Euro wzmogło pandemię

Brytyjska agencja Public Health England podała, że finałowy mecz Euro 2020 Włochy – Anglia, podczas którego na Wembley zasiadło ponad 70 widzów, przyczynił się do rozprzestrzeniania COVID-19 w Wielkiej Brytanii.

W swoim raporcie Public Health England (PHE) wykazało, że wśród obecnych na stadionie widzów prawdopodobnie około 2300 osób było zakażonych już wcześniej, natomiast 3,5 tysiąca kolejnych zakaziło się w trakcie przebywania na stadionie Wembley w trakcie meczu. PHE zapewnia, że swoje ustalenia poczyniła na podstawie tysięcy przeprowadzonych wywiadów z uczestnikami finałowego meczu tegorocznych mistrzostw Europy. Zastępca dyrektora medycznego placówki Jennifer Smith przekazała, że dane te powinny być ostrzeżeniem dla tych, którzy domagają się przyspieszenia powrotu do normalności. „Piłkarski turniej Euro 2020 był imprezą wyjątkową i jest mało prawdopodobne, że zobaczymy podobny wpływ na rozprzestrzeniania się COVID-19 podczas innych wydarzeń. Jednakże dane pokazują, jak łatwo wirus rozprzestrzenia się w przypadku bliskiego kontaktu, a to powinno być ostrzeżeniem przy staraniach o powrót do normalności” – ostrzega Smith.
Public Health England przeprowadziło czteromiesięczne badania, w trakcie których oceniano czy inne wydarzenia sportowe w Wielkiej Brytanii generują podobną liczbę zakażeń koronawirusem. Najwięcej osób w przypadku badanych wydarzeń było obecnych przy okazji wyścigu Formuły 1 na torze w Silverstone. W trzydniowym wydarzeniu wzięło udział łącznie 350 tysięcy osób, wśród których 585 uzyskało dodatni wynik testu (343 osoby prawdopodobnie były zakażone już wcześniej). W trakcie wielkoszlemowego turnieju tenisowego na kortach Wimbledonu w ciągu dwóch tygodni obecnych było 300 tysięcy osób i w tym przypadku uzyskano 881 pozytywnych wyników.
„Pokazaliśmy, że możemy bezpiecznie organizować masowe imprezy sportowe i kulturalne, ale aby były bezpieczne, fani sportu, muzyki i kultury powinni się zaszczepić” – zaapelował do swoich rodaków brytyjski minister kultury Oliver Dowden.

Paulo Sousa w końcu podsumował Euro 2021

Coraz bliżej do kolejnych meczów w eliminacjach mistrzostw świata. Selekcjoner biało-czerwonych Paulo Sousa już wkrótce ogłosi skład kadry na spotkania z Albanią (2 września), San Marino (5 września) i Anglią (8 września). Ale wcześniej portugalski szkoleniowiec postanowił wytłumaczyć się z niepowodzenia w mistrzostwach Europy. Zrobił to w wywiadzie opublikowanym na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Selekcjoner polskiej kadry na wstępie wyjaśnił, dlaczego dopiero teraz zdecydował się na publiczną ocenę występu reprezentacji Polski w turnieju Euro 2021. „Zdecydowałem się na ten wywiad, żeby spróbować wytłumaczyć, co się stało, wyczyścić głowę z przeszłości, zostawić ją za sobą i przejść dalej” – wyznał Paulo Sousa. Portugalczyk niewiele ma sobie samemu do zarzucenia. Przyznaje, że gdyby mógł cofnąć czas, podjąłby kilka innych decyzji odnośnie gry polskiej drużyny. „Dzisiaj, po analizach, wiem, że w pierwszym meczu powinienem zdjąć z boiska Krychowiaka. Widziałem jednak, jak zespół zachowuje się w szatni w trakcie przerwy, a zaraz na początku drugiej połowy wyrównaliśmy i mieliśmy dwie następne okazje. Zanosiło się na kolejne bramki dla nas. Spychaliśmy Słowaków, tworzyliśmy szanse i to był odpowiedni moment, żeby zmienić Grześka, który miał już na koncie żółtą kartkę. Nie zrobiłem tego i wiadomo, że to był mój błąd, bo Krychowiak wyleciał z boiska, a zaraz potem straciliśmy gola na 1:2”.
Do innej błędnej decyzję Sousa przyznał się odnośnie meczu ze Szwecją. „W trakcie tego spotkania po rozmowach z asystentami, Victorem i Manuelem, podjęliśmy decyzję, by na ostatnie 20 minut wszedł Kacper Kozłowski. Chcieliśmy wzmocnić siłę ataku, bo przegrywaliśmy i potrzebowaliśmy pomocnika biegającego od pola karnego do pola karnego, kreującego okazje, zamiast bardziej statycznego, przyklejonego do środka, który będzie biegał wszerz boiska. Kiedy wyrównaliśmy, drużynie bardziej przydałby się Karol Linetty. W przyszłości musimy lepiej reagować na takie sytuacje. Myślę, że to efekt braku doświadczenia. Nie możemy tego wymagać od zawodników, którzy mało grali w ważnych meczach. Dziennikarze i kibice w Polsce patrzą na reprezentację przez pryzmat umiejętności Roberta Lewandowskiego i uważają, że powinna być na jego poziomie. Niestety, nie jest, bo wokół niego na innych pozycjach nie ma zawodników tej klasy” – przekonuje Paulo Sosua
Selekcjoner przyznał, że po Euro praktycznie nie kontaktował się z kadrowiczami. „Zrobiłem tak celowo. Uznałem, że piłkarze potrzebują samodzielnego przemyślenia kolejnych kroków. Ze sztabem cały czas monitorujemy ich przygotowania do sezonu i w odpowiedniej chwili porozmawiam z nimi osobiście. Teraz wolałem dać im odpocząć. Rozmawiałem za to z zawodnikami, którzy dotąd nie pojawili się w mojej reprezentacji, a mogą dostać szansę teraz” – przyznał selekcjoner biało-czerwonych.

Kadra Polski już ćwiczy w Opalenicy

W poniedziałek powołana przez Paulo Sousę kadra Polski na mistrzostwa Europy zebrała się w hotelu Remes Sport&Spa w Opalenicy. PZPN zajął na wyłączność cały ośrodek, w którym w komfortowych warunkach nasi piłkarze będą szlifować formę do 8 czerwca.

