Gospodarka 48 godzin

Widmo plajt
W ciągu dwóch pierwszych miesięcy 2021 r. w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 316 niewypłacalnościach polskich firm, czyli o 75 proc. więcej niż przed rokiem (181 niewypłacalności w styczniu i lutym 2020 r. Analiza obrotów i zatrudnienia wskazuje, że płynność masowo tracą firmy najmniejsze, często rodzinne, będące jednocześnie już wiele lat na rynku, co wyklucza problemy dotykające nowicjuszy w biznesie. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, powodującą upadłością bądź postępowanie restrukturyzacyjne.To efekt domina, kłopoty obejmują też kontrahentów. Najwięcej plajt jest w sektorze usług, w którym liczba niewypłacalności była przeszło trzykrotnie większa: 131 w styczniu i lutym 2021 r. wobec 45 przed rokiem (wzrost o 190 proc.). Przednówek jest niełatwy także dla budownictwa. Liczba bankructw wzrosła tu o 45 proc., z 22 przed rokiem do 30 w styczniu i lutym 2021 r. W produkcji odnotowano w tym czasie wzrost niewypłacalności o 42 proc, a w handlu o 31 proc. W żadnym z sektorów gospodarki nie było spadku liczby niewypłacalności licząc rok do roku. Usługi odczuwają nie tylko skutki drugiego zamknięcia gospodarki ogłoszonego jesienią 2020 r., ale także kryzysu w budżetach samorządów, firm i konsumentów. Oprócz plajt w hotelarstwie, gastronomii i cateringu oraz w ochronie zdrowia pojawiły się problemy firm utrzymania zieleni, ochrony, pośrednictwa pracy, opieki przedszkolnej – uważa Euler Hermes. Niewypłacalności obejmują również produkcję podstawowych artykułów spożywczych, uprawy i hodowlę. Efekt domina obejmuje otoczenie rolnictwa – problemy mają firmy obsługi upraw i chowu, skupujące i handlujące płodami rolnymi, zwierzętami oraz mięsem. W budownictwie spowolnienie realizacji dotychczasowych kontraktów i zawierania nowych w drugiej połowie ubiegłego roku, w połączeniu z ostrą zimą uderzyło zwłaszcza w firmy budownictwa specjalistycznego. „Problemy dotyczą zwłaszcza małych, ale stabilnych dotychczas firm rodzinnych, obecnych na rynku od wielu lat, a nie startupów i, płacących frycowe debiutantów” – mówi Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.

Postęp na dwóch odcinkach
Rząd wreszcie przymierza się do unowocześnienia archaicznego systemu pobierania opłat na państwowych autostradach. Na razie chodzi tylko o dwa niedługie odcinki Konin-Stryków (autostrada A2) i Wrocław-Sośnica (autostrada A4). Na odcinkach tych wprowadzona zostanie nowa metoda poboru opłaty w systemie swobodnego ruchu. Umożliwi to likwidację tam bramek i szlabanów. Jak wiadomo, w obecnym systemie poboru opłaty konieczne jest zatrzymanie auta i oczekiwanie na podniesienie szlabanu, co powoduje powstawanie zatorów w okresach zwiększonego ruchu. Jak zapowiada rząd, kierowcy korzystający z tych dwóch odcinków będą mogli kupić elektroniczny bilet autostradowy, który będzie obowiązywał w określonym czasie na danym odcinku autostrady. Nie trzeba będzie w tym celu instalować żadnego urządzenia. Kupno e-biletu ma być możliwe zarówno online, jak i w formie wydrukowanego biletu na stacji paliw czy w kiosku. Rząd obiecuje, że na tych dwóch odcinkach likwidacja bramek i możliwość zakupu biletów autostradowych nastąpi od 1 grudnia 2021 r.

Zacznijcie rozwiązywać te problemy!

Rząd PiS spisał bariery stojące przed przedsiębiorcami. Są znane od lat. Ciekawe, kiedy rząd wreszcie przedstawi konkretne sposoby ich pokonania?

