Flaczki tygodnia

Na pytanie: „Co decyduje o sukcesie filmu?, Andrzej Wajda odpowiadał zawsze: „Obsada, obsada”.

Czas pokazał, że mistrz kina miał rację. Bo scenariusz filmu zawsze można, nawet w trakcie realizacji filmu, poprawić. Zdjęcia są niezwykle ważne, ale można je wzbogacić nowatorskim montażem. Podobnie muzykę aranżem, scenografię zdjęciami. I nawet reżyser filmu nie zawsze jest najważniejszy, bo w razie kryzysu twórczego można go zastąpić drugim reżyserem z ekipy. Albo awaryjnie ściągniętym nowym. „Flaczki” znają z historii kina takie przypadki.

Jedynie aktorów, zwłaszcza pierwszoplanowych, nie da się łatwo podkręcić. A w trakcie realizacji filmu skutecznie zastąpić. Wcześniej nakręcony materiał filmowy zostaje, trudno ich z niego usunąć.

Proponowana przez Wajdę recepta nie dotyczyła tylko ról pierwszoplanowych. Każdy świadomy widz wie jak ważne są role drugoplanowe. Często nagradzane na prestiżowych festiwalach filmowych. Bywają aktorzy okrzyknięci przez krytykę mistrzami drugiego planu. Charakterystyczni, szczególnie ukochani przez filmową publikę.

Realizacja filmu podobna jest do realizacji projektu politycznego.
Bo efektem produkcji filmowej jest dzieło oglądane potem w kinach i omawiane w mediach.
Efektem realizowanego w trakcie kampanii wyborczej, projektu politycznego jest klub parlamentarny kandydującego komitetu wyborczego. Oglądany potem w Sejmie i Senacie i też często omawiany w mediach.

Film znika zwykle z kin po roku eksploatacji. Klub parlamentarny ma dłuższy, bo czteroletni okres emisji.

Bywa, że produkcja filmu zostaje przerwana i trud ekipy idzie do przysłowiowego piachu. Bywa, że lista wyborczy nie przekracza progu wyborczego i kandydujący do parlamentuj tracą szansę na emisję.
Bywa też, że ambitnie zakrojony na pełnometrażowy projekt filmowy, w trakcie realizacji kończy się formą krótkometrażową.
Podobnie w polityce. Zakrojony na duży klub parlamentarny projekt polityczny może przynieść w efekcie kilkuosobowe poselskie.

I kino i parlament nie istnieją bez publiczności. Fani projektów filmowych głosują swą obecnością w salach kinowych, fani projektów politycznych w lokalach wyborczych.

„Flaczki tygodnia” nieraz pytały redaktora naczelnego „Trybuny”, byłego posła na Sejm RP, uznawanego wtedy za jednego z najbardziej pracowitych i skutecznych posłów, współtwórcę ustawy o kinematografii, czyli Piotra Gadzinowskiego, o warunki sukcesu listy wyborczej i jej klubu parlamentarnego.

I wtedy „Flaczki” zawsze słyszały receptę Wajdy. Bo każda ekipa filmowa ma scenariusz przyszłego filmu, a komitet wyborczy swój program. Oba mogą być od początku solidnie napisane i skończone. Czasem mogą być jedynie pomysłem na realizację filmową lub polityczną. Zmienianą w trakcie realizacji, dostosowywaną do falującej rzeczywistości.
Często odejście od pierwotnego scenariusza kończy się klapą filmu. Podobnie jak nierealizowanie złożonych w trakcie kampanii obietnic wyborczych przez klub parlamentarny.

Każdy film ma swojego reżysera. Każda partia swojego lidera. Każda publika, i filmowa i polityczna, lubi w nich widzieć swego „charyzmatycznego” wodza.

Nie ma precyzyjnej definicji „charyzmatyczności”. Ową „charyzmę”, podobnie jak piegi, albo się genetycznie ma, albo się nie ma.
Czasem „charyzma” wyskakuje na bladym wizerunku reżysera albo lidera politycznego w czasie ich działalności. Czasem owe piegi u reżyserów i liderów dostrzegają jedynie sprzyjające im media. Jeśli media informują o tych piegach często i intensywnie, to w końcu widzowie i wyborcy też mają podobne zwidy.

Jednak w ostatecznym rozrachunku to nie charyzmatyczne piegi są najistotniejsze. Zawsze o prawdziwym sukcesie branżach filmowych i politycznych decyduje obsada.

Ważne są oczywiście role pierwszoplanowe. Widzowi chodzą do kina aby zobaczyć swe gwiazdy. Wyborcy, zwłaszcza polscy, też kochają polityków, których od dawna znają.
Gwiazdą kampanii do Parlamentu Europejskiego okazała się pani poseł Beata Szydło. Królowa małopolskich serc. Krytycy odnotowali sukces Bartosza Arłukowicza, reprezentującego średnie pokolenie aktora sceny politycznej. I ku ich zdumieniu powrót starych mistrzów, premierów Belki, Cimoszewicza i Millera.
W przypadku premierów sprawdziła się zasada, że dawny gwiazdor, powracający po okresie nieobecności w filmie i polityce, może liczyć na renesans sympatii swego dawnego elektoratu.

Nie ma sukcesu filmu i listy wyborczej bez efektownych debiutantów. Widzowie- wyborcy lubią znanych sobie aktorów scen, ale w każdym sezonie jednocześnie tęsknią za zmianą. Za nowymi, najlepiej młodymi twarzami.
Dlatego w dobrym filmie musi być w głównej obsadzie aktorka lub aktor debiutujący. Nowość. Podobnie na liście wyborczej muszą być nowe, wielce obiecujące twarze.
Niektórzy z nich karierę swą zakończą na efektownym debiucie. Ale widzowie i obserwatorzy polityki lubią, czasem sadystycznie nieco, śledzić kariery gwiazd, które nagle rozbłysły i zaraz potem szybko zgasły.

Niezwykle istotni, a może najważniejsi, w obsadzie filmowej i klubach parlamentarnych są aktorzy drugiego planu. Rzadko dostrzegani w mediach, rzadko zapraszani do nich, ale ciężko pracujący na planie filmowym i w parlamencie. Gwiazdy co prawda strzelają bramki, ale ktoś wpierw musi im piłkę podać.

Dlatego „Flaczki” podpowiadają liderom SLD receptę Wajdy. Kiedy będą ustalać kandydatów SLD na listy wyborcze, czyli skład przyszłego klubu parlamentarnego lewicy, niech uczynią to roztropnie. Zadbają o gwiazdy, wyszukają debiutantów. Ale przede wszystkim niech pamiętają o jakości drugiego planu. Widzowie i wyborcy lubią postacie charakterystyczne. Czyli z te charakterem.

Flaczki tygodnia

Pan prezes Jarosław Kaczyński liczne bukiety kwiatów powinien zamówić. I powysyłać je swoim „Pożytecznym Idiotom”. Licznie obecnym w eterze Radia TOK FM, na wizji TVN, na łamach „Gazety Wyborczej”, „Krytyki Politycznej” i w przeróżnych, internetowych mediach społecznościowych.

Młodszym czytelnikom Flaczki wyjaśniają, że określenie „pożyteczny idiota”, po rosyjsku „poleznyj idiot”, przypisuje się Włodzimierzowi Leninowi, choć pisanych dowodów na to nie ma. Wedle politycznych legend tak Lenin miał określać zachodnich, liberalnych dziennikarzy bezkrytycznie piszących o rewolucji radzieckiej. I także zachodnich polityków, przeciwników ZSRR, którzy w efekcie swej nieudolnej antykomunistycznej polityki, działali jednak na korzyść państwa radzieckiego.

W Polsce za „pożytecznego idiotę” uważa się oderwanego od realiów publicystę lub polityka, który swoimi bezmyślnymi działaniami pracuje na powodzenie swego przeciwnika. W skrócie nazywa się ich „PI”.

Chór takich „PI” zawył z rozpaczy w eterze Radia Tok FM i w Internecie zaraz po przegranych przez Koalicję Europejską wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zawyli, bo wcześniej zapewnie najarali się przedwyborczymi sondażami wskazującymi na pewne zwycięstwo Koalicji Europejskiej, a nie wrogich im kaczystów.
Wyli, bo wcześniej często nie oglądali tej Polski zaczynającej się poza rogatkami Warszawy i kilku innych polskich metropolii. Bo wcześniej żyli w bańce medialnej stworzonej im przez TVN, TOK FM, „Newsweek”, „Gazetę Wyborczą”, „Krytykę Polityczną” oraz zaprzyjaźnione portale internetowe.
I kiedy nadeszły informacje o zwycięstwie PiS wpadli w panikę, jakby spadł na Polskę meteoryt wielkości połowy naszego kraju. I koniec świata miał za chwilę nastąpić.

Kiedy już lekko zachrypli od tegoż medialnego wycia, to, jak to u „PI” bywa, przystąpili do żywiołowych, bezmyślnych rozliczeń liderów Koalicji Europejskiej.
I tak Grzegorz Schetyna, jeszcze dzień przed wyborami, pod niebiosa wychwalany przez tychże „PI” jako twórca „historycznego porozumienia ponad podziałami”, już w pierwszy dzień po wyborach został wrzucony do politycznych piekieł. Wróciły stare oskarżenia o chroniczny brak „charyzmy”. Znów przewodniczącego Platformy Obywatelskiej stał się, w rozpowszechnianych środowiskowych plotkach, grubiańskim, antyintelektualnym Shrekiem.

