Leon dobry jak Cristiano Ronaldo

Wilfredo Leon uważany jest za jednego z najlepszych obecnie siatkarzy na świecie. Z uwagi na nieprzeciętne umiejętności i podejście do uprawiania sportu, Kubańczyk z polskim paszportem często porównywany jest do portugalskiego piłkarza Cristiano Ronaldo. Leon podkreśla, że dla niego to wielki komplement.

Talent do gry w siatkówkę Wilfredo odziedziczył po matce, Alinie Venero Boza, która także uprawiała ten sport, imię i nazwisko po ojcu, Wilfredo Leonie Hechavarri. Już jako młokos demonstrował nieprzeciętne umiejętności, czego dowodem debiut w seniorskiej reprezentacji Kuby już w wieku 14 lat. Miało to miejsce podczas turnieju eliminacyjnego do igrzysk olimpijskich w Pekinie. Trzy lata później Wilfredo był już gwiazdą narodowej drużyny i jej kapitanem. W 2010 roku osiągnął swój pierwszy znaczący sukces, zdobywając z zespołem Kuby złoty medal letnich igrzysk młodzieży w Singapurze. W roku 2012 pierwsza reprezentacja tego kraju niespodziewanie przegrała jednak w kwalifikacjach do igrzysk w Londynie, co u 19-letniego Leona wywołało taką frustrację, że postanowił wyjechać za granicę. Na Kubie taka decyzja oznaczała wtedy natychmiastowe skreślenie z kadry narodowej, co też działacze tamtejszej federacji siatkarskiej zrobili.
Do Polski 19-letni Wilfredo przyjechał za namową dziennikarki Małgorzaty Gronkowskiej, którą poznał za pośrednictwem internetu, gdy zwróciła się do niego z prośbą o wywiad. Przez nią poznał też działającego w Rzeszowie menedżera sportowego Andrzeja Grzyba, któremu powierzył swoje interesy. W 2014 roku Leon podpisał kontrakt z rosyjskim potentatem, Zenitem Kazań, w którym spędził cztery kolejne lata i w barwach którego zdobył mnóstwo trofeów, albowiem w tym okresie klub z Kazania dzielił i rządził nie tylko w lidze rosyjskiej, lecz także w europejskich pucharach.
Gdy zaczynał grę w tym klubie, reprezentacja Polski pod wodzą francuskiego trenera Stefana Antigi wywalczył mistrzostwo świata i wtedy u Leona zrodziła się myśl, że skoro nie może już grać w reprezentacji Kuby, a przecież zawsze marzył o medalowych występach na igrzyskach olimpijskich i w mistrzostwach świata, to chcąc te marzenia spełnić powinien dołączyć do kadry Polski. Od strony formalnej nie było to trudne, bo w czerwcu 2015 roku ożenił się z Gronkowską, a 14 lipca tego roku otrzymał polskie obywatelstwo. Znacznie trudniejsze było pokonanie biurokratycznych barier w kubańskiej federacji, a bez jej zgody władze FIVB nie mogły wydać zezwolenia na zmianę barwa narodowych Leona. Gdy już w końcu Kubańczycy odpuścili, siatkarz musiał jeszcze odczekać dwuletnią karencję, dlatego w reprezentacji Polski, która w 2018 roku po raz drugi z rzędu zdobyła mistrzostwo świata, mógł zadebiutować dopiero w lipcu 2019 roku.
Warto przypomnieć te fakty w kontekście porównań Leona do Cristiano Ronaldo. Nigdy jednak nie sprawdzimy czy portugalski piłkarz, gdyby mógł zmienić barwy narodowe i chciał grać, na przykład w triumfującej w 2018 roku na mundialu w Rosji reprezentacji Francji, dostałby w niej miejsce równie łatwo, jak w mistrzowskiej drużynie polskich siatkarzy dostał Kubańczyk. Leon trafił do polskiej kadry w jej kolejnym złotym okresie, rok po tym, jak bez jego udziału wywalczyła po raz drugi z rzędu mistrzostwo świata. Ma jednak to szczęście, że biało-czerwoni teraz celują w najcenniejsze trofeum – złoty medal olimpijski. Takie zadanie jest im stawiane przez kibiców, wciąż głodnego sukcesów belgijskiego trenera Vitala Heynena i wreszcie przez władze Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Wielka szkoda, że przez pandemię koronawirusa kubański siatkarz i jego polscy koledzy muszą odłożyć realizację tego celu na następny rok, ale wszyscy wierzą, że za kilka miesięcy sportowe życie wróci do normy i znów będą mogli grać jak dawniej.
W każdym sporcie zawodnik jest wart tyle, ile aktualnie potrafi z siebie na boisku. Cristiano Ronaldo ma 35 lat, czyli jest o blisko dekadę starszy od Leona, ale dbając wręcz obsesyjnie o swoją sportową formę, wciąż zachwyca grą na najwyższym poziomie. Kubański siatkarz w dbałości o swój organizm mu nie ustępuje. Jeśli więc coś ich różni, to wyłącznie stan konta, bo piłka nożna wciąż jest wyżej ceniona od siatkówki, co przekłada się rzecz jasna także na poziom popularności.
Leon ma tego świadomość i o porównaniach ze słynnym na cały świat Portugalczykiem mówi tak: „Porównanie do Cristiano Ronaldo bardzo mnie cieszy, bo to oznacza, że praca jaką wykonałem i wciąż wykonuję na boisku i poza nim, jest doceniana. To mnie motywuje, aby w dalszym ciągu doskonalić moją grę. Chciałbym jednak zapewnić, że sam o sobie tak nie myślę. Nawet nie zastanawiam się jaką mam teraz pozycję w siatkarskiej hierarchii. Mam jednak nadzieję, że wszystko co najlepsze w tym sporcie mam jeszcze do wygrania, przede wszystkim z reprezentacja Polski, której stałem się pełnoprawnym graczem” – powiedział Wilfredo Leon w wywiadzie udzielonym dla serwisu internetowego olympicchannel.com.

Reprezentację czekają dwa trudne lata

Przeniesienie turnieju Euro 2020 na przyszły rok w aspekcie czysto sportowym nie jest wielkim problemem dla reprezentacji Polski. Bez względu na to, kto będzie jej trenerem, przez 15 miesięcy nie zdoła przecież dokonać w kadrze personalnej rewolucji. A nawet gdyby chciał, nie pozwolą mu na to władze PZPN. Nasza piłkarska federacja będzie potrzebowała sukcesów drużyny narodowej, bo bez nich nie odbuduje zrujnowanych przez koronawirus finansów. Selekcjoner nie dostanie więc zgody na żadne eksperymenty.

