Francja zwraca czaszki

W Algierii pogrzebano uroczyście czaszki 24 bojowników o niepodległość kraju z XIX w. Do tej pory stanowiły część kolekcji paryskiego Muzeum Narodowego Historii Naturalnej. Na początku kolonizacji Algierii (1830) francuscy żołnierze masowo ucinali głowy swoim przeciwnikom, pierwszym powstańcom, bez posługiwania się gilotyną. Algieria oczekuje, że Francja przeprosi za kolonizację.

To prezydent Macron zdecydował, by zwrócić resztki Algierczyków, trzy lata temu, gdy ogłosił w Algierze, że kolonizacja to „zbrodnia przeciw ludzkości”, z czym nie zgadza się Izrael. We Francji to skrytykowano, z obaw o żądanie odszkodowań. Ale Algierii zależy na przeprosinach: bywało, że Francuzi zachowywali się w tym kraju jak dzicz. Wielkie masakry, tortury, obywatelstwo tylko dla białych i Żydów. Na dzisiejszym pogrzebie mieszkańcy Algieru byli bardzo wzruszeni.
Tamtejszy prezydent Abdelmadżid Tebbun powiedział mediom: „Dostaliśmy już pół-przeprosiny. Trzeba zrobić jeszcze jeden krok. Tego sobie życzymy.” Przywódca algierski urodził się w roku wielkiej rzezi dokonanej przez Francuzów 8 maja 1945 r., w dniu zwycięstwa w II wojnie światowej. Protesty antykolonialne zduszono poprzez zabicie ok. 30 tys. mieszkańców miast północno-wschodniej części kraju. Algierska wojna wyzwoleńcza (1954-1962) znowu przyniosła cierpienia i śmierć. Kraj był francuską własnością przez 132 lata, zanim wybił się na niepodległość.
Kobiety wyraźnie płakały przy trumnach pochowanych wkrótce w ziemi wielkiego, stołecznego cmentarza El-Alia, w kwaterze „męczenników Rewolucji Algierskiej”. W styczniu 2018 r. rząd algierski oficjalnie zwrócił się o zwrot czaszek i archiwów z epoki kolonialnej. Sprawy polityki historycznej są przyczyną algiersko-francuskich sporów dyplomatycznych. Prezydent Macron na razie nie wyrywa się z przeprosinami, czeka, nie zrobił prezentu na dzisiejsze algierskie święto narodowe.

Wzrost bezrobocia w Europie – Airbus zwalnia 15 tysięcy ludzi

Do lata przyszłego roku europejski Airbus pozbędzie się co najmniej 15 tysięcy stanowisk pracy w związku z kryzysem epidemicznym, który pociągnął za sobą bezprecedensowy od II wojny światowej spadek zamówień na samoloty pasażerskie i towarowe. To tylko jeden z sektorów dotkniętych masowymi zwolnieniami. Niestety, zapowiada się sporo innych tego typu masowych likwidacji miejsc pracy.

Znaczne ograniczenie produkcji Airbusa pociągnie za sobą również liczne zwolnienia wśród zewnętrznych dostawców i podwykonawców, na razie trudne do policzenia. Wczorajsze ogłoszenie redukcji zatrudnienia wywołało szok wśród pracowników i współpracowników firmy. Ludzie spodziewali się jakichś zwolnień, lecz nie w takiej skali. W Niemczech na bezrobocie pójdzie ponad 5 tys. osób, podobnie we Francji. W Wielkiej Brytanii 1700 pracowników pożegna się z Airbusem, prawie tysiąc w Hiszpanii i 1300 w innych krajach. Rozmiar „szkód pobocznych”, tj. zwolnień w przedsiębiorstwach współpracujących z firmą, może być jeszcze większy.
Wielki producent samolotów ma zamiar jakoś ograniczyć fatalne skutki tych redukcji. Twierdzi, że chce wykorzystać „wszystkie dostępne środki ochrony pracowników”, tzn. stosować np. przejścia na wcześniejsze emerytury, wypłacać odszkodowania itp., lecz będzie to wszystko przedmiotem negocjacji ze związkami zawodowymi, które już zapowiadają walkę najpierw o ograniczenie liczby zwolnień, a potem o ich szczegółowe warunki. Część wojskowa produkcji Airbusa jest mniej dotknięta kryzysem, lecz i tu ponad 2,6 tys. miejsc pracy zostanie zlikwidowanych.
We Francji z fabrykami Airbusa współpracuje blisko 800 przedsiębiorstw zatrudniających 86 tys. ludzi i bardzo podobnie wygląda to w Niemczech, nie licząc tysięcy drobnych podwykonawców. „Fala uderzeniowa” tak wielkich redukcji w Airbusie wyjdzie z pewnością poza sektor lotniczy, bo wiele przedsiębiorstw pracuje równocześnie dla innych branż, również dotkniętych dużymi problemami. Skala bezrobocia wywołanego epidemią i walką z nią na naszym kontynencie będzie znana tak naprawdę dopiero jesienią. Plan pomocowy Unii może niestety być niewystarczający, by powstrzymać kryzys.