Rozżaleni „PI” zaczęli prześcigać się w polowaniu na czarownice winne zwycięstwa PiS. Zaczęto wyznaczać pierwsze kozły ofiarne. I jak to w inteligenckich środowiskach bywa, przy okazji wybuchło szambo środowiskowych plotek, żali, zawiści, pryskające gównem medialnym na wszystkich polityków Koalicji Europejskiej.

Zapewne już wtedy pan prezes Kaczyński i jego sztabowcy mieli dodatkową, niespodziewaną, acz wielce radosną uciechę.

Zwłaszcza kiedy „PI” wzburzeni niekorzystnym dla siebie wynikiem Koalicji Europejskiej obrazili się na wyborców PiS. I masowo zaczęli ich w mediach obrażać.

Siedemnastego czerwca 1953 roku wybuchło w Niemieckiej Republice Demokratycznej powstanie robotników przeciwko władzy zwącej się „robotniczą”. Władza stłumiła je szybko przy pomocy Armii Radzieckiej. Potem rozpoczęto akcję reedukacji niemieckich robotników. Krótko potem Bertolt Brecht napisał ten wiersz:

ROZWIĄZANIE
Po powstaniu 17 czerwca
Przewodniczący Związku Pisarzy
Polecił w Alei Stalina rozrzucić ulotki
Głoszące, że naród
Utracił zaufanie władz
I może je odzyskać tylko
Przez zdwojoną pracę. Czy jednak
Nie byłoby prościej, gdyby władze
Rozwiązały naród
I wybrały nowy?

Nietrudno zauważyć, że myślenie wielu wspomnianych wyżej „PI” jak żywo przypomina umysłowość tamtego Przewodniczącego Związku Pisarzy NRD.

Zabawne jest, że wspomniani wyżej „PI” licznie i spontanicznie wyrażali medialny żal, że „jedynym wygranym w Koalicji Europejskiej” jest SLD. Bo Sojusz wprowadziło do Parlamentu Europejskiego aż pięciu kandydatów.
Ta piątka strasznie bolała owe liberalne publicystki i publicystów. Eter Radia TOK FM huczał od zarzutu, że Włodzimierz Cimoszewicz nie pracował w czasie kampanii, bo w stolicy nie było jego plakatów wyborczych na każdym płocie. W przeciwieństwie do kandydatów PiS, którzy wabili nimi swój „ciemny lud”.

Nie wpadło im do głów, że Włodzimierz Cimoszewicz całe życie pracował na swój wybór i teraz nie potrzebował takich plakatów. A drugi na liście Andrzej Halicki z PO liczne plakaty posiadał. I został wybrany do PE jak bezplakatowy Cimoszewicz. I bezplakatowa Danuta Huebner też mandat zdobyła. Poza tym Cimoszewicz nie zabraniał pozostałym kandydatom plakatować, ulotkować, wiecować, debatować.

Szczyt „pożytecznego” osiągnął redaktor Piotr Maślak z Radia TOK FM. Dlatego Flaczki jako jedynego z nazwiska go wymieniają.
W prowadzonych przez siebie porannych „Śniadaniach” redaktor Maślak nie tylko biadolił, że mandat do Parlamentu Europejskiego zdobył Leszek Miller, czyli nie ten co powinien. Kilkakrotnie oskarżył SLD o zdradę i rozłam w Koalicji Europejskiej. Bo piątka z SLD zasili w Parlamencie Europejskim frakcję socjalistów. Zamiast, jak PO i PSL, frakcję chrześcijańskich demokratów i ludowców.
To, że niedouczony redaktor Maślak nie wiedział, iż udział parlamentarzystów SLD w frakcji socjalistycznej od początku był wpisany do umowy koalicyjnej to pół biedy. To efekt „dziecinnego antykomunizmu” wielokrotnie demonstrowanego przez Maślaka. Ale żaden z wydawców programu nie skorygował tych kłamstw. Oni też nie wiedzieli?

Koalicja Europejska zdobyła 21 mandatów i ponad 38 procent poparcia. Przegrała z PiS, ale dowiodła, że może być bardzo silną opozycją. Może nawet wygrać jesienne wybory.

Wygra je, jeżeli każdy z przyszłych koalicjantów wystawi wyrazistych, popularnych w swoich elektoratach kandydatów. Bojowych, nie miziających się.
Wygra kiedy wszystkie podmioty koalicji będą traktowane równo i szanowane przez związane z Platformą Obywatelską media. Nie będzie tam podziału na „naszych” kandydatów ,czyli tych z PO, i kandydatów „gorszego sorta”, czyli tych z Nowoczesnej, PSL, SLD, Zielonych.
Wygrać może, kiedy liczni „Pożyteczni Idioci” pana prezesa Kaczyńskiego, i ci z liberalnych i ci z lewackich mediów, przestaną robić anty kampanię Koalicji.
Przestaną napuszczać w mediach kandydatów Koalicji na ich koleżanki i kolegów z tej samej listy.
Przestaną szukać dzielących ich ideowych różnic, zamiast wspólnych platform programowych.

Flaczki tygodnia

„Módlmy się, żeby ten deszcz przestał teraz padać”, zaapelował pan premier Mateusz Morawiecki do ministrów swego rządu, wojewodów z zalanych terenów, przedstawicieli wojska zawodowego oraz Wojsk Obrony Terytorialne a także policji, zawodowej i ochotniczej straży pożarnej. O skuteczności modlitw świadczy sytuacja na terenach zalanych i podtopionych.x/ Trzy lata temu prawicowi marszałkowie Sejmu RP wzywali Wysoką Izbę do intensywnych modłów o deszcze. Trochę się pan bóg ociągał, ale w końcu te wymodlone deszcze nadeszły.

W czasie pomiędzy zbiorowymi modlitwami rządzącej Polską prawicy, tych o deszcze i tych i zaprzestanie deszczu, nie wybudowano na zalewanych obecnie terenach ani jednego większego zbiornika retencyjnego.
Te, istniejące od lat w Polsce zbiorniki, zatrzymują obecnie około 14 procent rocznych opadów deszczu. Tych wymodlonych i niewymodlonych. W również katolickiej Hiszpanii tego typu zbiorniki zatrzymują około 40 procent spadającej tam z nieba wody. Ale tam rządzący nie modlą się o deszcz lub suszę tylko budują zbiorniki.

Czy mamy zatem modlić się aby polskie prawicowe elity rządzące zaczęły modlić się o zbiorniki retencyjne?
Może wtedy spadną nam z nieba.

„Mówimy „nie” euro, mówimy „nie” europejskim cenom. Mówimy europejskie płace, nie europejskie ceny” – ogłosił program Partii i katolickiego narodu pan prezes Jarosław Kaczyński. Człowiek funkcjonujący w naszym kraju na prawach boga.
Jak każdy widzi europejskich cen na pewno jeszcze nie mamy, bo Polska, swymi cenami na poziomie 57 procent średniej unijnej, jest trzecim na liście najtańszych krajów Unii Europejskiej. W niedalekiej Belgii wskaźnik cen osiągnął już 111 procent średniej unijnej.
Jak pan prezes Kaczyński zamierza wprowadzić europejskie płace bez podnoszenia cen, tego ani on, ani ktokolwiek z jego doradców nadal nam nie wyjaśnił. Pozostaje zatem modlić się w tej intencji.

Nie ma powodu już modlić się o wprowadzenie euro w Polsce. Przynajmniej do roku 2022. Wtedy bowiem kończy się kadencja pana Adama Glapińskiego prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pan prezes jednoznacznie zadeklarował, że za jego prezesury Polska do strefy euro nie wejdzie. Nawet w strefie ERN II, czyli przedsionku europejskiej wspólnoty walutowej noga jej nie stanie.
W tym samym kampanijnym czasie pan prezes Kaczyński objawił potencjalnym masom wyborczym, że „Euro jest dobre dla tych, którzy są silni”.
Ponieważ pan prezes Glapiński jest wasalem i realizatorem woli pana prezesa Kaczyńskiego, to jasnym jest, że przynajmniej do 2023 roku Polska w siłę nie urośnie.
Zatem przez najbliższe cztery lata wszelkie modlitwy o rychłe nadejście „silnej Polski” można sobie o przysłowiowy kant potłuc. O czym „Flaczki” lojalnie wszystkich rozmodlonych uprzedzają.

Nie wysłuchano modlitw ani aktów strzelistych pana ministra Krzysztofa Szczerskiego, pana ministra Pawła Solocha, pana ministra Mariusza Błaszczaka i przede wszystkim pana prezydenta Andrzeja Dudy.

