Liga Mistrzów UEFA: Koniec hegemonii Messiego i CR7, nadchodzi era Haalanda i Mbappe

Do ćwierćfinałów Champions League nie zakwalifikowały się zespoły Barcelony i Juventusu, a to oznacza, że po raz pierwszy od sezonu 2004/2005 w tej fazie tych elitarnych rozgrywek zabraknie Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Odpadły ponadto RB Lipsk i FC Sevilla, a awans z 1/8 finału wywalczyły ekipy Borussii Dortmund, FC Porto, PSG i Liverpoolu.

Pierwszy z gigantów futbolu odpadł Cristiano Ronaldo. Juventus w pierwszym meczu przegrał na wyjeździe z FC Porto 1:2, ale powszechnie sądzono, że w rewanżu podopieczni trenera Adrei Pirlo na swoim stadionie bez trudu odrobią straty. Nic z tego – już w 17. minucie po faulu Demirala na Taremim sędzia odgwizdał rzut karny dla portugalskiej drużyny, który na bramkę zamienił Sergio Oliveira. Strzegący bramki Juventusu Wojciech Szczęsny nie miał żadnych szans na obronę. W tym momencie sytuacja turyńskiej drużyny zrobiła się dramatyczna, bo FC Porto grało zdecydowanie lepiej i Szczęsny co rusz musiał wykazywać się swoim bramkarskim kunsztem. Do przerwy wynik się jednak nie zmienił, a gdy zespoły wróciły na boisko, gospodarze ruszyli ostro do ataku. Najpierw Chiesa z kilku metrów pokonał Marchesina, doprowadzając do wyrównania, a w 63. minucie ponownie Chiesa doprowadził w dwumeczu do wyniku 3:3, a ponieważ już do końca regulaminowego czasu gry bramki nie padły, sędzia zarządził dogrywkę. A w niej nieoczekiwanie gola w 115. minucie strzelili goście. Oliveira z rzutu wolnego posłał piłkę pod nogami stojącego w murze Cristiano Ronaldo, co kompletnie zaskoczyło Szczęsnego i teraz Juventus musiał zdobyć dwie bramki, żeby awansować. Umiejętności starczyło tylko na jedną, ale wygrana 3:2 nic turyńczykom nie dawała, bo chociaż w dwumeczu był remis 4:4, to FC Porto awansowało dalej dzięki większej liczbie goli strzelonych na wyjeździe. Cristiano Ronaldo wypadł w tym meczu słabo, a włoskie media natychmiast mu wypomniały, że chociaż kosztował gigantyczne pieniądze, to Juventus z nim w składzie nie odniósł w Lidze Mistrzów żadnego sukcesu – po raz drugi z rzędu ekipa „Starej Damy” odpadał w 1/8 finału.
W drugim wtorkowym spotkaniu Borussia Dortmund zremisował u siebie z Sevillą 2:2 (pierwszy mecz na wyjeździe wygrała 3:2), a bohaterami wieczoru byli Erling Haaland oraz Youssef En-Nesyri, którzy zdobyli po dwie bramki. Snajper Sevilli doprowadził do wyrównania w 96. minucie meczu, lecz media zdecydowanie więcej uwagi poświęciły 20-letniemu norweskiemu napastnikowi, który powiększył swój bramkowy dorobek w obecnej edycji Ligi Mistrzów do 10 trafień. Haaland jest liderem klasyfikacji strzelców, ale jego łączny dorobek w tych rozgrywkach, zważywszy przy tym na jego wiek, robi ogromne wrażenie – we wtorkowym spotkaniu z Sevillą strzelił gole nr 19. i 20. w Lidze Mistrzów, a dokonał tego wyczynu w 14 meczach, co jest rekordem tych rozgrywek. Norweski piłkarz został też najmłodszym graczem w historii Ligi Mistrzów, który zapisał na swoim koncie 20 bramek (20 lat i 231 dni). Wyprzedził w tym zestawieniu francuskiego asa Paris Saint-Germain Kyliana Mbappe oraz samego Leo Messiego.
Ci dwaj wielcy piłkarze, schodzący powoli z piedestału Argentyńczyk i wchodzący dopiero na szczyt Francuz spotkani się oko w oko w środę na Parc des Princes w Paryżu. Mało kto dawał ekipie Barcelony szanse na wywalczenie awansu do ćwierćfinału, bo u siebie „Duma Katalonii” przegrała w pierwszym meczu aż 1:4. Tym razem „remontady” nie było, a spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Gole strzelili Mbappe i Messi – Francuz z rzutu karnego, a Argentyńczyk po genialnej akcji, ale gwiazdor „Dumy Katalonii” też sie nie popisał marnując jedenastkę. Po meczu światowe mediach spekulowały, że być może mecz w Paryżu był ostatnim Messiego w Lidze Mistrzów w koszulce Barcelony. Transferowe plotki sugerują, że argentyński piłkarz może latem tego roku trafić do Paris Saint-Germain, ale nawet jeśli do tego dojdzie, to raczej nie zagra w tej drużynie z Mbappe. Francuski napastnik chce odejść z PSG do Realu Madryt, ale gdyby zdecydował się zostać, to wtedy paryskiego klubu nie będzie już stać na zatrudnienie Messiego.
Nie ulega jednak wątpliwości, że na naszych oczach dokonuje się właśnie zmiana warty na futbolowym szczycie. Kończy się era hegemonii Messiego i Cristiano Ronaldo, a zaczyna jeśli nie Haalanda i Mabppe, to na pewno graczy z ich pokolenia. Ale w okresie przejściowym królem został Robert Lewandowski i na razie nic nie zapowiada, by miał już w tym sezonie oddać
koronę w inne ręce.

