Rozpędzona budowlanka potrzebuje wsparcia

Rząd wciąż nie stworzył efektywnych mechanizmów, ułatwiających zagraniczną działalność naszych firm budowlanych.

Ubiegły rok był trudny i wymagający dla całej, notującej wysokie wzrosty produkcji, branży budowlanej.
Jest to swoistą specjalnością polskiej gospodarki, że budowlanka jednocześnie i kwitnie, i kuleje.

Potencjał godny uwagi

Od paru lat produkcja budowlano-montażowa rośnie, jest wiele przetargów, zwłaszcza w obszarze infrastruktury, stawia się rekordowe ilości mieszkań (oczywiście rekordowe na skalę III RP, bo jeszcze daleko do wyrównania rzeczywistych rekordów z czasów Edwarda Gierka).
A zarazem, stale zaostrzają się niekorzystne tendencje: przybywa upadłości firm budowlanych, branża boryka się z drożyzną materiałów budowlanych, wzrasta presja cenowa ze strony podwykonawców i pracowników. Powszechnie uważa sie, że rok 2019 będzie także niełatwy dla budowlanki w naszym kraju.
To ważna branża dla Polski. Pracuje w niej, wedle różnych szacunków, od 400 tys. do 1,2 mln ludzi.
Skąd tak duża różnica? Otóż oficjalne dane Głównego Urzedu Statystycznego obejmują firmy zatrudniające co najmniej 10 osób – i to w tych przedsiębiorstwach z branży budowlanej ma pracować łącznie 400 osób. Ale ta dziedzina gospodarki opiera się przede wszystkim na firmach drobnych, liczących nie więcej niż 9 pracowników, duże znaczenie ma także samozatrudnienie.
Gdy więc doliczyć firmy i firemki mające od 1 do 9 osób, to uzyskamy wspomnianą liczbę 1,2 mln osób. Natomiast w szczycie prac sezonowych i razem z ludźmi zatrudnianymi na czarno, których przecież w budownictwie jest wielu, możemy mówić o prawie półtoramilionowej rzeszy pracowników.

Kryzys zagląda na budowy

Branża budowlana rozwija się, odpowiadając na zapotrzebowanie rynku. Stopniowo rozpoczynają się, zaplanowane już wiele lat wcześniej, inwestycje infrastrukturalne, wciąż przybywa nowych mieszkań.
A jednocześnie, przybywa i problemów. Wystarczy powiedzieć, że od 2017 r. asfalt podrożał o ponad 30 proc., gdyż państwowe firmy – PKN Orlen i Lotos – podniosły ceny. W górę poszły zresztą ceny praktycznie wszystkich materiałów budowlanych. Tego wzrostu firmy budowlane nie są w stanie przerzucić na odbiorców, choć oczywiście próbują.
Na szczęście cały czas dość wysoki jest popyt, podtrzymywany zastrzykami pieniędzy przez państwo. Gdy jednak wzrośnie deficyt i inflacja, dotychczas jeszcze jakoś trzymana w ryzach, to pieniędzy zabraknie, popyt spadnie, a branża stanie w obliczu poważnego kryzysu.
Jego symptomy pojawiają się już i dziś. Budowlanka przoduje wśród branż z największą liczbą niewypłacalnych firm, bardzo niska jest rentowność, zaś przedsiębiorstwa budowlane mają coraz większe kłopoty z uzyskaniem finansowania.
Zdobywanie środków nieco lepiej udaje się państwowym firmom budowlanym, takim jak Polski Holding Nieruchomości, Torpol czy Polimex-Mostostal. Są one łagodniej traktowane przez banki komercyjne, które przecież wiedzą, że w razie potrzeby państwo jakoś pomoże własnym przedsiębiorstwom. Firmy prywatne często jednak mają problemy ze zdobyciem odpowiednich kredytów. Trudniej im jest też o uzyskanie intratnych zamówień państwowych.

Klaster nie zastąpi państwa

Budowlanka próbuje ratować się eksportem, ale to ciężki – choć i pożywny kawałek chleba.
Być może podczas działalności na rynkach zagranicznych nieco mniej odczuwalne są problemy z niedoborem pracowników i rosnącymi cenami materiałów budowlanych. Jednakże nie da się uniknąć problemów ze zdobyciem środków finansowych, a do tego dochodzą wszystkie inne utrudnienia, związane z funkcjonowaniem w innych państwach, zwłaszcza tych poza Unią Europejską.
Jak uważa przedsiębiorca budowlany Jan Mikołuszko, problemem jest też brak polityki państwa, wspierającej eksport polskiej branży budowlanej.
Jest co wspierać, bo wartość naszego eksportu usług budowlanych wynosi ok. 6 mld zł rocznie. Byłby on jednak znacznie większy, na co z łatwością pozwoli potencjał polskich firm budowlanych, gdyby nasz rząd zastosował choćby część mechanizmów wsparcia, wykorzystywanych przez wiele innych państw Unii Europejskiej.
Jan Mikołuszko wie co mówi, bo jest prezesem Zarządu Polskiego Klastra Eksporterów Budownictwa, powołanego pod koniec 2015 r. przez nasze firmy budowlane. Dziś klaster składa się z 43 podmiotów, a ponieważ niektóre z nich są właścicielami innych spółek, więc do klastra należy w sumie ponad 50 przedsiębiorstw budowlanych.
Polski Klaster Eksporterów Budownictwa to inicjatywa przedsiębiorców, którzy chcą budować na zagranicznych rynkach – i w tym celu kreować współpracę polskich firm budowlanych. Bo na tych rynkach łatwiej działać razem.
Chodzi też o promowanie potencjału naszych firm i prezentowanie ich możliwości ewentualnym kontrahentom zagranicznym.
Polska budowlanka ma nowoczesne technologie i produkty oraz profesjonalną kadrę inżynierską. Trzeba wykorzystywać te atuty, wspomagając i organizując działania eksportowe, a także poprawiając bezpieczeństwo finansowe funkcjonowania na obcych rynkach.

Upadek może być wielki

Jan Mikołuszko zna od strony praktycznej działalność polskich przedsiębiorstw na zagranicznych rynkach. Nie tylko jako prezes Polskiego Klastra Eksporterów Budownictwa, lecz także jako główny udziałowiec i Przewodniczący Rady Nadzorczej firmy Unibep, prowadzącej swoje inwestycje budowlane m.in. na Białorusi, Ukrainie, w Szwecji i Norwegii.
Nie ukrywa więc, że wsparcie polskiego państwa dla eksportu branży budowlanej jest w zasadzie żadne. Jedyne, co trochę zmieniło się na lepsze, to dostęp do informacji, dzięki pracy zagranicznych biur handlowych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.
To nie zastąpi jednak wsparcia rządowego w formie pożyczek preferencyjnych, kredytów czy gwarancji eksportowych, efektywnego systemu ubezpieczeń eksportu.
Brakuje tego, a czasem nawet dochodzi do rujnowania dobrze rokującej współpracy gospodarczej z innymi państwami. Przykładem może być program „Go Iran”, zainicjowany w 2015 r. przez Ministerstwo Gospodarki. Jego głównym celem było zwiększenie wymiany handlowej pomiędzy polskimi i irańskimi przedsiębiorcami. Antyirańska konferencja w Warszawie, zorganizowana w tym roku w interesie Izraela przez rząd PiS na polecenie Stanów Zjednoczonych, skutecznie zniszczyła jednak nadzieje na rozwój współpracy z życzliwym nam (do niedawna) Iranem.