Śmieszny kraj Francja

François Fillon, premier w trzech gabinetach, polityk zasłużony i z pewnością z koneksjami, został skazany na 5 lat więzienia za to, że zatrudniał swoją żonę jako asystentkę i płacił jej nieproporcjonalnie dużo.

Penelope Fillon została zatrudniona przez swojego męża jako asystentka w latach 1998-2013. Przez ten czas pobierała wysokie uposażenie, którego suma wyniosła 831,4 tysiąca euro. Skandal odkryła i upubliczniła znana satyryczna gazeta francuska „Le Canard enchaîné”. Pozbawił on wówczas Fillona szans na fotel prezydenta Francji, choć w rankingach prowadził.
Paryski sąd, który badał sprawę uznał, że były premier jest winny fikcyjnego zatrudnienia i sprzeniewierzył państwowe pieniądze (asystentka była opłacana z budżetu państwa) i skazał Fillona na 5 lat więzienia w tym trzy w zawieszeniu. Oznacza to, że były premier musi spędzić za kratami dwa lata. Wyrok nie jest prawomocny, adwokat Fillona natychmiast wniósł apelacje, zatem były premier nie musi od razu iść za kraty. Poza tym orzeczono zakaz pełnienia funkcji publicznych na 10 lat. Penelope Fillon dostała trzy lata w zawieszeniu. Dodatkowo oboje musza zapłacić grzywnę w wysokości 375 tysięcy euro. Trzeci oskarżony, Marc Joulaud, został skazany na dwa lata w zawieszeniu i 20 tysięcy euro grzywny. Sąd uznał, że zapłata dla pani Fillon była „nieproporcjonalna do wykonywanej pracy” oraz że była przyjęta na bezwartościowe stanowisko”.
W zasięgu skandalu znaleźli się także dwaj synowie byłego premiera, którzy również jakoby wykonywali usługi prawnicze dla Fillona, gdy był senatorem.
I pomyśleć, że gdyby zatrudnianie pociotków, żon i krewnych było w Polsce traktowane jak we Francji, to nasz kraj nagle przestałby pracować

