Euro 2020/21: Turniej rozrzucony przez UEFA po całej Europie

Rozpoczynające się 11 czerwca w Rzymie od meczu Włochy – Turcja mistrzostwa Europy w piłce nożnej to 16. turniej o prymat na naszym kontynencie. Pierwszego mistrza wyłoniono w 1960 roku i z okazji 60. rocznicy tego wydarzenia przełożone z powodu pandemii na ten rok zmagania UEFA rozrzuciła po 11 krajach. Od początku ten pomysł forowany przez Michela Platiniego był kontrowersyjny, ale dzisiaj jest kompletnie pozbawiony sensu.

Tytułu broni reprezentacja Portugalii, która w 2016 w finale rozgrywanego we Francji turnieju pokonała po dogrywce 1:0 zespół gospodarzy. Po raz pierwszy w historii tych rozgrywek ma zostać użyty system wideoweryfikacji VAR.
Komitet Wykonawczy UEFA 25 stycznia 2013 podjął decyzję o zorganizowaniu Euro 2020 w 12 miastach w 12 różnych państwach-gospodarzach. Ostatecznie jednak mistrzostwa odbędą się w 11 miastach i 11 krajach. Gospodarzami turnieju będą: Azerbejdżan, Baku, Stadion Olimpijski (68 700 miejsc); Dania, Kopenhaga, Parken (38 065 miejsc); Anglia, Londyn, Wembley Stadium (90 000 miejsc); Niemcy, Monachium, Allianz Arena (75 000 miejsc); Węgry Budapeszt, Puskas Arena (68 000 miejsc); Włochy, Rzym, Stadio Olimpico (72 698 miejsc); Holandia,Amsterdam, Johan Cruyff Arena (56 000 miejsc); Rumunia, Bukareszt, Arena Nationala (55 600 miejsc); Rosja, Petersburg, Stadion Kriestowskij (67 000 miejsc); Szkocja, Glasgow, Hampden Park (52 063 miejsc) i Hiszpania, Sewilla, Estadio la Cartuja (57 619 miejsc).
W fazie grupowej turnieju za zwycięstwo przyznawane będą trzy punkty, a za remis jeden. O kolejności decydować będzie suma zdobytych punktów. Do 1/8 finału awansują wszyscy zwycięzcy grup, wszystkie drużyny z drugich miejsc oraz cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Gdy dwie lub więcej drużyn uzyskają taką samą liczbę punktów, o kolejności decydują kryteria określone przez UEFA, w takiej oto kolejności: większa liczba punktów zdobytych w meczach pomiędzy tymi drużynami; lepszy bilans zdobytych i straconych bramek w meczach pomiędzy tymi drużynami; większa liczba bramek zdobytych pomiędzy tymi drużynami.
Jeżeli to nie wystarczy do ustalenia które zespoły zajmą te cztery miejsca, kolejne kryteria to: lepszy bilans zdobytych i straconych bramek w meczach w grupie; większa liczba bramek zdobytych we wszystkich meczach w grupie; większa liczba wygranych meczów we wszystkich meczach w grupie; klasyfikacja Fair Play turnieju finałowego; pozycja w rankingu eliminacji do turnieju głównego.
W turnieju uczestniczą 24 zespoły podzielone na sześć grup.
Grupa A: Turcja, Włochy, Szwajcaria, Walia;
Grupa B: Dania, Belgia, Rosja, Finlandia;
Grupa C: Holandia, Ukraina, Austria, Macedonia Północna;
Grupa D: Anglia, Chorwacja, Czechy, Szkocja;
Grupa E: Hiszpania, Szwecja, Polska, Słowacja;
Grupa F: Niemcy, Portugalia, Francja, Węgry.

Islandia gotowa do gry z Polską

Piłkarska reprezentacja Islandii przed wtorkowym meczem z Polską rozegrała dwa spotkania towarzyskie. 30 maja w Dallas przegrała z Meksykiem 1:2, a 4 czerwca w Thorshavn pokonała Wyspy Owcze 1:0.

Trener kadry Islandii Arnar Bor Vidarsson te trzy spotkania towarzyskie powołał szeroką kadrę złożoną z 34 piłkarzy. W spotkaniu z Meksykiem honorowy gol dla Islandczyków padł po samobójczym trafieniu Edsona Alvareza, natomiast w meczu z Wyspami Owczymi zwycięską bramkę zdobył Mikael Anderson.
Reprezentacja Islandii nie zakwalifikowała się do mistrzostw Europy. W grupie H zajęła trzecią lokatę przegrywając rywalizację z zespołami Francji i Turcji.