Liga Mistrzów UEFA: Popisy Mbappe i Haalanda

We wtorek i środę rozegrano pierwsze cztery mecze 1/8 finału piłkarskiej Ligi Mistrzów. Nie popisały się w nich dwa hiszpańskie kluby, które przegrały mecze u siebie: FC Barcelona został rozgromiona przez Paris Saint-Germain 1:4, a FC Sevilla uległa Borussii Dortmund 2:3. W dwóch pozostałych spotkaniach FC Porto pokonało 2:1 Juventus Turyn, a RB Lipsk przegrał z FC Liverpool 0:2.

Spotkania w 1/8 finału Champions League można chyba uznać za początek zmierzchu dwóch największych futbolowych gwiazd ostatniej dekady. Leo Messi w przegranym 1:4 meczu z PSG został przyćmiony przez młodszego o dziesięć lat Kyliana Mbappe, który zaliczył w tym spotkaniu hat-tricka. 33-letni Argentyńczyk odpowiedział jednym trafieniem po kontrowersyjnym rzucie karnym, ale był to jego pierwszy gol w rozgrywkach Ligi Mistrzów w 2021 roku. Nawet jeśli Barcelona odpadnie, to Messiemu zostanie satysfakcja, że zdobywał bramki w Lidze Mistrzów przez 17 lat z rzędu. Poza tym już 13. sezon przekroczył barierę 20 goli. Mbappe na razie może tylko marzyć o takich strzeleckich wyczynach, jakich dokonał już w swojej karierze Leo Messi, lecz we wtorkowy wieczór na Camp Nou przyćmił argentyńskiego asa „Dumy Katalonii” i pod nieobecność kontuzjowanego Neymara był pierwszoplanową postacią zespołu PSG. Jego hat-tricki był wyczynem nietuzinkowym, bo przed Francuzem trzy gole katalońskiej drużynie w jednym spotkaniu zdołał wbić tylko jeden piłkarz, a dokonał tej sztuki Andrij Szewczenko w sezonie 1996/1997 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Dynamo Kijów u siebie pokonało wtedy Barcelonę 3:0, a na Camp Nou zwyciężyło aż 4:0. I to w tym drugim spotkaniu 18-letni wówczas Szewczenko strzelił Barcelonie hat-tricka. Na powtórkę wyczynu ukraińskiego piłkarza trzeba było czekać prawie ćwierć wieku.
Francuskie media rzecz jasna oszalały z zachwytu po oszałamiającej wiktorii paryskiej drużyny w mateczniku „Dumy Katalonii”. Dziennik „L’Equipe” oczywiście najwięcej miejsca na swoich łamach poświęcił bohaterowi wieczoru, przypominając jego drogę na futbolowe szczyty. Mbappe w Lidze Mistrzów zaistniał już w wieku 18 lat jeszcze jako piłkarz AS Monaco, zdobywając pięć goli w fazie pucharowej w meczach z Manchesterem City i Borussią Dortmund. Od tego czasu strzelił w tych rozgrywkach łącznie 15 