Po przymusowej przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, drużynę narodową czeka półtoraroczna harówka. Jesienią tego roku biało-czerwoni powalczą w Lidze Narodów, od marca 2021 zaczną eliminacje do mistrzostw świata w Katarze, które potrwają do listopada tego roku, a w ich środku przyjdzie im odrobić zaległości z Euro 2020. Takie skomasowanie ważnych meczów w jednym roku niesie wyzwania, z jakimi żaden selekcjoner polskiej reprezentacji jeszcze się nie mierzył. Na razie nie ma co dywagować, czy ciężar oczekiwań udźwignie Jerzy Brzęczek, bo jego aktualny kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku, a póki co sternicy naszej futbolowej centrali nie kwapią się z jego przedłużeniem. Obsada stanowiska selekcjonera kadry jest jednak w tej chwili kwestią drugorzędną. Trener Brzęczek oraz jego sztab i tak nie mają teraz nic do roboty i wszystko wskazuje na to, że nie będą mieli co najmniej do końca lipca.
Wiek to tylko liczba, ale…
Załóżmy jednak, że umowa Brzęczka zostanie przedłużona i to on poprowadzi Polskę na turnieju, na który ją wprowadził. Po pierwsze, przebudowa drużyny będzie musiała zostać przeprowadzona w trakcie kwalifikacji do MŚ 2020, które mają wystartować w marcu 2021 roku, i być dostosowana do jesiennego terminu mundialu w Katarze. Dotąd reprezentacje narodowe w Europie funkcjonowały według dwuletniego cyklu, a zmiany pokoleniowe w kadrach dokonywały się zazwyczaj po mistrzostwach świata lub Europy i przed startem kwalifikacji do kolejnego turnieju. Teraz jednak selekcjonerzy będą musieli tym samym składem obskoczyć zarówno czerwcowe finały mistrzostw Europy, jak i eliminacje do mundialu w Katarze, co nie jest dobrą wiadomością dla piłkarzy zaawansowanych wiekowo.
Dla kilku graczy powoływanych dotąd regularnie przez trenera Brzęczka przesunięcie finałów mistrzostw Europy na 2021 rok może de facto oznaczać koniec reprezentacyjnej kariery. W tej grupie znajdują się: Jakub Błaszczykowski (rocznik 1985), Łukasz Fabiański (1985), Thiago Cionek (1986) i Artur Jędrzejczyk (1987). Oprócz Fabiańskiego, który przez Brzęczka przy osadzie bramki był dotąd traktowany na równych prawach z Wojciechem Szczęsnym, pozostali z wymienionych są w tej chwili zawodnikami drugiego wyboru, czyli rezerwowymi. Dla każdego z nich występ w tegorocznym turnieju miał być zwieńczeniem reprezentacyjnych karier, ale nawet gdyby pozostali w kadrze jeszcze przez rok, metryki oszukać się nie da. Błaszczykowskiemu już teraz co rusz przytrafiają się kontuzje, przez które nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymać wysokiej formy. Inna sprawa, że był dotąd w kadrze dzięki rodzinnym koneksjom z Brzęczkiem, bo od innego selekcjonera pewnie już po mundialu w Rosji przestałby dostawać powołania. Za rok będzie miał już jednak 36 lat, a podczas mundialu w Katarze 37 i jego przydatność dla reprezentacji będzie żadna. Podobnie jak Thiago Cionka i Jędrzejczyka. Obaj na rezerwowych dla Kamila Glika i Jana Bednarka już teraz słabo się nadawali. W kwalifikacjach Euro 2020 pierwszy z nich nie zagrał nawet minuty, a drugi wystąpił tylko w jednym meczu, a i to dlatego, że nie mógł zagrać kontuzjowany Glik.
Wiek nie powinien być decydującym kryterium przy ocenie przydatności piłkarza do kadry, ale czy to się komuś podoba czy nie, na ogół o tym przesądza. Chyba, że trener nie ma alternatywy, ale w przypadku drużyny narodowej takie sytuacje się nie zdarzają.
Bramkarzy ci u nas dostatek
Na razie nie wiadomo co postanowi Łukasz Fabiański, który po tegorocznym Euro planował pożegnanie z reprezentacją Polski. On jest rówieśnikiem Błaszczykowskiego, co w przypadku bramkarza nie jest jednak takim problemem, bo nie musi przecież w trakcie meczu zaliczać po 10-12 km, czego wymaga się od zawodnika grającego na pozycji skrzydłowego. Nic nie ujmując Fabiańskiemu, który jest filarem West Hamu United, to obiektywnie oceniając, w ubiegłym roku zaczęła uwidaczniać się już wyraźna różnica między nim a Wojciechem Szczęsnym. Różnica na niekorzyść Fabiańskiego, żeby była jasność. A to dlatego, że młodszy o pięć lat Szczęsny jest teraz w apogeum swoich możliwości, gra regularnie w jednym z najlepszych zespołów klubowych na świecie, który w każdym sezonie walczy o najwyższą stawkę w Lidze Mistrzów. I właśnie przedłużył z turyńskim klubem kontrakt do 2024 roku. To są wystarczające powody, żeby w reprezentacyjnej bramce stawiać właśnie na niego. Przy całym szacunku dla Fabiańskiego, gdyby nie błędy Szczęsnego i kilka pechowych dla niego zdarzeń, to Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek ustalanie składu wyjściowej jedenastki zaczynaliby od wpisania nazwiska Szczęsny do rubryki „bramkarz”.
Z punktu widzenia interesu reprezentacji nie ma zatem znaczenia, co postanowi Fabiański, bo w najbliższych latach bramkarzem numer 1 w kadrze będzie Szczęsny. A w rolach dublerów, z których za kilka lat wyłoni się jego następca, powinni być obsadzani występujący obecnie z powodzeniem w Fiorentonie 23-letni Bartłomiej Drągowski oraz 21-letni Radosław Majecki, który latem przeniesie się z Legii Warszawa do AS Monaco, Kamil Grabara (obecnie na wypożyczeniu z FC Liverpool do Huddersfield Town) i Marcin Bułka, na razie jeszcze trzeci bramkarz Paris Saint-Germain. Na tej pozycji reprezentacja Polski nie będzie miała w najbliższej dekadzie deficytu talentów, bo każdego roku ujawniają się nowe.
