Cnoty nasz niepolskie

Dla Sokratesa cnotą jest poszukiwanie prawdy i dobra. W zasadzie dla niego prawda była dobrem, a dobro prawdą. Znając prawdę, należy postępować dobrze. Nie o takie cnoty chodzi jednak zapewne ministrom rządu Morawieckiego. A z ostrożności procesowej, na wypadek gdyby Sokrates miał odrobinę racji, ministrowie wolą trzymać się od prawdy z daleka, by nawet przypadkiem jej nie odkryć. A nuż poznanie prawdy zmusiłoby ich do dobrego postepowania, do realizacji cnót klasycznych i czynienia dobra? Uważają, że nie należy podejmować takiego ryzyka, i ja ich rozumiem.

Nieco inaczej patrzyli na cnoty Rzymianie, przynajmniej dopóki funkcjonował tam ustrój republikański. Virtus to troska o dobro publiczne, obowiązek służby republice nałożony na każdego obywatela odpowiednio do jego możliwości. To także nie są cnoty, które polecałby nasz przewielebny rząd, tym bardziej że sam musiałby się do nich stosować. Jakże być tłustym kotem w służbie republiki i demokracji?

Zdaniem Jego Eminencji Ministra ateiści pozbawieni są cnót i niezdolni do nauczania innych, w szczególności zaś do nauczania etyki. To nie jest specjalnie nowy pogląd. Powiedziałbym nawet, że jest raczej stary. Można go znaleźć u jednego z prekursorów koncepcji współczesnej demokracji, Johna Locke’a. Zapewne ktoś streścił ministrowi streszczenie poglądów tego filozofa, zapomniał jednak dodać, że w opinii Locke’a również katolicy ( i muzułmanie) nie są zdolni do życia w państwie demokratycznym. Z tymi tezami można by dziś polemizować, ale niestety minister, jeśli dostarcza jakichś argumentów, to raczej wspierających Locke’a, a zwłaszcza jego opinie o katolickich politykach.

W poglądach Locke’a istotna wydaje się dzisiaj (a żył przecież w wieku XVII) teza, że celem państwa (republiki) nie jest dążenie do zbawienia jednostek, ale do realizacji dobra wspólnego i dobrego życia. Podstawą funkcjonowania republiki miała być umowa społeczna i rządy prawa. Na określonych przez Locke’a zasadach republikańskich opierali się twórcy amerykańskiej konstytucji. Zasady te w dużym stopniu zostały przejęte przez współczesne systemy demokratyczne, rzecz jasna poza wykluczeniem z demokracji ateistów i katolików (oraz muzułmanów), o ile oni sami się z niej nie wykluczają.

Rządowi Zjednoczonej Prawicy znacznie bliższe są zasady i cnoty promowane przez Królestwo Prus w okresie kanclerza Bismarcka. Zasady były proste: mężczyźni mieli pracować dla cesarza i ojczyzny, służyć w wojsku i w razie potrzeby umierać na rozkaz. Kobiety też miały wyraźnie określone zadania, ujęte jako słynne już trzy K: Kinder , Kuche i Kirche – dzieci, kuchnia i kościół , niejako naprzemiennie. Wszystkich obowiązywało posłuszeństwo, z tym że mężczyźni mieli być posłuszni klerowi i cesarzowi a kobiety dodatkowo mężczyznom, którzy się nimi opiekowali. Piękny sen konserwatystów. I komu to przeszkadzało? – pyta siebie w myślach minister Czarnek. A chyba nie jest w tych snach odosobniony, bo marzenie to podziela polska hierarchia katolicka oraz wielu polityków – nie tylko z rządzących aktualnie partii. Pokorni obywatele, a w szczególności obywatelki, to marzenie części polskiej klasy (?) politycznej.

Pokorę jako główną cnotę ma się propagować wśród młodzieży na lekcjach religii i etyki, czyli po nowemu religii i religii: pokorę i wstrzemięźliwość seksualną aż do ślubu – kościelnego – a zaraz po ślubie wielodzietność. I tak w koło kościół, praca, dzieci, kuchnia. I pokora. Pana (Wojciecha) Pokorę uprzejmie przepraszam, to przecież nie jego wina.

Ceniącym sobie nieco inne cnoty, tym, którzy chcą rozwijać w sobie etykę taką bardziej pozytywną i współczesną, polecam portal http://www.etykawszkole.pl – dopóki jeszcze działa. To przydatna pomoc dydaktyczna, a niedługo być może pomoc w nauce na tajnych kompletach etycznych.

A poza tym warto przeczytać „Traktat o dobrej robocie” Tadeusza Kotarbińskiego. Premier Morawiecki na pewno go nie zna.

I oczywiście wypowiedzieć konkordat. Locke by się ze mną zgodził.

Suweren kontra sutener

PiS z lubością powołuje się na to, że sprawuje rządy z woli suwerena, który zadecydował o tym, że to pan Kaczyński wraz z jego ekipą wygrał wybory. Jednakże – jak zauważa szewc Fabisiak –jest to suweren mocno kulawy, jako że tylko jego mniejsza cześć uprawniona do głosowania poparła tych co teraz rządzą.

Przedstawiciele władzy niejednokrotnie podkreślali, że ów głosujący na nich suweren dał spółce Kaczyński&company niejako pośrednio przyzwolenie na poczynania obozu rządzącego. A obóz ten, będący emanacją swarliwej mentalności jego przywódcy, uwielbia konflikty, które sam częstokroć wywołuje bądź prowokuje. Ostatnio taki konflikt ma miejsce pomiędzy ośrodkiem władzy a prezesem NIK, który z tegoż ośrodka został wyprowadzony.

Szewc Fabisiak widzi tu nie tylko, jak to postrzegają niektórzy komentatorzy, walkę gangów, lecz także konfrontację suwerena z jakby nie było sutenerem. Szewc Fabisiak nie twierdzi bynajmniej, że nazwanie kogoś sutenerem ma wydźwięk obraźliwy czy nawet krytyczny a jeżeli kogoś to ubodło, to może go profilaktycznie przeprosić. Sutenerstwo bowiem to profesja jak każdy inny zawód wykonywany w sferze usług. Sutener jest takim samym pośrednikiem jak choćby firma kurierska będąca pośrednikiem pomiędzy nadawcą przesyłki a jej odbiorcą. I pobiera za to stosowne opłaty. Jeszcze bardziej do sutenerstwa zbliżona jest branża hotelowa, która podobnie jak Banaś użycza swoich pomieszczeń również dla uprawiania rozrywek w celach raczej nieprorekreacyjnych, a ewentualna prokreacja może być tu jedynie efektem ubocznym. Różnica jest taka, że hotel wynajmuje pokoje na dobę a Banaś tylko na godziny i przez to jest tańszy. I nie musi, wzorem tanich linii lotniczych, oferować posiłków.

Należy też nadmienić, iż cała działalność burdelowa jest w Polsce w zasadzie legalna tyle, że pod pruderyjnym płaszczykiem ukryta jest nazwa agencji towarzyskiej zamiast nazwania tego po imieniu: po prostu zwykły burdel. Warto też zauważyć, że cały ten proceder odbywa się na zasadzie dobrowolności. Faceci sami chcą się bzykać z kobietami a te na ogół nie są do tego przymuszane. Bo i po co, skoro można na tym zarobić. A że przy okazji komuś wpadnie kasa za pośrednictwo to jest to normalna procedura akceptowana przez obydwie strony. Jest też w tym pewien aspekt humanitarny. Zamiast gzić się w krzakach ryzykując ulewę czy gromy z ciemnego nieba czy też na klatce schodowej narażając się na nieoczekiwane spotkanie z plotkarską sąsiadką lub nie daj boże z żoną czy mężem lepiej i bezpieczniej jest uprawiać seks w kulturalnych warunkach o czym powinno się wykładać w szkołach w ramach edukacji seksualnej.

Szewc Fabisiak oczywiście dostrzega, że pewne panie decydują się na uprawianie prostytucji z chęci wyrwania się ze stanu ubóstwa a niektóre nawet w tym celu wojażują zagranicę. Jednak mimo wszystko jest to ich świadomy wybór. Wyjątek stanowi stosowanie przez gangi przymusu wobec kobiet a także zmuszanie do prostytucji nieletnich. Są to jednak przestępstwa kryminalne stanowiące pewien procent całości, podobnie jak tylko niewielki odsetek sędziów kradnie drukarki.

Biorąc powyższe po uwagę, szewc Fabisiak jest zdania, że pan Banaś zamiast opowiadać mało wiarygodne dyrdymały o wynajmowaniu pokojów dla utrudzonych podróżnych pragnących sobie odsapnąć przed wsiąściem do pociągu powinien był otwarcie powiedzieć o swoim sutenerstwie, które w końcu nie jest żadną przywarą tylko zwyczajną komercją będącą nieodłączną cechą gospodarki rynkowej. Oświadczając to Banaś wprawdzie nie zyskałby sobie przez to aplauzu zarówno wśród świętoszkowatej rządzącej prawicy, o kościelnej hierarchii nie wspominając, ani pruderyjnej opozycji, co praktycznie i tak nie miałoby żadnego znaczenia, bowiem i tu i tam ma już przechlapane.