W zeszłym tygodniu Komisja Sił Zbrojny Senatu US dwudziestoma pięcioma głosami za, przy dwóch głosach przeciw, przyjęła projekt ustawy o finansach sił zbrojnych na rok 2020. Teraz dokument trafi pod obrady Izby Reprezentantów, która zapewne przyjmie go bez większych poprawek. Co oznacza, że USA przeznaczą w 2020 roku na swe bezpieczeństwo 750 mld dolarów, czyli o 34 mld więcej niż w 2019 roku.
W uzasadnieniu ustawy czytamy, że świat staje się coraz bardziej niestabilny i niebezpieczny, a strategiczni konkurenci, czyli Chiny i Rosja, podważają dominację militarną USA. I zagrażają bezpieczeństwu i dobrobytowi Ameryki. Dlatego Waszyngton zamierza zwiększyć swoją obecność wojskową także w Polsce.

Zwiększą, ale inaczej niż to sobie obecne polskie władze wyobrażały. Pan prezydent Duda i liczni ministrowie usilnie zabiegali o stałą (permanent) obecność wojsk amerykańskich wojsk w Polsce. Jej symbolem miał być wymyślony przez pana ministra Szczerskiego „Fort Trump”.
Jednak Amerykanie postawili na obecność trwałą(persistent).Ta różnica słów oznacza, że wielce wymarzony, wymodlony, i już zwiastowany przez wyżej wymienionych prominentów PiS, „Fort Trump” można teraz w bajki włożyć.
Zamiast przyjeżdżać na kilkuletnią służbę do nowej stałej bazy, amerykańscy żołnierze będą wpadać do nas, jak niedawno Ukraińcy do pracy. Na okres od kilku miesięcy do roku.
Zamieszkają w starych polskich, czyli po niemieckich i poradzieckich, koszarach. Tam poćwiczą sobie, wypiją browary z kolegami z innych armii, pierogów podjedzą, bzykną sobie może, i zadowoleni do domów powrócą.
Takie rotacyjne pięć, sześć tysięcy wojska stale przebywającego w Polsce będzie dodatkowym argumentem prezydenta Donalda Trumpa w jego kolejnych negocjacjach biznesowo- politycznych z prezydentem Rosji Władymirem Putinem. W zamian za ewentualne ustępstwa prezydenta Putina prezydent Trump łatwo i tanio zredukuje swój rotacyjny kontyngent.

Umierać za swój „Fort Trump”, albo polski Gdańsk, amerykańskie wojska nie będą.

Ile polski budżet zapłaci za wzmocnienie amerykańskiej pozycji przetargowej, jeszcze nie wiemy. W niedawnej przeszłości rząd PiS deklarował na te wydatki 2 mld USD. Ale od tamtego czasu wszystko Polsce podrożało, nawet kilogram pietruszki. Chociaż zarobków europejskich nadal nie mamy.

Biolodzy z Nottingham University potwierdzili, że ilość męskiego nasienia maleje i jest ono coraz gorszej jakości. W ciągu ostatnich 50 lat liczba plemników spadła o połowę. Co gorsza są one coraz bardziej „powolne” lub obarczone wadami genetycznymi. Nawet te polskie. Winnymi za ten ubytek są chemiczne składniki plastikowych opakowań, zwłaszcza torebek, którymi praktycznie opakowane jest całe nasze ludzkie życie. Powszechnie występują w naszych środowiskach domowych i po zużyciu nie chcą się rozkładać. Szybciej za to rozkładają się ich ludzcy producenci i użytkownicy.

Kiedy zsyłaliśmy to wydanie „Trybuny” do drukarni trwały w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego. Wyniki wyborów skomentujemy w wydaniu środowo- czwartkowy.

Przez całą minioną sobotę i niedzielę delektowaliśmy się kojącą wszystkie zmysły ciszą wyborczą. A może by wprowadzić raz w miesiącu jeden weekend wolny od tych licznych, gównianych wiadomości, kabotyńskiego ćwierkania twitterowego i ciągłego komentowania cudzych komentarzy? Czyli tej wielkiej polityki uprawianej po polsku?

Wiecie do kogo się o to pomodlić?

Flaczki tygodnia

Tusk przemówił, ale zapowiadany Mesjasz nie przyszedł.

Tusk przemówił, a prominenci PiS odetchnęli. Wbrew ich strachom ogłaszany od miesięcy event nie zaiskrzył antykaczyńskim płomieniem. I choć lud inteligenckiej Warszawy długo i gromko oklaskiwał słowa Tuska, to nie ruszył potem na Nowogrodzką, ani na Woronicza. Aby zdobyć kaczystowski Wersal lub kurską Bastylię. Obalić tyrana albo chociaż uwolnić misję mediów publicznych.

Tusk przemówił, lecz efektu papieża JP2 nie osiągnął. Nie zmienił po przyjściu swoim oblicza tej ziemi.
Bo wzniósł się ponad bieżące krajowe spory i poszybował ku poważnym zagrożeniom Unii Europejskiej. Bo przyjął zbyt globalną, jak na polską chatę skraja, perspektywę.
Zresztą to nie uniwersyteckiego wykładu oczekiwano od niego, tylko jawnego wezwania do rozprawy z kaczystowskim reżimem.

Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski.

Za krótką wypowiedź przed tuskowym wykładem. Jażdżewski to rzadki w Polsce przypadek antyklerykała, ale nie lewicowca. Groźny dla prawicowych mediów, bo nie da się z liberała Jażdżewskiego zrobić wstrętnego „komucha”. By tak zdyskredytować go w kraju rojącym się od wyznawców zdziecinniałego antykomunizmu. Zwłaszcza w najpopularniejszych mediach.

„Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę” – ogłosił pan prezes Jarosław Kaczyński podczas patriotycznego pikniku w Pułtusku.
Nie dodał, że każdą tak podniesioną rękę, narodowo-katolicka władza sprawnie obetnie, bo pewnie uznał, że to oczywiste.
Zadeklarował, że jest „człowiekiem wierzącym, praktykującym katolikiem” oraz, że „Kościoła trzeba bronić. To także obowiązek patriotyczny”.

Od tej pory każdy krytykujący polskich kościelnych pedofilów, albo księżowskie przekręty finansowe, automatycznie zostanie wykluczone przez elity PiS z polskiej, patriotycznej wspólnoty. Będzie obłożony patriotyczną klątwą.

Leszka Jażdżewskiego, głoszącego już oczywistą prawdę, że polski kościół kat. nie ma prawa pouczać nas moralnie, błyskawicznie skrytykował Episkopat, czyli Zarząd tej firmy. Tym razem nie milczał tak długo, jak w sprawie swych pedofilii i przekrętów finansowych.

Za słowa Leszka Jażdżewskiego oberwał też Senat Uniwersytetu Warszawskiego od pana wicepremiera Jarosława Gowina. Za to, że Senat dopuścił Jażdżewskiego do głosu. Tak to pan premier Gowin zmusza Senat UW do stosowania cenzury prewencyjnej. Zabronionej w Polsce, czyli do łamania prawa.

Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego.

Aż dwa tysiące żołnierzy, osiemset obiektów latających i liczne pojazdy mechaniczne wezwała władza PiS na 3 maja do Warszawy.
Aby demonstrowały w czasie zapowiadanego wcześniej wykładu Tuska. Aby prorządowa defilada propagandowo przykryła w mediach wystąpienie potencjalnego lidera opozycji. Aby obecność służb mundurowych uniemożliwiła ewentualny zryw, pucz opozycyjnych inteligentów niezadowolonych z autorytarnej władzy pana prezesa Kaczyńskiego.

Tak było, choć brzmi to kuriozalnie, śmiesznie nawet. Ale ta władza, ten pan prezes, te narodowo-katolickie media mają swoje, liczne obsesję. Zwłaszcza na punkcie przygotowywanego przez „totalną opozycję” „puczu”. I ciągle je wykrywają.
W tym roku puczem miał zakończyć się strajk nauczycieli inspirowany i opłacany przez tajemniczego Bartosza Kramka. O nim niedawno, przez kilka dni bez przerwy, informowała TVP info. Kolejny pucz, tym razem trzeciomajowy, miał rozpocząć się od triumfalnego przyjazdu – powrotu Tuska do Warszawy.

Dlatego, aby zademonstrować swą siłę, władza PiS ściągnęła na organizowaną, po raz pierwszy w święto Konstytucji, nie tylko posiłki z NATO. Do defilujących żołnierzy dodano jeszcze inne, podległe jej mundurowe oddziały. Policjantów, strażaków, służby ochrony kolei, służby ochrony państwa, czyli dawny BOR, służby więziennictwa, ochrony lasów państwowych, krajowej administracji skarbowej, a nawet straży marszałkowskiej.
Tych ostatnich pan marszałek Kuchciński postanowił wyposażyć w szable, aby skuteczniej mogli bronić parlamentarzystów PiS przed podstępnymi atakami nieletnich prostytutek.
Do kompletu defilujących służb zabrakło tylko konduktorów, kontrolerów biletów i szkolnych woźnych.

„To jest nasza półkula. Rosja nie powinna tam ingerować” – powiedział amerykański doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Tak skomentował sytuację w Wenezueli, gdzie Rosjanie pokrzyżowali amerykańskie plany obalenia prezydenta Maduro.
Tym jednym zdaniem najbliższy współpracownik prezydenta Trumpa przekreślił wysiłki polskiej dyplomacji i podważył nasze bezpieczeństwo. Polska dyplomacja na każdym forum deklaruje poparcie dla ładu międzynarodowego opartego o prawo i zasady, a nie strefy wpływów i koncert mocarstw. Mówił o tym niedawno, podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ pan prezydent Andrzej Duda. Uznał to za priorytet polskiego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa.
A teraz Wielki Brat z Waszyngtonu przyznał, że jednak uznaje prawo mocarstw do posiadania swoich stref wpływów. Czyli uznaje prawo Rosji do posiadania swojej strefy wpływów też.

