Zanim się spotkają

Branża spotkań i imprez biznesowych w naszym kraju musiała wstrzymać działalność – a przyszłość jest niewiadoma.

W marcu i kwietniu zostało odwołanych ponad 97 proc. wszystkich planowanych spotkań biznesowych i wyjazdów. Te, co się w ogóle odbyły, miały miejsce w pierwszych dniach marca. Takie dane przynosi analiza wyników badania przeprowadzonego wśród członków Stowarzyszenia Branży Eventowej.
Stowarzyszenie, w związku z kryzysem wywołanym przez COVID-2019, zaprosiło swoich członków do udziału w badaniu, mającym pokazać sytuację firm z branży eventowej (organizatorów spotkań biznesowych, konferencji i wyjazdów) w dobie koronawirusa. W badaniu zainteresowano się kwestiami dotyczącymi ilości i wartości straconych zleceń w marcu i kwietniu oraz kroków, jakie firmy zdecydowały się podjąć w związku z utratą lub zagrożeniem utraty płynności finansowej.
Wyniki były zgodne z oczekiwaniami. Respondenci zapytani o ilość odwołanych zleceń w marcu jednogłośnie zaznaczyli ogromną skalę tego zjawiska. Wśród odpowiedzi procentowych, było to między 90 a 100 proc. wydarzeń. Wymieniono łącznie aż 423 odwołane realizacje. Analiza kwietnia przyniosła podobne prognozy, choć jeszcze bardziej negatywne, gdyż w widełkach 95 – 100 proc. odwołanych wydarzeń, a także wykazała wiele realizacji niepewnych lub przenoszonych na inny termin.
Wielkość strat na razie trudno policzyć. 30 lokalnych firm z branży eventowej swoje prognozowane straty w przychodach określiło wstępnie na łącznym poziomie ponad 19 mln zł, co pokazuje skalę zapaści. Dziś już wiadomo, że wyniki te były niedoszacowane, gdyż od momentu udziału w badaniu, sytuacja polskich firm z branży eventowej drastycznie się pogorszyła – i nadal pogarsza się z dnia na dzień.

Zapytani o to, do kiedy mają odwoływane zamówienia, respondenci w zdecydowanej większości zaznaczali, że do czerwca. Było jednak i wiele odpowiedzi, że do września 2020 r. Wskazuje to zatem, że ilość wykonywanych projektów i zlecanych realizacji będzie się normalizować najwcześniej w drugiej połowie roku – jak dobrze pójdzie.

Wśród środków, jakie podjęte zostały w firmach w związku z kryzysem przeważają trzy rozwiązania: 38 proc. badanych wskazało na obniżenie pensji pracowników, 35 proc. na zwolnienia, zaś 27 proc. na zawieszenie działalności. Tak więc, jak zwykle w trudnych sytuacjach, najbardziej i najszybciej cierpią pracownicy. Te drastyczne kroki są też jednak dobitnym dowodem na skalę kryzysu, jaki dotknął branżę eventową niemal z dnia na dzień.

– Zaledwie po niespełna trzech tygodniach walki z koronawirusem, wiele firm z naszego sektora jest w skrajnej sytuacji. Nie przez swoją nieudolność lub złe zarządzanie, ale przez czynnik, którego nie dało się przewidzieć i zawrzeć w swoim business planie. W tej chwili najważniejszą rzeczą jest przetrwanie, utrzymanie pracowników i przygotowanie do nowej rzeczywistości. Nie ma czasu na dywagacje. Potrzebujemy szybkich i zdecydowanych działań, konkretów wdrożonych w życie od teraz. Pomocy realnej, a nie odroczonej agonii. – podsumowuje Renata Razmuk z zarządu Stowarzyszenia Branży Eventowej.
I chyba niewielką pociechą jest, że w wyniku opóźnionej reakcji rządzących, bardzo wiele firm z bardzo wielu branż znajduje się w podobnie ciężkiej sytuacji.

