Kłopoty Fittipaldiego

Słynny przed laty brazylijski kierowca wyścigowy Emerson Fittipaldi popadł w poważne tarapaty finansowe. Aż 145 wierzycieli domaga się od niego zwrotu w sumie prawie 9 milionów dolarów.

Fittipaldi zalicza się do grona legend sportów motorowych, zwłaszcza w ojczystej Brazylii, bo był pierwszym kierowcą z tego kraju, który zdobył mistrzostwo świata Formuły 1. Dokonał tego w 1972 roku w barwach Lotusa mając ledwie 25 lat i przez następne 33 lata dzierżył nieformalny tytuł najmłodszego czempiona „królowej sportów motorowych” w historii. Drugi tytuł wywalczył w 1974 roku jako kierowca ekipy McLarena. A potem wraz z bratem stworzył zespół Fittipaldi Automotive, zaś w McLarenie na jego miejsce zatrudniono Jamesa Hunta, który w 1976 roku zdobył mistrzostwo po niezapomnianej walce z Nikim Laudą. Na kanwie ich legendarnej rywalizacji powstał film „Wyścig”. A Fittipaldi już wielkich sukcesów w F1 nie zanotował, a jego ostatnim wielkim zwycięstwem był triumf w wyścigu Indy 500 w 1993 roku.
Jego finansowe problemy zaczęły się w 2016 roku, gdy komornik zarekwirował mu samochód, za kierownicą którego wygrał Indy 500 w 1989 roku, a także bolid Formuły 1 „Copersucars”, który zaprojektował z bratem Wilsonem w 1979 roku.
Teraz jednak sprawa jest znacznie poważniejsza, bo jego liczni wierzyciele skierowali przeciwko niemu pozwy sądowe. Łączna kwota długów Fittipaldiego wedle brazylijskich mediów wynosi 8,6 miliona euro. Co gorsza, w raporcie przygotowanym na zlecenie Sofra Banku przedstawiono dowody, że Fittipaldi mimo długów pławi się w luksusie na Florydzie. W raporcie napisano m.in.: „Wierzyciele nie mogą zająć majątku Fittipaldiego nie dlatego, że bankrutuje, ale dlatego, że w celu uzyskania kredytów korzysta on ze spółek fasadowych, z których kilka nie prowadzi żadnej działalności”.
Słynny kierowca zaprzecza tym oskarżeniom i zapewnia, że jest w stu procentach wypłacalny, a jego wierzyciele „wybrali ścieżkę pomówień, zamiast ścieżki dialogu i rozsądnych negocjacji”.

Hamilton znów manifestował

W niedzielę Lewis Hamilton wygrał wyścig o Grand Prix Toskanii i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji kierowców. Było to już 90. zwycięstwo brytyjskiego kierowcy w Formule 1 (lepszy jest tylko Michael Schumacher, który triumfował 91 razy). Ale Hamilton stając na podium pozwolił sobie na kolejny mocny protest, za który zgodnie z regulaminem FIA groziła mu surowa kara. Działacze światowej federacji sportów motorowych postanowili jednak darować.

Hamilton od dawna mocno wspiera wszelkie działania antyrasistowskie. To za jego przykładem także inni kierowcy F1 opowiedzieli się przeciwko dyskryminacji rasowej i nierówności społecznej, wspierając rosnący na sile na całym świecie ruch Black Lives Matter. Odbierając nagrodę za zwycięstwo w wyścigu na torze w Toskanii Hamilton wszedł na podium w koszulce z napisem: „Areszt dla policjantów, którzy zabili Breonnę Taylor”.
Nawiązał tym do sprawy 26-letniej ratowniczki medycznej Breonny Taylor, która została 13 marca tego roku zastrzelona we własnym domu przez detektywów z wydziału narkotykowego policji w Louisville (stan Kenntucky). Interwencję przeprowadzono jedynie na podstawie podejrzenia, ale wedle doniesień amerykańskich mediów w mieszkaniu ratowniczki nie znaleziono narkotyków. O śmierci Taylor znów stało się głośno gdy jej rodzina złożyła pozew przeciwko policji, a potem w czerwcu w wyniku policyjnej interwencji w Minneapolis życie stracił Afroamerykanin George Floyd.
Sprawa zabójstwa Breonny Taylor przez policjantów nadal nie została wyjaśniona, a na dodatek żaden z uczestniczących w interwencji policjantów nie poniósł konsekwencji, przeciwko czemu w niedzielny wieczór na torze Mugello Circuit pod Florencją postanowił zaprotestować Hamilton.
Tym razem jednak jego manifestacja w decyzyjnych kręgach FIA wzbudziła kontrowersje. Jak twierdzi dziennik „Daily Mail” działacze światowej federacji mieli stwierdzić, że kierowca Mercedesa jednak naruszył przepisy organizacji zabraniające manifestacji o charakterze politycznym. Ostatecznie jednak Hamilton uniknął kary i w najbliższy weekend na pewno zobaczymy go w wyścigu o Grand Prix Rosji na torze w Soczi, w którym zapewne powalczy o swój 91. triumf w wyścigach F1 i wyrównanie rekordu Schumachera.

Hamilton nie zwalnia

Nie było niespodzianki w wyścigu Formuły 1 o Grand Prix Belgii. Na torze Spa-Francorchamps znów dominowała ekipa Mercedesa. Wygrał obrońca mistrzowskiego tytułu Lewis Hamilton, przed kolegą z temu Valtterim Bottasem.

