Gospodarka 48 godzin

Wprowadzali w błąd
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ukarał firmę oferującą usługi komunikacyjne – Telestradę S.A. z Warszawy.Telestrada ma zapłacić ponad 8 mln zł kary pieniężnej, oraz zawiadomić o tej karze klientów, którzy w okresie od 1 stycznia 2018 r. do 30 czerwca 2020 r. zawarli z firmą umowy o świadczenie usług telekomunikacyjnych. Przedstawiciele przedsiębiorstwa pozyskiwali klientów, podszywając się pod ich dotychczasowego operatora. Nie wydawali klientom podpisanych z nimi umów oraz załączników do nich. „Działalności Telestrady przyglądaliśmy się od końca 2019 roku, gdy zaczęły do nas napływać liczne skargi na jej praktyki. Wszczęliśmy wobec spółki postępowanie, które potwierdziło sygnały konsumentów. Absolutnie niedopuszczalne jest podszywanie się pod innych przedsiębiorców i wykorzystywanie tego do wprowadzania konsumentów w błąd. W tym przypadku dużą grupę poszkodowanych stanowili seniorzy, zatem zachowanie przedsiębiorcy należy potępić z jeszcze większą stanowczością” – informuje prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Przedstawiciele Telestrady, po telefonicznym kontakcie pracownika firmy z potencjalnym klientem, zjawiali się w jego domu, aby podpisać umowę. Na celownik wzięli głównie osoby starsze, powyżej 65 roku życia. W jednej ze skarg klienta z Ostródy czytamy: „Zjawił się mężczyzna do mojego domu o przedłużenie umowy na telefon stacjonarny z Orange. Ja pytałem jego czy on jest z Orange. Powiedział, że musieli zmienić z Orange na Telestradę ze względu na podatek. Ja uwierzyłem a to on skłamał, bo przyszły nam rachunki z Orange i Telestrady. Ja mam 89 lat i nie mogę na dwie firmy płacić”. W skardze wnuczki klienta dowiadujemy się zaś, że: „z relacji dziadka wynika, że umowa została dosłownie podpisana na masce samochodu”. Przedstawiciele Telestrady wprowadzali w błąd swoich potencjalnych klientów sugerując, że reprezentują ich dotychczasowego operatora, który oferuje im zmianę warunków na korzystniejsze. Zgodnie z prawem przed podpisaniem umowy powinni oni dostać pełne, jednoznaczne i rzetelne informacje o ofercie i przedsiębiorcy, który ją przedstawia. „Praktyki Telestrady godziły w interesy konsumentów. Spółka miała świadomość, że działania jej przedstawicieli w różnych regionach kraju są niezgodne z prawem. O wątpliwych praktykach swoich pracowników wiedziała nie tylko ze skarg konsumentów, ale również z licznych wystąpień miejskich i powiatowych rzeczników konsumentów czy Urzędu Komunikacji Elektronicznej” – uważa prezes Tomasz Chróstny. Kara jest nieprawomocna, firma najprawdopodobniej odwoła się do sądu. Wprowadzanie konsumentów w błąd to nieuczciwa praktyka rynkowa. Grozi za nią kara do 10 proc. obrotów firmy. W przeszłości UOKiK karał już firmy telekomunikacyjne za podszywanie się pod dotychczasowego operatora, np. Telekomunikację Stacjonarną.

Bezzębny Sanepid
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie ocenił, że rozporządzenie o nakazie zasłaniania nosa i ust zostało wydane w sposób sprzeczny z Konstytucją. Ustawa o zwalczaniu chorób zakaźnych pozwoliła nakazywać to osobom chorym i podejrzanym o zachorowanie. Rządowe rozporządzenie nałożyło zaś obowiązek noszenia maseczek na wszystkich Polaków. Kary nakładane przez Sanepid są zatem bezprawne.

MFW bada stan naszej gospodarki

Dotychczas realizacja programów wsparcia przebiegała generalnie szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki. W Polsce konieczne jest jednak podwyższenie wieku emerytalnego.
Misja Międzynarodowego Funduszu Walutowego przeprowadziła w Polsce wirtualną wizytę w dniach 2-19 listopada br. Efektem jej prac było oświadczenie na temat stanu polskiej gospodarki oraz działań rządu.
Oświadczenie stwierdza, że aktywność gospodarcza w Polsce spadnie w bieżącym kwartale, co oznacza, że produkcja może spaść o 3,4 proc. w całym 2020 r.
Kluczowym wyzwaniem stojącym przed polskimi decydentami jest kontrolowanie pandemii i zapobieganie trwałym szkodom dla gospodarki. Aby stawić czoła trwającej drugiej fali, Polska powinna wykorzystać istniejące możliwości w celu zapewnienia dodatkowego wsparcia dotkniętym kryzysem firmom i gospodarstwom domowym oraz zwiększać wydatki na ochronę zdrowia w nadchodzącym roku.
Kiedy pandemia zostanie opanowana, a ożywienie gospodarcze utrwali się, polska polityka będzie musiała być w coraz większym stopniu ukierunkowana na zwiększenie podaży siły roboczej i sprzyjanie alokacji zasobów potrzebnych do powrotu do silnego wzrostu sprzed pandemii.
Oczekuje się, że spowolnienie działalności spowodowane wzrostem liczby infekcji wirusowych i związanymi z nimi ograniczeniami sanitarnymi ustąpi w 2021 r. W rezultacie wzrost gospodarczy Polski prognozowany jest na 2,7 proc. w przyszłym roku.
Misja MFW zauważa jednak, że istnieje możliwość nastąpienia kolejnych fal epidemii wirusów, co stanowi wyraźne ryzyko pogorszenia sytuacji. Wczesna dostępność szczepionki na Covid mogłaby jednak spowodować szybsze odbicie w 2021 r.
Ogólnie rzecz biorąc, Polska jest dobrze przygotowana do ożywienia, a sektor przedsiębiorstw wszedł w pandemię ze stosunkowo dobrymi bilansami i korzystał z wsparcia ze strony polityki fiskalnej i pieniężnej podczas pierwszej fali pandemii.
Jak zauważają przedstawiciele Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kluczowe działania zachęciły firmy do utrzymania zatrudnienia poprzez dopłaty do wynagrodzeń, zapewniono wsparcie dochodów dla osób samozatrudnionych i bezrobotnych. Ponadto, firmom zaoferowano gwarancje kredytowe, umorzone mikropożyczki i pożyczki na utrzymanie płynności finansowej. Realizacja programów wsparcia przebiegała zasadniczo szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki.
W związku z tym misja MFW prognozuje, że polski wzrost gospodarczy w latach 2023 – 25 wyniesie średnio około 3,25 proc. Rezerwy zewnętrzne są wystarczające, aby zapewnić ochronę przed zewnętrznymi wstrząsami i zaburzonymi warunkami rynkowymi. Istnieją też szanse dalszego wsparcia fiskalnego, którego może wymagać rozwój pandemii.
Misja MFW zwraca uwagę, że zmniejszenie wskaźników długu publicznego w ostatnich latach umożliwiło rządowi energiczną reakcję na kryzys. Ponadto rząd zgromadził duże rezerwy gotówki i ma korzystny dostęp do rynków kapitałowych. W ramach konstytucyjnego limitu zadłużenia Polski pozostaje miejsce, a poziom zadłużenia jest stabilny i stworzono miejsce na dodatkowe wsparcie fiskalne w 2021 r. W związku z tym programy rządowe mogą i powinny być przedłużane w miarę potrzeb w nadchodzącym roku, nadal priorytetowo traktując zachowanie zatrudnienia, dochodów i rentowności przedsiębiorstw.
Możliwy też jest jednak niekorzystny scenariusz dłuższego kryzysu w Polsce. Trwająca druga fala stanowi bowiem poważne wyzwanie, a środki pomocowe są mile widziane. Wiele firm zachowuje jeszcze bufor płynności z początkowej rundy wsparcia (tarcza finansowa z funduszu rozwoju). Bufor ten jest pomocny podczas drugiej fali pandemii. Jednak niektóre firmy stają w obliczu trudnego wyzwania w drugiej fali. Zatem rozszerzenie dodatkowego wsparcia na firmy i pracowników podczas drugiej fali pandemii byłoby właściwe.
Podejście oparte na pomaganiu wybranym sektorom może sprzyjać efektywnemu wykorzystaniu zasobów. Jednak grozi to pominięciem niektórych przedsiębiorstw nie powiązanych z dotkniętymi sektorami i dlatego powinno być uzupełnione wsparciem dla wszystkich firm doświadczających trudności.
Przewiduje się, że nawet po rozważeniu zastosowania znaczących środków fiskalnych dług publiczny pozostanie stabilny w średnim okresie – wskazuje misja MFW. Według jej prognoz, wydatki związane z kryzysem zwiększą deficyt budżetowy sektora instytucji rządowych i samorządowych do 8,9 proc. produktu krajowego brutto Polski w 2020 r. Dług brutto sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrośnie natomiast do 59 proc. PKB i ustabilizuje się na tym poziomie w następnych latach. W miarę ożywienia gospodarczego deficyt powinien być stopniowo zmniejszany, aby uzupełnić bufory fiskalne, przy czym jego wielkość i tempo ograniczania muszą zależeć od siły ożywienia.
Zdaniem misji MFW, w Polsce konieczna jest poprawa polityki wydatkowej, w tym podwyższenie wieku emerytalnego i lepsze ukierunkowanie świadczeń socjalnych, wraz z dalszym wzmocnieniem strumienia dochodów budżetu państwa.

