Przyszłość człowieka analizą przeszłości pisana

Nie ma właściwie ważniejszego zagadnienia aktualnego i przyszłościowego, niż współczesna analiza pożądanej wizji człowieka przyszłości. Już od dłuższego czasu uznaje, że bez kreacji takiej wizji, grozi globalnej ludzkości katastrofa gatunkowa. Ale nie tylko całej ludzkości ale zwłaszcza naszemu narodowi. Dlatego też, próbuje w swej twórczości zdefiniować tą wizję, zarówno na podstawie analizy teraźniejszych doświadczeń człowieka, jak i analizy jego przeszłości.(1)

Jednakże , ostatnie wydawnictwo wybitnej, reprezentantki współczesnej filozofii prof. dr hab. Marii Szyszkowskiej, kandydatki do Pokojowej Nagrody Nobla, wieloletniej profesor Uniwersytetu Warszawskiego a teraz Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie, członek jej Senatu niezwykle wzbogaciło i rozszerzyło kształtowaną ofertę z tego zakresu.
Istota tego rozszerzenia polega na tym, że cytowana autorka wskazała w swojej ostatniej książce (2), że w kreacji wizji człowieka przyszłości, ogromna rolę, nie tylko może, ale wręcz musi odegrać doświadczenie kreacji człowieka przeszłości a w wypadku Polski, czas pierwszego okresu powojennego (1944-1989). Z analizy tego nowatorskiego dzieła wynika bowiem, że podstawa współczesnej kreacji człowieka przyszłości, nie tylko powinna być analiza procesów zalążkowych jego kreacji, w minionej epoce, ale też doświadczenia ludzi ,w tym poszczególnych jednostek ludzkich w takiej jego kreacji, której odpowiednia kontynuacja, nie tylko może, ale powinna służyć opracowaniu pożądanej wizji człowieka nadchodzących czasów. Obok bowiem wielkich procesów historycznych, które kształtowały i ukształtują podstawy współczesnej niezbędnej wizji człowieka przyszłości, doniosłą rolę w tej kreacji, odgrywają indywidualne doświadczenia ludzi a zwłaszcza ich dorobek, który dla tej kreacji, posiada fundamentalne- niedostatecznie dotąd uwzględniane w historiografii- znaczenie doświadczenie zarówno zbiorowe jak i indywidualne.
Niezwykle dobrze się stało, że do tych indywidualnych doświadczeń i to okresy powojennego (1944-1989), sięgnęła prof. M. Szyszkowska, w wydanej ostatnio swojej książce. I trzeba przyznać, że ten ogromny zestaw doświadczeń ludzkich kreacji człowieka, który zawiera to dzieło, wydaje się w świetle jego analizy, nie tylko równie ważne do opisu historycznych procesów, bez których nie można zaprojektować wizji człowieka przyszłości, ale jest też konieczny i wręcz nieodzowny do odpowiedniego zaprojektowania go na przyszłość.
Dotyczy to przy tym, zarówno doświadczeń zbiorowych ludzi epoki, którymi zainteresowali się autorzy wspomnianego dzieła, pracujący z inicjatywy i pod kierownictwem prof. M. Szyszkowskiej, ale też do ich indywidualnych doświadczeń w tej dziedzinie. Z doświadczeń zbiorowych, warto zwłaszcza zwrócić uwagę na relację Bożeny Termer, która zajęła się problematyką mody w klimacie tamtych lat, jak też Krystyny Leśniak- Moczuk, która zajęła się kultura ludową PRL, czy Anny Cordes, czyniąca przedmiotem swego zainteresowania, upowszechnienie kultury w PRL.
Wiele też uwagi poświecono innym pozornie peryferyjnym problemom z tego punktu widzenia, ale równie ważnym, jak poprzednio wymienione, chociażby takich jak szkic Jacka Andrychiewicza, poświęcony weterynarii w PRL, czy Andrzeja Ziemskiego, dotyczący dziennikarstwa tego okresu. We wszystkich tych szkicach znajdujemy wiele ważnych informacji, które zagubiły się w zbiorowej pamięci ostatnich lat, w których liczne kłopoty i problemy, zepchnęły zainteresowanie nimi, na dalekie peryferiom, aż do zapomnienia włącznie.
Specjalne miejsce w tej odnawianej pamięci, we wspomnianym dziele, odgrywa też przypomnienie kultury i oświaty, w których wielkie sukcesy w powojennej Polsce, niedostatecznie kontynuowane po 1989 roku, stanowią istotny czynnik kreacji wizji człowieka przyszłości. Pozwoliłem sobie, aby jako współautor tego dzieła, przypomnieć niezwykłe osiągniecia pedagogiki i oświaty powojennej Polski, zwłaszcza związane z epokowym historycznym znaczeniem wkładu do tego rozwoju , takich postaci jak prof. Bogdan Suchodolski, których nie udało się go zniszczyć, gorliwym apologetom Polski po 1989 r, choćby w postaci prof. Zbigniewa Kwiecińskiego, który ten niezwykły dorobek, chciał w swych publikacjach wyrzucić na śmietnik historii. Zresztą ta tendencja nie została do końca przezwyciężona i we współczesnych czasach, gdy w obszernym .wręcz monstrualnie wielkim podręczniku pedagogiki (ponad 1000 str. druku), olbrzymi dorobek prof. Bogdana Suchodolskiego, jest o wiele mniej cytowany, niż dorobek naukowy prof. Zbigniewa Kwiecińskiego i prof. Bogusława Śliwerskiego, wysuwających się na czoło współczesnego pedagogicznego życia w naszym kraju (3).
Jednocześnie jednak, wiedza o oświacie w PRL, która jest obecnie przemilczana, została w stosunku do jej odpowiedniej rangi, potraktowana przez Mirelę Nawrot, w jej ciekawym szkicu, poświęconym wychowaniu przedszkolnemu. Jednocześnie ta część oświatowa wspomnianego dzieła, jest w dużej mierze wzbogacona i uzupełniona szkicem Janusza Szymborskiego, poświęconym kulturze zdrowotnej tego okresu czasu.
Jednakże, chciałbym podkreślić ze szczególną mocą, że wiedza o minionych czasach, byłaby uboga i niepewna, gdyby we wspomnianym dziele, nie zwrócono tak wielkiej wagi, na swoisty urodzaj ludzi wielkiego dorobku intelektualnego i naukowego, ale też politycznego, w który brzemienne były dzieje PRL, które obecnie mogą i powinny być obiektywniej oceniane. Niż bezpośrednio po 1989 r.
Do postaci szczególnych, które przywołane w tym dziele wprowadzają nas w problem wielkich postaci historycznych, w których brzemienny był okres powojenny, warto wymienić takie postacie, jak Tadeusz Kotarbiński, Bolesław J. Gawecki, czy opisany wyjątkowo barwnie przez współautorkę i twórczynie tego dzieła prof. Marię Szyszkowską Julian Aleksandrowicz. Jednakże wiedza o tym byłaby niepełna, gdyby nie uwzględnić w tym spisie szkicu księdza Zbigniewa Iwańskiego, poświęconego prymasowi Polski Stefanowi Wyszyńskiemu.
Jednakże prezentowane dzieło, charakteryzuje się tez tym, że obok postaci wybitnych, w których cechy pozytywne są nadrzędne nad słabościami i ułomnościami człowieczymi, zaprezentowano też postacie, które w powojennej rzeczywistości polskiej i po części światowej, też odegrały istotną rolę choć nie zawsze pozytywną. Oczywiście w bilansie plusów i minusów tych postaci, każdy z ich prezenterów, posłużył się własna miarą i w dużej mierze, też subiektywnymi wskaźnikami wag i miar ich oceny, wydaje się, że wystąpiło w wielu wypadkach spornych i kontrowersyjnych. Jednakże w przeciwieństwie do współczesnych podręczników historii, postaci tych nie tylko nie przemilczano, ale poświecono im znaczne miejsce.
W tym do szczególnie znaczących postaci z tego panteonu, wymienić należy przede wszystkim Bolesława Piaseckiego, człowieka., który przeszedł ogromna ewolucje od skrajnie prawicowej orientacji w międzywojennej Polsce, do budowania środowiska katolickiego, które naprzeciw wszystkim i każdemu z jego inspiracji, szukało sposobu na współpracę wierzących i niewierzących, katolików i marksistów, od pierwszych lat istnienia PRL, do długiego okresu jego funkcjonowania.
Oczywiście można mieć różna ocenę tej postaci, podzielać i nie podzielać poglądów na ten temat Tadeusza Mędzelowskiego, który opisał tą postać, ale dobrze się stało, że redaktor i twórca tego dzieła, nie pominął go w panteonie prezentowanych osób, w tym ciekawym bilansie PRL.
Inna, jeszcze bardziej kontrowersyjną postacią w zakresie jej roli w PRL, jest postać Edwarda Gierka, górnika polskiego, działającego we Francji, który przez długi okres czasu, faktycznie zarządzał PRL i w dużej mierze, nie tylko przyczynił się do jej eksperymentów szukających drogi przezwyciężenia ciągłego popadania w coraz większe kryzysy, ale w dużej mierze, przyczynił się do niezdolności ich przezwyciężenia i ostatecznego historycznego pogrzebania tych rozwiązań ustrojowych, dość istotnych w naszym narodowych dziejach.
Natomiast prezentacja Edwarda Karolczuka –Wojciecha Jaruzelskiego- jest jeszcze bardziej dyskusyjna, niż Bolesława Piaseckiego i Edwarda Gierka, albowiem to jemu przypadła funkcja grabarza PRL a meandry jego życia, są przepojone o wiele ciemniejszymi kartami, niż B. Piaseckiego czy E. Gierka.
Jednakże przywołanie na stronach tego dzieła, obok innych osób Wojciecha Jaruzelskiego, wydaje się o tyle słuszne a nawet konieczne, że dzieje PRL bez przywołania tej postaci, byłyby niepełne a nawet brzemienne w fałszerstwa.
Natomiast można też się zgodzić z poglądem, że w stosunku do obu poprzednio wymienionych postaci, które też nie były gigantami, jest to postać, która swój egzamin historyczny- przyznajmy, że trudniejszy od innych warunkach – zdała o wiele gorzej, niż wszyscy inni. I gdyby stawiać za poszczególne biografie stopnie, to uzyskałaby stopień niższy, od poprzednio wymienionych postaci. Jej cecha charakterystyczną bowiem-czego autor nie uwzględnił w jej prezentacji-była swoista deformacja, której podlegają wojskowi, we wszystkich wojskach świata a myślę, że w Ludowym Wojsku Polskim, przybierała ona bardziej jaskrawa postać, niż w innych armiach świata.
Osobna i dość niespodziewana postacią spoza naszej ojczyzny, jest przywołanie w cytowanej książce pamięć Lwa Trockiego. Pozornie narusza to jej kompozycję i stanowi swoisty wyjątek sięgnięcia do postaci zagranicznej. Jednakże jeśli się przyjrzeć bliżej, to jej uwzględnienie w tym dziele stworzyło dobra podstawę, zarysowania tła, w których kształtowała się PRL.
Lew Trocki, to przecież obok Lenina i Stalina, współtwórca i realizator bolszewickiej rewolucji 1917 r., która w swej istocie i w zamiarach jej twórców, miała znieść z powierzchni ziemi, niepodległe państwo polskie powstałe w 1918 roku i która wniosła niemały wkład w próbę realizacji tego zniesienia. Jednakże, jest to też postać wskazująca, jak znaczna część twórców bolszewizmu, sama nie godziła się na jego ewolucję, ale która też za awansową rewolucja unicestwiała i pozbawiała szansy współdziałania z nią w wyższych fazach rozwoju.
Z punktu widzenia kreacji człowieka przyszłości, dowodzi ona niezbicie, że komunizm w radzieckim wydaniu , nie tolerował wybujałych osobowości swoich współtwórców. Jednakże , przywołanie na łamach książki tej postaci, znacznie wzbogaciło jej treść o problemy rangi uniwersalnej.
Innymi słowy, ukazała się na rynku wydawniczym pod redakcją wydawnicza prof. Marii Szyszkowskiej książka, która daje lepszą, niż dotąd szanse, zdefiniowania wizji człowieka przyszłości. A od tego zależy pomyślny rozwój człowieka naszych i nadchodzących czasów.

(1) Znalazło to wyraz szczególny w dwóch moich ostatnich książkach pt. „Człowiek przyszłości” , Wydawnictwo Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Giedroyciai Wydawnictwo ASPRA – JR , Warszawa 2019 i „Wizja człowieka przyszłości”, Wydawnictwo ASPRA-JR, Warszawa 2020
(2) „Świat kultury czasów Polski Ludowej „pod redakcją naukową prof. Marii Szyszkowskiej, Wydawnictwo „Kto jest Kim?”, Warszawa 2020
(3) Znalazło to swój wyraz w tym, że w podręczniku pedagogiki, wydanym w 2019 roku, prof. Bogdan Suchodolski, jest o wiele mniej cytowany, niż wspomniani prof. Zbigniew Kwieciński i Bogusław Śliwerski będący redaktorami tego podręcznika.

