Gospodarka 48 godzin

Biją naszych!
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wskazuje na szykany, jakie dotykają polskich przedsiębiorców pragnących funkcjonować we Francji. ZPP narzeka, iż problemy, z którymi zmagają się polscy przedsiębiorcy we Francji, są ogromne. Francuskie władze utrudniają polskim przedsiębiorcom działalność poprzez praktykę administracyjną, przepisy chroniące krajowy rynek, oraz kampanię oszczerstw skierowaną przeciwko polskim firmom. Polskie firmy są nękane nadmiernymi kontrolami i karami. Jednocześnie, w francuskim prawie można znaleźć przepisy, które bezpośrednio godzą w swobody jednolitego rynku, a medialna kampania oszczerstw tworzy klimat, w którym łatwo uzasadnić dodatkowe kontrole i restrykcje. Zdaniem Cezarego Kaźmierczaka, prezesa ZPP: Francja ma problem z zaakceptowaniem polskich przedsiębiorców w innej roli niż tanich podwykonawców. Mamy do czynienia z różnego rodzaju represjami wobec polskich firm i uważamy, że Polska zbyt mało zdecydowanie z tym walczy. Jeśli chcemy coś zmienić, konieczne jest analogiczne traktowanie kontrahentów z Europy zachodniej, którzy działają w Polsce. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przygotował raport, w którym zbiera historie przedsiębiorców i opowiada o ich problemach w działalności we Francji. Podczas jego tworzenia ZPP napotkał na poważne ograniczenia. W obawie przed reperkusjami ze strony francuskich władz, wielu przedsiębiorców rezygnowało z opowiadania o swoich problemach lub prosiło o zachowanie poufności. Strach był zatem ważnym czynnikiem ograniczającym dostępność danych. Raport podaje jednak przykład firmy FructoFresh, który pokazuje, jak francuska administracja pozwala rodzimym firmom budować swoją pozycję gospodarczą na łamaniu prawa europejskiego, ze szkodą dla bezpieczeństwa konsumentów i integralności jednolitego rynku. Francuska inspekcja pracy zastraszyła zaś przedstawiciela firmy Aterima Work do tego stopnia, że zrezygnował on z prowadzenia działalności na terenie Francji. Natomiast przypadek bezprawnego aresztowania pojazdu polskiej firmy transportowej pokazuje jak dotkliwa w skutkach może być bierność służb wobec problemów polskich firm. – Również wykorzystywanie pojęcia dumpingu socjalnego stygmatyzuje pracowników delegowanych. Pojęcie to zasadza się na porównywaniu nielegalnej praktyki wprowadzania do obrotu produktów poniżej ceny ich wytworzenia z całkowicie legalną praktyką wykonywania pracy za bardziej konkurencyjną stawkę. Sugeruje również, że wykonywanie pracy w innym państwie członkowskim jest czymś niedozwolonym, gdy w istocie jest to podstawa jednolitego rynku – dodaje Kamila Sotomska z ZPP.

ZUS potrzebuje składek
Wedle danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, na koniec maja bieżącego roku w Polsce pracowało legalnie 797 tys. cudzoziemców. To osoby zarejestrowane w ZUS i płacące składki ubezpieczenia społecznego. Jest ich o 127 tys. więcej niż przed wybuchem pandemii w marcu ubiegłego roku. Wśród pracujących cudzoziemców około pół miliona stanowią obywatele Ukrainy. Oczywiście kilkakrotnie wyższa jest liczba cudzoziemców, pracujących w Polsce na czarno, bez żadnych umów i ubezpieczenia. Cudzoziemcy pracujący legalnie wpłacili do ZUS w ubiegłym roku prawie 6 mld zł składek. Dlatego istotne jest, by „nielegałów” wykrywać i skłaniać do podjęcia oficjalnego zatrudnienia.