Kadra Islandii:
Bramkarze:
Elias Rafn Olafsson (FC Fredericia, Dania), Runar Alex Runarsson (Arsenal Londyn, Anglia), Ogmundur Kristinsson (Olympiakos Pireus, Grecja), Patrik Sigurdur Gunnarsson (Silkeborg IF, Dania).
Obrońcy:
Birkir Mar Savarsson (Valur Reykjavik), Brynjar Ingi Bjarnason (KA Akureyri), Hjortur Hermannsson (Broendby Kopenhaga, Dania), Hordur Ingi Gunnarsson (FH Hafnarfjordur), Isak Oli Olafsson (Keflavik IF), Kari Arnason (Vikingur Reykjavik), Kolbeinn Pordarson (Lommel SK, Belgia), Ragnar Sigurdsson (Ruch Lwów, Ukraina), Runar Por Sigurgeirsson (Keflavik IF), Alfons Sampsted (FK Bodo/Glimt, Norwegia), Gudmundur Porarinsson (New York City FC, USA), Jon Gudni Fjoluson (Hammarby IF, Szwecja), Valgeir Lunddal Fridriksson (BK Haecken, Szwecja).
Pomocnicy:
Andri Fannar Baldursson (Bologna FC, Włochy), Aron Einar Gunnarsson (Al-​Arabi SC, Katar), Aron Elis Prandarson (Odense Boldklub, Dania), Birkir Bjarnason (Brescia Calcio, Włochy), Gisli Eyjolfsson (Breidablik), Isak Bergmann Johannesson (IFK Norrkoeping, Szwecja), Stefan Teitur Pordarson (Silkeborg IF, Dania), Porir Johann Helgason (FH Hafnarfjordur), Arnor Ingvi Traustason (New England Revolution, USA), Jon Dagur Porsteinsson (Aarhus GF, Dania), Mikael Neville Anderson (FC Midtjylland, Dania), Runar Mar Sigurjonsson (CFR Cluj, Rumunia).
Napastnicy:
Jon Dadi Boedvarsson (Millwall FC, Anglia), Kolbeinn Sigporsson (IFK Goeteborg, Szwecja), Sveinn Aron Gudjohnsen (Odense Boldklub, Dania), Albert Gudmundsson (AZ Alkmaar, Holandia), Vidar Orn Kjartansson (Valerenga IF, Norwegia).

Z życia PZPN: Kadra Paulo Sousy w cieniu wyborczej walki

Reprezentacja Polski na zgrupowaniu w Opalenicy wreszcie w minionym tygodniu mogła skupić się na solidnym treningu. Na pełnych obrotach nie ćwiczyli jedynie Arkadiusz Milik i Dawid Kownacki. W medialnych przekazach problemy trenera Paulo Sousy przegrywały jednak z informacjami o kandydatach do wyborczej walki o schedę po prezesie PZPN Zbigniewie Bońku.