W defensywie też nie jest źle
W liniach obronnych w tej chwili nikt nie wyobraża sobie kadry Polski bez Kamila Glika (32 lata), Jana Bednarka (24), Macieja Rybusa (31), Tomasza Kędziory (26), Bartosza Bereszyńskiego (28), a nawet Arkadiusza Recy (25). Kto powinien do nich dołączyć? Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie ma sensu powoływać już Jędrzejczyka i Thiago Cionka, natomiast zamiast nich oswajać się z reprezentacją powinni już coraz lepiej radzący sobie w występującej w Serie A drużynie Cagliari 20-letni Sebastian Walukiewicz oraz 19-letni Michał Karbownik, który w Legii Warszawa zrobił furorę jako lewy obrońca, ale grał na tej pozycji z konieczności, bo ponoć to urodzony pomocnik i rozgrywający. Ci dwaj niewątpliwie utalentowani gracze ujawnili już futbolowy potencjał, w który warto inwestować.
Do tej formacji może też przecież dołączyć po wyleczeniu kontuzji więzadeł 22-letni Krystian Bielik, który już zdążył swoimi występami w reprezentacji zaklepać sobie w niej miejsce dla siebie i gdyby nie pech, miałby pewne miejsce w kadrze na Euro 2020. Ten uniwersalny piłkarz świetnie spisywał się też w roli defensywnego pomocnika. W jego przypadku przełożenie Euro 2020 o rok może okazać się zbawienne, o ile rzecz jasna zdoła wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji, co w przypadku graczy wracających po urazie więzadeł zawsze jest loterią.
Kto obok Krychowiaka?
Liderem linii środkowej naszej reprezentacji bez wątpienia jest w tej chwili Grzegorz Krychowiak, który w lidze rosyjskiej wybił się na gwiazdę, a w tym sezonie zadziwia wręcz niesłychaną jak na defensywnego pomocnika skutecznością – w 20 ligowych występach strzelił dziewięć goli i zaliczył cztery asysty. Ten 30-letni piłkarz od sześciu lat jest filarem biało-czerwonych i przez najbliższe dwa lata tej roli może go pozbawić co najwyżej jakaś ciężka kontuzja. Pewniakami w tej formacji są także 26-letni Piotr Zieliński (SSC Napoli), 21-letni Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), 30-letni Mateusz Klich (Leeds United) i 25-letni Przemysław Frankowski (Chicago Fire) i nawet 28-letni Jacek Góralski, chociaż powędrował na koniec świata do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Gdyby turniej Euro 2020 został rozegrany w tym roku, pewne miejsce na lewym skrzydle miałby zapewne 32-letni Kamil Grosicki, ale po przejściu zimą tego roku z Hull City do West Bromwich Albion w nowym klubie ma tylko status zmiennika i zważywszy na jego wiek, niewielkie szanse na wywalczenie miejsca w podstawowym składzie. Tym bardziej, że ekipa WBA, podobnie zresztą jak Leeds United (Klich), jest bliska wywalczenia awansu do Premier League, co z pewnością zaowocuje letnimi transferami nowych graczy. Teoretycznie zatem za kilka miesięcy możemy mieć dwóch kadrowiczów w klubach Premier League, lecz w marginalnych rolach i przez to z malejącym pożytkiem dla reprezentacji.
Na szczęście selekcjoner kadry ma szerszy wybór graczy w tej formacji. Po wyleczeniu kontuzji w drugiej połowie tego roku powinien już wrócić do gry Dawid Kownacki, być może w jakimś nowym klubie po zapowiedzianym odejściu z Leicester City odrodzi się w końcu zapomniany już przez polskich kibiców Bartosz Kapustka, piłkarz po przejściach, ale wciąż perspektywiczny, bo ledwie 24-letni. Może w końcu przebije się w kadrze ewidentnie niedoceniany przez Brzęczka Karol Linetty (Sampdoria Genua), może szansę dostanie rewelacyjnie spisujący się w barwach Uralu Jekaterynburg 26-letni Rafał Augustyniak, zbierający znakomite recenzje w rosyjskiej lidze, w której uznawany jest za najbardziej skutecznego w destrukcji defensywnego pomocnika. Na pewno powinien ją dostać 27-letni Damian Kądzior, który rozgrywa sezon życia w Dinamie Zagrzeb. W zespole mistrza Chorwacji do momentu przerwania rozgrywek miał na koncie 12 bramek i 9 asyst. Może wreszcie powody do wysłania im powołań dadzą tacy gracze, jak 22-letni Patryk Dziczek (Lazio Rzym, obecnie wypożyczony do II-ligowej Salernitany, czy 26-letni Radosław Murawski, grający obecnie w tureckim Denizlisporze.
Lewandowski i kto jeszcze?
W linii ataku poza wszelką konkurencją jest rzecz jasna 31-letni Robert Lewandowski i nic nie zapowiada, żeby przez najbliższe dwa lata miało coś się w tej kwestii zmienić. Drugie miejsce w aktualnej hierarchii napastników zajmuje 26-letni Arkadiusz Milik (SSC Napoli), a trzecie 25-letni Krzysztof Piątek (Hertha Berlin). Za nimi nie stoi jednak kolejka graczy z aspiracjami i umiejętnościami, żeby zająć miejsce tego tercetu. W lidze greckiej w tym sezonie furorę zrobił co prawda 23-letni Karol Świderski, najlepszy strzelec PAOK Saloniki, zaś za oceanem w amerykańskiej MLS mamy 25-letniego Jarosława Niezgodę i 23-letniego Adama Buksę, lecz obiektywnie rzecz biorąc nie są to piłkarze dobrze rokujący na przyszłość. Trzeba zatem trzymać kciuki za zdrowie „Lewego” i Milika oraz żeby Piątek odzyskał jak najszybciej skuteczność z okresu gry w Genui. I czekać na pojawienie się nowych, utalentowanych napastników.