Cały weekend na torze Spa-Francorchamps przebiegał pod dyktando Hamiltona i Bottasa. Obaj rządzili na treningach i byli też najlepszi w kwalifikacjach. Z pole position startował Brytyjczyk, z drugiego pola startowego Fin. Podobnie było w niedzielnym wyścigu. Z kierowcami Mercedesa próbował nawiązać walkę tylko Holender Max Verstappen z Red Bulla, ale ostatecznie minął metę ze strata do zwycięskiego Hamiltona 15,455 s. Brytyjczyk powiększył swój dorobek w klasyfikacji generalnej tego sezonu do 157 punktów i rzecz jasna umocnił się na pozycji lidera. Drugi w zestawieniu Verstappen traci już do niego 47 punktów, ale trzeci Bottas ma od Holendra tylko trzy „oczka” mniej”. Kolejny w klasyfikacji Alexander Albon (Tajlandia/Red Bull) na na koncie 48 pkt, piaty Charles Leclerc (Monako/Ferrari) 45, szósty Lando Norris (W. Brytania/McLaren) 45, siódmy Lance Stroll (Kanada/Racing Point) 42, ósmy Daniel Ricciardo (Australia/Renault) 33, dziewiąty Sergio Perez (Meksyk/Racing Point) 33, a dziesiąty Esteban Ocon (Francja/Renault) 26. Stawkę zamyka kierowca sponsorowanej przez PKN Orlen ekipy Alfa Romeo Kimi Raikkonen (Finlandia/Alfa Romeo) z zerowym dorobkiem. Drugi z zawodników Alfa Romeo, Włoch Antonio Giovinazzi, jest 15. z dwoma punktami na koncie. Ale podczas GP Belgii stracił panowanie nad swoim bolidem i roztrzaskał go o barierki. Przy okazji „załatwił” też byłego kolegę Roberta Kubicy z zespołu Williamsa, George’a Russella, który jechał tuż za Włochem i z impetem zderzył się kołem które odpadło z samochodu Giovinazziego. Na szczęście obaj opuścili rozbite pojazdy o własnych siłach.
Drugi z kierowców Alfa Romeo, Raikkonen, tym razem zajął 12. miejsce, wyprzedzając m.in. oba bolidy Ferrari. Stajnia z Maranello przechodzi ostatnio głęboki kryzys – Sebastian Vettel zajął dopiero 13. lokatę, a Charles Leclerc 14.

48 godzin sport

Nasze piłkarki tropem Lewego
Zespół piłkarek nożnych VfL Wolfsburg, w barwach którego występują dwie reprezentantki Polski, Ewa Pajor (na zdjęciu) i Katarzyna Kiedrzynek, zakwalifikował się do finału piłkarskiej Ligi Mistrzyń UEFA. We wtorek niemiecka drużyna pokonała w San Sebastian Barcelonę 1:0. Zwycięską bramkę w 58. minucie zdobyła Szwedka Fridolina Rolfoe, dobijając piłkę po efektownym strzale Pajor z tzw. przewrotki. W drugim spotkaniu półfinałowym zmierzyły się dwie francuskie drużyny – Paris Saint-Germain (występuje w niej inna z reprezentantek Polski, Paulina Dudek) przegrał z Olympique Lyon 0:1. Wielki finał odbędzie się w najbliższą niedzielę. Dla piłkarek z Wolfsburga to piąty finał Ligi Mistrzyń. Mają na koncie dwa triumfy w tych rozgrywkach, ale faworytkami finału będą jednak zawodniczki Olympique Lyon. Ten zespół wygrał cztery ostatnie edycje Ligi Mistrzyń, a w sumie ma na koncie pięć triumfów.

Krychowiak znowu strzela w Rosji, a Szymański asystuje
W piątej kolejce rosyjskiej ekstraklasy piłkarskiej Lokomotiw Moskwa przegrał z Achmatem Groznym 2:3. Drugą z bramek dla zespołu ze stolicy Rosji zdobył Grzegorz Krychowiak, który rozegrał całe spotkanie. Inny z reprezentantów Polski występujących w tym zespole, Maciej Rybus tym razem cały mecz spędził na ławce rezerwowych. Lokomotiw zajmuje w tabeli siódme miejsce z dorobkiem siedmiu punktów. Wydarzeniem 5. kolejki było zwycięstwo Dynama Moskwa z aktualnym mistrzem Rosji Zenitem Petersburg 1:0. Asystę przy golu dla stołecznej drużyny zanotował Sebastian Szymański, trzeci z reprezentantów Polski w rosyjskiej ekstraklasie.

Kolejne zmiany w tegorocznym kalendarzu Formuły 1
W kalendarzu tegorocznych mistrzostw świata Formuły 1 wprowadzono kolejne zmiany i obecnie znajduje się w nim 17 rund. Z powodu pandemii koronawirusa odwołano Grand Prix Chin, ale dołączono wyścig w Turcji (15 listopada) i dodano drugi w Bahrajnie (odbędą się 29 listopada i 6 grudnia). To trzeci przypadek w tym roku, by na jednym torze rywalizowano dwukrotnie. Wcześniej miało to miejsce w Austrii i Wielkiej Brytanii. Sezon ma zostać zakończony 13 grudnia w Abu Zabi. Wszystkie z sześciu dotychczas rozegranych rund MŚ odbyły się w Europie i bez udziału publiczności. Pierwszym wyścigiem z udziałem kibiców ma być GP Rosji w Soczi, które zaplanowane jest na 27 września. Kalendarz ogłoszony jeszcze przed pandemią był rozpisany na 22 wyścigi.

