Doktrynerzy versus Lewica

Jezukryste, jak to dobrze, że w tych wyjątkowych okolicznościach, horyzont mojego myślenia jest szerszy niż ten wyznaczany przez fejsbuk i mejnstrimowe media. 27 kwietnia Lewica ogłosiła, że zagłosuje za Krajowym Programem Odbudowy i od tego dnia, stała się dla opozycji i części kolacji wrogiem numer jeden. Ale to akurat nie kłopot, bo mieć za przeciwnika PSL i Platformę, to w Polsce żadne wyczyn. Myśleć po swojemu wbrew ogółowi, to jest sztuka!

Ten polityk i ta polityczka jest prawdziwie wart/a uznania, który/a wyprzedza w myśleniu swój czas. Który/a potrafi dumać na kilka lat wprzód; antycypować konsekwencje swoich kroków i wyborów. Przede wszystkim jednak, ten/ta jest coś wart/a, który/a na sercu i umyśle ma dobro swoich wyborców. Mało tego, nie tyle swoich, co wszystkich wyborców i rodaków, innemi słowy – pomyślność ojczyzny. I choćby nie wiem jak górnolotnie to zabrzmiało, to niechaj właśnie tak będzie; niech echo tego „frazesu” wybrzmiewa jak najdłużej, bo być może dopiero dzięki niemu, lud, uczony przez prawie dwie dekady rozumienia polityki jako walki czarnych z białymi, coś wreszcie pojmie. A do pojęcie jest prawda, tyleż banalna, co do cna prawdziwa: dobro Polski jest najważniejsze; Polska jest najważniejsza. I jeśli można owo dobro osiągnąć paktując z samym diabłem, to trzeba schować różaniec do kieszeni i siadać do rozmów.
Lewica właśnie tak postąpiła. Usiadła do stołu z pisowskim biesem.

Paktowanie z czartem bywa ryzykowne, ale, jak uczą mądre lektury z dzieciństwa, czasami udaje się czarta przechytrzyć i wyjść na swoje. W tym wypadku Lewica, jako pierwsze, od niepamiętnych czasów, ugrupowanie opozycyjne, pokazała swoim niedawnym postępowaniem, że nie ma zgody na politykę, w której to Jarosław Kaczyński jest tym najgorszym z klasy (choć oczywiście jest), tylko dlatego, że jest mały i brzydki. Czasami bowiem, nawet takie indywiduum miewa sensowne pomysły i nie można ich utrącać tylko dlatego, że wyszły od niego, a nie od KO czy PSL-u. Jeśli na widnokręgu pisowskiej myśli politycznej pojawia się pomysł, który jest odpowiedzią na europejski program pomocy dla ludzi dotkniętych stratami po covidzie, odpowiedzialny polityk siada do stołu i negocjuje. Wie bowiem, że jest parę groszy do zgarnięcia dla Polski. Owszem, trzeba dołożyć trochę od siebie, ale skoro większość państw UE godzi się na mechanizm samopomocowy, dzięki któremu możemy dużo więcej zyskać niż stracić, nierozsądnym byłoby nie skorzystać z tej pomocy. Choćby miał ją dzielić sam PiS. Bo nie tylko sam PiS będzie konsumował owoce tego finansowego strumienia, który zasili naszą umęczoną krwią i blizną glebę. Jak dobrze to przemyślimy, popatrzymy ludziom na ręce, to jest szansa, że pomoc trafi do najbardziej potrzebujących. Złośliwi powiedzą, że to życzeniowe myślenie; że PiS przeżre to po swojemu-na pijar i własnych pociotków; osrajtków uwieszonych przy cycu, a jeśli tak, to nie ma sensu im w tym pomagać.

Lepiej się sprzeciwić dla zasady, która brzmi: jesteśmy antypisem, cokolwiek PiS proponuje. Doskonale wiedział to D. Tusk w trakcie swojej drugiej kadencji. Eksperci od polityki ostrzegali, że nie można być ciągle anty do PiS-u, bo prosty lud się w tym połapie. Nic bardziej mylnego. Antypis sprawdzał się cały czas. Antypis był horyzontem myślenia wszystkich szefów PO i PSL-u od czasów Tuska, po dziś dzień. Jeśli zgodzimy się w najmniejszej choćby sprawie z PiS-em, to nasi wyborcy nam tego nie darują, mówiła doktryna. Takoż więc doktrynerzy nie wychodzili poza ramy stworzone przez demiurga; trwali w antypisie; antypis o muerte!
Ktoś musiał zrobić pierwszy krok; trudny, bo zrazu wiadomo było, że cała opozycja doktrynerska tego nie podaruje, albowiem jest zapisane w księgach: kto paktuje z PiS-em w byle czym, ten wypada z naszej bandy. Bardzo jestem rad, że Lewica odważyła się powiedzieć mocno, że nasz sztandar ciągle płynie ponad trony i ponad chore układy, w którym polityka i politycy rozumują nie dalej, niż do sejmowego parkanu. Że jeśli możemy coś zyskać dla Polaków, to mogą nas lżyć i plwać na nas, ale to historia pokaże, kto miał rację. I to znowu nie nazbyt odległa historia; za kilka lat będzie można powiedzieć sprawdzam. Tak jak w sejmowym ślubowaniu, gdzie stoi o tym, że dobro Ojczyzny ma być najwyższym nakazem. Czy z pomocą boską czy bez niej. Dobro Ojczyzny, a nie własnej partii. Tą bowiem bardzo łatwo zmienić albo przegonić na cztery wiatry, a z Ojczyzną bywa już trudniej. Chcemy tego czy nie, musimy się wszyscy wspólnie w niej dusić i kisnąć. Wolałbym więc żyć w niej z moim współbiesiadnikami, z prawa, lewa i centrum, we względnym dobrobycie i pokoju, niż przymierać głodem i żyć nadzieją o wojnie z Rosją. A gdy ten z prawa zaprosi mnie na wódkę, to móc z zaproszenia skorzystać, bo nawet prawicowiec czasem może mieć dobre pomysły.