Skoro już jesteśmy przy temacie sutenerstwa, to warto zwrócić uwagę na to jak ta sprawa wygląda za wschodnią granicą. Kiedy w czasach ZSRR nocowało się w hotelach, to na każdym piętrze urzędowała czujna etażnaja, której zadaniem było niewpuszczanie prostytutek do hotelowych pokoi. Oczywiście do momentu, kiedy nie dostała w łapę. Co poniektórym udawało się brać podwójnie – i od klientów i od panienek. Kiedy szewc Fabisiak znalazł się w hotelu już w niepodległej a jakże Ukrainie, to zauważył zjawisko odwrotne. Teraz to etażnyje dostawały kasę od prostytutek nie tyle za możliwość wejścia do hotelu co za obcowanie z klientem, którego im etażnaja naraiła. Tym samym etażnyje z przekupnych strażniczek moralności stały się normalnymi sutenerkami biorąc kasę już nie za moralność, lecz za komercję. Czy w jednak tym celu trzeba było rozwalać Związek Radziecki? – pyta szewc Fabisiak.

Co musi się stać, żebyśmy się obudzili?

Każdy, kto się przełamał i obejrzał obrady sejmu, na których procedowano wniosek opozycji o wotum nieufności dla ministra oświaty i nauki, profesora (a jakże) – Przemysława Czarnka musi sobie odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań:

Czy warto nadal utrzymywać tak liczną Izbę Ustawodawczą? Może wystarczyłoby 25 posłów? Byłoby taniej, a być może, tak radykalne zmniejszenie ilości posłów zaowocowałoby podwyższeniem standardów. Jak to jest możliwe, że tacy ludzie jak Przemysław Czarnek zostają profesorami na jakiejkolwiek wyższej uczelni w Polsce, nawet na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim?

Słuchając pana ministra, łatwo można zrozumieć, dlaczego kilka lat temu w Polsce nastąpiła zmiana na skali społecznego poważania i profesora uniwersytetu, który od bardzo wielu lat był na czele, zastąpił…strażak.
Czy taki spektakl, jaki się odbył w polskim sejmie – nie jest jeszcze jednym dowodem na wyższość SI w rozstrzyganiu takich sporów, jak to, kto może, a kto nie może być ministrem od tak miękkiej i wrażliwej sfery, jak oświata, nauka i wychowanie?

Zostawmy ten żałosny spektakl, jego wynik był łatwy do przewidzenia. To, co warto zapamiętać, to postawa posłów od całkowicie pogubionego Pawła Kukiza, który głosował przeciw odwołaniu Czarnka. Warto to zapamiętać. Ministrem oświaty i nauki pozostaje Czarnek – a jego program to program całej Zjednoczonej Prawicy, jak szczerze mówił w debacie niejaki Morawiecki.

Warto spojrzeć w przyszłość polskiej szkoły pod rządami Czarnka i jego doradców. One dotkną przede wszystkim szkoły publiczne. To tam dyrektorzy i nauczyciele znajdą się pod presją urzędników, to tam w obawie przed zwolnieniem będą wykonywane najbardziej nawet absurdalne zalecenia i decyzje władzy. Szkoła publiczna stanie się jeszcze mniej atrakcyjna dla wszystkich, którym drogie jest wychowanie i edukacja ich dzieci. Łatwo przewidzieć, że zwiększy się jeszcze bardziej atrakcyjność szkół niepublicznych, w których minister Czarnek i jego kuratorzy będą mieli nieco mniej do gadania. Wszyscy, których będzie na to stać – wybiorą szkoły poza reżymem, kierując się dobrem dzieci. Pogłębi to i tak już znaczący podział na tych, których stać na zapewnienie swoim dzieciom dobrego wykształcenia jako podstawowej inwestycji na przyszłość i tych, którzy zmuszeni będą posyłać dzieci do szkoły ministra Czarnka. To będzie pogłębiało polaryzację społeczeństwa, ale to jest właśnie cel, jaki postawił ministrowi prezes wszystkich prezesów: szkoła ma wychować potulnych wyborców PiS, który będzie rządził wiecznie.

Polityka to ciąg procesów dynamicznych. Zjednoczona Prawica obroniła swojego żołnierza większością zaledwie pięciu głosów. Może to ulec zmianie bardzo szybko i w następnym rozdaniu, po kolejnych wypowiedziach i decyzjach Czarnka – sejm go jednak odwoła. Bez zmiany na szczytach władzy łatwo jednak przewidzieć, że jego następca może być jeszcze gorszy. Wszak po minister Zalewskiej wydawało się, że gorzej już być nie może; a jest…

Drugą sprawą, którą chciałbym się teraz zająć, jest to, co robi – a właściwie czego nie robi – rząd w związku z nieuchronnym nadejściem czwartej fali epidemii. Poziom zaszczepienia w Polsce jest daleki od tego, jaki określany jest przez naukę jako niezbędny do osiągnięcia oporności zbiorowej. Zamykane są kolejne punkty szczepień masowych. Próba odwrócenia tego trendu poprzez system nagród, wygrania hulajnogi, loterii, na której można wygrać duże pieniądze – nie dała oczekiwanej poprawy. Że tak będzie – można było łatwo przewidzieć. Rząd – czytaj Jarosław Kaczyński – stoi przed wyzwaniem: czy wprowadzić system restrykcji, a nawet obowiązku szczepienia tych, którzy mówią, że nie lubią, gdy im ktoś gmera igłą przy ramieniu albo wierzą w jedną z wielu teorii spiskowych rozsiewanych przez trolle w sieci, albo w to, że szczepionki powstają z komórek zamordowanych dzieci i ich przyjmowanie to grzech, czy też zmierzyć się z czwartą falą i skutkami paraliżu wielu branż; a może nawet całej gospodarki. Albo – albo. Trzeciej drogi nie ma i liczenie na opatrzność boską czy bezpośrednie wstawiennictwo królowej korony polskiej nic nie da.
To jaką drogę wybierze prezes wszystkich prezesów – czy twarde prawo i różne formy przymusu, czy odłożenie decyzji w czasie, będzie sygnałem, kiedy będą w Polsce wybory. Jeżeli nie będzie twardych decyzji już teraz, to znak, że wybory będą jesienią tego roku, jeżeli będą różne formy przymusu – to znak, że wybory będą w terminie określonym upływem kadencji, to znaczy za dwa lata.

Wprowadzenie twardych rozwiązań teraz musi wywołać opór społeczny, demonstracje uliczne, starcia z policją. Widzimy to na ulicach francuskich miast. To bezpośrednio wpłynie na wynik wyborów. Wielu takich, którzy głosowaliby na PiS zagłosuje przeciw, albo zostanie w domu. Odłożenie tych decyzji na później,może wprawdzie skutkować zgonami i kolejnym paraliżem opieki szpitalnej – ale skoro ma przynieść trzecią kadencję, to nie ma takiej ceny, której rządzący by nie zapłacili. Zapłacą każdą. Walczą o swoje życie polityczne. A to jest dla nich najważniejsze.

W Polsce, czyli nigdzie

Jeśli chcesz być człowiekiem jednej książki, w Polsce powinieneś wybrać Króla Ubu, książkę pisaną jako pastisz historii człowieka, czy raczej historii nauczanej w szkole. Pastisz okazał się na tyle uniwersalny, że pasuje jak ulał do naszej praktyki politycznej XXI wieku – bardziej nawet niż Gombrowiczowskie Ferdydurke (polecam przy okazji filmową wersję Skolimowskiego na motywach).

Ale wracajmy do Polski, czyli donikąd. Jako pierwszy przetłumaczył Jarry’ego Tadeusz Boy Żeleński, odnajdując w nim społeczne paralele, choć pogląd, że na jego przekładzie wzorowali się twórcy sanacyjnego reżimu, to oczywiste nadużycie. Że znali Króla Ubu, to bardzo możliwe. Prawdziwa wielkość polega jednak na tym, by budować układ społeczny, nie znając przepisów zawartych w oryginale, a mimo to zachować zadziwiającą wierność. Nie umniejsza to geniuszu Jarry’ego (i Boya), a raczej potwierdza trafność ich obserwacji – oraz dowodzi geniuszu naszych politycznych demiurgów, budujących konsekwentnie dystopię bez zaglądania do scenopisu. Potwierdza się także obiegowy sąd, że historia się powtarza, choć tylko jako farsa (co nie oznacza, że farsa nie skończy się tragicznie).

Problem nie zawsze dostrzegany lub dostrzegany za późno polega na rozciągnięciu procesów społecznych w czasie i na ich niesterowalności. Coś, co nam dziś doskwiera lub przeszkadza, zaczęło się zwykle wiele lat wcześniej i punkty zwrotne ma już za sobą. Punkt bez powrotu często też. Pisał o tym niedawno (12 lipca) Edwin Bendyk. Niewykluczone, że minęliśmy już punkt, w którym odwrócenie procesu jest możliwe, i jedyne, co nam pozostało, to myśleć, ile uda się uratować po katastrofie. Jeśli będzie coś do ratowania.