Gospodarka 48 godzin

Trudno nie upaść
Rekordowa w XXI wieku jest obecna liczba bankructw firm produkcyjnych w Polsce. W III kwartale 2020 r. nastąpił wzrost niewypłacalności o 32 proc. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Natomiast za 9 miesięcy 2020 r. ich liczba zwiększyła się o16 proc., do 228 firm. Cierpią niemal wszystkie branże, gdyż popyt nie oznacza jeszcze rentowności. Od problemów nie są zatem wolni producenci i przetwórcy żywności czy materiałów budowlanych, choć na te dobra panował w tym roku stały popyt. Wręcz odwrotnie, stanowią oni znaczącą część niewypłacalnych firm (żywność – 66 przypadków od początku roku). Dla handlu pierwsze półrocze wydawało się bezpieczne, ale trzeci kwartał 2020 przyniósł wzrost o 45 proc, rok do roku, liczby niewypłacalnych hurtowni (48 wobec 33 w III kwartale 2019). Duża ich część dostarczała towary konsumpcyjne czy materiały budowlane, czyli artykuły cieszące się popytem.
Generalnie, w III kwartale tego roku nastąpił niemal powszechny wzrost ryzyka upadłości (wyjątek to, z nie bardzo jasnych powodów, województwa warmińsko-mazurskie i łódzkie). Jak na razie najgorszy okazał się październik. Analitycy Euler Hermes, globalnej firmy ubezpieczającej należności, zbadali dane o sytuacji polskich firm, opublikowane w ubiegłym miesiącu w Monitorach Sądowych i Gospodarczych. Okazuje się, że nigdy jeszcze nie mieliśmy do czynienia z taką skalą wzrostu liczby niewypłacalności jak w październiku tego roku, kiedy to nastąpił wzrost o 75 proc. w porównaniu do października 2019 r. – choć istotny wpływ na ten wynik ma funkcjonowanie nowej formy przyspieszonego postępowania restrukturyzacyjnego. W październiku 2020 r. opublikowano informacje o 144 niewypłacalnościach, a w ciągu 10 miesięcy bieżącego roku o 993, czyli już o 18 proc. więcej niż w tym samym czasie 2019 r. Szczególnie mocno ucierpiały usługi. Od początku roku liczba niewypłacalnych firm usługowych wzrosła o ponad 50 proc. r/r, ale w ostatnich miesiącach jest ona wyższa (w październiku był wzrost aż o 86 proc.: 52 firmy wobec 28 przed rokiem). W produkcji i przetwórstwie żywności zanotowano 23 niewypłacalności w październiku, w budownictwie 30 (11 firm produkcyjnych, 16 wykonawczych i 3 usługowo – inżynieryjne), a w transporcie 15. O dziwo, wygląda na to, że dno kryzysu osiągnęła już branża HORECA (hotelarstwo, catering i gastronomia) – tylko 9 niewypłacalności w październiku. Najwyższy wzrost ryzyka upadłości nastąpił w woj. zachodniopomorskim.

Będzie coraz droższy
Rada Ministrów zmieniła swoją uchwałę pod nazwą „Budowa drogi wodnej łączącej Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską”. Władza wreszcie raczyła pogodzić się z faktami i przyznała, że kanał przez Mierzeję będzie kilka razy droższy, niż głosiły to wcześniejsze propagandowe zapowiedzi PiS. Dziennik „Trybuna” w przeszłości wielokrotnie już nadmieniał, że oficjalnie podawany koszt budowy kanału mający wynosić 880 mln zł to oczywista lipa. Teraz musiał to uznać także rząd. Znowelizowana uchwała podaje, że obecny koszt przekopu zwiększy się z 880 mln zł do 1,98 mld zł. Ważne jest tu słowo „obecny” – co oznacza, że w miarę upływu kolejnych lat, koszt budowy kanału przez Mierzeję będzie nadal rosnąć.

