Przedsiębiorcy wierzą w rozwój

Wiara góry przenosi, więc należy oczekiwać, że nieuchronne spowolnienie nieprędko dotrze do naszej gospodarki.

Przedsiębiorcy nie tracą dobrego nastroju. W III kwartale nastąpiła dalsza poprawa w ocenie sytuacji wśród firm produkcyjnych oraz budowlanych (którym sprzyja suche lato). Tu wskaźniki są wyższe, niż średnia (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt.
W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla hotelarstwa i gastronomii wyniósł 55 pkt. (ubyło 8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (ubyło 4,9), a dla handlu 48,9 pkt. (ubyło 2,9 pkt.).
Różnicą między poprzednim pomiarem (z drugiego kwartału) a obecnym jest także to, że wówczas wartość indeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt. Teraz zaś nastroje są nieco bardziej zróżnicowane.
Takie rezultaty pokazuje „Barometr Europejskiego Funduszu Leasingowego”.
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (rozumianego jako wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków oraz inwestycje w środki trwałe).
Prognozowana na dany kwartał kondycja firm pozwala ocenić czy ich sytuacja będzie sprzyjać wzrostowi bądź działać hamująco.

Wyprodukujemy więcej

Istotny wzrost optymizmu można zaobserwować w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość indeksu dla produkcji wyniosła w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Wynik należy wszakże do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.).
Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to przede wszystkim wynik pozytywnych prognoz co do inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł natomiast nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.
Utrzymuje się popyt na usługi budowlane. W III kwartale br. indeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., czyli prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.).
Ten dobry wynik notuje branża, o której od lat się mówi, że stoi na krawędzi bankructwa. Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów.
Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3 proc. Firmy budowlane mają take większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Obawy transportowców

Tradycyjnie, latem, gdy ludzie są na wakacjach i wozi się mniej towarów, najgorzej swoją sytuację oceniają firmy transportowe. Ich indeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale.
Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Wpływa na to z pewnością obawa właścicieli polskich firm transportowych, że już wkrótce, zgodnie z normami unijnymi, będą musieli płacić swoim kierowcom tyle, ile się płaci na zachodzie.
Do tak słabego rezultatu przyczyniły się także prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.). To najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż. Natomiast spadku inwestycji spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Rozwój i stagnacja

– W grupie, w której znajdują się budownictwo, gastronomia i hotelarstwo oraz produkcja, został wyraźnie przekroczony tzw. próg ograniczonego rozwoju. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt. (wskazującego na rozwój), tworzą handel, transport i usługi. Tutaj przede wszystkim firmy transportowe coraz mocniej zaciągają hamulec – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.
Także jednak i firmy handlowe zaczynają szukać „dna”. W III kwartale indeks barometru EFL dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (ubyło 2,9 pkt.). Jeszcze gorszy był jednak w I kwartale br. (48,2 pkt.). Tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować, zaś przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień.
W przypadku hotelarstwa i gastronomii branża, jak zawsze o tej porze, widzi koniec sezonu. W III kwartale jej indeks wyniósł 55 pkt. i był o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Odsetek inwestycyjnych optymistów jest tu zaś o 5 pkt. niższy niż kwartał wcześniej.
W stagnacji są także firmy usługowe. Indeks barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Większe inwestycje planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej mówiło o nich 33 proc. Na więcej zamówień liczy zaś ok. 29 proc. – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Mali widzą gorzej

Generalnie, im mniejsza firma, tym gorszy nastrój jej przedstawicieli. Indeks barometru EFL dla mikrofirm (najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób) na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu rozwoju.
Tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.
– Martwi to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech indeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak.
Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej zwłaszcza wtedy, gdy widzą problemy u swoich większych kolegów, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.

Chłam ciągle w modzie

Zdumiewające i niewytłumaczalne jest to, iż Polacy od lat dają się bezustannie nabierać i kupują różne badziewie, wciskane im na oszukańczych pokazach.

Trąbi się o tym od dziesięcioleci, a jednak wszelacy cwaniacy wciąż zarabiają na takich spotkaniach, chętnie je organizują i z powodzeniem namawiają ludzi do wydawania pieniędzy na bezwartościowe przedmioty.
W maju tego roku ukarane zostały dwie firmy, Vitaldream oraz Ram Polska które sprzedawały coś, co nazwano “aplikator pola magnetycznego”, Teraz wpadła kolejna firma, VGET, namawiająca ludzi do kupowania wyrobów u o nazwie VitronMed czy VitronMagnetic. To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo w Polsce każdego dnia setki różnych podobnych firemek organizują takie pokazy połączone ze sprzedażą.
Wzmiankowana VGET działała m.in. w Suwałkach. Od miesięcy pojawiały się różne skargi, aż wreszcie pracownicy Urządu Ochrony Konkurencji I Konsumentów wcielili się w rolę tajemniczych klientów – i wzięli udział w jednej z organizowanych przez firmę prezentacji.
UOKiK ustalił, że firma zapraszała telefonicznie ludzi, zwykle starszych, na bezpłatne badania w ramach prelekcji tzw. Akademii Zdrowia albo akcji Zdrowa Polska. W trakcie prezentacji uczestnicy byli “badani” przy użyciu pudełka z ekranikiem i przyciskami, nazywanego AM Scanem, a przedstawiciele interpretowali wyniki tych badań i diagnozowali rzekome choroby. Po czym namawiali do zakupu wspomnianych VitronMedów czy VitronMagneticów, które miały pomóc w pozbyciu się wykrytych dolegliwości.
Oczywiście AM Scan nie jest wyrobem medycznym do oceny stanu zdrowia, a oferowane urządzenia nie leczą żadnych chorób. UOKiK stwierdził więc, że konsumenci byli wprowadzani w błąd, a informacja o ich rzekomych chorobach mogła wpływać na decyzję o zakupie.
– Na pokazy handlowe organizowane pod pozorem bezpłatnych badań przychodzą często osoby starsze. Łatwo takich ludzi przestraszyć złym stanem zdrowia i namówić do zakupu drogich produktów, które rzekomo miałyby im pomóc . Wywieranie presji na konsumentach i straszenie ich chorobami jest niezgodne z prawem oraz niemoralne – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.
UOKiK nałożył na firmę VGET Polska karę w wysokości ponad 2,7 mln złotych. Zakazał jej także stosowania takich nieuczciwych praktyk. Ponadto firma musi listem poleconym poinformować o tych decyzjach wszystkich klientów, którym sprzedała te wyroby między 1 stycznia 2017 r. a 24 czerwca 2019 r.

Mikroprzedsiębiorcy się zadłużają

Jednoosobowa działalność gospodarcza jest bardzo wrażliwa na konsekwencje problemów finansowych.

Krajowy Rejestr Długów opublikował niedawno dane, dotyczące zadłużenia firm prowadzonych jako jednoosobowa działalność gospodarcza. Okazuje się, że 76 proc. firm mających problem z regulowaniem zobowiązań to właśnie przedsiębiorcy prowadzący drobny biznes w tej formie. Czy to „tylko 76 proc. ” czy „aż 76 proc. ”?

