Wyznania zaprzysięgłego lemisty

W roku 2021, słusznie uznanym za rok Stanisława Lema, można – a nawet wypada-przyznać się do obsesyjnego zainteresowania jego twórczością. To zainteresowanie zaczęło się u mnie nieprzyzwoicie dawno, bo już w początkach mojej umiejętności czytania. Dzięki życzliwości mojego dziadka – Adama Lewickiego i Jego córki, czyli mojej Mamy, będąc czytelnikiem – szkrabem, otrzymywałem egzemplarze tygodnika „Nowy Świat Przygód”. Były tam odcinki powieści Stanisława Lema „Człowiek z Marsa”.

Z wysiłkiem przeczytałem te odcinki, co nie było łatwe, gdyż zasób słownictwa, którym wówczas dysponowałem był ograniczony. Nie wszystko rozumiałem. Obiecałem sobie, że jak podrosnę i będę bardziej wykształcony to powieść tą przeczytam dokładnie w całości. Tak, że wszystko będę rozumiał. Udało mi się to po wielu latach, kiedy powieść ukazała się w formie książkowej. Powieściowy człowiek z Marsa przebywał w Nowym Jorku. W opisie Lema znalazłem ów niemożliwy do zdefiniowania „duch miasta”, który poznałem w trakcie moich dwukrotnych kilkutygodniowych wizyt. Zastanawiałem się czy Lem w bardzo młodym wieku – czyli przed wojną – w Nowym Jorku nie był. Nigdzie nie znalazłem wzmianki na ten temat. Natomiast dowiedziałem się, że dwudziestokilkuletni pisarz pracował na tą powieścią w trudnych latach okupacji. Stopniowo poprzez „Astronautów”, „Dzienniki gwiazdowe”, „Solaris”, „Eden” doszedłem do lektury dzieł Lema – filozofa. Były to „Dialogi”, „Summa Technologiae”, „Filozofia przypadku”, „Fantastyka i futurologia”.
Antoni i Antek
Jak wielu wielkich pisarzy zwracał Lem uwagę na znaczenie tzw. szaty słownej, która jest ważna dla odbioru treści. Bodajże w „Filozofii przypadku” zilustrował to poprzez dwa opisy tego samego wydarzenia. Antoni ująwszy dłoń Marii powiódł ją w szumiącą leszczynę. To nie jest to samo co: Antek pociągnął Mańkę w krzaki.
Sądzę, że w tym kontekście warto zwrócić uwagę na fakt, iż w tekstach sakralnych licznych religii jest mowa o tym, że ktoś ukazał się komuś we śnie i coś mu powiedział. Ukazanie się we śnie i przekazane słowa są bardzo ważne dla wyznawców, którzy reagowaliby inaczej, gdyby im powiedziano, że coś się komuś przyśniło.
Księgarnia w Dallas
Dzieła Lema były tłumaczone na kilkadziesiąt języków i publikowane w dziesiątkach milionów egzemplarzy. Szczególnie wielu czytelników miał Lem w Związku Radzieckim, Niemczech i Stanach Zjednoczonych.
Wiele lat temu byłem gościem pary nauczycielskiej ze szkoły średniej w Sulphur Springs w Teksasie. Otrzymałem od nich kilka wartościowych i interesujących książek. Zapytałem, czy czytali coś co napisał polski pisarz Stanisław Lem. Okazało się, że nie czytali. Wiedziałem wobec, tego czym się zrewanżować. Następniego dnia udaliśmy się samochodem do wielkiej, wielopiętrowej księgarni w Dallas. W dziale Science Fiction znalazłem kilkunastometrową półkę na której było kilkadziesiąt pozycji Lema. Miałem w czym wybierać. Przyznam się, że kiedy teraz czytam o słabym zainteresowaniu Lemem w USA to przyjmuję to z niedowierzaniem. Mimo, że autorzy tej wiadomości są zdania, że Lem dla Amerykanów jest za „mało rozrywkowy”.
Lemowski pamflet na kolektywizację
W Związku Radzieckim Lem był powszechnie czytany i szanowany. Przyczynili się do tego dwaj kosmonauci-Borys Jegorow i Konstantin Fieokistow, którzy organizowali spotkania z pisarzem przyciągające olbrzymie ilości zainteresowanych, a w szczególności studentów. Pozycja Lema przejawiała się w różnych formach.
W opowiadaniu o planecie Wodnik w alegorycznej formie przedstawił Lem ponury absurd przymusowej kolektywizacji. W pobliżu tej planety przelatywał statek kosmiczny, który został skontrolowany, gdyż znalazł się w przestrzeni celnej Wodnika. Gorliwi celnicy w lodówce znaleźli sardynki w konserwie. Kosmonauta został aresztowany. Władca planety chciał , aby wszyscy jej mieszkańcy nauczyli się oddychać pod wodą. Zanurzeni w wodzie ludziska zmuszani byli do ciągłego podejmowania prób. Ci, którzy próbowali zbyt długo, nie wypływali na powierzchnię. Władca planety z gnatami zdeformowanymi przez artretyzm prób zbyt długich nie podejmował. Przebywanie w wodzie było obowiązkiem i przywilejem. Kiedy więc znaleziono sardynki, które zamiast pluskać w wodzie były zamknięte w metalowej puszce, uznano to za „zbrodniczą aluzję”. Polscy czytelnicy w prywatnych rozmowach z radzieckimi zastanawiali się czy celnicy domyślali się co Lem miał na myśli. Jeden z Rosjan sądził, że wiedzieli bardzo dobrze, tylko sympatyzowali z Lemem i udawali przysłowiowych frajerów. O kolektywizacji wielu obywateli ZSRR dowiadywało się sporo podróżując pociągiem z Moskwy przez Warszawę do Berlina.
Rosjanin z którym wielokrotnie spotykałem się na gruncie prywatnym opowiadał mi o swoich obserwacjach z okna wagonu. Na terenie Związku Radzieckiego kilometrami ciągnęły się ugory. Po przekroczeniu granicy z Polską, każdy skrawek ziemi był uprawiany. Wszędzie coś rosło i kwitło.
Niemieckie pośrednictwo
Na wielkim niemieckojęzycznym rynku książki tłumaczenia Lema pojawiały się szybko. W strefie języka niemieckiego jest prawdopodobnie więcej tłumaczy z polskiego niż gdzie indziej. Z mieszanymi uczuciami czytałem angielską wersję „Niezwyciężonego”. Był to przekład z tłumaczenia niemieckiego. Z ciekawości przeczytałem ów przekład niemiecki i porównałem go z oryginałem. Odniosłem wrażenie, że angielski tekst Lema poprzez niemieckie pośrednictwo stracił na wartości.
W niebie czyli gdzie?
Erudyta i politolog Stanisław Lem był racjonalistą-agnostykiem. Podobnie jak Bertrand Russell i Stephen Hawking. Rozważania kosmologiczne tych trzech autorów oraz podróże kosmonautów pobudzają czytelnika do praktycznej dociekliwości. Radzieccy kosmonauci po powrocie stwierdzali, że w przestrzeni kosmicznej nie widzieli ani aniołów, ani innych istot o których mowa w księgach sakralnych. Amerykańscy astronauci po powrocie z Księżyca nie wypowiadali się na ten temat. Można sądzić, że gdyby coś szczególnego widzieli, to by nam powiedzieli. Modlitewny zwrot dotyczący pobytu w niebie i opowieści o wniebowstąpieniach skłaniają do pytań? W niebie czyli gdzie? Na której planecie? W jaki sposób następowały wniebowstąpienia? Co po drodze stało się z tymi, którzy ich doświadczali? Na wysokości 10 000 metrów jest temperatura minus 50 stopni Celsjusza. Aby to wiedzieć nie trzeba być astronautą. Wystarczy być pasażerem odrzutowca. Jednakże loty kosmiczne i Księżyc – to wszystko jest blisko Ziemi. A co jest np. w odległości miliona lat świetlnych? Tego się nie dowiemy. I jak tu nie być agnostykiem? Ale bycie nim jest w wielu państwach niebezpieczne. W Arabii Saudyjskiej i w innych państwach ludzie niewierzący skazywani są na śmierć. U nas – jak dotychczas następuje zwiększanie ilości godzin przeznaczonych w szkołach na religię oraz intensyfikowanie innych form indoktrynacji. No i są pierwsze „osiedla katolickie”.
Krytyka i oszołomstwo
Ponieważ niektóre utwory Lema pisane były w czasach stalinowskich i zawierały akcenty zgodne z wymogami tzw. realizmu socjalistycznego (bez których nie byłoby możliwe publikowanie książek) pisarz był obiektem zainteresowania zacietrzewionych oszołomów (również nadgorliwców z tamtych czasów). Motywy i przejawy ustępstw pisarzy na rzecz dominującej polityki były różne. Czasami pochwały Związku Radzieckiego były skutkami doświadczeń osobistych takich jak wyzwolenie obozu koncentracyjnego przez Armię Czerwoną lub ocalenie przez nią autora od banderowskiego terroru. Krytyczny stosunek do międzywojennego dwudziestolecia miał czasem związek z przebywaniem kogoś bliskiego w Berezie Kartuskiej. Niedostatek informacji o rzeczywistym charakterze stalinowskiego ustroju sprzyjał optymistycznej, afirmującej postawie zarówno wielu pisarzy jak i pewnej części społeczeństwa. Małostkowe, „rozliczeniowe” ataki na Lema pochodziły m.in. od Stanisława Beresia, który najpierw przeprowadził „Rozmowy ze Stanisławem Lemem” (Kraków 1987) będące – zdaniem Małgorzaty Szpakowskiej – „lekturą bardzo odświeżającą,która „pokazywała, że Polska nie jest pępkiem świata i że nasze kłopoty są często humorystyczne w porównaniu z tymi, z jakimi usiłuje uporać się ludzkość. (Efekt ten mógł wprawdzie brać się stąd, że – jak Lem gdzieś potem zdradził-rozdział poświęcony współczesnej Polsce w całości skonfiskowała cenzura.)
Krytyką polonocentryzmu i naszej zaściankowości Lem wpisał się do tego samego obozu, który określają nazwiska Brzozowskiego, Witkacego, Gombrowicza: zdawał się zachowywać znaczną trzeźwość umysłu w czasach, gdy wielu ją traciło”. (M.Szpakowska „Dyskusje ze Stanisławem Lemem:”, Warszawa 1997 s.15). Zdaniem Szpakowskiej w „Rozmowach” Lem doszczętnie spacyfikował partnera” (s.15). „Uległość okazaną przy spisywaniu Rozmów Bereś zrekompensował później w artykule „Socrealistyczne przypadki Stanisława Lema” (1990). Lem odpowiedział na ten artykuł. Bereś z kolei w swej polemicznej replice „ustawił się w pozycji pogromcy stalinistów” do których obok Lema zaliczył Dygata, Kazimierza Brandysa, Hertza i Kisielewskiego.(s.15-16). Szpakowska dziwi się, że Bereś „nie widzi jakoś nic absurdalnego w tym, że Stefana Kisielewskiego czyni pachołkiem PPR-u. Ani w tym, że Lemowi każe odpowiadać za długi Heleny Bobińskiej” (s.16).
Oszołomów ci u nas dostatek. A w Ameryce też ich nie brakuje. Był taki Amerykanin (podobno pisarz), który twierdził, że LEM to nie nazwisko, lecz kryptonim komunistycznej kampanii, której celem jest infiltracja amerykańskiej społeczności pisarzy science-fiction i prowadzenie propagandy (oczywiście komunistycznej).
Dialogi dociekliwe i raczej optymistyczne
W roku 1957 ukazały się znakomite „Dialogi” utrzymane w konwencji znanej czytelnikom autorów antycznych, a zwłaszcza Platona. Lemowscy myśliciele Hylas i Filonous zastanawiali się, „czy mózg elektronowy posiada świadomość” starając się „po drodze” określić czym jest świadomość i podświadomość. Rozważali też wiele innych trudnych kwestii. „Dialogi” kończą się optymistycznym westchnieniem Filonousa: „Ludzie zbudują, mimo wszystkie zawody, klęski i tragiczne omyłki, lepszy świat. Gdybyśmy nie mieli działać z tą myślą, utracilibyśmy wiarę w człowieka i jego możliwości, a wtedy lepiej byłoby nie żyć przyjacielu.”(Dialogi, Warszawa 1996, s.286) Ów optymizm wynikał-być może – z „ducha czasu”, z lat nadziei w których powstawały „Dialogi” 1954-55, listopad 1956.
Dobrze się stało, że po szesnastu latach ukazał się drugi tom „Dialogów” zawierający referaty i artykuły Lema publikowane w niskonakładowych czasopismach naukowych trudno dostępnych szerszym kręgom czytelników. Dotyczą one takich problemów jak zastosowanie cybernetyki w socjologii, etyka technologii i technologia etyki oraz biologia i wartości. Optymizmu jest tu jednak mniej niż w tomie pierwszym.
Tajemnica chińskiego pokoju
Jak wiadomo innowacje powodują zmiany w społeczeństwach a zwłaszcza na szeroko rozumianym rynku pracy. Wynalazek Gutenberga spowodował, że w europejskich klasztorach straciło pracę podobno około 8 tysięcy mnichów – kopistów. Pozostały niewielkie ślady ich pracy. W austriackim mieście Melk oglądałem (z pewnej odległości) księgi pisane na cielęcej skórze, pochodzące z XII wieku.
Silnik Roberta Fultona – z opóźnieniem-zwolnił rzeszę zaharowanych burłaków ciągnących barki po Wołdze.
Roboty i zdalnie sterowane podnośniki widłowe przenoszące kontenery pozbawiły pracy (ciężkiej i niebezpiecznej) w skali globalnej setki tysięcy dokerów.
Obecnie w Chinach i w Stanach Zjednoczonych ma miejsce coraz szersze wykorzystanie urządzeń stosujących sztuczną inteligencję (AI). Samochody ciężarowe bez kierowców budzą zainteresowanie i obawy. Te ostatnie dotyczą konieczności zmiany pracy, a także bezpieczeństwa drogowego.Zwolennicy tej innowacji przytaczają statystyki wypadków. W 90 proc. są one powodowane przez zmęczenie, choroby lub niedostateczne umiejętności kierowców. Krótko mówiąc-wyeliminowanie kierowców to poprawa bezpieczeństwa.
Kontrowersyjne jest stosowanie sztucznej inteligencji np. do identyfikowania klientów banków. Występuje tutaj możliwość inwigilacji na szeroką skalę. Sztuczna inteligencja oznacza liczne problemy o charakterze etycznym. Tym problemom wiele uwagi poświęcił Stanisław Lem. Znawca jego twórczości Jerzy Jarzębski porównał „Summa Technologiae” z roku 1964 ze zbiorem esejów publikowanych w „PC Magazine” i wydanych w tomie „Tajemnica chińskiego pokoju” (1996). „Dziś gdy tak wiele przewidywań Lema się sprawdziło, a uczeni z Niemiec i USA przyznają wręcz, że korzystają z jego inspiracji – autor „Summy” czuje na sobie ciężar daleko większej niż wprzódy odpowiedzialności. Tym ona poważniejsza, że twierdzenia Lema weryfikuje życie i z dnia na dzień realizowane produkty takiej lub innej (genowej, informatycznej) inżynierii. Pierwsza i zasadnicza różnica pomiędzy „Sumą” a Tajemnicą chińskiego pokoju polega więc na tym, że sądy pierwszej formułowano we względnie pustej przestrzeni hipotez i modeli, podczas gdy sądy drugiej wygłaszane są w zgiełku powstającego nieuchronnie w centrum powszechnego zainteresowania, wobec sprawozdań z badań eksperymentalnych, a nawet sygnałów z rynku, na którym żyć poczynają ocierające się wcześniej o fantastykę pomysły.
Jak to wpływa na dyskurs samego Lema? Powiedzmy najpierw, że coraz większą rolę odgrywa w nim wątek etyczny. W „Summa Technologiae” frapowało ujęcie technologii jako bytu w jakiejś mierze samoistnego, rozwijającego się niezależnie od człowieczej woli, choć w oparciu o substrat, jaki dlań tworzą ludzkie dążenia do poznania i opanowania świata. Technologia ewoluowała podług tej wizji na podobieństwo genetycznego kodu,a zatem nie poddając się łatwo moralnym osądom. W „Tajemnicy chińskiego pokoju” projekt technologii przyszłej, będący wcześniej abstrakcją, staje się nagle treścią codziennego życia jednostek i społeczeństw, a sama technologia wchodzi w skomplikowaną rzeczywistość końca wieku, pojawia się w domach przeciętnych ludzi w postaci Internetu, produktów inżynierii genetycznej, prymitywnych jeszcze urządzeń „fantomatyzujących” itd.( J.Jarzębski Rozum ewolucji i ewolucja rozumu w :Tajemnica chińskiego pokoju,Kraków 1996 s.7-8)
Tajemnica chińskiego pokoju to ksiązka aktualna w okresie ciągłego rozszerzania się zastosowań sztucznej inteligencji przynoszących coraz to nowe niespodzianki, nadzieje i obawy.