W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii powstała Biała Księga Rozwoju Przemysłu. Zawarte w niej zapisy są zbiorem postulatów, barier i oczekiwań polskich przedsiębiorców oraz szeregu organizacji gospodarczych. Widać, że po pięciu latach rządów Prawa i Sprawiedliwości tych barier i oczekiwań – oraz propozycji ich przełamania – jest bardzo dużo.
Najważniejsze są bariery o charakterze powszechnym, dotykające niemal wszystkie lub dużą część branż polskiej gospodarki. Oto one.
· Niedoskonałe procesy kształcenia oraz deficyt kadr dla potrzeb poszczególnych dziedzin przemysłu.
· Niewystarczający dostęp do preferencyjnych form finansowania, w tym finansowania badań i rozwoju.
· Problemy związane z gospodarowaniem odpadami.
· Wydłużone i skomplikowane procedury administracyjne, w tym zbyt wielka ilość zbyt często zmieniających się przepisów oraz ich niejasność.
· Ograniczenia związane z przepisami prawa pracy.
· Wysokie koszty prowadzenia działalności gospodarczej związane głównie z cenami energii.
· Nieprawidłowe praktyki w zamówieniach publicznych ze strony zamawiających (nieuczciwe preferowanie jednego z kontrahentów).
Zdaniem resortu rozwoju, z analizy poszczególnych, zgłoszonych trudności należy wyciągnąć wniosek, że obecnie największą zdefiniowaną barierą jest dostęp do kadry pracowniczej. Wydaje się, że urzędnicy tego ministerstwa poszli nieco na łatwiznę, uznając właśnie tę barierę za najważniejszą – bo akurat jej usunięcie nie zależy od resortu rozwoju. Inne bariery natomiast leżą już w gestii pracowników tego ministerstwa. Gdyby więc uznali oni ich wagę, potwierdziliby swoją niską skuteczność no i dodali sobie pracy. Wiadomo zaś, że najłatwiej koncentrować się na problemach, które inni będą musieli rozwiązywać.
W rezultacie, w Białej Księdze Polskiego Przemysłu poświęca się wiele miejsca właśnie dostępowi do kadry pracowniczej. Urzędnicy przygotowujący tę księgę zwracają uwagę, że przedsiębiorcy zgłosili propozycje takie, jak stworzenie systemu zachęt dla absolwentów szkół średnich aby kontynuowali naukę na uczelniach technicznych (zwłaszcza w obszarze nowych technologii); doprowadzenie wreszcie do współpracy uczelni technicznych z przemysłem; przeprowadzenie reformy systemu kształcenia pod kątem jego dostosowania do potrzeb przemysłu. Jak wynika z Białej Księgi, przedsiębiorcy wskazują, że problem deficytu nie dotyczy tylko kadry wysokospecjalizowanej, ale także pracowników wykonujących prace fizyczne.
Kolejną zgłoszoną przez praktyków gospodarki barierą są ograniczone możliwości uzyskiwania finansowania ze strony państwa w formie grantów i niskooprocentowanych (czy wręcz umarzalnych) środków, w tym wspierających działalność inwestycyjną i badawczo-rozwojową.
Mówiąc ściślej, takie środki są – i to nawet niemałe, idące w grube miliony złotych – ale głównie dla krewnych i znajomych królika, dobrze widzianych przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Firma OncoArendi należąca do Marcina Szumowskiego, brata byłego już ministra zdrowia, od 2015 r. dostała łącznie 140 mln zł publicznych środków. Firma na swej stronie internetowej informuje, że jej ambicją jest m.in. „komercjalizacja przełomowych leków na raka, choroby włóknieniowe i zapalne”. Na razie jednak głucho o lekach, choćby nawet niekoniecznie przełomowych, które za sprawą OncoArendi zostały wprowadzone na rynek. Chodziłoby więc po prostu o to, aby pieniądze podatników były rozdzielane uczciwiej.
Część postulatów przedsiębiorców dotyczyła problemów związanych z otrzymaniem finansowania projektów w ramach przeprowadzanych konkursów. Zwracają oni uwagę, że rządowe programy badawcze są niedopasowane do potrzeb i możliwości poszczególnych branż, za długi jest czas oczekiwania na decyzję w kwestiach
związanych z akceptacją i realizacją projektu, regulaminy konkursów oraz warunki realizacji projektów badawczo – rozwojowych są niejednolite i zbyt zawiłe.
Dużym problemem, z jakim mierzą się polskie firmy są także kwestie spełnienia wymogów środowiskowych, w tym dla gospodarki o obiegu zamkniętym oraz związanych z nadmiernymi obciążeniami regulacyjnymi i obowiązkami dotyczącymi gospodarki odpadami.
Inną zdiagnozowaną przez przedsiębiorców barierą są długie i skomplikowane procedury, zwłaszcza – ale nie tylko – jeśli chodzi o przewlekłość wydawania decyzji administracyjnych (w czasie pandemii wszelkie terminy jeszcze się wydłużyły). Inflacja przepisów, zbyt duża zmienność i niejasność prawa, wpływają negatywnie na stabilność prowadzenia działalności gospodarczej.
Przedsiębiorcy wskazali też na coraz większe trudności powodowane przez rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Wzrastają zwłaszcza ceny energii, co wynika z narzucania transformacji energetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii.
Ważnym problemem są również kłopoty z przetargami. W zamówieniach publicznych nadużywane jest kryterium ceny w zamówieniach, a inne kryteria zostawiają zbyt duże pole do uznaniowości.
Wszystkie przedstawione tu bariery są znane od wielu lat i ich spisanie trudno uznać za osiągnięcie. Pytanie, kiedy wreszcie ze strony rządu PiS pojawią się konkretne sposoby ich pokonania?

Nowa opłata podniesie ceny elektroniki

Zarobi ZAiKS oraz inne organizacje zbiorowych praw autorskich, skorzystają też twórcy. Reszta Polaków straci.
Rząd PiS planuje rozszerzenie tzw. opłaty reprograficznej na laptopy, komputery stacjonarne, tablety, telewizory i smartfony. Jest to opłata, która ma stanowić rekompensatę dla twórców za wielokrotne odsłuchiwanie ich utworów na użytek osobisty przez osoby fizyczne.
Dziś kwoty z tytułu opłat reprograficznych uiszczane są w Polsce przez producentów i importerów drukarek, kserokopiarek, skanerów, faksów, magnetowidów oraz tzw. czystych nośników (kaset magnetofonowych, kaset VHS, płyt CD i DVD, papieru formatu A3 i A4). Ciężar opłaty, która w efekcie zwiększa cenę urządzenia lub nośnika, obciąża końcowego nabywcę produktu czyli każdego z nas.
Maksymalna stawka opłaty wynosi 3 proc. ceny sprzedaży urządzenia lub nośnika (w praktyce, od 1 do 3 proc.). Stawkę dolicza się do ceny tych urządzeń i materiałów, a potem przekazuje na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (u nas to głównie ZAiKS). Organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, po potrąceniu (sowitych) kosztów inkasa opłat, przekazują część otrzymanych kwot twórcom jako wspomnianą rekompensatę.
W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego trwają prace nad projektem ustawy, który ma wprowadzić opłatę m.in. na smartfony, tablety, telewizory i komputery, podnoszącą oczywiście cenę tego sprzętu. Przeciwko takiemu rozwiązaniu jest około 75 proc. osób, które wzięły udział w badaniu przeprowadzonym przez Social Changes na przełomie stycznia i lutego br. W badaniu wzięła udział grupa ponad 2 tys. osób. Wynik tego sondażu był oczywisty, bo trudno, żeby ktoś popierał to, że przyjdzie mu więcej zapłacić. Należy się wręcz dziwić, że znalazło się aż 25 proc. badanych nie mających nic przeciwko rozszerzeniu opłaty reprograficznej.
Z sondażu wynika również, że 86 proc. Polaków uznaje taką opłatę za dodatkowy podatek, a ponad połowa ankietowanych uważa, że państwo powinno obniżyć opodatkowanie elektroniki w czasie pandemii. Deklarują oni, że po po wprowadzeniu opłaty będzie kupować sprzęt rzadziej (24 proc.) lub zdecydowanie rzadziej (30 proc.).
Polacy nie są zresztą zwolennikami poprawy sytuacji materialnej twórców. Aż 91 proc. badanych jest przeciwnych przywilejom emerytalnym dla artystów, nie bacząc na to, że natura działania artystycznego jest taka, iż często zgromadzić środki na zapewnienie sobie emerytury.
Planowane rozszerzenie opłaty reprograficznej nie podoba się także Związkowi Przedsiębiorców i Pracodawców oraz przedsiębiorcom z branży elektroniki użytkowej.
— Wprowadzenie podatku od smartfonów uderzy nie tylko w konsumentów, ale też w polskich importerów i dystrybutorów elektroniki. Są to firmy, które zatrudniają dziesiątki tysięcy osób. Dodatkowy podatek z pewnością odbije się na możliwości konkurowania z zagranicznymi firmami. Ponadto, wielu Polaków jest zmuszonych do nieplanowanych wydatków. Dlatego niezrozumiałe jest wprowadzanie kolejnego podatku, który wpłynie na wzrost cen urządzeń niezbędnych obecnie do pracy i nauki — mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.
Zdaniem Andrzeja Przybyło, prezesa grupy AB sprzedającej elektronikę użytkową, dziś według Eurostatu elektronika w Polsce jest najtańsza w Unii Europejskiej. Po wprowadzeniu nowego podatku może stać się najdroższa.
Nie ulega wątpliwości, że negatywne skutki rozszerzenia opłaty reprograficznej w największym stopniu odczują osoby starsze, już dziś bardziej narażone na wykluczenie cyfrowe.