Niedawno Wielki Brat wykręcił Polsce inny, również podważający nasze bezpieczeństwo numer. Wypowiedział traktat INF ograniczający posiadanie rakiet średniego zasięgu. Dając tym Rosji pole do nieograniczonych zbrojeń w tym zakresie. Zbrojeń nie zagrażających bezpośrednio USA, ale Polsce i Europie jak najbardziej.
Na osłodę władza PiS dostanie od administracji prezydenta Trumpa prawo do utrzymywania i finansowania amerykańskich magazynów na terenie Polski oraz szkolącego się u nas amerykańskiego wojska.

W majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego o mandaty ubiega się 115 obecnych posłanek i posłów. Jeśli zostaną wybrani, to na niecałe 5 miesięcy zastąpią ich nowi parlamentarzyści. Ci nowi nie zdążą wiele napracować się przed jesiennymi wyborami, za to zdążą pobrać po kilkadziesiąt tysięcy złotych należnych im odpraw.
„Flaczki” proponują, aby każdy z tych sejmowych wybrańców do Parlamentu Europejskiego publicznie zobowiązał się do zapłacenia tych odpraw ze swych przyszłych euro poborów.

Flaczki tygodnia

„Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ”. Tak brzmi siódmy z 21 Postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1981 roku. Tablice z 21 Postulatami uważane są za Dekalog NSZZ „Solidarności”. Fundament założycielski wszystkich partii odwołujących się do etosu, powstałego po sierpniowych strajkach 1980 roku, związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

I dlatego kiedy dzisiaj pan prezes Kaczyński, pan premier Morawiecki i inni prominenci PiS z mściwą satysfakcją ogłaszają, że rząd pana prezesa Kaczyńskiego nie zapłaci nauczycielom za strajk, to wszyscy oni stają tam, gdzie w sierpniu 1980 roku stało ZOMO.

„Flaczki Tygodnia” szarmancko witają pana prezesa Kaczyńskiego w szeregach neo-ZOMO. Tylko nie wiedzą, co na to stare ZOMO. Czy ono zechce stać przy takich antypolskich, antypracowniczych i antyzwiązkowych kreaturach?

Pan Piotr Zaremba to kwiat prawicowej, pro-PiSowskiej publicystyki. Został Miss Dziennikarskiej Wazeliny, za wyjątkowo lizusowską laudację wygłoszoną dwa lata temu w imieniu prawicowego, prorządowego tygodnika „Sieci” na cześć pana prezesa Kaczyńskiego z okazji wręczania mu nagrody „Człowiek Wolności”.

Z drugiej strony pan redaktor Piotr Zaremba to też utalentowany dziennikarz. W „Dzienniku Gazeta Prawna” opublikował w zeszły piątek artykuł pod jednoznacznie brzmiącym tytułem „Protest nauczycieli to porażka rządu”.

Zaczął po bożemu „Gdybym dziś był nauczycielem, tak jak byłem nim w latach 1987-1991, pewnie bym nie strajkował./…/ Ale rozumiem także emocje tysięcy nauczycieli, którzy uznali, że nie mają innej możliwości, jak użyć broni atomowej. /…/ Twierdzę jednak, że jedyną stroną tego konfliktu, która powinna się wstydzić, jest polski rząd i kierownictwo PiS. Niezależnie od doraźnej sprawności w próbie ogrania przeciwnika. Ta sprawność wyjdzie nam wszystkim bokiem. Możliwe, że w dłuższej perspektywie zaszkodzi również prawicy, nawet jeśli doraźnie przekuje ona swoje kłopoty w sukces i wygra dwie kampanie. Bo jej perspektywą jest, zdaje się, tylko gra wyborcza”.

Taka doraźna polityka pana prezesa Kaczyńskiego długofalowo zaszkodzi nie tylko polskiej prawicy. Także polskiej edukacji, rozwojowi polskiego społeczeństwa. Pisze o tym pan redaktor Zaremba. Posobnie pisał o tym w „Trybunie” redaktor Piotr Gadzinowski.

Na koniec swego odważnego artykułu pan redaktor Zaremba pisze, że choć ten rząd zapewne nie ustąpi i zmusi nauczycieli do powrotu do pracy szczując na nich swe media i wyborców PiS, to tak przymuszeni nauczyciele „nie staną się przyjaciółmi tego rządu, formacji ani sposobu myślenia. Fryderyk Wielki opowiadał w XVIII w., że to pruski nauczyciel wygrywał mu wojny. Otóż bądźcie pewni, panie i panowie z prawicy, że polski nauczyciel w rok, dwa nie wygra niczego, ale będzie pracował, abyście nie wygrali już żadnej bitwy. Z czego przy swoich poglądach bynajmniej się nie cieszę. Możecie się upajać antyinteligenckim przekazem: nie dajemy nauczycielom, dajemy rolnikom na bydło. Wiem, że z innych pieniędzy, ale symbolika tego zderzenia była porażająca. Tak się nie buduje trwałych państwowych i obywatelskich wartości”.

Pan redaktor Naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz, zwany przez prawicowych dziennikarzy „Sakwą”, z powodu talentu w załatwiania sobie pieniędzy, opublikował w swej gazecie manifest zatytułowany „Kwestia honoru”. Pisze on: „Drugą obietnicą w sprawie Smoleńska było wyjaśnienie przyczyn tragedii. Rok temu komisja państwowa kierowana przez Antoniego Macierewicza opublikowała raport techniczny./…/ Jednak sprawa zakończona nie jest. Nie ma raportu końcowego, a szansa na ukaranie winnych jest niewielka. Ostatnia rzecz, jakiej bym chciał, to to, by obóz władzy poróżnił się z powodu tragedii smoleńskiej. Ale odpuścić sprawy nie można. Ta rzecz ma charakter zasadniczy. Amerykanie do dzisiaj każdego 11 września czczą ofiary World Trade Center. Winnych tragedii po prostu zlikwidowali. Trwało to całe lata. Polska też potrzebuje czasu, by sprawiedliwości stało się zadość. Podejrzewam, że główny odpowiedzialny czuje się bezkarnie. Ale i na niego przyjdzie czas.”

Kim jest ten „główny odpowiedzialny”, pan redaktor Sakiewicz nie dopisał. Ale znając dorobek pana Macierewicza można wytypować dwie osoby. Przewodniczącego Donalda Tuska i prezydenta Włodzimierza Putina.

Przewodniczący Tusk już może się bać. Zwłaszcza po faszystowsko brzmiącym przemówieniu pana senatora PiS Grzegorza Biereckiego wzywającego, podczas uroczystości upamiętniającej katastrofę smoleńską, do oczyszczenia polskiej wspólnoty narodowej z niegodnych jej ludzi. Książki palą już w Polsce ludzie godni „polskiej wspólnoty narodowej”. Czemu nie mogliby sięgnąć po nowy materiał na rozpałkę?

Czy prezydent Putin może się bać długich, mściwych rąk pana redaktora Sakiewicza? Czy poci się ze strachu na dźwięk „Sakwa idzie!”?

Na razie pan premier Morawiecki nie wpuścił rosyjskiego okrętu żaglowego „Siedow” na wody terytorialne naszego kraju. Bo na jego pokładzie znajduje się 70 kursantów z Kerczeńskiego Państwowego Morskiego Uniwersytetu Technologicznego z okupowanego Krymu. Zapewne nie wszyscy kursanci z Kercza mieszkają na Krymie. Na „Siedowie” jest ponad 300 kursantów z różnych uczelni. Czy pan premier będzie konsekwentny i zakaże też wpuszczania do polskiej przestrzeni powietrznej każdego samolotu z mieszkańcem Krymu na pokładzie? Każdego pociągu, autobusu, samochodu, balonu?

Tymczasem mieszkańcy Powidza, gdzie powstaje magazyn uzbrojenia NATO, skarżą się, że Amerykanie zachowują się jak szarańcza. Wojskowi wycięli wielkie połacie lasu, także z Natura 2000, ciężkie transporty blokują i rozjeżdżają lokalne drogi, podatków nie płacą, a kanalizacja ledwo wytrzymuje napór nowych ścieków. I powódź amerykańskiego gówna wylewa się na Powidz.
Wcześniej mieszkańcy Powidza liczyli na korzyści z bazy. Na razie zarobiły pensjonaty, goszcząc polskie ekipy budowlane. Może zarobią panienki, jeśli sojusznicy będą im płacić, a nie tylko je gwałcić. Ale to cena wzmocnienia polskiego bezpieczeństwa zagrożonego ponoć Rosją i wypełnienia sojuszniczych zobowiązań wobec USA.

No i mamy kolejnego wroga. To waluta euro, która też chce się podstępnie wedrzeć do Polski. Jak sieroty syryjskie, geje i lesbijki, europejscy sędziowie. Dlatego pan prezes Kaczyński nie pozwoli aby polscy nauczyciele zarabiali w euro.