Walkower dla Stali Gorzów karą dla Włókniarza Częstochowa
Komisja Orzekająca Ligi wydała werdykt w sprawie nierozegranego z powodu fatalnego stanu toru meczu Włókniarza Częstochowa ze Stalą Gorzów. Wynik został zweryfikowany jako walkower na korzyść gorzowian, którzy tym samym otrzymali dwa duże punkty meczowe oraz punkt bonusowy. Dzięki tej zdobyczy ekipa Stali z 15 punktami zdobytymi w 12 meczach awansowała w ligowej tabeli na czwarte miejsce. Pierwsze trzy lokaty zajmują Unia Leszno (22 pkt), Falubaz Zielona Góra (17) i Motor Lublin (16), a za plecami gorzowskiego zespołu plasują się Sparta Wrocław (14) i Włókniarz (13), ale mają rozegrane po 11 meczów.

Nasi tenisiści nie popisali się w Nowym Jorku
Łukasz Kubot i Brazylijczyk Marcelo Melo przegrali z reprezentantami gospodarzy Stevem Johnsonem i Austinem Krajickiem 3:6, 6:7 (4-7) w 2. rundzie debla turnieju ATP rangi Masters1000 na kortach twardych w Nowym Jorku. Nowojorska impreza jest pierwszą w cyklu ATP od momentu wznowienia zmagań w cyklu. W tym turnieju w grze pojedynczej wystartowali Kamil Majchrzak (nie przeszedł kwalifikacji) orazx Hubert Hurkacz, który już w 1. rundzie przegrał z Amerykaninem Johnem Isnerem. Turniej Western&Southern Open z pulą nagród 4,2 mln dolarów, zwykle odbywa się w Cincinnati, ale tegoroczna edycja z powodu koronawirusa została przeniesiona go do Nowego Jorku, gdzie od 31 sierpnia rozpocznie się US Open.

Niemcy drwią z jazdy Kubicy w serii DTM

Debiut Roberta Kubica w DTM na razie trudno uznać za udany. Jeżdżący w barwach zespołu Orlen Team ART polski kierowca jeszcze nie zdobył punktu, a w klasyfikacji generalnej na 16 startujących zajmuje 14. lokatę.

Uzyskane do tej pory wyniki plasują Kubicę w gronie czterech najsłabszych kierowców w stawce. Polak nie zdobył jeszcze żadnego punktu w wyścigach serii DTM, a w „generalce” taki sam dorobek mają tylko 13. w zestawieniu Fabio Scherer (Audi), 15. Harrison Newey (Audi) i 16. na liście Ferdinand Habsburg (Audi). Liderem klasyfikacji jest Nico Mueller (Audi) mający na koncie 46 punktów, a dwa kolejne miejsca zajmują jego koledzy z ekipy Audi – Rene Rast (39 pkt) i Jamie Green (30 pkt). Kolejne lokaty zajmują: Robin Frijns (Audi) – 22 pkt, Mike Rockenfeller (Audi) – 22 pkt, Loic Duval (Audi) – 21, Lucas Auer (BMW) – 10 pkt, Sheldon van der Linde (BWM) – 8 pkt, Philipp Eng (BWM) – 8 pkt, Timo Glock (BWM) – 4 pkt, Jonathan Aberdein (BWM) – 3 pkt i Marco Wittmann (BWM) – 1 pkt.
Kubica za swoje słabe wyniki obarcza winą ekipę techniczną Orlen Team ART i wciąż narzeka na słabe przygotowanie samochodu do wyścigów, ale ostatnio zajmujący się wyścigami DTM niemieccy dziennikarze motoryzacyjni skrytykowali także jego. „Nietrudno zauważyć, że w DTM Kubica nie wyszedł z roli statysty, do jakiej zdążył nas przyzwyczaić w poprzednim roku ścigając się w barwach Williamsa na torach Formuły 1” – stwierdził w komentarzu były mistrz serii DTM Timo Scheider. Temat podchwycił piszący na łamach „Auto Motor und Sport” Claus Muehlberger, który w nawiązaniu do opinii Scheidera stwierdził, że „Kubica nie prezentuje poziomu godnego serii DTM”. Ale podkreślił też, że jeżdżenia w serii DTM uczy się także zespół polskiego kierowcy Orlen Team ART. „Widać to po błędach w strategii i zepsutych pit-stopach” – zauważył Muehlberger. Nie omieszkał jednak wbić szpili także Kubicy. „On nie jest pierwszym kierowcą z Formuły 1, który nie poradził sobie w niemieckiej serii. Przed nim problem z tym mieli Alesi, Hakkinen, Coulthard czy Ralf Schumacher. Potrzebowali trochę więcej czasu, żeby odnaleźć się w DTM” – podkreślił z nieskrywaną drwiną Muehlberger.
Kubica musiał znosić te przytyki, bo wraz zespołem szykował się do zaplanowanego na najbliższy weekend kolejnego wyścigu na torze Lausitzring. Ale pocieszenie nieoczekiwanie przyszło z Formuły 1, której szefowie postanowili znaleźć odpowiedź na pytanie, który z kierowców w historii F1 był najszybszy na dystansie jednego okrążenia. O pomoc poprosiły Amazon Web Services, który do obliczeń wykorzystał dane z telemetrii gromadzone od 1983 roku. I wyszło z nich, że najszybszy na dystansie jednego okrążenia w ostatnich 37 latach był Brazylijczyk Ayrton Senna (zginał w wypadku w 1994 roku), drugie miejsce przypadło Niemcowi Michaelowi Schumacherowi, a trzecie Brytyjczykowi Lewisowi Hamiltonowi. Ale w Top 20 tego zestawienia znalazł się także Robert Kubica, którego sklasyfikowano na 18. pozycji.

