Perspektywy polskiej opozycji

Konflikt, który rozgorzał w szeregach opozycji po tym, jak klub parlamentarny lewicy porozumiał się z rządem w sprawie warunków, na jakich jest gotów głosować nad ratyfikacją Europejskiego Funduszu Odbudowy, ujawnił głęboko tkwiący problem polskiej polityki. Nazwałbym go problemem zdeformowanej polaryzacji.

Sam fakt polaryzacji politycznej nie jest niczym osobliwym. W państwach o tradycji anglosaskiej, w tym zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, polaryzacja polityczna znajduje wyraz w trwałym podziale sceny politycznej między dwie dominujące partie, czemu sprzyjają większościowe ordynacje wyborcze do ciał ustawodawczych. We Francji po 1958 roku kilkadziesiąt lat utrzymywał się system dwublokowy, którego osią był podział na prawicę i lewicę. W Polsce dwublokowy system utrzymywał się w latach 1993-2005 a jego podstawą był tak zwany „podział pokomunistyczny”, u podstaw którego leżało przeciwieństwo partii wywodzących się z dawnej opozycji demokratycznej z jednej, a partii mających swe korzenie w systemie politycznym PRL z drugiej strony.
Ten układ załamał się w roku 2005 w wyniku dramatycznej klęski politycznej SLD kończącej dwunastoletni okres, w którym to ugrupowanie albo sprawowało władzę, albo stanowiło główną siłę opozycji. Na gruzach „podziału pokomunistycznego” pojawił się nowy podział przecinający dawną opozycje „posolidarnościową”. Podziałowi temu nadawano rozmaite miana. W 2005 roku politycy Prawa i Sprawiedliwości wylansowali podział na Polskę „solidarną” i Polskę „liberalną”. Z czasem coraz wyraźniejszy stawał się podział na siły demokratyczne i siły autorytarne, co w znacznym stopniu pokrywa się z podziałem na siły proeuropejskie i antyeuropejskie.
W kadencji 2015-2019 politycznym wyrazem tego podziału była wyraźna dominacja dwóch partii politycznych: Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Jeśli pominąć dość istotne różnice programowe, podział ten przypominał amerykański podział sceny politycznej między Partię Republikańską i Partię Demokratyczną. Dość często można było wtedy słyszeć opinię, że polski system polityczny ewoluuje w kierunku pełnego upodobnienia się do systemu amerykańskiego. Wydawać się mogło, że polski system partyjny ewoluuje w kierunku dwubiegunowego układu, w którym Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska odgrywać będą rolę hegemonów w stosunku do mniejszych i uzależnionych od nich partnerów.

Zmieniło się to po wyborach parlamentarnych 2019 roku. Wybory te przyniosły dwie istotne korektury w stosunku do poprzedniego układu sił. Pierwszą było uzyskanie relatywnie silnej pozycji przez dwa ugrupowania wchodzące u boku PiS w skład Zjednoczonej Prawicy. Mając po kilkunastu posłów Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin są w stanie uprawiać w miarę samodzielną grę polityczną, czym bardzo komplikują sytuację Prawa i Sprawiedliwości – partii dominującej w obozie rządzącym, ale nie mającej samodzielnej większości parlamentarnej. Po stronie opozycyjnej najważniejsze dwie zmiany to uzyskanie przez lewicę stosukowo silnej reprezentacji sejmowej a następnie pojawienie się – po wyborach prezydenckich – nowej formacji zbudowanej wokół Szymona Hołowni („Polska 2050”). Oznacza to, ze ani Prawo i Sprawiedliwość ani Platforma Obywatelska nie mają już tak jednoznacznie hegemonicznej pozycji, jak w poprzedniej kadencji. Nie oznacza to, by znikła polaryzacja polskiej sceny politycznej. Oznacza, że polaryzacja ta przybrała nowa, zdeformowaną postać. Żadna bowiem ze stron spolaryzowanej sceny politycznej nie jest wystarczająco skonsolidowana, by zapewniło to stabilność całego systemu.
Przed wyborami 2019 roku i bezpośrednio po nich pisałem parokrotnie, że opozycja powinna zjednoczyć siły, gdyż tylko tą drogą może odebrać władzę Prawu i Sprawiedliwości. Pamiętajmy, że przed poprzednimi wyborami sejmowymi to w wyniku decyzji Platformy Obywatelskiej nie doszło do powstania wspólnych list z udziałem lewicy. Ta ostatnia ( a przynajmniej jej najsilniejszy człon, Sojusz Lewicy Demokratycznej) była na koalicję wyborczą gotowa. Z arytmetyki wyborczej wynika, że przy obowiązującej ordynacji d’Hondta powstanie wspólnej listy całej opozycji doprowadziłoby do utracenia przez PiS większości, jak to się stało w wyborach do Senatu. Na przeszkodzie stanęły wówczas polityczne fobie znacznej części przywódców Platformy Obywatelskiej, wciąż widzących w lewicy kontynuację znienawidzonej PRL. Dzięki temu Jarosław Kaczyński dostał cztery dalsze lata na dewastowanie polskiej demokracji.

To już historia. Ma ona jednak znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych problemów opozycji. Jeśli opozycja na serio chce wygrać, to musi wyciągnąć wnioski z tego, że nie istnieje już oczywista hegemonia jednej partii opozycyjnej, z czego wynika, że sukces opozycja może osiągnąć tylko na drodze partnerskiego współdziałania. Współdziałanie to powinno zakładać ustalenie pewnego wspólnego minimum programowego oraz stworzenie mechanizmu koordynacji działań ugrupowań wchodzących w skład opozycyjnej koalicji.

