Firmy wciąż jeszcze szukają ludzi

Końcówka roku powinna przynieść lepsze niż w trzecim kwartale perspektywy dla poszukiwaczy nowej pracy. W ostatnim kwartale 2020 r. najłatwiej o nią będzie w południowo-zachodnim regionie kraju.
To właśnie w takich województwach jak dolnośląskie i opolskie, przedsiębiorstwa będą poszukiwać najwięcej rąk do roboty. Chociaż prognozy rekrutacyjne wyrażane przez pracodawców są tam najbardziej optymistyczne ze wszystkich regionów Polski, to zapotrzebowanie na nowych pracowników będzie o połowę mniejsze niż rok temu. A najmniejsze w ogóle szanse znalezienia nowej pracy są we wschodniej i północno-zachodniej części kraju.
Duży spadek zapotrzebowania na nowych pracowników to oczywiście zła wiadomość. Za to dobrą wiadomością dla osób planujących zmianę kariery jest informacja, że we wszystkich regionach Polski firmy, które zamierzają rekrutować nowych pracowników, przeważają nad tymi, które chcą zmniejszać personel (przynajmniej w okresie od października do grudnia bieżącego roku) – wskazuje międzynarodowa agencja zatrudnienia ManpowerGroup. Przygotowywany przez nią Barometr Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców co do zwiększenia lub zmniejszenia zatrudnienia w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, obecnie ponad 38 000 pracodawców w 43 krajach. Raport dla IV kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 31 lipca 2020 r.
Tak zwana prognoza netto zatrudnienia dla Polski (różnica między odsetkiem firm planujących powiększać zespoły, a tymi, które chcą je redukować) jest najkorzystniejsza także w południowo-zachodniej części kraju i wynosi tam plus 7 proc. Nieco mniejsze szanse czekają na poszukujących pracy w województwach łódzkim, mazowieckim, kujawsko-pomorskim, warmińsko-mazurskim, pomorskim, małopolskim i śląskim ( plus 6 proc. ).
Najmniej nowych pracowników będą rekrutować przedsiębiorstwa zlokalizowane w województwach lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim, podlaskim, wielkopolskim, zachodniopomorskim i lubuskim. Tam prognoza netto zatrudnienia wynosi + 3 proc. – Po dłuższym okresie negatywnego wpływu pandemii na zatrudnienie w wielu branżach, od początku września widzimy znaczące ożywienie. Po zakończonym sezonie urlopowym firmy mierzą się często z szybką potrzebą realizacji swoich zamówień, co łączy się z potrzebą pozyskania dodatkowych pracowników. Regiony, w których prognoza zatrudnienia jest najwyższa charakteryzują się dużym nasyceniem firm, a co za tym idzie większymi potrzebami personalnymi. Teraz te województwa reagują dynamicznie i wykazują gotowość do uzupełnienia stanów osobowych – mówi ekspertka Luiza Luranc z Manpower.
O wzroście liczby pracowników mówią zwłaszcza firmy produkcyjne, logistyczne i centra biznesowe, ale i handlowe, szczególnie w intensywnie rozwijającej się w czasie pandemii branży e-commerce. Ożywienie widać nawet w branży motoryzacyjnej skoncentrowanej, która była jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem w Polsce.
Przedsiębiorstwa poszukują najczęściej osób do prac prostych, ale jednocześnie na polskim rynku nadal są dobre perspektywy zatrudnienia dla specjalistów. Nowych pracowników poszukują generalnie wszelkie firmy działające w obszarze obsługi klienta. Szczególnie pożądane są osoby znające języki obce.
Pandemia przyczyniła się do wzrostu popularności pracy zdalnej, którą cześć firm obiera jako docelową formę współpracy. Takie podejście otwiera szerokie, zupełnie nowe możliwości dla kandydatów, ponieważ miejsce zamieszkania przestaje być ograniczeniem. – Dodatkowo zachęca do zatrudnienia pracowników z niepełnosprawnościami, dla których świadczenie pracy w biurze było sporym wyzwaniem – dodaje ekspertka Manpower.
W stosunku do okresu od lipca do września, w ostatnim kwartale tego roku zapotrzebowanie na pracowników najbardziej wzrośnie w regionie centralnym Polski. Tam prognoza rekrutacyjna firm poprawiła się o 19 punktów procentowych. Więcej ofert pracy będzie też na północy i południu (wzrost o 16 pp.). Jedynym regionem, gdzie firmy będą poszukiwać mniejszej liczby pracowników jest jak zwykle wschód, czyli tzw. Polska B, zaniedbywana przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Tam zapotrzebowanie na pracowników spadnie o 3 punkty procentowe – ale jednak wciąż będzie występować, bo według Manpower, w każdej części Polski więcej firm planuje na razie zatrudniać, niż zwalniać.

Ciuchom brakuje jakości

Polski sektor tekstylny w pierwszej połowie 2020 r. zanotował spadek sprzedaży wynoszący ok. 15 proc.

Branża tekstylno-odzieżowa w Europie warta 205 miliardów EUR nie uniknęła głębokiego spadku gospodarczego, który wstrząsa światem od początku wybuchu pandemii Covid-19. Potężne zakłócenia działalności handlowej i produkcyjnej już w tym roku spowodują spadek sprzedaży detalicznej w europejskiej branży tekstylnej i odzieżowej aż o 19 proc. – przewidują analitycy Euler Hermes. To znacznie większy regres niż w przypadku produktu krajowego brutto, który w tym roku, w krajach strefy euro zmniejszy się najprawdopodobniej o 9 proc. – Przewidujemy, że w 2021 r. dojdzie do odbicia w obrotach o 15 proc., jednak powrócą one do poziomów sprzed kryzysu dopiero w 2023 r. i to zakładając postępującą poprawę globalnej sytuacji epidemicznej oraz wyższe wsparcie finansowego dla gospodarki – prorokuje Aurélien Duthoit, ekspert z Euler Hermes.
Pomimo znacznego wsparcia w postaci różnorodnych programów utrzymywania miejsc pracy, do końca 2021 r. zatrudnienie w branży tekstylno – odzieżowej w Unii Europejskiej zostanie zmniejszone o 8 proc. (czyli o 158.000 miejsc pracy), a zniknąć może 6 proc.firm (około 13.000). W obrotach ogółem branży tekstylnej udział małych i średnich firm jest dwukrotnie wyższy niż średnia w europejskim sektorze produkcyjnym – co czyni ten przemysł bardziej wrażliwym na obecną recesję.
A jak będzie u nas? Polski sektor tekstylny to około 25.000 firm zatrudniających 145.000 osób. Obroty w tej branży wzrosły u na o około 20 proc. na przestrzeni lat 2015 – 2019. Stało się tak dzięki zwiększonemu popytowi i eksportowi do Niemiec. Jednak w okresie od stycznia do maja 2020 sprzedaż polskiego sektora tekstylnego spadła o 15 proc. w ujęciu rok do roku.

