Daniel „totalna klęska”

– Jeżeli prezes nie zdecyduje się odsunąć pana Obajtka, bo nie ma co ukrywać, że to będzie wymagało od niego dużego wysiłku, tylko będzie bronił go jak niepodległości, to ten granat i tak wybuchnie – mówi dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. marketingu politycznego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Czy Daniel „Napoleon” Obajtek dotarł właśnie do swojego Waterloo, czy jak zwykle sprawa taśm PiS-owskich działaczy rozejdzie się po kościach?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Tu sprawa wygląda na bardziej skomplikowaną. Trzeba powiedzieć, że pan Obajtek był znaczącym delfinem na PiS-owskim morzu i lada chwila miał wypłynąć na morza i oceany świata. Może się okazać, że jednak delfiny nie są w stanie pływać w ropie, bo jest to dla nich szkodliwe.

Mówiąc serio, to byłbym zdziwiony, gdyby sprawa taśm pana Obajtka rozeszła się po kościach. Skala tego jest tak duża, nawet jak na PiS, a jesteśmy uwarunkowani na śledzenie różnych nagrań, przecieków, obecna koalicja wygrała na tym przecież wybory. Jednak to, co było na taśmach Sowy, to mały pikuś w stosunku do tego, co tu słychać. Te taśmy są słusznie porównywane do propozycji korupcyjnych pana z SLD z Łodzi, który zamawiał firanki do mercedesa.

Tutaj przyszły premier Obajtek pokazuje, że po pierwsze jego moralność jest pod sporym znakiem zapytania, przejrzystość jego działań jest mocno wątpliwa, też przymioty osobiste tytułują pana Obajtka raczej daleko od ludzi kulturalnych.

Co może zrobić największe wrażenie na wyborcach PiS-u? To, że tak siarczyście przeklinał, że skłamał w sądzie, czy to, że chciał wykończyć firmę wuja?

To jest pytanie za 10 punktów, podobnie jak to, czy PiS-owscy wyborcy w ogóle się o tym dowiedzą.

Na pewno klienci Orlenu nie, bo na stacjach nie można kupić „Gazety Wyborczej”.

Nie oszukujmy się, żyjemy w kraju półcenzuralnym, gdzie jeden ciąg informacyjny kompletnie nie dopuszcza do pewnego typu wiadomości i gdzie grupa ludzi jest kompletnie wyłączona z prawdziwych informacji. Okazało się, że te delikatne przekleństwa u Sowy nie były jakoś strasznie nie do przyjęcia dla ludzi, chociaż pan Marek Belka, prezes NBP, nie powinien nawet prywatnie tak mówić.

Zatem kim jest prezes największej spółki, która przejmuje właśnie media i miał być następcą Mateusza Morawieckiego, a być może nawet prezesa Kaczyńskiego?

Jeżeli to dotrze do wyborców, to może sprawić pewien myślowy kłopot. Być może wiele osób z ludu PiS-owskiego, kiedy się dowie czy dosłucha tego, co mówił pan prezes Obajtek, może być oburzonych tym, jak postępuje z własnym wujem. Nie dość, że go mocno miesza z błotem, przyznam, że dawno nie słyszałem tak obelżywych określeń – to też dużo mówi o relacjach rodzinnych pana Obajtka – to jeszcze chciał wykończyć własnego wuja i to w sposób nieczysty. Niestety na samym końcu jest to, że skłamał, że nie był powiązany ze spółką, kiedy był samorządowcem.

Jak widać, w Polsce odporność na łamanie prawa jest dość duża i PiS przyzwyczaił już nie tylko lub PiS-owski, ale i „żabę polską”, że jest ugotowana.

Jak ocenia pan strategię obrony?

Na razie obrona jest bardzo kiepska. To przedziwne, że nagrania pochodzą z 2009 roku, podobno trafiły do prokuratury w 2016…

…a w 2017 prokuratura Ziobry umorzyła postępowanie.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, bo to, o czym rozmawiamy i wszyscy od rana tłuką, to są emocje. A w tle jest gra na zimno, stawiam, że Zbigniewa Ziobry, który doszedł do wniosku, że dość już lansowania pana Obajtka i trzeba to ukrócić; dlatego pojawiły się taśmy.

Pana zdaniem to z obozu Zjednoczonej Prawicy wyszły taśmy?

Absolutnie tak. Jeżeli coś wpada do prokuratury i pan Święczkowski albo Ziobro tego nie chcą, to przepada na wieki. Oczywiście można opowiadać bajki, że nie wiadomo, co, kto i gdzie, ale gdyby miały nie wyciec, to tak by się stało.

Przypomnijmy, że Zjednoczona Prawica akurat ma doskonale opanowany ten element marketingu, oczywiście mówię to ironiczne – czyli zabijanie przeciwników taśmą. Podejrzewam, że jutro wszystkie prawicowe tygodniki, gazety i portale będą krytykować pana Obajtka, jak można tak postępować i posługiwać się takim językiem. Niestety, to tragiczne dla nas wszystkich, bo menedżer namaszczony przez króla Polski Jarosława okazał się dyskusyjny pod względem moralnym i wizerunkowym. Skoro ten jest tym najlepszym, tym najbardziej skutecznym, to jaki jest ten średni? Daniel „wszystko mogę” Obajtek przeistoczył się w Daniel „totalna klęska” Obajtek.
Moim zdaniem to jest nie do obrony, choć nie takie obrony już się widywało. Pytanie, co jest jeszcze, bo na razie ten atak był bezpardonowy.
Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu PAP, w którym dyskredytuje „GW”, a to oznacza, że wiedział, że czeka go bomba. Wiele można mu zarzucić, ale nie to, że jest zdziecinniały; musiał wiedzieć, że ta sprawa nie rozejdzie się po kościach. Oczywiście możliwy jest też scenariusz, że ktoś niezależny, kto ostał się w prokuraturze, zabrał do domu taśmy Obajtka i z własnej „szafy Lesiaka” wyciągnął właśnie teraz taśmy. Ciekawe będzie teraz, na kogo postawi reszta prawicowych mediów: czy na Ziobrę, czy na Kaczyńskiego.

Co powinno się teraz stać z prezesem Orlenu?

W takiej sytuacji pan prezes Obajtek powinien być natychmiast zdymisjonowany z zarządzania koncernem Orlen, a po drugie powinna się temu przyjrzeć prokuratura i CBA.

Na pewno taka osoba nie powinna zarządzać największym koncernem tej części Europy.

Zobaczymy, na co zdecyduje się prezes Kaczyński. Pamiętajmy, że podziały w Zjednoczonej Prawicy idą dwutorowo.

Jeżeli prezes nie zdecyduje się odsunąć pana Obajtka, bo nie ma co ukrywać, że to będzie wymagało od niego dużego wysiłku, tylko będzie bronił go jak niepodległości, to ten granat i tak wybuchnie. Tego nie da się już rozbroić, można tylko zdetonować na poligonie w kordonie sanitarnym albo on wybuchnie w kuchni i pourywa wszystkim w pobliżu nogi i ręce.

Ale trzeba przyznać, że do tej pory Daniel Obajek miał bardzo dobrą strategię i świetny PR.

Kariera Obajtka przypomina na swój sposób karierę Nikodema Dyzmy. Tylko to kolejny Dyzma już w następnym pokoleniu…

Wróćmy do wywiadu prezesa dla PAP. Co można z niego wyczytać?

Ten wywiad ma wszelkie znamiona uderzenia wyprzedzającego – jest skierowany ewidentnie do członków Zjednoczonej Prawicy wszelkiej maści i jasno wynika z niego, że prezes boi się i jest trochę pod ścianą, bo wszystko zaczyna mu się walić.

Mocny człowiek nie idzie do mediów i nie skarży się. Prezes nawet wraca do czasów opozycji, która „nic nie robiła”. To trochę żenujące, bo PiS rządzi od 6 lat i wyciąganie tego kotleta z bułki jest bez sensu, bo to już inny kotlet, inna bułka i inna restauracja.

Prezes najprawdopodobniej traci kontrolę nad tym, co się dzieje, i próbuje teraz groźbą zapanować nad swoimi wyznawcami na zasadzie „ten, kto głosuje przeciwko nam, głosuje przeciwko Polsce”.

„Każdy, kto rozbija Zjednoczoną Prawicę, działa przeciwko Polsce” – mówi prezes. To groźba kierowana do koalicjantów?

To wielkie słowa, natomiast szef partii czy całego ugrupowania prawicy Kaczyński nie musi udzielać takich wywiadów, aby uratować Daniela „wszystko mogę” Obajtka. Zaczyna się zatem coś dziać i być może okaże się, że Jarosław „niewiele już mogę” Kaczyński nie uratuje pana Obajtka.

Opozycja powinna rywalizować z rządem

– Pytanie, czy politycy opozycji będą chcieli rezygnować z części swoich ambicji, czy też będą woleli siedzieć w swoich malutkich księstewkach przez kolejne cykle wyborcze. Szczerze mówiąc, nie widać tu znaczącej zmiany – mówi Robert Sobiech, dyrektor Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne sondaże pokazują, że zjednoczona opozycja wygrywa znacznie ze Zjednoczoną Prawicą. Sondaż dla Oko Press daje nawet 57 proc. i 270 mandatów. To samospełniająca się przepowiednia czy raczej marzenie ściętej głowy?