To rozumowanie skłania mnie do innego spojrzenia na sporną sprawę porozumienia się lewicy z rządem w sprawie funduszu odbudowy. Nie byłem i nie jestem entuzjastą tego porozumienia, choć trafiają mi do przekonania argumenty Aleksandra Kwaśniewskiego, broniącego tej decyzji w imię ważnego interesu narodowego. Nacisk położyłbym jednak na coś innego.

Podstawowym błędem opozycji było to, że nie wypracowała ona wspólnego stanowiska w tej ważnej kwestii. Gdy politycy PO (i bliscy im publicyści) pomstują na to, że lewica „zdradziła” opozycję, warto zapytać, gdzie i w jakiej formie opozycja zajęła wspólne stanowisko, z którego lewica rzekomo się wyłamała. Jedności opozycji nie uzyska się na drodze narzucania wszystkim jej odcieniom stanowiska najsilniejszej partii opozycyjnej, którą wciąż jeszcze jest Platforma Obywatelska.

Jest to zresztą przewaga szybko malejąca. Ogłoszony parę dni temu sondaż ośrodka Kantar daje Koalicji Obywatelskiej 21 % głosów, „Polsce 2050” 20%, a lewicy 9 %. Te trzy formacje wspólnie mają znaczną przewagę nad Zjednoczoną Prawicą, na którą głosować chce 30 % badanych. Zarazem zaś widać, że nie ma już po stronie opozycyjnej jednego hegemona. Im szybciej przywódcy PO to zrozumieją, tym większe będą szanse na pokonanie obozu rządzącego.

Pokonanie tego obozu uważam za sprawę znacznie ważniejszą niż podziały w łonie opozycji. Dlatego od dawna polemizuję z „symetrystami”, dla których nie ma różnicy między Prawem i Sprawiedliwością i Platformą Obywatelską. Daje mi to prawo, by otwarcie przeciwstawiać się roszczeniom części polityków PO do hegemonicznej pozycji w stosunku do innych sił opozycyjnych. Na takiej podstawie nie zbuduje się wspólnego frontu opozycji demokratycznej.

Co więc należy zrobić?

Przede wszystkim obniżyć temperaturę sporu. Tu nie idzie o „zdradę” czy o „haniebną decyzję”, by przypomnieć niektóre epitety, które padły w niedawnej polemice. Tu idzie o brak wcześniej wypracowanego porozumienia całej demokratycznej opozycji. By to się nie powtórzyło, trzeba podjąć poważną pracę programową. Jej przygotowaniem mogłoby być powołanie pod auspicjami byłych prezydentów Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego „kolegium seniorów” złożonego z osób znanych, a już nie pełniących funkcji politycznych, których zadaniem byłoby wypracowanie programowych podstaw porozumienia głównych sił opozycyjnych. Gdy ciało to przedstawi swe propozycje, decyzje będą należały do statutowych ciał kierowniczych partii opozycyjnych. Byłoby jednak dobrze, gdyby ciała te podejmowały decyzje na dobrze przygotowanym gruncie i w klimacie sprzyjającym osiągnięciu partnerskiego porozumienia.

Nie wiemy, jak długo potrwa obecny układ polityczny. Wiele wskazuje na to, że wszedł on w fazę schyłkową. Tym ważniejsze jest, by opozycja wyciągnęła wnioski z popełnionych błędów i dobrze przygotowała się na spotkanie nowych wyzwań.

Aleksander Kwaśniewski: Lewica kieruje się polską racją stanu

Lewica uznała, że racja stanu jest istotniejsza niż kwestie bezwzględnej walki pomiędzy opozycją a rządem – tak były prezydent Aleksander Kwaśniewski ocenił porozumienie, jakie rząd uzgodnił we wtorek z Lewicą ws. poparcia dla Krajowego Planu Odbudowy. Jego zdaniem Lewica długofalowo podjęła słuszną decyzję.

We wtorek 27 kwietnia odbyło się w Sejmie spotkanie przedstawicieli Lewicy z premierem Mateuszem Morawieckim ws. Funduszu Odbudowy i Krajowego Planu Odbudowy. W spotkaniu uczestniczyli też przedstawiciele klubu PiS. Obie strony porozumiały się w sprawie poparcia dla KPO. Jak mówił europoseł Robert Biedroń, rząd zgodził się na wszystkie warunki Lewicy zaproponowane do KPO. Dokładniej rzecz biorąc – rząd zaakceptował wszystkie ogólne postulaty (wskazujemy je obok), ale w dwóch przypadkach obniżył szacowane sumy wydatków. Chodzi o kwestię szpitali i o pieniądze, jakie trafią do wybranych sektorów gospodarki.
Były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski był gościem TVN 24, gdzie pytano go o ocenę tego porozumienia. „Lewica zrobiła słusznie. Rola rządu jest tutaj ważna, ale drugoplanowa. Najważniejsze jest to, żeby ten Fundusz Odbudowy przyjęty przez UE wszedł w życie. Do tego potrzebna jest ratyfikacja w Polsce. To jest ważne dla Europy, dla Polski, dla nas wszystkich” – odpowiedział były prezydent.

Dlatego też w jego ocenie „Lewica stanęła dzisiaj na wysokości zadania i uznała, że po prostu racja stanu jest istotniejsza niż kwestie bezwzględnej walki pomiędzy opozycją a rządem”.