Przedsiębiorcy proszą o wsparcie

Tu nie wystarczy miłosierdzie gminy. Potrzebna jest systemowa pomoc ze strony rządu, który powinien odpowiadać za skutki swych działań.
Drobniejsi przedsiębiorcy pominięci w dotychczasowych tarczach antykryzysowych upominają się o wsparcie. Zorganizowali konferencję, na której razem z nimi wystąpił Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorstw Adam Abramowicz.
Przedsiębiorcy zaprezentowali na konferencji petycję o uwzględnienie ich w tarczach pomocowych, jaką wystosowali do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. Zwrócili oni uwagę na istnienie licznej grupy firm, które mimo spadków obrotów rzędu 70 – 80 proc. nie otrzymały od rządu wsparcia, a powodem był m.in. nieodpowiedni numer w Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD). – Ci przedsiębiorcy reprezentują sektor MŚP. Przed epidemią ich działalność doskonale się rozwijała i pozwalała utrzymać siebie oraz najbliższą rodzinę. Dopiero koronawirus i zamknięcie gospodarki sprawiły, że firmy te zaczęły borykać się z problemami. Od czterech miesięcy, nie mogąc normalnie pracować, znalazły się na krawędzi bankructwa. Dotychczas nie wypłacono im ani złotówki rekompensaty ponieważ nie mają właściwego numeru PKD – powiedział Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.
Przykładem może być działalność Magdaleny Leszczak-Wardęgi. Jej firma wynajmuje namioty wraz z wyposażeniem na targi i imprezy rozrywkowe. Od marca 2020 roku pani Magdalena jest niemal pozbawiona przychodów, a mimo to nie została objęta rekompensatami, gdyż jej kod PKD – 77.39 Z (wynajem i dzierżawa pozostałych maszyn, urządzeń oraz dóbr materialnych) – nie został zakwalifikowany do pomocy z tarczy. Stało się tak pomimo tego, że pod tym kodem działa wielu przedsiębiorców ściśle współpracujących z zamkniętymi branżami, a tym samym także pozbawionych przychodów.
Wstrzymanie ruchu turystycznego i trudności w przekraczaniu granicy były z kolei źródłem problemów firm Barbary Bielinowicz i Moniki Tęczy. Pierwsza z pań zajmuje się handlem przygranicznym na zachodzie Polski. Przez wprowadzone obostrzenia, niemieccy kupujący nie mogą przekroczyć granicy i jej firma straciła swoje główne źródło dochodu. Natomiast pani Monika prowadzi sklep z pamiątkami na krakowskim rynku. W 2020 roku liczba turystów odwiedzających Kraków zmniejszyła się o połowę, a pod koniec roku, z powodu zamknięcia hoteli i atrakcji turystycznych, spadła niemal do zera.
Mimo braku przychodu spowodowanego decyzją o blokadzie części gospodarki, z powodu nieuwzględnienia posiadanych przez obie firmy kodów PKD, państwo odmówiło im jakiekolwiek pomocy.
Paweł Churzępa, jubiler, podczas konferencji prasowej reprezentował ogół przedsiębiorców prowadzących działalność w galeriach handlowych. Podkreślił on, że w ciągu ostatnich miesięcy rząd dwukrotnie – w listopadzie 2020 r. i w styczniu bieżącego – radykalnie ograniczył działalność w centrach handlowych, pozwalając działać tylko wybranym sklepom. Nie wszystkie zamknięte firmy w galeriach mogą jednak składać wnioski o pomoc. Pominięte zostały chociażby sklepy z zabawkami, sprzętem elektronicznym czy właśnie jubilerzy.
Sala zabaw dla dzieci, prowadzona przez Ewelinę Szmit, rozpoczęła działalność dopiero w 2020 roku. Pierwszy lockdown zatrzymał rozwój firmy ale odmrożenie gospodarki pozwoliło wyjść na prostą. W ostatnim kwartale było wiele rezerwacji na imprezy na dzieci, które niestety w wyniku drugiego zamknięcia trzeba było odwołać. Brak możliwości porównania spadku przychodów, z powodu braku prowadzenia działalności w 2019 roku, wyeliminował Ewelinę Szmit z przeważającej większości programów pomocowych.
Joanna Dłużniewska prowadzi firmę sprzedającą odzież. Ten konkretny rodzaj działalności znalazł się w tarczach. Niestety, w wyniku niedopatrzenia, przedsiębiorstwu pani Joanny wpisano inny dominujący kod PKD. Tylko z tego powodu, mimo ponad 70 proc. spadku obrotów, musi ona wciąż uiszczać składki na ubezpieczenia społeczne ale nie otrzyma świadczenia postojowego ani dotacji na prowadzenie działalności.
Delegacja przedsiębiorców spotkała się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Ich petycja została podpisana przez ponad 2000 firm. Postuluje ona włączenie do tarcz przedsiębiorstw ze spadkiem obrotów powyżej 70 proc., bez względu na kod PKD. Wicepremier Gowin zapowiedział „podjęcie kroków”, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70 proc., niezależnie od ich kodu PKD i daty rozpoczęcia działalności. Problem w tym, że pozycja Jarosława Gowina w rządzie nigdy nie była mocna, a teraz stała się już iluzoryczna. Na pomoc czekają zaś tysiące firm pozbawionych przychodu przez lockdown i pozostających poza tarczami. Te przedsiębiorstwa są już na krawędzi bankructwa i tylko niezwłoczne objęcie ich wsparciem może temu zapobiec.