Kapsułki pamięci

Klemens Mielczarek, czyli jak otarłem się o przedwojenne kino
Swego czasu, a były to lata 2003-2005, wszedłem z miłą zażyłość ze znanym polskim aktorem najstarszego wtedy pokolenia (rocznik 1921), panem Wieńczysławem Glińskim, wybitną postacią z annałów aktorstwa polskiego. Nasze pierwsze spotkanie w jego pełnym antyków mieszkaniu w przedwojennej willi przy Poselskiej na Saskiej Kępie przeciągnęło się do późnych godzin nocnych, do zaśnięcia pana Wieńczysława czerwonym winem, które sączyliśmy przy rozmowie, butelkę po butelce. W końcu, a był już środek czerwcowej nocy z tęgą ulewą za oknem, pan Wieńczysław zasnął jak niemowlę, co uznałem za moment właściwy do ewakuowania się z jego gościnnych progów.
Troskliwie przykryłem go kocem i wyszedłem w objęcia deszczowej nocy. Po jakimś czasie spisany przeze mnie wywiad, zaledwie nędzny skrót z przebogatej opowieści pana Wieńczysława, ukazał się w prasie, a mój kontakt z nim z rzadka, ale stale się ponawiał. W 2004 roku pan Wieńczysław zaprosił mnie na swoje majowe urodziny. Dla takiego fana aktorstwa jak ja była to niebywała gratka. Nie tylko sam pan Wieńczysław (przez koleżeństwo nazywany Sławkiem), ale i jego liczni goście imieninowi to były postacie tzw. „legendarne”, bohaterowie ekranów, kinowych i telewizyjnych.
Przyszedłem nieco wcześniej i przysiadłem na krześle obserwując przygotowania do imienin, naprawdę sutych, dla kilkudziesięciu osób. Siedzę sobie, a tu godnie wchodzi nieco posępny Ignacy Gogolewski i za chwilę z namaszczeniem zapala papierosa. Mija kilka minut i wchodzi godna dama Barbara Horawianka. Znów, po jakimś czasie, pojawia się reżyser Stanisław Różewicz, a w międzyczasie znany kiedyś piosenkarz Cwynar? Kocoń? Siedzę dalej a tu wchodzi sam Stanisław Mikulski, legendarny Hans Kloss. Imieniny w końcu ruszyły, w ruch poszły talerze, sztućce, kieliszki. Pan Wieńczysław dyrygował jak szef kuchni dwoma jasnowłosymi młodzieńcami, swoimi wnukami, nazywając ich, niczym molierowski pan Jourdan, „moimi lokajami” i klaszcząc na nich.
Po pewnym czasie przy drzwiach wejściowych zrobił się gwar. Goście ustawili się w powitalny szpalerze i do salonu, niczym król wszedł Wiesław Michnikowski, rozdzielając gościom ukłony i uśmiechy. Zobaczywszy w głębi salonu Mikulskiego rozpostarł ramiona w serdecznym geście i zawołał: „Stasiu, czy ty pamiętasz, jak pytałeś mnie czy zostać aktorem?”. Ten objął go serdecznie i zawołał: „Wiesiu, pamiętam, ale to było 55 lat temu!” Potem wysłuchałem m.in. w bardzo zabawny sposób wypowiadanych zabawnych anegdot przez pana Michnikowskiego. Jednak nie to było dla mnie clou wieczoru. Wśród gości moją uwagę zwrócił starszy pan, siwiutki jak gołąbek, o czerwonej, ale jakby chłopięcej twarzy, o bardzo zgrabnej, niewielkiej figurce. Miałem nieodparte wrażenie, że skądś znam te twarz, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Kiedy dyskretnie spytałem o to gospodarza, pana Wieńczysława, ten wykrzyknął radośnie: „Ależ to Klemens Mielczarek. Przed wojną grał w filmie z Dymszą!”, po czym przedstawił mnie temu panu.
Teraz dopiero skojarzyłem, ze znam tę twarz z przedwojennych komedii, z Dymszą pan Klemens wystąpił w filmie „Wacuś” Michała Waszyńskiego, zaś z Eugeniuszem Bodo i Leną Żelichowską pojawił się na ekranie w filmie Konrada Toma „Książątko” (1937). Młodziutki wtedy, kilkunastoletni Klemens angażowany był do epizodów w charakterze „wisusów o dobrym sercu”. Po wojnie grał epizody w teatrach i filmach, m.in. w „Café pod Minogą” Bronisława Broka czy duży epizod w „Przygodzie na Mariensztacie” Leona Buczkowskiego, w duecie z Tadeuszem Szmidtem, jako murarzem Szarlińskim. Z panem Klemensem umówiłem się na wywiad, ale na tym się nie skończyło.
Kiedyś zaprosił mnie na wspólny wyjazd na przedmieście Warszawy, z jego wędrownym teatrzykiem dla dzieci o nazwie „Kukuryku”, z którym występował dla najmłodszej publiczności w różnych miejscach, w tym w supermarketach. Opatrzył też dedykacją swoje zdjęcie z Dymszą z planu „Wacusia” z 1935 toku. Zmarł w 2006 roku. Dzięki poznaniu Go, otarłem się o przedwojenne kino.
Duch Andrzeja Struga
Każdemu zdarzają się przypadki losowe, dziwne zbiegi okoliczności, ale nie mam na myśli pierwszych lepszych, lecz dziwne, jakby paradoksalne, można by rzec – pachnące interwencją sił nierozpoznanych, metafizycznych, a powiadam to jako zdeklarowany i twardy materialista. Opowiem o kilku z nich.
Późnym latem 1980 roku zamieszkałem, w rezultacie zawarcia małżeństwa, w drewnianym XIX-wiecznym dworku postszlacheckim na przedmieściach Lublina, w tzw. dworku Struga. W tym czasie był on, w rezultacie sprzedaży i donacji, m.in. ze strony rodu Łubieńskich, własnością Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i przynależał do jego substancji mieszkaniowej. Dom ten został wzniesiony w 1880 roku przez Władysława Gałeckiego, ojca pisarza Tadeusza Gałeckiego (1871-1937), znanego pod pseudonimem Andrzej Strug. Był to pisarz socjalistyczny, PPS-owski i niepodległościowy, autor m.in. „Dziejów jednego pocisku” czy „Odznaki za wierną służbę”, był też ułanem od Beliny, a po latach mistrzem loży masońskiej. Z powodu ciężkich, z przyczyn technicznych, warunków życia w tym dworkowym mieszkaniu, popadłem w ciężki, wieloletni konflikt z administracją KUL, a czas ten bardzo negatywnie zaciążył na moim życiu.
Pewnego dnia, już nie pamiętam czy jeszcze mieszkałem w dworku czy już się z niego (po męczących 13 latach) wyprowadziłem, odwiedzając grób mojego dziadka Teofila, żołnierza II Brygady Legionów i POW, na warszawskim Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, natknąłem się nieopodal na grób Andrzeja Struga. Ta niezwykła zbieżność faktu, że dane mi było mieszkać w dworku Struga (prawdopodobieństwo bliskie ze statystycznego punktu widzenia prawdopodobieństwu zamieszkania na Zamku Królewskim a albo na Wawelu), a potem spotkać jego grób w pobliżu jednego z moich grobów rodzinnych postanowiłem (umownie i metaforycznie, bo jestem, jak już wspomniałem, żelaźnie konsekwentnym materialistą) uznać za celową obecność ducha pisarza w moim życiu, za świadome naprowadzanie mnie przez niego na jego ślady. Uznawszy to, napisałem kilka artykułów o Strugu, a jeden z nich został nawet zacytowany w książce mu poświęconej.
Uznałem, że duch pisarza, zorientowawszy się w moich literacko-historycznych zainteresowaniach i publicystycznych zajęciach, postanowił uczynić mnie kustoszem swojej bardzo dziś zapomnianej – przy tym tematycznie oraz literacko mocno anachronicznej – twórczości. Prawdę mówiąc, jako zatwardziały materialista tak naprawdę w to nie wierzę, ale formalnie trzymam się tej wersji. W końcu, dlaczego sobie nie pofantazjować?
Nosem w grobowiec
Inna historia paradoksalna. Wiele lat później, przygotowując się do kolejnej podróży do Paryża, zainteresowałem się twórczością Raymonda Roussel (1933), dziwnego pisarza ekscentryka, posługującego się wyszukaną stylistyką i formą, praktyka jego własnej odmiany idei prozy „czystej formy”.
Poczytałem z zainteresowaniem to i owo z prozy Roussela i o nim samym, ale nie był on dla mnie na tyle ważny, żebym, starym zwyczajem, postanowił dotrzeć do jego grobu. Ba, nawet nie zapamiętałem i nie zapisałem na jakim cmentarzu został on pochowany. I oto pewnego dnia udałem się na Pére Lachaise, wybierając tym razem drogę wędrówki dość przypadkowo.
Szedłem tak niezobowiązująco, bez ściśle określonego celu i popatrywałem na groby na chybił trafił. W pewnym momencie, zupełnie przypadkowo, znalazłem się przed grobem z czarnego, lśniącego marmuru, grobem, na który wcześniej nawet nie zwróciłem uwagi. Spojrzałem na napis: był grób Raymonda Roussel. Czy i duch Roussela, tego interesującego, ale z punktu widzenia historii literatury francuskiej, a tym bardziej powszechnej, niszowego pisarza dla koneserów, także, zorientowawszy się, że zainteresował się nim pewien czytelnik z dalekiego kraju, postanowił skierować mnie na swoje ślady i uczynić mnie polskim kustoszem pamięci o nim?
Cokolwiek podobny przypadek zdarzył mi się na Pére Lachaise szereg lat wcześniej. Podczas jednego z licznych pobytów natknąłem się na nagrobek Jean Lamberta Tallien, jednego z termidorian 1794 roku, tych którzy obalili Robespierre’a. Tallien zmarł w 1820 roku i jego grób usytuowany jest w strefie grobów z przełomu XVIII i XIX wieku, który mają kształt klasyczny, monumentalny, pompierski, nawiązujący do antycznych świątyń.
Tymczasem nagrobek Talliena sprawia wrażenie zaprojektowanego w latach 20-tych czy 30-tych XX wieku, a nawet później, jest bez ozdobników, ornamentów, ma minimalistyczną formę geometryczną dwóch prostokątów ustawionych wzajemnie w kształt litery L. Albo więc został postawiony wiele dziesięcioleci po śmierci Talliena, albo autor projektu z czasów Talliena miał futurystyczną wizję plastyczną i radykalnie wykroczył poza estetykę swojej epoki. To tyle co do formy. Grób Talliena, mimo że wydawał się nowy i w niezłym stanie, był mocno zaniedbany, pokryty mchem. Odczyściłem go, tak jak kiedyś grób Stanisława Brzozowskiego na Trespiano pod Florencją i postanowiłem się nim „zaopiekować”.
Jako wielki miłośnik historii Wielkiej Rewolucji Francuskiej uznałem to za swoisty rodzaj zbliżenia się do niej. Bo w końcu ktoś, kto zaopiekował się grobem jednej z jej sławnych postaci, wszedł poniekąd do jej dziejów.

Księga Wyjścia (57)

Ballada postpolityczna.

