Stanowisko Prezydium RN PPS w sprawie zapowiedzi weta budżetu unijnego

Rząd Mateusza Morawieckiego zagroził Unii Europejskiej wetem budżetu unijnego i pakietu pomocowego mającego na celu przezwyciężenie skutków kryzysu wywołanego pandemią, jeśli powiązane one będą z przestrzeganiem praworządności.

Rząd i Zjednoczona Prawica tłumaczą to, na użytek wewnętrzny, groźbą utraty suwerenności Polski, która ma według nich, w świetle prawa unijnego, swobodę kształtowania prawa związanego z porządkiem prawnym w Polsce. W mediach nasilają się nawoływania przedstawicieli Solidarnej Polski i PiS do opozycji sugerujące, że suwerenność państwa jest podstawową racją stanu i ma ona moralny obowiązek poparcia groźby weta.

Co oznacza dla Zjednoczonej Prawicy zachowanie suwerenności w zakresie praworządności:

– dalsze podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości władzy wykonawczej, aby mogła ona w zależności od interesu swoich urzędników swobodnie wyrokować, kto jest winien przestępstwa, a kogo normy prawne nie obowiązują,

– opanowanie mediów prywatnych, aby prowadziły zakłamaną propagandę rzekomych sukcesów władzy, podobnie jak to czyni telewizja zwana niesłusznie publiczną lub narodową,

– natężenie indoktrynacji światopoglądowej i pseudonarodowej w szkołach, kosztem uniwersalnych wartości, co w marzeniach rządzących ma doprowadzić do wychowania pokolenia bezmyślnych, lecz wiernych obywateli,

– dalsze fałszowanie historii i budzenie nastrojów nacjonalistycznych w społeczeństwie,

– całkowite odebranie kobietom ich praw osobistych do dysponowania wg własnej woli swoim ciałem i zepchnięcia kobiet do rozumianej archaicznie roli żony i matki,

– pogłębianie podziałów w społeczeństwie jako przykrywka dla nietrafnych decyzji wynikających z własnej nieudolności.

Stanowczo stwierdzamy, że nie interesuje nas taka suwerenność.

Efektem ewentualnego weta może być pozbawienie Polski, a więc jej społeczeństwa środków pomocy finansowej UE w wysokości 776mld zł, bez której kryzys gospodarczy trwać będzie długie lata, a społeczeństwo cierpieć będzie niewyobrażalną biedę.

Wyrażamy swoje oburzenie faktem rozważania przez rządzących takiego scenariusza.

Zjednoczona prawica wywodzi swoje prawo do dowolnego kształtowania norm prawnych wolą narodu- suwerena, który powierzył im władzę w wyniku wyborów. Suweren został oszukany, bo w trakcie kampanii wyborczej nie informowano suwerena o planach pozbawiania go podstawowych praw związanych z osobistą wolnością, lecz mamiono doraźnymi korzyściami finansowymi.

Suwerenności państwa nie stanowi wartości uniwersalnej i musi odwoływać się do jej efektywności, czyli zdolności do ponoszenia odpowiedzialności za realizację potrzeb i wolności własnych obywateli.
Polska Partia Socjalistyczna walcząc o suwerenność narodu polskiego poddanego obcym mocarstwom walczyła jednocześnie o ustanowienie społeczeństwa sprawiedliwego i cieszącego się wolnościami osobistymi. Znalazło to swój wyraz w decyzjach pierwszych rządów po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku których premierami byli działacze PPS Ignacy Daszyński i Jędrzej Moraczewski.

Przedkładamy to pod rozwagę.

PiS pies

Niedopuszczalne jest, aby ogon machał psem – tak w zoologiczny sposób Jarosław Kaczyński skomentował wewnątrzkoalicyjne przepychanki. Szewc Fabisiak gratuluje prezesowi PiS tak trafnego porównania swojej partii do psa.

Idąc śladem tych kynologicznych alegorii szewc Fabisiak zauważa, że gdyby Jarosław Kaczyński znalazł się w rządzie na stanowisku wicepremiera, to sam byłby tym ogonem machającym psem będącym na stanowisku premiera, co w tym przypadku byłoby już dopuszczalne. Kaczyński, choć formalnie podległy Morawieckiemu, byłby bowiem jego szefem po linii partyjnej a to w polskiej polityce bardziej się liczy. Jako wicepremier powtórzyłby wariant Waltera Ulbrichta, który w latach 50. w NRD również łączył funkcje wicepremiera i sekretarza generalnego SED. A jeżeli już koniecznie chciałby szefować Komitetowi Bezpieczeństwa Narodowego, to mógłby wzorować się na byłym prezydencie Kazachstanu Nursułtanie Nazarbajewie, który po ustąpieniu ze stanowiska stoi na czele posiadającej szerokie kompetencje Rady Bezpieczeństwa i to w dodatku dożywotnio. W tym wariancie Kaczyńskiemu nie mógłby podskoczyć żaden premier. Jednak, jak zauważa szewc Fabisiak, jest istotna różnica między kazachską radą a polskim ewentualnym komitetem. W Kazachstanie Rada Bezpieczeństwa działa zgodnie ze swoją nazwą, natomiast w Polsce byłby to raczej komitet bezpiecznego przetrwania koalicji. I dlatego Kaczyński prze do rządu aby od wewnątrz trzymać za twarz koalicjantów do czego nie jest zdolny Mateusz Morawiecki.

Jednakże dopóki nie są znane ustalenia podpisanej w sobotę umowy koalicyjnej, to spekulacje co do rządowej pozycji Jarosława Kaczyńskiego pozostają w sferze nieoficjalnych deklaracji. Koalicyjni partnerzy podpisali w świetle kamer stosowne porozumienie, ale o jego treści nie raczyli publicznie poinformować. To ewenement w skali światowej, który według prezesa Kaczyńskiego dobrze zapisze się w naszej historii. Ale chyba tylko w tej tworzonej przez PiS, w historii światowej praktyki politycznej nie za bardzo – twierdzi szewc Fabisiak. Z przecieków medialnych wynika, że Ziobro i Gowin mają w ramach koalicji uzgadniać zgłaszane przez ich ugrupowania projekty ustaw. Jest to jakby pozornie niespójne z tym, co jeszcze nie tak dawno deklarował zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel mówiąc, iż koalicje nie działają w ten sposób, że partnerzy chcą prawa do negocjacji na nowo każdego projektu ustawy. Niespójność ta jest dlatego pozorna, gdyż zdaniem szewca Fabisiaka, nie dotyczy ona PiS, która to partia ma zawsze rację i nie musi swoich pomysłów konsultować, a jedynie koalicjantów, którzy mogą sobie proponować wszystko, byle zgodnie z linią partii w koalicji dominującej.

Podczas ceremonii podpisania rzeczonego porozumienia Jarosław Gowin błyskotliwie zauważył, że na informację o tym doniosłym wydarzeniu czekały miliony Polaków. Szewc Fabisiak też należy do tych milionów, które jednak wieści o zawarciu jakiegoś nowego układu oczekiwały z czystej ciekawości a nie, jak zdaje się sugerować pan Gowin, z ulgą, iż w końcu dogadano się co do trwałości koalicji. Gowin mówił też o tym, że zgoda między koalicjantami jest niezbędna, ponieważ Polska wkracza w trudny czas wyzwań w postaci pandemii tudzież kryzysu gospodarczego. Zatem, gdyby nie wirus i kryzys, mogliby nadal żreć się między sobą – wnioskuje szewc Fabisiak. Jarosław Kaczyński przekazał radosną wiadomość, a premier Morawiecki wtórował mu powtarzając dwukrotnie, że bardzo się cieszy. Poczucie zadowolenia tych trzech panów jest całkowicie zrozumiałe. Kaczyńskiemu udało się ustawić współrządzących na właściwych miejscach, Gowin najprawdopodobniej wróci do rządu, a Morawiecki już nie musi się martwić perspektywą rozpadu koalicji i ewentualnością przyspieszonych wyborów. Szewc Fabisiak zauważa, że głos Ziobry znacznie różnił się od radosnych uniesień współpartnerów. Jest to o tyle zrozumiałe, że Zbigniew Ziobro wyszedł na zero, potwierdzając znaną diagnozę Leszka Millera. Pewnie zachowa miejsce w rządzie, nadal kultywując tę swoją sprawiedliwość, jednak jego możliwości samodzielnego politycznego działania zostały mocno nadwątlone. Podczas wspólnego koalicyjnego występu ograniczył się do wypowiedzenia zdawkowej formułki, iż pięć lat rządów Zjednoczonej Prawicy to był dobry okres dla Polski powtarzając w zasadzie to, co powiedział przed kilkoma dniami: że dzięki tym rządom udało się wprowadzić w kraju wiele istotnych zmian w związku z czym warto, by ta koalicja dalej trwała. I ma trwać, gdyż takie są osobiste interesy liderów oraz dobrze ustawionych popleczników tworzących rząd formacji – konkluduje szewc Fabisiak.