Portugalski selekcjoner biało-czerwonych nie chciał tracić czasu i nie dał swoim wybrańcom nawet kilku dni wolnego, więc większość z nich przyjechała do Opalenicy „z marszu”, po rozegraniu w miniony weekend ostatnich ligowych meczów w tym sezonie. Dla kadrowiczów z dłuższym stażem w reprezentacji, pamiętających jeszcze przygotowania pod wodzą trenera Adama Nawałki do turniejów Euro 2016 i MŚ 2018, była to pewnie niemiła niespodzianka, bo Nawałka dawał kilka dni wolnego i dopiero potem zaczynał treningowa pracę. Portugalczyk chce jednak odbyć z wybranymi przez siebie piłkarzami jak najwięcej treningów. W trakcie marcowego zgrupowania zdoła przeprowadzić ich tylko siedem, w tym zaledwie dwa przed pierwszym meczem eliminacji MŚ 2022 z Węgrami.
Ośrodek Remes Sport&Spa został przez PZPN wynajęty na wyłączność. Z powodu obostrzeń epidemicznych kibice i dziennikarze nie będą mieli tam tak łatwego dostępu do piłkarzy, jak mieli w Arłamowie podczas zgrupowań przed Euro 2016 i MŚ 2018. W bieszczadzkim ośrodku pod hotel przychodziły całe pielgrzymki kibiców, a polowanie na autografy piłkarzy trwało przez cały dzień. W Opalenicy czegoś takiego nie będzie. PZPN chcąc ograniczyć do minimum ryzyko zakażenia koronawirusem zorganizował zgrupowanie w stylu tzw. turniejowej bańki. Nie będzie spotkań z fanami ani otwartych treningów. Na terenie odizolowanego od świata zewnętrznego ośrodka porządku pilnują stewardzi i ochroniarze, a dziennikarze, aby obejrzeć trening czy wejść na konferencję prasową, muszą przejść szybkie antygenowe testy. Zaszczepieni, ozdrowieńcy, bez wyjątku wszyscy. Bezpieczeństwo zawodników jest najważniejsze – twierdzą działacze naszej piłkarskiej federacji.
Lokalizację zgrupowania przed Euro 2020 Sousa przejął niejako w spadku po zwolnionym w styczniu tego roku przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka Jerzym Brzęczku, ale nie domagał się zmiany ośrodka. Pewnie dlatego, że jako Portugalczyk wiedział, że hotel Remes był bazą pobytową portugalskiej reprezentacji podczas turnieju Euro 2012, a jej piłkarze i sztab szkoleniowy wystawili mu potem znakomite recenzje. Kadra Polski ma tu do dyspozycji kilka boisk treningowych usytuowanych wokół hotelu, a także korty tenisowe, pole golfowe, kręgielnię oraz spa z basenem.
Co do standardu hotelu to nawet kapryśny Cristiano Ronaldo nie miał żadnych zastrzeżeń. Gwiazdor czuł się w nim znakomicie. Właściciele hotelu zajmowany przez niego apartament numer 202 nazwali jego imieniem i do dzisiaj traktują jako specjalna ofertę dla gości. Pakiet dla Ronaldo obejmował nie tylko dwupoziomowy pokój, ale także udogodnienia, z których lubił korzystać zawodnik. Na przykład pobyt w spa, ulubiony masaż Ronaldo oraz jedzenie, które preferował Portugalczyk. Jego ulubionym daniem był między innymi tuńczyk, co dość mocno rzucało się w oczy w przygotowanym dla tego pakietu menu. Podobnej, specjalnej oferty ma się również doczekać Robert Lewandowski, który na czas zgrupowania kadry Polski wprowadził się do tego apartamentu.
Kapitan naszej reprezentacji przyjechał do Opalenicy już w poniedziałek. Najpierw wziął udział w konferencji prasowej, podczas której zebrał owacje od polskich dziennikarzy za pobicie blisko półwiecznego rekordu Gerda Muellera,a potem wraz z 20 innymi kadrowiczami wziął udział w lekkim popołudniowym treningu (zabrakło Arkadiusza Milika, Pawła Dawidowicza, Grzegorza Krychowiaka, Dawida Kownackiego, Łukasza Skorupskiego i Radosława Majeckiego, którzy nie zdążyli dojechać). Ze strony kolegów spotkała go miła niespodzianka, bo zdobyli się na ładny gest honorując jego rekord strzelonych goli w Bundeslidze szpalerem, a u piłkarzy taki dowód uznania to rzadkość. „Lewy” był tym dowodem uznania nawet trochę zawstydzony.
Adam Nawałka przed obozem w Arłamowie organizował zgrupowania regeneracyjne w Juracie. Sousa od razu zaprosił wszystkich do Opalenicy, ale w plany treningowe zgrabnie wmontował też czas na psychiczną regenerację oraz na integrację. W środę do piłkarzy dołączą rodziny i zostaną z nimi do końca tygodnia. W tym czasie zaplanowany jest m.in. grill i koncert zespołu Golec uOrkiestra. Pierwszy sprawdzian formy czeka biało-czerwonych już 1 czerwca we Wrocławiu, gdzie zagrają z drużyną Rosji. Kolejny test przejdą 8 czerwca w Poznaniu w spotkaniu z reprezentacją Islandii. A dzień później przeniosą się do bazy pobytowej w Sopocie.

Euro 2021: Mistrzostwa z kibicami

UEFA poinformowała na swojej stronie internetowej, że przełożone z powodu pandemii na ten rok finały mistrzostw Europy odbędą się z udziałem kibiców. Z 12 miast, które mają gościć uczestników Euro 2021, gotowość wpuszczenia widzów na trybuny zadeklarowało osiem, a cztery pozostałe mają czas na podjęcie decyzji do 19 kwietnia.