Nieruchomościami trzeba gospodarować odpowiedzialnie

Czy deweloperzy są w stanie skutecznie pomagać lokalnym społecznościom w zaspokajaniu ich potrzeb i oczekiwań?
Odpowiedzialną społecznie gospodarkę nieruchomościami można zdefiniować jako działania podejmowane w celu zmniejszenia negatywnego wpływu budynków i różnych konstrukcji na zdrowie ludzi i środowisko naturalne. Chodzi także o wspieranie społeczności lokalnych, poprzez inicjatywy mające na celu dbanie o samopoczucie mieszkańców. Działania te, zwłaszcza w obliczu ostatnich dyskusji o zmianach klimatycznych powinny stać się oczywistym elementem strategii sektora budowlanego.

– Od pewnego czasu obserwujemy, że społeczna odpowiedzialność biznesu nie stanowi tylko pustego hasła. Coraz więcej deweloperów rozumie, jak ważne są różne działania, w tym ekologiczne czy wolontariat pracowniczy na rzecz lokalnej społeczności. Każdy, kto chce zrealizować dobry projekt komercyjny, biurowiec, hotel czy osiedle mieszkaniowe zwraca coraz większą uwagę, jaki wpływ na środowisko będzie miała nowa inwestycja. Dlatego deweloperzy tak chętnie chwalą się różnymi rozwiązaniami proekologicznymi. Urządzają tereny zieleni, sadzą drzewa. Tak dobierają rośliny i kwiaty, by przyciągać ptaki i owady. Inwestują w pasieki. Przy budynkach lub pod nimi tworzą zbiorniki retencyjne, by gromadzić wodę opadową. Wykorzystują ją do podlewania. Zmiana klimatu i adaptacja miasta do coraz większych upałów i bardziej gwałtownych ulew stanowi wyzwanie dla wszystkich – władz miasta, mieszkańców i inwestorów – mówi Marlena Happach, architekt miasta i dyrektor Biura Architektury i Planowania Przestrzennego w Warszawie.
Pani dyrektor Happach sformułowała niezwykle optymistyczną opinię i widzi coś, czego nie dostrzega bardzo wielu Warszawiaków, mających zgoła odmienne zdanie na temat proekologicznych i służących lokalnym społecznościom, działań deweloperów. Przyjmijmy jednak za dobrą monetę, że być może jednak rzeczywiście mamy do czynienia z jakimiś pierwszymi jaskółkami zapowiadającymi wiosnę (mimo, że to już początek listopada).
Odpowiedzialna gospodarka nieruchomościami to element społecznej odpowiedzialności biznesu (corporate social responsibility – CSR) – koncepcji, według której przedsiębiorstwa w swych strategiach uwzględniają interesy społeczne i ochronę środowiska, a także relacje z różnymi grupami obywateli.
CSR w branży budowlanej teoretycznie pomaga budować szersze zaufanie do firm ze strony społeczeństwa, gdyż kładzie nacisk na ogólny wpływ na cały cykl życia obiektu, a nie tylko na proces budowy. Badania przeprowadzone w 2019 roku przez portal pracuj.pl, dowodzą, że 58 proc. respondentów chętniej podjęłoby pracę w firmie, która jest zaangażowana w działania społeczne. 51 proc. badanych Polaków uważa, że społeczną odpowiedzialność biznesu częściej wykazują firmy, które przykładają dużą wagę do dobrego samopoczucia pracowników, zaś 73 proc. ocenia je pozytywnie. Tak więc, CSR w praktyce znacząco wpływa na sposób postrzegania firmy.
Doświadczenia pokazują, że to, aby kolejne inwestycje budowlane w Polsce były bardziej zielone, jest dobrze widziane przez młodych nabywców lub nastolatków mających wpływ na decyzję zakupową rodziców. Starsze pokolenia, co naturalne, zwracały mniej uwagi na ekologię, bo wtedy chodziło o to, żeby odbudować kraj ze zniszczeń i stawiać jakiekolwiek mieszkania, na które czekały miliony Polaków.
Podejmowanie działań odpowiedzialnych społecznie wymaga świadomości, że jest to inwestycja długoterminowa, która powinna przynosić korzyści, także i przyszłym pokoleniom.
Prowadzona działalność nie może koncentrować się wyłącznie na wynikach ekonomicznych, dlatego w branży budowlanej istotne jest zintegrowanie aspektów ekonomicznych, społecznych i środowiskowych. Obszary działania to edukacja, kultura, sport, przestrzeń publiczna, zieleń miejska, pomoc społeczna, ekologia.

– Każda firma, która poważnie myśli o mocnej pozycji rynkowej i chce na nim odgrywać istotną rolę, musi CSR w swoich planach stawiać na równi z zyskiem, przychodami, badaniami i rozwojem – mówi na przykład Józef Wojciechowski, właściciel J.W. Construction.
Mimo, iż jeszcze do niedawna społeczna odpowiedzialność biznesu była domeną międzynarodowych korporacji, to obecnie odgrywa ona coraz ważniejszą rolę w polskiej gospodarce, również w sektorze budowlanym, mającym wpływ na nasze najbliższe otoczenie urbanistyczne i inwestycje deweloperskie.

– W ostatnich latach częściej pracujemy z projektami z zakresu CSR dla firm deweloperskich, które nie tylko chcą pozytywnie wyróżniać się na tle konkurencji, ale mają świadomość społeczno-ekologiczną. Współpraca z lokalnymi społecznościami może przynieść konkretne benefity, jak chociażby to, że bez protestów i konfliktów zyskamy na czasie, a to jeden z najważniejszych parametrów dających profity. Taka kooperacja pozwala również na rozwiązanie wieloletnich potrzeb infrastrukturalnych. Nowym przykładem są na przykład finansowane – również i przez mniejszych deweloperów – murale – wskazuje Adam Białas, ekspert rynku.
Na główne wyzwania i korzyści z wdrożenia działań wpisujących się w ideę społecznej odpowiedzialności biznesu, wskazuje raport KPMG w Polsce oraz Forum Odpowiedzialnego Biznesu pod tytułem: „Społeczna odpowiedzialność biznesu: fakty a opinie”.
Firmy, zapytane o konkretne działania, które są najważniejsze z ich punktu widzenia, najczęściej (50 proc.) wskazywały na ochronę środowiska naturalnego. Drugim wiodącym wyzwaniem z punktu widzenia badanych przedsiębiorstw jest rozwijanie społeczności lokalnych.
Należy wyrazić uznanie tym firmom deweloperskim, które rewitalizują parki i place zabaw, wyposażają przedszkola i szkoły, odnawiają zabytki, organizują zajęcia sportowe, wycieczki i rozmaite wydarzenia dla dzieci oraz seniorów (choć ten rodzaj aktywności został zahamowany przez pandemię), wspierają różnymi sposobami umacnianie więzi dobrosąsiedzkich.
Czasem jednak za przejawy społecznej odpowiedzialności biznesu uważa się działania, które zupełnie nie mają takiego charakteru. Jedna z dużych firm deweloperskich chwali się na przykład tym, że sponsoruje wyprawy himalaisty Andrzeja Bargiela, pierwszego człowieka, który zjechał na nartach z K2. Nie jest ona jednak jedyną firmą, sponsorującą Andrzeja Bargiela, a poza tym ten rodzaj aktywności promocyjno-reklamowej, choć służy ekstremalnemu wyczynowi sportowemu i pomaga naszemu himalaiście, trudno uznać za poprawianie jakości życia jakiejś, choćby niewielkiej, części społeczeństwa.
Z pewnością jednak wyrazem społecznej odpowiedzialności biznesu deweloperskiego są wszelkie poczynania służące ulepszaniu wspólnej przestrzeni miejskiej i poprawie jakości życia mieszkańców. Korzyść jest obustronna, bo służy to rozpoznawalności firm, poprawia ich wizerunek i przekłada się na zwiększenie zaufania potencjalnych klientów.