Skoro więc nie można włączyć hamulca awaryjnego (dawno został zdemontowany), to trzeba planować, jak zbudować naprawdę nowy ład. To wersja bardzo optymistyczna, bo zakładająca, że mamy jakąś przyszłość, jakieś możliwości i odrobinę czasu. Dobrze jest więc mieć plan na taką okazję, nawet jeśli okazja się nie nadarzy.

Nowy ład musi zakładać poprawę życia, możliwość funkcjonowania i nadzieję na rozwój dla (prawie) wszystkich. Jak wiadomo, „prawie” czyni różnicę, ale dla funkcjonariuszy PiS‑u oraz ich aktywnych współpracowników i partnerów „biznesowych” nie może być przyszłości w systemie demokratycznym. Ale to tak naprawdę mniej niż promil obywateli.

Pamiętać trzeba, że podziały społeczne na tych, którzy sobie radzą, i tych, dla których nie ma nadziei, nie powstały za rządów PiS‑u, ale nawarstwiały się przez lata. PiS jedynie je wykorzystało i dało nadzieję oraz środki (a czasem tylko nadzieję) na przeżycie tym, których wcześniej nadziei pozbawiono. Przygotowanie ładu dla wszystkich w ramach nowego projektu dobra wspólnego i demokracji to warunek nie tylko pokonania PiS‑u, ale też dalszego funkcjonowania społeczeństwa. Bez uwzględnienia potrzeb i interesów wyborców PiS‑u nie będzie to możliwe. Mamy postępującą erozję struktur państwa i powiększający się chaos prawny. Jest za to nowe ogrodzenie wokół Sejmu.

Przygotowanie nowego ładu i nowej umowy społecznej to nie tylko obowiązek opozycji, lecz warunek przetrwania państwa i społeczeństwa po ewentualnym przejęciu władzy. Działania muszą być wielotorowe i kierowane nie tylko do grup wyborczych wspierających partie opozycyjne, ale również do deklarujących poparcie dla aktualnego nierządu. Ważna jest też aktywność zagraniczna, tak by nasi partnerzy nie stracili wiary w nasz kraj, choć pewnie już są tego bliscy. Trzeba więc robić swoje (i czasem też cudze) i mieć nadzieję, nawet jeśli nie ma ku temu żadnych przesłanek. Kto wie, może jeszcze się okaże, że Jarry się pomylił i Polska jednak istnieje.

Boy z wami.

PS. 1. Jeden chaos nam się rozwija i czekają nas teraz być może miesiące debatowania, czy jesteśmy tylko jedną, czy już obiema nogami poza strukturami Unii. Jedną na pewno i o pieniądzach z funduszu Odbudowy możemy zapomnieć.

PS 2. Może należałoby powołać międzypartyjny Komitet Przetrwania Demokracji, który by i społeczeństwu, i podmiotom zza granicy deklarował, które to zobowiązania rządu Zjednoczonej (na nowo) Prawicy można uznać za wiążące, a którym nie warto przypisywać nadmiernego znaczenia. Na przykład należy oświadczyć, że Abramsy zostaną odesłane producentowi wraz z zamawiającymi. Gratis.

A konkordat należy oczywiście wypowiedzieć.

(tekst dostępny również na stronach KODMałopolska)

Izba Dyscyplinarna niezgodna z prawem

Izba Dyscyplinarna przy Sądzie Najwyższym jest niezgodna z prawem unijnym – orzekł Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu.

Ciężki dzień dla rządu Zjednoczonej Prawicy, bynajmniej nie z powodu duchoty i upału. Wyrok TSUE oznacza, że polskie władze będą musiały zrezygnować z owocu reformy sądownictwa z 2017 roku, jakim była Izba Dyscyplinarna. Organ ten był używany do karania sędziów, którzy orzekali wyroki niezgodne z linią polityczną obecnego reżimu. Sędziowie tacy jak Igor Tuleya byli odsuwani od orzekania. Sporo mówiło się również o efekcie mrożącym – konsekwencje orzekania nie po myśli władzy miały zniechęcać sędziów do samodzielności.

„Polska zostaje zobowiązana do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów krajowych odnoszących się w szczególności do uprawnień Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego” – czytamy w komunikacie wydanym przez wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Rosario Silva de Lapuertę.

Sędziowie TSUE dokładnie wyjaśnili, dlaczego Izba Dyscyplinarna w obecnym kształcie stanowi rażące naruszenie prawa wspólnotowego. „Polska naruszyła, zdaniem Komisji, prawo Unii, ponieważ powierzyła Izbie Dyscyplinarnej, której niezawisłość i bezstronność nie są zagwarantowane, właściwość do orzekania w sprawach dotyczących statusu sędziów i asesorów sądowych oraz pełnienia przez nich urzędu, takich jak z jednej strony sprawy o zezwolenie na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej lub tymczasowe aresztowanie sędziów lub asesorów sądowych oraz z drugiej strony sprawy z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych dotyczące sędziów Sądu Najwyższego i sprawy z zakresu przeniesienia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku” – podkreślono.

Bezradne państwo policyjne

Gdyby polska polityka była racjonalna, opozycja w 2016 roku broniłaby Trybunału Konstytucyjnego jak niepodległości, prezydent nie osłabiłby swojej własnej pozycji ustrojowej uczestnicząc w rozmontowaniu TK, a PiS przejąłby TK legalnie, czekając aż w 2017 roku większość w TK i tak składałaby się z nominatów tej partii – mówi prof. Klaus Bachmann, politolog i historyk z Uniwersytetu SWPS, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Ostatni tydzień w polityce był pełny nagłych zmian, a wszyscy zastanawiają się, czy rząd ma nadal większość. Czy zatem koalicja dotrwa do 2023 r., czy czekają nas wcześniejsze wybory?

KLAUS BACHMANN: To jest faktycznie intrygujące pytanie, jeśli na moment abstrahujemy od tego, czy takie wybory cokolwiek zmienią. Moim zdaniem wiele nie zmienią, i to nie tylko dlatego, że PiS może je wygrać. Ktokolwiek wygra, odziedziczy owo autorytarne państwo policyjne, które PiS zbudowało przez ostatnie lata. W przypadku powstania bardzo zróżnicowanego rządu od lewicy do prawicy będzie oczywiście trochę więcej pluralizmu w publicznych mediach, ale autorytarne państwo policyjne nie przestaje takim być tylko dlatego, że rządzić nim będą inne partie.

Obecnie mamy taką sytuację, że to funkcjonariusze mianowani i kontrolowani przez PiS ogłaszają i organizują wybory, liczą głosy, ogłaszają wyniki i potem decydują o tym – w Sądzie Najwyższym – czy wynik jest ważny. I w dodatku dowolnie manipulują przekazem w mediach państwowych. W takich warunkach wybory mają dla opozycji tylko sens, jeśli najpierw przejmuje ona władzę i potem przeprowadza wybory. Inaczej to się skończy jak z wyborami prezydenckimi.

Ale wygląda na to, że rząd już teraz nie ma większości, po odejściu trzech posłów PiS. Co dalej?
Rząd przed każdym głosowaniem musi kupować głosy. To fantastyczna okazja dla tych posłów, od których zależą teraz losy ustaw. Jednocześnie rząd traci możliwość uchwalenia najbardziej radykalnych i kontrowersyjnych ustaw, a Solidarna Polska będzie mogła wyskakiwać z takimi radykalnymi pomysłami i konsolidować swój elektorat, aby przekroczyć próg procentowy przy ewentualnych wcześniejszych wyborach, wiedząc, że jej pomysły i tak nie mają szans w Sejmie. Im mniej ktoś ma wpływu na politykę, tym bardziej nieodpowiedzialnie może się zachowywać.

Jaka jest kondycja Zjednoczonej Prawicy?

Mamy w Polsce bezradne państwo policyjne, którym rządzi autorytarny rząd mniejszościowy. To dość oryginalny wkład w historię systemów politycznych. Na czele tego stoi ugrupowanie, które składa się z trzech – a wkrótce nawet z czterech albo pięciu lub jeszcze więcej ugrupowań – które zwalczają się nawzajem i które jedynie łączy chęć utrzymania władzy, prześladowania sędziów i opozycji i unikania odpowiedzialności za korupcję.

Czy partia Adama Bielana może odegrać znaczącą rolę?
Ona jest pionkiem w tej grze, kto kogo wykańcza. Przed wyborami będzie się łączyć z innymi ugrupowaniami, aby mieć jakąś perspektywę przekroczenia progu wyborczego. Jako samodzielny byt polityczny ona nie istnieje.

Czy Jarosław Gowin będzie tolerował w Zjednoczonej Prawicy buntowników z Porozumienia, a obecnie członków Republikanów Adama Bielana?

Nie wiem i nie zawracam sobie z tym głowy. Polski system partyjny na nowo się układa, podobnie jak po rządach SLD, AWS i PO/PSL. Myślę, że będzie dużo transferów, na końcu powstaną całkowicie nowe partie, które będą nam obiecywać, że zrobią wszystko zupełnie inaczej, lewicowcy powiedzą nam, że oddadzą całą władzę w ręce społeczeństwa, a prawicowcy będą nam wmawiać, że całą władzę oddadzą narodowi.