Bez minimum moralności w polityce zaleje nas tsunami

Każdy nowo przychodzący do władzy polityk wysokiej rangi, jak prezydent USA czy papież około trzech miesięcy milczą. Dlaczego? Ponieważ ważni urzędnicy przynoszą mu zalakowane koperty z jakimiś niejawnymi sprawami, o których on nie wiedział. Ci politycy otwierają koperty i widzą, że program, z którym występowali w kampanii wyborczej jest nie do zrealizowania, bo są jakieś tajne umowy, które krępują mu ręce – z profesorem Leszkiem Szarugą, historykiem literatury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jest Pan autorem zbioru esejów o współczesnej powieści politycznej…
Ściśle biorąc polityczno-historycznej. Starałem się udowodnić, że historia była w tych powieściach tylko maska dla współczesnej koncepcji społeczeństwa. Można wyróżnić dwa typy tych powieści: ściśle historyczną, w której autor stara się odtworzyć, zrekonstruować realia przeszłości oraz taka, w której historia jest tylko maską, dzięki czemu można mówić o współczesności przyjmując dystans opowieści historycznej. N.p. Władysław Terlecki pisząc o wyborach politycznych po powstaniu styczniowym pisał o nich w gruncie rzeczy jako o wyborach paralelnych do tych, których dokonywało się w PRL. A wcześniej, w „Faraonie” Prus analizował w gruncie rzeczy uniwersalne, a więc także jemu współczesne mechanizmy władzy, ubrane w kostium starożytnego Egiptu. Z kolei Jarosław Iwaszkiewicz zawarł w swoich „Czerwonych tarczach” swoją krótkotrwałą fascynację ideą państwa narodowego i koncepcjami wybitnego niemieckiego pisarza i poety Stefana Georga, którego naziści uznali za swego, ale który zmarł w 1934 roku.
O takim kostiumie często mówiło się w PRL…
Bo w tamtym okresie nie istniało piśmiennictwo polityczne wyrażające zróżnicowane idee, literatura w typie pism Skargi czy Frycza-Modrzewskiego. Monopol na takie piśmiennictwo miała jedna, rządząca opcja. Inne, posługując się ezopowym językiem, wyrażały się w powieściach politycznych. Jedynym – od biedy – autorem, który nie korzystał z języka ezopowego i reagował w miarę bieżąco na współczesność, a i to też zazwyczaj poza zasięgiem cenzury bądź za granicą. Jacek Bocheński napisał natomiast językiem ezopowym dwie ważne powieści polityczne: „Boskiego Juliusza” i „Nazo poetę”. Nie chcę powiedzieć, że to dobrze, że była cenzura, ale ten stan sprzyjał poziomowi literackiemu, artystycznemu prozy, ćwiczeniom warsztatowym.
Czym miała by być powieść polityczna dziś, w epoce wszechobecności polityki w mediach, w epoce zasadniczej – choć na pewno nie stuprocentowej – jawności życia politycznego?
Czymś takim jak „Przedwiośnie” Żeromskiego czy „Opowieści biograficzne” Berenta czy wizja przyszłości, jaka pojawia się w powieściach Witkacego. Czyli stawieniem zasadniczych pytań ideowych, pytań o sens polityki. Ta pełna transparentność polityki jest pozorem. Nie znamy prawdziwych realiów polityki. Każdy nowo przychodzący do władzy polityk wysokiej rangi, jak prezydent USA czy papież około trzech miesięcy milczą. Dlaczego? Ponieważ ważni urzędnicy przynoszą mu zalakowane koperty z jakimiś niejawnymi sprawami, o których on nie wiedział. Ci politycy otwierają koperty i widzą, że program, z którym występowali w kampanii wyborczej jest nie do zrealizowania, bo są jakieś tajne umowy, które krępują mu ręce.
Autorzy powieści historyczno-politycznych stosowali różne języki narracji: „Faraon” czy „Przedwiośnie” to dość klasyczna proza epicka, „Boski Juliusz” to rodzaj pamfletu, ironicznej narracji odautorskiej, „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa to zbiór niby-listów pisanych w stylistyce różnych epok na przestrzeni dwustu lat. Jaki wzór formalny, językowy pasowałby do obecnej rzeczywistości?
Wskazałbym może powieści budujące historie alternatywne, n.p. Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Michalskiego, Andrzeja Horubałę, którego „Umoczeni” są swoistym odpowiednikiem „Generała Barcza” Kadena-Bandrowskiego, przy zachowaniu wszystkich proporcji. Kaden był ideowym piłsudczykiem, który napisał powieść demaskująca piłsudczyznę. Prawicowiec Horubała opisał swoje środowisko w sposób demaskatorski.
Na ogół w powieściach politycznych czy polityczno-historycznych nie pojawiają się realne postacie pod swoimi autentycznymi nazwiskami. Czy jest sens, by napisać powieść polityczną wprost, o Tusku czy Kaczyńskim?
Jeżeli byłaby dobrze napisana, to czemu nie, ale to było by daleko idące ograniczenie warsztatowe. Trzeba albo pisać reportaże o realnych postaciach, albo prozę kreacyjną dająca pole do popisu artystycznego. Powieść polityczna może być odwzorowaniem, lustrem rzeczywistości, może być interwencyjna, demaskatorska, a może być zdaniem sprawy z wizji pisarza, mieć wymiar filozoficzny, dotykać filozofii polityki, zależności polityki i moralności. To ostatnie zagadnienie staje się coraz ważniejsze. Wylano morze atramentu, by udowodnić brak związku między polityką a moralnością. Jeśli jednak tak dalej pójdzie, to pewnego dnia podniesie się fala tsunami i zaleje politykę i nas jednocześnie. Z drugiej strony nie powinno się też w polityce przesadzać z moralizowaniem, bo wtedy dochodzi do różnego rodzaju „sanacji”, których skutki znamy.
W Pana esejach „Dochodzenie do siebie” napisał Pan o zjawisku budowania się na nowo literatury polskiej po wielkiej „wędrówce ludów” 1945 roku, po przesunięciu się granic, o nowych tożsamościach na Ziemiach Odzyskanych. Jest to w powieściach gdańskich Chwina czy Huellego…
Także w powieściach szczecińskich Artura Liskowackiego i Ingi Iwasiów, wrocławskich kryminałach Marka Krajewskiego, w kręgu „Borussi” w Olsztynie. Jest taki esej Andrzeja zawady „Breslaw”, w którego tytule łączą się nazwy polska i niemiecka tego miasta. Poza tym oczywiście Jarosław Marek Rymkiewicz z jego eseistycznymi powieściami litewskimi. Jest też pismo Pawła Helle „Nyni”, poświęcone Gdyni i Kaszubom. Andrzej Stasiuk buduje o mit Międzymorza tożsamość regionu dawnej Galicji, Beskidów, Karpat.
Czasem jednak daje się zauważyć przemilczanie, n.p. niemieckiej przeszłości obecnych polskich miast. W Elblągu i Sopocie widziałem uliczne wystawy pamiątkowe z fotografiami sprzed wojny, z przełomu wieków. Przedstawiają przedwojenny Elbingen i Zopott tak, jakby były polskimi miastami. Nie razi to Pana?
Powiem szczerze, że nie. To jest przechodzenie do porządku dziennego nad konfliktami. Pewien niemiecki burmistrz Szczecina zdobył drugie miejsce w plebiscycie obecnych szczecinian. Wspomnianą przez Pana książkę pisałem przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Jesteśmy świadkami dwóch procesów: budowania, odtwarzania tożsamości lokalnej oraz budowania tożsamości europejskiej. To są różne wektory, częściowo rozbieżne, ale nie w całości, bo tożsamość europejska jest tożsamością regionów. W Niemczech np. jest ważne pojęcie Heimatu, czyli małej ojczyzny. A nawiązując do głośnego niedawno sporu o tożsamość Śląska – nie zapominajmy, że przed wojną Śląsk miał autonomię, swój parlament.
Czy ta literatura dalej się tworzy i będzie tworzyć?
Myślę, że tak. Ukazywało się takie pismo „Łabuzi”, na Pomorzu, w Łobzi. Autorzy tego pisma dążyli do odtworzenia tradycji tego miasteczka od XII wieku. W kolejnych rocznikach „Odry” widać jak bardzo jest to wrocławskie pismo, także wymiarze niemieckości tego miasta. My jesteśmy krajem przesuniętym ze wschodu na zachód. Literatura kresowa jest próbą rekonstrukcji pamięci Kresów, a literatura zachodniopomorska czy dolnośląska rekonstruuje niepolską przeszłość dzisiejszych polskich ziem i opisuje ich nową tożsamość. Jest takie opowiadanie Mirosława Spychalskiego, w którym niemiecki turysta przyjeżdża do Wrocławia i widzi rozbieraną, starą kamienicę, w której mieszkał. I prosi robotnika o wpuszczenie do środka. Robotnik mówi o tym majstrowi i chwali się, że dostał za to dwadzieścia marek. Na to majster uderza go w twarz wołając z lwowska: „Ty łobuzie, wspomnień się nie sprzedaje”. W prozie Liskowackiego „Eine kleine” jest opisana mało znany fakt – próba utrzymania się Niemców w Szczecinie do 1955 roku, ich samoorganizacja. To niewiarygodne dla ludzi z innych regionów Polski, ale wielu mieszkańców siedziało tam na walizkach aż do podpisania traktatu z Niemcami w 1990 roku. Sam napisałem trochę szczecińską powieść „Zdjęcie”, a teraz kończę powieść, której bohaterem jest prawdziwy Szczecin. O ludziach Francuskiej Gminy Narodowej na Pomorzu Zachodnim. To potomkowie uciekinierów z Francji po nocy świętego Bartłomieja, osadzeni przez Prusaków w Berlinie i Szczecinie. Odcisnęło się to w planie Szczecina – ma on gwiaździsty układ ulic i placów, jak Paryż. Oni tam siedzą kilkaset lat. To jedyni z Niemców przedwojennych to niegdysiejsi Francuzi. Jedyni dzisiejsi prawdziwi szczecinianie, nie licząc tych, którzy jak ja tam się urodzili. W Polsce jest bardzo niewiele miejsc, w których została zachowana wielowiekowa tożsamość miejsca i ludzi, którzy tam żyją. To Kraków, Poznań, Kielce, Katowice. Cała reszta jest zasiedlona na nowo, jest osiemdziesiąt procent ludności napływowej. Wystarczy wymienić Warszawę, której tradycja przetrwała na Pradze, a nie na lewym brzegu. Stworzyło się nowe społeczeństwo warszawskie.
A jakie wektory polskiej literatury przewiduje pan po wyczerpaniu się tematów, o których mówiliśmy, związanych z historią „pograniczną”?
Nie umiem wróżyć. Zdecyduje o tym sama literatura.
W tym roku minie110 rocznica urodzin Czesława Miłosza. Jaki jest Pana indywidualny pogląd na jego rolę w kulturze polskiej?
Tego, kim jest Miłosz, na pewno dowiemy się za 20-30 lat. To był pisarz bardzo silnie związany z polskością, mający wyraźną wizję polskości. I próbujący wskazać, co tej wizji przeszkadza. Koncentrował się przede wszystkim na krytyce stereotypu polskości. Podobnie jak Gombrowicz wzywał Polaków do życia na własny rachunek, nie na rachunek ojczyzny. Pokazywał, że jednostka i jej suwerenność jest ważniejsza niż związki narodowe, plemienne czy polityczne.
Jakie są dla Pana najważniejsze teksty Miłosza?
„Traktat moralny”, „Traktat poetycki” i „Traktat teologiczny”. One są kośćcem jego twórczości. Powojenny „Traktat moralny” jest ostrzeżeniem, zgodnie z duchem conradowskim, że szykuje się „jądro ciemności”. „Traktat poetycki” jest pokazaniem korzeni Polski współczesnej. „Traktat teologiczny” to próba pokazania sytuacji jednostki wobec transcendencji, jednostki oczyszczonej z tego co doraźne i historyczne, wobec niewiadomego, nicości, Boga, jakkolwiek to nazwać. Przełomowym dla Miłosza momentem było podjęcie się tłumaczenia Biblii. Stary człowiek, który uczy się hebrajskiego, aby tłumaczyć Biblię, jako kolejny poeta po Janie Kochanowskim, poszukuje w tym nowej polszczyzny. Miłosz mówił, że poezja powinna mówić językiem bardziej ludzkim, co nieco rymuje się z powojennym wezwaniem Różewicza, że trzeba mówić językiem ludzkim, bo język muz jest martwy. To wyraz przekonania o końcu mitu artysty, który był u początków XX wieku. Mowa jest o tym choćby w „Ziemi Urlo”. Miłosz to jeden z nielicznych pisarzy, którzy poza tym, że był obdarzony talentem, posiadł wiedzę, zdumiewającą. I którego doświadczenie życiowe nauczył, jak żyć wśród innych. Rzucał wyzwania sobie, polskości, europejskości. Wzywał do sprawdzania swojej tożsamości, konfrontowania się ze stereotypami.
Wielka ranga Miłosza nie unieważnia pytania o jego wielkość jako poety…
Bywał wielkim poetą, n.p. w „Poemach naiwnych”. Czy we wspaniałym, genialnie, krystalicznie prostym wierszu „Uczciwe opisanie samego siebie na lotnisku w Indianapolis” o erotyce, jako motorze egzystencjalnym w całym jego życiu. Lubię jego nowatorski tom „Miasto bez imienia”. Mniej lubię jego fascynację formami klasycznymi, męczy mnie.
Jest też autorem ważnej powieści politycznej, „Zdobycie władzy”. Jak ją Pan sytuuje?
Zastanawiam się, w jakim stopniu jest ona odpowiedzią na „Popiół i diament”. O ile powieść Andrzejewskiego jest aktem pisarza „wierzącego”, próbą stworzenia mitu założycielskiego powojennej Polski, niezależnie od tego czy ją nazwiemy komunistyczną, socjalistyczną czy inaczej, to Miłosz nie miał złudzeń i odpowiedział demaskatorsko. To nie jest dobra powieść, lecz klasyczna rzecz interwencyjna, w odróżnieniu od świetnej „Doliny Issy”.
A „Umysł zniewolony”?
Rzecz doraźna, dziś cenna raczej archiwalnie. Jerzy Giedroyć był przeciwko jej wznawianiu.
Nie trzeba będzie weryfikować za wiele lat biografii Miłosza napisanej przez Andrzeja Franaszka?
Nie sądzę. To nie jest rozprawa o twórczości, lecz biografia, być może jakieś fakty jeszcze zostaną odkryte, może w korespondencji.
Dziękuję za rozmowę.

Leszek Szaruga (Aleksander Wirpsza) – ur. 28 lutego 1946 w Krakowie – poeta, tłumacz niemieckiej poezji, wykładowca uniwersytecki, historyk literatury, krytyk literacki. Syn zmarłego na emigracji w Niemczech poety, krytyka, tłumacza i prozaika Witolda Wirpszy. W latach 70. i 80. redaktor pism drugiego obiegu — takich jak „Puls”, „Wezwania”. W latach 1979-1989 współpracował z sekcją polską Radia Wolna Europa (pod pseudonimami: Jan Krajnik, Krzysztof Powoski). Od 1979 r. współpracował z paryską „Kulturą”, Pod koniec istnienia pisma był w nim szefem działu poezji. W latach 1987-1990 mieszkał w Berlinie Zachodnim, gdzie współpracował z sekcjami polskimi BBC oraz Deutsche Welle oraz czasopismami emigracyjnymi. Redaktor pism „Nowaja Polsza” oraz „Przegląd Polityczny”. Laureat Nagrody Kościelskich (1986) oraz nagrody literackiej „Kultury” (1999). Autor szeregu tomików poezji oraz m.in. zbiorów esejów krytyczno-literackich „Własnymi słowami”, „Szkoła polska”, „Dochodzenie do siebie”, „Współczesna powieść polityczna”, a także tomu wspomnień „Podróż mego życia”. W 2009 roku uhonorowany medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Nieobecni: Skakanki Jerzego Żurka (2)

W swoich dramatach Jerzy Żurek prowadził grę z przeszłością. Przywoływał dawne wydarzenia i ich bohaterów. Jeśli nie rzeczywistych, to dobrze znanych z kart literatury. To jego skakanka z historią.