XIX wiek, należał do monarchii i państw narodowych, dwudziesty – imperialnych, zawsze jednak to polityka kreowała system, a politykę kapitał. Nawet tę radziecką. Pytanie co nam przyniesie kolejny, dwudziesty pierwszy wiek. Może już czas na świat regionów? Polityka w obecnym wydaniu, to już przeżytek.
Zacznijmy od tego czym ona naprawdę jest. Według Arystotelesa to sztuka rządzenia państwem, według Lenina może to robić też kucharka – przynajmniej będzie się trzymać przepisu i nikt nie będzie głodny.
Polityków zazwyczaj nienawidzimy, ale jeśli jakiegoś poznamy osobiście, to rozpiera nas duma. Wrzucamy zdjęcia na fejsa, wtrącamy jego nazwisko w każdej rozmowie ze znajomymi czy obcymi, obnosimy się z tym jakbyśmy kumplowali się z samym Elvisem.
Dlaczego jest tak, że ludzie ci – politycy – w swej masie budzą niechęć, a jeżeli jakiegoś poznamy, to go wielbimy. Może dlatego, że poczuliśmy jego „władzę”, otarliśmy się o nią? To oczywiście imaginacja, bo władzy w jednym pośle wiele nie uświadczymy. Ale społeczeństwo myśli inaczej – zależy jeszcze jaki poseł, ale to na inną autodyskusję.
Jeśli jednak znajdzie się jakiś, którego nie znamy, a szczerze cenimy, to zwykle jest to człowiek, na którego nie głosowaliśmy. A bo z innej partii, z innego okręgu i jeszcze jest milion dodatkowych powodów. Zresztą potem wywinie jakiś numer i też zostaje sprowadzony do wspólnego zbioru – (Nowacka, Biedroń).
Politycy w swej masie są najbardziej znienawidzoną grupą zawodową, pojedynczo odwrotnie. Tak naprawdę Sejm i Senat składają się z bandy cwaniaków, których jedyną kompetencją jest sprawowanie funkcji „ważnego”.
Demokracja w Polsce, to tylko iluzja, igrzyska dla ludzi, którzy są w stanie w jej imieniu zrywać znajomości, więzy rodzinne. Muniek Staszczyk śpiewał „Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”. No właśnie – słowo klucz – rozumiem. Nawiąże na moment do wyborów, które niedawno przerabialiśmy. Podobno rozumiemy wolność, ale niestety tylko swoją.
Od kiedy ludzkość dostała w swoje ręce potężną broń, jaką jest Internet, świat oszalał. Dawne teorie spiskowe są niczym, przy tych powstających każdego dnia. Usiłujemy werbalną przemocą skłonić innych, by przyjęli nasz punkt widzenia zasłyszany od innego użytkownika, a że ładnie to napisał, to przyjęliśmy to za prawdę. Badania francuskich naukowców wykazały, że aż dziewięćdziesiąt procent treść publikowanych w sieci to fałszywe informacje – fake newsy.
Siłę tego narzędzia pokazały ostatnie wybory prezydenckie. Ponieważ tak naprawdę było mi wszystko jedno kto je wygra, tu nie ma „mniejszego zła”, zło nie ma przymiotników, mogłem pozwolić sobie na różnego rodzaju prowokacje. Nawet nie macie pojęcia jak wolny się czułem mając świadomość, że mnie to nie dotyczy. Nie dajcie sobie wmówić, że to obowiązek. Nie. Niegłosowanie, czy bojkot wyborów, też są wyborem. Moja prowokacja polegała na tym, że nie zachwycałem się Trzaskowskim. Początkowo wzbudziło to ogromne zdziwienie części moich znajomych, od obcych dostałem garść wyzwisk, PISowski troll – to najdelikatniejsze, mimo że o Dodzie nie wspomniałem a od PiSu się odcinam. Wielu znajomych również straciłem, dochodziło nawet do szantaży. A ja miałem ubaw z tej pasji i z agresji jaką jest w stanie wygenerować w sobie ta część społeczeństwa, która nienawidzi obecnych i zapałała miłością do tych, których wcześniej odrzuciła. Zdziwiło mnie natomiast, że zamiast agitować, przekonywać, to wyzywali i obrażali.
Zrobiłem kiedyś pewien eksperyment, po ostrej wymianie zdań, zawahałem się i napisałem coś w rodzaju, że macie sporo racji i że jeszcze to przemyślę. W tym momencie jeden z interlokutorów napisał w bardzo protekcjonalny sposób coś takiego: „No widzisz (głupiutki) chłopcze, i po co było tyle się spierać”. W odpowiedzi natychmiast dostał bombę, że za takie traktowanie „głupiego Jasia”, pójdę oddać głos na Dudę.
Dziwicie się? Nacisk rodzi opór. Zamiast tego najpierw posłuchajmy argumentów strony przeciwnej lub obojętnej, potem rozmawiajmy odnosząc się jedynie do argumentów. A jeśli chcemy przyjaciela na śmierć i życie, to sparafrazujmy to co napisał.
Podczas tych licznych sporów i kłótni, przypomniała mi się Wojna Trojańska. Gdy Achilles miał gdzieś całą tą awanturę. Chciał już odpuścić Troję i odpłynąć, szykował okręty, żeby rano wyruszyć. Lecz upojeni pierwszym sukcesem Trojanie, postanowili zaatakować nocą pokonanych w pierwszym oblężeniu Greków, to wpłynęło na zmianę decyzji Achillesa. Postanowił zostać. Gdyby Posłuchali Hektora i nie zaatakowali, półbóg, o słabej pięcie odpłynąłby sobie i żaden koń nie wjechałby za bramę Troi. Przegrani Grecy wróciliby do domów, Helena została z Parysem, Hektor umarłby śmiercią naturalną i jak to w bajkach, długo i szczęśliwie.
Wracając do naszej bajki, gdzie owszem długo, ale próżno szukać szczęścia.
Scenariusz jest taki, gdyby wygrał Trzaskowski, to PIS ponownie wygrałoby wybory parlamentarne. Dlaczego? Bo mamy przekorne społeczeństwo. Poprzednich wyborów wcale nie wygrał Duda, poprzednie wybory przegrał Komorowski – rozumiecie tę subtelną różnicę?
Teraz jest rozłam, PIS pęka coraz bardziej. Wbrew pozorom wygrana Dudy tego nie scali. Ten facet nie jest żadnym autorytetem. Nawet dla swoich. Jego reelekcja, to gwóźdź do trumny monowładzy Kaczyńskiego.
Jeśli ktoś napisze, że przekupne, to po pierwsze oznacza, że ma jakiś gen chamstwa i że sam jest zaślepiony własną korupcją, bo przecież on również głosuje licząc na jakieś frukta czy obietnice. Więc pogarda i opluwanie ludzi, którym „pięćset plus” ułatwia życie, gubiła, gubi i gubić będzie opozycję firmowaną przez polityków PO.
Demokrację też mamy jakąś taką upośledzoną. Polska jest krajem, w którym najłatwiej zostać anarchistą. Z prostego powodu – demokracja nie działa. Nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy. W Polsce głosy liczy d’hont, sondaże wybierają zwycięskie partie, a partie wybierają, kto ma zdobyć mandat. Tak to wygląda w skrócie. Tylko od wpływów regionalnych baronów politycznych, tych największych ugrupowań, zależy skład polskiego parlamentu. Smutne co? Owszem, bywają niespodzianki, ale one jedynie potwierdzają tę regułę. Dlatego ławy sejmowe zapełniają lizusi, faworyci swoich mecenasów i cała banda niewykwalifikowanych ludzi od naciskania trzech guzików – za, przeciw, wstrzymuję się. Z kilkoma wyjątkami. Problem jednak polega na tym, że ludzie wybitni nie mają siły przebicia, bo zajmują się jedynie swoją dziedziną i zwykle ich głos trafia w próżnię.
Witold Modzelewski w jednym z wywiadów opowiadał jak prawo bankowe pisali sobie sami bankowcy, ponieważ nikt z posłów o tym pojęcia nie miał. Niestety, ten fragment media wtedy wyrzuciły. Mnie udało się to usłyszeć, ale w świat już nie poszło. Podobnie jest z każdą ustawą. Ludzie ci nie mają o tym pojęcia.
To jest tak oczywiste, ale żeby dostrzec, trzeba obserwować scenę polityczną na chłodno, bez zaślepienia, zaangażowania i pamiętając, że tak naprawdę obecna władza nie robi nic innego niż jej poprzednicy. Powiem więcej, w niektórym zakresie jest nawet mniej szkodliwa, może poza tym, że TVP zamiast kultury, promuje kicz. Wszystkie zaczynały swoją kadencję od przejęcia mediów, układania odpowiednich stosunków z kościołem katolickim i ambasadą USA, temat aborcji, związków partnerskich znikał jak gorący kartofel, a na pytania elektoratu odpowiedź była jedna – jeszcze nie pora, przyjdzie na to czas, społeczeństwo nie jest gotowe.
Rząd Buzka, zrujnował finansowo budżet na niepotrzebne nikomu reformy. Platforma postawiła na konsumpcjonizm, faworyzując najbogatszych kosztem biednych. W myśl biblijnej przypowieści, że: „Bogatemu będzie dodane, a biednemu zabrane”.
Pierwsza wygrana PIS, to efekt działań kliki cwaniaków na usługach obecnej władzy. Jak w szachach skopiowali ruchy Andrzeja Leppera, czyli posłuchali ludzi na prowincji. Różnica polega jednak na tym, że Lepper robił to autentycznie, nie musiał kopiować, ani słuchać. Mówił co jedynie co go boli i wkurza. Ludzi bolało to samo i to samo wkurzało.
Wzbudziło to przerażenie mediów, chyba żadnego polityka nie bały się tak, jak jego. Wiecie czemu, bo on się nie bał mediów. Jego przekaz szedł sobie alternatywną drogą z ust do ust, z miasteczka do wioski i zanim jakieś Fakty czy Wiadomości wybrały kilka ujęć, które miały go ośmieszyć, ludzie w całym kraju znali prawdę. Tak czarnego piaru nie miał nawet Tymiński. Telewizje śniadaniowe miałyby kłopot z kreowaniem fajnego życia na błotnistym podwórku rolnika.
Kaczyński to zrozumiał, różnica jest jednak taka, że Lepper nie musiał nic rozumieć. On to miał. Kaczyński zaś naśladuje. Stąd pięćset plus i gloryfikacja biedy. A to już błąd, bo bieda wcale nie chce gloryfikacji, nędzarze, biedacy i wszyscy „od pierwszego, do pierwszego” marzą o spokoju finansowym, pewności materialnej.
Niestety, nie ma już Leppera i Kaczyński nie wie co dalej, do tego momentu miał odrobione lekcje, ale teraz stanął pod ścianą. Nie wie, że człowiek, który uwierzył, że „uczciwością i pracą ludzie się bogacą” chciałby wreszcie zebrać owoce tej swojej pracy. Ani minimalna krajowa, ani bon turystyczny, ani te pięćset złotych tego nie załatwią. Załatają dziurę w domu, który wymaga nowego dachu.
Wyborca raz na jakiś czas pójdzie, odda swój głos przekonany, że wykonał swój obowiązek. Poobraża wcześniej kilku obcych i trochę znajomych o przeciwnych poglądach i jest przekonany, że to jego głos się liczy. Nie, liczy się głos „biomasy” ukierunkowanej przez sondaże. Pora skończyć z polityką, demokracja się nie sprawdza, dlatego właśnie w kraju nad Wisłą tak łatwo zostać anarchistą.