Tak naprawdę będzie znowu tak jak jest, jak w tej piosence. Pojawią się nowi mesjasze polskiej polityki (jeden już jest, drugi zaraz zstąpi na ziemię), których zwolennicy po kolejnej kadencji będą tak samo rozczarowani jak wszyscy dotychczasowi zwolennicy innych mesjaszy. I poszukają sobie innego mesjasza, za którym mogą podążać. Wpływ chrześcijaństwa jest bardzo głęboki w Polsce, on się też udziela ateistom i liberałom.

Co czeka opozycję, czy będzie w stanie się dogadać, jakie są tu możliwe scenariusze?
Patrzmy na moment czysto racjonalnie na rozwój wydarzeń, bez ideologii i moralizowania. Zgodnie z tymi przepisami konstytucji, które PiS jeszcze uznaje, do samorozwiązania parlamentu PiS potrzebuje dwóch trzecich posłów – a więc dużej części opozycji. Nawet przy sprzyjających sondażach nie jest w interesie opozycji, aby się na to zgodzić, bo PiS mógłby je niemal dowolnie manipulować.

Inne opcje to wotum nieufności wobec własnego rządu – bardzo ryzykowne ze względu na kampanię wyborczą potem i na konieczność współdziałania ze strony prezydenta. Można mu dać też pretekst do rozwiązania parlamentu, nie uchwalając budżetu w wymaganym czasie – ale to jest możliwe tylko jesienią. W momencie, kiedy PiS zmierza do wcześniejszych wyborów, opozycja powinna przejąć władzę. Ale ponieważ PiS to wie, to nie powinno nawet dążyć do tego, zwłaszcza obecnie, kiedy nie ma pewności, że ma jeszcze większość. To samo jednak dotyczy też opozycji: nawet po odejściu tych trzech posłów nie ma ona pewności, że wotum nieufności uzyska większość.

Między wnioskiem i głosowaniem musi upłynąć tydzień, podczas którego rząd może kupować sobie dodatkowych posłów. Jeśli wotum nieufności upadnie, rząd będzie miał trzy miesiące spokoju. Czeka nas okres perturbacji – wcześniejszych wyborów raczej nie będzie, ale ponieważ wszyscy będą zakładać, że mogą nastąpić w każdej chwili, to zaczną prowadzić kampanię wyborczą.

To też oznacza, że im bliżej do wyborów, tym więcej Gowin może żądać od opozycji za udział w obaleniu rządu i tworzeniu nowego. W okolicach wiosny 2023 roku – albo przy jakiejkolwiek próbie przeprowadzenia wcześniejszych wyborów – będziemy więc świadkami publicznej licytacji ugrupowania Gowina: kto da więcej, opozycja czy PiS? Jeśli PiS, to Gowin zostanie i wróci po wyborach w barwach PiS do Sejmu, spółek Skarbu Państwa i innych benefitów, jakie w Polsce daje władza państwowa. Jeśli opozycja da więcej, obali z nią rząd. Szkopuł w tym, że w warunkach autorytarnego państwa policyjnego ta licytacja jest trochę nierówna: PiS dysponuje i kijem, i marchewką wobec Gowina, podczas gdy opozycja ma tylko obietnice, które mogą się okazać nic niewarte, jeśli przegra wybory.

Według tej logiki PiS utrzyma się u władzy, Gowin zostaje przy PiS i wspólnie wygrają wybory w 2023 roku?

Tak jest, jeśli zakładamy, że wszyscy zachowują się racjonalnie. Jeśli komuś puszczą nerwy, jeśli PiS zbyt wcześnie i za ostro dociśnie Gowina, jeśli opozycja wtedy wspólnie zaoferuje mu honorowe wyjście z sytuacji, sprawy mogą wyglądać inaczej. Polska polityka nie jest racjonalna. Gdyby nią była, taka oferta miałaby już miejsce rok temu.

Gdyby polska polityka była racjonalna, opozycja w 2016 roku broniłaby Trybunału Konstytucyjnego jak niepodległości, prezydent nie osłabiłby swojej własnej pozycji ustrojowej uczestnicząc w rozmontowaniu TK, a PiS przejąłby TK legalnie, czekając aż w 2017 roku większość w TK i tak składałaby się z nominatów tej partii i opozycja i Unia Europejska i sądownictwo międzynarodowe nie miałoby żadnego powodu, aby podważyć wyroki TK. Teraz mamy taki moment, kiedy znowu wychodzi ten brak racjonalności: PiS mógłby rządzić jeszcze długo, ale ponieważ coraz więcej posłów PiS sądzi, że ten statek zaraz utonie, to opuszczają go.

Każdy wie, że ci, którzy teraz odchodzą, potem będą chwaleni jako ci porządni, odważni, którzy umożliwili odsunięcie PiS od władzy, i będą potem rozliczać tych, którzy wiernie trwali przy prezesie. I nikt nie będzie pytać, jak głosowali w sprawie TK, ustaw sądowniczych, ustawy o IPN czy wyborów kopertowych.

Co afera mailowa ministra Dworczyka mówi nam o polskim państwie?

Niewiele. To, że polskie służby specjalne są głównie zajęte inwigilowaniem i zwalczaniem siebie nawzajem i opozycji, wiemy już od bardzo dawna. Mam wrażenie, że to są takie skrzynki pocztowe, gdzie Amerykanie od czasu do czasu wrzucają wiadomości, kiedy natrafiają na coś, co ma związek z Polską. Wtedy ABW dokonuje spektakularnego zatrzymania i później przed sądem (jeśli rozprawa jest w ogóle jawna) dowiadujemy się, że dowody zostały przekazane przez „zagraniczne źródła”. Kiedy polskie służby mają samodzielnie coś śledzić, to kończy się to jak w przypadku Fundacji Otwarty Dialog.

Dlatego najciekawszym wątkiem tak zwanej afery mailowej jest dla mnie przypuszczenie, że czołowi członkowie obozu rządzącego przenieśli swoje kanały komunikacji z państwowych serwerów do gmail, bo bali się inwigilacji ze strony kolegów. To naprawdę wiele mówi o elitach politycznych, zwłaszcza obecnie rządzących. Państwo na tym tle wygląda całkiem dobrze. Jeśli na moment naśladuję polityków PiS, którzy nieustannie pomstują na Niemcy, ale przy każdej okazji usprawiedliwiają swoje działania porównaniami z Niemcami, to wychodzi mi, że Polska może nie jest drugą Estonią, ale w elektronicznych usługach publicznych jest ona o niebo lepsza niż Niemcy.

Kiedy Niemcy nosili jeszcze papierowe recepty do aptek, w Polsce już dawno mieliśmy e-recepty, a na coś takiego jak e-obywatel i e-pacjent w Niemczech jeszcze czekamy. Niemcy obecnie muszą 10 mln szczepień wprowadzić ręcznie do unijnego systemu zaświadczeń, Polska robiła to automatycznie od pierwszej fali szczepień. Z tej perspektywy nie ma powodu, aby nie ufać polskiemu e-państwu. Natomiast zgadzam się: zaufania wśród elit politycznych, i to nawet tego samego obozu władzy, nie ma ani krzty.

Co może zmienić powrót Tuska dla PO i dla całej opozycji?

Może wprowadzić kogoś do polityki polskiej, który będzie w stanie – ze względu na swoja reputację i doświadczenie – lepiej koordynować działania przynajmniej części opozycji. W przeciwieństwie do innych liderów partii Tusk nic nie musi udowodnić. On już wszystko osiągnął, co polski polityk może osiągnąć, dlatego jedni tak mu zazdroszczą, a inni widzą w nim mesjasza. Łatwiej mu będzie pójść na ustępstwa wobec innych partii i innych polityków. On nie musi się przy każdej decyzji zastanawiać, czy ona pozwala mu zachować twarz, umocni swoja pozycję i jak wpłynie na jego przyszłą karierę. Większej kariery niż ma za sobą już nie zrobi tak czy owak.

Dlaczego lewica bardziej atakuje KO i Tuska niż PiS, czy możliwa jest stała, cykliczna współpraca lewicy z PiS?

Na lewicy jest dużo ludzi, którzy mylą systematyczne zastąpienie usług publicznych transferami gotówkowymi z polityką prospołeczną, i nie interesuje ich to, że taka polityka pogłębia nierówności, osłabia zaufanie do państwa i zbliża nas do modelu Stanów Zjednoczonych. Tam każdy sam jest kowalem swojego losu i nie liczy na państwo, bo wie, że nie ma na co liczyć. Za to płaci niskie podatki. W Polsce zbliżamy się do tego, z tą różnicą, że płacimy wysokie podatki, które państwo nam potem zwraca w gotówce, aby kupować naszą lojalność.

Dlaczego dla lewicy ważniejsze są postulaty socjalne niż praworządność?