Europa pomaga swojej gospodarce

Polska tarcza antykryzysowa nie dorównuje planom potentatów, ale zrozumiałe, że mamy mniejsze możliwości.
Państwa unijne zapowiedziały rozliczne działania dla złagodzenia kryzysu gospodarczego, jaki sprowadza pandemia. Są to środki z zakresu polityki fiskalnej i pieniężnej, mające zapobiegać gwałtownemu wzrostowi upadłości firm oraz bezrobocia.
Komisja Europejska poinformowała o utworzeniu funduszu inwestycyjnego dla członków Unii Europejskiej w wysokości 25 mld euro, którego celem będzie wspieranie utrzymania płynności przez sektor prywatny oraz zwiększenie zdolności operacyjnych krajowych systemów ochrony zdrowia. Poluzowane zostaną również unijne i krajowe przepisy podatkowe, aby poszczególne kraje mogły zwiększyć wydatki na systemy opieki zdrowotnej i zastosować ulgi podatkowe dla sektora prywatnego.
Prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde oświadczyła, że bank poluzuje politykę finansową. Światowa grupa ubezpieczeniowo-finansowa Euler Hermes przewiduje, że EBC obniży stopę depozytową z minus 0,5 proc do poziomu minus 0,6 proc.
Środki z zakresu kompleksowej polityki pieniężnej, takie jak właśnie obniżki stóp, raczej nie pomogą jednak w rozwiązaniu problemów wynikających z zakłóceń produkcji i łańcuchów dostaw, ani też nie przekonają ludzi do zwiększania wydatków, skoro ci nie wychodzą z domów. Dlatego większość działań EBC powinna koncentrować się na zapewnieniu wystarczającej płynności w rzeczywistej gospodarce.
Chodzi na przykład o TLTRO czyli o udzielanie bankom komercyjnym długoterminowych pożyczek, skonstruowanych w taki sposób, by stanowiły zachętę do nasilenia akcji kredytowej na rzecz firm i konsumentów w strefie euro – zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw. EBC prawdopodobnie zwiększy też zakupy aktywów finansowych do poziomu 40 mld euro miesięcznie.
Obniżenie kosztów kredytu powinno być czynnikiem skłaniającym banki do zwiększania i wydłużania obowiązywania linii kredytowych. Bardziej efektywnym rozwiązaniem byłoby przyjęcie przez rządy roli „pożyczkodawcy ostatniego ratunku” – poprzez oferowanie gwarancji publicznych, do których mogłyby uciekać się banki dla ograniczenia własnego ryzyka kredytowego.
Najbardziej dotknięte koronawirusem Włochy wprowadzają pakiet fiskalny o wartości 25 mld euro. Połowa pakietu została uruchomiona 13 marca, zaś reszta stanowi rezerwę. Pakiet obejmuje rekompensaty dla pracowników zmuszonych do czasowego powstrzymania się od pracy; fundusz gwarancyjny dla małych i średnich przedsiębiorstw; moratorium podatkowe i odroczenie spłat kredytów (we współpracy z bankami prywatnymi); rekompensaty dla firm dotkniętych spadkiem obrotów o ponad 25 proc.
Wielka Brytania zapowiada, że zrobi wszystko, co konieczne w celu ochrony firm. Bank Anglii obniżył stopy procentowe do 0,25 proc. oraz wprowadził program finansowania teminowego dla małych i średnich przedsiębiorstw, którego wartość szacowana jest na 100 mld funtów. Ma on stanowić wsparcie dla udzielania kredytów.
Poinformowano też o wdrożeniu pakietu fiskalnego o wartości 30 mld funtów oraz o przeznaczeniu 7 mld funtów na wsparcie firm i osób fizycznych, poprzez obniżki podatków, odroczenia spłaty kredytów oraz dotacje dla małych i średnich przedsiębiorstw.
Rząd brytyjski zobowiązał się: zrekompensować małym i średnim firmom koszty ustawowych zasiłków chorobowych do 14 dni (przeznacza na to 2 mld funtów); udzielić wsparcia w postaci dalszych kredytów w wysokości 1 mld funtów [program kredytów z tytułu zakłóceń spowodowanych przez koronawirus]; zagwarantować kredyty udzielane małym i średnim przedsiębiorstwom (w kwotach do 1,2 mln funtów); pokryć do 80 proc. strat banków z powodu epidemii.
Stawki podatków od przedsiębiorstw zostaną obniżone dla małych firm w sektorach handlu detalicznego, rozrywki oraz hotelowym (obniżka podatków do 1 mld funtów). Ulgi podatkowe udzielone przedsiębiorcom wyniosą zaś 3 mld funtów. Ulgę podatkową z tytułu działalności badawczo-rozwojowej podwyższono z 12 do 15 proc. Małe firmy otrzymają też dotację gotówkową w całkowitej wysokości 2 mld funtów.
Przyspieszone zostaną również wydatki związane z infrastrukturą: 27 mld funtów przeznaczone zostanie na budowę nowych dróg, zaś 5 mld na internet szerokopasmowy w odległych obszarach kraju. Zwiększone będą inwestycje w publiczny system ochrony zdrowia (do wysokości 5 mld funtów). W sumie wydatki na rekompensowanie skutków wybuchu epidemii Covid-19 przekroczą oczekiwania o około 10 mld funtów.
Kanclerz Angela Merkel także zadeklarowała wolę zrobienia „wszystkiego, co będzie konieczne” w celu stawienia czoła kryzysowi. Rząd Niemiec zapowiedział, że udzieli wszelkiej pomocy firmom, które najmocniej ucierpią z powodu epidemii koronawirusa. Można ją szacować na 550 mld euro. Nie ma jednak górnej granicy kredytu oferowanego przez państwowy bank rozwoju.
Rząd poluzował również ograniczenia dotyczące rekompensat pracowniczych z tytułu skrócenia czasu pracy. Rekompensaty te są obecnie wypłacane przez państwo, jeżeli już 10 proc. pracowników ma istotnie skrócony czas pracy (wcześniejszy wymóg to 1/3 pracowników). Władze zadeklarowały znaczące zwiększenie inwestycji w latach 2021-24.
Francja zagwarantuje państwowe pożyczki o wartości do 300 miliardów euro. Na bezpośrednie wsparcie zostanie przeznaczona pula 45 mld euro dla firm krajowych, aby ograniczyć wpływ koronawirusa na gospodarkę.
Rząd Hiszpanii zapowiada program pomocy dla obywateli i firm, szacowany łącznie na 200 mld euro.
Jak widać, skala europejskich działań antykryzysowych jest rekordowa. Na tym tle polska „tarcza antykryzysowa”, wynosząca około 66 miliardów złotych (14,5 miliarda euro) prezentuje się znacznie skromniej.

