Czytanie czyni człowieka

-W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością -z prof. Marcinem Królem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Głosi Pan pochwałę lektury, wpływu jaki czytanie wartościowych książek wywiera na człowieka. Z Pana eseju „Czytanie czyni człowieka” wynika, że czytanie czytaniu nierówne…
Oczywiście. Pomijam na przykład czytanie publikacji związanych z wykonywaniem niektórych zawodów. To w ogóle nie jest czytanie, to pomijam. To obowiązek, który człowiek musi wypełniać, czasem przyjemny, czasem nieprzyjemny.
Dużo Pan czyta? Jaką literaturę?
Bardzo dużo. W młodości oczywiście przede wszystkim powieści, a później rzeczy z dziedziny sztuki, a w ostatnich latach – zgodnie z tendencją naszych czasów – tzw. dokumenty osobiste, listy, dzienniki, pamiętniki. Nadal bardzo lubię czytać powieści. Bardzo chętnie czytam w oryginale, po angielsku – powieść angielską właśnie, bo Anglia, z powodu ciągłości tradycji społecznej jest jedynym krajem, w którym przetrwała klasyczna powieść, choć w stanie oczywiście zmienionym, nie taka jak za Conrada, Dickensa czy Grahama Greena. Mam na myśli n.p. takich autorów współczesnych jak n.p. Julien Barnes.
Dlaczego lubi Pan powieść?
Bo znajduję w niej świat fikcji, w której czuję się jak w świecie rzeczywistym. Wolę fikcję czyli rzeczywistość powieści jest dla mnie piękniejsza niż smutek rzeczywistości. Co nie oznacza, że powieść musi być radosna. Wielki Dostojewski radosny nie jest. Nie interesuje mnie w powieści gra słowami, zabawianie się wiedzą historyczną i przewracanie jej do góry nogami, jak to robi Umberto Eco czy jak robi¸ to Teodor Parnicki. Lubię natomiast powieści sensacyjne, detektywistyczne, ale ostatnio takich brakuje.
Co daje czytelnikowi fikcja?
Pomaga nam odnaleźć się we własnym życiu. Nie daje nam tej możliwości otaczająca nas rzeczywistość, bo jest zbyt rozproszkowana. Poza tym czytanie daje coś, o co trudno w dzisiejszym świecie, o zajęcia mieszczące się w jakimś horyzoncie czasowym, żyjemy w świecie straszliwie pokawałkowanym, fragmentarycznym, w warunkach doraźności. Nienawidzę seriali telewizyjnych nie tylko dlatego, że są na ogół głupie, ale właśnie dlatego, że są pokawałkowane na odcinki, więc nie wiem, czy będę mógł obejrzeć czy nie. Czytanie powieści daje miłe poczucie pewnej stałości.
To co powie Pan na pomysły, by młodzież czytała lektury szkolne we fragmentach?
To jest nonsens. I to nie tylko dlatego, że to jest sprzeczne z intencją autora, który zamyślił i napisał utwór jako całość. Nie da się n.p. zrozumieć „Ferdydurke” Gombrowicza czytając je we fragmentach, bo to jest utwór skonstruowany w oparciu o spoistą koncepcję intelektualną i artystyczną. Nie tylko o to jednak chodzi. Ważne jest, by młodzież uczyła się oddechu, który daje czytanie powieści, a nie trenowała się w dojutrkowości i fragmentaryczności. Już samo czytanie przez długi czas o zdarzeniach rozgrywających się jeszcze w dłuższym czasie daje wyczucie tej kategorii, jaką jest czas i jego upływ. Pamiętam jak w dzieciństwie i młodości czytałem przez wiele godzin, ku mojemu niezadowoleniu wywoływany przez rodziców, a to do obiadu, a to do czegoś jeszcze.
Woli Pan poruszać się po świecie literatury jak po nieplewionym, zagraconym ogrodzie, wynajdując rzeczy ciekawe według własnego wyboru czy też posługując się eleganckim, odświętnym kanonem rzeczy wybranych?
Nie lekceważąc sensu kanonu, osobiście wolę owoce swojego wyboru niż to, co narzuca świat zewnętrzny, media etc. Co do kanonu, to starałem się go poznać, ale mimo najlepszej woli „Fausta” nigdy do końca nie przeczytałem. Nie dałem rady, ale nie bardzo się tego wstydzę.
A czy ceni Pan powracanie do dawnych lektur?
Bardzo. Trawestując znane powiedzenie z „Rejsu” powiem, że czasem najciekawsze są te książki, które już przeczytaliśmy. To jest jak z podróżą, z której mamy trzy przyjemności: poznania nowego i nieznanego, czyli zaskoczenia, poznania naocznie czegoś o czym się dużo wie oraz powrotu do tego, co dobrze znamy. Podobnie jest z książkami. Bywa, że kochamy książki, które nie są arcydziełami, ale są bliskie nam psychicznie, emocjonalnie, z różnych powodów. Mam takie wspomnienie z 1968 roku kiedy 48 godzin spędziłem w Pałacu Mostowskich. Okoliczność nieprzyjemna, a na dodatek musiałem leżeć z głową przy klozecie, wśród panów pijaków. I wtedy pożyczyłem z więziennej biblioteki „Zorany ugór” Michaiła Szołochowa zatapiając się w tej lekturze na całe prawie dwie doby. To było fantastyczne doświadczenie: siedzę przyskrzyniony, z głową przy klozecie i w świętym spokoju czytam powieść tego bądź co bądź wielkiego pisarza.
Kto w Panu zaszczepił miłość do książek?
Mój ojciec chrzestny, Józef Rybicki, szef Kedywu AK i wybitna postać, który był więźniem UB, a po latach członkiem KOR. Ocalała z wojny jego biblioteka i po jego śmierci ofiarowała mi część młodzieżową tej biblioteki wdowa po nim. Znalazłem w niej m.in. powieści Ossendowskiego o rewolucji bolszewickiej, o 1920 roku. Lektura tych książek w 1952 roku utrudniła mi polubienie władzy marksistowsko-leninowskiej. Mnie świat książek urządził życie wewnętrzne i społeczne. Nauczenie dziecka przyjemności czytania, to jeden z najistotniejszych obowiązków wychowawczych rodziców, bo na inne sprawy mamy niewielki wpływ. Z takim nawykiem będzie się odpornym nawet na działania szkoły zniechęcającej do czytania.
Czy z takim wychowaniem wyniesionym z domu potrafił Pan polubić socjalistyczne, majowe dni Oświaty Książki i Prasy w Polsce Ludowej?
Trudno mi zrekonstruować dziś co myślałem wtedy, ale dziś myślę, że to było bardzo cenne. Już wtedy czułem wielką wdzięczność do PIW i do Czytelnika, że tłumaczył i wydawał wspaniałe książki. Panie tam pracujące, często żony wysoko postawionych osób, odznaczały się szlachetnym snobizmem na wyższą kulturę. To wtedy wydano całego Balzaca oraz mnóstwo książek, które wcale nie były proustrojowe. Oczywiście nie wydawano książek antykomunistycznych, ale tych i tak było relatywnie niewiele, takich jak choćby „W oczach Zachodu” Conrada czy proza Józefa Mackiewicza. Dzięki temu n.p. w inteligenckich, chłopskich domach było sporo książek i były czytane. dziś to jest raczej nie do pomyślenia. To wtedy należało do powinności człowieka, nawet niekoniecznie bardzo dobrze wykształconego. Pod tym względem dobrze było do 1968 roku. Potem się pogorszyło, choć rozluźniły się cenzuralne ograniczenia nałożone na kwestie historyczne. Nigdy już potem jednak, do dziś włącznie, nie wznowiono tego wspaniałego kanonu wydanego w latach 1945 – 1968. Na Zachodzie, n.p. w Anglii kanon klasyczny jest stale w księgarniach. W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością. Książki poszerzają nasze duchowe doświadczenia, których nie przeżyjemy w tzw. życiu realnym i w tym sensie ja nie widzę różnicy między rzeczywistością fikcji literackiej, rzeczywistością rzeczywistą. Na przykład dzięki „Czerwonemu i czarnemu” Stendhala i losowi Juliana Sorela lepiej zrozumiałem los pewnego mojego znajomego. Dzięki „Biesom” zrozumiałem, na czym polega psychika nihilisty. Poza tym intensywna i obfita lektura wyposaża nas w pewien system skojarzeń, którego nie da się zracjonalizować, ale na im większym polu operujemy, tym jesteśmy bogatsi i w konsekwencji sprawniejsi w pewnych dziedzinach życia. Do tego żyjemy w kulturze zamkniętej, w której mężczyźni w zasadzie nic nie mówią o sprawach osobistych, intymnych, inaczej niż na Południu. To też, sprawiając, że mamy mniejsze doświadczenie życiowe, zwiększa rolę książek.
Woli Pan książki klarowne czy też zmagania z materią pisarstwa?
Na pewno nie lubię kawy na ławie, bo to jest nudne, ale też nie przepadam za autorami, którzy sami gubią się w tym, co piszą, jak n.p. Karol Irzykowski w „Pałubie”.
Jaki jest Pan ulubiony współczesny powieściopisarz?
Vladimir Nabokov. To autor, który pisał powieści fragmentami, nie po kolei. On chaos i zawikłanie swoich powieści budował w sposób przemyślany, jakby przy użyciu puzzli. Nie czytam już książek o książkach.
Zdarzało się Panu pewnie przeprowadzać do nowego mieszkania. Przy takich okazjach często dokonuje się selekcji księgozbioru. Co Pan wtedy czuł?
To jest zawsze przykrość. Mam to szczęście, że mam duży strych. Mimo to wyrzucam książki, a ściślej mówiąc oddaję je do bibliotek. Oddałem wszystkie publikacje poświęcone transformacji ustrojowej, bo już się dokonała. Podobnie postąpiłem z książkami politologicznymi, bo mnie śmiertelnie nudzą i są na ogół dość słabe. Często mam problem z tzw. średnią literaturą. Wyrzucić czy zachować? Trzeba z tym jednak uważać, bo czasem wydaje nam się, że do jakiejś książki nigdy nie wrócimy, a po latach to się zmienia.
Czytanie to czynność intelektualna, ale czy ceni Pan też zmysłowe przyjemności w rodzaju odczuwania zapachu książek i słuchania szelestu papieru?
Oczywiście, że tak i do tego połączone z zapachem dobrej kawy. Dlatego cenię te księgarnio-kawiarnie, które pojawiły się ostatnimi czasy. Lubię krążyć po księgarni nie pytany czego poszukuję. Bo nie wiem czego poszukuję. To co lubię w czytaniu, to jest to, że to najbardziej indywidualna i swobodna forma kontaktu z kulturą. każda inna, kino, teatr, koncert, jest trochę wspólnotowa. Szczególnie nie lubiłem interakcyjnych form teatru, polegających na wciąganiu widza w akcję. Otóż książka mnie w nic nie wplątuje.
Czy czytanie eklektyczne, czyli różnorodne jest najwartościowsze?
Tak, choć cenię eklektyzm kontrolowany, bo nie sposób czytać wszystko, co wpadnie nam w ręce.
Czyta Pan sytuacyjnie? N.p. „Trzech muszkieterów” w paryskim Palais Royal czy „Eneidę” lub „Juliusza Cezara” w Rzymie?
Nie, niespecjalnie w tym gustuję. Zwykle wyręczają mnie w tym znajomi towarzysze podróży.
Czy nie sądzi Pan, że upadek czytelnictwa, zwłaszcza na wsi, powoduje ogromną zapaść cywilizacyjną?
Tak, i nie pojmuję, dlaczego lewica nie zajmuje się tym. Czy uważa, że wyręczą ją w tym liberałowie? Także ta młoda lewica „Krytyki Politycznej” za bardzo zajmuje się pretensjonalnym, lewicowym intelektualizmem Żiżka, Becka, Deriddy. Nie ma to żadnego przełożenia na prawdziwą lewicowość. Ja osobiście, choć jestem konserwatystą w sferze kultury, to w sferze społecznej mam wrażliwość lewicową, socjalistyczną, a dramatyczny poziom nierówności społecznych w Polsce oburza mnie. Szczególnie oburza mnie brak dostępu, do wyższych studiów dla młodych ludzi ze wsi. Z powodu braku pieniędzy. Jest ich kilka procent na Uniwersytecie Warszawskim. To większa nierówność niż przed wojną. Powstają w związku z tym swoiste getta kulturowego zaniedbania, a biedni reprodukują biednych. To jest skandal. Tak żaden kraj nie może być rządzony. To są rzeczy wołające o pomstę do nieba i nie trzeba być lewicowcem w poglądach politycznych, by to dostrzec i nad tym boleć. Niech o to przede wszystkim walczą, a dopiero w drugiej kolejności o cele światopoglądowe. Kościół, owszem, jest siłą antymodernizacyjną, ale nie jest bezpośrednim sprawcą tych nieszczęść i nierówności, więc nie na nim trzeba się koncentrować. Dlatego skoro Sławomir Sierakowski wydał kiedyś „Płomienie” Brzozowskiego, to powinien wiedzieć, że nie u Żiżka, ale tam właśnie, na tej strasznej prowincji, są prawdziwe „płomienie”. Socjaldemokracja w takim kraju jak Polska ma ogromnie wiele do zrobienia w sferze socjalnej. Tylko trzeba je podjąć, sięgając po gotowe wzorce zagraniczne. Owszem, religia na maturze to głupota, ale Polska łaknie przede wszystkim wielkich reform społecznych i to lewica powinna je przeprowadzić.
O bieżącej polityce wypowiada się Pan rzadko, ale za to dobitnie. W tym roku wysłuchałem w jednej z telewizji wywiadów, których Pan udzielił. Jest Pan bardzo krytyczny w stosunku do obecnej władzy PiS i personalnej władzy Jarosława Kaczyńskiego. Nazwał ich Pan między innymi „złodziejami ducha”…
Przecież nie ja jeden jestem tak surowy, a człowiekowi rozsądnemu i przyzwoitemu nie sposób nie być krytycznym wobec tej władzy. To środowisko sprawuje ją w sposób daleki od elementarnej przyzwoitości, a rządzą Polską ludzie straszni. Tyle powiem i nie będę kontynuował tego tematu, żeby nie zniweczyć pięknego tematu lektury, o który mnie pan rozpytywał.
Dziękuję za rozmowę.