Za to nikt z PiS nie zabrania polskim nauczycielom, aby mieli przynajmniej trójkę dzieci, sześć krów i tuzin świniaków. Tylko tak przegonimy Włochy, Hiszpanię, i kiedyś też Niemcy.

Flaczki tygodnia

Bojkotujcie księży przychodzących „po kolędzie”. Odmawiajcie rozmowy z nimi, skoro hierarchia polskiego kościoła katolickiego milczy. Skoro najwyżsi pasterze nie chcą rozmawiać ze swymi owieczkami o zbrodniach pedofilskich.
Milczą niezwykle wymownie.

 

***

Bojkotujcie księży pragnących przyjść do was „po kolędzie”. Tylko taki bojkot zmusi Episkopat polskiego kościoła kat. do zabrania głosu.
Nie liczcie, że przyjmiecie księdza i porozmawiacie z nim o pedofilii.
A potem on napisze raport o tym palącym problemie, apel o ujawnienia prawdy, i prześle go Wyżej.
A to Wyżej prześle jeszcze Wyżej.
I po kolejnych szczebelkach hierarchicznej drabiny wasze rozterki dotrą Najwyżej.

 

***

I wtedy światłe kierownictwo polskiego kościoła kat. zaśpiewa radośnie:
„Abba Ojcze!
Wszyscy jesteśmy braćmi
Jesteśmy jedną rodziną.
Tej prawdy nic już nie zaćmi
I teraz jest jej godzina”.
I podzieli się prawdą z „braćmi”, tą „jedną rodziną”.

 

***

Nie podzielą się. Nawet najbardziej zdeklarowani polscy katolicy nie wierzą w to. Nawet Tomasz Terlikowski, ten który publicznie wyrażał radość z utraty mandatu poselskiego przez redaktora Piotra Gadzinowskiego, bo cieszył się, że posła – antyklerykała w Sejmie już nie będzie, też przestał już wierzyć w prawdomówność hierarchów polskiego kościoła kat.

 

***

W wywiadzie udzielonym w „Dzienniku. Gazeta Prawna” dziś postuluje: „Powinna zostać powołana niezależna komisja do spraw zbrodni pedofilskich. Powinna składać się z ludzi świeckich”.
I dodaje: „Niech to będą prawnicy, etycy… Nie może się ona składać z samych biskupów, księży, lecz także ze świeckich ludzi Kościoła. Amerykanie zrobili to w najprostszy sposób – zlecili zbadanie pedofilii niezależnemu instytutowi kryminologicznemu Johna Jaya. Przygotowano bardzo mocny raport. Zróbmy to, zanim będzie za późno”.

 

***

Terlikowski wierzy w boga i jeszcze wierzy w swój kościół kat. Ale hierarchom swego kościoła nie ufa. Boi się, że pedofile w kościele kat. chronieni są przez związanych z nimi hierarchów.
Przypomina zasługi kardynała Stanisława Dziwisza w tuszowaniu prawdy o ekscesach seksualnych Maciela Degollado i jego Legionu Chrystusa.
Pyta: „Dlaczego Dziwisz chronił Maciela, homoseksualistę, mobbera, oszusta? Tak samo, jak kluczowe jest pytanie o to, dlaczego to Wanda Półtawska, przyjaciółka Jana Pawła II, musiała zanieść papieżowi dokumenty dotyczące abpa Paetza. Nie zwalałbym całej odpowiedzialności na kardynała Dziwisza, ale odpowiedzialni, a więc i współodpowiedzialni, powinni być wskazani. O lawendowej mafii w Watykanie mówi się od dawna”.

 

***

O „Lawendowej mafii” w Watykanie, i w polskim Episkopacie też, od dawna wspominają księża i wierzący nadal w boga publicyści katoliccy. Środowiska lewicowe rzadko. Może dlatego, że wiąże im usta poprawność polityczna. Bo za „Lawendową mafię” uważa się grupę wpływowych hierarchów kościoła kat. o homoseksualnej orientacji seksualnej. Homoseksualizm nie jest w Polsce zakazany, za to polskich kościół kat. uważa go za grzech. Jednocześnie powszechnie znani są homoseksualni hierarchowie polskiego kościoła katolickiego. Podejrzewani, że awansują swych podwładnych za seks. Symbolem postawy „awans, praca za seks” stał się arcybiskup Juliusz Paetz.

 

***

Pasterze – hierarchowie zapewne milczą o problemie pedofilii, bo boją się rozpoczęcia publicznej dyskusji o seksualności w kościele kat. W Polsce „ciemny lud”, jak go określił zdeklarowany katolik pan prezes Jacek Kurski, zwykle nie odróżnia pedofila od homoseksualisty. Zwykle ci i ci to są „pederaści”. Zatem wielu homoseksualnych hierarchów i księży może okryć się infamią, bo zostaną wrzuceni do jednego pedofilskiego worka. Zwłaszcza, kiedy ujawniona zostanie też lista homoseksualnych pedofilii.

 

***

Pastuszkowie – hierarchowie milczą, bo zapewne boją się o swoje pieniądze. Boją się, że kiedy ujawnią prawdę i skalę pedofilskich zbrodni, to ruszy lawina procesów i finansowych odszkodowań.
W polskich kościele katolickim prawdziwym bogiem jest mamona. Dla pieniędzy wielu księży katolickich zrobi wszystko. Bez pieniędzy paluszkiem nie kiwną. Bez tradycyjnego „Co łaska” żadnej „łaski boskiej” nie uświadczysz.

 

***

Dlatego bojkotujcie księży przychodzących do was po kolędzie. Tych, który przychodzą po kopertę z tradycyjnym „co łaska”. Tylko brak kopert uświadomi księżom i hierarchom potrzebę ujawnienia prawdy o pedofilii. O hierarchach akceptujących i tuszujących zbrodnie.

 

***

Hierarchowie i księża polskiego kościoła kat. powinni być wdzięczni władzom Polski Ludowej. Modlić się nawet za nich. Za odsunięcie księży i sióstr zakonnych od instytucji związanych z wychowaniem dzieci. Dzięki temu zbrodnie pedofilskie kościoła kat. zostały ograniczone.

 

***

Nie lękajcie się. Nie przyjmujcie księży na duszpasterskich wizytach. Róbcie to dla dobra waszych dzieci, dobra wszystkich dzieci w naszym kraju.

 

***

Prawda was wyzwoli.

Flaczki tygodnia

Plotkarskie media, zwłaszcza Internet, z wielką uciechą powielają informację o uchwale warszawskiej Rady SLD. Wzywającej przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego do natychmiastowego ustąpienia i zwołania nadzwyczajnego kongresu SLD.

 

***

Powodem tego wezwania jest słaby wynik warszawskich kandydatów SLD w ostatnich wyborach samorządowych. Liczono na przynajmniej kilku radnych w Radzie Miasta Warszawy i podobnie na kilku radnych w sejmiku mazowieckim. Jedno miejsce w Radzie Warszawy zdobyte przez Monikę Jaruzelską nikogo nie zadawala. Zwłaszcza, że prognozy wieszczyły lepszy wyborczy wynik.

 

***

Słaby wynik kompetentnych i popularnych warszawskich kandydatów to efekt plebiscytu w jaki zostały zamienione niedawne wybory samorządowe. Plebiscytu pod hasłem: Kto jest za rządami PiS, a a kto jest przeciwko tym rządom.
W Warszawie ów plebiscyt został spersonifikowany w postać wyboru pomiędzy kandydatami na prezydenta miasta. Pomiędzy spokojnym, proeuropejskim, swojskim Rafałem Trzaskowskim a dzikim, antyeuropejskim, najeźdźcą z Opola, czyli Patrykiem Jaskim.

 

***

Spór Jaki – Trzaskowski był stale podgrzewany przez krajowe media. Nakręcił szalone emocje i wyjątkowo wysoką frekwencję wyborczą. Bo zmobilizował wszystkich warszawskich przeciwników Patryka Jakiego. I głosując na Trzaskowskiego zwykle głosowali oni też na kandydatów Platformy Obywatelskiej, wspieranej w Warszawie przez Nowoczesną.

 

***

W efekcie tego plebiscytu już w pierwszej turze wygrał Rafał Trzaskowski. Ku zaskoczeniu wszystkim, i jego samego pewnie też. Przy okazji wygrywali też kandydaci PO plus Nowoczesna zdobywając większość w Radzie Warszawy i w kilku dzielnicach też.

 

***

Kandydaci PiS zasiedli w ławach opozycji Rady Warszawy. Powstał tam klasyczny duopol polityczny, bo poza Moniką Jaruzelską kandydująca z listy „SLD-Lewica Razem”, reprezentantów innych ugrupowań tam nie ma. Nie ma reprezentacji Kukiz15, choć ich kandydat na prezydenta Warszawy osiągnął kilkuprocentowy wynik. Nie ma ani jednego reprezentanta licznych w stolicy ruchów miejskich. Wszystkich starły na polityczny proszek dwa wielkie polityczne bloki: PO+ i PiS.