Hamilton bije rekordy Schumachera

Brytyjczyk Lewis Hamilton wygrał w minioną niedzielę wyścig o Grand Prix Hiszpanii. Było to jego czwarte zwycięstwo w obecnym, skróconym z powodu pandemii sezonie Formuły 1, w którym odbyło się dotąd sześć imprez. Jeżdżący w barwach Mercedesa brytyjski kierowca na usytuowanym na obrzeżach Barcelony torze Catalunya prowadził niezagrożony od startu do mety, przez cały czas podejmując przy tym decyzje, które kontestował sztab techniczny niemieckiego zespołu.

Było to 88. zwycięstwo Hamiltona w wyścigach Formuły 1. Do wyrównania rekordowego osiągnięcia Niemca Michaela Schumachera brytyjskiemu kierowcy brakuje już tylko trzech triumfów. Hamilton pewnie zmierza po swój siódmy tytuł mistrza świata kierowców Formuły 1 i jeśli dopnie celu, wyrówna także należący do Schumachera rekord wszech czasów w liczbie mistrzowskich tytułów. Brytyjczyk po sześciu wyścigach ma na koncie 132 punkty i wyprzedza drugiego w klasyfikacji Maxa Verstappena z Red Bull Racing o 37 punktów, a zajmującego trzecia lokatę w zestawieniu kolegę z zespołu Mercedesa Valtteriego Bottasa o 89 punktów.
Michael Schumacher mocno wyśrubował rekordy zwycięstw w F1 – zdobył siedem mistrzowskich tytułów i wygrał 91 wyścigów jako kierowca ekipy Benettona, a później w Ferrari. Mało kto przypuszczał, że w jeszcze w tej dekadzie znajdzie się jakiś inny zawodnik zdolny powtórzyć te wyczyny. Tymczasem Hamilton jest już o krok od wymazania najważniejszych rekordów legendarnego niemieckiego kierowcy. Wiele mniejszych już dawno pobił. W liczbie pole positions od dawna jest liderem – już 92 zaczynał wyścigi z pierwszego pola startowego, a to jest o 24 razy więcej od Schumachera. Więcej też razy stawał na podium (60,8 procent startów kończył w czołowej trójce).
„Miałem dużo czasu na przemyślenia w trakcie lockdownu i doszedłem do wniosku, że mogę pojeździć w F1 jeszcze nawet przez trzy sezony” – stwierdził niedawno Hamilton. Biorąc pod uwagę jego obecną formę oraz utrzymanie tych samych regulacji technicznych także w 2021 roku, Brytyjczyk jest w stanie pobić wszelkie najważniejsze rekordy. Do końca sezonu pozostało co najmniej 10 wyścigów. Mercedes zgarnął do tej pory wszystkie pole positions i wygrał pięć z sześciu rozegranych dotąd wyścigów Grand Prix. Hamilton nie okazuje żadnych słabości na torze i nie traci motywacji do kolejnych zwycięstw. Także dlatego, że zdaje sobie sprawę, iż nie ma takich rekordów, których nie dałoby się poprawić. Przekonało sie o tym wielu legendarnych sportowców. Hamilton zadebiutował w Formule 1 w wieku 22 lat. A tyle ma obecnie Holender Max Verstappen, który już jednak ma na koncie dziewięć wygranych wyścigów, 36 miejsc na podium i 108 ukończonych wyścigów. A ma przecież gorszy samochód od Hamiltona.
Kolejny wyścig – w ostatni weekend sierpnia na Spa-Francorchamps w Belgii.

Hamilton rządzi, a Kubica się uczy

Lewis Hamilton wygrał w miniony weekend wyścig Formuły 1 o Grand Prix Wielkiej Brytanii, chociaż ostatnie okrążenie musiał przejechać z pęknięta oponą w jednym kole. Identyczne problemy pozbawiły miejsca na podium jego partnera z zespołu Mercedesa Valtteriego Bottasa. W tym samym czasie na belgijskim torze Spa-Francorchamps Robert Kubica bez powodzenia walczył w zawodach wyścigowej serii DTM.