Gospodarka 48 godzin

Co w firmach piszczy

W polskiej gospodarce zauważalny spadek rentowności nastąpił w: górnictwie, części działalności usługowej, energetyce, kulturze, hotelach i restauracjach oraz obsłudze nieruchomości. To oczywisty skutek pandemii. Tak zwany syntetyczny wskaźnik sytuacji bieżącej przedsiębiorstw w czwartym kwartale ubiegłego roku kształtował się na najniższym poziomie od globalnego kryzysu z lat 2008 – 10. Firmy nie przewidują raczej poprawy swej bieżącej kondycji ekonomicznej oraz stopnia wykorzystania zdolności produkcyjnych. Jednakże, jak zauważa Narodowy Bank Polski, sporo przedsiębiorstw zanotowało poprawę wyników finansowych w sytuacji spadku przychodów, co wynikało głównie z wyraźnej redukcji kosztów usług obcych oraz towarów zakupionych w celu dalszej odsprzedaży. Mimo „wstrząsów podażowych” spowodowanych pandemią, firmy nie sygnalizowały problemów związanych z zakłóceniami w łańcuchach dostaw, ani nie występowały istotniejsze niedopasowania poziomu zapasów do potrzeb. W firmach nieco obniżył się deklarowany poziom niepewności, ale wciąż jest on bardzo wysoki. Ogólna sytuacja na rynku pracy pogarsza się, ale stosunkowo łagodnie. Mimo to, są branże, w których w ubiegłym roku spadki zatrudnienia były dwucyfrowe. Trudniejsza sytuacja na rynku pracy istotnie zmniejsza także presję pracowników na podniesienie płac i w efekcie obniża prognozy ich wzrostu. Jak zauważa NBP, w czwartym kwartale 2020 r. do historycznie wysokiego poziomu wzrósł odsetek firm, które nie miały problemów z płynnością finansową. Prognozy co do płynności na ten rok są lekko ujemne, ale znacznie lepsze niż w najtrudniejszym, drugim kwartale minionego roku. W firmach nieznacznie tylko wzrosło ryzyko bankructwa. Wyraźnie poprawiły się w nich nastroje inwestycyjne, ale nadal pozostają słabsze niż przed wybuchem kryzysu COVID-19. W świetle deklaracji przedsiębiorstw, w pierwszym kwartale 2021 r. poziom nakładów inwestycyjnych może się nawet obniżać w relacji rocznej, zaś plany inwestycji na cały 2021 r. zakładają, że te nakłady najwyżej zbliżą się do ubiegłorocznych i eksporterzy. Z punktu widzenia konkurencyjności polskiej gospodarki istotne jest to, że następuje zwiększenie zainteresowania eksporterów rozszerzaniem zdolności produkcyjnych i zastosowaniem nowoczesnych technologii. Według deklaracji ankietowanych przez NBP firm, koniec ubiegłego roku przyniósł niewielkie zainteresowanie kredytami bankowymi – zaledwie 15 proc. badanych przedsiębiorstw ubiegało się o kredyt. Ci co się ubiegali, przeważnie dostali. Odsetek zaakceptowanych przez banki wniosków kredytowych sięgnął 88 proc. W prognozach na bieżący rok widoczny jest jednak przyrost odsetka firm, które przewidują, że nastąpi pogorszenie jakości obsługi zobowiązań kredytowych – a to raczej nie wskazuje na możliwość szybkiego rozwoju w 2021 r.

Nadzieje bankierów
Na pierwszy kwartał 2021 r. banki komercyjne w Polsce deklarują łagodzenie kryteriów udzielania kredytów mieszkaniowych i generalnie oczekują dostrzegalnego wzrostu popytu na kredyty. W ten sposób władze banków liczą na poprawę sytuacji ekonomicznej swoich firm.