Wielki powrót ustawy bezkarnościowej

Ustawa zwalniająca urzędników z odpowiedzialności za naruszenie obowiązków służbowych lub innych przepisów prawa podczas zwalczania pandemii lub zapobiegania koronawirusowi wraca do Sejmu.

Posłowie Solidarnej Polski, którzy wcześniej zaklinali się, że jej nie poprą, doprowadzając do zdjęcia projektu z porządku obrad, raczej nie będą już głosować przeciw. Nie po to zawarto nową umowę koalicyjną.

Wirus wszystko tłumaczy

Ustawa zawierała następujący zapis: „Nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania Covid-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”

Uniemożliwiłaby tym samym np. pociągnięcie do odpowiedzialności organizatorów niedoszłych wyborów kopertowych (skądinąd i tak umiarkowanie prawdopodobne), ale i otwierałaby drogę do całkowitej bezkarności państwowych urzędników. Praktycznie każde działanie rządowych nominatów i każdy wydatek mogłyby zostać uzasadnione walką z pandemią. Ziobro pozował na bezkompromisowego szeryfa, który na coś podobnego nie pozwoli, jednak teraz, gdy jego partia podpisała nową umowę koalicyjną z PiS i Porozumieniem, najpewniej zweryfikuje swoje stanowisko.

Nie chcą nieporozumień

Jak poinformował Marcin Horała z PiS, w celu uniknięcia dalszych „nieporozumień” Zjednoczona Prawica będzie prowadzić dalsze wewnętrzne konsultacje. Utworzona zostanie rada koalicyjna, na forum której projekty ustaw wnoszone do Sejmu będą przygotowywane i omawiane tak, by później przedstawiciele Zjednoczonej Prawicy byli zjednoczeni naprawdę.

– Musi być takie miejsce, w którym będzie wiadomo, które projekty są projektami koalicyjnymi. Wszyscy koalicjanci są wtedy zobowiązani do ich popierania – powiedział Horała.

Ustawa bezkarnościowa, według badań sondażowych, nie jest aprobowana przez większość społeczeństwa. W przeprowadzonym 22 września badaniu United Surveys 48,9 proc. ankietowanych oceniło ją zdecydowanie źle, a 12,3 proc. – raczej źle, co daje ponad 60 proc. ocen negatywnych. Dobrze i zdecydowanie dobrze o ustawie myśli nieco ponad 27 proc. ankietowanych.

Chwilowy pokój na prawicy

Nie będzie rozpadu Zjednoczonej Prawicy. Jarosław Kaczyński nie zaryzykował przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Prezes ukazał koalicjantów odebraniem im po jednym ministerstwie. Mało kto wierzy, że dzisiejsza ugoda zakończy tarcia wewnątrz obozu władzy.

Przez ostatnie dni Zbigniew Ziobro odgrywał na konferencjach prasowych rolę pokonanego, zapewniając, że zależy mu na dalszym trwaniu Zjednoczonej Prawicy, czyli „koalicji najlepszej dla Polski” oraz, że wycofanie ustawy o bezkarności urzędników nie jest już sprawą, którą stawia na ostrzu noża.

Jarosław Kaczyński oczekiwał właśnie takiego zachowania, a widząc swojego koalicjanta ukorzonego, podjął decyzję o powrocie do negocjacji, które zakończyły się w sobotę 26 września zawarciem nowej umowy koalicyjnej.

– Jestem głęboko przekonany, że dzisiejszy dzień dobrze zapisze się w naszej historii, bo mamy przed sobą trzy lata do kolejnych wyborów parlamentarnych. Jestem zupełnie pewien, że to będą lata dobrze wykorzystane dla Polski – mówił prezes PiS.

Jarosław Gowin próbował z kolei wytłumaczyć tło nieporozumień, które według niego jest zarazem największą zaletą koalicji. – Siłą naszego obozu zawsze był pluralizm, ale też jedność – mówi Jarosław Gowin. Zapowiedział też, że w nowej strukturze rząd będzie funkcjonować sprawniej. – Podpisanie dziś umowy koalicyjnej to informacja, na którą czekały miliony Polaków i jestem przekonany, że dobrze przysłuży się Polsce – mówi Gowin.
Dla Porozumienia i Solidarnej Polski nowe warunki koalicji będą jednak zdecydowanie gorsze. Stracą po jednym ministerstwie, co jest bolesnym ciosem zwłaszcza dla Ziobry, którego formacji odebrany zostanie resort środowiska, pod który podlega spółka Lasy Państwowe – w zasadzie nieograniczone źródło dochodów. Co więcej, do rządu, w roli supervisora ma wejść Jarosław Kaczyński, który będzie piastował funkcję ministra bez teki odpowiedzialnego za sprawy wewnętrzne, bezpieczeństwo i sprawiedliwość. Czyli w zasadzie za wszystko.

W przypadku Porozumienia ból będzie mniejszy. To człowiek z tej partii – prawdopodobnie sam Jarosław Gowin – obejmie nowy superresort rozwoju, pracy, budownictwa i turystyki. Policzone wydają się zarówno dni minister Maląg w ministerstwie pracy i polityki społecznej, jak i samego ministerstwa z dotychczasowym zakresem kompetencji. Dla pracowników i związków zawodowych działacz Porozumienia w resorcie pracy nie oznacza dobrej zmiany. Dotychczasowa polityka rządu w walce z pandemicznym kryzysem zdecydowanie koncentrowała się na obronie firm, kosztem obniżania zarobków pracowników. Wszystko wskazuje na to, że nic się w tym względzie nie zmieni, chyba że na gorsze, bo radykalnie wolnorynkowe poglądy Jarosława Gowina nie są dla nikogo tajemnicą.

Powrót do państwa wyznaniowego?

Na przestrzeni lat 1921-1939 i poczynając od roku 1989 obowiązywały w Polsce cztery konstytucje odmiennie ujmujące koncepcje praw i wolności obywatelskich. Zarówno jednak w modelu koncesyjnego zwierzchnictwa państwowego obowiązującego w Polsce międzywojennej, który zakładał że prawa i wolności obywatelskie wywodzone są z nadania państwa jak i w obowiązującej obecnie prawno-naturalnej koncepcji konstytucyjnej relacje państwa polskiego z kościołem układały się i układają bardzo podobnie.

W pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości Mała Konstytucja z 20 lutego 1919 roku stojąca na stanowisku skoncentrowania władzy w Sejmie Ustawodawczym i dążenia do jak najszybszego uchwalenia ustawy zasadniczej wprowadzała zasadę koncentracji władzy państwowej i zwierzchnictwa państwa we wszystkich sprawach w tym oczywiście działalności kościołów i związków wyznaniowych. Koncepcja taka dawała możliwość uregulowania statusu prawnego różnorodnych wyznań religijnych na równoprawnych zasadach tym bardziej, że główne mniejszości narodowe ukraińska, białoruska czy żydowska związane były konfesjami niekatolickimi. Niestety tak się nie stało, a Konstytucje z 17 marca 1921 r. oraz z 23 kwietnia 1935 r. przyznawały Kościołowi katolickiemu uprzywilejowaną pozycję prawną – „naczelnego stanowiska wśród równouprawnionych wyznań”. Uznana została pełna autonomia kościoła i złamana zasada przyznawania praw z nadania państwa co wynikało z zawartego w roku 1925 konkordatu oraz przepisów wykonawczych konkretyzujących jego postanowienia. Przewidywały one mianowicie m.in. swobodę w wykonywaniu władzy duchowej i jurysdykcji, administracji wewnętrznej i zarządu majątkiem. Duchowieństwo zostało zwolnione ze służby wojskowej i korzystało ze specjalnej ochrony karnej. Kościół korzystał z pomocy państwa przy wykonywaniu decyzji władz kościelnych i otrzymywał od państwa dotacje. Na przykład w 1938 roku była to kwota 20 mln złotych. Praktyka współdziałania państwa z Kościołem katolickim wykraczała jednak daleko bardziej poza przyznane prawem przywileje i stawała się coraz bardziej elementem realizacji polityki w tym przede wszystkim narodowościowej skierowanej przeciwko ludności ukraińskiej i białoruskiej wyznania prawosławnego i grecko-katolickiego oraz akceptującej ekscesy antysemickie polskich nacjonalistów.