„Wiem, że to jest decyzja trudna, kosztowna. Na pewno jeśli chodzi o liberalne media – będą w tej chwili odsądzani od czci i wiary, ale w moim przekonaniu długofalowo, historycznie podjęli słuszną decyzję” – ocenił. Nie pomylił się. Festiwal ataków na lewicowych polityków trwa zarówno w liberalnych mediach tradycyjnych, jak i w mediach społecznościowych. Dołączyli do niego nawet politycy KO, którzy kilka miesięcy temu sami zarzekali się, że nie pozbawią Polski unijnych środków.

Kwaśniewski zastrzegł przy tym, że to porozumienie nie unieważnia protestu całej opozycji, w tym lewicowej w stosunku do łamania praworządności w Polsce, łamania praw kobiet czy pogardy dla środowisk LGBT za rządów PiS. „Nic nie zostało unieważnione” – podkreślił były prezydent, dodając, że opozycja nadal walczy o wszystkie te prawa.
Jednak, jak zauważył, Polska potrzebuje powagi w Unii Europejskiej, podobnie jak tych funduszy. „Gdybyśmy nie ratyfikowali Funduszu Odbudowy, Polska ostatecznie straciłaby jakąkolwiek wiarygodność w UE, której jesteśmy członkiem” – uznał Kwaśniewski. „Decyzja (Lewicy) była być może ryzykowna i kosztowna, ale była słuszna” – wskazał.

Mówił też o tym, iż jego zdaniem na obecnym etapie zmiana rządu wydaje się nierealna. „Zjednoczona Prawica, to wiemy choćby po ostatnich ich spotkaniach, dysponuje większością. I tak długo jak tę większością będzie miała, tak długo jak Jarosław Gowin nie zmieni ostatecznie zdania i nie postanowi uwolnić się od Jarosława Kaczyńskiego, mamy sytuację, gdzie zmiana rządu na obecną etapie jest, czy wydaje się nierealna. Natomiast Fundusz Odbudowy jest realny, jest konkretny, oznacza sumy, które będą wydawane i o tym mówimy” – wyjaśnił swoje stanowisko Kwaśniewski.

Doktrynerzy versus Lewica

Jezukryste, jak to dobrze, że w tych wyjątkowych okolicznościach, horyzont mojego myślenia jest szerszy niż ten wyznaczany przez fejsbuk i mejnstrimowe media. 27 kwietnia Lewica ogłosiła, że zagłosuje za Krajowym Programem Odbudowy i od tego dnia, stała się dla opozycji i części kolacji wrogiem numer jeden. Ale to akurat nie kłopot, bo mieć za przeciwnika PSL i Platformę, to w Polsce żadne wyczyn. Myśleć po swojemu wbrew ogółowi, to jest sztuka!

Ten polityk i ta polityczka jest prawdziwie wart/a uznania, który/a wyprzedza w myśleniu swój czas. Który/a potrafi dumać na kilka lat wprzód; antycypować konsekwencje swoich kroków i wyborów. Przede wszystkim jednak, ten/ta jest coś wart/a, który/a na sercu i umyśle ma dobro swoich wyborców. Mało tego, nie tyle swoich, co wszystkich wyborców i rodaków, innemi słowy – pomyślność ojczyzny. I choćby nie wiem jak górnolotnie to zabrzmiało, to niechaj właśnie tak będzie; niech echo tego „frazesu” wybrzmiewa jak najdłużej, bo być może dopiero dzięki niemu, lud, uczony przez prawie dwie dekady rozumienia polityki jako walki czarnych z białymi, coś wreszcie pojmie. A do pojęcie jest prawda, tyleż banalna, co do cna prawdziwa: dobro Polski jest najważniejsze; Polska jest najważniejsza. I jeśli można owo dobro osiągnąć paktując z samym diabłem, to trzeba schować różaniec do kieszeni i siadać do rozmów.
Lewica właśnie tak postąpiła. Usiadła do stołu z pisowskim biesem.

Paktowanie z czartem bywa ryzykowne, ale, jak uczą mądre lektury z dzieciństwa, czasami udaje się czarta przechytrzyć i wyjść na swoje. W tym wypadku Lewica, jako pierwsze, od niepamiętnych czasów, ugrupowanie opozycyjne, pokazała swoim niedawnym postępowaniem, że nie ma zgody na politykę, w której to Jarosław Kaczyński jest tym najgorszym z klasy (choć oczywiście jest), tylko dlatego, że jest mały i brzydki. Czasami bowiem, nawet takie indywiduum miewa sensowne pomysły i nie można ich utrącać tylko dlatego, że wyszły od niego, a nie od KO czy PSL-u. Jeśli na widnokręgu pisowskiej myśli politycznej pojawia się pomysł, który jest odpowiedzią na europejski program pomocy dla ludzi dotkniętych stratami po covidzie, odpowiedzialny polityk siada do stołu i negocjuje. Wie bowiem, że jest parę groszy do zgarnięcia dla Polski. Owszem, trzeba dołożyć trochę od siebie, ale skoro większość państw UE godzi się na mechanizm samopomocowy, dzięki któremu możemy dużo więcej zyskać niż stracić, nierozsądnym byłoby nie skorzystać z tej pomocy. Choćby miał ją dzielić sam PiS. Bo nie tylko sam PiS będzie konsumował owoce tego finansowego strumienia, który zasili naszą umęczoną krwią i blizną glebę. Jak dobrze to przemyślimy, popatrzymy ludziom na ręce, to jest szansa, że pomoc trafi do najbardziej potrzebujących. Złośliwi powiedzą, że to życzeniowe myślenie; że PiS przeżre to po swojemu-na pijar i własnych pociotków; osrajtków uwieszonych przy cycu, a jeśli tak, to nie ma sensu im w tym pomagać.