Broni się jedynie handel

W polskiej gospodarce cały czas przeważają opinie, według których nie należy oczekiwać szybkiego rozwoju.
Wartość barometru koniunktury dla sektora handlowego na pierwszy kwartał bieżącego roku wyniosła 50,7 pkt. W ostatnim kwartale ubiegłego roku było to więcej, bo 52,8 pkt. Choć porównując kwartał do kwartału widać spadek (o 2,1 pkt.), to handel wciąż ma najwyższy odczyt wśród wszystkich najważniejszych sektorów polskiej gospodarki. Jego wartość jako jedyna przekracza próg ograniczonego rozwoju (50 pkt). Barometr koniunktury jest wskaźnikiem informującym o skłonności małych oraz średnich firm do wzrostu i rozwoju.
Na taki wynik największy wpływ miały prognozy w obszarze sprzedaży i płynności finansowej. Ponad 28 proc. przedstawicieli firm handlowych spodziewa się wzrostu zamówień w pierwszym kwartale tego roku – to największy odsetek wśród wszystkich najważniejszych sektorów. Warto jednak zwrócić uwagę, że spadek sprzedaży przewiduje niewiele mniej liczna grupa – 27,5 proc. zapytanych.
Za sprzedażą idą w miarę niezłe prognozy dotyczące płynności finansowej. Tutaj, podobnie, jest najbardziej liczna grupa optymistów spośród badanych sektorów gospodarki. Na poprawę płynności wskazuje co czwarty przedstawiciel branży handlowej. 17,5 proc. przedsiębiorców przewiduje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (kredyty).
Eksperci Europejskiego Funduszu Leasingowego, przygotowujący ten barometr koniunktury, zwracają uwagę, że choć handel wydaje się być dziedziną najbardziej odporną na pandemię koronawirusa, głównie za sprawą rozkwitu zakupów internetowych, to jednak ponad połowa (56 proc.) przedstawicieli branży handlowej prognozuje upadki firm i zamykanie działalności gospodarczych. Natomiast prawie trzy czwarte (72 proc.) uważa, że koronawirus będzie mieć niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację ich firmy. Handel obawia się konieczności likwidowania wielu biznesów. Po branży hotelarskiej, restauracyjnej i cateringowej jest to najwyższy odsetek wśród badanych sektorów gospodarki.
Jeśli chodzi o inwestycje, to 92,5 proc. przedsiębiorców handlowych nie planuje ich wzrostu. W ocenie poziomu inwestycji handel niczym nie wyróżnia się na tle pozostałych sektorów polskiej gospodarki. Tylko 3 proc. zapytanych planuje więcej inwestować. – Handel jako jedyna branża może pochwalić się dwoma odczytami z rzędu powyżej progu ograniczonego rozwoju, który oznacza, że firmy widzą szansę na pójście do przodu. Pandemia mocno dotknęła sektor handlowy, szczególnie gałąź tradycyjną, a powrót do poziomu sprzed Covid-19 zajmie trochę czasu, to jednak warto zwrócić uwagę na pozytywną zmianę. Jest nią przyspieszenie cyfryzacji sektora, zarówno po stronie sprzedawców jak i kupujących. Duża część sklepów wdrożyła wiele nowych rozwiązań aby przetrwać ten trudny czas. Z drugiej strony, na zdalne zakupy przerzuciło się wielu Polaków. Rynek e-commerce w ubiegłym roku mógł wzrosnąć nawet o jedną czwartą w porównaniu do 2019 r. – mówi Radosław Woźniak, prezes EFL.
Co do wpływu pandemii na sektor handlowy, należy zauważyć umiarkowany optymizm panujący wśród jego przedstawicieli. Na pytanie „ jak zmieni się kondycja branży w ciągu kolejnych 6 miesięcy?” największy odsetek stanowią ci, którzy nie przewidują zmiany (32 proc.). Aż 28 proc. zapytanych spodziewa się pogorszenia sytuacji w pierwszej części tego roku, podczas gdy polepszenia 26 proc. Optymiści należą więc do zdecydowanej mniejszości w branży handlowej, ale ten ostatni wynik stanowi „światełko w tunelu”, gdyż jest najwyższy od samego początku epidemii w Polsce, czyli od marca 2020 roku.
Handel jeszcze lepiej prezentuje się na tle głównego indeksu barometru koniunktury Europejskiego Funduszu Leasingowego. Wartość wskazań barometru na pierwszy kwartał bieżącego roku wyniosła dla polskiej gospodarki tylko 49,3 pkt. Osiągnięty poziom jest wprawdzie o 0,8 pkt. wyższy niż w czwartym kwartale 2020 r., ale to wciąż wskaźnik zakładający zwijanie się i plajtowanie, a nie rozwój.

Gospodarka 48 godzin

Wprowadzali w błąd
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ukarał firmę oferującą usługi komunikacyjne – Telestradę S.A. z Warszawy.Telestrada ma zapłacić ponad 8 mln zł kary pieniężnej, oraz zawiadomić o tej karze klientów, którzy w okresie od 1 stycznia 2018 r. do 30 czerwca 2020 r. zawarli z firmą umowy o świadczenie usług telekomunikacyjnych. Przedstawiciele przedsiębiorstwa pozyskiwali klientów, podszywając się pod ich dotychczasowego operatora. Nie wydawali klientom podpisanych z nimi umów oraz załączników do nich. „Działalności Telestrady przyglądaliśmy się od końca 2019 roku, gdy zaczęły do nas napływać liczne skargi na jej praktyki. Wszczęliśmy wobec spółki postępowanie, które potwierdziło sygnały konsumentów. Absolutnie niedopuszczalne jest podszywanie się pod innych przedsiębiorców i wykorzystywanie tego do wprowadzania konsumentów w błąd. W tym przypadku dużą grupę poszkodowanych stanowili seniorzy, zatem zachowanie przedsiębiorcy należy potępić z jeszcze większą stanowczością” – informuje prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Przedstawiciele Telestrady, po telefonicznym kontakcie pracownika firmy z potencjalnym klientem, zjawiali się w jego domu, aby podpisać umowę. Na celownik wzięli głównie osoby starsze, powyżej 65 roku życia. W jednej ze skarg klienta z Ostródy czytamy: „Zjawił się mężczyzna do mojego domu o przedłużenie umowy na telefon stacjonarny z Orange. Ja pytałem jego czy on jest z Orange. Powiedział, że musieli zmienić z Orange na Telestradę ze względu na podatek. Ja uwierzyłem a to on skłamał, bo przyszły nam rachunki z Orange i Telestrady. Ja mam 89 lat i nie mogę na dwie firmy płacić”. W skardze wnuczki klienta dowiadujemy się zaś, że: „z relacji dziadka wynika, że umowa została dosłownie podpisana na masce samochodu”. Przedstawiciele Telestrady wprowadzali w błąd swoich potencjalnych klientów sugerując, że reprezentują ich dotychczasowego operatora, który oferuje im zmianę warunków na korzystniejsze. Zgodnie z prawem przed podpisaniem umowy powinni oni dostać pełne, jednoznaczne i rzetelne informacje o ofercie i przedsiębiorcy, który ją przedstawia. „Praktyki Telestrady godziły w interesy konsumentów. Spółka miała świadomość, że działania jej przedstawicieli w różnych regionach kraju są niezgodne z prawem. O wątpliwych praktykach swoich pracowników wiedziała nie tylko ze skarg konsumentów, ale również z licznych wystąpień miejskich i powiatowych rzeczników konsumentów czy Urzędu Komunikacji Elektronicznej” – uważa prezes Tomasz Chróstny. Kara jest nieprawomocna, firma najprawdopodobniej odwoła się do sądu. Wprowadzanie konsumentów w błąd to nieuczciwa praktyka rynkowa. Grozi za nią kara do 10 proc. obrotów firmy. W przeszłości UOKiK karał już firmy telekomunikacyjne za podszywanie się pod dotychczasowego operatora, np. Telekomunikację Stacjonarną.