Czytanie czyni człowieka

-W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością -z prof. Marcinem Królem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Głosi Pan pochwałę lektury, wpływu jaki czytanie wartościowych książek wywiera na człowieka. Z Pana eseju „Czytanie czyni człowieka” wynika, że czytanie czytaniu nierówne…
Oczywiście. Pomijam na przykład czytanie publikacji związanych z wykonywaniem niektórych zawodów. To w ogóle nie jest czytanie, to pomijam. To obowiązek, który człowiek musi wypełniać, czasem przyjemny, czasem nieprzyjemny.
Dużo Pan czyta? Jaką literaturę?
Bardzo dużo. W młodości oczywiście przede wszystkim powieści, a później rzeczy z dziedziny sztuki, a w ostatnich latach – zgodnie z tendencją naszych czasów – tzw. dokumenty osobiste, listy, dzienniki, pamiętniki. Nadal bardzo lubię czytać powieści. Bardzo chętnie czytam w oryginale, po angielsku – powieść angielską właśnie, bo Anglia, z powodu ciągłości tradycji społecznej jest jedynym krajem, w którym przetrwała klasyczna powieść, choć w stanie oczywiście zmienionym, nie taka jak za Conrada, Dickensa czy Grahama Greena. Mam na myśli n.p. takich autorów współczesnych jak n.p. Julien Barnes.
Dlaczego lubi Pan powieść?
Bo znajduję w niej świat fikcji, w której czuję się jak w świecie rzeczywistym. Wolę fikcję czyli rzeczywistość powieści jest dla mnie piękniejsza niż smutek rzeczywistości. Co nie oznacza, że powieść musi być radosna. Wielki Dostojewski radosny nie jest. Nie interesuje mnie w powieści gra słowami, zabawianie się wiedzą historyczną i przewracanie jej do góry nogami, jak to robi Umberto Eco czy jak robi¸ to Teodor Parnicki. Lubię natomiast powieści sensacyjne, detektywistyczne, ale ostatnio takich brakuje.
Co daje czytelnikowi fikcja?
Pomaga nam odnaleźć się we własnym życiu. Nie daje nam tej możliwości otaczająca nas rzeczywistość, bo jest zbyt rozproszkowana. Poza tym czytanie daje coś, o co trudno w dzisiejszym świecie, o zajęcia mieszczące się w jakimś horyzoncie czasowym, żyjemy w świecie straszliwie pokawałkowanym, fragmentarycznym, w warunkach doraźności. Nienawidzę seriali telewizyjnych nie tylko dlatego, że są na ogół głupie, ale właśnie dlatego, że są pokawałkowane na odcinki, więc nie wiem, czy będę mógł obejrzeć czy nie. Czytanie powieści daje miłe poczucie pewnej stałości.
To co powie Pan na pomysły, by młodzież czytała lektury szkolne we fragmentach?
To jest nonsens. I to nie tylko dlatego, że to jest sprzeczne z intencją autora, który zamyślił i napisał utwór jako całość. Nie da się n.p. zrozumieć „Ferdydurke” Gombrowicza czytając je we fragmentach, bo to jest utwór skonstruowany w oparciu o spoistą koncepcję intelektualną i artystyczną. Nie tylko o to jednak chodzi. Ważne jest, by młodzież uczyła się oddechu, który daje czytanie powieści, a nie trenowała się w dojutrkowości i fragmentaryczności. Już samo czytanie przez długi czas o zdarzeniach rozgrywających się jeszcze w dłuższym czasie daje wyczucie tej kategorii, jaką jest czas i jego upływ. Pamiętam jak w dzieciństwie i młodości czytałem przez wiele godzin, ku mojemu niezadowoleniu wywoływany przez rodziców, a to do obiadu, a to do czegoś jeszcze.
Woli Pan poruszać się po świecie literatury jak po nieplewionym, zagraconym ogrodzie, wynajdując rzeczy ciekawe według własnego wyboru czy też posługując się eleganckim, odświętnym kanonem rzeczy wybranych?
Nie lekceważąc sensu kanonu, osobiście wolę owoce swojego wyboru niż to, co narzuca świat zewnętrzny, media etc. Co do kanonu, to starałem się go poznać, ale mimo najlepszej woli „Fausta” nigdy do końca nie przeczytałem. Nie dałem rady, ale nie bardzo się tego wstydzę.
A czy ceni Pan powracanie do dawnych lektur?
Bardzo. Trawestując znane powiedzenie z „Rejsu” powiem, że czasem najciekawsze są te książki, które już przeczytaliśmy. To jest jak z podróżą, z której mamy trzy przyjemności: poznania nowego i nieznanego, czyli zaskoczenia, poznania naocznie czegoś o czym się dużo wie oraz powrotu do tego, co dobrze znamy. Podobnie jest z książkami. Bywa, że kochamy książki, które nie są arcydziełami, ale są bliskie nam psychicznie, emocjonalnie, z różnych powodów. Mam takie wspomnienie z 1968 roku kiedy 48 godzin spędziłem w Pałacu Mostowskich. Okoliczność nieprzyjemna, a na dodatek musiałem leżeć z głową przy klozecie, wśród panów pijaków. I wtedy pożyczyłem z więziennej biblioteki „Zorany ugór” Michaiła Szołochowa zatapiając się w tej lekturze na całe prawie dwie doby. To było fantastyczne doświadczenie: siedzę przyskrzyniony, z głową przy klozecie i w świętym spokoju czytam powieść tego bądź co bądź wielkiego pisarza.
Kto w Panu zaszczepił miłość do książek?
Mój ojciec chrzestny, Józef Rybicki, szef Kedywu AK i wybitna postać, który był więźniem UB, a po latach członkiem KOR. Ocalała z wojny jego biblioteka i po jego śmierci ofiarowała mi część młodzieżową tej biblioteki wdowa po nim. Znalazłem w niej m.in. powieści Ossendowskiego o rewolucji bolszewickiej, o 1920 roku. Lektura tych książek w 1952 roku utrudniła mi polubienie władzy marksistowsko-leninowskiej. Mnie świat książek urządził życie wewnętrzne i społeczne. Nauczenie dziecka przyjemności czytania, to jeden z najistotniejszych obowiązków wychowawczych rodziców, bo na inne sprawy mamy niewielki wpływ. Z takim nawykiem będzie się odpornym nawet na działania szkoły zniechęcającej do czytania.
Czy z takim wychowaniem wyniesionym z domu potrafił Pan polubić socjalistyczne, majowe dni Oświaty Książki i Prasy w Polsce Ludowej?
Trudno mi zrekonstruować dziś co myślałem wtedy, ale dziś myślę, że to było bardzo cenne. Już wtedy czułem wielką wdzięczność do PIW i do Czytelnika, że tłumaczył i wydawał wspaniałe książki. Panie tam pracujące, często żony wysoko postawionych osób, odznaczały się szlachetnym snobizmem na wyższą kulturę. To wtedy wydano całego Balzaca oraz mnóstwo książek, które wcale nie były proustrojowe. Oczywiście nie wydawano książek antykomunistycznych, ale tych i tak było relatywnie niewiele, takich jak choćby „W oczach Zachodu” Conrada czy proza Józefa Mackiewicza. Dzięki temu n.p. w inteligenckich, chłopskich domach było sporo książek i były czytane. dziś to jest raczej nie do pomyślenia. To wtedy należało do powinności człowieka, nawet niekoniecznie bardzo dobrze wykształconego. Pod tym względem dobrze było do 1968 roku. Potem się pogorszyło, choć rozluźniły się cenzuralne ograniczenia nałożone na kwestie historyczne. Nigdy już potem jednak, do dziś włącznie, nie wznowiono tego wspaniałego kanonu wydanego w latach 1945 – 1968. Na Zachodzie, n.p. w Anglii kanon klasyczny jest stale w księgarniach. W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością. Książki poszerzają nasze duchowe doświadczenia, których nie przeżyjemy w tzw. życiu realnym i w tym sensie ja nie widzę różnicy między rzeczywistością fikcji literackiej, rzeczywistością rzeczywistą. Na przykład dzięki „Czerwonemu i czarnemu” Stendhala i losowi Juliana Sorela lepiej zrozumiałem los pewnego mojego znajomego. Dzięki „Biesom” zrozumiałem, na czym polega psychika nihilisty. Poza tym intensywna i obfita lektura wyposaża nas w pewien system skojarzeń, którego nie da się zracjonalizować, ale na im większym polu operujemy, tym jesteśmy bogatsi i w konsekwencji sprawniejsi w pewnych dziedzinach życia. Do tego żyjemy w kulturze zamkniętej, w której mężczyźni w zasadzie nic nie mówią o sprawach osobistych, intymnych, inaczej niż na Południu. To też, sprawiając, że mamy mniejsze doświadczenie życiowe, zwiększa rolę książek.
Woli Pan książki klarowne czy też zmagania z materią pisarstwa?
Na pewno nie lubię kawy na ławie, bo to jest nudne, ale też nie przepadam za autorami, którzy sami gubią się w tym, co piszą, jak n.p. Karol Irzykowski w „Pałubie”.
Jaki jest Pan ulubiony współczesny powieściopisarz?
Vladimir Nabokov. To autor, który pisał powieści fragmentami, nie po kolei. On chaos i zawikłanie swoich powieści budował w sposób przemyślany, jakby przy użyciu puzzli. Nie czytam już książek o książkach.
Zdarzało się Panu pewnie przeprowadzać do nowego mieszkania. Przy takich okazjach często dokonuje się selekcji księgozbioru. Co Pan wtedy czuł?
To jest zawsze przykrość. Mam to szczęście, że mam duży strych. Mimo to wyrzucam książki, a ściślej mówiąc oddaję je do bibliotek. Oddałem wszystkie publikacje poświęcone transformacji ustrojowej, bo już się dokonała. Podobnie postąpiłem z książkami politologicznymi, bo mnie śmiertelnie nudzą i są na ogół dość słabe. Często mam problem z tzw. średnią literaturą. Wyrzucić czy zachować? Trzeba z tym jednak uważać, bo czasem wydaje nam się, że do jakiejś książki nigdy nie wrócimy, a po latach to się zmienia.
Czytanie to czynność intelektualna, ale czy ceni Pan też zmysłowe przyjemności w rodzaju odczuwania zapachu książek i słuchania szelestu papieru?
Oczywiście, że tak i do tego połączone z zapachem dobrej kawy. Dlatego cenię te księgarnio-kawiarnie, które pojawiły się ostatnimi czasy. Lubię krążyć po księgarni nie pytany czego poszukuję. Bo nie wiem czego poszukuję. To co lubię w czytaniu, to jest to, że to najbardziej indywidualna i swobodna forma kontaktu z kulturą. każda inna, kino, teatr, koncert, jest trochę wspólnotowa. Szczególnie nie lubiłem interakcyjnych form teatru, polegających na wciąganiu widza w akcję. Otóż książka mnie w nic nie wplątuje.
Czy czytanie eklektyczne, czyli różnorodne jest najwartościowsze?
Tak, choć cenię eklektyzm kontrolowany, bo nie sposób czytać wszystko, co wpadnie nam w ręce.
Czyta Pan sytuacyjnie? N.p. „Trzech muszkieterów” w paryskim Palais Royal czy „Eneidę” lub „Juliusza Cezara” w Rzymie?
Nie, niespecjalnie w tym gustuję. Zwykle wyręczają mnie w tym znajomi towarzysze podróży.
Czy nie sądzi Pan, że upadek czytelnictwa, zwłaszcza na wsi, powoduje ogromną zapaść cywilizacyjną?
Tak, i nie pojmuję, dlaczego lewica nie zajmuje się tym. Czy uważa, że wyręczą ją w tym liberałowie? Także ta młoda lewica „Krytyki Politycznej” za bardzo zajmuje się pretensjonalnym, lewicowym intelektualizmem Żiżka, Becka, Deriddy. Nie ma to żadnego przełożenia na prawdziwą lewicowość. Ja osobiście, choć jestem konserwatystą w sferze kultury, to w sferze społecznej mam wrażliwość lewicową, socjalistyczną, a dramatyczny poziom nierówności społecznych w Polsce oburza mnie. Szczególnie oburza mnie brak dostępu, do wyższych studiów dla młodych ludzi ze wsi. Z powodu braku pieniędzy. Jest ich kilka procent na Uniwersytecie Warszawskim. To większa nierówność niż przed wojną. Powstają w związku z tym swoiste getta kulturowego zaniedbania, a biedni reprodukują biednych. To jest skandal. Tak żaden kraj nie może być rządzony. To są rzeczy wołające o pomstę do nieba i nie trzeba być lewicowcem w poglądach politycznych, by to dostrzec i nad tym boleć. Niech o to przede wszystkim walczą, a dopiero w drugiej kolejności o cele światopoglądowe. Kościół, owszem, jest siłą antymodernizacyjną, ale nie jest bezpośrednim sprawcą tych nieszczęść i nierówności, więc nie na nim trzeba się koncentrować. Dlatego skoro Sławomir Sierakowski wydał kiedyś „Płomienie” Brzozowskiego, to powinien wiedzieć, że nie u Żiżka, ale tam właśnie, na tej strasznej prowincji, są prawdziwe „płomienie”. Socjaldemokracja w takim kraju jak Polska ma ogromnie wiele do zrobienia w sferze socjalnej. Tylko trzeba je podjąć, sięgając po gotowe wzorce zagraniczne. Owszem, religia na maturze to głupota, ale Polska łaknie przede wszystkim wielkich reform społecznych i to lewica powinna je przeprowadzić.
O bieżącej polityce wypowiada się Pan rzadko, ale za to dobitnie. W tym roku wysłuchałem w jednej z telewizji wywiadów, których Pan udzielił. Jest Pan bardzo krytyczny w stosunku do obecnej władzy PiS i personalnej władzy Jarosława Kaczyńskiego. Nazwał ich Pan między innymi „złodziejami ducha”…
Przecież nie ja jeden jestem tak surowy, a człowiekowi rozsądnemu i przyzwoitemu nie sposób nie być krytycznym wobec tej władzy. To środowisko sprawuje ją w sposób daleki od elementarnej przyzwoitości, a rządzą Polską ludzie straszni. Tyle powiem i nie będę kontynuował tego tematu, żeby nie zniweczyć pięknego tematu lektury, o który mnie pan rozpytywał.
Dziękuję za rozmowę.

Marcin Król – ur. 19 maja 1944 r. w Warszawie, filozof polityki i historyk idei, publicysta. W 1978r. założył i pełnił rolę redaktora naczelnego opozycyjnego, liberalnego pisma „Res Publica”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in. „Style politycznego myślenia: wokół „Buntu młodych” i „Polityki”, (1979), „Józef Piłsudski: ewolucja myśli politycznej” (1981), „Stańczycy: antologia myśli społecznej i politycznej konserwatystów krakowskich” (1985), „Ład utajony. Zbiór publicystyki” (1983), „Słownik demokracji” (1983), „Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku” (1985), „Romantyzm – piekło i niebo Polaków” (1998), „Historia myśli politycznej: od Machiavellego po czasy współczesne” (1998), „Patriotyzm przyszłości” (2004), „Bezradność liberałów: myśl liberalna wobec konfliktu i wojny” (2005), „Byliśmy głupi” (2015), „Do nielicznego grona szczęśliwych” (2018), „Krótka historia myśli politycznej” ( 2019).

Demokracja epidemiczna

W czasie gdy walka z epidemią toczy się na kilku frontach, ustrój jaki znamy stara się stawić czoła populistom, którzy próbują zrealizować swoje marzenia o demokracjach nieliberalnych. I niestety idzie im to całkiem sprawnie, a najgorsze dopiero przed nami.