Przywoływał w sposób szczególny – przed tekstem debiutanckiej sztuki „Sto rąk, sto sztyletów” (1978) umieścił uwagę: „podobieństwo osób i sytuacji tej sztuki do postaci i wydarzeń historycznych nie jest przypadkowe, ale jest tylko i wyłącznie podobieństwem”. Zapewniło to autorowi większą swobodę w interpretacji faktów i oświetlaniu ciemnych miejsc, o których niewiele wiadomo.
Już tytuł wyraźnie wskazywał na patronujący dramatowi romantyzm – to przecież Prezes w „Kordianie” Słowackiego mówił te słowa przed spotkaniem ze zrewoltowaną młodzieżą:„Rzuciłem się w otchłani spisków czarne cienie,/Zapalonej młodzieży sztyletami władam,/
Mam sto rąk, sto sztyletów… gdy chcę, sto ran zadam”.
U Żurka podchorążowie wkraczali do Teatru Rozmaitości – tak jak w „Nocy listopadowej”. Na sali nie znajdowali Prezesa, ale jednego z zasłużonych generałów napoleońskich. Zastawali też czołowego szpicla Konstantego. Dramaturg nieco zmienił ich nazwiska: Chłopickiego nazwał Chłopeckim, a wysłużonego urzędnika policji Rożnieckiego – Rożnowskim. Podobnie postąpił autor w „Casanovie”, gdzie nazwisko Kościuszko celowo „przekręcił” na Kotuszko. Nie o płoche zabawy tu jednak szło, ale stworzenie warunków konfrontacji poglądów przedstawicieli różnych odłamów społeczeństwa. Żurek poszedł tropem pomysłu Stanisława Wyspiańskiego, lokując akcję w teatrze, podczas przedstawienia, ale w przeciwieństwie do autora „Nocy listopadowej” trzymał się teatru do końca sztuki. Całość dramatu rozegrał między przerwanymi fragmentami granego właśnie na scenie spektaklu „Matki chrzestnej” Eugène’a Scribe’a.
Otoczeni przez żołnierzy wiernych Konstantemu podchorążowie spierają się z Chłopeckim i Rożnieckim o drogę do wolności. Przedstawiciele elity wskazują na korzyści aliansu z Rosją („wybierać trzeba tylko między większą i mniejszą niewolą”), młodzi stawiają na wolność. Ich rzecznikiem jest płomienny Kamil, wzorowany na Mochnackim („Wszystko już mamy poza wolnością”). Na przeciwnym biegunie lokuje się Rożniecki z jego dystopią społeczeństwa uporządkowanego i hierachicznego jak policja („wszyscy ludzie staną się policjantami”). Młodzi zarzucają starym apatię i zdradę, starzy oskarżają młodych o prowokację.
Dramaturg stworzył sugestywną atmosferę gorącego sporu. Opowiedział o „przegranej młodych – pisał Mirosław Strzyżewski – w konfrontacji z wyrachowanymi konformistami generacji „klasyków”. Ale młodzież poprzez walkę jednoczy się i zyskuje samoświadomość, co daje nadzieję na przyszłość”. To zapewne dlatego dramat tak silnie działał na młodą publiczność. Zwłaszcza po chwalonej premierze krakowskiej. „Krasowski utwór Żurka wyreżyserował mądrze – pisał Marek Jodłowski w „Odrze” – nie zatarł w nim tego, co odwoływało się do archetypu naszego myślenia o powstaniu listopadowym, o romantycznej literaturze, a jednocześnie postawił na ścieranie się racji, na dyskurs logiczny aż do okrucieństwa. Dzięki temu widać było, że „Sto rąk, sto sztyletów” to nie tylko ciuchy historii, ale rzecz o nas – dzisiaj”. Kolejne wystawienia tego dramatu nie spotkały się z tak dobrymi ocenami, nawet warszawski spektakl Krasowskiego (1982), ale wtedy swoje trzy grosze wtrąciła cenzura.
W następnej sztuce Po Hamlecie (1981) autor nie igrał już z historią narodową, ale z europejską klasyką. Przyłączył się w ten sposób do sporego grona autorów czerpiących inspirację z dzieł wielkiego Anglika. W sposób bardziej lub mniej bezpośredni do motywów Szekspirowskich nawiązywali w swoich sztukach tacy pisarze jak Eugène Ionesco („Mackbett”, 1972), Edward Bond („Lir”, 1971), Tom Stoppard („Rosencrantz i Guildenstern nie żyją”, 1966) czy Ivo Breśan („Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna”, 1965), a w Polsce Zdzisław Skowroński (słynny spektakl Jerzego Antczaka „Mistrz” z wybitną kreacją Janusza Warneckiego, 1966), Stanisław Grochowiak („Król IV”, 1964) i Bohdan Drozdowski („Hermiona”, 1974 i „Hamlet 70”, 1971). Jerzy Żurek znalazł się więc w dobrym towarzystwie. Potem dołączył do nich Janusz Głowacki ze swoim żartem scenicznym „Fortynbras się upił” (1990).
Klęska duńskiego księcia w „Po Hamlecie” ukazana została jako wynik intryg otoczenia Fortynbrasa. Dawało to autorowi okazję do odsłonięcia kulis sprawowania władzy i ujawnienia bezwzględnych reguł gry politycznej, dawało też okazję do pokpiwania z cierpień bohaterów Szekspirowskich – nie pierwszy raz Rozenkranc i Gildernstern wyszli na dudków. Ryzyko takiego ujęcia historii Hamleta polegało jednak na nieuchronnej konfrontacji z psychologiczną prawdą bohaterów Szekspira. Cóż z tego, że u Żurka duch ojca Hamleta okazał się wędrownym aktorzyną wynajętym do spełnienia poruczonej misji pod groźbą szantażu (wyborna rola Czesława Wołłejki w spektaklu w Teatrze Ateneum), skoro walka o władzę w państwie duńskim stałą się mistyfikacją.
Żurkowi powiodło się ukazanie narodzin tyranii, mechanizmu wykluwania się zła w czystej postaci, wykrycie cieniutkiej granicy oddzielającej prawość od moralnego upadku. Fortynbras chce być sprawiedliwym władcą i niepostrzeżenie staje się ojcem własnego upadku. W bezbłędnie skomponowanym dramacie Żurka wszystko logicznie z siebie wynika, wydarzenia klarownie się zazębiają, choć brakuje w nim pierwiastka tajemnicy. Świat dramatu Żurka – cyniczny i bezwzględny – jest nazbyt jednoznaczny, ale sztuka miała szanse stać się wydarzeniem teatralnym dzięki precyzyjnej analizie metod sprawowania władzy i mechanizmów politycznych. Tak się jednak nie stało. I nie zadecydował o tym sam dramat, w lekturze nawet pasjonujący, ale pech. Wrocławska premiera w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego szybko zeszła afisza, a spektakl warszawski przygotowany w Ateneum przez Janusza Warmińskiego zgubił brak wiary aktorów w znaczenie przedsięwzięcia. Nikt już później do tego dramatu nie wrócił, ze szkodą dla widzów i teatru.
Do teatru próbował wrócić autor, proponując kolejny dramat oparty na motywach historycznych z bohaterem owianym legendą podbojów miłosnych. Mowa o dramacie Casanova (1988), który wbrew oczekiwaniu, że będzie to rzecz o zmaganiach łóżkowych, okazał się błyskotliwym thrillerem politycznym z bujną warstwą erotyczną. Autor zręcznie supłał intrygę, której ofiarą padł tytułowy bohater, przymuszany przez służby specjalne carycy Katarzyny do zamachu na Stanisława Augusta. Po przyjeździe do Polski szybko wkradł się w łaski wpływowych możnych, ale zamiast wykonać tajne zlecenie zaprzyjaźnił się z królem i sam znalazł się w pułapce. Te trzymające w napięciu sytuacje pozwalały odsłonić różnice dzielące cywilizację zachodnią i wschodnią, a także poddać diagnozie kondycję słabnącej Rzeczypospolitej i jej bezradnego, choć inteligentnego króla: „jak tylko spróbujemy porządku – zwierzał się Stanisław August Casanovie – wzmocnimy się, pomyślimy o narodowej zgodzie – rzucą się nam do gardła”. Toteż na koniec Casanova powie: „życie to sztuka rezygnacji”.
Prapremiera sztuki w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza w reżyserii Bogdana Toszy (24 marca 1990) została dobrze przyjęta, podobnie jak późniejsza powieść Żurka o Casanovie (1992). W roli pożeracza niewieścich serc i rosyjskiego agenta mimo woli zabłysnął Bronisław Wrocławski. Nikt jednak – poza realizacją telewizyjną Macieja Wojtyszki z Olgierdem Łukaszewiczem jako Casanovą (1997), nie próbował później tego dramatu wystawić. Podobnie jak jego sztuki telewizyjnej Biała Góra (1998).
Jerzy Żurek sięgnął tym razem do historii nie po to, aby po swojemu rekonstruować ważny epizod walki o wybicie się Polaków na niepodległość (jak to czynił w debiucie teatralnym), ale po to, aby snuć opowieść o egzystencjalnych dylematach romantyków. Teraz nie chodziło o szczęście ludzkości, ale o szansę wyboru własnej drogi – nawet wbrew całemu światu. Zresztą bohater Białej Góry, były żołnierz napoleoński i obrońca Modlina nie musiał się deklarować ze swoim patriotyzmem. W sztuce o Antonim Malczewskim, autorze mrocznej powieści poetyckiej „Maria” (1825), i jego toksycznym związku z daleką krewną Zofią Rucińską, chodziło o szczęście jednostki.
Tytułem sztuki nawiązywał Żurek do wielkiego wyczynu Malczewskiego w historii alpinistyki – był on jednym z pierwszych zdobywców Mont Blanc (1818), a jego opis wyprawy na koronę Alp i widoku ze szczytu znalazł się w czasopiśmie „Bibliotheque Universelle”. Potem w poetyckiej formie przywołany został w „Marii”, a rozwinięcie znalazł w „Kordianie” Juliusza Słowackiego.
Dramaturgowi udało się stworzyć opowieść trzymającą w napięciu, z sugestywnym portretem psychologicznym bohatera. Jego uwikłanie w związek z zamężną kobietą, którą leczy modną wówczas metodą magnetyzmu, prowadzić musiało nieuchronnie do katastrofy. Mimo atutów sztuki, nie stroniącej od odważnej erotyki (a kto wie, może z tego powodu?) „Biała Góra” nigdy nie doczekała się premiery w Teatrze TVP.

Wizja człowieka i jego przyszłość w świetle najnowszej publikacji profesor Marii Szyszkowskiej

Ukazała się na współczesnym rynku naszego kraju najnowsza publikacja książkowa prof.dr.hab. Marii Szyszkowskiej , pod nieco mylącym czytelnika tytułem „Twórczość, jako sens istnienia w XXI wieku”.

Mylący dlatego, że w potocznym pojęciu, twórczość wiąże współczesny Czytelnik z działalnością pisarzy literatury pięknej, dzieł naukowych i innego rodzaju twórczości, czy też skonstruowanie przez elitarną część społeczeństwa ludzkiego nowych historycznie nieznanych ustrojowych rozwiązań. Oczywiście w książce najnowszej prof. M. Szyszkowskiej o taką twórczość też chodzi, ale w tej niewielkiej objętościowo, ale bardzo brzemiennej w treści jej nowej pozycji wydawniczej termin „twórczość” został użyty w innym znaczeniu. Bowiem jej autorka, jak wynika z całokształtu jej dzieła, inaczej pojmuje „twórczość” ,rozumie ją jako działalność szerokiego kręgu różnorodnych społeczności, które zmieniają swoje życie, wnosząc do dziejów naszego gatunku istot żywych, szczególnie ważne treści zwłaszcza ustrojowe. Zatem twórczość –zdaniem cytowanej autorki-uprawia nie tylko autor powieści, wynalazca ważnych rozwiązań technicznych, kreator pięknych obrazów, czy rzeźby, ale jest nim też człowiek i zespoły ludzkie a nawet tak wielkie ich zespoły jak narody, które zmieniają sam ich oblicze oraz kształt otaczającego ich i nas świata. Przy tym z całego tego dzieła wynika, że współczesna ludzkość pod wszystkimi szerokościami i długościami geograficznymi, stanęła przed wielkim problemem, albo uprawiania na szeroką skalę takiej twórczości i całkowita –w efekcie-zmiana funkcjonowania współczesnego globalnego społeczeństwa, albo jego niechybny koniec. I choć autorka niewątpliwie nie dochodzi ostatecznie do takich konkluzji, to z jej dzieła wynika, że przed takim zakrętem życiowym, stoimy jako globalne społeczeństwo ludzkie, nie tylko pod wszystkimi szerokościami i długościami geograficznymi, ale też w skali globalnej. Przy tym autorka w opisie otaczającej nas rzeczywistości, bardziej odwołuje się do filozoficznych ustaleń Emanuela Kanta, psychologa i psychiatry Kazimierza Dąbrowskiego, do teatru Grotowskiego i Kantora, ale też do swoich własnych obserwacji świata, niż do różnorodnych współczesnych propozycji z tego zakresu, zawierających zarówno diagnozę, jak i jego formułę koniecznych w świecie zmian. W ten sposób można powiedzieć, iż powstało dzieło oryginalne, nieorganizujące naszego spojrzenia na człowieka i jego przyszłość oraz świat nas otaczający, w jakiejś wąskiej perspektywie lecz w szerokim kontekście otaczającej nas rzeczywistości tak rozpatrujące twórczość współczesnego społeczeństwa ludzkiego, które pozwoli człowiekowi w wyniku twórczości, nadać wszystkim i każdemu nowy sens naszego życia i przeżycia. Nie tylko uratować ludzkość przed grożącymi jej niebezpieczeństwami, ale otwierającymi przed nią, właśnie dzięki rozkwitowi tej twórczości, długotrwałą perspektywę pomyślnego życia wszystkich i każdego, a nie tylko wąskich elitarnych jego części, które jak dotąd miały często monopolistyczną szanse głownie na swoją ,indywidualną i zbiorową pomyślność.

Przy tym autorka od początku prezentacji swoich poglądów jasno i wyraźnie odnosi się do współczesności otaczającego świata, krytycznie będąc krytyczna zarówno do liberalnego kapitalizmu, jak i kapitalizmu w jego wariancie populistyczno- nacjonalistyczno- klerykalnym wariancie, który słusznie uważa za rozwiązania ustrojowe, które nie może polskiemu, węgierskiemu czy globalnemu społeczeństwu ludzkiemu, przynieść jakiejkolwiek szerszej pomyślności, a większość ludzi tych społeczeństw, odsuwają od takiej szansy twórczości, która otwiera możliwość uratowania rodzaju ludzkiego, który wszedł wyraźnie współcześnie na specyficzny zakręt dziejowy. Na tym zakresie występują przy tym dwie perspektywy. Albo zagłady nas wszystkich, jako przedstawicieli rodzaju ludzkiego, albo szansa właśnie tej twórczości, która może otworzyć nową erę w dziejach człowieka. Autorka jest za tą nową erą i na jej rzecz angażuje się. I odwołując się do wspomnianych wcześniej twórców uważa, że taka era nie tylko jest możliwa, ale konieczna , jeśli chcemy jako ludzkość nie tylko pokonać grożącą nam pandemię, ale też zapewnić człowiekowi długotrwałą pomyślność, właśnie wynikającą z powszechnego pobudzenia twórczości, która może tą pomyślność zapewnić.

Relacja z tej książki byłaby niepełna, gdyby nie poinformować , że autorka nie tylko odwołuje się do wymienionych wcześniej osób, i nie zwrócić uwagi, że ze szczególną mocą, odwołuje się też do wybitnego filozofa chińskiego Konfucjusza. Przy tym jest rzeczą charakterystyczną, że odwołując się do Konfucjusza, nawiązuje ze szczególnym zainteresowaniem do jego orientacji na humanistyczne stosunku międzyludzkie, zwłaszcza dotyczące wzajemnych relacji nowych pokoleń i ludzi będących ich rodzicami, a zarazem często osobami w podeszłym wieku. Jest to nie tylko istotne z punktu widzenia zapewnienia społeczeństwu pomyślności w nadchodzących dziesięcioleciach dotąd bardzo zagrożonych, ale też warunkuje w dużej mierze , jak się przekonamy z dalszych rozważań, nawiązujących do treści wspomnianej książki Marii Szyszkowskiej, generalną pomyślności gatunkową wszystkich ludzi teraźniejszości i przyszłości.

Pod znakiem konieczności rozbudzenia twórczości dzieci i młodzieży autorka omawianej książki skupia swoją uwagę na problemie konieczności kreacji innego, niż funkcjonuje obecnie systemu funkcjonowania kształcenia dzieci i młodzieży w krajach współczesnego świata . Jej zdaniem, w przeciwieństwie do obecnie funkcjonującej szkoły i uczelni, wspomniane instrumenty kształcenia młodych pokoleń, wymagają radykalnie odmiennego skonstruowania systemu szkól i uczelni, a zwłaszcza radykalnego przeobrażenia realizowanego w nim kształcenia i stymulowania rozwoju osób w nich kształconych a zwłaszcza wychowywanych. Zarówno dotyczy osób w wieku dziecięcym, jak i młodzieżowym. W przeciwieństw do czasu aktualnego, na tym etapie kształcenia i częściowego wychowania a nauczyciele i wykładowcy słabo pobudzają na szeroką skalę różnorodną twórczość dzieci już w nauczaniu początkowym w szkole podstawowej, a potem jeszcze mniej w szkole średniej i wyższej. W rezultacie albo będziemy jako społeczeństwo ludzkie te potencjalne możliwości twórcze wytracać albo wypracujemy możliwości rozwoju twórczości, które potencjalnie tkwią w młodych pokoleniach poszczególnych narodów. Ten zakres twórczości, które znajdują się potencjalnie w młodych pokoleniach poszczególnych narodów, jest z jednej strony niewyobrażalnie wielki. A z drugiej strony następuje niewyobrażalnie marnowane w dotychczasowych systemach edukacji tego potencjału, W systemie tym bowiem przekazywanie wiedzy, umiejętności kształtowanie elementarnych warunków współżycia, z reguły bowiem pozostaje w ścisłym i nierozerwalnym związku z wytracaniem pomysłowości, inicjatywy, przedsiębiorczości, a zwłaszcza potencjalnej ,oryginalnej twórczości młodego pokolenia. Przy tym dzieje się tak od chwili kiedy uczeń czy student znajduje się w szkole, uniwersytecie czy uczelni wyższej i które niezmiernie trwa, aż po jej ukończenie.
W tym zakresie postulat prof. M. Szyszkowskiej, pozostaje w ścisłym związku z ważnym doświadczeniem tajwańskiego uczonego Kai Fu Lee, który w swej praktyce wynalazczej, wykazał jak wielki potencjał techniczno-innowacyjny tkwi w młodym pokoleniu chińskich dzieci, które o wiele bardziej, niż świat ludzi dorosłych, mogą być twórcami wynalazczych projekcji ważnych dla ludzi współczesnych czasów w dziedzinach technik, od których pomyślnego rozwoju zależy w dużej mierze korzystny generalnych rozwój możliwości twórczych współczesnego człowieka przynajmniej w zakresie rozwoju techniki. A przecież to tylko wycinek problemu dotyczący możliwości twórczych dziś dziecka i młodzieńca a jutro dorosłego a nawet starego człowieka.

Mogę ze swej strony dodać, że nawiązując do współczesnych inspiracji prof. M. Szyszkowskiej, mogę poinformować, że w końcówce PRL przez szereg lat, jako redaktor naczelny tygodnika „Oświata i Wychowanie”, ustanowiłem nagrodę dla nauczycieli rozwijających talenty i zdolności oraz twórcze zainteresować nią dzieci i młodzieży w trzech dziedzinach: wiedzy matematyczno- przyrodniczej, wiedzy humanistyczno- społecznej i naukowo- technicznej. Oczywiście poprzez stymulowanie zainteresowań w tym zakresie nauczycieli. Moja skromna redakcja ściśle powołane przez nią trzy jury w każdym roku szkolnym przez kilka lat,( ostatnie lata przed 1989r) szczegółowo badała setki wniosków, dotyczących nauczycieli polskiej szkoły podstawowej i średniej, którzy mieli na swoim koncie znaczące osiągniecia potwierdzone w olimpiadach przedmiotach i w innych zakresach inspirowania i rozwijania innowacyjnych zdolności dzieci i młodzieży w wieku szkolnym. Wielonakładowe czasopismo ( 100 tys. nakładu) którym kierowałem podstawie uzyskanych dochodów z jego sprzedaży w każdym roku dawało każdemu nauczycielowi, który udokumentował swoją działalność we wspomnianym zakresie małego Fiata 126p, jako nagrodę za poniesiony trud w omawianym zakresie. Wywołało to niechęć ze strony części ministerialnej urzędników oświatowych, na czele z ministrami zarządzającymi tym resortem. Jest rzeczą ciekawą, że w 1989 roku wraz z niechęcią kontynuowania do dalszego wydawania wspomnianego czasopisma, nowa ekipa rządząca resortem oświaty i wychowania, nie tylko wykazała brak zainteresowania jakimkolwiek kontynuowaniem tego konkursu, ale po prostu go zlikwidowała.

Było to zarazem potwierdzeniem tego, że we współczesnych społeczeństwach, niezależnie od rodzaju realizowanego ustroju, występuje daleko idące lekceważenie i niechęć do pobudzania we wszystkich systemach oświatowo-wychowawczych inspirowania i stymulowania rozwoju zdolności i talentów dzieci i młodzieży. Współcześnie, co prawda czasopismo „Glos nauczycielski”, kontynuuje moją tradycję nadawania tytułu „nauczyciela roku”, ale bez takich nagród, które faktycznie stymulowały rzeczywiste zainteresowania wspomnianego środowiska tym problemem. Wszystko wróciło do „normy”. W związku z tym uważam ,że ma rację prof. M. Szyszkowska pisząc , że nadanie systemom oświatowo- wychowawczym charakteru powodującego stymulowanie w nim rozwoju innowacyjnych zdolności i talentów, to konieczna muzyka przyszłości dotąd zaniedbana i nie funkcjonująca w powszechnym wymiarze dotychczasowych systemów oświatowo-wychowawczych. Oczywiście krajów kapitalistycznych .A tym samym nie pobudza to twórczości dzieci i młodzieży współczesnego świata kapitalistycznego.