Nie tylko Brzęczkowi wygasa umowa

Przełożenie przez UEFA turnieju Euro 2020 na przyszły rok postawiło kilka federacji w niezręcznej, a nawet niekomfortowej sytuacji wobec trenerów ich reprezentacji. Selekcjoner kadry Polski Jerzy Brzęczek ma kontrakt z PZPN wygasający z końcem lipca tego roku. W podobnej sytuacji jak on znajdują się jeszcze szkoleniowcy zespołów Belgii, Włoch, Portugalii, Ukrainy, Chorwacji, Danii i Austrii.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek sam wybrał Jerzego Brzęczka na nowego trenera biało-czerwonych i przez dwa lata konsekwentnie utrzymywał, że dokonał słusznego wyboru. Ale niedawno w jednym w programów telewizyjnych nieoczekiwanie stwierdził: „W kontrakcie selekcjonera reprezentacji nie ma klauzuli, która mówi, że awans gwarantuje prowadzenie drużyny także na turnieju Euro. Była tylko taka, która po awansie z automatu przedłużała kontrakt do końca lipca 2020 roku”. Czy to oznacza, że Brzęczek za rok nie poprowadzi biało-czerwonych w finałach mistrzostw Europy? Pewnie poprowadzi, bo mimo licznych zastrzeżeń do jego pracy, wyniki przemawiają na jego korzyść i odebranie mu tej możliwości byłoby dla PZPN „strzałem w stopę. Wygląda na to, że Boniek po prostu przygotował sobie grunt pod czekające go wkrótce negocjacje z selekcjonerem o przedłużeniu wygasającej z końcem lipca umowy.
W podobnej sytuacji co Brzęczek w ekipach finalistów Euro 2020 jest jeszcze siedmiu szkoleniowców. W lipcu kontrakty wygasną też Andrijowi Szewczence (Ukraina), Zlatko Daliciowi (Chorwacja), Roberto Manciniemu (Włochy), Roberto Martinezowi (Belgia) Fernando Santosowi (Portugalia) i Franco Fodzie (Austria). Oni jednak, podobnie jak selekcjoner biało-czerwonych, nie stoją na straconej pozycji i raczej na pewno dostana propozycje przedłużenia dotychczasowych umów. Na co takiego nie może już liczyć trener reprezentacji Danii Age Hareide. Władze duńskiej federacji już wcześniej z nim ustaliły, że odejdzie po Euro 2020, dlatego podpisały kontrakt z jego następcę, Kasparem Hjulmandemj, który przejmie kadrę od 1 sierpnia tego roku.
Hereide jest zatem największym poszkodowanym przez epidemię koronawirusa z trenerów finalistów mistrzostw Europy, bo z powodu przełożenia turnieju na przyszły rok norweski szkoleniowiec stracił okazję do zwieńczenia kilkuletniej pracy z duńską drużyną. Pod jego wodzą Dania w mistrzostwach świata w Rosji doszła do 1/8 finału, odpadając po porażce w rzutach karnych z Chorwacją, która później wywalczyła wicemistrzostwo globu. A potem udanie przeprowadził duńską reprezentacje przez eliminacje Euro 2020 – awansowała z drugiego miejsce w grupie D, zdobywając w ośmiu meczach 16 punktów (pierwsza była Szwajcaria z dorobkiem 17 pkt), ale jego drużyna nie poniosła nawet jednej porażki. Ma więc czego żałować.

Brzęczek nawet nie wysłał powołań

Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek miał w miniony poniedziałek rozesłać powołania dla kadrowiczów na marcowe mecze towarzyskie z Finlandią we Wrocławiu i Ukrainą w Chorzowie. Z oczywistego powodu, jakim jest epidemia koronawirusa, już od dawna było wiadome, że oba spotkania się nie odbędą.

Zakaz rozgrywania imprez masowych, nakaz unikania skupisk ludzkich – to tylko niektóre przeszkody w zorganizowaniu marcowego zgrupowania kadry. Wirus COVID-19 dotknął także reprezentantów Polski, bo zaraził się nim występujący na co dzień w Sampdorii Genua Bartosz Bereszyński. Ale nie tylko on nie mógłby przyjechać na zgrupowanie kadry. Także inni gracze grający w lidze włoskiej nie mogliby tego zrobić, a bez Wojciecha Szczęsnego, Piotra Zielińskiego, Arkadiusza Milika, Thiago Cionka, Karola Linettego, Arkadiusza Recy i wspomnianego Bereszyńskiego, trener Brzęczek raczej nie miałby po co organizować sparing reprezentacji. Decyzja o rezygnacji z marcowych meczów była więc jedynie formalnością.
Spotkania z Ukrainą i Finlandią na razie przełożono na czerwiec, lecz szansa na ich rozegranie jest iluzoryczna. Po prostu nie będzie na nie wolnych terminów.

Euro 2020 dopiero za rok

Zgodnie z oczekiwaniami UEFA po wtorkowej naradzie z krajowymi federacjami przeniosła mistrzostwa Europy na przyszły rok. Priorytetem będzie teraz dokończenie rozgrywek krajowych oraz w Lidze Mistrzów i Lidze Europy.

Jeszcze kilka dni temu prezydent UEFA Aleksander Ceferin zapewniał, że turniej Euro 2020 odbędzie się w zaplanowanym terminie i że rozpocznie się 12 czerwca 2020 roku meczem otwarcia w Rzymie. Mocno tą absurdalna wypowiedzią się skompromitował, bo w tym momencie koronawirus był już obecny we wszystkich dwunastu krajach w których miały być rozgrywane mistrzostwa, a we Włoszech przeobraził się już w pandemię. Niemal wszystkie kraje w Europie wprowadziły obostrzenia na swoich granicach, wprowadza się wszędzie zakazy zgromadzeń, wręcz nakazuje ludziom siedzenie w domach, a tu poważny zdawałoby się człowiek, szef jednej z największych na naszym kontynencie organizacji sportowych, wyjeżdża publicznie z takim absurdalnym tekstem. Wizerunkowo Ceferin mocno stracił, ale na szczęście nie od niego tylko zależała decyzja.
Podczas wtorkowej wideokonferencji z udziałem przedstawicieli wszystkich 55 zrzeszonych w UEFA federacji krajowych zapadła decyzja o przeniesieniu finałów mistrzostw Europy na przyszły rok. Nowy termin to 11 czerwca – 11 lipca 2021. Ta decyzja wymusiła kolejne. I tak: zaplanowane na marzec tego roku mecze towarzyskie oraz baraże o cztery ostatnie miejsca w stawce 24 finalistów mistrzostw Europy zostały przełożone na czerwiec tego roku. Ponadto postanowiono, iż zaplanowane na czerwiec 2021 roku mecze eliminacyjne do mistrzostw świata 2022 zostaną rozegrane w innym terminie, podobnie jak zaplanowane także w tym terminie finały Ligi Narodów, mistrzostwa Europy drużyn do lat 21, mistrzostwa Europy kobiet. Kluby zobligowano do zwalniania swoich zawodników na wszystkie mecze reprezentacji narodowych wyznaczone w nowych terminach.
Poczyniono też istotne ustalenia w sprawie zawieszonych z powodu epidemii koronawirusa rozgrywek klubowych. Postanowiono, że jeśli sytuacja epidemiologiczna na to pozwoli, wszyscy podejmą maksymalne wysiłki, że rywalizacja ligowa i pucharowa została dokończona w nieprzekraczalnym terminie do 30 czerwca tego roku. Dla ułatwienia realizacji tego zadania UEFA zniosła ekskluzywności terminów dla poszczególnych rozgrywek, dzięki temu ligi krajowe będą mogły być rozgrywane w środku tygodnia, a mecze w europejskich pucharach w trakcie weekendów. Na wznowienie rozgrywek krajowych lig, Ligi Mistrzów i Ligi Europy przewidziano 14, 21, 28 kwietnia oraz 3 i 15 maja. W zależności od tego, w którym z tych terminów uda się je wznowić, będą do tych terminów dostosowywane odpowiednie wersje terminarzy gier.
Wstępnie przyjęto, iż finał Ligi Mistrzów odbędzie się 27 czerwca, natomiast trzy dni wcześniej, 24 czerwca, zostanie rozegrany mecz finałowy Ligi Europy. Ponieważ jednak niewiadomą jest rozwój epidemii koronawirusa, UEFA nie wyklucza też skorzystania z turniejowej formuły dokończenia rywalizacji w obu europejskich pucharach. I tak finałowy turniej Ligi Mistrzów odbył by się w Stambule, a Ligi Europy w Gdańsku.
Wstrzymano się też z ustalaniem terminów rozpoczęcia kwalifikacji w europejskich pucharach w nowym sezonie do czasu zakończenia tegorocznych zmagań. Ustalono tylko, że ligi od 44. do 55. miejsca w rankingu UEFA muszą skończyć swoje rozgrywki do 20 czerwca, by wystartować w eliminacjach. Natomiast ligi poniżej 12. miejsca, a do 43., wśród których mieści się polska PKO Ekstraklasa, będą musiały rozegrać ostatnią kolejkę przed 28 czerwca. Może się zdarzyć, że nie będzie przerwy między zakończeniem sezonu ligowego a startem eliminacji do europejskich pucharów. Sytuacja jest jednak na tyle wyjątkowa, że nawet związek zawodowy piłkarzy nie oponuje, chociaż wiadomo już, że w każdym z proponowanych rozwiązań czeka zawodników straszliwa orka.