Nasze atuty i słabe strony

Jak firmy zagraniczne oceniają sytuację gospodarczą i koniunkturę w Polsce, oraz czego się spodziewają?
Inwestorzy zagraniczni oczekują w tym roku poprawy koniunktury w Polsce, zarówno dla całej gospodarki, jak i dla swoich firm. Jednocześnie wzrosło zadowolenie z czynników decydujących o klimacie biznesowym – tak wynika z najnowszego badania koniunktury przeprowadzonego przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK Polska) wśród firm członkowskich oraz zrzeszonych w innych izbach. Badanie to zostało przeprowadzone w dniach 15 marca – 16 kwietnia tego roku. Dotyczyło przede wszystkim oceny sytuacji gospodarczej i perspektyw Polski, jak również tego, czy i jakie są pozytywy lokalizacji działalności firm zagranicznych właśnie w naszym kraju.
„Mimo, że ogólna sytuacja gospodarcza została oceniona gorzej niż w latach ubiegłych w związku z pandemią koronawirusa, to według własnych deklaracji większość firm znajduje się w stabilnej sytuacji i oczekuje wzrostu sprzedaży, jak również zwiększenia inwestycji” – podkreślił Lars Gutheil, dyrektor AHK Polska.
Według niego, w porównaniu z innymi europejskimi lokalizacjami, nasz kraj zajmuje nadal czołowe miejsce pod względem atrakcyjności dla międzynarodowych firm. Z badania wynika, że znacznie więcej firm planuje zwiększenie zatrudnienia niż jego zmniejszenie. Podobnie, co trzeci inwestor chciałby zwiększyć swoje wydatki inwestycyjne w Polsce.
Spośród czynników wpływających na atrakcyjność prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, badane firmy najwyżej oceniają członkostwo w Unii Europejskiej (93,3 proc. pozytywnych opinii). Przedstawiciele firm wysoko oceniają również kwalifikacje swoich pracowników oraz jakość i dostępność lokalnych dostawców.
W badaniu osobno przeanalizowano również ekonomiczne konsekwencje pandemii koronawirusa. 39,9 proc. badanych przedsiębiorców stwierdziło, że powróciło już do wyników sprzedaży jak „przed koronawirusem”. Jednak prawie 30 proc. nie spodziewa się powrotu do poziomu sprzed kryzysu aż do 2022 roku, a 16 proc. nawet później.
Długofalową konsekwencją kryzysu może być zmiana kształtu globalnych łańcuchów dostaw. Oczekuje się, że będzie to korzystne dla Europy Środkowo-Wschodniej, przy czym istniejące zakłady w Polsce nie będą przenoszone. 60 proc. ankietowanych firm nie rozważa przeniesienia swoich zakładów, a 31 proc. uważa, że przeniesienie jest mało prawdopodobne. Problemem wydają się być jednak stosunkowo wysokie ceny energii i surowców w naszym kraju, które oceniane są jako największe zagrożenie dla rozwoju biznesu w nadchodzącym roku.
Mimo to, generalnie wysoka jest atrakcyjność inwestycyjna Polski jako miejsca prowadzenia działalności gospodarczej. Polska znajduje się w czołówce najbardziej atrakcyjnych lokalizacji inwestycyjnych w regionie, tuż za Estonią i Czechami (3 miejsce na 20 lokalizacji). Zdecydowana większość badanych firm – 96 proc. – ponownie wybrałaby Polskę jako miejsce inwestycji. Jest to najwyższy odsetek, jaki kiedykolwiek Izba odnotowała.
Jeśli chodzi o sytuację gospodarczą i oczekiwania, to na pierwszy rzut oka nie ma tu wielu niespodzianek. Po spowolnieniu gospodarczym w 2020 roku, większość firm w Polsce spodziewa się w tym roku ożywienia, zarówno dla całej gospodarki, jak i dla własnej firmy. Ponad cztery na pięć badanych firm przewiduje, że sprzedaż wzrośnie lub pozostanie na tym samym poziomie. Stan polskiej gospodarki jest oceniany pozytywnie przez 68,8 proc. badanych firm. Jednak jeszcze w ubiegłym roku było to więcej, bo 87,7 proc.
Wzrostu liczby pracowników spodziewa się ponad jedna trzecia badanych firm. W opinii badanych przedsiębiorców niedobór pracowników wpływa przede wszystkim na wzrost kosztów pracy oraz powoduje zakłócenia w bieżącej produkcji.Dostępność wykwalifikowanych pracowników poprawiła się w porównaniu z poprzednimi latami, ale wraz z oczekiwanym ożywieniem gospodarczym, niedobory siły roboczej mogą ponownie wzrosnąć w tym roku.
Do najważniejszych czynników wpływających na atrakcyjność prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce należy zaliczyć członkostwo w Unii Europejskiej. Ponad połowa respondentów opowiada się za wejściem naszego kraju do strefy Euro.
Nie wszystko jednak oceniane jest pozytywnie. Na przykład, respondenci oceniają walkę z korupcją i przestępczością, elastyczność prawa pracy i koszty pracy gorzej jako słabsze, niż w przeszłości. Najgorzej oceniana jest przewidywalność polskiej polityki gospodarczej (66 proc. ocen negatywnych) oraz stabilność polityczna i społeczna kraju (55 proc. negatywnych), a także system podatkowy i obciążenia z nim związane. Czyli te wszystkie sfery, na które decydujący wpływ ma rząd Prawa i Sprawiedliwości.

Czy gospodarka wymaga coming outu?

Pełne otwarcie polskich przedsiębiorstw na różnorodność płciową personelu z pewnością podniesie ich potencjał i poprawi konkurencyjność.
„Kraje Europy Środkowo-Wschodniej tracą możliwości inwestycji zagranicznych z powodu postrzeganej dyskryminacji osób LGBT+” – alarmuje organizacja Koalicja Open for Business. Niestety, nie podaje, jakie konkretnie inwestycje zagraniczne Polska miała dotychczas stracić z powodu szykanowania osób LGBT+. Oprócz lesbijek, homoseksualistów, biseksualistów i transwestytów, w tym plusie chodzi o osoby interpłciowe, wcześniej niezbyt precyzyjnie zwane obojnakami lub hermafrodytami; osoby, które nie odpowiadają typowym definicjom męskich i żeńskich ciał, albo po prostu o wszelkie pozostałe tożsamości i orientacje wykraczające poza banalny zakres nakreślony wspomnianymi czterema literami.
Koalicja Open for Business podkreśla także, że dyskryminacja osób LGBT+ wiąże się ze zjawiskiem drenażu mózgów, nie tylko zresztą w Polsce. Osoby LGBT+, jako wykwalifikowane i często wykonujące tzw. zawody przyszłości, nie mogąc znieść szykan, emigrują z krajów Europy Środkowo-Wschodniej (gdzie represje wobec nich są szczególnie nasilone) do do pracy w bardziej otwartych społeczeństwach, czyli do Holandii, Niemiec oraz Wielkiej Brytanii. Bardzo wiele zależy tu od środowiska pracy, otwartego i inkluzywnego, czyli przyjmującego z jednakową aprobatą wszelkie orientacje i tożsamości seksualne. Tym bardziej, że niedostateczna dostępność umiejętności i talentów spowodowana przez dyskryminację osób LGBT+ jest postrzegana jako „kluczowe ryzyko dla biznesu w Europie Środkowo-Wschodniej” – zaś talent jak wiadomo wykracza poza kwestie płci.
Komisarz Unii Europejskiej ds. Równości Helena Dalli miała podkreślić pozytywny wpływ otwartego i inkluzywnego miejsca pracy na dobrostan pracowniczek i pracowników, przekładający się na osiągnięcia danej firmy, mówiąc: „Otwarte i inkluzywne miejsce pracy jest nie tylko sprawiedliwe względem pracowników, lecz również dobre dla biznesu. Firmy, które są zróżnicowane i inkluzywne, sprzyjają integracji, są bardziej konkurencyjne i zaspokajają potrzeby różnorodnych rynków globalnych. Różnorodność prowadzi do większej kreatywności. To z kolei zapewnia wyższą produktywność, innowacyjność i zwroty dla biznesu. Spełnienie takich warunków tworzy bardziej integracyjne społeczeństwa. To podwójna wygrana”.
Pani komisarz wprawdzie nie wspomniała tu o osobach LGBT+ lecz Koalicja Open for Business nie ma wątpliwości, że właśnie o nie jej chodziło. Dlatego Kathryn Dovey, dyrektorka Koalicji Open For Business, krytykuje kraje Europy Środkowo-Wschodniej i stwierdza, że jasno widać negatywny wpływ dyskryminacji osób LGBT+ na gospodarki w tym regionie. Dodaje ona: „Jeśli te kraje chcą konkurować o najlepsze talenty, przyciągać większe inwestycje zagraniczne i stać się ośrodkami innowacji, muszą położyć kres dyskryminacyjnej polityce wobec społeczności LGBT+”. Otwarcie polskiej gospodarki na różnorodność pozwoli na podniesienie jej potencjału.
Między innymi, chodzi tu o pożądane zmiany w organizacji biznesu w Polsce, mogące być sygnałem dla wielu firm, które dotychczas wahały się przed podjęciem konkretnych kroków w celu ulepszenia swoich środowisk pracy. Marcin Tomaszewski z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju podkreśla: „Wreszcie badania nad wykluczeniem osób LGBT+ nabrały tempa. Niestety, wyniki są uderzające. Dowody wyraźnie pokazują, że zróżnicowana siła robocza może poprawić wyniki finansowe firmy, prowadzić do szczęśliwszych i bardziej produktywnych zespołów oraz napędzać innowacje wśród pracowników. Wszelkie dyskryminujące środki i wykluczający język dotyczące orientacji seksualnej, prawdopodobnie będą przeciwdziałać podnoszeniu potencjału firm”.
Z kolei ekspert Cezary Żelaźnicki wskazuje, iż firmy szeroko otwarte na osoby LGBT+ są: „Bardziej zwinne w radzeniu sobie z kryzysami, rozwiązywaniu problemów i ostatecznie mają zdrowsze wyniki finansowe”. Dlatego, jak podkreśla Koalicja Open For Business, „nie powinno dziwić”, że skoro „tożsamość LGBT+ jest ważnym aspektem różnorodności”, to większe korzyści pod względem zaangażowania, produktywności i lojalności swoich pracowników uzyskują te firmy, które zmierzają do „budowanie różnorodnych zespołów i zachęcają swoich ludzi do bycia sobą”. Wypada zapytać, czy chodzi także o to, by rozumne firmy gwoli maksymalizacji zysków zachęcały swych pracowników do dokonywania coming outów?