Zagospodarowanie ludzi w wieku dojrzałym i starym oraz pozbawionych pracy- ważnym zadaniem społeczeństwa nadchodzących czasów

W prezentowanej książce prof. M. Szyszkowskiej, wiele razy zwracano uwagę na to, że współczesna ludzkość, która miejmy nadzieje, że pokona w niedługim czasie pandemię, stanie przed wielkim zagadnieniem pozbawienia bardzo dużej części ludzi pracującej dotąd w produkcji i usługach ich dotychczasowej pracy. Zastosowanie w społeczeństwie przyszłości na szerszą skale sztucznej inteligencji, która zastąpi na szeroką skalę pracę wielu ludzi, ale zwłaszcza ludzi starzejącego się społeczeństwa, stawiają na porządku dnia dramatyczny problem ich pomyślności na naszym ziemskim globie. Cytowana autorka wielokrotnie sygnalizuje ten problem szerzej go nie rozwijając. Należy z całkowitym uznaniem stwierdzić, że w przeciwieństwie do cytowanej autorki we współczesnych publikacjach w zakresie ekonomii, zarządzania gospodarką, ale też filozofii, socjologii i bliskiej mi pedagogice, problem ten jest całkowicie nieobecny. Jest też skutecznie pomijany. Oto dla przykładu ponad tysiąc stronicowym podręczniku akademickim pedagogiki,ważącym tym samym ponad 4 kilogramy termin „sztuczna inteligencja” w ogóle nie występuje.

Tymczasem kształcenie i wychowanie młodych pokoleń, które jest celem wszystkich nurtów współczesnej pedagogiki, nie może abstrahować od tego fundamentalnego problemu. Zastąpienie elektryczności SI, niewątpliwie zmniejszy potrzebę codziennego zatrudniania ludzi w skali o wiele większej, niż ma to miejsce obecnie. Na co słusznie zwraca uwagę kilka razy w swej niewielkiej objętościowo, bo wynoszącej tylko 136 stron prof. M. Szyszkowska i to wydanej w formacie o wiele mniejszym, niż wspomniany podręcznik. Natomiast wspomniana wizja dynamicznej realizacji „sztucznej inteligencji” wywołuje musi i powinna wywoływać konieczność podjęcia wielkiego problemu wykorzystania dla potrzeb społeczeństw, które są dopiero przed nami tego ogromnego potencjału ludzkiego który zwolni zastosowanie szeroko „sztucznej inteligencji”, który będzie wymagał ich zagospodarowania w warunkach upowszechnionej wspomnianej „sztucznej inteligencji”. Prof. M. Szyszkowska sygnalizuje ten temat, ale w świetle jej całokształtu poglądów, wydaje się, że wymaga on współcześnie większej uwagi, niż ma to miejsce choćby we współczesnej pedagogice. Dlatego też opierając się o sugestie wspomnianej autorki na temat znaczenia tego problemu, warto mu poświęcić nieco więcej uwagi.

Zanim jednak podejmę szerzej ten temat, który słusznie sygnalizuje wspomniana autorka, chciałbym przypomnieć wszystkim tym, którzy o tym zapomnieli, że w najbardziej odległych dziejach człowieka, nasi przodkowie czasów ‘wspólnoty pierwotnej” dzielnie walcząc o uratowanie naszego gatunku i organizując się w tej walce w system struktur plemiennych, podpierali się w niej o radę ludzi starszych wiekiem członków poszczególnych plemion. W czasach gdy ważyły się losy przetrwania naszego ludzkiego gatunku i wtedy nie było z góry rozstrzygnięte jego uratowanie, głos plemiennych „mędrców” w dużej mierze decydował i ostatecznie zadecydował o tym przetrwaniu. Potem z wykorzystaniem mądrości ludzi w wieku zaawansowanym i starym było i bywało różne. W klasach posiadających (niewolniczych, feudalnych, kapitalistycznych), glos tej części danej społeczności miał pewne znaczenie. Ludzie starzy w środowisku ludzi pracy bywali często ciężkim brzemieniem dla pracujących ich dzieci i wnuków i nie zawsze byli w „cenie” w życiu rodzinnym i środowiskowym. Był to też czas, w którym większość ludzi poświęcało pracy znaczna część doby w której żyli. W epoce rewolucji naukowo- technicznej, w jej fazie szerokiego zastosowania „sztucznej inteligencji”, na porządku dnia stoi problem społecznego skutecznego wykorzystania ludzi w zaawansowanym wieku i wręcz starych.

Można się pocieszyć, że we współzawodnictwie współczesnym między ustrojowym, którego uosobieniem jest współzawodnictwo chińsko- amerykańskie, chiński partner ma inne tradycje stosunku w stosunku do ludzi starych, niż jego amerykański adwersarz. Konfucjanizm na stałe zainspirował chińskie społeczeństwo do szczególnego poszanowania ludzi w wieku starszym. Oraz uwzględniania w życiu rodzinnym ich rady i supozycji. Inaczej było i jest w społeczeństwie amerykańskim , a zwłaszcza wśród tutejszych ludzi pracy, dla których człowiek stary był i po części jest balastem trudnym do materialnego utrzymania. W tej sytuacji zastosowanie „sztucznej inteligencji” i i związane z tym skrócenie zapewne czasu czynności zawodowej człowieka, stawia na porządku dnia wielki problem stosunku ogółu danego społeczeństwa do ludzi w zaawansowanym wieku i ludzi starych.

Propozycja prof. M. Szyszkowskiej powszechnego uruchomienia twórczości i uczynienie z niej instrumentu wykreowania innych rozwiązań społecznych, niż te, które dziedziczymy po przodkach w Ameryce i Europie, ale po części też w naszym kraju, otwiera nowe możliwości satysfakcjonującego życia dla ludzi w zaawansowanym wieku i ludzi starych. Wszystko wskazuje na to, że ich wartość- w przeciwieństwie do czasów dotychczasowych, nie będzie malała , a będzie wzrastała. Wymaga to jednak radykalnego powrotu do dobrej tradycji z tego zakresu. Książka prof. M. Szyszkowskiej, jest dobrą do tego inspiracją.

Siły napędowe i bariery oraz hamulce twórczości jako sensu istnienia

Wizja społeczeństwa przyszłości w ujęciu prof. M. Szyszkowskiej, jest pasjonująca. Uważam, że społeczeństwo powszechnej twórczości rozbudzonej już wśród dzieci i młodzieży ,skutecznie rozwijanej wśród osób w wieku średnim i efektywnie kontynuowane w wieku zaawansowanym i starczym, to piękna i fascynująca perspektywa nadchodzących czasów. Oczywiście wymaga ona konsekwentnego przezwyciężenia dotychczasowych wizji i często przełamania stany rzeczywistego społeczeństwa zdominowanego przez klasy kapitalistów tym zakresie . Ale też społeczeństwa zdominowanego przez biurokrację. Wymaga to również zdominowania przyszłości , z punktu widzenia zapewnienia pewnej harmonii występującej pomiędzy ludźmi pracy, klasą kapitalistyczną i biurokracją. Harmonia ta nie występuje w społeczeństwie kapitalistycznym, zarówno w jego liberalnym, jak i populistyczno- nacjonalistyczno- klerykalnej postaci. Jednakże, owa wersja populistyczno- nacjonalistyczno- klerykalna, choć sprzeczna z fundamentalnymi założeniami wersji liberalnej, nie jest znowu od niej tak odległa, jak by to mogło się pozornie wydawać. Już raz się zrodziła na gruncie ustroju kapitalistycznego w postaci hitleryzmu, który przejściowo niemal opanował cały globalny świat. Jeśli udało się ją obalić i to ze znacznym udziałem ludzi ustroju przeciwstawnego kapitalizmowi w postaci ZSRR, to należy się wystrzegać powtórki takiego doświadczenia, które zagrażało nie tak dawno światu. Zwłaszcza jeśli jego elementy, pojawiły się w tak ważnym dla współczesnego kraju, jakim jest USA. W postaci nacjonalizmu i populizmu Trumpa .

Ale nawet precedens ustroju populistyczno-nacjonalistyczno-klerykalnego na ziemi polskiej, też jest groźny dla losów globalnego człowieka. Jednakże nie tylko kapitalizm w jego populistyczno-nacjonalistycznej, a nawet klerykalnej wersji jest groźny dla współczesnego człowieka, ale jak słusznie uważa autorka cytowanej książki, groźny w dłuższym dystansie czasu jest też kapitalizm w jego liberalnym kształcie. Już obecnie możemy zauważyć, że kapitalizm w liberalnym kształcie oraz kształcie populistyczni -nacjonalistyczno- klerykalnym nie potrafi sobie poradzić z pandemią, choćby dlatego, że instrument przezwyciężenia pandemii w postaci odpowiednich szczepionej jest nie tylko narzędziem skutecznej walki z nią, ale też podstawą uzyskiwania maksymalnych zysków przez farmaceutyczne koncerny, czerpiących z lekarstw nie tylko niebywałe zyski ale podporządkowujące ich dystrybucje tym realizowanym zyskom. Sprawa się jednak do tego nie sprowadza. Popierając pogląd prof. M. Szyszkowskiej odrzucenia przez ludzkość liberalnego kapitalizmu, ale dodając zwłaszcza jego wersji populistyczno-nacjonalistyczno-klerykalnej dodałbym od siebie argument, że wymaga on odrzucenia też dlatego, że nieuniknienie związane z nim dysproporcje socjalne, występujące w krajach liberalnego kapitalizmu, ale w jeszcze większym stopniu w krajach populistyczno-nacjonalistyczno-klerykalnych należy stwierdzić, że znacznie utrudniają skuteczną walkę z pandemią. W przeciwieństwie do kapitalistów miliony, a nawet miliardy ludzi pracy, żyją z bieżących dochodów. Pandemia w dużej mierze utrudnia wykonywanie pracy w czasach wielkich zagrożeń. A tym samym odpowiednich zarobków Zapomogi państwowe –jak się okazuje-nie są w stanie w pełni rozwiązać problemów. Zatem skutecznie z pandemią mogą tylko walczyć osiągając faktyczne rezultaty, tylko społeczności ludzkie, w których klasa kapitalistów, okiełznana jest w danym społeczeństwie przez zabieranie jej części zysków i nie dopuszczających do ich maksymalizacji przez wspomniana klasę kapitalistów.

Świat na rozdrożu

Świat współczesny znalazł się na rozdrożu. Jego piękna wizja zarysowana w książce prof. M. Szyszkowskiej, jest możliwa do realizacji, ale jej realizacja rozstrzyga się współcześnie głownie w wielkim sporze amerykańsko- chińskim. Wszystko wskazuje na to, że zwycięstwo pracy należy będzie do ChRL. Wynika to z prostego faktu. Tempo wzrostu gospodarczego ChRL w stosunku do USA, jest współcześnie znacznie wyższe. I ta wyższość utrzymuje się w długim dystansie czasu. Nawet nasila się. Niemało ważnym jest też to, że z pandemią rząd i partia na chińskim terytorium daje sobie radę lepiej, niż kapitalistyczny rząd amerykański podporządkowany wielkiemu kapitałowi. czy podobne rządy Europy Zachodniej. Najważniejsze jest jednak to, aby konkurujące strony, a zwłaszcza strony amerykańsko- chińskie, obok swoich odrębnych często interesów, zdobyły się na możliwość uznania, iż te interesy są mniej ważne od wspólnych interesów w skutecznej walce z pandemią. Na dyskusji zorganizowanej dnia 19 lutego 2021 roku, przez Stowarzyszenie Polska- Wschód i Fundację Innowacja, na którym też była obecna prof. M. Szyszkowska wygłaszając ciekawy referat na temat filozoficznych podstaw amerykańskiego i chińskiego adwersarza tego współzawodnictwa zastępca ambasadora ChRL Pan Yao Dongye, który objaśnił zebranym , że strona chińska uznaje, że walka z pandemią obu krajów jest ważniejsza, niż współzawodnictwo między wspomnianymi krajami. Wybitny polski amerykanista prof. Longin Pastusiak, w swym wystąpieniu zwrócił natomiast uwagę, że nowy prezydent USA Bowden, choć złagodził znacznie antychiński kurs swego poprzednika- wszystko wskazuje, że nie w pełni podziela chińską orientację w tym zakresie-i współzawodnictwo miedzy państwami, choć złagodzone w stosunku do D. Trumpa, uznaje za ważniejsze, niż wspólne obu mocarstw działania na rzecz przezwyciężenia pandemii. Jednak mimo takiego stanowiska, które może utrudniać rozwiązanie problemów pandemii, szansa na rozwiązanie problemów nadal istnieje. Jednakże piękną wizję powszechnej twórczości i uzyskanej na tej podstawie pomyślności, już nie elit poszczególnych narodów zmierzających do kreacji świata powszechnej szczęśliwości, a całych narodów, która została zarysowana w omawianej książce prof. M. Szyszkowskiej, jest o wiele trudniej zrealizować, niż to pozornie może się wydawać. Jednak wiele na to wskazuje ,że jest coraz bardziej możliwe.

Przyszłość człowieka analizą przeszłości pisana

Nie ma właściwie ważniejszego zagadnienia aktualnego i przyszłościowego, niż współczesna analiza pożądanej wizji człowieka przyszłości. Już od dłuższego czasu uznaje, że bez kreacji takiej wizji, grozi globalnej ludzkości katastrofa gatunkowa. Ale nie tylko całej ludzkości ale zwłaszcza naszemu narodowi. Dlatego też, próbuje w swej twórczości zdefiniować tą wizję, zarówno na podstawie analizy teraźniejszych doświadczeń człowieka, jak i analizy jego przeszłości.(1)

Jednakże , ostatnie wydawnictwo wybitnej, reprezentantki współczesnej filozofii prof. dr hab. Marii Szyszkowskiej, kandydatki do Pokojowej Nagrody Nobla, wieloletniej profesor Uniwersytetu Warszawskiego a teraz Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie, członek jej Senatu niezwykle wzbogaciło i rozszerzyło kształtowaną ofertę z tego zakresu.
Istota tego rozszerzenia polega na tym, że cytowana autorka wskazała w swojej ostatniej książce (2), że w kreacji wizji człowieka przyszłości, ogromna rolę, nie tylko może, ale wręcz musi odegrać doświadczenie kreacji człowieka przeszłości a w wypadku Polski, czas pierwszego okresu powojennego (1944-1989). Z analizy tego nowatorskiego dzieła wynika bowiem, że podstawa współczesnej kreacji człowieka przyszłości, nie tylko powinna być analiza procesów zalążkowych jego kreacji, w minionej epoce, ale też doświadczenia ludzi ,w tym poszczególnych jednostek ludzkich w takiej jego kreacji, której odpowiednia kontynuacja, nie tylko może, ale powinna służyć opracowaniu pożądanej wizji człowieka nadchodzących czasów. Obok bowiem wielkich procesów historycznych, które kształtowały i ukształtują podstawy współczesnej niezbędnej wizji człowieka przyszłości, doniosłą rolę w tej kreacji, odgrywają indywidualne doświadczenia ludzi a zwłaszcza ich dorobek, który dla tej kreacji, posiada fundamentalne- niedostatecznie dotąd uwzględniane w historiografii- znaczenie doświadczenie zarówno zbiorowe jak i indywidualne.
Niezwykle dobrze się stało, że do tych indywidualnych doświadczeń i to okresy powojennego (1944-1989), sięgnęła prof. M. Szyszkowska, w wydanej ostatnio swojej książce. I trzeba przyznać, że ten ogromny zestaw doświadczeń ludzkich kreacji człowieka, który zawiera to dzieło, wydaje się w świetle jego analizy, nie tylko równie ważne do opisu historycznych procesów, bez których nie można zaprojektować wizji człowieka przyszłości, ale jest też konieczny i wręcz nieodzowny do odpowiedniego zaprojektowania go na przyszłość.
Dotyczy to przy tym, zarówno doświadczeń zbiorowych ludzi epoki, którymi zainteresowali się autorzy wspomnianego dzieła, pracujący z inicjatywy i pod kierownictwem prof. M. Szyszkowskiej, ale też do ich indywidualnych doświadczeń w tej dziedzinie. Z doświadczeń zbiorowych, warto zwłaszcza zwrócić uwagę na relację Bożeny Termer, która zajęła się problematyką mody w klimacie tamtych lat, jak też Krystyny Leśniak- Moczuk, która zajęła się kultura ludową PRL, czy Anny Cordes, czyniąca przedmiotem swego zainteresowania, upowszechnienie kultury w PRL.
Wiele też uwagi poświecono innym pozornie peryferyjnym problemom z tego punktu widzenia, ale równie ważnym, jak poprzednio wymienione, chociażby takich jak szkic Jacka Andrychiewicza, poświęcony weterynarii w PRL, czy Andrzeja Ziemskiego, dotyczący dziennikarstwa tego okresu. We wszystkich tych szkicach znajdujemy wiele ważnych informacji, które zagubiły się w zbiorowej pamięci ostatnich lat, w których liczne kłopoty i problemy, zepchnęły zainteresowanie nimi, na dalekie peryferiom, aż do zapomnienia włącznie.
Specjalne miejsce w tej odnawianej pamięci, we wspomnianym dziele, odgrywa też przypomnienie kultury i oświaty, w których wielkie sukcesy w powojennej Polsce, niedostatecznie kontynuowane po 1989 roku, stanowią istotny czynnik kreacji wizji człowieka przyszłości. Pozwoliłem sobie, aby jako współautor tego dzieła, przypomnieć niezwykłe osiągniecia pedagogiki i oświaty powojennej Polski, zwłaszcza związane z epokowym historycznym znaczeniem wkładu do tego rozwoju , takich postaci jak prof. Bogdan Suchodolski, których nie udało się go zniszczyć, gorliwym apologetom Polski po 1989 r, choćby w postaci prof. Zbigniewa Kwiecińskiego, który ten niezwykły dorobek, chciał w swych publikacjach wyrzucić na śmietnik historii. Zresztą ta tendencja nie została do końca przezwyciężona i we współczesnych czasach, gdy w obszernym .wręcz monstrualnie wielkim podręczniku pedagogiki (ponad 1000 str. druku), olbrzymi dorobek prof. Bogdana Suchodolskiego, jest o wiele mniej cytowany, niż dorobek naukowy prof. Zbigniewa Kwiecińskiego i prof. Bogusława Śliwerskiego, wysuwających się na czoło współczesnego pedagogicznego życia w naszym kraju (3).
Jednocześnie jednak, wiedza o oświacie w PRL, która jest obecnie przemilczana, została w stosunku do jej odpowiedniej rangi, potraktowana przez Mirelę Nawrot, w jej ciekawym szkicu, poświęconym wychowaniu przedszkolnemu. Jednocześnie ta część oświatowa wspomnianego dzieła, jest w dużej mierze wzbogacona i uzupełniona szkicem Janusza Szymborskiego, poświęconym kulturze zdrowotnej tego okresu czasu.
Jednakże, chciałbym podkreślić ze szczególną mocą, że wiedza o minionych czasach, byłaby uboga i niepewna, gdyby we wspomnianym dziele, nie zwrócono tak wielkiej wagi, na swoisty urodzaj ludzi wielkiego dorobku intelektualnego i naukowego, ale też politycznego, w który brzemienne były dzieje PRL, które obecnie mogą i powinny być obiektywniej oceniane. Niż bezpośrednio po 1989 r.
Do postaci szczególnych, które przywołane w tym dziele wprowadzają nas w problem wielkich postaci historycznych, w których brzemienny był okres powojenny, warto wymienić takie postacie, jak Tadeusz Kotarbiński, Bolesław J. Gawecki, czy opisany wyjątkowo barwnie przez współautorkę i twórczynie tego dzieła prof. Marię Szyszkowską Julian Aleksandrowicz. Jednakże wiedza o tym byłaby niepełna, gdyby nie uwzględnić w tym spisie szkicu księdza Zbigniewa Iwańskiego, poświęconego prymasowi Polski Stefanowi Wyszyńskiemu.
Jednakże prezentowane dzieło, charakteryzuje się tez tym, że obok postaci wybitnych, w których cechy pozytywne są nadrzędne nad słabościami i ułomnościami człowieczymi, zaprezentowano też postacie, które w powojennej rzeczywistości polskiej i po części światowej, też odegrały istotną rolę choć nie zawsze pozytywną. Oczywiście w bilansie plusów i minusów tych postaci, każdy z ich prezenterów, posłużył się własna miarą i w dużej mierze, też subiektywnymi wskaźnikami wag i miar ich oceny, wydaje się, że wystąpiło w wielu wypadkach spornych i kontrowersyjnych. Jednakże w przeciwieństwie do współczesnych podręczników historii, postaci tych nie tylko nie przemilczano, ale poświecono im znaczne miejsce.
W tym do szczególnie znaczących postaci z tego panteonu, wymienić należy przede wszystkim Bolesława Piaseckiego, człowieka., który przeszedł ogromna ewolucje od skrajnie prawicowej orientacji w międzywojennej Polsce, do budowania środowiska katolickiego, które naprzeciw wszystkim i każdemu z jego inspiracji, szukało sposobu na współpracę wierzących i niewierzących, katolików i marksistów, od pierwszych lat istnienia PRL, do długiego okresu jego funkcjonowania.
Oczywiście można mieć różna ocenę tej postaci, podzielać i nie podzielać poglądów na ten temat Tadeusza Mędzelowskiego, który opisał tą postać, ale dobrze się stało, że redaktor i twórca tego dzieła, nie pominął go w panteonie prezentowanych osób, w tym ciekawym bilansie PRL.
Inna, jeszcze bardziej kontrowersyjną postacią w zakresie jej roli w PRL, jest postać Edwarda Gierka, górnika polskiego, działającego we Francji, który przez długi okres czasu, faktycznie zarządzał PRL i w dużej mierze, nie tylko przyczynił się do jej eksperymentów szukających drogi przezwyciężenia ciągłego popadania w coraz większe kryzysy, ale w dużej mierze, przyczynił się do niezdolności ich przezwyciężenia i ostatecznego historycznego pogrzebania tych rozwiązań ustrojowych, dość istotnych w naszym narodowych dziejach.
Natomiast prezentacja Edwarda Karolczuka –Wojciecha Jaruzelskiego- jest jeszcze bardziej dyskusyjna, niż Bolesława Piaseckiego i Edwarda Gierka, albowiem to jemu przypadła funkcja grabarza PRL a meandry jego życia, są przepojone o wiele ciemniejszymi kartami, niż B. Piaseckiego czy E. Gierka.
Jednakże przywołanie na stronach tego dzieła, obok innych osób Wojciecha Jaruzelskiego, wydaje się o tyle słuszne a nawet konieczne, że dzieje PRL bez przywołania tej postaci, byłyby niepełne a nawet brzemienne w fałszerstwa.
Natomiast można też się zgodzić z poglądem, że w stosunku do obu poprzednio wymienionych postaci, które też nie były gigantami, jest to postać, która swój egzamin historyczny- przyznajmy, że trudniejszy od innych warunkach – zdała o wiele gorzej, niż wszyscy inni. I gdyby stawiać za poszczególne biografie stopnie, to uzyskałaby stopień niższy, od poprzednio wymienionych postaci. Jej cecha charakterystyczną bowiem-czego autor nie uwzględnił w jej prezentacji-była swoista deformacja, której podlegają wojskowi, we wszystkich wojskach świata a myślę, że w Ludowym Wojsku Polskim, przybierała ona bardziej jaskrawa postać, niż w innych armiach świata.
Osobna i dość niespodziewana postacią spoza naszej ojczyzny, jest przywołanie w cytowanej książce pamięć Lwa Trockiego. Pozornie narusza to jej kompozycję i stanowi swoisty wyjątek sięgnięcia do postaci zagranicznej. Jednakże jeśli się przyjrzeć bliżej, to jej uwzględnienie w tym dziele stworzyło dobra podstawę, zarysowania tła, w których kształtowała się PRL.
Lew Trocki, to przecież obok Lenina i Stalina, współtwórca i realizator bolszewickiej rewolucji 1917 r., która w swej istocie i w zamiarach jej twórców, miała znieść z powierzchni ziemi, niepodległe państwo polskie powstałe w 1918 roku i która wniosła niemały wkład w próbę realizacji tego zniesienia. Jednakże, jest to też postać wskazująca, jak znaczna część twórców bolszewizmu, sama nie godziła się na jego ewolucję, ale która też za awansową rewolucja unicestwiała i pozbawiała szansy współdziałania z nią w wyższych fazach rozwoju.
Z punktu widzenia kreacji człowieka przyszłości, dowodzi ona niezbicie, że komunizm w radzieckim wydaniu , nie tolerował wybujałych osobowości swoich współtwórców. Jednakże , przywołanie na łamach książki tej postaci, znacznie wzbogaciło jej treść o problemy rangi uniwersalnej.
Innymi słowy, ukazała się na rynku wydawniczym pod redakcją wydawnicza prof. Marii Szyszkowskiej książka, która daje lepszą, niż dotąd szanse, zdefiniowania wizji człowieka przyszłości. A od tego zależy pomyślny rozwój człowieka naszych i nadchodzących czasów.