Marcin Król – ur. 19 maja 1944 r. w Warszawie, filozof polityki i historyk idei, publicysta. W 1978r. założył i pełnił rolę redaktora naczelnego opozycyjnego, liberalnego pisma „Res Publica”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in. „Style politycznego myślenia: wokół „Buntu młodych” i „Polityki”, (1979), „Józef Piłsudski: ewolucja myśli politycznej” (1981), „Stańczycy: antologia myśli społecznej i politycznej konserwatystów krakowskich” (1985), „Ład utajony. Zbiór publicystyki” (1983), „Słownik demokracji” (1983), „Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku” (1985), „Romantyzm – piekło i niebo Polaków” (1998), „Historia myśli politycznej: od Machiavellego po czasy współczesne” (1998), „Patriotyzm przyszłości” (2004), „Bezradność liberałów: myśl liberalna wobec konfliktu i wojny” (2005), „Byliśmy głupi” (2015), „Do nielicznego grona szczęśliwych” (2018), „Krótka historia myśli politycznej” ( 2019).

Demokracja epidemiczna

W czasie gdy walka z epidemią toczy się na kilku frontach, ustrój jaki znamy stara się stawić czoła populistom, którzy próbują zrealizować swoje marzenia o demokracjach nieliberalnych. I niestety idzie im to całkiem sprawnie, a najgorsze dopiero przed nami.

Zawieszone funkcjonowanie parlamentu, zakaz przeprowadzania wyborów, stan wyjątkowy bez ograniczenia czasowego i rządzenie za pomocą dekretów – to nie bananowa republika na Karaibach ani poradziecka dyktatura w środkowej Azji. To Węgry Anno Domini 2020. Zgodnie z przegłosowanym pod koniec marca prawem Viktor Orban zyskał władzę autokraty. Już w 2018 r. podczas swojego wykładu na Uniwersytecie Letnim w Tusnádfürdo dość przewrotnie argumentował, że demokracja chrześcijańska nie ma nic wspólnego z liberalizmem. Jednak znaczący krok w tym kierunku wykonał dopiero 30 marca. Brak zdecydowanej reakcji jego politycznej rodziny z Europejskiej Partii Ludowej (Tusk, Merkel czy Kurz) daje mu zielone światło do dalszych działań w budowaniu demokracji nieliberalnej, demokracji odbiegającej od fundamentalnych wartości UE. Ale czy to nadal jest „demokracja”?
To co mamy (nie)przyjemność obserwować dzisiaj, czyli rządzących tu i ówdzie populistów, może być jedynie zalążkiem do hydry, która wykluje się na jesieni. Galopujące bezrobocie, poczucie słabości państwa i braku perspektyw w wielu krajach Unii Europejskiej wyhoduje zapotrzebowanie na populizm. Już nie ten antyuchodźczy czy eurosceptyczny, a oparty o fundamenty tak dobrze znanej „walki z systemem”. A właśnie obecny system dla wielu staje się niewydolny ze swoją kulejącą służbą zdrowia i niemożnością utrzymania miejsc pracy. Chociaż dzisiaj ten scenariusz brzmi jak political fiction, a na horyzoncie brak jakichkolwiek nowych ruchów politycznych to załamanie zaufania do demokracji pojawi się w najbliższych tygodniach (punditerka? Może trochę). Błędne przekonanie, że władza skupiona w jednej ręce lepiej radzi sobie z sytuacjami kryzysowymi popycha ludzi do przekazania rządów politykom nieliberalnym, zaprzeczającym dotychczasowym wartościom obalając jednocześnie mit racjonalnego wyborcy, który głosuje zgodnie z poglądami, a nie przeciwko komuś.
Od kilku tygodni sondażownie pokazują skoki poparcia dla ugrupowań rządzących, co jest naturalną reakcją na zagrożenie jakim jest epidemia. Dla tych, którzy z koronawirusem radzą sobie stosunkowo dobrze (na tle innych państw są to zdecydowanie Niemcy) obecna sytuacja może stać się nowym początkiem i trampoliną do przedłużenia swojego mandatu, jednak rządy, które nie staną na wysokości zadania, pomimo tymczasowych wzrostów popularności, stracą najwięcej. Wówczas do walki o władzę przystąpią ci, którzy w erozji dotychczasowego systemu ujrzą szansę na rewolucję. Nie warto poświęcać czasu na dywagację co do umiejscowienia owych ruchów na politycznym kompasie.
Populizm w każdym wydaniu prowadzi do szkód. Pokuszę się jednak o tezę, że wspólnym mianownikiem całego wirusowego populizmu będzie podważenie demokracji liberalnej opartej o parlamentaryzm i poszanowanie wartości europejskich, stawiając w kontrze do niej autorytarne rządy silnej ręki jako znacznie bardziej skuteczne.
Gdzie w tym wszystkim Polska? Obawiam się, że na przedzie braku zaufania wobec demokracji. Dopiero po 2015 r. zaczęliśmy odrabiać lekcje z postaw obywatelskich, a aktywność społeczno-polityczna wzrosła co widać zarówno podczas elekcji gdzie rosła frekwencja jak i podczas ulicznych, rekordowych protestów. Szkoda, że było to wywołane przez skrajną polaryzację zamiast edukację obywatelską. Do dzisiaj „partia” kojarzy się z minionym ustrojem, a wiec dla znacznej części społeczeństwa są to konotacje negatywne (dla porównania: w wyborach na szefa brytyjskiej Partii Pracy zagłosowało 490 tys. członków i członkiń ugrupowania.
W Polsce wszystkie partie łącznie nie mają tylu działaczy). A to przecież partie są fundamentem demokracji parlamentarnej, to partie walczą i zdobywają władzę, w końcu to partie kształtują rzeczywistość. Niestety często zastępowane są przez trzeci sektor, któremu bliższe są kwestie wykluczenia komunikacyjnego, rozwoju terenów zielonych, budowy ścieżek rowerowych czy obrony lokalnych szkół przed zamknięciem, a to klasyfikuje partie jako niezorientowane w miejscowych problemach. Stąd też niebezpieczna chęć ucieczki od słowa – w domyśle negatywnego – partia. Zrobił to Palikot budując Ruch Palikota, tak samo działał Biedroń powołując Wiosnę, o której wielokrotnie mówił jako „nowym ruchu społeczno-polityczny”, „projekcie polityczny” – unikając jak ognia słowa na p… Nie sposób oczywiście pominąć Kukiza, który „demokrację” często i gęsto utożsamiał z „partiokracją”. Brak zaufania do systemu demokratycznego jest oczywisty kiedy politycy, często wbrew samym sobie, mówią, że ich partia to nie partia po czym rejestrują ugrupowanie (Kukiz) lub starają się uciec od politycznego kompasu pojęciowego, a na końcu odmieniają „lewicę” przez wszystkie przypadki (Biedroń, Palikot).
Epidemia koronawirusa, która jest potężnym szokiem społecznym przyspieszy erozję systemów demokratycznych i chociaż sił liberalnych, otwartych, wolnościowych i obywatelskich jest więcej to są one, najzwyczajniej w świecie, gorzej zorganizowane oddając pole populistom, którzy zbierają owoce wieloletnich zaniedbań dotychczasowych polityczek i polityków. Tych, którzy uciekali od podstawowych pojęć, tak ważnych dla kształtowania społecznej świadomości, ale i tych, którzy nie stawili czoła minionym kryzysom, w końcu tych, którym władza dla władzy zaślepiła pole widzenia. A przecież w polityce „chodzi o to by zmieniać świat”.

Rocznica

Pisanie artykułu z okolicznościowego z okazji 150 rocznicy urodzin Włodzimierza Iljicza Uljanowa znanego pod pseudonimem Lenin w roku 2020 w Polsce ma w sobie pewien posmak masochizmu. Jest rzeczą oczywistą że w świecie paranoicznego ideologicznego terroru określanego jako tzw. „polityka historyczna”, pisanie czegokolwiek co nie ma charakteru lojalki wobec wszechwładnych samozwańczych łowców czarownic dyktujących zasady tzw. niepoprawnej poprawności politycznej jest co najmniej kuszeniem jeśli nie prowokowaniem losu.