Lepiej się sprzeciwić dla zasady, która brzmi: jesteśmy antypisem, cokolwiek PiS proponuje. Doskonale wiedział to D. Tusk w trakcie swojej drugiej kadencji. Eksperci od polityki ostrzegali, że nie można być ciągle anty do PiS-u, bo prosty lud się w tym połapie. Nic bardziej mylnego. Antypis sprawdzał się cały czas. Antypis był horyzontem myślenia wszystkich szefów PO i PSL-u od czasów Tuska, po dziś dzień. Jeśli zgodzimy się w najmniejszej choćby sprawie z PiS-em, to nasi wyborcy nam tego nie darują, mówiła doktryna. Takoż więc doktrynerzy nie wychodzili poza ramy stworzone przez demiurga; trwali w antypisie; antypis o muerte!
Ktoś musiał zrobić pierwszy krok; trudny, bo zrazu wiadomo było, że cała opozycja doktrynerska tego nie podaruje, albowiem jest zapisane w księgach: kto paktuje z PiS-em w byle czym, ten wypada z naszej bandy. Bardzo jestem rad, że Lewica odważyła się powiedzieć mocno, że nasz sztandar ciągle płynie ponad trony i ponad chore układy, w którym polityka i politycy rozumują nie dalej, niż do sejmowego parkanu. Że jeśli możemy coś zyskać dla Polaków, to mogą nas lżyć i plwać na nas, ale to historia pokaże, kto miał rację. I to znowu nie nazbyt odległa historia; za kilka lat będzie można powiedzieć sprawdzam. Tak jak w sejmowym ślubowaniu, gdzie stoi o tym, że dobro Ojczyzny ma być najwyższym nakazem. Czy z pomocą boską czy bez niej. Dobro Ojczyzny, a nie własnej partii. Tą bowiem bardzo łatwo zmienić albo przegonić na cztery wiatry, a z Ojczyzną bywa już trudniej. Chcemy tego czy nie, musimy się wszyscy wspólnie w niej dusić i kisnąć. Wolałbym więc żyć w niej z moim współbiesiadnikami, z prawa, lewa i centrum, we względnym dobrobycie i pokoju, niż przymierać głodem i żyć nadzieją o wojnie z Rosją. A gdy ten z prawa zaprosi mnie na wódkę, to móc z zaproszenia skorzystać, bo nawet prawicowiec czasem może mieć dobre pomysły.

Antykomunistyczna antylogika

Jeżeli ktoś w Polsce chce komuś dokopać to porównuje go do tzw. komuny, PRL a co po niektórzy niuchają gdzie popadnie marksistowskiej ideologii.

Dlatego duet Jędraszewski-Czarnek usiłuje w LGBT czy antyaborcyjnych protestach doszukiwać się neomarksistowskiej inspiracji. Dlatego na wiecach wykrzykuje się: komuniści i złodzieje przy czym pierwszy element tego hasła ma być oczywiście obraźliwym epitetem a nie wyrazem uznania dla pragnących przestrzegania praworządności komunistów. Z kolei opozycja i osoby jej sprzyjające często szafują porównaniami działań i wypowiedzi przedstawicieli sfery (żeby nie rzec sfory) rządzącej do Polskiej Rzeczpospolitej, która w pewnym momencie przestała nie tylko nominalnie być Ludową.

Jednym z najnowszych przykładów może być wypowiedź jaka przemknęła się w jednej ze stacji telewizyjnych. Otóż pewien jegomość dostrzegł w działaniach nieumundurowanych pałkarzy podobieństwo do metod stosowanych przez „komunistyczną” milicję. Szewc Fabisiak widzi tu brak elementarnej logiki. Bowiem w PRL funkcję pałowania wykonywali umundurowani milicjanci a nie przyodziani w cywilne ubrania antyterroryści majora Dziewulskiego. Szewc Fabisiak zauważa też, że nie tylko w PRL, lecz także w innych krajach do reagowania na niewygodne dla władzy demonstracje na ogół nie wykorzystuje się tajniaków każąc im do wchodzić w tłum i wybiórczo pałować kogo popadnie. A tym bardziej nie wysyła się jednostek antyterrorystycznych mających zgoła inne zadania. Ktoś jednak wydał im taki rozkaz i ktoś taki powinien być z tego rozliczony – uważa szewc Fabisiak.

Można te dostrzec i inne przykłady antykomunistycznej antylogiki i to w wydaniu pań o potencjale intelektualnym przewyższającym standardy PiS. Przykładowo, posłanka Nowacka ni z gruchy ni z pietruchy twierdzi, iż Kaczyński mówi głosem Gomułki i Jaruzelskiego nie podpierając tej hipotezy żadnymi cytatami. Bardziej trafne – zdaniem szewca Fabisiaka – byłoby porównanie sejmowych oracji Kaczyńskiego do wystąpień naczelnika Piłsudskiego, który z podobnym poważaniem odnosił się do parlamentarzystów. Jednakże takie porównywanie nie mieści się w regułach poprawności politycznej Koalicji Obywatelskiej. Za z gruntu nielogiczne jest samo porównywanie Jarosława Kaczyńskiego do Wojciecha Jaruzelskiego, podobnie jak krążące w internecie wizerunki Kaczyńskiego w mundurze wojskowym szykującego się do ogłoszenia stanu wojennego. Tymczasem między obu tymi postaciami istnieją zasadnicze różnice. O ile Kaczyński prowokuje i podjudza konflikty, to Jaruzelski starał się dopóki to było możliwe je łagodzić. Szewc Fabisiak pamięta słowa generała z 1981 r.: jak długo ręka wyciągnięta do zgody będzie się spotykać z zaciśniętą pięścią.