Niech państwo nam pomoże

Rząd zapowiada wsparcie dla firm poszkodowanych przez koronawirusa, ale to na razie tylko obietnice – a przedsiębiorcy domagają się wsparcia już teraz.

Rząd zapowiedział pomoc dla firm, które ucierpiały w wyniku koronawirusa. Specjalna ustawa ma zawierać rozwiązania korzystne dla przedsiębiorstw zmuszonych do przestojów. Będzie w niej pakiet osłonowy dla firm, przewidujący ulgi w należnościach, w tym udogodnienia w płatnościach podatków i składek ZUS, a także gwarancje kredytowe państwa oraz oraz dopłaty do kredytów z budżetu.
Przewidywane jest ułatwienie rozliczeń VAT, polegające na przesunięciu o trzy miesiące (z 01.04. 2020 na 01.07.2020 r.) wejścia w życie nowego jednolitego pliku kontrolnego. Podobne przesunięcie ma dotyczyć terminu obowiązku wpisywania się firm do tzw. Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych (na mocy ustawy o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy).
Rząd zapowiada też wcześniejsze zwroty VAT, zaliczenie do kosztów podatkowych wydatków związanych z anulowaniem wyjazdów, możliwość odliczania straty od dochodów osiąganych w ciągu następnych pięciu lat. Do powodów uzasadniających uzyskanie wsparcia z tzw. funduszu klęskowego zostaną też włączone skutki epidemii koronawirusa.
O korzystanie z wszystkich przedstawionych tu rozwiązań będą mogli ubiegać się przedsiębiorcy, których sprzedaż towarów i usług spadła o co najmniej 15 proc. w ciągu trzech miesięcy (i będą umieli ten spadek wiarygodnie udokumentować). Takie są plany . Ale ustawy jeszcze nie ma i nie wiadomo, jakie będą jej szczegółowe rozwiązania – a kryzys, spowodowany epidemią już dotknął boleśnie niektóre branże.
Dlatego też jedna z dziedzin najbardziej dotkniętych spadkiem obrotów – branża organizacji wydarzeń i spotkań biznesowych – domaga się od polskiego rządu przemyślanego podejmowania decyzji i apeluje o pomoc finansową. Kilka organizacji zrzeszających firmy działające na rynku organizacji wydarzeń, wyjazdów i spotkań biznesowych, przygotowało swoje wspólne stanowisko.
Zwraca się w nim uwagę, że rynek ten osiąga wartość ok. 3 mld zł rocznie, zatrudniając około 30 000 osób – na co składają się organizatorzy wydarzeń i wyjazdów, zarządcy obiektów i hoteli, organizatorzy transportu grupowego, logistyki, cateringu, wyposażenia technicznego. Prawie 95 proc. podmiotów działających w tej branży to małe i średnie firmy z polskim kapitałem, zasobami i know-how. Podstawą ich działalności jest organizowanie spotkań i wyjazdów biznesowych, które w ciągu roku odbywają się różną intensywnością zależną od celów biznesowych, dostępnych środków i harmonogramów klientów. Nie są to długoterminowe kontrakty gwarantujące ciągłość świadczenia usług przez dłuższy okres. W związku z tym, decyzje podejmowane na szczeblu państw, wielkich korporacji i organizacji gospodarczych, które anulują ogromną większość wydarzeń i wyjazdów w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, powodują wysokie ryzyko niewypłacalności – i nagłego zaprzestania działalności firm działających w branży organizacji wyjazdów i spotkań biznesowych. Zdaniem przedstawicieli branży, można porównać tę sytuację do stanu klęski żywiołowej. Na przykład, nagle z jakiegoś powodu niemożliwa staje się sprzedaż uprawianych plonów. W krótkim czasie znikają z rynku producenci rolni. Cały łańcuch dostaw zostaje przerwany. Cierpią dostawcy nasion, przetwórnie rolne, producenci nawozów, maszyn, leasingodawcy, pracownicy rolni itp. Straty pojawiają się na każdym etapie łańcucha dostaw. Uwzględniając te wszystkie zagrożenia, branża spotkań i wyjazdów biznesowych zwraca się do władz państwowych o wsparcie finansowe – jednorazowe lub ratalne, wypłacane bezpośrednio z budżetu państwa.
Ponadto, branża chce uruchomienia łatwo dostępnych i nisko oprocentowanych linii kredytowych ze strony instytucji finansowych, jak np. Bank Gospodarstwa Krajowego (przewiduje to projekt ustawy o rozwiązaniach osłonowych dla biznesu).
Konieczne są też ulgi i zwolnienia podatkowe oraz w składkach na ZUS, ponieważ firmy organizujące wyjazdy i spotkania biznesowe zapowiadają: „W okresie tej sytuacji nie będziemy w stanie regulować tych zobowiązań”. Branża domaga się też wcześniejszej wypłaty zaliczek za wydarzenia i wyjazdy, które miały odbyć się w tym roku, ale zostały odwołane. Ponieważ jednak z formalnego punktu widzenia dość trudno wypłacać pieniądze za coś, czego nie zrobiono, więc branża postuluje, aby odwołane wydarzenia nie zostały anulowane, lecz uznane za przeniesione na inny termin (oczywiście bez konieczności powtórnych procesów konkursowych i przetargowych). Wtedy, choćby to był termin odległy, będzie podstawa do szybkiej wypłaty tych zaliczek. Natomiast projekty, które już w tym roku zostały zrealizowane, powinny być rozliczone w trybie natychmiastowym – a nie w terminach płatności, które średnio wahają się pomiędzy 60, a 90 dni. Jeśli zaś projekty ostatecznie jednak anulowano, to organizatorom należy natychmiast wypłacić ich udokumentowane koszty, wraz z proporcjonalnym do stopnia zaawansowania prac wynagrodzeniem. Branża utrzymuje bowiem, że nie je st w stanie w sposób bezkosztowy anulować projektów, ze względu na zaciągnięte już zobowiązania (dostawcy, podwykonawcy, hotele, transport) oraz konieczność zapłaty za wykonaną dotychczas pracę. Generalnie zaś, branża postuluje utworzenie przez państwo stałego miesięcznego budżetu dla utrzymania w stanie gotowości zasobów i zespołów firm zajmujących się organizacją spotkań i wyjazdów biznesowych – i ostrzega, że inaczej nastąpią zwolnienia, bankructwa, efekt śnieżnej kuli niewypłacalności itd.
Czyli, branża chce przejść jakby na zasiłek podatników. Można powiedzieć: tak to każdy by chciał.

