Kontrowersyjny pakiet i cięcie zarobków

PZPN w miniony piątek zatwierdził do realizacji pakiet pomocowy dla polskich klubów, które w wyniku epidemii koronawirusa wpadną w finansowe tarapaty. W sumie w ramach tego projektu przekaże ponad 116 milionów złotych. Jednak cele, na które zostaną przekazane pieniądze, wzbudziły w piłkarskim środowisku wiele kontrowersji.

Główny zarzut, jaki stawiają oponenci, dotyczy sposobu dystrybucji owych 116 milionów złotych. Z tej imponująco wyglądającej kwoty niemal połowa to środki, które PZPN i tak miał już wcześniej wpisane do budżetu na ten i przyszły sezon. Na przykład w ramach programu Pro Junior System PZPN wypłaca klubom za wystawianie młodzieżowców 18,1 mln złotych, bo do tego się zobowiązał wymuszając wystawianie do gry graczy do lat 21.
W pakiecie pomocowym umieszczono od razu dwie transze, na ten sezon i następny, co dało kwotę 36,2 mln złotych, która i tak miała przecież wpłynąć na konta klubów. Jako pomoc PZPN uznał też dotacje na rozwój piłki kobiecej, który już wcześniej zostały zatwierdzone. A to kolejne 7,6 mln złotych w pakiecie pomocowym. Kreatywnie policzono też pieniądze za Puchar Polski, bo do planowanych wcześniej sześciu milionów dorzucono cztery, ale do pakietu doliczono dziesięć „baniek”. I tak z wszystkich wcześniej i tak już ujętych w budżecie wydatków uzbierało się blisko 60 milionów złotych, czyli połowa z owych tak szumnie ogłoszonych w pakiecie pomocowym 116 milionów.
Realna pomoc to połowa kwoty
A z realnych pieniędzy, jakie związek przeznaczył na wsparcie klubów, 30 milinów złotych dostaną kluby ekstraklasy. To oznacza, że po zdjęciu z tego pakietu propagandowego opakowania w środku znajdziemy znacznie mniej „ciasteczek”, niż obiecuje kolportowana już szumnie przez bezkrytyczną wobec władz PZPN część mediów. Tymczasem program pomocowy przygotowano pod kątem wsparcia największych graczy na naszym piłkarskim rynku, a dla małych zostawiono okruchy z pańskiego stołu.
Faktyczną pomoc finansową PZPN rozbił jeszcze na kilka etapów. W sezonie 2020/2021 kluby ekstraklasy dostanie do podziału 30 milionów złotych, kluby I ligi 10 mln złotych, kluby II ligi 6 mln złotych, a kluby III ligi 4 mln złotych. Do tego PZPN przesunął m.in. terminy spłaty zobowiązań licencyjnych oraz zwiększył do czterech liczbę miesięcy bez wypłaty, co dla piłkarzy jest podstawą do wnioskowania o rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Do tej pory mogli to robić już po dwóch miesiącach bez wypłaty.
W sumie jednak tak naprawdę to mało kto jest zadowolony z pakietu pomocowego PZPN. Kluby ekstraklasy, które dostaną po 1,8 mln złotych, liczyły rzecz jasna na poważniejsze wsparcie, na znacznie więcej liczyły też kluby w niższych ligach, a najbardziej płaczą akademie piłkarskie i przedstawiciele futbolu amatorskiego. Prezes PZPN Zbigniew Boniek wszystkim niezadowolonym opowiedział w medialnych przekazach.
Prezes odpowiada malkontentom
Jego stanowisko brzmi mniej więcej tak: „Przygotowaliśmy ten plan, aby dać klubom fundamenty. Dzięki nim mają o co się oprzeć przed rozpoczęciem rozgrywek sezonu 2020/2021. Nasza pomoc jest rzeczywiście wyjątkowa, bo chyba nie ma takiej drugiej federacji w Europie, która pomagałaby klubom i ligom, bo to są niezależne podmioty. Natomiast my mamy własną strategię, rządzimy tak, aby polska piłka miała ręce i nogi. Mam nadzieję, że kluby wyciągną wnioski z tego kryzysu i nie odbiorą naszej pomocy na zasadzie takiej, że oto pod dom podjechały sanie, wysiadł z nich Gwiazdor, czy święty Mikołaj, rozdał prezenty, a my bawimy się dalej. Jeżeli nie nastąpi zmiana mentalności, w postrzeganiu piłki, poprawa umiejętności zarządzania w klubach, to za chwilę wróci to, co było. Od dawna twierdzę, że nasze kluby żyją ponad stan, nie mają strategii, są za bardzo uległe piłkarzom, których rola, nawet tych najlepszych, nie powinna się do tego sprowadzać. A to właśnie teraz, w czasie pandemii, mocno przeszkadza w sprawnym radzeniu sobie z kryzysem, bo kluby chcą obniżyć pobory piłkarzom o 50 procent i racja jest po ich stronie, lecz co z tego, skoro z powodu istniejących zaległości płacowych napotykają na zrozumiały opór”.
Mimo tych zastrzeżeń rada nadzorcza Ekstraklasy SA, na wniosek wszystkich klubów, podjęła uchwałę o zasadach ograniczania wynagrodzenia zawodników w związku z nadzwyczajnymi okolicznościami w kraju spowodowanymi przez pandemię wirusa SARS-CoV-2. Zasady podano w oficjalnym komunikacie spółki.
Ekstraklasa tnie zarobki piłkarzy
„Wskutek wprowadzonych w Polsce ograniczeń kluby nie mogą prowadzić zorganizowanych treningów i rozgrywać meczów. W rezultacie, świadczenie usług profesjonalnych przez zawodników na rzecz klubów w dotychczasowym kształcie zostało znacząco ograniczone, a kluby nie osiągają zaplanowanych przychodów. Przyjęta uchwała ma na celu minimalizowanie negatywnych wpływów pandemii na sytuację finansową klubów, a zwłaszcza uchronienie ich przed bankructwem, zachowanie miejsc pracy i ochronę wynagrodzeń, a także zapewnienie integralności rozgrywek. Uchwała rady nadzorczej Ekstraklasy reguluje, że kluby są uprawione do obniżenia wynagrodzenia piłkarzy o 50 procent, jednak do kwot nie niższych niż 10 tys. zł brutto w przypadku umów o pracę lub umów cywilnoprawnych dla zawodników nieprowadzących działalności gospodarczej oraz do 10 tys. zł netto dla piłkarzy rozliczających się z klubami na podstawie faktury VAT. Obniżki wynagrodzeń piłkarzy mają obowiązywać od 14 marca br. do minimum pierwszego meczu ligowego w Ekstraklasie rozgrywanego jako impreza masowa z udziałem publiczności, jednak nie krócej niż do zakończenia sezonu rozgrywkowego 2019/2020 lub do dnia 30 czerwca 2020 r. – zależnie od tego, które z tych zdarzeń nastąpi później. Na bazie uchwały rady nadzorczej zarząd Ekstraklasy zwróci się do zarządu PZPN o przyjęcie stosownych regulacji w Federacji w tym zakresie, obejmujących także zasady wyłączające możliwości rozwiązania kontraktów przez zawodników wskutek obniżek wynagrodzeń dokonanych na bazie uchwalonych zasad. Ta pomoc ze strony Związku jest obecnie traktowana przez kluby jako priorytetowa, gdyż zapewnia wsparcie w bieżącym sezonie i daje szanse na przetrwanie tego trudnego okresu” (…). Podobną uchwalę podjęły też kluby I ligi piłkarskie, z tą różnicą, że one granice nietykalności zarobków obniżyły do kwoty 4 tys. złotych.
Związek zawodowy piłkarzy na razie tylko jęknął, że takie odgórne obniżanie zarobków jest działaniem nieprawnym, lecz teraz nie ma w ręku żadnych argumentów do zmiany tej decyzji.