Bezzębny Sanepid
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie ocenił, że rozporządzenie o nakazie zasłaniania nosa i ust zostało wydane w sposób sprzeczny z Konstytucją. Ustawa o zwalczaniu chorób zakaźnych pozwoliła nakazywać to osobom chorym i podejrzanym o zachorowanie. Rządowe rozporządzenie nałożyło zaś obowiązek noszenia maseczek na wszystkich Polaków. Kary nakładane przez Sanepid są zatem bezprawne.

MFW bada stan naszej gospodarki

Dotychczas realizacja programów wsparcia przebiegała generalnie szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki. W Polsce konieczne jest jednak podwyższenie wieku emerytalnego.
Misja Międzynarodowego Funduszu Walutowego przeprowadziła w Polsce wirtualną wizytę w dniach 2-19 listopada br. Efektem jej prac było oświadczenie na temat stanu polskiej gospodarki oraz działań rządu.
Oświadczenie stwierdza, że aktywność gospodarcza w Polsce spadnie w bieżącym kwartale, co oznacza, że produkcja może spaść o 3,4 proc. w całym 2020 r.
Kluczowym wyzwaniem stojącym przed polskimi decydentami jest kontrolowanie pandemii i zapobieganie trwałym szkodom dla gospodarki. Aby stawić czoła trwającej drugiej fali, Polska powinna wykorzystać istniejące możliwości w celu zapewnienia dodatkowego wsparcia dotkniętym kryzysem firmom i gospodarstwom domowym oraz zwiększać wydatki na ochronę zdrowia w nadchodzącym roku.
Kiedy pandemia zostanie opanowana, a ożywienie gospodarcze utrwali się, polska polityka będzie musiała być w coraz większym stopniu ukierunkowana na zwiększenie podaży siły roboczej i sprzyjanie alokacji zasobów potrzebnych do powrotu do silnego wzrostu sprzed pandemii.
Oczekuje się, że spowolnienie działalności spowodowane wzrostem liczby infekcji wirusowych i związanymi z nimi ograniczeniami sanitarnymi ustąpi w 2021 r. W rezultacie wzrost gospodarczy Polski prognozowany jest na 2,7 proc. w przyszłym roku.
Misja MFW zauważa jednak, że istnieje możliwość nastąpienia kolejnych fal epidemii wirusów, co stanowi wyraźne ryzyko pogorszenia sytuacji. Wczesna dostępność szczepionki na Covid mogłaby jednak spowodować szybsze odbicie w 2021 r.
Ogólnie rzecz biorąc, Polska jest dobrze przygotowana do ożywienia, a sektor przedsiębiorstw wszedł w pandemię ze stosunkowo dobrymi bilansami i korzystał z wsparcia ze strony polityki fiskalnej i pieniężnej podczas pierwszej fali pandemii.
Jak zauważają przedstawiciele Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kluczowe działania zachęciły firmy do utrzymania zatrudnienia poprzez dopłaty do wynagrodzeń, zapewniono wsparcie dochodów dla osób samozatrudnionych i bezrobotnych. Ponadto, firmom zaoferowano gwarancje kredytowe, umorzone mikropożyczki i pożyczki na utrzymanie płynności finansowej. Realizacja programów wsparcia przebiegała zasadniczo szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki.
W związku z tym misja MFW prognozuje, że polski wzrost gospodarczy w latach 2023 – 25 wyniesie średnio około 3,25 proc. Rezerwy zewnętrzne są wystarczające, aby zapewnić ochronę przed zewnętrznymi wstrząsami i zaburzonymi warunkami rynkowymi. Istnieją też szanse dalszego wsparcia fiskalnego, którego może wymagać rozwój pandemii.
Misja MFW zwraca uwagę, że zmniejszenie wskaźników długu publicznego w ostatnich latach umożliwiło rządowi energiczną reakcję na kryzys. Ponadto rząd zgromadził duże rezerwy gotówki i ma korzystny dostęp do rynków kapitałowych. W ramach konstytucyjnego limitu zadłużenia Polski pozostaje miejsce, a poziom zadłużenia jest stabilny i stworzono miejsce na dodatkowe wsparcie fiskalne w 2021 r. W związku z tym programy rządowe mogą i powinny być przedłużane w miarę potrzeb w nadchodzącym roku, nadal priorytetowo traktując zachowanie zatrudnienia, dochodów i rentowności przedsiębiorstw.
Możliwy też jest jednak niekorzystny scenariusz dłuższego kryzysu w Polsce. Trwająca druga fala stanowi bowiem poważne wyzwanie, a środki pomocowe są mile widziane. Wiele firm zachowuje jeszcze bufor płynności z początkowej rundy wsparcia (tarcza finansowa z funduszu rozwoju). Bufor ten jest pomocny podczas drugiej fali pandemii. Jednak niektóre firmy stają w obliczu trudnego wyzwania w drugiej fali. Zatem rozszerzenie dodatkowego wsparcia na firmy i pracowników podczas drugiej fali pandemii byłoby właściwe.
Podejście oparte na pomaganiu wybranym sektorom może sprzyjać efektywnemu wykorzystaniu zasobów. Jednak grozi to pominięciem niektórych przedsiębiorstw nie powiązanych z dotkniętymi sektorami i dlatego powinno być uzupełnione wsparciem dla wszystkich firm doświadczających trudności.
Przewiduje się, że nawet po rozważeniu zastosowania znaczących środków fiskalnych dług publiczny pozostanie stabilny w średnim okresie – wskazuje misja MFW. Według jej prognoz, wydatki związane z kryzysem zwiększą deficyt budżetowy sektora instytucji rządowych i samorządowych do 8,9 proc. produktu krajowego brutto Polski w 2020 r. Dług brutto sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrośnie natomiast do 59 proc. PKB i ustabilizuje się na tym poziomie w następnych latach. W miarę ożywienia gospodarczego deficyt powinien być stopniowo zmniejszany, aby uzupełnić bufory fiskalne, przy czym jego wielkość i tempo ograniczania muszą zależeć od siły ożywienia.
Zdaniem misji MFW, w Polsce konieczna jest poprawa polityki wydatkowej, w tym podwyższenie wieku emerytalnego i lepsze ukierunkowanie świadczeń socjalnych, wraz z dalszym wzmocnieniem strumienia dochodów budżetu państwa.