Europa nam ucieka

Polskie władze powinny dokonać świadomego wyboru: czy chcą zapożyczać kraj na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami.
Kiedy w marcu 2020 r. Europa stanęła przed widmem kolejnej recesji, zarówno państwa członkowskie, jak i instytucje Unii Europejskiej przystąpiły do działania. Pierwsze krajowe programy pomocowe pojawiły się w ciągu kilkunastu dni i koncentrowały się na utrzymaniu płynności firm oraz zatrudnienia. Były to programy w miarę hojne pod względem wydatków i równocześnie minimalizujące obciążenia administracyjne. Środki krajowe są tu uzupełniane przez strumienie europejskie: przede wszystkim Next Generation EU, ale także fundusze strukturalne z kończącej się i nadchodzącej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.
Ta hojność jest na kredyt. Kraje Europy i Unia Europejska zadłużają się w imię szybszego wyjścia z recesji. O ile jeszcze rok temu panował konsensus co do konieczności systematycznej redukcji zadłużenia, dzisiaj rosnący dług przestał być tematem tabu. Zadłużamy się zbyt łatwo, więc proces ten wymaga szczególnej uwagi i transparentności – wskazuje Konfederacja Lewiatan w swym raporcie „Impuls dla Polski”. I zauważa, że w związku z szybko przyrastającym długiem nasz kraj nie może sobie pozwolić na utratę wiarygodności finansowej. Ale z drugiej strony, należy uznać, że dla średniej gospodarki otwartej, takiej jak Polska, nie było możliwości przyjęcia innej strategii niż podążanie za ogólnym trendem.
Tak więc, Europa się zadłuża, a my wraz z nią. Dzięki temu nie tylko ratujemy się przed recesją, ale też niwelujemy potencjalne zagrożenia: kolejnej fali emigracji zarobkowej do krajów radzących sobie lepiej oraz przejęć osłabionych firm przez lepiej wsparte firmy z zagranicy – wskazuje Lewiatan.
W nawiązaniu do tej opinii trzeba jednak dodać, że recesję i tak przecież już mamy, więc nie zapobiegły jej żadne polskie działania pomocowe. Kolejna fala emigracji zarobkowej nam nie grozi, bo atrakcyjne dla Polaków granice są zamknięte, a w krajach zachodnich rośnie bezrobocie i o pracę coraz trudniej. Wreszcie, przejęcie osłabionych polskich firm przez lepiej wsparte firmy z zachodu jest mało prawdopodobne, bo czas ogólnoeuropejskiego kryzysu nie jest dobrą porą na takie działania, a poza tym firmy z zachodu dotychczas już przejęły większość polskich firm, którymi były zainteresowane.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że Polska powinna pilnować tego, żeby Europa nam jeszcze dalej nie uciekła, a zwłaszcza żeby nie uciekła nam strefa euro. Zasilanie fiskalne polskiej gospodarki osiągnęło poziom ok. 9,5 proc. naszego produktu krajowego brutto – nieco niższy od Niemiec ale relatywnie wysoki na tle pozostałych krajów UE, co jest uzupełnione także przez gwarancje Narodowego Banku Polskiego – ocenia Lewiatan.
Teoretycznie, jeśli traktować wiążąco wszystkie deklaracje PIS-owskiej ekipy, to wartość koronawirusowego wsparcia przekroczy 200 mld zł. Obejmuje one m.in.: tarczę finansową (100 mld zł), tarcze antykryzysowe (ok. 75 mld zł), bon turystyczny (4 mld zł), zasiłek solidarnościowy (2,5 mld zł) oraz Fundusz Inwestycji Samorządowych (6 mld zł). W przyszłym roku do pakietu dołączy jeszcze tzw. estoński CIT (5 mld zł).
Wiadomo oczywiście, że w rzeczywistości tych pieniędzy będzie znacznie mniej, ale i tak w 2020 r. polska gospodarka może się spodziewać względnie dużego zastrzyku środków. Nie da się wykluczyć, że te 9,5 proc. PKB to dopiero pierwszy etap stymulacji.
Jeśli sytuacja epidemiczna nie ulegnie znaczącej poprawie lub nastroje konsumentów się pogorszą, to nie pozostawiamy sobie dużej przestrzeni do dalszych „impulsów” finansowych. A w skrajnym przypadku może się okazać, że 2021 r. skończymy z dużym długiem, niepełną zdolnością do generowania dochodów i niedostateczną stymulacją fiskalną. W tym wariancie wyjście z recesji będzie jeszcze trudniejsze i bardziej bolesne dla społeczeństwa – uważa Lewiatan.
W swym raporcie zwraca też uwagę, że w Polsce dość powszechna stała się praktyka przenoszenia wydatków do funduszy celowych, których ujemne salda nie powiększają deficytu i długu. Zdaniem Lewiatana, nie oznacza to, że nasze zobowiązania stają się mniejsze, a jedynie, że ich nie widać. Oczywiście można argumentować, że w wielu europejskich krajach takie ograniczenia zobowiązań właściwie nie występują, bo limity zadłużania są opisane inaczej – nie jako poziom długu względem PKB. Nie zmienia to jednak faktu, że zobowiązaliśmy się traktować progi ostrożnościowe 55 proc. i 60 proc. PKB jako bezpieczniki. Swobodne traktowanie metod pomiaru deficytu i długu to nic innego jak wyjmowanie tych bezpieczników, a władza, która to robi, podważa do siebie zaufanie.
Kreatywność w księgowaniu wydatków publicznych nie przechodzi niezauważona także przez pożyczkodawców zagranicznych. Rosnąca dysproporcja między krajową i europejską metodologią szacowania deficytu będzie sygnalizować zagranicznym wierzycielom, że polskie obligacje czy bony skarbowe są jeszcze bardziej ryzykowne, niż wynikałoby to z oficjalnych deklaracji. W tym kontekście, jak dodaje Lewiatan, nie bez znaczenia pozostaje systematycznie niższa wiarygodność Polski jako kredytobiorcy w porównaniu do krajów strefy euro. Zaburzenie zaufania inwestorów zagranicznych przez niejasne operacje finansów publicznych doprowadzą do wzrostu kosztów obsługi długu lub ograniczą naszą zdolność do zadłużania.
Działania na rzecz zwiększenia transparentności sektora finansów publicznych (w szczególności uszczelniania stabilizującej reguły wydatkowej) są zatem niezbędnym krokiem w stronę przywrócenia porządku w obliczaniu dochodów i wydatków państwa. Umożliwi to dokonywanie świadomych wyborów: czy chcemy się zapożyczać na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami i przez to być postrzeganymi jako dobrze rokujący, solidni pożyczkobiorcy.