-W minionej dekadzie znaczna część produkcji tekstylnej została przeniesiona z zachodu do naszego kraju, a następnie uległa dalszemu przesunięciu do krajów o jeszcze niższych kosztach produkcji, takich jak Ukraina czy Litwa i Bułgaria. Tym niemniej część tej produkcji pozostała i jest to produkcja o wyższej wartości dodanej, w której liczy się jakość. Do tego dochodzą wąskie specjalizacje, takie jak szycie mundurów wszelkiego rodzaju, odzieży roboczej czy tapicerki samochodowej. Ponadto należy dodać produkcję materiałów obiciowych (dla przemysłu meblowego), która – choć może nie w skali włoskiej – odnalazła swoją niszę w naszej dosyć dynamicznej branży meblarskiej. Dynamicznej oczywiście w czasach dobrej koniunktury – mówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes.
Dziś wspomniana dynamika to już niemal zamierzchła przeszłość. Tym niemniej, są czynniki, które pozwalają przyjąć, że branża ta w europejskiej perspektywie jest tym razem bardziej odporna i konkurencyjna, niż w kryzysie finansowym z roku 2008, przez co ma większe szanse powrotu do normalności. Jest to ustabilizowana równowaga handlowa handlowa na rynku tekstyliów i odzieży w Europie, dynamiczny wzrost produkcji w segmentach, w których europejscy producenci są najbardziej konkurencyjni, postęp w zakresie innowacyjności.
W minionych latach rosnąca sprzedaż odzieży niosła za sobą pewien koszt klimatyczny: branża ta generuje w ujęciu globalnym 10 proc. emisji gazów cieplarnianych ogółem. Ale w przypadku Włoch, zgodne interesy konsumentów, sprzedawców detalicznych i producentów pozwoliły temu krajowi utrzymać upodobanie do odzieży droższej, ale o wyższej jakości i wykonanej lokalnie, co powoduje mniejszy przyrost emisji (choć jak wiadomo, akurat jakość włoskich wyrobów tekstylnych nie powala na kolana).
Miałby to być pożądany kierunek dla całego europejskiego przemysłu odzieżowego – i sposób na szybsze odbicie, powrót na ścieżkę wzrostu sprzed kryzysu oraz na tworzenie nieco bardziej ekologicznej gospodarki.
Jak zwykle w trudnych sytuacjach przedsiębiorcy wyciągają do swoich państw ręce po pomoc finansową. Pojawiają się opinie, iż wsparcie publiczne dla branży tekstylnej pomogłoby w położeniu większego nacisku na jakość niż na ilość. To z kolei mogłoby ograniczyć unijny import odzieży i według prognoz Euler Hermes spowodowałoby 8 proc. wzrostu w obrotach europejskich producentów odzieży. Na takim zwrocie w europejskiej branży tekstylnej mógłby zyskać także polski rynek i rodzime firmy.

Gospodarka potrzebuje odpowiedzialności

Recesja gospodarcza zmusza przedsiębiorców do silniejszego zabiegania o względy klientów. Oby świat biznesu szybko to zrozumiał.

Pandemia pandemia COVID-19 będzie miała istotny wpływ na przyszłość całej polskiej gospodarki. Już teraz zmieniły się nasze nawyki zakupowe, a brak poczucia stabilności zwiększył skłonność do rozsądnego zarządzania swymi pieniędzmi. Recesja gospodarcza zmusza zaś przedsiębiorców do silniejszego zabiegania o względy klientów. W rezultacie, firmy powinny wykazywać się rosnącą społeczną odpowiedzialność biznesu – bo to pozwoli im skuteczniej zdobywać zaufanie nabywców.
Społeczna odpowiedzialność biznesu nie przekłada się na natychmiastową poprawę wyników finansowych przedsiębiorstwa, jednak może wpłynąć na pojawienie się szeregu długofalowych korzyści, takich jak poprawa wizerunku marki czy zwiększenie grona lojalnych klientów i partnerów biznesowych.
Jak jednak przekonać klientów, że mają do czynienia z rzetelną i odpowiedzialną firmą? Oczywiście, najlepiej uczynić to poprzez codzienne, dobre praktyki biznesowe. Żeby jednak klient się przekonał, że firma, której produkty czy usługi kupuje, rzeczywiście tak działa, potrzeba czasu. Tymczasem chodzi o to, by zachęcić klienta, który dopiero zastanawia się, którą firmę wybrać i potrzebuje jakiegoś dowodu na jej solidność.
W takiej sytuacji przydają się naturalnie ustne referencje od kogoś zaufanego, ale także zaświadczenie – czy lepiej mówiąc, certyfikat, potwierdzający że rzeczywiście stykamy się z firmą, która nie od dziś postępuje rzetelnie i gra fair. Po to właśnie wymyślony został certyfikat „Przedsiębiorstwo Fair Play”, od dawna rozpoznawalny i respektowany w środowisku biznesowym. Potwierdza on, że firma realizuje politykę społecznej odpowiedzialności biznesu i działa zgodnie z wszelkimi obowiązującymi przepisami oraz zasadami etyki. Program afiliowany jest przy Krajowej Izbie Gospodarczej.
Do programu „Przedsiębiorstwo Fair Play” mogą się zgłaszać wszystkie firmy zarejestrowane i posiadające siedzibę w Polsce, prowadzące swoją działalność co najmniej przez cały rok kalendarzowy poprzedzający daną edycję. Certyfikat trafia do tych, które terminowo regulują zobowiązania finansowe, rzetelnie przeprowadzają procesy reklamacji, zapewniają pracownikom bezpieczne warunki pracy, wykazują dbałość o środowisko i przestrzegają zasad uczciwej konkurencji.
Certyfikat „Fair Play” przyznawany jest na podstawie dwuetapowego procesu weryfikacji. W pierwszym etapie uczestnicy udzielają szczegółowych informacji o ocenianych w programie aspektach działalności firmy. Drugi etap polega na potwierdzeniu przekazanych danych. Weryfikacja odbywa się poprzez audytora na podstawie dokumentów źródłowych i wywiadów z osobami zarządzającymi firmą, przedstawicielami działu księgowości, kadr, marketingu, związków zawodowych i z wybranymi pracownikami.  – Przedsiębiorca dzięki uzyskanemu certyfikatowi zyskuje zaufanie klientów, potencjalnych inwestorów i pracowników. Rynek staje się coraz bardziej wymagający. Od firm oczekuje się pewnych standardów zarządzania. Ten certyfikat to rzetelna informacja, że dana firma działa z poszanowaniem środowiska, godności człowieka i wykazuje wrażliwość na problemy społeczeństwa – mówi Anna Szcześniak, prezes programu „Przedsiębiorstwo Fair Play”.
Wszystkie te wartości stają się coraz ważniejsze w dobie pandemii koronawirusa. Sytuacja, z którą obecnie zmaga się cała europejska gospodarka pokazuje, że dotychczasowe strategie i plany, koncentrujące się głównie na osiągnięciu jak najlepszych wyników finansowych, okazały się niewystarczające. Pandemia COVID-19 to bowiem test nie tylko dla przywódców, szefów rządów czy służby zdrowia, ale również dla biznesu – dla trafności jego decyzji, odpowiedzialności, rzetelności i umiejętności odnalezienia się w nowej rzeczywistości.