Zanim „dobra zmiana” zniszczy LOT

Zreformowanie LOT-u przez rząd PO-PSL umożliwiło polskim liniom lotniczym wyjście z dołka finansowego – mimo nieudolności ekipy z Prawa i Sprawiedliwości, która doprowadziła do drastycznego spadku zysku naszego narodowego przewoźnika.

Nabycie niemieckich linii lotniczych Condor to w propagandzie polityków Prawa i Sprawiedliwości kolejny rzekomo bezprecedensowy w historii polskiej gospodarki sukces: oto LOT, swego czasu notorycznie przynoszący straty i przeznaczony do zamknięcia albo, w najlepszym razie, sprzedaży niemieckiej Lufthansie, teraz dzięki „dobrej zmianie” nie tylko wreszcie przynosi zyski, ale wręcz rozwija się tak prężnie, że aż rozpoczyna ekspansję na niemieckim rynku.
Znowu można było usłyszeć fałszywą narrację Mateusza Morawieckiego o mesjańskiej roli PiS w historii III RP: „Dotąd to firmy zagraniczne przejmowały cenne polskie aktywa, my odwróciliśmy ten trend, odwróciliśmy to zjawisko”.
Domniemany sukces miał wziąć się z tego, że teraz „polskie firmy są zarządzane w sposób świadomy i w sposób patriotyczny od strony gospodarczej”. Oczywiście, co jest często cechą propagandy, przekaz nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Nieudolne zarządzanie
Po pierwsze, przejęcie Condora nie jest, wbrew sugestiom Morawieckiego, pierwszym przypadkiem nabycia dużej zagranicznej spółki przez polskie przedsiębiorstwo.
Na przykład, w 2015 roku spółka PKP Cargo nabyła 80 proc. akcji czeskiego przewoźnika towarowego AWT – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. Transakcja, z racji obecności spółki na Giełdzie Papierów Wartościowych odbyła się jednak w sposób transparentny, czego nie można powiedzieć o nabyciu Condora, w przypadku którego nie została oficjalnie potwierdzona nawet cena zakupu. Mimo to, po objęciu władzy przez PiS prokuratura postawiła w związku z tą transakcją wątpliwe zarzuty byłemu przewodniczącemu rady nadzorczej Jakubowi Karnowskiemu i jego współpracownikom.
Przejęcie Condora nie jest również pierwszą polską inwestycją w Niemczech. Na koniec 2018 roku skumulowana wartość polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Niemczech wynosiła ponad 6 mld zł. W ostatnim czasie przejęcia niemieckiego przedsiębiorstwa dokonał np. Wielton, producent naczep z Wielunia, który kupił spółkę Langendorf.
Po drugie, względna poprawa wyników LOT-u po 2015 roku nie jest wynikiem tego, że do zarządu weszli ludzie, którzy, jak swego czasu w kontekście PZU powiedział Marek Suski, „znają program Prawa i Sprawiedliwości i są rękojmią, że będzie on realizowany”. Jest wynikiem zapoczątkowanej w 2013 roku restrukturyzacji, której pierwsze efekty było widać już w 2014 r., kiedy LOT osiągnął zysk z działalności podstawowej w kwocie 99 mln zł.
Ponieważ w związku z restrukturyzacją rząd udzielił LOT-owi pomocy publicznej w kwocie 527 mln zł, to warunkiem postawionym przez Komisję Europejską było zamknięcie niektórych połączeń. LOT mógł zacząć uruchamiać nowe połączenia od początku 2016 roku. Restrukturyzacja pozwoliła na zwiększenie zysków, a ustanie warunku jej przeprowadzenia zbiegło się ze zmianą władzy.
Nie wiadomo jednak, na ile zyski LOT-u okażą się trwałe. W 2016 i 2017 roku zysk netto państwowego przewoźnika przekraczał 300 mln zł, jednak w 2018 roku spadł do zaledwie 45 mln zł, a w 2019 r. możliwa jest według słów prezesa Rafała Milczarskiego, strata.
Po trzecie, to, że LOT zaczął osiągać zyski, nie oznacza, że stał się lotniczą potęgą. Przede wszystkim w zasadzie nie posiada własnych samolotów. Jest właścicielem tylko trzech embraerów 45, z których nie korzysta od kilku lat i które próbuje od dłuższego czasu bezskutecznie sprzedać.
Wszystkie pozostałe maszyny LOT ma w leasingu operacyjnym (53 samoloty) albo finansowym (16 samolotów). Zobowiązania z tytułu leasingu finansowego (ponad 1,7 mld zł) są czterokrotnie większe od kapitału własnego LOT-u (439 mln zł). Dla porównania, ponad 75 proc. floty Lufthansy jest jej nieobciążoną finansowo własnością.
To nie LOT kupił Condora
Wyniki LOT-u w ostatnich latach nie miały wpływu na przejęcie Condora, bo to nie LOT jest w tej transakcji nabywcą. Podczas konferencji, na tle logotypów LOT-u i Condora, Mateusz Morawiecki uznał przejęcie za „bardzo odważny, a zarazem rozważny ruch Polskich Linii Lotniczych LOT”, natomiast Jacek Sasin ogłosił, że LOT „jest spółką, która jest w stanie dokonywać ekspansji na rynki europejskie”.
Jednak nabywcą był nie LOT, lecz Polska Grupa Lotnicza, spółka-matka państwowego przewoźnika. A zatem, zakup niemieckich linii nie jest wcale finansowany z osiągniętych w ostatnich latach nadwyżek finansowych LOT-u, które zresztą by na ten zakup prawdopodobnie nie wystarczyły.
Kapitał w kwocie 1,2 mld zł na stworzenie Polskiej Grupy Lotniczej w grudniu 2017 r., pochodzi z państwowego Funduszu Reprywatyzacji, z którego w założeniu środki miały być przeznaczane na cele związane z zaspokajaniem roszczeń byłych właścicieli mienia przejętego przez Skarb Państwa. Jednak w 2016 r. Sejm znowelizował ustawę o komercjalizacji i prywatyzacji (która obecnie nazywa się ustawą o komercjalizacji i niektórych uprawnieniach pracowników), by umożliwić finansowanie rozbudowy państwowych molochów. Pierwszym krokiem było wtedy dokapitalizowanie Telewizji Polskiej (20 mln zł), Polskiego Radia (8 mln zł) i Radia Kraków (2 mln zł).
Zakup propagandowo-polityczny
Natomiast drugim źródłem środków na sfinansowanie przejęcia Condora jest kontrolowane przez państwo konsorcjum, któremu przewodzi Bank Pekao i w którego skład wchodzą poza tym PKO BP oraz PZU. Wśród finansujących próżno szukać podmiotów prywatnych, których obecność mogłaby świadczyć o tym, że ta transakcja ma sens.
Transakcja, wbrew słowom Morawieckiego, nie jest „dowodem siły polskiej gospodarki”. Jest, jak zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju, dowodem jej upaństwowienia. Linie lotnicze, co w obliczu rządowej propagandy wymaga szczególnego podkreślenia, nie muszą być państwowe, czego dowodzą przykłady Lufthansy czy International Airlines Group.
Transakcja ta jest więc powodem nie do „dumy”, lecz do niepokoju. Niepokoić musi bowiem to, że decyzjami inwestycyjnymi kierują rachunek polityczny i potrzeby propagandy.