(1) Znalazło to wyraz szczególny w dwóch moich ostatnich książkach pt. „Człowiek przyszłości” , Wydawnictwo Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Giedroyciai Wydawnictwo ASPRA – JR , Warszawa 2019 i „Wizja człowieka przyszłości”, Wydawnictwo ASPRA-JR, Warszawa 2020
(2) „Świat kultury czasów Polski Ludowej „pod redakcją naukową prof. Marii Szyszkowskiej, Wydawnictwo „Kto jest Kim?”, Warszawa 2020
(3) Znalazło to swój wyraz w tym, że w podręczniku pedagogiki, wydanym w 2019 roku, prof. Bogdan Suchodolski, jest o wiele mniej cytowany, niż wspomniani prof. Zbigniew Kwieciński i Bogusław Śliwerski będący redaktorami tego podręcznika.

Kapsułki pamięci

Klemens Mielczarek, czyli jak otarłem się o przedwojenne kino
Swego czasu, a były to lata 2003-2005, wszedłem z miłą zażyłość ze znanym polskim aktorem najstarszego wtedy pokolenia (rocznik 1921), panem Wieńczysławem Glińskim, wybitną postacią z annałów aktorstwa polskiego. Nasze pierwsze spotkanie w jego pełnym antyków mieszkaniu w przedwojennej willi przy Poselskiej na Saskiej Kępie przeciągnęło się do późnych godzin nocnych, do zaśnięcia pana Wieńczysława czerwonym winem, które sączyliśmy przy rozmowie, butelkę po butelce. W końcu, a był już środek czerwcowej nocy z tęgą ulewą za oknem, pan Wieńczysław zasnął jak niemowlę, co uznałem za moment właściwy do ewakuowania się z jego gościnnych progów.
Troskliwie przykryłem go kocem i wyszedłem w objęcia deszczowej nocy. Po jakimś czasie spisany przeze mnie wywiad, zaledwie nędzny skrót z przebogatej opowieści pana Wieńczysława, ukazał się w prasie, a mój kontakt z nim z rzadka, ale stale się ponawiał. W 2004 roku pan Wieńczysław zaprosił mnie na swoje majowe urodziny. Dla takiego fana aktorstwa jak ja była to niebywała gratka. Nie tylko sam pan Wieńczysław (przez koleżeństwo nazywany Sławkiem), ale i jego liczni goście imieninowi to były postacie tzw. „legendarne”, bohaterowie ekranów, kinowych i telewizyjnych.
Przyszedłem nieco wcześniej i przysiadłem na krześle obserwując przygotowania do imienin, naprawdę sutych, dla kilkudziesięciu osób. Siedzę sobie, a tu godnie wchodzi nieco posępny Ignacy Gogolewski i za chwilę z namaszczeniem zapala papierosa. Mija kilka minut i wchodzi godna dama Barbara Horawianka. Znów, po jakimś czasie, pojawia się reżyser Stanisław Różewicz, a w międzyczasie znany kiedyś piosenkarz Cwynar? Kocoń? Siedzę dalej a tu wchodzi sam Stanisław Mikulski, legendarny Hans Kloss. Imieniny w końcu ruszyły, w ruch poszły talerze, sztućce, kieliszki. Pan Wieńczysław dyrygował jak szef kuchni dwoma jasnowłosymi młodzieńcami, swoimi wnukami, nazywając ich, niczym molierowski pan Jourdan, „moimi lokajami” i klaszcząc na nich.
Po pewnym czasie przy drzwiach wejściowych zrobił się gwar. Goście ustawili się w powitalny szpalerze i do salonu, niczym król wszedł Wiesław Michnikowski, rozdzielając gościom ukłony i uśmiechy. Zobaczywszy w głębi salonu Mikulskiego rozpostarł ramiona w serdecznym geście i zawołał: „Stasiu, czy ty pamiętasz, jak pytałeś mnie czy zostać aktorem?”. Ten objął go serdecznie i zawołał: „Wiesiu, pamiętam, ale to było 55 lat temu!” Potem wysłuchałem m.in. w bardzo zabawny sposób wypowiadanych zabawnych anegdot przez pana Michnikowskiego. Jednak nie to było dla mnie clou wieczoru. Wśród gości moją uwagę zwrócił starszy pan, siwiutki jak gołąbek, o czerwonej, ale jakby chłopięcej twarzy, o bardzo zgrabnej, niewielkiej figurce. Miałem nieodparte wrażenie, że skądś znam te twarz, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Kiedy dyskretnie spytałem o to gospodarza, pana Wieńczysława, ten wykrzyknął radośnie: „Ależ to Klemens Mielczarek. Przed wojną grał w filmie z Dymszą!”, po czym przedstawił mnie temu panu.
Teraz dopiero skojarzyłem, ze znam tę twarz z przedwojennych komedii, z Dymszą pan Klemens wystąpił w filmie „Wacuś” Michała Waszyńskiego, zaś z Eugeniuszem Bodo i Leną Żelichowską pojawił się na ekranie w filmie Konrada Toma „Książątko” (1937). Młodziutki wtedy, kilkunastoletni Klemens angażowany był do epizodów w charakterze „wisusów o dobrym sercu”. Po wojnie grał epizody w teatrach i filmach, m.in. w „Café pod Minogą” Bronisława Broka czy duży epizod w „Przygodzie na Mariensztacie” Leona Buczkowskiego, w duecie z Tadeuszem Szmidtem, jako murarzem Szarlińskim. Z panem Klemensem umówiłem się na wywiad, ale na tym się nie skończyło.
Kiedyś zaprosił mnie na wspólny wyjazd na przedmieście Warszawy, z jego wędrownym teatrzykiem dla dzieci o nazwie „Kukuryku”, z którym występował dla najmłodszej publiczności w różnych miejscach, w tym w supermarketach. Opatrzył też dedykacją swoje zdjęcie z Dymszą z planu „Wacusia” z 1935 toku. Zmarł w 2006 roku. Dzięki poznaniu Go, otarłem się o przedwojenne kino.
Duch Andrzeja Struga
Każdemu zdarzają się przypadki losowe, dziwne zbiegi okoliczności, ale nie mam na myśli pierwszych lepszych, lecz dziwne, jakby paradoksalne, można by rzec – pachnące interwencją sił nierozpoznanych, metafizycznych, a powiadam to jako zdeklarowany i twardy materialista. Opowiem o kilku z nich.
Późnym latem 1980 roku zamieszkałem, w rezultacie zawarcia małżeństwa, w drewnianym XIX-wiecznym dworku postszlacheckim na przedmieściach Lublina, w tzw. dworku Struga. W tym czasie był on, w rezultacie sprzedaży i donacji, m.in. ze strony rodu Łubieńskich, własnością Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i przynależał do jego substancji mieszkaniowej. Dom ten został wzniesiony w 1880 roku przez Władysława Gałeckiego, ojca pisarza Tadeusza Gałeckiego (1871-1937), znanego pod pseudonimem Andrzej Strug. Był to pisarz socjalistyczny, PPS-owski i niepodległościowy, autor m.in. „Dziejów jednego pocisku” czy „Odznaki za wierną służbę”, był też ułanem od Beliny, a po latach mistrzem loży masońskiej. Z powodu ciężkich, z przyczyn technicznych, warunków życia w tym dworkowym mieszkaniu, popadłem w ciężki, wieloletni konflikt z administracją KUL, a czas ten bardzo negatywnie zaciążył na moim życiu.
Pewnego dnia, już nie pamiętam czy jeszcze mieszkałem w dworku czy już się z niego (po męczących 13 latach) wyprowadziłem, odwiedzając grób mojego dziadka Teofila, żołnierza II Brygady Legionów i POW, na warszawskim Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, natknąłem się nieopodal na grób Andrzeja Struga. Ta niezwykła zbieżność faktu, że dane mi było mieszkać w dworku Struga (prawdopodobieństwo bliskie ze statystycznego punktu widzenia prawdopodobieństwu zamieszkania na Zamku Królewskim a albo na Wawelu), a potem spotkać jego grób w pobliżu jednego z moich grobów rodzinnych postanowiłem (umownie i metaforycznie, bo jestem, jak już wspomniałem, żelaźnie konsekwentnym materialistą) uznać za celową obecność ducha pisarza w moim życiu, za świadome naprowadzanie mnie przez niego na jego ślady. Uznawszy to, napisałem kilka artykułów o Strugu, a jeden z nich został nawet zacytowany w książce mu poświęconej.
Uznałem, że duch pisarza, zorientowawszy się w moich literacko-historycznych zainteresowaniach i publicystycznych zajęciach, postanowił uczynić mnie kustoszem swojej bardzo dziś zapomnianej – przy tym tematycznie oraz literacko mocno anachronicznej – twórczości. Prawdę mówiąc, jako zatwardziały materialista tak naprawdę w to nie wierzę, ale formalnie trzymam się tej wersji. W końcu, dlaczego sobie nie pofantazjować?
Nosem w grobowiec
Inna historia paradoksalna. Wiele lat później, przygotowując się do kolejnej podróży do Paryża, zainteresowałem się twórczością Raymonda Roussel (1933), dziwnego pisarza ekscentryka, posługującego się wyszukaną stylistyką i formą, praktyka jego własnej odmiany idei prozy „czystej formy”.
Poczytałem z zainteresowaniem to i owo z prozy Roussela i o nim samym, ale nie był on dla mnie na tyle ważny, żebym, starym zwyczajem, postanowił dotrzeć do jego grobu. Ba, nawet nie zapamiętałem i nie zapisałem na jakim cmentarzu został on pochowany. I oto pewnego dnia udałem się na Pére Lachaise, wybierając tym razem drogę wędrówki dość przypadkowo.
Szedłem tak niezobowiązująco, bez ściśle określonego celu i popatrywałem na groby na chybił trafił. W pewnym momencie, zupełnie przypadkowo, znalazłem się przed grobem z czarnego, lśniącego marmuru, grobem, na który wcześniej nawet nie zwróciłem uwagi. Spojrzałem na napis: był grób Raymonda Roussel. Czy i duch Roussela, tego interesującego, ale z punktu widzenia historii literatury francuskiej, a tym bardziej powszechnej, niszowego pisarza dla koneserów, także, zorientowawszy się, że zainteresował się nim pewien czytelnik z dalekiego kraju, postanowił skierować mnie na swoje ślady i uczynić mnie polskim kustoszem pamięci o nim?
Cokolwiek podobny przypadek zdarzył mi się na Pére Lachaise szereg lat wcześniej. Podczas jednego z licznych pobytów natknąłem się na nagrobek Jean Lamberta Tallien, jednego z termidorian 1794 roku, tych którzy obalili Robespierre’a. Tallien zmarł w 1820 roku i jego grób usytuowany jest w strefie grobów z przełomu XVIII i XIX wieku, który mają kształt klasyczny, monumentalny, pompierski, nawiązujący do antycznych świątyń.
Tymczasem nagrobek Talliena sprawia wrażenie zaprojektowanego w latach 20-tych czy 30-tych XX wieku, a nawet później, jest bez ozdobników, ornamentów, ma minimalistyczną formę geometryczną dwóch prostokątów ustawionych wzajemnie w kształt litery L. Albo więc został postawiony wiele dziesięcioleci po śmierci Talliena, albo autor projektu z czasów Talliena miał futurystyczną wizję plastyczną i radykalnie wykroczył poza estetykę swojej epoki. To tyle co do formy. Grób Talliena, mimo że wydawał się nowy i w niezłym stanie, był mocno zaniedbany, pokryty mchem. Odczyściłem go, tak jak kiedyś grób Stanisława Brzozowskiego na Trespiano pod Florencją i postanowiłem się nim „zaopiekować”.
Jako wielki miłośnik historii Wielkiej Rewolucji Francuskiej uznałem to za swoisty rodzaj zbliżenia się do niej. Bo w końcu ktoś, kto zaopiekował się grobem jednej z jej sławnych postaci, wszedł poniekąd do jej dziejów.

Księga Wyjścia (57)

Ballada postpolityczna.