Czy roboty wyprą nas z roboty?

Ograniczanie roli żywych ludzi w procesach produkcyjnych to tendencja trwająca od stuleci, ale koronawirus może ją przyśpieszyć.

Aż 53 proc. mieszkańców naszego kraju boi się utraty pracy z powodu kryzysu gospodarczego jaki spowodowała pandemia COVID-19. Polacy, jako główne powody obaw związanych z ryzykiem utraty pracy wskazują samą recesję (59,6 proc.), dłuższą izolację bądź kwarantanne wywołaną zakażeniem, co w konsekwencji może doprowadzić do zwolnienia (41,6 proc. ) oraz – co ciekawe – automatyzację ich stanowiska pracy (18,7 proc.).
Te ostatnie lęki, rodem jeszcze z późnego średniowiecza – bo wtedy pojawiły się pierwsze obawy przed nowymi metodami produkcji mogącymi zmniejszyć zapotrzebowanie na pracę – są, jak widać, nadal aktualne w Polsce.
Okres pandemii wiąże się z redukcją etatów oraz oszczędnościami wprowadzanymi przez wiele firm – na bardzo różne sposoby. Blisko 40 proc. badanych wskazuje, że z powodu wszechobecnej pandemii do ich pracy zostały wprowadzone nowe narzędzia technologiczne. Dwóch na trzech badanych przyznaje, że obecna sytuacja skłoniła ich do jeszcze częstszego korzystania ze smartfonu i komputera. Jednocześnie w pracy zdalnej pracują oni znacznie dłużej i ciężej niż dotychczas – takie wyniki przynosi raport Procontent Communication pt. „Pandemia automatyzuje Polskę?”.
Roboty nie chorują, nie męczą się, ani nie przenoszą wirusa – ze względu na te właśnie zalety stanowią idealną odpowiedź na czasy pandemii. Aspekt ten jest widoczny wśród pracowników, gdyż prawie, co piąty badany obawia się zautomatyzowania swojego stanowiska, które może zostać zastąpione przez nową technologię. Należy jednocześnie podkreślić, że na automatyzację pracy wskazało więcej respondentów obawiających się utraty zatrudnienia, niż na ucieczkę inwestorów z naszego rynku (15,9 proc.). Jeszcze mniej badanych, gdyż jedynie 11,3 proc. obawia się konkurencji ze strony imigrantów zarobkowych.
„Pandemia sprawiła, że znacznie więcej czasu spędzam przed komputerem i smartfonem” – z tym stwierdzeniem zgodziło się ponad dwie trzecie badanych. Na to wpływ bez wątpienia miała praca zdalna, którą, jak wynika z raportu, w ostatnim czasie wykonywał co drugi ankietowany. Polakom jednak ta forma pracy nie do końca odpowiada. Ponad połowa z nich (52 proc.) ocenia, że za sprawą zdalnego wykonywanie obowiązków pracowali oni ciężej i dłużej niż zwykle.
Jednocześnie ankietowani, w wyniku wzmożonego kontaktu z zaawansowanymi technologiami podczas pandemii, coraz bardziej obawiają się cyfrowej manipulacji. Aż 56 proc. badanych jest zdania, że firmy projektujące i kontrolujące technologie wykorzystują je do manipulowania użytkownikami. Z takim wnioskiem zdecydowanie nie zgadza się jedynie 2 proc. Polaków.
„W najbliższym czasie będziemy funkcjonować w modelu hybrydowym, łączącym pracę zdalną – tam gdzie jest ona możliwa – ze stacjonarną, np. w trybie rotacyjnym. To wymusza dalszą transformację cyfrową polskich przedsiębiorstw. Automatyzacja pracy pozwoli zapewnić ciągłość funkcjonowania i bezpieczeństwo w trudnych warunkach sanitarnych. Jest to nieuniknione. Nasz kraj i świat zostaną wkrótce zdefiniowane przez nowoczesne technologie cyfrowe, algorytmy i sztuczną inteligencję. Już obecnie są to supertrendy, na których warto budować strategię przedsiębiorstw” – uważa Emil Muciński z Instytutu Interwencji Gospodarczych Business Centre Club.
Obecne lęki przed robotyzacją wydają się jednak nieco rozdmuchane – bo przecież nawet i bez pandemii, przedsiębiorcy – jeśli im to się opłaca – automatyzują i restrukturyzują stanowiska pracy, by zatrudniać jak najmniej ludzi. Ale oczywiście, koronawirus może stanowić dodatkowy bodziec skłaniający do takich działań.
Dodatkowo, przez obecną sytuację gospodarczą Polacy chcą ograniczać wydatki, co zmniejszy konsumpcję, pogłębi recesję i będzie stanowić kolejny powód ograniczania zatrudnienia. Trudno jednak nie przygotowywać się na czekające nas, coraz cięższe czasy. Ponad połowa badanych (52 proc.) deklaruje, że oszczędza ze strachu przed drugą falą epidemii.
„Można powiedzieć, że pandemia stała się swego rodzaju katalizatorem, który skłonił Polaków do myślenia, że trzeba być przygotowanym na nieprzewidziane sytuacje. Wyniki badania wyraźnie obrazują, że obecnie Polacy są bardzo świadomi potrzeby posiadania poduszki finansowej, która zabezpieczy spokojne funkcjonowanie wielu rodzinom. Miejmy nadzieję, że obecna sytuacja pozytywnie wpłynie i wykształci nawyki takie jak kontrola wydatków i skłonność do świadomego oszczędzania. Polacy w porównaniu do mieszkańców Unii Europejskiej niestety wciąż odstają, jeśli chodzi o poziom posiadanych oszczędności.” – dodaje Jarosław Bartkiewicz prezes Prudential Polska. Tyle, że wszystkie zachęty do oszczędzania wezmą w łeb, jeśli coraz więcej ludzi straci pracę i nie będzie miało co oszczędzać.
Obawy przed drugą falą pandemii wpływają również na priorytety w naszym życiu zawodowym. Od swoich pracodawców Polacy wymagają dziś przede wszystkim przygotowania się na druga falę epidemii COVID-19 (56,1 proc.) oraz poradzenia sobie z kryzysem gospodarczym i odbudową gospodarki (53,8 proc.) – choć oczywiście znacznie bardziej odpowiedzialne za to są władze państwowe. Istotnym aspektem jest też dbanie o tzw. dobrostan pracowników i ich samopoczucie psychiczne związane ze stanem długotrwałej izolacji (47,3 proc.).
Nieliczni wskazali zaś na zmiany klimatyczne (21,1 proc.), jako istotny temat, którym powinni się obecnie zajmować pracodawcy. Warto zauważyć, że nigdy te kwestie nie były postrzegane jako ważne zadanie dla przedsiębiorstw – i słusznie, gdyż przeciwdziałanie niekorzystnym zmianom klimatycznym to przede wszystkim domena rządu, a nie przedsiębiorców. Ich zadaniem jest wytwarzanie dóbr w sposób jak najbardziej efektywny. Natomiast władze państwowe muszą zadbać o to, by metody wytwarzania tych dóbr były również jak namniej szkodliwe dla środowiska.
„Najważniejszym dla społeczeństwa jest dziś zapewnienie bezpieczeństwa finansowego i stabilizacja zatrudnienia. Tematy kluczowe dotyczą bezpieczeństwa zatrudnienia oraz wizji radzenia sobie z kryzysem” – dodaje Iwona Kubicz z Procontent Communication.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią może przyśpieszyć trend ku automatyzacji i robotyzacji procesów produkcyjnych, ponieważ firmy szukają wszelkich sposobów, aby zredukować zatrudnienie i być bardziej konkurencyjnymi. To wielka szansa dla polskiej gospodarki, wciąż mało innowacyjnej i zapoźnionej technologicznie. Pytanie, czy kierownictwo gospodarcze naszego kraju będzie w stanie ją wykorzystać?
Oczywiste jest, że wiele firm, które wprowadzi nowe technologie i zainwestuje w automatyzację, już nigdy nie wróci do mniej nowoczesnych metod wytwarzania. I bardzo dobrze – ale trudno przypuścić, aby ten proces odbył się w sposób całkowicie bezbolesny dla pracowników najemnych.
Obecnie Ministerstwo Rozwoju wspólnie z Ministerstwem Finansów pracuje nad rozwiązaniami podatkowymi, które mają zachęcić przedsiębiorców do inwestycji w automatyzację. Ulga na tzw. robotyzację przemysłową umożliwi firmom, które będą chciały zakupić nowe roboty przemysłowe do swoich zakładów lub zwiększyć ich liczbę, odliczenie 50 proc. kosztów robotyzacji w zeznaniu rocznym. Nie wiadomo jednak, czy w sytuacji trzeszczącego budżetu jakiekolwiek nowe ulgi są realne.