Czy nasz kraj wyjdzie z kryzysu?

Rządzący nie mają programu gospodarczego, który pozwoli Polsce rozwijać się w takim tempie, żeby spłacać zadłużenie i budować trwałe podstawy wzrostu.
Polska znalazła się na rozdrożu. Dotychczasowy model wzrostu polegający na imitacji krajów wyżej rozwiniętych wyczerpuje się. Nie jesteśmy w stanie dłużej utrzymywać przewagi konkurencyjnej, bazującej na niższych kosztach wytwarzania produktów i świadczenia usług (głównie niższych kosztach pracy), ani zwiększać konsumpcji i popytu wewnętrznego przez programy socjalne – wskazuje Konfederacja Lewiatan. Jak stwierdza w swym raporcie „Impuls dla Polski”, ciągle mamy szereg nierozwiązanych problemów strukturalnych. Koronakryzys zaskoczył nas w okresie prosperity, rewidując nasze optymistyczne oczekiwania wobec przyszłości.
Raport wskazuje, że podjęto w Polsce szybkie działania na rzecz ochrony naszej gospodarki i miejsc pracy. Państwo zaprojektowało i wdrożyło pakiet tarcz antykryzysowych i tarczę finansową. Dzięki temu udało się uniknąć drastycznych konsekwencji w pierwszej fazie kryzysu, jednak do wychodzenia z recesji przystępujemy z dodatkowym bagażem długu. Dlatego teraz potrzeba programu, który pozwoli nam rozwijać się w takim tempie, żeby spłacać zadłużenie i budować trwałe podstawy wzrostu.
Dziś wszyscy zmagają się z gospodarczymi konsekwencjami COVID-19. Jednak już jutro ci najbardziej przytomni staną w blokach startowych do wyścigu o najwyższy poziom konkurencyjności swoich gospodarek. Polski nie stać na przegraną w tej rozgrywce. A szanse na sukces mamy spore. Wkrótce otrzymamy ogromne środki finansowe w ramach zaprojektowanego przez Unię Europejską programu wsparcia wychodzenia z kryzysu Next Generation EU oraz nowej perspektywy finansowej 2021–2027. Prawdopodobnie już nigdy nie pozyskamy aż tyle na reformy i rozwój.
Wspomniany raport podkreśla, że nie mamy alternatywy wobec ucieczki do przodu. Bez wyraźnych impulsów rozwojowych w różnych obszarach życia gospodarczego nie mamy co liczyć na sukces. Tymczasem rachunek gospodarczy za pandemię COVID -19 będzie bardzo wysoki. Dlatego niezwykle ważne jest, żebyśmy w czasie kryzysu nie utracili kontroli nad długiem publicznym. Nie może się on stać kulą u nogi gospodarki i przedsiębiorstw. Mądre zadłużanie się powinno polegać na zaciąganiu kredytów przede wszystkim na inwestycje, bo to one w przyszłości pomogą spłacić długi.
Zbyt małą część wydatków w naszym budżecie przeznaczamy na działania modernizacyjne. To powinno się zmienić. Potrzebujemy nowoczesnych i innowacyjnych inwestycji. Takich, które nie będą kopiowały odchodzących do lamusa rozwiązań znanych z państw wyżej rozwiniętych, ale pozwolą przeskoczyć kilka etapów rozwoju i znaleźć się w gospodarczej awangardzie.
W pierwszej fazie działań ochronnych dla gospodarki w reakcji na kryzys wywołany pandemią nie było alternatywy dla uruchomienia szerokiego strumienia środków pomocowych. Dziś trzeba przejść do wspierania tych przedsięwzięć, które stworzą wartość dodaną i pozwolą wejść na ścieżkę przyspieszonego rozwoju. Musimy mądrze i racjonalnie wykorzystać znaczące środki finansowe płynące z UE do zbudowania gospodarczych przewag na dziesięciolecia, bo to szansa na jakościowy i technologiczny przełom w naszej gospodarce.
Tak więc, formułując zadania w punktach, konieczne jest: .
• Utrzymanie kontroli nad długiem publicznym i usprawnienie systemu finansów publicznych
• Wspieranie firm i miejsc pracy, które tworzą dużą wartość dodaną
• Zwiększenie wydatków na inwestycje i poprawa warunków rozwoju inwestycji
• Wykorzystanie środków z UE do zbudowania gospodarczych przewag na dziesięciolecia
• Wykorzystanie modernizacji energetycznej w kierunku neutralności klimatycznej jako
impulsu rozwojowego polskiej gospodarki
• Zbudowanie przewagi konkurencyjnej poprzez ucyfrowienie gospodarki
• Dywersyfikacja najważniejszych łańcuchów dostaw dla zwiększenia bezpieczeństwa
ekonomicznego.
W połowie lipca Lewiatan przeprowadził reprezentatywne badanie opinii przedsiębiorców, pytając o ich wnioski wynikające z doświadczeń pandemii. Ponad trzy czwarte pracodawców ma poczucie, że brakuje jasnej strategii wspierania gospodarki na najbliższe kilkanaście miesięcy. Obawiają się, że za chwilę zostaną ze swoimi problemami sami, tym bardziej że rząd nie prowadzi właściwego dialogu ze środowiskiem biznesu.
Bez wyraźnych impulsów rozwojowych w różnych obszarach życia gospodarczego trudno będzie pokonać kryzys, przyspieszyć wzrost gospodarczy i zwiększyć konkurencyjność. Firmy będą dźwigać ciężar spłaty kredytów i pożyczek, które zaciągnęły, żeby przetrwać najcięższy okres lockdownu. Potrzebne są więc zmiany na rynku finansowym, redukcja barier na rynku kapitałowym, wsparcie firm w dochodzeniu należności czy ograniczenie ryzyka eksporterów.
Na impuls rozwojowy czeka rynek pracy. Nie wolno zapominać o firmach, które mają przejściowe trudności w regulowaniu zobowiązań pracowniczych, upowszechnieniu pracy zdalnej czy ułatwieniach w zatrudnieniu w okresie pandemii i zagrożeń na rynku pracy. Nie zwiększymy konkurencyjności gospodarki bez przyspieszenia jej cyfryzacji i rozwoju odnawialnych źródeł energii.
Pandemia COVID-19 pokazała, jak ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa państwa ma posiadanie nowoczesnego i silnego przemysłu farmaceutycznego oraz opieki farmaceutycznej. Od jego kondycji zależy bezpośrednio bezpieczeństwo lekowe kraju. Bezpieczeństwo, którego dziś tak bardzo brakuje mieszkańcom Polski rządzonej przez PiS.