Polska branża budowlana jest dziś rozpędzona i funkcjonuje w mocnym tempie. Żeby jednak mogła wytrzymać to tempo przez kolejne lata, bez potknięć i zadyszki, potrzebuje racjonalnej pomocy własnego państwa. Inaczej, by użyć języka ewangelicznego, jej upadek może być wielki.

Polki dają radę

Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie
przekłada się na wyniki biznesowe firm.

Kilka dni temu pisaliśmy w Trybunie, że kobiety w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że już go prawie nie ma (artykuł „Aspirują i awansują” z nr 46-47, 6-7 marca br.)
Czemu lub komu to zawdzięczać? Na pewno nie obecnej ekipie rządzącej, która w ciągu ponad trzech lat swego panowania nie zrobiła nic, by poprawić pozycję zawodową kobiet.
Otóż wpływ na poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy ma… sam rynek. Brak wystarczającej liczby pracowników oraz poszukiwanych kompetencji sprzyja równouprawnieniu.
Duży wzrost zatrudnienia kobiet nastąpił w Polskiej Rzczpospolitej Ludowej. W latach 1950 – 1990 odsetek pracujących pań zwiększył się z 31 do 44 proc. Warto zauważyć, że przez następne prawie trzydzieści lat, wzrósł już nieznacznie – tylko do 49 proc. w roku ubiegłym
PRL-owski wzrost zatrudnienia kobiet w niemałej mierze był koniecznością demograficzną i ekonomiczną. Mężczyźni częściowo wyginęli w czasie wojny i kilka lat po jej zakończeniu, wielu leczyło rany i siedziało w więzieniach. Kraj był biedny, z jednej marnej pensji nie bardzo dawało się wyżyć. Kobiety siłą rzeczy musiały iść do pracy. Ta konieczność przyczyniła się też jednak do ich emancypacji. Otrzymywały wprawdzie niewielkie, ale własne pieniądze, nie były już całkiem zależne od swych mężów. Furtka do samodzielności została nieodwracalnie uchylona
I choć nasza rodzima rzeczywistość jest daleka od ideału, zachodzą w niej zmiany, którym bieg nadają również pracodawcy chcący zachować konkurencyjną pozycję na rynku. Są wśród nich też tacy, którzy w tym kierunku idą od dawna, kibicują zwiększeniu się liczby pań, zarówno w zawodach technicznych, jak i na stanowiskach kierowniczych.
Za równouprawnieniem zawodowym przemawiają zarówno argumenty etyczne, jak i ekonomiczne.
Mimo to, płeć pozostaje jednym z powodów pojawiającej się jeszcze niekiedy dyskryminacji na rynku pracy, a większość polskich pracodawców nie prowadzi programów jej zapobiegających.
Czas działa jednak na korzyść kobiet. Za przyspieszeniem ich awansu zawodowego przemawia ekonomia oraz uczciwość.
Są już w Polsce duże firmy prywatne, w których blisko 30 proc. kadry menadżerskiej stanowią kobiety, będąc także ich generalnymi dyrektorami. Bycie kobietą na wysokim stanowisku w dużej firmie inżynieryjnej przestaje być czymś wyjątkowym. Bardzo dobrze odnajdują się one w środowisku pracy, które bazuje na dobrej komunikacji i współpracy.
Jeśli chodzi o specyfikę zawodową, to panie doskonale sprawdzają się w zadaniach wymagających logicznego myślenia, takich jak testowanie i programowanie, gdzie dodatkowo na pewno też pomaga im duża cierpliwość i wytrwałość.
Powszechnie znanym przykładem zawodowej dominacji kobiet była profesja sekserki – specjalistki w zakresie oceny płci piskląt. Dzięki delikatności i precyzji tylko panie były w stanie dobrze wykonywać ten zawód (choć mężczyźni próbowali). Dziś jest on już w zaniku,wyparły go genetyczne badania komórek.
Warto wiedzieć, że na etapie wczesnego dzieciństwa dziewczynki i chłopcy przejawiają podobne zdolności matematyczne. Wychowanie i stereotypy powodują, że gdzieś dalej w edukacji dziewczynki porzucają tę ścieżkę. Natomiast te, które już przez nią przejdą, mają podobny poziom kompetencji co mężczyźni, a w dodatku cechuje je wytrwałość, konsekwencja i umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie przekłada się na wyniki biznesowe firm, w których są zatrudnione. Firma zróżnicowana pod względem płci jest efektywniejsza i bardziej zbliżona do potrzeb rzeczywistości – oraz reguł społecznych.
Te panie, które osiągnęły wysokie stanowiska podkreślają, że kobiety częściej powinny wybierać ambitną ścieżkę kariery. Uwierzyć w siebie. Nie patrzeć na to, czego im brakuje, ale na to, w czym są dobre. Właśnie na tym trzeba się koncentrować. A jeśli wybierze się pracodawcę, który to ułatwi, sukces będzie w zasięgu ręki.

Aspirują i awansują

Panie w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że w zasadzie już go prawie nie ma.

Za kilka dni panie będą miały swoje coroczne święto. Ale, czy pod względem zawodowym, mają co celebrować? Ścieżka rozwoju zawodowego bywa wyboista, jednak jest coraz lepiej.
Statystycznie to panie w Polsce są lepiej wykształcone, ale wciąż w wielu firmach i urzędach najwyższe pozycje zajmują mężczyźni, a tylko nielicznym kobietom udaje się wejść do zarządów lub zająć wysokie stanowiska dyrektorskie.
To zrozumiałe, bo kobiety, z racji tego, że nikt ich nie zastąpi w pierwszych latach zajmowania się dziećmi, mają mniej czasu na zdobycie najwyższych funkcji – ale i tu następują zmiany.

Pną się do góry

Na podstawie raportu Hays, opublikowanego pod koniec 2017 roku, można oszacować, że jedynie 15 proc. dyrektorów zarządzających i prezesów firm działających w Polsce to kobiety. Nieco lepiej jest w firmach państwowych, jeszcze lepiej w urzędach, gdzie ten odsetek przekracza 30 proc.
W zarządach przedsiębiorstw prywatnych brakuje pań, ale aż 42 proc. z nich aspiruje do objęcia stanowiska dyrektorskiego lub roli prezesa firmy – więc zapewne wkrótce będzie ich znacznie więcej.

Otoczenie już nie przeszkadza

Wspomniane badania pokazują, że kierownictwa firm generalnie chętnie promują awanse pań na wysokie stanowiska.
Tylko 25 proc. pytanych kobiet jest zdania, że ich obecny pracodawca nie pomaga realizować im planu kariery zawodowej. Jednak w przypadku mężczyzn ten odsetek jest jeszcze mniejszy i wynosi jedynie 18 proc.
Te wskaźniki będą zmieniać się dość powoli. Niezaprzeczalnie jednym z najistotniejszych jest konieczność pogodzenia życia zawodowego z obowiązkami rodzicielskimi – a te obowiązki, siłą rzeczy ciążą w większym stopniu na kobietach, zwłaszcza gdy dzieci są bardzo małe.
W rezultacie aż 65 proc. kobiet i tylko 38 proc. mężczyzn zadeklarowało, że w swoich miejscach pracy napotkali na przeszkody w pogodzeniu obowiązków zawodowych z wychowywaniem dzieci.