Londyn zadeklarował gotowość na przyjęcie minimalnej liczby 25 procent na trzy mecze fazy grupowej i spotkanie 1/8 finału, dał jednak nadzieję, że możliwe będzie zwiększenie tego limitu na mecz półfinałowy oraz finał. Z kolei Amsterdam, Bukareszt, Kopenhaga oraz Glasgow zgodziły się na udostępnienie od 25 do 33 procent miejsc, natomiast Petersburg i Baku zadeklarowały 50 procent pojemności swoich stadionów z perspektywą zwiększenia tej liczby do końca kwietnia. Jeszcze odważniej postąpił Budapeszt, którego władze zapowiedziały stuprocentowe otwarcie trybun, ale pod warunkiem spełnienia przez kibiców rygorystycznych wymogów dotyczących wejścia na obiekty.
Polskich fanów najbardziej interesuje kwestia miast, w których swoje mecze ma rozgrywać reprezentacja Polski. Dublin i Bilbao są w grupie czterech miast (wraz z Monachium i Rzymem), które nie mogą jeszcze zagwarantować wpuszczenia fanów na trybuny. „Cztery miasta dostały czas do 19 kwietnia, żeby przekazać nam informacje na temat swoich planów dotyczących meczów mistrzostw Europy. Oczekujemy też już finalnych decyzji w sprawie kibiców na trybunach” – napisano w komunikacie wydanym przez UEFA. Dla przypomnienia – reprezentacja Polski wedle ustalonego już terminarza ma w Dublinie zmierzyć się ze Słowacją (14 czerwca, godz. 18:00) oraz Szwecją (23 czerwca, godz. 18:00), natomiast w Bilbao wyznaczono jej mecz z drużyną Hiszpanii (19 czerwca, godz. 21:00).
PZPN wybrał na bazę dla kadry Portmarnock Hotel & Golf Links położony nieopodal stolicy Irlandii. Od centrum Dublina hotel dzieli tylko 25 minut jazdy samochodem, ale nie to było decydującym kryterium przy wyborze akurat tego obiektu, ani to, że jest on dawną rezydencją rodziny Jamesonów, producentów znanej marki whisky. Przesądziło posiadanie przez hotel pełnowymiarowego pola golfowego, a ten sport uprawia z większym lub mniejszym zaangażowaniem kilku najważniejszych ludzi w polskiej piłce nożnej.
W przypadku skreślenia Dublinu i Bilbao za listy gospodarzy Euro 2021, wedle docierają cych z UEFA plotek zaplanowane w tych miastach mecze planuje się przenieść do Wielkiej Brytanii, a konkretnie do Manchesteru. Prezes PZPN Zbigniew Boniek, będący przecież także członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA, chyba coś musi w tej kwestii wiedzieć, skoro już tu i ówdzie zapowiedział, że PZPN logistycznie ma już z Portmarnock Hotel & Golf Links wszystko dopięte na ostatni guzik, więc dopiero jeśli dojdzie do zmiany lokalizacji meczów biało-czerwonych, to po naradzie ze sztabem selekcjonera Paulo Sousy zostanie podjęta decyzja o ewentualnej zmianie lokalizacji bazy na Euro 2021.
„UEFA z przyjemnością informuje, że nastąpi powrót kibiców na mecze turnieju Euro 2020 i pragnie wyrazić uznanie dla swoich związków członkowskich oraz władz krajowych i lokalnych, które ściśle współpracują przy zapewnieniu bezpiecznego powrotu kibiców na stadiony. Obecnie osiem krajów-gospodarzy potwierdziło pojemność stadionów z kibicami w oparciu o ich prognozy dotyczące poprawy sytuacji zdrowotnej w ich krajach w czerwcu i lipcu, biorąc pod uwagę szereg czynników, w tym wdrożenie szczepień w danym kraju, planowane działania na rzecz ponownego otwarcia gospodarki i przewidywane spowolnienie transmisji wirusa ze względu na cieplejszą porę roku” – napisano w komunikacie UEFA.
Euro 2020 jest szesnastym turniejem o mistrzostwo Europy w piłce nożnej mężczyzn. Z okazji 60 rocznicy wyłonienia p;ierwszego mistrza Europy jubilkeuszową imprezę zaplanowano w 12 miastach w 12 różnych państwach, w dniach od 12 czerwca do 12 lipca 2020 roku, jednak w związku z pandemią Covid-19, 17 marca 2020 roku UEFA podjęła decyzję o przeniesieniu turnieju na 2021 rok przy zachowaniu nazwy mistrzostw. Tytułu będzie bronić reprezentacja Portugalii, zwycięzca UEFA Euro 2016.

Turniej Euro 2021 – podział na grupy:

Grupa A:
Turcja, Włochy, Szwajcaria, Walia.
Grupa B:
Dania, Belgia, Rosja, Finlandia.
Grupa C:
Holandia, Ukraina, Austria, Macedonia Płn
Grupa D:
Anglia, Chorwacja, Czechy, Szkocja
Grupa E:
Hiszpania, Szwecja, Polska, Słowacja
Grupa F:
Niemcy, Portugalia, Francja, Węgry

Norweski rząd straszy Haalanda

Norweskie władze twardo walczą w swoim kraju z pandemią koronawirusa. I nie stosują taryfy ulgowej wobec nikogo, egzekwując epidemiczne rygory nawet wobec piłkarskiej reprezentacji swojego kraju. Z powodu wykrycia zakażenia u jednego z piłkarzy, Omara Elabdellaoui, kadra Norwegii została skierowana na przymusową kwarantannę i nie pojechała na mecz Ligi Narodów z Rumunią, za co zostanie przez UEFA ukarana walkowerem.