goli, ale tylko jednego uzyskał w spotkaniu fazy pucharowej (z Manchesterem United w 2019 roku). Od końca 2019 roku do końca 2020 roku francuski napastnik zaliczył jednak w barwach PSG długą bramkową posuchę, w końcu jednak spełnił wreszcie oczekiwania i zanotował, zdaniem „L’Equipe” najlepszy występ w europejskich pucharach. Oceniając występ Mbappe gazeta przyznała mu notę „9” w skali 1-10. We Francji nikt nie ma wątpliwości, że tym razem w rewanżu 10 marca na Parc des Princes w Paryżu nie będzie powtórki „remontady” sprzed czterech lat, gdy po porażce 0:4 w pierwszym spotkaniu Barcelona w rewanżu rozgromiła paryżan 6:1. Wtedy jednak pierwszy mecz grała na wyjeździe, a drugi u siebie, teraz zaś będzie odwrotnie. Poza tym Messi jest dzisiaj zniechęcony do gry w „Dumie Katalonii” i coraz więcej w jego postawie przekonuje, że nie przedłuży wygasającego z końcem tego sezonu kontraktu.
W pozostałych meczach pierwszej transzy 1/8 finału LM FC Liverpool pokonał na wyjeździe RB Lipsk 2:0 po golach Mohameda Salaha i Sadio Mane. Awans ekipy The Reds do ćwierćfinału wydaje się przesądzony, podobnie jak awans Borussii Dortmund, która na wyjeździe pokonała Sevillę 3:2. Dwa trafienia w tym spotkaniu dla niemieckiej drużyny uzyskał Erling Haaland. Norweski napastnik strzela gole jak maszyna – jako zawodnik Molde FK, Red Bull Salzburg i Borussii Dortmund w 119 występach zdobył aż 90 goli, a nie ma jeszcze 21 lat. Tak świetnych statystyk w tym wieku nie miał nawet Robert Lewandowski. Dwa trafienia w potyczce z Sevillą powiększyły jego bramkowy dorobek w tej edycji Ligi Mistrzów do ośmiu i dały awans na pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców. Swojego dorobku nie poprawił natomiast najskuteczniejszy strzelec Ligi Mistrzó wszech czasów Cristiano Ronaldo, a Juventus przegrał na wyjeździe 1:2 z FC Porto. Portugalczyk, uznany niedawno za najlepszego gracza XXI wieku, chyba nie jest już w stanie konkurować z Haalandem czy Mbappe. Im z wielkich w strzeleckich popisach dorównuje już tylko Lewandowski, ale na odpowiedź polskiego piłkarz trzeba poczekać do 23 lutego, bo tego dnia Bayern Monachium zagra na wyjeździe z Lazio Rzym. W trzech pozostałych meczach drugiej tury spotkań 1/8 finału LM Atletico Madryt zmierzy się z Chelsea, Atalanta z Realem Madryt, a Borussia Moenchengladbach z Manchesterem City.