Piłkarskie ligi w Polsce pauzują do 26 kwietnia

W Polsce epidemia koronawirusa nie słabnie, chociaż rozwija się znacznie wolniej niż w wielu innych europejskich krajach. Mimo to władze wprowadzają kolejne ograniczenia i podtrzymują zakaz zgromadzeń. W tej sytuacji PZPN i Ekstraklasa SA przedłużyły do 26 kwietnia okres zawieszenia wszelkich rozgrywek piłkarskich.

Departament Logistyki Rozgrywek Ekstraklasy SA poinformował, że „w związku z aktualną sytuacją związaną z wprowadzonym stanem zagrożenia epidemicznego i wynikającym z tego przedłużającym się brakiem możliwości kontynuacji rozgrywek w zaplanowanym pierwotnie okresie, mecze PKO Ekstraklasy zostają odwołane do 26 kwietnia 2020 roku włącznie”. O ewentualnych decyzjach dotyczących wznowienia rozgrywek czy też ich kolejnego przesunięcia Ekstraklasa SA informować będzie natychmiast po ich podjęciu.
Polski Związek Piłki Nożnej także opublikował komunikat dotyczącym zawieszenia rozgrywek w niższych ligach, nad którymi sprawuje bezpośrednia pieczę. „Mecze Fortuna I ligi, II ligi, III ligi oraz pozostałych klas rozgrywkowych piłki nożnej i futsalu, kobiet i mężczyzn, wszystkich kategorii wiekowych zostają odwołane do 26 kwietnia 2020 roku włącznie” – poinformował PZPN.
Do zakończenia rywalizacji w PKO Ekstraklasie pozostało 11 kolejek, tyle samo mają też do rozegrania zespoły w I i II lidze. Liderem PKO Ekstraklasy po 26 kolejkach jest Legia Warszawa, która o osiem punktów wyprzedza Piasta Gliwice. W I lidze prowadzi Podbeskidzie Bielsko-Biała przed Wartą Poznań, zaś w II lidze liderem jest Widzew Łódź przed Górnikiem Łęczna.

Kto zapłaci za przestój?

Nasza piłkarska ekstraklasa wstrzymała rozgrywki do końca marca, ale przerwa może wydłużyć się o kolejne tygodnie, a całkiem niewykluczone, że sezon w ogóle nie zostanie dokończony. Większość zawodników i trenerów odetchnęła z ulgą, ale szefowie klubów mają teraz do rozwiązania kolejny problem – jak uniknąć bankructwa.