Pomimo, że międzywojenny system zwierzchnictwa państwa nad związkami wyznaniowymi został po II wojnie światowej zastąpiony systemem zwierzchnictwa rozdziałowego realizowanego w warunkach państwa autorytarnego popierającego światopogląd materialistyczny, to pozycja Kościoła katolickiego nie tylko nie ucierpiała, ale uzyskała szerokie poparcie wiernych już jako instytucja wyznaniowa faktycznie monopolizująca całą sferę religijną. Nie bez znaczenia w procesie umacniania pozycji Kościoła pozostawała rekatolicyzacja Ziem Zachodnich i Północnych. Przejęcie przez Kościół katolicki w drodze zawłaszczenia majątku parafii protestanckich różnej konfesji, a także wielu obiektów kościołów wschodnich na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu zostało z czasem zatwierdzone przez władze PRL-u stając się przysporzeniem majątkowym o istotnych rozmiarach i to znacznie wcześniej niż stały się nim działania Komisji Majątkowej szczodrze dysponującej na rzecz Kościoła mieniem państwowym i jednostek samorządu terytorialnego. W warunkach obowiązującej teoretycznie w Polsce Ludowej tzw. „separacji wrogiej” państwa i Kościoła realizował się proces unifikacji religijnej i umacniania wpływów instytucji religijnej w społeczeństwie i państwie, co w efekcie doprowadziło do ustępstw władzy wobec aspiracji Kościoła, uległości i poszukiwaniu wsparcia w latach stanu wojennego w zapewnieniu ładu i spokoju wewnętrznego, a w końcu całkowitej kapitulacji i zaakceptowania odejścia od laickiego modelu państwa w ustawach wyznaniowych z 17 maja 1989 r.

Od roku 1989 funkcjonuje w Polsce tzw. system „przyjaznego” rozdziału państwa od kościołów i związków wyznaniowych, jednakże przy wyraźnym nabieraniu przez państwo znamion konfesyjnych o orientacji katolickiej, które ostatecznie doprowadziły do ukształtowania się Polski jako państwa wyznaniowego za fasadą tzw. demokracji większościowej.

Relacje państwo – związki wyznaniowe po przełomie 1989 roku.
Po latach PRL-u dyskusja na temat Kościoła i roli religii w państwie i społeczeństwie mogła przebiegać znacznie szerzej i poważniej niż bezpośrednio po ukonstytuowaniu się pierwszego demokratycznego rządu na czele z Premierem Mazowieckim. Niestety relacja państwa z Kościołem katolickim w owym czasie pozostawała pod silną presją roszczeń Kościoła żądającego wprowadzenia religii do sfery publicznej. Dodatkowo hierarchię kościelną i polskiego papieża powszechnie uznawano, nawet w środowiskach niekonfesyjnej części społeczeństwa, za gwaranta trwałości przemian demokratycznych. W tych warunkach marginalizowane były wszelkie krytyczne opinie i oceny aktywności Kościoła i roli religii w społeczeństwie i państwie, a media publiczne eliminowały tego rodzaju treści uniemożliwiając szerszy zasięg swobodnej dyskusji publicznej w sprawach wyznaniowych. Najlepszym przykładem takich praktyk jest całkowity brak dyskursu publicznego w sprawie konkordatu ze Stolicą Apostolską. Tekstu umowy nie był przedstawiony opinii publicznej i nie poddano go dyskusji nawet po podpisaniu w 1993 roku.

Poczynając od 1989 roku możemy wyróżnić sześć zasadniczych okresów kształtowania się relacji państwa z Kościołem katolickim, determinowanych kolejnymi wydarzeniami jakie przesądzały o treści tych relacji.

Okres od 1989 roku do roku 1993 zakończony pospiesznym przyjęciem tekstu konkordatu tj. umowy międzynarodowej zawartej pomiędzy Rzeczpospolitą Polska, a Stolicą Apostolską. Okres ten charakteryzował się kształtowaniem podstawowych założeń aksjologicznych, prawnych i politycznych. Z jednej strony wypracowywanych pod presją społecznego poparcia dla kościoła jako sojusznika polskiej wolności, które sięgało na początku 1990 roku 90%, a z drugiej strony – w warunkach trudności gospodarczych i nachalnego narzucania rozwiązań w zakresie edukacji, ochrony zdrowia czy mediów, wywiedzionych z konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości i budzących sprzeciw części społeczeństwa. W efekcie przeforsowano wprowadzenie religii do szkół, co nastąpiło 3.08.1990 r. na podstawie aktu prawnego rangi instrukcji, a już jesienią doszło do debaty nazywanej debatą o ochronie życia, sprowadzającej się do przyjęcia zakazu aborcji, a nieco wcześniej wprowadzono do ustawy o radiofonii i telewizji przepisy o obowiązku respektowania w audycjach tzw. wartości chrześcijańskich – rok 1992. Na fali niezadowolenia spowodowanego powyższymi działaniami jak i angażowaniem się duchownych w wybory 1991 roku nastąpił spadek uznania dla kościoła do 38% ,co zapewne umożliwiło bądź ułatwiło wstrzymanie prac nad konkordatem, którego przyjecie miało stanowić hołd składany Kościołowi katolickiemu i osobie papieża podkreślający zasługi dla Państwa Polskiego.

Przyjecie tekstu konkordatu w 1993 i rządy postkomunistycznej lewicy zaznaczyły się intensyfikacją prac nad przygotowaniem projektu Konstytucji RP, naciskami środowisk kościelnych i ugrupowań prawicowych na ratyfikację konkordatu oraz uchwaleniem Konstytucji RP w dniu 20.04.1997 roku. Logika demokratycznej polityki i logika religii rodziły nieustannie napięcia szczególnie w wypadku ustalania aksjologicznych prawnych i politycznych reguł demokratycznej gry i pozycji jaką w państwie zajmować ma religia i jej instytucjonalny wyraz. Niewątpliwie dzięki rządom lewicy, oskarżanej często o kapitulanctwo wobec roszczeń Kościoła, udało się zachować jakieś minimum praw i wolności w zakresie sumienia i wyznania. Niestety w następnych latach gwarancje konstytucyjne okazały się całkowicie nie wystarczające, powszechnie ignorowane przez władze administracyjne i sądowe wobec presji kościoła i organizacji zorientowanych religijnie. W okresie tym wyraźnie ukształtowały się nurty polityczne reprezentujące stanowiska „katolicko-narodowe” nawiązujące do koncepcji Dmowskiego i Carla Schmidta głoszące powrót do historycznej tradycji, narodowych mitów i katolickiej tożsamości Polaków. Stanowisko laickiej części społeczeństwa reprezentowane przez lewicę i nieliczne organizacje świeckie oraz umiarkowanie liberalne spętane było poczuciem uległości wobec Kościoła i gotowością zadośćuczynienia mu za wkład w odzyskanie wolności i ograniczone zbyt dużym przekonaniem o jego znaczeniu i roli Kościoła w Polsce.

Lata 1997 do 2005 to okres decydujący dla polskich aspiracji o członkostwo w Unii Europejskiej, a dla Kościoła realny udział w tym procesie często jakby nie dostrzegany bądź marginalizowany przez obserwatorów świeckich. To jest okres rozpoczynający się wizytą delegacji polskiego Episkopatu w Brukseli, która miała miejsce w dniach 4-7.11.1997 roku i potwierdzającej publiczny status kościoła w tym procesie. Chociaż ogólna orientacja duchowieństwa była pozytywna, to w żadnej mierze nie była bezwarunkowa ani w relacji z rządem ani z Unią Europejską. Zróżnicowane postawy wobec akcesji stwarzały poważne problemy jak się wydaje również watykańskiemu kierownictwu liczącemu na zintensyfikowanie procesu rechrystianizacji Europy i wprowadzenie do opracowywanego wówczas projektu Konstytucji Europejskiej Invocatio Dei i postanowień nawiązujących do chrześcijańskich fundamentów Europy. Krytycy przystąpienia Polski do UE zgromadzeni wokół Radia Maryja i Naszego Dziennika wbrew stanowisku papieża uzyskiwali coraz większe poparcie w tradycjonalistycznie zorientowanym społeczeństwie i części kleru parafialnego. O pozytywnym stanowisku polskiego episkopatu przesądziła jednak większość duchowieństwa posłuszna papieskiemu zwierzchnictwu. Okres ten kończy śmierć papieża i zwycięstwo wyborcze partii przybierającej już religijny makijaż, lecz jeszcze nie całkiem religijnie zorientowanej i często krytykowanej przez przedstawicieli hierarchii kościelnej ( np. abp H. Muszyński ostro krytykował PiS za styl prowadzenia polityki), a list Lecha Kaczyńskiego zawarty w broszurze „Polska katolicka w chrześcijańskiej Europie” nie budził jeszcze entuzjazmu hierarchii kościelnej.