ROBERT SOBIECH: Zjednoczona opozycja to ciekawy pomysł polityczny, ale chyba obliczony na dłuższą perspektywę. Jest to próba wyciągnięcia lekcji z porażek w ostatnich wyborach, ale skuteczność tego projektu zależy w decydującym stopniu od samoograniczenia ze strony polityków partii opozycyjnych.

Próby tworzenia wspólnych list wyborczych już obserwowaliśmy na poziomie wyborów parlamentarnych i okazało się, że znaczna część partii opozycyjnych wolała pójść własną drogą, w konsekwencji nadal są partiami opozycyjnymi.

Jak poszli razem, to odbili Senat.

Dokładnie tak. Pytanie, czy politycy opozycji będą chcieli rezygnować z części swoich ambicji, czy też będą woleli siedzieć w swoich malutkich księstewkach przez kolejne cykle wyborcze. Szczerze mówiąc, nie widać tu znaczącej zmiany. Inicjatywa 276 jest propozycją otwarcia i uzgadniania wspólnych kwestii miedzy partiami opozycyjnymi, ale już widać, że od razu została mocno skontrowana przez pozostałe partie opozycyjne. Nadal mamy ten sam stan od wielu lat…

Czyli że opozycja walczy o przywództwo na opozycji, a Kaczyński robi, co chce.

To przede wszystkim dziennikarze organizują konkursy na lidera opozycji, skłaniając ośrodki badania opinii publicznej do zadawania takiego pytania swoim respondentom. Jeżeli opozycja poważnie myśli o rządzie koalicyjnym, to powinna rywalizować z partią rządzącą, a nie koncentrować się na wyrywaniu sobie tych samych wyborców.

Rządzący to też nie PiS, tylko koalicja trzech partii, o czym ostatnio Kaczyńskiemu boleśnie przypomina Gowin.

To dziwna koalicja, która składa się z jednej dużej partii i dwóch mniejszych. Tu nie ma wątpliwości, kto jest liderem całego ugrupowania. Oczywiście jak każda koalicja ma swoje ograniczenia i wewnętrzne napięcia. Jednak jej skuteczność w wygrywaniu kolejnych wyborów to w dużym stopniu efekt ukrywania wewnętrznych konfliktóww. Dopiero teraz, po blisko 6 latach rządzenia, obserwujemy otwarty konflikt w Porozumieniu Jarosława Gowina. A ile takich otwartych konfliktów miało miejsce w tym samym czasie w partiach opozycji?

Warto jednak pamiętać, że pierwszy tak silny konflikt w obozie rządowym odbywa się w czasach pandemii, w czasach załamania gospodarki, rosnącego bezrobocia czy rosnącej inflacji. Obecny okres to niespotykane od dawna załamanie nastrojów społecznych i krytyki polityki rządu. Sondaże od dłuższego czasu pokazują bardzo niskie notowania rządu, premiera, polityki gospodarczej. Z drugiej strony pandemia jest świetnym okresem dla rządzących, żeby przerzucać swoje pomysły, których pewnie by nie zrealizowano w normalnych warunkach.

Jak podatek od mediów?

Tak, ale też zamach na służbę dyplomatyczną, wcześniej na służbę cywilną, nie mówiąc już o wyroku TK w sprawie aborcji. Rząd próbuje walczyć z pandemią, ale przy okazji ma świetną okazję do tego, żeby przeforsować pomysły, które na dobre wypchnęłyby Polskę z grupy państw demokratycznych.

Tu wrócę do kryzysu w koalicji. Okazuje się, że w sytuacjach krytycznych nawet mała partia, korzystając z niewielkiej przewagi rządzącej koalicji w parlamencie, może powiedzieć nie kolejnym próbom ograniczania demokracji. Zrobiono to już to przy wyborach majowych i wygląda na to, że możemy mieć do czynienia z podobną sytuacją przy okazji finansowego zamachu na media.

W piątek jeszcze tak było, ale już wiadomo, że mają odbyć się konsultacje w sprawie tego projektu. Sprzeciw Gowina to zwykła brudna gra polityczna czy chodzi tu o coś więcej, jak np. wartości demokratyczne?

Jedno jest powiązane drugim. Nie znając szczegółów, jak słucha się Adama Bielana, widać wyraźnie, że chodzi tu o przejęcie władzy w partii. Podobno trzy lata temu odwołano prezesa, a poseł Bielan dopiero teraz się zorientował, że coś jest nie tak. To kabaret. Natomiast rzeczywiście próbuje się zapobiec czy zablokować pewne ruchy polityczne. Teraz są media, za chwilę już słychać, że będzie skok na samorząd, likwidacja województwa mazowieckiego, przesuwanie niepokornych sędziów do innych miejscowości w ramach planowanej reorganizacji sądów. Tych pomysłów partia rządząca ma sporo i pytanie, czy jeden z koalicjantów będzie miał na tyle silną pozycję, aby te najbardziej radykalne pomysły zablokować.

A będzie miał?

To zależy od samodyscypliny tych kilkunastu posłów, bo pewnie będą na wiele sposobów kuszeni.

Czy zatem w polityce jeszcze liczą się wartości? Czy to przeżytek XX wieku?

Bardzo bym chciał, żeby były, bo polityka bez wartości jest już czystą cyniczną grą, w której przegrywający spychani są na margines życia społecznego. Wiele Polek i Polaków oczekuje, że te wartości będą. Oczekiwania uprawiania polityki silnie powiązanej z wartościami przekładają się na poparcie, jakie na początku swojej działalności dostają nowe partie polityczne. Tak np. na obietnicach budowania polityki zgodnej z wartościami wyrasta ruch Hołowni. Ale duże nadzieje przerodzić się mogą łatwo w rozczarowanie, gdy przychodzi do konfrontacji wartości z krótkotrwałymi zyskami politycznymi.

W przypadku Polski 2050 pierwszy taka rozbieżność pojawia się w przypadku pozyskiwania posłów z innych ugrupowań. Oczywiście poseł może zmienić zdanie i przejść do innego ugrupowania. Zazwyczaj takie decyzje to efekt indywidualnych kalkulacji zysków i strat. Za każdym razem efektem takich decyzji są zawiedzione nadzieje tych, dzięki którym dana osoba zdobyła poselski mandat. To nie są tylko zawiedzeni wyborcy, to także szeregowi działacze partii, woluntariusze, ludzie, którzy w kampaniach wyborczych poświęcali swój czas, często własne pieniądze, aby ich kandydat dostał się do parlamentu. I kiedy po jakimś czasie tacy parlamentarzyści mówią, że przechodzą do innej drużyny, zmniejsza się (i tak już niezbyt liczna) grupa ludzi, którzy wierzą, że da się połączyć wartości z codziennym uprawianiem polityki.

We wtorek politycy opozycji wezwali we wspólnej deklaracji do wycofania się z projektu składki od wpływów reklamowych, a także do odpartyjnienia mediów. Takie inicjatywy wszystkich partii opozycyjnych to może być zaczątek koalicji?

To jest ten obszar współpracy opozycji, o którym mówiliśmy. Opozycja po przegranych wyborach w 2019 roku nie ma najmniejszych szans, aby przeforsować swoje pomysły w Sejmie. To, co może robić, to nagłaśniać istniejące problemy i budować porozumienia, wspólne reakcje wobec istniejących zagrożeń. Przykładem jest ostania wspólna reakcja opozycji wobec zamachu na niezależność mediów. Chyba o to chodziło PO, kiedy przedstawiała swój pomysł integracji opozycji, którego celem ma być zdobycie 276 mandatów w przyszłym Sejmie.

Jeśli partie opozycyjne nie odrzucą takiego sposobu uprawiania polityki, to mają szanse nie tylko na wzrost poparcia, ale też na wypracowanie sensownych rozwiązań dotyczących przyszłości. Poprzednio podobne propozycje rozbijały się o ambicje liderów partii opozycyjnych.

Pierwsze reakcje na koalicję 276 sugerują, że i ten pomysł może podzielić los wcześniejszych prób integracji opozycji. Dla wielu ludzi będzie to kolejne potwierdzenie braku wiarygodności partii opozycyjnych. Jeśli liderzy opozycji twierdzą, że rządy PiS są zagrożeniem dla demokracji, a jednocześnie pozostawiają PiS u władzy tylko dlatego, że w kolejnych wyborach starują samodzielnie – dla przeciętnego Kowalskiego oznacza to, że nie ma tu żadnego zagrożenia dla demokracji, albo też, że sama demokracja nie jest warta rezygnacji z indywidualnych ambicji.

Odnotowano spory spadek zaufania do polityków. Także do prezydenta i premiera, którzy wciąż są na pierwszych miejscach. Dlaczego mamy spadki?

To efekt pandemii, to rozczarowanie, frustracja, która przekłada się na bardzo niskie notowania rządu i spadek zaufania zarówno do rządu, premiera, jak i do prezydenta. Nic więc też dziwnego, że coraz większym zaufaniem cieszą się Szymon Hołownia i Rafał Trzaskowski.

Wyraźnie spadło zaufanie do polityków rządzących, a nie poparcie dla PiS. Jak to możliwe?

Najłatwiej wyjaśnić to nie na rozkładach procentowych, a na liczbach bezwzględnych. W sondażach prezydenta czy premiera oceniają wszyscy Polacy (ok. 30 mln dorosłych obywateli), a nie tylko ci, którzy deklarują udział w wyborach. W ostatnim roku poparcie dla rządu premiera Morawieckiego spadło z 43 proc. w styczniu 2020 do 23 proc. w styczniu 2021 (badania Kantara). Oznacza to, że pomimo tak znaczącego spadku obecnie rząd cieszy się poparciem ok. 7 mln dorosłych Polaków (przed rokiem było to prawie 13 mln).