Czasy gdy w Polsce można było wypisywać takie rzeczy jak Żeromski w „Przedwiośniu”: „Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi – virtus niezłomną, która może być omylną jako rachuba, lecz jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości?” minęły wszak bezpowrotnie razem z polszczyzną, którą zostały zapisane i moralnością do której się odwoływały.
Pisanie artykułu z okazji rocznicy sto pięćdziesięciolecia urodzin Włodzimierza Uljanowa ma jeszcze jeden wyjątkowo niewdzięczny aspekt. Podobnie jak tradycja ewangeliczna, tradycja marksistowska wzywa aby „umarłym pozostawić grzebanie umarłych”. Koncentrowanie się w dzisiejszych debatach na komunizmie czy to w wersji gomułkowskiej mającej rzekomo tłumaczyć mechanizmy populizmu Jarosława Kaczyńskiego czy to w wersjach klasycznych – leninowskiej lub stalinowskiej mającej rzekomo wyjaśniać takie czy inne zjawiska współczesności jest właśnie odwracaniem się od życia i pogrążaniem się w świecie tyleż żenującej co odrażającej intelektualnej nekrofilii. Komunizm jako program globalny załamał się gdy spełnił swoją historyczną misję i ustabilizował kapitalistyczne centrum po drugiej wojnie światowej. Nie oznacza to bynajmniej ze komunizm zszedł ze sceny ale że stracił wymiar globalny i na lewicy nie zastąpiło go nic co by przejęło jego rolę.
Można by w tym momencie skończyć i umyć ręce, ale nie każdemu przychodzi łatwo zapomnieć, że obśliniony, obdarty i zbeszczeszczony przez zboczeńców trup, był kiedyś człowiekiem, którego pamięta się z lepszych czasów. Podjęcie tematu ma więc charakter poniekąd osobisty. Gdy próbuję w jakiś sposób skonkretyzować tę motywację przypomina mi się jeden z odcinków starego serialu o Arsenie Lupinie, w którym w sfingowanym pogrzebie głównego bohatera uczestniczy autor jego przygód Maurice Leblanc z wielkim wieńcem z napisem na szarfie „Temu, bez którego nie byłbym tym kim jestem”.
W sensie potocznym nie jest to zbyt oryginalna motywacja jako, że z reguły „obchodzimy” rocznice dotyczące osób, które w jakimś stopniu wytworzyły nas wpływając na to kim jesteśmy. W przypadku jednak bohatera mojego okolicznościowego wspomnienia znaczenie mają również konkretne osobiste przeżycia. Co więcej można powiedzieć, że swoiste fatum zadecydowało o tym, że moje spotkania z Leninem miały charakter w pewien sposób konstytutywny dla mojej obecności w świecie i myślenia o nim.
Już jako trzynastolatek z okazji hucznie obchodzonej rocznicy 100-lecia urodzin Lenina wygrałem ogólnoszkolny konkurs wiedzy o jubilacie. Finał konkursu będący centralnym punktem rocznicowej szkolnej akademii był moim debiutem na forum publicznym, który do dzisiaj ciepło wspominam.
Gdyby owo wspomnienie było jedynym, jak sądzę, byłoby już wystarczającym powodem do tzw. „życzliwej pamięci” chociaż niekoniecznie do pisania na ten temat. Tak się jednak złożyło że na tym epizodzie będącym tym czym dla wielu gwiazd estrady stał się Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze historia moich kontaktów z Leninem się nie zakończyła.
Kolejnym spotkaniem o charakterze znacznie bardziej już intelektualnym stała się lektura pracy „Materializm i empiriokrytycyzm” na seminarium „Dialektyka i historia” nie żyjących już Marka J.Siemka i Aleksandra Ochockiego. Chociaż ogólny klimat rozważań nie odbiegał od standardów i znakiem czasu była konstatacja jednego z prowadzących, iż ksiązka nie jest tak zła jak się spodziewał, książka okazała się, dla mnie, prawdziwym odkryciem. Najciekawsze stało się to co kiedyś zupełnie nieznane, dziś niestety, stało się zbyt znane żeby skłaniać do myślenia. Mianowicie to, że cała batalia o światopogląd, którą prowadził Lenin uderzała nie w politycznych przeciwników, ale w członków jego własnej partii. Traktowana poważnie książka pokazuje, że kwestie światopoglądowe wbrew pozorom nie przekładają się bezpośrednio na racje polityczne. Trudno nie zauważyć, że niedostrzeganie w tej debacie niczego poza partyjnymi rozgrywkami świadczy o upadku lewicowej myśli bardziej niż jej zanikający wpływ na życie społeczne. Jak sądzę właśnie pytania wynikające z lektury tkwią, u źródeł mojej głębokiej nieufności wobec fajerwerków lewicowego filozofizmu przyswajanych z uporem godnym lepszej sprawy przez wydawnictwa typu „Krytyki Politycznej”.
Ostatnim w tym cyklu spotkań i najbardziej znaczącym stała się praca nad magisterium pod kierunkiem prof. Heleny Zand na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Logika fatum zadziałała tu wyjątkowo perfidnie. Jako osoba studiująca po raz pierwszy nie miałem jasnej świadomościtego, że już w połowie studiów powinienem znaleźć sobie seminarium magisterskie na którym przygotuję pracę dyplomową. Gdy prawda ta dotarła w końcu do mojej świadomości wszystkie interesujące mnie seminaria były obsadzone przez lepiej zorientowanych kolegów. Jedynym miejscem zgodnym z moimi raczej historycznymi zainteresowaniami stał Zakład Historii Ruchu Robotniczego, gdzie nigdy nie było tłoku i do którego udałem się w akcie skrajnej desperacji. (Ze względu na wysokie wymagania egzaminacyjne skrót nazwy zakładu (HRR) odczytywano potoczne jako horror a samo miejsce cieszyło się zasłużoną sławą czegoś pośredniego między jaskinią Smoka Wawelskiego a lochami Świętej Inkwizycji.) Poczucie zgrozy nie opuściło mnie aż do obrony magisterium, ale też jestem najlepszym przykładem tego, że warunkiem sukcesu edukacyjnego nie musi być wychowanie bezstresowe. Temat który dostałem od Promotorki „Dyskusja o sojuszu robotniczo-chłopskim w partii bolszewickiej od rewolucji lutowej do upadku prawicowego odchylenia w RKP(b)” nie był oryginalny. Stanowił wariację jednej z jej najbardziej cenionych prac „Lenin a kwestia chłopska”. Chociaż sama praca nie grzeszyła oryginalnością to zwróciła moją uwagę na kwestię, która stała się przedmiotem do dziś rozwijanych przeze mnie poszukiwań, które w moim rozumieniu odwracają w kilku istotnych momentach tyleż potoczne, co popularne mniemania o Leninie jako sprawcy i przywódcy rewolucji rosyjskiej, którą wywołał i ukierunkował na realizuję jakowejś komunistycznej utopii.
Jak w wielu innych przypadkach z analizy faktów wynika obraz zupełnie inny i chyba ciekawszy niż z owych opowieści o owej wspaniałej rewolucji która wstrząsnęła światem. Fakty zdają się wskazywać na to, że Włodzimierz Uljanow był nie tyle kreatorem rewolucji rosyjskiej co jej ofiarą. I to nie, w często przywoływanym, sensie głoszącym iż rewolucja pożera własne dzieci, ale zupełnie trywialnym i dosłownym. Po zamachu, po którym nigdy nie odzyskał już pełni sił i jak pokazują długo ukrywane zdjęcia wiódł życie składające się z faz wzmożonej aktywności i niemal roślinnej wegetacji zdany całkowicie na heroiczną opiekę żony (najbardziej niedocenianej osoby w całej tej historii). To, że zachował w tych warunkach w miarę jasny obraz rzeczywistości było niemal czymś niemal nadludzkim. Patrząc na relacje Lenina z rewolucją rosyjską można odwołać się do znanej historii dżdżownicy „co to ją chłopaki na ryby wyciągnęli”.
Czasem wręcz nie sposób uniknąć wrażenia, że niewiele brakowało, żeby Lenin zmarł sobie spokojnie w Szwajcarii na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych jako mało znany, drugorzędny polityk rosyjskiej socjaldemokracji nie wywołujący większego zainteresowania dziennikarzy ani historyków.
O tym, że losy Lenina ułożyły się inaczej zadecydowało w istocie jedno fatalne wydarzenie, które przewidział niemal z matematyczna precyzją i któremu podporządkował w miarę konsekwentnie swoje działania. Tym wydarzeniem nie była, nawet rewolucja ta bowiem pojawiła się jako pewna wygenerowana przez okoliczności możliwość, a imperialistyczna wojna o podział świata. To stwierdzenie w pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”, że wojna i przemoc powracają, po latach marginalizacji, w rolach głównych na scenę dziejów zadecydowało o miejscu Lenina w historii.
Można powiedzieć, że nie było to niczym szczególnym bo na wojnę europejską liczyło, w takim, czy innym zakresie wielu polityków. Przykładem może być Józef Piłsudski rozpoczynając po rewolucji 1905 działania przygotowujące na ziemiach polskich powstanie zbrojne mające szansę jedynie w warunkach europejskiego konfliktu. Nie był to z resztą jedyny przypadek takich kalkulacji. W jakimś aspekcie świat przełomu XIX i XX wieku brzemienny był wojną światową i wielu obserwatorów to dostrzegało.
Problem polegał nie tyle na dostrzeganiu co na rozumieniu skali i zakresu zjawiska. Józef Piłsudski patrząc na nadciągającą wojnę zachował się trochę jak zajączek z anegdoty, zaproszony przez niedźwiedzicę do jej willi, który słysząc od gospodyni „bierz co chcesz” wziął radio tranzystorowe i pokicał do domu. Lenina od Piłsudskiego różniło, nie to, że pomyślał o lodówce, czy samochodzie w garażu ale, że zmierzył się z problemem dostrzegając jego ogólny zarys i wyprowadził z niego zasadnicze konsekwencje.
Gdy mówimy o dostrzeżeniu ogólnego sensu stwierdzić należy że chodziło o konstatacje, że w historii współczesnej otwiera się okres wojen i konfrontacji o charakterze globalnym (wojen o podział świata). Podkreślić trzeba natomiast, że ani w teorii, ani w praktyce nikt z zajmujących się nadciągającą wojną nie dostrzegł właściwej skali katastrofy którą wywoła. Rozmiar kataklizmu który rozpoczął się latem 1914 roku trudny jest do zrozumienia nawet dzisiaj. Zniszczenie w krótkim czasie dużej części materialnego bogactwa gromadzonego w Europie od kilkuset lat, oraz gwałtowna śmierć co najmniej kilkunastu milionów mieszkańców było wstrząsem, który przeorał bardzo głęboko cywilizację europejską sięgając jej najgłębszych podstaw. Mówiąc o rozmiarach strat językiem liczb i abstrakcyjnych pojęć nie zdajemy sobie najczęściej sprawy, że te liczby i pojęcia przekładały się na codzienne cierpienie i udrękę milionów mieszkańców Europy. Codzienne obcowanie ze śmiercią, z głodem, materialną nędzą w najbardziej bezpośrednim wymiarze, codzienne obcowanie z dziesiątkami trupów w okopach i na zapleczu, egzekucjami, głodem i zniszczeniem stało się nowa codziennością już od 1914. Trwanie wojny stan ten czyniło normą dla coraz większych rzesz ludzi i wciąganych w wir rozszerzającego się kataklizmu. Zmieniał on nie tylko sposób życia ale głęboko wnikał w psychikę uczestników. To horror wojny na wyniszczenie zrodził wybuch rewolucji w Rosji i jej przerażającą postać, która stała się przedmiotem chorobliwej fascynacji zarówno w wśród zwolenników jak i przeciwników. Ani jedni ani drudzy nie zdają sobie sprawy, ze było to wydarzenie, którego dramaturgię i aktorów nie wykreowała żadna ideologia, ale wytworzyła wojna. Że bez tej wojny żadnej rewolucji w Rosji jak i gdzie indziej by nie było i być może znacznie zamożniejsze i szczęśliwsze ziemie polskie rozkwitałyby do dzisiaj pod berłem potomków Mikołaja II Romanowa.
I wojnie i „wychowaniu z pod Werdum” zawdzięczamy nie tylko rewolucją rosyjską, ale cały ciąg wydarzeń trzydziestopięciolecia 1914-1949. Chociaż miłośnikom „historii” i wszelkiej maści ideologom trudno sobie to wyobrazić ale wszelkie faszyzmy, nazizmy, stalinizmy i temu podobne patologie nie mają żadnego samoistnego znaczenia ale stanowią elementy żywiołów rozpętanych w roku 1914. (Obecny powrót faszyzmu i nazizmu ma związek ze znacznie „łagodniejszą”, ale też dotkliwa dla ofiar, katastrofą jaką stał się dzisiejszy upadek społeczeństwa dobrobytu w pod ciosami neoliberalizmu.)
Nawet druga wojna nie była wbrew oficjalnej ideologii polskiej polityki wynikiem współdziałania Hitlera i Stalina ale, wynikiem panicznego strachu przywódców zwycięskiego Zachodu, który w ostatniej chwili, uratował się przed rewolucją wygrywając poprzednią wojnę, przed rozpoczęciem nowego konfliktu. Paradoksalnie nadzieja na ugłaskanie Hitlera mająca prowadzić do uniknięcia wojny stała się zasadniczą przyczyną jej wybuchu. Trzeba bowiem pamiętać, że Hitlera można było pokonać w każdym momencie od 1933 do 1939 roku. Zasadniczym pytaniem było: Jeśli nie Hitler to co? I obawa że rozczarowani Niemcy zwrócą się ku rewolucji.
Jak na razie nie wiele miejsca zajmował w niniejszych rozważaniach Lenin ale też trzeba zauważyć, że jego rola w rewolucji dopiero z czasem ujawniła swoja wyjątkowość. Generalnie polegała ona na tym, że rozumiejąc konstytutywne znaczenie wojny dla nowych realiów wypowiedział jej zdecydowaną wojnę. Lenin był jedynym przywódcą rewolucji głoszącym konsekwentnie hasło zawarcia pokoju i wyprowadzenia Rosji z wojny. Gdy inni przywódcy mówili o wojnie do zwycięstwa on gotów był nawet na upokarzający pokój byle tylko przerwać niemożliwy do udźwignięcia przez społeczeństwo wysiłek wojenny. Co więcej jego wojna wypowiedziana wojnie miała globalny charakter, i w tym sensie też paradoksalnie oznaczało odwołanie się do koncepcji rewolucji światowej.
Co prawda wyrwanie Rosji z wiru rewolucyjnego chaosu okazało się niemożliwe, ale wojna domowa po Pokoju Brzeskim okazała się nowym etapem w rozwoju wydarzeń. Czynnikiem, który nadał wydarzeniom nowy sens, stało się podjęcie radykalnych reform realnie przekształcających układ sił w społeczeństwie. Tutaj zaznaczył się drugi istotny moment tego co nazywane bywa leninizmem i co obecne w myśli Lenina było od zawsze, ale w czasie rewolucji stało się zasadą jego polityki. Zastąpienie marksowskiej strategii rewolucji proletariackiej rewolucją sojuszy i koalicji różnych sił społecznych zjednoczonych wokół konkretnych partykularnych celów, które nie mając charakteru ostatecznego realnie przekształcały społeczeństwo. Kluczowy okazał się fakt, że przedmiotem szczególnie brutalnego wyzysku pozostawały masy chłopskie w krajach gospodarczo zacofanych. Te masy chłopskie również płaciły najwyższą cenę za wojnę, dostarczając armatniego mięsa i surowców dla jej prowadzenia.
Koncepcja przeciwstawienia się imperialistycznej wojnie przez walkę o globalne społeczeństwo kolektywnie administrujące gospodarką i elastyczną politykę sojuszy różnych sił społecznych okazała się strzałem w dziesiątkę. (Mówiąc o siłach społecznych nie uciekam od tłumaczenia historii w kategoriach walki klas ale chcę tylko podkreślić, że chodziło o wykorzystanie najróżniejszych różnic i podobieństw interesów grupowych definiowanych bardzo konkretnie i precyzyjnie wymykających się wszelkim schematom i tradycyjnej logice. To częste nieporozumienie polegające na przeciwstawianiu marksowskiej teorii –leninowskiemu politykierstwu wynika z braku świadomości że była to polityka jedynie możliwa.)
Ruch komunistyczny, który stał się wynikiem metodycznego zastosowania powyższych koncepcji charakteryzowała a niekiedy i dzisiaj charakteryzuje niesamowita plastyczność i kreatywność. Chociaż z drugiej strony podporządkowanie wszystkiego walce i konfrontacji przenosiło na obszar komunizmu brutalność i bezwzględność właściwą strategii nieustannie walczącej armii.
Nieustanna mobilizacja decydowała również o tym, że w społeczeństwie organizowanym przez ruch komunistyczny wizje konstruktywne nabierały charakteru ideologicznej utopii. Nie trzeba zbyt wiele przenikliwości, żeby zauważyć, ze w społeczeństwach wyniszczonych gospodarczo i cywilizacyjnie przez wojny i walki wewnętrzne nie istniała możliwość realizacji jakiegokolwiek sensownego projektu alternatywnego społeczeństwa. Istniała za to silna potrzeba odreagowania – zapomnienia, świętowania, kultu wybitnych jednostek, wiary w cuda, sekciarstwa, polowań na czarownice, szukania wrogów ludu, i temu podobnych ludowych rozrywek. Trudno jednak w tej atmosferze intensywnego „życia duchowego” przypominającej przysłowiową „jesień średniowiecza” szukać wyjaśnienia tego co działo się w ruchu komunistycznym. Był to skutek a nie przyczyna. Wielkość i groteska, tragedia i farsa rewolucyjnej kultury wyjaśnia może wiele kwestii antropologicznych ale nie tłumaczy niczego z wydarzeń dwudziestowiecznej historii.
Problem polegał nie na tym, że realizowano jakieś utopie, ale realizowano globalną partię szachów walcząc o reorientację rozwoju dziejów określoną przez Lenina, gdzie strona zdecydowanie słabsza dzięki przemyślanej strategii, determinacji i poświęceniu potrafiła skutecznie walczyć ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Co więcej najciekawsze okazało się to że partia ta została wygrana chociaż, sukces niekoniecznie przyniósł oczekiwane owoce. (W końcu świętowana obecnie rocznica zwycięskiej bitwy warszawskiej jest fetowaniem zwycięstwa, które ocaliło szanse Adolfa Hitlera na objęcie władzy w Niemczech, która to perspektywa w przypadku dalszego pochodu Armii Czerwonej na Zachód byłaby mało prawdopodobna.)
Zwycięstwo komunistów polegało na tym, że wymusiło stabilizację gospodarczego centrum ówczesnego świata a więc Zachodu. Pomysł na trzecią wojnę światowa stawał się zbyt groźny, żeby traktować go poważnie. Sukcesy komunizmu w walce o przekształcanie wojny w rewolucję, które doprowadziło do tego, że nie tylko największy obszarowo kraj ówczesnego świata – Rosja, ale również najludniejszy – Chiny zostały objęte antyimperialistyczną rewolucją komunistyczną.
Miejsce imperialistycznej rywalizacji zajęła w świecie kapitalizmu integracja, miejsce wojennego marnotrawstwa konsumpcjonizm, miejsce pól bitewnych i pomników wojennej chwały, supermarkety. Świat kapitalistyczny powrócił bardzo szybko do stanu z przed roku 1914 z tą różnicą że do stołu dopuszczono, przynajmniej przejściowo znacznie liczniejsze niż dotychczas towarzystwo. Społeczeństwo dobrobytu, czy też raczej społeczeństwo bezpieczeństwa socjalnego, stało się bronią wobec, której światowy ruch komunistyczny okazał się bezsilny. Uległ więc dekompozycji i pewnej marginalizacji. Problemem zasadniczym stało się załamanie jego globalnego charakteru, który zawsze decydował o jego tożsamości. Jednak o utracie aktualności przez ruch komunistyczny decyduje co innego.
Chociaż oczywiście różne konsekwencje aktywności Lenina mogą na różnych polach zachowywać mniejszą czy większą wartość to historia, którą konstytuował właśnie się skończyła. Skończyła się przy tym nie dlatego, że onegdaj Francis Fukuyama ogłosił jej koniec ale właśnie dlatego że nastąpił koniec tego końca, a więc koniec populistów, którym się wydaje że na grobie neoliberalizmu zaczynają własną historię.
Mogłoby się zdawać, że kryzys o którym mówimy mógłby mieć charakter przejściowy bo w końcu samo społeczeństwo dobrobytu i bezpieczeństwa socjalnego okazało jedynie fazą rozwoju społecznego i podzieliło los komunizmu zdemontowane przez teoretyków i praktyków neoliberalizmu. Reformy Miltona Friedmana, Margaret Thatcher, Ronalda Regana, Leszka Balcerowicza skutecznie podważyły konsensus społeczeństwa dobrobytu. Trauma społecznej degradacji i marginalizacji wyzwolonej przez neoliberalizm zrodziła reakcje populistyczną nawiązującą do najgorszych wzorów faszyzmu u nazizmu z lat dwudziestych i trzydziestych.
Na naszych oczach wszystko to bardzo szybko przechodzi do historii. Nie unieważnia tej historii bynajmniej koronavirus chociaż jego ostateczny kształt jeszcze się nie ujawnił i może przynieść wiele nieszczęść i zaskoczeń.
Zagrożenie, które jak to już jakiś czas temu stwierdziła Nami Klein, „zmienia wszystko” to nadciągające wielkimi krokami katastrofa klimatyczna związana z globalnym ociepleniem. Kapitalistyczny rozwój gospodarczy oparty na rewolucji przemysłowej oznaczał sięgnięcie po paliwa kopalne, które zwieszając w sposób wydawałoby się nieograniczony moce wytwórcze człowieka rozpoczęły zmieniać klimat w coraz bardziej destrukcyjny i groźny sposób. Rozwój konsumpcjonizmu po drugiej wojnie światowej nadał temu procesowi katastrofalną dynamikę i niszczycielski charakter.
Przywykło się mówić o katastrofie klimatycznej, jako o czymś co nastąpi może za pięćdziesiąt, może za sto lat. Wszyscy oczekują kiedy wreszcie podniesie się poziom mórz i oceanów, wybrzeże morskie dotrze do Płocka i innych podobnych cudowności. Wszyscy współczują misiom koala itd. itp. To, że katastrofa już się zaczęła i to nie na wyspach Pacyfiku, w Australii,czy Amazonii, ale w Polsce, za naszymi oknami jak gdyby do nikogo nie może dotrzeć. Pisząc o suszy hydrologicznej w Polsce, o stratach w rolnictwie, dezorganizacji upraw itd. unikamy określeń globalne ocieplenie i katastrofa klimatyczna a to jest właśnie to. Co więcej jest to trwały trend pogłębiający się z roku na rok. Nie musimy czekać na rozpuszczenie lodów Antarktydy. Nie musimy nawet wyjeżdżać. Mamy miejsca w pierwszym rzędzie. Susza razem z letnimi upałami już wkrótce może zapewnić nam moc mocnych wrażeń. Odsyłanie Grety Thunberg do szkoły, żeby się uczyła zamiast protestować jest zaklinaniem rzeczywistości i niczego nie zmieni.
Budując system małej retencji, przepraszając bobry i dokonując wielu innych niezbędnych operacji rewolucjonizujących nasze życie nie poradzimy sobie z problemem. Tylko radykalne, globalne działania mogą powstrzymać destrukcję.
Na naszych oczach skończyła się dotychczasowa historia. Czy się zacznie i jak długo potrwa nowa jest w sumie jedynym, istotnym problemem naszych czasów.