Przyszłość energetyki odnawialnej

Najlepsze perspektywy rozwoju mają przed sobą instalacje fotowoltaiczne.
Od wprowadzenia w Polsce w 2015 roku regulacji korzystnych dla odnawialnych źródeł energii, widać́ z roku na rok wzrost liczby i mocy tych instalacji w naszym systemie elektroenergetycznym. Dominującą rolę pełni tu fotowoltaika. Pojawiają się nawet prognozy, że na koniec bieżącego roku Polska zajmie piąte miejsce w Europie pod względem przyrostu nowych mocy w panelach fotowoltaicznych.
Natomiast Instytut Energetyki Odnawialnej w raporcie pt. „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2019” wskazuje, że udział największej grupy odbiorców instalacji fotowoltaicznych w Polsce jaką stanowią klienci indywidualni (gospodarstwa domowe), będzie spadał z ponad 50 proc. w 2019 roku do niecałych 45 proc. w 2030 r. na korzyść́ prosumentów biznesowych, których udział w 2030 r. wzrośnie do prawie 30 proc. Taka dynamika jasno oznacza też zapotrzebowanie na finansowanie tego typu instalacji.
Z danych Agencji Rynku Energii wynika, że energia słoneczna uplasowała się dopiero na 6. miejscu pod względem produkcji odnawialnej energii elektrycznej w Polsce w 2019 r. (2,8 proc. udział w rynku). Jednak ten segment OZE w opinii ekspertów ma największe perspektywy rozwoju w najbliższych latach.
-Polskie małe i średnie przedsiębiorstwa niejednokrotnie pokazały, że są motorem polskiej gospodarki, dlatego że twardo stąpają po ziemi i kierują się czystym pragmatyzmem. Nasze tegoroczne badanie pokazuje, że tak samo podchodzą do ekologii – powiedział Wojciech Przybył, członek zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego, autora badania pt „Zielona energia w MŚP pod lupą”.
Świadomość znaczenia źródeł odnawialnej energii wśród małych i średnich polskich przedsiębiorców jest bardzo wysoka. Wskazują przede wszystkim na fotowoltaikę, energię wodną i wiatrową. Biomasa i biogaz wymieniane były najrzadziej, bo ten rodzaj „zielonej energii”, choć kolorystycznie rzeczywiście najbliżej zbliżony do zielonego, trudno uznać za ekologiczny, że względu na jego szkodliwość dla stanu powietrza.
Tyle teoria, ale w praktyce zdecydowana większość polskich MŚP (95 proc.) nie korzysta z energii odnawialnej. Natomiast te firmy, które już decydują się na odnawialne źródła energii, wybierają głównie fotowoltaikę (4 proc.). Nieco lepiej zapowiada się przyszłość. 1 na 9 małych i średnich firm planuje korzystanie z OZE, zdecydowana większość w panele fotowoltaiczne.
W przypadku większych przedsiębiorstw ten kierunek jest zdecydowanie popularniejszy. Aż 30 proc. średnich firm w Polsce zamierza zainwestować w energię słoneczną, 5 proc. w wiatrową, a kolejne 5 proc. w pompy ciepła. Pamiętajmy jednak, że są to jeszcze tylko nie do końca konkretne plany.