W styczniu tego roku udział w wyborach zadeklarowało 69 proc. obywateli, czyli ok. 20,7 mln osób (badania Kantara). Spośród tych 20,7 mln na Zjednoczoną Prawicę chciało głosować 29 proc., czyli ok. 6 mln osób. Te 6 mln obecnych wyborców Zjednoczonej Prawicy to zaledwie 20 proc. wszystkich dorosłych Polaków. Jak pokazują badania, wyborcy Zjednoczonej Prawicy (te 6 mln – 20 proc. Polaków) w zdecydowanej większości uważają, że rząd dobrze radzi sobie w czasach pandemii. Jednak zdecydowana większość obywateli ani nie popiera PiS, ani nie jest zadowolona z obecnego rządu. Tym niemniej te ok. 20 proc. Polaków popierających Zjednoczoną Prawicę wystarczało w przeszłości, aby, przy rozbiciu opozycji, wygrywać kolejne wybory. W 2019 roku na Zjednoczoną Prawicę zagłosowało jedynie 26 proc. Polaków. O tym od dawna wiedzą liderzy opozycji. Pytanie tylko, czy będą z tego chcieli wyciągnąć wnioski.

Wracamy do średniowiecza

Powszechne protesty dotyczą odbierania społeczeństwu niezależnych sądów, a ostatnio nie respektowania praw kobiet do dysponowania własnym ciałem. Są to ważne zagadnienia w zakresie praw , ale możliwe do odrobienia w stosunkowo krótkim czasie po nieuchronnej zmianie układu rządzącego.

Znacznie większe szkody, mogące trwać całe pokolenie, wyrządzić może zmiana polityki edukacyjnej, realizowana od początku rządów PiS. Zmiana ta znacznie przyspieszyła po powołaniu Pana Czarnka na Ministra Nauki i Edukacji.

Pod pozorem ochrony wolności wypowiedzi ograniczanej rzekomo przez operatorów sieci społecznościowych, którzy usuwają zapisy ksenofobiczne, obraźliwe dla grup społecznych obcych ideowo rządzącym, zamierza się wprowadzić cenzurę rządową z nakazem likwidowania wpisów , które rządzący uznają za rzekomo obraźliwe, a w rzeczywistości pokazujące zakłamanie ich elit.

Odwołania od powyższych nakazów rozpatrywać ma specjalna komisja, w której, jak pokazuje aktualna rzeczywistość, przewagę będzie miała Zjednoczona Prawica, a nie bezstronni eksperci.

Pan Czarnek chce ustawowo bronić przed osądem środowiska prawicowych naukowców głoszących ksenofobiczne poglądy dotyczące praw kobiet, środowisk LGTB, niewierzących , migrantów itp. Jednocześnie ogranicza się środki i dąży do wyeliminowania z polskiej nauki „gender studies”, które badają uwarunkowania kulturowe związane z rozumieniem płci i cech przypisywanych tradycyjnie tym płciom, pokazując równocześnie środki do zmiany tych tradycyjnych uwarunkowań. Znaczne ograniczenia dotyczą też naukowców powołujących się na teorie marksistowskie, które bez ograniczeń funkcjonują w krajach zachodnich i krajach rozwijających się.

Pan Czarnek chce narzucić swój ahistoryczny punkt widzenia na rolę kobiety, wyrażony w jego wystąpieniach publicznych, a sprowadzający się do krótkiego stwierdzenia, że wyłączną rolą kobiety powinno być rodzenie dzieci i służenie mężczyźnie, w celu zaspokojenia jego pragnień i dążeń.
Wprowadzona już przez Pana Czarnka zmiana punktacji za publikacje naukowe wprowadziła prymat nauk teologicznych opartych na „prawdzie objawionej”, kosztem badań opartych o prawdę wynikającą z obiektywnego z badania przyrody i otaczającej nas rzeczywistości.

Oczywiście nie można naukowcom prawicowym ograniczać wyznawania własnych poglądów i prowadzenia badań. Staje się to problemem, gdy te poglądy przenoszą do treści przekazywanych studentom, a co gorzej, gdy służą one do ich dyscyplinowania lub oceny. A z takimi zachowaniami, potępianymi przez środowiska uniwersyteckie, a branych w obronę przez rządzących, mieliśmy w ostatnim okresie do czynienia.

Ta pozorna wolność do prezentowania poglądów w mediach społecznościowych, której obłudnie domagają się Panowie Ziobro i Czarnek nie może być całkowita. Nie możemy dopuścić do prezentowania w mediach społecznościowych tekstów skrajnie faszystowskich, nawołujących do przemocy i skrajnie obraźliwych. Regulacje w tym zakresie muszą powstać w ramach Unii Europejskiej, ponieważ ma ona większą siłę oddziaływania na globalnych operatorów. Nie wolno powierzać takich regulacji w Polsce zacietrzewionym i kłamiącym na co dzień prawicowcom z naszego rządu. Regulacje takie dotyczyć powinny również prezentowania tekstów pseudo naukowych prezentujących dawno obalone teorie, jak kreacjonizm zaprzeczający ewolucji w świecie żywym, czy skrajnie rzecz ujmując twierdzeniu, że ziemia jest płaska, jeśli nie jest to element satyry lecz poglądu naukowego.

Powołanie przez Pana Czarnka teologa o skrajnych poglądach na głównego eksperta od programów nauczania w szkołach świadczy o zamiarze dalszego i nieograniczonego przewartościowania tych programów w kierunku państwa wyznaniowego, kierującego się głównie poglądami hierarchów kościelnych, a także dalszego fałszowania historii, co ma już miejsce od początku rządów PiS, choć było też realizowane wcześniej lecz w znacznie mniejszym stopniu, przez porzednie ekipy postsolidarnościowe.
Wypierana jest też z programów szkolnych wiedza o seksualności człowieka na rzecz katolickich bajek o czystości, nieograniczonej miłości małżeńskiej , nieuniknionego cierpienia kobiet i tym podobnych bzdur wykładanych często przez obecnych lub byłych katechetów. Skutkuje to pozostawieniu ucznia na czerpanie wiedzy od nieprzygotowanych często do tego rodziców, którzy sami pozbawieni byli w dzieciństwie rzetelnej wiedzy o zagadnieniu, lub z sensacyjnych i nie naukowych opowieści kolegów i koleżanek. Sprzyja też braku czujności wobec pedofilów, szczególnie tych w sułtannach, oraz niewłaściwych zachowań seksualnych i zachodzeniu w ciąże przez nieletnie dziewczyny.

Przegląd podstaw programowych ma zacząć się od języka polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie.

Przedstawię teraz pogląd socjalistów na programy nauczania w szkole, szczególnie w zakresie powyższych przedmiotów.

Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów przedstawiamy dwa ogólne postulaty dotyczące tzw bazy programowej, która musi być opracowana ponad podziałami społecznymi.

Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .

Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy spowodowany przepełnieniem klas, niskimi wynagrodzeniami i celowym obniżaniem rangi nauczycieli w środowisku.
Programy powinny położyć nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywać problemy, a nie zapamiętywania faktów i formułek. Jakość kształcenia nie polega na anachronicznym kształtowaniu postaw pseudo patriotycznych, lecz na przystosowaniu młodzieży do życia w szybko zmieniającym się świecie.

W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej).

Należy zmienić politykę edukacji historycznej ostatnich dwudziestu paru lat, negującą lewicowe, humanistyczne idee powszechnego braterstwa i pobrzmiewającą mesjanizmem Polaków jako narodu wybranego i kultu bitew, a nie rzetelnej pracy i realizmu politycznego. Nieustanna gloryfikacja wysiłku bitewnego prowadzi do zaniku poczucia, że pokój jest dla społeczeństwa wartością nadrzędną. Kult żołnierzy wyklętych, wrogość do sąsiednich narodów i „dmuchanie w narodowy balonik” pogłębiają zjawiska nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu. Takie zjawiska zawsze w historii stanowiły zarzewie konfliktów miedzy narodami, a w dobie globalizacji prowadzą do psychozy wojennej. Wielce mylą się Ci, którzy takie zjawiska wiążą z patriotyzmem. Patriotyzm powinien się wyrażać przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego, pracy na rzecz rozwoju społecznego i gospodarczego Polski.

W zakresie wiedzy o społeczeństwie programy powinny przygotowywać do problemów z jakimi spotka się młody człowiek po ukończeniu szkoły. Potrzebne są elementy wiedzy prawnej i ekonomicznej, w tym wiedza o przyczynach nierówności społecznych i pułapkach nieograniczonego rozwoju, skutkującego nieodwracalnymi zmianami klimatycznym, ale także nauka autoprezentacji i jasnego prezentowania posiadanej wiedzy. W ramach cykli tematycznych jest też miejsce na naukę zachowań społecznych oraz seksualności człowieka. Nauka tego przedmiotu powinna być prowadzona w formie oddzielnych cykli nauczania prowadzonych przez specjalistów, w tym specjalistów z poza szkoły.