Mniej efektywna, ale pociągająca

Możliwość świadczenia pracy zdalnej jest dobrze oceniana przez pracowników i chcieliby oni nadal tak pracować. Pracodawcy narzekają jednak na jej niską wydajność.

Wśród pracowników w dojrzałym wieku, w granicach od 40 do 59 lat, co czwarty przyznaje, że efektywność jego pracy spadła w związku z pracą z domu w czasie pandemii COVID-19. Niewiele lepiej sytuacja wygląda w młodszej grupie wiekowej 25-39 lat: tutaj spadek efektywności stwierdziło 16 proc. badanych. Takie wyniki przyniosły niedawne badania firmy analitycznej Statista.
Z drugiej strony, według badań Manpower Group i HRLink, tylko co dziesiąty pracownik w Polsce chciałby wrócić z pracy zdalnej w home-office do biura na stałe. Aż 88 proc. respondentów chciałoby wciąż wykonywać pracę z domu.
Tak więc, widzimy oczywisty fakt, że praca zdalna jest mniej efektywna od „normalnej” – ale chcemy ją kontynuować z równie oczywistych powodów – ze względu na bezpieczeństwo i naszą wygodę.
W ślad za tymi trendami idą zmiany w prawie – trwają przygotowania do nowelizacji Kodeksu Pracy i wprowadzenie do niego szeroko pojętej pracy zdalnej.
Dziś widać już, że w wielu obszarach niełatwo jest realizować określone procesy z domu z taką samą efektywnością, jak z biura. Jednakże praca wykonywana poza firmą może być równie wydajna, jak ta świadczona w trybie stacjonarnym. Wymaga to jednak wypracowania nowych kompetencji managerskich, jak też odpowiedniego dostosowania procedur i zabezpieczenia ich nowoczesnymi narzędziami informatycznymi. Pracownicy dają nam sygnał, że dotychczasowy model home office, często wprowadzany na szybko jako chwilowa taktyka pozwalająca utrzymać ciągłość działania, powoli się wyczerpuje– mówi ekspert Konrad Łucka.
Utrzymanie w miarę przyzwoitej efektywności pracy to sprawdzian, z którym mierzą się firmy na całym świecie. Zwraca na niego uwagę również Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Opublikowany we wrześniu tego roku pakiet zaleceń OECD wskazuje, że instytucje i prowadzone przez nie polityki powinny wywierać pozytywny wpływ na produktywność pracowników za pomocą wielu metod. Jednym z najważniejszych jest zapewnienie odpowiedniej infrastruktury informatycznej – bezpiecznej, niezawodnej i sprawnie działającej. Według OECD konieczne jest wprowadzenie kolejnych, dodatkowych regulacji w zakresie ochrony informacji, aby zapewnić pracownikom prawo do prywatności i zminimalizować ryzyko wycieku danych.
Tegoroczne, masowe przechodzenie na model pracy zdalnej wykazało, że raczej niski był stopień przygotowania wielu firm czy instytucji do tego wyzwania. To zrozumiałe, bo przecież trudno było przewidzieć nadejście koronawirusa i skalę jego niszczycielskiego działania. Dotyczy to zwłaszcza takiego obszaru, jakim jest bezpieczeństwo informatyczne. Gdy w maju bieżącego roku firma Bitdefender postanowiła sprawdzić wpływ pandemii na cyberbezpieczeństwo, to połowa badanych specjalistów z tej dziedziny stwierdziła, że ich organizacje nie miały planu awaryjnego na wypadek zaistniałej sytuacji. Jednocześnie aż 86 proc. z nich wskazało, iż w ostatnim okresie wzrosła częstotliwość cyberataków. To w sumie pozytywny wynik, wskazujący, że aż połowa przedsiębiorstw miała plany przygotowane na wypadek nieoczekiwanej sytuacji, takiej jak pandemia.
Inna sprawa, że wprowadzony w marcu lockdown postawił firmy przed wyzwaniem, jakim było szybkie stworzenie odpornego na ataki, bezpiecznego cyfrowego środowiska pracy. Wcześniej, tylko najbardziej rozwinięte organizacje miały wdrożone rozwiązania pozwalające zapewnić odpowiedni poziom ochrony.
Dziś jesteśmy bogatsi w doświadczenia i wiedzę, jak optymalnie organizować najważniejsze procesy i tworzyć funkcjonalne oraz bezpieczne środowiska pracy zdalnej – dodaje ekspert Tomasz Lorek. Tym niemniej, wszystko się może zdarzyć. O efektywności firm funkcjonujących w trybie pracy zdalnej decyduje w dużej mierze skuteczność wsparcia technicznego dla pracowników. Sprzęt i oprogramowanie bywają zawodne, a interwencja nie jest taka prosta, gdy potrzebujący pomocy pracownik znajduje się na drugim końcu miasta, lub zgoła w mieście zupełnie innym. A przecież wsparcie w celu zapewnienia niezawodnego działania sprzętu na którym pracują ludzie, ma bezpośrednie przełożenie na ich produktywność i płynność wykonywania obowiązków zawodowych. Tak więc, w dobie pracy zdalnej wsparcie techniczne jest tak samo niezbędne, jak wcześniej – ale teraz trzeba go udzielać w rozproszonej strukturze. Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie, jednak dzięki nowoczesnym, „chmurowym” platformom, jak najbardziej wykonalne.
Spadki produktywności spowodowane zmianami w sposobie pracy mają poważne konsekwencje dla naszego rozwoju gospodarczego. Pragnienie pracowników, aby praca zdalna trwale istniała w modelach funkcjonowania przedsiębiorstw jest jednak bardzo silne. Praca zdalna, tak jak i pandemia koronawirusa, na pewno więc pozostanie z nami na dłużej. I trzeba się przystosować.
Konieczność zapewnienia wsparcia technicznego, dobór odpowiedniego oprogramowania i infrastruktury czy edukacja pracowników w zakresie kompetencji cyfrowych to niełatwa inwestycja, która dla wielu organizacji jest w tej chwili koniecznością – ale z pewnością przyniesie zyski w długim terminie i powinna uodpornić biznes na zawirowania w przyszłości – dodaje ekspert Marek Hojda.
Reorganizacja działalności wielu firm odbywa się właśnie teraz. Na pewno nie będzie to zmiana chwilowa, lecz na długie lata – bo nie wiemy, czy i kiedy skończy się pandemia, oraz co nastąpi po niej.

