys. zł brutto w przypadku umów o pracę lub umów cywilnoprawnych dla zawodników nieprowadzących działalności gospodarczej oraz do 10 tys. zł netto dla piłkarzy rozliczających się z klubami na podstawie faktury VAT. Obniżki wynagrodzeń piłkarzy mają obowiązywać od 14 marca br. do minimum pierwszego meczu ligowego w Ekstraklasie rozgrywanego jako impreza masowa z udziałem publiczności, jednak nie krócej niż do zakończenia sezonu rozgrywkowego 2019/2020 lub do dnia 30 czerwca 2020 r. – zależnie od tego, które z tych zdarzeń nastąpi później. Na bazie uchwały rady nadzorczej zarząd Ekstraklasy zwróci się do zarządu PZPN o przyjęcie stosownych regulacji w Federacji w tym zakresie, obejmujących także zasady wyłączające możliwości rozwiązania kontraktów przez zawodników wskutek obniżek wynagrodzeń dokonanych na bazie uchwalonych zasad. Ta pomoc ze strony Związku jest obecnie traktowana przez kluby jako priorytetowa, gdyż zapewnia wsparcie w bieżącym sezonie i daje szanse na przetrwanie tego trudnego okresu” (…). Podobną uchwalę podjęły też kluby I ligi piłkarskie, z tą różnicą, że one granice nietykalności zarobków obniżyły do kwoty 4 tys. złotych.
Związek zawodowy piłkarzy na razie tylko jęknął, że takie odgórne obniżanie zarobków jest działaniem nieprawnym, lecz teraz nie ma w ręku żadnych argumentów do zmiany tej decyzji.

Piłkarskie ligi w Polsce pauzują do 26 kwietnia

W Polsce epidemia koronawirusa nie słabnie, chociaż rozwija się znacznie wolniej niż w wielu innych europejskich krajach. Mimo to władze wprowadzają kolejne ograniczenia i podtrzymują zakaz zgromadzeń. W tej sytuacji PZPN i Ekstraklasa SA przedłużyły do 26 kwietnia okres zawieszenia wszelkich rozgrywek piłkarskich.

Departament Logistyki Rozgrywek Ekstraklasy SA poinformował, że „w związku z aktualną sytuacją związaną z wprowadzonym stanem zagrożenia epidemicznego i wynikającym z tego przedłużającym się brakiem możliwości kontynuacji rozgrywek w zaplanowanym pierwotnie okresie, mecze PKO Ekstraklasy zostają odwołane do 26 kwietnia 2020 roku włącznie”. O ewentualnych decyzjach dotyczących wznowienia rozgrywek czy też ich kolejnego przesunięcia Ekstraklasa SA informować będzie natychmiast po ich podjęciu.
Polski Związek Piłki Nożnej także opublikował komunikat dotyczącym zawieszenia rozgrywek w niższych ligach, nad którymi sprawuje bezpośrednia pieczę. „Mecze Fortuna I ligi, II ligi, III ligi oraz pozostałych klas rozgrywkowych piłki nożnej i futsalu, kobiet i mężczyzn, wszystkich kategorii wiekowych zostają odwołane do 26 kwietnia 2020 roku włącznie” – poinformował PZPN.
Do zakończenia rywalizacji w PKO Ekstraklasie pozostało 11 kolejek, tyle samo mają też do rozegrania zespoły w I i II lidze. Liderem PKO Ekstraklasy po 26 kolejkach jest Legia Warszawa, która o osiem punktów wyprzedza Piasta Gliwice. W I lidze prowadzi Podbeskidzie Bielsko-Biała przed Wartą Poznań, zaś w II lidze liderem jest Widzew Łódź przed Górnikiem Łęczna.

Kto zapłaci za przestój?

Nasza piłkarska ekstraklasa wstrzymała rozgrywki do końca marca, ale przerwa może wydłużyć się o kolejne tygodnie, a całkiem niewykluczone, że sezon w ogóle nie zostanie dokończony. Większość zawodników i trenerów odetchnęła z ulgą, ale szefowie klubów mają teraz do rozwiązania kolejny problem – jak uniknąć bankructwa.