Lewandowski jest królem Bundesligi

Ligowe emocje w Bayernie Monachium opadły, gdy w środku tygodnia zespół przyklepał ósmy z rzędu mistrzowski tytuł. W lidze ekipa trenera Hansiego Flicka ma już tylko jeden cel – wspieranie Roberta Lewandowskiego w jego walce o trzeci z rzędu, a piąty w karierze tytuł króla strzelców.

Niemcy nie mają już obaw, że Polak pobije pomnikowy rekord 40 goli w sezonie ustanowiony blisko pół wieku temu przez legendarnego napastnika bawarskiego klubu Gerda Muellera. „Lewy” na osłodę w sobotnim meczu z Freiburgiem ustanowił inny rekord Bundesligi – z 33. golami na koncie został najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii niemieckiej ekstraklasy. Wcześniej rekordzistą z 31. trafieniami był Gabończyk Pierre-Emerick Aubameyang, którego osiągnięcie w miniony wtorek w 32. kolejce Lewandowski wyrównał, a w sobotę w przedostatniej serii ligowej dwoma kolejnymi bramkami pobił. I nie jest powiedziane, że na tym poprzestanie, bo w ostatniej ligowej kolejce Bayern zmierzy się z szóstym zespołem Bundesligi VfL Wolfsburg.
Kapitan reprezentacji Polski w normalnych okolicznościach pewnie by w tym spotkaniu dostał wolne, zwłaszcza że jego najgroźniejszy konkurent to tytułu króla strzelców, Timo Werner z RB Lipsk, zaliczył w sobotę „pusty przebieg” w przegranym przez jego zespół 0:2 spotkaniu z Borussią Dortmund, pozostał zatem z dorobkiem 26 goli. A to oznacza, że musiałby w ostatnim meczu tego sezonu zdobyć co najmniej siedem bramek żeby dogonić „Lewego”, a osiem żeby go przegonić. To zadanie niewykonalne.
Lewandowski ma zatem piątą „armatę” praktycznie w kieszeni, za występ przeciwko Freiburgowi otrzymał po raz kolejny w tym sezonie notę „1”, oznaczającą w Niemczech „klasę światową”. Wszystko wskazuje, że zostanie uhonorowany tytułem „piłkarza sezonu” w Bundeslidze. Ale „Lewy” chce być nie tylko najlepszy w Niemczech, lecza także w Europie. Na razie jest liderem klasyfikacji „Złotego Buta”, nagrody dla najskuteczniejszego gracza w ligowych rozgrywkach na naszym kontynencie, ale chociaż pewnie prowadzi z dorobkiem 33 goli i 66 punktów, a jego najgroźniejszy konkurent Włoch Ciro Immobile z Lazio Rzym ma na koncie 27 trafień i 54 pkt, to należy pamiętać, że Serie A dopiero w minionym tygodniu wznowiła rozgrywki i ma jeszcze do rozegrania 12 ligowych kolejek. Zatem Immobile będzie miał dość okazji na przegonienie polskiego napastnika Bayernu. Nie wolno też zapominać o dwóch kolekcjonerach „Złotego Buta”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Oni mają w tej chwili po 21 goli na koncie, ale Portugalczyk, jak Immobile, będzie miał jeszcze 12 okazji do poprawienia tego wyniku, a Argentyńczyk osiem. Dlatego Lewandowski chce grać do końca, żeby zbudować jak największą przewagę, bo on w swojej bogatej kolekcji jeszcze „Złotego Buta” nie ma.
Kapitan reprezentacji Polski bije się w tym sezonie o najwyższe indywidualne laury, czyli „Złotą Piłkę” redakcji „France Football” i tytuły „Piłkarza Roku” przyznawane przez UEFA i FIFA, ale te trofea zgarnie raczej bohater zaplanowanych na sierpień w Lizbonie finałowych rozgrywek Ligi Mistrzów. Bayern nie jest faworytem, lecz będzie miał komfortowe warunki na przygotowanie się do imprezy w stolicy Portugalii. 4 lipca zespół trenera Flicka zagra w finale Pucharu Niemiec, a potem piłkarze dostaną 12 dni wolnego. Po powrocie będą mieli ponad dwa tygodnie na przygotowanie się do rewanżowego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Chelsea (w Londynie wygrali 3:0) i prawie miesiąc na zbudowanie odpowiedniej formy na turniej w Lizbonie.
Wracając zaś do Bundesligi, to w 33. kolejce Łukasz Piszczek i jego koledzy z Borussii Dortmund pokonując na wyjeździe 2:0 RB Lipsk zapewnili sobie wicemistrzostwo Niemiec. Oba gole dla ekipy BVB strzelił 19-letni Norweg Erling Haaland. Były to jego 12 i 13 trafienia w Bundeslidze w tym sezonie, ale licząc z bramkami zdobytymi jesienią w lidze austriackiej, ma ich na koncie w sumie 29. Jeśli latem nie odejdzie z Borussii, to w przyszłym sezonie jego rywalizacja z Lewandowskim może być ekscytująca.

