Nie (i)gra się demokracją

Jeśli ktoś mówi, że demokracja to gra, nie jest demokratą. Nie mieliśmy kiedy uczyć się demokracji, nikt też do tej nauki się nie palił. W Polsce po roku 1989, tak po prawdzie, nikt demokracji nie chciał. Niektórzy chcieli dobrobytu, inni stabilizacji, wielu chciało, by było kolorowo jak w telewizji.

Jak w modzie na sukces, gdzie wszyscy mają sukcesy i zawsze są modni. Politycy chcieli być wybierani do władz, by mieć władzę, sukcesy i nosić się modnie. No, może poza jednym Kuroniem, któremu na modzie nigdy nie zależało, a zależało trochę na ludziach. Lud(zie) zwykły chciał mieć spokój, bezpieczeństwo i względny dobrobyt. Na ogół nie nęciła go odpowiedzialność za sprawy społeczności, nie chciał temu poświęcać czasu, którego zwykle i tak nie miał.

W Polsce po roku 1989 nie pojawiło się określenie „dobro wspólne”, nie zostało opisane ani nazwane. Mamy rząd, jaki mamy, zapisany w konstytucji i ustawach katalog usług publicznych i rzeczywistość, która czasem skrzeczy, a czasem cichutko jęczy. Dobro wspólne jest częściej w Polsce przedmiotem dowcipów niż politycznej analizy.

Debatę polityczną zdominował wulgarny neoliberalizm w wersji brytyjskiej, i to jeszcze bardziej zwulgaryzowanej. Ci, co mówią o demokracji, zwykle nie wiążą jej z równością. Są przekonani, że demokracja to wolność, głównie wolność wyboru – o ile oczywiście wyniki wyborów są zgodne z oczekiwaniami wyznawców wolności. W dodatku podstawą tej quasi-debaty wydaje się kompletna nieznajomość spraw, o których się dyskutuje, nieznajomość procedur demokratycznych, kompetencji ciał i instytucji. Można powiedzieć, że polską polityką rządzi ignorancja, a debatą polityczną niewiedza. Nikt nie chce nikogo do niczego przekonać, ale jedynie wyrazić swoją frustrację. W takim układzie nie ma miejsca na argumenty merytoryczne, liczy się tylko siła ekspresji i ekspresja siły.

Jeśli jednak się gra, trzeba pamiętać, kto rozdaje karty. Z punktu wierzących w grę najbardziej trzeźwe zdanie przedstawił 28 kwietnia Paweł Wroński. Poglądami Wroński jest najbardziej zbliżony do graczy z PO, ale potrafi czasem spojrzeć na stolik z kartami trochę chłodniej, jakby uzyskując nieco szerszą perspektywę. Bo szanse na jakieś większe zwycięstwo opozycji w sytuacji, gdy wszystkie atuty są po stronie rządu, były żadne. Hipotetycznie opozycja mogła postawić wspólne warunki rządowi, ale musiałaby wtedy zablefować, że nie poprze ratyfikacji funduszy własnych UE. Mało prawdopodobne, czy na taki blef PiS dałoby się nabrać. Jeśli nie, to utrata wiarygodności opozycji byłaby jeszcze większa. Bo jak: głosować przeciw? Politycy PO powinni być wdzięczni mniejszym partiom, bo gdyby też wybrali metodę chowania głowy w… piasek i wstrzymywania się od głosu, ratyfikacja by upadła, a wiarygodność polityków PO sięgnęłaby dna Głębi Landsort, jeśli nie Rowu Mariańskiego.

Jak sądzę, znaczna część agresji wobec Lewicy ze strony PO i niektórych jej aktywistów spowodowana jest tym, że od grudnia ubiegłego roku, czyli od ostatecznego ustalenia zasad funkcjonowania EFO, liderzy PO domagali się od rządu bezwarunkowego poparcia ratyfikacji EFO. Trudno powiedzieć, na ile te żądania były szczere, ale Internet pamięta. I nagle się okazało, że dokumenty ratyfikacyjne zostały przyjęte przez rząd i skierowane do Sejmu. Życzenie opozycji (PO) spełnione. Tylko głosować.

Osobiście wolałbym, by cała opozycja demokratyczna (Konfederacja taką nie jest) bezwarunkowo poparła EFO, a następnie próbowała przeforsować uchwałę o publicznej debacie nad Krajowym Programem Odbudowy. Taka debata zresztą jest ciągle możliwa, wymaga jedynie wspólnego działania opozycji (z zastrzeżeniem jak wyżej). W ogóle zadziwiające jest snucie dywagacji o obaleniu rządów PiS‑u z pomocą Konfederacji. Trzeba być większym fantastą niż idole prawicy: Dukaj czy Ziemkiewicz.

W mojej ocenie Lewica trochę przeszarżowała ze swoimi żądaniami, ale warto pamiętać, że PiS obiecało ich spełnienie nie tyle Lewicy, ile społeczeństwu, czyli aktywnym wyborcom.