Zważywszy na fakt, że blisko 90 procent klubowych budżetów pochłaniają płace, ich cięcia wydają się nieuchronne. A to zrodzi trudne do przewidzenia konflikty i kolejne komplikacje. Nic dziwnego, że w futbolowych kręgach decyzyjnych nie było woli natychmiastowego wstrzymania rozgrywek. Gdy rząd w ubiegłym tygodniu wprowadził zakaz organizowania imprez masowych, PZPN w czwartek mimo to postanowił grać przy pustych trybunach, lecz już następnego pod wpływem protestów piłkarzy zmienił decyzję i zawiesił wszystkie rozgrywki do końca marca.
Tylko na razie nic nie zapowiada, że już za dwa tygodnie nasze życie wróci do normy. Dlatego władze piłkarskich klubów gorączkowo szukają pomysłu na przetrwanie kryzysu. Na pomoc nie mają co liczy, bo ekstraklasa nie bez powodu uważana jest przecież za najbogatszą ligę w Polsce. Pod koniec 2018 roku Ekstraklasa SA sprzedała na dwa lata prawa telewizyjne Canal+ oraz TVP za pół miliarda złotych, co oznaczało wzrost wpływów z tego tytułu o 60 procent. Dzięki temu w tym i następnym sezonie kluby miały osiągnąć najwyższe w historii wpływy z tytułu sprzedaży praw mediowych, dające ekstraklasie pod tym względem awans z 11. na 8. pozycję w Europie.
Teraz te prognozowane dochody są zagrożone, bo każda nierozegrana kolejka oznacza pomniejszenie tego „finansowego tortu” o osiem milionów złotych. A do końca rozgrywek pozostało jeszcze 11 kolejek, czyli w przypadku niedokończenia rozgrywek kluby straciłyby z tego tytułu 90 mln złotych. Do tego dochodzi utrata dochodów ze sprzedaży biletów. Najbardziej poszkodowana w tym względzie byłaby Legia Warszawa, legitymująca się w tym sezonie najwyższą frekwencją, najmniej zajmujący ostatnią lokatę w liczbie widzów Raków Częstochowa.
Polskie kluby wydają na bieżąco niemal wszystkie pieniądze, jakie zarobią, a zatem nie dysponują praktycznie żadnymi finansowymi rezerwami na wypadek kryzysu. Jeśli z braku wpływów przestaną wypłacać piłkarzom wynagrodzenia, oni po trzech miesiącach będą mogli wystąpić o rozwiązanie kontraktów z winy klubu i zmienić pracodawcę. Takie są obecnie przepisy FIFA i UEFA, które respektuje rzecz jasna także PZPN. I tych regulacji raczej te nadrzędne organizacje nie odwołają, bo koronawirus może zaburzyć rozgrywki, lecz nie wypracowany przez lata futbolowy porządek. Zbyt wielu wpływowych ludzi w tym sporcie czerpie z tego korzyści, by chcieć go modyfikować.
Rozwiązaniem byłoby renegocjowanie obowiązujących kontraktów i zmniejszenie ich o procentowy wskaźnik strat spowodowanych przez koronawirus. Wskaźnik wyliczony najlepiej pod nadzorem PZPN i może jeszcze ministerstwa sportu, najlepiej taki sam dla wszystkich klubów. Ale to już jest wewnętrzny problem piłkarskich przedsiębiorstw. Na hojność samorządów lokalnych oraz swoich kibiców kluby raczej nie powinny już liczyć. Wątpliwe by w czasach kryzysu, gdy na wszystko zacznie brakować pieniędzy, ktoś uznał za stosowne pomaganie sportowcom. Epidemia mocno przewartościuje nasze preferencje także w tym względzie.

Będą grali przy pustych trybunach

We wtorek polski rząd podjął decyzję o zawieszeniu imprez masowych. Piłkarska ekstraklasa będzie jednak grała dalej, tyle że przy pustych trybunach. Także marcowe mecze reprezentacji z Finlandią i Ukrainą zostaną rozegrane bez kibiców.

W Polsce sytuacja nie jest jeszcze tak zła, jak w wielu innych europejskich krajach. Do tej pory stwierdzono u nas 18 przypadków zachorowań na koronawirusa Covid-19, ale służby sanitarne utrzymują, że wirus jest w ofensywie i liczba zakażeń na pewno znacznie się powiększy. Władze państwowe próbują temu przeciwdziałać m.in. poprzez odwołanie wszystkich imprez masowych, ale organizatorom rozgrywek dały możliwość ich kontynuowania, lecz bez udziału kibiców. Z tej możliwości skorzystała już PKO Ekstraklasa, której zarząd w stosownym komunikacie poinformował, iż „do odwołania mecze będą organizowane bez publiczności”. Prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki wyjaśnił, że z uwagi na napięty terminarz nie ma możliwości przełożenia ligowych kolejek, zwłaszcza że nie wiadomo jak długo potrwa stan zagrożenia epidemiologicznego. Do rządowego zarządzenia dostosował się też PZPN komunikując, iż marcowe mecze towarzyskie reprezentacji Polski z Finlandią we Wrocławiu oraz Ukrainą na Stadionie Śląskim w Chorzowie zostaną rozegrane bez udziału kibiców.
W myśl polskiego prawa impreza masowa uzyskuje taki status, jeśli na widowni pojawi się więcej niż 999 osób. To oznacza, że w niższych ligach piłkarskich oraz w grach halowych, gdzie frekwencja rzadko przekracza tę barierę, spotkania będą mogły odbywać się z udziałem widzów, chyba że stosowne władze wydadzą dodatkowe zakazy. „Podjęliśmy decyzję o odwołaniu wszystkich imprez masowych, ale jeśli organizatorzy imprezy uznają, że dalej będzie miała sens bez udziału publiczności, to wojewodowie w tym zakresie będą elastyczni” – zapewnił szef resortu MSWiA Mariusz Kamiński.
Jednak minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk zaleca przekładanie imprez na inny termin. „Rekomendujemy odwołanie wszystkich imprez sportowych, nie tylko masowych, ale też tych o mniejszym zasięgu, ze względu na ryzyko zakażenia koronawirusem. Dotyczy to także imprez organizowanych dla dzieci i młodzieży. Sytuacja jest dynamiczna, a najbliższe tygodnie będą w tej kwestii kluczowe” – podkreśla minister sportu.

PZPN chce reformy

Zespoły PKO Ekstraklasy szykują formę do wiosennej rundy, która rozpocznie się w piątek 7 lutego, ale wiele wskazuje, że zanim piłkarze wyjdą na boisko, w najwyższych futbolowych gremiach może zapaść decyzja o kolejnej reformie tych rozgrywek. PZPN próbuje przeforsować ligę złożoną z 18 drużyn i rywalizującą bez podziału na grupy mistrzowską i spadkową.