 

***

Ofiarami warszawskiego duopolu stali się też pozostali kandydaci na prezydenta Warszawy. Pomimo prowadzonej przez nich naprawdę aktywnej, pomysłowej i merytorycznej kampanii wyborczej, żaden z nich nie przekroczył trzech procent poparcia wyborczego.
Nawet Andrzej Rozenek trzech procent nie przekroczył, choć firmujący go komitet „SLD – Lewica Razem” zdobył w Warszawie ponad 6 procent głosów popierających. Bo wielu głosujących na kandydatów „SLD-Lewica Razem” uległo plebiscytowym emocjom i już w pierwszej turze oddawało swoje głosy na Rafała Trzaskowskiego.

 

***

Andrzej Rozenek został kandydatem „SLD- Lewica Razem” w ostatniej chwili, po niespodziewanym falstarcie Andrzeja Celińskiego. Kontrkandydatów wtedy nie było. Wcześniej też kolejka nie stała. Rozenek pracował w kampanii wyborczej bardzo intensywnie zyskując za to sympatię nie lewicowych mediów.
Nie zyskał jednak poparcia Leszka Millera, pamiętającego ostre spory z Rozenkiem, w czasach kiedy był on posłem Ruchu Palikota, rzecznikiem prasowym klubu parlamentarnego Ruchu, a także redaktorem tygodnika „Nie”. Też stale krytykującego Leszka Millera.
Nie zyskał Rozenek też początkowo poparcie Aleksandra Kwaśniewskiego, deklarującego wtedy swe sympatie dla Rafała Trzaskowskiego. Dopiero w trakcie kampanii Aleksander Kwaśniewski, podobnie jak Włodzimierz Cimoszewicz, wezwali do poparcia Andrzeja Rozenka.

 

***

Słaby wynik Rozenka wywołał fale licznego hejtu w Internecie. Czyli ostrej, zwykle anonimowej krytyki. Niesłusznej, zdaniem „Flaczków”. Wynik Rozenka nie odbiega od wyniku Jana Śpiewaka, niezwykle aktywnego i kompetentnego kandydata na prezydenta Warszawy, też ofiary duopolu politycznego. Dlatego zamiast prześcigać się w krytyce odważnego i skazanego z góry na porażkę swego kandydata, politycy SLD i innych ugrupowań zmielonych przed duopol PO-PiS, powinni połączyć się w krytyce większościowego systemu liczenia głosów. Systemu D’Hondta preferującego duże partie, ułatwiającego co prawda tworzenie stabilnych koalicji lub rządów mono partyjnych, ale pozbawiającego reprezentacji politycznej licznych, mniejszych grup wyborców.

 

***

Ofiarą systemu D’Hondta jest, wśród wielu innych, redaktor Piotr Gadzinowski, który w ostatnich wyborach do Rady Miasta Warszawy w swoim, sześciomandatowym okręgu wyborczym, osiągnął czwarty co do liczebności wynik. Ale mandatu nie uzyskał. Bo zgodnie z większościowym systemem dzielenie mandatów pięć z nich przypadło PO+ i jeden PiS.

 

***

Działacze warszawskiego SLD chcą odwołania Włodzimierza Czarzastego z funkcji przewodniczącego SLD, bo nie doprowadził ich do koalicji z PO+ na szczeblu miasta Warszawy i województwa mazowieckiego. Uważają, że startując z list PO+ kandydaci SLD mieliby swoje mandaty w kieszeni. A idąc osobno szanse na nie stracili.

 

***

Niestety nie mamy pewności, czy wyborcy SLD – Lewica Razem zagłosowaliby na kandydatów lewicy umieszczonych na prawicowych listach wyborczych.
Nie ma też pewności, że takie wspólne listy w Warszawie powstałyby. Kandydat Rafał Trzaskowski nie nawoływał, ani nie zapraszał lewicy do koalicji pod swym wezwaniem. Raczej kalkulował, że takie rozmowy mają sens dopiero po pierwszej turze wyborczej.
Inni potencjalni koalicjanci też się do wspólnych list z SLD w Warszawie nie palili. Piotr Guział po początkowych projektach wspólnej listy na Ursynowie, zdecydował się na współpracę z Patrykiem Jakim.

 

***

„Flaczki” zawsze uważały, że każdego przewodniczącego można zmienić. Tylko trzeba wiedzieć po co go zmieniać i na kogo?.
Działacze z warszawskiej Rady SLD do tej pory nie przedstawili alternatywnego kandydata na przewodniczącego. Co od razu czyni ich wezwanie lekko niepoważnym.

 

***

Zmiana przewodniczącego SLD w czasie kiedy przeprowadził on rozmowy z PO i PSL o koalicjach w kilku sejmikach wojewódzkich, a teraz negocjuje porozumienie z partiami lewicowymi również wygląda nieproduktywnie.

 

***

Eksperci PiS pracują nad koncepcją przyśpieszenia wyborów parlamentarnych i przygotowania ich na marzec 2019 roku. Czy coś jeszcze więcej dodać?

Flaczki tygodnia

Czy pan prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński powinien podać się do dymisji?
Bo, zdaniem opozycji, mógł patronować zorganizowanej grupie przestępczej działającej w najważniejszych finansowych instytucjach państwowych.

***

Uwaga Czytelnicy! Nasza rozmowa nie jest przez „Flaczki” podstępnie nagrywana. Nie musicie zatem uruchamiać przeróżnych „szumideł”, czyli zagłuszarek wszelkiej maści. Nie musicie też uruchamiać najpowszechniejszego w Polsce „szumidła”, czyli autocenzury.

***

Z zaprezentowanych już przez mecenasa Giertycha i z zapowiadanych przez niego kolejnych informacji wynika, że w polskich, państwowych instytucjach finansowych istniała grupa przestępcza, która zajmowała się wymuszaniem pieniędzy od prywatnych przedsiębiorców. I to tych z najwyższej finansowej półki.

***

W zamian za przychylność najwyższych władz partyjno – państwowych krajowi biznesmeni opłacali się przedstawicielom grupy trzymającej finansową władzę. Zatrudniali jako doradców, konsultantów, prawników, członków rad nadzorczych i zarządów zaproponowane im osoby. Wyznaczając im wysokie wynagrodzenie. Zatrudnieni mogli być wysoko opłacanymi „słupami”. Piszemy mogli, bo nie zostało im jeszcze udowodnione, że większą część swych wysokich wynagrodzeń przekazywali szefom grupy przestępczej.

***

Z nagranych podstępnie rozmów oraz zeznań biznesmana Leszka Czarneckiego wynika, że otrzymał on od pana przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego propozycję zatrudnienia związanego z KNF prawnika za jeden procent wartości aktywów banku. W zamian biznesmen Czarnecki uzyskałby przychylność władz państwowego nadzoru finansowego, co pomogłoby mu wyprowadzić posiadane przez niego banki z finansowych tarapatów.
Gdyby jednak biznesmen Czarnecki nie zechciał skorzystać z propozycji pana przewodniczącego Chrzanowskiego, to najwyższe władze finansowe przystąpiłyby do realizacji „planu Zdzisława”.
Planu doprowadzającego do upadki finansowego banki biznesmena Czarneckiego i przejęcia je przez państwo polskie za przysłowiową złotówkę.

***

Pomimo tak kuszącej propozycji biznesmen Czarnecki oferty Komisji Nadzoru Finansowego nie przyjął. Tylko dokumentował ją na podstępnie dokonywanych nagraniach.
A kiedy Sejm RP w trybie pilnym zechciał przyjąć rozwiązania prawne pozwalające na szybkie przejęcie tych banków, to biznesmen Czarnecki rozpoczął obronę przez atak. Wykorzystując płatne usługi mecenasa Romana Giertycha, byłego wicepremiera w rządzie pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, upubliczniać zaczął korupcyjne propozycje pana przewodniczącego Chrzanowskiego.

***

Jeśli fakty ujawniane przez Czarneckiego i Giertycha są prawdziwe, to mamy do czynienia z powstaniem w Polsce systemu oligarchii podobnego do istniejącego już na Ukrainie. W panującym tam systemie oligarchii politycznej i finansowej bardzo często, zwłaszcza za prezydentury Wiktora Janukowicza, dochodziło do podobnych przejęć prywatnych przedsiębiorstw przez grupy finansowe związane z panującą władzą.
Mechanizm okradania był podobny. Najpierw właściciel firmy dostawał propozycję zatrudnienia wskazanych mu osób. Te systematycznie przejmowały firmę wyrzucając w końcu jej dotychczasowego właściciela lub pozostawiając go na pozbawionym wpływów stanowisku. Jeśli opierał się takiemu „reketowi”, to władze państwowe od razu przejmowały niepokorną firmę wykorzystując istniejące prawo lub tworząc je na potrzeby takiego przejęcia.

***

Jeśli wierzyć mecenasowi Giertychowi plan przejęcia banków biznesmana Czarneckiego przez państwo polskie reprezentowane przez grupę przestępczą reprezentowaną przez pana przewodniczącego Chrzanowskiego, zwany „Planem Zdzisława”, powstał w głowie pana Zdzisława Sokala. Polskiego ekonomisty. Członka zarządu Narodowego Banku Polskiego za pierwszych rządów pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Od 2015 roku doradcy finansowego pana prezydenta Andrzeja Dudy. Od 2016 roku prezesa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Obecnego przedstawiciela pana prezydenta Dudy w Komisji Nadzoru Finansowego. Znającego się z panem prezesem Narodowego Banku Polskiego Adamem Glapińskim.