Francja jako marzenie

Z perspektywy polskiego poziomu życia mówienie o kryzysie we Francji, jest jak mówienie w PRL o kryzysie kapitalizmu na Zachodzie. Kpiarze w Polsce odpowiadali na to: „Kapitalizm umiera, ale jaka to piękna śmierć”. Daj nam boże w Polsce taki kryzys – z Markiem Ostrowskim, publicystą tygodnika „Polityka”, byłym korespondentem Polskiej Agencji Prasowej w Paryżu, Genewie i Londynie, autorem książki „Francuski sen” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Znawcy Francji, komuś, kto pracował w niej jako dziennikarz i korespondent przez prawie siedem lat, nie ma sensu zadawać pytania, dlaczego napisał tę książkę. Wypada natomiast wypytać go, jak widzi dzisiejszą Francję. Jaka ona jest?
Na pewno, mimo swego ogromnego potencjału, nie należy już do pierwszego szeregu potęg, możnych tego świata. Zajmuje miejsce w drugim, a pod pewnymi względami nawet w trzecim szeregu. Oczywiście Francja jest krajem bogatym, zwłaszcza tym bogactwem, które zgromadziła przez wieki rozwoju. Natomiast niewątpliwie cierpi jej rewolucyjne marzenie związane z dewizą Republiki „Liberté, Egalité, Fraternité” – wolność, równość braterstwo. Zawsze mi imponowało, a nawet czasem wzruszało to, że w całej Francji, także w małych miasteczkach i wioskach na szkołach, urzędach, nawet koszarach strażackich widnieje ta dewiza. I choć praktyczna jej realizacja pozostawia często bardzo wiele do życzenia, to jest w tym coś pięknego, jakieś marzenie o wielkiej, sprawiedliwej Francji. Tak czy inaczej, redystrybucja dochodu narodowego jest największa w Europie. Funkcjonuje też podatek – ostatnio trochę okrojony – od wielkich fortun, którego nie ma w innych krajach.
Od ponad roku trwa we Francji silne napięcie, pełzający kryzys polityczny, w tym protest „żółtych kamizelek”. Na przestrzeni ostatnich lat ukazało się kilka głośnych książek, m.in. „Le suicie français” („Francuskie samobójstwo”) Ericka Zemmoura czy „La France qui tombe” („Francja, która upada”) Nicolasa Bavereza. Już same tytuły są alarmistyczne, a nawet apokaliptyczne. Czy podziela Pan, a przynajmniej przyjmuje do wiadomości te diagnozy ?
Rzeczywiście, była cała seria głośnych książek wskazujących na głęboki pesymizm elit. Jednak obserwator zagraniczny jest tarapatach, bo gdy porówna praktyczne życie we Francji z tym, co ma w swoim kraju – to widzi, że Francji daleko do upadku. Francja ostatnio odnotowała wzrost gospodarczy, nawet w porównaniu z Niemcami, poza tym ma duże zasoby. Z perspektywy polskiego poziomu życia mówienie o kryzysie we Francji, jest jak mówienie w PRL o kryzysie kapitalizmu na Zachodzie. Kpiarze w Polsce odpowiadali na to: „Kapitalizm umiera, ale jaka to piękna śmierć”. Daj nam boże w Polsce taki kryzys. Widzę nie tyle upadek, co narodziny nowego społeczeństwa. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Francja radykalnie zmieniła się społecznie. Stała się bardzo zróżnicowana i podzielona, niczym archipelag odmiennych wysepek. „Archipelag” to w tym przypadku termin użyty przez analityka politycznego Jerome’a Fourqueta, który przedstawił rozliczne nowe linie podziałów społeczeństwa – linie pokoleniowe, ideologiczne, etnokulturowe, w dostępie do kultury i edukacji. Za jedną z najważniejszych zmian uważa się dziś zanik tradycji katolickich, prędkość z jaką ewoluowały poglądy większości społeczeństwa na takie sprawy jak przerywanie ciąży czy związki jednopłciowe albo na traktowanie zwierząt. Fourquet twierdzi, że wielowiekowa matryca judeo-chrześcijańska, już i tak osłabiona, zniknie zapewne na przestrzeni jednego pokolenia.
