Perspektywy polskiej opozycji

Konflikt, który rozgorzał w szeregach opozycji po tym, jak klub parlamentarny lewicy porozumiał się z rządem w sprawie warunków, na jakich jest gotów głosować nad ratyfikacją Europejskiego Funduszu Odbudowy, ujawnił głęboko tkwiący problem polskiej polityki. Nazwałbym go problemem zdeformowanej polaryzacji.

Sam fakt polaryzacji politycznej nie jest niczym osobliwym. W państwach o tradycji anglosaskiej, w tym zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, polaryzacja polityczna znajduje wyraz w trwałym podziale sceny politycznej między dwie dominujące partie, czemu sprzyjają większościowe ordynacje wyborcze do ciał ustawodawczych. We Francji po 1958 roku kilkadziesiąt lat utrzymywał się system dwublokowy, którego osią był podział na prawicę i lewicę. W Polsce dwublokowy system utrzymywał się w latach 1993-2005 a jego podstawą był tak zwany „podział pokomunistyczny”, u podstaw którego leżało przeciwieństwo partii wywodzących się z dawnej opozycji demokratycznej z jednej, a partii mających swe korzenie w systemie politycznym PRL z drugiej strony.
Ten układ załamał się w roku 2005 w wyniku dramatycznej klęski politycznej SLD kończącej dwunastoletni okres, w którym to ugrupowanie albo sprawowało władzę, albo stanowiło główną siłę opozycji. Na gruzach „podziału pokomunistycznego” pojawił się nowy podział przecinający dawną opozycje „posolidarnościową”. Podziałowi temu nadawano rozmaite miana. W 2005 roku politycy Prawa i Sprawiedliwości wylansowali podział na Polskę „solidarną” i Polskę „liberalną”. Z czasem coraz wyraźniejszy stawał się podział na siły demokratyczne i siły autorytarne, co w znacznym stopniu pokrywa się z podziałem na siły proeuropejskie i antyeuropejskie.
W kadencji 2015-2019 politycznym wyrazem tego podziału była wyraźna dominacja dwóch partii politycznych: Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Jeśli pominąć dość istotne różnice programowe, podział ten przypominał amerykański podział sceny politycznej między Partię Republikańską i Partię Demokratyczną. Dość często można było wtedy słyszeć opinię, że polski system polityczny ewoluuje w kierunku pełnego upodobnienia się do systemu amerykańskiego. Wydawać się mogło, że polski system partyjny ewoluuje w kierunku dwubiegunowego układu, w którym Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska odgrywać będą rolę hegemonów w stosunku do mniejszych i uzależnionych od nich partnerów.

Zmieniło się to po wyborach parlamentarnych 2019 roku. Wybory te przyniosły dwie istotne korektury w stosunku do poprzedniego układu sił. Pierwszą było uzyskanie relatywnie silnej pozycji przez dwa ugrupowania wchodzące u boku PiS w skład Zjednoczonej Prawicy. Mając po kilkunastu posłów Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin są w stanie uprawiać w miarę samodzielną grę polityczną, czym bardzo komplikują sytuację Prawa i Sprawiedliwości – partii dominującej w obozie rządzącym, ale nie mającej samodzielnej większości parlamentarnej. Po stronie opozycyjnej najważniejsze dwie zmiany to uzyskanie przez lewicę stosukowo silnej reprezentacji sejmowej a następnie pojawienie się – po wyborach prezydenckich – nowej formacji zbudowanej wokół Szymona Hołowni („Polska 2050”). Oznacza to, ze ani Prawo i Sprawiedliwość ani Platforma Obywatelska nie mają już tak jednoznacznie hegemonicznej pozycji, jak w poprzedniej kadencji. Nie oznacza to, by znikła polaryzacja polskiej sceny politycznej. Oznacza, że polaryzacja ta przybrała nowa, zdeformowaną postać. Żadna bowiem ze stron spolaryzowanej sceny politycznej nie jest wystarczająco skonsolidowana, by zapewniło to stabilność całego systemu.
Przed wyborami 2019 roku i bezpośrednio po nich pisałem parokrotnie, że opozycja powinna zjednoczyć siły, gdyż tylko tą drogą może odebrać władzę Prawu i Sprawiedliwości. Pamiętajmy, że przed poprzednimi wyborami sejmowymi to w wyniku decyzji Platformy Obywatelskiej nie doszło do powstania wspólnych list z udziałem lewicy. Ta ostatnia ( a przynajmniej jej najsilniejszy człon, Sojusz Lewicy Demokratycznej) była na koalicję wyborczą gotowa. Z arytmetyki wyborczej wynika, że przy obowiązującej ordynacji d’Hondta powstanie wspólnej listy całej opozycji doprowadziłoby do utracenia przez PiS większości, jak to się stało w wyborach do Senatu. Na przeszkodzie stanęły wówczas polityczne fobie znacznej części przywódców Platformy Obywatelskiej, wciąż widzących w lewicy kontynuację znienawidzonej PRL. Dzięki temu Jarosław Kaczyński dostał cztery dalsze lata na dewastowanie polskiej demokracji.