Zawieszone funkcjonowanie parlamentu, zakaz przeprowadzania wyborów, stan wyjątkowy bez ograniczenia czasowego i rządzenie za pomocą dekretów – to nie bananowa republika na Karaibach ani poradziecka dyktatura w środkowej Azji. To Węgry Anno Domini 2020. Zgodnie z przegłosowanym pod koniec marca prawem Viktor Orban zyskał władzę autokraty. Już w 2018 r. podczas swojego wykładu na Uniwersytecie Letnim w Tusnádfürdo dość przewrotnie argumentował, że demokracja chrześcijańska nie ma nic wspólnego z liberalizmem. Jednak znaczący krok w tym kierunku wykonał dopiero 30 marca. Brak zdecydowanej reakcji jego politycznej rodziny z Europejskiej Partii Ludowej (Tusk, Merkel czy Kurz) daje mu zielone światło do dalszych działań w budowaniu demokracji nieliberalnej, demokracji odbiegającej od fundamentalnych wartości UE. Ale czy to nadal jest „demokracja”?
To co mamy (nie)przyjemność obserwować dzisiaj, czyli rządzących tu i ówdzie populistów, może być jedynie zalążkiem do hydry, która wykluje się na jesieni. Galopujące bezrobocie, poczucie słabości państwa i braku perspektyw w wielu krajach Unii Europejskiej wyhoduje zapotrzebowanie na populizm. Już nie ten antyuchodźczy czy eurosceptyczny, a oparty o fundamenty tak dobrze znanej „walki z systemem”. A właśnie obecny system dla wielu staje się niewydolny ze swoją kulejącą służbą zdrowia i niemożnością utrzymania miejsc pracy. Chociaż dzisiaj ten scenariusz brzmi jak political fiction, a na horyzoncie brak jakichkolwiek nowych ruchów politycznych to załamanie zaufania do demokracji pojawi się w najbliższych tygodniach (punditerka? Może trochę). Błędne przekonanie, że władza skupiona w jednej ręce lepiej radzi sobie z sytuacjami kryzysowymi popycha ludzi do przekazania rządów politykom nieliberalnym, zaprzeczającym dotychczasowym wartościom obalając jednocześnie mit racjonalnego wyborcy, który głosuje zgodnie z poglądami, a nie przeciwko komuś.
Od kilku tygodni sondażownie pokazują skoki poparcia dla ugrupowań rządzących, co jest naturalną reakcją na zagrożenie jakim jest epidemia. Dla tych, którzy z koronawirusem radzą sobie stosunkowo dobrze (na tle innych państw są to zdecydowanie Niemcy) obecna sytuacja może stać się nowym początkiem i trampoliną do przedłużenia swojego mandatu, jednak rządy, które nie staną na wysokości zadania, pomimo tymczasowych wzrostów popularności, stracą najwięcej. Wówczas do walki o władzę przystąpią ci, którzy w erozji dotychczasowego systemu ujrzą szansę na rewolucję. Nie warto poświęcać czasu na dywagację co do umiejscowienia owych ruchów na politycznym kompasie.
Populizm w każdym wydaniu prowadzi do szkód. Pokuszę się jednak o tezę, że wspólnym mianownikiem całego wirusowego populizmu będzie podważenie demokracji liberalnej opartej o parlamentaryzm i poszanowanie wartości europejskich, stawiając w kontrze do niej autorytarne rządy silnej ręki jako znacznie bardziej skuteczne.
Gdzie w tym wszystkim Polska? Obawiam się, że na przedzie braku zaufania wobec demokracji. Dopiero po 2015 r. zaczęliśmy odrabiać lekcje z postaw obywatelskich, a aktywność społeczno-polityczna wzrosła co widać zarówno podczas elekcji gdzie rosła frekwencja jak i podczas ulicznych, rekordowych protestów. Szkoda, że było to wywołane przez skrajną polaryzację zamiast edukację obywatelską. Do dzisiaj „partia” kojarzy się z minionym ustrojem, a wiec dla znacznej części społeczeństwa są to konotacje negatywne (dla porównania: w wyborach na szefa brytyjskiej Partii Pracy zagłosowało 490 tys. członków i członkiń ugrupowania.
W Polsce wszystkie partie łącznie nie mają tylu działaczy). A to przecież partie są fundamentem demokracji parlamentarnej, to partie walczą i zdobywają władzę, w końcu to partie kształtują rzeczywistość. Niestety często zastępowane są przez trzeci sektor, któremu bliższe są kwestie wykluczenia komunikacyjnego, rozwoju terenów zielonych, budowy ścieżek rowerowych czy obrony lokalnych szkół przed zamknięciem, a to klasyfikuje partie jako niezorientowane w miejscowych problemach. Stąd też niebezpieczna chęć ucieczki od słowa – w domyśle negatywnego – partia. Zrobił to Palikot budując Ruch Palikota, tak samo działał Biedroń powołując Wiosnę, o której wielokrotnie mówił jako „nowym ruchu społeczno-polityczny”, „projekcie polityczny” – unikając jak ognia słowa na p… Nie sposób oczywiście pominąć Kukiza, który „demokrację” często i gęsto utożsamiał z „partiokracją”. Brak zaufania do systemu demokratycznego jest oczywisty kiedy politycy, często wbrew samym sobie, mówią, że ich partia to nie partia po czym rejestrują ugrupowanie (Kukiz) lub starają się uciec od politycznego kompasu pojęciowego, a na końcu odmieniają „lewicę” przez wszystkie przypadki (Biedroń, Palikot).
Epidemia koronawirusa, która jest potężnym szokiem społecznym przyspieszy erozję systemów demokratycznych i chociaż sił liberalnych, otwartych, wolnościowych i obywatelskich jest więcej to są one, najzwyczajniej w świecie, gorzej zorganizowane oddając pole populistom, którzy zbierają owoce wieloletnich zaniedbań dotychczasowych polityczek i polityków. Tych, którzy uciekali od podstawowych pojęć, tak ważnych dla kształtowania społecznej świadomości, ale i tych, którzy nie stawili czoła minionym kryzysom, w końcu tych, którym władza dla władzy zaślepiła pole widzenia. A przecież w polityce „chodzi o to by zmieniać świat”.

Rocznica

Pisanie artykułu z okolicznościowego z okazji 150 rocznicy urodzin Włodzimierza Iljicza Uljanowa znanego pod pseudonimem Lenin w roku 2020 w Polsce ma w sobie pewien posmak masochizmu. Jest rzeczą oczywistą że w świecie paranoicznego ideologicznego terroru określanego jako tzw. „polityka historyczna”, pisanie czegokolwiek co nie ma charakteru lojalki wobec wszechwładnych samozwańczych łowców czarownic dyktujących zasady tzw. niepoprawnej poprawności politycznej jest co najmniej kuszeniem jeśli nie prowokowaniem losu.