Niestety, wydaje się, że to drugie. Jednoosobowe działalności gospodarcze stanowią blisko 90 proc. ogółu polskich przedsiębiorstw. Z tego punktu widzenia fakt, że stanowią one tylko 76 proc. zarejestrowanych dłużników, powinien dobrze o nich świadczyć. Niestety, rzeczywistość mikroprzedsiębiorców jest zdecydowanie mniej różowa. Jak można wyczytać z danych KRD, największa część ich zobowiązań to długi wobec sektora finansowego.

Tymczasem zaledwie co czwarte mikroprzedsiębiorstwo korzysta z kredytu bankowego. Mimo więc stosunkowo rzadkiego korzystania z zewnętrznego finansowania, mikroprzedsiębiorcy są bardzo licznie reprezentowani wśród dłużników. Znaczącym problemem są zatory płatnicze. Dla mikrofirm są one szczególnie groźne, bo mając niewielką bazę klientów, opóźnienie płatności nawet od jednego z nich może być poważnym ciosem dla płynności finansowej. Niestety, małe firmy niewiele robią, by sobie pomóc. Zatory płatnicze to zwłaszcza zmora branży budowlanej – i drobni przedsiębiorcy z tej branży nie mogą zakładać, że ich unikną. Zamiast jednak zawczasu zapewnić finansowanie, często robią to dopiero wtedy, gdy pojawią się kłopoty. Wtedy jednak każdy tydzień braku finansowania to pogłębianie problemów.

Niestety, częsta jest także kombinacja nadmiernego optymizmu i braku umiejętności prognozowania. Szczególnie uwydatnia się to w działaniu doraźnym, podejmowanym bez wcześniejszej analizy: gdy pojawia się na przykład możliwość okazyjnego zakupu towaru, przedsiębiorca od razu sięga po kredyt, nie próbując nawet kalkulować ryzyka. Zbyt często kończy się to zamrożeniem środków w niesprzedanych zapasach i kredytem do spłacenia. Podobnie, o finansowanie często starają się nowo założone firmy, nie mogące pochwalić się ani stabilnymi przychodami, ani nawet odpowiednią bazą klientów.

Zaciąganie zobowiązań w ich przypadku to proszenie się o kłopoty. Pojawiają się także zobowiązania nieodpowiednie do skali działalności, na przykład leasing drogiego samochodu, gdy firma generuje już stabilne, ale wciąż niskie zyski. Niefrasobliwość objawia się także w podejściu do umów. Ze święcą szukać mikroprzedsiębiorcy, który przed zawarciem dużej umowy skonsultuje ją z prawnikiem. Ba – regularnie zdarza się, że nawet sam dokładnie jej nie przeczyta.

Obserwujemy także niemałą grupę przedsiębiorców, którzy składają – dosłownie – dziesiątki wniosków o kredyt, w różnych instytucjach. Świadczy to zwykle o desperacji i próbach ratowania firmy długiem. Niestety w takiej sytuacji jest to zwykle pogłębianie spirali zadłużenia, a kredyt, zamiast być ostatnią deską ratunku, ciągnie dłużnika na dno.

Nasze drogie pożyczki

Firmy pożyczkowe biadolą, że zniszczy je przygotowywana ustawa antylichwiarską. Przekonują, że bronią Polaków przed wykluczeniem finansowym. W rzeczywistości, co najwyżej nieco spadną zyski pożyczkodawców.

Firmy pożyczkowe działające w Polsce poinformowały, że po wejściu w życie ustawy antylichwiarskiej (jeszcze nie została przyjęta przez parlament, zakończy się działalność sektora instytucji pożyczkowych naszym kraju.
Cóż, płakać nikt po nich nie będzie, ale na pewno te obawy branży podatkowej są na pokaz i nic takiego się nie stanie.
Co jednak aż tak strasznie zdołowało naszych pozabankowych pożyczkodawców (by broń Boże nie nazywać ich lichwiarzami), których ma objąć przygotowywana ustawa?

Horror! Zmniejszają nam zyski!

Otóż, pożyczkodawcom ogromnie się nie podoba, że rządowy projekt obniża maksymalne pozaodsetkowe koszty kredytu konsumenckiego do sumy 10 proc.
I to właśnie ma jakoby doprowadzić do zniknięcia z polskiego rynku legalnych firm pożyczkowych, z których usług, jak z dużą przesadą informuje branża, korzysta ponoć 3 mln osób rocznie.
W rezultacie, jak hiobowo ostrzegają pożyczkodawcy, nastąpi rozwój pożyczek bezumownych w szarej strefie i lombardach dla najbardziej zdesperowanych klientów, różne próby obchodzenia limitu, a wreszcie coś najgorszego, nad czym branża roni potoki łez: wzrost wykluczenia finansowego poprzez odcięcie konsumentów od możliwości zaciągnięcia legalnej, drobnej, krótkoterminowej pożyczki, której nie było i nie ma w ofercie
Polski Związek Instytucji Pożyczkowych zapewnia, że wszystkie dotychczasowe wyliczenia w oparciu o dane, a nie myślenie życzeniowe (oczywiście wyliczenia przygotowane przez „ekspertów” wynajętych przez branżę pożyczkową) uzasadniają pozostawienie limitów kosztów pozaodsetkowych na dotychczasowym poziomie – i cynicznie dodaje, że obecny koszt pożyczek „nie nakłada na konsumentów nadmiernych obciążeń” i zapewnia funkcjonowanie rynku pożyczkowego z rentownością 3,2 proc.
PZIP oczywiście nie zgadza się z opinią rządu, iż biznes pożyczkowy jest wysokodochodowy i przetrwa zredukowanie cen kredytu o 60 proc.
W tym miejscu można by się założyć, że na pewno przetrwa – ale będzie musiał nieco zmniejszyć swoje zyski. I to właśnie jest prawdziwym powodem przerażenia szefów firm pożyczkowych.

Co?! My jesteśmy lichwiarze?!

Przy okazji branża pożyczkowa unosi się godnością i słowami PZIP oświadcza: „Stanowczo protestujemy przeciwko określaniu, a nawet łączeniu instytucji pożyczkowych z działalnością o charakterze lichwiarskim. Konotacje tego typu są nieprawdziwe, krzywdzące i naruszają dobra osobiste osób fizycznych i prawnych, wykonujących regulowaną działalność gospodarczą na podstawie ustawy o kredycie konsumenckim, zasad samoregulacyjnych i kodeksu etycznego, a także godzą w klientów instytucji pożyczkowych”.
Klienci akurat dokładnie wiedzą, kto i po jakim koszcie udziela im pożyczek – i określenie, że są to lichwiarze, z pewnością by ich nie zaskoczyło.
PZIP grozi, że w efekcie wejścia w życie nowego prawa nastąpi wycofanie oferty wszystkich pożyczek pozabankowych z rynku, odcięcie milionów Polaków od możliwości finansowania ich potrzeb, zewnętrznego, utrata pracy przez ok. 40 tys. osób zatrudnionych w sektorze pożyczkowym, wzrost cen kredytów bankowych (bo branża utrzymuje – co oczywiście jest nieprawdą – że ich pożyczki stanowią zdrową konkurencję dla banków). Ponadto, swoją działalność będą musiały ograniczyć mikroprzedsiębiorstwa, korzystające dotychczas z finansowania pożyczkowego.
To wszystko spowodować ma spadek dochodu budżetu państwa o 2,2 mld zł rocznie, krach na rynku obligacji przedsiębiorstw pożyczkowych, dotkliwe straty dla inwestorów na rynku kapitałowym, spowolnienie tempa rozwoju innowacji.
Słowem, Polskę mają czekać same nieszczęścia, dlatego że rząd chce nieco ulżyć ludziom skazanym na branie pożyczek i nieco zmniejszyć ich koszty.