To już historia. Ma ona jednak znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych problemów opozycji. Jeśli opozycja na serio chce wygrać, to musi wyciągnąć wnioski z tego, że nie istnieje już oczywista hegemonia jednej partii opozycyjnej, z czego wynika, że sukces opozycja może osiągnąć tylko na drodze partnerskiego współdziałania. Współdziałanie to powinno zakładać ustalenie pewnego wspólnego minimum programowego oraz stworzenie mechanizmu koordynacji działań ugrupowań wchodzących w skład opozycyjnej koalicji.

To rozumowanie skłania mnie do innego spojrzenia na sporną sprawę porozumienia się lewicy z rządem w sprawie funduszu odbudowy. Nie byłem i nie jestem entuzjastą tego porozumienia, choć trafiają mi do przekonania argumenty Aleksandra Kwaśniewskiego, broniącego tej decyzji w imię ważnego interesu narodowego. Nacisk położyłbym jednak na coś innego.

Podstawowym błędem opozycji było to, że nie wypracowała ona wspólnego stanowiska w tej ważnej kwestii. Gdy politycy PO (i bliscy im publicyści) pomstują na to, że lewica „zdradziła” opozycję, warto zapytać, gdzie i w jakiej formie opozycja zajęła wspólne stanowisko, z którego lewica rzekomo się wyłamała. Jedności opozycji nie uzyska się na drodze narzucania wszystkim jej odcieniom stanowiska najsilniejszej partii opozycyjnej, którą wciąż jeszcze jest Platforma Obywatelska.

Jest to zresztą przewaga szybko malejąca. Ogłoszony parę dni temu sondaż ośrodka Kantar daje Koalicji Obywatelskiej 21 % głosów, „Polsce 2050” 20%, a lewicy 9 %. Te trzy formacje wspólnie mają znaczną przewagę nad Zjednoczoną Prawicą, na którą głosować chce 30 % badanych. Zarazem zaś widać, że nie ma już po stronie opozycyjnej jednego hegemona. Im szybciej przywódcy PO to zrozumieją, tym większe będą szanse na pokonanie obozu rządzącego.

Pokonanie tego obozu uważam za sprawę znacznie ważniejszą niż podziały w łonie opozycji. Dlatego od dawna polemizuję z „symetrystami”, dla których nie ma różnicy między Prawem i Sprawiedliwością i Platformą Obywatelską. Daje mi to prawo, by otwarcie przeciwstawiać się roszczeniom części polityków PO do hegemonicznej pozycji w stosunku do innych sił opozycyjnych. Na takiej podstawie nie zbuduje się wspólnego frontu opozycji demokratycznej.

Co więc należy zrobić?

Przede wszystkim obniżyć temperaturę sporu. Tu nie idzie o „zdradę” czy o „haniebną decyzję”, by przypomnieć niektóre epitety, które padły w niedawnej polemice. Tu idzie o brak wcześniej wypracowanego porozumienia całej demokratycznej opozycji. By to się nie powtórzyło, trzeba podjąć poważną pracę programową. Jej przygotowaniem mogłoby być powołanie pod auspicjami byłych prezydentów Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego „kolegium seniorów” złożonego z osób znanych, a już nie pełniących funkcji politycznych, których zadaniem byłoby wypracowanie programowych podstaw porozumienia głównych sił opozycyjnych. Gdy ciało to przedstawi swe propozycje, decyzje będą należały do statutowych ciał kierowniczych partii opozycyjnych. Byłoby jednak dobrze, gdyby ciała te podejmowały decyzje na dobrze przygotowanym gruncie i w klimacie sprzyjającym osiągnięciu partnerskiego porozumienia.

Nie wiemy, jak długo potrwa obecny układ polityczny. Wiele wskazuje na to, że wszedł on w fazę schyłkową. Tym ważniejsze jest, by opozycja wyciągnęła wnioski z popełnionych błędów i dobrze przygotowała się na spotkanie nowych wyzwań.