Natomiast gdyby, bądź co bądź zaprawieni w antykomunistycznej retoryce koalicjanci obywatelscy byli bardziej czujni, to w niektórych poczynaniach nacjonalistycznej prawicy niechybnie odkryliby całkiem współczesną komunistyczną inspirację. Chodzi tu o samochodowy rajd z okazji święta 11 listopada. Pierwsi bowiem na pomysł zastąpienia pochodów pierwszomajowych przejazdami samochodami przez ulice miast wpadli rosyjscy komuniści i zamiast paradować poruszali się swoimi autami. Szewc Fabisiak ma jednak wątpliwości, iżby – mając na uwadze ich mikroskopijną orientację na temat tego co się dzieje w świecie – nasi narodowcy zechcieli kopiować obce im ideowo komusze wzorce. Bardziej prawdopodobne jest to, że pomysł ten zrodził się w ich głowach samoczynnie i jak gdyby równolegle do pomysłów rosyjskich. Jednakże rosyjscy komuniści nie wzniecali awantur ulicznych ani nie podpalali mieszkań. I tym się różnią od polskich nacjonalistów – wnioskuje szewc Fabisiak.

Zrezygnowali z podwyżek

Sejmowa Lewica oficjalnie przeprosiła wyborców za swoje głosy za podniesieniem wynagrodzeń parlamentarzystów. Tylko czy to wystarczy, by zatrzeć fatalne wrażenie?

Parlamentarzyści Lewicy wyciągnęli wnioski z oburzenia wyborców, jakie wybuchło w internecie – ale przecież nie tylko – po głosowaniu w sprawie poselskich wynagrodzeń. Przeprowadzoną 17 sierpnia konferencją prasową mieli nadzieję odzyskać uznanie tych, którzy w weekend zarzekali się, że nigdy już nie zaufają politykom deklarującym socjaldemokratyczne poglądy, a podnoszącym sobie zarobki w czasie niszczycielskiej epidemii. Internet przez ostatnie huczał od porównań postępowania polskich parlamentarzystów do decyzji polityków czeskich czy nowozelandzkich. Tam w geście solidarności członkowie rządu i posłowie swoje pensje, na określony czas, obcinali.

Posłanka i rzeczniczka prasowa Lewicy Anna-Maria Żukowska przeprosiła w imieniu klubu na specjalnej konferencji prasowej. Wskazała, w jaki sposób błąd będzie naprawiony: poprzez wniosek w Senacie, a następnie głosowanie całej opozycji – Lewicy i KO – która ma tam większość, przeciwko ustawie.

Mądrość trzech partii

– Za błędy trzeba przepraszać, za głupotę też trzeba przepraszać. Jesteśmy mądrzy wtedy, gdy jesteśmy mądrzy mądrością naszych wyborców i wyborczyń, a także mądrością naszych trzech koalicyjnych partii – mówiła Żukowska. To dość klarowne nawiązanie do tego, że podczas feralnego głosowania w klubie Lewicy była szóstka posłów, którzy opowiedzieli si przeciw podwyżkom. Postąpiła tak cała pięcioosobowa grupa polityków Razem oraz Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka niezrzeszona, ale w przeszłości także zasiadająca we władzach tego ugrupowania. Rzeczniczka prasowa Razem Dorota Olko, stojąca podczas konferencji obok Żukowskiej, zaakcentowała, że intencją jej formacji zawsze było stanie obok ludzi, a nie elit.

– Jako senatorka klubu parlamentarnego Lewicy w imieniu moim i senatora Wojciecha Koniecznego będę składać dzisiaj wniosek o odrzucenie projektu tej ustawy w całości. Jesteśmy z naszymi wyborcami, uważamy, jako senatorowie, że nasi wyborcy muszą wiedzieć, że reprezentujemy ich i ich zdanie – powiedziała wicemarszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka, związana z Wiosną. Zaznaczała również, jak dobrym rozwiązaniem okazało się zachowanie dwuizbowego parlamentu: bez Senatu nie byłoby mowy o wycofaniu się z błędnych decyzji podjętych w Sejmie.

Tak też w izbie wyższej się stało. I chociaż PiS głosami swoich ludzi w Sejmie mógł odrzucić decyzję Senatu, to zrezygnował z podwyżek. Po raz kolejny to rządząca partia wyszła obronną ręką z całej awantury. Opinia publiczna zapamięta raczej chciwą opozycję, niż to, że taką samą chciwością, i to nie po raz pierwszy, popisał się PiS.

Pogrążyć opozycję

Opozycji dodatkowy cios zadał Ryszard Terlecki z PiS. Na konferencji prasowej zwołanej już po tym, gdy temat podwyżek ostatecznie upadł, oznajmił, że to nie od rządu wyszedł pomysł podniesienia płac polityków.
– Inicjatorami podjęcia tego tematu była opozycja, a myśmy się na to zgodzili. Przez kilka dni prowadziliśmy rozmowy. Po drugie: to opozycja chciała, byśmy zrobili to teraz i by tego nie przeciągać sprawy na wrzesień. Po trzecie: to opozycja chciała, by do tej ustawy dodać jeszcze kilka elementów poprawiających sytuację posłów, jak trzynaste wynagrodzenie – mówił Terlecki, przy okazji wyśmiewając polityków PO, że chyłkiem wycofali się z całej sprawy, gdy ich postawę skrytykował na Twitterze Donald Tusk.

PO ma problem z Lewicą

PO bardziej atakuje Lewicę niż realnie robi coś z PiSem.