Coraz mniejsze różnice

Istotnym, choć jednak stale się zmniejszającym, problemem na polskim rynku pracy jest nadal spora różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn. W raporcie „Czas na kobiety” opracowanym w 2018 roku i przygotowanym przez Kongres Kobiet, wykazano, że w Warszawie sekretarka zarabia średnio 700 zł mniej niż mężczyzna na tym samym stanowisku, główna księgowa prawie 2000 zł mniej od głównego księgowego, podobnie projektantki systemów internetowych, gdzie różnica wynosi ok. 2700 zł.
Podane przykłady, choć operują wartościami średnimi, dotyczą akurat tych stanowisk, gdzie zróżnicowanie zarobków między kobietami i mężczyznami jest szczególnie duże. Generalnie jednak, w skali całej populacji, te różnice między płacami kobiet i mężczyzn na identycznych stanowiskach są coraz mniejsze i wynoszą niespełna 10 proc. Są to zresztą często różnice uzasadnione, bo przecież oczywiste jest, że główny księgowy jakiejś firmy mający duże doświadczenie zawodowe otrzyma wyższą pensję niż główna księgowa, która z racji wychowywania dzieci miała mniej czasu na zdobycie doświadczenia.
Zdarza się też, że w części przedsiębiorstw system płac jest różny w zależności od sytuacji rodzinnej pracownika. Zdarza się, że żonaci mężczyźni zarabiają więcej niż single. Mężatki mogą się spotkać z odwrotną sytuacją – proponowana im płaca może być niższa niż singielek, zwłaszcza bezdzietnych.

Pójść na swoje

Znaczącą tendencją w Polsce jest to, że kobiety często decydują się na założenie własnej działalności gospodarczej. Prowadzenie własnego biznesu jest szansą na odnalezienie się w realiach zawodowych, ale i na realizację rozmaitych planów. Wymaga to dużego zaangażowania i poświęcenia większej ilości czasu niż na etacie. Zdecydowanie nie jest to praca „od – do”. Jednak daje też możliwość takiego zarządzania czasem, aby pogodzić rozwój firmy z życiem rodzinnym.
Na pewno w dobrej organizacji pomocne są narzędzia, które znacznie upraszczają prowadzenie firmy, szczególnie w zakresie działań związanych z fakturami, obiegiem dokumentów, podpisywaniem umów. Największą pomocą będzie jednak mąż lub partner życiowy, wspierający kobietę „realizującą się” w biznesie.

Go East!!!

Zbliżenie z Rosją, realizowane przez Prawo i Sprawiedliwość,
otwiera szanse na nowe otwarcie gospodarcze w relacjach
z naszym wielkim wschodnim sąsiadem.

Polskie firmy powinny próbować sił w Rosji! – wzywa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
Przekaz jest taki, że mimo chłodnych stosunków politycznych – należy próbować rozwijać relacje gospodarcze, zwłaszcza zaczynając od niedalekiego Kaliningradu.
– Polski biznes w Rosji powinien być elementem polskiego „soft power”, szczególnie w obwodzie królewieckim. Nie zarekomendowałby żadnemu polskiemu przedsiębiorcy, żeby budował tam fabrykę, ale każdy inny rodzaj biznesu, to już tak. Budowanie takich przyczółków jest korzystne dla Polski i konkurencja również jest umiarkowana: stosunkowo łatwo odnieść sukces – stwierdził prezes ZPP, Cezary Kaźmierczak.
Nie jest to wprawdzie zbyt entuzjastyczna rekomendacja, ale od czegoś należy zacząć. Przedsiębiorcy apelują więc do polskich władz o przywrócenie małego ruchu granicznego z Kaliningradem (zawieszonego w 2016 r. w ramach sankcji unijnych). Ich zdaniem ma to znaczenie gospodarcze, bardzo istotne dla rejonów przygranicznych oraz polityczne.
Wydaje się, że nie powinno być z tym problemów, bo Prawo i Sprawiedliwość bierze wyraźny kurs na zbliżenie z Rosją. Antyrosyjska propaganda w rządowych „publicznych” mediach została wyraźnie wyciszona, zamiast tego nasilają się pretensje pod adresem Ukrainy.
Prezes Cezary Kaźmierczak zachwala wcześniejsze prorosyjskie kroki. – Ruch bezgraniczny z Królewcem, to jedna z naszych nielicznych miękkich inicjatyw, która nam się udała – powiedział.

Łatwiej założyć niż zlikwidować

Pod względem aspektów prawnych, zagraniczny podmiot ma trzy podstawowe możliwości prowadzenia działalności w Rosji – jako eksporter, poprzez otwarcie biura handlowego, przedstawicielstwa czy filii, albo zakładając czy przejmując działającą w Rosji firmę. Najpopularniejsze formy prawne to podobnie jak w Polsce – spółka z ograniczoną odpowiedzialnością oraz spółka akcyjna.
Zgodnie z analizami Banku Światowego założenie spółki w Rosji trwa średnio kilkanaście dni, a likwidacja podmiotu gospodarczego zarejestrowanego w tym kraju, zajmuje 6-12 miesięcy.
System podatkowy w Rosji obejmuje standardową stawkę podatku CIT (od dochodów osób prawnych) – 20 proc. Z kolei stawka VAT została podniesiona z dniem 1 stycznia 2019 r. z 18 do 20 proc. (przy czym stawka ulgowa wynosi 10 proc. ).
Podatek majątkowy nie może przekraczać 2.2 proc. wartości księgowej środków trwałych, a składki na ubezpieczenie społeczne – 30 proc. rocznego dochodu pracownika (powyżej określonego poziomu – wartość składki spada do 15,1 proc. dochodu. Podatki PIT, CIT i VAT pobierane są na bazie miesięcznej.
W odniesieniu do prawa pracy warunki zatrudnienia są podobne do polskich – umowy o pracę mogą być zawierane na czas określony (do 5 lat) lub nieokreślony, okres próbny wynosi 3 miesiące (w niektórych przypadkach możliwość wydłużenia do 6 miesięcy), jednak należy zwrócić uwagę, że w Rosji pracodawcę obowiązują znacznie szersze wymagania dokumentacyjne (w języku rosyjskim), wskazane jest więc korzystanie z zewnętrznych usług agencji zatrudnienia, w celu uniknięcia przyszłych problemów.
Rosja jest członkiem Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EAEU – Rosja, Białoruś, Kazachstan, Tadżykistan, Armenia i Kirgistan). Od 2012 Rosja należy także do Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Ważny partner