Nauka języka polskiego i dobór lektur szkolnych powinien przekazywać informacje o różnych formach literackich jak poezja, powieść, opowiadanie, pamiętniki, literatura faktu itp.i ich rozwój w różnych okresach historycznych. Konieczna jest też prezentacja zmieniających się form języka i słownictwa, Nie może tez być pominięta antologia tych twórców, którzy zdobyli rozgłos na świecie, niezależnie od prezentowanych przez nich opcji politycznych.

Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie, w którym technika zastępuje wysiłek ludzki, a człowiek musi zapewnić jej wykorzystanie zgodnie z potrzebami swoimi i otaczającego go środowiska. W nauce tych przedmiotów szczególnie pożądane jest korzystanie z form pracy grupowej, ponieważ nowe wynalazki i rozwój technologii jest obecnie wynikiem działań zespołów, a nie pojedynczych twórców.

Zdziwienie budzi fakt, że zmiany które planuje w edukacji PiS spotykają się z stosunkowo niewielkimi, w porównaniu do innych zagadnień, protestami społecznymi, zwłaszcza w środowiskach młodych ludzi, którzy niedawno zakończyli edukację, ale też w środowiskach rodziców dzieci, aktualnie uczęszczających do szkół. Czyżby stało się to dla nich czymś oczywistym, że programy nauczania opracowuje władza według swoich upodobań, a krytyczne myślenie nie opanowało ich umysłów.

Aktualni uczniowie zaczynają własną formę protestów poprzez masowe rezygnowanie z uczęszczania na lekcje religii. Rodzice często to popierają, ale nie chcą lub boją się aktywnie protestować przeciwko treściom jakie przekazywane są ich dzieciom. Potrzebne są naciski w formie grupowych wystąpień rodziców nie zgadzających się z sekularyzacja i upolitycznieniem treści nauczania.

Zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy w zakresie form i treści nauczania oznaczać będzie cofnięcie Polski w rozwoju.

Gra w numerki

Na całej połaci śnieg, nieoczekiwana zima w środku globalnego ocieplenia. Nie mniej nieoczekiwanie Platforma Obywatelska ocknęła się z letargu, być może przedwcześnie, bo do wiosny jeszcze trochę.

Chce zagrać wysoko: poprzeczkę ustawiła na poziomie 276 (mandatów). Wedle dostępnych sondaży wyborczych jest to znacznie powyżej możliwości PO/KO. Dlatego politycy PO postanowili podeprzeć się innymi ugrupowaniami opozycyjnymi, oferując im współpracę na własnych zasadach oraz wspólną realizację własnych pomysłów. To znaczy pomysłów PO.

Trudno powiedzieć, do kogo tę ofertę skierowano. Nawet publicyści stale wspierający PO nie wydawali się nią zachwyceni, a co dopiero potencjalni koalicjanci, którzy o proponowanej współpracy dowiedzieli się z mediów po tym, jak logo ich organizacji zostało wykorzystane na konferencji PO bez ich wiedzy i zgody. Jak mówił później Włodzimierz Czarzasty, rozmowy między liderami partyjnymi się toczą, ale do ostatecznych ustaleń daleko. To zresztą łatwo odgadnąć. Lewica rozpoczęła zbiórkę podpisów pod projektem ustawy dopuszczającej legalną aborcję do 12 tygodnia. Projekt, który na pewno odpowiada na postulaty pojawiające się na protestach Strajku Kobiet, budzi kontrowersje – również z tego powodu, że raczej nie widać szans na uchwalenie go przez Sejm w tej kadencji. PO proponuje obywatelski (czyli ich) projekt ustawy o likwidacji abonamentu RTV oraz likwidacji TVP Info. Ktoś, kto podsunął ten pomysł Budce i Trzaskowskiemu, ewidentnie pracuje na rzecz PiS‑u. W demokratycznym i praworządnym kraju nie ma oczywiście miejsca na taką telewizję pseudonarodową. Zmiany, i to radykalne, w zarządzaniu telewizją publiczną są niezbędne, co jednak nie oznacza, że zbędna jest telewizja publiczna. Tak przy okazji: za rządów PO Polska jako jedyny z dużych krajów UE nie przystąpiła do porozumienia nadawców publicznych w projekcie EURONEWS, w związku z czym nie powstała polskojęzyczna wersja programu informacyjnego. Zapewne rząd PiS‑u i tak by z tego porozumienia wystąpił, ale PO nie stworzyła mu takiej sposobności.

Pozostałe propozycje programu 276 też nie wyglądają na produkt tytanów intelektu i specjalistów od polityki społecznej. Postulat przeznaczenia 6% PKB na opiekę zdrowotną rząd Morawieckiego zrealizuje zapewne już w tym roku. Kto wie, czy nawet nie zrealizował go w ubiegłym – ze względu na znaczny spadek PKB, a także wzrost rzeczywistych wydatków na ochronę zdrowia, wcześniej nie planowanych. Do wydatków tych władza doliczy przecież stadiony narodowe, tj. oczywiście szpitale na stadionach, a tanie nie są. O tym, że system opieki zdrowotnej wymaga zmian, że brakuje specjalistów, pielęgniarek, diagnostów, że pogłębiają się nierówności w dostępie do gwarantowanych usług medycznych, eksperci mówią od lat i z tym samym skutkiem: nikt ich nie słucha. Takich zmian nie da się załatwić jedną obietnicą, konieczne są międzypartyjne ustalenia z uwzględnieniem opinii specjalistów, a nie prezentacja w PowerPoincie.

Rząd PiS‑u demontuje – z niejaką konsekwencją – kolejne elementy systemu prawno-instytucjonalnego państwa. Formalnie ma jeszcze co najmniej dwa lata do dyspozycji, a jeśli zdecyduje się niebawem na przedterminowe wybory, to nawet więcej. Zamieszanie w partyjnych przystawkach Zjednoczonej Prawicy może sugerować, że taka opcja jest rozważana przez najważniejszego z prezesów. Doszło do tego, że po raz pierwszy od 1989 roku, a może pierwszy raz w życiu, muszę się zgodzić z Antonim Dudkiem w ocenie sytuacji politycznej. W felietonie dla tygodnika „Polityka” prezentację programową 276 Dudek nazywa falstartem i dziwi się, czemu PO nie zaproponowała dyskusji nad nową koncepcją założeń konstytucyjnych, którą można by nazywać Koalicją 307 (od liczby mandatów wymaganej do sejmowej większość konstytucyjnej). Może stało się tak dlatego, że – pisząc kolokwialnie – nikt w PO nie ogarnia tematu. Konieczność przebudowy instytucji politycznych po ewentualnym obaleniu PiS‑u jest dla bardziej rozgarniętych obserwatorów sceny politycznej oczywista od dawna. Sam piszę o tym już od 2016 roku, kiedy stało się dla mnie jasne, jak będą się toczyć sprawy pod tymi rządami. Zaprojektowanie, poddanie społecznej debacie, nowej konstytucji, która umożliwi stworzenie ładu prawnego po PiS-ie, to zadanie na najbliższy, coraz krótszy czas. Do uchwalenia takiego projektu potrzeba właśnie 307 mandatów. A warto pamiętać jeszcze o jednym: urzędujący prezydent, jeśli nie zostanie usunięty przed końcem kadencji, oprócz narzędzia w postaci weta dysponuje wnioskiem do Trybunału (Pani Przyłębskiej) w trybie prewencyjnym. A Trybunał rozpatruje skargi według kolejności ich złożenia i specjalnie się nie spieszy. Wnioski prezydenta Dudy z 2019 roku czekają do dziś na rozpatrzenie. Tak samo jest z wnioskami z 2018 i 2017 roku – wszystkie w trybie prewencyjnym, złożone w Trybunale przed podpisaniem ustawy. W tym tempie wnioski z roku 2023 byłyby rozpatrzone przed końcem 2030 roku. Tak więc Koalicja 276 mogłaby sobie co najwyżej wydawać rozporządzenia do istniejących, uchwalonych przez PiS ustaw.

Żadna koncepcja polityczna oparta wyłącznie na pobieżnych opiniach i przekonaniach nie daje szans na pokonanie PiS‑u, ale jest jedynie pewną drogą do kolejnej porażki. Aby cokolwiek wygrać, trzeba zbudować nową większość wokół nowego programu. Wspomina o tym również Mariusz Janicki w najnowszym numerze „Polityki”: „Dlatego rządzący nadal czują się bezpiecznie. Wiedzą, że na ulicy władzy nie stracą, bo w Polsce nie ma tradycji zajmowania rządowych gmachów, nie ma milionowych demonstracji i już raczej nie będzie. Kaczyński może przegrać tylko w zwykłych, nudnych wyborach, a tu wierzy w swój elektorat oraz w to, że wciąż kontroluje myślenie swoich przeciwników. Co nakłada taką samą odpowiedzialność na partie opozycyjne, jak na ich wyborców”.

Do roboty więc, do rozmów, do dialogu – o naprawie Rzeczypospolitej. Grę w numerki proszę zostawić loteriom Lotto i Eurojackpot, tam są wyższe wygrane.

Lewica: nie państwu policyjnemu!

PiS i Solidarna Polska chce odebrać obywatelom możliwość nieprzyjęcia mandatu i zmusić ich do udowadniania swojej niewinności w sądzie, już po zapłaceniu. Prawnicy są oburzeni, lewica sejmowa i nie tylko protestuje.