PZIP robi sobie kpiny

Pożyczkodawcy wskazują, że postulat autorów projektu, iż jedynym dochodem pożyczkodawcy powinny być odsetki – 10 proc. w skali roku – z założenia wyklucza z rynku produkty niskokwotowe, oferowane na krótkie okresy. Nie wiadomo dlaczego, ale nich im będzie.
PZIP jednak dodatkowo twierdzi, iż ustawa antylichwiarska jest sprzeczna z opinią Rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który orzekł, że „wszelkie koszty i opłaty jakie ponoszą konsumenci mogą w części stanowić zysk, ponieważ żaden przepis nie zobowiązuje instytucji kredytowych, aby swoją marżę zysku osiągały wyłącznie poprzez odsetki naliczane konsumentom”.
Polski Związek Instytucji Pożyczkowych, głosząc taki pogląd, robi sobie kpiny z Polaków i wyraźnie pokazuje, że uważa ich za głupków.
Po pierwsze, niczyja opinia nie jest dla kogokolwiek obowiązująca. I żadna opinia nie może o czymkolwiek „orzekać” (jak chce PZIP) lecz co najwyżej coś proponować.
Po drugie, z faktu, że żaden przepis unijny nie zobowiązuje instytucji kredytowych, aby swoją marżę zysku osiągały wyłącznie poprzez odsetki naliczane konsumentom, absolutnie nie wynika, że takich przepisów nie ma w poszczególnych krajach unijnych. I oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by Polska je wprowadziła.
Polski Związek Instytucji Pożyczkowych utrzymuje, że po wprowadzeniu limitu na poziomie zaproponowanym przez rząd, „z bardzo dużym prawdopodobieństwem” żadna z instytucji pożyczkowych, również tych działających w sektorze online, nie będzie w stanie zapewnić sobie rentowności.
Akurat! Zapewnią ją sobie z łatwością. Najwyżej udziałowcy i szefowie firm pożyczkowych będą osiągali nieco mniejsze zyski – na co oczywiście nie mogą się zgodzić.

Trzeba to sprawdzić w praktyce

PZIP utrzymuje, że z rynku całkowicie znikną oferty pożyczek na niskie kwoty i krótki termin. Lukę tę zastąpi nowy kapitał o niewiadomym pochodzeniu, który stworzy podziemie pożyczkowe, co bezpośrednio wpłynie na wzrost przestępczości.
Część przedsiębiorstw może zaś podjąć próby obejścia limitu przez skomplikowane konstrukcje prawne, działalność transgraniczną lub ucieczkę do szarej strefy. Cóż, nie sprawdzi się tego wszystkiego, bez podjęcia empirycznej próby.
Dlatego jedynym rozwiązaniem jest szybkie wprowadzenie ustawy antylichwiarskiej – i poczekanie na skutki. Jeżeli rzeczywiście firmy pożyczkowe zaczną schodzić z rynku, zawsze będzie można wprowadzić szybką nowelizację, zwiększającą proponowane obecnie limity.

To nie opowieść wigilijna lecz przedwyborcza

Władza postanowiła, że pomoże lichwiarzom w zerwaniu z ich niecnym procederem.

Pomocą będą kary. Rząd postanowił bowiem wziąć się za lichwę – czyli pobieranie zbyt dużych opłat od pożyczek. Rada Ministrów przyjęła więc projekt ustawy w celu przeciwdziałania temu zjawisku.
Nowe regulacje przewidują karę pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat dla każdego, kto w zamian za udzielone osobie fizycznej świadczenie pieniężne, będzie żądać od niej zapłaty kosztów pozaodsetkowych i odsetek co najmniej dwukrotnie wyższych niż maksymalnie dozwolone.
Koszty maksymalne, w zależności od rodzaju pożyczki, będą mogły wynosić od 22 do 45 proc. jej wartości. Odsetki – 10 proc.
Ściganie lichwiarza nie będzie już zależeć od tego, czy wiedział, że osoba biorąca pożyczkę jest w trudnej sytuacji życiowej i dramatycznie potrzebuje pieniędzy na zapewnienie sobie podstawowych warunków życia. Dotychczas taka uznaniowość często bywała przyczyną bezkarności lichwiarzy.
Problem lichwy niewątpliwie istnieje, bo plaga bandycko drogich pożyczek dotyczy wielu ludzi w Polsce. Ofiarami tego procederu są często osoby starsze, których trudna sytuacja materialna jest wykorzystywana przez nieuczciwe firmy pożyczkowe.

Mieszkania tracone za parę tysięcy

Przede wszystkim, będą obowiązywać nowe zasady przy zaciąganiu krótkoterminowych pożyczek na niewielkie kwoty, czyli chwilówek. Klienci, zachęcani umiarkowanym oprocentowaniem nominalnym, często nie zdają sobie bowiem sprawy jak wysoką kwotę będą musieli w rzeczywistości spłacić. Koszty pożyczek są powiększane o bardzo wysokie prowizje, marże czy opłaty.
Dlatego limit dodatkowych opłat w przypadku „chwilówek” zostanie ograniczony do 45 proc. kwoty pożyczki w skali roku. Przy pożyczce na okres miesiąca limit ten wyniesie 22 proc. Natomiast maksymalna wysokość odsetek od samej pożyczki będzie, jak dotąd, wynosić 10 proc. w skali roku.
Nowe prawo wprowadza także ograniczenia co do ustanawianych zabezpieczeń. Chodzi o to, aby nie dochodziło do pozbawiania dorobku całego życia osób, które nie spłaciły pożyczki o wielokrotnie niższej wysokości.
Zgodnie z nowymi regulacjami, zabezpieczenie pożyczek (np. w postaci hipoteki na nieruchomości) nie będzie mogło przekraczać wysokości pożyczonej kwoty powiększonej maksymalnie o 45 proc.
Niedopuszczalne stanie się żądanie przenoszenia własności nieruchomości w celu zabezpieczenia zaciąganej pożyczki.
Wyeliminowano też możliwość prowadzenia egzekucji komorniczej z mieszkania, jeżeli wysokość zadłużenia nie przekracza 5 proc. wartości domu lub lokalu. Trudno to sobie wyobrazić, ale dziś ludzie tracą mieszkania, bo nie mogą zwrócić pożyczki o wysokości kilku tysięcy złotych.
Zmiana nie jest jednak radykalna, bo komornik wciąż będzie mógł zabrać mieszkanie pożyczkobiorcy, jeśli niespłacona pożyczka choćby o grosz przekroczy wartość 5 proc. mieszkania dłużnika.