Warto zwrócić uwagę na wartości i trendy zagranicznego obrotu gospodarczego Rosji w ostatnich latach. Generalnie obserwuje się ścisłą korelację między eksportem i importem Rosji.
W latach 2008-2009 obserwowano spadki, w okresie 2011-2013 – stagnację, w latach 2014-2016 kolejne spadki, natomiast począwszy od roku 2017 pojawiają się symptomy ożywienia i wzrostu. Te ostatnie są pośrednio związane z utrzymywaniem się wysokiego poziomu cen surowców, eksportowanych przez Rosję, przede wszystkim energetycznych. Powoduje to napływ środków i ożywienie popytu na towary i usługi importowane, zarówno o charakterze inwestycyjnym, jak i konsumpcyjnym. Przewiduje się że ten trend w najbliższych latach nie ulegnie istotnemu osłabieniu czy odwróceniu.
W roku 2017 import towarów i usług do Rosji zamknął się w kwocie 227,5 mld USD, a wskaźnik dla pierwszego półrocza 2018 pokazuje wzrost importu o 13.4% (rok do roku), co wskazuje że import w 2018 r. może oscylować w granicach 250 mld USD.
Polska jest ważnym partnerem handlowym Federacji Rosyjskiej. Według danych za 11 miesięcy poprzedniego roku importowaliśmy rosyjskie towary i surowce o wartości 15 mld dolarów (wzrost
w porównaniu z rokiem poprzednim o 48,2 proc. ), zaś nasz eksport do Rosji osiągnął poziom 4,61 mld dolarów (wzrost o 5,1 proc. ).
Biorąc pod uwagę wielkość gospodarki, polskie obroty handlowe z Rosją są relatywnie wyższe niż obroty handlowe innych znaczących partnerów Rosji, takich jak Niemcy, Francja czy Włochy. Świadczy to o utrzymywaniu się licznych więzi handlowych i kooperacyjnych mimo trudnych relacji politycznych.
Brak zrównoważonego bilansu handlowego z Rosją (znacznie wyższa wartość importu do Polski niż naszego eksportu) może być traktowany jako szansa na przyszły rozwój – pod warunkiem promocji polskich produktów i marek na rynku naszego wschodniego partnera, z czym jak zwykle nie umiemy sobie poradzić.
Rosyjskie firmy – partnerzy handlowi Polski – mają swe siedziby głównie w Moskwie, Rejonie Moskiewskim oraz w Petersburgu i Obwodzie Kaliningradzkim. Szczególnie ten ostatni region, w powiązaniu z aktywną polityką tamtejszych władz oraz otwarciem na nowe perspektywy handlu międzynarodowego, zmierza do przyciągnięcia inwestycji (także polskich) i ożywienia współpracy. Może więc stać się on perspektywicznym obszarem zwiększenia aktywności naszych firm.

Czas na jawność płac

…i sprawozdań finansowych.

Wydarzenia ostatnich tygodni dobitnie pokazują, że w Polsce potrzeba radykalnego zwiększenia transparentności finansów. Partia rządząca obsadziła setki stanowisk ludźmi posłusznymi władzy, ale bez żadnych kompetencji. Wielu z nich zarabia olbrzymie pieniądze, ukrywając dochody przed opinią publiczną. Nawet prezesi spółek skarbu państwa i instytucji państwowych zasłaniają się tajemnicą przedsiębiorstwa i nie chcą ujawniać dochodów kadry zarządzającej. W wielu przedsiębiorstwach prezesi radykalnie podnoszą sobie wynagrodzenia, a w tym samym czasie pensje dla pracowników stoją w miejscu. Często dochodzi też do dużych różnic płacowych między osobami zatrudnionymi na tych samych stanowiskach, a w wielu firmach ma miejsce dyskryminacja ze względu na płeć.
Wprowadzenie jawności płac przyczyniłoby się do ograniczenia patologii na rynku pracy i poprawienia jakości dialogu społecznego w poszczególnych przedsiębiorstwach. Jawność wynagrodzeń zwiększyłaby zaufanie do instytucji publicznych i poprawiła wizerunek spółek skarbu państwa.
Ujawnienie wynagrodzeń, szczególnie przez osoby zajmujące ważne funkcje w życiu społecznym, ucięłoby spekulacje na temat poziomu dochodów kadry kierowniczej, polityków, dziennikarzy czy związkowców. Dzięki temu powszechna stałaby się wiedza, jakie są nierówności płacowe i jaki jest realny poziom płac w poszczególnych branżach i na poszczególnych stanowiskach. Jawność płac odsłoniłaby też skalę kolesiostwa i przyznawania dobrze płatnych stanowisk rodzinom i znajomym przedstawicielom władzy. Z całą pewnością dobrze by wpłynęła też na wizerunek związków zawodowych, w których część liderów zarabia gigantyczne pieniądze, przejadając składki ludzi pracy.
Jednocześnie dla transparentności życia publicznego dobrze by było, aby rozszerzyć listę podmiotów objętych obowiązkiem przedstawiania sprawozdań finansowych ze swojej działalności. Wszystkie podmioty zaufania publicznego, w tym organizacje pozarządowe, Kościoły, związki zawodowe czy organizacje pracodawców powinny przedstawiać pełną informację na temat swoich finansów. Dzięki temu cieszyłyby się większym zaufaniem, a ich członkowie oraz sympatycy wiedzieliby, na co są przeznaczane ich składki i darowizny.

Czy motoryzacja zaczyna hamować?

W 2018 r. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce wzrosła o blisko 10 proc. Nadal jednak najczęściej jeździmy starymi trupami.

W całym ubiegłym roku zarejestrowano w naszym kraju 531,9 tys. nowych samochodów osobowych, 68,8 tys. aut dostawczych, 29,9 tys. samochodów ciężarowych, 26,1 tys. przyczep i naczep oraz 2,7 tys. autobusów.
Liczba rejestracji nowych samochodów osobowych wzrosła o 9,4 proc, w porównaniu z rokiem 2017 – co jest zadowalającym wynikiem.

Daleko od rekordu

Jednocześnie jednak, liczba wyprodukowanych w Polsce aut osobowych spadła aż o 12,3 proc. w porównaniu z rokiem 2017 i wyniosła zaledwie 451,6 tys. sztuk.
W sumie, z taśm montażowych zjechało 659,6 tys. pojazdów samochodowych wszelkich rodzajów, czyli o 4,4 proc. mniej niż w 2017 roku.
Natomiast wartość produkcji sprzedanej firm z przemysłu motoryzacyjnego wyniosła 153,7 mld zł, to jest o 3,5 proc. więcej niż w 2017 r. (na co duży wpływ miała produkcja części zamiennych).
Rosła w Polsce produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych – wytworzono ich 202 tys., o 19,1 proc. więcej niż w 2017 roku.
Wypada westchnąć – gdzie te czasy, kiedy – jak w 2008 r. – w Polsce produkowano prawie milion samochodów rocznie?. Natomiast inne kraje naszego regionu potrafią przyciągać inwestycje motoryzacyjne i rozwijać produkcję.
Niestety, rząd PiS nie jest w stanie inspirować tworzenia nowych inwestycji, polska myśl techniczna (o ile w ogóle istnieje) nie ma żadnego przełożenia na przemysł, a rządowe zapowiedzi o rozwijaniu produkcji samochodów elektrycznych to propagandowe bajki, w które nie wierzą także i ci, którzy je głoszą.
Zresztą, nawet rządowi propagandyści przestali już opowiadać historyjki o niemal gotowych, rodzimych modelach aut elektrycznych.
Wszystko to nie oznacza jednak załamania rynku motoryzacyjnego w Polsce. Stopniowo rośnie liczba nowych aut, jeżdżących po polskich (niestety, niebezpiecznych i fatalnie oznakowanych) drogach.