Okres rozpoczynający się po śmierci papieża i trwający do wyborczego zwycięstwa PIS-u w 14 z 16 województwach w roku 2005 to najbardziej gorący czas dla Kościoła katolickiego w Polsce. Zaczął się on od „bezkrólewia” polegającego na utracie przez większość społeczeństwa, a nie tylko katolików wspólnego autorytetu i punktu odniesienia jakim był Karol Wojtyła. Wywołany przez władzę PIS problem lustracji osłabiał pozycję hierarchów katolickich, a środowiska związane z obozem liberalnym nie wahały się zdecydowanie recenzować nieprzychylną im władzę i Kościół w sferze medialnej. W tym czasie, obfitującym w dramatyczne wydarzenia związane z katastrofą lotniczą pod Smoleńskiem, dochodzi do wyraźnego ukształtowania się aprobującego stosunku Kościoła do projektu IV RP braci Kaczyńskich. Okres przerwany odsunięciem koalicyjnego rządu PIS od władzy i względną neutralizacją stanowiska duchowieństwa wobec rządzących za cenę intensyfikacji materialnych przysporzeń, licznych koncesji i przywilejów kończył także proces wyposażania Kościoła katolickiego w zasadniczą część przekazanego mu majątku w postaci nieruchomości i kwot pieniężnych pozostawiając jednakże w dalszym ciągu otwartą możliwość akwizycji nieruchomości na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Jednocześnie hierarchia kościelna mogła naocznie przekonać się o zdolnościach mobilizacyjnych elektoratu odwołującego się do narodowo-wyznaniowych idei dyscyplinowanych skutecznym narzędziem politycznym jakim w rękach Jarosława Kaczyńskiego okazał się klerykalizm polityczny wobec którego neoliberalny rząd Tuska okazał się bezsilny. Przeciwstawienie narodowo-katolickiej ofensywie happeningów Palikota z jednej strony, a gotowości do spełniania aspiracji Kościoła z drugiej, godzenie się na jego wzrastającą pozycję w społeczeństwie i państwie, a nawet gorliwość w oferowaniu rozmaitych przywilejów przyniosła jedynie czasową neutralizację postawy Kościoła. Trwała ona do czasu ostatecznego zamknięcia systemu przysporzeń majątkowych przez Komisję Majątkową i można było pomyśleć już nie tylko o panowaniu światopoglądowym lecz realnej władzy.

Wraz z wygraną partii rządzącej w wyborach parlamentarnych nadszedł okres kulminacji wszystkich osiągnięć Kościoła katolickiego z całego okresu minionego ćwierćwiecza. Stosunki Kościoła z państwem poddane zostały dyktatowi światopoglądowemu Kościoła katolickiego. Koncepcja „nowego Polaka” związanego tożsamościowo z religią jednego wyznania jest osią „naszości” coraz bardziej przypominającą faszyzm włoski czy faszystowski korporacjonizm Salazara w Portugalii. Jednocześnie żadne emocje i napięcia społeczne związane z udziałem duchowieństwa w działalności politycznej, patronowaniem różnego rodzaju przedsięwzięciom, z jawnym wspieraniem partii rządzącej jak i pomoc oraz wsparcie w doprowadzeniu jej do władzy e nie były w stanie wywołać większego protestu skierowanego przeciwko aktywności Kościoła w dziele klerykalizacji kraju. Nie znalazły odzwierciedlenia w stanowiskach partii opozycyjnych marginalizowanych przez Zjednoczona Prawicę. Zgodnie z obowiązującą w polskiej polityce zasadą omijania kwestii kościoła i religii w przestrzeni publicznej, opozycja truchlała na samą myśl o konieczności opisu rzeczywistej roli kościoła jako faktycznego koalicjanta władzy i jego poparcia dla kontrowersyjnego projektu realizowanego przez partię rządzącą. Nieśmiałe próby zwrócenia uwagi na rangę problemu klerykalizacji kraju podejmowane przez nielicznych naukowców i intelektualistów (Apel do władz Rzeczpospolitej Polskiej w sprawie klerykalizacji kraju) poparte podpisami kilkunastu tysięcy obywateli w ogóle nie został szerzej odnotowany w publicznej dyskusji, a brak w nim propozycji konkretnych inicjatyw czy działań skierowanych do społeczeństwa stawia go jedynie w rzędzie szlachetnego, lecz pozbawionego jakiejkolwiek skuteczności gestu mającego zwrócić uwagę rządzących na obowiązujące w Polsce „ustrojowe podstawy państwa i jego porządku prawnego” łamane bez żenady podobnie jak łamano je w dwudziestoleciu międzywojennym.

Wybory parlamentarne roku 2019 i prezydenckie z 2020 pomimo wprowadzenia do Sejmu i Senatu RP przedstawicieli partii lewicowych oczywiście nie były w stanie zmienić czegokolwiek w relacjach rządzących z Kościołem katolickim, który wyraźnie staje się już czymś więcej niż tylko koalicjantem partii rządzącej. Wyniki wyborów parlamentarnych, w których już wszystkie ugrupowania z wyjątkiem lewicy w sposób jawny odwoływały się do religijnej wizji świata i deklarowały gotowość akceptacji pozycji Kościoła świadczą o triumfie klerykalizmu politycznego jako najskuteczniejszego narzędzia politycznej ekspresji w państwie wyznaniowym. Za wyjątkiem neoliberalnego kandydata opozycji parlamentarnej, w dalszym ciągu nie przyjmującego do wiadomości klerykalizacji państwa, główni liczący się w wyborach prezydenckich kandydaci przywoływali religijne podstawy swoich wyborów wyraźnie potwierdzając zachodzący proces autoidentyfikacji państwa ze światopoglądem religijnym jednego wyznania. W tym stanie rzeczy już nie tylko pozycja danej partii politycznej w ramach koalicji rządzącej determinowana jest manifestacyjną religijnością, która podlega wartościowaniu przez Kościół katolicki, ale i funkcjonowanie na scenie politycznej ugrupowania opozycyjnego w warunkach uznania go za godny jej element. Pozwala to Kościołowi na kształtowanie poprzez swoje poparcie pozycji politycznej w układzie rządowym i parlamentarnym, co budzić musi zdziwienie wobec zachodzących procesów laicyzacji społeczeństwa wbrew narastającej presji jego narodowo-wyznaniowej ideologizacji. Efektem okresy zapoczątkowanego maratonem wyborczym 2019/20 będzie umacnianie antydemokratycznego, autorytarnego państwa wyznaniowego zwalczanie instytucji demokratycznych, wolnych mediów, i wolnej myśli, a w końcu podstawowych praw człowieka i obywatela.

Taka piękna katastrofa

Jak się źle dzieje na prawicy, to nie powiem żebym jakoś szczególnie się z tego powodu smucił. Nawet w pewien sposób mnie to bawi. Może nie raduje, bo, jak śpiewał pewien kolega z Płocka, lepiej jest, „żeby ludzie się kochali a nie napierdalali”, ale wolę kiedy nasza prawica zajmuje się sobą a nie Polską. Jest wtedy dla kraju jeszcze jakaś nadzieja.

Doprawdy, nie mogę pojąć jednego; być może jestem za głupi, nie znam się na polityce (to na pewno!), może za krótko byłem w wojsku, ale pomysł z wnioskiem KO o wotum nieufności dla Ziobry po prostu mi się podoba. Oczywiście wtedy, kiedy prawica nadal skakałaby sobie do gardeł, bo byłaby szansa obejrzeć w Sejmie naprawdę porządną komedię. A wyglądałoby to miej więcej tak…

Jakimś cudem opozycji udaje się przepchnąć wniosek o wotum nieufności dla Ziobry przez marszałkowską laskę (bo marszałek Witek akurat na zwolnieniu i ktoś nie dopilnuje). Oczywiście, bardzo możliwe że posłów Koalicji wyręczy wcześniej premier Morawiecki, który zdymisjonuje Ziobrę, zanim cokolwiek z ich wnioskiem się zadzieje, ale jeśli nie, to choćby dla sportu, można by obejrzeć dyskusję nad przyszłością ministra sprawiedliwości. Bardzo jestem ciekaw, kogo PiS wystawiłby do obrony pana ministra i dlaczego nie byłby to Mateusz Morawiecki. A może jednak by był; zacisnąłby zęby i na oczach ludzi opowiadałby, jakiż to Zbigniew Ziobro jest szlachetny, prawdomówny i pryncypialny. Dla samej obłudnej gry tych ludzi chciałbym taką sejmową dyskusję ujrzeć na własne oczy i na własne uszy usłyszeć, żeby przekonać się, jak bardzo drwią sobie z nas i naszej ludzkiej przyzwoitości politycy PiS-u, kiedy obłuda cieknie im z ust gdy je otwierają. Szans na to, że PiS dopuści do głosowania przed ustaleniem losów ostatecznych Ziobry nie ma najmniejszych, bo mogłoby się okazać, że dla pisowskiego interfejsu białkowego z kartami do głosowania, jak ongiś określił szeregowych posłów jeden nieszeregowy, Zbigniew Ziobro od dawna jest skończony, ale zagłosują i tak, jak każe im ich pan, a nie sumienie, bo żeby głosować zgodnie z sumieniem, najpierw wypadałoby je mieć.