Nie tylko Małgorzata Kidawa-Błońska, ale też liberalni dziennikarze zauważyli już, że zagrożone są ich kluczowe wartości: „kompromis” aborcyjny, leżenie krzyżem przed klerem, czy podważanie geniuszu Leszka Balcerowicza i świętej prywatyzacji…

Lewica przez marne 48 godzin w sejmie obnażyła klerykalizm i pustkę PO, a jeden poseł jeszcze podniósł do góry socjalistyczną pięść zamiast przepraszać 24/7 za Katyń. Posłanka Biejat została szefową komisji rodziny, bo nawet PiS woli ją od Grzegorza Brauna. A rząd sam już nic rodzinom nie da poza przypominaniem 500+ i apelowaniem by lud wiecznie już za to całował stopy Kaczyńskiego.

To dla nich straszne! Wcześniej tego problemu w zasadzie nie było, bo tylko „prostak z ludu” Lepper ośmielił się kilka razy popsuć cocktail party. A teraz mają przed sobą bezczelną Lewicę, która nie przytula się z biskupami i zakłada zespół ds. LGBT. Jak oni to przetrwają???

Boją się, że nie przetrwają. I dlatego atakują. Bo cała „opozycyjność” liberalnej „opozycji”… to trochę perfum na krzyżu.

Lewica rozgrywa POPiS

Tak, wiem. To dopiero kilka dni od inauguracji nowego Sejmu. Wszystko jeszcze przed nami. Najlepsze i najgorsze. Ale w polityce, jak w zawodach sportowych, dobrze jest zacząć z wysokiego poziomu. Zjednoczona Lewica zaprezentowała się na starcie bardzo dobrze.

Zdobycie stanowisk kierowniczych w komisjach sejmowych i postawienie się w roli siły niezbędnej PiSowi do przepchnięcie bardzo istotnej, z punktu widzenia budżetu likwidacji 30-krotności składki ZUS doprowadziło do rozpaczy w obozie Koalicji Obywatelskiej, której przywódcy liczyli, że Lewica będzie jej spółką-córką. Nic z tego. Kidawie-Błońskiej, tej słynnej łagodnej pani z bilbordów opatrzonych napisem „współpraca, nie kłótnie” pozostała bezsilna złość i rzucanie obelgami. A Lewica ma szansę zostać głównym obrotowym tej kadencji, jeśli tylko utrzyma obecny kurs.

Dobre rozpoczęcie jest wynikiem wykorzystania sprzyjających warunków i politycznej zręczności. Po raz pierwszy od 2015 roku mamy do czynienia z realnym rozłamem w Zjednoczonej Prawicy. Porozumienie Jarosława Gowina przypomniało sobie, że jest partią bogatej klasy średniej i właścicieli firm. A PiS znalazł się w tym samym punkcie, od którego rozpoczął się rozkład Platformy Obywatelskiej – jest partią agregującą poparcie grup społecznych o sprzecznych interesach klasowych. Aby sprostać wzrastającym apetytom na świadczenia socjalne, musi pozyskać nowe miliardy do budżetu. Zniesienie 30-krotności składki na ZUS jest sięgnięciem do kieszeni burżujów. Gowinowcy nie poprą więc ustawy, nie zrobi tego również ultrakapitalistyczna Konfederacja ani zachowawcze do porzygu PSL. Prognozowane siedem miliardów szlag trafi… chyba że za ustawą zagłosuje Lewica.

To ona jawi się PiSowi jako jedyna siła skłonna poprzeć rozwiązania, które gwarantują budżetową stabilność, a co za tym idzie – polityczne trwanie. Hipotetyczny alians w doraźnych głosowaniach jest jednak obarczony ryzykiem dla obu stron. Zmienia on bowiem postrzeganie Lewicy przez elektorat PiS. W przeciwieństwie do KO nie jest to już opozycja totalna, a partner, z którym ich partia współpracuje. W dłuższej perspektywie może to zaowocować możliwością zaistnienia przepływu elektoratu na linii PiS-Lewica, czegoś co jeszcze niedawno wydawało się nierealne z powodu silnego przywiązania wyborców socjalnie wygłodniałych do partii Kaczyńskiego. Teraz jednak PiS jest słabszy, a wyrasta mu konkurent – partia, która roztacza spójną wizję państwa opiekuńczego. Ponadto, Lewica, tuż po sejmowej inauguracji jawi się jako całkiem poważna siła polityczna, której potrzebuje władza, przynajmniej w tym momencie. Gdzie jest w tym czasie Koalicja Obywatelska? Popłakuje gdzieś samotnie w kącie.

Zagrożeniem, jakie może wyniknąć dla PIS z takiej chwilowej nawet bliskości jest odpływ części elektoratu, oburzonego współpracą z „komunistami”, do Konfederacji. Lewica z kolei może zostać wpuszczona na podwórko przeciwnika, a potem ostrzelana z dział jego propagandy. Już teraz prawicowe media prześcigają się w atakach na nową przewodniczącą komisji pracy i polityki społecznej, rycząc z oburzeniem, że władza przyznaje „kluczowe stanowiska” lewaczce i aborcjonistce. Mimo iż Magda Biejat nijak nie pasuje do wizerunku radykałki, jest matką dwójki dzieci, białą, heteroseksualną osobą, w wyważony sposób wyrażającą swoje racje. Pytanie – kto na takiej ofensywie skorzysta – PiS czy polityczka, która znajdzie się w centrum wydarzeń.

A co z atakiem na Lewicę ze strony Koalicji Obywatelskiej? Tutaj Lewica musi pocisnąć swoją opowieść – o wielokrotnej kolaboracji PO z PiSem podczas poprzednich kadencji, na czele z uwaleniem projektu „Ratujmy Kobiety” czy obniżeniem emerytur dla pracowników struktur PRL. Schetyna i spółka głosowali zgodne z PiS w ponad połowie głosowań, więc nie mają żadnej legitymacji, by uderzać za to w Lewicę.