Polubiliśmy pracę w „domowych biurach”

Tylko co dziesiąty pracownik chciałby na stałe wrócić z home-office do firmowego mordoru. Firmom się to mniej podoba, bo wolą mieć pracowników na miejscu, pod kontrolą.
Polacy chcieliby pracować zdalnie w większym wymiarze, niż planują to w przyszłości ich pracodawcy. Podczas gdy tylko połowa firm chciałaby wyegzekwować od swoich pracowników pracę zdalną w różnym wymiarze, tak o potrzebie pracy w domowym home-office mówi dziewięciu na 10 zatrudnionych.
Najpopularniejszym rozwiązaniem wskazywanym zarówno przez pracowników, jak i pracodawców jest jednak model hybrydowy – pracę w biurze oraz w domu chciałoby łączyć 75 proc. Nie wszystkim się to niestety uda, bo zastosowanie tego rozwiązania planuje zaledwie 53 proc. firm. Takie informacje podaje raport ManpowerGroup i HRlink o tym, jak pandemia zmieniła podejście Polaków oraz pracodawców do pracy. Pierwsze wnioski z raportu potwierdzają istnienie spodziewanych, dużych różnic w tym, czego oczekują zatrudnieni – a co zamierzają wdrożyć firmy.
Aż 88 proc. zapytanych pracowników chciałoby pozostać, w różnym zakresie, przy home-office. W tej grupie 13 proc osób oczekuje, że będzie mogło pracować z domu w pełnym wymiarze swojego czasu pracy. O modelu hybrydowym, czyli częściowo w biurze i częściowo w trybie zdalnym, mówi trzy czwarte ankietowanych. Wśród pracowników stawiających na pracę rotacyjną 54 proc. chciałoby pracować zdalnie do 10 dni w miesiącu, a 46 proc. woli większą liczbę dni pracy w zaciszu domowym. Tylko 12 proc. badanych chciałoby powrócić do biur w pełnym wymiarze czasu pracy (widocznie w domach nie za bardzo im się układa, albo mają ciasne mieszkania).

-Polscy pracownicy dobrze zaadaptowali się do pracy zdalnej i oczekują, aby ten model został wprowadzony przez pracodawców na stałe. Dzięki możliwości home-office zatrudnieni zyskują większą elastyczność, która jest jednym z kluczowych oczekiwań na rynku pracy. Firmy wyrażają jednak mniejszą gotowość przyjęcia na stałe rozwiązań z czasów pandemii. Może się to wiązać z potrzebą głębszej integracji zespołu i budowania kultury organizacyjnej poprzez wspólną pracę w biurze. Tradycyjna formuła pracy daje też poczucie większej kontroli nad pracownikami i łatwiejsze możliwości weryfikowania realizacji obowiązków czy wyznaczonych celów – mówi dyr. Katarzyna Pączkowska z Manpower.
Jeżeli chodzi o pracodawców, to 55 proc. z nich planuje pozostać przy pracy zdalnej, w różnym zakresie, ale tylko 2 proc. chce kontynuować home-office w pełnym wymiarze czasu pracy. Natomiast 53 proc. planuje zastosowanie modelu rotacyjnego. Wśród organizacji, które myślą o pracy hybrydowej, 54 proc. chce zaproponować swoim pracownikom do 10 dni pracy z domu, a 46 proc. zgodziłoby się na przedłużenie tego okresu. Co czwarta firma planuje powrót do pracy z biura w pełnym zakresie, a co piąta nie zna jeszcze swoich planów.
W „starej rzeczywistości”, przed pojawieniem się wirusa COVID-19, tylko niewiele firm funkcjonowało w trybie pracy zdalnej. Wynikało to z różnych przekonań lub stereotypów, z małej wiary w efektywność takiego modelu oraz z niewystarczającego zaufania do pracowników. Pandemia i lockdown zmusiły firmy do nagłego, często z dnia na dzień i bez wcześniejszego przygotowania, przejścia do pracy w pełni zdalnej lub hybrydowej.
Po kilku miesiącach okazało się, że ten model sprawdza się oraz dodatkowo poprawia efektywność i wyniki. Model pracy zdalnej lub hybrydowej niesie jednak za sobą wiele wyzwań. Wymaga reorganizacji procesów i zespołów, oznacza zmianę w dotychczasowych trendach dotyczących przeznaczenia powierzchni biurowej, potrzeby bycia w biurze, stosowanych narzędzi i form komunikacji, zmian w systemach motywacyjnych i benefitach, innego podejścia do rekrutacji oraz zupełnie nowego podejścia do budowania i utrzymania relacji w zespole. Myślę, że coraz więcej firm będzie jednak sięgało po ten model, coraz lepiej radząc sobie z wyzwaniami i doceniając korzyści wynikające z pracy zdalnej – dodaje Arkadiusz Kuchto, prezes Hrlink.
Pracodawcy przez ostatnie lata inwestowali w powierzchnie biurowe, w nowoczesnych biurowcach powstawały pokoje do pracy w ciszy, do zadań zespołowych, a także przestrzenie do integracji czy wspólnego wypoczynku. Dlatego firmy wolą całkowity powrót do biur lub wprowadzenie modelu hybrydowego, w ramach którego zespoły mogą pracować rotacyjnie, czyli częściowo w biurze, a częściowo w trybie zdalnym.
Wydaje się, iż mieszany model pracy jest w stanie pogodzić różne interesy zarówno zatrudnionych, jak i pracodawców, zwłaszcza te związane z integracją czy kontrolą pracy. Może on stać się w przyszłości często spotykanym rozwiązaniem, zwłaszcza w sektorze usług dla biznesu, nowych technologii, finansów, telekomunikacji.
Kluczowe przy tym stanie się utrzymywanie odpowiedniego balansu pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Wiele firm będzie stawać przed trudnymi wyzwaniami związanymi ze zmianą kultury organizacyjnej.