Wielkim problemem partii opozycyjnych jest słabość komunikacji z sympatykami i całą aktywną opinią społeczną. Nawet PO – wspierana, jak się wydaje, przez wszystkie jeszcze niezależne media – nie potrafi formułować jasnych i przekonujących komunikatów. Istnieje podejrzenie, że wynika to z kompletnego braku koncepcji politycznej i planu działania. Pozostałe ugrupowania opozycyjne, niemające zaprzyjaźnionych mediów, są w gorszej sytuacji. Lewica natomiast ma problemy nie tyle z formułowaniem przekazu, ile z koordynacją czasową i planowaniem kampanii informacyjnych. Można było odnieść wrażenie, że po ogłoszeniu sukcesu negocjacyjnego w sprawie EFO i KPO liderzy wyjechali na zasłużony odpoczynek – a weekend był dłuższy niż zwykle.

Efektywną i niemal całkowitą kontrolę nad realizacją Krajowego Programu Odbudowy sprawuje jedynie rząd Morawieckiego i podległe mu instytucje. Rządzący muszą się liczyć jedynie z mechanizmami nadzoru ze strony Komisji Europejskiej. Oraz z generalną oceną wyborców.

Argument, że Unia Europejska na coś rządowi nie pozwoliła, nie będzie miał mocy ani nośności. Rząd sam ten program napisał, sam go negocjuje, sam go realizuje. I sam będzie ponosił odpowiedzialność. Z punktu widzenia opozycji sytuacja niemal wymarzona. Nic tylko patrzeć władzy na ręce, wspierać samorządy w ich żądaniach kierowanych pod adresem władzy centralnej, siedzieć na kanapie z pilotem i przerzucać kanały informacyjne. W przerwach warto jednak pracować na ofertą dla społeczeństwa i szukać tych elementów wspólnych, które mogą być poparte przez inne ugrupowania demokratyczne (z zastrzeżeniem jak wyżej). No i przestać się nad sobą użalać.

A konkordat należy oczywiście wypowiedzieć.

Czasem cel uświęca środki

Gambit kontra gangsterski Wallenrodyzm

-„Zdrada”, „ swoisty pakt Ribbentrop – Mołotow zawarła Lewica z PiS” – słychać niemal z każdej strony sceny politycznej po wtorkowym spotkaniu Czarzastego, Biedronia i Zandberga z Morawieckim i jego ministrami. Najgłośniej płacze i skrzeczy Platforma Obywatelska i PSL niczym mali chłopcy, którym zabrano zabawki w piaskownicy. Krzyk ten wywołało spotkanie i przedstawiony tam przez Lewicę 6 punktowy program pomocy dla Polek i Polaków. Program zbieżny w kilku punktach z celami Unii Europejskiej, która chce przekazać gigantyczne pieniądze na wychodzenie z pandemicznego kryzysu krajom członkowskim, oponenci Lewicy nazwali „mrzonkami nie wartymi uwagi”. I jazgoczą dalej. Zarzucają wspieranie rządów PiS oraz legitymizowanie bezprawia, kłamstwa i niegospodarności. Śmiechu warte zarzuty!

Lewica zrobiła bardzo dobrze, bo wzięła na siebie odpowiedzialność – wobec głupoty Solidarnej Polski Ziobry – która nie chce zaakceptować „drugiego planu Marshalla” dla Polski i Europy. I co jest bardzo smutne, w tym złorzeczeniu słychać też głos przewodniczącego PO, Borysa Budki. Wtórują mu PSL-owcy, ale jakby ciut ciszej, jak to oni, tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trzeba będzie jutro może zmienić zdania.

A teraz popatrzmy na tę tzw. zdradę. Czy przejawem lojalności PO wobec Lewicy jest ciągłe i przy każdej okazji dewaluowanie osiągnięć prezydenta Kwaśniewskiego, ekip Millera, Oleksego, Cimoszewicza i innych ludzi z tzw. lewej strony sceny politycznej? Czy rozbijacka robota Gazety Wyborczej, Newsweeka oraz TVN – sympatyzujących jawnie z PO – polegająca na krytyce i niedocenianiu Lewicy podczas wyborów w 2015 roku to przejaw szacunku i wierności? A odrzucenie przez posłów Platformy wniosku Lewicy o postawienie przed Trybunałem Stanu Zbigniewa Ziobro – to przejaw czego? A jak nazwać wspieranie PiS w tworzeniu IPN i odbieraniu emerytur niewinnym (bez wyroku sądowego) byłym pracownikom służb specjalnych PRL? A jak nazwać odrzucenie wniosku Lewicy o powołaniu na Rzecznika Praw Obywatelskich Piotra Ikonowicza przez PO? Takich pytań można byłoby postawić jeszcze więcej. I nie są to dowody szacunku i wierności wzajemnej Opozycji.