Zważywszy na fakt, że blisko 90 procent klubowych budżetów pochłaniają płace, ich cięcia wydają się nieuchronne. A to zrodzi trudne do przewidzenia konflikty i kolejne komplikacje. Nic dziwnego, że w futbolowych kręgach decyzyjnych nie było woli natychmiastowego wstrzymania rozgrywek. Gdy rząd w ubiegłym tygodniu wprowadził zakaz organizowania imprez masowych, PZPN w czwartek mimo to postanowił grać przy pustych trybunach, lecz już następnego pod wpływem protestów piłkarzy zmienił decyzję i zawiesił wszystkie rozgrywki do końca marca.
Tylko na razie nic nie zapowiada, że już za dwa tygodnie nasze życie wróci do normy. Dlatego władze piłkarskich klubów gorączkowo szukają pomysłu na przetrwanie kryzysu. Na pomoc nie mają co liczy, bo ekstraklasa nie bez powodu uważana jest przecież za najbogatszą ligę w Polsce. Pod koniec 2018 roku Ekstraklasa SA sprzedała na dwa lata prawa telewizyjne Canal+ oraz TVP za pół miliarda złotych, co oznaczało wzrost wpływów z tego tytułu o 60 procent. Dzięki temu w tym i następnym sezonie kluby miały osiągnąć najwyższe w historii wpływy z tytułu sprzedaży praw mediowych, dające ekstraklasie pod tym względem awans z 11. na 8. pozycję w Europie.
Teraz te prognozowane dochody są zagrożone, bo każda nierozegrana kolejka oznacza pomniejszenie tego „finansowego tortu” o osiem milionów złotych. A do końca rozgrywek pozostało jeszcze 11 kolejek, czyli w przypadku niedokończenia rozgrywek kluby straciłyby z tego tytułu 90 mln złotych. Do tego dochodzi utrata dochodów ze sprzedaży biletów. Najbardziej poszkodowana w tym względzie byłaby Legia Warszawa, legitymująca się w tym sezonie najwyższą frekwencją, najmniej zajmujący ostatnią lokatę w liczbie widzów Raków Częstochowa.
Polskie kluby wydają na bieżąco niemal wszystkie pieniądze, jakie zarobią, a zatem nie dysponują praktycznie żadnymi finansowymi rezerwami na wypadek kryzysu. Jeśli z braku wpływów przestaną wypłacać piłkarzom wynagrodzenia, oni po trzech miesiącach będą mogli wystąpić o rozwiązanie kontraktów z winy klubu i zmienić pracodawcę. Takie są obecnie przepisy FIFA i UEFA, które respektuje rzecz jasna także PZPN. I tych regulacji raczej te nadrzędne organizacje nie odwołają, bo koronawirus może zaburzyć rozgrywki, lecz nie wypracowany przez lata futbolowy porządek. Zbyt wielu wpływowych ludzi w tym sporcie czerpie z tego korzyści, by chcieć go modyfikować.
Rozwiązaniem byłoby renegocjowanie obowiązujących kontraktów i zmniejszenie ich o procentowy wskaźnik strat spowodowanych przez koronawirus. Wskaźnik wyliczony najlepiej pod nadzorem PZPN i może jeszcze ministerstwa sportu, najlepiej taki sam dla wszystkich klubów. Ale to już jest wewnętrzny problem piłkarskich przedsiębiorstw. Na hojność samorządów lokalnych oraz swoich kibiców kluby raczej nie powinny już liczyć. Wątpliwe by w czasach kryzysu, gdy na wszystko zacznie brakować pieniędzy, ktoś uznał za stosowne pomaganie sportowcom. Epidemia mocno przewartościuje nasze preferencje także w tym względzie.

Będą grali przy pustych trybunach

We wtorek polski rząd podjął decyzję o zawieszeniu imprez masowych. Piłkarska ekstraklasa będzie jednak grała dalej, tyle że przy pustych trybunach. Także marcowe mecze reprezentacji z Finlandią i Ukrainą zostaną rozegrane bez kibiców.

W Polsce sytuacja nie jest jeszcze tak zła, jak w wielu innych europejskich krajach. Do tej pory stwierdzono u nas 18 przypadków zachorowań na koronawirusa Covid-19, ale służby sanitarne utrzymują, że wirus jest w ofensywie i liczba zakażeń na pewno znacznie się powiększy. Władze państwowe próbują temu przeciwdziałać m.in. poprzez odwołanie wszystkich imprez masowych, ale organizatorom rozgrywek dały możliwość ich kontynuowania, lecz bez udziału kibiców. Z tej możliwości skorzystała już PKO Ekstraklasa, której zarząd w stosownym komunikacie poinformował, iż „do odwołania mecze będą organizowane bez publiczności”. Prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki wyjaśnił, że z uwagi na napięty terminarz nie ma możliwości przełożenia ligowych kolejek, zwłaszcza że nie wiadomo jak długo potrwa stan zagrożenia epidemiologicznego. Do rządowego zarządzenia dostosował się też PZPN komunikując, iż marcowe mecze towarzyskie reprezentacji Polski z Finlandią we Wrocławiu oraz Ukrainą na Stadionie Śląskim w Chorzowie zostaną rozegrane bez udziału kibiców.
W myśl polskiego prawa impreza masowa uzyskuje taki status, jeśli na widowni pojawi się więcej niż 999 osób. To oznacza, że w niższych ligach piłkarskich oraz w grach halowych, gdzie frekwencja rzadko przekracza tę barierę, spotkania będą mogły odbywać się z udziałem widzów, chyba że stosowne władze wydadzą dodatkowe zakazy. „Podjęliśmy decyzję o odwołaniu wszystkich imprez masowych, ale jeśli organizatorzy imprezy uznają, że dalej będzie miała sens bez udziału publiczności, to wojewodowie w tym zakresie będą elastyczni” – zapewnił szef resortu MSWiA Mariusz Kamiński.
Jednak minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk zaleca przekładanie imprez na inny termin. „Rekomendujemy odwołanie wszystkich imprez sportowych, nie tylko masowych, ale też tych o mniejszym zasięgu, ze względu na ryzyko zakażenia koronawirusem. Dotyczy to także imprez organizowanych dla dzieci i młodzieży. Sytuacja jest dynamiczna, a najbliższe tygodnie będą w tej kwestii kluczowe” – podkreśla minister sportu.