Norweski rząd jest w walce z pandemią bardzo restrykcyjny i nie czyni żadnych wyjątków. Gdy podczas przeprowadzonych w miniony piątek w kadrze piłkarzy testów na obecność Covid-19 pozytywny wynik otrzymał obrońca Omar Elabdellaoui, został natychmiast odizolowany od reszty ekipy, ale na tym się nie skończyło. Władze zarządziły też kwarantannę dla całej reprezentacji. Norweska federacja w tej sytuacji usiłowała odwołać wyjazdowe spotkanie z Rumunią, ale UEFA ma swoje regulacje i zgodnie z nimi nie było żadnych powodów, aby mecz przekładać na inny termin. Sprawa skończy się więc walkowerem dla Rumunów, dlatego w środę na ostatnie w tej edycji Ligi Narodów spotkanie, na wyjeździe z Austrią, norweska federacja postanowiła posłać zebraną w trybie alarmowym rezerwową kadrę. Wszyscy dodatkowo powołani zawodnicy musieli najpierw stawić się na zgrupowaniu w Norwegii, gdzie musieli przejść obowiązkowe testy na obecność koronawirusa, a do Austrii odlecieli we wtorek samolotem czarterowym. Ponieważ także cały sztab szkoleniowy norweskiej reprezentacji przechodzi ob obowiązkową 10-dniową kwarantannę, zestawiona ad hoc drużynę w meczu z Austriakami poprowadzi trener kadry do lat 21 Leif Gunnar Smerud. W tej sytuacji na jej zwycięstwo nikt w Norwegii nie liczy, ale wielu nie może odżałować, że przez nadgorliwość polityków ich narodowa drużyna zmarnowała okazję do wywalczenia awansu do najwyższej dywizji Ligi Narodów.
Ale to jeszcze nie był koniec problemów, jakie swoim rygoryzmem sprawili piłkarzom norwescy politycy. Wedle wprowadzonych przez władze przepisów obowiązkową kwarantanne piłkarze powinni odbyć w hotelu wybranym na zgrupowanie kadry, ale po ostrych protestach zawodników występujących na co dzień w zagranicznych zespołach, zwłaszcza gwiazdora Borussii Dortmund Erlinga Haalanda, władze zgodziły się pójść w tej kwestii na kompromis i wyraziły zgodę aby ci gracze mogli wyjechać z Norwegii. Po warunkiem jednak, że po dotarciu do macierzystych klubów pozostaną w izolacji w swoich domach do zakończenia kwarantanny, co de facto oznaczało zakaz uczestniczenia przez nich w treningach i meczach.
Stacja telewizyjna NRK podała nawet, że występujący za granicą piłkarze musieli podpisać specjalne zobowiązanie, że po powrocie do domu sumiennie przejdą kwarantannę. Za złamanie zasad kwarantanny w Norwegii grozi w najlepszym przypadku wysoka grzywna, a w najgorszym kara więzienia do dwóch lat.
Norweskie media zastanawiają się teraz, jak zachowa się Haaland, który jest zdrowy i powinien być do dyspozycji trenera Borussii Dortmund już w najbliższą sobotę w ligowym meczu z Herthą Berlin. Jeśli odmówi występu, będzie miał pod górkę u swoich niemieckich pracodawców, ale gdy zlekceważy zakaz władz swojego kraju, przyjdzie mu zapłacić wysoką grzywnę, bo oczywiście nikt nie zakłada, iż zostanie za to skazany na więzienie.
Wysoko postawiony urzędnik norweskiego ministerstwa zdrowia Espen Rostrup Nakstad w wypowiedzi dla mediów podkreślił jednak, że odradza Haalandowi lekceważenie zakazu, bo „respektowanie przepisów dotyczących koronawirusa jest w Norwegii nadzorowane przez policję, a w przypadku poważnego, świadomego naruszenia obowiązujących restrykcji przewidziane są wyjątkowo surowe kary”. Piłkarz ma więc dylemat, bo jeśli zagra na pewno przez władze jego kraju zostanie to potraktowane jako „świadome złamanie zakazu”. Na to, że nie zostanie to zauważone, nie ma co liczyć, bo w Norwegii osoby znane mają dawać przykład społeczeństwu, dlatego za swoje wykroczenia są traktowane jak najsurowiej. Premier Norwegii Erna Solberg powiedziała, że ludzie sportu nie mogą oczekiwać wyjątków. „Takie decyzje podważyłyby system naszego prawa w oczach przeciętnego Norwega. Dlatego u nas wobec prawa wszyscy są równi”.
Nie tylko piłkarze nożni dostali przykład równości wobec prawa. Na niecałe trzy tygodnie przed rozpoczęciem tegorocznych mistrzostw Europy w piłce ręcznej kobiet Norwegia zrezygnowała z roli współorganizatora turnieju i wystawiła w tym względzie do wiatru Duńczyków, którzy teraz muszą całą imprezę przeprowadzić u siebie. Ta decyzja jest kłopotliwa także dla polskiej federacji szczypiorniaka, bowiem nasza kobieca reprezentacja miała w Euro 2020 w fazie grupowej grać właśnie w Norwegii, konkretnie w Trondheim, wraz gospodyniami, Niemkami i Rumunkami. Turniej ma się rozpocząć 3 grudnia.

W Euro 2021 zagramy ze Słowacją

W czwartek 12 listopada rozegrano spotkania barażowe o cztery ostatnie miejsce w przełożonym na przyszły rok turnieju Euro 2020. Wśród zwycięzców znalazła się drużyna Słowacji, która w grupie E zagra m.in. z Polską.

W Polsce ze spotkań barażowych największe zainteresowanie wzbudzał mecz Irlandii Północnej ze Słowacją, bo jego zwycięzca uzupełniał skład grupy E, do której wcześniej awans wywalczyły zespoły Hiszpanii, Szwecji i Polski. Na dodatek to właśnie ze Słowakami biało-czerwoni stoczą 14 czerwca 2021 roku pierwszą potyczkę w mistrzostwach Europy. Nasi południowi sąsiedzi pokonali ekipę Irlandii Północnej po dogrywce 2:1. Oprócz Słowacji awans wywalczyły zespoły Macedonii Północnej (po wygranej 1:0 z Gruzją), Szkocji (1:1, k. 5:4 z Serbią) i Węgier (2:1 z Islandią).
Wciąż nie wiadomo czy zgodnie z pierwotnym planem turniej Euro 2021 uda się rozegrać w 12 miastach: Bilbao, Amsterdam, Baku, Bukareszt, Budapeszt, Kopenhaga, Dublin, Glasgow, Londyn, Monachium, Rzym i Petersburg. Coraz częściej pojawiają się plotki, że UEFA z powodu pandemii koronawirusa rozważa możliwość przeniesienia imprezy do jednego państwa. Ponoć gotowość goszczenia turnieju zgłosiła Rosja, a ostatnio z podobną inicjatywą miała wystąpić Wielka Brytania. Prezydent UEFA Aleksander Ceferin deklaruje jednak oficjalnie, że chciałby zachować format turnieju w uzgodnionym już kształcie, jednak kolejna fala pandemii może storpedować możliwość bezpiecznego podróżowania, więc działacze europejskiej federacji rozważają też
inne warianty.

Ostateczny skład grup Euro 2021:
Grupa A (Rzym/Baku): Turcja, Włochy (gospodarz), Walia, Szwajcaria.