UEFA przegrywa z koronawirusem

Z powodu rozszerzającej się epidemii koronawirusa, władze FIFA przełożyły na wrzesień kongres tej organizacji, który pierwotnie miał się odbyć w 5 czerwca w Etiopii. Tymczasem UEFA wciąż odrzuca sugestie, żeby przenieść na inny termin mające rozpocząć się 12 czerwca mistrzostwa Europy.

Liczba zarażonych wirusem Covid-19 systematycznie rośnie, podobnie jak liczba śmiertelnych ofiar pandemii. Skutki epidemii dotykają także futbolu. Rozgrywki włoskiej Serie A, jednej z najsilniejszych lig europejskich, zostały zawieszone do kwietnia, a w innych krajach, w tym w Polsce, spotkania odbywają się bez udziału publiczności. Także niektóre mecze w Lidze Mistrzów rozegrano przy pustych trybunach, a dwa czwartkowe spotkania w Lidze Europy, FC Sevilla – AS Roma i Inter Mediolan – Getafe CF w ogóle się nie odbyły, ponieważ Hiszpania zamknęła ruch lotniczy z Włochami.
To nie jedyne problemy, z jakimi musi uporać się UEFA. Pod koniec marca zaplanowane zostały mecze barażowe o ostatnie cztery miejsca w gronie 24 finalistów Euro 2020. W tej chwili nie ma zagrożenia, że się nie odbędą, chociaż spotkanie w Bratysławie Słowacji z Irlandią ma zostać rozegrane przy pustych trybunach. Organizatorzy meczu Bośni i Hercegowiny z Irlandią Północną wstrzymali sprzedaż biletów.
Problem w tym, że nie tylko we Włoszech rozgrywki ligowe zostały zawieszone do kwietnia, także w Szwajcarii i Austrii. Znalezienie wolnych terminów na ich dokończenie przed Euro 2020 wydaje się niemożliwe, ale władze UEFA nie chcą nawet słyszeć o przesunięciu terminu rozpoczęcia mistrzostwa Europy. „Turniej Euro 2020 rozpocznie się w Rzymie 12 czerwca 2020 roku. UEFA jest w kontakcie z odpowiednimi władzami międzynarodowymi i lokalnymi w sprawie koronawirusa i rozwoju choroby. W tej chwili nie ma potrzeby zmiany zaplanowanego harmonogramu imprezy” – oświadczył prezydent UEFA Aleksander Ceferin w wypowiedzi udzielonej Niemieckiej Agencji Prasowej (DPA). Zważywszy na coraz bardziej wstrząsające wieści docierające z Włoch, upór działaczy europejskiej federacji zaczyna powoli rodzić irytację.
Zagrożenie rośnie z dnia na dzień
Warto przypomnieć, że z 51 meczów mistrzostw Europy w okresie od 12 czerwca do 12 lipca trzy mecze fazy grupowej i jedno ćwierćfinałowe mają się odbyć w Rzymie, tyle samo w Monachium. Inne lokalizacje to Amsterdam, Kopenhaga, Bilbao, Petersburg, Bukareszt, Budapeszt, Baku, Glasgow, Dublin i Londyn, gdzie zostaną rozegrane oba półfinały i finał. Jak donosi agencja AP, UEFA chce przeprowadzić mistrzostwa Europy w ustalonym terminie mimo wybuchu epidemii koronawirusa, bo „wierzą, iż miasta-gospodarze mistrzostw mają wystarczająca infrastrukturę medyczną do leczenia pacjentów z COVID-19, a jednocześnie są w stanie zapewnić bezpieczeństwo dla tysięcy przemieszczających się na mecze fanów futbolu”.
Na szczęście coraz mniej ludzi uważa, że turniej Euro 2020 koniecznie musi zostać rozegrany w ustalonym dawno temu terminie, gdy nie istniało jeszcze zagrożenie pandemią. Z rozważanych ostatnio w futbolowych kręgach scenariuszy najmniej sensowny wydaje się wariant z rozegraniem turnieju bez udziału kibiców. Także radykalne skrócenie do minimum okresu przygotowawczego dla uczestniczących w impresie drużyn rodzi mnóstwo wątpliwości związanych z wytrzymałością zawodników.
Najbardziej racjonalne wydaje się zatem przeniesienie europejskiego czempionatu na przyszły rok, chociaż takie rozwiązanie generuje masę problemów z wygospodarowaniem terminu. Ale przełożenie Euro o rok dałoby krajowym ligom czas na dokończenie rozgrywek nawet przy uwzględnieniu okresów zawieszenia, jak ma to teraz miejsce już w kilku krajach, a także na sprawiedliwe rozstrzygnięcie rywalizacji w Lidze Mistrzów i Lidze Europy.
Ponieważ sytuacja jest wyjątkowa, UEFA musiałaby znaleźć nowe terminy dla przeprowadzenia w 2021 roku mistrzostw Europy U-21 oraz dla Final Four Ligi Narodów, a ponadto przekonać FIFA, by zrezygnowała z organizacji pierwszych w historii klubowych mistrzostw świata w nowej formule z udziałem 24 zespołów. Nie są to przeszkody niemożliwe do przeskoczenia. Działacze UEFA nie mają zresztą zbyt wielkiego pola manewru, bo w obliczu zagrożenia rządy w poszczególnych krajach coraz mniej przejmują się opinią europejskiej federacji i zmuszają swoje krajowe związki sportowe, czyli także piłkarskie, do respektowania wprowadzanych w życie restrykcyjnych zakazów organizowania imprez masowych.
Desperacka decyzja Interu
A przykłady karności w tym względzie dają nawet najpotężniejsze ligi na świecie, jak choćby ostatnio koszykarska NBA, która po pozytywnym wyniku badań na obecność koronawirusa u gracza Utah Jazz Rudy’ego Goberta zawiesiła do odwołania całe rozgrywki. Gwałtowny wzrost zachorowań na Covid-19 w Hiszpanii skłonił szefów Primera Division do zawieszenia rozgrywek, czyli powtórki rozwiązania zastosowanego m.in. przez włoska Serie A. W tym kraju koronawirus zbiera jednak największe żniwo, nie dziwi zatem radykalna decyzja, jaka podjęli szefowie Interu Mediolan, którzy wycofali wszystkie swoje zespoły z rozgrywek i ogłosili dla nich definitywny koniec sezonu. To oznacza, że Inter wycofał się z gry w Serie A (rozgrywki zawieszone przynajmniej do 3 kwietnia), Ligi Europy (w czwartek miał rozegrał mecz z Getafe, ale ten i tak nie doszedłby do skutku, gdyż Hiszpanie odmówili przylotu do Mediolanu) oraz z Pucharu Włoch (czekało ich rewanżowe starcie z Napoli w półfinale rozgrywek). Inter zawiesił także treningi, a piłkarzy odesłał na kwarantannę.
Kwarantannie została też poddana kadra Juventusu, bo u jednego z graczy tego klubu wykryto koronawirusa. To oznacza, że mecz juve z Olympique Lyon w Lidze Mistrzów, który miał się odbyć w przyszłym tygodniu, zostanie prawdopodobnie odwołany. Nie uda się go też rozegrać szybko po okresie kwarantanny, bo zespół musi przecież wrócić do pełni treningów, żeby powalczyć o ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Terminarz nie pozwoli na rozegranie tego spotkania, chyba że zostanie całkowicie zmodyfikowany. I tak wracamy do punktu wyjścia, czyli decyzji UEFA dotyczącej Euro 2020, Ligi Mistrzów i Ligi Europy.