Kara dla Jakubasów

Wyjątkowo dziwny brak spostrzegawczości ze strony organizatorów przetargów.

Przedsiębiorcy zajmujący się dowozem uczniów w niedozwolony sposób wpływali na wyniki zamówień publicznych – jeśli ich propozycje były najkorzystniejsze, wówczas zwycięzca rezygnował z zamówienia, tak aby została wybrana druga, droższa oferta podmiotu biorącego udział w zmowie. Dodatkowym zyskiem dzielili się pospołu. Taką to właśnie zmowę wykrył Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył na uczestników tego niedozwolonego porozumienia kary w łącznej wysokości około 200 tys. zł. A uczestnicy zmowy to przedsiębiorcy o skądinąd znanych nazwiskach: Firma Transportowo Turystyczna „Jakubas” Krystyna Jakubas, Firma Transportowo Usługowa Magdalena Jakubas oraz Euro Bus Marek Jakubas.
Z informacji zgromadzonych przez urząd wynika, że wspólnie usiłowali wpłynąć na wynik 10 zamówień publicznych, z czego w sześciu przypadkach osiągnęli swój cel. Zamawiającymi były małopolskie gminy: Łapanów, Nowy Wiśnicz, Łapsze Niżne i Wojnicz, a także placówki edukacyjne: Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie, Zespół Szkół im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Woli Dębińskiej, gimnazjum im. Komisji Edukacji Narodowej w Zaborzu.
Stosowany przez ukarane firmy mechanizm rozstawiania i wycofywania ofert polegał na tym, że zwycięzca przetargu rezygnował z podpisania umowy w ten sposób, że nie dostarczał brakujących dokumentów, np. licencji przewoźnika czy zaświadczenia z ewidencji gospodarczej. Chodziło o to, żeby ostatecznie wybrano drugą, droższą propozycję innego uczestnika zmowy. – Mechanizm rozstawiania i wycofywania ofert to najczęstsza forma zmowy przetargowej. Jest to działanie niezgodne z prawem i zagrożone sankcją finansową w wysokości do 10 proc. rocznego obrotu, Apeluję do organizatorów przetargów o zwracanie uwagi na tego typu sytuacje – powiedział prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Ten apel wydaje się konieczny, bo rzeczywiście, dość dziwne jest , że organizatorzy przetargów nie zwrócili uwagę na trzy firmy mające w nazwie to same nazwisko, działające w ten sposób, ze jedni rezygnowali na rzecz drugich. Decyzja o ukaraniu nie jest prawomocna. Przysługuje od niej odwołanie do sądu, które pewnie nastąpi.

Będą kary dla szefów firm

W ramach rządowych działań wspierających polską gospodarkę w czasie pandemii, prezes UOKiK opublikował szczegółowe wyjaśnienia, wskazujące jak będzie ustalał wysokość kar pieniężnych dla menedżerów.
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny przypomniał, że nie tylko firmom grożą sankcje za stosowanie praktyk ograniczających konkurencję – polskie przepisy dopuszczają nakładanie kar finansowych do wysokości 2 mln zł także na osoby zarządzające, które są odpowiedzialne za zawieranie porozumień ograniczających konkurencję.
Szef Urzędu ostrzegł, że jeżeli osoby zarządzające umyślnie doprowadziły na przykład do zawarcia zmowy cenowej lub podziałowej, to muszą ponieść konsekwencje finansowe swojego działania. Wpływ menedżera na powstanie naruszenia czy stopień szkodliwości jego działań lub zaniechań może oczywiście być różny. Dlatego w procesie ustalania wysokości kary zostaną uwzględnione wszystkie ważne czynniki tak, aby kara była sprawiedliwa
Wysokość osobistej kary finansowej dla menadżera będzie zatem ustalana w kilku etapach, które powinny uwzględniać zarówno okoliczności obiektywne, jak i subiektywne (czyli zależne od punktu widzenia prezesa UOKiK).
W pierwszej kolejności prezes UOKiK weźmie pod uwagę charakter naruszenia – jego wagę, skutki, a także skalę. Na tej podstawie ustali kwotę bazową, która będzie służyła dalszemu określeniu wysokości kary. Najdotkliwsze kary są przewidziane za dokonywanie ustaleń między konkurentami.
Prezes UOKiK zapowiedział jednak, że ma zamiar traktować w sposób surowy również niektóre kategorie porozumień dotyczących relacji między przedsiębiorcami działającymi na różnych szczeblach obrotu (na przykład producent – hurtownik, hurtownik – detalista).
Ważną przesłanką ustalenia wysokości kary będzie również wpływ menedżera na powstanie naruszenia: wysoki, średni lub umiarkowany. W następnym kroku prezes UOKiK uwzględni też okoliczności obciążające oraz łagodzące.
Do tych pierwszych należą na przykład: rola organizatora, znaczne korzyści uzyskane przez menedżera, wywieranie presji na inne osoby, a także dokonanie już wcześniej podobnego naruszenia. Okoliczności łagodzące to między innymi działanie pod przymusem oraz pójście na współpracę z UOKiK podczas postępowania.
Prezes Tomasz Chróstny oświadczył, że w tej chwili Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi postępowania, w których bada działania i zaniechania łącznie 19 osób zarządzających. Zapowiedział, że jeszcze w tym roku można się spodziewać wydania decyzji, wymierzających tym osobom kary finansowe.
Tak więc, ci zarządcy firm powinni się już przygotowywać na duże, raczej nieprzewidziane wydatki.

Koronawirus osłabia i wzmacnia koniunkturę

Kilka miesięcy temu przedsiębiorcy z branży hotelowej, restauracyjnej i cateringowej mieli najgorsze nastroje w całej polskiej gospodarce. Dziś są największymi optymistami – choć nie na długo.