Limity dla wszystkich

Również i banki nie będą mogły dowolnie ustalać dodatkowych opłat za pożyczki udzielane osobom fizycznym.
W przypadku kredytu konsumenckiego (czyli o wartości do 255,5 tys. zł udzielonego na podstawie ustawy o kredycie konsumenckim) dodatkowe opłaty nie mogą przekroczyć 45 proc. wartości zaciągniętej pożyczki w skali roku, a maksymalne odsetki – 10 proc. w skali roku.
Taki limit będzie także obowiązywać w przypadku innych bankowych pożyczek dla osób fizycznych, udzielanych na wyższe kwoty.
Natomiast dla pożyczek udzielanych na podstawie umów cywilno-prawnych, czyli zaciąganych przez jedną osobę u drugiej, limit opłat dodatkowych ma wynosić 25 proc. pożyczonej kwoty. Limit odsetek – także 10 proc.

 

 

Bez układu nie da rady

Mimo bierności polskiego rządu, nasi producenci wciąż mają szanse, aby skutecznie zaistnieć na chińskim rynku i zwiększyć eksport.

W Polsce określenie układ budzi pejoratywne skojarzenia. W Chinach guanxi, czyli układ, otwiera drogę do sukcesu. Sam fakt pochodzenia kontrahenta z zachodu, kojarzonego z pieniędzmi, uchyla w Chinach wiele drzwi. Tym niemniej, wiele z tych drzwi nie otworzy się szerzej, jeśli nie będziemy potrafili wejść w guanxi. Zatem znajomość chińskich realiów może znacząco wpłynąć na to, czy chiński partner będzie lubił i szanował swego polskiego kontrahenta, czy może większym szacunkiem obdarzy jego pieniądze.
Nie ma jednej recepty na udany biznes z Chinami. Nie ma określonego wzoru, przepisu czy magicznego zaklęcia, gwarantującego sukces na tym ogromnym rynku. Istnieje jednakże klucz do rozpoczęcia całego procesu tak, by szansa na powodzenie biznesu była jak największa. Tym kluczem jest wiedza, cenna dla wszystkich – importerów i eksporterów.
Taką wiedzą – użyteczną, popartą praktyką – podzielili się eksperci debat i seminariów organizowanych podczas trwania Kongresu Gospodarczego Europy Centralnej i Wschodniej. Jedna z ekspertek, Paulina Kiełbus-Jania mówiła właśnie o wpływie chińskiej kultury na negocjacje biznesowe.
Kongres odbywał się jednocześnie z China Homelife Poland, największymi w Europie Centralnej i Wschodniej targami artykułów chińskich. Ofertą wystawców zainteresowało się wiele tysięcy handlowców, przedsiębiorców i gości odwiedzających targi. Tegoroczna edycja została wzmocniona o filar eksportowy – targi Export Expo. Regionem patronackim targów było Mazowsze.
– Dynamika kolejnych edycji targów China Homelife w Polsce świadczy o rosnącej wadze tego wydarzenia. Ważne, że zdecydowano o zorganizowaniu targów Export Expo, co umożliwia ekspozycje towarów produkowanych w naszym regionie Europy – oświadczył marszałek Mazowsza Adam Struzik.
Na targi, odbywające się w Ptak Warsaw Expo w dniach 29-31 maja, przyjechało około 1100 wystawców ze wschodniego wybrzeża Chin (prowincje Zhejiang, Guangdond, Anhui, Shandong) oraz Hongkongu. Reprezentują ogromny potencjał. Sama tylko prowincja Zheijang zajmuje prawie jedną trzecią obszaru Polski. Zamieszkuje ją ponad 55 milionów ludzi. Stolica prowincji, Hangzhou jest ważnym centrum gospodarczym. W ubiegłym roku odwiedziło ją ponad 180 milionów turystów. Te liczby dają wyobrażenie o rynkowym potencjale chińskich partnerów.
W Polsce zjawili się przedstawiciele czołowych marek, jak ASD, Longliqi, Hengyi Petrochemical, Chunfeng Garment, Double Gun, Rider Intelligence, Jinfulai, Huajian i wiele innych. Proponowali produkty z branż takich jak elektronika, materiały budowlane, meble, odzież i tekstylia, oświetlenie, wyposażenie domów, dekoracje.
Na stoiskach obecni byli certyfikowani dostawcy i producenci, sprawdzeni już kontrahenci, gwarantujący jakość oferowanych wyrobów i sprawną dostawę.
Podkreślał te wartości Xu Ming, sekretarz generalny urzędu miasta Hangzhou, podczas gali Europejskich Laurów Przedsiębiorczości. Mówił o jakości działania: – Jakość jest życiem produktów. Ma szczególne znaczenie na rynku europejskim – a my stawiamy właśnie na jakość. Mam nadzieję, że dzięki jakości nasze wyroby zdobędą odbiorców na rynkach światowych.
Jak podsumował Marek Traczyk, prezes Warszawskiej Izby Gospodarczej, na zaproszenie WIG na targi przyjechało prawie 2000 handlowców z krajów z Europy Centralnej i Wschodniej – a także przedstawiciele ponad 50 izb i organizacji gospodarczych z Białorusi, Chorwacji, Czech, Litwy, Łotwy, Mołdawii, Polski, Rosji, Słowacji, Ukrainy.
Warto tu zwrócić uwagę na Izbę Przemysłowo-Handlową z Petersburga bo to jedna z najstarszych i największych takich organizacji w Rosji. Zrzesza ponad 4000 rosyjskich i zagranicznych małych, średnich i dużych firm, współpracuje z izbami z 70 krajów. Teraz kolejną umowę o współpracy zawarła właśnie z Warszawską Izbą Gospodarczą.
O potrzebie rozwijania kontaktów gospodarczych z Chinami świadczy fakt, że wystawcy odnotowali wyraźny wzrost zainteresowania swymi produktami. Pomogło w tym zapraszanie handlowców do odwiedzenia targów z zapewnieniem im transportu i poczęstunku, a dla gości z zagranicy także noclegu. Łącznie przyjęto około 5000 przedsiębiorców.
Targi dały możliwość dokładnego zapoznania się z asortymentem oferowanych towarów. Przyjechali handlowcy z całej Polski, spotykali się kupcy z dostawcami. Przede wszystkim jednak można było umocnić to, co najważniejsze w relacjach biznesowych: wzajemne zaufanie – i przyczynić się do zacieśnienia współpracy pomiędzy przedsiębiorcami z Chin i Polski.
Organizatorzy zaproponowali dobrze przyjęty program, dzięki któremu do przedsiębiorców dobierani byli odpowiedni chińscy producenci. W przypadku bariery językowej zawsze można było rozmawiać za pośrednictwem tłumacza.
Targi China Homelife Poland organizowane są w naszym kraju przy współpracy z Warszawską Izbą Gospodarczą. Stanowią one międzynarodową markę – pod taką samą nazwą podobne targi odbywają się w 13 regionach świata. China Homelife Poland są jedyną w tej części Europy edycją tego wydarzenia i obejmują swym zasięgiem 16 krajów Europy Centralnej i Wschodniej.
Kolejna, dziewiąta edycja targów planowana jest na maj 2020 roku. Po raz czwarty będzie im towarzyszył Kongres Gospodarczy Krajów Europy Centralnej i Wschodniej. Wiadomo już, że więcej powierzchni zajmą wystawcy w strefie targów Export Expo – nie tylko z Polski, bo przyjadą także eksporterzy z innych państw Europy Centralnej i Wschodniej.
Dla Chin jest to ważna platforma do realizacji wielkiego projektu handlowego „Jeden Pas, jedna Droga”. Dla polskiej gospodarki – szansa, że skorzystamy z tego projektu jako liderzy tej części Europy.
O korzyściach płynących z obecności na targach i kongresie mówili przedstawiciele wszystkich zaproszonych izb, deklarując już udział w następnej edycji zjazdu samorządów gospodarczych Europy Centralnej i Wschodniej organizowanych pod egidą Warszawskiej Izby Gospodarczej.
Targi i kongres mogą stworzyć platformę wspólnego handlowego dialogu przedsiębiorców chińskich i europejskich. Na razie jest to raczej handlowy monolog, w którym rola głównego dostawcy przypada Chinom. Wiadomo, że nie zrównoważymy chińskiego eksportu, ale, zwłaszcza przy okazji takich imprez, trzeba robić wszystko, aby partnerów z Państwa Środka zainteresować polskimi wyrobami.
Dlatego na targach swoje produkty i usługi proponowali nasi przedsiębiorcy z branż takich jak przetwórstwo rolno-spożywcze, turystyka, kosmetyki, meble, spedycja międzynarodowa, platformy e-commerce.
Kontaktami z importerami z Chin szczególnie zainteresowana jest branża rolno-spożywcza, bo nadzieje na poprawę naszego bilansu handlowego eksperci pokładają zwłaszcza w żywności. Polska ma tu ogromne możliwości, ale w eksporcie przeszkadza zawiła biurokracja, bariery, celne, transportowe i kulturowe. Na razie do Państwa Środka wysyłamy głównie kurczaki i indyki, natomiast eksport wieprzowiny jest nadal blokowany. Niestety, rząd PiS praktycznie nic nie robi, aby wspomóc polskich eksporterów w działaniach na wielkim chińskim rynku.