Trzy kwartały bez Bielika

Obrońca reprezentacji Polski Krystian Bielik po zerwaniu więzadeł krzyżowych w kolanie wróci na boisko dopiero pod koniec 2020 roku. Takie smutne wieści dotarły w tym tygodniu z angielskiego klubu Derby County.

Bielik nabawił się urazu w połowie stycznia tego roku podczas meczu młodzieżowej drużyny Derby County z Tottenhamem. Zagrał w nim dla podtrzymania rytmu meczowego, bo nie mógł wystąpić w ligowym spotkaniu pierwszej drużyny w Championship z powodu kary za czerwoną kartkę. Polak miał pecha, ale jak słusznie zauważył trener Derby County, taki uraz mógł mu się przydarzyć w każdym momencie. Piłkarz jest już po operacji i w ocenie lekarzy nie ma szans, żeby okres rehabilitacji potrwał krócej niż dziewięć miesięcy.
To oczywiście oznacza, że tego zawodnika nie zobaczymy w polskich barwach w tegorocznych mistrzostwach Europy. To duża strata dla naszej reprezentacji, ale też dla walczącej o awans do Premier League drużyny Derby County, do której 21-letni obrońca trafił latem ub. roku z Arsenalu za 10 milionów funtów. Od początku był jej podstawowym graczem, a do tej pory zagrał w 20 meczach.

TVP nie podzieli się Euro

Telewizja Polska, podobnie jak przy mundialu w Rosji, nie podzieli się prawami telewizyjnymi i tegoroczne piłkarskie mistrzostwa Europy w całości pokaże na swoich antenach – TVP1, TVP 2 i TVP Sport.

Nie powtórzy się zatem sytuacja z kilku ostatnich turniejów, gdy mecze rozgrywane w największych turniejach można było oglądać równolegle w TVP i Polsacie. Tak było podczas mistrzostw świata w 2002 roku i 2006 roku oraz w czasie Euro 2016. W pierwszym przypadku głównym nadawcą był Polsat, a TVP odkupiła od niego sublicencję na mecze Polaków i kilka innych najważniejszych spotkań. W 2006 TVP i Polsat wspólnie nabyły prawa do mundialu w Niemczech. Publiczny nadawca nabył też od Polsatu sublicencję dotyczącą pokazania 11 meczów Euro 2016. Mistrzostwa świata 2018 w Rosji w całości pokazała sama TVP i tak samo na zasadzie wyłączności będzie jedynym nadawcą transmisji z Euro 2020. „Nie było żadnych rozmów i nie będzie” – zapewnił szef sportu w TVP Marek Szkolnikowski na łamach portalu Wirtualnemedia.pl. Spotkania zostaną pokazane w TVP 1 i TVP 2 oraz w TVP Sport, gdzie będą transmitowane niemal wszystkie spotkania, poza tymi, który rozgrywane będą w tym samym czasie. Dodatkowo mecze mistrzostw będą dostępne w aplikacji mobilnej stacji i w jej serwisie internetowym.
Reprezentacja Polski rozegra dwa mecze w Dublinie i jeden w Bilbao, ale to w Irlandii TVP ulokuje studio meczowe oraz swoją bazę wypadową. Biało-czerwoni rywalizować będą w grupie E. W poniedziałek 15 czerwca o godz. 18:00 zmierzy się w Dublinie ze zwycięzcą baraży (o wolne miejsce zagrają w nich zespoły Irlandii, Irlandii Północnej, Bośni i Hercegowiny oraz Słowacji), w sobotę 20 czerwca o godz. 21:00 w Bilbao z Hiszpanią, a w środę 24 czerwca o godz. 18:00 ponownie w Dublinie ze Szwecją. Jeśli nasza drużyna zajmie pierwsze miejsce w grupie, w 1/8 finału zagra 30 czerwca w Glasgow, jeśli drugie – 29 czerwca w Kopenhadze, a jeśli awansuje z trzeciego miejsca, wtedy zależnie od sytuacji przyjdzie jej grać 28 czerwca albo w Budapeszcie, albo w Bilbao.