Życie z drogim prądem

Za energię Polacy płacą coraz więcej, więc zrozumiałe, że są niezadowoleni. Rząd PiS, postępując tak, jak robiła władza „za komuny” zaczął więc obiecywać rekompensaty (oczywiście nie wszystkim).

W bieżącym roku płacimy drożej za prąd. Jaka jest rzeczywista skala podwyżek cen dla obywateli, tego dokładnie nie wiadomo.
Informują o tym same firmy energetyczne i naturalnie starają się podawać jak najmniejsze wysokości nowych stawek. O ile już zdrożał prąd naprawdę? Trudno powiedzieć.
Samodzielnie też nie da się obliczyć, jaka powinna być wysokość naszego rachunku. Firmy energetyczne rozmyślnie bowiem prezentują tak zawiłe wzory obliczania należności za prąd, aby nikt nie był w stanie ich zrozumieć.
Również i Urząd Regulacji Energetyki chyba dokładnie nie wie jakie są tegoroczne podwyżki, bo nie podaje ich średniej skali procentowej.
12 procent czy więcej?
W każdym razie, w obiegu publicznym funkcjonuje informacja, że prąd dla osób fizycznych zdrożał w tym roku średnio o ok. 12 proc. Firmy energetyczne podają więc liczby zbliżone do dwunastki.
Podobnie czyni i niemiecka firma Innogy, która również mówiła o 12-procentowej podwyżce cen energii. W jej przypadku Urząd Regulacji Energetyki nawet nie bardzo ma szanse, by przymierzyć się do zbadania wysokości podwyżek wprowadzanych przez tę firmę.
Niemiecka prywatna Innogy jest traktowana przez polskie władze w uprzywilejowany sposób. Nie musi przedstawiać swoich cenników do zatwierdzenia Urzędowi Regulacji Energetyki, w odróżnieniu od czterech państwowych firm energetycznych (Enei, Energi, Polskiej Grupy Energetycznej i Taurona). I oczywiście Innogy korzysta ze swej uprzywilejowanej pozycji.
Tak więc, wspomniane cztery polskie firmy państwowe muszą uzyskać zgodę URE na wprowadzenie nowych, wyższych stawek, do czego są zobowiązane przepisami prawa energetycznego. Niemiecka prywatna Innogy jest zaś zwolniona z obowiązku uzyskiwania zgody URE.
Innymi słowy, Innogy, w przeciwieństwie do naszych firm państwowych może wprowadzać u nas takie podwyżki cen energii, jakie sobie życzy – a polskiemu urzędowi nic do tego.
Grosze i miliony
Swoboda w ustalaniu cenników ma oczywiście konkretny wymiar finansowy. Ceny prądu dostarczanego przez różnych dostawców trudno porównywać.
Każda firma energetyczna stosuje wiele odmiennych stawek, w zależności od tego, do jakiego rejonu dostarcza prąd, na jakich zasadach go kupuje, ile nabywa energii odnawialnej, jakie ma składniki zmienne opłaty dystrybucyjnej, jak oblicza sobie koszty obsługi klienta itp.
Już w 2012 r. Urząd Regulacji Energetyki obliczył, że cena kilowatogodziny energii wynosiła (bez rozmaitych opłat dodatkowych) w Polskiej Grupie Energetycznej 0,2838 zł, w Enei 0,2845, w Tauronie 0,2758, a w RWE Polska (tak wtedy nazywała się dzisiejsza Innogy) 0,2878 zł – czyli najdrożej. Opłacało się więc samodzielne ustalanie cenników.
Różnica na kilowatogodzinie wynosząca drobną część grosza, przekłada się na miliony złotych dodatkowego czystego zysku rocznie. Oznacza to, że warto stosować własne ceny, do których URE nie ma prawa się wtrącać.
Gospodarstwa domowe są dziś jedyną grupą odbiorców w Polsce kupującą energię elektryczną po cenach teoretycznie regulowanych.
Ceny prądu dla przedsiębiorstw uwolniono, wychodząc z słusznego założenia, że producenci czegokolwiek mogą przerzucać koszty energii na klientów.
Gospodarstwa domowe już nie mają na kogo przerzucać, powinny więc być chronione przed dużymi podwyżkami cen prądu. Jak widać, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości są chronione w coraz mniejszym stopniu.
Trzeba wierzyć
Przedstawiciele Innogy, jak wspomniano, oświadczyli, że ich podwyżka cen energii wynosi 12 proc. od początku lutego 2020 r.
Nie da się zweryfikować prawdziwości tej informacji o wysokości podwyżki. Wątpliwości co do jej rzetelności może natomiast budzić to, iż w Innogy skala podwyżek dla osób korzystających z taryfy tzw. nocnej (tańszy prąd od 13 do 15 oraz od 22 do 6) i dziennej (droższy prąd w pozostałych godzinach), jest wyższa niż wspomniane 12 proc.
Innogy w komunikacie o podwyżkach nie używa oczywiście słowa „podwyżka”. Firma informuje jedynie o „zmianach” w taryfie i podaje tylko nowe stawki. O tym, jakie były stare, nie mówi się, aby klient nie mógł dokonać porównań.
Wiele osób przechowuje jednak ubiegłoroczne rachunki za prąd od Innogy – i może dość łatwo obliczyć różnicę.
We wspomnianej taryfie nocno-dziennej, cena tzw. energii czynnej netto w ubiegłym roku wynosiła w Innogy 0,2592 zł za kilowatogodzinę. Od 1 lutego 2020 r cena wynosi 0,2998 zł/ kwh, co oznacza wzrost o około 13,5 proc. Dotyczy to godzin 13 – 15 i 22 – 6.
Natomiast w pozostałych godzinach, cena energii czynnej wzrosła z 0,2928 zł/kWh do 0,3387 zł/kwh – czyli także o ok. 13,5 proc.
Jeśli zaś chodzi o tzw. opłatę handlową (rozliczaną raz na pół roku), to dla tej taryfy nocno-dziennej cena zwiększyła się z 4,84 zł do 6,80 zł miesięcznie – czyli aż o prawie 29 proc.
Jak widać, te nowe stawki zwiększyły się bardziej niż o 12 procent, zapowiedziane przez Innogy.
W przypadku taryfy obejmującej jednakową cenę energii przez cała dobę, także mamy do czynienia ze wzrostem o ok. 13,5 proc.
Przy okazji trzeba zauważyć, że w taryfie obejmującej jednakową cenę przez całą dobę opłata handlowa jest znacznie mniejsza niż w taryfie nocno-dziennej. Nie 6,80 zł miesięcznie lecz 6,25 zł miesięcznie.
To zasadzka na łatwowiernych klientów, którzy decydują się na wybór taryfy nocno-dziennej i mają nadzieję, że jak w tańszych godzinach skomasują korzystanie z urządzeń elektrycznych, to zapłacą mniej za prąd. Owszem, za sam prąd zapłacą mniej – ale oddadzą to w postaci wyższej opłaty handlowej.
Firma Innogy zapowiadała tylko 12 proc. wzrost cen energii, ale jednocześnie, ustami swej rzeczniczki Aleksandry Smyczyńskiej oznajmiła: „Oczywiście, zawsze to jaka jest konkretna podwyżka, konkretna kwota, zależy od stopnia zużycia”.
Warto wyjaśnić, że ów „stopień zużycia” nie ma tu nic do rzeczy. Procentowo skala podwyżek jest taka sama, zarówno dla osoby zużywającej dużo prądu, jak i mało. No chyba, żeby ktoś, przerażony wysokością podwyżek w Innogy w ogóle przestał korzystać z prądu.
Wtedy podwyżka (a i cała kwota płacona za energię) będzie dlań równa zeru, zarówno w złotówkach jak i procentach.
Rząd PiS: winni są inni
Prąd jest coraz droższy, natomiast rząd, z typowym dla Prawa i Sprawiedliwości zrzucaniem odpowiedzialności na innych, oświadczył, że wzrost cen energii jest wzrostem obiektywnym, nie wynikającym oczywiście z działań rządu. Jakby to nie kosztowne inwestycje rządowe w rozwój energetyki węglowej zwiększały ceny prądu.
Ponieważ jednak wkurzenie społeczeństwa na podwyżki cen prądu jest zauważalne, rząd zaczął mówić o rekompensatach za droższe rachunki.
Jest to więc ewidentny powrót do polityki prowadzonej „za komuny”, kiedy to także, gdy zwiększano ceny, zaczynano opowiadać bajki o rekompensatach.
Wedle dość enigmatycznych zapowiedzi rządu, o rekompensaty będą się mogły ubiegać wyłącznie osoby, których dochód roczny w tym roku nie przekroczy pierwszego progu podatkowego (czyli ok. 85 tys zł brutto, co daje ok. 7 tys. brutto miesięcznie. Dla całego gospodarstwa domowego będzie brany pod uwagę dochód osoby, której podpis widnieje na umowie z firmą energetyczną.
W celu otrzymania rekompensaty, trzeba będzie do końca tego roku złożyć pisemny wniosek do firmy, która dostarcza prąd.
Rekompensaty mają się wahać od około 30 do ok. 300 złotych rocznie, w zależności od wielkości zużycia prądu w gospodarstwie.
Najważniejsze zaś, że to na pewno nie będzie rekompensata wypłacana w żywym pieniądzu – lecz w postaci pomniejszonych rachunków za prąd w przyszłości. W jak dalekiej przyszłości? Otóż, to pomniejszanie zacznie się najwcześniej w drugiej połowie przyszłego roku.
Na razie wciąż mowa jest jedynie o projekcie ustawy. Nie wiadomo, czy ustawa o rekompensatach w ogóle trafi do parlamentu, ale należy jednak oczekiwać, że tak.
Prominenci PiS mają bowiem cichą nadzieję, że Senat, zauważywszy jakieś nielogiczności w tej ustawie, zawetuje ją. Dzięki temu rządowe media „publiczne” będą mogły godzinami ujadać na opozycję oraz oskarżać ją o działalność na szkodę ogółu Polaków.
I biorąc pod uwagę raczej mały rozumek opozycji, taki scenariusz wcale nie jest wykluczony.

Jak kreatywni dogadują się z uporządkowanymi?

Jeżeli polska firma ma problemy z wykonaniem kontraktu zawartego z niemieckim odbiorcą, to nie powinna udawać, że wszystko gra, lecz otwarcie powiedzieć o problemach i przedstawić program naprawczy.