Praworządność, niezależność sądownictwa od rządzących i od parlamentu ograniczają pole manewru władzy, każdej władzy. Żadna władza tego nie lubi, czy to jest władza lewicowa jak w Wenezueli, prawicowa jak w Polsce i na Węgrzech, taka postkomunistyczna hybryda jak na Białorusi czy religijna jak w Turcji. To jest poniekąd naturalne, politycy poddają się rygorom praworządności nie dlatego, że są tacy wspaniali i demokratyczni (i Orbán i Erdogan kiedyś byli wspaniali i demokratyczni), lecz dlatego, że inne instytucje, obywatele, organizacje społeczne, ustrój państwa ich do tego zmuszają. O tym, jak mało demokratyczna opozycja jest przywiązana do praworządności, dowiemy się, kiedy zdobędzie większość i wtedy PO skieruje ostrzał tego post-PiS-owskiego państwa policyjnego przeciwko PiS, a lewica stanie przed dylematem, czy uczestniczyć w odbudowie TK, który potem zablokuje liberalizację aborcji…

Czy wybory w 2023 roku to będzie mecz o wszystko?

To będzie mecz o to, która ekipa będzie rządzić autorytarnym państwem policyjnym, które zbudowało PiS. Czy to państwo będzie trochę bardziej pluralistyczne niż obecnie, czy – jeśli PiS zostanie – o wiele mniej pluralistyczne niż obecnie.

PiS od lat podąża drogą węgierską, jak idzie wprowadzanie Budapesztu w Warszawie?

O wiele gorzej. Orbán na początku swoich rządów miał stabilne większości, nie musiał pogwałcić konstytucji, mógł ją po prostu zmienić legalnie. PiS nigdy nie miał i nie ma większości ani wśród Polaków, ani wśród wyborców, jedynie ma słabnącą większość w Sejmie i przyjaznego prezydenta. W dodatku – i to też inaczej niż na Węgrzech – polityka PiS jest kontrproduktywna nawet dla tych celów, które PiS samo sobie stawia.

PiS atakuje uchodźców i ludzi LGBT, ale poparcie Polaków dla nich wzrasta. PiS „stanowczo i z przytupem” przeciwstawia się w Brukseli imigracji, ale obniża wiek emerytalny, wypycha kobiety z rynku pracy i – dzięki likwidacji usług publicznych i zaostrzeniu aborcji – obniża gotowość kobiet do rodzenia dzieci. Z tego powodu Polska jest tylko zdana na imigrację, aby wyrównać deficyt pracowników na rynku pracy i deficyt systemu emerytalnego. Nawet Putin zrozumiał tę logikę i podwyższył wiek emerytalny.

W Krajowym Planie Odbudowy jest taki zabawny akapit, proszący UE o to, aby to ona zapłaciła za aktywizację emerytów i rencistów, aby oni broń Boże nie korzystali z niskiego wieku emerytalnego. Dzięki polityce ostatnich sześciu lat sądy międzynarodowe wyręczają polskie sądy, Komisja Europejska, rząd Stanów Zjednoczonych i nawet rząd Izraela zajmują się szczegółami ustawodawstwa w Polsce, dzięki rekordowemu zadłużeniu państwa międzynarodowe rynki finansowe decydują o finansach publicznych w Polsce, a tu polski rząd uprzejmie prosi tę znienawidzoną UE o to, aby rozwiązała problem, który on sam stworzył.

Opozycja zyskuje wiatr w żagle

Kaczyński przestał być wielkim strategiem. Od PiS odchodzi też spora grupa elektoratu z mniejszych miast i wsi, np. nauczyciele albo samorządowcy z mniejszych miejscowości. Głosowali na PiS w poprzednich wyborach, teraz mogą zagłosować na Hołownię albo PSL – mówi prof. Renata Mieńkowska-Norkiene, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kilkoro posłów porozumienia z Gowinem na czele głosowało za prof. Wiąckiem podczas sejmowego głosowania nad obsadą urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich. Czy to oznacza kryzys w rządzie?

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE; Po pierwsze, gdyby pani Staroń miała odejść z Senatu, to mogłoby się okazać, że jej miejsce po wyborach uzupełniających zajmie przedstawiciel opozycji. Do tego być może odejdzie senator Borys-Damięcka, której już należy się emerytura, a która ma dość zachowawcze i konserwatywne poglądy. Na naszej politologicznej giełdzie pojawiają się tu nawet takie nazwiska jak Tusk czy Hołownia. Wówczas Senat stałby się jeszcze bardziej opozycyjny i Kaczyński musiałby mieć pewność, że może przegłosować poprawki senackie, a o to dziś bardzo trudno, zakładając, że Gowin nie będzie zawsze pewnym koalicjantem.

Co politolog może wyczytać z wydarzeń w Rzeszowie i wygranej wspólnego kandydata opozycji?

Sytuacja jest dość złożona. Zacznijmy od tego, że Rzeszów nie musi być żadnym wielkim testem czy papierkiem lakmusowym tendencji ogólnopolskich, jak czasem komentatorzy nazywają te wybory.

Po pierwsze, opozycja pokazała, że potrafi się zjednoczyć i mimo wszystko potrafi podjąć pewne ryzyko i jest w tym zborna. Do tej pory, zazwyczaj gdy opozycja kombinowała, szykowała jakieś triki i próbowała ograć w jakiś sposób Kaczyńskiego, to zazwyczaj to się nie udawało. Nie umiała tego zrobić z różnych powodów: złożoności światopoglądowej partii opozycyjnych, aspiracji liderów, także przyzwyczajeń. Tutaj okazało się, że się udało.

Po drugie, spójrzmy na tę sytuację z uwzględnieniem doświadczeń innych państw. Od zwycięstwa opozycji w większych miastach zaczęła się odbudowa nadziei w wyborach opozycji na Węgrzech. Ruszyła fala motywacji w wyborcach opozycji i fala konstruktywnych kroków po stronie partii opozycyjnych, które dzięki temu mają szanse na wygranie wyborów i stworzenie rządu. Zresztą mer Budapesztu został wystawiony jako potencjalny premier.

Kolejną kwestią jest fakt, że PiS bardzo mocno wspierał panią Leniart, a do Rzeszowa przyjeżdżali różni prominentni politycy PiS-u, łącznie z samym Kaczyńskim. Okazało się, że to dało pani Leniart zaledwie dwadzieścia parę procent, mimo tych wszystkich działań i błogosławieństwa Kaczyńskiego. To z kolei pokazuje, że prezes nie jest już tak wszechmocny, jego poparcie nie ma już takiego wielkiego znaczenia.

Co więcej, w kontekście tych wyborów pojawiło się wiele memów o pani Leniart, o Kaczyńskim, który ją wspierał. Internauci szybko złapali dziwne, nienaturalne sytuacje i pozy, i zaczęło się coś, co moim zdaniem wpłynęło na wynik wyborów prezydenckich, jeżeli chodzi o Bronisława Komorowskiego. Zaczął się śmiech w Internecie z Kaczyńskiego i Leniart, ze Zjednoczonej Prawicy. To może spowodować, że zaczną się od nich odwracać młodsi, konserwatywni wyborcy, bo PiS zacznie się stawać obciachowy.

Czyli PiS przestał być wszechwładny, ale jeszcze za wcześnie, aby składać go do politycznego grobu?

Zjednoczona Prawica przetrwa z kilku powodów: po pierwsze, bo Kaczyński dołoży teraz wszelkich starań, aby utrzymać ją w całości. Jeżeli odejdzie teraz Gowin, to Kaczyński nie ma pewności, że dzięki głosom bielanowców i kukizowców, a nawet jeżeli uda mu się kogoś z PSL przeciągnąć na swoją stronę, utrzyma większość.

Co więcej, nie ma wtedy za bardzo szansy na oddalenie weta Senatu. Dlatego Gowin jest mu potrzebny i dostanie, co chce, np. będą to rekompensaty dla średnich i małych przedsiębiorstw, które stracą na Polskim Ładzie. Gowin sprzeda to jako swój wielki sukces i wszyscy będą zadowoleni. Ziobro oczywiście też czyha tylko, aby zaszkodzić Morawieckiemu czy samemu Kaczyńskiemu, zatem prezes zrobi wszystko, aby prawica pozostała zjednoczona. Trudno powiedzieć, czy prezes zawsze będzie mógł liczyć na Konfederację, jak w przypadku wyboru pani Staroń – zapewne nieczęsto formacja ta będzie głosowała tak, jak PiS, zatem nie można na niej opierać strategii głosowań.

Zacznie się jednak teraz strojenie żartów z PiS i śmieszkowanie w Internecie, i to może doprowadzić do tego, że PiS stanie się obciachowy, a to jest tendencja, która zmienia cały krajobraz narracyjny. Oby opozycja to wykorzystała.

Czy to znaczy, że PiS przestał być sexy, pachnieć władzą, jak powiedział kiedyś Leszek Miller?

Na pewno Kaczyński przestał być demiurgiem, wielkim strategiem. Od PiS odchodzi też powoli młodszy elektorat. Do tego spora grupa elektoratu z mniejszych miast, elektoratu wiejskiego, np. nauczyciele albo samorządowcy z mniejszych miejscowości, którzy głosowali na PiS w poprzednich wyborach. Teraz mogą zagłosować na Hołownię albo wrócić do PSL, który zanotował spory odwrót swojego elektoratu do PiS-u. Jest tez Agrounia, która może PiS-owi parę głosów zabrać, mimo że nie przekroczą pewnie progu. Jest zatem kilka problemów, z którymi PiS musi się zmierzyć, ale największy to ten wizerunkowy.