Pogodziłem się z tym, że nie obejrzę tej komedii; kiedy PiS łajałby Ziobrę, żeby finalnie za nim zagłosować, bo jednak hołd lenny Zbigniewa okazałby się być miły sercu Wielkiego Jarosława i trzeba by wszystko odkręcić. Niedosyt jednak zostaje. Tak jak po ostatnich wyborach. Niby wszyscy wiedzieli jak to się skończy, a jednak każdy liczył, że może tym razem będzie inaczej. Dlatego właśnie daję punkt dla KO za pomysł; żeby pobudzić do wysiłku szare komórki obywateli, kiedy będą sobie wyobrażać, co by było, gdyby się jednak udało i można by popatrzeć wreszcie na sejmową debatę bez odruchu wymiotnego na starcie. Że coś by się wreszcie działo, jakiś ferment, zaniepokojenie, brak własnego zdania; że odsłoniłby wreszcie PiS swoją fasadowość i bylejakość trzymaną za pysk przez prezesa za pomocą bardzo krótkiej smyczy. Ale chyba jeszcze nie tym razem. A szkoda. Mogłaby być taka piękna katastrofa.

Słownik wyrazów niejasnych Zjednoczonej prawicy

Prominentni przedstawiciele Polskiej Zjednoczonej Prawicy mówią często językiem niezrozumiałym dla przeciętnych obywateli i wymyślają nowe słowa, których nie można znaleźć w dostępnych słownikach, lub których znaczenie jest w nich wyjaśniane niezgodnie z intencjami mówców.

Kilkanaście osób zwróciło się do mnie z prośbą, abym wykorzystując wieloletnie doświadczenie spróbował określić pożądane znaczenie tych słów. Poczułem się zaszczycony tą propozycją, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie jestem dostatecznie kompetentny. Spróbowałem jednak przetłumaczyć kilka takich słów i pojęć na zrozumiały język, nie wykluczając, że – jeśli spotka się to z uznaniem – będę tą listę uzupełniał.
Zachowanie powagi przy czytaniu tego słownika nie jest konieczne.

Gender

Wymyślona przez cudzoziemców płeć kulturowa, społeczna lub psychiczna inna, od ich płci naturalnej, czyli fizjologicznej. Bardzo niebezpieczny trend, leżący u podstawy ideologii LGBT (patrz stosowne hasło). Zagraża szczególnie dzieciom prawicy, które pod wpływem takich poglądów mogą uwierzyć, że dziewczynki nadają się do rządzenia państwem, lub prowadzenia wojskowych samolotów, a nie do kuchni, sprzątania i wypełniania małżeńskich obowiązków. A chłopcy nie muszą grać w piłkę nożną i bić się z kibicami innych klubów. Chłopcy też – o tempora, o mores – mogą kochać innych chłopców a dziewczynki interesować się innymi dziewczynkami, nie tylko przy odrabianiu lekcji.

Zagrożenie ze strony gender nieustannie wzrasta. Ostatnio wysoki urzędnik państwowy powołany dla ochrony dzieci odkrył, że w tajnych polskich laboratoriach wynaleziono lek, który podawany dzieciom w szkole, w postaci tabletek, zmienia ich płeć. Zapewne będzie można wysłać rano do szkoły chłopca, a odebrać popołudniu dziewczynkę cudownej urody. Na najwyższym szczeblu Zjednoczonej Prawicy ustalana jest cena tego leku, który chcą w pierwszej kolejności kupić kraje arabskie.

Ciepły człowiek

Zagraniczny mąż stanu, który do przedstawiciela polskiej prawicy potrafi się czule uśmiechać, prowadzić z nim interesującą rozmowę przy kawie, winie i koniaku. Nie jest ważne, jakimi działa metodami i jaką ma opinię wśród swoich rodaków. Nie jest też istotne, w jaki sposób utrzymuje się u władzy. Trzeba jednak uważać, bo zmiana politycznych okoliczności może spowodować, że przyjaźń z tym ciepłym człowiekiem staje się niewygodna.

Dekomunizacja

Likwidowanie wszystkiego, co może przypominać okres tzw. Polski Ludowej a także zamykanie dróg awansu społecznego ludziom, którzy pełnili wtedy nawet najniższe funkcje kierownicze i – tym bardziej – służyli w jakichkolwiek służbach mundurowych lub cywilnym aparacie ucisku. Usuwanie wszelkich pomników i nazw pochodzących z tego okresu – także tych, które dotyczą obywateli państwa o nazwie ZSRR, czyli obecnie Rosji. Wewnętrzne przekonanie prawdziwych patriotów (patrz odpowiednie hasło), że właściwie każdy obywatel, który miał wówczas więcej niż 15 lat i nie siedział w więzieniu – jest podejrzany i może być obecnie postkomunistą (patrz odpowiednie hasło).

Ideologia LGBT

Skrót niewymagający uciążliwego rozwijania, kierowany głównie do mniej wykształconej, ale licznej, grupy stałych wyborców Zjednoczonej Prawicy. Wygoda jego stosowania polega na tym, że nie atakuje bezpośrednio ludzi mających nienormatywne zainteresowania seksualne, lub lubiących nietypowe stroje i zachowania, tylko sugeruje, że są oni ofiarami niedopuszczalnej i wrogiej ideologii. Ideologia ta ma swoje źródła w pierwotnym komunizmie, nakłania do braku szacunku dla władzy i jej moralnych autorytetów, zmierza do seksualizacji młodzieży. A przecież wiadomo, że seks I kwestionowanie osiągnięć władzy lub – co gorsza – ich „wyśmiewanie”, są źródłem deprawacji i mogą także zmniejszać pobożność narodu.

Kryształowy człowiek

Każdy członek partii stanowiącej część Zjednoczonej Prawicy, który nie popełnił przestępstwa ściganego przez prokuraturę i nie ma aktualnego wyroku sądowego. Plotki i oskarżenia opozycji, a także „ulicy i zagranicy” nie mają w tym zakresie żadnego znaczenia. Inteligentny człowiek – a z takich przede wszystkim składają się te partie – może przecież legalnie dorobić się nawet wielkiego majątku, wykorzystując określone sytuacje w rozwoju gospodarki, zmiany przepisów i pożyteczne znajomości cywilne i kościelne.

Komuniści i złodzieje

Potoczna, salonowa nazwa politycznych konkurentów, których życiorysy sięgają okresów rządów zależnych lub lewicowych. Otwarty zarzut złodziejstwa trzeba obecnie używać ostrożnie, ponieważ traci na aktualności, wobec większych osiągnięć w tym zakresie działaczy późniejszych rządów, o – statutowo i propagandowo – całkowicie nielewicowym profilu.

LGBT

Skrót trudnej do zapamiętania nazwy grup ludzi, którzy ukrywają się w formalnie istniejących stowarzyszeniach, ale jednocześnie tworzą ogromną podziemną organizację, wrogo nastawiona wobec Zjednoczonej Prawicy. Ludzie ci często mają nienormatywne, (czyli nienormalne) upodobania seksualne, lubią się bawić i kolorowo ubierać, zamiast w skromnym odzieniu oddawać się bez reszty pracy nad wzrostem dobrobytu. pobożności i patriotyzmu ludności kraju. Ich sztandarami są nieestetyczne płachty w kolorach tęczy (patrz stosowne hasło).

Neomarksizm

Nowoczesny marksizm, czyli odczytywanie dzieł Karola Marksa w sposób dostosowany do współczesnych warunków pracy i tworzenia kapitału. Trzeba z góry założyć, że jest to niesłuszne i szkodliwe tak samo, jak wymaganie od studentów ekonomii w niektórych krajach zachodniej Europy, aby czytali te dzieła i zdawali egzaminy z ich znajomości. Znacznie bezpieczniejsze dla młodzieży jest poznawanie historii rozwoju koncepcji ekonomicznych, prezentowanej w zróżnicowanych programach kształcenia i dyskusjach, prowadzonych w państwowej, polskiej telewizji.

Neokomunizm

Teoretycznie – ideologia komunistyczna dostosowania do zmienionej w XX i XXI wieku sytuacji w relacjach pracobiorców i pracodawców, w funkcjonowaniu rynku i tworzeniu kapitału. Zaleca się jednak aktywistom prawicy tłumaczenie mniej wykształconej części społeczeństwa, że są to niebezpieczne próby powrotu do komunizmu, który należy identyfikować z okresem istnienia PRL. Będą małe zarobki i tylko ocet na rynku. Bardziej wykształconym można jednak tłumaczyć, że trzeba unikać tego określenia przy omawianiu dążeń obecnych, prawicowych rządów, do koncentracji władzy, rezygnacji z jej częściowego wykonywania przez parlament i sądownictwo, kontroli mediów, stosowania ukrytych form cenzury i organizowania medialnych ataków na politycznych przeciwników.