Euro 2020: Hiszpania i Szwecja na drodze Polaków

Losowanie grup mistrzostw Europy w Bukareszcie nie było dla naszej reprezentacji szczęśliwe. Jakoś dramatycznie złe też nie było, bo biało-czerwoni nie trafili do „grupy śmierci, jak Niemcy, Francuzi i Portugalczycy, ale Hiszpania i Szwecja, z którymi zagrają w grupie E, to nie będą z pewnością łatwi rywale. A bezpośredni awans do 1/8 finału uzyskają tylko dwie drużyny.

Reprezentacja Polski w fazie grupowej przyszłorocznych mistrzostw Europy w grupie E grać będzie na stadionach w Bilbao i Dublinie z Hiszpanią, Szwecją oraz zwycięzcą barażu B. O wolne miejsce w „polskiej grupie” powalczą cztery zespoły – Bośnia i Hercegowina z Irlandią Północną oraz Słowacja z Irlandią, więc całkiem prawdopodobny jest scenariusz, że tym czwartym rywalem biało-czerwonych będzie któraś z reprezentacji Irlandii. W takiej sytuacji Polacy i Szwedzi musieliby rywalizować z gospodarzami meczów w grupie E. Czy tak się stanie przekonamy się jednak dopiero po koniec marca przyszłego roku. W półfinałach tzw. ścieżki barażowej B Bośnia i Hercegowina zagra u siebie z Irlandią Północną, natomiast Słowacja podejmie Irlandię. Gospodarzem meczu finałowego będzie jednak zwycięzca meczu Bośnia i Hercegowina – Irlandia Północna. Spotkania półfinałowe we wszystkich barażach odbędą się 26 marca, zaś mecze finałowe 31 marca 2020 roku.

Zagrają w Dublinie i Bilbao

W wyniku dokonanego w Bukareszcie losowania podział na grupy Euro 2020 prezentuje się obecnie następująco: grupa A (Rzym, Baku) – Turcja, Włochy, Walia, Szwajcaria; grupa B (Petersburg, Kopenhaga) – Dania, Finlandia, Belgia, Rosja; grupa C (Amsterdam, Bukareszt) – Holandia, Ukraina, Austria, zwycięzca barażu D (tu może dojść jeszcze do zmiany, bo jeżeli ścieżkę barażową A wygra Rumunia, wówczas trafi do grupie C, a zwycięzca baraży D do grupy F); grupa D (Londyn, Glasgow) – Anglia, Chorwacja, zwycięzca barażu C, Czechy; grupa E (Bilbao, Dublin): Hiszpania, Szwecja, Polska, zwycięzca barażu B; grupa F (Monachium, Budapeszt) – zwycięzca barażu A (ten sam wariant zmian jak w grupie D), Portugalia, Francja, Niemcy.
Mecz otwarcia mistrzostw, w którym Turcja zagra z Włochami, zostanie rozegrany 12 czerwca o godz. 21:00 na Stadio Olimpico w Rzymie. Spotkanie finałowe odbędzie się 12 lipca o godz. 21:00 na stadionie Wembley w Londynie.

Nasza reprezentacja swoje grupowe mecze rozegra w takiej kolejności: 15 czerwca w Dublinie zmierzy się ze zwycięzcą barażu, 20 czerwca w Bilbao z Hiszpanią, a 24 czerwca ponownie w Dublinie ze Szwecją. Terminarz pozostałych spotkań w grupie E wygląda zaś tak: Hiszpania – Szwecja, 15 czerwca, Bilbao; Szwecja – zwycięzca ścieżki B, 19 czerwca, Dublin; Hiszpania – zwycięzca ścieżki B, 24 czerwca, Bilbao.

Mieszane odczucia po losowaniu

W Hiszpanii wyniki losowania przyjęto z nieskrywanym zadowoleniem. W tym kraju powszechnie uważa się, że dla ich drużyny rywale w grupie nie są groźni i zespół prowadzony ponownie przez Luisa Enrique bez większego problemu awansuje do następnej fazy europejskiego czempionatu.

W Szwecji nastroje nie były już takie euforyczne, ale też w tamtejszych mediach nikt nie przekreślał szans ekipie „Trzech Koron” na wyjście z grupy. Przypominano, że z reprezentacją Hiszpanii ich zespół rywalizował w eliminacjach w grupie F i wprawdzie na wyjeździe uległ jej aż 0:3, to już jednak w październikowym rewanżu u siebie wywalczył remis 1:1, który rywale mogli uznać za szczęśliwy dla siebie, bo w przekroju całego spotkania byli wyraźnie gorsi.

A w Polsce? Trener naszej kadry Jerzy Brzęczek zaraz po losowaniu stwierdził: „„Bardzo ciekawa grupa i niewygodni przeciwnicy. Hiszpanie i Szwedzi, patrząc na statystyki i historię, nie są drużynami, z którymi było nam łatwo. Ale na mistrzostwach Europy nie ma koncertu życzeń”.

Ostrożnie dobierał też słowa w ocenie szans kapitan polskiej reprezentacji Robert Lewandowski: „To są mistrzostwa Europy. Patrząc na to, jak wyglądało to ostatnio, o wynikach zdecyduje aktualna forma, w jakiej zespoły przystąpią do turnieju. Do rozpoczęcia imprezy jest jeszcze ponad pół roku, a to w futbolu dużo i wiele może się przez ten czas zmienić, choćby w składach drużyn”.

Bilety drogie jak diabli

Z dwóch aren przydzielonych dla grupy E polskim piłkarzom lepiej znana jest Aviva Stadium w Dublinie. Biało-czerwoni graliśmy na nim z Irlandczykami w 2013 (0:2) i 2015 roku (1:1). Pierwszy mecz był towarzyski, drugi w eliminacjach Euro 2016. Stadion w Dublinie to jeden z najnowszych obiektów wśród 12 aren Euro 2020. Został oddany do użytku w 2010 roku, a rok później rozegrano na nim finał Ligi Europy.

Otwarta sprzedaż biletów na Euro 2020 rozpocznie się 4 grudnia od godziny 14:00. Na oba mecze na Aviva Stadium dla polskich kibiców przeznaczono po 20 tysięcy biletów.