Gospodarka 48 godzin

Stacje wymiany – nie ładowania
Samochody elektryczne to przyszłość, ale dla Polski – mocno niepewna. Na internetowym szczycie klimatycznym TOGETAIR 2021 wiceprezes państwowego Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Artur Lorkowski podkreślił, że dopłaty same w sobie nie są żadną receptą w kontekście rozwoju rynku samochodów elektrycznych. Powinny one być elementem uzupełniającym system, ale nie fetyszem. Maciej Matelski, dyrektor ds. rynku samochodowego w PKO BP wskazał zaś na główną barierę, czyli wysoką cenę aut elektrycznych. Cena ma 70 proc. wpływu na decyzje potencjalnego nabywcy pojazdu elektrycznego. Inną sprawą jest to, iż produkcja aut elektrycznych i całej infrastruktury jakiej one wymagają, stanowi niemałe obciążenie dla środowiska naturalnego. Tymczasem najnowsze samochody spalinowe spełniające normę Euro 6D są znacznie bardziej przyjazne dla środowiska niż auta choćby sprzed 5 lat. Do Polski sprowadzane są jednak głównie stare, dymiące rzęchy, a czystość spalin nie jest elementem uwzględnianym przez jakiegokolwiek użytkownika i nabywcę samochodów. Natomiast Leszek Hołda z zarządu PKP Energetyka słusznie wskazał, że wymiana samochodów spalinowych na elektryczne nie rozwiąże przecież problemu zatłoczenia naszych miast i dróg. Dlatego warto przenieść część transportu na kolej.
Niestety, elektromobilność w Polsce kierowana jest na ślepy tor. Praktycznie wszyscy eksperci uczestniczący w szczycie TOGETAIR 2021 mówili o konieczności zwiększenia liczby stacji ładowania aut elektrycznych. Można ich zrozumieć, bo firmy stawiające takie stacje mogą sporo zarobić, korzystając także z wsparcia państwa. To jednak nie spowoduje powszechnego wzrostu stosowania pojazdów elektrycznych. Autentyczny rozwój elektromobilności mogłoby zapewnić dopiero skonstruowanie takiego samochodu elektrycznego, z którego można natychmiast wyjąć zużytą baterię i włożyć naładowaną – co potrwa krócej niż tankowanie na stacji benzynowej. Potrzebne do tego będą więc nie stacje ładowania, lecz stacje wymiany baterii, mogące zastąpić obecne stacje paliw. Potrzebna będzie też przede wszystkim nowatorska konstrukcja auta elektrycznego, umożliwiająca błyskawiczną wymianę baterii. Takie właśnie mogłoby być, rozumnie zaprojektowane polskie auto elektryczne – jednak jak wiadomo, nie ma go i nie będzie, bo elektromobilne obietnice Mateusza Morawieckiego były tylko jedną z wielu jego bajek.

Pandemiczne plajtowanie
Z oficjalnych źródeł – Monitor Sądowy i Gospodarczy – wynika, że w pierwszym kwartale tego roku opublikowano informacje o 538 niewypłacalnościach polskich firm, tj. o 105 proc. więcej niż przed rokiem, kiedy pandemii jeszcze w Polsce nie było (263 niewypłacalności w I kwartale 2020 r.). W żadnym z sektorów gospodarki nie było w tym czasie spadku liczby plajt. Najmniejsza skala wzrostu nastąpiła w budownictwie: „tylko” 50 proc. rok do roku. Okazuje się, że duży popyt na rynku mieszkaniowym nie oznacza hossy dla całej branży. Oszczędności są na porządku dziennym, padają firmy związane z zarządzaniem procesami inwestycyjnymi i ich przygotowaniem, a także zajmujące się wynajmem i obsługą nieruchomości oraz pośrednictwem w obrocie nimi. Rekordowy w Polsce był wzrost niewypłacalności w szeroko pojętych usługach – w pierwszym kwartale o 174 proc., przy czym najwięcej, skokowo w marcu, po kolejnym zamknięciu gospodarki.

Czy przyjdzie lekka odwilż?