W Polsce takie zachowania jakie prezentuje PO i PSL już dawno zostały nazwane w literaturze. To wallenrodyzm. Do realizacji szczytnych celów dopuszcza się człowiek czy organizacja poprzez zachowania nieetyczne, podstępne, kłamstwa i zdrady. Pod pozorem działań szlachetnych i lojalnych niszczy się darzącego go zaufaniem przeciwnika, rywala. To działanie PO jest bardzo bliskie temu, co prezentuje PiS w obecnej Polsce. Trudno temu zaprzeczyć, obserwując scenę polityczną. I twierdzenia o zdradzie Lewicy mają się nijak do oskarżeń PO.

Lewica w trosce o pieniądze dla Polek i Polaków a także pozostałych mieszkańców Unii Europejskiej zaryzykowała swoimi ideałami i autorytetem. Nie wchodząc przy tym w żadne koalicje z PiS. Warto o tym pamiętać. Tak, to bardzo niepewna inwestycja Lewicy – ale dobro ludzi wzięło górę nad ambicjami partyjnymi swoimi i pozostałych partii opozycyjnych. W szachach, taki ruch nazywa się gambitem. Wówczas poświęca się figurę lub dwie w celu osiągnięcia korzyści większej, ważniejszej, dającej sukces, zwycięstwo. Czasem cel uświęca środki. Stara to prawda.

Przy czym ryzyko to jest zminimalizowane, bowiem jeśli PiS nie wpisze tych propozycji do głosowanego projektu, to Lewica go nie poprze. To przecież jest oczywiste. I wtedy zobaczymy, jak zachowają się inne kluby parlamentarne? Czy wówczas też będą tak odważnie krytykować Lewicę? A jeśli propozycja zostanie zaakceptowana przez Sejm, to zyska Polska i Europa. Na straży tych wydatków będzie stać nie tylko Komitet Monitorujący, jak wskazała w projekcie – wspólnie z UE – Lewica. Polskie sądy też będą gwarantami właściwego wydatkowania tych pieniędzy, czy to się komuś podoba czy nie.

I to powinien być sukces Lewicy. W dłuższej perspektywie – gdy pojawią się nowe mieszkania, doposażone zostaną szpitale, a samorządy dostaną ogromna pulę z tych 770 mld złotych, jakie otrzymamy w ramach Krajowego Planu Odbudowy – to nikt nie będzie pamiętał o przepychankach partyjnych. Zwłaszcza, że jak wynika z sondaży, czekają nas wybory. Rząd PiS traci popularność, tak jak i cała ta formacja. A to oznacza, że nad tymi pieniędzmi będzie czuwać nowy rząd i miejmy nadzieję, że z przedstawicielami Lewicy. Bo gambit to bardzo czytelny, acz ryzykowny, ruch wobec kompletnie niepewnego wallenrodyzmu.

Perspektywy polskiej opozycji

Konflikt, który rozgorzał w szeregach opozycji po tym, jak klub parlamentarny lewicy porozumiał się z rządem w sprawie warunków, na jakich jest gotów głosować nad ratyfikacją Europejskiego Funduszu Odbudowy, ujawnił głęboko tkwiący problem polskiej polityki. Nazwałbym go problemem zdeformowanej polaryzacji.

Sam fakt polaryzacji politycznej nie jest niczym osobliwym. W państwach o tradycji anglosaskiej, w tym zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, polaryzacja polityczna znajduje wyraz w trwałym podziale sceny politycznej między dwie dominujące partie, czemu sprzyjają większościowe ordynacje wyborcze do ciał ustawodawczych. We Francji po 1958 roku kilkadziesiąt lat utrzymywał się system dwublokowy, którego osią był podział na prawicę i lewicę. W Polsce dwublokowy system utrzymywał się w latach 1993-2005 a jego podstawą był tak zwany „podział pokomunistyczny”, u podstaw którego leżało przeciwieństwo partii wywodzących się z dawnej opozycji demokratycznej z jednej, a partii mających swe korzenie w systemie politycznym PRL z drugiej strony.
Ten układ załamał się w roku 2005 w wyniku dramatycznej klęski politycznej SLD kończącej dwunastoletni okres, w którym to ugrupowanie albo sprawowało władzę, albo stanowiło główną siłę opozycji. Na gruzach „podziału pokomunistycznego” pojawił się nowy podział przecinający dawną opozycje „posolidarnościową”. Podziałowi temu nadawano rozmaite miana. W 2005 roku politycy Prawa i Sprawiedliwości wylansowali podział na Polskę „solidarną” i Polskę „liberalną”. Z czasem coraz wyraźniejszy stawał się podział na siły demokratyczne i siły autorytarne, co w znacznym stopniu pokrywa się z podziałem na siły proeuropejskie i antyeuropejskie.
W kadencji 2015-2019 politycznym wyrazem tego podziału była wyraźna dominacja dwóch partii politycznych: Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Jeśli pominąć dość istotne różnice programowe, podział ten przypominał amerykański podział sceny politycznej między Partię Republikańską i Partię Demokratyczną. Dość często można było wtedy słyszeć opinię, że polski system polityczny ewoluuje w kierunku pełnego upodobnienia się do systemu amerykańskiego. Wydawać się mogło, że polski system partyjny ewoluuje w kierunku dwubiegunowego układu, w którym Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska odgrywać będą rolę hegemonów w stosunku do mniejszych i uzależnionych od nich partnerów.