Ceny wejściówek na mecze Euro 2020 są zróżnicowane i zależne od miejsca rozgrywania meczu, a także fazy turnieju. Na każde spotkanie obowiązują 3 kategorie cenowe. Na mecze grupowe i 1/16 finału wejściówki, w zależności od stadionu, kosztują 30 (w Baku, Bukareszcie i Budapeszcie) albo 50 euro w trzeciej kategorii, 75 albo 125 euro w drugiej kategorii i 125 albo 185 euro w pierwszej kategorii. Tańsze bilety obowiązują jedynie na mecze w Baku, Bukareszcie i Budapeszcie. Droższe bilety obowiązują na mecz otwarcia w Rzymie i ćwierćfinały w Rzymie, Monachium i Petersburgu – w zależności od kategorii, 75, 145 lub 225 euro. Za bilety na ćwierćfinałowe spotkanie w Baku trzeba będzie zapłacić 30, 75 lub 125 euro. Za obejrzenie półfinałowych meczów, które odbędą się w na stadionie Wembley w Londynie, trzeba będzie już zapłacić 195, 345 lub 595 euro. Z kolei na finał, również na Wembley, bilety wyceniono na 295, 595 lub 945 euro. Nie są to ceny dla zwykłych ludzi.

 

 

Na losowanie do Bukaresztu

W sobotę w Bukareszcie odbędzie się losowanie grup turnieju finałowego piłkarskich mistrzostw Europy, który w przyszłym roku wyjątkowo zostanie rozegrany w 12 krajach. W imprezie zagrają 24 zespoły podzielone na sześć grup. Biało-czerwoni będą dobierani z drugiego koszyka, ale już wiadomo, że do dwóch grup na pewno nie trafią.

Turniej finałowy zostanie rozegrany w dniach 12 czerwca – 12 lipca i odbędzie się na 12 stadionach w 12 krajach. Taki nietypowy pomysł przeforsował ówczesny prezydent UEFA Michel Platini, pod pretekstem uczczenia 60. rocznicy rozegrania pierwszych mistrzostw Europy. Gwoli przypomnienia – odbyły się w 1960 roku we Francji jeszcze pod nazwą Pucharu Narodów Europy, a triumfowała w nich reprezentacja ZSRR. W obecnej, szesnastej edycji europejskiego czempionatu, w eliminacjach wystartowały reprezentacja wszystkich 55 zrzeszonych w UEFA krajowych federacji.

12 krajów, 12 miast, 12 stadionów

Z racji powierzenia organizacji aż 12 krajom, tym razem żaden zespół nie był zwolniony z eliminacji. Bezpośredni awans z kwalifikacji wywalczyło 20 zespołów, o cztery pozostałe miejsca w marcu przyszłego roku odbędą się rozgrywki barażowe z udziałem drużyn, które zapracowały na to dobrymi wynikami w ubiegłorocznej Lidze Narodów.

W kwestiach organizacyjnych przed losowaniem w Bukareszcie zostało ustalone, że grupa A będzie rywalizować w Rzymie (mecz otwarcia) i Baku, grupa B w Kopenhadze i Petersburgu, grupa C w Amsterdamie i Bukareszcie, grupa D w Londynie i Glasgow, grupa E w Bilbao i Dublinie, zaś grupa F w Monachium i Budapeszcie. W każdej z nich może zagrać maksymalnie dwóch współgospodarzy turnieju. Półfinały i finał zostaną rozegrane się na stadionie Wembley w Londynie.

Reprezentacje gospodarzy, które już wywalczyły awans, zostały automatycznie przydzielone do grup w swoim kraju. Zespoły podzielono na cztery koszyki, zgodnie z rankingiem na podstawie wyników uzyskanych w eliminacjach Euro 2020 (oprócz meczów z szóstymi w tabeli drużynami, bowiem niektóre grupy kwalifikacyjne były pięciozespołowe). Reprezentacja Polski znalazła się w drugim koszyku wraz z zespołami Francji, Szwajcarii, Chorwacji, Holandii i Rosji, a zatem nie trafi na żaden z nich. Wiadomo także, że biało-czerwoni nie trafią do grupy B, bo w niej współgospodarzem jest Rosja, a także do grupy C, w której znalazła się m.in. Holandia.

Pierwszy koszyk tworzą ekipy Belgii, Włoch, Anglii, Niemiec, Hiszpanii i Ukrainy, do trzeciego trafiły Portugalia, Turcja, Dania, Austria, Szwecja i Czechy, a do czwartego Walia i Finlandia, zaś cztery wolne miejsca zajmą zwycięzcy przyszłorocznych baraży. Dla przypomnienia – do 1/8 finału awansują po dwa najlepsze zespoły z każdej z sześciu grup oraz cztery z najlepszym bilansem z trzecich miejsc.

Nie chcą grać w Baku

Biało-czerwoni po raz czwarty wystąpią w finałach mistrzostw Europy. Trzy razy wywalczyli awans – w 2008 (trenerem był Leo Beenhakker), 2016 (trenerem był Adam Nawałka) i teraz pod wodzą Jerzego Brzęczka zakwalifikowali sie do Euro 2020), natomiast w 2012 roku mieli zagwarantowany udział jako współgospodarz turnieju (trenerem był wtedy Franciszek Smuda).
Delegacja PZPN na sobotnie losowanie grup Euro 2020 w Bukareszcie liczy osiem osób. Na jej czele stoi rzecz jasna prezes Zbigniew Boniek, obowiązkowo też w składzie ekipy znalazł się selekcjoner biało-czerwonych Jerzy Brzęczek. Boniek przed wyjazdem w swoich publicznych wypowiedziach unikał odpowiedzi na pytanie, którego zespołów nie chciałby za grupowego przeciwnika naszej reprezentacji. W końcu jednak, chyba na odczepnego, wyraził opinię, że w gruncie rzeczy jest to obojętne na kogo trafią biało-czerwoni. Rzecznik prasowy związku Jakub Kwiatkowski przyznał natomiast, że nasza ekipa bardzo by nie chciała grać w grupie A, bo to oznacza konieczność dalekich podróży do stolicy Azerbejdżanu Baku. Niestety, takiej możliwości wykluczyć nie można.

Przypomnijmy, że awans do 1/8 finału z każdej z sześciu grup wywalczą po dwa zespoły oraz cztery z najlepszym bilansem z trzecich miejsc. Nie ma zatem co kombinować i liczyć na farta, tylko trzeba założyć, że w turnieju Euro 2020 słabych rywali po prostu nie będzie. Bo nawet debiutująca w mistrzostwach reprezentacja Finlandii może w czerwcu przyszłego roku okazać się lepsza od Holandii czy Włoch.