Za pomysłem powiększenia składu Ekstraklasy do 18 zespołów gorąco optuje prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek. W minioną środę obradował w tej sprawie zarząd PZPN, a wnioski z tej narady mają zostać na dniach przedstawione władzom zarządzającej rozgrywkami najwyższej ligi spółki Ekstraklasa SA. Nie jest żadną tajemnicą, że w tym gremium nie ma zgody w tej kwestii, a jeszcze większe rozbieżności panują w poszczególnych klubach.
Gwoli przypomnienia – obecny system rozgrywek, zwany w piłkarskim żargonie ESA-37, wprowadzono od sezonu 2013/2014. Liga liczy 16 drużyn, które grają każda z każdą w systemie dwurundowym jesień-wiosna, a po 30. kolejce następuje podział na dwie osmiozespołowe grupy: mistrzowską i spadkową, które następnie wedle rozgrywają siedem kolejek w fazie play off, czyli każdy z każdym, lecz już bez rewanżów, a przywilej bycia gospodarzem meczu zależy od miejsca zajętego po rundzie zasadniczej.
Powrót do klasycznej ligi
W sumie zatem każdy z zespołów musi w sezonie rozegrać 37 spotkań. W poprzednim sezonie zniesiono przepis o podziale punktów na pół po sezonie zasadniczym, a w obecnym wprowadzono jeszcze jedną zmianę – z ligi spadną trzy, a nie dwie (jak dotychczas) drużyny. Ich miejsce zajmą trzy zespoły z I ligi.
PZPN chce wrócić do klasycznej formuły dwurundowych ligowych rozgrywek i namawia Ekstraklasę SA do rezygnacji z podziału na rundę zasadniczą i play off oraz do powiększenia najwyższej ligi do 18 drużyn przy zachowaniu zasady, że spadają z niej trzy zespoły. Działacze futbolowej centrali uważają, że w ten sposób da się powstrzymać postępujący z roku na rok spadek poziomu sportowego PKO Ekstraklasy, odpływ najlepszych lub dobrze zapowiadających się piłkarzy za granicę, żenująco słabe wyniki w europejskich pucharach oraz pogarszającą się frekwencję na trybunach. Forsując swój pomysł powołują się na ustalenia wypracowane cztery lata temu podczas wspólnej narady z Ekstraklasą SA w Jachrance. Wtedy postanowiono o powiększeniu ligi, zreformowaniu I ligi i Pucharu Polski. A w 2016 roku jeszcze nie było tak źle. Legia Warszawa grała wtedy w fazie grupowej Ligi Mistrzów przeciwko Realowi Madryt, Borussii Dortmund i Sportingowi. Dostała się do 1/16 finału Ligi Europy. Cztery lata później takie sukcesy są już tylko mglistym wspomnieniem, bo przez ten czas polska piłka klubowa zjechała mocno w dół. Żaden z zespołów ekstraklasy nie zakwalifikował się już w tym czasie do fazy grupowej ani w Lidze Mistrzów, ani nawet w Lidze Europy. W konsekwencji w przyszłym roku polska liga w rankingu UEFA wyląduje na 32. miejscu. Czternaście lokat w dół w ciągu czterech lat.
Zapewne rację mają ci, którzy twierdzą, że to efekt przeładowanego kalendarza rozgrywek, bo 37 kolejek ligowych, plus Puchar Polski oraz konieczność wczesnego rozpoczęcia rywalizacji w eliminacjach europejskich pucharów drenuje zasoby kadrowe i finansowe nawet czołowych klubów, przez co nie mają czasu ani możliwości na zbudowanie zespołów zdolnych do nawiązania rywalizacji choćby z europejskimi średniakami.
Ekstraklasa podjęła próby złagodzenia zasad rywalizacji w systemie ESA-37 i od 2017 roku zniesiono podział punktów w grupach mistrzowskiej i spadkowej. Ostatnio dokonano też zmiany w systemie awansów i spadków na dwóch szczeblach rozgrywek. W obecnym sezonie z ekstraklasy spadną trzy drużyny, a w ich miejsce awansują bezpośrednio dwa pierwsze zespoły z I ligi, zaś trzeciego beniaminka wyłonią baraże z udziałem drużyn z miejsc 3-6. W I lidze zaostrzono też warunki licencyjne, wymagając od klubów podgrzewanej murawy, oświetlenia i trybun na minimum 4,5 tys. miejsce siedzących. W październiku 2019 PZPN przeforsował poprawkę w swoim statucie, modyfikując przepis dotyczący powiększenia ligi. Teraz do osiągnięcia celu pozostało pokonanie najważniejszej przeszkody – oporu ze strony władz Ekstraklasy SA.
Normalnie, czyli jak dawniej
„Chcemy powrotu do normalności. Półtora roku temu zreformowaliśmy I ligę, teraz nadszedł czas wdrożenia ostatniego etapu. Widzę, że jest wielkie zaskoczenie, że PZPN coś robi. Tak samo było, kiedy wprowadzaliśmy przepis o młodzieżowcu czy system VAR. Według raportu UEFA, jesteśmy krajem najbardziej rozbudowującym infrastrukturę piłkarską. 18-zespołowa liga wydaje się normalnym, stabilnym pomysłem” – przekonywał prezes Boniek m. in. w wywiadzie udzielonym „Przeglądowi Sportowemu”. Główny sternik polskiego futbolu nie mami jednak obietnicami, że ekstraklasa w formule osiemnastozespołowej okaże się remedium na całe zło. „Kształt ekstraklasy ani żadna formuła rozgrywek nie będą miały wpływu na formę naszych drużyn w pucharach. Co więcej, system szkolenia również, bo któryś z prezesów kupi jedenastu obcokrajowców i z nimi spróbuje podbić Europę. 18 drużyn w ekstraklasie to tylko powrót do normalności. Pomysł z poszerzeniem ligi uważam za dobry” – twierdzi Boniek. Jeśli PZPN przeforsuje ten pomysł, przyszły sezon PKO Ekstraklasy zostanie uznany jako przejściowy. Spadnie tylko jedna drużyna, a z I ligi awansują trzy.
W tym sporze swoje racje mają obie strony. Bez wątpienia obecny system rozgrywek jest atrakcyjny dla kibiców, bo rywalizacja jest wyrównana niemal do ostatniej kolejki gier. Ale prawdą jest też to, że nie daje on trenerom ani zawodnikom wielkiego marginesu na błędy czy doskonalenie. Trudno jest wystawić do gry młodego, perspektywicznego gracza w sytuacji, gdy od wyniku zależy utrzymanie zespołu w ekstraklasie. A po spadku kluby tracą dochody z tytuły praw telewizyjnych i tracą sponsorów, więc ich właściciele wolą stawiać na rutynowanych graczy. Przejście na ligę 18-zespołową dałoby w tym względzie większą swobodę działania, a także szansę na zmianę modelu działania polskich klubów. Żaden z nich nie ma szans dostać się do europejskiej elity, zatem pozostaje im rola dostarczyciela utalentowanych graczy dla potentatów.
Zawsze chodzi o pieniądze
Prawdziwym powodem oporu części działaczy Ekstraklasy SA są jednak pieniądze ze sprzedaży praw telewizyjnych. W 2016 roku prawa te rozdysponowano tylko do sezonu 2018/2019. Kolejny kontrakt medialny miał być przejściowy, dlatego zawarto go jedynie na sezony 2019/2020 i 2020/2021). Ekstraklasa SA chwaliła się rekordową kwotą zapłaconą wspólnie przez Canal+ i TVP, która ponoć wynosi 225 milionów złotych za sezon.
Ale teraz nadchodzi czas negocjowania kolejnej umowy, z tego co wycieka na zewnątrz należy wnosić, że już długoterminowej. Sęk w tym, że potencjalni nabywcy żądają odświeżonego produktu, a takim byłaby liga 18-zespołowa, grająca w podobnym rytmie czasowym jak niemiecka Bundesliga, w komplecie na nowoczesnych stadionach. Za taki „towar” można już zażądać poważnych pieniędzy. Dlatego pomysł PZPN raczej na pewno przejdzie.