Firmy wciąż jeszcze szukają ludzi

Końcówka roku powinna przynieść lepsze niż w trzecim kwartale perspektywy dla poszukiwaczy nowej pracy. W ostatnim kwartale 2020 r. najłatwiej o nią będzie w południowo-zachodnim regionie kraju.
To właśnie w takich województwach jak dolnośląskie i opolskie, przedsiębiorstwa będą poszukiwać najwięcej rąk do roboty. Chociaż prognozy rekrutacyjne wyrażane przez pracodawców są tam najbardziej optymistyczne ze wszystkich regionów Polski, to zapotrzebowanie na nowych pracowników będzie o połowę mniejsze niż rok temu. A najmniejsze w ogóle szanse znalezienia nowej pracy są we wschodniej i północno-zachodniej części kraju.
Duży spadek zapotrzebowania na nowych pracowników to oczywiście zła wiadomość. Za to dobrą wiadomością dla osób planujących zmianę kariery jest informacja, że we wszystkich regionach Polski firmy, które zamierzają rekrutować nowych pracowników, przeważają nad tymi, które chcą zmniejszać personel (przynajmniej w okresie od października do grudnia bieżącego roku) – wskazuje międzynarodowa agencja zatrudnienia ManpowerGroup. Przygotowywany przez nią Barometr Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców co do zwiększenia lub zmniejszenia zatrudnienia w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, obecnie ponad 38 000 pracodawców w 43 krajach. Raport dla IV kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 31 lipca 2020 r.
Tak zwana prognoza netto zatrudnienia dla Polski (różnica między odsetkiem firm planujących powiększać zespoły, a tymi, które chcą je redukować) jest najkorzystniejsza także w południowo-zachodniej części kraju i wynosi tam plus 7 proc. Nieco mniejsze szanse czekają na poszukujących pracy w województwach łódzkim, mazowieckim, kujawsko-pomorskim, warmińsko-mazurskim, pomorskim, małopolskim i śląskim ( plus 6 proc. ).
Najmniej nowych pracowników będą rekrutować przedsiębiorstwa zlokalizowane w województwach lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim, podlaskim, wielkopolskim, zachodniopomorskim i lubuskim. Tam prognoza netto zatrudnienia wynosi + 3 proc. – Po dłuższym okresie negatywnego wpływu pandemii na zatrudnienie w wielu branżach, od początku września widzimy znaczące ożywienie. Po zakończonym sezonie urlopowym firmy mierzą się często z szybką potrzebą realizacji swoich zamówień, co łączy się z potrzebą pozyskania dodatkowych pracowników. Regiony, w których prognoza zatrudnienia jest najwyższa charakteryzują się dużym nasyceniem firm, a co za tym idzie większymi potrzebami personalnymi. Teraz te województwa reagują dynamicznie i wykazują gotowość do uzupełnienia stanów osobowych – mówi ekspertka Luiza Luranc z Manpower.
O wzroście liczby pracowników mówią zwłaszcza firmy produkcyjne, logistyczne i centra biznesowe, ale i handlowe, szczególnie w intensywnie rozwijającej się w czasie pandemii branży e-commerce. Ożywienie widać nawet w branży motoryzacyjnej skoncentrowanej, która była jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem w Polsce.
Przedsiębiorstwa poszukują najczęściej osób do prac prostych, ale jednocześnie na polskim rynku nadal są dobre perspektywy zatrudnienia dla specjalistów. Nowych pracowników poszukują generalnie wszelkie firmy działające w obszarze obsługi klienta. Szczególnie pożądane są osoby znające języki obce.
Pandemia przyczyniła się do wzrostu popularności pracy zdalnej, którą cześć firm obiera jako docelową formę współpracy. Takie podejście otwiera szerokie, zupełnie nowe możliwości dla kandydatów, ponieważ miejsce zamieszkania przestaje być ograniczeniem. – Dodatkowo zachęca do zatrudnienia pracowników z niepełnosprawnościami, dla których świadczenie pracy w biurze było sporym wyzwaniem – dodaje ekspertka Manpower.
W stosunku do okresu od lipca do września, w ostatnim kwartale tego roku zapotrzebowanie na pracowników najbardziej wzrośnie w regionie centralnym Polski. Tam prognoza rekrutacyjna firm poprawiła się o 19 punktów procentowych. Więcej ofert pracy będzie też na północy i południu (wzrost o 16 pp.). Jedynym regionem, gdzie firmy będą poszukiwać mniejszej liczby pracowników jest jak zwykle wschód, czyli tzw. Polska B, zaniedbywana przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Tam zapotrzebowanie na pracowników spadnie o 3 punkty procentowe – ale jednak wciąż będzie występować, bo według Manpower, w każdej części Polski więcej firm planuje na razie zatrudniać, niż zwalniać.

Ciuchom brakuje jakości

Polski sektor tekstylny w pierwszej połowie 2020 r. zanotował spadek sprzedaży wynoszący ok. 15 proc.

Branża tekstylno-odzieżowa w Europie warta 205 miliardów EUR nie uniknęła głębokiego spadku gospodarczego, który wstrząsa światem od początku wybuchu pandemii Covid-19. Potężne zakłócenia działalności handlowej i produkcyjnej już w tym roku spowodują spadek sprzedaży detalicznej w europejskiej branży tekstylnej i odzieżowej aż o 19 proc. – przewidują analitycy Euler Hermes. To znacznie większy regres niż w przypadku produktu krajowego brutto, który w tym roku, w krajach strefy euro zmniejszy się najprawdopodobniej o 9 proc. – Przewidujemy, że w 2021 r. dojdzie do odbicia w obrotach o 15 proc., jednak powrócą one do poziomów sprzed kryzysu dopiero w 2023 r. i to zakładając postępującą poprawę globalnej sytuacji epidemicznej oraz wyższe wsparcie finansowego dla gospodarki – prorokuje Aurélien Duthoit, ekspert z Euler Hermes.
Pomimo znacznego wsparcia w postaci różnorodnych programów utrzymywania miejsc pracy, do końca 2021 r. zatrudnienie w branży tekstylno – odzieżowej w Unii Europejskiej zostanie zmniejszone o 8 proc. (czyli o 158.000 miejsc pracy), a zniknąć może 6 proc.firm (około 13.000). W obrotach ogółem branży tekstylnej udział małych i średnich firm jest dwukrotnie wyższy niż średnia w europejskim sektorze produkcyjnym – co czyni ten przemysł bardziej wrażliwym na obecną recesję.
A jak będzie u nas? Polski sektor tekstylny to około 25.000 firm zatrudniających 145.000 osób. Obroty w tej branży wzrosły u na o około 20 proc. na przestrzeni lat 2015 – 2019. Stało się tak dzięki zwiększonemu popytowi i eksportowi do Niemiec. Jednak w okresie od stycznia do maja 2020 sprzedaż polskiego sektora tekstylnego spadła o 15 proc. w ujęciu rok do roku.