W Polsce na COVID-19 umiera najwięcej ludzi w Europie, ale w gospodarce widać poprawę nastrojów.
Barometr koniunktury na drugi kwartał bieżącego roku, opracowany przez Europejski Fundusz Leasingowy wskazuje na wyraźną poprawę nastrojów wśród przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorstw. Główny indeks koniunktury wyniósł 52,8 pkt., o 3,5 pkt. więcej niż na początku tego roku. Jest to syntetyczny wskaźnik informujący o skłonności tych firm do wzrostu i rozwoju.
Wartość powyżej progu ograniczonego rozwoju wynoszącego 50 pkt. oznacza, że w odczuciu przedsiębiorców sytuacja w kontekście prowadzenia działalności gospodarczej w najbliższych miesiącach ulegnie poprawie.
Eksperci EFL zwracają uwagę, że jest to najwyższy wskaźnik nastrojów liczony od wybuchu pandemii COVID-19 w ubiegłym roku. Ostatni raz, lepsze nastroje były dwa lata temu, przed pandemią – w II kwartale 2019 r. (54,5 pkt.). Ten optymizm przedsiębiorców może nieco zaskakiwać, gdy weźmie się pod uwagę, że w Polsce codziennie na COVID-19 umiera najwięcej ludzi w Europie. – W dotychczasowych pomiarach, w normalnym, pozapandemicznym czasie, co roku pomiędzy I a II kwartałem nastroje wśród MŚP wyraźnie się poprawiały o kilka punktów. Bardzo liczyliśmy na podobny obraz również w tym roku i stało się to faktem. Optymizmem napawa także to, że został przekroczony próg ograniczonego rozwoju, który wskazuje, że firmy widzą światełko w tunelu rozwojowym i inwestycyjnym. Ale czy poprawa nastrojów to tylko jednorazowy wynik czy długofalowy proces, przekonamy się po dwóch – trzech kolejnych pomiarach – mówi Radosław Woźniak, prezes EFL.
Ów próg ograniczonego rozwoju małych i średnich firm, który wynosi co najmniej 50 pkt. stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców, dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują właśnie sprzyjające warunki do rozwoju tego sektora, natomiast wynik niższy oznacza oczywiście, że warunki te są niekorzystne. Poziom 52,8 pkt. osiągnięty w II kwartale 2021 r. wyraźnie wskazuje, iż mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.
Analizując dane z poprzednich czterech pomiarów widać, że ostatni rok to stagnacja zwłaszcza pod względem inwestycji. Odsetek firm planujących ich wzrost utrzymywał się poniżej 10 proc., aczkolwiek równie niski był odsetek MŚP przewidujących spadek inwestycji.
W drugim kwartale bieżącego roku sytuacja pod tym względem uległa znacznej poprawie. Można zaobserwować wręcz skokowy wzrost planowanych inwestycji w małych i średnich przedsiębiorstwach, z 5,3 proc. do aż 25 proc. Z drugiej strony należy zwrócić uwagę, że istotnie zwiększyła się również grupa przedsiębiorstw wieszczących spadek inwestycji – z 8,5 proc. do 18 proc. – Taka polaryzacja opinii może wskazywać na diametralnie różne sytuacje, w jakich znalazły się poszczególne firmy. O inwestycjach nie ma mowy w sektorze hotelarsko – restauracyjno – cateringowym, który wciąż jest w większości zamknięty. Zdecydowanie bardziej skore do inwestowania są przedsiębiorstwa produkcyjne czy transportowe. To zróżnicowanie nastrojów utrzyma się jeszcze kilkanaście miesięcy, a może nawet, w przypadku wybranych branż, dwa – trzy lata – dodaje prezes EFL.
Wciąż rośnie też odsetek firm przewidujących wzrost zapotrzebowania na finansowanie zewnętrzne (kredyty). W najnowszym pomiarze jedna na cztery firmy zakłada wyższe zapotrzebowanie na pożyczki i kredyty (26 proc., natomiast w I kwartale 2021 r. było to 22,5 proc.). Może to świadczyć o tym, że potrzeby finansowe mikro, małych i średnich firm się zwiększają wraz z perspektywą dalszego trwania restrykcji związanych z pandemią. Jednak w przypadku firm, które myślą o inwestycjach, dodatkowe fundusze najpewniej przyczynią się do realizacji ich planów rozwojowych.
Coraz lepsze wyniki obserwuje się też jeśli chodzi o przewidywaną płynność finansową. Co piąty przedsiębiorca liczy na jej poprawę. To wzrost w porównaniu z poprzednim kwartałem o 4,7 punktów procentowych. – To najlepszy wynik od wybuchu pandemii COVID-19 w Polsce. Ten wskaźnik, obok przekroczenia progu ograniczonego rozwoju, może wskazywać, że idzie odwilż. I z taką nadzieją poczekamy na kolejny pomiar – uważa prezes Radosław Woźniak.
Natomiast w przypadku prognoz dotyczących sprzedaży nie widać niestety znaczących zmian w porównaniu do poprzednich pomiarów. Obecnie tylko 21 proc. firm liczy na wzrost zamówień (w I kwartale bieżącego roku i w IV kwartale 2020 r. również było to po 21 proc.).