XIX wiek, należał do monarchii i państw narodowych, dwudziesty – imperialnych, zawsze jednak to polityka kreowała system, a politykę kapitał. Nawet tę radziecką. Pytanie co nam przyniesie kolejny, dwudziesty pierwszy wiek. Może już czas na świat regionów? Polityka w obecnym wydaniu, to już przeżytek.
Zacznijmy od tego czym ona naprawdę jest. Według Arystotelesa to sztuka rządzenia państwem, według Lenina może to robić też kucharka – przynajmniej będzie się trzymać przepisu i nikt nie będzie głodny.
Polityków zazwyczaj nienawidzimy, ale jeśli jakiegoś poznamy osobiście, to rozpiera nas duma. Wrzucamy zdjęcia na fejsa, wtrącamy jego nazwisko w każdej rozmowie ze znajomymi czy obcymi, obnosimy się z tym jakbyśmy kumplowali się z samym Elvisem.
Dlaczego jest tak, że ludzie ci – politycy – w swej masie budzą niechęć, a jeżeli jakiegoś poznamy, to go wielbimy. Może dlatego, że poczuliśmy jego „władzę”, otarliśmy się o nią? To oczywiście imaginacja, bo władzy w jednym pośle wiele nie uświadczymy. Ale społeczeństwo myśli inaczej – zależy jeszcze jaki poseł, ale to na inną autodyskusję.
Jeśli jednak znajdzie się jakiś, którego nie znamy, a szczerze cenimy, to zwykle jest to człowiek, na którego nie głosowaliśmy. A bo z innej partii, z innego okręgu i jeszcze jest milion dodatkowych powodów. Zresztą potem wywinie jakiś numer i też zostaje sprowadzony do wspólnego zbioru – (Nowacka, Biedroń).
Politycy w swej masie są najbardziej znienawidzoną grupą zawodową, pojedynczo odwrotnie. Tak naprawdę Sejm i Senat składają się z bandy cwaniaków, których jedyną kompetencją jest sprawowanie funkcji „ważnego”.
Demokracja w Polsce, to tylko iluzja, igrzyska dla ludzi, którzy są w stanie w jej imieniu zrywać znajomości, więzy rodzinne. Muniek Staszczyk śpiewał „Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”. No właśnie – słowo klucz – rozumiem. Nawiąże na moment do wyborów, które niedawno przerabialiśmy. Podobno rozumiemy wolność, ale niestety tylko swoją.
Od kiedy ludzkość dostała w swoje ręce potężną broń, jaką jest Internet, świat oszalał. Dawne teorie spiskowe są niczym, przy tych powstających każdego dnia. Usiłujemy werbalną przemocą skłonić innych, by przyjęli nasz punkt widzenia zasłyszany od innego użytkownika, a że ładnie to napisał, to przyjęliśmy to za prawdę. Badania francuskich naukowców wykazały, że aż dziewięćdziesiąt procent treść publikowanych w sieci to fałszywe informacje – fake newsy.
Siłę tego narzędzia pokazały ostatnie wybory prezydenckie. Ponieważ tak naprawdę było mi wszystko jedno kto je wygra, tu nie ma „mniejszego zła”, zło nie ma przymiotników, mogłem pozwolić sobie na różnego rodzaju prowokacje. Nawet nie macie pojęcia jak wolny się czułem mając świadomość, że mnie to nie dotyczy. Nie dajcie sobie wmówić, że to obowiązek. Nie. Niegłosowanie, czy bojkot wyborów, też są wyborem. Moja prowokacja polegała na tym, że nie zachwycałem się Trzaskowskim. Początkowo wzbudziło to ogromne zdziwienie części moich znajomych, od obcych dostałem garść wyzwisk, PISowski troll – to najdelikatniejsze, mimo że o Dodzie nie wspomniałem a od PiSu się odcinam. Wielu znajomych również straciłem, dochodziło nawet do szantaży. A ja miałem ubaw z tej pasji i z agresji jaką jest w stanie wygenerować w sobie ta część społeczeństwa, która nienawidzi obecnych i zapałała miłością do tych, których wcześniej odrzuciła. Zdziwiło mnie natomiast, że zamiast agitować, przekonywać, to wyzywali i obrażali.
Zrobiłem kiedyś pewien eksperyment, po ostrej wymianie zdań, zawahałem się i napisałem coś w rodzaju, że macie sporo racji i że jeszcze to przemyślę. W tym momencie jeden z interlokutorów napisał w bardzo protekcjonalny sposób coś takiego: „No widzisz (głupiutki) chłopcze, i po co było tyle się spierać”. W odpowiedzi natychmiast dostał bombę, że za takie traktowanie „głupiego Jasia”, pójdę oddać głos na Dudę.
Dziwicie się? Nacisk rodzi opór. Zamiast tego najpierw posłuchajmy argumentów strony przeciwnej lub obojętnej, potem rozmawiajmy odnosząc się jedynie do argumentów. A jeśli chcemy przyjaciela na śmierć i życie, to sparafrazujmy to co napisał.
Podczas tych licznych sporów i kłótni, przypomniała mi się Wojna Trojańska. Gdy Achilles miał gdzieś całą tą awanturę. Chciał już odpuścić Troję i odpłynąć, szykował okręty, żeby rano wyruszyć. Lecz upojeni pierwszym sukcesem Trojanie, postanowili zaatakować nocą pokonanych w pierwszym oblężeniu Greków, to wpłynęło na zmianę decyzji Achillesa. Postanowił zostać. Gdyby Posłuchali Hektora i nie zaatakowali, półbóg, o słabej pięcie odpłynąłby sobie i żaden koń nie wjechałby za bramę Troi. Przegrani Grecy wróciliby do domów, Helena została z Parysem, Hektor umarłby śmiercią naturalną i jak to w bajkach, długo i szczęśliwie.
Wracając do naszej bajki, gdzie owszem długo, ale próżno szukać szczęścia.
Scenariusz jest taki, gdyby wygrał Trzaskowski, to PIS ponownie wygrałoby wybory parlamentarne. Dlaczego? Bo mamy przekorne społeczeństwo. Poprzednich wyborów wcale nie wygrał Duda, poprzednie wybory przegrał Komorowski – rozumiecie tę subtelną różnicę?
Teraz jest rozłam, PIS pęka coraz bardziej. Wbrew pozorom wygrana Dudy tego nie scali. Ten facet nie jest żadnym autorytetem. Nawet dla swoich. Jego reelekcja, to gwóźdź do trumny monowładzy Kaczyńskiego.
Jeśli ktoś napisze, że przekupne, to po pierwsze oznacza, że ma jakiś gen chamstwa i że sam jest zaślepiony własną korupcją, bo przecież on również głosuje licząc na jakieś frukta czy obietnice. Więc pogarda i opluwanie ludzi, którym „pięćset plus” ułatwia życie, gubiła, gubi i gubić będzie opozycję firmowaną przez polityków PO.
Demokrację też mamy jakąś taką upośledzoną. Polska jest krajem, w którym najłatwiej zostać anarchistą. Z prostego powodu – demokracja nie działa. Nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy. W Polsce głosy liczy d’hont, sondaże wybierają zwycięskie partie, a partie wybierają, kto ma zdobyć mandat. Tak to wygląda w skrócie. Tylko od wpływów regionalnych baronów politycznych, tych największych ugrupowań, zależy skład polskiego parlamentu. Smutne co? Owszem, bywają niespodzianki, ale one jedynie potwierdzają tę regułę. Dlatego ławy sejmowe zapełniają lizusi, faworyci swoich mecenasów i cała banda niewykwalifikowanych ludzi od naciskania trzech guzików – za, przeciw, wstrzymuję się. Z kilkoma wyjątkami. Problem jednak polega na tym, że ludzie wybitni nie mają siły przebicia, bo zajmują się jedynie swoją dziedziną i zwykle ich głos trafia w próżnię.
Witold Modzelewski w jednym z wywiadów opowiadał jak prawo bankowe pisali sobie sami bankowcy, ponieważ nikt z posłów o tym pojęcia nie miał. Niestety, ten fragment media wtedy wyrzuciły. Mnie udało się to usłyszeć, ale w świat już nie poszło. Podobnie jest z każdą ustawą. Ludzie ci nie mają o tym pojęcia.
To jest tak oczywiste, ale żeby dostrzec, trzeba obserwować scenę polityczną na chłodno, bez zaślepienia, zaangażowania i pamiętając, że tak naprawdę obecna władza nie robi nic innego niż jej poprzednicy. Powiem więcej, w niektórym zakresie jest nawet mniej szkodliwa, może poza tym, że TVP zamiast kultury, promuje kicz. Wszystkie zaczynały swoją kadencję od przejęcia mediów, układania odpowiednich stosunków z kościołem katolickim i ambasadą USA, temat aborcji, związków partnerskich znikał jak gorący kartofel, a na pytania elektoratu odpowiedź była jedna – jeszcze nie pora, przyjdzie na to czas, społeczeństwo nie jest gotowe.
Rząd Buzka, zrujnował finansowo budżet na niepotrzebne nikomu reformy. Platforma postawiła na konsumpcjonizm, faworyzując najbogatszych kosztem biednych. W myśl biblijnej przypowieści, że: „Bogatemu będzie dodane, a biednemu zabrane”.
Pierwsza wygrana PIS, to efekt działań kliki cwaniaków na usługach obecnej władzy. Jak w szachach skopiowali ruchy Andrzeja Leppera, czyli posłuchali ludzi na prowincji. Różnica polega jednak na tym, że Lepper robił to autentycznie, nie musiał kopiować, ani słuchać. Mówił co jedynie co go boli i wkurza. Ludzi bolało to samo i to samo wkurzało.
Wzbudziło to przerażenie mediów, chyba żadnego polityka nie bały się tak, jak jego. Wiecie czemu, bo on się nie bał mediów. Jego przekaz szedł sobie alternatywną drogą z ust do ust, z miasteczka do wioski i zanim jakieś Fakty czy Wiadomości wybrały kilka ujęć, które miały go ośmieszyć, ludzie w całym kraju znali prawdę. Tak czarnego piaru nie miał nawet Tymiński. Telewizje śniadaniowe miałyby kłopot z kreowaniem fajnego życia na błotnistym podwórku rolnika.
Kaczyński to zrozumiał, różnica jest jednak taka, że Lepper nie musiał nic rozumieć. On to miał. Kaczyński zaś naśladuje. Stąd pięćset plus i gloryfikacja biedy. A to już błąd, bo bieda wcale nie chce gloryfikacji, nędzarze, biedacy i wszyscy „od pierwszego, do pierwszego” marzą o spokoju finansowym, pewności materialnej.
Niestety, nie ma już Leppera i Kaczyński nie wie co dalej, do tego momentu miał odrobione lekcje, ale teraz stanął pod ścianą. Nie wie, że człowiek, który uwierzył, że „uczciwością i pracą ludzie się bogacą” chciałby wreszcie zebrać owoce tej swojej pracy. Ani minimalna krajowa, ani bon turystyczny, ani te pięćset złotych tego nie załatwią. Załatają dziurę w domu, który wymaga nowego dachu.
Wyborca raz na jakiś czas pójdzie, odda swój głos przekonany, że wykonał swój obowiązek. Poobraża wcześniej kilku obcych i trochę znajomych o przeciwnych poglądach i jest przekonany, że to jego głos się liczy. Nie, liczy się głos „biomasy” ukierunkowanej przez sondaże. Pora skończyć z polityką, demokracja się nie sprawdza, dlatego właśnie w kraju nad Wisłą tak łatwo zostać anarchistą.

Czytanie czyni człowieka

-W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością -z prof. Marcinem Królem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Głosi Pan pochwałę lektury, wpływu jaki czytanie wartościowych książek wywiera na człowieka. Z Pana eseju „Czytanie czyni człowieka” wynika, że czytanie czytaniu nierówne…
Oczywiście. Pomijam na przykład czytanie publikacji związanych z wykonywaniem niektórych zawodów. To w ogóle nie jest czytanie, to pomijam. To obowiązek, który człowiek musi wypełniać, czasem przyjemny, czasem nieprzyjemny.
Dużo Pan czyta? Jaką literaturę?
Bardzo dużo. W młodości oczywiście przede wszystkim powieści, a później rzeczy z dziedziny sztuki, a w ostatnich latach – zgodnie z tendencją naszych czasów – tzw. dokumenty osobiste, listy, dzienniki, pamiętniki. Nadal bardzo lubię czytać powieści. Bardzo chętnie czytam w oryginale, po angielsku – powieść angielską właśnie, bo Anglia, z powodu ciągłości tradycji społecznej jest jedynym krajem, w którym przetrwała klasyczna powieść, choć w stanie oczywiście zmienionym, nie taka jak za Conrada, Dickensa czy Grahama Greena. Mam na myśli n.p. takich autorów współczesnych jak n.p. Julien Barnes.
Dlaczego lubi Pan powieść?
Bo znajduję w niej świat fikcji, w której czuję się jak w świecie rzeczywistym. Wolę fikcję czyli rzeczywistość powieści jest dla mnie piękniejsza niż smutek rzeczywistości. Co nie oznacza, że powieść musi być radosna. Wielki Dostojewski radosny nie jest. Nie interesuje mnie w powieści gra słowami, zabawianie się wiedzą historyczną i przewracanie jej do góry nogami, jak to robi Umberto Eco czy jak robi¸ to Teodor Parnicki. Lubię natomiast powieści sensacyjne, detektywistyczne, ale ostatnio takich brakuje.
Co daje czytelnikowi fikcja?
Pomaga nam odnaleźć się we własnym życiu. Nie daje nam tej możliwości otaczająca nas rzeczywistość, bo jest zbyt rozproszkowana. Poza tym czytanie daje coś, o co trudno w dzisiejszym świecie, o zajęcia mieszczące się w jakimś horyzoncie czasowym, żyjemy w świecie straszliwie pokawałkowanym, fragmentarycznym, w warunkach doraźności. Nienawidzę seriali telewizyjnych nie tylko dlatego, że są na ogół głupie, ale właśnie dlatego, że są pokawałkowane na odcinki, więc nie wiem, czy będę mógł obejrzeć czy nie. Czytanie powieści daje miłe poczucie pewnej stałości.
To co powie Pan na pomysły, by młodzież czytała lektury szkolne we fragmentach?
To jest nonsens. I to nie tylko dlatego, że to jest sprzeczne z intencją autora, który zamyślił i napisał utwór jako całość. Nie da się n.p. zrozumieć „Ferdydurke” Gombrowicza czytając je we fragmentach, bo to jest utwór skonstruowany w oparciu o spoistą koncepcję intelektualną i artystyczną. Nie tylko o to jednak chodzi. Ważne jest, by młodzież uczyła się oddechu, który daje czytanie powieści, a nie trenowała się w dojutrkowości i fragmentaryczności. Już samo czytanie przez długi czas o zdarzeniach rozgrywających się jeszcze w dłuższym czasie daje wyczucie tej kategorii, jaką jest czas i jego upływ. Pamiętam jak w dzieciństwie i młodości czytałem przez wiele godzin, ku mojemu niezadowoleniu wywoływany przez rodziców, a to do obiadu, a to do czegoś jeszcze.
Woli Pan poruszać się po świecie literatury jak po nieplewionym, zagraconym ogrodzie, wynajdując rzeczy ciekawe według własnego wyboru czy też posługując się eleganckim, odświętnym kanonem rzeczy wybranych?
Nie lekceważąc sensu kanonu, osobiście wolę owoce swojego wyboru niż to, co narzuca świat zewnętrzny, media etc. Co do kanonu, to starałem się go poznać, ale mimo najlepszej woli „Fausta” nigdy do końca nie przeczytałem. Nie dałem rady, ale nie bardzo się tego wstydzę.
A czy ceni Pan powracanie do dawnych lektur?
Bardzo. Trawestując znane powiedzenie z „Rejsu” powiem, że czasem najciekawsze są te książki, które już przeczytaliśmy. To jest jak z podróżą, z której mamy trzy przyjemności: poznania nowego i nieznanego, czyli zaskoczenia, poznania naocznie czegoś o czym się dużo wie oraz powrotu do tego, co dobrze znamy. Podobnie jest z książkami. Bywa, że kochamy książki, które nie są arcydziełami, ale są bliskie nam psychicznie, emocjonalnie, z różnych powodów. Mam takie wspomnienie z 1968 roku kiedy 48 godzin spędziłem w Pałacu Mostowskich. Okoliczność nieprzyjemna, a na dodatek musiałem leżeć z głową przy klozecie, wśród panów pijaków. I wtedy pożyczyłem z więziennej biblioteki „Zorany ugór” Michaiła Szołochowa zatapiając się w tej lekturze na całe prawie dwie doby. To było fantastyczne doświadczenie: siedzę przyskrzyniony, z głową przy klozecie i w świętym spokoju czytam powieść tego bądź co bądź wielkiego pisarza.
Kto w Panu zaszczepił miłość do książek?
Mój ojciec chrzestny, Józef Rybicki, szef Kedywu AK i wybitna postać, który był więźniem UB, a po latach członkiem KOR. Ocalała z wojny jego biblioteka i po jego śmierci ofiarowała mi część młodzieżową tej biblioteki wdowa po nim. Znalazłem w niej m.in. powieści Ossendowskiego o rewolucji bolszewickiej, o 1920 roku. Lektura tych książek w 1952 roku utrudniła mi polubienie władzy marksistowsko-leninowskiej. Mnie świat książek urządził życie wewnętrzne i społeczne. Nauczenie dziecka przyjemności czytania, to jeden z najistotniejszych obowiązków wychowawczych rodziców, bo na inne sprawy mamy niewielki wpływ. Z takim nawykiem będzie się odpornym nawet na działania szkoły zniechęcającej do czytania.
Czy z takim wychowaniem wyniesionym z domu potrafił Pan polubić socjalistyczne, majowe dni Oświaty Książki i Prasy w Polsce Ludowej?
Trudno mi zrekonstruować dziś co myślałem wtedy, ale dziś myślę, że to było bardzo cenne. Już wtedy czułem wielką wdzięczność do PIW i do Czytelnika, że tłumaczył i wydawał wspaniałe książki. Panie tam pracujące, często żony wysoko postawionych osób, odznaczały się szlachetnym snobizmem na wyższą kulturę. To wtedy wydano całego Balzaca oraz mnóstwo książek, które wcale nie były proustrojowe. Oczywiście nie wydawano książek antykomunistycznych, ale tych i tak było relatywnie niewiele, takich jak choćby „W oczach Zachodu” Conrada czy proza Józefa Mackiewicza. Dzięki temu n.p. w inteligenckich, chłopskich domach było sporo książek i były czytane. dziś to jest raczej nie do pomyślenia. To wtedy należało do powinności człowieka, nawet niekoniecznie bardzo dobrze wykształconego. Pod tym względem dobrze było do 1968 roku. Potem się pogorszyło, choć rozluźniły się cenzuralne ograniczenia nałożone na kwestie historyczne. Nigdy już potem jednak, do dziś włącznie, nie wznowiono tego wspaniałego kanonu wydanego w latach 1945 – 1968. Na Zachodzie, n.p. w Anglii kanon klasyczny jest stale w księgarniach. W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością. Książki poszerzają nasze duchowe doświadczenia, których nie przeżyjemy w tzw. życiu realnym i w tym sensie ja nie widzę różnicy między rzeczywistością fikcji literackiej, rzeczywistością rzeczywistą. Na przykład dzięki „Czerwonemu i czarnemu” Stendhala i losowi Juliana Sorela lepiej zrozumiałem los pewnego mojego znajomego. Dzięki „Biesom” zrozumiałem, na czym polega psychika nihilisty. Poza tym intensywna i obfita lektura wyposaża nas w pewien system skojarzeń, którego nie da się zracjonalizować, ale na im większym polu operujemy, tym jesteśmy bogatsi i w konsekwencji sprawniejsi w pewnych dziedzinach życia. Do tego żyjemy w kulturze zamkniętej, w której mężczyźni w zasadzie nic nie mówią o sprawach osobistych, intymnych, inaczej niż na Południu. To też, sprawiając, że mamy mniejsze doświadczenie życiowe, zwiększa rolę książek.
Woli Pan książki klarowne czy też zmagania z materią pisarstwa?
Na pewno nie lubię kawy na ławie, bo to jest nudne, ale też nie przepadam za autorami, którzy sami gubią się w tym, co piszą, jak n.p. Karol Irzykowski w „Pałubie”.
Jaki jest Pan ulubiony współczesny powieściopisarz?
Vladimir Nabokov. To autor, który pisał powieści fragmentami, nie po kolei. On chaos i zawikłanie swoich powieści budował w sposób przemyślany, jakby przy użyciu puzzli. Nie czytam już książek o książkach.
Zdarzało się Panu pewnie przeprowadzać do nowego mieszkania. Przy takich okazjach często dokonuje się selekcji księgozbioru. Co Pan wtedy czuł?
To jest zawsze przykrość. Mam to szczęście, że mam duży strych. Mimo to wyrzucam książki, a ściślej mówiąc oddaję je do bibliotek. Oddałem wszystkie publikacje poświęcone transformacji ustrojowej, bo już się dokonała. Podobnie postąpiłem z książkami politologicznymi, bo mnie śmiertelnie nudzą i są na ogół dość słabe. Często mam problem z tzw. średnią literaturą. Wyrzucić czy zachować? Trzeba z tym jednak uważać, bo czasem wydaje nam się, że do jakiejś książki nigdy nie wrócimy, a po latach to się zmienia.
Czytanie to czynność intelektualna, ale czy ceni Pan też zmysłowe przyjemności w rodzaju odczuwania zapachu książek i słuchania szelestu papieru?
Oczywiście, że tak i do tego połączone z zapachem dobrej kawy. Dlatego cenię te księgarnio-kawiarnie, które pojawiły się ostatnimi czasy. Lubię krążyć po księgarni nie pytany czego poszukuję. Bo nie wiem czego poszukuję. To co lubię w czytaniu, to jest to, że to najbardziej indywidualna i swobodna forma kontaktu z kulturą. każda inna, kino, teatr, koncert, jest trochę wspólnotowa. Szczególnie nie lubiłem interakcyjnych form teatru, polegających na wciąganiu widza w akcję. Otóż książka mnie w nic nie wplątuje.
Czy czytanie eklektyczne, czyli różnorodne jest najwartościowsze?
Tak, choć cenię eklektyzm kontrolowany, bo nie sposób czytać wszystko, co wpadnie nam w ręce.
Czyta Pan sytuacyjnie? N.p. „Trzech muszkieterów” w paryskim Palais Royal czy „Eneidę” lub „Juliusza Cezara” w Rzymie?
Nie, niespecjalnie w tym gustuję. Zwykle wyręczają mnie w tym znajomi towarzysze podróży.
Czy nie sądzi Pan, że upadek czytelnictwa, zwłaszcza na wsi, powoduje ogromną zapaść cywilizacyjną?
Tak, i nie pojmuję, dlaczego lewica nie zajmuje się tym. Czy uważa, że wyręczą ją w tym liberałowie? Także ta młoda lewica „Krytyki Politycznej” za bardzo zajmuje się pretensjonalnym, lewicowym intelektualizmem Żiżka, Becka, Deriddy. Nie ma to żadnego przełożenia na prawdziwą lewicowość. Ja osobiście, choć jestem konserwatystą w sferze kultury, to w sferze społecznej mam wrażliwość lewicową, socjalistyczną, a dramatyczny poziom nierówności społecznych w Polsce oburza mnie. Szczególnie oburza mnie brak dostępu, do wyższych studiów dla młodych ludzi ze wsi. Z powodu braku pieniędzy. Jest ich kilka procent na Uniwersytecie Warszawskim. To większa nierówność niż przed wojną. Powstają w związku z tym swoiste getta kulturowego zaniedbania, a biedni reprodukują biednych. To jest skandal. Tak żaden kraj nie może być rządzony. To są rzeczy wołające o pomstę do nieba i nie trzeba być lewicowcem w poglądach politycznych, by to dostrzec i nad tym boleć. Niech o to przede wszystkim walczą, a dopiero w drugiej kolejności o cele światopoglądowe. Kościół, owszem, jest siłą antymodernizacyjną, ale nie jest bezpośrednim sprawcą tych nieszczęść i nierówności, więc nie na nim trzeba się koncentrować. Dlatego skoro Sławomir Sierakowski wydał kiedyś „Płomienie” Brzozowskiego, to powinien wiedzieć, że nie u Żiżka, ale tam właśnie, na tej strasznej prowincji, są prawdziwe „płomienie”. Socjaldemokracja w takim kraju jak Polska ma ogromnie wiele do zrobienia w sferze socjalnej. Tylko trzeba je podjąć, sięgając po gotowe wzorce zagraniczne. Owszem, religia na maturze to głupota, ale Polska łaknie przede wszystkim wielkich reform społecznych i to lewica powinna je przeprowadzić.
O bieżącej polityce wypowiada się Pan rzadko, ale za to dobitnie. W tym roku wysłuchałem w jednej z telewizji wywiadów, których Pan udzielił. Jest Pan bardzo krytyczny w stosunku do obecnej władzy PiS i personalnej władzy Jarosława Kaczyńskiego. Nazwał ich Pan między innymi „złodziejami ducha”…
Przecież nie ja jeden jestem tak surowy, a człowiekowi rozsądnemu i przyzwoitemu nie sposób nie być krytycznym wobec tej władzy. To środowisko sprawuje ją w sposób daleki od elementarnej przyzwoitości, a rządzą Polską ludzie straszni. Tyle powiem i nie będę kontynuował tego tematu, żeby nie zniweczyć pięknego tematu lektury, o który mnie pan rozpytywał.
Dziękuję za rozmowę.