Sensacje na pożegnanie

Po 20 kolejkach piłkarska ekstraklasa udała się na zimową przerwę. W roli lidera do wiosennej części rozgrywek przystąpi Legia Warszawa, dwa kolejne miejsca premiowane grą w kwalifikacjach Ligi Europy zajmują Cracovia i Pogoń Szczecin, natomiast trzy ostatnie „spadkowe” miejsca okupują ŁKS Łódź, Wisła Kraków i Korona Kielce.

W ostatniej w tym roku ligowej kolejce doszło do wręcz podejrzanej sytuacji, bo żadnego meczu nie wygrał zespół, który przed spotkaniem był wyżej w tabeli, a w kilku potyczkach doszło do wręcz sensacyjnych rozstrzygnięć. Porażki Legii 1:2 w Lubinie do takich raczej zaliczyć nie można, bo Zagłębie to zespół z potencjałem sportowym i zapleczem finansowym na pierwszą ósemkę ligowej tabeli, z pewnością jest jednak pewna niespodzianka. Natomiast przegrana Pogoni u siebie 0:1 z Koroną z całą pewnością trzeba uznać za sensację kolejki. „Portowcy” to przecież w tym sezonie zespół ze ścisłej czołówki, niedawno zajmował nawet pierwsze miejsce, zaś Korona dopiero od niedawna nie człapie w ogonie tabeli z „czerwoną latarnią”.

Sensacją podobnego kalibru była też druga z rzędu porażka Lechii Gdańsk. Przed tygodniem ekipa trenera Piotra Stokowca przerżnęła w Białymstoku z Jagiellonią 0:3, co byłoby od biedy nawet łatwe do usprawiedliwienia, bo rywale jeszcze niedawno aspirowali do mistrzowskiego tytułu, a chwilę wcześniej dokonali zmiany szkoleniowca. Ale klęskę lechistów 0:3 poniesioną w 20. kolejce na własnym stadionie w spotkaniu z beniaminkiem ekstraklasy Rakowem Częstochowa wytłumaczyć nie jest już tak łatwo. A to dlatego, że przyczyną obu tych porażek nie było bynajmniej jakieś niespodziewane załamanie formy, tylko zaległości płacowe klubu wobec zawodników. Jak wyszło natychmiast na jaw, gdański klub, którego prezesem od niedawna ponownie jest Adam Mandziara, zalega swoim graczom z wypłatami od września. Jakim cudem przez te trzy miesiące nikt nie podniósł w tej kwestii rabanu, wiadomo z poprzednich tego typu historii. Działacze i właściciele klubów oszukują zawodników obietnicami, że lada dzień przeleją im na konta wszystkie zaległe pensje, natomiast zawodnicy pozwalają im na takie oszustwo, bo po trzech miesiącach bez wypłaty mogą wystąpić do PZPN o rozwiązanie kontraktu z winy klubu i zmienić pracodawcę za darmo. A tu akurat lada dzień otworzy się zimowe okienko transferowe.

Takie sytuacje powinny dziwić, bo przecież Ekstraklasa chwali się wzrostem przychodów o 10,5 procenta – do kwoty 230 mln złotych. 68,4 procent tych wpływów przynosi klubom sprzedaż praw mediowych (głównie nadawcom telewizyjnym), 15,1 procent produkcja transmisji przez spółkę zależną Ekstraklasa Live, a 8,5 procent środki przekazywane przez sponsorów. A jeśli wierzyć w zapewnienia, w najbliższych latach Ekstraklasa SA będzie zarabiać jeszcze więcej dzięki nowemu kontraktowi telewizyjnemu z Canal+ i Telewizją Polską.

Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że Lechia Gdańsk jest w rękach niemieckiej grupy kapitałowej, która nie brzydzi się żądać dotacji z budżetu miasta. Podobnie jak niemiecka grupa kapitałowa mająca większość udziałów w Koronie Kielce. Co dzieje się z tą górą pieniędzy, że nie starcza na pensje dla piłkarzy?

 

Legia odzyskała tron

W 19. kolejce prowadząca Pogoń Szczecin nieoczekiwanie przegrała z ostatnią w tabeli Wisłą Kraków 0:1, z czego skorzystała Legia Warszawa, która u siebie pokonała Wisłę Płock 3:1 i odzyskała pierwsze miejsce. Dwie bramki dla stołecznej drużyny zdobył Jarosław Niezgoda, który z 13 golami przewodzi w klasyfikacji strzelców.

W tym sezonie Legia objęła prowadzenie w ekstraklasie po raz drugi. Poprzednim razem legioniści wyskoczyli na czoło na początku listopada, ale pozycję lidera utrzymali tylko przez jedną kolejkę, a stracili ją po porażce w Szczecinie z Pogonią. W tym sezonie Legia jest już szóstym liderem rozgrywek. Oprócz niej i Pogoni, na szczycie ligowej tabeli plasowały się jeszcze zespoły Jagiellonii Białystok, Lecha Poznań, Śląska Wrocław i Wisły Płock.

Na finiszu jesiennej części ligowego sezonu wyniki stołecznego zespołu mogą budzić uznanie. W ostatnich 10rozegranych meczach, wliczając w to spotkania w Pucharze Polski, legioniści odnieśli dziewięć zwycięstw, strzelając 31 goli i tracąc zaledwie sześć. A już w swoim mateczniku na Łazienkowskiej podopieczni trenera Aleksandra Vukovicia stali się postrachem dla rywali. W minioną sobotę przekonali się o tym także płocczanie, którzy tylko swojej nadzwyczajnej waleczności w defensywie zawdzięczają, że przegrali tylko 1:3.

Silni w ofensywie

Legia obecnie wyraźnie przewyższa inne zespoły skutecznością. Mając w składzie tak skutecznych w ofensywie graczy, jak lider klasyfikacji strzelców Jarosław Niezgoda, Gwinejczyk Jose Kante, Paweł Wszołek i Brazylijczyk Luquinhas, wspomaganych przez Portugalczyków Andre Martinsa i Cafu oraz Chorwata Domagoja Antolicia, legioniści w 19 kolejkach strzelili już 39 goli, a dla porównania drugi pod względem skuteczności zespół Lecha Poznań jedynie 32, a trzecie Zagłębie Lubin tylko 29.
Niezgoda opuszczał w sobotę boisko na Łazienkowskiej przy owacjach na stojąco. Niewykluczone, że było to jego pożegnanie ze stołeczna publicznością, bo w ostatniej tegorocznej kolejce stołeczny zespół zagra w Lubinie z Zagłębie, a wiele wskazuje, że w przerwie zimowej Niezgoda odejdzie z Legii. Co prawda ten 24-letni napastnik w publicznych wypowiedziach zapewniał, że „nie ma parcia na transfer”, ale takie deklaracje nie mają większego znaczenia, jeśli do klubu wpłynie atrakcyjna finansowo oferta. Jak kwota mogłaby skusić właściciela Legii Dariusza Mioduskiego do wydania zgody na transfer najskuteczniejszego gracza zespołu? Na pewno nie niższa niż pięć milionów euro.

A skoro już o transferach mowa, Legia ma w kadrze jeszcze dwóch graczy budzących zainteresowanie zagranicznych klubów. Mowa o 20-letnim bramkarzu Radosławie Majeckim oraz 18-letnim lewym obrońcy Michale Karbowniku. Za całą trójkę, licząc z Niezgodą, warszawski klub życzy sobie łącznie nie mniej niż 20 milionów euro.

Kwota robi wrażenia, ale na tle europejskiej średniej już taka wygórowana się nie wydaje. Wiadomo, że Legia, chociaż z polskich klubów dysponuje najwyższym budżetem, także musi w swoim budżecie uwzględniać przychody z transferów. Zwłaszcza jeśli nie zarabia odpowiednio dużych pieniędzy w europejskich pucharach. A z tym, jak wiadomo, wszystkie polskie zespoły klubowe od kilku sezonów mają poważny kłopot.

Bogata liga, ale słaba

Efekty tej pucharowej mizerii widać w najnowszym rankingu UEFA lig europejskich, w którym PKO Ekstraklasa spadła już na 32. miejsce. Nic dziwnego, że polska liga jest tak nisko, skoro w tym sezonie po raz trzeci z rzędu żadna nasza drużyna nie zakwalifikował się fazy grupowej europejskich pucharów. Cracovia odpadła w kwalifikacjach Ligi Europy już w lipcu, a Piast Gliwice i Lechia Gdańsk pożegnały się z rozgrywkami 1 sierpnia. Najdłużej walczyła Legia, lecz w IV rundzie nie sprostała Glasgow Rangers (0:0 i 0:1).

Nasza rodzima ekstraklasa wyprzedza już tylko ligi takich krajów, jak Liechtenstein, Luksemburg, Litwa, Armenia, Estonia czy Łotwa, a zdołały ją wyprzedzić z pewnością nie bardziej od niej zamożne ligi m. in. Bułgarii, Białorusi, Azerbejdżanu, Słowacji czy Słowenii.