Możemy wymrzeć zanim zbiedniejemy

Pandemia koronawirusa nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu.
COVID-19 wprawdzie uderza w portfele wielu gospodarstw domowych, ale w znacznie mniejszym stopniu niż się obawiano. Nie sprawdziły się też obawy o wzrost zadłużenia konsumentów – dziewięć na dziesięć osób zaprzecza, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do sięgnięcia po kredyt lub pożyczkę. Co więcej, ponad połowa ankietowanych (55 proc.) odrzuca taką możliwość w kolejnych miesiącach. W czasach kryzysu nie chcemy zaciągać długów, a częściej wspieramy się zaskórniakami.
Koronawirus uszczuplił oszczędności co trzeciej rodziny. Choć ekonomicznych skutków pandemii trudno nie zauważyć, to jednak nie są one aż tak dotkliwe jak spodziewano się jeszcze sześć miesięcy temu. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Federację Konsumentów i Fundację Rozwoju Rynku Finansowego, 61 proc. gospodarstw domowych nie odczuwa negatywnych efektów pandemii dla stanu swoich finansów.
Pogorszenie sytuacji materialnej zadeklarowała jedna trzecia badanych. W grupie tej, co oczywiste przeważają osoby młode, w wieku 18 – 24 lata i 25 – 34 lata. Mimo zauważalnego pogorszenia, nie zmienili oni jednak swoich dotychczasowych nawyków finansowych. Nie zajęli się też większą kontrolą swoich wydatków – do ich ograniczania przyznaje się bowiem jedynie 16 proc. ankietowanych. Generalnie, w większości rodzin w Polsce (56 proc.) poziom wydatków pozostał na takim samym poziomie jak przed marcem 2020 r.
COVID-19 nie spowodował również zbytnich trudności w spłacie stałych miesięcznych zobowiązań, takich jak np. czynsz za mieszkanie czy rata kredytu. Tylko 1 na 10 osób wskazuje na taki problem.
Pomimo dosyć powszechnego przekonania, że Polacy często żyją na kredyt i chętnie sięgają po pożyczki, to w przypadku gorszych i niepewnych czasów sytuacja jest niemal odwrotna. Raczej nie zaciągamy długów, gdy istnieje realne ryzyko, że możemy mieć problem z ich spłatą. Zresztą, gdybyśmy nawet wtedy chcieli je zaciągać, trudno byłoby znaleźć chętnych do udzielania pożyczek.
Polacy, spytani o to jakie byłyby ich zachowania finansowe w przypadku znalezienia się w trudnej sytuacji ekonomicznej wskazują w pierwszej kolejności na rezygnację z wydatków na abonament za telefon, internet czy dostęp do popularnych serwisów muzycznych i filmowych. Co drugi badany uznaje ów scenariusz za prawdopodobny.
Następnym w kolejności rozwiązaniem, wskazywanym przez jedną trzecią respondentów jest sprzedaż części swojego majątku, np. biżuterii czy samochodu. Dopiero na trzecim miejscu znalazła się możliwość zaciągnięcia kredytu lub pożyczki – taką opcję rozważyłoby 30 proc. ankietowanych. Świadczy to o tym, że Polacy realnie oceniają działalność banków komercyjnych w swoim kraju i rozumieją, że gdy znajdą się w trudnej sytuacji finansowej, żaden bank nie pożyczy im nawet grosza. Wiadomo, że banki w Polsce najchętniej pożyczają pieniądze ludziom zamożnym. Firmy pożyczkowe wprawdzie pożyczą – ale tym bardziej zaostrzają warunki zwrotu i zdzierają skórę z pożyczkobiorców, im są oni biedniejsi.
Zastawienie swojego majątku w lombardzie lub innym podobnym miejscu dopuszcza co piąty respondent. Natomiast jako ostateczność traktujemy zaprzestanie spłacania stałych zobowiązań – aż 72 proc. osób wprost odrzuca ten wariant zachowania, nawet w razie kłopotów finansowych. Rozumiemy bowiem, że niepłacenie stałych rachunków grozi poważnymi konsekwencjami, nawet tak groźnymi jak utrata mieszkania. – Jedną z obaw, jaka towarzyszy nam przy decyzji kredytowej, jest ryzyko nagłej utraty zdolności do terminowej spłaty długu. To świadczy o ostrożnym i odpowiedzialnym podejściu konsumentów do kwestii zadłużania się – uważa Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.
Tak więc, wyniki badania nie tylko wskazują na to, że w czasach kryzysu z dystansem podchodzimy do kredytów i pożyczek, ale równocześnie obalają popularny mit, że te służą nam głównie do regularnego uzupełniania luk w budżecie domowym. – Jako główny powód zaciągania kredytów i pożyczek konsumenci wskazują na pojawienie się u nich dużego wydatku, którego nie są w stanie pokryć z bieżących dochodów. Częściej w ten sposób finansujemy impulsywne zakupy, na przykład związane z atrakcyjną promocją na jakiś produkt lub usługę, niż ratujemy się pożyczkami w razie chwilowych problemów finansowych – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Respondenci wskazali, że w razie kłopotów finansowych częściej skorzystamy z debetu na koncie lub karty kredytowej niż wesprzemy się kredytem bądź pożyczką. Jednak zamiast sięgać po produkt kredytowy z dużą dozą prawdopodobieństwa w pierwszej kolejności sięgniemy po nasze zaskórniaki. Problem jednak w tym, że one mocno stopniały w ostatnich miesiącach.
Koronawirus uszczuplił nasze oszczędności. Wprawdzie większość Polaków radzi sobie finansowo, a przynajmniej nie narzeka na kondycję swojego domowego budżetu w czasie pandemii. Jednakże fakt, iż co trzecia osoba przyznaje, że jej oszczędności zmalały w związku z COVID-19, wyraźnie zmniejsza poczucie naszego bezpieczeństwa finansowego. Dochody wielu z nas nieco zmniejszyły się w czasie kolejnych lockdownów, więc te ubytki pokrywaliśmy w pierwszej kolejności właśnie oszczędnościami. Po to zresztą odkładamy pieniądze. Respondenci zapytani o cel gromadzenia oszczędności wskazują właśnie na nieprzewidziane wydatki (53 proc.) oraz na tzw. czarną godzinę, związaną z chorobą, jakimś nieszczęściem losowym, utratą pracy lub innego źródła dochodu (46 proc.).
Niepokojący jest fakt, że 14 na 100 Polaków informuje, iż nie posiada jakiegokolwiek zabezpieczenia finansowego. Badani nie widzą też większych szans na zmianę sytuacji w kolejnych miesiącach. Oznacza to, że dosyć łatwo można w Polsce osunąć się w biedę – ale jakoś nie widać, aby taka ewentualność specjalnie nas martwiła.
Ponadto, nie za bardzo wierzymy, że doświadczenia z pandemii zmotywują Polaków do oszczędzania. Zaledwie co trzecia osoba uważa COVID-19 za jakiś impuls do gromadzenia środków na gorsze czasy. Czyli, koronawirus nie uderzył na po kieszeni na tyle boleśnie, byśmy zaczęli poważnie martwić się o naszą finansową przyszłość.
Tak więc, pandemia na razie nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu. Dzienne liczby zgonów przerażają – są najwyższe w Europie, choć przecież wiele krajów europejskich ma znacznie więcej mieszkańców niż Polska.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości w ubiegłym roku chwalił się, jak to świetnie radzi sobie z pandemią. W rzeczywistości radzi sobie fatalnie. Rząd dysponował wszelkimi możliwościami, aby przygotować Polskę na nadejście koronawirusa. Miał czas, pieniądze i wiedzę o doświadczeniach krajów, które wcześniej zostały dotknięte tym nieszczęściem. Mimo to, nie uchronił Polaków przed tragicznym wymiarem pandemii – zresztą, nawet wcale się nie starał. Dla członków obecnej ekipy istotna jest bowiem władza i stanowiska, a nie życie ich poddanych – bo za takich uważają oni obywateli.