Tuż przed startem GP Wielkiej Brytanii na torze Silverstone doszło do zmiany kierowcy w jednym z bolidów zespołu Racing Point. U Meksykanina Sergio Pereza testy wykazały obecność koronawirusa i w ostatniej chwili musiał go zastąpić Nico Hulkenberg. Ale w niedzielnym wyścigu niemiecki kierowca jednak nie wystartował, bo nie odpalił silnik w jego bolidzie. Mechanicy ekipy Racing Point nie zdołali na czas uporać się z awarią i w wyścigu pojechał tylko drugi z jeźdźców tego zespołu, Kanadyjczyk Lance Stroll, który zajął dziewiątą lokatę.
Ale prawdziwym bohaterem weekendu był aktualny mistrz świata i lider klasyfikacji obecnego sezonu Lewis Hamilton. Brytyjczyk był najlepszy już podczas treningów i kwalifikacji. Znakomicie też wystartował z pole position i utrzymał prowadzenie do końca. Nic nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi – ani ataki ścigających go rywali, ani przerwy w wyścigu spowodowane przez kolizje Kevina Magnussena (Haas) z Alexandrem Albonem (Red Bull Racing), ani też kraksa Rosjanina Daniiła Kwiata (Alpha Tauri), który wypadł z toru i doszczętnie rozbił swój bolid. Hamilton po każdej z tych neutralizacji wracał do swojego niesamowitego tempa jazdy i systematycznie powiększał przewagę nad resztą stawki. Ale na ostatnim okrążeniu w jego Mercedesie nie wytrzymała jedna z opon, przez co Brytyjczyk mijał metę jadąc de facto na trzech kołach, bo z uszkodzonej opony została już sama felga. Co ciekawe, takie same problemy spotkały drugiego z kierowców ekipy Mercedesa, Valtteriego Bottasa. Fin stracił jednak z tego powodu pewne drugie miejsce na dwa okrążenie przed metą.
O GP Wielkiej Brytanii z pewnością nie będą chcieli pamiętać zawodnicy Alfa Romeo, w którym kierowcą rezerwowym jest Robert Kubica. Przez większą część wyścigu Kimi Raikkonen, który przez wyścigiem zapowiedział, że po tym sezonie zamierza odejść definitywnie z Formuły 1, znajdował się na końcu stawki, a na domiar złego w samej końcówce rywalizacji wypadł z toru i metę minął na 17. miejscu, jako ostatni z kierowców, którzy ukończyli wyścig. Jego partner, Antonio Giovinazzi, popełnił błąd podczas jazdy za samochodem bezpieczeństwa i dostał za to pięć sekund kary, ale ostatecznie zakończył zmagania na 14. pozycji. GP Wielkiej Brytanii wygrał Lewis Hamilton, drugi był Max Verstappen (Red Bull Racing), a trzecie miejsce na podium zajął Charles Leclerc (Ferrari).
Hamilton wygrał zatem w tym sezonie już trzeci wyścig z rzędu i jest coraz bliżej obrony mistrzowskiego tytułu. Brytyjczyk ma już na koncie 88 punktów, a drugi w klasyfikacji kierowców, Valtteri Botas, traci już do swojego kolegi z zespołu 30 „oczek”. Trzecią pozycję zajmuje Holender Max Verstappen z Red Bull Racing (52 punkty). Z kierowców Alfa Romeo wyżej aktualnie znajduje się Włoch Antonio Giovinazzi, który ma jednak na koncie tylko dwa punkty. Raikkonen jak na razie ma zerowy dorobek i być może dlatego fiński kierowca stracił chęć do dalszego ścigania się w barwach takiego słabego zespołu, jakim jest obecnie Alfa Romeo. Przypomnijmy, że jednym ze sponsorów tej włoskiej ekipy jest PKN Orlen.
W klasyfikacji konstruktorów Alfa Romeo zajmuje trzecie miejsce od końca, wygrywając jedynie z ekipami Haasa i Williamsa (prowadzi rzecz jasna Mercedes z dorobkiem 146 pkt, przed Red Bull Racing, który ma już jednak na koncie 68 punktów mniej). Gdyby rzeczywiście Raikkonen po tym sezonie zrezygnował ze startów w Formule 1, jego naturalnym następcą w bolidzie Alfa Romeo wydaje się być Robert Kubica. Nasz kierowca jest z całą pewnością bardziej odporny na frustracje wynikające z niemożności prowadzenia wyrównanej rywalizacji z najlepszymi, niż ma jego fiński kolega z zespołu, bo już w poprzednim sezonie jako kierowca Williamsa w każdym wyścigu musiał oglądać plecy swoich rywali.
W tym roku dalej tę odporność umacnia, bo startując w wyścigowej serii DTM także mija metę na końcu stawki. W miniony weekend na torze Spa-Francorchamps w Belgii Kubica nie zdobył żadnego punktu do klasyfikacji generalnej mistrzostw DTM, zajmując w obu wyścigach 14. lokaty. Ale w wypowiedziach zapewniał, że może nie jest teraz dobrze, ale na pewno będzie lepiej. Kolejne wyścigi serii DTM odbędą się w dniach 14-16 sierpnia na niemieckim torze Lausitzring.

Hamilton już jest na czele stawki

Broniący mistrzowskiego tytułu Brytyjczyk Lewis Hamilton (Mercedes) wygrał Grand Prix Węgier i po trzech tegorocznych wyścigach z dorobkiem 63 punktów jest liderem klasyfikacji generalnej Formuły 1, wyprzedzając kolegę z zespołu, Fina Valtteriego Bottasa. W klasyfikacji konstruktorów oczywiście także przewodzi Mercedes.