W lutym ubiegłego roku jako pierwszy swoją kandydaturę w wyborach na nowego prezesa PZPN zgłosił Marek Koźmiński i aż do minionego piątku nikt inny oficjalnie nie poszedł w jego ślady. W końcu zdecydował się na to prezes Jagiellonii Białystok Cezary Kulesza, a nad ogłoszeniem takiej decyzji zastanawia się ponoć także Paweł Wojtala, prezes Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. Kandydatury można jednak składać do 17 sierpnia tego roku, a zjazd wyborczy ma się odbyć dzień później. Każdy z kandydatów musi jednak wykazać się co najmniej 15 głosami poparcia, których mogą udzielić kluby ekstraklasy, 1. ligi oraz wojewódzkie związki. Scena wyborcza w PZPN od lat pozostaje niezmienna: delegatów z prawem głosu na zjeździe jest 118, w tym 60 głosów mają działacze wojewódzkich ZPN, 32 głosy mają kluby PKO Ekstraklasy, 18 głosów kluby 1. ligi, trzy głosy ma Stowarzyszenie Trenerów, po dwa piłka kobieca i futsal, a jeden głos należy do Kolegium Sędziów.
Jeszcze pół roku temu Boniek na swojego następcę otwarcie wskazywał Koźmińskiego, który w jego ekipie w dwóch kadencjach był wiceprezesem – w pierwszej do spraw zagranicznych, zaś w drugiej do spraw szkolenia. Ale po kwietniowych wyborach do Komitetu Wykonawczego UEFA, w których nie tylko został wybrany na drugą kadencję, lecz także awansował na stanowisko wiceprzewodniczącego, Boniek zmienił zdanie i nieoficjalnie ogłosił neutralność w kwestii wyboru swojego następcy. Niewykluczone, że zachęcił tym Kuleszę do wejścia w wyborcze szranki, a gdy prezes Jagiellonii (już były, bo po ogłoszeniu decyzji o kandydowaniu zrzekł się wszelkich funkcji w białostockim klubie) w końcu wyszedł z cienia i ogłosił swoje zamiary, Boniek za pośrednictwem mediów społecznościowych oświadczył: „Nie popieram nikogo. Zarówno Marek, jak i Czarek byli wiceprezesami w moim zarządzie, za obu trzymam kciuki”. Ale gdy w medialnej przestrzeni pojawiła się plotka o wyborczych przymiarkach Wojtali, nie odmówił sobie na Twitterze złośliwej uwagi: „Trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo pomysłów do 18 sierpnia będzie wiele… Szkoda, ze nie zrealizowałem planu Wojciechowskiego – rozdać pieniądze i zaciągnąć kredyty… Ciężko byłoby o kandydatów”.
Koźmiński nie wykorzystał czasu, gdy był jedynym oficjalnym kandydatem chętnym do przejęcia schedy po Bońku. Owszem, udzielił kilku wywiadów, w których rzucił kilkoma ogólnikami, ale jego oferta programowa daje się zawrzeć w jednym zdaniu, które sformułował już półtora roku temu: „Jeśli zostanę wybrany, to postawię na drogę ewolucji. Żaden z projektów zaczętych za kadencji Zbigniewa Bońka nie zostanie zatrzymany, bo uważam, iż wszystkie są dobre. Trzeba je tylko usprawniać, polepszać. Oczywiście mam też swoje inne pomysły, do których będę chciał przekonać ludzi” – powiedział w wywiadzie dla portalu Interia w lutym 2020 roku.
Kulesza zapewnia, że w ostatnich miesiącach objechał Polskę wzdłuż i wszerz, odbywając wiele rozmów i za każdym razem wracał do Białegostoku z przekonaniem, iż cieszy się rosnącym poparciem środowiska. Swoja kandydaturę reklamuje zaś tak: „Znam piłkę od podszewki. Mam do niej serce. I chcę zrobić dla niej coś dobrego. Przygotowałem program oparty na czterech filarach: szkolenie, wsparcie, integracja oraz profesjonalizacja. Będziemy to szczegółowo prezentować w najbliższych tygodniach. Nie będę jednak ukrywał, że priorytetem jest dla mnie udoskonalenie szkolenia”.
W piłkarskim środowisku panuje opinia, że gdyby wybory odbyły się już dzisiaj, Kulesza byłby murowanym faworytem do zwycięstwa. Ale do wyborów jest jeszcze ponad dwa miesiące czasu, a po drodze mamy mistrzostwa Europy. Nie ulega wątpliwości, że wynik uzyskany w tej imprezie przez reprezentację może mieć rozstrzygające znaczenie. W przypadku sukcesu, a za taki zostanie uznana powtórka wyniku z Euro 2016, czyli awans do 1/4 finału, najmocniejsze karty w ręku będą mieli ludzie z obecnej ekipy Zbigniewa Bońka, a tasować będzie je odchodzący ze stanowiska prezes. Tylko w przypadku spektakularnej klęski do wyborczej walki włączą się przyczajeni w tej chwili oponenci obecnej ekipy, bo tylko wtedy będą mieli jakieś szanse na odsunięcie ludzi Bońka od władzy. Ciekawe czy trenujący w pocie czoła w Opalenicy reprezentanci Polski mają świadomość, że od ich postawy w turnieju Euro 2020/2021 tak dużo dla tak niewielu ludzi zależy. Mecz towarzyski z Rosją pokazał, że Paulo Sousa potrafi wycisnąć z wybranej przez siebie grupy polskich piłkarzy zaskakująco duży potencjał. We wtorkowym meczu z Islandią powinien pokazać nam już zespół, z którym zamierza powalczyć w mistrzostwach Europy o coś więcej, niż tylko wyjście z grupy.

Euro 2020/2021: Nikt nie daje naszym piłkarzom szans

Piłkarska reprezentacja Polski w Opalenicy szlifuje już formę do rozpoczynających się 11 czerwca mistrzostw Europy. Na razie piłkarze trenują jednak na pół gwizdka, a największym zmartwieniem selekcjonera Paulo Sousy zdaje się być kontuzja łąkotki z jaką przyjechał na zgrupowanie Arkadiusz Milik.