Nie tylko na zdjęciu

Z rodziną można wyjść całkiem dobrze także i w działalności gospodarczej.
Co trzecia spółka notowana na warszawskim parkiecie to firma rodzinna. Gracze giełdowi je dosyć lubią, bo dawały im w pandemii wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów. Pewnym wyzwaniem może być jednak zmiana pokoleniowa właścicieli tych spółek.
Znaczenie firm rodzinnych w polskiej gospodarce przez ostatnie dekady systematycznie rośnie. Już dawno przestały być one dla największych międzynarodowych podmiotów obecnych na polskim rynku jedynie drobnym lokalnym biznesem, z niewielkimi udziałami w rynku – lecz stały się dla nich silną konkurencją. Nic więc dziwnego, że polski prywatny, rodzinny biznes jest w coraz większym stopniu obecny na polskim rynku kapitałowym.
Na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie notowanych jest obecnie 139 spółek rodzinnych, czyli 32 proc. wszystkich podmiotów tego parkietu – pokazuje raport firmy audytorsko-doradczej Grant Thornton „Firmy rodzinne na GPW”. Tylko w latach 2011-2020 na GPW zadebiutowały 64 spółki definiowane na potrzeby raportu jako rodzinne. Najwięcej firm rodzinnych na GPW ma swoje siedziby w województwie mazowieckim (41), dolnośląskim (17) i wielkopolskim (15).
– W zarządzaniu firmami rodzinnymi dostrzec można perspektywę długoterminową. Dzięki temu lepiej niż inne spółki radzą sobie one w okresach rynkowych turbulencji. Może to również wynikać z większej skłonności do kumulowania i reinwestowania kapitału, co wiąże się z mniejszą skłonnością do wypłaty dywidendy dla inwestorów. Spółki rodzinne powinny być zatem atrakcyjną alternatywą dla inwestorów poszukujących bezpiecznych długoterminowych inwestycji – komentuje Dariusz Bednarski, wiceprezes Grant Thornton.
Choć dla firm o charakterze rodzinnym ważniejszym celem niż bieżący wynik finansowy jest długoterminowy, bezpieczny rozwój, to przedsiębiorstwa te w wielu przypadkach – zwłaszcza w okresach rynkowych zawirowań takich jak pandemia – wykazują wyższą rentowność niż spółki nierodzinne. Rentowność EBITDA (czyli bez kosztu oprocentowania długu, podatku dochodowego i amortyzacji) w ciągu ostatnich zaraportowanych 12 miesięcy (od IV kwartału 2019 r. do III kwartału 2020 r.) dla spółek rodzinnych wynosiła 12,3 proc., tymczasem dla pozostałych 10,8 proc. Zysk netto w tym okresie wyniósł w spółkach rodzinnych 2,7 proc., a dla pozostałych spółek odnotowano stratę na poziomie 1,5 proc. Jeszcze większe różnice widać na wskaźniku rentowności kapitału własnego, który wyniósł odpowiednio 5,1 proc i minus 2,2 proc.
O tym, że gracze giełdowi niemałym zaufaniem, zwłaszcza w trudnych czasach pandemii, obdarzają spółki zarządzane przez prywatnych właścicieli, świadczy też opracowany przez Grant Thornton indeks GT Rodzinne, pokazujący zachowanie akcji 20 największych spółek rodzinnych na GPW, według metodologii analogicznej do tworzenia indeksu WIG20. W okresie styczeń 2015 – luty 2021 indeks GT Rodzinne wzrósł o około 40 proc., natomiast spółki z indeksu WIG20 straciły w tym samym okresie na wartości ok. 16 proc. Ciekawa jest również analiza kształtowania się stopy zwrotu w zdominowanym już przez pandemię okresie luty 2020 r. – luty 2021 r. Spółki z indeksu GT Rodzinne zyskały 57 proc., a z WIG20 straciły 5 proc.
– Biznesy rodzinne odpowiadają za około dwie trzecie polskiego produktu krajowego brutto, stymulując wzrost gospodarczy i wzmacniając krajową przedsiębiorczość. W najnowszym indeksie Niemieckiej Fundacji Firm Rodzinnych, Polska plasuje się na 12. miejscu wśród 21 analizowanych krajów pod względem warunków prowadzenia działalności gospodarczej, wyprzedzając takie państwa, jak Belgia, Niemcy czy Japonia. Polscy przedsiębiorcy są emocjonalnie związani ze swoimi biznesami, które tworzyli od podstaw przez 30 lat wolnej gospodarki. Miedzy innymi dlatego biznesy rodzinne coraz chętniej wybierają drogę przez giełdę, która umożliwia pozyskiwanie kapitału na rozwój przy jednoczesnym zachowaniu kontroli właścicielskiej – podkreśla Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Nieco niepokojący z punktu widzenia potencjalnych inwestorów może być natomiast fakt, że wśród notowanych na GPW firm rodzinnych nadal niewiele jest takich, które mają uporządkowaną kwestię sukcesji pokoleniowej. Widać to na przykład po akcjonariacie części z tych przedsiębiorstw. Choć wielu twórców i głównych akcjonariuszy spółek rodzinnych zbliża się obecnie do wieku emerytalnego i z problemem sukcesji wkrótce będą musieli się zmierzyć, to tylko w przypadku 17 proc. tych spółek akcje są już w rękach przynajmniej jednego sukcesora.
Potomkowie obecnych właścicieli relatywnie rzadko są też obecni w najważniejszych organach spółek. Obecnie jedynie w co szóstej (16 proc.) spółce rodzinnej przedstawiciel pokolenia sukcesorów zasiada w zarządzie, a w co piątej (22 proc.) w radzie nadzorczej. Tymczasem aż połowa firm w zarządach i radach nadzorczych ma jedynego przedstawiciela rodziny, którym jest ich główny właściciel – nestor (odpowiednio 55 proc. i 48 proc.).
Może to świadczyć o tym, że potomkowie obecnych właścicieli firm są niezbyt często zainteresowani odziedziczeniem i osobistym prowadzeniem biznesów rodzinnych – co grozi tym, że po nieuniknionej zmianie pokoleniowej, te firmy popadną w kłopoty a nawet przestaną istnieć. Nie ma tu jednak reguły i dopiero za co najmniej kilkanaście lat, gdy ostatecznie odejdzie pierwsza generacja właścicieli, będzie się można przekonać, jak naprawdę wygląda krajobraz firm rodzinnych w Polsce.