Prawdziwy patriota

To obywatel Rzeczpospolitej, który zawsze podziela poglądy rządzącej prawicy i daje do zrozumienia, że nienawidzi lewicy. Powinien też mieć dziadka, pradziadka lub chociaż prawuja, który był żołnierzem wyklętym, albo przynajmniej kilka dni siedział w więzieniu komuny. Dowodem prawdziwości patriotyzmu jest także to, że stale walczy się z jakimś wrogiem. Kto jest aktualnie tym wrogiem, określa partia rządząca albo jej, zawsze nieomylny, prezes.

Patriota nieprawdziwy

Obywatel Rzeczpospolitej, który wprawdzie twierdzi, że jest patriotą, ale nie ma zalet wymienionych w haśle „Prawdziwy patriota”. Można go zidentyfikować także po nawet pobieżnym zapoznaniu się z jego życiorysem. Jest nieprawdziwy, jeśli był oficerem polskiego wojska w latach 1945 – 1990. Jest skrajnie nieprawdziwy, jeśli szlify oficerskie nosił w tzw. milicji obywatelskiej. Jest także nieprawdziwy, jeśli w tych latach był urzędnikiem centralnej administracji, członkiem jakiejkolwiek patii lub organizacji. Można mieć wątpliwości, co do szczerości jego patriotyzmu, jeśli chodził na pochody pierwszomajowe, śpiewał piosenki w rodzaju „Małe mieszkanko na Mariensztacie….” albo „Czerwony autobus przez ulice mego miasta mknie…”, wyjeżdżał na urlopy do krajów kontrolowanych przez ówczesny ZSRR.

Praca dla idei

Praca, którą powinni wykonywać inni za darmo albo za płacę minimalną. Hasło wyborcze niektórych prominentnych działaczy prawicy. Nie dotyczy twórców hasła i innych członków tej grupy. Ich praca dla idei powinna obejmować możliwie maksymalną ilość jednocześnie pełnionych i wysokopłatnych funkcji i stanowisk. Ich zadaniem ideowym na tych stanowiskach jest nieustanne powtarzanie haseł prawicy i tłumaczenie pracownikom, jakie szczęście ich spotkało, że mogą żyć pod jej rządami.

Tęcza

Denerwujące zjawisko atmosferyczne w postaci widocznej na horyzoncie półkolistej taśmy (łuku) w kilku kolorach – czerwonym, pomarańczowym, żółtym, zielonym, niebieskim, indygo i fioletowym. Takie same kolory zastosowano na sztandarach i propagandowych plakatach ludzi wyznających ideologię LGBT (patrz stosowne hasło). Prokuratura b będzie zapewne badać słuszność podejrzenia, że w niebiańskim sztabie Świętego Piotra ukrywają się duchy zwolenników tej bezbożnej ideologii, które nie dopuszczają do zmiany kolorów tęczy atmosferycznej tylko na biały i czerwony.

Zdradziecka morda

Pieszczotliwa forma określenia przyjaciela(ciółki) zbliżona do określeń w rodzaju „mordeczka kochana, „morduchna” albo „moja ty mordo”. Powinna być używana ostrożnie, bo można ją mylić także z nieprzyjaznymi określeniami w rodzaju „ach ty w mordę j….”

Przymiotnikowe podkreślenie, że w tym przypadku chodzi też o zdradę, nasuwa przypuszczenie, że może to być zdrada jakiejś tajemnicy albo zdrada o charakterze uczuciowo – seksualnym. Publiczne użycie takiego określenia może świadczyć o zakorzenionym uczuciu zazdrości o dobra materialne, jak np. o lepszy samochód, bardziej wiernego psa czy ładniejszego kota.

Związek partnerski

Bliskie relacje łączące dwoje ludzi o odmiennej płci, którzy nie dojrzeli do zawarcia świętego związku małżeńskiego. Zwalczane przez prawicę i niedopuszczalne moralnie jest rozszerzanie takich związków na relacje dwóch osób o takiej samej płci. Takie postępowanie sprzyja rozwojowi tajnych struktur LGBT (patrz stosowne hasło), jest niebezpieczne dla stabilności państwa i grozi dalszym spadkiem przyrostu naturalnego. Należy jednak starannie oddzielać takie związki, od trwałych, męskich przyjaźni widocznych zwłaszcza w organizowaniu wspólnych wyjazdów urlopowych. Zwłaszcza takich, w których wysoki i silny mężczyzna chroni mniejszego i słabszego.

To nie wróżba z fusów

bo taki też być może wynik aktualnego kryzysu w Zjednoczonej Prawicy

Znane od lat powiedzenie, że nikt PiS-owi bardziej nie zaszkodzi jak on sam sobie nie jest oczywiście podstawą prognoz analityków sceny politycznej, niemniej jednak, w aktualnym przebiegu wydarzeń, coś jest na rzeczy. Dwa projekty ustaw nie powinny wywołać takiego kryzysu.

Pierwsza ustawa,

powszechnie określana jako o bezkarności urzędników, w ogóle nie powinna być procedowana, gdyż wypełnia takie oczekiwania rządzących Art.6. Ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Nadto z uwagi na obowiązującą powszechnie zasadę Lex retro non agit – prawo nie działa wstecz – skutki byłej bezkarności urzędników nie mogłyby podlegać żadnej ochronie prawnej. Ale Zbigniew Ziobro, naruszający przepisy Konstytucji i dewastujący wymiar sprawiedliwości oraz tak często reinterpretujący przepisy na swoją korzyść, uniósł się w tej kwestii w szczególny sposób, powołując się na równość obywateli wobec prawa.

Drugi projekt ustawy,

popularnie nazywanej o ochronie zwierząt, poza słusznie reprezentowaną ideą, zawierał szereg niedoróbek. To wszystko, poprzez konsultacje i pracę nad tekstem można było zmienić, ale jak się okazało, zwierzęta wcale nie były tu najważniejsze. W obronie krzywdy jaką spotka podobno naszą wieś i futerkowych przedsiębiorców wystąpili niespodziewanie po raz pierwszy Konfederaci i Solidarna Polska, a prezes PSL Kosiniak-Kamysz w demagogicznej sejmowej mowie zapędził się nawet do nieposzanowania historii, tradycji i dobra wsi polskiej. Abstrahując od tych wyborczych wyzwań do potencjalnego elektoratu, nikt prawie nie podał, że tych przedsiębiorców jest zaledwie kilkuset, a nadto, jak wiele osób zatrudniają i czy ich rzeczywisty związek ze wsią polega jedynie na położonych tam fermach.

Wiele osób sądzi do dziś,

że przyczyną wybuchu I wojny światowej był zamach w Sarajewie, a ówczesne europejskie potęgi wojny wcale nie chciały, ale jakoś tak wyszło, że 10 mln ludzi zginęło. To niewątpliwie przesadzone porównanie do pęknięcia w Zjednoczonej Prawicy ma o tyle sens, że tak, jak za decyzjami wielkich mocarstw kryły się imperialne interesy, tak za reakcją Gowina i Ziobry na wspomniane ustawy dbałość o aktualną pozycję i przyszłość swoich ugrupowań, a tego drugiego nadto walka z Morawieckim o schedę po Kaczyńskim. Co prawda biedne zwierzaki na tym sporze, dzięki poparciu ustawy przez PO i Lewicę, zyskały, natomiast przyszłość Prawa i Sprawiedliwości wywołuje tajfuny wypowiedzi i prognoz.

Oświadczenia i zapowiedzi

dotyczące rozpadu prawicowej koalicji wraz z perspektywą nowych wyborów, do których tym razem PiS pójdzie samodzielnie, wywołują na ogół niedowierzanie, oparte są bowiem na podobnej sytuacji sprzed lat, gdy partia Kaczyńskiego przyspieszone wybory przegrała. Przypuszcza się raczej, że powyższe znaki, połączone z rozpoczętą akcją dyscyplinowania posłów PiS, którzy zapomnieli co oznacza dyscyplina klubowa, będącą także przykładem dla pozostałych rokoszan, ma na celu skłonienie ich do przyjęcia postawy ugodowej. Brutalne uzmysłowienie poniesionych strat własnych, rodzinnych, towarzysko-układowych, a więc w sumie dotychczasowej pozycji i związanej z nią kasy, stanowić może uzasadnienie do zmiany barw, bądź pełnego podporządkowania się hegemonowi. Jeżeli dodać informacje o rozlicznych zabiegach wkoło ewentualnych nowych koalicjantów, to rzeczywiście zapowiedź nowych wyborów spełniać może rolę straszaka.

Uwarunkowania zaistniałej sytuacji

to nie tylko trwający od dawna ostry spor Ziobry z Morawieckim i czynione przez Kaczyńskiego próby jego obrony, planowana promocja na wiceszefa partii oraz blokada SP w telewizji rządowej. Postrzegana przez PiS zbyt duża samodzielność koalicjantów – sprzeciw wobec majowych wyborów, narzucenie ideologicznej ofensywy atny-LGBT i w podobnych kierunkach, nadto nierozwiązywalny konflikt z Unią Europejską – skutkowało ograniczeniem dla dwóch mniejszych liczby ich ministrów i niekorzystnymi warunkami koalicyjnej umowy.