Dla Lewicy wspieranie prosocjalnych ustaw PiS to okazja do uskutecznienia swoich postulatów. Z wypowiedzi Marceliny Zawiszy wynika, że poparcie jej klubu dla projektu zniesienia przywileju ZUS dla bogatych ma być warunkowane wprowadzeniem emerytury maksymalnej, czyli zażegnania pojawienia się w przyszłości gigantycznych świadczeń dla tych, którzy zarabiali kokosy. W ten sposób Lewica może wcielać w życie swoje pomysły, znajdując się w opozycji i zarazem krytykując rząd, np. za niewydolność służby zdrowia.

Wreszcie, w końcu Lewica jawi się społeczeństwu się jako siła polityczna mówiąca językiem socjalnym. Wyjście poza postulaty światopoglądowe jest powrotem na właściwe miejsce w politycznej konstelacji. I z tego cieszę się najbardziej.

Wyborcy centrowi zagłosują na Lewicę?

Ponad połowa zwolenników Koalicji Obywatelskiej w drugiej kolejności zagłosowałaby na Lewicę – wynika z sondażu przeprowadzonego dla Oko.press przez IPSOS.

Respondenci tego badania odpowiadali na pytanie: jak by się zachowali przy urnie, gdyby nie mogli zagłosować na swoją partię.
Aż 51 proc. respondentów, którzy deklarują chęć oddania głosów na formację Grzegorza Schetyny w drugim wyborze oddałoby głos za Lewicę. Co piąty ankietowany z tej grupy wskazał na Polskie Stronnictwo Ludowe, a jedynie 2 proc. zagłosowałoby na Prawo i Sprawiedliwość i tyle samo na Konferedacje. Oko.press powołuje się na badania, które wykazują, że wyborcy Lewicy i KO mają zbliżone spojrzenie na przyszłość Unii Europejskiej i pozycję Polski we wspólnocie, a także na konieczność ograniczenia roli Kościoła w życiu publicznym, praworządność, prawa człowieka i niektóre kwestie obyczajowe. Jest więc możliwe, że w przypadku gdy Lewica zaprezentuje się podczas kampanii jako opcja bardziej wiarygodna w wymienionych kwestiach, może odebrać Koalicji część elektoratu. Obecnie formacje te dzieli, w zależności od sondażu od 12-15 pkt proc.
Ważnym zadaniem dla Lewicy będzie również dopieszczenie, mobilizacja i utrzymanie więzi z własnym elektoratem, którzy na drugim miejscu, jeśli chodzi o możliwość oddania głosu wymieniają Koalicję Obywatelską. Takie stanowisko zadeklarowało aż 69 proc. wyborców formacji Zandberga, Biedronia i Czarzastego. 7 proc. wyborców Lewicy zagłosowałoby na PiS., a 6 proc. na PSL. Żaden z badanych ankietowanych nie wymienił Konfederacji jako opcji numer 2.
Wyborcy PiS jako drugi wybór najczęściej wymieniali PSL. Taką opcję wybrało 20 proc. z nich. Warto jednak podkreślić, że największa część elektoratu Kaczyńskiego i spółki nie mogąc zagłosować na swoją ukochaną partię, po prostu nie poszłaby na wybory. Taką odpowiedź zakreśliło aż 41 proc. ankietowanych. 8 proc. oddałoby głos na Konferedację, 4 proc. na Koalicję Obywatelską, a jedynie 3 proc. na Lewicę.
Dla 20 proc. wyborców PSL drugim wyborem jest KO (20 proc.), a na kolejnym miejscu, co może wydawać się zaskakujące uplasowała się Lewica (10 proc.)
Jedną z ciekawszych konkluzji jest bardzo niska rezerwa PiS, który może zyskać w najbliższych wyborach najwyżej 4 pkt proc. Partia Kaczyńskiego wyczerpała najwyraźniej swoją zdolność do poszerzania poparcia kosztem innych ugrupowań, a może zyskiwać jedynie mobilizując wyborców dotąd nie biorących udziału w wyborach.

Największe rezerwy, według sondażu IPSOS mają Lewica i PSL – po 17 pkt proc.

Schetynizm to choroba!

Komentatorzy, którzy uparcie wzywają do startu wielkiej, zjednoczonej opozycji „w obronie demokracji” nie rozumieją najwyraźniej, że elektoraty się nie dodają, a „obrona demokracji” to hasło tak bardzo nośne, jak wielkie są obecnie wszystkie przemarsze i demonstracje KOD-u.
Lęki części elit, Inteligencji i biurokracji nie są lękami powszechnymi, a pospolite ruszenie starych wyjadaczy zakończyło się klęską już w eurowyborach. Społeczeństwo nie przeżywa reform na uniwersytecie, ani stanu konstytucji.
Albo opozycja się podzieli i osobno powstanie jej liberalny oraz lewicowy blok, albo Titanic antyPiS-u pójdzie ostatecznie na dno, bo to, że dla działaczy establishmentu neoliberalizm z masakrą prywatyzacyjną, przymusem emigracji za chlebem dla milionów i gadaniem o tym, że nic się nie da i żadnego socjalu nie będzie… był „demokracją” to naprawdę nie leży w żadnej szerszej wrażliwości i nie jest potocznym odbiorem obecnej sytuacji politycznej.
Przestańcie się zachowywać jak karykaturalne wersje różnych obozów elit rodem z teorii Pareto, które płaczą, że inne elity zabrały cukierki i zajmijcie się polityką klasową, dla klas i z programem, który wyjdzie poza bańkę oburzonych na zamieszanie w muzeach, teatrach i uczelniach. Schetynizm to niestety bardzo ciężka choroba.