Gospodarka 48 godzin

Widmo plajt
W ciągu dwóch pierwszych miesięcy 2021 r. w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 316 niewypłacalnościach polskich firm, czyli o 75 proc. więcej niż przed rokiem (181 niewypłacalności w styczniu i lutym 2020 r. Analiza obrotów i zatrudnienia wskazuje, że płynność masowo tracą firmy najmniejsze, często rodzinne, będące jednocześnie już wiele lat na rynku, co wyklucza problemy dotykające nowicjuszy w biznesie. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, powodującą upadłością bądź postępowanie restrukturyzacyjne.To efekt domina, kłopoty obejmują też kontrahentów. Najwięcej plajt jest w sektorze usług, w którym liczba niewypłacalności była przeszło trzykrotnie większa: 131 w styczniu i lutym 2021 r. wobec 45 przed rokiem (wzrost o 190 proc.). Przednówek jest niełatwy także dla budownictwa. Liczba bankructw wzrosła tu o 45 proc., z 22 przed rokiem do 30 w styczniu i lutym 2021 r. W produkcji odnotowano w tym czasie wzrost niewypłacalności o 42 proc, a w handlu o 31 proc. W żadnym z sektorów gospodarki nie było spadku liczby niewypłacalności licząc rok do roku. Usługi odczuwają nie tylko skutki drugiego zamknięcia gospodarki ogłoszonego jesienią 2020 r., ale także kryzysu w budżetach samorządów, firm i konsumentów. Oprócz plajt w hotelarstwie, gastronomii i cateringu oraz w ochronie zdrowia pojawiły się problemy firm utrzymania zieleni, ochrony, pośrednictwa pracy, opieki przedszkolnej – uważa Euler Hermes. Niewypłacalności obejmują również produkcję podstawowych artykułów spożywczych, uprawy i hodowlę. Efekt domina obejmuje otoczenie rolnictwa – problemy mają firmy obsługi upraw i chowu, skupujące i handlujące płodami rolnymi, zwierzętami oraz mięsem. W budownictwie spowolnienie realizacji dotychczasowych kontraktów i zawierania nowych w drugiej połowie ubiegłego roku, w połączeniu z ostrą zimą uderzyło zwłaszcza w firmy budownictwa specjalistycznego. „Problemy dotyczą zwłaszcza małych, ale stabilnych dotychczas firm rodzinnych, obecnych na rynku od wielu lat, a nie startupów i, płacących frycowe debiutantów” – mówi Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.

Postęp na dwóch odcinkach
Rząd wreszcie przymierza się do unowocześnienia archaicznego systemu pobierania opłat na państwowych autostradach. Na razie chodzi tylko o dwa niedługie odcinki Konin-Stryków (autostrada A2) i Wrocław-Sośnica (autostrada A4). Na odcinkach tych wprowadzona zostanie nowa metoda poboru opłaty w systemie swobodnego ruchu. Umożliwi to likwidację tam bramek i szlabanów. Jak wiadomo, w obecnym systemie poboru opłaty konieczne jest zatrzymanie auta i oczekiwanie na podniesienie szlabanu, co powoduje powstawanie zatorów w okresach zwiększonego ruchu. Jak zapowiada rząd, kierowcy korzystający z tych dwóch odcinków będą mogli kupić elektroniczny bilet autostradowy, który będzie obowiązywał w określonym czasie na danym odcinku autostrady. Nie trzeba będzie w tym celu instalować żadnego urządzenia. Kupno e-biletu ma być możliwe zarówno online, jak i w formie wydrukowanego biletu na stacji paliw czy w kiosku. Rząd obiecuje, że na tych dwóch odcinkach likwidacja bramek i możliwość zakupu biletów autostradowych nastąpi od 1 grudnia 2021 r.

Zacznijcie rozwiązywać te problemy!

Rząd PiS spisał bariery stojące przed przedsiębiorcami. Są znane od lat. Ciekawe, kiedy rząd wreszcie przedstawi konkretne sposoby ich pokonania?

W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii powstała Biała Księga Rozwoju Przemysłu. Zawarte w niej zapisy są zbiorem postulatów, barier i oczekiwań polskich przedsiębiorców oraz szeregu organizacji gospodarczych. Widać, że po pięciu latach rządów Prawa i Sprawiedliwości tych barier i oczekiwań – oraz propozycji ich przełamania – jest bardzo dużo.
Najważniejsze są bariery o charakterze powszechnym, dotykające niemal wszystkie lub dużą część branż polskiej gospodarki. Oto one.
· Niedoskonałe procesy kształcenia oraz deficyt kadr dla potrzeb poszczególnych dziedzin przemysłu.
· Niewystarczający dostęp do preferencyjnych form finansowania, w tym finansowania badań i rozwoju.
· Problemy związane z gospodarowaniem odpadami.
· Wydłużone i skomplikowane procedury administracyjne, w tym zbyt wielka ilość zbyt często zmieniających się przepisów oraz ich niejasność.
· Ograniczenia związane z przepisami prawa pracy.
· Wysokie koszty prowadzenia działalności gospodarczej związane głównie z cenami energii.
· Nieprawidłowe praktyki w zamówieniach publicznych ze strony zamawiających (nieuczciwe preferowanie jednego z kontrahentów).
Zdaniem resortu rozwoju, z analizy poszczególnych, zgłoszonych trudności należy wyciągnąć wniosek, że obecnie największą zdefiniowaną barierą jest dostęp do kadry pracowniczej. Wydaje się, że urzędnicy tego ministerstwa poszli nieco na łatwiznę, uznając właśnie tę barierę za najważniejszą – bo akurat jej usunięcie nie zależy od resortu rozwoju. Inne bariery natomiast leżą już w gestii pracowników tego ministerstwa. Gdyby więc uznali oni ich wagę, potwierdziliby swoją niską skuteczność no i dodali sobie pracy. Wiadomo zaś, że najłatwiej koncentrować się na problemach, które inni będą musieli rozwiązywać.
W rezultacie, w Białej Księdze Polskiego Przemysłu poświęca się wiele miejsca właśnie dostępowi do kadry pracowniczej. Urzędnicy przygotowujący tę księgę zwracają uwagę, że przedsiębiorcy zgłosili propozycje takie, jak stworzenie systemu zachęt dla absolwentów szkół średnich aby kontynuowali naukę na uczelniach technicznych (zwłaszcza w obszarze nowych technologii); doprowadzenie wreszcie do współpracy uczelni technicznych z przemysłem; przeprowadzenie reformy systemu kształcenia pod kątem jego dostosowania do potrzeb przemysłu. Jak wynika z Białej Księgi, przedsiębiorcy wskazują, że problem deficytu nie dotyczy tylko kadry wysokospecjalizowanej, ale także pracowników wykonujących prace fizyczne.
Kolejną zgłoszoną przez praktyków gospodarki barierą są ograniczone możliwości uzyskiwania finansowania ze strony państwa w formie grantów i niskooprocentowanych (czy wręcz umarzalnych) środków, w tym wspierających działalność inwestycyjną i badawczo-rozwojową.
Mówiąc ściślej, takie środki są – i to nawet niemałe, idące w grube miliony złotych – ale głównie dla krewnych i znajomych królika, dobrze widzianych przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Firma OncoArendi należąca do Marcina Szumowskiego, brata byłego już ministra zdrowia, od 2015 r. dostała łącznie 140 mln zł publicznych środków. Firma na swej stronie internetowej informuje, że jej ambicją jest m.in. „komercjalizacja przełomowych leków na raka, choroby włóknieniowe i zapalne”. Na razie jednak głucho o lekach, choćby nawet niekoniecznie przełomowych, które za sprawą OncoArendi zostały wprowadzone na rynek. Chodziłoby więc po prostu o to, aby pieniądze podatników były rozdzielane uczciwiej.
Część postulatów przedsiębiorców dotyczyła problemów związanych z otrzymaniem finansowania projektów w ramach przeprowadzanych konkursów. Zwracają oni uwagę, że rządowe programy badawcze są niedopasowane do potrzeb i możliwości poszczególnych branż, za długi jest czas oczekiwania na decyzję w kwestiach
związanych z akceptacją i realizacją projektu, regulaminy konkursów oraz warunki realizacji projektów badawczo – rozwojowych są niejednolite i zbyt zawiłe.
Dużym problemem, z jakim mierzą się polskie firmy są także kwestie spełnienia wymogów środowiskowych, w tym dla gospodarki o obiegu zamkniętym oraz związanych z nadmiernymi obciążeniami regulacyjnymi i obowiązkami dotyczącymi gospodarki odpadami.
Inną zdiagnozowaną przez przedsiębiorców barierą są długie i skomplikowane procedury, zwłaszcza – ale nie tylko – jeśli chodzi o przewlekłość wydawania decyzji administracyjnych (w czasie pandemii wszelkie terminy jeszcze się wydłużyły). Inflacja przepisów, zbyt duża zmienność i niejasność prawa, wpływają negatywnie na stabilność prowadzenia działalności gospodarczej.
Przedsiębiorcy wskazali też na coraz większe trudności powodowane przez rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Wzrastają zwłaszcza ceny energii, co wynika z narzucania transformacji energetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii.
Ważnym problemem są również kłopoty z przetargami. W zamówieniach publicznych nadużywane jest kryterium ceny w zamówieniach, a inne kryteria zostawiają zbyt duże pole do uznaniowości.
Wszystkie przedstawione tu bariery są znane od wielu lat i ich spisanie trudno uznać za osiągnięcie. Pytanie, kiedy wreszcie ze strony rządu PiS pojawią się konkretne sposoby ich pokonania?