Czasy gdy w Polsce można było wypisywać takie rzeczy jak Żeromski w „Przedwiośniu”: „Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi – virtus niezłomną, która może być omylną jako rachuba, lecz jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości?” minęły wszak bezpowrotnie razem z polszczyzną, którą zostały zapisane i moralnością do której się odwoływały.
Pisanie artykułu z okazji rocznicy sto pięćdziesięciolecia urodzin Włodzimierza Uljanowa ma jeszcze jeden wyjątkowo niewdzięczny aspekt. Podobnie jak tradycja ewangeliczna, tradycja marksistowska wzywa aby „umarłym pozostawić grzebanie umarłych”. Koncentrowanie się w dzisiejszych debatach na komunizmie czy to w wersji gomułkowskiej mającej rzekomo tłumaczyć mechanizmy populizmu Jarosława Kaczyńskiego czy to w wersjach klasycznych – leninowskiej lub stalinowskiej mającej rzekomo wyjaśniać takie czy inne zjawiska współczesności jest właśnie odwracaniem się od życia i pogrążaniem się w świecie tyleż żenującej co odrażającej intelektualnej nekrofilii. Komunizm jako program globalny załamał się gdy spełnił swoją historyczną misję i ustabilizował kapitalistyczne centrum po drugiej wojnie światowej. Nie oznacza to bynajmniej ze komunizm zszedł ze sceny ale że stracił wymiar globalny i na lewicy nie zastąpiło go nic co by przejęło jego rolę.
Można by w tym momencie skończyć i umyć ręce, ale nie każdemu przychodzi łatwo zapomnieć, że obśliniony, obdarty i zbeszczeszczony przez zboczeńców trup, był kiedyś człowiekiem, którego pamięta się z lepszych czasów. Podjęcie tematu ma więc charakter poniekąd osobisty. Gdy próbuję w jakiś sposób skonkretyzować tę motywację przypomina mi się jeden z odcinków starego serialu o Arsenie Lupinie, w którym w sfingowanym pogrzebie głównego bohatera uczestniczy autor jego przygód Maurice Leblanc z wielkim wieńcem z napisem na szarfie „Temu, bez którego nie byłbym tym kim jestem”.
W sensie potocznym nie jest to zbyt oryginalna motywacja jako, że z reguły „obchodzimy” rocznice dotyczące osób, które w jakimś stopniu wytworzyły nas wpływając na to kim jesteśmy. W przypadku jednak bohatera mojego okolicznościowego wspomnienia znaczenie mają również konkretne osobiste przeżycia. Co więcej można powiedzieć, że swoiste fatum zadecydowało o tym, że moje spotkania z Leninem miały charakter w pewien sposób konstytutywny dla mojej obecności w świecie i myślenia o nim.
Już jako trzynastolatek z okazji hucznie obchodzonej rocznicy 100-lecia urodzin Lenina wygrałem ogólnoszkolny konkurs wiedzy o jubilacie. Finał konkursu będący centralnym punktem rocznicowej szkolnej akademii był moim debiutem na forum publicznym, który do dzisiaj ciepło wspominam.
Gdyby owo wspomnienie było jedynym, jak sądzę, byłoby już wystarczającym powodem do tzw. „życzliwej pamięci” chociaż niekoniecznie do pisania na ten temat. Tak się jednak złożyło że na tym epizodzie będącym tym czym dla wielu gwiazd estrady stał się Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze historia moich kontaktów z Leninem się nie zakończyła.
Kolejnym spotkaniem o charakterze znacznie bardziej już intelektualnym stała się lektura pracy „Materializm i empiriokrytycyzm” na seminarium „Dialektyka i historia” nie żyjących już Marka J.Siemka i Aleksandra Ochockiego. Chociaż ogólny klimat rozważań nie odbiegał od standardów i znakiem czasu była konstatacja jednego z prowadzących, iż ksiązka nie jest tak zła jak się spodziewał, książka okazała się, dla mnie, prawdziwym odkryciem. Najciekawsze stało się to co kiedyś zupełnie nieznane, dziś niestety, stało się zbyt znane żeby skłaniać do myślenia. Mianowicie to, że cała batalia o światopogląd, którą prowadził Lenin uderzała nie w politycznych przeciwników, ale w członków jego własnej partii. Traktowana poważnie książka pokazuje, że kwestie światopoglądowe wbrew pozorom nie przekładają się bezpośrednio na racje polityczne. Trudno nie zauważyć, że niedostrzeganie w tej debacie niczego poza partyjnymi rozgrywkami świadczy o upadku lewicowej myśli bardziej niż jej zanikający wpływ na życie społeczne. Jak sądzę właśnie pytania wynikające z lektury tkwią, u źródeł mojej głębokiej nieufności wobec fajerwerków lewicowego filozofizmu przyswajanych z uporem godnym lepszej sprawy przez wydawnictwa typu „Krytyki Politycznej”.
Ostatnim w tym cyklu spotkań i najbardziej znaczącym stała się praca nad magisterium pod kierunkiem prof. Heleny Zand na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Logika fatum zadziałała tu wyjątkowo perfidnie. Jako osoba studiująca po raz pierwszy nie miałem jasnej świadomościtego, że już w połowie studiów powinienem znaleźć sobie seminarium magisterskie na którym przygotuję pracę dyplomową. Gdy prawda ta dotarła w końcu do mojej świadomości wszystkie interesujące mnie seminaria były obsadzone przez lepiej zorientowanych kolegów. Jedynym miejscem zgodnym z moimi raczej historycznymi zainteresowaniami stał Zakład Historii Ruchu Robotniczego, gdzie nigdy nie było tłoku i do którego udałem się w akcie skrajnej desperacji. (Ze względu na wysokie wymagania egzaminacyjne skrót nazwy zakładu (HRR) odczytywano potoczne jako horror a samo miejsce cieszyło się zasłużoną sławą czegoś pośredniego między jaskinią Smoka Wawelskiego a lochami Świętej Inkwizycji.) Poczucie zgrozy nie opuściło mnie aż do obrony magisterium, ale też jestem najlepszym przykładem tego, że warunkiem sukcesu edukacyjnego nie musi być wychowanie bezstresowe. Temat który dostałem od Promotorki „Dyskusja o sojuszu robotniczo-chłopskim w partii bolszewickiej od rewolucji lutowej do upadku prawicowego odchylenia w RKP(b)” nie był oryginalny. Stanowił wariację jednej z jej najbardziej cenionych prac „Lenin a kwestia chłopska”. Chociaż sama praca nie grzeszyła oryginalnością to zwróciła moją uwagę na kwestię, która stała się przedmiotem do dziś rozwijanych przeze mnie poszukiwań, które w moim rozumieniu odwracają w kilku istotnych momentach tyleż potoczne, co popularne mniemania o Leninie jako sprawcy i przywódcy rewolucji rosyjskiej, którą wywołał i ukierunkował na realizuję jakowejś komunistycznej utopii.
Jak w wielu innych przypadkach z analizy faktów wynika obraz zupełnie inny i chyba ciekawszy niż z owych opowieści o owej wspaniałej rewolucji która wstrząsnęła światem. Fakty zdają się wskazywać na to, że Włodzimierz Uljanow był nie tyle kreatorem rewolucji rosyjskiej co jej ofiarą. I to nie, w często przywoływanym, sensie głoszącym iż rewolucja pożera własne dzieci, ale zupełnie trywialnym i dosłownym. Po zamachu, po którym nigdy nie odzyskał już pełni sił i jak pokazują długo ukrywane zdjęcia wiódł życie składające się z faz wzmożonej aktywności i niemal roślinnej wegetacji zdany całkowicie na heroiczną opiekę żony (najbardziej niedocenianej osoby w całej tej historii). To, że zachował w tych warunkach w miarę jasny obraz rzeczywistości było niemal czymś niemal nadludzkim. Patrząc na relacje Lenina z rewolucją rosyjską można odwołać się do znanej historii dżdżownicy „co to ją chłopaki na ryby wyciągnęli”.
Czasem wręcz nie sposób uniknąć wrażenia, że niewiele brakowało, żeby Lenin zmarł sobie spokojnie w Szwajcarii na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych jako mało znany, drugorzędny polityk rosyjskiej socjaldemokracji nie wywołujący większego zainteresowania dziennikarzy ani historyków.
O tym, że losy Lenina ułożyły się inaczej zadecydowało w istocie jedno fatalne wydarzenie, które przewidział niemal z matematyczna precyzją i któremu podporządkował w miarę konsekwentnie swoje działania. Tym wydarzeniem nie była, nawet rewolucja ta bowiem pojawiła się jako pewna wygenerowana przez okoliczności możliwość, a imperialistyczna wojna o podział świata. To stwierdzenie w pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”, że wojna i przemoc powracają, po latach marginalizacji, w rolach głównych na scenę dziejów zadecydowało o miejscu Lenina w historii.
Można powiedzieć, że nie było to niczym szczególnym bo na wojnę europejską liczyło, w takim, czy innym zakresie wielu polityków. Przykładem może być Józef Piłsudski rozpoczynając po rewolucji 1905 działania przygotowujące na ziemiach polskich powstanie zbrojne mające szansę jedynie w warunkach europejskiego konfliktu. Nie był to z resztą jedyny przypadek takich kalkulacji. W jakimś aspekcie świat przełomu XIX i XX wieku brzemienny był wojną światową i wielu obserwatorów to dostrzegało.
Problem polegał nie tyle na dostrzeganiu co na rozumieniu skali i zakresu zjawiska. Józef Piłsudski patrząc na nadciągającą wojnę zachował się trochę jak zajączek z anegdoty, zaproszony przez niedźwiedzicę do jej willi, który słysząc od gospodyni „bierz co chcesz” wziął radio tranzystorowe i pokicał do domu. Lenina od Piłsudskiego różniło, nie to, że pomyślał o lodówce, czy samochodzie w garażu ale, że zmierzył się z problemem dostrzegając jego ogólny zarys i wyprowadził z niego zasadnicze konsekwencje.
Gdy mówimy o dostrzeżeniu ogólnego sensu stwierdzić należy że chodziło o konstatacje, że w historii współczesnej otwiera się okres wojen i konfrontacji o charakterze globalnym (wojen o podział świata). Podkreślić trzeba natomiast, że ani w teorii, ani w praktyce nikt z zajmujących się nadciągającą wojną nie dostrzegł właściwej skali katastrofy którą wywoła. Rozmiar kataklizmu który rozpoczął się latem 1914 roku trudny jest do zrozumienia nawet dzisiaj. Zniszczenie w krótkim czasie dużej części materialnego bogactwa gromadzonego w Europie od kilkuset lat, oraz gwałtowna śmierć co najmniej kilkunastu milionów mieszkańców było wstrząsem, który przeorał bardzo głęboko cywilizację europejską sięgając jej najgłębszych podstaw. Mówiąc o rozmiarach strat językiem liczb i abstrakcyjnych pojęć nie zdajemy sobie najczęściej sprawy, że te liczby i pojęcia przekładały się na codzienne cierpienie i udrękę milionów mieszkańców Europy. Codzienne obcowanie ze śmiercią, z głodem, materialną nędzą w najbardziej bezpośrednim wymiarze, codzienne obcowanie z dziesiątkami trupów w okopach i na zapleczu, egzekucjami, głodem i zniszczeniem stało się nowa codziennością już od 1914. Trwanie wojny stan ten czyniło normą dla coraz większych rzesz ludzi i wciąganych w wir rozszerzającego się kataklizmu. Zmieniał on nie tylko sposób życia ale głęboko wnikał w psychikę uczestników. To horror wojny na wyniszczenie zrodził wybuch rewolucji w Rosji i jej przerażającą postać, która stała się przedmiotem chorobliwej fascynacji zarówno w wśród zwolenników jak i przeciwników. Ani jedni ani drudzy nie zdają sobie sprawy, ze było to wydarzenie, którego dramaturgię i aktorów nie wykreowała żadna ideologia, ale wytworzyła wojna. Że bez tej wojny żadnej rewolucji w Rosji jak i gdzie indziej by nie było i być może znacznie zamożniejsze i szczęśliwsze ziemie polskie rozkwitałyby do dzisiaj pod berłem potomków Mikołaja II Romanowa.
I wojnie i „wychowaniu z pod Werdum” zawdzięczamy nie tylko rewolucją rosyjską, ale cały ciąg wydarzeń trzydziestopięciolecia 1914-1949. Chociaż miłośnikom „historii” i wszelkiej maści ideologom trudno sobie to wyobrazić ale wszelkie faszyzmy, nazizmy, stalinizmy i temu podobne patologie nie mają żadnego samoistnego znaczenia ale stanowią elementy żywiołów rozpętanych w roku 1914. (Obecny powrót faszyzmu i nazizmu ma związek ze znacznie „łagodniejszą”, ale też dotkliwa dla ofiar, katastrofą jaką stał się dzisiejszy upadek społeczeństwa dobrobytu w pod ciosami neoliberalizmu.)
Nawet druga wojna nie była wbrew oficjalnej ideologii polskiej polityki wynikiem współdziałania Hitlera i Stalina ale, wynikiem panicznego strachu przywódców zwycięskiego Zachodu, który w ostatniej chwili, uratował się przed rewolucją wygrywając poprzednią wojnę, przed rozpoczęciem nowego konfliktu. Paradoksalnie nadzieja na ugłaskanie Hitlera mająca prowadzić do uniknięcia wojny stała się zasadniczą przyczyną jej wybuchu. Trzeba bowiem pamiętać, że Hitlera można było pokonać w każdym momencie od 1933 do 1939 roku. Zasadniczym pytaniem było: Jeśli nie Hitler to co? I obawa że rozczarowani Niemcy zwrócą się ku rewolucji.
Jak na razie nie wiele miejsca zajmował w niniejszych rozważaniach Lenin ale też trzeba zauważyć, że jego rola w rewolucji dopiero z czasem ujawniła swoja wyjątkowość. Generalnie polegała ona na tym, że rozumiejąc konstytutywne znaczenie wojny dla nowych realiów wypowiedział jej zdecydowaną wojnę. Lenin był jedynym przywódcą rewolucji głoszącym konsekwentnie hasło zawarcia pokoju i wyprowadzenia Rosji z wojny. Gdy inni przywódcy mówili o wojnie do zwycięstwa on gotów był nawet na upokarzający pokój byle tylko przerwać niemożliwy do udźwignięcia przez społeczeństwo wysiłek wojenny. Co więcej jego wojna wypowiedziana wojnie miała globalny charakter, i w tym sensie też paradoksalnie oznaczało odwołanie się do koncepcji rewolucji światowej.
Co prawda wyrwanie Rosji z wiru rewolucyjnego chaosu okazało się niemożliwe, ale wojna domowa po Pokoju Brzeskim okazała się nowym etapem w rozwoju wydarzeń. Czynnikiem, który nadał wydarzeniom nowy sens, stało się podjęcie radykalnych reform realnie przekształcających układ sił w społeczeństwie. Tutaj zaznaczył się drugi istotny moment tego co nazywane bywa leninizmem i co obecne w myśli Lenina było od zawsze, ale w czasie rewolucji stało się zasadą jego polityki. Zastąpienie marksowskiej strategii rewolucji proletariackiej rewolucją sojuszy i koalicji różnych sił społecznych zjednoczonych wokół konkretnych partykularnych celów, które nie mając charakteru ostatecznego realnie przekształcały społeczeństwo. Kluczowy okazał się fakt, że przedmiotem szczególnie brutalnego wyzysku pozostawały masy chłopskie w krajach gospodarczo zacofanych. Te masy chłopskie również płaciły najwyższą cenę za wojnę, dostarczając armatniego mięsa i surowców dla jej prowadzenia.
Koncepcja przeciwstawienia się imperialistycznej wojnie przez walkę o globalne społeczeństwo kolektywnie administrujące gospodarką i elastyczną politykę sojuszy różnych sił społecznych okazała się strzałem w dziesiątkę. (Mówiąc o siłach społecznych nie uciekam od tłumaczenia historii w kategoriach walki klas ale chcę tylko podkreślić, że chodziło o wykorzystanie najróżniejszych różnic i podobieństw interesów grupowych definiowanych bardzo konkretnie i precyzyjnie wymykających się wszelkim schematom i tradycyjnej logice. To częste nieporozumienie polegające na przeciwstawianiu marksowskiej teorii –leninowskiemu politykierstwu wynika z braku świadomości że była to polityka jedynie możliwa.)
Ruch komunistyczny, który stał się wynikiem metodycznego zastosowania powyższych koncepcji charakteryzowała a niekiedy i dzisiaj charakteryzuje niesamowita plastyczność i kreatywność. Chociaż z drugiej strony podporządkowanie wszystkiego walce i konfrontacji przenosiło na obszar komunizmu brutalność i bezwzględność właściwą strategii nieustannie walczącej armii.
Nieustanna mobilizacja decydowała również o tym, że w społeczeństwie organizowanym przez ruch komunistyczny wizje konstruktywne nabierały charakteru ideologicznej utopii. Nie trzeba zbyt wiele przenikliwości, żeby zauważyć, ze w społeczeństwach wyniszczonych gospodarczo i cywilizacyjnie przez wojny i walki wewnętrzne nie istniała możliwość realizacji jakiegokolwiek sensownego projektu alternatywnego społeczeństwa. Istniała za to silna potrzeba odreagowania – zapomnienia, świętowania, kultu wybitnych jednostek, wiary w cuda, sekciarstwa, polowań na czarownice, szukania wrogów ludu, i temu podobnych ludowych rozrywek. Trudno jednak w tej atmosferze intensywnego „życia duchowego” przypominającej przysłowiową „jesień średniowiecza” szukać wyjaśnienia tego co działo się w ruchu komunistycznym. Był to skutek a nie przyczyna. Wielkość i groteska, tragedia i farsa rewolucyjnej kultury wyjaśnia może wiele kwestii antropologicznych ale nie tłumaczy niczego z wydarzeń dwudziestowiecznej historii.
Problem polegał nie na tym, że realizowano jakieś utopie, ale realizowano globalną partię szachów walcząc o reorientację rozwoju dziejów określoną przez Lenina, gdzie strona zdecydowanie słabsza dzięki przemyślanej strategii, determinacji i poświęceniu potrafiła skutecznie walczyć ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Co więcej najciekawsze okazało się to że partia ta została wygrana chociaż, sukces niekoniecznie przyniósł oczekiwane owoce. (W końcu świętowana obecnie rocznica zwycięskiej bitwy warszawskiej jest fetowaniem zwycięstwa, które ocaliło szanse Adolfa Hitlera na objęcie władzy w Niemczech, która to perspektywa w przypadku dalszego pochodu Armii Czerwonej na Zachód byłaby mało prawdopodobna.)
Zwycięstwo komunistów polegało na tym, że wymusiło stabilizację gospodarczego centrum ówczesnego świata a więc Zachodu. Pomysł na trzecią wojnę światowa stawał się zbyt groźny, żeby traktować go poważnie. Sukcesy komunizmu w walce o przekształcanie wojny w rewolucję, które doprowadziło do tego, że nie tylko największy obszarowo kraj ówczesnego świata – Rosja, ale również najludniejszy – Chiny zostały objęte antyimperialistyczną rewolucją komunistyczną.
Miejsce imperialistycznej rywalizacji zajęła w świecie kapitalizmu integracja, miejsce wojennego marnotrawstwa konsumpcjonizm, miejsce pól bitewnych i pomników wojennej chwały, supermarkety. Świat kapitalistyczny powrócił bardzo szybko do stanu z przed roku 1914 z tą różnicą że do stołu dopuszczono, przynajmniej przejściowo znacznie liczniejsze niż dotychczas towarzystwo. Społeczeństwo dobrobytu, czy też raczej społeczeństwo bezpieczeństwa socjalnego, stało się bronią wobec, której światowy ruch komunistyczny okazał się bezsilny. Uległ więc dekompozycji i pewnej marginalizacji. Problemem zasadniczym stało się załamanie jego globalnego charakteru, który zawsze decydował o jego tożsamości. Jednak o utracie aktualności przez ruch komunistyczny decyduje co innego.
Chociaż oczywiście różne konsekwencje aktywności Lenina mogą na różnych polach zachowywać mniejszą czy większą wartość to historia, którą konstytuował właśnie się skończyła. Skończyła się przy tym nie dlatego, że onegdaj Francis Fukuyama ogłosił jej koniec ale właśnie dlatego że nastąpił koniec tego końca, a więc koniec populistów, którym się wydaje że na grobie neoliberalizmu zaczynają własną historię.
Mogłoby się zdawać, że kryzys o którym mówimy mógłby mieć charakter przejściowy bo w końcu samo społeczeństwo dobrobytu i bezpieczeństwa socjalnego okazało jedynie fazą rozwoju społecznego i podzieliło los komunizmu zdemontowane przez teoretyków i praktyków neoliberalizmu. Reformy Miltona Friedmana, Margaret Thatcher, Ronalda Regana, Leszka Balcerowicza skutecznie podważyły konsensus społeczeństwa dobrobytu. Trauma społecznej degradacji i marginalizacji wyzwolonej przez neoliberalizm zrodziła reakcje populistyczną nawiązującą do najgorszych wzorów faszyzmu u nazizmu z lat dwudziestych i trzydziestych.
Na naszych oczach wszystko to bardzo szybko przechodzi do historii. Nie unieważnia tej historii bynajmniej koronavirus chociaż jego ostateczny kształt jeszcze się nie ujawnił i może przynieść wiele nieszczęść i zaskoczeń.
Zagrożenie, które jak to już jakiś czas temu stwierdziła Nami Klein, „zmienia wszystko” to nadciągające wielkimi krokami katastrofa klimatyczna związana z globalnym ociepleniem. Kapitalistyczny rozwój gospodarczy oparty na rewolucji przemysłowej oznaczał sięgnięcie po paliwa kopalne, które zwieszając w sposób wydawałoby się nieograniczony moce wytwórcze człowieka rozpoczęły zmieniać klimat w coraz bardziej destrukcyjny i groźny sposób. Rozwój konsumpcjonizmu po drugiej wojnie światowej nadał temu procesowi katastrofalną dynamikę i niszczycielski charakter.
Przywykło się mówić o katastrofie klimatycznej, jako o czymś co nastąpi może za pięćdziesiąt, może za sto lat. Wszyscy oczekują kiedy wreszcie podniesie się poziom mórz i oceanów, wybrzeże morskie dotrze do Płocka i innych podobnych cudowności. Wszyscy współczują misiom koala itd. itp. To, że katastrofa już się zaczęła i to nie na wyspach Pacyfiku, w Australii,czy Amazonii, ale w Polsce, za naszymi oknami jak gdyby do nikogo nie może dotrzeć. Pisząc o suszy hydrologicznej w Polsce, o stratach w rolnictwie, dezorganizacji upraw itd. unikamy określeń globalne ocieplenie i katastrofa klimatyczna a to jest właśnie to. Co więcej jest to trwały trend pogłębiający się z roku na rok. Nie musimy czekać na rozpuszczenie lodów Antarktydy. Nie musimy nawet wyjeżdżać. Mamy miejsca w pierwszym rzędzie. Susza razem z letnimi upałami już wkrótce może zapewnić nam moc mocnych wrażeń. Odsyłanie Grety Thunberg do szkoły, żeby się uczyła zamiast protestować jest zaklinaniem rzeczywistości i niczego nie zmieni.
Budując system małej retencji, przepraszając bobry i dokonując wielu innych niezbędnych operacji rewolucjonizujących nasze życie nie poradzimy sobie z problemem. Tylko radykalne, globalne działania mogą powstrzymać destrukcję.
Na naszych oczach skończyła się dotychczasowa historia. Czy się zacznie i jak długo potrwa nowa jest w sumie jedynym, istotnym problemem naszych czasów.