Układ sił w tegorocznym, nietypowym z powodu pandemii sezonie Formuły 1, jest już wystarczająco klarowny, żeby bez większego ryzyka pomyłki przewidzieć, że to Mercedes obroni mistrzowski tytuł w klasyfikacji konstruktorów, a wśród kierowców po raz siódmy w ogóle, a czwarty z rzędu po tytuł sięgnie Hamilton. Przed Grand Prix Węgier liderem po dwóch austriackich wyścigach był jeszcze Valtteri Bottas, lecz fiński kierowca na torze Hungaroring słabo wystartował z drugiego pola i spadł nawet na szóste miejsce, ostatecznie jednak minął metę na trzeciej pozycji, po nieudanym pościgu w końcówce za holenderskim kierowcą Red Bull Racing Maxem Verstappenem. Rozczarowania nie krył szef zespołu Mercedesa Toto Wolff, który liczył na podwójne zwycięstwo. Ale co mają powiedzieć szefowie innych zespołów, szczególnie Ferrari? Po pierwszym okrążeniu Niemiec Sebastian Vettel był czwarty, a Monakijczyk Chalrles Leclerc tuż za nim, więc we włoskiej ekipie pojawiły się obawy, że ich zwaśnieni kierowcy znowu, jak przed tygodniem w Austrii, wyeliminują się z wyścigu po jakimś zderzeniu podczas próby wyprzedzania. Tym razem do takiej kompromitującej sytuacji nie doszło, ale szósta lokata Vettela i jedenasta Leclerca chluby ekipie Ferrari, 16-krotnemu mistrzowi Formuły 1, z pewnością nie przyniosły. Scuderia Ferrari w punktacji zespołowej po trzech wyścigach zajmuje dopiero piąte, jakże dla niej upokarzające miejsce.
Hamilton nie ma więc jak na razie poważnej konkurencji, poza rzecz jasna Valtteri Bottasem. Ale w Grand Prix Węgier Brytyjczyk zademonstrował rewelacyjna formę i pokazał, że jako kierowca F1 nie ma w tej chwili słabych punktów. W końcówce wyścigu uzyskał najlepszy czas okrążenia na miękkich oponach i zdobył dzięki temu dodatkowy punkt. Po zaledwie trzech wyścigach trudno sobie wyobrazić, aby ktoś w tym sezonie mógł mu przeszkodzić w zdobyciu kolejnego tytułu mistrza świata. A jeśli go zdobędzie, będzie to jego siódmy triumf w karierze, więc pod względem ich liczby dorówna rekordziście Michaelowi Schumacherowi. Na torze Hungaroring Hamilton odniósł swoje 86. zwycięstwo w karierze w wyścigu Formuły 1, więc Brytyjczyk goni też ten rekord wszech czasów Schumachera, który wygrał 91 wyścigów.
Na węgierskim torze wyzwanie kierowców Mercedesa na podium przedzielił Max Verstappen. 23-letni Holender kolekcjonuje nieformalne trofea przyznawane najmłodszemu uczestnikowi wyścigu: jest najmłodszym zdobywcą punktów, najmłodszym zdobywcą miejsca na podium, najmłodszym zwycięzcą i najmłodszym liderem wyścigu oraz najmłodszym autorem najszybszego okrążenia. Brakuje mu tylko najcenniejszego osiągnięcia – tytułu najmłodszego mistrza świata. Tu najlepszy jest Sebastian Vettel, który swój pierwszy mistrzowski tytuł w 2010 roku wywalczył w wieku 23 lata i 134 dni. Verstappen ma szansę go pobić, bo 30 września skończy dopiero 23 lata, ale wątpliwe by Hamilton się przejmował jego ambicjami i pozwolił mu na triumf w tegorocznym sezonie.
Sponsorowany przez PKN Orlen zespół Alfa Romeo, mimo zaangażowania Roberta Kubicy podczas jazd testowych i treningowych, zaliczył kolejny nieudany weekend. Po beznadziejnym występie w sesji kwalifikacyjnej (dwa ostatnie miejsca), w niedzielnym wyścigu kierowcom włoskiej ekipy poszło niewiele lepiej. Kimi Raikkonen i Antonio Giovinazzi zajęli odpowiednio 16. i 17. lokaty, a gorsi od nich byli jedynie obaj kierowcy Williamsa, George Russell i Nicholas Latifi, oraz Pierre Gasly z Alpha Tauri, który nie ukończył wyścigu. Jakby nie patrzeć, nasz paliwowy koncern jak na razie fatalnie wybiera ekipy Formuły 1 do promowania swojej marki.

Klasyfikacja kierowców F1:

  1. Lewis Hamilton (W. Brytania, Mercedes) – 63 pkt; 2. Valtteri Bottas (Finlandia, Mercedes) – 58; 3. Max Verstappen (Holandia, Red Bull Racing) – 33; 4. Lando Norris (W. Brytania, McLaren) – 26; 5. Alexander Albon (Tajlandia, Red Bull Racing) – 22; 6. Sergio Perez (Meksyk, Racing Point) – 22; 7. Charles Leclerc (Monako, Ferrari) – 18; 8. Lance Stroll (Kanada, Racing Point) – 18; 9. Carlos Sainz (Hiszpania, McLaren) – 14; 10. Sebastian Vettel (Niemcy, Ferrari) – 9; 11. Daniel Ricciardo (Australia, Renault) – 8; 12. Pierre Gasly (Francja, Alpha Tauri) – 6; 13. Esteban Ocon (Francja, Renault) – 4; 14. Kevin Magnussen (Dania, Haas) – 2; 15. Antonio Giovinazzi (Włochy, Alfa Romeo) – 2; 16. Daniił Kwiat (Rosja, Alpha Tauri) – 1; 17. Nicholas Latifi (Kanada, Williams) – 0; 18. Kimi Raikkonen (Finlandia, Alfa Romeo) – 0; 19. George Russell (W. Brytania, Williams) – 0; 20. Romain Grosjean (Francja, Haas) – 0.

Mercedes nadal dominuje

Pierwszy w tym sezonie wyścig Formuły 1, o Grand Prix Austrii na torze Red Bull Ring, zakończył się wygraną zespołu Mercedesa. Byłaby podwójna, gdyby nie kara dla drugiego na mecie obrońcy mistrzowskiego tytułu Lewisa Hamiltona. Brytyjskiego kierowcę ukarano przesunięciem na czwartą pozycję, dzięki czemu na podium obok jego kolegi z zespołu, Valtteriego Bottasa, stanęli Charles Leclerc z Ferrari i Lando Norris z McLarena.