Sposób na gonienie świata

Ci, co chcą być wyróżnieni, bardziej się starają. To prosta ale skuteczna motywacja.

13 produktów, 7 usług i 3 innowacje zdobyły w tym roku godło „Teraz Polska”. Natomiast Marcin Gortat, Andrzej Pągowski i Krzysztof Zanussi zostali nagrodzeni w X edycji Konkursu „Wybitny Polak”. W konkursie dla samorządów nagrodzono dwie gminy, a specjalne wyróżnienie honorowe trafiło do Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Zawsze może być lepiej

Do 29. edycji konkursu „Teraz Polska” wpłynęło około 100 zgłoszeń, z których 55 zdobyło uznanie branżowych komisji ekspertów i nominacje do godła „Teraz Polska”. Z tej grupy kapituła konkursu dokonała wyboru laureatów. Zaprezentowano ich 3 czerwca w Teatrze Wielkim – i uroczyście nagrodzono statuetkami.
– Konkurs „Teraz Polska” istnieje od niemal 30 lat. To najstarsza inicjatywa wyróżniająca przedstawicieli krajowego biznesu, ale nie grozi jej, że nie nadąży za nowoczesnością i nurtem przemian, bo jej celem jest podsumowanie i nagłośnienie tego, co najlepsze i najnowocześniejsze w polskiej gospodarce. 30 lat temu nie nagradzano diagnostyki genetycznej, innowacyjnych technologii górniczych czy rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, bo ich nie było. A dziś mamy takie szczęście, że innowacyjne projekty powstają również u nas, choć chciałoby się, aby było ich więcej. Jednak ważne dla rozwoju są również branże tradycyjne. Nie warto ich marginalizować czy traktować prześmiewczo. Są one atutem naszej gospodarki i czynią ją różnorodną, co w dzisiejszych czasach ma znaczenie. Konkurs „Teraz Polska” od niemal 30 lat dowodzi, że misja rozwoju cywilizacyjnego Polski realizowana jest z sukcesem – mówi Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego, organizatora konkursu „Teraz Polska”.
– Konkurs pokazuje to, co najlepsze w krajowej gospodarce: różnorodność branż, zaawansowanie, wysoką jakość, a także solidność i kreatywność przedsiębiorców. Gdyby wszystkie firmy w kraju działały tak, jak przedsiębiorstwa wyróżnione w naszym konkursie, mielibyśmy być może najszybciej rozwijającą się gospodarkę świata – dodaje Michał Lipiński, dyrektor konkursu „Teraz Polska”.

Wykorzystane szanse

Historie wielu nagrodzonych firm pokazują, jak twórczo i rzetelnie wykorzystano szanse wynikające z transformacji. Laureaci rozwijali się w warunkach polskich, ale wciąż mieli ambicję, aby doganiać świat, dzięki czemu dziś funkcjonują krajowe przedsiębiorstwa, które nie ustępują globalnym graczom.
– Jesteśmy niezmiernie dumni, że znaleźliśmy się w gronie zwycięzców tego ważnego dla nas, prestiżowego konkursu. Od 20 lat czynimy wszystko, aby wnieść swój wkład w rozwój polskiego przemysłu farmaceutycznego. To wyróżnienie jest dla nas zastrzykiem motywacji do odkrywania nowych rozwiązań i potwierdzeniem, że idziemy w dobrym kierunku – mówi Janusz Kozłowski, prezes Colfarm SA.
– Biało-czerwone godło to powód do dumy dla naszej rodzinnej firmy z 25-letnią historią. W tym roku znaleźliśmy się w gronie laureatów po raz drugi. To szczególna nagroda i zobowiązanie, by tworzyć produkty bezpieczne, skuteczne, innowacyjne, które zdobywają uznanie w kraju i za granicą. Na opakowaniach naszych kosmetyków z dumą informujemy: made in Poland. Dziś na świecie to synonim jakości – podkreśla Katarzyna Furmanek, założycielka i szefowa laboratorium kosmetycznego Floslek.
– Czytamy geny, żeby uchronić ludzi przed chorobami albo też, jeśli choroba się rozwinie, by leczyć ich jak najskuteczniej i najbezpieczniej. Przyznanie nam godła „Teraz Polska” jest potwierdzeniem tego, w co wierzymy: że dzięki naszym działaniom Polska stanie się krajem, w którym każdy pacjent będzie objęty taką opieką medyczną, jakiej potrzebuje. A ta potrzeba jest w dużej mierze zapisana właśnie w naszych genach. Czytajmy więc geny na zdrowie – wskazuje Anna Wójcicka, prezes Warsaw Genomics.