PZPN chce reformy

Zespoły PKO Ekstraklasy szykują formę do wiosennej rundy, która rozpocznie się w piątek 7 lutego, ale wiele wskazuje, że zanim piłkarze wyjdą na boisko, w najwyższych futbolowych gremiach może zapaść decyzja o kolejnej reformie tych rozgrywek. PZPN próbuje przeforsować ligę złożoną z 18 drużyn i rywalizującą bez podziału na grupy mistrzowską i spadkową.

Za pomysłem powiększenia składu Ekstraklasy do 18 zespołów gorąco optuje prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek. W minioną środę obradował w tej sprawie zarząd PZPN, a wnioski z tej narady mają zostać na dniach przedstawione władzom zarządzającej rozgrywkami najwyższej ligi spółki Ekstraklasa SA. Nie jest żadną tajemnicą, że w tym gremium nie ma zgody w tej kwestii, a jeszcze większe rozbieżności panują w poszczególnych klubach.
Gwoli przypomnienia – obecny system rozgrywek, zwany w piłkarskim żargonie ESA-37, wprowadzono od sezonu 2013/2014. Liga liczy 16 drużyn, które grają każda z każdą w systemie dwurundowym jesień-wiosna, a po 30. kolejce następuje podział na dwie osmiozespołowe grupy: mistrzowską i spadkową, które następnie wedle rozgrywają siedem kolejek w fazie play off, czyli każdy z każdym, lecz już bez rewanżów, a przywilej bycia gospodarzem meczu zależy od miejsca zajętego po rundzie zasadniczej.
Powrót do klasycznej ligi
W sumie zatem każdy z zespołów musi w sezonie rozegrać 37 spotkań. W poprzednim sezonie zniesiono przepis o podziale punktów na pół po sezonie zasadniczym, a w obecnym wprowadzono jeszcze jedną zmianę – z ligi spadną trzy, a nie dwie (jak dotychczas) drużyny. Ich miejsce zajmą trzy zespoły z I ligi.
PZPN chce wrócić do klasycznej formuły dwurundowych ligowych rozgrywek i namawia Ekstraklasę SA do rezygnacji z podziału na rundę zasadniczą i play off oraz do powiększenia najwyższej ligi do 18 drużyn przy zachowaniu zasady, że spadają z niej trzy zespoły. Działacze futbolowej centrali uważają, że w ten sposób da się powstrzymać postępujący z roku na rok spadek poziomu sportowego PKO Ekstraklasy, odpływ najlepszych lub dobrze zapowiadających się piłkarzy za granicę, żenująco słabe wyniki w europejskich pucharach oraz pogarszającą się frekwencję na trybunach. Forsując swój pomysł powołują się na ustalenia wypracowane cztery lata temu podczas wspólnej narady z Ekstraklasą SA w Jachrance. Wtedy postanowiono o powiększeniu ligi, zreformowaniu I ligi i Pucharu Polski. A w 2016 roku jeszcze nie było tak źle. Legia Warszawa grała wtedy w fazie grupowej Ligi Mistrzów przeciwko Realowi Madryt, Borussii Dortmund i Sportingowi. Dostała się do 1/16 finału Ligi Europy. Cztery lata później takie sukcesy są już tylko mglistym wspomnieniem, bo przez ten czas polska piłka klubowa zjechała mocno w dół. Żaden z zespołów ekstraklasy nie zakwalifikował się już w tym czasie do fazy grupowej ani w Lidze Mistrzów, ani nawet w Lidze Europy. W konsekwencji w przyszłym roku polska liga w rankingu UEFA wyląduje na 32. miejscu. Czternaście lokat w dół w ciągu czterech lat.
Zapewne rację mają ci, którzy twierdzą, że to efekt przeładowanego kalendarza rozgrywek, bo 37 kolejek ligowych, plus Puchar Polski oraz konieczność wczesnego rozpoczęcia rywalizacji w eliminacjach europejskich pucharów drenuje zasoby kadrowe i finansowe nawet czołowych klubów, przez co nie mają czasu ani możliwości na zbudowanie zespołów zdolnych do nawiązania rywalizacji choćby z europejskimi średniakami.