Nowa opłata podniesie ceny elektroniki

Zarobi ZAiKS oraz inne organizacje zbiorowych praw autorskich, skorzystają też twórcy. Reszta Polaków straci.
Rząd PiS planuje rozszerzenie tzw. opłaty reprograficznej na laptopy, komputery stacjonarne, tablety, telewizory i smartfony. Jest to opłata, która ma stanowić rekompensatę dla twórców za wielokrotne odsłuchiwanie ich utworów na użytek osobisty przez osoby fizyczne.
Dziś kwoty z tytułu opłat reprograficznych uiszczane są w Polsce przez producentów i importerów drukarek, kserokopiarek, skanerów, faksów, magnetowidów oraz tzw. czystych nośników (kaset magnetofonowych, kaset VHS, płyt CD i DVD, papieru formatu A3 i A4). Ciężar opłaty, która w efekcie zwiększa cenę urządzenia lub nośnika, obciąża końcowego nabywcę produktu czyli każdego z nas.
Maksymalna stawka opłaty wynosi 3 proc. ceny sprzedaży urządzenia lub nośnika (w praktyce, od 1 do 3 proc.). Stawkę dolicza się do ceny tych urządzeń i materiałów, a potem przekazuje na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (u nas to głównie ZAiKS). Organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, po potrąceniu (sowitych) kosztów inkasa opłat, przekazują część otrzymanych kwot twórcom jako wspomnianą rekompensatę.
W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego trwają prace nad projektem ustawy, który ma wprowadzić opłatę m.in. na smartfony, tablety, telewizory i komputery, podnoszącą oczywiście cenę tego sprzętu. Przeciwko takiemu rozwiązaniu jest około 75 proc. osób, które wzięły udział w badaniu przeprowadzonym przez Social Changes na przełomie stycznia i lutego br. W badaniu wzięła udział grupa ponad 2 tys. osób. Wynik tego sondażu był oczywisty, bo trudno, żeby ktoś popierał to, że przyjdzie mu więcej zapłacić. Należy się wręcz dziwić, że znalazło się aż 25 proc. badanych nie mających nic przeciwko rozszerzeniu opłaty reprograficznej.
Z sondażu wynika również, że 86 proc. Polaków uznaje taką opłatę za dodatkowy podatek, a ponad połowa ankietowanych uważa, że państwo powinno obniżyć opodatkowanie elektroniki w czasie pandemii. Deklarują oni, że po po wprowadzeniu opłaty będzie kupować sprzęt rzadziej (24 proc.) lub zdecydowanie rzadziej (30 proc.).
Polacy nie są zresztą zwolennikami poprawy sytuacji materialnej twórców. Aż 91 proc. badanych jest przeciwnych przywilejom emerytalnym dla artystów, nie bacząc na to, że natura działania artystycznego jest taka, iż często zgromadzić środki na zapewnienie sobie emerytury.
Planowane rozszerzenie opłaty reprograficznej nie podoba się także Związkowi Przedsiębiorców i Pracodawców oraz przedsiębiorcom z branży elektroniki użytkowej.
— Wprowadzenie podatku od smartfonów uderzy nie tylko w konsumentów, ale też w polskich importerów i dystrybutorów elektroniki. Są to firmy, które zatrudniają dziesiątki tysięcy osób. Dodatkowy podatek z pewnością odbije się na możliwości konkurowania z zagranicznymi firmami. Ponadto, wielu Polaków jest zmuszonych do nieplanowanych wydatków. Dlatego niezrozumiałe jest wprowadzanie kolejnego podatku, który wpłynie na wzrost cen urządzeń niezbędnych obecnie do pracy i nauki — mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.
Zdaniem Andrzeja Przybyło, prezesa grupy AB sprzedającej elektronikę użytkową, dziś według Eurostatu elektronika w Polsce jest najtańsza w Unii Europejskiej. Po wprowadzeniu nowego podatku może stać się najdroższa.
Nie ulega wątpliwości, że negatywne skutki rozszerzenia opłaty reprograficznej w największym stopniu odczują osoby starsze, już dziś bardziej narażone na wykluczenie cyfrowe.