Zmieniło się to po wyborach parlamentarnych 2019 roku. Wybory te przyniosły dwie istotne korektury w stosunku do poprzedniego układu sił. Pierwszą było uzyskanie relatywnie silnej pozycji przez dwa ugrupowania wchodzące u boku PiS w skład Zjednoczonej Prawicy. Mając po kilkunastu posłów Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin są w stanie uprawiać w miarę samodzielną grę polityczną, czym bardzo komplikują sytuację Prawa i Sprawiedliwości – partii dominującej w obozie rządzącym, ale nie mającej samodzielnej większości parlamentarnej. Po stronie opozycyjnej najważniejsze dwie zmiany to uzyskanie przez lewicę stosukowo silnej reprezentacji sejmowej a następnie pojawienie się – po wyborach prezydenckich – nowej formacji zbudowanej wokół Szymona Hołowni („Polska 2050”). Oznacza to, ze ani Prawo i Sprawiedliwość ani Platforma Obywatelska nie mają już tak jednoznacznie hegemonicznej pozycji, jak w poprzedniej kadencji. Nie oznacza to, by znikła polaryzacja polskiej sceny politycznej. Oznacza, że polaryzacja ta przybrała nowa, zdeformowaną postać. Żadna bowiem ze stron spolaryzowanej sceny politycznej nie jest wystarczająco skonsolidowana, by zapewniło to stabilność całego systemu.
Przed wyborami 2019 roku i bezpośrednio po nich pisałem parokrotnie, że opozycja powinna zjednoczyć siły, gdyż tylko tą drogą może odebrać władzę Prawu i Sprawiedliwości. Pamiętajmy, że przed poprzednimi wyborami sejmowymi to w wyniku decyzji Platformy Obywatelskiej nie doszło do powstania wspólnych list z udziałem lewicy. Ta ostatnia ( a przynajmniej jej najsilniejszy człon, Sojusz Lewicy Demokratycznej) była na koalicję wyborczą gotowa. Z arytmetyki wyborczej wynika, że przy obowiązującej ordynacji d’Hondta powstanie wspólnej listy całej opozycji doprowadziłoby do utracenia przez PiS większości, jak to się stało w wyborach do Senatu. Na przeszkodzie stanęły wówczas polityczne fobie znacznej części przywódców Platformy Obywatelskiej, wciąż widzących w lewicy kontynuację znienawidzonej PRL. Dzięki temu Jarosław Kaczyński dostał cztery dalsze lata na dewastowanie polskiej demokracji.

To już historia. Ma ona jednak znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych problemów opozycji. Jeśli opozycja na serio chce wygrać, to musi wyciągnąć wnioski z tego, że nie istnieje już oczywista hegemonia jednej partii opozycyjnej, z czego wynika, że sukces opozycja może osiągnąć tylko na drodze partnerskiego współdziałania. Współdziałanie to powinno zakładać ustalenie pewnego wspólnego minimum programowego oraz stworzenie mechanizmu koordynacji działań ugrupowań wchodzących w skład opozycyjnej koalicji.

To rozumowanie skłania mnie do innego spojrzenia na sporną sprawę porozumienia się lewicy z rządem w sprawie funduszu odbudowy. Nie byłem i nie jestem entuzjastą tego porozumienia, choć trafiają mi do przekonania argumenty Aleksandra Kwaśniewskiego, broniącego tej decyzji w imię ważnego interesu narodowego. Nacisk położyłbym jednak na coś innego.

Podstawowym błędem opozycji było to, że nie wypracowała ona wspólnego stanowiska w tej ważnej kwestii. Gdy politycy PO (i bliscy im publicyści) pomstują na to, że lewica „zdradziła” opozycję, warto zapytać, gdzie i w jakiej formie opozycja zajęła wspólne stanowisko, z którego lewica rzekomo się wyłamała. Jedności opozycji nie uzyska się na drodze narzucania wszystkim jej odcieniom stanowiska najsilniejszej partii opozycyjnej, którą wciąż jeszcze jest Platforma Obywatelska.

Jest to zresztą przewaga szybko malejąca. Ogłoszony parę dni temu sondaż ośrodka Kantar daje Koalicji Obywatelskiej 21 % głosów, „Polsce 2050” 20%, a lewicy 9 %. Te trzy formacje wspólnie mają znaczną przewagę nad Zjednoczoną Prawicą, na którą głosować chce 30 % badanych. Zarazem zaś widać, że nie ma już po stronie opozycyjnej jednego hegemona. Im szybciej przywódcy PO to zrozumieją, tym większe będą szanse na pokonanie obozu rządzącego.