Propagować wszelkimi sposobami

Dziś jednym z najważniejszych wyzwań, przed którymi stoi Polska, jest edukacja. Wiązanie jej wyłącznie ze szkolnictwem powszechnym jest przeżytkiem. Aby skutecznie konkurować z najbardziej prężnymi gospodarkami, edukacja musi być ustawiczna i winny się w nią włączyć podmioty reprezentujące różne typy działalności. Godło „Teraz Polska” trafiło w tym roku do instytucji, odpowiadającej na tak sformułowany postulat.
– Nagroda za program „Bankowcy dla Edukacji” to dla nas bardzo mocne potwierdzenie, że ten wspólny projekt sektora bankowego w Polsce zainicjowany w 2016 r., stanowi dziś jeden z największych programów edukacji finansowej w Europie – mówi Waldemar Zbytek, prezes fundacji Warszawski Instytut Bankowości.
Misji rozwoju kraju nie sposób ograniczać wyłącznie do biznesu. Wielką rolę w budowaniu wspólnoty społecznej i motywacji osiągnięć, odgrywa sport.
– Polski Komitet Olimpijski od 100 lat reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej. Cieszy nas, że kapituła konkursu „Teraz Polska” dostrzegła naszą pracę na rzecz promocji naszego kraju przez sport. Jesteśmy jedyną instytucją uprawnioną do zgłaszania reprezentacji Polski do udziału w igrzyskach olimpijskich. Naszym zadaniem jest organizacja udziału polskich reprezentantów w tej najważniejszej imprezie sportowej, pielęgnowanie pamięci o sukcesach polskiego sportu, opieka socjalna nad wymagającymi jej olimpijczykami. Istotne są również działania na rzecz edukacji sportowej i zdrowego stylu życia – wylicza Adam Krzesiński, sekretarz generalny PKOl, laureata wyróżnienia honorowego „Teraz Polska”.

Ludzie są najważniejsi

Po raz dziesiąty podczas gali „Teraz Polska” wyróżnienia odebrali Wybitni Polacy. W tym roku nagrodzeni zostali Marcin Gortat, Andrzej Pągowski i Krzysztof Zanussi.
– Każdego dnia staram się godnie reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej. Podczas mojej dotychczasowej kariery w lidze NBA przez 12 lat robiłem wszystko, aby przybliżyć Amerykanom naszą kulturę i dać możliwość lepszego poznania mojej ojczyzny. Od lat organizuję Polish Heritage Night – wydarzenie, które jest znakomitą okazją do pokazania, jakim jesteśmy wspaniałym krajem, z ciekawą historią. Wraz z moją fundacją MG13 Mierz Wysoko organizujemy również obozy dla dzieci. Staram się aktywnie działać w środowiskach polonijnych za oceanem. Bez względu na to, w jakim miejscu świata się znajdę, zawsze pamiętam, że jestem Polakiem – mówi Marcin Gortat, Wybitny Polak 2019.
Dobre produkty, usługi, innowacje to manifestacje ludzkiej kreatywności, zaradności, rzetelności. Za sukcesem zawsze stoją ludzie.
– O randze polskiego sukcesu przekonuję się już od kilkunastu lat, przewodnicząc kapitule konkursu „Teraz Polska”. Obserwowanie ewolucji polskiej przedsiębiorczości to niezwykłe doświadczenie. Krajowe firmy po zmianie systemu ustrojowego, której rocznicę właśnie w tych dniach świętujemy, musiały nadążać nie tylko za oczekiwaniami wewnętrznymi, ale także gonić świat. Konkurs „Teraz Polska” pokazuje, że przedsiębiorczy i kreatywni Polacy wywiązali się z tego zadania – podsumowuje prof. Michał Kleiber, przewodniczący kapituły.

Rozpędzona budowlanka potrzebuje wsparcia

Rząd wciąż nie stworzył efektywnych mechanizmów, ułatwiających zagraniczną działalność naszych firm budowlanych.

Ubiegły rok był trudny i wymagający dla całej, notującej wysokie wzrosty produkcji, branży budowlanej.
Jest to swoistą specjalnością polskiej gospodarki, że budowlanka jednocześnie i kwitnie, i kuleje.

Potencjał godny uwagi

Od paru lat produkcja budowlano-montażowa rośnie, jest wiele przetargów, zwłaszcza w obszarze infrastruktury, stawia się rekordowe ilości mieszkań (oczywiście rekordowe na skalę III RP, bo jeszcze daleko do wyrównania rzeczywistych rekordów z czasów Edwarda Gierka).
A zarazem, stale zaostrzają się niekorzystne tendencje: przybywa upadłości firm budowlanych, branża boryka się z drożyzną materiałów budowlanych, wzrasta presja cenowa ze strony podwykonawców i pracowników. Powszechnie uważa sie, że rok 2019 będzie także niełatwy dla budowlanki w naszym kraju.
To ważna branża dla Polski. Pracuje w niej, wedle różnych szacunków, od 400 tys. do 1,2 mln ludzi.
Skąd tak duża różnica? Otóż oficjalne dane Głównego Urzedu Statystycznego obejmują firmy zatrudniające co najmniej 10 osób – i to w tych przedsiębiorstwach z branży budowlanej ma pracować łącznie 400 osób. Ale ta dziedzina gospodarki opiera się przede wszystkim na firmach drobnych, liczących nie więcej niż 9 pracowników, duże znaczenie ma także samozatrudnienie.
Gdy więc doliczyć firmy i firemki mające od 1 do 9 osób, to uzyskamy wspomnianą liczbę 1,2 mln osób. Natomiast w szczycie prac sezonowych i razem z ludźmi zatrudnianymi na czarno, których przecież w budownictwie jest wielu, możemy mówić o prawie półtoramilionowej rzeszy pracowników.

Kryzys zagląda na budowy

Branża budowlana rozwija się, odpowiadając na zapotrzebowanie rynku. Stopniowo rozpoczynają się, zaplanowane już wiele lat wcześniej, inwestycje infrastrukturalne, wciąż przybywa nowych mieszkań.
A jednocześnie, przybywa i problemów. Wystarczy powiedzieć, że od 2017 r. asfalt podrożał o ponad 30 proc., gdyż państwowe firmy – PKN Orlen i Lotos – podniosły ceny. W górę poszły zresztą ceny praktycznie wszystkich materiałów budowlanych. Tego wzrostu firmy budowlane nie są w stanie przerzucić na odbiorców, choć oczywiście próbują.
Na szczęście cały czas dość wysoki jest popyt, podtrzymywany zastrzykami pieniędzy przez państwo. Gdy jednak wzrośnie deficyt i inflacja, dotychczas jeszcze jakoś trzymana w ryzach, to pieniędzy zabraknie, popyt spadnie, a branża stanie w obliczu poważnego kryzysu.
Jego symptomy pojawiają się już i dziś. Budowlanka przoduje wśród branż z największą liczbą niewypłacalnych firm, bardzo niska jest rentowność, zaś przedsiębiorstwa budowlane mają coraz większe kłopoty z uzyskaniem finansowania.
Zdobywanie środków nieco lepiej udaje się państwowym firmom budowlanym, takim jak Polski Holding Nieruchomości, Torpol czy Polimex-Mostostal. Są one łagodniej traktowane przez banki komercyjne, które przecież wiedzą, że w razie potrzeby państwo jakoś pomoże własnym przedsiębiorstwom. Firmy prywatne często jednak mają problemy ze zdobyciem odpowiednich kredytów. Trudniej im jest też o uzyskanie intratnych zamówień państwowych.