Nie przyjmuj mandatu! – to jedna z podstawowych wskazówek z poradników demonstranta. Grupa 32 posłów Zjednoczonej Prawicy chce, by rada stała się nieaktualna i niewykonalna. Twierdzą, że chcą przyczynić się do… lepszego działania wymiaru sprawiedliwości. Podobno sądy są zawalone nieistotnymi sprawami i konieczne jest „usprawnienie postępowania w sprawach o wykroczenia oraz odciążenie sędziów sądów powszechnych od obowiązków związanych z rozpoznawaniem spraw o wykroczenia”.

Impulsywni obywatele

Odciążyć posłowie chcą także policję – od obowiązku wnioskowania do sądów o ukaranie obywateli. Ci natomiast często odmawiają przyjmowania mandatów w sposób „impulsywny i nieprzemyślany”, zmuszając policjantów, by „podjąć szereg czynności” w związku z wytoczeniem oskarżenia w sądzie. Po zmianie za obywatela myśleć będzie policjant.
Jeśli zmiana przejdzie, to od momentu, gdy policjant wręczy mandat, obywatel/ka będzie mieć 7 dni na zapłacenie wskazanej kwoty. W momencie wręczania warto również zwrócić uwagę na wszystkie możliwe okoliczności łagodzące i przemawiające za niekaraniem. Nawet bowiem jeśli zdecydujemy się na zaskarżenie mandatu do sądu (w ciągu 7 dni), to… – Ciężar udowodnienia swojej niewinności spada na obywatela – bez możliwości dostarczenia dodatkowych dowodów czy okoliczności podczas rozprawy. Grzywnę trzeba będzie opłacić w przeciągu 7 dni pod groźbą dodatkowej odpowiedzialności karnej, a na zwrot bezprawnie zabranych pieniędzy trzeba będzie czekać miesiącami… – komentują nowe zapisy na Facebooku aktywiści Polskiej Partii Socjalistycznej.

Smutny rozgardiasz

Nie mają też wątpliwości, że to odwet władzy za postawę uczestniczek protestów z ostatnich miesięcy. – Zjednoczona Prawica po raz kolejny robi rozgardiasz w polskim kodeksie karnym, próbując naprędce łatać smutne efekty swojej polityki – tej, przeciwko której ludzie od października masowo wychodzili na ulice. Swoją pozycję próbowali już ratować groźbami i zastraszaniem. Teraz chcą karać demonstrantów bez udowodnienia ich winy? Krok po kroku prawica buduje nam państwo policyjne – piszą.

Poselski projekt nie przeszedł żadnych konsultacji społecznych. Wiadomo dlaczego – ich wynik byłby oczywisty. Przeprowadzenie konsultacji w zastępstwie, by zaalarmować ludzi nieśledzących na co dzień politycznych nowości, zapowiedziała w imieniu Lewicy posłanka Anna-Maria Żukowska.

Nowy ład

– Jeszcze niedawno premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, iż w niedługim czasie przedstawi koncepcje nowego ładu. Czy ten „nowy ład” ma polegać na tym, iż mamy żyć w państwie policyjnym? Czy to będzie polegało na tym, że policjant w jednej ręce będzie trzymał pałę a drugą wręczał mandat? „Nie chcesz oberwać pałą? Przyjmij mandat!”. Tak to ma wyglądać? – pytała Żukowska na konferencji prasowej w Sejmie. Zwracała również uwagę na to, że przymus przyjmowania mandatów to najzwyczajniejsza na świecie presja ekonomiczna. Polak nie jest bogaty, kilka stów kary to poważny cios w skromny budżet czasów pandemii.
– Czy 500 złotych to jest dużo? To jest bardzo dużo, taka kwota może zdestabilizować budżet domowy młodej osoby, która przychodzi na demonstracje realizować swoje konstytucyjne prawo do manifestowania swoich poglądów, aby wyrażać swój sprzeciw oraz stanowisko. Żadna ustawa do tej pory – i mam nadzieję, że tak zostanie – tego nie zabrania. To jest konstytucyjne prawo każdego z nas i każdej z nas – grzmiała Żukowska.

RFIL wart jest mszy?

Odpalono Rządowy Fundusz Inwestycji Lokalnych. Zrobił to rząd (podkreślenie tego faktu jest ważne w przekazie propagandowym) Zjednoczonej Prawicy i wicepremiera ds. kierowania premierem Jarosława Kaczyńskiego. Rozliczni przedstawiciele tej struktury rozsiani po całym kraju rozpoznali najbardziej skryte potrzeby lokalnych społeczności.

Potrzeby, których nie potrafili rozpoznać lokalni samorządowcy zajęci popieraniem uzurpatora Rafała Trzaskowskiego bezczelnie uważającego się za lepszego od Andrzeja Dudy i wielbieniem brukselskich kacyków chcących kupić nas za judaszowe euro. Oczywiście kpię sobie z bardzo poważnego problemu, ale przyznam się szczerze to kpina przez łzy.
Już lektura uchwały Rady Ministrów w sprawie powołania RFIL-u przekonała mnie, że w tym dokumencie obiektywnych zasad przyznawania środków nie ma praktycznie żadnych. Ot, komisja rządowa wybierze, co uważa za stosowne i koniec dyskusji. Nie ma też żadnej możliwości odwołania od decyzji rządowej komisji. W sumie, zatem to, co samorządowcy napiszą we wniosku nie będzie miało żadnego znaczenia. Ale pomyślałem sobie, nie trać wiary. Może jednak można liczyć, że przynajmniej w okolicznościach epidemii, RFIL zostanie uczciwie podzielony? Pieniędzy w RFIL-u, w porównaniu z funduszami europejskimi zatwierdzonymi w ostatnich dniach w Brukseli, nie ma za wiele i tym bardziej podział powinien być uczciwy i przejrzysty. Wszyscy powinni wiedzieć, dlaczego akurat to przedszkole lub droga jest lepsze od innego przedszkola lub drogi. To w końcu pieniądze z naszych podatków.
O święta naiwności! O wiaro, że po pięciu latach rządów Zjednoczonej Prawicy jeszcze kołacze się gdzieś zwykła urzędnicza solidność i poprawność! Otóż, nie kołacze się.

Nadsłuchując wieści z kraju można usłyszeć wiele przykrych historii na ten temat RFILU-u. Na przykład o parlamentarzystach Zjednoczonej Prawicy, którzy bez żenady chwalą się, iż każdy z nich „dostał” parę milionów do „zagospodarowania” po uważaniu. Ale najsmutniejsza jest opowieść prezydenta jednego z miast na północy Polski. Odwiedził go parlamentarzysta Zjednoczonej Prawicy i przy kawie zaproponował, że załatwi dotację z RFIL-u, pod warunkiem …. zrealizowania projektów, które on wskaże.

W województwie śląskim pozornie każdemu rzucono jakiś kawałek RFIL-u. Ale jeśli przyjrzeć się bliżej liście beneficjentów to można zauważyć pewne prawidłowości. Na przykład, żadnych wniosków nie uwzględniono z Będzina, Bielska-Białej, Chorzowa i Sosnowca. Co łączy prezydentów tych miast? Są członkami Platformy Obywatelskiej lub Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Reszta dużych miast województwa została obdzielona sumami od 600 tys. do 20 mln zł. W tej grupie są dwa wyjątki – Mysłowice z kwotą prawie 37 mln zł i Świętochłowice, które otrzymały 28 mln zł. Tak się przypadkiem zdarzyło, że prezydent Mysłowic udzielił poparcia premierowi Mateuszowi Morawieckiemu w wyborach parlamentarnych a prezydent Świętochłowic był członkiem komitetu honorowego prezydenta Andrzeja Dudy.

W mieście, w którym mieszkam, czyli w Bytomiu sytuacja jest specyficzna, bo funkcjonuje tutaj koalicja Koalicji Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, pod wodzą rekomendowanego przez Nowoczesną prezydenta miasta. Bytom z RFIL-u otrzymał 15 mln zł. Zawsze coś, można powiedzieć, chociaż do pieszczochów z Mysłowic i Świętochłowic daleko. Ja jednak uważam, że w okrutny sposób zakpiono sobie z Bytomia. Kwota 15 mln zł została przyznana na program remontu dróg o wartości 67 mln zł. Bytom wnioskował o całość kwoty a dostał 1/5 i jeszcze musi się cieszyć.

Prezydent Bytomia, w wypowiedzi cytowanej w lokalnym portalu internetowym podziękował już …. dyrektorowi Biura Poselskiego posła Mateusza Morawieckiego. Jeśli któryś z samorządowców chce zapytać rząd o punktację, jaka została zastosowana przy podziale środków z RFIL-u to niech raczej zwróci się z tym pytaniem do właściwego terytorialnie asystenta parlamentarzysty Zjednoczonej Prawicy.

Sprawa podziału środków z RFIL-u skłoniła mnie do niewesołych wniosków. To wyraźny sygnał do samorządowców – całujcie w pierścień przedstawicieli władzy ze szczególnym uwzględnieniem asystentów poselskich przy każdej okazji, porzućcie niezależne myślenie i pamiętajcie, iż w gruncie rzeczy to nie wy rządzicie w swoich gminach czy powiatach – wtedy możecie liczyć na ochłapy z rządowego stołu.