Andrzej Duda już od jakiegoś czasu jest przedmiotem kpin i śmiechów, zatem tu ten proces już nastąpił. Przykład Rzeszowa i pani Leniart pokazuje, że Jarosław Kaczyński też potrafi postawić na niewłaściwego konia.

A co to oznacza dla opozycji?

Opozycja zyskuje wiatr w żagle i teraz musi przede wszystkim nie stracić wizerunkowo na tym, co się stało w Rzeszowie. To warunek bezwzględny. Opozycja rozdmuchała tę sprawę, zatem teraz musi wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie z Fijołkiem. Jeżeli będzie popełniał błędy i Rzeszowianie stwierdzą, że to nie był dobry wybór, będzie to oznaczało klapę dla opozycji. Rozumiem, że to nie jest takie proste, ale na pewno wszystkie ręce na pokład. Prezydenci wszystkich miast, którzy rządzą, a nie są ze Zjednoczonej Prawicy, muszą też najlepiej jak potrafią wywiązywać się ze swojej roli, to musi być lobbowanie na poziomie unijnym, aby środki szły do nich bezpośrednio itd. Do tego oczywiście musi iść odpowiednia narracja i przekaz, a Rzeszów musi się rzeczywiście okazać miastem otwartym, aby mieszkańcy uwierzyli, że naprawdę żyje się lepiej.

Czy widzi pani zjednoczoną opozycję w wyborach parlamentarnych?

Opozycja jest tak zróżnicowana, złożona, że o to będzie trudno, ale nie ma się co dziwić, bo siły prodemokratyczne i liberalne zawsze są bardziej złożone, niż te konserwatywne. Na pewno nie będzie łatwo zjednoczyć się opozycji. Myślę też, że ta premia działa tylko do pewnego stopnia. Spokojnie sobie wyobrażam, że wyborcy PSL mają problem z tym, że podnoszone są kwestie adopcji dzieci przez osoby LGBT+ i dlatego sądzę, że środowiska bardziej konserwatywne powinny się przyłączyć albo do Hołowni, albo PSL, tylko oczywiście nie mogą ryzykować braku przekroczenia progu. To musi być pewniak.

Może grupa w rodzaju PSL plus konserwatyści z PO jak Raś i Zalewski plus ewentualnie jacyś gowinowcy, choć w to ostanie wątpię. Sama PO powinna skręcić trochę na lewo, bo po prawej stronie nie ma czego szukać. Tam jest już PiS, potem Hołownia, PSL więc w dzisiejszym kształcie powinni przesunąć się na lewo i oczywiście zmienić lidera na Trzaskowskiego. Lewica, byleby przekroczyła próg i aby nie była takim ugrupowaniem, które pozwala sobie na flirty z PiS-em jak ostatnio, choć trudno powiedzieć, w którym kierunku pójdzie.

Ciekawe, czy takie przetasowanie przyniosłoby nowe otwarcie. Stawiam, że tak, bo duża grupa nowych wyborców, w szczególności młodszych, którzy są otwarci, liberalni i już nie kochają Kościoła katolickiego, mogłaby zostać zagospodarowana. Przypomnę jeszcze, że w Polsce jest największa na świecie przepaść między religijnością starszych i młodszych. Kwestie religijne, bardzo tradycjonalistyczne, nie będą ich przekonywać i sądzę, że opozycja powinna to uwzględnić obmyślając strategię.

Mówi się o rekonstrukcji rządu, w którym ma się znaleźć więcej kobiet, ma też odejść z funkcji wicepremiera Jarosław Kaczyński. Co to oznacza?

Dokładnie nic, tak jak nic nie znaczyło jego wejście do rządu. Zresztą mam wrażenie, że on sam uświadamia sobie, że to nie ma już większego sensu. Wizerunkowo też nie sądzę, żeby to miało większe znaczenie. Co do liczby kobiet, to jest to znaczące, bo jeżeli PiS zrobi manewr, który będzie mocno zaskakujący – pojawi się ktoś, kto będzie ogromnym zaskoczeniem dla samej opozycji, to może być medialną sensacją. Jeżeli w rządzie pojawiłby się ktoś kojarzony z liberalną częścią sceny politycznej, bardziej progresywną, to może rzeczywiście nabić Kaczyńskiemu kilka punktów wizerunkowo. Natomiast czy to będzie istotne kryterium podczas podejmowania decyzji przy urnie wyborczej, wątpię. Nie sądzę też, aby to podniosło słupki poparcia PiS.

Flaczki tygodnia

Parlamentarzyści PiS bardziej od obcych wywiadów boją się „kaprala” Terleckiego i spółdzielni „Ucho” pana ministra Mariusza Kamińskiego.

Każdy polski parlamentarzysta zna „Katechizm polskiego posła”, przekazywany mu przez starszych kolegów. Pierwszy punkt katechizmu brzmi: „Poseł ma wrogów z innych partii, śmiertelnych wrogów ze swego okręgu wyborczego i jeszcze „kolegów” z partii”. Dziś parlamentarzyści z PiS w prywatnych rozmowach przyznają, że cały ten atak „ruskich” hakerów to pic dla mediów i ciemnego ludu, czyli wyborców PiS.

Naprawdę to mogło być tak: Parlamentarzyści wiedzą, że nie powinni używać prywatnych skrzynek mailowych do celów służbowych. Zwłaszcza, ci, którzy do chudej diety poselskiej dokładają pensyjki rządowe,bo dorabiają tam jako sekretarze stanu. Czyli ministrowie. Ci mogą przecież dostać na wyposażenie specjalne, bardziej odporne na hakerskie ataki, smartfony. Ale nie każdy parlamentarzysta umie z nich od razu korzystać. Niby może się tego nauczyć, ale wymaga to czasu, a tego każdemu polskiemu posłowi zawsze brakuje. Ci ząś, którzy muszą z nich korzystać, potwierdzają, że z prywatnego maila szybciej się wysyła.

Poza tym, a może przede wszystkim, znani nam parlamentarzyści podejrzewają, że bezpieka pana ministra Kamińskiego tak te ustrojstwa zabezpieczyła, że może jego użytkownika podsłuchiwać kiedy tylko zechce. Zatem lepiej go do politycznego knucia nie używać. Tak samo było kiedy w Sejmie wprowadzono służbowe laptopy i ifony aby zlikwidować obieg papierowych dokumentów. Wielu parlamentarzystów nie chciało ich wtedy brać, bo bali się, że Kancelaria będzie mogła ich kontrolować. Potem brali, ale i tak pracowali na „swoim” sprzęcie.

Każdy parlamentarzysta wie jak jest w klubie Zjednoczonej Prawicy. Jego rzecznik dyscypliny to pan wicemarszałek Terlecki. Zwany „kapralem”, od swego finezyjnego stylu działania. Powszechnie tam mówi się też, że bezpieka pana ministra Mariusza Kamińskiego zbiera haki na wszystkich parlamentarzystów. I potem wrzuca je do obiegu, jak to było w przypadku oskarżenia pana posła Maksymowicza o eksperymenty medyczne na „dzieciach nienarodzonych”. Połączenie „kapralstwa” pana marszałka Terleckiego z „hakarstwem” pana ministra Kamińskiego, sprawia, że polscy parlamentarzyści mniej boją się zagranicznego „hakerstwa” niż „hakarstwa” i „kapralstwa” ze strony swoich „kolegów” z partii.

Wielu polskich parlamentarzystów uważa też, że „bezpieczniej” jest prowadzić korespondencje z kilku prywatnych skrzynek mailowych. Na zmianę. Bo wtedy dywersyfikuje się korespondencję. Ale potem każdy zawsze ma mało czasu i w praktyce wysyła z jednej skrzynki.

Nie wiemy czy włamania do prywatnej skrzynki pana ministra Dworczyka dokonał ktoś z wymienionych w pierwszym punkcie poselskiego katechizmu. Nie inspirowany wtedy przez obce specsłużby. Tak z zemsty,aby zaszkodzić coraz bardziej popularnemu na prawicy ministrowi. Nie wiemy czy ten pomysł i wycieki korespondencji przechwyciły obce spec służby. A jeśli tak, to kiedy to było. Najwyższy z urzędników państwowych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, pan wicepremier Jarosław Kaczyński, obarczył winą hakerów działających na terenie Federacji Rosyjskiej. I wezwał do wyciszenia sprawy, bo każda debata o tym skandalu, to młyn na wodę imperialistów rosyjskich.

Zasugerował też, że bezpieka pana ministra Kamińskiego wie o włamaniach do skrzynek mailowych innych parlamentarzystów. Wzbudził tym popłoch tych wszystkich z rządzącej koalicji i opozycji, którzy też służbowe maile ze swych skrzynek wysyłali. Co może udowodnić bezpieka pana ministra Kamińskiego, „lustrując” skrzynki najbardziej gorliwych w krytyce pana ministra Dworczyka. Nic dziwnego, że w opozycji pojawiły głosy,aby pana ministra potraktować jak ofiarę „podstępnych ruskich”.

Jednak pomimo ujawnionego przez jaśniepana premiera Kaczyńskiego ataku na Polskę z terytorium Federacji Rosyjskiej, ambasador tej Federacji nie został nawet wezwany w celu złożenia stosownych wyjaśnień. Podobnie było niedawno, kiedy pan poseł Macierewicz ogłosił publicznie, że to Rosjanie dokonali zamachu na polski, prezydencki samolot nad lotniskiem w Smoleńsku w 2010 roku. Też żadnej reakcji ze strony rządzącego PiS.