Klaster nie zastąpi państwa

Budowlanka próbuje ratować się eksportem, ale to ciężki – choć i pożywny kawałek chleba.
Być może podczas działalności na rynkach zagranicznych nieco mniej odczuwalne są problemy z niedoborem pracowników i rosnącymi cenami materiałów budowlanych. Jednakże nie da się uniknąć problemów ze zdobyciem środków finansowych, a do tego dochodzą wszystkie inne utrudnienia, związane z funkcjonowaniem w innych państwach, zwłaszcza tych poza Unią Europejską.
Jak uważa przedsiębiorca budowlany Jan Mikołuszko, problemem jest też brak polityki państwa, wspierającej eksport polskiej branży budowlanej.
Jest co wspierać, bo wartość naszego eksportu usług budowlanych wynosi ok. 6 mld zł rocznie. Byłby on jednak znacznie większy, na co z łatwością pozwoli potencjał polskich firm budowlanych, gdyby nasz rząd zastosował choćby część mechanizmów wsparcia, wykorzystywanych przez wiele innych państw Unii Europejskiej.
Jan Mikołuszko wie co mówi, bo jest prezesem Zarządu Polskiego Klastra Eksporterów Budownictwa, powołanego pod koniec 2015 r. przez nasze firmy budowlane. Dziś klaster składa się z 43 podmiotów, a ponieważ niektóre z nich są właścicielami innych spółek, więc do klastra należy w sumie ponad 50 przedsiębiorstw budowlanych.
Polski Klaster Eksporterów Budownictwa to inicjatywa przedsiębiorców, którzy chcą budować na zagranicznych rynkach – i w tym celu kreować współpracę polskich firm budowlanych. Bo na tych rynkach łatwiej działać razem.
Chodzi też o promowanie potencjału naszych firm i prezentowanie ich możliwości ewentualnym kontrahentom zagranicznym.
Polska budowlanka ma nowoczesne technologie i produkty oraz profesjonalną kadrę inżynierską. Trzeba wykorzystywać te atuty, wspomagając i organizując działania eksportowe, a także poprawiając bezpieczeństwo finansowe funkcjonowania na obcych rynkach.

Upadek może być wielki

Jan Mikołuszko zna od strony praktycznej działalność polskich przedsiębiorstw na zagranicznych rynkach. Nie tylko jako prezes Polskiego Klastra Eksporterów Budownictwa, lecz także jako główny udziałowiec i Przewodniczący Rady Nadzorczej firmy Unibep, prowadzącej swoje inwestycje budowlane m.in. na Białorusi, Ukrainie, w Szwecji i Norwegii.
Nie ukrywa więc, że wsparcie polskiego państwa dla eksportu branży budowlanej jest w zasadzie żadne. Jedyne, co trochę zmieniło się na lepsze, to dostęp do informacji, dzięki pracy zagranicznych biur handlowych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.
To nie zastąpi jednak wsparcia rządowego w formie pożyczek preferencyjnych, kredytów czy gwarancji eksportowych, efektywnego systemu ubezpieczeń eksportu.
Brakuje tego, a czasem nawet dochodzi do rujnowania dobrze rokującej współpracy gospodarczej z innymi państwami. Przykładem może być program „Go Iran”, zainicjowany w 2015 r. przez Ministerstwo Gospodarki. Jego głównym celem było zwiększenie wymiany handlowej pomiędzy polskimi i irańskimi przedsiębiorcami. Antyirańska konferencja w Warszawie, zorganizowana w tym roku w interesie Izraela przez rząd PiS na polecenie Stanów Zjednoczonych, skutecznie zniszczyła jednak nadzieje na rozwój współpracy z życzliwym nam (do niedawna) Iranem.

Polska branża budowlana jest dziś rozpędzona i funkcjonuje w mocnym tempie. Żeby jednak mogła wytrzymać to tempo przez kolejne lata, bez potknięć i zadyszki, potrzebuje racjonalnej pomocy własnego państwa. Inaczej, by użyć języka ewangelicznego, jej upadek może być wielki.

Polki dają radę

Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie
przekłada się na wyniki biznesowe firm.

Kilka dni temu pisaliśmy w Trybunie, że kobiety w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że już go prawie nie ma (artykuł „Aspirują i awansują” z nr 46-47, 6-7 marca br.)
Czemu lub komu to zawdzięczać? Na pewno nie obecnej ekipie rządzącej, która w ciągu ponad trzech lat swego panowania nie zrobiła nic, by poprawić pozycję zawodową kobiet.
Otóż wpływ na poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy ma… sam rynek. Brak wystarczającej liczby pracowników oraz poszukiwanych kompetencji sprzyja równouprawnieniu.
Duży wzrost zatrudnienia kobiet nastąpił w Polskiej Rzczpospolitej Ludowej. W latach 1950 – 1990 odsetek pracujących pań zwiększył się z 31 do 44 proc. Warto zauważyć, że przez następne prawie trzydzieści lat, wzrósł już nieznacznie – tylko do 49 proc. w roku ubiegłym
PRL-owski wzrost zatrudnienia kobiet w niemałej mierze był koniecznością demograficzną i ekonomiczną. Mężczyźni częściowo wyginęli w czasie wojny i kilka lat po jej zakończeniu, wielu leczyło rany i siedziało w więzieniach. Kraj był biedny, z jednej marnej pensji nie bardzo dawało się wyżyć. Kobiety siłą rzeczy musiały iść do pracy. Ta konieczność przyczyniła się też jednak do ich emancypacji. Otrzymywały wprawdzie niewielkie, ale własne pieniądze, nie były już całkiem zależne od swych mężów. Furtka do samodzielności została nieodwracalnie uchylona
I choć nasza rodzima rzeczywistość jest daleka od ideału, zachodzą w niej zmiany, którym bieg nadają również pracodawcy chcący zachować konkurencyjną pozycję na rynku. Są wśród nich też tacy, którzy w tym kierunku idą od dawna, kibicują zwiększeniu się liczby pań, zarówno w zawodach technicznych, jak i na stanowiskach kierowniczych.
Za równouprawnieniem zawodowym przemawiają zarówno argumenty etyczne, jak i ekonomiczne.
Mimo to, płeć pozostaje jednym z powodów pojawiającej się jeszcze niekiedy dyskryminacji na rynku pracy, a większość polskich pracodawców nie prowadzi programów jej zapobiegających.
Czas działa jednak na korzyść kobiet. Za przyspieszeniem ich awansu zawodowego przemawia ekonomia oraz uczciwość.
Są już w Polsce duże firmy prywatne, w których blisko 30 proc. kadry menadżerskiej stanowią kobiety, będąc także ich generalnymi dyrektorami. Bycie kobietą na wysokim stanowisku w dużej firmie inżynieryjnej przestaje być czymś wyjątkowym. Bardzo dobrze odnajdują się one w środowisku pracy, które bazuje na dobrej komunikacji i współpracy.
Jeśli chodzi o specyfikę zawodową, to panie doskonale sprawdzają się w zadaniach wymagających logicznego myślenia, takich jak testowanie i programowanie, gdzie dodatkowo na pewno też pomaga im duża cierpliwość i wytrwałość.
Powszechnie znanym przykładem zawodowej dominacji kobiet była profesja sekserki – specjalistki w zakresie oceny płci piskląt. Dzięki delikatności i precyzji tylko panie były w stanie dobrze wykonywać ten zawód (choć mężczyźni próbowali). Dziś jest on już w zaniku,wyparły go genetyczne badania komórek.
Warto wiedzieć, że na etapie wczesnego dzieciństwa dziewczynki i chłopcy przejawiają podobne zdolności matematyczne. Wychowanie i stereotypy powodują, że gdzieś dalej w edukacji dziewczynki porzucają tę ścieżkę. Natomiast te, które już przez nią przejdą, mają podobny poziom kompetencji co mężczyźni, a w dodatku cechuje je wytrwałość, konsekwencja i umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie przekłada się na wyniki biznesowe firm, w których są zatrudnione. Firma zróżnicowana pod względem płci jest efektywniejsza i bardziej zbliżona do potrzeb rzeczywistości – oraz reguł społecznych.
Te panie, które osiągnęły wysokie stanowiska podkreślają, że kobiety częściej powinny wybierać ambitną ścieżkę kariery. Uwierzyć w siebie. Nie patrzeć na to, czego im brakuje, ale na to, w czym są dobre. Właśnie na tym trzeba się koncentrować. A jeśli wybierze się pracodawcę, który to ułatwi, sukces będzie w zasięgu ręki.