Gospodarka 48 godzin

Trudno nie upaść
Rekordowa w XXI wieku jest obecna liczba bankructw firm produkcyjnych w Polsce. W III kwartale 2020 r. nastąpił wzrost niewypłacalności o 32 proc. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Natomiast za 9 miesięcy 2020 r. ich liczba zwiększyła się o16 proc., do 228 firm. Cierpią niemal wszystkie branże, gdyż popyt nie oznacza jeszcze rentowności. Od problemów nie są zatem wolni producenci i przetwórcy żywności czy materiałów budowlanych, choć na te dobra panował w tym roku stały popyt. Wręcz odwrotnie, stanowią oni znaczącą część niewypłacalnych firm (żywność – 66 przypadków od początku roku). Dla handlu pierwsze półrocze wydawało się bezpieczne, ale trzeci kwartał 2020 przyniósł wzrost o 45 proc, rok do roku, liczby niewypłacalnych hurtowni (48 wobec 33 w III kwartale 2019). Duża ich część dostarczała towary konsumpcyjne czy materiały budowlane, czyli artykuły cieszące się popytem.
Generalnie, w III kwartale tego roku nastąpił niemal powszechny wzrost ryzyka upadłości (wyjątek to, z nie bardzo jasnych powodów, województwa warmińsko-mazurskie i łódzkie). Jak na razie najgorszy okazał się październik. Analitycy Euler Hermes, globalnej firmy ubezpieczającej należności, zbadali dane o sytuacji polskich firm, opublikowane w ubiegłym miesiącu w Monitorach Sądowych i Gospodarczych. Okazuje się, że nigdy jeszcze nie mieliśmy do czynienia z taką skalą wzrostu liczby niewypłacalności jak w październiku tego roku, kiedy to nastąpił wzrost o 75 proc. w porównaniu do października 2019 r. – choć istotny wpływ na ten wynik ma funkcjonowanie nowej formy przyspieszonego postępowania restrukturyzacyjnego. W październiku 2020 r. opublikowano informacje o 144 niewypłacalnościach, a w ciągu 10 miesięcy bieżącego roku o 993, czyli już o 18 proc. więcej niż w tym samym czasie 2019 r. Szczególnie mocno ucierpiały usługi. Od początku roku liczba niewypłacalnych firm usługowych wzrosła o ponad 50 proc. r/r, ale w ostatnich miesiącach jest ona wyższa (w październiku był wzrost aż o 86 proc.: 52 firmy wobec 28 przed rokiem). W produkcji i przetwórstwie żywności zanotowano 23 niewypłacalności w październiku, w budownictwie 30 (11 firm produkcyjnych, 16 wykonawczych i 3 usługowo – inżynieryjne), a w transporcie 15. O dziwo, wygląda na to, że dno kryzysu osiągnęła już branża HORECA (hotelarstwo, catering i gastronomia) – tylko 9 niewypłacalności w październiku. Najwyższy wzrost ryzyka upadłości nastąpił w woj. zachodniopomorskim.

Będzie coraz droższy
Rada Ministrów zmieniła swoją uchwałę pod nazwą „Budowa drogi wodnej łączącej Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską”. Władza wreszcie raczyła pogodzić się z faktami i przyznała, że kanał przez Mierzeję będzie kilka razy droższy, niż głosiły to wcześniejsze propagandowe zapowiedzi PiS. Dziennik „Trybuna” w przeszłości wielokrotnie już nadmieniał, że oficjalnie podawany koszt budowy kanału mający wynosić 880 mln zł to oczywista lipa. Teraz musiał to uznać także rząd. Znowelizowana uchwała podaje, że obecny koszt przekopu zwiększy się z 880 mln zł do 1,98 mld zł. Ważne jest tu słowo „obecny” – co oznacza, że w miarę upływu kolejnych lat, koszt budowy kanału przez Mierzeję będzie nadal rosnąć.

Nieruchomościami trzeba gospodarować odpowiedzialnie

Czy deweloperzy są w stanie skutecznie pomagać lokalnym społecznościom w zaspokajaniu ich potrzeb i oczekiwań?
Odpowiedzialną społecznie gospodarkę nieruchomościami można zdefiniować jako działania podejmowane w celu zmniejszenia negatywnego wpływu budynków i różnych konstrukcji na zdrowie ludzi i środowisko naturalne. Chodzi także o wspieranie społeczności lokalnych, poprzez inicjatywy mające na celu dbanie o samopoczucie mieszkańców. Działania te, zwłaszcza w obliczu ostatnich dyskusji o zmianach klimatycznych powinny stać się oczywistym elementem strategii sektora budowlanego.