Grupa B (Kopenhaga/Petersburg): Dania (gospodarz), Finlandia, Belgia, Rosja (gospodarz);

Grupa C (Amsterdam/Bukareszt): Holandia (gospodarz), Ukraina, Austria, Macedonia Północna. Grupa D (Londyn/Glasgow): Anglia (gospodarz), Chorwacja, Szkocja (gospodarz), Czechy.

Grupa E (Bilbao/Dublin): Hiszpania (gospodarz), Szwecja, POLSKA, Słowacja.

Grupa F (Monachium/Budapeszt): Węgry (gospodarz), Portugalia, Francja, Niemcy (gospodarz).

Duński order dla Hareide

Norweski selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Danii w latach 2016-2020, Age Hareide, został niedawno „za wybitne zasługi dla kraju” odznaczony przez duńską królową Margrethe orderem „Ridder af Dannebrog”.

Norweskiemu szkoleniowcowi przyznane odznaczenie wręczył podczas specjalnej uroczystości w ambasadzie Danii w Oslo osobisty wysłannik królowej. Order „Ridder af Dannebrog” to odznaczenie ustanowione w 1671 roku przez króla Kristiana V, które dzisiaj jest drug co do znaczenia w Królestwa Danii (po Orderze Słonia), a nadawane jest za szczególnie wybitne zasługi cywilne i wojskowe. Tak na marginesie, to jeden z najstarszych orderów przyznawanych obecnie na świecie.
Czym Age Hareide sobie zasłużył na taki niebywały splendor? Przypomnijmy: norweski szkoleniowiec w 2016 roku został selekcjonerem reprezentacji Danii, zastępując na tym stanowisku legendę duńskiego futbolu Mortena Olsena. Dostał za zadanie wywalczenie awansu do turnieju Euro 2020. I cel ten osiągnął, ale najpierw wbrew przewidywaniom większości futbolowych ekspertów awansował z zespołem Danii do mistrzostw świata w 2018 roku. Na rosyjskim mundialu doprowadził go do 1/8 finału. Duńczycy odpadli w tej fazie rozgrywek po dramatycznej potyczce z późniejszym wicemistrzem świata, Chorwacją. W regulaminowym czasie mecz zakończył się remisem 1:1, w dogrywce wynik się nie zmienił i o zwycięstwie Chorwatów przesądził dopiero konkurs rzutów karnych, który wygrali 3-2. Pod wodzą Hareide reprezentacja Danii rozegrała 42 mecze, z których 21 wygrała, 18 zremisowała, a tylko trzy przegrała, m.in. w październiku 2016 2:3 z Polską w Warszawie w kwalifikacjach do MŚ 2018.
Czteroletni kontrakt Hereide wygasł z końcem lipca tego roku, bo norweski trener miał umowę tylko do Euro 2020 i duńska federacja od 1 sierpnia podpisał już kontrakt z innym trenerem. Z powodu pandemii koronawirusa mistrzostwa Europy zostały jednak przełożone, a Hereide stracił okazję do pożegnalnego meczu z drużyną, którą stworzył. I pewnie dlatego w ramach rekompensaty otrzymał „Ridder af Dannebrog”.

Leon dobry jak Cristiano Ronaldo

Wilfredo Leon uważany jest za jednego z najlepszych obecnie siatkarzy na świecie. Z uwagi na nieprzeciętne umiejętności i podejście do uprawiania sportu, Kubańczyk z polskim paszportem często porównywany jest do portugalskiego piłkarza Cristiano Ronaldo. Leon podkreśla, że dla niego to wielki komplement.

Talent do gry w siatkówkę Wilfredo odziedziczył po matce, Alinie Venero Boza, która także uprawiała ten sport, imię i nazwisko po ojcu, Wilfredo Leonie Hechavarri. Już jako młokos demonstrował nieprzeciętne umiejętności, czego dowodem debiut w seniorskiej reprezentacji Kuby już w wieku 14 lat. Miało to miejsce podczas turnieju eliminacyjnego do igrzysk olimpijskich w Pekinie. Trzy lata później Wilfredo był już gwiazdą narodowej drużyny i jej kapitanem. W 2010 roku osiągnął swój pierwszy znaczący sukces, zdobywając z zespołem Kuby złoty medal letnich igrzysk młodzieży w Singapurze. W roku 2012 pierwsza reprezentacja tego kraju niespodziewanie przegrała jednak w kwalifikacjach do igrzysk w Londynie, co u 19-letniego Leona wywołało taką frustrację, że postanowił wyjechać za granicę. Na Kubie taka decyzja oznaczała wtedy natychmiastowe skreślenie z kadry narodowej, co też działacze tamtejszej federacji siatkarskiej zrobili.
Do Polski 19-letni Wilfredo przyjechał za namową dziennikarki Małgorzaty Gronkowskiej, którą poznał za pośrednictwem internetu, gdy zwróciła się do niego z prośbą o wywiad. Przez nią poznał też działającego w Rzeszowie menedżera sportowego Andrzeja Grzyba, któremu powierzył swoje interesy. W 2014 roku Leon podpisał kontrakt z rosyjskim potentatem, Zenitem Kazań, w którym spędził cztery kolejne lata i w barwach którego zdobył mnóstwo trofeów, albowiem w tym okresie klub z Kazania dzielił i rządził nie tylko w lidze rosyjskiej, lecz także w europejskich pucharach.
Gdy zaczynał grę w tym klubie, reprezentacja Polski pod wodzą francuskiego trenera Stefana Antigi wywalczył mistrzostwo świata i wtedy u Leona zrodziła się myśl, że skoro nie może już grać w reprezentacji Kuby, a przecież zawsze marzył o medalowych występach na igrzyskach olimpijskich i w mistrzostwach świata, to chcąc te marzenia spełnić powinien dołączyć do kadry Polski. Od strony formalnej nie było to trudne, bo w czerwcu 2015 roku ożenił się z Gronkowską, a 14 lipca tego roku otrzymał polskie obywatelstwo. Znacznie trudniejsze było pokonanie biurokratycznych barier w kubańskiej federacji, a bez jej zgody władze FIVB nie mogły wydać zezwolenia na zmianę barwa narodowych Leona. Gdy już w końcu Kubańczycy odpuścili, siatkarz musiał jeszcze odczekać dwuletnią karencję, dlatego w reprezentacji Polski, która w 2018 roku po raz drugi z rzędu zdobyła mistrzostwo świata, mógł zadebiutować dopiero w lipcu 2019 roku.
Warto przypomnieć te fakty w kontekście porównań Leona do Cristiano Ronaldo. Nigdy jednak nie sprawdzimy czy portugalski piłkarz, gdyby mógł zmienić barwy narodowe i chciał grać, na przykład w triumfującej w 2018 roku na mundialu w Rosji reprezentacji Francji, dostałby w niej miejsce równie łatwo, jak w mistrzowskiej drużynie polskich siatkarzy dostał Kubańczyk. Leon trafił do polskiej kadry w jej kolejnym złotym okresie, rok po tym, jak bez jego udziału wywalczyła po raz drugi z rzędu mistrzostwo świata. Ma jednak to szczęście, że biało-czerwoni teraz celują w najcenniejsze trofeum – złoty medal olimpijski. Takie zadanie jest im stawiane przez kibiców, wciąż głodnego sukcesów belgijskiego trenera Vitala Heynena i wreszcie przez władze Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Wielka szkoda, że przez pandemię koronawirusa kubański siatkarz i jego polscy koledzy muszą odłożyć realizację tego celu na następny rok, ale wszyscy wierzą, że za kilka miesięcy sportowe życie wróci do normy i znów będą mogli grać jak dawniej.
W każdym sporcie zawodnik jest wart tyle, ile aktualnie potrafi z siebie na boisku. Cristiano Ronaldo ma 35 lat, czyli jest o blisko dekadę starszy od Leona, ale dbając wręcz obsesyjnie o swoją sportową formę, wciąż zachwyca grą na najwyższym poziomie. Kubański siatkarz w dbałości o swój organizm mu nie ustępuje. Jeśli więc coś ich różni, to wyłącznie stan konta, bo piłka nożna wciąż jest wyżej ceniona od siatkówki, co przekłada się rzecz jasna także na poziom popularności.
Leon ma tego świadomość i o porównaniach ze słynnym na cały świat Portugalczykiem mówi tak: „Porównanie do Cristiano Ronaldo bardzo mnie cieszy, bo to oznacza, że praca jaką wykonałem i wciąż wykonuję na boisku i poza nim, jest doceniana. To mnie motywuje, aby w dalszym ciągu doskonalić moją grę. Chciałbym jednak zapewnić, że sam o sobie tak nie myślę. Nawet nie zastanawiam się jaką mam teraz pozycję w siatkarskiej hierarchii. Mam jednak nadzieję, że wszystko co najlepsze w tym sporcie mam jeszcze do wygrania, przede wszystkim z reprezentacja Polski, której stałem się pełnoprawnym graczem” – powiedział Wilfredo Leon w wywiadzie udzielonym dla serwisu internetowego olympicchannel.com.