Skrzydłom koalicji pożary nie straszne

Obserwacja braku decyzyjności wśród liderów na których liczą wyborcy opozycji pozwala wątpić w ich rzeczywistą siłę. Podziały to najgorszy pomysł na jaki może się teraz skusić jakakolwiek partia po stronie przeciwnej do obozu rządzącego. Niektórzy wciąż jednak łudzą się, że ich indywidualne przekonania mają teraz jakiekolwiek znaczenie.

Hasło, które wydaje się jak mantrę powtarzać lider PSL, jakoby „skrzydła zbyt szerokie się łamią” (z pewnością nie anielskie, ponieważ PiS już zdążył dokonać oficjalnego podziału na dobrych i złych) tłumaczyć ma jego usilne przekonanie o słuszności ochrony swoich wyborców przed światopoglądowymi deklaracjami lewicy.  Nie wiadomo jednak jak dawno pod swoje skrzydła zaglądał  i czy zdaje sobie sprawę, kto tam jeszcze w ogóle jest. Kamysz zdaje się nie widzieć, że zielony szyld może już nie nieść za sobą żadnych realnych działań dla swoich wyborców. Nie jest już przecież tajemnicą, że strategiczna, daleko w przód wybiegająca propaganda PiS już dawno dotarła ze swoją wizją lepszej Polski na wiejskie tereny.  To właśnie teraz, w małym wiejskim kościółku odbywa się  mszalny wiec wyborczy PiS. W innej wsi
z kolei strażacy OSP „w ramach docenienia jej dotychczasowej działalności” otrzymują z kasy rządu kolejne przelewy na konta.
Mało kto przy tym  zdaje sobie sprawę, że strażacy z OSP wciąż i tak nie wiedzą co  zrobić z otrzymywanym kapitałem. Jak wynika z raportu NIK tylko 30% strażaków będzie potrafiło i mogło realnie skorzystać z zafundowanej im wiedzy i gasić pożary. Choć przed zmianą sposobu finansowania OSP ludowcy stali  murem wraz z PO, to niewiele zadziało się w tej sprawie. Pieniądze owszem napływają ale „z klucza partyjnego” którego zasady zna tylko prezes. A temu z kolei wcale nie zależy na tym, aby  ktokolwiek w kraju działał. Jedyną aktywnością jaką ma wykonać strażak z OSP jesienią jest pójście do urny i oddać głos na PiS.  Tym samym, w czasie kiedy PSL w stworzonej z ego bańce układa sobie swój wizerunek i chroni nieznanych sobie wyborców, PiS kolęduje od wsi do wsi i wskazując na efekty swojej „dobrej zmiany” przenosi na rękach na swoją stronę.
Partie po stronie opozycyjnej są silne i mogą bardzo wiele zdziałać w ramach swoich programowych założeń. Teraz jednak wybitnie daje się we znaki strach, który motywuje ich do jeszcze większych podziałów. Brak stanowczości jest znacznie większym zagrożeniem niż jakakolwiek mocno postawiona decyzja. Ego wciąż bierze górę nad rozsądkiem i nie pozwala PSL ustawić się twardo po stronie przeciwko największemu zagrożeniu dla Polski.
Strach Kamysza przed niegłosującymi i pozostającymi w domu potencjalnymi wyborcami PSL jest dla niego tak paraliżujący, że już dawno zapomniał w jakim celu tak naprawdę powstaje koalicja. Wydaje się wierzyć i podświadomie przekonywać  do tego innych, że kiedy nie daj boże pojawią się w koalicji z lewicą, fala LGBT  wyleje się szerokim strumieniem na polską wieś. Strach i obawy przed złowróżbnymi tęczowymi wizjami PSL to jednak nie to czego na prawdę powinni się obawiać.
Ludowcy wydają się nie  widzieć w jak dużym zagrożeniu jest obecnie nasz kraj. Samowola prawicy już dawno wylała się poza nasze granice i w obecnych dnia kompromituje Polskę również na arenie międzynarodowej.  Każdy podział w opozycji będzie więc  tylko wzmacniał obóz rządzący, który z racji obecności w niej prezesa – wizjonera nie ma już żadnych zahamowań.
W obecnym momencie, kiedy zagrożona jest demokracja  – każdy inny temat powinien zostać odłożony na bok. To nie LGBT jest bowiem zagrożeniem dla Państwa ale przyzwolenie na dalsze podziały. Na komfort indywidualnych poglądów i troskę o swoje ego można sobie pozwolić dopiero wtedy, kiedy odzyska się realną władzę w państwie. Obecnie to tylko taniec na cudzym weselu.
Każdy z wyborców jest człowiekiem, bez względu na swój kolor skóry, wyznanie, światopogląd czy orientację. Jako człowiek posiada wolność wyboru i jeżeli pozwoli się mu myśleć, wybierze właściwie dla siebie. Tym samym to podstawa demokracji powinna być punktem wyjścia w rozmowach o ewentualnym zjednoczeniu, a nie żadne inne argumenty przeciw bogu ducha winnym działaczom równościowym. W mądrze rządzonym kraju znajdą oni przecież i tak należne dla siebie miejsce.
Wywalczona wolność wyboru powinna być skierowana teraz na słuszne tory – dla dobra Polski, a nie egoistycznych indywidualnych motywacji. Tłum chce czuć siłę i zdecydowanie  – tylko wtedy pójdzie w ogień gasić nawet najbardziej rozgorzałe pożary.