***

Co ciekawe, pan Zdzisław Sokal był powołany w 2007 roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego na stanowisko członka zarządu Narodowego Banku Polskiego. Wchodził też w skład rady Międzynarodowego Banku Współpracy w Moskwie a w latach 2006-2007 przewodniczył radzie nadzorczej Kredobank S.A Ukraina. Jest zatem znawcą nie tylko zachodnio europejskich bankowych standardów, ale też rosyjskich i ukraińskich rozwiązań w sferze bankowości.

***

Aby zdyskredytować biznesmana Leszka Czarneckiego związane z PiS narodowo – katolickie media przypomniały, że Leszek Czarnecki był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej.
Taka informacja ma doprowadzić do automatycznego włączenia „szumideł” wśród wyborców PiS. Aby nie słuchali oni o ujawnianych aferach finansowych na szczytach władzy Prawa i Sprawiedliwości. Aby nie dotarła do nich informacja, że tworzy się u nas oligarchiczny, podobny ukraińskiemu, system sprawowania władzy.

***

Leszek Czarnecki rzeczywiście podpisał zgodę na współpracę z SB w 1980 roku. Miał wtedy 18 lat, był licealistą. SB miała obiecać mu wyjazd na zagraniczne studia. Z zachowanych materiałów i relacji jego kolegów ze studiów wynika, że aktywnym współpracownikiem jednak nie był.

***

Nie wiemy jeszcze czy ten „reket”, te plany rujnowania prywatnych polskich firm i przejmowania ich za złotówkę przez państwo PiS były częścią wielkiego planu budowy narodowo-katolickiej IV RP przez elity „Dobrej Zmiany”. Czy były pod patronatem pana prezesa NBP? Czy były akceptowane przez samego pana prezesa – sułtana Jarosława Kaczyńskiego?
Ale intuicja podpowiada „Flaczkom”, że okradanie byłego współpracownika SB, mogło być uważane przez środowiska PiS, za wielce patriotyczny czyn. Za słuszną i zbawienną walkę z „komuną”.
A w tej walce, taki szlachetny, patriotyczny wręcz, czyn, uświęca wszelkie podjęte środki.

Bajaderka

…w zastępstwie za Flaczki.

 

Pamiętacie, co to bajaderka? To ciastko o wdzięcznej nazwie, przywodzącej na myśl rozkosze Orientu, wytwarzane jest z okruchów z różnych ciast. Smaczne, ale trochę pogardzane jako produkt gorszego sortu. Taką bajaderkę przygotowałem na czas nieobecności flaczków.

***

Taki już garbaty los naszego współczesnego Nikodema Dyzmy czyli Andrzeja Dudy, by od początku kadencji robić z siebie pośmiewisko. Zaczął tę praktykę podczas mowy inauguracyjnej w sierpniu 2015 roku, kiedy to sam siebie nazwał „człowiekiem niezłomnym”, wznosząc się na szczyty żenującego kabotyństwa, tak obciachowego, że czerwieniłem się za niego w środku. Potem były przeszło trzy lata wypełnione festiwalem pośmiewiska, które znalazło swoją syntezę w postaci Adriana z „Ucha prezesa”. Nasz Nikodem Dyzma jednak nie ustaje w uprawianiu obciachu. Tym razem za sprawą żarówki. Podczas swojej wizyty w Niemczech, w obecności prezydenta Franka Waltera Steinmaiera wyraził żal, że w polskich sklepach nie można kupić zwykłej żarówki, a tylko – psiakość panie – energooszczędną. Hm, jakby to powiedzieć… No właśnie, otóż ową żarówkę energooszczędną wymyślono i wprowadzono w Unii Europejskiej do sprzedaży, eliminując żarówki starego typu, tak jak wprowadza się do użytku nowe, bardziej ekologiczne auta, czy nowe technologie ogrzewania pomieszczeń, zaniechawszy produkcji i sprzedaży starych „kopciuchów”. Jest w tym rodzaj administracyjnego przymusu, ale zbawiennego dla ratowania środowiska naturalnego. Równoległe zachowanie dostępności nowych i starych technologii byłoby działaniem mijającym się z celem, szkodliwym i sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem. Jednak by to rozumieć, trzeba umieć wydobyć się z mentalnego, prowincjonalnego myślowego zadupia…

***

A dlaczego Nikodem Dyzma? Otóż, jak wiadomo, Nikodem Dyzma z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza dostał się na polityczne salony i zrobił tytułową karierę przez czysty przypadek: znalazł na chodniku zaproszenie na rządowy raut. Gdyby znalazł je ktoś inny, może to on by zrobił karierę. Gdyby prezes PiS wyznaczył wtedy na prezydenckiego kandydata na przykład Marka Suskiego, Krystynę Pawłowicz, konia z Janowa Podlaskiego czy któregoś ze swych kotów, niechybnie ktoś z tej czwórki zostałby prezydentem.

***

Towarzyszka Jakubowska Aleksandra nie jest już tylko „pożyteczną i….ką” prawusków działającą z doskoku, lecz stałą autorką portalu „w potylicę” bliźniaków Karnowskich. Przeszła więc konwersję pełną gębą, co się zowie. Od spikerowania w PRL-owskim „Dzienniku Telewizyjnym” poprzez udział w rządzie Leszka Millera („i czasopisma”) zawędrowała w końcu do jednej z pisowskich szczujni. Kto wie, czy to nie większy skok niż w przypadku skromnego, nikomu kiedyś nieznanego prokuratora Piotrowicza.

***

Gdy kilka miesięcy temu przeczytałem wywiad z Moniką Jaruzelską, w którym krytykowała walkę o liberalizację prawa aborcyjnego, tknęło mnie przeczucie, że jest to być może kandydatka dobra w sam raz, dajmy na to, do Koalicji Obywatelskiej, ale nie do SLD – Lewica Razem i zapachniało mi zupą OGÓRKOWĄ. Jednak dopiero po jej negatywnej wypowiedzi na temat „Tęczowego piątku” Krzysztof Gawkowski wezwał ją do złożenia świeżo zdobytego mandatu. Rychło w czas, choć Jaruzelska i tak mandatu nie złoży, bo „co mi pan zrobi”. Niestety, niedawno Leszek Miller znów nie skorzystał z okazji, by nie podzielić się swoim kolejnym genialnym pomysłem politycznym i sufluje Jaruzelską na SLD-owską kandydatkę w wyborach prezydenckich 2020. Wypichcona trzy lata temu przez Millera zupa OGÓRKOWA do dziś odbija się Sojuszowi niesmakiem. Szkoda, że to sam Miller osobiście nie musiał skonsumować zupy, której nawarzył. Konsumpcji drugiej zupy według jego przepisu SLD może tym razem już nie przeżyć. Jeśli do tego dodać, że przed laty ogłaszał „lwicą lewicy” Aleksandrę Jakubowską, która dziś wysługuje się Karnowskim, to nie sposób nie zauważyć, że Leszek Miller na queenmakera lewicy zupełnie, ale to zupełnie się nie nadaje. Z jego „lwic lewicy” wychodzą na koniec mieszczańskie, konserwatywne damulki.

***

Beata „Kraksa” Szydło i Andrzej „Kraksa” Duda już po raz drugi uczestniczyli w kolizjach wiozących ich samochodowych kolumn. Po prawdzie nie ma się z czego śmiać, bo jak tak dalej pójdzie, to kogoś w końcu zabiją na pasach i to dopiero będzie jazda. Moja hipoteza co do przyczyn tej pechowej serii jest następująca. Pisiory to typ spoconych osobników w pogoni za władzą. Rządzą chciwie, nerwowo, pośpiesznie, bez cienia luzu, z zaciętymi ustami i złym, przekrwionym wzrokiem. A że jeżdżą po kraju gorączkowo, jak opętani, jak najęci, wiecznie gdzieś są spóźnieni, wiecznie gdzieś nie mogą zdążyć. Ta nerwowość, ta presja udziela się więc też siłą rzeczy „dołowi” czyli takiemu personelowi jak właśnie choćby ich biedni kierowcy, do tego na ogół niedoświadczeni, świeżo przyjęci po odejściu poprzedniej kadry. Jeżdżą więc ci kierowcy szybko, nerwowo, ściskając kierownicę drżącymi z emocji dłońmi i spoglądając w lusterku na zacięte, rozdrażnione oblicze pryncypałów, a w takich warunkach o błąd nietrudno. Lot prezydenckiego tupolewa, 10 kwietnia 2010 do Smoleńska… A, dajmy temu pokój.

***

Pisiory i ich media bardzo były oburzone z powodu proklamowania (bo z realizacją było słabiej) „Tęczowego piątku” w szkołach. Podniósł się wrzask, że to homoindoktrynacja, deprawacja i tak dalej w znanym stylu. Jeśli jednak są tak wrażliwi na indoktrynację i deprawację, to niech przestaną promować takową w szkołach w postaci nasyłania na młodzież kleru, znanego z filmu „Kler”, krzewienia bredni religijnej oraz hołdowania pamięci „bandytów wyklętych”. Kler w szkole – to jest dopiero deprawacja.