Problem nieprzestrzegania praworządności wraz z możliwymi finansowymi retorsjami ze strony Unii Europejskiej stwarza bardzo realne niebezpieczeństwo ekonomiczne, a w pewnej konsekwencji i społeczne. Co prawda uważa się, że Kaczyński potrafi umiejętnie zarządzać polityczną sytuacją kryzysową, ale nie w sferze pozbawionej pełnej politycznej kontroli.

Ziobro licytował

mając ku temu swoje kalkulacje, a zapewne i zabezpieczenia, uznając ograniczenia narzucane przez PiS za grożące eliminacją SP i jego osoby z życia publicznego. Fiasko rozmów koalicyjnych stanowiło dla niego graniczny, a jednocześnie najlepszy moment do konfrontacji, w świetle obrony równości obywateli promującej go w oczach wyborców, a jednocześnie w związku z ustawą o ochronie zwierząt dyskwalifikującą PiS w części jego tradycyjnego, wiejskiego elektoratu, który może odwrócić się od partii Kaczyńskiego. To drugie było w rozumowaniu Ziobry stanowiło przeszkodą dla nowych wyborów. Sprzyjał mu również wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie w sprawie próby przeprowadzenia korespondencyjnych wyborów prezydenckich w maju tego roku. Sąd uznał, że decyzje Morawieckiego zostały „wydane bez podstawy prawnej i z rażącym naruszeniem prawa”.

Wszystkie najważniejsze dokonania Ziobry, dewastujące wymiar sprawiedliwości, które niewątpliwie konsultował i wykonywał z polecenia bądź za akceptacją prezesa PiS, przy kolejnej niesubordynacji tracą swoje znaczenie. Ma tu niejako zastosowanie, przeniesione na polityczną praktykę, stare przysłowie, o tym, że koń zawinił, a Cygana powiesili. Uwzględniając dobrą pamięć prezesa i niechęć do Ziobry jako zdrajcy, na koniec jego kariery czeka niecierpliwie zbyt wielu w szeregach PiS, szczególnie wśród starej gwardii. Odejście Ziobry z wymiaru sprawiedliwości pozwoliło by, jak w swoim czasie dymisja premier Beaty Szydło, na jakieś próby rozładowania napięć z instytucjami Unii Europejskiej, być może nawet na wycofanie się z pewnych rozwiązań na rzecz spodziewanych unijnych środków.

Pomysły Marka Borowskiego aby osłabić wpływy Ziobry poprzez odebranie mu funduszu solidarności, będącego podstawą finansową dla jego partyjnych działań, bądź Leszka Milera o rozdzieleniu funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego nie wydają się możliwe do wprowadzenia w życie; Zbigniew Ziobro pozbawiony kluczowych decyzji i wpływów prokuratorskich, a nadto podstaw materialnej działalności SP, na to nie przystanie, widząc w tym jedynie odłożenie politycznego wyroku śmierci. Równie wątpliwa jest dalsza cierpliwość prezesa PIS, bowiem tym razem postanowił zagrać va banque i jest przekonany, że wygra podtrzymując tym samym mit o swojej wiarygodności. Czas do namysłu jaki podobno dostał Ziobro zasadniczo niczego w jego sytuacji nie zmieni, bo to prezes a nie on dyktować będzie warunki ewentualnego rozejmu.
Natomiast losy Porozumienia, pomimo chwilowego sojuszu z Solidarna Polską, nie koniecznie są przesądzone, gdyż nie raz już bywało, że Jarosław Gowin dawał dowód spolegliwego partnera PiS. Ta prognoza stoi jednak w sprzeczności z pamięcią Kaczyńskiego i okazaną ostatnio nielojalnością.

Wariant B

Okazać się jednak może, że pomimo wcześniejszych zapowiedzi ze strony PiS o tym, że nie ma mowy o rządzie mniejszościowym, w świetle nieudanych, opisanych powyżej zabiegów i kalkulacji narodzi się jednak konieczność takiego rozwiązania, a następnie nieuniknionych nowych wyborów.

Zanim to jednak ewentualnie nastąpi zostanie dokonana tzw. rekonstrukcja rządu, której, tym razem, podstawowym celem będzie wyrzucenie wszystkich koalicjantów z posad ministrów, wiceministrów i z innych, ważnych stanowisk. Wraz z tymi decyzjami będzie miała miejsce powszechna czystka w spółkach skarbu państwa i pozostałych państwowych instytucjach. Pozwoli to przede wszystkim zasadniczo ograniczyć możliwości i wpływy w niewielkim zresztą elektoracie Solidarnej Polski i Porozumienia (w obu ugrupowaniach prawdopodobnie poniżej progu w, co w konsekwencji sytuować je będzie poza Sejmem. W tak poprzedzonych i przygotowanych wyborach PiS liczy na zwycięstwo, a niewątpliwie na sytuację, w której decydować będzie o kształcie nowego rządu.

Te przewidywania

mogą jednak mieć odmienny przebieg gdyby Zbigniew Ziobro zdecydował się, w geście zemsty i rozpaczy, na użycie w tej walce przeciw pisowskiej broni atomowej (nowe wybory) własnej broni wodorowej, na którą składają się, gromadzone zapewne – w to chyba nikt nie wątpi – przez lata, rozliczne haki na politycznych przeciwników. Pierwszą niewątpliwie salwę skieruje na Mateusza Morawieckiego, lecz mogłaby być ani nie ostatnią, ani nie tylko w tym kierunku. Wszechwładny szef służ specjalnych minister Kamiński niewątpliwie nie byłby dłużny i minioną wojnę na teczki zastąpiła by aktualna zawierucha na „dossier”.

W nieustabilizowanym demokratycznie kraju,

po ewentualnych, nowych wyborach parlamentarnych, może łatwo nastąpić rozkład i bezład życia politycznego, gdyż w Sejmie znajdą się ugrupowania, które żadną miarą porozumieć się nie będą mogły ze sobą. Nic nowego, to w polskim parlamencie już przerabialiśmy, tyle, że nikt nie odpowie na pytanie co dalej?

A tak w ogóle to może być oczywiście jeszcze inaczej.

Flaczki tygodnia

Jarosław Kaczyński podziwiał Aleksandra Kwaśniewskiego. Za to, że prezydent potrafił na Ukrainie „zagrać ostro”. Wbrew ówczesnej poprawności politycznej. Wbrew interesom Rosji. Wbrew powszechnym w Polsce opiniom, że komuchy są genetycznie prorosyjscy. I zawsze realizują interesy Kremla.

Pan prezes Kaczyński także lubi „zagrać ostro”. Podjąć ryzykowną i niespodziewaną przez komentatorów i analityków politycznych decyzję. Łamiącą dotychczasowe standardy politycznego zachowania, schematy racjonalnych działań.
Nie cierpi też „imposibilizmu”, czyli argumentacji, że czegoś nie można zrobić. Bo tak nie wypada, bo to niezgodne z poprawnością polityczną i politologiczną. Bo tak się nie robi.
I pewnie dlatego już kilka razy potrafił „zagrać ostro”. Nawet kiedy wiązało się to z ryzykiem przegranej.

Ale pan prezes wie również, że w polityce czasem warto dziś hucznie przegrać, aby jutro przekuć to w mit niezłomności, w fundament przyszłej wielkiej wygranej. Wie też, że polityka to sztuka cierpliwości i czekania. Twórczego czekania.

Dlatego „Flaczki” uważają, że zapowiadana przez zauszników pana prezesa groźba przedterminowych wyborów parlamentarnych nie jest tylko blefem w rozgrywce politycznej z krnąbrnymi koalicjantami. Zaproszeniem ich do złożenia hołdu lennego panu prezesowi.
I odrzucają powszechną, bezmyślnie powtarzaną przez krajowych komentatorów politycznych argumentację, że pan prezes Kaczyński nie pójdzie na przedterminowe wybory, bo „ma traumę 2007 roku”. Bo wtedy zagrał podobnie i przegrał. Bo władzę w państwie stracił.

Zapominają jednak, że wtedy pełnej władzy, czyli większości parlamentarnej, pan prezes nie posiadał. Bo rządził z koalicjantami. Z LPR i „Samoobroną”. A tylko pełna władza pana prezesa satysfakcjonuje.

Przedterminowe wybory parlamentarne są możliwe, bo teraz pan prezes też pełni władzy nie ma. I jeśli nawet pan Gowin hołd lenny mu złoży, to nadal poczucia posiadania tej pełnej władzy mieć już nie będzie. Nawet jeśli podobny hołd złoży pan Ziobro.
Bo skoro pan Gowin już raz woli prezesowej nie uszanował, skoro pan Ziobro kwity na totumfackich i familiantów pana prezesa zbiera, to czas te wrzody polityczne wycisnąć. Żelazem rozpalonym wypalić.