O „Polsce katolickiej”

Najnowszy (121-122) numer kwartalnika „Bez dogmatu” – pod tematycznym hasłem „Polska katolicka”.

Otwiera go rozmowa Michała Kozłowskiego ze Stanisławem Obirkiem, który jako były duchowny katolicki potrafi diagnozować choroby kościoła polskiego i powszechnego z takiego punktu widzenia, jaki nie jest dany żadnemu z komentatorów świeckich. Katarzyna Wójtowicz o „głosie nienawiści w poslim domu”, arcybiskupie Jędraszewskim.
O sprawie majątku Kościoła, sprawie, która bulwersuje nawet część jego najwierniejszych wyznawców – Bożena Przyłuska z Kongresu Świeckości. Agnieszka Mrozik wybrała i opracowała fragmenty pamiętników młodego pokolenia wsi w Polsce Ludowej, a z tego materiału wynika, że siła katolickiego konformizmu i siła kleru była wtedy tak silna, że nawet przy całej swojej determinacji, laicka władza tamtych czasów nie radziła sobie w pełni z presją i oporem Ciemnogrodu XX wieku.
Anna Małyszko wybrała natomiast karykatury za pomocą których laicka Francja drwiła z kleru i katolickiego fanatyzmu religijnego od XVI do XX wieku.
Poza tym m.in. o problemie, który na razie ucichł, ale który prędzej czy później powróci, czyli o pedofilii wśród kleru – Sławomir Czapnik, o „Sztuczkach wdowy po cezarach” – Adam Cioch. Piotr Rymarczyk zastanawia się natomiast „czy chrześcijanin może być dobrym człowiekiem?”. W tekście Tomasza Jativy „Kościół Dni Ostatnich” autor opowiada o władzy opartej na wpływach religijnych jako o mistyfikacji.
Do lektury zachęca już wstępny akapit i niech on będzie puentą niniejszego omówienia: „Czarnoksiężnik z krainy Oz” z 1839 roku to opowieść o politycznym znaczeniu pozorów. Ekran, na którym twarz czarnoksiężnika wyświetlana była w gigantycznym powiększeniu, okazał się kotarą, za którą skrywał się skarłowaciały i pozbawiony magicznych mocy starzec.
W tym samym filmie Zła Czarownica ze Wschodu po prostu rozpuszcza się, kiedy główna bohaterka przypadkowo poleje ją wodą. Hollywoododzki musical zdaje się sugerować, że właściwy czarownikom sposób sprawowania władzy opiera się na stwarzaniu pozorów, a gdy te tylko się rozmyją, ich rządy rozpłyną się jak zły sen”.

Pożytki z brzytwy

W czasach przednaukowych, gdy filozofia tworzyła metody poznawania i opisu świata, chcąc nie chcąc. rywalizowała z religiami, bo w świętych księgach świat jest opisany kompletnie i bezdyskusyjnie. Chyba, że jednak nie jest.

Problemy pojawiały się w chrześcijaństwie niemal nieustanie, bo za opis świata przyjęto mitologię malutkiej, mało znaczącej społeczności, która w dodatku była konglomeratem wierzeń i mitów zapożyczonych z innych kultur, bezładnie przetłumaczonych i mających służyć leczeniu kompleksów społecznych.

Mnie najbardziej spodobały się metafory skonstruowane przez Wiliama Ockhama i George’a Berkeleya. Pierwszy był mnichem, filozofem, logikiem i akademikiem, uznanym za heretyka choć po śmierci zrehabilitowanym , cokolwiek to dla kościoła katolickiego znaczy. Mocą papieża przeniesiony został z piekła do nieba. Skorzystał z tego Marcin Luter, który przejął od Ockhama jego wizję boga i uczynił z niego, post mortem, protestanckiego prekursora.

Logika Ockhama, według niektórych, spowodowała natychmiastowy upadek teologii. Jak się okazuje, niestety, nie do końca. W sporze pomiędzy władzą świecką a papiestwem Ockham stał konsekwentnie po stronie władzy świeckiej zarzucając kościołowi uzurpację, niezgodną z przesłaniem pisma świętego.

Wiliam Ockham wymyślił najlepszą brzytwę świata. Choć tak naprawdę zasadę ekonomii myślenia sformułował siedemnastowieczny niemiecki filozof Johannes Clauberg. Sam Ockham uważał że, nie należy wprowadzać nowych pojęć, kategorii czy bytów, jeśli nie jest to uzasadnione poprzez rozum, doświadczenie lub biblię. Clauberg usunął wyrażenie lub czasopisma… przepraszam, biblię i stworzył racjonalną zasadę ekonomii wnioskowania, które bardzo polubiłem. Chyba najbardziej znane jest zastosowanie Brzytwy Ockhama przez Pierre’a Simona de Laplace’a. Też go lubię.

Inny chrześcijański filozof, a nawet biskup, którego cenię, to George Berkeley. To już rzeczywisty protestant, anglikanin i też miał szczęście trafić na watykański indeks ksiąg zakazanych. Z czego od razu można wnioskować, że jego dzieła miały sens.

Berkeley jako jeden pierwszych zwrócił uwagę, że na podstawie dochodzących do nas sygnałów i bodźców powstaje jedynie subiektywne wyobrażenie o świecie. To rewolucyjne stwierdzenie przywiodło go potem do absurdalnych wniosków o istnieniu boga, który podtrzymuje istnienie świata materialnego ale to i tak nie umniejsza wagi jego odkrycia.
Dziś wiemy, o ile w swoim odkryciu Berkeley miał rację, o tyle świat materialny istnieje bez potrzeby istnienia zewnętrznego obserwatora. Choć fizyka kwantowa dowiodła, że nachalny obserwator wpływa na świat materialny, poprzez samą obserwację. To też być może, cichy tryumf Berkeleya. Z drugiej strony słusznie wątpił w skuteczność indywidualnego poznania świata. Współczesną odpowiedzią na jego odkrycie jest intersubiektywność poznania, stałość metodologiczna i powtarzalność doświadczeń. Czyli podstawy metodyki poznania naukowego. Dopiero dotrzymanie tych wszystkich warunków daje szansę na uzyskanie, w miarę pewnej, wiedzy o świecie.

Ten przydługi wywód o Ockhamie i Berkeleyu wydawał mi się potrzebny a poza tym ich lubię. A potrzebny do komentarza książki Łukasza Lamży – Światy równoległe.

Książkę bardzo polecam, autor z cierpliwością czułego psychoanalityka pochyla się nad społecznościami funkcjonującymi w ramach własnych mitologii. Od antyszczepionkowców/proepidemiotyków po płaskoziemców. Gdzieś pośrodku zajmuje się bardzo ciekawą grupą. To kreacjoniści – zwolennicy koncepcji młodej ziemi. To ważna grupa chrześcijan -wyznawców i chyba jedyna, która poważnie traktuje zapisy biblii. Wszystkie zapisy. Autor książki przytacza zresztą stanowisko Kościoła katolickiego, w zasadzie unieważniające połowę starego testamentu. Bóg jest kreatorem, siła sprawczą ale raju, potopu i proroka w brzuchu Lewiatana w zasadzie nie było. A co zresztą ? To zależy. Kościół skupił się na obronie nowego testamentu choć i to jest niesłychanie trudne. Stary odpuścił… Tyle że nowy nie istnieje bez starego, bogiem nowego testamentu jest bóg starego.

Kreacjoniści próbując uprawdopodobnić potop przy pomocy wiedzy naukowej, wyciągają wnioski z odkrycia Berkeleya. Szukają intersubiektywnych dowodów naukowych na to, że np. pływanie arką ze zwierzętami było możliwe. No cóż, gdyby chociaż na świecie nie było korników… Jednak ignorują, zapewne świadomie brzytwę Ockhama. Ignorują też Laplace’a, który powiedział, że do objaśniania jak działa świat, hipoteza boga nie jest potrzebna. Nie jest też potrzebna religia. A więc konsekwentnie, nie jest potrzebny konkordat.