-W minionej dekadzie znaczna część produkcji tekstylnej została przeniesiona z zachodu do naszego kraju, a następnie uległa dalszemu przesunięciu do krajów o jeszcze niższych kosztach produkcji, takich jak Ukraina czy Litwa i Bułgaria. Tym niemniej część tej produkcji pozostała i jest to produkcja o wyższej wartości dodanej, w której liczy się jakość. Do tego dochodzą wąskie specjalizacje, takie jak szycie mundurów wszelkiego rodzaju, odzieży roboczej czy tapicerki samochodowej. Ponadto należy dodać produkcję materiałów obiciowych (dla przemysłu meblowego), która – choć może nie w skali włoskiej – odnalazła swoją niszę w naszej dosyć dynamicznej branży meblarskiej. Dynamicznej oczywiście w czasach dobrej koniunktury – mówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes.
Dziś wspomniana dynamika to już niemal zamierzchła przeszłość. Tym niemniej, są czynniki, które pozwalają przyjąć, że branża ta w europejskiej perspektywie jest tym razem bardziej odporna i konkurencyjna, niż w kryzysie finansowym z roku 2008, przez co ma większe szanse powrotu do normalności. Jest to ustabilizowana równowaga handlowa handlowa na rynku tekstyliów i odzieży w Europie, dynamiczny wzrost produkcji w segmentach, w których europejscy producenci są najbardziej konkurencyjni, postęp w zakresie innowacyjności.
W minionych latach rosnąca sprzedaż odzieży niosła za sobą pewien koszt klimatyczny: branża ta generuje w ujęciu globalnym 10 proc. emisji gazów cieplarnianych ogółem. Ale w przypadku Włoch, zgodne interesy konsumentów, sprzedawców detalicznych i producentów pozwoliły temu krajowi utrzymać upodobanie do odzieży droższej, ale o wyższej jakości i wykonanej lokalnie, co powoduje mniejszy przyrost emisji (choć jak wiadomo, akurat jakość włoskich wyrobów tekstylnych nie powala na kolana).
Miałby to być pożądany kierunek dla całego europejskiego przemysłu odzieżowego – i sposób na szybsze odbicie, powrót na ścieżkę wzrostu sprzed kryzysu oraz na tworzenie nieco bardziej ekologicznej gospodarki.
Jak zwykle w trudnych sytuacjach przedsiębiorcy wyciągają do swoich państw ręce po pomoc finansową. Pojawiają się opinie, iż wsparcie publiczne dla branży tekstylnej pomogłoby w położeniu większego nacisku na jakość niż na ilość. To z kolei mogłoby ograniczyć unijny import odzieży i według prognoz Euler Hermes spowodowałoby 8 proc. wzrostu w obrotach europejskich producentów odzieży. Na takim zwrocie w europejskiej branży tekstylnej mógłby zyskać także polski rynek i rodzime firmy.

Gospodarka potrzebuje odpowiedzialności

Recesja gospodarcza zmusza przedsiębiorców do silniejszego zabiegania o względy klientów. Oby świat biznesu szybko to zrozumiał.

Pandemia pandemia COVID-19 będzie miała istotny wpływ na przyszłość całej polskiej gospodarki. Już teraz zmieniły się nasze nawyki zakupowe, a brak poczucia stabilności zwiększył skłonność do rozsądnego zarządzania swymi pieniędzmi. Recesja gospodarcza zmusza zaś przedsiębiorców do silniejszego zabiegania o względy klientów. W rezultacie, firmy powinny wykazywać się rosnącą społeczną odpowiedzialność biznesu – bo to pozwoli im skuteczniej zdobywać zaufanie nabywców.
Społeczna odpowiedzialność biznesu nie przekłada się na natychmiastową poprawę wyników finansowych przedsiębiorstwa, jednak może wpłynąć na pojawienie się szeregu długofalowych korzyści, takich jak poprawa wizerunku marki czy zwiększenie grona lojalnych klientów i partnerów biznesowych.
Jak jednak przekonać klientów, że mają do czynienia z rzetelną i odpowiedzialną firmą? Oczywiście, najlepiej uczynić to poprzez codzienne, dobre praktyki biznesowe. Żeby jednak klient się przekonał, że firma, której produkty czy usługi kupuje, rzeczywiście tak działa, potrzeba czasu. Tymczasem chodzi o to, by zachęcić klienta, który dopiero zastanawia się, którą firmę wybrać i potrzebuje jakiegoś dowodu na jej solidność.
W takiej sytuacji przydają się naturalnie ustne referencje od kogoś zaufanego, ale także zaświadczenie – czy lepiej mówiąc, certyfikat, potwierdzający że rzeczywiście stykamy się z firmą, która nie od dziś postępuje rzetelnie i gra fair. Po to właśnie wymyślony został certyfikat „Przedsiębiorstwo Fair Play”, od dawna rozpoznawalny i respektowany w środowisku biznesowym. Potwierdza on, że firma realizuje politykę społecznej odpowiedzialności biznesu i działa zgodnie z wszelkimi obowiązującymi przepisami oraz zasadami etyki. Program afiliowany jest przy Krajowej Izbie Gospodarczej.
Do programu „Przedsiębiorstwo Fair Play” mogą się zgłaszać wszystkie firmy zarejestrowane i posiadające siedzibę w Polsce, prowadzące swoją działalność co najmniej przez cały rok kalendarzowy poprzedzający daną edycję. Certyfikat trafia do tych, które terminowo regulują zobowiązania finansowe, rzetelnie przeprowadzają procesy reklamacji, zapewniają pracownikom bezpieczne warunki pracy, wykazują dbałość o środowisko i przestrzegają zasad uczciwej konkurencji.
Certyfikat „Fair Play” przyznawany jest na podstawie dwuetapowego procesu weryfikacji. W pierwszym etapie uczestnicy udzielają szczegółowych informacji o ocenianych w programie aspektach działalności firmy. Drugi etap polega na potwierdzeniu przekazanych danych. Weryfikacja odbywa się poprzez audytora na podstawie dokumentów źródłowych i wywiadów z osobami zarządzającymi firmą, przedstawicielami działu księgowości, kadr, marketingu, związków zawodowych i z wybranymi pracownikami.  – Przedsiębiorca dzięki uzyskanemu certyfikatowi zyskuje zaufanie klientów, potencjalnych inwestorów i pracowników. Rynek staje się coraz bardziej wymagający. Od firm oczekuje się pewnych standardów zarządzania. Ten certyfikat to rzetelna informacja, że dana firma działa z poszanowaniem środowiska, godności człowieka i wykazuje wrażliwość na problemy społeczeństwa – mówi Anna Szcześniak, prezes programu „Przedsiębiorstwo Fair Play”.
Wszystkie te wartości stają się coraz ważniejsze w dobie pandemii koronawirusa. Sytuacja, z którą obecnie zmaga się cała europejska gospodarka pokazuje, że dotychczasowe strategie i plany, koncentrujące się głównie na osiągnięciu jak najlepszych wyników finansowych, okazały się niewystarczające. Pandemia COVID-19 to bowiem test nie tylko dla przywódców, szefów rządów czy służby zdrowia, ale również dla biznesu – dla trafności jego decyzji, odpowiedzialności, rzetelności i umiejętności odnalezienia się w nowej rzeczywistości.