O „Polsce katolickiej”

Najnowszy (121-122) numer kwartalnika „Bez dogmatu” – pod tematycznym hasłem „Polska katolicka”.

Otwiera go rozmowa Michała Kozłowskiego ze Stanisławem Obirkiem, który jako były duchowny katolicki potrafi diagnozować choroby kościoła polskiego i powszechnego z takiego punktu widzenia, jaki nie jest dany żadnemu z komentatorów świeckich. Katarzyna Wójtowicz o „głosie nienawiści w poslim domu”, arcybiskupie Jędraszewskim.
O sprawie majątku Kościoła, sprawie, która bulwersuje nawet część jego najwierniejszych wyznawców – Bożena Przyłuska z Kongresu Świeckości. Agnieszka Mrozik wybrała i opracowała fragmenty pamiętników młodego pokolenia wsi w Polsce Ludowej, a z tego materiału wynika, że siła katolickiego konformizmu i siła kleru była wtedy tak silna, że nawet przy całej swojej determinacji, laicka władza tamtych czasów nie radziła sobie w pełni z presją i oporem Ciemnogrodu XX wieku.
Anna Małyszko wybrała natomiast karykatury za pomocą których laicka Francja drwiła z kleru i katolickiego fanatyzmu religijnego od XVI do XX wieku.
Poza tym m.in. o problemie, który na razie ucichł, ale który prędzej czy później powróci, czyli o pedofilii wśród kleru – Sławomir Czapnik, o „Sztuczkach wdowy po cezarach” – Adam Cioch. Piotr Rymarczyk zastanawia się natomiast „czy chrześcijanin może być dobrym człowiekiem?”. W tekście Tomasza Jativy „Kościół Dni Ostatnich” autor opowiada o władzy opartej na wpływach religijnych jako o mistyfikacji.
Do lektury zachęca już wstępny akapit i niech on będzie puentą niniejszego omówienia: „Czarnoksiężnik z krainy Oz” z 1839 roku to opowieść o politycznym znaczeniu pozorów. Ekran, na którym twarz czarnoksiężnika wyświetlana była w gigantycznym powiększeniu, okazał się kotarą, za którą skrywał się skarłowaciały i pozbawiony magicznych mocy starzec.
W tym samym filmie Zła Czarownica ze Wschodu po prostu rozpuszcza się, kiedy główna bohaterka przypadkowo poleje ją wodą. Hollywoododzki musical zdaje się sugerować, że właściwy czarownikom sposób sprawowania władzy opiera się na stwarzaniu pozorów, a gdy te tylko się rozmyją, ich rządy rozpłyną się jak zły sen”.

Pożytki z brzytwy

W czasach przednaukowych, gdy filozofia tworzyła metody poznawania i opisu świata, chcąc nie chcąc. rywalizowała z religiami, bo w świętych księgach świat jest opisany kompletnie i bezdyskusyjnie. Chyba, że jednak nie jest.

Problemy pojawiały się w chrześcijaństwie niemal nieustanie, bo za opis świata przyjęto mitologię malutkiej, mało znaczącej społeczności, która w dodatku była konglomeratem wierzeń i mitów zapożyczonych z innych kultur, bezładnie przetłumaczonych i mających służyć leczeniu kompleksów społecznych.

Mnie najbardziej spodobały się metafory skonstruowane przez Wiliama Ockhama i George’a Berkeleya. Pierwszy był mnichem, filozofem, logikiem i akademikiem, uznanym za heretyka choć po śmierci zrehabilitowanym , cokolwiek to dla kościoła katolickiego znaczy. Mocą papieża przeniesiony został z piekła do nieba. Skorzystał z tego Marcin Luter, który przejął od Ockhama jego wizję boga i uczynił z niego, post mortem, protestanckiego prekursora.

Logika Ockhama, według niektórych, spowodowała natychmiastowy upadek teologii. Jak się okazuje, niestety, nie do końca. W sporze pomiędzy władzą świecką a papiestwem Ockham stał konsekwentnie po stronie władzy świeckiej zarzucając kościołowi uzurpację, niezgodną z przesłaniem pisma świętego.

Wiliam Ockham wymyślił najlepszą brzytwę świata. Choć tak naprawdę zasadę ekonomii myślenia sformułował siedemnastowieczny niemiecki filozof Johannes Clauberg. Sam Ockham uważał że, nie należy wprowadzać nowych pojęć, kategorii czy bytów, jeśli nie jest to uzasadnione poprzez rozum, doświadczenie lub biblię. Clauberg usunął wyrażenie lub czasopisma… przepraszam, biblię i stworzył racjonalną zasadę ekonomii wnioskowania, które bardzo polubiłem. Chyba najbardziej znane jest zastosowanie Brzytwy Ockhama przez Pierre’a Simona de Laplace’a. Też go lubię.

Inny chrześcijański filozof, a nawet biskup, którego cenię, to George Berkeley. To już rzeczywisty protestant, anglikanin i też miał szczęście trafić na watykański indeks ksiąg zakazanych. Z czego od razu można wnioskować, że jego dzieła miały sens.

Berkeley jako jeden pierwszych zwrócił uwagę, że na podstawie dochodzących do nas sygnałów i bodźców powstaje jedynie subiektywne wyobrażenie o świecie. To rewolucyjne stwierdzenie przywiodło go potem do absurdalnych wniosków o istnieniu boga, który podtrzymuje istnienie świata materialnego ale to i tak nie umniejsza wagi jego odkrycia.
Dziś wiemy, o ile w swoim odkryciu Berkeley miał rację, o tyle świat materialny istnieje bez potrzeby istnienia zewnętrznego obserwatora. Choć fizyka kwantowa dowiodła, że nachalny obserwator wpływa na świat materialny, poprzez samą obserwację. To też być może, cichy tryumf Berkeleya. Z drugiej strony słusznie wątpił w skuteczność indywidualnego poznania świata. Współczesną odpowiedzią na jego odkrycie jest intersubiektywność poznania, stałość metodologiczna i powtarzalność doświadczeń. Czyli podstawy metodyki poznania naukowego. Dopiero dotrzymanie tych wszystkich warunków daje szansę na uzyskanie, w miarę pewnej, wiedzy o świecie.