Pokonanie tego obozu uważam za sprawę znacznie ważniejszą niż podziały w łonie opozycji. Dlatego od dawna polemizuję z „symetrystami”, dla których nie ma różnicy między Prawem i Sprawiedliwością i Platformą Obywatelską. Daje mi to prawo, by otwarcie przeciwstawiać się roszczeniom części polityków PO do hegemonicznej pozycji w stosunku do innych sił opozycyjnych. Na takiej podstawie nie zbuduje się wspólnego frontu opozycji demokratycznej.

Co więc należy zrobić?

Przede wszystkim obniżyć temperaturę sporu. Tu nie idzie o „zdradę” czy o „haniebną decyzję”, by przypomnieć niektóre epitety, które padły w niedawnej polemice. Tu idzie o brak wcześniej wypracowanego porozumienia całej demokratycznej opozycji. By to się nie powtórzyło, trzeba podjąć poważną pracę programową. Jej przygotowaniem mogłoby być powołanie pod auspicjami byłych prezydentów Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego „kolegium seniorów” złożonego z osób znanych, a już nie pełniących funkcji politycznych, których zadaniem byłoby wypracowanie programowych podstaw porozumienia głównych sił opozycyjnych. Gdy ciało to przedstawi swe propozycje, decyzje będą należały do statutowych ciał kierowniczych partii opozycyjnych. Byłoby jednak dobrze, gdyby ciała te podejmowały decyzje na dobrze przygotowanym gruncie i w klimacie sprzyjającym osiągnięciu partnerskiego porozumienia.

Nie wiemy, jak długo potrwa obecny układ polityczny. Wiele wskazuje na to, że wszedł on w fazę schyłkową. Tym ważniejsze jest, by opozycja wyciągnęła wnioski z popełnionych błędów i dobrze przygotowała się na spotkanie nowych wyzwań.

Krajowy Plan Odbudowy z poprawkami Lewicy

– Środki Europejskiego Funduszu Odbudowy to są olbrzymie pieniądze i od tego czy zagospodarujemy je mądrze, będzie zależała przyszłość Polski nie przez najbliższy rok, ale przez wiele następnych lat – powiedział na konferencji prasowej Adrian Zandberg. Potem parlamentarzyści Lewicy udali się na spotkanie z rządem w sprawie kształtu ustawy ratyfikującej plan odbudowy. A zgłoszone przez nich propozycje zostały zaakceptowane, bo rząd potrzebuje dla ustawy głosów w Sejmie.

Na przedstawienie ostatecznego rozkładu wydatków środków z Funduszu Odbudowy rząd ma czas do 30 kwietnia. A jeszcze niedawno trwały przepychanki wśród samych „zjednoczonych prawicowców”: przeciwko ustawie o planie zamierzają głosować ziobryści. Ostatecznie głosowanie nad ustawą zostało zaplanowane na 19 maja.

Posłowie Lewicy spotkali się przedstawicielami rządu i przedstawili swoje sześć postulatów, od których uzależniają poparcie dla Krajowego Planu Odbudowy. I zyskali dla nich zielone światło.

Jak zaznaczał Włodzimierz Czarzasty, postulaty zostały sformułowane po spotkaniach z samorządowcami, prezydentami miast, ekspertami. Wątek samorządowy to nie przypadek – przewodniczący Nowej Lewicy uważa postulat związany z samorządami za jeden z najważniejszych. Chodzi o to, by przynajmniej 30 proc. środków z Krajowego Planu Odbudowy zostało przeznaczone dla samorządów, które rozdysponują je razem z zarządami województw.

Ratować turystykę i transport

Drugi kluczowy postulat w ocenie Czarzastego to skierowanie 300 mln euro dla branż, które ucierpiały na kryzysie najmocniej: transportu, turystyki, gastronomii i hotelarstwa.

– Tą są te branże, które wykazały największy spadek obrotów i zatrudniają 1,4 mln pracowników. 120 tysięcy w hotelarstwie, 337 tysięcy w turystyce, 200 tysięcy w gastronomii i i 750 tysięcy w transporcie. Wierzymy, że przekazanie im tych środków postawi te branże po pandemii na nogi – tłumaczył Czarzasty na konferencji prasowej.

Rząd zaakceptował również postulat Lewicy dotyczący przeznaczenia znacznych środków na szpitale powiatowe, co ma służyć zasypywaniu nierówności w dostępie do opieki medycznej na wysokim poziomie. Socjaldemokraci chcieli wydać na nie okrągły miliard – po spotkaniu z rządem stanęło na 850 mln euro.

Czy doczekamy się tanich mieszkań?

W obszarze mieszkalnictwa rząd PiS wiele zapowiadał, a potem zawodził rozbudzone nadzieje. Czy Fundusz Odbudowy wreszcie pozwoli to zmienić? Kolejna przyjęta sugestia Lewicy to budowa tanich mieszkań.
– Za pomocą środków z Funduszu Odbudowy należy zbudować przynajmniej 75 tysięcy tanich, czynszowych mieszkań na wynajem. W energooszczędnych budynkach, które pozwolą zmierzyć się z wyzwaniem ograniczenia emisji, ale przede wszystkim pozwolą zwiększyć dostępność do mieszkań – opowiedział o postulacie Adrian Zandberg.