W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej każdy szanujący się magnat miał w swoim otoczeniu szlacheckich klientów uwieszonych na magnackiej klamce. Ich głównym zadaniem było roznoszenie na szablach przeciwników mocodawcy. Wszystkim samorządowcom, którzy uważają, że w zamian za fundusze dla gminy czy powiatu warto zostać klientem możnych magnatów ze Zjednoczonej Prawicy przypominam, że następnym krokiem będzie zastąpienie was bardziej usłużnym następcą. Jeśli można zastąpić dochody własne jednostki samorządu terytorialnego, uczciwe konkursy o środki pozabudżetowe, przejrzyste procedury budżetowe i inwestycyjne ustaleniami z lokalną komórką Zjednoczonej Prawicy to po cóż wybierać samorządowców w wolnych wyborach. O tym, kto będzie prezydentem miasta lub burmistrzem zdecyduje właściwy terytorialnie asystent parlamentarzysty Zjednoczonej Prawicy po konsultacji z centralą umieszczoną w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej.

Gdy w 1589 r. we Francji Henryk Burbon miał objąć tron królewski musiał zmienić wyznanie z protestantyzmu na katolicyzm. Rzekł wtedy: „Paryż wart jest mszy”. Jemu się to opłaciło. Ale teraz zapewniam was, iż RFIL „mszy” wart nie jest.

PS. Dla porządku informuję, iż miasto, dla którego obecnie pracuję, czyli Kraków, z RFIL-u otrzymało złotych zero.

Gnicie i butwienie systemu Kaczyńskiego

– Przeciwko wcześniejszym wyborom będzie jeszcze działał fakt, że w tle jest bardzo wiele interesów i interesików, które są powiązane z tą ekipą – mówi prof. Mikołaj Cześnik, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Posłanka PiS, kiedyś dziennikarka Joanna Lichocka stwierdziła, że „dołek jest, ale mniejszy, niż wielu się spodziewało”, oceniając spadek poparcia dla PiS-u. Czy te niespełna 30 proc., które dzisiaj ma PiS, to powód do zadowolenia, czy do zmartwień?

MIKOŁAJ CZEŚNIK: To zależy, kto miałby się martwić albo cieszyć. Przyznać jednak trzeba, że to jest pewne osiągnięcie, że ciągle 30 proc. elektoratu chce głosować na PiS. To mniej więcej 15-18 proc. dorosłej populacji, czyli jakieś 5, może nawet 6 milionów polskich obywateli, którzy mimo wyraźnie gorszej passy Prawa i Sprawiedliwości dalej przy tej partii trwają.

Wydaje mi się, że dość charakterystyczne jest też to, że badania pokazują spadek frekwencji.

Prawdopodobnie gdyby nie było pandemii i konfliktu z Komisją Europejską czy szerzej z Unią Europejską, gdyby nie było gorąco na ulicach, to może popieraliby nadal tę partię i trzeba na to patrzeć jako pewien zasób, który PiS ciągle ma. To, że spada frekwencja, oznacza, że wyborcy posługują się dobrze znanym skryptem – jeśli nie PiS, to oni w ogóle nie będą głosowali. To nie bezpośrednio, ale w sposób wyraźny mówi nam również sporo o opozycji.

Nie wiem, kto miałby się spodziewać, że ten spadek będzie większy, bo skończyły się czasy, kiedy można było, jak AWS czy Unia Wolności, wygrać wybory, stworzyć rząd, a w następnych nie wejść do parlamentu. Dowodzi tego także historia Platformy Obywatelskiej, która mimo 8 lat rządów nie zniknęła ze sceny politycznej. To dowód pewnej instytucjonalizacji.
Oczywiście niektórzy źle oceniają to, że nie pojawiają się nowe podmioty na scenie politycznej, że jest ona zabetonowana i być może dlatego co poniektórzy próbują ten bardziej ustabilizowany niż w latach 90. system partyjny zmienić.

To nie jest tylko domena polska, bo wiele demokracji liberalnych przechodzi właśnie przez takie turbulencje, francuska scena polityczna wygląda zupełnie inaczej, niż jeszcze 10 lat temu, podobnie włoska, na scenie politycznej Stanów Zjednoczonych też się sporo zmienia, choć dwie główne partie polityczne ciągle trwają.

Biorąc to wszystko pod uwagę i patrząc na kontekst, ten wynik PiS jest naprawdę przyzwoity.

Trzeba przyznać, że PiS jak wcześniej trafiło na idealne warunki, to teraz ma tych frontów wojennych pootwieranych sporo, po części z własnej winy. Oczywiście trzeba być sprawiedliwym i przyznać, że pandemia nie jest wymysłem PiS.

Ale brak przygotowania na II falę, przespane wakacje, opowieści, jak to pokonaliśmy wirusa, już tak.

Przyznać trzeba, że przygotowanie do drugiej fali pandemii można oceniać w kategoriach miernych lub jeszcze gorzej, ale prawdą też jest, że przez 30 lat zbudowaliśmy takie państwo, które trudno potem w ciągu paru miesięcy zmienić. Ma tu rację Ludwik Dorn, że to państwo ma pewne cechy charakterystyczne, które są długotrwałe, i nawet długoletnia praktyka takich rządów, jak rządy Prawa i Sprawiedliwości, nie zmieni tego od razu.
Oczywiście to podmiotowe sprawstwo aktorów politycznych ma także wpływ, bo jeśli mniej liczą się kompetencje, a bardziej partyjna wierność, która zawsze była istotna w PiS, to musi się to przełożyć na działanie państwa.

PiS na przełomie 2015 i 2016 roku wykonał spektakularny ruch – odrzucił w ogóle merytoryczne podstawy służby cywilnej i uznał, że wystarczy być wiernym idei partii politycznej. To w dłuższej perspektywie ma bardzo duży wpływ na państwo.

Wiosną poszło nam całkiem nieźle, ale rację ma też pani, że późną wiosną i latem, kiedy można było na przykład budować szpitale polowe, przespano. Zmarnowano też wiele środków, dokonano złych zakupów. Wkradło się też bardzo dużo chaosu, chyba najlepiej pokazują to dwa wydarzenia związane z prezydentem. Pierwsze to fakt, że głowa państwa niezbyt nachalnie narzuca się ze swoją opinią do czasu, aż pojawia się kwestia stoków narciarskich; drugie to kwestia zachowania prezydenta i jego obozu politycznego dotyczące ustawy, która daje dodatkowe środki medykom. To znamienne, że prezydent podpisuje obie ustawy w odstępie dosłownie kilku tygodni, większość sejmowa raz głosuje nad poprawkami, raz nie głosuje… To wszystko dowodzi chaosu i raczej nie wygląda na to, że ta łódź, która płynie po wzburzonym morzu, ma opanowanego kapitana na mostku, który robi wszystko tak jak trzeba. Raczej wiele wskazuje na to, że na mostku kapitańskim trwa ukryta walka i różni rwą się do koła sterowego.

Skoro jesteśmy przy mostku kapitańskim, to czy pana zdaniem Jarosław Kaczyński kontroluje jeszcze sytuację i zarządza poprzez konflikt, czy sytuacja wymknęła mu się spod kontroli?

To pytanie empiryczne, na które trudno mi odpowiedzieć, bo nie mam odpowiednich danych. Natomiast jeżeli porówna się tryb działania i aktywności polskiego rządu w 2016/17 roku i dziś, to widać jak na dłoni, że sytuacja jest inna. Oczywiście wtedy okoliczności były dużo bardziej sprzyjające, ale i w niesprzyjających warunkach można sobie pozwolić na lepsze zarządzanie.

Mówiąc obrazowo i trzymając się marynistycznego języka, to będzie to sprawnie płynąca łódź po nawet bardzo wzburzonym morzu, gdzie ekipa działa wspólnie, w zgodzie, zaangażowana w osiągnięcie wspólnego celu.
Dziś w PiS jest na odwrót, a nie wiemy jeszcze, jaka jest rola Gowina, na ile urósł Ziobro, na ile ma wpływ Kaczyński, a na co Morawiecki, jaka jest rola Błaszczaka.

To jest ta część polityki, która jest przed opinią publiczną głęboko skrywana. Wiemy też, że pewne kompromitujące materiały krążą i są politycznie rozgrywane, a przypadek ostatniego wydarzenia w Brukseli ze znajomym pana premiera Orbána, który brał udział w dość dziwnej imprezie, pokazują, że przypadków nie ma. Nie mam wątpliwości, że ten przypadek stał się elementem rozgrywki z Węgrami. Jestem też przekonany, że podobne rzeczy dzieją się w naszej polskiej polityce i gra się pewnymi kompromitującymi faktami. Powszechność nagrywania spotkań jest tego najlepszym dowodem.

Na ile notowaniom rządu szkodzą wewnętrzne walki frakcyjne, a na ile czynniki zewnętrzne, jak pandemia, Strajk Kobiet, spór z Unią Europejską?

Myślę, że to trudno rozgraniczyć, bo one są ze sobą w pewnym sprzężeniu zwrotnym. Wyzwania, przed którymi stoimy, choć mają naturę obiektywną, są niezwykle trudne. Kiedy one się spotykają z reakcją spójną, to możliwość działania państwa i jego administracji jest nieporównywalnie lepsza. Gdy każdy ruch jest skonstruowany tak, aby zaszkodzić innym, to musi to skutkować ogólną gorszą kondycją państwa i odbijać się na jego sprawności.

To może być nazwanie premiera miękiszonem, to mogą być różne inne uszczypliwości, ale to może być także poinformowanie opinii publicznej o telefonie prezydenta, który pytał o stoki. Jestem przekonany, że to nie jest przypadek, że ta informacja wypłynęła i właśnie ten telefon został upubliczniony.