Stereotyp naszego sąsiada zza Odry najczęściej prezentuje go jako osobę skrupulatnie przestrzegającą zasad, wymagającą od siebie i innych dyscypliny i punktualności. W Polsce synonimem jakości jest zaś wciąż – choć już raczej w opinii osób starszych – niemiecki samochód. Stereotyp, dziś odchodzący w przeszłość, głosił, iż jest to niezawodna maszyna, która może służyć przez lata.
Jak to natomiast wygląda po drugiej stronie granicy – abstrahując od niemieckich opinii, głoszących, że Polacy bardzo sprawnie umieją osiągać to, iż wspomniany samochód zdematerializuje się znad Renu i odnajdzie nad Wisłą?
Otóż jeżeli Niemcy coś doceniają w Polakach, to przede wszystkim naszą słynną, choć nieco mityczną, kreatywność.
Mamy natomiast całkiem świeży i konkretny przykład tego, co Niemcy mogliby docenić w Polakach. Otóż polska młodzież wypadła bardzo dobrze w szkolnych testach piętnastolatków PISA, zostawiając daleko w tyle młodzież niemiecką.
Szkoda, że to ostatni taki polski sukces, bo PiS w ramach dobrej zmiany zrujnował budowany z powodzeniem w naszym kraju racjonalny model edukacyjny. Jednak w tym roku możemy jeszcze być dumni z przewag edukacyjnych naszej młodzieży. My jesteśmy lepiej wyedukowani i mamy większe zasoby wiedzy niż oni. Niemcy umieją za to perfekcyjnie wykorzystywać swe skromniejsze zasoby i są bardziej uporządkowani oraz wytrwali niż Polacy.
My rozwijamy się znacznie szybciej niż Niemcy – ale oni doskonale umieją wykorzystywać swe wypracowane przez lata przewagi konkurencyjne i potrafią sterować Unią Europejską w dogodnym dla siebie kierunku.
Jak na razie różnice między Polakami i Niemcami udaje się godzić tak, że relacje handlowe przekładają się na korzyści dla obu stron.
– Z nami jest trochę tak jak w słowach Napoleona: „Jeśli coś jest niemożliwe do wykonania, dajcie to zrobić Polakom”. Tam, gdzie nasi sąsiedzi widzą regulaminy i biurokrację, tam Polacy widzą po prostu pracę do zrobienia. A nasze zadania potrafimy wykonywać z prawdziwą fantazją – mówi Artur Kasiubowski, założyciel firmy pomagającej polskim firmom znajdować niemieckich klientów. Zręczne znajdowanie rozwiązań tam, gdzie wydają się one nie istnieć, to zaledwie tylko jedna z cech, które mogą pomóc Polakom w zdobyciu zaufania zachodniego klienta.
– Żeby zaistnieć na obcym rynku, trzeba znać specyfikę klientów, do których kieruje się swój towar. Niemieckich konsumentów nie przekonują jedynie niskie ceny, które dla wielu polskich firm na przełomie milenium stanowiły kartę przetargową. Oczekują oni towaru wysokiej jakości, tak samo, jak w przypadku korzystania z usług firm z Francji czy Anglii. Dobry towar obroni się sam, ale dopiero gdy o jego istnieniu dowiedzą się klienci. W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa – jedna niezawodnie wykonana usługa może okazać się przepustką do kolejnych zleceń – dodaje Artur Kasiubowski.
Warto o tym pamiętać szczególnie w przypadku wysokich cen reklam i ich stosunkowo niewielkiej skuteczności. Nawet niewielkie ogłoszenie w lokalnej niemieckiej gazecie to koszt kilkuset euro, a przecież to zaledwie jedna publikacja o ograniczonym zasięgu.
W Niemczech wciąż doskonale sprawdza się rozmowa z sąsiadem, który zadowolony z usługi poleca firmę kolejnym klientom. To dobra wiadomość szczególnie dla polskiej firmy, która nie chce inwestować w reklamę zagranicą.
Bez dogłębnej znajomości lokalnego rynku płatny przekaz może nie tylko nie trafić do odpowiedniej grupy odbiorców, narażając firmę na straty finansowe, ale nawet zaszkodzić wizerunkowi przedsiębiorstwa przez treść ogłoszenia odbiegającą od niemieckich przyzwyczajeń.
Sprawy nie ułatwia również rzecz tak prozaiczna jak dystans – mimo, że żyjemy w dobie cyfryzacji, nie będąc w stanie poznać reakcji klientów na reklamę ciężko jest zmierzyć jej skuteczność i zaplanować skuteczną kampanię. Tym bardziej, że niemiecki nabywca z założenia preferuje rodzime produkty. Każdy przedsiębiorca w którymś momencie mierzy się z przeciwnościami, które mogą przeszkodzić w wykonaniu pracy na takim poziomie, jaki sobie założył – na przykład w przypadku, gdy towar nie dotarł na czas lub sezonowy brak pracowników wymusił przesunięcie prac. Co powinien zrobić usługodawca, któremu zależy na dobrej opinii w Niemczech pomimo napotkanych problemów?
– Przede wszystkim powinien uczciwie wyjaśnić sytuację klientowi. Czasami wystarczy jeden telefon i zaproponowanie wyjścia z sytuacji, nowego terminu lub rekompensaty – niemieccy klienci wykazują się dużą cierpliwością i zaufaniem. Jeśli wiedzą, że usługodawca ma plan działań, a okoliczności są tylko przejściową niedogodnością, będą współpracować przy rozwiązaniu problemu. Nie warto udawać, że wszystko gra i liczyć, że sytuacja sama się rozwiąże. Otwartość i uczciwość zdecydowanie pomogą obu stronom dojść do porozumienia ponad granicami – przekonuje Artur Kasiubowski.

Koszty przekraczają przychody

Przedsiębiorstwa w Polsce muszą funkcjonować w coraz gorszych warunkach rozwojowych.

W okresie styczeń-wrzesień 2019 r. przedsiębiorstwa średnie i duże, czyli zatrudniające 50 i więcej pracowników (50+), zwiększyły przychody ze sprzedaży o 6,7 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.
Jednak ich koszty rosły szybciej niż przychody, bo o 7 proc., a wynik finansowy netto wzrósł o 1,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny. Z taką tendencją mamy do czynienia od początku 2018 r. Przynosi ona skutek w postaci spadku rentowności sprzedaży netto – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. rentowność sprzedazy netto wyniosła 4,6 proc. Teraz jest to 4,0 proc.

Bez większych szans

Generalnie rentowność polskich dużych i średnich przedsiębiorstw (50+) nie jest wysoka. Nie daje zbyt dużych szans na budowanie coraz większych, coraz silniejszych kapitałowo przedsiębiorstw, które w czasach cyfryzacji, robotyzacji, uczenia maszynowego, technologii komórkowej piątej generacji (5G) byłyby zdolne do zwiększania inwestycji niezbędnych dla utrzymania konkurencyjności. O nakładach na badania i rozwój oraz innowacje nie wspominając.
Należy przypomnieć, że w okresie 2016-2018 r. (a zatem w ciągu trzech lat) aktywnych innowacyjnie było w Polsce zaledwie 26 proc. przedsiębiorstw przemysłowych i 21 proc. firm usługowych.
Warto w tym kontekście wrócić do exposé premiera Mateusza Morawieckiego z 19 listopada i zapowiedzi wprowadzenia w Polsce estońskiego CIT (podatku od dochodów przedsiębiorstw).
Pomysł bardzo dobry, jednak już na początku jest on obarczony grzechem małej przydatności. Ma bowiem dotyczyć tylko małych i średnich firm, które są spółkami prawa handlowego. A takich firm wśród małych i średnich przedsiębiorstw jest jedynie ok. 8-9 proc.
Estońskim CIT-em, skierowanym do tak małej grupy małych firm, świata więc nie zawojujemy.
Decyzje nowego rządu w okresie coraz wyraźniejszego spowalniania polskiej gospodarki (wzrost produktu krajowego brutto w trzecim kwartale 2019 r. wyniósł 3,9 proc., podczas gdy w pierwszym półroczu 2019 r. było to 4,6 proc.) muszą być odważne – i stanowić wyraźny efekt zachęty do inwestowania. Aczkolwiek nie jest to czynnik wystarczający, bo przedsiębiorcy potrzebują także stabilności i przewidywalności prawa, któremu podlegają. A z tym było w poprzedniej kadencji rządu naprawdę bardzo źle. Pierwsze posiedzenie Sejmu nowej kadencji i procedowanie ustaw w nocy też nie rokują najlepiej.