Lewica oczekuje wreszcie, że pieniądze unijne będą wydawane w sposób transparentny i uczciwy., opinia publiczna dostanie szansę zapoznania się ze szczegółowych planem udzielanych pożyczek i nie dojdzie do sytuacji, w której fundusze trafią do rąk „krewnych i znajomych”. I tutaj rząd – chociaż należy tym staranniej patrzeć mu na ręce – deklaruje gotowość do współpracy. Zgodził się wreszcie na utworzenie Komitetu Monitorującego, który będzie stał na straży wydatków ponoszonych w ramach realizacji planu odbudowy.

Oburzenie liberałów

Lewica traktuje wprowadzenie poprawek do Krajowego Planu Odbudowy jako swój ogromny sukces. Czy słusznie – przekonamy się, gdy plan będzie już realizowany w praktyce i będzie można ocenić, czy obiecane pieniądze faktycznie trafiły do szpitali powiatowych czy na budowy tanich czynszówek. Za to opozycja spod znaku Koalicji Obywatelskiej już ruszyła do ataku na Lewicę: na twitterowych kontach jej polityków przeczytamy m.in., że „z terrorystami się nie negocjuje”, a Lewica dokonała aktu kolaboracji i głupoty., zapominając o antykobiecym czy ultrakonserwatywnym obliczu PiS.

A jeszcze w grudniu Borys Budka zarzekał się, że plan odbudowy poprze, bo Polska jest ważniejsza niż partyjne różnice. – Dajemy gwarancję, że w parlamencie, kiedy trzeba będzie ratyfikować ten nowy fundusz, tak bardzo potrzebny Polsce, będziemy wspierać ten rząd. Niech pan Mateusz Morawiecki wreszcie nie boi się swoich partyjnych kolegów, tylko niech wreszcie zachowa się jak mąż stanu, premier rządu, który walczy o interesy Polski, swoich obywateli – mówił w imieniu KO.

Czy warto (nie) rozmawiać?

Demokracja jest niekończącym się dialogiem różnych stron. Jest nieustannym redefiniowaniem dobra wspólnego oraz sposobów jego realizacji. Dialog ten odbywa się pomiędzy samymi obywatelami, pomiędzy nimi a ich politycznymi reprezentantami, a także pomiędzy partiami politycznymi zrzeszającymi politycznych reprezentantów. A przynajmniej tak powinno być.

Ze wszystkich elementów współtworzących demokrację pozostały nam w Polsce już tylko wybory, choć nawet one nie odbywają się zgodnie z prawem i zasadami demokracji. Tak właśnie przeprowadzono wybory samorządowe w 2018 roku. Przed wyborami wydłużono kadencję nowych władz, licząc na zwycięstwo rządzących i tym samym zagarnięcie władzy również na szczeblu samorządowym. Planu nie udało się zrealizować w pełni, choć PiS przejęło samorządy kolejnych województw i powiatów.

Przy pełnej współpracy z opozycją przeżyliśmy następnie farsę nazwaną wyborami prezydenckimi. Czołowi politycy opozycyjni zignorowali opinię prawników, według których wybory powinny się odbyć dopiero po zakończeniu kadencji prezydenta, skoro nie doszło do nich w wyznaczonym terminie. Po raz kolejny ignorując zasady demokratycznego porządku prawnego, przegłosowano wyborczą protezę, na której skorzystali PiS i jego kandydat. Ci, którzy w parlamencie opowiedzieli się za wyborami w terminie lipcowym, nie powinni teraz wypierać się Andrzeja Dudy, bo to oni umożliwili mu zwycięstwo. To również ich prezydent – mały prezydent, oczywisty efekt małych gierek wyborczych.

Niepomni tamtych układzików, politycy opozycji dziś też chcą grać z Jarosławem Kaczyńskim, tym razem posługując się europejskimi kartami. W zamian za poparcie w głosowaniu ratyfikacyjnym Europejskiego Funduszu Odbudowy i Rozwoju oczekują od rządu „uczciwych gwarancji i naszego przekonania, że pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy nie zostaną politycznie ukradzione”. Przepraszam, a jak mają wyglądać te gwarancje? Jarosław Kaczyński ma dać słowo honoru czy przysiąc na grób brata?

Rząd skierował do konsultacji Krajowy Plan Odbudowy. Do tego dokumentu trudno się odnieść ze względu na jego ogólność i generalnie płytkość merytoryczną. Problem opozycji (zresztą nie tylko jej) polega na tym, że o ile ratyfikacja Europejskiego Funduszu Odbudowy i Rozwoju powinna się odbyć w trybie artykułu 90 Konstytucji (tak samo jak powinien być ratyfikowany konkordat), czyli kwalifikowaną większością dwóch trzecich głosów, o tyle Krajowy Plan Odbudowy będzie przyjmowany w trybie zwykłej ustawy. Środki z Europejskiego Funduszu mają być rozdzielane w latach 2021–2027, a realnie 2022–2028. Większość z nich będzie więc konsumowana po 2023 roku, kiedy to planowane są kolejne polskie wybory.