A co z ostrymi przestrogami przed inwazją radykalnego, agresywnego islamizmu we Francji? Przyznam, że od czasu masakry w Paryżu 13 listopada 2015 roku, nie jestem już tak totalnie wyluzowany jak kiedyś, gdy siedzę na tarasie paryskiej kawiarni…
Co do radykalnego islamizmu, to jestem po tej stronie sporu, która nie podziela apokaliptycznych prognoz. Ogromna większość spośród tych ponad sześciu milionów muzułmanów (szacunki liczbowe są tu różne), którzy mieszkają we Francji, to lojalni obywatele Francji. Liczba muzułmanów zatrudnionych we francuskich służbach państwowych, w tym mundurowych, lojalnych wobec Republiki, znacząco przewyższa liczbę radykalnych islamistów. Nie widzę więc akurat tu zagrożenia dla Francji. Zagrożenia, które jej dotyczą, dzieli ona z całym światem – to zagrożenie klimatyczne. Istnieje natomiast nie problem religijny, lecz społeczny, przypomniany ostatnio przez film „Nędznicy” – młodzież z zaniedbanych blokowisk, która nie widzi przed sobą nadziei na wykształcenie i dobrą pracę.
O Francji mówi się czasem jako o „monarchii republikańskiej”, w związku z bardzo silną pozycją prezydenta. Czy Francuzi chcieliby zmienić ustrój swojego państwa, chcieliby zakończenia V Republiki, nowej konstytucji?
Nie widzę w nich takiego imperatywu. Mam wrażenie, że większość Francuzów jest przywiązana do obecnego ustroju, m.in. z uwagi na …przywiązanie do francuskiej, monumentalnej celebry. Ten kto nigdy nie widział żadnej oficjalnej uroczystości francuskiej, ten nie może sobie wyobrazić jakie to wywiera wrażenie. Zaraz na początku pracy we Francji uczestniczyłem w pogrzebie pisarza, Romaina Gary’ego na dziedzińcu paryskiego Pałacu Inwalidów. Zebrani pod filarami żałobnicy widzieli z oddali samotną, nakrytą sztandarem trumnę pośrodku ogromnego pustego dziedzińca. To świadoma inscenizacja teatralna, w której wyraża się godność Francji. Francuzi to kochają i nie chcą się tego wyzbywać. Ścięli po Rewolucji swojego króla, ale z pietyzmem zachowują budowle, które wznieśli jego przodkowie i następcy. Francja jest republiką, ale przejęła spadek po monarchii i ludzie nie widzą w tym niczego nadzwyczajnego.
O obecnym prezydencie Francji, Emmanuelu Macron mówi się tam nieraz ironicznie jako o „Jowiszu”. Jak Pan widzi jego przyszłość, biorąc pod uwagę, że w trzy bez mała lata po wygranej wyborczej mocno stracił na popularności?
We Francji to niemal reguła, że prezydent dochodzi do władzy na fali entuzjazmu, po czym szybko traci na popularności i jest atakowany. Dotyczyło to poprzedników Macrona, z de Gaulle’m na czele. Macron podjął się bardzo trudnego zadania zmiany systemu emerytalnego we Francji, a raczej systemów, bo jest ich kilkadziesiąt; prawie każda branża, czy profesja ma swój odrębny system. Nie wiem, czy wygra tę grę, w której związki zawodowe, bardzo silne we Francji, stawiają bardzo silny opór, ale zmiana systemu emerytalnego we Francji jest niezbędna. Niezbędna jest też korekta tego typu kapitalizmu, który potęguje nierówności. To nie przypadek, że właśnie we Francji powstało dzieło ekonomisty Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”. Warto z niego zapamiętać co najmniej jedno stwierdzenie: że na dłuższą metę nie może przetrwać system ekonomiczny, w którym szybciej rosną zyski z kapitału niż zyski z pracy. To przecież chore.
Czy wyobrażalne jest dla Pana wygranie wyborów prezydenckich przez Marine Le Pen?
Przyznam, że bardzo długo uważałem, iż Front Narodowy (dziś pod nazwą Zgrupowanie Narodowe) i osobiście pani Le Pen może uzyskać w wyborach najwyżej 20 procent głosów i koniec. Biorąc pod uwagę obecne nastroje we Francji straciłem tę pewność. Doszło przecież do kompletnej rozsypki politycznej wielkich zasłużonych partii: Potężna niegdyś francuska Partia Socjalistyczna, dziś ma poparcie ledwo przekraczające 6 procent, nie mniej potężna kiedyś Francuska Partia Komunistyczna praktycznie nie istnieje. Osłabli neogauliści czy Republikanie.