Piszczek jako kapitan

Po ponad dwóch miesiącach przerwy spowodowanej przez pandemię koronawirusa, niemiecka Bundesliga jako pierwsza z najsilniejszych lig europejskich wznowiła rozgrywki. Bez kibiców na trybunach i przy zachowaniu reżimu sanitarnego, ale wszyscy i tak są zadowoleni, bo już pierwsze mecze pokazały, że rywalizacja będzie emocjonująca.

W sobotnich spotkaniach na boisku pojawiło się dwóch polskich piłkarzy, Łukasz Piszczek w barwach Borussii Dortmund i Krzysztof Piątek w Herthcie Berlin, lecz tylko pierwszy z nich mógł w pełni cieszyć się z powrotu na boisko. Piszczek zagrał w podstawowym składzie i na dodatek jeszcze w roli kapitana drużyny, co świadczy o jego znaczącej roli w zespole i chyba też zapowiada, że ten klub zamierza przedłużyć z naszym piłkarzem wygasający po tym sezonie kontrakt. Ścigająca prowadzący w tabeli Bayern Monachium Borussia w 26. kolejce podejmowała na swoim stadionie zajmującą miejsce w środku ligowej stawki ekipę Schalke Gelsenkirchen. Trener dortmundczyków Lucien Favre nie wystawił w wyjściowej jedenastce narzekającego na drobne problemy zdrowotne Jadona Sancho, posadził też na ławce z powodu niedyspozycji Giovaniego Reynę, którego w ostatniej chwili zastąpił Thorgan Hazard, a za którego z kolei w 79. minucie spotkania wszedł wspomniany Sancho.
W tym spotkaniu padła pierwsza bramka w 1. Bundeslidze po wznowieniu rozgrywek. Zdobył ją nie kto inny, jak niesamowity norweski nastolatek Erling Haaland, który w 29. minucie wykończył akcję ofensywną rozpoczętą przez Piszczka. Dla Haalanda było to juz 10 trafienie w obecnym sezonie Bundesligi, ale warto przypomnieć, że 19-letni napastnik dołączył do ekipy BVB dopiero w styczniu tego roku i swój strzelecki dorobek uzyskał w zaledwie dziewięciu ligowych występach.
Zdobyte prowadzenie nakręciło jeszcze bardziej graczy Borussii Dortmund i do otwartego przez Haalanda worka z bramkami trzy kolejne dorzucili Raphael Guerreiro (dwa) i Hazard. Punkty zdobyte w wygranym 4:0 spotkaniu pozwoliły ekipie trenera Favre utrzymać pozycję wicelidera tabeli i zmniejszyć do jednego „oczka” dystans punktowy do prowadzącego Bayernu Monachium, ale z radością musieli poczekać do niedzielnego popołudnia, aż Robert Lewandowski i spółka zakończą wyjazdową potyczkę z Unionem Berlin (zakończyła się po zamknięciu wydania).