Podczas wyścigu o GP Austrii przewaga Mercedesa nad resztą stawki była tak przytłaczająca, że ten skrócony w wyniku pandemii sezon raczej na pewno zakończy się triumfem niemieckiego zespołu. Red Bull Ring to najkrótszy tor w z wszystkich obiektów goszczących wyścigi Formuły 1. Bolidy Mercedasa biły na nim rywali o pół sekundy, co na dłuższych torach oznacza przewagę sekundy, co w tym sporcie oznacza technologiczna przepaść. A tyle do Bottasa i Hamiltona tracili Charles Leclerc, Norris, nie mówiąc o czterokrotnym mistrzu świata Sebastianie Vettelu, który nie był w stanie nawet przebić się w kwalifikacjach do fazy walki o pole position.
Ferrari nie poprawiło swoich osiągów w porównaniu do przedsezonowych testów i nie jest to dobry prognostyk na dalszą część zmagań, bo Włochom będzie bardzo trudno nadrobić w skróconym sezonie wszystkie braki. Ich bolidom brakowało przede wszystkim prędkości na prostej, co prawdopodobne było spowodowane złym ustawieniami. Możliwe wiec, że za tydzień służby techniczne te mankamenty zniwelują, ale to raczej na pewno nie pozwoli im przełamać dominacji Mercedesa.
A skoro o dominacji mowa, to szefowie niemieckiego zespołu mogą mieć sporo pretensji do zachowania Lewisa Hamiltona na Red Bul Ringu. Brytyjczyk nie zwolnił gdy wywieszono żółte flagi, bo jak twierdził, zapaliły się wtedy jednocześnie zielone światła. Za karę został na starcie przesunięty o trzy lokaty w tył stawki. Na szczęście drugi z kierowców Mercedesa, Bottas, trzymał poziom i startując z pierwszego miejsca szybko odskoczył rywalom na bezpieczną odległość. On też ostatecznie wygrał wyścig o GP Austrii, a drugi linie mety minął Hamilton, lecz Brytyjczyk został ukarany za spowodowanie kolizji w końcówce wyścigu i spadł na czwarte miejsce. Podium uzupełnili Charles Leclerc i Lando Norris, dla którego było to pierwsze podium w karierze.
Rozegrany bez udziału publiczności wyścig poprzedziła akcja mająca zwrócić uwagę na problem rasizmu. Nie wszyscy kierowcy zdecydowali się jednak na wykonanie symbolicznego „gestu Colina Kaepernicka”. Aż sześciu kierowców odmówiło uklęknięcia podczas prezentacji, co miało symbolicznym gestem wsparcia akcji „Black Lives Matter”. Wszyscy pojawili się wprawdzie na prezentacji w koszulkach z napisem „end racism”, a Lewis Hamilton, jedyny ciemnoskóry kierowca w stawce, założył nawet trykot z hasłem „Black Lives Matter”. Spośród dwudziestu zawodników nie uklęknęli Charles Leclerc, Max Verstappen, Carlos Sainz, Danił Kwiat, Kimi Raikkonen i Antonio Giovinazzi. Leclerc tak wyjaśnił swoje motywy wpisem na Twitterze: „Uważam, że ważne są fakty i zachowania w naszym codziennym życiu, a nie formalne gesty, które mogą być różnie odbierane w niektórych krajach. Nie uklęknę, ale to nie oznacza, że jestem mniej zaangażowany w walkę z rasizmem niż inni”. Podobne motywy wyjawił Max Verstappen: „Bardzo zależy mi na równości i walce z rasizmem. Uważam jednak, że każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie w czasie i formie, która mu odpowiada. Nie uklęknę dziś, ale szanuję i wspieram osobiste wybory każdego z kierowców”.
Klasyfikacja kierowców:

  1. Valtteri Bottas (Finlandia, Mercedes) – 25 pkt; 2. Charles Leclerc (Monako, Ferrari) – 18; 3. Lando Norris (Wielka Brytania, McLaren) – 16; 4. Lewis Hamilton (Wielka Brytania, Mercedes) – 12; 5. Carlos Sainz (Hiszpania, McLaren) – 10; 6. Sergio Perez (Meksyk, Racing Point) – 8; 7. Pierre Gasly(Francja, Alpha Tauri) – 6; 8. Esteban Ocon (Francja, Renault) – 4; 9. Antonio Giovinazzi (Włochy, Alfa Romeo) – 2; 10. Sebastian Vettel (Niemcy, Ferrari) – 1; 11. Nicholas Latifi (Kanada, Williams); 12. Daniił Kwiat (Rosja, Alpha Tauri); 13. Alexander Albon (Tajlandia, Red Bull Racing); 14. Kimi Raikkonen (Finlandia, Alfa Romeo); 15. George Russell (Wielka Brytania, Williams); 16. Romain Grosjean (Francja, Haas); 17. Kevin Magnussen (Dania, Haas); 18. Lance Stroll (Kanada, Racing Point); 19. Daniel Ricciardo (Australia, Renault); 20. Max Verstappen (Holandia, Red Bull Racing) – wszscy po zero punktów.

  2. Klasyfikacja konstruktorów:
  3. Mercedes – 37 pkt; 2. McLaren – 26; 3. Ferrari – 19; 4. Racing Point – 8; 5. Alpha Tauri – 6; 6. Renault – 4; 7. Alfa Romeo – 2; 8. Red Bull Racing – 0; 9. Haas – 0; 10. Williams – 0.