Barometr koniunktury na trzeci kwartał bieżącego roku dla sektora HoReCa (hotele, restauracje, firmy cateringowe) wyniósł 55,7 pkt. W porównaniu do pomiaru na drugi kwartał (koniec marca bieżącego roku) wartość tego wskaźnika, obliczanego przez Europejski Fundusz Leasingowy wzrosła niemal dwukrotnie – o 27,1 pkt. To największa dynamika spośród wszystkich badanych sektorów polskiej gospodarki i najwyższy wskaźnik koniunktury wśród nich.
Barometr koniunktury EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (takiego jak wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków, inwestycje w środki trwałe). Wartość głównego indeksu wskaźnika koniunktury dla całej polskiej gospodarki na III kwartał tego roku wyniosła 50,2 pkt. Osiągnięty poziom jest o 17,7 pkt. wyższy niż w drugim kwartale tego roku i jednocześnie najwyższy od III kwartału 2019 r. (52,2 pkt.).
Mimo dużego i uzasadnionego pesymizmu w pierwszym półroczu, nastroje w branży HoReCa są więc obecnie znacząco lepsze, niż w pozostałych elementach gospodarki. Co więcej, ten sektor ocenia swoją najbliższą przyszłość najlepiej od ponad roku – ostatnio lepszy wynik został odnotowany w drugim kwartale 2019 roku.
Na tak dobry wynik największy wpływ miało letnie ożywienie w krajowym ruchu turystycznym i korzystne prognozy dotyczące sprzedaży.
Prawie 54 proc. hoteli, restauracji i firm cateringowych prognozuje wzrost zamówień od lipca do września br., podczas gdy tylko co czwarty zapytany spodziewa się zmniejszenia obrotów. Jest to zdecydowanie odmienny obraz od tego z końca marca i początku kwietnia, kiedy ponad 81 proc. przedstawicieli HoReCa obawiała się mniejszej sprzedaży, a na jej wzrost liczyło zaledwie 3 proc. zapytanych.
Wówczas hotelarze, restauratorzy i przedstawiciele firm cateringowych, obok sektora usług, najbardziej pesymistycznie wyobrażali sobie swoją przyszłość. Teraz jest odwrotnie. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na płynność finansową, której poprawienia spodziewa się 30 proc. przedsiębiorców, również najwięcej wśród sektorów gospodarki. Natomiast na duże odbicie w inwestycjach jeszcze nie ma co liczyć – zdecydowana większość zapytanych (87 proc.) uważa, że pozostaną one na niezmienionym poziomie co ostatnio. Tym niemniej, w związku z poprawą koniunktury 18,8 proc. przedsiębiorców wyraża większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (kredyty i pożyczki).
O poprawie nastrojów w branży HoReCa może świadczyć także fakt, że więcej przedstawicieli tego sektora twierdzi, że kondycja ich biznesów mimo wciąż trwającej pandemii, w ciągu kolejnych sześciu miesięcy poprawi się, niż pogorszy (42,5 proc. wobec 39 proc.). Tutaj również grupa optymistów jest najliczniejsza wśród wszystkich sektorów polskiej gospodarki. – HoReCa to jeden z sektorów, dla którego objawy infekcji spowodowanej COVID-19 w perspektywie długoterminowej mogą okazać się najbardziej widoczne. Do dziś, pomimo zniesienia wielu obostrzeń, wiele restauracji, kawiarni, barów, hoteli czy pensjonatów nie funkcjonuje tak jak miało to miejsce przed wybuchem pandemii. Najpewniej dlatego tak wielu przedstawicieli tego sektora twierdzi, że najpoważniejszym skutkiem trwającego kryzysu będą upadki działalności gastronomicznych i hotelarskich. Z drugiej strony, sami zainteresowani widzą nie tyle światełko w tunelu, co reflektor, o czym świadczy najwyższa od ponad roku wartość branżowego indeksu. Na założenie różowych okularów przez restauratorów i hotelarzy z pewnością wpłynęły trzy czynniki. Pierwszy – pomoc finansowa w ramach tarczy antykryzysowej. Po drugie – trwający sezon wakacyjny, w którym polska turystyka pozostaje bezkonkurencyjna wobec zagranicznych ofert. Po trzecie, uruchomienie bonów, które mają na celu pobudzenie turystycznej gałęzi polskiej gospodarki – zwraca uwagę Radosław Woźniak, prezes EFL.
Koronawirus w połączeniu z decyzjami rządu najpierw doprowadził wiele hoteli, restauracji i firm cateringowych na skraj upadku, by potem, za sprawą letniego boomu krajowych wyjazdów turystycznych Polaków, wyrównywać poniesione straty. Jego wpływ jest jednak niszczący i podważa wszelkie plany biznesowe. Aż 73,8 proc. przedsiębiorców z sektora hotelarskiego, restauracyjnego i cateringowego uważa, że koronawirus będzie mieć zdecydowanie niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację ich firmy (to również najwyższy pesymizm wśród wszystkich sektorów gospodarki).
Nadal też w branży HoReCa najwięcej ankietowanych, wśród wszystkich badanych sektorów gospodarki, twierdzi, że pandemia koronawirusa spowoduje zamykanie biznesów hotelarskich i gastronomicznych (tak uważa 50 proc.).
Pod koniec maja 67 proc. zapytanych liczyło na uporanie się ze skutkami kryzysu do końca przyszłego roku, pod koniec czerwca – już tylko 39 proc. Więcej respondentów natomiast uważa, że nastąpi to w ciągu najbliższych dwóch – trzech lat (35,5 proc. wobec 27 proc. w maju) lub jeszcze później w następnych latach (19 proc. , gdy w maju nikt tak nie myślał).
Oznacza to, że w porównaniu do wyników z wiosny tego roku, hotelarze, cateringowcy i restauratorzy są mniej optymistycznie nastawieni, jeśli chodzi o czas powrotu do pełnej koniunktury. To zaś może poddawać w wątpliwość, czy jej obecna poprawa okaże się trwała.

Rosną transakcje w sieci

Pod względem rozwoju sprzedaży w internecie, polski handel detaliczny przeskoczył siedem lat w siedem tygodni.