W Niemczech przed wznowieniem rywalizacji dużo dyskutowano o tym, czy kapitan reprezentacji Polski w tym sezonie po raz piąty w karierze wywalczy tytuł króla strzelców Bundesligi. Wielu ekspertów twierdziło, że może mu w tym przeszkodzić Timo Werner, który przed przerwą w rozgrywkach miał do „Lewego” cztery trafienia straty (mieli w dorobku odpowiednio 25 i 21 goli). Napastnik RB Lipsk w spotkaniu z Freiburgiem (1:1) zaliczył jednak „pusty przebieg” i mógł jedynie liczyć, że Polak także w niedzielnym meczu z Unionem nie powiększy tej przewagi.
Stratę dwóch punktów przez zespół z Lipska wykorzystała bezlitośnie czająca się za jego plecami Borussia Moenchengladbach, która na wyjeździe ograła 3:1 Eintracht Frankfurt i dzięki temu awansowała w tabeli na trzecią pozycję, spychając z ostatniego miejsca na podium właśnie ekipę sponsorowaną przez Red Bulla.
Nieciekawie rozgrywki po restarcie zaczął natomiast inny z graczy reprezentacji Polski, Krzysztof Piątek, który dość niespodziewanie sobotni wyjazdowy mecz Herthy Berlin z Hoffenheim (3:0) rozpoczął na ławce rezerwowych. Nowy trener berlińskiego zespołu, Bruno Labbadia, w roli środkowego napastnika obsadził doświadczonego, 35-letniego Bośniaka Vedada Ibisevicia, który po raz ostatni w wyjściowym składzie Herthy zaczął mecz w grudniu ubiegłego roku. To nie była jedyna kadrowa roszada dokonana przez Labbadię, bo w porównaniu do składu zespołu z ostatniego ligowego spotkania przed zawieszeniem rozgrywek dokonał aż siedmiu zmian. Polski piłkarz był ewidentnie zaskoczony odesłaniem na ławkę, czemu dał wyraz w pomeczowych wypowiedziach, ale zbyt wielu argumentów na swoją obronę nie miał, bo Ibisević zaliczył udany występ i strzelił jedną z trzech bramek. W 79. minucie zmienił go co prawda Piątek, lecz nic szczególnego nie pokazał i wygląda na to, że póki co będzie jedynie zmiennikiem bośniackiego weterana, którego Labbadia dobrze zna jeszcze z czasów, gdy był jego trenerem w VfB Stuttgart (2011-2013).

Lewy ma mocnych konkurentów

Ubiegły rok Robert Lewandowski zakończył w glorii najskuteczniejszego strzelca w Europie – strzelił w nim łącznie we wszystkich rozgrywkach 54 gole i przerwał hegemonię Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Z 19 trafieniami na koncie był też po rundzie jesiennej liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi oraz klasyfikacji „Złotego Buta”.