Inwestycje rosną wolniej

Wyniki finansowe przedsiębiorstw w okresie styczeń-wrzesień 2019 r. generalnie nie były złe. Płynność finansowa (gotówkowa), czyli zdolność do natychmiastowej realizacji zobowiązań była ciągle wysoka (firmy były w stanie spłacić od razu ponad 35 proc. zobowiązań).
Odsetek wszystkich firm wykazujących zysk netto (prawie 75 proc.) był porównywalny z poprzednimi latami. Niestety o 8,3 proc. wzrosła wartość strat netto. Były one większe o 1,3 mld zł niż w tym samym okresie 2018 r. i wyniosły 17,7 mld zł.
Spośród kosztów wyraźnie rośnie udział wynagrodzeń. Wraz z ubezpieczeniami społecznymi stanowią one już 19,4 proc. kosztów. W okresie styczeń-wrzesień 2015 r. było to 17,7 proc.
Jest to efekt wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń w ostatnich latach czyli główny czynnik wzrostu kosztów w firmach.
Mimo trudnej sytuacji na rynkach naszych głównych partnerów handlowych, od eksporterów płyną dobre informacje – podkreśla TEP. Ponad 53 proc. przedsiębiorstw zatrudniających 50 i więcej osób wykazało przychody ze sprzedaży na eksport. W stosunku do tego samego okresu 2018 r. przybyło 460 firm-eksporterów. Widać, że osłabienie na rynkach unijnych, czylia w krajach będących naszymi kluczowymi partnerami, może być szansą, nie tylko kłopotem.
I wreszcie inwestycje. W ciągu dziewięciu miesięcy 2019 r. przedsiębiorstwa średnie i duże zainwestowały 104,5 mld zł – o 16 proc. więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku (w cenach stałych). Wydaje się to dobrym wynikiem. Jednak nakłady inwestycyjne w pierwszym kwartale 2019 r. były wyższe rok do roku o prawie 22 proc., w pierwszym półroczu o 19 proc., a po trzech kwartałach 2019 r. „tylko” o 16 proc. Widać wyraźne wygaszanie wzrostu inwestycji przedsiębiorstw. To najgorszy z możliwych sygnałów.

Jak domek z kart

Coś niedobrego stało się w budownictwie, bowiem jeszcze w pierwszym kwartale bieżącego roku nakłady inwestycyjne firm tego sektora wzrosły o prawie 11 proc. w porównaniu z I kw. 2018 r. Po sześciu miesiącach nakłady inwestycyjne były niższe rok do roku o 8 proc., a po 9 miesiącach były niższe już o 11,5 proc.
Wyraźnie zmniejsza się tempo wzrostu nakładów na inwestycje w energetyce. To grozi blackoutem. Wyraźnie spada też dynamika inwestycji w najbardziej innowacyjnym sektorze – informacji i komunikacji. Jest to bardzo niepokojące w kontekście niebywale szybkich zmian cyfryzacyjnych i technologicznych na świecie.
Jeśli tych wyraźnie rysujących się, negatywnych trendów nowy-stary rząd nie weźmie pod uwagę, to osłabienie gospodarcze będzie znacznie silniejsze niż zakłada się w projekcie budżetu na 2020 r. (wzrost PKB o 3,6 proc.).
Jeżeli wzrost gospodarczy spadnie zaś poniżej 3 proc., a takie ryzyko istnieje, to posypie się wszystko jak domek z kart.

Nie tylko kasa

Warto stale przypominać o tym, że biznes to nie tylko pomnażanie pieniędzy i możliwości.

Biznes to również wykorzystywanie tychże pieniędzy i możliwości w dobrym celu. Na przykład po to, by tworzyć jak najlepsze warunki pracy.
Za parę tygodni, w pierwszej połowie października, poznamy laureatów IX edycji konkursu o tytuł „Pracodawca Godny Zaufania”, współorganizowanego przez Fundację „Teraz Polska” i Krajową Izbę Gospodarczą.
W konkursie nagradzane są firmy i instytucje, sięgające po niebanalne i skuteczne rozwiązania w zakresie polityki pracowniczej – uwzględniające rozwój zawodowy pracowników i ochronę ich praw. Laureatów wyłania Kapituła, złożona z przedstawicieli uczelni wyższych, organizacji przedsiębiorców i think tanków. Są w niej reprezentowane m.in.: Instytut Staszica, Instytut Libertatis, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Wyższa Szkoła Ekologii i Zarządzania, Stowarzyszenie Integracja i Współpraca.
W tym roku konkursowi stuknie dziesięć lat, bo pierwsza edycja została rozstrzygnięta dokładnie 20 października 2009 roku. Przez tę dekadę dokonały się bardzo duże zmiany w zakresie zrozumienia celów polityki pracowniczej. Widać to również w podejściu do konkursu i zainteresowaniu firm.
Na początku chęć pochwalenia się stosowanymi rozwiązaniami mieszała się z obawą: po co się wychylać, po co budzić zawiść konkurencji, narażać się na oskarżenia, że coś można było zrobić lepiej… Wiele firm, zanim zdecydowało się wypełnić ankietę, musiało rozwiać wątpliwości. Teraz te obawy zniknęły. Nie tylko dlatego, że mamy dobrą sytuację gospodarczą i firmy zabiegają o pracowników. Po prostu prowadzenie polityki partnerstwa wobec pracowników stało się normą. Dobrą normą.

Jak PiS psuje podatki

Podstawowym problemem polskiego systemu podatkowego jest powodowanie niepotrzebnych zderzeń podatników z administracją skarbową.