Założę się, że pan premier Gowin nie opowiada o każdym telefonie, który odbiera od prezydenta, premiera czy innych ważnych polityków.

Takie kwestie nie służą czy wręcz szkodzą, i to nie tylko partii rządzącej, ale także sprawności całego państwa, a to odbija się na nas wszystkich. Nie mówię tu tylko kwestii służby zdrowia, ale także o edukacji, czego negatywne skutki zobaczymy dopiero za parę lat.

Podsumowując, obie grupy czynników są ważne. A to, że są ze sobą w sprzężeniu zwrotnym, dodatkowo eskaluje problemy.

Czy będą wcześniejsze wybory?

We wcześniejsze wybory, póki co, nie wierzę, bo byłoby to bardzo ryzykowne, choć jest to oczywiście jedna z opcji, która leży na stole. Warto sobie zdawać sprawę, że jako wspólnota stoimy przed bardzo poważnymi wyzwaniami. Na pewno wielu polityków analizuje, czy warto przez najbliższy rok, dwa, trzy mierzyć się z tymi wyzwaniami, które wyglądają jak dwanaście prac Heraklesa. To nie jest rok 2016 czy 2017, kiedy była i kasa, i spokój, i koniunktura.

Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński może zastanawiać się nad tym, czy warto dalej trwać w rządzie i tracić poparcie, bo przy tej nieudolności, którą wymusi nie tylko słaba jakość jego kadr, co rzeczywistość, być może lepiej się teraz wycofać do opozycji, skonsolidować obóz, a wiem, że w tym Kaczyński jest bardzo dobry, i być może kiedy zacznie się bardzo sypać, Jarosław Kaczyński oddał władzę, ale zapewni sobie taką pozycję, jaką dziś ma Platforma Obywatelska. Analogicznie można powiedzieć, że PO idzie drogą PiS-u z lat 2007-2015.

Czy PiS wróci na szczyty poparcia?

To zależy od tego, jak wielki będzie kryzys, a ten nie będzie zależał wyłącznie od tego, jak będzie się zachowywała partia rządząca. Zobaczymy, co będzie się działo na świecie z pandemią. Istotny jest również wątek europejski, bo jeśli zostaniemy wypchnięci, oczywiście na własne życzenie, z tego porozumienia dotyczącego pieniędzy, za które ma się odbudować Unię Europejską po kryzysie epidemicznym, to będzie jeszcze gorzej. Także dlatego, że pieniądze, które miały być dla nas, trafią do innych, nie tylko zatem nam będzie gorzej, ale i innym jeszcze lepiej, bo dostaną naszą pulę pieniędzy.

Oczywiście można sobie teoretycznie wyobrazić sytuację, kiedy PiS będzie zyskiwać na przykład w sytuacji jakiegoś bardzo poważnego zagrożenia, które z reguły nawet zaciekłych przeciwników rządzących konsolidują przy władzy. W 1913 czy 1938 nikt nie spodziewał się tego, co się potem wydarzyło.

Można też sobie wyobrazić, że któraś ze stron decyduje się na siłowe rozwiązanie i spokój na ulicach zostanie osiągnięty za pomocą twardej ręki władzy. Doświadczenia pokazują, że w Polsce mamy zwolenników porządku nawet za wysoką cenę. Jak by było dzisiaj, nie wiem, ale nie można tego wykluczyć.

Zwróćmy dodatkowo uwagę na fakt, jak wiele mają dziś do powiedzenia media, które oddziałują na emocje, a te, jeśli będą odpowiednio rozhuśtane, to wyobrażam sobie, że może pojawić się skłonność do grupowania się wokół silnego ośrodka władzy. Być może drastycznym, ale dobrym przykładem jest to, co stało się w Polsce w 1939 roku, kiedy odwieszono na kołek wszelkie niesnaski. Władysław Broniewski pisał wiosną 39 roku: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt”.

A ten najbardziej możliwy?

Stawiam na gnicie i butwienie tego systemu stworzonego przez Jarosława Kaczyńskiego. Przeciwko wcześniejszym wyborom będzie jeszcze działał fakt, że w tle jest bardzo wiele interesów i interesików, które są powiązane z tą ekipą, i politycy z 3, 6 i 7 rzędów w parlamencie nie będą chcieli ponownie wystawiać się na ryzyko wyborów, szczególnie kiedy ktoś wsadził żonę, brata czy innych pociotków na intratne posady. No i pytanie, kiedy mniejsi koalicjanci uznają, że przyszedł czas, aby wyrwać więcej lub odwrotnie, ich notowania ustawią ich poza parlamentem.

Ziobro ma już doświadczenia, że trwanie na marginesie polskiej polityki nie jest łatwe, a lepiej siedzieć w mainstreamie. Dziś Ziobro tam jest i jednocześnie stara się rozpychać się łokciami i poszerzać swoje władztwo.

Przyszedł czas na wyrwanie od PiS-u więcej?

Gdyby dzisiaj Ziobro wystąpił ze Zjednoczonej Prawicy i zabrał swoich posłów i spróbował z kimś się dogadywać, to kto wie…

Nie bardzo ma z kim?

Z Konfederacją, co więcej, można sobie wyobrazić „pakt o nieagresji” między Konfederacją i nawet z Ziobrą, aby pozbyć się Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że wielu uważa, że Kaczyński wciąż jest istotnym elementem polskiej polityki i jeszcze przez parę lat będzie, więc w wyjęciu tego elementu wielu może upatrywać swoją szansę i nowe otwarcie.

To, co się dzieje w Zjednoczonej Prawicy, jest też pewnego rodzaju walką pokoleniową i to ciśnienie polityków młodego pokolenia będzie rosło w tym garnku i w końcu pokrywka wystrzeli.

Zresztą podobne przeciąganie liny widzę po stronie opozycji, gdzie jest pewien rodzaj rywalizacji, który może być suboptymalny z punktu widzenia opozycji. Te niesnaski między Hołownią, Trzaskowskim, PSL, Lewicą, Czarzastym itd. mogą doprowadzić do tego, że podobnie jak w 2019, mimo niezłego wyniku opozycji, która razem zdobyła blisko milion głosów więcej, w parlamencie nie miała większej liczby mandatów.

To są oczywiście konsekwencje D’Hondta, ale wszyscy to wiedzą i trzeba się z nimi liczyć.

Skoro rząd powołuje partia, która nie ma poparcia większości, a potem łamie konstytucję, to może warto zmienić ordynację wyborczą?

Nie jestem pewien, bo jednak pewna stabilność, którą osiągamy przez ostatnie lata, i fakt, że udawało się domykać cykle wyborcze, jest jednak pewnym osiągnięciem. Po drugie pytanie, jaka miałaby być ta inna ordynacja i co miałaby robić, bo można wylać dziecko z kąpielą. Łatwo doprowadzić do sytuacji, kiedy wrócimy do mniej stabilnych rządów, co obserwowaliśmy w latach 90.

Zwracam też uwagę, że nikt nie broni zawiązania koalicji tylko na czas wyborów. To nie jest nielegalne. Oczywiście wola wyborcy jest zawsze najważniejsza, ale wyrażona jest tylko w dniu wyborów. W Polsce mamy mandat otwarty, a nie zamknięty, posłowie nie są związani żadnymi instrukcjami. Spokojnie sobie wyobrażam, że wszyscy niezwiązani z PiS tworzą koalicję, a po wygraniu wyborów wracają do swoich partii. Podobnie postąpiła zresztą Zjednoczona Prawica.

Stanowisko Prezydium RN PPS w sprawie zapowiedzi weta budżetu unijnego

Rząd Mateusza Morawieckiego zagroził Unii Europejskiej wetem budżetu unijnego i pakietu pomocowego mającego na celu przezwyciężenie skutków kryzysu wywołanego pandemią, jeśli powiązane one będą z przestrzeganiem praworządności.

Rząd i Zjednoczona Prawica tłumaczą to, na użytek wewnętrzny, groźbą utraty suwerenności Polski, która ma według nich, w świetle prawa unijnego, swobodę kształtowania prawa związanego z porządkiem prawnym w Polsce. W mediach nasilają się nawoływania przedstawicieli Solidarnej Polski i PiS do opozycji sugerujące, że suwerenność państwa jest podstawową racją stanu i ma ona moralny obowiązek poparcia groźby weta.

Co oznacza dla Zjednoczonej Prawicy zachowanie suwerenności w zakresie praworządności:

– dalsze podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości władzy wykonawczej, aby mogła ona w zależności od interesu swoich urzędników swobodnie wyrokować, kto jest winien przestępstwa, a kogo normy prawne nie obowiązują,

– opanowanie mediów prywatnych, aby prowadziły zakłamaną propagandę rzekomych sukcesów władzy, podobnie jak to czyni telewizja zwana niesłusznie publiczną lub narodową,

– natężenie indoktrynacji światopoglądowej i pseudonarodowej w szkołach, kosztem uniwersalnych wartości, co w marzeniach rządzących ma doprowadzić do wychowania pokolenia bezmyślnych, lecz wiernych obywateli,

– dalsze fałszowanie historii i budzenie nastrojów nacjonalistycznych w społeczeństwie,

– całkowite odebranie kobietom ich praw osobistych do dysponowania wg własnej woli swoim ciałem i zepchnięcia kobiet do rozumianej archaicznie roli żony i matki,

– pogłębianie podziałów w społeczeństwie jako przykrywka dla nietrafnych decyzji wynikających z własnej nieudolności.