„Flaczki” nie namawiają, żeby w ramach restrykcji i retorsji służby pana wicepremiera dokonały zamachu na samolot rosyjskiego prezydenta albo zbombardowały mu pałac na Krymie. Ale można by przynajmniej wezwać JE Ambasadora Federacji Rosji przed „kapralskie” oblicze pana marszałka Terleckiego. Samo obcowanie z „Psem” jaśniepana prezesa Kaczyńskiego bywa okrutną torturą.

Wzywanie do wyciszenia dyskusji nad kolejnym, bolesnym dowodem niekompetencji elit PiS i dyskusji o upadku najważniejszych instytucji państwa polskiego, to wezwanie aby być „Ciszej nad tą trumną”.

Jak polityczną szmatę potraktowały elity PiS panią senator Staroń. Nie zważając na jej kiepski stan zdrowia wysunęli jej kandydaturę na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Z góry wiedząc, że ta kandydatura zostanie odrzucona podczas głosowania w Senacie. Zresztą dla pewności grupa senatorów z PiS również nie poparła jej kandydatury.

Pan prezes Kaczyński nie chciał wyboru senator Staroń, bo na jej miejsce zostałby wybrany kandydat zjednoczonej opozycji. Co dodatkowo osłabiłoby PiS w Senacie. Chciał jedynie doprowadzić do głosowania aby poznać rzeczywiste poparcie pana wicepremiera Gowina ze strony jego klubu poselskiego. Nie chciał też „nieswojej” senator na funkcję Rzecznika. Woli konsekwentnie walczyć z Senatem, obwiniać Senat o utrącanie sejmowych kandydatur,by potem mianować swego komisarza. Kaligula mianował konia senatorem, a jaśnie pan Kaczyński mianuje Rzecznikiem tubkę wazeliny.

Ciężko pracował dla jaśniepana prezesa euro deputowany Adam Bielan. Zwany w polskim Sejmie „napierdalaczem prezesa”. Niedawno z właściwym sobie wdziękiem zakwestionował przewodnictwo w Porozumieniu Polskim pana wicepremiera Jarosława Gowina, a teraz powołuje nową partię republikańską. Aby pod ten nowy szyld wyprowadzić z gowinowskiego Porozumienia Polskiego jak najwięcej aktywów politycznych. Aby wicepremier Gowin został „królem Jarosławem bez partyjnego gruntu”.

Żydzi czekają na Mesjasza, a politycy Platformy Obywatelskiej i jej medialny komentatoriat na nadejście Donalda Tuska. To dzięki Tuskowi partia ta ma politycznie zmartwychwstać. By pod swym przewodem zjednoczyć demokratyczną opozycję, wygrać wszystkie następne wybory i wrócić do władzy.

Niestety nadal nie wiemy po co Platformie ta władza. Żeby odsunąć PiS? Zgoda. I potem „Żeby było tak jak było”?

Borelioza polityczna

– Gowin musi sobie zdawać sprawę, że nie może grać w grę przegraną bez końca. Jarosław Kaczyński mu nie wybaczy, że po raz kolejny gowinowcy go zawodzą. Są najprawdopodobniej spisani na straty – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert w zakresie marketingu politycznego, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Porozumienie Gowina zgłasza kandydata na RPO, ten nie dostaje poparcia od rządzącej większości, więc się wycofuje. PiS zgłasza senator niezależną Lidię Staroń, chwilę później cała opozycja proponuje na RPO profesora UW Marcina Wiącka, pod którego kandydaturą podpisuje się Jarosław Gowin, kilku posłów Porozumienia i poseł PiS Girzyński. O co tu chodzi?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Trwa rozgrywka w tzw. Zjednoczonej Prawicy. Na pewno główne ugrupowanie, czyli PiS, gra na to, aby nie wybrać RPO, ponieważ po 15 lipca będzie wówczas mogło wprowadzić komisarza. Wówczas ostatni niezależny urząd stanie się podległy, „na rozkaz”. Łatwiej steruje się kimś, kto pełni obowiązki, bo w razie czego następnego dnia już może nie pełnić obowiązków. Tak jak pan Kaczyński zapowiedział premierowi Morawieckiemu, że ten jest premierem, bo on tak chce.
Zresztą to ciekawe, bo wicepremier Kaczyński ostatnimi czasy albo stracił czujność, albo gra jakąś grę, bo ujawnia wprost mnóstwo rzeczy.

Jakich?

Chociażby to, że to on nakazał wybory kopertowe, mimo że akurat wtedy nie miał żadnych kompetencji prawnych jako szef partii. Ujawnianie takich informacji wizerunkowo jest bez sensu, bo i tak wszyscy wiemy, że rządzi w kraju prezes z Nowogrodzkiej. Zatem widocznie ta informacja była skierowana do kogoś innego. Może do koalicjantów?

Co do RPO, to dziwię się pani senator Staroń, że ta pozwala się tak traktować. To, że pan marszałek Terlecki potrafi rozmawiać z dziennikarzami plecami, już wiemy, ale to opowiadanie, że pani Staroń „bardzo chce” i dlatego jest kandydatem na RPO, jest niegrzeczne.
Jest realna szansa, że pan prof. Marcin Wiącek zostanie RPO głosami całej opozycji i Gowina. Wiele zależeć będzie od posłów Konfederacji. I co wtedy?
Owszem, bo tam jest jeszcze pudełko w pudełku. To dość pokrętna zagrywka PSL, który najprawdopodobniej w zamyśle chce uwiarygodnić przejście pana Gowina na wybory. Kancelaria pana prof. Wiącka czynnie brała udział czynnościach cywilno-prawnych pana Gowina, jak głosi plotka dziennikarska, zatem trudno, żeby go w tej sytuacji nie poparł. Być może pani Lidia Staroń dlatego została zgłoszona przez PiS jako kandydatka na RPO, żeby łatwo było ja utrącić, bo pani senator nie jest prawnikiem.
Pan Bodnar pokazał, że prawnicze wykształcenie jest niezbędne na tym stanowisku. Wówczas kandydat PSL byłby dodatkowym pstryczkiem w nos.
Konstytucja wymaga, aby wyróżniał się wiedzą prawniczą.

Ale kto się dziś przejmuje z kręgów władzy wymogami konstytucyjnymi? To myślenie wsteczne, archaiczne. To, co zrobiło PiS z prawem, konstytucją w Polsce, to ewenement w demokratycznych krajach.

Nie o to chodzi, jaki jest zapis w konstytucji, tylko jak można to prawo lekceważyć. Podam przykłady i to niezwiązane bezpośrednio z PiS: sędzia Nawacki, który podarł uchwałę kilka miesięcy temu, teraz przewodniczący związku „Solidarność” pan Duda drze postanowienie TSUE. To świadczy o bagnie moralnym, w jakim się znaleźliśmy.

Wracając do RPO, oczywiście jest szansa, że zostanie wybrany na ten urząd pan prof. Wiącek, ale opozycja musiałaby się wznieść naprawdę na wyżyny dyplomacji. Już po przegranym w Senacie głosowaniu pani Żukowska nie powstrzymała się i wbiła szpilkę, zatem ten obrazek, który dziś widzieliśmy, że wszyscy z opozycji razem przed dziennikarzami może nie być tak trwały w tej kwestii.

Nie będzie to może determinanta, ale to jest ważne. Gdybyśmy wyobrazili sobie, że opozycja próbuje cały czas wjechać na autostradę, to wybór kandydata opozycji na RPO byłby niczym szerokie otworzenie bramek na autostradzie.

Jednocześnie Gowin musi sobie zdawać sprawę, że nie może grać w grę przegraną bez końca. Jarosław Kaczyński mu nie wybaczy, że po raz kolejny gowinowcy go zawodzą i są najprawdopodobniej spisani na straty i mogą zapomnieć o listach wyborczych.

Prezes NIK kieruje do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez premiera. Czy to powód do dymisji?

W każdym normalnym demokratycznym kraju nastąpiłaby minimum dymisja premiera i ministrów wymienionych przez NIK. Niestety to, co się dzieje, świadczy o głębokiej patologii naszego systemu i sprowadzeniu nas na kurs dryfujący.

Rozumiem, że według jednej z teorii jak jest chaos, to się lepiej zarządza, bo nie wiadomo za co kto odpowiada. Obrazowo można by powiedzieć, że zostaliśmy napadnięci przez wikingów, którzy łupią, gwałcą i grabią i zamierzają odpłynąć na statkach dalej. To, co się dzieje, jest naprawdę niespotykane, tym bardziej, że prezes NIK został wybrany głosami i oklaskami przez układ tzw. Zjednoczonej Prawicy.