W naszym kraju bardzo podobne rodzaje działalności mogą być obłożone różnymi stawkami podatków i składek. Innym przykładem są bardzo podobne produkty, które mogą być opodatkowane różnymi stawkami VAT. Takie próby różnicowania stawiają podatników i administrację na kursie kolizyjnym – podatnicy próbują wykazać, że ich działania podpadają pod niższe stawki, a administracja, że należy je zaklasyfikować tak, aby stosować wyższe stawki.
Różne opodatkowanie bardzo podobnych aktywności wymaga skomplikowanych przepisów, które i tak nie nadążają za rzeczywistością. W efekcie przepisy są cały czas zmieniane, w miejsce domykanych luk wciąż pojawiają się nowe, a energia podatników, zamiast na rozwijanie firm, idzie na ciągłe dostosowywanie się do nowych regulacji – ocenia Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Najnowsze działania rządu PiS dalej psują system podatkowy.
Tzw mały CIT (podatek dochodowy od osób prawnych) to nie dodatkowy próg podatkowy, a dwa oddzielne reżimy podatkowe: 9 proc. albo 19 proc. Oznacza to, że cały zysk firmy, która o 1 euro przekroczy próg przychodowy (równowartość przychodów wynoszących 1,2 mln euro), zostanie objęty 19 proc. zamiast 9 proc. stawką podatkową, a firma będzie musiała zapłacić o 43 tys. zł wyższy podatek. Zatem, pomimo wyższej sprzedaży uzyska niższe zyski netto. Takie rozwiązanie zniechęca firmy do wzrostu powyżej progu przychodów. Obniżony ZUS dla jednoosobowej działalności gospodarczej oznacza, że samozatrudnienie staje się bardziej podatkowo opłacalne od umowy o pracę nawet przy niskich dochodach, co w połączeniu z podnoszeniem płacy minimalnej będzie wypychało mniej wykwalifikowanych pracowników na samozatrudnienie (ze szkodą dla nich).
Zamiast walczyć z przyczynami problemów, rząd PiS przede wszystkim stawia na drakońskie kary. Jaskrawym przykładem nieproporcjonalnych kar jest tzw. wymóg raportowania schematów podatkowych. W żadnym innym państwie Unii Europejskiej maksymalna kara za brak ich raportowania nie jest tak wysoka jak w Polsce, gdzie grozi za to ponad 5 mln euro grzywny (po Polsce najsurowsze sankcje zostały ustanowione w Wielkiej Brytanii, gdzie wynoszą 5 razy mniej – 1 mln euro).
Co więcej, regulacja wprowadzona pod pretekstem wdrożenia dyrektywy unijnej ma znacznie szerszy zakres niż wymagają regulacje unijne: wymóg raportowania transakcji transgranicznych w Polsce rozszerzono też na krajowe, a podatnicy są zobowiązani raportować wszystko, łącznie z korzystaniem z ulg i preferencji podatkowych zgodnych z celem ustawodawcy. Nawet samozatrudnienie członka zarządu może być uznane za schemat podatkowy podlegający raportowaniu.
Efektem jest chaos informacyjny i przekazywanie do organów podatkowych dużych ilości nieużytecznych danych, obciążający zarówno podatników, jak i administrację.
Innym przykładek surowych kar jest Jednolity Plik Kontrolny Za jeden błąd w wysyłanych administracji co miesiąc JPK, grozi 500 zł grzywny. Ze względu na trudności sprawozdawcze, istnieją firmy, które mogą mieć tysiące takich błędów w jednym pliku. Pytanie, czy Ministerstwo Finansów jest tak naprawdę w stanie te wszystkie błędy zweryfikować? A kary zaczną być wymagalne od 1 stycznia 2020 r.
Zmiany są wprowadzane ekspresowo, bez konsultacji, co powoduje liczne błędy. Nowe przepisy są często niejasne nawet dla projektodawców, którzy próbują je potem naprawiać objaśnieniami, które jednak nie są wiążące dla organów podatkowych i nie chronią podatników przed odpowiedzialnością karną. Zdarza się, że z objaśnień wynika co innego niż z uchwalonych przepisów. W ten sposób późniejsze próby naprawy wcześniejszych błędów wynikających z pośpiechu i braku konsultacji dalej komplikują sprawę. Na całym świecie podatnik, mając do wyboru dwa sposoby rozliczenia, może wybrać ten, dzięki któremu zapłaci niższy podatek. Klauzule przeciwko unikaniu opodatkowania zabraniają mu jedynie dokonywania sztucznych zmian w tym celu. Inaczej jest w Polsce. Obowiązująca od tego roku klauzula praktycznie wymaga, aby podatnik z dostępnych możliwości wybierał zapłacenie wyższego podatku.

Przedsiębiorcy wierzą w rozwój

Wiara góry przenosi, więc należy oczekiwać, że nieuchronne spowolnienie nieprędko dotrze do naszej gospodarki.

Przedsiębiorcy nie tracą dobrego nastroju. W III kwartale nastąpiła dalsza poprawa w ocenie sytuacji wśród firm produkcyjnych oraz budowlanych (którym sprzyja suche lato). Tu wskaźniki są wyższe, niż średnia (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt.
W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla hotelarstwa i gastronomii wyniósł 55 pkt. (ubyło 8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (ubyło 4,9), a dla handlu 48,9 pkt. (ubyło 2,9 pkt.).
Różnicą między poprzednim pomiarem (z drugiego kwartału) a obecnym jest także to, że wówczas wartość indeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt. Teraz zaś nastroje są nieco bardziej zróżnicowane.
Takie rezultaty pokazuje „Barometr Europejskiego Funduszu Leasingowego”.
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (rozumianego jako wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków oraz inwestycje w środki trwałe).
Prognozowana na dany kwartał kondycja firm pozwala ocenić czy ich sytuacja będzie sprzyjać wzrostowi bądź działać hamująco.

Wyprodukujemy więcej

Istotny wzrost optymizmu można zaobserwować w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość indeksu dla produkcji wyniosła w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Wynik należy wszakże do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.).
Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to przede wszystkim wynik pozytywnych prognoz co do inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł natomiast nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.
Utrzymuje się popyt na usługi budowlane. W III kwartale br. indeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., czyli prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.).
Ten dobry wynik notuje branża, o której od lat się mówi, że stoi na krawędzi bankructwa. Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów.
Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3 proc. Firmy budowlane mają take większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Obawy transportowców

Tradycyjnie, latem, gdy ludzie są na wakacjach i wozi się mniej towarów, najgorzej swoją sytuację oceniają firmy transportowe. Ich indeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale.
Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Wpływa na to z pewnością obawa właścicieli polskich firm transportowych, że już wkrótce, zgodnie z normami unijnymi, będą musieli płacić swoim kierowcom tyle, ile się płaci na zachodzie.
Do tak słabego rezultatu przyczyniły się także prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.). To najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż. Natomiast spadku inwestycji spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Rozwój i stagnacja

– W grupie, w której znajdują się budownictwo, gastronomia i hotelarstwo oraz produkcja, został wyraźnie przekroczony tzw. próg ograniczonego rozwoju. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt. (wskazującego na rozwój), tworzą handel, transport i usługi. Tutaj przede wszystkim firmy transportowe coraz mocniej zaciągają hamulec – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.
Także jednak i firmy handlowe zaczynają szukać „dna”. W III kwartale indeks barometru EFL dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (ubyło 2,9 pkt.). Jeszcze gorszy był jednak w I kwartale br. (48,2 pkt.). Tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować, zaś przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień.
W przypadku hotelarstwa i gastronomii branża, jak zawsze o tej porze, widzi koniec sezonu. W III kwartale jej indeks wyniósł 55 pkt. i był o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Odsetek inwestycyjnych optymistów jest tu zaś o 5 pkt. niższy niż kwartał wcześniej.
W stagnacji są także firmy usługowe. Indeks barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Większe inwestycje planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej mówiło o nich 33 proc. Na więcej zamówień liczy zaś ok. 29 proc. – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Mali widzą gorzej

Generalnie, im mniejsza firma, tym gorszy nastrój jej przedstawicieli. Indeks barometru EFL dla mikrofirm (najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób) na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu rozwoju.
Tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.
– Martwi to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech indeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak.
Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej zwłaszcza wtedy, gdy widzą problemy u swoich większych kolegów, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.