– Od pewnego czasu obserwujemy, że społeczna odpowiedzialność biznesu nie stanowi tylko pustego hasła. Coraz więcej deweloperów rozumie, jak ważne są różne działania, w tym ekologiczne czy wolontariat pracowniczy na rzecz lokalnej społeczności. Każdy, kto chce zrealizować dobry projekt komercyjny, biurowiec, hotel czy osiedle mieszkaniowe zwraca coraz większą uwagę, jaki wpływ na środowisko będzie miała nowa inwestycja. Dlatego deweloperzy tak chętnie chwalą się różnymi rozwiązaniami proekologicznymi. Urządzają tereny zieleni, sadzą drzewa. Tak dobierają rośliny i kwiaty, by przyciągać ptaki i owady. Inwestują w pasieki. Przy budynkach lub pod nimi tworzą zbiorniki retencyjne, by gromadzić wodę opadową. Wykorzystują ją do podlewania. Zmiana klimatu i adaptacja miasta do coraz większych upałów i bardziej gwałtownych ulew stanowi wyzwanie dla wszystkich – władz miasta, mieszkańców i inwestorów – mówi Marlena Happach, architekt miasta i dyrektor Biura Architektury i Planowania Przestrzennego w Warszawie.
Pani dyrektor Happach sformułowała niezwykle optymistyczną opinię i widzi coś, czego nie dostrzega bardzo wielu Warszawiaków, mających zgoła odmienne zdanie na temat proekologicznych i służących lokalnym społecznościom, działań deweloperów. Przyjmijmy jednak za dobrą monetę, że być może jednak rzeczywiście mamy do czynienia z jakimiś pierwszymi jaskółkami zapowiadającymi wiosnę (mimo, że to już początek listopada).
Odpowiedzialna gospodarka nieruchomościami to element społecznej odpowiedzialności biznesu (corporate social responsibility – CSR) – koncepcji, według której przedsiębiorstwa w swych strategiach uwzględniają interesy społeczne i ochronę środowiska, a także relacje z różnymi grupami obywateli.
CSR w branży budowlanej teoretycznie pomaga budować szersze zaufanie do firm ze strony społeczeństwa, gdyż kładzie nacisk na ogólny wpływ na cały cykl życia obiektu, a nie tylko na proces budowy. Badania przeprowadzone w 2019 roku przez portal pracuj.pl, dowodzą, że 58 proc. respondentów chętniej podjęłoby pracę w firmie, która jest zaangażowana w działania społeczne. 51 proc. badanych Polaków uważa, że społeczną odpowiedzialność biznesu częściej wykazują firmy, które przykładają dużą wagę do dobrego samopoczucia pracowników, zaś 73 proc. ocenia je pozytywnie. Tak więc, CSR w praktyce znacząco wpływa na sposób postrzegania firmy.
Doświadczenia pokazują, że to, aby kolejne inwestycje budowlane w Polsce były bardziej zielone, jest dobrze widziane przez młodych nabywców lub nastolatków mających wpływ na decyzję zakupową rodziców. Starsze pokolenia, co naturalne, zwracały mniej uwagi na ekologię, bo wtedy chodziło o to, żeby odbudować kraj ze zniszczeń i stawiać jakiekolwiek mieszkania, na które czekały miliony Polaków.
Podejmowanie działań odpowiedzialnych społecznie wymaga świadomości, że jest to inwestycja długoterminowa, która powinna przynosić korzyści, także i przyszłym pokoleniom.
Prowadzona działalność nie może koncentrować się wyłącznie na wynikach ekonomicznych, dlatego w branży budowlanej istotne jest zintegrowanie aspektów ekonomicznych, społecznych i środowiskowych. Obszary działania to edukacja, kultura, sport, przestrzeń publiczna, zieleń miejska, pomoc społeczna, ekologia.

– Każda firma, która poważnie myśli o mocnej pozycji rynkowej i chce na nim odgrywać istotną rolę, musi CSR w swoich planach stawiać na równi z zyskiem, przychodami, badaniami i rozwojem – mówi na przykład Józef Wojciechowski, właściciel J.W. Construction.
Mimo, iż jeszcze do niedawna społeczna odpowiedzialność biznesu była domeną międzynarodowych korporacji, to obecnie odgrywa ona coraz ważniejszą rolę w polskiej gospodarce, również w sektorze budowlanym, mającym wpływ na nasze najbliższe otoczenie urbanistyczne i inwestycje deweloperskie.

– W ostatnich latach częściej pracujemy z projektami z zakresu CSR dla firm deweloperskich, które nie tylko chcą pozytywnie wyróżniać się na tle konkurencji, ale mają świadomość społeczno-ekologiczną. Współpraca z lokalnymi społecznościami może przynieść konkretne benefity, jak chociażby to, że bez protestów i konfliktów zyskamy na czasie, a to jeden z najważniejszych parametrów dających profity. Taka kooperacja pozwala również na rozwiązanie wieloletnich potrzeb infrastrukturalnych. Nowym przykładem są na przykład finansowane – również i przez mniejszych deweloperów – murale – wskazuje Adam Białas, ekspert rynku.
Na główne wyzwania i korzyści z wdrożenia działań wpisujących się w ideę społecznej odpowiedzialności biznesu, wskazuje raport KPMG w Polsce oraz Forum Odpowiedzialnego Biznesu pod tytułem: „Społeczna odpowiedzialność biznesu: fakty a opinie”.
Firmy, zapytane o konkretne działania, które są najważniejsze z ich punktu widzenia, najczęściej (50 proc.) wskazywały na ochronę środowiska naturalnego. Drugim wiodącym wyzwaniem z punktu widzenia badanych przedsiębiorstw jest rozwijanie społeczności lokalnych.
Należy wyrazić uznanie tym firmom deweloperskim, które rewitalizują parki i place zabaw, wyposażają przedszkola i szkoły, odnawiają zabytki, organizują zajęcia sportowe, wycieczki i rozmaite wydarzenia dla dzieci oraz seniorów (choć ten rodzaj aktywności został zahamowany przez pandemię), wspierają różnymi sposobami umacnianie więzi dobrosąsiedzkich.
Czasem jednak za przejawy społecznej odpowiedzialności biznesu uważa się działania, które zupełnie nie mają takiego charakteru. Jedna z dużych firm deweloperskich chwali się na przykład tym, że sponsoruje wyprawy himalaisty Andrzeja Bargiela, pierwszego człowieka, który zjechał na nartach z K2. Nie jest ona jednak jedyną firmą, sponsorującą Andrzeja Bargiela, a poza tym ten rodzaj aktywności promocyjno-reklamowej, choć służy ekstremalnemu wyczynowi sportowemu i pomaga naszemu himalaiście, trudno uznać za poprawianie jakości życia jakiejś, choćby niewielkiej, części społeczeństwa.
Z pewnością jednak wyrazem społecznej odpowiedzialności biznesu deweloperskiego są wszelkie poczynania służące ulepszaniu wspólnej przestrzeni miejskiej i poprawie jakości życia mieszkańców. Korzyść jest obustronna, bo służy to rozpoznawalności firm, poprawia ich wizerunek i przekłada się na zwiększenie zaufania potencjalnych klientów.