Według doktora kadry Jacka Jaroszewskiego uraz nie przekreśla szans Milika na grę w turnieju Euro 2020. Sztab medyczny naszej kadry przygotował szczegółowy plan doprowadzenia napastnika Olympique Marsylia do pełnego treningu i optymalnej dyspozycji. Ale piłkarz na własną prośbę udał się w czwartek do Barcelony na dodatkową konsultację z doktorem Ramonem Cugatem, u którego w przeszłości się leczył. Wypada mieć nadzieję, że wróci do Opalenicy z dobrymi wieściami. Milik po przeprowadzce do Marsylii szybko nadrobił zaległości wynikłe z przymusowego półrocznego nic nie robienia w SSC Napoli i w 15 ligowych występach zdołał strzelić dziewięć goli i zaliczyć dwie asysty. W majowych występach prezentował naprawdę wysoką formę i miał być wsparciem w linii ataku dla Roberta Lewandowskiego. Gdyby go zabrakło, na liście rezerwowej nie ma ani jednego napastnika (są na niej bramkarz Radosław Majewski, obrońca Robert Gumny i pomocnicy Kamil Grosicki, Sebastian Szymański i Rafał Augustyniak), a ci którzy są w kadrze, Karol Świderski, Dawid Kownacki i Jakub Świerczok, jako zmiennicy czy zastępcy Lewandowskiego raczej nowej jakości do zespołu nie wniosą. Nie ma się co łudzić, że Lewandowski sam wygra mecze ze Słowacją, Hiszpanią i Szwecją, chociaż po jego strzeleckich wyczynach w minionym sezonie takie myślenie zaczyna w Polsce kiełkować. Ale historia poprzednich startów biało-czerwonych w wielkich turniejach uczy, a trochę ich już było, że prowadzi to nieuchronnie do bogoojczyźnianej retoryki i pompowania balona oczekiwań ponad miarę. I kończy się zawsze tak samo – wybuchem powszechnego zawodu, który eksploduje złośliwością i niechęcią. „Lewy” coś takiego już raz przeżył, po mundialu w Rosji, ale teraz w razie niepowodzenia pewnie dostanie mu się od rodaków znacznie mocniej za zawiedzione nadzieje.
Dla nas wszystkich będzie lepiej nie nastawiać się na sukces, tylko przyjąć dla oczekiwań miarę wytyczaną już biało-czerwonym choćby przez bukmacherów. A oni szanse naszej reprezentacji na sukces w turnieju Euro 2021 oceniają raczej nisko. Za każdą postawioną złotówkę na triumf reprezentacji Polski można będzie zarobić 80. Dla porównania kursy na wygraną Anglii czy Francji to 1:6, na Belgię 1:7, na Niemcy 1:8, na Hiszpanię 1:9, a na broniącą tytułu Portugalię 1:10. Szanse Szwedów ocenia się tak samo jak szanse Polakó, na 1:80, a ostatniego z rywali grupowych biało-czerwonych, Słowację, 1:200. Ale nasi południowi sąsiedzi nie są pod tym względem na ostatnim miejscy wśród uczestników mistrzostw. Jeszcze niżej od nich oceniono szanse zespołów Finlandii i Macedonii Północnej – 1:500.
Za prognozowanie szans uczestników Euro 2021 biorą się też naukowcy. Ostatnio pokusili się o to analitycy z uniwersytetu w belgijskim Leuven, którzy przeprowadzili symulacje potencjałów każdej z 24 drużyn. Do swoich wyliczeń użyli algorytmu stworzonego na podstawie analizy wyników ostatnich meczów uczestników Euro 2021. Brali oni pod uwagę potencjał defensywny oraz ofensywny drużyn, wykorzystując liczbę straconych oraz zdobytych goli.
Wyliczenia nie są zbyt optymistyczne dla reprezentacji Polski. Według nich reprezentacja Polski ma 64 procent szans na wyjście z grupy, ale największe prawdopodobieństwo na awans do 1/8 finału dają naszej drużynie z trzeciej lokaty w grupie E (33 procent). Na zajęcie drugiego miejsca dają ekipie Paulo Sousy 29 procent szans, a na zajęcie pierwszego tylko 16 procent. Jeśli chodzi o wyniki meczów to Polsce największe szanse na zwycięstwo dają w spotkaniu ze Słowacją (51 procent). Remis wyliczono na 28 procent, a porażkę na 21. Na pokonanie Szwecji dają naszej drużynie 32 procent, na remis 31, a 37 procent na porażkę. Prognozy na mecz z Hiszpanią to już prawdziwy koszmar – szanse Polski na zwycięstwo oszacowano na 17 procent, na remis 28, a na porażkę aż 58 procent. Z symulacji wynika, że pierwsze miejsce w grupie E zajmie Hiszpania (61 procent), drugie Szwecja (33 procent), a Polska dopiero trzecie (31 procent). Fachowcy z Loeven kompletnie jak widać zlekceważyli Słowaków, co powinno im zostać zapamiętane.