Nie od razu rzecz jasna. Przedterminowych wyborów nie da się zrobić z dnia na dzień. Nawet kiedy Sejm RP niezwłocznie podejmie uchwałę o przerwaniu swej kadencji. Większością głosów, których teraz pan prezes nie ma. Aby przyśpieszyć wybory parlamentarne pan premier Morawiecki może wystąpić do Sejmu o wotum zaufania. To może zapoczątkować procedurę szukania większości przez opozycję.
Ale to wymaga jedności opozycji i współpracy pana prezydenta Dudy. Ten na razie milczy jak zaklęty.
Jest też inny, skuteczny, ale niekorzystny propagandowo sposób. Rząd nie przedstawia w parlamencie przyszłorocznego budżetu w nakazanym mu konstytucyjnym terminie. Wtedy, na początku przyszłego roku, pan prezydent musi rozwiązać parlament.

Zatem decyzja o przedterminowych wyborach rozstrzygnie się w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. W tym czasie odbędzie się kongres PiS. Wybrani zostaną nowi wiceprezesi. Wśród nich może być pan premier Morawiecki.
W ciągu sześciu miesięcy powinna nastąpić „rekonstrukcja” rządu. Czy będą wśród nich gowinowcy? Pewnie tak, bo pan Gowin karku sztywnego nie ma.

Czy będzie w nim też pan Ziobro? Zapewne jeśli i on też hołd złoży, to przykładową karę ponieść musi. Może przestać być Prokuratorem Generalnym. Stracić fundusz sprawiedliwości. Wpływy w spółkach skarbu państwa. Czyli w rządzie pozostanie, ale wykastrowany politycznie.

W Polsce bywały już rządy mniejszościowe. Każdy nie przetrwał dłużej niż rok. Pan prezes Kaczyński pewnie wolałby być w opozycji niż rządzić na łasce byłych koalicjantów, opozycji i pana prezydenta. Tych, których uważa za gorszych, którymi gardzi nierzadko.
Pan prezes Kaczyński nie boi się ław opozycji. Jego PiS jest najbogatszą partią w Polsce. Ma sieć własnych mediów i wpływy w mediach publicznych. Ma Trybunał Konstytucyjny. Wsparcie swojego biznesu. Wsparcie hierarchów i proboszczów kościoła kat. Swojego prezydenta. Choć ten może się też zbuntować.

Pan prezes ma alternatywę: mniejszościowe rządy w czasach kryzysu gospodarczego i społecznego czy taktyczny odwrót na pozycję silnej, merytorycznej, zwartej opozycji?
Ma przykład kanclerza Adenauera, z wykształcenia też prawnika, który był kanclerzem do 87 roku życia. I przestał być przywódcą rządzącej Niemcami chadecji oraz posłem Bundestagu kiedy skończył 90 lat.

Pan prezes Kaczyński ma tylko 71 lat. Ma czas.

Problemy wrzącego kotła

Zjednoczona jednak już coraz mniej Prawica ma już z głowy uciążliwą kampanię wyborczą i nareszcie może zająć się tym co jeszcze potrafi czyli wewnętrznymi rozgrywkami.

Wybory prezydenckie wygrane, wobec tego już nie obowiązuje banalne hasło „wszystkie ręce na pokład”, pora zatem poniuchać w jakim kierunku ów okręt poprowadzić, czy zachować dotychczasową załogę a może zmienić osobę na mostku kapitańskim czy też już rychtować szalupy ewakuacyjne.
Skoro w mediach politycy obozu rządzącego przestają mówić jednym głosem, to jest to już wyraźna oznaka tego, że w tym prawicowym kotle już zaczyna wrzeć. Reakcja na to wrzenie może być trojakiego rodzaju – uważa szewc Fabisiak. Można dolewać oliwy do ognia, gasić ów ogień ciepłą wodą z kranu albo zastosować starą sprawdzoną urzędniczą metodę: nie reagować i przeczekać aż się sprawy same rozwiążą.

Wydaje się, że rozdający karty i rozgrywający wszystkich pozostałych uczestników gry rozwiązał już ten dylemat wybierając pierwszy ze wspomnianych wyżej wariantów. Tym też, zdaniem szewca Fabisiaka, należałoby tłumaczyć sformułowaną przezeń zapowiedź reorganizacji rządu poprzez uszczuplenie w nim pozycji pisowskich partnerów koalicyjnych, którzy, co całkiem zrozumiałe, niechętnym okiem na to wysiudanie spoglądają. Cały ten manewr można by tłumaczyć na różne sposoby. Interpretacja psychologiczna nakazywałaby upatrywanie się tu cech osobowościowych samego prezesa i mentalnie mu bliskiego otoczenia polegających na permanentnej konfliktotwórczej swarliwości. Jednak za bardziej prawdopodobne szewc Fabisiak uznaje dążenie do umocnienia PiS jako twardego i lojalnego jądra rządzącego konglomeratu. Zwłaszcza, że poszczególne elementy tegoż konglomeratu zaczynają nieco brykać i prowadzić samodzielną konkurencyjną wobec innych frakcji politykę.
Chodzi tu o perspektywiczne pozyskiwanie wyborców o orientacji konserwatywno-prawicowej w zbyt dużym, jak na apetyty PiS, stopniu zagospodarowanym przez Konfederację. Skoro konfederaci nie chcą – co z ich punktu widzenia jest wyborem racjonalnym, gdyż czują się na tyle silni, że pozycja przystawki PiS nie jest dla nich szczególnie atrakcyjna – to my im tych wyborców odbierzemy. W tym kontekście zrozumiała jest inicjatywa Zbigniewa Ziobry odnośnie wypowiedzenia Konwencji Stambulskiej, która to inicjatywa nie jest zbyt ochoczo wspierana przez partię Kaczyńskiego. Za to Ziobro zyskał dla niej poparcie ze strony konfederatów wczuwając się w ich ideologiczne imponderabilia. Czy oznacza to, że Ziobro i jego ekipa szykuje się do utworzenia wspólnego z Konfederacją bloku na przyszłe wybory widzą tu większą szansę załapania się na posłowanie niż w przypadku zdania się na łaskę i niełaskę wszechwładnego prezesa? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Z kolei wiadomo, że relacje Ziobry z Morawieckim nie są bynajmniej wzorcowym przykładem wewnątrzrządowej współpracy. Wiadomo też, że Kaczyński stawia na bardziej pod względem uległości przewidywalnego Mateusza Morawieckiego czego dał wyraźny sygnał mówiąc, że zapowiadana reorganizacja rządu nie obejmie osoby premiera. Szewc Fabisiak zauważa, że również urzędujący premier czyni gesty pod adresem wyborców Konfederacji. Dlatego też zaproponował utworzenie funduszu patriotycznego mającego głównie wśród pokolenia promować postawy będące przedmiotem długotrwałej i konsekwentnej indoktrynacji ze strony IPN. Toć właśnie ów fundusz ma rozdawać dutki młodym propagatorom jedynie słusznej polityki historycznej i oczywiście spójnej z linią programową Konfederacji. Morawiecki ma sposób myślenia bankowca i dlatego rozumie, że do ludzi bardziej przemawia kasa niż wzniosłe idee nawet z tą kasą powiązane. Z kolei Ziobro to typ propagandzisty, showmana, który lepiej czuje się przed telewizyjnymi kamerami niż za urzędniczym biurkiem. Dlatego też o swoim antystambulskim pomyśle wypowiada się w świetle tychże kamer a nie, jak to czyni premier, na kameralnych spotkaniach z grupą sympatyków klakierów. W związku z powyższym o wypowiedzeniu konwencji wiedzą wszyscy, natomiast o funduszu mało kto pamięta i mało kto się na jego temat wypowiada.
Wnikliwi obserwatorzy wewnętrznych pisowskich rozgrywek zwrócili uwagę na jeden istotny fakt. Otóż na obrzęd wręczenia powtórnej prezydenckiej nominacji Andrzejowi Dudzie prezes Kaczyński nieco się spóźnił ale za to wcześniej wyszedł. Czy jest to sygnał o słabnącej pozycji bądź co bądź głowy państwa? Szewc Fabisiak przypomina sobie jak przed laty sowietolodzy na podstawie tego, kto na trybunie stoi bliżej a kto dalej sekretarza generalnego KC KPZR wysnuwali wnioski co do ich pozycji w hierarchii władzy. Uczeni sowietolodzy nie przewidzieli jednak najważniejszego – mianowicie rozpadu Związku Radzieckiego. Szewc Fabisiak ma nadzieję, że znajdą się analitycy, którzy nie omylą się w prognozach co do końca państwa PiS.