Aspirują i awansują

Panie w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że w zasadzie już go prawie nie ma.

Za kilka dni panie będą miały swoje coroczne święto. Ale, czy pod względem zawodowym, mają co celebrować? Ścieżka rozwoju zawodowego bywa wyboista, jednak jest coraz lepiej.
Statystycznie to panie w Polsce są lepiej wykształcone, ale wciąż w wielu firmach i urzędach najwyższe pozycje zajmują mężczyźni, a tylko nielicznym kobietom udaje się wejść do zarządów lub zająć wysokie stanowiska dyrektorskie.
To zrozumiałe, bo kobiety, z racji tego, że nikt ich nie zastąpi w pierwszych latach zajmowania się dziećmi, mają mniej czasu na zdobycie najwyższych funkcji – ale i tu następują zmiany.

Pną się do góry

Na podstawie raportu Hays, opublikowanego pod koniec 2017 roku, można oszacować, że jedynie 15 proc. dyrektorów zarządzających i prezesów firm działających w Polsce to kobiety. Nieco lepiej jest w firmach państwowych, jeszcze lepiej w urzędach, gdzie ten odsetek przekracza 30 proc.
W zarządach przedsiębiorstw prywatnych brakuje pań, ale aż 42 proc. z nich aspiruje do objęcia stanowiska dyrektorskiego lub roli prezesa firmy – więc zapewne wkrótce będzie ich znacznie więcej.

Otoczenie już nie przeszkadza

Wspomniane badania pokazują, że kierownictwa firm generalnie chętnie promują awanse pań na wysokie stanowiska.
Tylko 25 proc. pytanych kobiet jest zdania, że ich obecny pracodawca nie pomaga realizować im planu kariery zawodowej. Jednak w przypadku mężczyzn ten odsetek jest jeszcze mniejszy i wynosi jedynie 18 proc.
Te wskaźniki będą zmieniać się dość powoli. Niezaprzeczalnie jednym z najistotniejszych jest konieczność pogodzenia życia zawodowego z obowiązkami rodzicielskimi – a te obowiązki, siłą rzeczy ciążą w większym stopniu na kobietach, zwłaszcza gdy dzieci są bardzo małe.
W rezultacie aż 65 proc. kobiet i tylko 38 proc. mężczyzn zadeklarowało, że w swoich miejscach pracy napotkali na przeszkody w pogodzeniu obowiązków zawodowych z wychowywaniem dzieci.

Coraz mniejsze różnice

Istotnym, choć jednak stale się zmniejszającym, problemem na polskim rynku pracy jest nadal spora różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn. W raporcie „Czas na kobiety” opracowanym w 2018 roku i przygotowanym przez Kongres Kobiet, wykazano, że w Warszawie sekretarka zarabia średnio 700 zł mniej niż mężczyzna na tym samym stanowisku, główna księgowa prawie 2000 zł mniej od głównego księgowego, podobnie projektantki systemów internetowych, gdzie różnica wynosi ok. 2700 zł.
Podane przykłady, choć operują wartościami średnimi, dotyczą akurat tych stanowisk, gdzie zróżnicowanie zarobków między kobietami i mężczyznami jest szczególnie duże. Generalnie jednak, w skali całej populacji, te różnice między płacami kobiet i mężczyzn na identycznych stanowiskach są coraz mniejsze i wynoszą niespełna 10 proc. Są to zresztą często różnice uzasadnione, bo przecież oczywiste jest, że główny księgowy jakiejś firmy mający duże doświadczenie zawodowe otrzyma wyższą pensję niż główna księgowa, która z racji wychowywania dzieci miała mniej czasu na zdobycie doświadczenia.
Zdarza się też, że w części przedsiębiorstw system płac jest różny w zależności od sytuacji rodzinnej pracownika. Zdarza się, że żonaci mężczyźni zarabiają więcej niż single. Mężatki mogą się spotkać z odwrotną sytuacją – proponowana im płaca może być niższa niż singielek, zwłaszcza bezdzietnych.

Pójść na swoje

Znaczącą tendencją w Polsce jest to, że kobiety często decydują się na założenie własnej działalności gospodarczej. Prowadzenie własnego biznesu jest szansą na odnalezienie się w realiach zawodowych, ale i na realizację rozmaitych planów. Wymaga to dużego zaangażowania i poświęcenia większej ilości czasu niż na etacie. Zdecydowanie nie jest to praca „od – do”. Jednak daje też możliwość takiego zarządzania czasem, aby pogodzić rozwój firmy z życiem rodzinnym.
Na pewno w dobrej organizacji pomocne są narzędzia, które znacznie upraszczają prowadzenie firmy, szczególnie w zakresie działań związanych z fakturami, obiegiem dokumentów, podpisywaniem umów. Największą pomocą będzie jednak mąż lub partner życiowy, wspierający kobietę „realizującą się” w biznesie.