Słabnąca pozycja PKO Ekstraklasy w Europie może dziwić, bo przecież z roku na rok nasza najwyższa liga rozgrywkowa ma coraz więcej pieniędzy. W 2919 roku zarobiła o 60 procent więcej niż rok wcześniej. Jej przychody sięgają 300 milionów złotych rocznie, co daje jej ósme miejsce w Europie.

Finansową pomyślność zapewnia klubom ekstraklasy podpisana rok temu umowa na sprzedaż praw telewizyjnych, za które Canal+ i TVP zapłaciły rekordową kwotę 250 mln złotych rocznie. Dodatkowym efektem komercyjnym, ważnym dla sponsorów i reklamodawców, jest wzrost oglądalności o 30 procent dzięki transmisjom spotkań w ogólnodostępnej TVP 2. To główny powód obecności na liście sponsorów spółek z udziałem Skarbu Państwa, jak Lotto, Bank PKO BP czy PKN Orlen. Na współpracy z nimi ekstraklasa zyskuje 30 milionów złotych rocznie i dochody z tego tytułu będą rosły.

Problemem są niesforni kibice

Oprócz słabości sportowej ekstraklasa ma jeszcze poważny problem z kibicami. Komisja Ligi po 18. kolejce ukarała z powodu niezgodnego z regulaminem rozgrywek i porządkiem prawnym zachowania fanów Legię, Śląsk i Lecha. Na warszawski klub za wybryki jego kibiców we Wrocławiu nałożono najmniejszą karę, bo tylko 5 tys. złotych grzywny oraz zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na jeden mecz ekstraklasy. Zdecydowanie surowiej ukarano gospodarza spotkania, czyli Śląsk, który musi zapłacić za pirotechniczne wygłupy swoich fanów grzywnę w wysokości 40 tys. złotych, a dodatkowo na klub nałożono zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na trzy mecze ekstraklasy (24. kolejka z Zagłębiem Lubin, 26. kolejka z Jagiellonią Białystok oraz 28. kolejka z Arką Gdynia). Dodatkowo nałożono karę zakazu wejścia na dwa mecze we Wrocławiu dla wszystkich osób, które w trakcie meczu z Legią znajdowały się na trybunie B. Kara ta jest zawieszona na pół roku.

Nie przeszkodziło to jednak wojewodzie dolnośląskiemu zamknąć stadion na jeden mecz, akurat w 19. kolejce, gdy do Wrocławia przyjechał Lech Poznań. A może właśnie dlatego, że Śląsk grał z Lechem, którego Komisja Ligi także z powodu zachowaniem kibiców w meczu z ŁKS Łódź ukarała grzywną w wysokości 40 tys. złotych.

 

Lotto Ekstraklasa: Porozumienie w sprawie podziału pieniędzy

W środę w siedzibie spółki Ekstraklasa SA doszło do spotkania przedstawicieli wszystkich klubów. Rozmawiano o podziale pieniędzy i zmianie systemu rozgrywek.

Po burzliwej naradzie niejednogłośnie ustalono sposób podziału pieniędzy z rekordowych kontraktów mediowych i marketingowych. Od przyszłego sezonu w puli znajdzie się 225 milionów złotych, więc było się o co kłócić. „Dyskusja o podziale pieniędzy nigdy nie jest prosta. Ostateczne decyzje z jednej strony uwzględniają potrzebę wzmocnienia polskich klubów rywalizujących w europejskich pucharach, a z drugiej strony uwzględniono opinie klubów zajmujących niższe miejsca w tabeli. Istotnym elementem nowego podziału środków jest zwiększenie puli przeznaczanej na szkolenie młodzieży” – poinformował przewodniczący Rady Nadzorczej Ekstraklasy SA Karol Klimczak.

Do tej pory do czterech klubów reprezentujących ekstraklasę w europejskich pucharach trafiało łącznie 8,5 procent z puli. Dziś zwiększono tę kwotę do 14 procent, co oznacza 31 mln zł do podziału plus pieniądze z ogólnej puli przeznaczone dla wszystkich klubów w zależności od zajętych miejsc w ekstraklasie. Do tego dochodzi kwota stała, na którą składa się niemal połowa całej sumy, dzielona po równo między kluby oraz dola za tzw. ranking historyczny. „W ramach podziału uwzględniono także zwiększone środki na szkolenie młodzieży w wysokości ponad 17 milionów złotych. Składa się na to 12 milionów dzielonych po równo na wszystkie kluby oraz dodatkowo ok 5,6 mln złotych dofinansowania do systemu Pro-Junior System” – podano w oficjalnym komunikacie. Ustalono też wsparcie w wysokości 2,25 mln złotych dla drużyn, które spadną z ekstraklasy i utrzymano tzw. opłatę solidarnościową dla pozostałych klubów z dolnej ósemki tabeli. Przeznaczono na ten cel ponad milion złotych.

Znacznie większe rozbieżności wywołała dyskusja o zmianach w systemie rozgrywek. Obecny system, zwany ESA 37, jest mocno krytykowany, m. in. przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który optuje za ligą złożoną z 18 zespołów i rozgrywki w dwóch rundach bez podziału na grupy spadkową i mistrzowską. Za obecnym rozwiązaniem głosują jednak stacje telewizyjne, którym odpowiada i liczba meczów, a najbardziej wyrównany przebieg rywalizacji. Decyzję odłożono do jesiennych obrad.

 

Lotto Ekstraklasa: Kontrakt mocno przepłacony

Fot. Nasza piłkarska ekstraklasa oprawą dorównuje najlepszym ligom w Europie, ale poziomem sportowym od nich odstaje

 

 

Zarządzająca rozgrywkami piłkarskimi w najwyższej klasie rozgrywkowej spółka Ekstraklasa SA odniosła sukces – podpisała dwuletni kontrakt z nC+ i Telewizją Polską o wartości pół miliarda złotych. Umowa zacznie obowiązywać od sezonu 2019-2020.