Rynek powoli rośnie

W porównaniu do 2017 r., coraz większą popularnością cieszą się auta z napędami alternatywnymi (hybrydy i na prąd).
Polacy kupują ich nieco więcej – w ubiegłym roku liczba rejestracji wzrosła do 24,1 tys., czyli o 32,1 proc. w stosunku do 2017 r. Są to jednak niemal wyłącznie zakupy firmowe.
W grupie klientów instytucjonalnych odnotowano dynamikę wzrostu sprzedaży aut alternatywnych wynoszącą aż 41,8 proc., podczas gdy wśród nabywców indywidualnych wzrost był znikomy – tylko 1,9 proc.
Jeśli chodzi o same auta elektryczne, to mimo, że jest ich więcej, nadal stanowią w Polsce margines. W 2018 r. zarejestrowano 1 324 takich pojazdów czyli o 22,9 proc. więcej, niż w 2017 r.
Procentowo wygląda to nieźle, bo w tym samym okresie liczba rejestracji samochodów osobowych z silnikami benzynowymi wzrosła o 14 proc., a z silnikami diesla spadła o 2,3 proc.

Szefowie urzędów mają gest

Zgodnie ze stałą tendencją, na całym rynku samochodowym w Polsce dominują rejestracje dokonywane przez klientów instytucjonalnych (firmy i urzędy), których w ubiegłym roku było 384,5 tys. Klienci indywidualni zarejestrowali zaś tylko 147,4 tys. nowych aut.
Szefowie instytucji, którzy nie kupują samochodów za swoje własne pieniądze, najczęściej wybierają auta duże, wygodne i kosztowne.
W całym 2018 r. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w segmencie premium wyniosła 75 tys. i była wyższa o 14,1 proc. w porównaniu do poprzedniego roku.
Natomiast łącznie w całym kraju niezmiennie najpopularniejszy jest segment małych i średnich SUV-ów, który odnotował 26 proc. wzrost.

Gorsza końcówka roku

Dość niepokojącym sygnałem była końcówka ubiegłego roku. W IV kwartale 2018 r. zarejestrowano w Polsce 128,5 tys. nowych samochodów osobowych czyli o 2,3 tys. mniej niż w tym samym okresie 2017 r.
– Pozostaje mieć nadzieję, że ubiegłoroczny trend wzrostowy będzie już stały. Nieco słabszy wynik IV kwartału był pośrednio spowodowany wejściem w życie nowego cyklu pomiarów zużycia paliwa i emisji dwutlenku węgla – wyjaśnia Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Ważnym sygnałem jest ubiegłoroczny wzrost sprzedaży nowych samochodów użytkowych.
Liczba rejestracji samochodów dostawczych wyniosła 68,8 tys. sztuk, co oznacza wzrost o 12,8 proc. w porównaniu do 2017 r.
Rejestracje nowych przyczep i naczep wyniosły 26,1 tys. sztuk, tj. o 9,6 proc. więcej rok do roku. O 8 proc. wzrosła także liczba rejestracji nowych samochodów ciężarowych, których w 2018 r. zarejestrowano 29 870 sztuk.

Gospodarka ma co wozić

– Odnotowany blisko 10 proc. wzrost rejestracji samochodów użytkowych – zarówno dostawczych powyżej 3,5 t, jak również ciężarowych powyżej 16 t cieszy, zwłaszcza, że stymuluje popyt na nowe naczepy i przyczepy, które również odnotowały niemal 10-procentowy wzrost rejestracji. Popyt w segmencie pojazdów użytkowych przekłada się również na dobrą sytuację firm zabudowujących i transportowych – mówi Jakub Faryś.
Mało kto dziś już jeździ motorowerami, ale warto zauważyć, że w 2018 r. liczba rejestracji nowych motorowerów była niższa aż o 44,5 proc.
Pewien wpływ na ten regres miał wzrost rejestracji zanotowany w ostatnim kwartale 2017 r., który był spowodowany wprowadzeniem nowej normy czystości spalania dla motorowerów, obowiązującej od początku 2018 r.
Generalnie, w fabrykach motoryzacyjnych ulokowanych w Polsce widoczny jest spadek produkcji, co może być oznaką spowolnienia w branży samochodowej. Dodatkowo niekorzystny wpływ na przyszłą koniunkturę może mieć brexit, który grozi wprowadzeniem procedur celnych w dostawach części i komponentów.

Młody pracownik nie chce się nudzić

Pragną być doceniani, są kreatywni i szukają wyzwań – ale w biurze nie zawsze o nie łatwo. Dlatego często są chętni do odejścia z pracy.

Aż 70 menedżerów zatrudniających młodych pracowników obawia się o przyszłość swojego zespołu.
Uważają oni, że największym wyzwaniem w zarządzaniu grupą ludzi w takim wieku jest niepewność, związana z ich brakiem przywiązania do firmy i łatwym podejmowaniem decyzji o odejściu.
62 proc. kierowników wskazuje na „roszczeniowość” pokolenia 25-30 latków, a 46 proc. sądzi, że dużym kłopotem jest ich szybkie nudzenie się i niski poziom cierpliwości. Takie wyniki dało badanie „Menedżerowie o Millenialsach” firmy doradczo-szkoleniowej 4Results, które objęło menedżerów z różnych branż polskiej gospodarki.
Jego wynik pokazuje wyraźnie, że dzisiejszy zarządzający pracują w niepokoju o to, że młodzi pracownicy za chwilę zdecydują się na odejście z firmy.

Praca czeka na ludzi

Jest teraz u nas trochę tak, jak na polskim rynku pracy w latach 50-tych. Wtedy też ludzie nie bali się rzucać pracy, bo wiedzieli, że nie ma bezrobocia, a państwo czuje się zobowiązane by każdemu zapewnić zatrudnienie.
W porównaniu z dzisiejszymi czasami, różnica polega na tym, że wtedy zarabiało się marnie. Teraz zaś młodzi pracownicy mają skonkretyzowane oczekiwania i ich zatrzymanie w firmie może wiązać się z żądaniami, którym przełożeni nie będą mogli lub potrafili sprostać.
Ponadto zaś, millenialsi czy pokolenie Y (jak ich zwał, tak zwał, chodzi po prostu o osoby mające poniżej 30 roku życia) szybko się frustrują i z trudem udaje się ich zaciekawić pracą (wtedy zaczynają być bardziej zaangażowani).
Z badania wynika, że niepewność dotycząca ryzyka odejścia millenialsów z pracy wiąże się z faktem, że w pracy szukają oni już na starcie wyzwań i interesujących zadań, a menedżerowie nie potrafią im ich zapewnić.
Nie przez przypadek jednym z głównych wyzwań dla kierujących zespołami millenialsów jest „łatwość nudzenia się” młodych. Dlatego też zarazem, blisko 5 na 10 menedżerów właśnie „zlecanie ciekawych zadań” postrzega jako sposób na zwiększenie efektywności pracy młodych pracowników.
Młodzi ludzie także i w pracy chcieliby mieć tzw. fun. Dziś więc wyzwaniem dla kadry zarządzającej jest to, jak zaciekawić młodego pracownika także i monotonnym zadaniem.
Często nic się na to nie da poradzić, bo zdarza się, że robota jest zwyczajnie nudna. Przerabiano to zresztą już dawno, gdy ludzie byli śmiertelnie znużeni powtarzalną i monotonną pracą przy taśmie produkcyjnej. Teraz przy taśmie siedzą głównie roboty, ale na ekranie komputera jest także pod dostatkiem nudy.
Teoretycznie, najlepiej jest łączyć zadania rutynowe z bardziej interesującymi. Łatwiej to jednak powiedzieć niż zrobić. Można też próbować pokazywać szerszy kontekst pracy – wszak szereg nudnych zadań może doprowadzić do realizacji tych bardziej interesujących.