Ten przydługi wywód o Ockhamie i Berkeleyu wydawał mi się potrzebny a poza tym ich lubię. A potrzebny do komentarza książki Łukasza Lamży – Światy równoległe.

Książkę bardzo polecam, autor z cierpliwością czułego psychoanalityka pochyla się nad społecznościami funkcjonującymi w ramach własnych mitologii. Od antyszczepionkowców/proepidemiotyków po płaskoziemców. Gdzieś pośrodku zajmuje się bardzo ciekawą grupą. To kreacjoniści – zwolennicy koncepcji młodej ziemi. To ważna grupa chrześcijan -wyznawców i chyba jedyna, która poważnie traktuje zapisy biblii. Wszystkie zapisy. Autor książki przytacza zresztą stanowisko Kościoła katolickiego, w zasadzie unieważniające połowę starego testamentu. Bóg jest kreatorem, siła sprawczą ale raju, potopu i proroka w brzuchu Lewiatana w zasadzie nie było. A co zresztą ? To zależy. Kościół skupił się na obronie nowego testamentu choć i to jest niesłychanie trudne. Stary odpuścił… Tyle że nowy nie istnieje bez starego, bogiem nowego testamentu jest bóg starego.

Kreacjoniści próbując uprawdopodobnić potop przy pomocy wiedzy naukowej, wyciągają wnioski z odkrycia Berkeleya. Szukają intersubiektywnych dowodów naukowych na to, że np. pływanie arką ze zwierzętami było możliwe. No cóż, gdyby chociaż na świecie nie było korników… Jednak ignorują, zapewne świadomie brzytwę Ockhama. Ignorują też Laplace’a, który powiedział, że do objaśniania jak działa świat, hipoteza boga nie jest potrzebna. Nie jest też potrzebna religia. A więc konsekwentnie, nie jest potrzebny konkordat.

Co nie znaczy, że nie powinniśmy pamiętać o dobrych chrześcijanach takich jak Ockham, Berkeley, Newton, Kopernik czy Ignacy Krasicki. Ale stale używać brzytwy Ockhama.

Wszech-świat Umberto Eco

Tom tekstów eseistycznych „Na ramionach olbrzymów” obejmuje krąg zagadnień, które interesowały Umberto Eco przede wszystkim w płaszczyźnie indywidualnej, prywatnej.

Eco, autor m.in. sławnych bestsellerów „Imię róży” czy „Wahadło Foucault”, był czasem podszczypywany, moim zdaniem niesprawiedliwie, o skłonności do intelektualnego celebrytyzmu, o gwiazdorstwo, efekciarstwo, aczkolwiek było w nim jako intelektualiście coś z człowieka spektaklu, tak jak spektakl definiował Guy Debord w swoim dziś już klasycznym dziele „Społeczeństwo spektaklu”.
Jednak w tomie „Na ramionach olbrzymów” znalazły się teksty, które Eco pisał w zaciszy swojego pokoju, nie na potrzeby występów i wykładów publicznych, w odpowiedzi na zainteresowania publiczności.
Skoncentrował się w nich na jego samego najbardziej interesujących zagadnieniach, takich jak kwestie piękna i brzydoty, absolutu i względności, prawdy i fałszu, ale także na szczegółowych tematach jak sens zjawiska płomienia i jego roli w kulturze i egzystencji ludzkiej, rolą paradoksów i aforyzmów, o znaczeniu niedoskonałości w sztuce, o kanonicznych bohaterów wielkiej klasyki literackiej, ale także na zawsze fascynujących Eco tematach związanych ze spiskami, tajemnicami, ezoteryzmem.
Omawia je Eco z właściwą sobie przenikliwością i oryginalnością spojrzenia, umiejętnością spojrzenia na nawet dobrze znane zagadnienia, ale pod innym kątem patrzenia i w innym naświetleniu. Te pięknym, klarownym, ale też finezyjnym, oryginalnym, momentami ironicznym stylem napisane eseje aż ociekają erudycją, która pozostaje najbardziej charakterystycznym emblematem Eco.
Łączą one w jedną tkankę tematy, zagadnienia, nurty z różnych dziedzin naukowych i artystycznych, z kręgu filozofii, antropologii, historii sztuki i literatury, estetyki, socjologii, psychologii, teorii i praktyki współczesnych mediów.
Wzbogacone o pięknie zaprezentowaną ikonografię dostarczają przy lekturze naprawdę wspaniałych impulsów intelektualnych i wrażeń estetycznych. Gorąco rekomenduję kolejne spotkanie z twórczością Umberto Eco.

Umberto Eco – „Na ramionach olbrzymów”, przekł. Krzysztof Żaboklicki, wyd. Noir sur Blanc, str.443, ISBN 978-83-7392-652-3

Homo sapiens

Ponad 1,5 miliona lat temu jakaś bardziej aktywna małpa wydłubywała z ziemi smakowite korzonki i zauważyła drzewo, na którym dojrzewało właśnie wiele pięknych owoców.

Podniosła się z kolan nie wiedząc, że robi historyczny gest wolności, na który będą się w odległej przyszłości powoływać politycy pewnego kraju w środku Europy. Z trudem pokonała opór zaokrąglonego kręgosłupa, stanęła wyprostowana i zaczęła zrywać owoce, karmiąc nimi spragnioną gromadkę swoich samic i dzieci Pozycja wyprostowana okazała się praktyczna i małpa uczyła jej swoich następców, a oni swoje dzieci, wnuki i pra, pra…., prawnuki. którzy nie wiedzieli, że po wiekach będą ich nazywali „Homo erectus”.

Człowiek rozumny

Czas biegł. Człowiek wyprostowany poza instynktownymi odczuciami głodu, strachu, popędu płciowego i zimna, zaczął dochodzić do wniosku, że może usprawniać zaspakajanie swoich potrzeb. Okryć się przed zimnem skórami innych zabitych i zjedzonych zwierząt, zrobić narzędzie ułatwiające zabijanie, wybudować szałas chroniący przed zimnem. Wymyślił siekierkę i włócznię z kamiennym ostrzem, łuk i strzały. Opanował ogień, wynalazł koło i zaczął wytapiać miedź i żelazo. Nawet nie zauważył, jak prawie 40 tysięcy lat temu stał się „Homo sapiens” – człowiekiem rozumnym.
Potem poszło już szybko. Błyskawicznie rozwijał technikę i jednocześnie swój intelekt. Zaczął definiować, co jest dobrem, a co złem, zaczął wierzyć w istoty lub istotę nadprzyrodzoną, która rządzi światem i jego życiem. Na tle tych nowych odczuć zaczął mieć określone przekonania. Coś mu się podobało, a coś innego nie. Gotów był walczyć o te przekonania bezkrwawo i krwawo. Wymyślał coraz więcej zasad życia, których wszyscy powinni przestrzegać. Przeżył okresy różnorakiej autokracji, aż w końcu doszedł do demokracji – uznając, że rządy powinni sprawować ludzie wybrani przez większość. I tu natrafił na trudną do pokonania przeszkodę. Poglądy większości z reguły nie są poglądami wszystkich. Ta większość (prawdziwa, albo urojona) chce i może rozszerzać ich zasięg różnymi metodami. Spokojnie – dyskusjami, przekonywaniem, przykładem, albo bardziej niecierpliwie i rewolucyjnie – nakazem, karą, nagrodą, chytrością, oszukiwaniem.
Już po wielu latach trwania tego okresu demokracji, w podniesionym z kolan kraju w środkowej Europie zapanowało przekonanie, że „tylko krowa nie zmienia poglądów”. Homo sapiens może i powinien zwłaszcza wtedy, gdy celem jest zbożny cel poparcia lub odrzucenia aktualnie rządzącej grupy. Ten cel staje się bardziej wyraźny wtedy, gdy homo decyduje się na przeprowadzenie kolejnych wyborów.

Zmiana upodobań

Właśnie teraz mamy taką sytuację. Dowiadujemy się o członkach określonych ugrupowań politycznych, którzy zmieniają zapatrywania, lub udają, że je zmieniają, i przechodzą do innych. Jeśli przekonują mnie, że rzeczywiście zniesmaczyli się ewolucją koncepcji swoich mentorów lub sposobów ich realizacji – pochwalam. Po co mają firmować coś, z czym się nie zgadzają. Ale mam wrażenie, że częściej przyczyna jest inna. Chodzi po prostu o zdobycie lepszego miejsca na listach wyborczych, lub w ogóle o znalezienie się na tych listach. Dożyliśmy bowiem czasów, w których zajęcia zarobkowe „polityk” i „poseł” traktowane są często jak zawód. Jak się nim przestaje być – to nie ma co robić i nie zarabia się względnie godziwych pieniędzy. Tej frustracji unikają tylko ci, którzy „w cywilu” mają opanowany tzw. wolny zawód – dobrzy lekarze, dobrzy prawnicy, dobrzy aktorzy, pisarze i kompozytorzy, oraz ci, którzy mają własny „biznes”.
Ale to dotyczy elity. Tendencje do zmiany poglądów są dla kraju bardziej niebezpieczne, kiedy obejmują masy „szarych” obywateli. Znam kilkanaście osób, które przez całe życie chwaliły się lewicowymi poglądami i wierzyły w możliwość stworzenia sprawiedliwego państwa, w którym nawet polityka jest uczciwa, rządzący i poważne media mówią prawdę, państwo nie narzuca obywatelom poglądów rządzącej ekipy, mogą żyć tak jak chcą i z kim chcą – byle nie naruszali prawa. Potem dostali po 500 złotych na dziecko i możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę, powiedzieli lub napisali coś pozytywnego o „władzy” i zaproponowano im wyższe stanowisko lub lepszą pracę – i nagle uznali, że wiatr w ich żagle wieje z innego kierunku. Zmienili poglądy. Demonstracyjne chodzą na zebrania organizowane przez rządzących i do kościoła, pokazując się znajomym. Publicznie chwalą władzę i szczycą się znajomościami z jej aktywistami „najwyższego szczebla”. Z zachwytem słuchają okolicznościowych przemówień, pokrzykując przemiennie i czasem bezmyślnie „Jarosław”, „Mateusz” albo „Andrzej”.
Zdarzają się – oczywiście – zmiany poglądów „w drugą stronę”. Jest ich mniej, mimo, że powodów jest więcej. Dla potrzeb kilku przyjaciół, którzy są właśnie w okresie przedwyborczej wahliwości, zrobiłem syntetyczny przegląd tych powodów. Czym mnie zraziła do siebie obecnie rządząca partia?

Dlaczego nie uwielbiam?

Na samym początku – zdobyciem poparcia zapewniającego parlamentarną większość nie tylko przez rozdawnictwo gotówki, ale także przez szkalowania poprzedników (”przez ostatnie osiem lat ….”), kłamstwa o „Polsce w ruinie”, nierealność chwytliwych propagandowo obietnic rozwojowo – inwestycyjnych w rodzaju miliona elektrycznych samochodów, budowy promów czy największego lotniska środkowej Europy.
„Na rozbiegu” – przez uporczywe i – niestety – częściowo udane próby likwidacji demokratycznego i konstytucyjnie zapewnionego trójpodziału władzy, zmierzające do jej skoncentrowania w jednym miejscu – sztabie partii i zależnej od niego administracji. Chodzi zwłaszcza o władzę sądowniczą, ale pochodną tej tendencji jest także przejęcie kontroli nad częścią mediów – a zwłaszcza nad państwowa telewizją – i doprowadzenie do ich przekształcenia w narzędzia propagandy i dziennikarskiego upadku.
Później – prowadzeniem wyjątkowo nieudolnej polityki zagranicznej i kształtowania stosunków z państwami UE, doprowadzającej do wyraźnego osłabienia pozycji na międzynarodowej arenie i dalszego pogarszania stosunków z największym wschodnim sąsiadem – z Rosją. Drażni mnie także umacnianie przyjaźni z największym (jeszcze!) mocarstwem, przez kupowanie od niego nie zawsze potrzebnych towarów, po rażąco wygórowanych cenach.
W końcu – poprawianiem najnowszej historii, uznającej za godne pamięci tylko wydarzenia i grupy ludzi związanych z prawicowymi nurtami politycznymi i kościołem i lekceważenie lub zapominanie innych – a zwłaszcza tych, którzy mieli lewicowe poglądy. Jednocześnie obsesyjnym poszukiwaniem wrogów i stwarzaniem społecznej atmosfery zagrożenia wszystkim, czego z nieznanych przyczyn nie lubi aktualna władza – poczynając od gejów i lesbijek, a kończąc na śniadolicych imigrantach. Zagrożenie dotyczy oczywiście państwa, ale też każdej dziwnie definiowanej rodziny.