Nie mam złudzeń zresztą, że prokuratura zajmie się tą sprawą, chyba że będzie taka potrzeba na górze. Na razie Zbigniew Ziobro może usiąść z popcornem i patrzeć, kto kogo jeszcze czym zażyje, bo sam nie podlega żadnym uderzeniom, a haki wyciąga minister Kamiński, broni się Marian Banaś, a to wszystko trafia na łaskę i niełaskę ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro zaczyna dzięki temu wyrastać na lidera prawicy, tylko że to polityk z gorąca głową, pytanie, czy ma kogoś przy sobie, kto mu tę gorączkę ostudzi, choć nie łudźmy się, bo jesteśmy w głębokiej chorobie struktur państwa, demokracji.

Czy Polski Ład pozwoli wrócić PiS do 40 proc. poparcia?

Wydaje mi się, że już tyle się wydarzyło, że za bardzo nikt się na tym nie koncentruje.

Najważniejszą kwestią jest w nim oczywiście rozdawnictwo pieniędzy, czyli czternastki, kolejne warianty 500 plus itd. To będzie potrzebne na wybory i być może PiS będzie musiał je przyspieszyć, aby niewdzięcznicy nie zdążyli zapomnieć. Jednak do tego trzeba dołożyć Brukselę, która ma obiekcje co do polskiego planu, zatem może się okazać, że to będzie dużo mniejsza karta przetargowa niż wydawało się prawicy na początku.

Wchodzą też w grę inne nowe czynniki, jak ostatnio kopalnia Turów, gdzie elektorat PiS-u, który dostaje bardzo mocno propagandowy komunikat, że to wszystko przez Brukselę i Czechów, dostrzeże, że to jednak wina niekompetencji rządu. W końcu ta bańka musi pęknąć, bo nie da się rządzić tylko i wyłącznie propagandą. Nawet ci, co mówią, że komunizm trwał 45 lat na propagandzie właśnie, muszą mieć świadomość, że stały też wojska Armii Czerwonej w pobliżu.

Z drugiej strony muszę dodać, że może ten pogląd cechuje pewna naiwność, bo pamiętam, że wielu uważało, że Trybunału Konstytucyjnego nie da się przejąć, a się dało, SN będzie ostoją, a okazało się inaczej, KRS przejąć też się dało, zorganizować wybory prezydenckie wolne, ale nie równe, również.

Obym się jednak mylił, choć wydaje się, że Polacy są jednak w jakimś otępieniu. Ten rząd sobie nie razi na każdym polu, a my jesteśmy w jakiejś chorobie, coś jak borelioza polityczna.

Robin i Janosik

Ktoś puścił złośliwą plotkę, że uległem jednak demencji starczej, postawiłem przy łóżku figurkę Buddy i prowadzę z nią dyskusję o reinkarnacji. Zaniepokojeni przyjaciele nękają mnie telefonami i pytają, czy to prawda. Uspakajam ich, że na razie to tylko fake news.

Reinkarnacja

Prawdą jest natomiast, że przeżyłem głęboki wstrząs oglądając w telewizorze odnowicielskie zebranie zjednoczonej Prawicy i wysłuchując przemówień inaugurujących kampanię propagandową, poświęconą nowemu „Polskiemu Ładowi”.

Poszukiwacze przykładów reinkarnacji powinni traktować to zebranie, jako „namacalny” dowód jej istnienia. W moich psujących się oczach z mizernym skutkiem ratowanych bezpośrednimi zastrzykami, mgliste postacie przemawiających były łudząco podobne do Robin Hooda i Janosika. Składane suwerenowi obietnice zapowiadały podejmowanie działań, które ci dwaj ludowi bohaterowie z poświęceniem realizowali w XIII i XVIII wieku. Podstawą działań była – i jest obecnie – taka sama myśl przewodnia: zabierać bogatym i rozdawać biednym. Tylko przy okazji tych dobrych uczynków powodować, że ci obdarowani biedni uznają rządzącą prawicę, za jedyną godną poparcia w następnych wyborach.

Mechanizm

Nie czuję się na siłach, aby przeprowadzić analizę tych, bardzo zagmatwanych, obietnic. Wydaje mi się jednak, że nie są one zgodne z podstawami zarządzania państwem, jakich za zamierzchłych czasów uczyli mnie nieżyjący już profesorowie. Za podstawową zasadę uważali oni, że budżet państwa jest zbiornikiem pieniędzy otrzymywanych od obywateli i przedsiębiorstw głównie w formie podatków, a także wpływających z innych źródeł (np. teraz z UE). Rolą państwa jest zagospodarowanie tych pieniędzy w sposób najbardziej efektywny i zarazem taki, aby korzyści z tego tytułu odczuwali wszyscy obywatele. W dyskusjach seminaryjnych podkreślano, że –poza wyjątkami – nie powinno się dążyć do uzyskania tego efektu przez jakiekolwiek rozdawnictwo. Tymi wyjątkami może być – przykładowo – pomoc dla osób niepełnosprawnych i ich rodzin, a także wspomaganie finansowe studentów takich kierunków studiów, na których w danym okresie państwu specjalnie zależy. Obecnie w Polsce na pewno studiów medycznych, ale w innych czasach np. inżynierów budownictwa i architektów.

Unikając rozdawnictwa Państwo powinno natomiast podstawowe strumienie środków finansowych, w uzasadnionych sytuacjach wspieranych przez kredyty, kierować na rozwój takich dziedzin i celów, które podnoszą poziom życia obywateli, dają im godziwie płatną pracę, zwiększają zainteresowanie i dostęp do kultury, dają poczucie bezpieczeństwa. Najprostsze z tych celów są od wielu lat niezmienne i powtarzają się we wszystkich programach. To dynamiczna budowa tanich mieszkań, budowa szpitali tam, gdzie ich brakuje, nowych dróg, ekologicznych elektrowni, ośrodków sportowych, teatrów, bibliotek itd. a także zapewnianie wysokiego poziomu technicznego wyposażenia wojska. Może to być wspomaganie finansowe przedsięwzięć prywatnych i państwowych podmiotów, ale główne strumienie zasilania powinny biec przez samorządy, które powinny być właścicielami zrealizowanych inwestycji. Sprawne wykorzystywanie takiego systemu wymaga wielu szczegółowych rozwiązań i decyzji. Maksymalnie to upraszczam, aby również czytelnicy nieinteresujący się „na co dzień” sposobami zarządzania państwem, mogli sobie wyobrazić ten mechanizm i porównać go z następnym.

Prezenty

Zjednoczona Prawica nie idzie bowiem tą drogą. Doświadczenie z bezpośrednim rozdawnictwem 500 plus, które pozwoliło wygrać wybory i zwiększyło liczbę sympatyków, wytworzyło przekonanie, że trzeba podtrzymywać poparcie właśnie metodami podsycania zadowolenia obywateli z bezpośrednio przekazywanych prezentów. Stąd w „Polskim Ładzie” zapowiedzi zniesienia opodatkowania relatywnie niskich emerytur, podniesienia progów zwolnień od opodatkowania dochodów, enigmatyczne obietnice ogólnego zmniejszenia obciążeń podatkowych. Na tym etapie „ład” przypomina „nieład”, ponieważ nie wyjaśnia, skąd na to – a także na zapowiadane prestiżowe inwestycje w rodzaju rzekomo niezbędnego Centralnego Portu Komunikacyjnego i budowę tanich mieszkań, zdobyć potrzebne środki.

Podwyższanie opodatkowania najbogatszych nie rozwiąże problemu. Być może coś uda się uszczknąć z unijnych środków popandemicznej odbudowy, ale one będą przeznaczone na określone cele i zewnętrznie i wewnętrznie kontrolowane. Jednak to też nie wystarczy i – jak mawiał pewien klasyk – jest realne zagrożenie ze „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”.

Aby osłodzić Suwerenowi niezadowolenie wynikające z niepełnej realizacji „Ładu” zawiera on także wstawki ideologiczne. Jedną z nich jest zapowiedź modernizacji nauczania historii powszechnej i historii Polski. To z reguły wykorzystywana w wielu państwach najprostsza droga indoktrynacji młodzieży. Za przyzwoitą stawkę mógłbym napisać program tego nauczania. Zawsze i we wszystkim byliśmy najlepsi, Zapalony kaganek oświaty nieśliśmy przez Dzikie Pola, Sobieski pod Wiedniem uchronił Europę przed zalewem Turków. W czasie ostatniej wojny ratowaliśmy Żydów i uczyliśmy ich walczyć, Dlatego teraz mają najlepszą armię na Bliskim Wschodzie

Wydaje mi się, że Zjednoczona Prawica cierpi na rozdwojenie jaźni. Jeśli utraci względnie szybko władzę, to nie będzie musiała realizować nowego „Ładu”. Przeciwnie – stanie się on głównym instrumentem ataków na nową władzę, że nie potrafi wykorzystywać tak genialnie opracowanego planu. Jeśli utrzyma się dłużej przy władzy, to gorzej. Po okresie gadulstwa i entuzjastycznych pokrzykiwań przyjdą lata, kiedy będzie już wypadało zamieniać przynajmniej niektóre słowa na czyny, tłumacząc się z opóźnień i zaniechań oraz zadłużając państwo powyżej dopuszczalnej granicy. Ale też nadal czerpiąc profity, tak umiejętnie i bezkarnie ostatnio wyciskane, drogą przejmowania władzy na wszystkich szczeblach.

Chwilami się zastanawiam, czy właśnie nie na tym polega ukryty cel „B” „Polskiego Ładu”?.