Trzeba rozmawiać i doceniać

Pracodawcom jest trudniej niż kiedyś poradzić sobie z roszczeniowością młodych podwładnych.
Menadżerowie dość często reprezentują jedną z dwóch postaw: uległość wobec próśb pracownika lub konfrontacyjność i dezawuowanie jego oczekiwań płacowych. Dziś, gdy jest rynek pracownika, ani zbytnia uległość, ani konfrontacyjność nie pomoże.
Pracodawca powinien powściągnąć własne emocje i racjonalnie zarządzać oczekiwaniami podwładnych. Najlepiej jeśli będzie szedł na ustępstwa pod warunkiem realizacji dodatkowych, konkretnych celów przez pracownika. Jeśli zaś pracodawca nie jest w stanie tego zapewnić, to cóż, musi więcej płacić.
Młodzi pracownicy oczekują tzw. kultury stałego feedbacku. Mówiac po ludzku, oznacza to, że pragną oni widzieć swoje postępy w pracy i być za nie doceniani. Czyli, jest to coś absolutnie normalnego.
Zbadano, że jedynie 3 na 10 menedżerów stwierdza, że częste rozmawianie z młodymi pracownikami może przyczynić się do zwiększenia ich efektywności. Jeszcze mniej bo zaledwie 2 na 10 wskazuje na wagę cierpliwego tłumaczenia, słuchania, doceniania i nagradzania.
Wygląda więc na to, że kierownicy w każdej firmie powinni nabywać kompetencje rozumnego przekazywania informacji zwrotnej i wiedzę o tym, jak skutecznie doceniać podwładnych.
Wszystko to wiąże się z umiejętnością zarządzania różnorodnością: czyli odpowiadaniem na oczekiwania różnych pokoleń pracowników, wdrażaniem odpowiednich systemów organizacji pracy, używaniem nowoczesnych metod komunikacji międzyludzkiej.
Młodzi mogą tu być dobrym odbiorcą, bo są na ogół szczerzy i otwarci. Dlatego w powszechnym mniemaniu kierowników, mogą się oni przysłużyć celom firmy poprzez swoją otwartość na zmianę – a także łatwość adaptowania nowych technologii. To kompetencje, które są charakterystyczne dla dzisiejszych realiów gospodarki, ale dla generacji starszych pracowników bywają twardym orzechem do zgryzienia.

Pracowici inaczej?

4 na 10 szefów docenia kreatywność młodych. Zarazem tylko jeden na 12 zauważa ich pracowitość jako rzecz istotną.
Jednak o ile młodzi pracownicy chcieliby, aby praca była ciekawa, a zadanie realizowane sprytnie i efektywnie (najlepiej dzięki nowym technologiom), o tyle pracowitość dla menedżerów oznacza nierzadko pracę w godzinach nadliczbowych, realizowanie także i nieciekawych zadań bez mrugnięcia okiem, albo ich sumienne wykonywanie wbrew sobie.
Młodzi są inni – ale fakt odmienności młodego pokolenia nie musi być ciężarem, lecz szansą dla ich zakładu pracy. Warunkiem jest jednak zrozumienie przez zarządzających oczekiwań i motywacji młodego pokolenia.
Szef pracujący z młodymi powinien być gotowy do zaakceptowania różnic międzypokoleniowych, do przebudowy środowiska pracy, a w końcu i do zmiany własnych nawyków – na takie, które z jednej strony uwzględnią cele przedsiębiorstwa, a z drugiej zatroszczą się, w miarę możliwości, o potrzeby podwładnych.

Nie ma taniego budowania

A jeśli jest, to dziadowskie. Budowanie na przyzwoitym poziomie musi kosztować – i na razie coraz bardziej drożeje.

Domy stają się coraz droższe – w 2019 roku za budowę (w tradycyjnej technologii) trzeba zapłacić prawie 9 proc. więcej niż przed rokiem – taki jest podstawowy wniosek z raportu serwisu Kalkulatory Budowlane.
Te 9 proc. to dużo więcej niż inflacja czy wzrost przeciętnego wynagrodzenia w naszym kraju.

Drogo się mury pną do góry

Ceny wzrosły praktycznie na każdym etapie budowy. To oznacza że standardowy dom kosztuje ponad 20 tysięcy więcej niż przed rokiem.
W poprzednich latach średnie wzrosty cen nie przekraczały 5 proc. W 2018 sytuacja się zmieniła, a ceny poszły szybciej w górę.
Przekładając procentowe wzrosty na złotówki, amator własnej nowej chałupy musi zapłacić o 22 tys. zł więcej w przypadku domu parterowego o powierzchni ok. 100 m2 (wzrost o 9.3 proc).
Tylko 1 tys zł więcej (23 tys. zł) zapłaci w przypadku domu piętrowego o powierzchni 140 m2 (wzrost o 8.3 proc.).
Natomiast już o 30 tys droższa będzie budowa domu piętrowego z piwnicą liczącego 195 m2 (wzrost o 9.1 proc.)
Ceny najbardziej rosły oczywiście w dużych miastach i kilku najważniejszych województwach (mazowieckie, śląskie, małopolskie, wielkopolskie).

Wyjechali na zachód

Brak rąk do pracy uważany jest za głównego winowajcę rosnących cen.
Odpływ pracowników na zachód Europy budowlanka odczuła najsilniej w całej polskiej gospodarce. Przez długi czas sytuację ratowało ściąganie pracowników z Europy Wschodniej, głównie z Ukrainy, ale nawet pomimo napływu tysięcy pracowników z tamtego regionu, niedobory fachowców w branży budowlanej szacuje się na prawie 100 000 osób.
Pracodawcy coraz częściej zamiast na Ukrainę sięgają do innych krajów – na Białoruś, do Mołdawii, czy tak egzotycznych jak Uzbekistan.
Ta sytuacja godzi w inwestorów indywidualnych. O ile budując dom mogą oni bowiem zaoszczędzić na materiałach budowlanych, korzystając z okresowych obniżek cen czy też promocji, o tyle wynegocjowanie lepszych cen na usługi budowlane jest praktycznie niemożliwe.
Jedynym wyjściem jest wykonanie części prac samodzielnie. Im mniejszy udział własny, tym koszt budowy domu będzie większy.
Sprawdza się również system gospodarczy, czyli samodzielne dobieranie ekip budowlanych do każdego etapu inwestycji mieszkaniowej. Zlecenie tego głównemu wykonawcy to kolejne procenty do ceny.
Brak rąk do pracy powoduje dziś, iż są tak duże niedobory wykwalifikowanych pracowników, że wiele firm budowlanych może upaść. Na rynku pracy brak głównie tynkarzy, cieśli, murarzy, zbrojarzy, dociepleniowców i operatorów sprzętu.