Reprezentację czekają dwa trudne lata

Przeniesienie turnieju Euro 2020 na przyszły rok w aspekcie czysto sportowym nie jest wielkim problemem dla reprezentacji Polski. Bez względu na to, kto będzie jej trenerem, przez 15 miesięcy nie zdoła przecież dokonać w kadrze personalnej rewolucji. A nawet gdyby chciał, nie pozwolą mu na to władze PZPN. Nasza piłkarska federacja będzie potrzebowała sukcesów drużyny narodowej, bo bez nich nie odbuduje zrujnowanych przez koronawirus finansów. Selekcjoner nie dostanie więc zgody na żadne eksperymenty.

Po przymusowej przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, drużynę narodową czeka półtoraroczna harówka. Jesienią tego roku biało-czerwoni powalczą w Lidze Narodów, od marca 2021 zaczną eliminacje do mistrzostw świata w Katarze, które potrwają do listopada tego roku, a w ich środku przyjdzie im odrobić zaległości z Euro 2020. Takie skomasowanie ważnych meczów w jednym roku niesie wyzwania, z jakimi żaden selekcjoner polskiej reprezentacji jeszcze się nie mierzył. Na razie nie ma co dywagować, czy ciężar oczekiwań udźwignie Jerzy Brzęczek, bo jego aktualny kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku, a póki co sternicy naszej futbolowej centrali nie kwapią się z jego przedłużeniem. Obsada stanowiska selekcjonera kadry jest jednak w tej chwili kwestią drugorzędną. Trener Brzęczek oraz jego sztab i tak nie mają teraz nic do roboty i wszystko wskazuje na to, że nie będą mieli co najmniej do końca lipca.
Wiek to tylko liczba, ale…
Załóżmy jednak, że umowa Brzęczka zostanie przedłużona i to on poprowadzi Polskę na turnieju, na który ją wprowadził. Po pierwsze, przebudowa drużyny będzie musiała zostać przeprowadzona w trakcie kwalifikacji do MŚ 2020, które mają wystartować w marcu 2021 roku, i być dostosowana do jesiennego terminu mundialu w Katarze. Dotąd reprezentacje narodowe w Europie funkcjonowały według dwuletniego cyklu, a zmiany pokoleniowe w kadrach dokonywały się zazwyczaj po mistrzostwach świata lub Europy i przed startem kwalifikacji do kolejnego turnieju. Teraz jednak selekcjonerzy będą musieli tym samym składem obskoczyć zarówno czerwcowe finały mistrzostw Europy, jak i eliminacje do mundialu w Katarze, co nie jest dobrą wiadomością dla piłkarzy zaawansowanych wiekowo.
Dla kilku graczy powoływanych dotąd regularnie przez trenera Brzęczka przesunięcie finałów mistrzostw Europy na 2021 rok może de facto oznaczać koniec reprezentacyjnej kariery. W tej grupie znajdują się: Jakub Błaszczykowski (rocznik 1985), Łukasz Fabiański (1985), Thiago Cionek (1986) i Artur Jędrzejczyk (1987). Oprócz Fabiańskiego, który przez Brzęczka przy osadzie bramki był dotąd traktowany na równych prawach z Wojciechem Szczęsnym, pozostali z wymienionych są w tej chwili zawodnikami drugiego wyboru, czyli rezerwowymi. Dla każdego z nich występ w tegorocznym turnieju miał być zwieńczeniem reprezentacyjnych karier, ale nawet gdyby pozostali w kadrze jeszcze przez rok, metryki oszukać się nie da. Błaszczykowskiemu już teraz co rusz przytrafiają się kontuzje, przez które nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymać wysokiej formy. Inna sprawa, że był dotąd w kadrze dzięki rodzinnym koneksjom z Brzęczkiem, bo od innego selekcjonera pewnie już po mundialu w Rosji przestałby dostawać powołania. Za rok będzie miał już jednak 36 lat, a podczas mundialu w Katarze 37 i jego przydatność dla reprezentacji będzie żadna. Podobnie jak Thiago Cionka i Jędrzejczyka. Obaj na rezerwowych dla Kamila Glika i Jana Bednarka już teraz słabo się nadawali. W kwalifikacjach Euro 2020 pierwszy z nich nie zagrał nawet minuty, a drugi wystąpił tylko w jednym meczu, a i to dlatego, że nie mógł zagrać kontuzjowany Glik.
Wiek nie powinien być decydującym kryterium przy ocenie przydatności piłkarza do kadry, ale czy to się komuś podoba czy nie, na ogół o tym przesądza. Chyba, że trener nie ma alternatywy, ale w przypadku drużyny narodowej takie sytuacje się nie zdarzają.
Bramkarzy ci u nas dostatek
Na razie nie wiadomo co postanowi Łukasz Fabiański, który po tegorocznym Euro planował pożegnanie z reprezentacją Polski. On jest rówieśnikiem Błaszczykowskiego, co w przypadku bramkarza nie jest jednak takim problemem, bo nie musi przecież w trakcie meczu zaliczać po 10-12 km, czego wymaga się od zawodnika grającego na pozycji skrzydłowego. Nic nie ujmując Fabiańskiemu, który jest filarem West Hamu United, to obiektywnie oceniając, w ubiegłym roku zaczęła uwidaczniać się już wyraźna różnica między nim a Wojciechem Szczęsnym. Różnica na niekorzyść Fabiańskiego, żeby była jasność. A to dlatego, że młodszy o pięć lat Szczęsny jest teraz w apogeum swoich możliwości, gra regularnie w jednym z najlepszych zespołów klubowych na świecie, który w każdym sezonie walczy o najwyższą stawkę w Lidze Mistrzów. I właśnie przedłużył z turyńskim klubem kontrakt do 2024 roku. To są wystarczające powody, żeby w reprezentacyjnej bramce stawiać właśnie na niego. Przy całym szacunku dla Fabiańskiego, gdyby nie błędy Szczęsnego i kilka pechowych dla niego zdarzeń, to Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek ustalanie składu wyjściowej jedenastki zaczynaliby od wpisania nazwiska Szczęsny do rubryki „bramkarz”.