Nowy człowiek tylko wyprostowany

Polakom mieszkającym w wielkich aglomeracjach wydaje się, że te denerwujące cechy i działania obecnie rządzącej ekipy są powszechnie znane i powinny powodować radykalną zmianę preferencji wyborczych. Ale tak się nie dzieje. Większość Polski karmiona jest wyłącznie lub głównie państwową telewizją. Prawie nie czyta prasy – a jeśli już, to lokalną, opanowana przez władze lub tzw. katolicką. Proboszcz z ambony albo wygłasza pochwały dla rządzącej ekipy, albo wręcz sugeruje, że powinno się na nią głosować.
Ten zasiew trafia na podatny grunt – relatywnie niski w Polsce poziom politycznej, społecznej i ekonomicznej edukacji społeczeństwa. Znaczna część obywateli w ogóle nie rozumie podłoża, znaczenia i możliwych następstw monopolizacji władzy, ograniczania niezawisłości sądownictwa i mediów a także obiektywizmu prokuratury, samodzielności samorządów lokalnych, rozwijania „służb specjalnych” ścigających nie tylko przestępców. Ci sami obywatele są za to zauroczeni masowymi imprezami poparcia, defiladami, znajdywaniem coraz to nowych „żołnierzy wyklętych”, odtwarzaniem udanych i nieudanych powstań, pokazową pobożnością i werbalnym patriotyzmem reprezentantów władz wszystkich szczebli.
Z żalem obserwuję wysoką skuteczność tych działań. Napawa mnie ona obawą, którą muszę skonsultować ze znajomym paleontologiem. Zadam mu pytanie – czy jest możliwe lokalne odwracanie biegu historii rozwoju ludzkości? Czy możemy się obudzić w sytuacji, w której znaczna część naszego otoczenia będzie się składała – jak przed wiekami – z homo wprawdzie „erectus”, bo przecież wstali z kolan, ale znowu nie „sapiens”?

Geniusz ze skazą

Noam Chomsky

Opublikowane po raz pierwszy blisko trzydzieści lat temu studium Noama Chomsky’ego „Siła i opinia” Noama Chomsky’ego, jest nie tylko nadal aktualne, ale nawet intensywnie nabrało aktualności. To ważna uwaga, bowiem tego rodzaju analizy zjawisk politycznych, społecznych, cywilizacyjnych, medialnych etc. mają na ogół, w szybko zmieniającym się świecie, krótki żywot i prędko się dezaktualizują, wędrując, w najlepszym razie, do archiwów myśli.
To co zdemaskował i opisał Chomsky jest dziś „bardziej” obecne niż było w roku wydania (1991). „Kontrola myśli jest ważniejsza w krajach demokratycznych niż tam, gdzie władzę sprawują despoci lub junty wojskowe. Gdy państwo odstępuje od stosowania przemocy, musi wynaleźć inne metody, które sprawią, że ciemne masy będą się trzymać z dala od spraw publicznych. Najdoskonalsze techniki urabiania przyzwolenia rozwinęły się w Stanach Zjednoczonych, ponieważ władza biznesu osiągnęła tu wyższy poziom zaawansowania, a jednocześnie istnieje tu szerszy zakres wolności, co czyni prymitywne i bezrozumne masy jeszcze groźniejszymi. Odwraca się ich uwagę emocjonalnie sugestywnymi uproszczeniami, marginalizuje się je i izoluje. Najlepiej byłoby, gdyby każdy siedział sam przed telewizorem i oglądał relacje sportowe, telenowele lub komedie oraz gdyby nie istniały żadne struktury organizacyjne pozwalające jednostkom o ograniczonych zasobach formułować poglądy w konfrontacji z innymi ludźmi, artykułować krytykę i tworzyć programy pozytywne, a następnie aktywnie je realizować” – czytamy w odwydawniczym anonsie idei studium „Siła i opinia”. O tym właśnie traktuje ta książka, odwołując się do szeregu przykładów. We wstępie jednak, odwołuje się najpierw Chomsky do „paradoksu Hume’a, sformułowanego przez niego w eseju „Of the First Principles of Governement”. Brzmiał on: „nic bardziej nie zaskakuje od łatwości, z jaką wielu pozwala, by rządzili nimi nieliczni; i od niemej uległości, z jaką ludzie wyrzekają się własnych przekonań i namiętności, a przekonania i namiętności władców przyjmują za swoje.
Gdy dociekamy przyczyn tego niepojętego stanu rzeczy, zauważamy, że o ile siła zawsze leży po stronie rządzonych, o tyle rządzący wspierają się jedynie na opinii, Jedynym oparciem dla władzy jest więc opinia rządzonych, a dewiza ta dotyczy zarówno despotycznych i militarnych form rządów, jak i najbardziej wolnych i popularnych”. Kolejne rozważania Chomsky’ego rozpoczyna („Po stronie przemocy”) przypadkiem Salwadoru i Nikaragui, w których „miłujące wolność i demokrację” mocarstwo wspierało skrajnie tyrańskie i okrutne i tyrańskie reżimy, pokrywając ten fakt perfidnie praktykowanym przemilczeniem.
W rozdziale „Ogłupiałe stado i jego pasterze” Chomsky sięgnął do odległych korzeni owych praktyk, które streścić może cytat z Johna Locke’a: „Robotnikom i kupcom, prządkom i mleczarkom, trzeba mówić co mają myśleć. Większość musi wierzyć, bo nie dane jest jej wiedzieć”, a które w kolejnych stuleciach były z powodzeniem kontynuowane i udoskonalane, poprzez panowanie „czerwonej biurokracji” czasów Lenina i Stalina, czy brunatnej za Hitlera, aż po najbardziej wyrafinowane formy z historii najnowszej. W innym rozdziale Chomsky przekonuje, że każda władza w krajach demokratycznych, niezależnie od skuteczności aparatu perswazyjnego zawsze jest „O krok o użycia siły”. Dodajmy, że potwierdził to casus brutalnych represji antystudenckich w USA, NRF czy Francji w roku 1968, a ostatnio przypadek zastosowania przez rząd brutalnych metod walki z ruchem żółtych kamizelek” we Francji ostatnich tygodni. Po skatalogowaniu „Zakresu środków” stosowanych przez rządy, Chomsky wyraża w końcowym rozdziale umiarkowaną wiarę w „Niepokorne masy”, ale wyraża jednocześnie obawę o istnienie „instynktu wolności”, bez którego „rodzaj ludzki jest tylko mutacją zmierzającą do samozagłady, ślepym
zaułkiem ewolucji”.
Rozważania i diagnozy Chomsky’ego uzupełnione są o bardzo interesujące posłowie Zbigniewa Marcina Kowalewskiego, „Chomsky enigmatyczny dla umysłów krytycznych”. Jego autor szkicuje w nim sylwetkę intelektualną „geniusza z MTI”, jego prekursorstwo, a raczej rewolucyjność w dziedzinie współczesnego językoznawstwa (wynalazek „językoznawstwa kognitywnego”) i przewodzenie przez Chomsky’ego temu nurtowi lingwistyki, który podstawowe źródło języka postrzegał w genach, a więc w biologii, naturze, a nie w czynnikach społecznych, kulturowych. Pokazuje też Kowalewski, jak osobiste doświadczenie pracy w MTI (Massachusetts Institute of Technology) uświadomiło Chomsky’emu, jaką rolę w militarnych planach USA, a w szczególności Pentagonu („kompleks wojskowo-przemysłowy”) odegrała lingwistyka teoretyczna, wsparta na informatyce, wyprzedzając nawet takie dziedziny jak psychologia, antropologia, ekonomia, politologia czy socjologia.
Uznanie a nawet podziw dla geniuszu Chomsky’ego nie zwalnia od krytycyzmu w stosunku do niektórych jego postaw i błędów jakie popełniał. Opisowi takiego błędu poświęca autor posłowia ostatni jego rozdział („Kulą płot – przypadek Czerwonych Khmerów”), w którym w – podbudowanych pychą i uprzedzeniami ideologicznymi – błędach w podejściu do metod wypracowanych przez nauki społeczne, dopatruje się przyczyny sformułowania przez Chomsky’ego fałszywej diagnozy tego, co zdarzyło się w Kambodży w latach 1975-1979, czyli za rządów skrajnych ultrarewolucjonistów o proweniencji maoistowskiej, którzy dopuścili się masowego, wielomilionowego ludobójstwa na własnym narodzie.
Tym oto sposobem powstał portret intelektualny geniusza, ale geniusza ze skazą, którego nieprawdopodobnie pojemny i twórczy intelekt nie uchronił od elementarnego nierozpoznania natury rzeczy. Szkoda, że wspaniały geniusz intelektualnej lewicy dał taki pretekst do krytyki uczonym reakcyjnym konserwatystom spod znaku Paula Johnsona i jemu podobnym. Może uniknąłby tego, gdyby bardziej wczytał się w marksowską, rozumną metodę krytyki rzeczywistości niż w pyszne uroszczenia własnego, nazbyt ekstrawaganckiego mózgu.

Noam Chomsky – „Siła i opinia”, przekład Marek Jedliński, posłowie Zbigniew Marcin Kowalewski, wyd. Książka i Prasa, str. 124, ISBN 978-83-65304-80-3.

Nie opuszczajmy gościńca

Nie ma już czegoś takiego jak „jedność narodowa”, „społeczna”, „moralno-polityczna”.
Jest pustoszejący gościniec, z którego wędrowcy pośpiesznie rozchodzą się drogami we wszystkie strony świata.
Ale nie do końca…
Gdy zwolennicy i przeciwnicy – wyliczę – WOŚP-u, PiS-u i POKO, ks. Jankowskiego i 500+, Izraela i obecności armii amerykańskiej, która właśnie zajmuje miejsce radzieckiej… etc,– przez pomyłkę lub roztargnienie zejdą z zapalnych tematów i zaczną rozprawiać o… kotach, pieskach, jeżach, dzikach, świnkach, żurawiach i żubrach, natychmiast ulatuje z nich wszelka złość.
I stają się tymi, którymi zapewne większość z nas jest: Trochę pogubionymi, ale dobrymi i życzliwymi w gruncie rzeczy ludźmi, którym przyszło żyć obok siebie w ładnym kraju między Bałtykiem a Tatrami.
Może zatem powinniśmy zamieszkać w zwierzęcych rezerwatach?
Albo – na początek – w jakimś ZOO?

W Król(estwie)…

…ilości, jakości i zmiany oraz – rzecz jasna – wolności i konieczności.

W swoim 7-rozdziałowym eseju „Do nielicznego grona szczęśliwych” Marcin Król, filozof i historyk idei (rocznik 1944) próbuje prześledzić przemiany współczesnego świata i dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami i troskami. Praca Króla nosi podtytuł „Esej o przyszłości świata”, ale gros miejsca w swoim tekście myśliciel ten poświęca jednak naszej teraźniejszości w jej – że tak to ujmę – pasowaniu się z przeszłością. Zaczyna Król od przyjrzenia się cechującej nasze czasy atrofii pamięci, która ma liczne przyczyny, od – paradoksalnej – jaką jest taki nadmiar zasobów archiwalnych i udoskonalenie technik ich gromadzenia, że skutkuje to zwolnieniem ludzkości od potrzeby czy nawet konieczności pamiętania, poprzez „antypamięciowy” charakter liberalnej demokracji, glajszachtującej wszystko, łącznie z historią, w jednym kotle i bynajmniej historii nie faworyzującej, aż po – w ogólności – redukcję zbiorowej pamięci historycznej, która przestaje być potrzebna.

Powstaje jednak pytanie, jak to się w takim razie dzieje, że politycy populistyczni posługują się kategorią „potrzeby zmiany”, skoro przeszłość przestaje być istotna? Przecież sam fenomen „zmiany” musi z definicji odnosić się do odrzucanej formy minionej, do przeszłości. Otóż właśnie (tego Król nie wypowiada expressis verbis, ale najwyraźniej to ma na myśli) ma temu służyć „polityka historyczna”, która, wbrew nazwie, z historią jako dyscypliną naukową czy formą świadomości niewiele, poza zewnętrznymi atrybutami, ma wspólnego. Aby zaoferować wyborcom swój wariant zmiany politycy wymyślają swoją własną, fikcyjną wersję historii, równolegle stwarzając „świat wyobrażony, w stosunku do tego do którego rzekomo dokonują zmiany”. Te chwyty działają szczególnie skutecznie na młode pokolenie, z dwóch powodów: dlatego, że z definicji niejako słabiej lub wręcz słabo (poza nielicznymi wyjątkami w postaci fascynatów tej dziedziny) zna ono historię, a historię z autopsyjnego punktu widzenia tym bardziej, a ponadto dlatego, że w naturze psychicznej młodych ludzi leży szczególna, negatywna wrażliwość na to, co zastane, „nudne” oraz biologicznie motywowany imperatyw zmiany.