Co nie znaczy, że nie powinniśmy pamiętać o dobrych chrześcijanach takich jak Ockham, Berkeley, Newton, Kopernik czy Ignacy Krasicki. Ale stale używać brzytwy Ockhama.

Wszech-świat Umberto Eco

Tom tekstów eseistycznych „Na ramionach olbrzymów” obejmuje krąg zagadnień, które interesowały Umberto Eco przede wszystkim w płaszczyźnie indywidualnej, prywatnej.

Eco, autor m.in. sławnych bestsellerów „Imię róży” czy „Wahadło Foucault”, był czasem podszczypywany, moim zdaniem niesprawiedliwie, o skłonności do intelektualnego celebrytyzmu, o gwiazdorstwo, efekciarstwo, aczkolwiek było w nim jako intelektualiście coś z człowieka spektaklu, tak jak spektakl definiował Guy Debord w swoim dziś już klasycznym dziele „Społeczeństwo spektaklu”.
Jednak w tomie „Na ramionach olbrzymów” znalazły się teksty, które Eco pisał w zaciszy swojego pokoju, nie na potrzeby występów i wykładów publicznych, w odpowiedzi na zainteresowania publiczności.
Skoncentrował się w nich na jego samego najbardziej interesujących zagadnieniach, takich jak kwestie piękna i brzydoty, absolutu i względności, prawdy i fałszu, ale także na szczegółowych tematach jak sens zjawiska płomienia i jego roli w kulturze i egzystencji ludzkiej, rolą paradoksów i aforyzmów, o znaczeniu niedoskonałości w sztuce, o kanonicznych bohaterów wielkiej klasyki literackiej, ale także na zawsze fascynujących Eco tematach związanych ze spiskami, tajemnicami, ezoteryzmem.
Omawia je Eco z właściwą sobie przenikliwością i oryginalnością spojrzenia, umiejętnością spojrzenia na nawet dobrze znane zagadnienia, ale pod innym kątem patrzenia i w innym naświetleniu. Te pięknym, klarownym, ale też finezyjnym, oryginalnym, momentami ironicznym stylem napisane eseje aż ociekają erudycją, która pozostaje najbardziej charakterystycznym emblematem Eco.
Łączą one w jedną tkankę tematy, zagadnienia, nurty z różnych dziedzin naukowych i artystycznych, z kręgu filozofii, antropologii, historii sztuki i literatury, estetyki, socjologii, psychologii, teorii i praktyki współczesnych mediów.
Wzbogacone o pięknie zaprezentowaną ikonografię dostarczają przy lekturze naprawdę wspaniałych impulsów intelektualnych i wrażeń estetycznych. Gorąco rekomenduję kolejne spotkanie z twórczością Umberto Eco.

Umberto Eco – „Na ramionach olbrzymów”, przekł. Krzysztof Żaboklicki, wyd. Noir sur Blanc, str.443, ISBN 978-83-7392-652-3

Homo sapiens

Ponad 1,5 miliona lat temu jakaś bardziej aktywna małpa wydłubywała z ziemi smakowite korzonki i zauważyła drzewo, na którym dojrzewało właśnie wiele pięknych owoców.

Podniosła się z kolan nie wiedząc, że robi historyczny gest wolności, na który będą się w odległej przyszłości powoływać politycy pewnego kraju w środku Europy. Z trudem pokonała opór zaokrąglonego kręgosłupa, stanęła wyprostowana i zaczęła zrywać owoce, karmiąc nimi spragnioną gromadkę swoich samic i dzieci Pozycja wyprostowana okazała się praktyczna i małpa uczyła jej swoich następców, a oni swoje dzieci, wnuki i pra, pra…., prawnuki. którzy nie wiedzieli, że po wiekach będą ich nazywali „Homo erectus”.

Człowiek rozumny

Czas biegł. Człowiek wyprostowany poza instynktownymi odczuciami głodu, strachu, popędu płciowego i zimna, zaczął dochodzić do wniosku, że może usprawniać zaspakajanie swoich potrzeb. Okryć się przed zimnem skórami innych zabitych i zjedzonych zwierząt, zrobić narzędzie ułatwiające zabijanie, wybudować szałas chroniący przed zimnem. Wymyślił siekierkę i włócznię z kamiennym ostrzem, łuk i strzały. Opanował ogień, wynalazł koło i zaczął wytapiać miedź i żelazo. Nawet nie zauważył, jak prawie 40 tysięcy lat temu stał się „Homo sapiens” – człowiekiem rozumnym.
Potem poszło już szybko. Błyskawicznie rozwijał technikę i jednocześnie swój intelekt. Zaczął definiować, co jest dobrem, a co złem, zaczął wierzyć w istoty lub istotę nadprzyrodzoną, która rządzi światem i jego życiem. Na tle tych nowych odczuć zaczął mieć określone przekonania. Coś mu się podobało, a coś innego nie. Gotów był walczyć o te przekonania bezkrwawo i krwawo. Wymyślał coraz więcej zasad życia, których wszyscy powinni przestrzegać. Przeżył okresy różnorakiej autokracji, aż w końcu doszedł do demokracji – uznając, że rządy powinni sprawować ludzie wybrani przez większość. I tu natrafił na trudną do pokonania przeszkodę. Poglądy większości z reguły nie są poglądami wszystkich. Ta większość (prawdziwa, albo urojona) chce i może rozszerzać ich zasięg różnymi metodami. Spokojnie – dyskusjami, przekonywaniem, przykładem, albo bardziej niecierpliwie i rewolucyjnie – nakazem, karą, nagrodą, chytrością, oszukiwaniem.
Już po wielu latach trwania tego okresu demokracji, w podniesionym z kolan kraju w środkowej Europie zapanowało przekonanie, że „tylko krowa nie zmienia poglądów”. Homo sapiens może i powinien zwłaszcza wtedy, gdy celem jest zbożny cel poparcia lub odrzucenia aktualnie rządzącej grupy. Ten cel staje się bardziej wyraźny wtedy, gdy homo decyduje się na przeprowadzenie kolejnych wyborów.

Zmiana upodobań

Właśnie teraz mamy taką sytuację. Dowiadujemy się o członkach określonych ugrupowań politycznych, którzy zmieniają zapatrywania, lub udają, że je zmieniają, i przechodzą do innych. Jeśli przekonują mnie, że rzeczywiście zniesmaczyli się ewolucją koncepcji swoich mentorów lub sposobów ich realizacji – pochwalam. Po co mają firmować coś, z czym się nie zgadzają. Ale mam wrażenie, że częściej przyczyna jest inna. Chodzi po prostu o zdobycie lepszego miejsca na listach wyborczych, lub w ogóle o znalezienie się na tych listach. Dożyliśmy bowiem czasów, w których zajęcia zarobkowe „polityk” i „poseł” traktowane są często jak zawód. Jak się nim przestaje być – to nie ma co robić i nie zarabia się względnie godziwych pieniędzy. Tej frustracji unikają tylko ci, którzy „w cywilu” mają opanowany tzw. wolny zawód – dobrzy lekarze, dobrzy prawnicy, dobrzy aktorzy, pisarze i kompozytorzy, oraz ci, którzy mają własny „biznes”.
Ale to dotyczy elity. Tendencje do zmiany poglądów są dla kraju bardziej niebezpieczne, kiedy obejmują masy „szarych” obywateli. Znam kilkanaście osób, które przez całe życie chwaliły się lewicowymi poglądami i wierzyły w możliwość stworzenia sprawiedliwego państwa, w którym nawet polityka jest uczciwa, rządzący i poważne media mówią prawdę, państwo nie narzuca obywatelom poglądów rządzącej ekipy, mogą żyć tak jak chcą i z kim chcą – byle nie naruszali prawa. Potem dostali po 500 złotych na dziecko i możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę, powiedzieli lub napisali coś pozytywnego o „władzy” i zaproponowano im wyższe stanowisko lub lepszą pracę – i nagle uznali, że wiatr w ich żagle wieje z innego kierunku. Zmienili poglądy. Demonstracyjne chodzą na zebrania organizowane przez rządzących i do kościoła, pokazując się znajomym. Publicznie chwalą władzę i szczycą się znajomościami z jej aktywistami „najwyższego szczebla”. Z zachwytem słuchają okolicznościowych przemówień, pokrzykując przemiennie i czasem bezmyślnie „Jarosław”, „Mateusz” albo „Andrzej”.
Zdarzają się – oczywiście – zmiany poglądów „w drugą stronę”. Jest ich mniej, mimo, że powodów jest więcej. Dla potrzeb kilku przyjaciół, którzy są właśnie w okresie przedwyborczej wahliwości, zrobiłem syntetyczny przegląd tych powodów. Czym mnie zraziła do siebie obecnie rządząca partia?

Dlaczego nie uwielbiam?

Na samym początku – zdobyciem poparcia zapewniającego parlamentarną większość nie tylko przez rozdawnictwo gotówki, ale także przez szkalowania poprzedników (”przez ostatnie osiem lat ….”), kłamstwa o „Polsce w ruinie”, nierealność chwytliwych propagandowo obietnic rozwojowo – inwestycyjnych w rodzaju miliona elektrycznych samochodów, budowy promów czy największego lotniska środkowej Europy.
„Na rozbiegu” – przez uporczywe i – niestety – częściowo udane próby likwidacji demokratycznego i konstytucyjnie zapewnionego trójpodziału władzy, zmierzające do jej skoncentrowania w jednym miejscu – sztabie partii i zależnej od niego administracji. Chodzi zwłaszcza o władzę sądowniczą, ale pochodną tej tendencji jest także przejęcie kontroli nad częścią mediów – a zwłaszcza nad państwowa telewizją – i doprowadzenie do ich przekształcenia w narzędzia propagandy i dziennikarskiego upadku.
Później – prowadzeniem wyjątkowo nieudolnej polityki zagranicznej i kształtowania stosunków z państwami UE, doprowadzającej do wyraźnego osłabienia pozycji na międzynarodowej arenie i dalszego pogarszania stosunków z największym wschodnim sąsiadem – z Rosją. Drażni mnie także umacnianie przyjaźni z największym (jeszcze!) mocarstwem, przez kupowanie od niego nie zawsze potrzebnych towarów, po rażąco wygórowanych cenach.
W końcu – poprawianiem najnowszej historii, uznającej za godne pamięci tylko wydarzenia i grupy ludzi związanych z prawicowymi nurtami politycznymi i kościołem i lekceważenie lub zapominanie innych – a zwłaszcza tych, którzy mieli lewicowe poglądy. Jednocześnie obsesyjnym poszukiwaniem wrogów i stwarzaniem społecznej atmosfery zagrożenia wszystkim, czego z nieznanych przyczyn nie lubi aktualna władza – poczynając od gejów i lesbijek, a kończąc na śniadolicych imigrantach. Zagrożenie dotyczy oczywiście państwa, ale też każdej dziwnie definiowanej rodziny.

Nowy człowiek tylko wyprostowany

Polakom mieszkającym w wielkich aglomeracjach wydaje się, że te denerwujące cechy i działania obecnie rządzącej ekipy są powszechnie znane i powinny powodować radykalną zmianę preferencji wyborczych. Ale tak się nie dzieje. Większość Polski karmiona jest wyłącznie lub głównie państwową telewizją. Prawie nie czyta prasy – a jeśli już, to lokalną, opanowana przez władze lub tzw. katolicką. Proboszcz z ambony albo wygłasza pochwały dla rządzącej ekipy, albo wręcz sugeruje, że powinno się na nią głosować.
Ten zasiew trafia na podatny grunt – relatywnie niski w Polsce poziom politycznej, społecznej i ekonomicznej edukacji społeczeństwa. Znaczna część obywateli w ogóle nie rozumie podłoża, znaczenia i możliwych następstw monopolizacji władzy, ograniczania niezawisłości sądownictwa i mediów a także obiektywizmu prokuratury, samodzielności samorządów lokalnych, rozwijania „służb specjalnych” ścigających nie tylko przestępców. Ci sami obywatele są za to zauroczeni masowymi imprezami poparcia, defiladami, znajdywaniem coraz to nowych „żołnierzy wyklętych”, odtwarzaniem udanych i nieudanych powstań, pokazową pobożnością i werbalnym patriotyzmem reprezentantów władz wszystkich szczebli.
Z żalem obserwuję wysoką skuteczność tych działań. Napawa mnie ona obawą, którą muszę skonsultować ze znajomym paleontologiem. Zadam mu pytanie – czy jest możliwe lokalne odwracanie biegu historii rozwoju ludzkości? Czy możemy się obudzić w sytuacji, w której znaczna część naszego otoczenia będzie się składała – jak przed wiekami – z homo wprawdzie „erectus”, bo przecież wstali z kolan, ale znowu nie „sapiens”?