Pandemia koronawirusa zmieniła nasze codzienne życie w bardzo wielu aspektach, jednak wzrost znaczenia handlu internetowego kosztem kanału tradycyjnego był jednym z najbardziej zauważalnych trendów ostatnich miesięcy.
W ciągu zaledwie kilku tygodni przypadających na okres wprowadzenia ograniczeń związanych z zachowaniem bezpieczeństwa w stanie pandemii, udział sprzedaży internetowej w polskim handlu detalicznym wzrósł z ok. 5,5 proc. na koniec 2019 r. do blisko 12 proc. w szczytowym momencie tego roku. Dla zobrazowania naszej skali wzrostu warto porównać te dane z największym rynkiem e-commerce na świecie, jakim są Stany Zjednoczone: analogiczny wzrost udziału sprzedaży internetowej zajął tam niemal siedem lat.
Biorąc pod uwagę wzrost sprzedaży online, wyraźnym liderem w naszym kraju była kategoria odzieży i obuwia, gdzie porównując stan z końca kwietnia z tym z początku roku, udział sprzedaży internetowej wzrósł ponad 2,5-krotnie. Niemniej jednak, w miarę znoszenia kolejnych obostrzeń widoczny jest powrót konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży, co powoduje unormowanie się udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej poszczególnych branż.
Przykładowo, w przypadku żywności w czerwcu sprzedaż internetowa była niższa o ok. 10 proc. niż w marcu. W kategorii mebli oraz sprzętu RTV i AGD, spadek w porównaniu z marcem wyniósł ok. 20 proc., zaś w przypadku farmaceutyków i kosmetyków wydatki internetowe były mniejsze o ok 30 proc.
Jeżeli natomiast za poziom odniesienia przyjmiemy sprzedaż internetową z lutego bieżącego roku, to okaże się, że jedyną kategorią sprzedaży detalicznej wyodrębnianą przez Główny Urząd Statystyczny, gdzie wartość internetowej sprzedaży nie wzrosła, były farmaceutyki i kosmetyki. Oznacza to, że w większości branż składających się na handel detaliczny pandemia spowodowała jednak trwałą zmianę przyzwyczajeń konsumentów i przeniesienie części zakupów do Internetu – nawet w przypadku takich branż, w przypadku których e-handel nie miał wcześniej znaczącego udziału, czego najlepszym przykładem jest sprzedaż produktów spożywczych.
Można zatem powiedzieć, że pandemia spowodowała skokowy wzrost liczby sklepów internetowych i firm sprzedających poprzez platformy e-commerce. Jako całość, polska gospodarka osiąga przychody z e-handlu bardzo zbliżone do poziomu Unii Europejskiej.
Analizując udział handlu internetowego w przychodach firm (bez podziału na sektor działalności oraz tego, czy odbiorca jest indywidualny czy biznesowy) Polska plasuje się dokładnie na europejskiej średniej wynoszącej 18 proc. Pozostajemy jednak w tyle za niektórymi państwami naszego regionu. Udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować trwale na poziomie ok. 8 proc. – w porównaniu z 5,4 proc. w 2019 r. To wyniki analizy ekspertów Santander Bank.
– Nie wiemy jeszcze jak dokładnie pandemia wpłynęła na finanse firm zajmujących się głównie detaliczną sprzedażą internetową. Bazując jednak na danych historycznych widzimy dwucyfrową dynamikę przychodów, co znacząco przekracza zarówno tempo rozwoju samej gospodarki jak i handlu detalicznego ogółem, notowane w dobrych czasach. Obrazuje to skalę, w jakiej rozwija się handel internetowy. Bazując na dostępnych danych, można z pewnością powiedzieć, że rok 2020 będzie dla polskiej branży e-commerce najlepszy w dotychczasowej historii – ocenia analityk Maciej Nałęcz
Jednocześnie pod względem liczby firm oferujących swoje towary lub usługi w Internecie Polska znajduje się nieco poniżej średniej unijnej – 16 proc. polskich firm prowadzi sprzedaż w kanale internetowym w porównaniu do 20 proc. w UE.
– Dane te mogą oznaczać, że sprzedaż w tym nowoczesnym kanale rozwijały dotychczas w Polsce większe firmy, które pod względem cyfrowych kompetencji być może nawet nieznacznie wyprzedzają swoich zachodnich konkurentów. Z kolei ze średniej unijnej można wywnioskować, że w całej Wspólnocie rośnie rola małych i średnich firm pod względem obecności w Internecie. Największe różnice, zarówno pod względem udziału w przychodach jak i liczby firm, widzimy w branży turystycznej – to wskazuje, że polscy touroperatorzy wyprzedzają swoich europejskich konkurentów w adopcji e-commerce, mimo iż jest to jedna z najbardziej ktywnych pod tym względem branż na poziomie całej Wspólnoty – mówi dyr. Małgorzata Nesterowicz z Santander Banku.
Kolejnymi przykładami większego udziału przychodów z e-commerce wśród polskich przedsiębiorstw wobec średniej europejskiej są między innymi produkcja elektroniki, branża motoryzacyjna oraz sektor meblowy, czyli sektory uczestniczące w dużej mierze we wzroście eksportu z Polski do UE w ostatniej dekadzie.
W Unii widoczne są bardzo duże różnice jeśli chodzi o handel w internecie. Na przykład, w branży budowlanej e-commerce stosuje zaledwie 6 proc. firm, a wśród firm z sektora nieruchomości ok. 11 proc. Na drugim biegunie znajdują się branże, dla których możliwość cyfrowego kontaktu z klientami jest nie tylko normą, ale niemalże warunkiem przetrwania.
Najbardziej rozwinięty pod względem handlu internetowego jest szeroko pojęty sektor turystyczno-wypoczynkowy. W 2019 r. ponad 60 proc. europejskich hotelarzy i ponad 50 proc. operatorów imprez turystycznych sprzedawało swoje usługi w cyfrowych kanałach dystrybucji. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w obu tych branżach funkcjonują różne silne internetowe platformy sprzedażowe.
Trzecią najpowszechniej obecną w sieci branżą pod względem liczby firm jest działalność wydawnicza, co również można powiązać z funkcjonowaniem silnych podmiotów międzynarodowych rozwijajacych handel internetowy.
„Warto zauważyć, że wymienione tu branże nastawione są przede wszystkim na sprzedaż B2C” – podkreślają eksperci z banku Santander, co mówiąc po ludzku, oznacza dość oczywiste stwierdzenie, że wspomniane branże prowadzą sprzedaż dla klientów indywidualnych.
Kolejne miejsca pod względem powszechności handlu internetowego na europejskim rynku zajmuje handel hurtowy z szczególnym uwzględnieniem motoryzacji, oraz sam przemysł motoryzacyjny (jedna z nowocześniejszych części europejskiego przemysłu jako takiego).
Według danych za pierwszą połowę lipca 2020 r. poziom wydatków internetowych ustabilizował się na poziomie blisko 140 proc. wydatków z analogicznego okresu ubiegłego roku. To przesunięcie części wydatków konsumenckich do internetu może być naprawdę trwałe.