Król zwraca też uwagę na ciekawy fenomen „czasu poza czasem”, jakim jest każda rewolucja, krwawa czy bezkrwawa. Jest ona zerwaniem ciągłości historycznej i stanowi formę chwilowego przeskoczenia ponad nią, przejście w inny stan bytu politycznego. Król zwraca uwagę na sprzeczności i antynomie związane z owym „czasem poza czasem”. Z jednej strony każda rewolucja czy radykalna zmiana rodzi poczucie, że naprawdę do radykalnej zmiany dochodzi, poczucie złudne, bo w rzeczywistości trwa tyle ile rewolucja. Po opadnięciu rewolucyjnego kurzu jawiąca się naszym oczom rzeczywistość zdaje się potwierdzać słynną formułę księcia Saliny z „Lamparta” Tomaso di Lampedusy („Wiele musi się zmienić, aby wszystko pozostało po staremu”). Z drugiej wszakże strony można na tę rzeczywistość spojrzeć jako na pozornie niezmienioną tylko z punktu widzenia postaci zewnętrznej formy świata (n.p. przytoczone przez Króla radykalne zerwanie z dziedzictwem, duchem PRL w 1989 roku, po którym jednakże forma materialna na pewien czas pozostała bez zmiany). I właśnie ta przywołana powyżej antynomia (nie jedyna w omawianym eseju, bo tym antynomiom poświęca mnóstwo miejsca) jest jednym z najciekawszym jego znamion.

Król nie dąży w swoim myśleniu do „konwergizujących”, spójnych, puentowych konkluzji, wniosków czy efektownych, syntetycznych, „holistycznych” lub zamkniętych formuł, nie szuka „kamienia filozoficznego” ani jednolitego szablonu dla ujęcia swojego myślenia w zgrabną całość, lecz formułując swoje myślenie w piśmie pokazuje jego meandry, sprzeczności, wątpliwości i rafy, niejako dokumentuje wielokierunkowy i wieloznaczeniowy proces swojego myślenia. Jawi się w tym jako typ określany mianem „dubitatywnego” (to niby naturalne i oczywiste u filozofa, ale wbrew pozorom wcale nie takie częste nawet w tej branży). Jego podstawowa, wyjściowa konkluzja jest jednak jednoznaczna i nie budząca wątpliwości: ci, którzy projektowali, dążyli do czy w końcu dokonywali radykalnej zmiany, deklarowali tym samym wolę zbudowania (przynajmniej w czasach nowożytnych) lepszego, sprawiedliwego świata, w którym nie ma nierówności i sprawiedliwości. Problem (i swoisty paradoks) polega jednak na tym, że dążenie do zmiany, będącej zawsze „podróżą w nieznane” (…) „jest „pociągające dla tych, którzy mają dość odwagi, by odrzucić pamięć i tradycję, lub też są zbyt leniwi, by znać tradycję”. To tym bardziej powiększa ryzyko towarzyszące każdej zmianie. Paradoks sprawia, że ci, którzy znają i cenią pamięć oraz tradycję, są – na ogół – organicznie niezdolni (z braku emocjonalnego i intelektualnego imperatywu) do dokonania wielkiej, radykalnej zmiany, choć to oni właśnie mogliby obudować ją buforami, bezpiecznikami, które byłyby pomocne w jej bardziej racjonalnym, wolnym od nadmiaru niebezpieczeństw, przebiegu.

Ta sprzeczność należy jednak do sprzeczności nie tylko nieuchronnych, ale także nierozwiązywalnych. Szczególne antynomie i sprzeczności oraz skutki wiążą się w ujęciu myślowym Króla z kwestią „pamięci”. „Ponieważ w XX wieku marzenia o radykalnej zmianie i o lepszym świecie zostały dramatycznie skompromitowanie, wielu myślicieli uznało, że pamięć o tych strasznych doświadczeniach nakazuje nam zachować (…) roztropność, umiar i ograniczyć nasze ambicje i zamiary, tak by – nie daj Boże – nie miały ideologicznego charakteru. Pamięć, było to i jest bardzo wyraźne, ograniczała, trzymała w ryzach – niekoniecznie słusznie – zarówno myślenie liberalne, jak rozmaite projekty reformy demokracji. (…) „konsekwencje „liberalizmu strachu” i wielu podobnych stanowisk sprawiły, że na Zachodzie powszechnie uznano, iż względny dobrobyt, niskie bezrobocie i skuteczna opieka socjalna oraz edukacja to program maksymalny. Nie należy posuwać się ani o krok dalej, bo powstaje ryzyko utracenia tych osiągnięć, które miały zabezpieczać przed powrotem groźnych wspólnotowych emocji, najpierw nacjonalizmu, a potem już nie wiadomo czego jeszcze”. Rezultatem takiego myślenia, wynikającego z obawy przed nieobliczalnymi skutkami radykalnej zmiany, były dwa długie okresy mieszczańskiej (według dzisiejszego nazewnictwa: klasa średnia) stabilizacji: druga połowa XIX wieku z dołączonym do niej czternastoleciem poprzedzającym wybuch Wielkiej Wojny (1914-1918) oraz druga połowa XX wieku, choć złudzenia co do trwałości tego stanu rzeczy przesunęły się jeszcze na część dwóch pierwszych dekad wieku XXI (dziwnym zbiegiem trafów arytmetycznych czy kalendarzowych oba te poślizgi niejako siłą bezwładu trwały po 14 lat w każdym przypadku).

Marzenia o wielkiej zmianie zostały wtedy (w przywołanych tu procesach długotrwałej stabilizacji) zastąpione przez optymizm cywilizacyjnego postępu (pozytywizm, scjentyzm XIX wieku, w ówczesnej kulturze popularnej objawiony n.p. w fenomenie pisarstwa Juliusza Verne) czy przez społeczeństwo powszechnego dobrobytu zbudowane w obrębie cywilizacji atlantyckiej (Europa Zachodnia, USA i inne). Król konstatuje jednak, że „pamięć nie zapewnia bezpieczeństwa, a pragmatyzm polityczny nie wystarcza obywatelom oczekującym na lepsze i niewątpliwie także ciekawsze życie”. Wskazuje przy tym na kilka warunków, które muszą być spełnione, aby zaistniało podłoże dla „wielkiej zmiany”. Po pierwsze na konieczność całkowitego nie tylko odrzucenia, ale zdezawuowania przeszłości, jej „resetowania” (jak n.p. za Wielkiej Rewolucji Francuskiej w postaci kalendarza rewolucyjnego, rozpoczynającego historię „od zera” czy odrzucenia historii innej niż dzieje greckiej Sparty i republikańskiego Rzymu) lub w najlepszym razie zastąpienia historii przez jej ersatze, w tym wszelkie obecne w kulturze masowej „bajki o przeszłości” (n.p. moda na komputerowe gry w kostiumie pseudohistorycznym czy na „historyczne rekonstrukcje”, redukujące przeszłość do kostiumu i rekwizytu przy całkowitym wydrążeniu jej z jakiejkolwiek treści). Po drugie, na „odwieczną ludzką nadzieję na zdarzenie się czegoś nadzwyczajnego”. Po trzecie, na afektywny, emocjonalny charakter imperatywu zmian.

Sprowadzając to do poziomu interpretacji maksymalnie uproszczonej można by rzec, że istotnymi motorami zmian jest ludzki, ludowy-ludyczny (?) lęk przed monotonią, nudą, przed uczuciową pustką, a także tęsknota za „urozmaiceniem” zbyt stabilnej egzystencji, za orgiastycznym karnawałem. Zwraca jednak Król uwagę i na to, że nie tylko nuda trawiąca lud popycha go do stymulowania gwałtownych zmian, ale także niektórzy intelektualiści i profeci, jak Słowacki, Nietzsche czy Cioran krytykowali stabilizację mieszczańską za „zleniwienie ducha”. W rozdziale drugim eseju Król przypomina nam jednak, że imperatyw zmiany nie jest wszakże monopolem wielkich świeckich nastrojów i imperatywów rewolucyjnych (Oświecenie, Romantyzm, Robespierre, Marks, Lenin, wielkie zerwanie z przeszłością po 1945 roku). Także w tradycji chrześcijańskiej są one silnie obecne, choćby w „rewolucyjności” nauki Jezusa Chrystusa, w przepowiedniach o charakterze mesjanistycznym i millenarystycznym aż po sławne słowa Jana Pawła II („Niech zstąpi duch Twój…”). Przy okazji tych rozważań Król podejmuje też sekwencję kwestii pobocznych, dygresyjnych, acz istotnych. Zastanawia się na przykład, czy tak jak rewolucje, także totalitaryzmy zrywają ciągłość historii, powodując dramatyczną przerwę w jej przebiegu. Czyż nie jest tak, że totalitaryzmy są jedynie nową postacią, mutacją, nowym stanem skupienia, jedynie kumulacją, spotwornieniem tych wszystkich okropności, tego wielopostaciowego zła, które nęka ludzkość od jej zarania?

Rzeczywiście, jeśli zastanowić się nad szczegółowymi atrybutami takich totalitaryzmów jak nazizm czy stalinizm, trudno w nich wskazać coś, czego już nie było w przeszłości, tyle że w postaci rozproszonej i rozcieńczonej (rasizm, okrucieństwo, prześladowania polityczne, dławienie wolności słowa i swobód indywidualnych, przymusem utrzymywany respekt dla monizmu ideologicznego chrystianizmu średniowiecznego, później chronionego przez inkwizycję czy choćby ludobójstwo w postaci rzezi Albigensów, a także wielkie rzezie wojenne w całej przestrzeni historii). „Wszystko już było”, albo „Ale to już było…”, jak śpiewała Maryla Rodowicz.

Dziedzictwo totalitaryzmu jednak się zmienia. Potworne doświadczenia XX wieku (stalinizm, nazizm, czerwony khmeryzm w Kambodży czy nawet do pewnego stopnia hiszpański frankizm i portugalski salazaryzm) zabiły możliwość ufania ideologiom w klasycznym kształcie, wyposażonym w oprzyrządowanie teoretyczne, programowe charakterystyczne dla wymienionych. Ludzkość przeraziła się ich panicznie, więc nowi totaliści musieli znaleźć „nową drogę” „nową metodę” osiągania celów. Dawne, zwarte systemy totalitarne zostały zastąpione przez kompilacje, zlepki mętnych i nie przystających do siebie składników, do tego przyodzianych nie w dyktatorskie mundury, lecz w poczciwe mieszczańskie garnitury i w poczciwą – w porównaniu z agresywnym, mesjanistycznym tyrteizmem Stalina czy Hitlera czy obłąkańczym żarem ideologii Pol Pota – ludowo-drobnomieszczańską frazeologię podlaną sosem nacjonalistycznym i to nie zawsze „na ostro”. Ta nijakość, mętność i hybrydyczność dotknęła zresztą nie tylko „segment totalistyczny”, ale także politykę liberalną (n.p. Macron, Merkel czy May). „Europejskie wartości”, choć brzmią mile i czujemy to, o co w nich chodzi, nie stanowią skutecznego paliwa rozwoju, a już tym bardziej nie da się „za nie umierać”.

Król dostrzega też trzy kluczowe dziś kwestie do rozstrzygnięcia, a dotyczące zachodzących obecnie zmian. Po pierwsze, pyta o szanse przetrwania klasycznego podziału władzy według Monteskiusza, po drugie, o spór między komunitarianami a liberałami, czyli między wspólnotowcami a indywidualistami i po trzecie, co wydaje mu się najistotniejszą kwestią, pyta o to, co wydaje mu się najbardziej radykalną zmianą, a mianowicie o rezultaty zwycięstwa rewolucji utylitarystycznej XVIII wieku, która sprawiła, że ludzkość odrzuciła towarzyszące jej przez tysiąclecia przekonanie, że świat doczesny jest tylko „łez padołem” i uznała, że celem ludzkiego życia jest osiąganie przyjemności. Ten pochód utylitaryzmu zaczął się od Helwecjusza, sprecyzował go John Stuart Mill, a dopowiedział, choć już z dozą nowoczesnego sceptycyzmu, Zygmunt Freud („Poza zasadą przyjemności”). „Rewolucja szczęścia”, która ustanowiła i usankcjonowała ludzkie prawo do szczęścia, stawiając je na pierwszym planie, zrodziła konsekwencje potężne i nieodwracalne, ale jednocześnie stworzyła problemy niezmiernie trudne do osiągnięcia, z uwagi na zbytnią szczupłość ziemskich zasobów w stosunku do skali ludzkich aspiracji do szczęśliwości. Obecna fala imigracyjna nie jest przecież niczym innym, jak kolejną, opóźnioną w czasie, konsekwencją rewolucji dążenia do szczęścia. Afrykańskie pontony z czarnoskórymi pasażerami płyną na włoską Lampedusę po nic innego jak tylko po porcję szczęścia, w ich ojczyźnie nieosiągalnego. Przyjemność i dążenie do niej stało się podstawowym ludzkim imperatywem (zwróćmy uwagę, że to jakość nie występująca w naszym współczesnym pojęciu ani w Biblii, ani w eposach Homera ani u Dantego, wielkich dokumentach ducha przeszłości).