Opozycja demokratyczna może zyskać realny wpływ na cokolwiek dopiero po ewentualnym wygraniu przyszłych wyborów. Nic nie będzie wtedy stało na przeszkodzie, by do Krajowego Planu Odbudowy wprowadzić korekty, zwłaszcza jeśli dojdzie do rozpadu koalicji rządzącej, którego skutkiem byłyby wcześniejsze wybory parlamentarne. Może zatem zamiast podejmować próby paktowania z PiS‑em, opozycyjne ugrupowania zaczęłyby paktować ze sobą, tym bardziej że po ewentualnym zwycięstwie w wyborach przejęcie władzy nie będzie proste, a sytuacja kraju raczej gorsza niż dziś.

A przecież te wybory trzeba jeszcze wygrać. Plotki o cudach, jakie rząd obiecuje w Nowym Ładzie gospodarczym, są mocno przesadzone. Rząd nie ma już żadnych rezerw do wydania, co najwyżej może mnożyć obietnice, zwłaszcza te do realizacji dopiero po wyborach. Walka na obietnice nie jest łatwa – szczególnie z przeciwnikiem, dla którego mówienie prawdy jest rzadko stosowanym orężem. Skoro jednak zgadzamy się, że po odsunięciu PiS‑u od władzy trzeba będzie nie tylko odbudować instytucje państwa, ale też szereg jego funkcji zdefiniować na nowo, to przygotowanie projektu nowej, naprawdę lepszej Polski staje się wręcz obowiązkiem. Taki projekt mógłby służyć jako argument w kampanii wyborczej, ale przede wszystkim pokazywałby alternatywę dla dzisiejszego (nie)rządu.

Zamiast więc nastawiać się na małe gierki z małym dyktatorem, lepiej budować dialog z obywatelami i przywracać im poczucie politycznej sprawczości. Bez świadomych obywateli nie ma demokracji, A dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek widać różnice w postrzeganiu rzeczywistości pomiędzy głosującymi obywatelami a politykami, którzy o te głosy niebawem będą musieli zabiegać.

A konkordat oczywiście należy wypowiedzieć

Między Scyllą a Charybdą

Alegoryczne opowieści o śmiałych podróżnikach mają jakoby obrazować sytuacje bez wyjścia. A przecież ich bohaterowie dawali sobie radę w konfrontacji z potworami.

Są to więc raczej opowieści o ważeniu ryzyka, o rozpoznawaniu zagrożeń, o decyzjach niebezpiecznych, ale opartych na rachunku korzyści i strat, a nie ilustracje nieuchronności katastrofy.

Weźmy taką Scyllę, okrutne monstrum, które polowało na marynarzy i porywało ich z okrętów – prawie jak Hołownia czyhający na biednych, nieświadomych niebezpieczeństwa parlamentarzystów albo jak Zjednoczona Prawica zasadzająca się na ostatnich posłów od Kukiza… Jak czytamy, Scylla pożerała swoje ofiary, ale może to była tylko zła sława, a porwani nie wracali, bo po prostu było im u niej najlepiej na świecie? Według legendy Scylla miała sześć głów, a zatem mogła porwać z pokładu co najwyżej sześciu ludzi. To dlatego Odys wybrał drogę obok niej, poświęcając swoich towarzyszy (co Odys porabiał koło Sycylii w drodze spod Troi do Itaki, wiedzą tylko bogowie, no i nawigator Odysa).
Charybda, drugi człon tej legendarnej alternatywy, nie była tak litościwa ani tak powściągliwa w swoim apetycie. Pożerała całe okręty wraz z ich załogami, jak – nie przymierzając – Obajtek nieruchomości. Życie (i mienie) zachowywali tylko ci, którzy mieli szczęście opłynąć Charybdę, lub Obajtka, z oddali. Choć, zdaje się, Obajtek ma większy zasięg.

Ale wracajmy do naszych chat z kraja, pozornie odległych od Hellady i całej Europy.

Mamy w Sejmie kilka szalup, które próbują się utrzymać na powierzchni naszego politycznego oceanu zwanego pieszczotliwe politycznym polskim bajorem (z całym szacunkiem dla pana Michała, zbieżność ma wyłącznie charakter fonetyczny). Szalupami sterują wytrawni (lub półwytrawni) sternicy z różnym doświadczeniem i pomysłami na to, jak przepłynąć obok morskich stworów.

A kim są dziś te mityczne stwory? Powiedzmy, że jeden to Europejski Fundusz Odbudowy i Rozwoju, a drugi – Krajowy Plan Odbudowy.

Niby podobne, ale jak to ze stworami bywa, skutki starcia z nimi bywają różne.

Ponieważ nowy Europejski Fundusz zawiera nowe instrumenty i zobowiązania, których nie ujęto w traktach unijnych, wymaga ratyfikacji przez wszystkie kraje członkowskie. Bez tego nie wejdzie w życie. Oczywiście, można by uruchomić okrojoną wersję Funduszu wyłącznie dla krajów strefy euro, ale byłby to faktyczny podział Unii na dwie części i być może początek jej końca, a przynajmniej początek końca udziału w niej Polski i Węgier, może też Bułgarii i Rumunii.