Z punktu widzenia interesu reprezentacji nie ma zatem znaczenia, co postanowi Fabiański, bo w najbliższych latach bramkarzem numer 1 w kadrze będzie Szczęsny. A w rolach dublerów, z których za kilka lat wyłoni się jego następca, powinni być obsadzani występujący obecnie z powodzeniem w Fiorentonie 23-letni Bartłomiej Drągowski oraz 21-letni Radosław Majecki, który latem przeniesie się z Legii Warszawa do AS Monaco, Kamil Grabara (obecnie na wypożyczeniu z FC Liverpool do Huddersfield Town) i Marcin Bułka, na razie jeszcze trzeci bramkarz Paris Saint-Germain. Na tej pozycji reprezentacja Polski nie będzie miała w najbliższej dekadzie deficytu talentów, bo każdego roku ujawniają się nowe.
W defensywie też nie jest źle
W liniach obronnych w tej chwili nikt nie wyobraża sobie kadry Polski bez Kamila Glika (32 lata), Jana Bednarka (24), Macieja Rybusa (31), Tomasza Kędziory (26), Bartosza Bereszyńskiego (28), a nawet Arkadiusza Recy (25). Kto powinien do nich dołączyć? Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie ma sensu powoływać już Jędrzejczyka i Thiago Cionka, natomiast zamiast nich oswajać się z reprezentacją powinni już coraz lepiej radzący sobie w występującej w Serie A drużynie Cagliari 20-letni Sebastian Walukiewicz oraz 19-letni Michał Karbownik, który w Legii Warszawa zrobił furorę jako lewy obrońca, ale grał na tej pozycji z konieczności, bo ponoć to urodzony pomocnik i rozgrywający. Ci dwaj niewątpliwie utalentowani gracze ujawnili już futbolowy potencjał, w który warto inwestować.
Do tej formacji może też przecież dołączyć po wyleczeniu kontuzji więzadeł 22-letni Krystian Bielik, który już zdążył swoimi występami w reprezentacji zaklepać sobie w niej miejsce dla siebie i gdyby nie pech, miałby pewne miejsce w kadrze na Euro 2020. Ten uniwersalny piłkarz świetnie spisywał się też w roli defensywnego pomocnika. W jego przypadku przełożenie Euro 2020 o rok może okazać się zbawienne, o ile rzecz jasna zdoła wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji, co w przypadku graczy wracających po urazie więzadeł zawsze jest loterią.
Kto obok Krychowiaka?
Liderem linii środkowej naszej reprezentacji bez wątpienia jest w tej chwili Grzegorz Krychowiak, który w lidze rosyjskiej wybił się na gwiazdę, a w tym sezonie zadziwia wręcz niesłychaną jak na defensywnego pomocnika skutecznością – w 20 ligowych występach strzelił dziewięć goli i zaliczył cztery asysty. Ten 30-letni piłkarz od sześciu lat jest filarem biało-czerwonych i przez najbliższe dwa lata tej roli może go pozbawić co najwyżej jakaś ciężka kontuzja. Pewniakami w tej formacji są także 26-letni Piotr Zieliński (SSC Napoli), 21-letni Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), 30-letni Mateusz Klich (Leeds United) i 25-letni Przemysław Frankowski (Chicago Fire) i nawet 28-letni Jacek Góralski, chociaż powędrował na koniec świata do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Gdyby turniej Euro 2020 został rozegrany w tym roku, pewne miejsce na lewym skrzydle miałby zapewne 32-letni Kamil Grosicki, ale po przejściu zimą tego roku z Hull City do West Bromwich Albion w nowym klubie ma tylko status zmiennika i zważywszy na jego wiek, niewielkie szanse na wywalczenie miejsca w podstawowym składzie. Tym bardziej, że ekipa WBA, podobnie zresztą jak Leeds United (Klich), jest bliska wywalczenia awansu do Premier League, co z pewnością zaowocuje letnimi transferami nowych graczy. Teoretycznie zatem za kilka miesięcy możemy mieć dwóch kadrowiczów w klubach Premier League, lecz w marginalnych rolach i przez to z malejącym pożytkiem dla reprezentacji.
Na szczęście selekcjoner kadry ma szerszy wybór graczy w tej formacji. Po wyleczeniu kontuzji w drugiej połowie tego roku powinien już wrócić do gry Dawid Kownacki, być może w jakimś nowym klubie po zapowiedzianym odejściu z Leicester City odrodzi się w końcu zapomniany już przez polskich kibiców Bartosz Kapustka, piłkarz po przejściach, ale wciąż perspektywiczny, bo ledwie 24-letni. Może w końcu przebije się w kadrze ewidentnie niedoceniany przez Brzęczka Karol Linetty (Sampdoria Genua), może szansę dostanie rewelacyjnie spisujący się w barwach Uralu Jekaterynburg 26-letni Rafał Augustyniak, zbierający znakomite recenzje w rosyjskiej lidze, w której uznawany jest za najbardziej skutecznego w destrukcji defensywnego pomocnika. Na pewno powinien ją dostać 27-letni Damian Kądzior, który rozgrywa sezon życia w Dinamie Zagrzeb. W zespole mistrza Chorwacji do momentu przerwania rozgrywek miał na koncie 12 bramek i 9 asyst. Może wreszcie powody do wysłania im powołań dadzą tacy gracze, jak 22-letni Patryk Dziczek (Lazio Rzym, obecnie wypożyczony do II-ligowej Salernitany, czy 26-letni Radosław Murawski, grający obecnie w tureckim Denizlisporze.
Lewandowski i kto jeszcze?
W linii ataku poza wszelką konkurencją jest rzecz jasna 31-letni Robert Lewandowski i nic nie zapowiada, żeby przez najbliższe dwa lata miało coś się w tej kwestii zmienić. Drugie miejsce w aktualnej hierarchii napastników zajmuje 26-letni Arkadiusz Milik (SSC Napoli), a trzecie 25-letni Krzysztof Piątek (Hertha Berlin). Za nimi nie stoi jednak kolejka graczy z aspiracjami i umiejętnościami, żeby zająć miejsce tego tercetu. W lidze greckiej w tym sezonie furorę zrobił co prawda 23-letni Karol Świderski, najlepszy strzelec PAOK Saloniki, zaś za oceanem w amerykańskiej MLS mamy 25-letniego Jarosława Niezgodę i 23-letniego Adama Buksę, lecz obiektywnie rzecz biorąc nie są to piłkarze dobrze rokujący na przyszłość. Trzeba zatem trzymać kciuki za zdrowie „Lewego” i Milika oraz żeby Piątek odzyskał jak najszybciej skuteczność z okresu gry w Genui. I czekać na pojawienie się nowych, utalentowanych napastników.