Podczas krótkiej przerwy zimowej Lewandowski załatwił trapiący go od jakiegoś czasu problem z przepukliną pachwinową. Niemal tuż po ostatnim meczu rundy jesiennej przeszedł zabieg i z tego powodu do treningów z zespołem Bayernu Monachium wrócił dopiero w minioną środę. Trener bawarskiej drużyny Hans Flick był jednak pod wielkim wrażeniem fizycznej formy polskiego napastnika i z niekłamanym uznaniem stwierdził: „To profesjonalista, jest już gotowy do gry niemal na sto procent. Jego indywidualna praca w okresie rehabilitacji i indywidualnych treningów była bardzo dobra. Nie ma żadnych problemów zdrowotnych, nawet podczas najbardziej intensywnych zajęć nie odczuwa żadnego bólu. Bardzo mnie to cieszy”. I rzecz jasna wystawił „Lewego” do gry przeciwko Herthcie w podstawowym składzie.
Nie musiał zapewne Lewandowskiego przymuszać, bo on sam bardzo chciał zagrać w tym spotkaniu. Z oczywistego powodu – po sobotnich spotkaniach Bundesligi stracił bowiem prowadzenie w klasyfikacji strzelców. Odebrał mu je nie kto inny, jak Timo Werner, najgroźniejszy konkurent do zdobycia tytułu króla strzelców. Po rundzie jesiennej napastnik RB Lipsk miał 18 trafień na koncie, zatem tylko jedno mniej od „Lewego”, a w sobotnim meczu z Unionem Berlin (3:1) 23-letni reprezentant Niemiec zdobył dwie bramki i tym samym po raz pierwszy w obecnym sezonie znalazł się na czele tabeli strzelców. Przewodził też w tzw. klasyfikacji kanadyjskiej, bo oprócz 20 goli na koncie miał jeszcze sześć asyst. A Werner jest jednym z transferowych celów Bayernu i z tego tytułu jego strzelecka rywalizacja z Lewandowskim nabiera teraz podwójnego znaczenia. Kapitan reprezentacji Polski w spotkaniu z Herthą odpowiedział jednym golem uzyskanym z rzutu karnego, ale jednego gola arbiter mu nie uznał. Bayern wygrał 4:0 i awansował na pozycję wicelidera, tracąc do prowadzącego RB Lipsk cztery punkty. Ale do końca sezonu jeszcze 16 kolejek. Nas cieszyć powinno to, że Lewandowski po operacji nie stracił skuteczności i nadal walczy o najcenniejsze strzeleckie trofea.
W Bundeslidze pojawił się jednak napastnik, który może już w tej rundzie przyćmić obu tych graczy. To pozyskany przez Borussię Dortmund z RB Salzburg 19-letni jeszcze Norweg Erling Braut Haaland. W swoim poprzednim klubie w rundzie jesiennej we wszystkich rozgrywkach w 22 meczach zdobył 28 bramek i zaliczył siedem asyst, ale że liga austriacka jest znacznie słabsza od niemieckiej, trener Borussii Lucien Favre w pierwszym meczu rundy wiosennej, na wyjeździe z Augsburgiem, posadził go na ławce. Gdy jednak jego zespół w 55. minucie przegrywał już 1:3, francuski szkoleniowiec postanowił zaryzykować. Zdjął z boiska Łukasza Piszczka i w jego miejsce posłał do gry Halanda. Norweg potrzebował tylko trzech minut, żeby zdobyć swoją pierwszą bramkę w Bundeslidze, a dwudziestu, żeby ustrzelić hat-tricka. Trochę już znudzone opisywaniem kolejnych strzeleckich wyczynów Lewandowskiego niemieckie media wręcz oszalały z zachwytu, bo nagle trafiły im się dwa świeżutkie i soczyste tematy – wyzwanie rzucone „Lewemu” przez Timo Wernera oraz efektowny debiut Halanda.
W niedzielnym meczu z Herthą Lewandowski musiał jednak odpowiedzieć nie tylko na wyczyny Wernera i Halanda w Bundeslidze, lecz także na kolejny strzelecki popis napastnika Lazio Rzym Ciro Immobile, który w spotkaniu Serie A z Sampdorią Genua (5:1) zaliczył hat-tricka i powiększył swój ligowy dorobek do 23 trafień. Tym samym włoski napastnik umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji „Złotego Buta” i odskoczył „Lewemu” o cztery bramki. Immobile jest na najlepszej drodze do zdobycia trzeciego w karierze tytułu króla strzelców Serie A. Lewandowski ma zatem w nim konkurenta mocno zmotywowanego, na dodatek na którego gole pracuje zgodnie cały zespół Lazio, podobnie jak zespół RB Lipsk na kolejne trafienia Wernera. Piłkarze Bayernu nie widzą takiej potrzeby wspierania „Lewego” i dlatego w tym sezonie Polakowi może być trudno wywalczyć najważniejsze strzeleckie nagrody.