Mercedes maluje bolidy na czarno

W najbliższy weekend Formuła 1 zainauguruje opóźniony z powodu pandemii tegoroczny sezon wyścigiem o Grand Prix Austrii. Wydarzeniu towarzyszyć będzie wyjątkowa oprawa, nie mająca jednak nic wspólnego z koronawirusem. Motywem przewodnim będzie akcja #WeRaceAsOne przeciwko rasizmowi i dyskryminacji.

Na brak różnorodności w sporcie motorowym od dawna zwracał uwagę opinii publicznej jedyny ciemnoskóry kierowca w Formule 1, Brytyjczyk Lewis Hamilton. On też jako pierwszy z tego środowiska zaangażował się w kampanię Black Lives Matter. Nieoczekiwanie rozgłos tej jego aktywności nadał były wieloletni szef Formuły 1 Bernie Ecclestone, który w miniony piątek na antenie stacji CNN stwierdził, że w sportach motorowych, w tym zwłaszcza w F1, nie ma większego problemu z rasizmem. 89-letni obecnie Ecclestone zawsze słynął z wygłaszania kontrowersyjnych opinii, nie inaczej było i tym razem, bo w trakcie wywiadu pozwolił sobie na ryzykowną opinię, iż „czasem czarni są większymi rasistami niż biali”. Te słowa wywołały natychmiast medialną burzę. Hamilton nazwał wypowiedź Ecclestone’a „popisem ignorancji”, a obecny szef Formuły 1 Chase Carey stwierdził, że tego typu wypowiedzi są szkodliwe i podkreślił, że Ecclestone „nie jest już w żaden sposób związany z F1”.
Wywołany do tablicy brytyjski milioner udzielił więc kolejnego wywiadu, tym razem na łamach dziennika „The Mail”. „Nie jestem przeciwko czarnym. Wręcz przeciwnie. Zawsze byłem im bardzo przychylny. Był nawet okres, gdy ojciec Lewisa chciał ze mną współpracować, bo zrobił dobry sprzęt do treningu i szukał inwestora. Nigdy bym nie pomyślał o współpracy z nim, gdybym był przeciwko czarnym. W swoim długim już życiu spotykałem wielu białych ludzi, których nie lubiłem, zaś nigdy nie spotkałem czarnoskórego, którego bym nie polubił. Kilkukrotnie zostałem okradziony przez czarnych, ale nawet po takich sytuacjach nie zmieniłem swojego nastawienia, choć raz po obrabowaniu skończyłem w szpitalu. Nie patrzę na Lewisa jako na człowiek o innym kolorze skóry. Dla mnie był, jest i zawsze będzie po prostu Lewisem” – powiedział Ecclestone.
Wyjaśnił też, dlaczego nie akceptuje niektórych aspektów ruchu Black Lives Matter. „Ludzie idą na marsze czy protesty, organizowane przez jakichś marksistów, by obalić policję. Gdyby ktoś jednak ich zapytał o co walczą, to większość z protestujących nawet nie wiedzieliby co odpowiedzieć. To nie moja wina, że jestem biały, tak samo jak nie jest moją winą, że jestem niższy od większości ludzi. Już w szkole nazywali mnie mikrusem i musiałem z tym żyć, ale nigdy nie przyszła mi do głowy nawet myśl, że z tego powodu powinienem być jakoś specjalnie przez innych traktowany. Nie jestem rasistą, a tylko uważam, że jeśli biały lub czarny traci pracę, to najpierw trzeba sprawdzić, czy stało się to z powodu koloru skóry, czy może dlatego, że nie źle wykonywał swoją pracę” – przekonywał Ecclestone.
W Formule 1 nikt jednak nie podziela jego poglądów, czego najlepszym dowodem jest akcja pod szyldem #WeRaceAsOne. Jej pomysłodawcy chcą zwrócić uwagę na problem dyskryminacji rasowej. Przed pierwszym w tym sezonie wyścigiem, a po odwołaniu z powodu pandemii koronawirusa wcześniejszych imprez inauguracja tegorocznych zmagań odbędzie się w Austrii na torze Red Bull Ring w Spielbergu, broniąca mistrzowskiego tytułu ekipa Mercedesa zaprezentowała swoje najnowsze bolidy w nietypowych czarnych barwach. Na samochodach pojawią się też elementy z oznaczeniem „End Racism”. „W 2020 roku będziemy się ścigać na czarno, jako publiczna obietnica poprawy różnorodności naszego zespołu i jasne oświadczenie, że przeciwstawiamy się rasizmowi i wszelkim formom dyskryminacji. Przed końcem tego sezonu ogłosimy też nowy program różnorodności i integracji, który będzie obejmował między innymi dalsze podnoszenie świadomości członków naszego zespołu” – podano w oficjalnym komunikacie wydanym przez zespół Mercedesa. Szefowie niemieckiego teamu zapewnili, iż te zmiany są już nieodwracalne.
Robert Kubica ma się pojawić na obu wyścigach F1 w Austrii, aby wspierać swoją ekipę z garażu. Polak może też otrzymać szansę występu, gdyby okazało się, że na koronawirusa zachorował któryś z podstawowych reprezentantów Alfy Romeo – Kimi Raikkonen albo Antonio Giovinazzi. Jakie szanse ma sponsorowany m.in. przez PKN Orlen włoski zespół? Podczas przedsezonowych testów w Barcelonie, które odbyły sie pod koniec lutego tego roku, sądząc wedle uzyskiwanych czasów, także przez Kubicę, bolidy Alfa Romeo plasowały się na ósmym miejscu w stawce.