Dodatkowym problemem dla aktualnej polskiej administracji jest presja Parlamentu Europejskiego na szybsze wdrożenie mechanizmów przestrzegania praworządności.

O ironio, to właśnie ratyfikacja Europejskiego Funduszu Odbudowy i Rozwoju umożliwia Komisji Europejskiej zastosowanie tego mechanizmu, a na pewno grożenie nim państwom, którzy uporczywie lekce sobie ważą zasady praworządności.

W dodatku konstytucjonaliści zwracają uwagę, że ratyfikacja powinna się odbywać w trybie większości kwalifikowanej ze względu na zawarte w Funduszu zobowiązania finansowe. No, ale w sprawie konkordatu też zwracali uwagę, a przegłosowano go jak byle ustaw(k)ę czy jakiś budżet kolumnowy.

Trzeba przy tym pamiętać, że do zapisów Funduszu nie da się wprowadzić żadnych zmian, bo negocjacje między krajami członkowskimi a Komisją zostały już dawno zakończone. W głosowaniu ratyfikacyjnym można być tylko za lub przeciw. Można się też wstrzymać, co de facto jest głosem przeciw, bo utrudnia osiągnięcie kwalifikowanej większości.

W tej sytuacji niezbyt zrozumiałe jest zachowanie tych sterników opozycyjnych szalup, którzy chcą przeciągać dyskusję nad głosowaniem, by coś więcej uzyskać… Od kogo? Od rządu? Bo raczej nie od Komisji Europejskiej.

Drugim „potworem” jest Krajowy Plan Odbudowy.

Nie dziwi mnie zwłoka w jego ogłoszeniu, bo stawiam euro przeciw żołędziom, że taki plan jeszcze nie istnieje.

Problemy z jego mniej lub bardziej sensownym ułożeniem miałaby każda administracja. Jeśli z czymś można takie przedsięwzięcie porównać, to co najwyżej z programem wykorzystania funduszy przedakcesyjnych, czyli z opracowanym w latach 2003–2004 Narodowym Planem Rozwoju. Teraz mamy do czynienia z podobnym wyzwaniem, tyle że rządzący nie dysponują dziś ani kadrami do jego przygotowania, ani zapleczem merytorycznym, a nawet zarysem koncepcji.

Stworzenie takiego programu zgodnego z wytycznym Komisji Europejskiej oraz założeniami zapisanymi w treści dokumentów powołujących Europejski Fundusz Odbudowy i Rozwoju byłoby wyzwaniem dla każdej ekipy.

Owszem, słyszałem że akurat dla tej ekipy nie ma rzeczy niemożliwych. Sugeruję więc, by wykonanie planu (Narodowego) zlecić zagranicznej agencji, oczywiście w języku angielskim, tak by nikt z rządu nie był w stanie wnieść poprawek. Szkopuł w tym, że cały plan powinien być zaakceptowany przez Sejm. W tym tkwi nasza potworna Charybda – groźna dla rządu, bo plan utworzony zgodnie z dokumentami Komisji Europejskiej oraz zapisami Europejskiego Funduszu Odbudowy i Rozwoju wydaje się nie do przyjęcia w obecnym parlamencie.

Nie wystarczy napisać: „Zbudujemy, co się da, i może nikt tego nie rozkradnie”.

Lektura opublikowanego projektu jest zatrważająca: ponad dwieście stron głównie makulatury i ogólników plus założenia niemożliwe do zrealizowania. Najgorszy scenariusz wyglądałby tak, że rządzący przepchną plan przez Sejm, przedstawią go Komisji Europejskiej, która zapewne po oczywistych korektach go zatwierdzi, a potem będzie obwiniana, po trosze słusznie, o brak jego realizacji.

Sternikom opozycyjnych szalup radziłbym jednak naciskać na ratyfikację Europejskiego Funduszu – ratyfikację bezwarunkową, bo nie da się tam niczego dopisać ani niczego wykreślić.

Trzeba przepłynąć obok tej Scylli, a nuż zajęta swoimi koalicyjnymi łbami nie zdoła zareagować. Od Charybdy natomiast trzymałbym się z daleka.
Co najwyżej rzucałbym jej z dystansu dopracowane kąski z projektami inwestycji czy programów. Zje – dobrze dla nas, wypluje – trudno, udławi się – no, lepiej nie snuć zbyt optymistycznych wizji.

Do domu droga daleka, a nie każdy sternik to od razu Odys. W dodatku łodzie przeciekają, klimat się zmienia, pandemia dalej w ataku. Ksiądz wini Pana, a Pan księdza, a nam wszystkim jednako lockdown.

A propos księdza… konkordat należy wypowiedzieć, również dlatego że został ratyfikowany zwykła a nie kwalifikowana większością. Łamanie prawa ma u nas długą tradycję.