Kosztowny element

Innym elementem wpływającym na łączne koszty budowy domu są ceny materiałów budowlanych. W 2018 r. ceny wzrosły od 3 do nawet 30 proc. W bieżącym roku można się spodziewać utrzymania tej tendencji z uwagi na dużą liczbę rozpoczętych inwestycji i rosnący popyt. A buduje się coraz więcej – i z roku na rok Główny Urząd Nadzoru Budowlanego wydaje coraz więcej pozwoleń na budowę.
Największy wzrost cen, bo o blisko 33 proc. objął materiały i elementy drewniane. Ceny izolacji termicznych wzrosły o około 14 proc. Za materiały do budowy ścian i kominów zapłacimy w tym roku o około 12 proc. więcej. Jeszcze nie wiadomo, jak podrożeją wapno i cement ale w 2018 r. ich ceny wzrosły tylko o 3.7 proc.
Więcej dobrych informacji można znaleźć patrząc na ceny materiałów wykończeniowych i wyposażenia. Średnie ceny farb, płytek, wykładzin i innych elementów wykończenia oraz wyposażenia mieszkania wzrosły tylko
o nieco ponad 1 proc. Wynika to ze stabilnego popytu i dużej konkurencji pomiędzy największymi marketami budowlanymi oraz sklepami internetowymi.

Koszmar złej jakości

Z uwagi na rosnące ceny materiałów, jak i usług budowlanych coraz większą popularność zdobywają alternatywne technologie budowy.
Najpopularniejsze są domy oparte na szkielecie drewnianym, popularność zyskują też domy z keramzytu. Mają wspólną cechę – są prefabrykowane. Ich elementy produkuje się w specjalnych fabrykach domów (tak jak za Gierka) i przewozi na miejsce budowy. Tam sprawna ekipa budowlana – o ile się taka jakimś cudem znajdzie – składa dom z gotowych elementów w ciągu 2-3 tygodni. Pozostaje wykończenie wnętrza i przeprowadzka.
Oczywiście prefabrykowany dom musi powstać na wybudowanej wcześniej płycie fundamentowej. W praktyce średni czas od wbicia w ziemię pierwszej łopaty do przeprowadzki wyniesie 3-6 miesięcy, a włączając w to formalności, wybór projektu, pozwolenia i czas oczekiwania na produkcję – co najmniej 12 miesięcy. To bardzo krótko.
Zamawiając dom prefabrykowany wraz z montażem w dużej, uznanej firmie, można mieć pewność, że jakość wykonania materiałów budowlanych oraz ich montaż będą na najwyższym poziomie. Tyle, że to musi kosztować i nie nastąpi od razu, bo popyt jest duży.
W przypadku wyboru złej firmy można natomiast wpaść w rozpacz. Źle zaprojektowany, wyprodukowany i zmontowany dom to koszmar dla jego użytkownika. Niedokładnie wykonane elementy tworzą mostki cieplne, nieodpowiednia izolacja termiczna podnosi koszty utrzymania, a słaba izolacja akustyczna może sprawić, że słychać będzie każdy krok na poddaszu.

Spełniająca się przepowiednia?

Początek nowego roku na pewno będzie stać pod znakiem kontynuacji zeszłorocznego wzrostu cen. Liczba rozpoczętych inwestycji jest wciąż tak duża, że niedobory pracowników jeszcze bardziej się pogłębią.
Wydaje się jednak – co przewidują niemal wszyscy – że rynek zaczyna się przegrzewać i niedługim czasie może nastąpić przełom.
Ceny wzrosną do poziomów nieakceptowalnych przez inwestorów, nastąpią liczne upadłości dużych firm spowodowane podpisanymi kilka lat temu i nierewaloryzowanymi kontraktami. To zaś może doprowadzić do gwałtownego spadku popytu na rynku i w efekcie do zatrzymania wzrostu cen lub nawet do delikatnych spadków cen.
Trudno jednak stwierdzić, czy wydarzy się to już w bieżącym roku, czy dopiero w 2020. Na razie ceny rosną, buduje się więcej i drożej a zwykli inwestorzy zastanawiają się, gdzie jest sufit.

Rząd szkodzi przedsiębiorcom PROBLEMY PRZEDSIĘBIORCÓW

Zmiany prawne, wprowadzone w 2018 roku spędzają sen z powiek sporej części mikro, małych i średnich firm.

 

Z badań wynika, że przedsiębiorcy najbardziej obawiają się podzielonej płatności podatku od towarów i usług, tzw. split payment (14 proc. wskazań).
Negatywnie na sytuację firmy w opinii 13 proc. przedstawicieli MŚP, mogą wpłynąć zmiany dotyczące zaostrzenia ochrony danych osobowych (tzw. RODO).
Natomiast co dwudziesty zapytany obawia się wymogu dotyczącego podpisu elektronicznego.
Takie są wyniki ogólnopolskiego sondażu przygotowywanego przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa mikro, małych i średnich firm, odbyło się ono we wrześniu tego roku.

 

Będzie trudniej

– To bardzo istotne zmiany, które rzutują zarówno na ten najmniejszy jak i korporacyjny biznes. O ile jednak w przypadku dużych firm, najczęściej działają wydzielone komórki zajmujące się prawem czy informatyzacją, które analizują bieżące zmiany i wprowadzają je w życie firmy, o tyle mikroprzedsiębiorcy w jednych rękach skupiają wiele różnych obowiązków. Tutaj nikt nie ma czasu, żeby codziennie poświęcać czas na lekturę przepisów. Stąd ważne jest, aby zmiany prawa w Polsce odbywały się z uwzględnieniem interesów i możliwości wszystkich stron zainteresowanych – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.
Trzeba pamiętać, że obecnie największym problemem większości firm w Polsce jest ograniczona dostępność pracowników oraz stopniowo rosnąca presja płacowa, na co wskazała połowa zapytanych przedsiębiorców.
Jednak i trzy wymienione wcześniej czynniki mogą wpłynąć negatywnie na kondycję i dalszy rozwój przedsiębiorczości w naszym kraju.

 

Dłuższe czekanie, więcej pracy

Jeżeli chodzi o split payment, czyli mechanizm podzielonej płatności, to nowe przepisy obowiązują od 1 lipca 2018 r. i – mogą mieć istotny wpływ na sposób płatności za faktury.
W praktyce chodzi o to, że kwota netto płatności za usługi i towary jest wpłacana na rachunek rozliczeniowy dostawcy, a kwoty podatku od towarów i usług (VAT) – na oddzielny rachunek VAT-owski. Split payment dotyczy mikro, małych, średnich i dużych przedsiębiorstw, jednak na razie obowiązuje zasada dobrowolności (stosowanie przepisów zależy od dokonującego zapłaty, więc rozdzielenie rachunków nie jest obowiązkowe).
Jeśli jednak, czego należy się spodziewać, kontrahenci zdecydują się na wpłacanie pieniędzy na dwa oddzielne rachunki, to najbardziej obawiają się tego mikroprzedsiębiorcy (zatrudniający najwyżej do 5 osób). Wśród nich około 20 proc. wskazuje, że mechanizm podzielonej płatności może wpłynąć niekorzystnie na kondycję ich firmy. Boją się oni zwłaszcza pogorszenia płynności finansowej, co może być związane z opóźnieniami wpłat od kontrahentów, a także z zwiększonymi obowiązkami administracyjnymi.
Na drugim biegunie są średnie firmy – tylko 8 proc. obaw. Biorąc pod uwagę branże, to pesymistów jest najwięcej w produkcji i usługach (po 17 proc.), a najmniej wśród hotelarzy i restauratorów – 4 proc.
Przedstawiciele sektora małych i średnich przedsiębiorstw niewiele mniej niż mechanizmu podzielonej płatności, obawiają się RODO – czyli unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych.