***

Na bardzo długo przed niedawnymi wyborami Antoni Macierewicz zniknął z ekranów TVPiS i został ukryty w schowku. Wiadomo – żeby nie odstraszyć umiarkowanego elektoratu. I oto już w chwilę po wyborach Antoni pojawił się na pisowskim ekranie, niczym diabeł z pudełka, do tego z deklaracją, że jego podkomisja smoleńska jeszcze nie umarła, pracuje i za jakiś czas ujawni owoce swej wiekopomnej pracy. Nie można było dla pozoru poczekać choć tydzień-dwa?

***

Profesor Wojciech Sadurski sporządził akt oskarżenia przeciwko Andrzejowi Sebastianowi Dudzie, ur. 16 maja 1972 w Krakowie, Beacie Marii Szydło, ur. 15 kwietnia 1963 w Oświęcimiu, Mateuszowi Jakubowi Morawieckiemu, ur. 20 czerwca 1968 we Wrocławiu, Zbigniewowi Tadeuszowi Ziobrze, ur. 18 sierpnia 1970 w Krakowie, Julii Annie Przyłębskiej, ur. 16 listopada 1959 w Bydgoszczy i Jarosławowi Aleksandrowi Kaczyńskiemu, ur. 18 czerwca 1949 w Warszawie. Profesor zastosował formułę skróconą, bo brakuje imion rodziców oraz miejsc zamieszkania. Te braki trzeba będzie w przyszłości uzupełnić.

Flaczki tygodnia

Zmarł senator John McCain. W 1967 roku bombardował elektrownię w Hanoi i został zestrzelony przez wietnamską obronę. W niewoli wykazał się charakterem. Nie ujawnił wojskowych tajemnic pomimo tortur. Odmówił też złożonej mu propozycji indywidualnego zwolnienia, kiedy Wietnamczycy dowiedzieli się, że pojmany jest synem admirała. I taki gest mógłby poprawić wizerunek Wietnamu Północnego w światowej opinii publicznej.
McCain doczekał końca wojny w 1973 roku w ciężkich warunkach w wiezieniu Hoa Lo, zwanym, ponuro i szyderczo, przez amerykańskich jeńców „Hanoi Hilton”. Do USA wrócił w glorii bohatera wojennego i zrobił karierę polityczną w Senacie.

***

Pomimo niezłego wycisku jakiego dostał w wietnamskiej niewoli, McCain szybko stał się rzecznikiem porozumienia amerykańsko-wietnamskiego. Pierwszy raz wrócił tam w 1985 roku i był przyjmowany nie tylko z należnymi senatorowi honorami. Stał się autentycznym bohaterem wietnamskiej ulicy, bo choć to były wróg, to jednak gość z charakterem. A takich Wietnamczycy cenią. W ostatnich latach McCain uważany był za jednego z najaktywniejszych prowietnamskich lobbystów w Senacie USA i jednego z najbardziej popularnych Amerykanów w Wietnamie. Mógł też spokojnie i wygodnie przespać się w Hanoi Hilton Opera, bo po zwycięstwie wietnamskiego komunizmu także ta sieć hotelowa pojawiła się w najważniejszych miastach Wietnamu.

***

Postać senatora Johna McCaina dedykuję polskim politykom. Zajmujących się głównie pogłębianiem historycznych konfliktów i różnic oraz tworzeniem nowych podziałów. Wzniecaniem konfliktów i sporów międzynarodowych, rozpalaniem walk plemiennych.
Gdyby polscy politycy zostali gdzieś zestrzeleni, to do końca swego życia żalili by się wszem i wobec na taką „dziejową niesprawiedliwość”. I do końca życia rościliby sobie pretensje do sutego, pieniężnego odszkodowania. Ani słowem nie wspominając, że trafieni zostali w czasie zbrodniczego nalotu, bombardowania ludności cywilnej. A przed swą śmiercią całą swoją nienawiść do dawnych wrogów i wszystkie swoje roszczenia do reparacji za swe krzywdy, prawdziwe i rzekome, zapisaliby w testamencie dzieciom, wnukom i prawnukom.

***

W Polsce, zwłaszcza obecnej, widzimy takie dziedziczenie nienawiści i wrogów, nawet tych ubiegłowiecznych. Dziedziczenie strachu przed podstępnym, wykreowanym wrogiem. Szczególnie pielęgnują takie dziedzictwo narodowe elity PiS. W pisowskim postrzeganiu świata wszędzie czyhają na Polskę wraży antypoloniści. Nawet współczesne Niemcy, największy obecny polski partner gospodarczy i współtwórca wzrostu polskiego PKB, to tylko „resortowe dzieci” wrogich nazistów.

***

Oczywiście nikt nie wyprzedzi putinowskiej Rosji w rankingu pisowskich wrogów Polski. Nawet banderowska Ukraina z trudem walczy o prestiżowe miejsce na tym podium z podłym Izraelem, chytrą RFN i zmurzyniałą Francją. Rosja, jak od lat słyszę, jest po prostu genetycznie antypolska. Stale marzy o ataku na Polskę i zajęciu Warszawy. Na razie podstępnie pompuje w Polskę swój gaz, aby uzależnić od niego Polaków, jak kiedyś Anglicy Chińczyków od opium.
Dlatego rządzące obecnie elity PiS obiecują przysłowiowemu, polskiemu „ciemnemu ludowi” dumnie brzmiącą „suwerenność energetyczną”. Że po 2020 roku nie będziemy już kupować gazu od Rosji, jak cała Europa, tylko przejdziemy na gaz skroplony przesyłany nam z bratniego Kataru, USA, a może nawet i z Australii. Właśnie prezydenccy ministrowie ogłosili, że podczas wizyty pana prezydenta Dudy na antypodach rozmawiano tam nie tylko o zakupie wysłużonych fregat, ale i o australijskich gazowych kontraktach.

***

Co prawda gaz z USA, z Australii, i nawet z Kataru, droższy może być niż ten rosyjski. Ale PiS-owska „suwerenność energetyczna” nie ma ceny. Jest bezcenna, jak honor pułkownika Józefa Becka zademonstrowany w 1939 roku.

***

Kiedy cała PiS-owska propaganda trąbi o dumnej, antyrosyjskiej „suwerenności energetycznej”, stale czytam w legalnych gazetach, że rośnie nam lawinowo import węgla z Rosji. W tym roku będzie to aż 16 milionów ton. W zeszłym było poniżej 12 milionów. Węgla w Polsce potrzeba, bo Polska energetyka oparta jest na węglu, jeszcze z czasów, kiedy Polska na węglu stała. Teraz krajowe wydobycie leży, bo pokłady węgla wyczerpują się, a pozostałe są drogie w eksploatacji. Kupujemy nawet antracyt z złóż w ukraińskim Donbasie, władanym przez prorosyjskich separatystów.

***

Aktualny rząd polski nie uznaje zajęcia Krymu i Donbasu przez Rosję i separatystów. Ale rosyjski węgiel kupuje, nawet ten z Donbasu, czyli ukradziony ukraińskim właścicielom kopalń. To tak jakby rząd PiS nie uznawał prawa Niemców do holocaustu, czyli mordowania Żydów, ale kupował od nich zrabowane Żydom złote zęby. Bo złota w Polsce potrzeba, no i cena też atrakcyjna.

***

Skoro z roku na rok rośnie nam import węgla z Rosji, to mamy czy nie mamy do czynienia z utratą „suwerenności energetycznej”? Uzależniania polskiej energetyki od rosyjskich dostaw?

***

Jeśli nie ma tu mowy o „utracie suwerenności”, to po co te gadki o uniezależnieniu się od rosyjskiego gazu? Żeby uzasadnić wyższe wydatki na gaz amerykański i katarski? Żeby ubrać w patriotyczne mundury amerykańskich dilerów gazu skroplonego?

***

Teraz coś optymistycznego. Katolicka Agencja Informacyjna podała, że papież Franciszek na najbliższym Światowym Spotkaniu Rodzin będzie nosił szaty liturgiczne zaprojektowane i wykonane przez jeden ze start-upów z Polski. Rodzinną firmę Haftina z Piotrkowa Trybunalskiego. Podobne szaty, zwłaszcza kolorowe, haftowane w celtyckie wzory ornaty, założą też biskupi koncelebrujący z Franciszkiem mszę świętą w dublińskim Phoenix Park w dniu 26 sierpnia. Dzięki temu polskie firmy mogą stać się wiodące na światowym rynku ornatowym. Wręcz uzależnić globalny kler katolicki od dostaw polskich ornatów. Jak kiedyś Anglicy Chińczyków od opium.

***

Poświęcony ornatowej problematyce, najnowszy film Wojciecha Samrzowskiego „Kler”, jeszcze przed wejściem na ekrany, został skrycie oprotestowany przez hierarchów polskiego kościoła kat.
Teraz czekają nas już protesty jawne. No i szturm katolickich widzów na sale kinowe. Bo polski katolik chce odreagować powszechne kościelne zakłamanie. Pośmiać się z „nich”. Czyli z siebie.