Stanowczo stwierdzamy, że nie interesuje nas taka suwerenność.

Efektem ewentualnego weta może być pozbawienie Polski, a więc jej społeczeństwa środków pomocy finansowej UE w wysokości 776mld zł, bez której kryzys gospodarczy trwać będzie długie lata, a społeczeństwo cierpieć będzie niewyobrażalną biedę.

Wyrażamy swoje oburzenie faktem rozważania przez rządzących takiego scenariusza.

Zjednoczona prawica wywodzi swoje prawo do dowolnego kształtowania norm prawnych wolą narodu- suwerena, który powierzył im władzę w wyniku wyborów. Suweren został oszukany, bo w trakcie kampanii wyborczej nie informowano suwerena o planach pozbawiania go podstawowych praw związanych z osobistą wolnością, lecz mamiono doraźnymi korzyściami finansowymi.

Suwerenności państwa nie stanowi wartości uniwersalnej i musi odwoływać się do jej efektywności, czyli zdolności do ponoszenia odpowiedzialności za realizację potrzeb i wolności własnych obywateli.
Polska Partia Socjalistyczna walcząc o suwerenność narodu polskiego poddanego obcym mocarstwom walczyła jednocześnie o ustanowienie społeczeństwa sprawiedliwego i cieszącego się wolnościami osobistymi. Znalazło to swój wyraz w decyzjach pierwszych rządów po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku których premierami byli działacze PPS Ignacy Daszyński i Jędrzej Moraczewski.

Przedkładamy to pod rozwagę.

PiS pies

Niedopuszczalne jest, aby ogon machał psem – tak w zoologiczny sposób Jarosław Kaczyński skomentował wewnątrzkoalicyjne przepychanki. Szewc Fabisiak gratuluje prezesowi PiS tak trafnego porównania swojej partii do psa.

Idąc śladem tych kynologicznych alegorii szewc Fabisiak zauważa, że gdyby Jarosław Kaczyński znalazł się w rządzie na stanowisku wicepremiera, to sam byłby tym ogonem machającym psem będącym na stanowisku premiera, co w tym przypadku byłoby już dopuszczalne. Kaczyński, choć formalnie podległy Morawieckiemu, byłby bowiem jego szefem po linii partyjnej a to w polskiej polityce bardziej się liczy. Jako wicepremier powtórzyłby wariant Waltera Ulbrichta, który w latach 50. w NRD również łączył funkcje wicepremiera i sekretarza generalnego SED. A jeżeli już koniecznie chciałby szefować Komitetowi Bezpieczeństwa Narodowego, to mógłby wzorować się na byłym prezydencie Kazachstanu Nursułtanie Nazarbajewie, który po ustąpieniu ze stanowiska stoi na czele posiadającej szerokie kompetencje Rady Bezpieczeństwa i to w dodatku dożywotnio. W tym wariancie Kaczyńskiemu nie mógłby podskoczyć żaden premier. Jednak, jak zauważa szewc Fabisiak, jest istotna różnica między kazachską radą a polskim ewentualnym komitetem. W Kazachstanie Rada Bezpieczeństwa działa zgodnie ze swoją nazwą, natomiast w Polsce byłby to raczej komitet bezpiecznego przetrwania koalicji. I dlatego Kaczyński prze do rządu aby od wewnątrz trzymać za twarz koalicjantów do czego nie jest zdolny Mateusz Morawiecki.

Jednakże dopóki nie są znane ustalenia podpisanej w sobotę umowy koalicyjnej, to spekulacje co do rządowej pozycji Jarosława Kaczyńskiego pozostają w sferze nieoficjalnych deklaracji. Koalicyjni partnerzy podpisali w świetle kamer stosowne porozumienie, ale o jego treści nie raczyli publicznie poinformować. To ewenement w skali światowej, który według prezesa Kaczyńskiego dobrze zapisze się w naszej historii. Ale chyba tylko w tej tworzonej przez PiS, w historii światowej praktyki politycznej nie za bardzo – twierdzi szewc Fabisiak. Z przecieków medialnych wynika, że Ziobro i Gowin mają w ramach koalicji uzgadniać zgłaszane przez ich ugrupowania projekty ustaw. Jest to jakby pozornie niespójne z tym, co jeszcze nie tak dawno deklarował zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel mówiąc, iż koalicje nie działają w ten sposób, że partnerzy chcą prawa do negocjacji na nowo każdego projektu ustawy. Niespójność ta jest dlatego pozorna, gdyż zdaniem szewca Fabisiaka, nie dotyczy ona PiS, która to partia ma zawsze rację i nie musi swoich pomysłów konsultować, a jedynie koalicjantów, którzy mogą sobie proponować wszystko, byle zgodnie z linią partii w koalicji dominującej.

Podczas ceremonii podpisania rzeczonego porozumienia Jarosław Gowin błyskotliwie zauważył, że na informację o tym doniosłym wydarzeniu czekały miliony Polaków. Szewc Fabisiak też należy do tych milionów, które jednak wieści o zawarciu jakiegoś nowego układu oczekiwały z czystej ciekawości a nie, jak zdaje się sugerować pan Gowin, z ulgą, iż w końcu dogadano się co do trwałości koalicji. Gowin mówił też o tym, że zgoda między koalicjantami jest niezbędna, ponieważ Polska wkracza w trudny czas wyzwań w postaci pandemii tudzież kryzysu gospodarczego. Zatem, gdyby nie wirus i kryzys, mogliby nadal żreć się między sobą – wnioskuje szewc Fabisiak. Jarosław Kaczyński przekazał radosną wiadomość, a premier Morawiecki wtórował mu powtarzając dwukrotnie, że bardzo się cieszy. Poczucie zadowolenia tych trzech panów jest całkowicie zrozumiałe. Kaczyńskiemu udało się ustawić współrządzących na właściwych miejscach, Gowin najprawdopodobniej wróci do rządu, a Morawiecki już nie musi się martwić perspektywą rozpadu koalicji i ewentualnością przyspieszonych wyborów. Szewc Fabisiak zauważa, że głos Ziobry znacznie różnił się od radosnych uniesień współpartnerów. Jest to o tyle zrozumiałe, że Zbigniew Ziobro wyszedł na zero, potwierdzając znaną diagnozę Leszka Millera. Pewnie zachowa miejsce w rządzie, nadal kultywując tę swoją sprawiedliwość, jednak jego możliwości samodzielnego politycznego działania zostały mocno nadwątlone. Podczas wspólnego koalicyjnego występu ograniczył się do wypowiedzenia zdawkowej formułki, iż pięć lat rządów Zjednoczonej Prawicy to był dobry okres dla Polski powtarzając w zasadzie to, co powiedział przed kilkoma dniami: że dzięki tym rządom udało się wprowadzić w kraju wiele istotnych zmian w związku z czym warto, by ta koalicja dalej trwała. I ma trwać, gdyż takie są osobiste interesy liderów oraz dobrze ustawionych popleczników tworzących rząd formacji – konkluduje szewc Fabisiak.

Wielki powrót ustawy bezkarnościowej

Ustawa zwalniająca urzędników z odpowiedzialności za naruszenie obowiązków służbowych lub innych przepisów prawa podczas zwalczania pandemii lub zapobiegania koronawirusowi wraca do Sejmu.

Posłowie Solidarnej Polski, którzy wcześniej zaklinali się, że jej nie poprą, doprowadzając do zdjęcia projektu z porządku obrad, raczej nie będą już głosować przeciw. Nie po to zawarto nową umowę koalicyjną.

Wirus wszystko tłumaczy

Ustawa zawierała następujący zapis: „Nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania Covid-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”

Uniemożliwiłaby tym samym np. pociągnięcie do odpowiedzialności organizatorów niedoszłych wyborów kopertowych (skądinąd i tak umiarkowanie prawdopodobne), ale i otwierałaby drogę do całkowitej bezkarności państwowych urzędników. Praktycznie każde działanie rządowych nominatów i każdy wydatek mogłyby zostać uzasadnione walką z pandemią. Ziobro pozował na bezkompromisowego szeryfa, który na coś podobnego nie pozwoli, jednak teraz, gdy jego partia podpisała nową umowę koalicyjną z PiS i Porozumieniem, najpewniej zweryfikuje swoje stanowisko.

Nie chcą nieporozumień

Jak poinformował Marcin Horała z PiS, w celu uniknięcia dalszych „nieporozumień” Zjednoczona Prawica będzie prowadzić dalsze wewnętrzne konsultacje. Utworzona zostanie rada koalicyjna, na forum której projekty ustaw wnoszone do Sejmu będą przygotowywane i omawiane tak, by później przedstawiciele Zjednoczonej Prawicy byli zjednoczeni naprawdę.

– Musi być takie miejsce, w którym będzie wiadomo, które projekty są projektami koalicyjnymi. Wszyscy koalicjanci są wtedy zobowiązani do ich popierania – powiedział Horała.

Ustawa bezkarnościowa, według badań sondażowych, nie jest aprobowana przez większość społeczeństwa. W przeprowadzonym 22 września badaniu United Surveys 48,9 proc. ankietowanych oceniło ją zdecydowanie źle, a 12,3 proc. – raczej źle, co daje ponad 60 proc. ocen negatywnych. Dobrze i zdecydowanie dobrze o ustawie myśli nieco ponad 27 proc. ankietowanych.