 

Kłopotliwa ochrona danych

RODO weszło w życie w maju 2016 r., ale przedsiębiorcy mieli dwa lata czasu na dostosowanie swoich struktur i procedur do nowych przepisów – dlatego nowe przepisy są bezpośrednio stosowane dopiero od 25 maja tego roku. Rozporządzenie wprowadza szereg nowych obowiązków w obszarze ochrony danych osobowych klientów, kontrahentów, pracowników czy kandydatów do pracy – oraz poważne sankcje finansowe za ich nieprzestrzeganie. Obawy firm nie są wiec bezpodstawne.
Najbardziej za pan brat z RODO są średnie firmy – wśród nich tylko 4 proc. obawia się nowych regulacji. Za to wśród małych firm ten odsetek jest zdecydowanie wyższy i wynosi ponad 18 proc. Wśród badanych branż, RODO może najbardziej negatywnie wpłynąć na kondycję firm usługowych (21 proc. wskazań) oraz hotelarskich, restauracyjnych i cateringowych (18 proc.). Najmniej tej regulacji obawia się przemysł (4 proc.).
Trzecią prawną barierą, której na razie obawia się tylko 5 proc. mikro, małych i średnich firm (z tym, że nie dotyczy ona tych najmniejszych firm), jest wymóg stosowania podpisu elektronicznego. Od 21 lipca muszą z niego korzystać w kontaktach z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych ci przedsiębiorcy, którzy rozliczają składki więcej niż 5 osób. Nie obowiązuje to więc mikroprzedsiębiorców. Pozostali musieli wykupić bezpieczny podpis elektroniczny dla celów stosowania go w kontaktach z ZUS.
Podpis elektroniczny jest składany za pomocą specjalnej karty procesorowej lub tokena oraz stosownego oprogramowania. Pod względem prawnym, kwalifikowany podpis elektroniczny jest równoważny z podpisem własnoręcznym. Można go stosować między innymi do podpisywania umów i dokumentów czy składania deklaracji podatkowych. Jego instalacja wiąże się jednak z kosztem. Najbardziej e-podpisu obawiają się podmioty zatrudniające od 5 do 9 pracowników (7 proc. wskazań), najmniej zaś – średnie firmy (2 proc.).

Więcej ochrony

Fot. Umowa o pracę daje ochronę, jakiej nie mają miliony Polaków na „śmieciówkach”.

 

 

Nowe przepisy wzmacniają pewność zatrudnienia – ale tylko tych osób, które mają umowy o pracę.

 

22 listopada weszły w życie ważne zmiany prawne dla pracodawców i pracowników. Tego dnia minęły bowiem 33 miesiące od wprowadzenia w 2016 roku zmian w Kodeksie Pracy, które przekształcają sposób przechodzenia od umów czasowych – do tych na czas nieokreślony.
Przedsiębiorcy, którzy zatrudnili pracowników przed 22 lutym 2016 r. i jeszcze nie uregulowali z nimi tej kwestii, muszą pamiętać, że teraz zmiana umowy na zawartą na czas nieokreślony stanie się automatycznie.

 

Z przyczyn obiektywnych

Te 33 miesiące to dodatkowy element zabezpieczający pewność zatrudnienia. Jest to nowość w stosunku do poprzedniego brzmienia zapisu, który dotychczas za jedyne kryterium uznawał ilość podpisanych do tej pory umów – czyli w tym wypadku trzy. Każda kolejna umowa musiała już być bezterminowa.
Znowelizowany Kodeks Pracy zawiera jednak ukłon w stronę pracodawców, gdyż art. 251 § 4 k.p. przewiduje pewne wyjątki od tej reguły. Najważniejszy z wyjątków dotyczy sytuacji, w której pracodawca „wskaże obiektywne przyczyny” dla których mimo wszystko nie może zatrudnić pracownika na czas nieokreślony.
Jest to zupełnie niepotrzebne otwarcie furtki dla odmawiania ludziom umów na czas nieokreślony, także i z przyczyn kompletnie nieobiektywnych, leżących w interesie pracodawcy.
Można więc spodziewać się dużej ilości sporów sądowych o to, czy jakaś przyczyna nieprzedłużenia umowy, podana przez pracodawcę, rzeczywiście miała charakter obiektywny czy nie.

 

Zatrudniony może więcej

Generalnie jednak, nowelizacja przepisów dotyczących umów o pracę to dobra wiadomość dla wszystkich pracowników, ponieważ ochrona prawna ich pracy stała się szczelniejsza. Przekształcenie obowiązujących umów czasowych w bezterminowe jest też istotne z innego względu.
– Osoby zatrudnione na takich warunkach mają znacznie lepszą zdolność kredytową – banki zdecydowanie lepiej wyceniają ją w przypadku zatrudnienia na czas nieokreślony – komentuje ekspert Kamil Wolański.
Ostatnie zmiany w przepisach dotyczyły również obliczania okresu wypowiedzenia. Obecnie, wszystkie umowy, niezależnie od ich rodzaju, mają zachowany jednolity okres wypowiedzenia, który obejmuje 2 tygodnie jeśli staż pracownika wynosi mniej niż 6 miesięcy, miesiąc jeśli staż ten jest dłuższy niż pół roku, oraz 3 miesiące jeśli ktoś przepracował w danej firmie więcej niż 3 lata.
Przedsiębiorca, którego pracownicy przeszli na zatrudnienie bezterminowe, musi pamiętać, że gdyby z jakiegoś powodu chciał rozwiązać z nimi stosunek pracy, obowiązany jest przedstawić pełne uzasadnienie tej decyzji. Jeśli w danej firmie funkcjonują związki zawodowe, powinny zostać w takiej sytuacji o tym poinformowane.
Istotne jest również to, że gdy zmienia się tożsamość prawna pracodawcy (na przykład w wyniku przejęcia firmy przez nowy podmiot) czas obowiązywania zawartych wcześniej umów nie ulega zmianie.

 

Fali zwolnień nie było

Upływ okresu dotyczącego zmiany charakteru umów rodził pewne obawy, czy nie dojdzie do fali zwolnień – gdy pracodawcy nie będą chcieli, aby umowy z ich pracownikami stały się automatycznie bezterminowe.
Tak się jednak nie stało, bo w sytuacji rynku pracownika, wielu przedsiębiorców raczej zabiega o ręce do pracy zamiast się ich pozbywać.
– Konieczność przejścia na umowy bezterminowe sprzyja raczej zatrzymaniu pracowników w firmie, ponieważ daje im niezbędną stabilność zatrudnienia, która staje się coraz ważniejszą rzeczą na dzisiejszym rynku pracy oraz pomaga zbudować wzajemne zaufanie – wskazuje Kamil Wolański.
Oczywiście to dobrze, że zatrudnieni w Polsce korzystają z coraz lepszego zabezpieczenia pewności stosunku pracy. Szkoda tylko, że poza tymi barierami ochronnymi pozostają miliony ludzi na umowach śmieciowych, którymi w Polsce nikt się nie przejmuje – i w żaden sposób nie dba o poprawę ich barbarzyńskiej sytuacji, nie dającej ani prawa do emerytury, ani jakichkolwiek uprawnień socjalnych.
A przecież oczywiste jest (choć nie dla rządzących i pracodawców), że w kraju w miarę cywilizowanym, jakiekolwiek świadczenie pracy powinno zapewniać naliczanie składek emerytalnych oraz możliwość korzystania z uspołecznionej służby zdrowia.