Nie tylko Brzęczkowi wygasa umowa

Przełożenie przez UEFA turnieju Euro 2020 na przyszły rok postawiło kilka federacji w niezręcznej, a nawet niekomfortowej sytuacji wobec trenerów ich reprezentacji. Selekcjoner kadry Polski Jerzy Brzęczek ma kontrakt z PZPN wygasający z końcem lipca tego roku. W podobnej sytuacji jak on znajdują się jeszcze szkoleniowcy zespołów Belgii, Włoch, Portugalii, Ukrainy, Chorwacji, Danii i Austrii.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek sam wybrał Jerzego Brzęczka na nowego trenera biało-czerwonych i przez dwa lata konsekwentnie utrzymywał, że dokonał słusznego wyboru. Ale niedawno w jednym w programów telewizyjnych nieoczekiwanie stwierdził: „W kontrakcie selekcjonera reprezentacji nie ma klauzuli, która mówi, że awans gwarantuje prowadzenie drużyny także na turnieju Euro. Była tylko taka, która po awansie z automatu przedłużała kontrakt do końca lipca 2020 roku”. Czy to oznacza, że Brzęczek za rok nie poprowadzi biało-czerwonych w finałach mistrzostw Europy? Pewnie poprowadzi, bo mimo licznych zastrzeżeń do jego pracy, wyniki przemawiają na jego korzyść i odebranie mu tej możliwości byłoby dla PZPN „strzałem w stopę. Wygląda na to, że Boniek po prostu przygotował sobie grunt pod czekające go wkrótce negocjacje z selekcjonerem o przedłużeniu wygasającej z końcem lipca umowy.
W podobnej sytuacji co Brzęczek w ekipach finalistów Euro 2020 jest jeszcze siedmiu szkoleniowców. W lipcu kontrakty wygasną też Andrijowi Szewczence (Ukraina), Zlatko Daliciowi (Chorwacja), Roberto Manciniemu (Włochy), Roberto Martinezowi (Belgia) Fernando Santosowi (Portugalia) i Franco Fodzie (Austria). Oni jednak, podobnie jak selekcjoner biało-czerwonych, nie stoją na straconej pozycji i raczej na pewno dostana propozycje przedłużenia dotychczasowych umów. Na co takiego nie może już liczyć trener reprezentacji Danii Age Hareide. Władze duńskiej federacji już wcześniej z nim ustaliły, że odejdzie po Euro 2020, dlatego podpisały kontrakt z jego następcę, Kasparem Hjulmandemj, który przejmie kadrę od 1 sierpnia tego roku.
Hereide jest zatem największym poszkodowanym przez epidemię koronawirusa z trenerów finalistów mistrzostw Europy, bo z powodu przełożenia turnieju na przyszły rok norweski szkoleniowiec stracił okazję do zwieńczenia kilkuletniej pracy z duńską drużyną. Pod jego wodzą Dania w mistrzostwach świata w Rosji doszła do 1/8 finału, odpadając po porażce w rzutach karnych z Chorwacją, która później wywalczyła wicemistrzostwo globu. A potem udanie przeprowadził duńską reprezentacje przez eliminacje Euro 2020 – awansowała z drugiego miejsce w grupie D, zdobywając w ośmiu meczach 16 punktów (pierwsza była Szwajcaria z dorobkiem 17 pkt), ale jego drużyna nie poniosła nawet jednej porażki. Ma więc czego żałować.