 

Obecny kontrakt na prawa telewizyjne do pokazywania meczów naszej piłkarskiej ekstraklasy wygasa z końcem obecnego sezonu. Umowa obowiązuje od edycji rozgrywek 2015-2016 i na jej podstawie sześć meczów w każdej kolejce ligowej pokazywane jest na żywo w kanałach nC+, natomiast dwa (pierwszy piątkowy oraz poniedziałkowy) – w Eurosporcie. Prawo do transmisji dwóch wybranych spotkań w sezonie ma również TVP. Łączna wartość tego czteroletniego kontraktu wynosi około 600 mln złotych, co oznacza, że za każdy sezon na konto spółki Ekstraklasa SA nadawcy przekazują około 150 mln złotych. Zważywszy na żenujące wyniki polskich zespołów uzyskiwane w europejskich pucharach w tym okresie oraz na ogólny regres jaki panuje ostatnio na rynku praw telewizyjnych w Europie, nowy dwuletni kontrakt został przez nabywców przepłacony. Platforma nC+ na spółkę z TVP zgodziły się płacić Ekstraklasie SA około 250 mln złotych za sezon, co potwierdził prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki. „Wartość dwuletniego kontraktu opiewa na pół miliarda złotych, co oznacza, że jest to najwyższy kontrakt medialny w historii polskiej ligi”.

Z przekazanych do publicznej wiadomości informacji wynika, że wszystkie mecze w sezonie (296) będą transmitowane przez nC+. TVP pokaże 37 meczów, po jednym spotkaniu z każdej kolejki rozgrywanym w sobotę lub niedzielę o godz. 17.30. Prezes TVP Jacek Kurski rzecz jasna uznał to za sukces. „Po zakupie praw do reprezentacji Polski, mistrzostw świata i Europy, po tym jak TVP Sport jest kanałem ogólnodostępnym, przyszedł czas na ostatni element. Jeden mecz w każdej kolejce ekstraklasy przez dwa sezony to spełnienie marzeń, a także oczekiwań naszych wiernych widzów, którzy na to czekali. Spełniamy obietnice, nie rzucamy słów na wiatr. Nigdy wcześniej ekstraklasa nie była obecna w takim wymiarze w Telewizji Polskiej. Widzowie TVP będą mogli oglądać mecze na żywo, nie tylko w TVP Sport, lecz także w TVP1 czy w TVP2” – chwalił się Kurski. Z nieoficjalnych przecieków wiadomo, że TVP zamierza wybierać z tego tortu tylko mecze z udziałem najbardziej medialnych zespołów – Legii Warszawa, Lecha Poznań i ze względu na kibicowską sympatię prezesa Lechii Gdańsk.

Głównym nadawcą telewizyjnym z meczów piłkarskiej ekstraklasy jest platforma nC+, która przejęła prawa po fuzji z Canal+, który był ich właścicielem od 1995 roku. W 2008 roku Canal+ na spółkę z Orange Sport zapłaciły za trzyletnią umowę z Ekstraklasą SA 360 mln złotych (120 mln zł za sezon), ale wysokość kolejnego czteroletniego kontraktu zmniejszono do 90 mln zł za sezon. To dowodzi, że przy słabych wynikach w Europie można się z ekstraklasą skutecznie targować.

 

Lotto Ekstraklasa: Kasa jest, wyników nie ma

Zarządzająca rozgrywkami spółka Ekstraklasa SA pochwaliła się, że w tym sezonie spodziewa się wpływów na poziomie 190 mln złotych. Z tej kwoty 167 mln zł trafi bezpośrednio do klubów oraz PZPN.

 

Przychód prognozowany przez zarządzająca najwyższą klasą rozgrywkową w piłce nożnej w Polsce spółkę zakłada wzrost o 8 procent i jeśli zostanie osiągnięty, będzie najwyższym wynikiem w historii Ekstraklasy SA. Największy udział w przychodach będą miały wpływy z tytułu praw medialnych. Mają stanowić 84 procent, a pozostałe 16 procent będzie pochodzić z praw marketingowych, licencji i barterów. Wśród sponsorów rozgrywek są m.in. Totalizator Sportowy (właściciel marki Lotto), PKO BP, Oshee, Henryk Kania, Aztorin. Według założeń budżetowych Ekstraklasa przekaże klubom-akcjonariuszom 160 mln zł w sezonie 2018/19. Z tej kwoty 155 mln zł będzie miało dla klubów charakter wpływów gotówkowych, zaś 5 mln zł trafi do nich w formie barterów. Ekstraklasa SA na konto PZPN przeleje z tytułu obowiązującej umowy siedem milionów złotych .

Spółka planuje zakup mat przeciwśniegowych dla wszystkich klubów o wartości 1,5 mln zł oraz kamer, które mają ułatwić sztabom szkoleniowym ocenę zawodników podczas meczów i treningów. Wypada pogratulować piłkarskim działaczom operatywności w robieniu pieniędzy i żałować, że nie są równie kreatywni w podnoszeniu sportowego poziomu rozgrywek.

 

Zestaw par 13. kolejki

Piątek: Miedź Legnica – Śląsk Wrocław, godz. 18:00; Jagiellonia Białystok – Legia Warszawa, godz. 20:30. Sobota: Wisła Płock – Piast Gliwice, godz. 15:30; Lechia Gdańsk – Arka Gdynia, godz. 18:00; Pogoń Szczecin – Lech Poznań, godz. 20:30. Niedziela: Korona Kielce – Cracovia, godz. 15:30; Górnik Zabrze – Zagłębie Lubin, godz. 18:00. Poniedziałek: Wisła Kraków – Zagłębie Sosnowiec, godz. 18:00.