Marcin Król – ur. 19 maja 1944 r. w Warszawie, filozof polityki i historyk idei, publicysta. W 1978r. założył i pełnił rolę redaktora naczelnego opozycyjnego, liberalnego pisma „Res Publica”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in. „Style politycznego myślenia: wokół „Buntu młodych” i „Polityki”, (1979), „Józef Piłsudski: ewolucja myśli politycznej” (1981), „Stańczycy: antologia myśli społecznej i politycznej konserwatystów krakowskich” (1985), „Ład utajony. Zbiór publicystyki” (1983), „Słownik demokracji” (1983), „Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku” (1985), „Romantyzm – piekło i niebo Polaków” (1998), „Historia myśli politycznej: od Machiavellego po czasy współczesne” (1998), „Patriotyzm przyszłości” (2004), „Bezradność liberałów: myśl liberalna wobec konfliktu i wojny” (2005), „Byliśmy głupi” (2015), „Do nielicznego grona szczęśliwych” (2018), „Krótka historia myśli politycznej” ( 2019).

Demokracja epidemiczna

W czasie gdy walka z epidemią toczy się na kilku frontach, ustrój jaki znamy stara się stawić czoła populistom, którzy próbują zrealizować swoje marzenia o demokracjach nieliberalnych. I niestety idzie im to całkiem sprawnie, a najgorsze dopiero przed nami.

Zawieszone funkcjonowanie parlamentu, zakaz przeprowadzania wyborów, stan wyjątkowy bez ograniczenia czasowego i rządzenie za pomocą dekretów – to nie bananowa republika na Karaibach ani poradziecka dyktatura w środkowej Azji. To Węgry Anno Domini 2020. Zgodnie z przegłosowanym pod koniec marca prawem Viktor Orban zyskał władzę autokraty. Już w 2018 r. podczas swojego wykładu na Uniwersytecie Letnim w Tusnádfürdo dość przewrotnie argumentował, że demokracja chrześcijańska nie ma nic wspólnego z liberalizmem. Jednak znaczący krok w tym kierunku wykonał dopiero 30 marca. Brak zdecydowanej reakcji jego politycznej rodziny z Europejskiej Partii Ludowej (Tusk, Merkel czy Kurz) daje mu zielone światło do dalszych działań w budowaniu demokracji nieliberalnej, demokracji odbiegającej od fundamentalnych wartości UE. Ale czy to nadal jest „demokracja”?
To co mamy (nie)przyjemność obserwować dzisiaj, czyli rządzących tu i ówdzie populistów, może być jedynie zalążkiem do hydry, która wykluje się na jesieni. Galopujące bezrobocie, poczucie słabości państwa i braku perspektyw w wielu krajach Unii Europejskiej wyhoduje zapotrzebowanie na populizm. Już nie ten antyuchodźczy czy eurosceptyczny, a oparty o fundamenty tak dobrze znanej „walki z systemem”. A właśnie obecny system dla wielu staje się niewydolny ze swoją kulejącą służbą zdrowia i niemożnością utrzymania miejsc pracy. Chociaż dzisiaj ten scenariusz brzmi jak political fiction, a na horyzoncie brak jakichkolwiek nowych ruchów politycznych to załamanie zaufania do demokracji pojawi się w najbliższych tygodniach (punditerka? Może trochę). Błędne przekonanie, że władza skupiona w jednej ręce lepiej radzi sobie z sytuacjami kryzysowymi popycha ludzi do przekazania rządów politykom nieliberalnym, zaprzeczającym dotychczasowym wartościom obalając jednocześnie mit racjonalnego wyborcy, który głosuje zgodnie z poglądami, a nie przeciwko komuś.
Od kilku tygodni sondażownie pokazują skoki poparcia dla ugrupowań rządzących, co jest naturalną reakcją na zagrożenie jakim jest epidemia. Dla tych, którzy z koronawirusem radzą sobie stosunkowo dobrze (na tle innych państw są to zdecydowanie Niemcy) obecna sytuacja może stać się nowym początkiem i trampoliną do przedłużenia swojego mandatu, jednak rządy, które nie staną na wysokości zadania, pomimo tymczasowych wzrostów popularności, stracą najwięcej. Wówczas do walki o władzę przystąpią ci, którzy w erozji dotychczasowego systemu ujrzą szansę na rewolucję. Nie warto poświęcać czasu na dywagację co do umiejscowienia owych ruchów na politycznym kompasie.
Populizm w każdym wydaniu prowadzi do szkód. Pokuszę się jednak o tezę, że wspólnym mianownikiem całego wirusowego populizmu będzie podważenie demokracji liberalnej opartej o parlamentaryzm i poszanowanie wartości europejskich, stawiając w kontrze do niej autorytarne rządy silnej ręki jako znacznie bardziej skuteczne.
Gdzie w tym wszystkim Polska? Obawiam się, że na przedzie braku zaufania wobec demokracji. Dopiero po 2015 r. zaczęliśmy odrabiać lekcje z postaw obywatelskich, a aktywność społeczno-polityczna wzrosła co widać zarówno podczas elekcji gdzie rosła frekwencja jak i podczas ulicznych, rekordowych protestów. Szkoda, że było to wywołane przez skrajną polaryzację zamiast edukację obywatelską. Do dzisiaj „partia” kojarzy się z minionym ustrojem, a wiec dla znacznej części społeczeństwa są to konotacje negatywne (dla porównania: w wyborach na szefa brytyjskiej Partii Pracy zagłosowało 490 tys. członków i członkiń ugrupowania.
W Polsce wszystkie partie łącznie nie mają tylu działaczy). A to przecież partie są fundamentem demokracji parlamentarnej, to partie walczą i zdobywają władzę, w końcu to partie kształtują rzeczywistość. Niestety często zastępowane są przez trzeci sektor, któremu bliższe są kwestie wykluczenia komunikacyjnego, rozwoju terenów zielonych, budowy ścieżek rowerowych czy obrony lokalnych szkół przed zamknięciem, a to klasyfikuje partie jako niezorientowane w miejscowych problemach. Stąd też niebezpieczna chęć ucieczki od słowa – w domyśle negatywnego – partia. Zrobił to Palikot budując Ruch Palikota, tak samo działał Biedroń powołując Wiosnę, o której wielokrotnie mówił jako „nowym ruchu społeczno-polityczny”, „projekcie polityczny” – unikając jak ognia słowa na p… Nie sposób oczywiście pominąć Kukiza, który „demokrację” często i gęsto utożsamiał z „partiokracją”. Brak zaufania do systemu demokratycznego jest oczywisty kiedy politycy, często wbrew samym sobie, mówią, że ich partia to nie partia po czym rejestrują ugrupowanie (Kukiz) lub starają się uciec od politycznego kompasu pojęciowego, a na końcu odmieniają „lewicę” przez wszystkie przypadki (Biedroń, Palikot).
Epidemia koronawirusa, która jest potężnym szokiem społecznym przyspieszy erozję systemów demokratycznych i chociaż sił liberalnych, otwartych, wolnościowych i obywatelskich jest więcej to są one, najzwyczajniej w świecie, gorzej zorganizowane oddając pole populistom, którzy zbierają owoce wieloletnich zaniedbań dotychczasowych polityczek i polityków. Tych, którzy uciekali od podstawowych pojęć, tak ważnych dla kształtowania społecznej świadomości, ale i tych, którzy nie stawili czoła minionym kryzysom, w końcu tych, którym władza dla władzy zaślepiła pole widzenia. A przecież w polityce „chodzi o to by zmieniać świat”.

Rocznica

Pisanie artykułu z okolicznościowego z okazji 150 rocznicy urodzin Włodzimierza Iljicza Uljanowa znanego pod pseudonimem Lenin w roku 2020 w Polsce ma w sobie pewien posmak masochizmu. Jest rzeczą oczywistą że w świecie paranoicznego ideologicznego terroru określanego jako tzw. „polityka historyczna”, pisanie czegokolwiek co nie ma charakteru lojalki wobec wszechwładnych samozwańczych łowców czarownic dyktujących zasady tzw. niepoprawnej poprawności politycznej jest co najmniej kuszeniem jeśli nie prowokowaniem losu.