Spójrzmy jednak, co dalej podpowiadają te wyliczenia. Wedle nich jeśli Polacy wyjdą z grupy, to w 1/8 finału trafią na Chorwację, a ponieważ ten zespół jest aktualnym wicemistrzem świata to biało-czerwoni już wygrać z nim nie mają prawa i na tym przeciwniku zakończą swój udział w mistrzostwach Europy. Nasze szanse na dojście do finału są przez analityków z uniwersytetu w Loeven ocenione na zaledwie trzy procent. A największe szanse na końcowy triumf wedle liczb mają Belgowie (29 procent), po nich Hiszpanie i Francuzi (po 14 procent) oraz Włosi i Portugalczycy (po 9 procent). Na szczęście te wszystkie wyliczenia to tylko czysta teoria, bo o wynikach w turnieju Euro 2021, jak w każdym innym, przesądzać będzie aktualna forma zespołów, a nie ich dokonania sprzed roku czy dwóch.
Niestety, pod tym względem obecny potencjał naszej reprezentacji jest wielką niewiadomą. Paulo Sousa przejął ją po Jerzym Brzęczku w styczniu i tak naprawdę dopiero podczas zgrupowania w Opalenicy będzie miał okazję z bliska przyjrzeć się kadrowiczom, zobaczyć jak prezentują się na treningach, jak przyjmują i realizują jego polecenia, wreszcie – jakimi są ludźmi. Wbrew pozorom to może być kluczowy czynnik, bo wśród 26 powołanych do kadry graczy są weterani, jak Glik, Fabiański, Rybus, Krychowiak, Szczęsny, Bereszyński, Bednarek, Zieliński, Skorupski i rzecz jasna Lewandowski, którzy występują w drużynie narodowej od lat i mieli okazję poznać metody pracy kilku selekcjonerów – Franciszka Smudy, Waldemara Fornalika, Adama Nawałki i Jerzego Brzęczka. Paulo Sousa z niejednego piłkarskiego pieca jadł chleb, więc doskonale wie, że kadra polskich piłkarzy nie jest kolektywem zespolonym wspólnym celem jakim jest odniesienie sukcesu w mistrzostwach Europy.
Zwycięstwa w turnieju Euro 2020/2021 nikt w Polsce nie oczekuje. W ocenie szans naszych piłkarzy jako nacja chyba zachowujemy rozsądek, bo przecież widzimy od lat, że wokół Lewandowskiego w biało-czerwonych kostiumach biegają jednak zawodnicy odbiegający klasą od graczy Bayernu Monachium. Nie wszyscy co prawda, ale jednak zdecydowana większość. Pozytywem jest jednak fakt, że w kadrze Sousy znaleźli się piłkarze mocno w swoich klubowych drużynach w minionym sezonie eksploatowani, czyli uważani przez trenerów tych drużyn za niezbędnych. Znamienne zaś jest też to, że w przededniu rozpoczęcia mistrzostw Europy w 26-osobowej kadrze jest de facto tylko dwóch graczy z naszej rodzimej ekstraklasy: 28-letni Jakub Świerczok z Piasta Gliwice i 17-letni Kacper Kozłowski z Pogoni Szczecin. Formalnie jest jeszcze dwóch – Kamil Piątkowski z Rakowa Częstochowa i Tymoteusz Puchacz z Lecha Poznań, ale pierwszy już od stycznia tego roku jest zawodnikiem RB Salzburg, zaś drugi kilka dni temu podpisał kontrakt z Unionem Berlin. Jeśli ta grupa młodych ludzi o zróżnicowanych dokonaniach, mentalności i umiejętnościach uzna Paulo Sousę za swojego lidera, uwierzy w jego wizję i zacznie na serio wierzyć w siebie i kolegów, to kto wie – może zrobią psikusa bukmacherom oraz ośmieszą matematyczne wyliczanki naukowców z uniwersytetu w Loeven.