Ekstraklasa podjęła próby złagodzenia zasad rywalizacji w systemie ESA-37 i od 2017 roku zniesiono podział punktów w grupach mistrzowskiej i spadkowej. Ostatnio dokonano też zmiany w systemie awansów i spadków na dwóch szczeblach rozgrywek. W obecnym sezonie z ekstraklasy spadną trzy drużyny, a w ich miejsce awansują bezpośrednio dwa pierwsze zespoły z I ligi, zaś trzeciego beniaminka wyłonią baraże z udziałem drużyn z miejsc 3-6. W I lidze zaostrzono też warunki licencyjne, wymagając od klubów podgrzewanej murawy, oświetlenia i trybun na minimum 4,5 tys. miejsce siedzących. W październiku 2019 PZPN przeforsował poprawkę w swoim statucie, modyfikując przepis dotyczący powiększenia ligi. Teraz do osiągnięcia celu pozostało pokonanie najważniejszej przeszkody – oporu ze strony władz Ekstraklasy SA.
Normalnie, czyli jak dawniej
„Chcemy powrotu do normalności. Półtora roku temu zreformowaliśmy I ligę, teraz nadszedł czas wdrożenia ostatniego etapu. Widzę, że jest wielkie zaskoczenie, że PZPN coś robi. Tak samo było, kiedy wprowadzaliśmy przepis o młodzieżowcu czy system VAR. Według raportu UEFA, jesteśmy krajem najbardziej rozbudowującym infrastrukturę piłkarską. 18-zespołowa liga wydaje się normalnym, stabilnym pomysłem” – przekonywał prezes Boniek m. in. w wywiadzie udzielonym „Przeglądowi Sportowemu”. Główny sternik polskiego futbolu nie mami jednak obietnicami, że ekstraklasa w formule osiemnastozespołowej okaże się remedium na całe zło. „Kształt ekstraklasy ani żadna formuła rozgrywek nie będą miały wpływu na formę naszych drużyn w pucharach. Co więcej, system szkolenia również, bo któryś z prezesów kupi jedenastu obcokrajowców i z nimi spróbuje podbić Europę. 18 drużyn w ekstraklasie to tylko powrót do normalności. Pomysł z poszerzeniem ligi uważam za dobry” – twierdzi Boniek. Jeśli PZPN przeforsuje ten pomysł, przyszły sezon PKO Ekstraklasy zostanie uznany jako przejściowy. Spadnie tylko jedna drużyna, a z I ligi awansują trzy.
W tym sporze swoje racje mają obie strony. Bez wątpienia obecny system rozgrywek jest atrakcyjny dla kibiców, bo rywalizacja jest wyrównana niemal do ostatniej kolejki gier. Ale prawdą jest też to, że nie daje on trenerom ani zawodnikom wielkiego marginesu na błędy czy doskonalenie. Trudno jest wystawić do gry młodego, perspektywicznego gracza w sytuacji, gdy od wyniku zależy utrzymanie zespołu w ekstraklasie. A po spadku kluby tracą dochody z tytuły praw telewizyjnych i tracą sponsorów, więc ich właściciele wolą stawiać na rutynowanych graczy. Przejście na ligę 18-zespołową dałoby w tym względzie większą swobodę działania, a także szansę na zmianę modelu działania polskich klubów. Żaden z nich nie ma szans dostać się do europejskiej elity, zatem pozostaje im rola dostarczyciela utalentowanych graczy dla potentatów.
Zawsze chodzi o pieniądze
Prawdziwym powodem oporu części działaczy Ekstraklasy SA są jednak pieniądze ze sprzedaży praw telewizyjnych. W 2016 roku prawa te rozdysponowano tylko do sezonu 2018/2019. Kolejny kontrakt medialny miał być przejściowy, dlatego zawarto go jedynie na sezony 2019/2020 i 2020/2021). Ekstraklasa SA chwaliła się rekordową kwotą zapłaconą wspólnie przez Canal+ i TVP, która ponoć wynosi 225 milionów złotych za sezon.
Ale teraz nadchodzi czas negocjowania kolejnej umowy, z tego co wycieka na zewnątrz należy wnosić, że już długoterminowej. Sęk w tym, że potencjalni nabywcy żądają odświeżonego produktu, a takim byłaby liga 18-zespołowa, grająca w podobnym rytmie czasowym jak niemiecka Bundesliga, w komplecie na nowoczesnych stadionach. Za taki „towar” można już zażądać poważnych pieniędzy. Dlatego pomysł PZPN raczej na pewno przejdzie.