Czasy gdy w Polsce można było wypisywać takie rzeczy jak Żeromski w „Przedwiośniu”: „Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi – virtus niezłomną, która może być omylną jako rachuba, lecz jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości?” minęły wszak bezpowrotnie razem z polszczyzną, którą zostały zapisane i moralnością do której się odwoływały.
Pisanie artykułu z okazji rocznicy sto pięćdziesięciolecia urodzin Włodzimierza Uljanowa ma jeszcze jeden wyjątkowo niewdzięczny aspekt. Podobnie jak tradycja ewangeliczna, tradycja marksistowska wzywa aby „umarłym pozostawić grzebanie umarłych”. Koncentrowanie się w dzisiejszych debatach na komunizmie czy to w wersji gomułkowskiej mającej rzekomo tłumaczyć mechanizmy populizmu Jarosława Kaczyńskiego czy to w wersjach klasycznych – leninowskiej lub stalinowskiej mającej rzekomo wyjaśniać takie czy inne zjawiska współczesności jest właśnie odwracaniem się od życia i pogrążaniem się w świecie tyleż żenującej co odrażającej intelektualnej nekrofilii. Komunizm jako program globalny załamał się gdy spełnił swoją historyczną misję i ustabilizował kapitalistyczne centrum po drugiej wojnie światowej. Nie oznacza to bynajmniej ze komunizm zszedł ze sceny ale że stracił wymiar globalny i na lewicy nie zastąpiło go nic co by przejęło jego rolę.
Można by w tym momencie skończyć i umyć ręce, ale nie każdemu przychodzi łatwo zapomnieć, że obśliniony, obdarty i zbeszczeszczony przez zboczeńców trup, był kiedyś człowiekiem, którego pamięta się z lepszych czasów. Podjęcie tematu ma więc charakter poniekąd osobisty. Gdy próbuję w jakiś sposób skonkretyzować tę motywację przypomina mi się jeden z odcinków starego serialu o Arsenie Lupinie, w którym w sfingowanym pogrzebie głównego bohatera uczestniczy autor jego przygód Maurice Leblanc z wielkim wieńcem z napisem na szarfie „Temu, bez którego nie byłbym tym kim jestem”.
W sensie potocznym nie jest to zbyt oryginalna motywacja jako, że z reguły „obchodzimy” rocznice dotyczące osób, które w jakimś stopniu wytworzyły nas wpływając na to kim jesteśmy. W przypadku jednak bohatera mojego okolicznościowego wspomnienia znaczenie mają również konkretne osobiste przeżycia. Co więcej można powiedzieć, że swoiste fatum zadecydowało o tym, że moje spotkania z Leninem miały charakter w pewien sposób konstytutywny dla mojej obecności w świecie i myślenia o nim.
Już jako trzynastolatek z okazji hucznie obchodzonej rocznicy 100-lecia urodzin Lenina wygrałem ogólnoszkolny konkurs wiedzy o jubilacie. Finał konkursu będący centralnym punktem rocznicowej szkolnej akademii był moim debiutem na forum publicznym, który do dzisiaj ciepło wspominam.
Gdyby owo wspomnienie było jedynym, jak sądzę, byłoby już wystarczającym powodem do tzw. „życzliwej pamięci” chociaż niekoniecznie do pisania na ten temat. Tak się jednak złożyło że na tym epizodzie będącym tym czym dla wielu gwiazd estrady stał się Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze historia moich kontaktów z Leninem się nie zakończyła.
Kolejnym spotkaniem o charakterze znacznie bardziej już intelektualnym stała się lektura pracy „Materializm i empiriokrytycyzm” na seminarium „Dialektyka i historia” nie żyjących już Marka J.Siemka i Aleksandra Ochockiego. Chociaż ogólny klimat rozważań nie odbiegał od standardów i znakiem czasu była konstatacja jednego z prowadzących, iż ksiązka nie jest tak zła jak się spodziewał, książka okazała się, dla mnie, prawdziwym odkryciem. Najciekawsze stało się to co kiedyś zupełnie nieznane, dziś niestety, stało się zbyt znane żeby skłaniać do myślenia. Mianowicie to, że cała batalia o światopogląd, którą prowadził Lenin uderzała nie w politycznych przeciwników, ale w członków jego własnej partii. Traktowana poważnie książka pokazuje, że kwestie światopoglądowe wbrew pozorom nie przekładają się bezpośrednio na racje polityczne. Trudno nie zauważyć, że niedostrzeganie w tej debacie niczego poza partyjnymi rozgrywkami świadczy o upadku lewicowej myśli bardziej niż jej zanikający wpływ na życie społeczne. Jak sądzę właśnie pytania wynikające z lektury tkwią, u źródeł mojej głębokiej nieufności wobec fajerwerków lewicowego filozofizmu przyswajanych z uporem godnym lepszej sprawy przez wydawnictwa typu „Krytyki Politycznej”.
Ostatnim w tym cyklu spotkań i najbardziej znaczącym stała się praca nad magisterium pod kierunkiem prof. Heleny Zand na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Logika fatum zadziałała tu wyjątkowo perfidnie. Jako osoba studiująca po raz pierwszy nie miałem jasnej świadomościtego, że już w połowie studiów powinienem znaleźć sobie seminarium magisterskie na którym przygotuję pracę dyplomową. Gdy prawda ta dotarła w końcu do mojej świadomości wszystkie interesujące mnie seminaria były obsadzone przez lepiej zorientowanych kolegów. Jedynym miejscem zgodnym z moimi raczej historycznymi zainteresowaniami stał Zakład Historii Ruchu Robotniczego, gdzie nigdy nie było tłoku i do którego udałem się w akcie skrajnej desperacji. (Ze względu na wysokie wymagania egzaminacyjne skrót nazwy zakładu (HRR) odczytywano potoczne jako horror a samo miejsce cieszyło się zasłużoną sławą czegoś pośredniego między jaskinią Smoka Wawelskiego a lochami Świętej Inkwizycji.) Poczucie zgrozy nie opuściło mnie aż do obrony magisterium, ale też jestem najlepszym przykładem tego, że warunkiem sukcesu edukacyjnego nie musi być wychowanie bezstresowe. Temat który dostałem od Promotorki „Dyskusja o sojuszu robotniczo-chłopskim w partii bolszewickiej od rewolucji lutowej do upadku prawicowego odchylenia w RKP(b)” nie był oryginalny. Stanowił wariację jednej z jej najbardziej cenionych prac „Lenin a kwestia chłopska”. Chociaż sama praca nie grzeszyła oryginalnością to zwróciła moją uwagę na kwestię, która stała się przedmiotem do dziś rozwijanych przeze mnie poszukiwań, które w moim rozumieniu odwracają w kilku istotnych momentach tyleż potoczne, co popularne mniemania o Leninie jako sprawcy i przywódcy rewolucji rosyjskiej, którą wywołał i ukierunkował na realizuję jakowejś komunistycznej utopii.
Jak w wielu innych przypadkach z analizy faktów wynika obraz zupełnie inny i chyba ciekawszy niż z owych opowieści o owej wspaniałej rewolucji która wstrząsnęła światem. Fakty zdają się wskazywać na to, że Włodzimierz Uljanow był nie tyle kreatorem rewolucji rosyjskiej co jej ofiarą. I to nie, w często przywoływanym, sensie głoszącym iż rewolucja pożera własne dzieci, ale zupełnie trywialnym i dosłownym. Po zamachu, po którym nigdy nie odzyskał już pełni sił i jak pokazują długo ukrywane zdjęcia wiódł życie składające się z faz wzmożonej aktywności i niemal roślinnej wegetacji zdany całkowicie na heroiczną opiekę żony (najbardziej niedocenianej osoby w całej tej historii). To, że zachował w tych warunkach w miarę jasny obraz rzeczywistości było niemal czymś niemal nadludzkim. Patrząc na relacje Lenina z rewolucją rosyjską można odwołać się do znanej historii dżdżownicy „co to ją chłopaki na ryby wyciągnęli”.
Czasem wręcz nie sposób uniknąć wrażenia, że niewiele brakowało, żeby Lenin zmarł sobie spokojnie w Szwajcarii na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych jako mało znany, drugorzędny polityk rosyjskiej socjaldemokracji nie wywołujący większego zainteresowania dziennikarzy ani historyków.
O tym, że losy Lenina ułożyły się inaczej zadecydowało w istocie jedno fatalne wydarzenie, które przewidział niemal z matematyczna precyzją i któremu podporządkował w miarę konsekwentnie swoje działania. Tym wydarzeniem nie była, nawet rewolucja ta bowiem pojawiła się jako pewna wygenerowana przez okoliczności możliwość, a imperialistyczna wojna o podział świata. To stwierdzenie w pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”, że wojna i przemoc powracają, po latach marginalizacji, w rolach głównych na scenę dziejów zadecydowało o miejscu Lenina w historii.
Można powiedzieć, że nie było to niczym szczególnym bo na wojnę europejską liczyło, w takim, czy innym zakresie wielu polityków. Przykładem może być Józef Piłsudski rozpoczynając po rewolucji 1905 działania przygotowujące na ziemiach polskich powstanie zbrojne mające szansę jedynie w warunkach europejskiego konfliktu. Nie był to z resztą jedyny przypadek takich kalkulacji. W jakimś aspekcie świat przełomu XIX i XX wieku brzemienny był wojną światową i wielu obserwatorów to dostrzegało.
Problem polegał nie tyle na dostrzeganiu co na rozumieniu skali i zakresu zjawiska. Józef Piłsudski patrząc na nadciągającą wojnę zachował się trochę jak zajączek z anegdoty, zaproszony przez niedźwiedzicę do jej willi, który słysząc od gospodyni „bierz co chcesz” wziął radio tranzystorowe i pokicał do domu. Lenina od Piłsudskiego różniło, nie to, że pomyślał o lodówce, czy samochodzie w garażu ale, że zmierzył się z problemem dostrzegając jego ogólny zarys i wyprowadził z niego zasadnicze konsekwencje.
Gdy mówimy o dostrzeżeniu ogólnego sensu stwierdzić należy że chodziło o konstatacje, że w historii współczesnej otwiera się okres wojen i konfrontacji o charakterze globalnym (wojen o podział świata). Podkreślić trzeba natomiast, że ani w teorii, ani w praktyce nikt z zajmujących się nadciągającą wojną nie dostrzegł właściwej skali katastrofy którą wywoła. Rozmiar kataklizmu który rozpoczął się latem 1914 roku trudny jest do zrozumienia nawet dzisiaj. Zniszczenie w krótkim czasie dużej części materialnego bogactwa gromadzonego w Europie od kilkuset lat, oraz gwałtowna śmierć co najmniej kilkunastu milionów mieszkańców było wstrząsem, który przeorał bardzo głęboko cywilizację europejską sięgając jej najgłębszych podstaw. Mówiąc o rozmiarach strat językiem liczb i abstrakcyjnych pojęć nie zdajemy sobie najczęściej sprawy, że te liczby i pojęcia przekładały się na codzienne cierpienie i udrękę milionów mieszkańców Europy. Codzienne obcowanie ze śmiercią, z głodem, materialną nędzą w najbardziej bezpośrednim wymiarze, codzienne obcowanie z dziesiątkami trupów w okopach i na zapleczu, egzekucjami, głodem i zniszczeniem stało się nowa codziennością już od 1914. Trwanie wojny stan ten czyniło normą dla coraz większych rzesz ludzi i wciąganych w wir rozszerzającego się kataklizmu. Zmieniał on nie tylko sposób życia ale głęboko wnikał w psychikę uczestników. To horror wojny na wyniszczenie zrodził wybuch rewolucji w Rosji i jej przerażającą postać, która stała się przedmiotem chorobliwej fascynacji zarówno w wśród zwolenników jak i przeciwników. Ani jedni ani drudzy nie zdają sobie sprawy, ze było to wydarzenie, którego dramaturgię i aktorów nie wykreowała żadna ideologia, ale wytworzyła wojna. Że bez tej wojny żadnej rewolucji w Rosji jak i gdzie indziej by nie było i być może znacznie zamożniejsze i szczęśliwsze ziemie polskie rozkwitałyby do dzisiaj pod berłem potomków Mikołaja II Romanowa.
I wojnie i „wychowaniu z pod Werdum” zawdzięczamy nie tylko rewolucją rosyjską, ale cały ciąg wydarzeń trzydziestopięciolecia 1914-1949. Chociaż miłośnikom „historii” i wszelkiej maści ideologom trudno sobie to wyobrazić ale wszelkie faszyzmy, nazizmy, stalinizmy i temu podobne patologie nie mają żadnego samoistnego znaczenia ale stanowią elementy żywiołów rozpętanych w roku 1914. (Obecny powrót faszyzmu i nazizmu ma związek ze znacznie „łagodniejszą”, ale też dotkliwa dla ofiar, katastrofą jaką stał się dzisiejszy upadek społeczeństwa dobrobytu w pod ciosami neoliberalizmu.)
Nawet druga wojna nie była wbrew oficjalnej ideologii polskiej polityki wynikiem współdziałania Hitlera i Stalina ale, wynikiem panicznego strachu przywódców zwycięskiego Zachodu, który w ostatniej chwili, uratował się przed rewolucją wygrywając poprzednią wojnę, przed rozpoczęciem nowego konfliktu. Paradoksalnie nadzieja na ugłaskanie Hitlera mająca prowadzić do uniknięcia wojny stała się zasadniczą przyczyną jej wybuchu. Trzeba bowiem pamiętać, że Hitlera można było pokonać w każdym momencie od 1933 do 1939 roku. Zasadniczym pytaniem było: Jeśli nie Hitler to co? I obawa że rozczarowani Niemcy zwrócą się ku rewolucji.
Jak na razie nie wiele miejsca zajmował w niniejszych rozważaniach Lenin ale też trzeba zauważyć, że jego rola w rewolucji dopiero z czasem ujawniła swoja wyjątkowość. Generalnie polegała ona na tym, że rozumiejąc konstytutywne znaczenie wojny dla nowych realiów wypowiedział jej zdecydowaną wojnę. Lenin był jedynym przywódcą rewolucji głoszącym konsekwentnie hasło zawarcia pokoju i wyprowadzenia Rosji z wojny. Gdy inni przywódcy mówili o wojnie do zwycięstwa on gotów był nawet na upokarzający pokój byle tylko przerwać niemożliwy do udźwignięcia przez społeczeństwo wysiłek wojenny. Co więcej jego wojna wypowiedziana wojnie miała globalny charakter, i w tym sensie też paradoksalnie oznaczało odwołanie się do koncepcji rewolucji światowej.
Co prawda wyrwanie Rosji z wiru rewolucyjnego chaosu okazało się niemożliwe, ale wojna domowa po Pokoju Brzeskim okazała się nowym etapem w rozwoju wydarzeń. Czynnikiem, który nadał wydarzeniom nowy sens, stało się podjęcie radykalnych reform realnie przekształcających układ sił w społeczeństwie. Tutaj zaznaczył się drugi istotny moment tego co nazywane bywa leninizmem i co obecne w myśli Lenina było od zawsze, ale w czasie rewolucji stało się zasadą jego polityki. Zastąpienie marksowskiej strategii rewolucji proletariackiej rewolucją sojuszy i koalicji różnych sił społecznych zjednoczonych wokół konkretnych partykularnych celów, które nie mając charakteru ostatecznego realnie przekształcały społeczeństwo. Kluczowy okazał się fakt, że przedmiotem szczególnie brutalnego wyzysku pozostawały masy chłopskie w krajach gospodarczo zacofanych. Te masy chłopskie również płaciły najwyższą cenę za wojnę, dostarczając armatniego mięsa i surowców dla jej prowadzenia.
Koncepcja przeciwstawienia się imperialistycznej wojnie przez walkę o globalne społeczeństwo kolektywnie administrujące gospodarką i elastyczną politykę sojuszy różnych sił społecznych okazała się strzałem w dziesiątkę. (Mówiąc o siłach społecznych nie uciekam od tłumaczenia historii w kategoriach walki klas ale chcę tylko podkreślić, że chodziło o wykorzystanie najróżniejszych różnic i podobieństw interesów grupowych definiowanych bardzo konkretnie i precyzyjnie wymykających się wszelkim schematom i tradycyjnej logice. To częste nieporozumienie polegające na przeciwstawianiu marksowskiej teorii –leninowskiemu politykierstwu wynika z braku świadomości że była to polityka jedynie możliwa.)
Ruch komunistyczny, który stał się wynikiem metodycznego zastosowania powyższych koncepcji charakteryzowała a niekiedy i dzisiaj charakteryzuje niesamowita plastyczność i kreatywność. Chociaż z drugiej strony podporządkowanie wszystkiego walce i konfrontacji przenosiło na obszar komunizmu brutalność i bezwzględność właściwą strategii nieustannie walczącej armii.
Nieustanna mobilizacja decydowała również o tym, że w społeczeństwie organizowanym przez ruch komunistyczny wizje konstruktywne nabierały charakteru ideologicznej utopii. Nie trzeba zbyt wiele przenikliwości, żeby zauważyć, ze w społeczeństwach wyniszczonych gospodarczo i cywilizacyjnie przez wojny i walki wewnętrzne nie istniała możliwość realizacji jakiegokolwiek sensownego projektu alternatywnego społeczeństwa. Istniała za to silna potrzeba odreagowania – zapomnienia, świętowania, kultu wybitnych jednostek, wiary w cuda, sekciarstwa, polowań na czarownice, szukania wrogów ludu, i temu podobnych ludowych rozrywek. Trudno jednak w tej atmosferze intensywnego „życia duchowego” przypominającej przysłowiową „jesień średniowiecza” szukać wyjaśnienia tego co działo się w ruchu komunistycznym. Był to skutek a nie przyczyna. Wielkość i groteska, tragedia i farsa rewolucyjnej kultury wyjaśnia może wiele kwestii antropologicznych ale nie tłumaczy niczego z wydarzeń dwudziestowiecznej historii.
Problem polegał nie na tym, że realizowano jakieś utopie, ale realizowano globalną partię szachów walcząc o reorientację rozwoju dziejów określoną przez Lenina, gdzie strona zdecydowanie słabsza dzięki przemyślanej strategii, determinacji i poświęceniu potrafiła skutecznie walczyć ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Co więcej najciekawsze okazało się to że partia ta została wygrana chociaż, sukces niekoniecznie przyniósł oczekiwane owoce. (W końcu świętowana obecnie rocznica zwycięskiej bitwy warszawskiej jest fetowaniem zwycięstwa, które ocaliło szanse Adolfa Hitlera na objęcie władzy w Niemczech, która to perspektywa w przypadku dalszego pochodu Armii Czerwonej na Zachód byłaby mało prawdopodobna.)
Zwycięstwo komunistów polegało na tym, że wymusiło stabilizację gospodarczego centrum ówczesnego świata a więc Zachodu. Pomysł na trzecią wojnę światowa stawał się zbyt groźny, żeby traktować go poważnie. Sukcesy komunizmu w walce o przekształcanie wojny w rewolucję, które doprowadziło do tego, że nie tylko największy obszarowo kraj ówczesnego świata – Rosja, ale również najludniejszy – Chiny zostały objęte antyimperialistyczną rewolucją komunistyczną.
Miejsce imperialistycznej rywalizacji zajęła w świecie kapitalizmu integracja, miejsce wojennego marnotrawstwa konsumpcjonizm, miejsce pól bitewnych i pomników wojennej chwały, supermarkety. Świat kapitalistyczny powrócił bardzo szybko do stanu z przed roku 1914 z tą różnicą że do stołu dopuszczono, przynajmniej przejściowo znacznie liczniejsze niż dotychczas towarzystwo. Społeczeństwo dobrobytu, czy też raczej społeczeństwo bezpieczeństwa socjalnego, stało się bronią wobec, której światowy ruch komunistyczny okazał się bezsilny. Uległ więc dekompozycji i pewnej marginalizacji. Problemem zasadniczym stało się załamanie jego globalnego charakteru, który zawsze decydował o jego tożsamości. Jednak o utracie aktualności przez ruch komunistyczny decyduje co innego.
Chociaż oczywiście różne konsekwencje aktywności Lenina mogą na różnych polach zachowywać mniejszą czy większą wartość to historia, którą konstytuował właśnie się skończyła. Skończyła się przy tym nie dlatego, że onegdaj Francis Fukuyama ogłosił jej koniec ale właśnie dlatego że nastąpił koniec tego końca, a więc koniec populistów, którym się wydaje że na grobie neoliberalizmu zaczynają własną historię.
Mogłoby się zdawać, że kryzys o którym mówimy mógłby mieć charakter przejściowy bo w końcu samo społeczeństwo dobrobytu i bezpieczeństwa socjalnego okazało jedynie fazą rozwoju społecznego i podzieliło los komunizmu zdemontowane przez teoretyków i praktyków neoliberalizmu. Reformy Miltona Friedmana, Margaret Thatcher, Ronalda Regana, Leszka Balcerowicza skutecznie podważyły konsensus społeczeństwa dobrobytu. Trauma społecznej degradacji i marginalizacji wyzwolonej przez neoliberalizm zrodziła reakcje populistyczną nawiązującą do najgorszych wzorów faszyzmu u nazizmu z lat dwudziestych i trzydziestych.
Na naszych oczach wszystko to bardzo szybko przechodzi do historii. Nie unieważnia tej historii bynajmniej koronavirus chociaż jego ostateczny kształt jeszcze się nie ujawnił i może przynieść wiele nieszczęść i zaskoczeń.
Zagrożenie, które jak to już jakiś czas temu stwierdziła Nami Klein, „zmienia wszystko” to nadciągające wielkimi krokami katastrofa klimatyczna związana z globalnym ociepleniem. Kapitalistyczny rozwój gospodarczy oparty na rewolucji przemysłowej oznaczał sięgnięcie po paliwa kopalne, które zwieszając w sposób wydawałoby się nieograniczony moce wytwórcze człowieka rozpoczęły zmieniać klimat w coraz bardziej destrukcyjny i groźny sposób. Rozwój konsumpcjonizmu po drugiej wojnie światowej nadał temu procesowi katastrofalną dynamikę i niszczycielski charakter.
Przywykło się mówić o katastrofie klimatycznej, jako o czymś co nastąpi może za pięćdziesiąt, może za sto lat. Wszyscy oczekują kiedy wreszcie podniesie się poziom mórz i oceanów, wybrzeże morskie dotrze do Płocka i innych podobnych cudowności. Wszyscy współczują misiom koala itd. itp. To, że katastrofa już się zaczęła i to nie na wyspach Pacyfiku, w Australii,czy Amazonii, ale w Polsce, za naszymi oknami jak gdyby do nikogo nie może dotrzeć. Pisząc o suszy hydrologicznej w Polsce, o stratach w rolnictwie, dezorganizacji upraw itd. unikamy określeń globalne ocieplenie i katastrofa klimatyczna a to jest właśnie to. Co więcej jest to trwały trend pogłębiający się z roku na rok. Nie musimy czekać na rozpuszczenie lodów Antarktydy. Nie musimy nawet wyjeżdżać. Mamy miejsca w pierwszym rzędzie. Susza razem z letnimi upałami już wkrótce może zapewnić nam moc mocnych wrażeń. Odsyłanie Grety Thunberg do szkoły, żeby się uczyła zamiast protestować jest zaklinaniem rzeczywistości i niczego nie zmieni.
Budując system małej retencji, przepraszając bobry i dokonując wielu innych niezbędnych operacji rewolucjonizujących nasze życie nie poradzimy sobie z problemem. Tylko radykalne, globalne działania mogą powstrzymać destrukcję.
Na naszych oczach skończyła się dotychczasowa historia. Czy się zacznie i jak długo potrwa nowa jest w sumie jedynym, istotnym problemem naszych czasów.