Ustawiwszy tematyczne pole rozważań w dwóch pierwszych rozdziałach eseju, Król zajmuje się w kolejnych (co przedstawię już teraz w koniecznym, radykalnie dalej idącym skrócie) analizą kluczowych fenomenów współczesnej cywilizacji – fenomenami zmiany, ilości i jakości oraz zachodzących między nimi relacji, współzależności i wielostronnych antynomii. XIX wiek przyniósł zasadniczą zmianę sytuacji ludzkości. Jej istotą było pojawienie się kategorii „ilości” w postaci dotychczas w cywilizacji nieznanej, a wynikającej nade wszystko z rozwoju cywilizacji technicznej i jej głównego efektu: masowości globalnego przyrostu demograficznego (w efekcie postępu medycyny) i masowości przyrostu przedmiotów oraz usług (w rezultacie rozwoju przemysłu masowej produkcji oraz pojawienia się ogromnej liczby nowych potrzeb oraz instytucji mających na nie odpowiadać i je zaspokajać). Po raz pierwszy, prekursorsko napisał o tym Gabriel Tarde w pracy „Opinia i tłum” (1904), a potwierdził to twórczo Ortega y Gasset w legendarnym „Buncie mas” (1943). Słowo „legendarny” jest tu skądinąd jak najbardziej na miejscu, ponieważ – jak zauważa Król – dzieła te, zwłaszcza „Bunt mas”, i zawarte w nich przestrogi odbierane są tak, „jakby opowiadały o życiu na Marsie”, czyli że nie wyciąga się z nich nieuchronnych, praktycznych konsekwencji. Z kwestią pojawiania się kategorii „ilości” w „ilościach masowych” wiąże się proces niszczenia, zabijania jakości przez ilość. Wiążą się z tym, niczym internetowe linki, takie kwestie jak spór między chrześcijaństwem a utylitaryzmem, n.p. w kwestii demografii i reprodukcji czy stosunku do miłosierdzia, utopijne fenomeny ucieczki od społeczeństwa (n.p. hippiesi czy inne elitarystyczne formuły dostępne tylko nielicznym i to warunkowo).

Nieprzechodzenie ilości w jakość połączone z demokracją wyraża się też, na co Król kładzie szczególny akcent, w niszczeniu „kultury wyższej” przez „kulturę niższą” czyli masową. Także w tej dziedzinie, „między ilością a jakością (…) jest przepaść” – powiada Król. Jako głos przestrzegający przed „dominacją miernoty” cytuje Król Jakoba Burckhardta, herolda romantycznego, intelektualnego i estetycznego elitaryzmu, myśliciela, którego głos w obronie ciągłości kulturowej tradycji i wyższych wartości kulturowych należy do najbardziej dobitnych i dramatycznych. Jedną z konsekwencji tego jest to, że – jak zauważył przywołany przez Króla Eric Hobsbawm – „wzorce dawniej szły od góry w dół, a od pewnego czasu idą z dołu do góry”. Także atak na elity, który objawił się ostatnimi czasy od Waszyngtonu po Warszawę jest jednym z przejawów tego fenomenu. Dawną, archaiczną jego wersją było choćby „nadmierne i perwersyjne ukochanie ludu”, obecne choćby w klasycznych ideologiach lewicowych, „narodu” w ideologiach określanych jako „prawicowe” czy (to już lokalny detal) w młodopolskiej chłopomanii wykpionej w „Weselu” przez Wyspiańskiego. „Obrażanie, lekceważenie i zabijanie elit też nie jest niczym nadzwyczajnym w historii nowożytnej” – powiada Król, tyle tylko, iż wypada dodać, iż nowość obecnej sytuacji polega na tym, że tym razem do antyelitarnych afektów dopisują się silne jak nigdy dotąd, maszerujące przez społeczeństwa jak walec, „obiektywne” procesy unifikacji i zimnego, bezafektowego zabijania „jakości” przez „ilość”. „Jest to niewątpliwie rezultatem zawrotnego i szybkiego awansu ogromnej liczby ludzi do rangi pełnoprawnych uczestników życia publicznego, kulturalnego duchowego”. „Sądzę – dodaje Król – że jest to rezultat dwu równoczesnych zjawisk – nacjonalizmu i demokracji.

Nacjonalizm (w rozumieniu opisowym) spowodował szybką, ale powierzchowną, a nawet prymitywną integrację mas ludzkich. Natomiast demokracja natychmiast, skoro pojawiła się ogromna rzesza nowych wyborców, szukała sposobów na ich pozyskanie, czy też szukały ich partie polityczne. Nie przypadkiem I wojna światowa wybuchła po kolosalnym zwiększeniu ilości wszystkiego. Była to walka o miejsce, ale także o tożsamość. Wojna i bardzo wciąż trudna do oceny zasada „samostanowienia narodowego” przeforsowana przez prezydenta Wilsona w Wersalu sprawiły, że ilość nagle stała się decydentem” – konstatuje Król tę część swoich rozważań. I wtedy w całym tym nastroju smuty jaki wzbiera we mnie przy lekturze jego eseju łapię się, jak ślepa kura na ziarno, na niespodziewaną i szczęśliwą okazję doznania chwili odreagowania w postaci drwinki czy może nawet szyderstwa pro domo sua, odnoszącego się do polskich historycznych uroszczeń.
Wyciągając bowiem oto prostą konsekwencję z konstatacji Króla można by zakpić sobie, że oto niedawno „świętowana” polska niepodległość listopada 1918 roku wcale nie była – w rachunku fundamentalnym i decydującym – dziełem „czynu polskiego”, „Myśli i Woli Komendanta Piłsudskiego”, owocem niezniszczalnego polskiego hartu i miłości Ojczyzny, ani tym bardziej wesołych i sentymentalnych piosenek strzelecko-legionowych, poezji o „Tej, co nie zginęła”, siły modlitwy Mickiewicza o „wojnę powszechną ludów”, „o broń i orły narodowe”, miłości Ojczyzny, ani nawet dziarskości koników Beliny i dzielności zasiadających na nich zbrojnych, malowniczo efektownych pasażerów oraz innych tego typu „dupereli”, lecz rezultatem wcielenia się w życie nieubłaganych praw dziejowych, odkrytych i zdefiniowanych przez Hegla i innych Wielkich Mędrków Historii z ich koncepcją przechodzenia „ilości” w „jakość” na czele. Gdyby ktoś to zauważył, byłoby to prawdziwe „danie w pysk” polskiemu, sentymentalnemu samodurstwu przekazywanemu od pokoleń w czytankach narodowych, od którego nawet rzekomo oparta ma marksizmie pedagogia w PRL nie była wolna. Trudno o większą szyderczą obelgę dla prawdziwego Polaka, jak podobna konstatacja. Nikt tego jednak tego nie zauważył, więc obchody przeszły w nastroju zgodnej po wszystkich stronach sporu politycznego, pogodnej bezmyślności.

Po tej krótkiej, złośliwej, wrednej przyjemności wróćmy jednak do szarej rzeczywistości, która wysuwa brzydkie oblicze zza finezji Królowych rozważań i przejdźmy do rozdziału „Rewolucja i porażka jakości – nieco historii”, który rozpoczyna Król od fundamentalnego pytania: „Czy może dziś dojść do rewolucji?”. Zanim jednak próbuje do tego pytania jakoś się odnieść, wraca do wątków już podejmowanych. Warto tu przy okazji zwrócić uwagę, że esej Króla, ma strukturę przypominającą tort względnie kompozycje muzyczne, charakteryzujące się występowaniem w ich przebiegu powtarzających się – niczym refren w piosence – motywów. W obu przypadkach istota ich struktury tkwi w występowaniu powracającego, nawracającego niczym refren motywu ( w przypadku tortu jest to powtarzający się co kilka warstw ten sam składnik). Nie ułatwia to lektury, ale czyni ją bardziej zajmującą i bardziej urozmaiconą niż w przypadku linearnego, trzymającego się chronologii, typowego wywodu. Wraca więc Król do złych, pesymistycznych przeczuć na przyszłość, jakie zaznaczyły się w literaturze XIX wieku, począwszy od Stendhala i Tocqueville’a, poprzez Dostojewskiego, Balzaca, Conrada, Tomasza Manna, Celine’a, aż po T.S. Eliota z jego sławną frazą pochodzącą z „Wydrążonych ludzi”: „Bo tak właśnie kończy się świat/Nie hukiem, ale skomleniem”. Tak się bardzo jednak zagłębia Król w rozważania historyczne, że nawet na końcu rozdziału nie odpowiada na pytanie, którym otwiera rozdział. Przechodzi natomiast do następnego rozdziału „Demokracja w świecie ilości”, który rozpoczyna od pytania być może jeszcze bardziej palącego i fundamentalnego niż poprzednie: „Czy demokracja w warunkach, o jakich pisałem, ma sens?”. Choć jednak jako demokrata, Król generalnie opowiada się za demokracją, to daje do zrozumienia, że bez uszczegółowienia zasad, względnie ustalenia nowych reguł, bez poradzenia sobie z częścią antynomii, prosta odpowiedź na to pytanie jest co najmniej trudna, jeśli nie niemożliwa, a poza tym to kwestia dość jeszcze odległej przyszłości. I tu dochodzimy do ostatniego rozdziału eseju Króla, zatytułowanego obiecująco „Jakość i przyszłość Zachodu”.

Jeśliby jednak kto sądził, że pytania i wnioski sformułowane przez Króla do tej pory, skłoniły go do odpowiedzi pesymistycznej, ponurej, katastroficznej, do filozoficznego krzyku rozpaczy, ten będzie w błędzie. Król jako człowiek (nie jako filozof) odznacza się osobowością pogodną, optymistyczną, nie tracącą nadziei, nie wolną od rozsądnego hedonizmu, a co najmniej epikureizmu, a nawet żądną (wbrew wszystkiemu) happy endu, osobowością mogącą nawet cokolwiek przywieść na myśl wolterowskiego Kandyda („Wszystko dobre na tym najlepszym ze światów”). Chce nawet w finale „pędzić zadowolony”, jak jego psy wyprowadzane na spacer i tego stanu ducha 75-letniemu filozofowi wypada tylko pozazdrościć. Może po prawdzie ma on rację nie tylko jako człowiek, ale także jako filozof, po trosze stoicki? No bo jaki w końcu mamy pożytek z filozofów, którzy potrafią jedynie uczenie i błyskotliwie rozpaczać? Powiada więc Król, że „przecież żyjemy w bardzo dobrych czasach” (!) i gdy przeszedłszy drogę wzdłuż muru jego nieobiecujących dobrej przyszłości rozważań dochodzimy do węgła, by skręciwszy (w lewo lub w prawo) zobaczyć co się za nim okropnego objawi, spotyka nas miła niespodzianka, dająca nam nadzieję, że nasz strach miał wielkie oczy oraz ulga, że na nic specjalnie groźnego się nie natykamy, a przynajmniej nie na straszliwą, finalną Apokalipsę. Mimo tego warto i tym rozdziałem doczytać ten esej do końca, bo mówi w nim Król i o filozofii polityczności modnego w tych czasach Carla Schmitta, o Platonie, Condorcecie, Hebercie Spencerze, ojcu założycielu neoliberalizmu, o Hobbesie, Machiavellim i o innych, także bliższych ciału, ale też o Stendhalu, z którego konceptu o „happy few” („nielicznych szczęśliwych”) wywiódł optymistyczny tytuł swojego eseju. Najprościej i najkrócej istotę tego konceptu ujmując można stwierdzić, że wbrew wszystkiemu, wierzy Król w szansę ocalenia z tej zawieruchy dziejowej, jaka nas nie od dziś osacza. Tyle tylko, że to szansa, jak wynika z samego tytułu, dla nielicznych czyli elitarna. Kto wie, może to nadzieja nie do końca zwodnicza?

Kończę ten dalece niedoskonały, a fragmentami pewnie nieporadny, a także niepełny opis wędrówki po filozoficznym ogrodzie Marcina Króla. Niedoskonały i nieporadny nie tylko z mojej przyczyny, bo sporządzony w ogrodzie gęstym, pełnym mrocznych zakamarków i zwodniczo powikłanych, jak labirynt, ścieżek. Bywało, że błądziłem po nich jak „pijane dziecko we mgle”, albo jak „Alicja w krainie czarów”, a jednak było warto. Była to bowiem wędrówka pasjonująca, emocjonująca, inspirująca, pełna przygód, niespodzianek, strachów, ale i pocieszeń, trochę dzika, rzadko coś porządkująca czy konkludująca, za to obfitująca we frapujące zaskoczenia. Kto nie odbędzie z tej wędrówki z mądrym filozofem Marcinem Królem, tego wiele cennego ominie, a już na pewno szansa na poszerzenie, choćby o milimetr, swojego pojęcia o naturze świata, w którym przyszło nam żyć. Ja w każdym razie będę do jego filozoficznego ogrodu wracał.

Marcin Król – „Do nielicznego grona szczęśliwych”, wyd. „Iskry”, Warszawa 2018, str. 140, ISBN 978-83-244-1011-8.