Czy ma jeszcze znaczenie we francuskim życiu społecznym i politycznym ten tradycyjny grunt wykształcenia racjonalistycznego, kartezjańskiego, opartego na dziedzictwie Oświecenia?
Niestety, Francja i Francuzi także podlegają wpływom szaleństwa obecnego świata, więc coraz mniej w tym zachowaniu racjonalności. Postawa Francuzów, narodu tradycyjnie bardzo rozsądnego, wobec prób reformy emerytalnej, ich zaciętość w oporze przeciw niej, jest jednym z przejawów tej zmiany. W jednym Francuzi się nie zmieniają. W swoich namiętnościach kulinarnych. Tematem rozmów towarzyskich pozostaje jedzenie. Potrafią mówić o tym godzinami. Byłem świadkiem wielu takich rozmów i obserwowałem sytuacje, w których mój gospodarz projektował najbliższy posiłek w sposób niemal poetycki, opierając menu obiadu czy kolacji na otaczającym krajobrazie i kolorycie nieba w danym momencie. To jest w świecie unikalne.
Co Panu imponuje we Francuzach?
Zdolność do błyskawicznej, masowej mobilizacji społecznej. W Polsce jest niezwykłe i zdarza się bardzo rzadko, gdy na ulice wyjdzie w demonstracji kilkadziesiąt tysięcy osób. Zazwyczaj jest to kilkaset osób lub, rzadziej, kilka tysięcy uczestników. Najlepszy argument: na ulice Paryża, w proteście przeciw wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego w 1981 roku, wyszło, niemal tego samego dnia, ponad trzysta tysięcy osób. Podkreślam: nie w swojej sprawie krajowej, nie o podwyżkę cen czy emerytury, lecz w proteście wobec niesprawiedliwości w obcym, odległym w końcu kraju. W maju 1968 roku w manifestacji poparcia dla de Gaulle’a wzięło w Paryżu udział ponad milion osób, podobnie jak w 1972 roku, w marszu na rzecz zniesienia zakazu aborcji, a za prezydentury François Mitterranda, w obronie szkół prywatnych wyszło na ulice miast ponad dwa miliony osób. To siła społeczeństwa obywatelskiego, o jakiej w Polsce możemy tylko pomarzyć.
Francja w oczywisty sposób kojarzy się z wielką kulturą, w tym literaturą, teatrem, filmem, malarstwem, architekturą. Dziś to promieniowanie kultury francuskiej bardzo się zmniejszyło. Trudno wskazać naprawdę wielkich pisarzy, reżyserów czy malarzy francuskich. Czy widzi Pan szanse na odwojowanie przez Francję tej pozycji?
Jasne, że Francja kiedyś panowała, definiowała sztukę życia. Najlepszy dowód, że nawet w rywalizującej z nią o panowanie nad światem Anglii – do dziś stosuje się termin francuski „savoir vivre”. Ale najważniejszym wehikułem kultury jest język, a panowania angielskiego nie da się odwrócić. Więc palmę pierwszeństwa w kulturze popularnej dzierżą dziś kraje anglosaskie. Mimo, że Francja broni się przed amerykanizacją, to pewnych procesów nie jest w stanie zatrzymać. Współczesna kultura anglosaska i w ogóle dzisiejszy świat odznacza się dążeniem do uproszczeń, a kulturę francuską charakteryzowało wyrafinowanie i precyzja, znamienna także dla języka francuskiego. Tylko starsze pokolenie pamięta na przykład dawną potęgę francuskiej piosenki, którą nadawano obficie w Polskim Radiu w okresie PRL. Edith Piaf, Mireille Mathieu, Charles Aznavour, Jacques Brel i inni towarzyszyli nam niemal na co dzień. To stare dzieje, mój „Francuski sen” rozpoczął się od lektur, od fascynacji „Małym Księciem” de Saint-Exupery’ego, „Nędznikami” Wiktora Hugo czy „Trzema muszkieterami” Dumasa-Ojca.
Jak dziś ocenia Pan stosunek Polaków do Francuzów?
Pamięć o Wielkiej Emigracji to już prehistoria. Po bardzo dawnym uwielbieniu, pojawił się chłód, nawet niechęci, kpiny. Ciągle funkcjonują w Polsce takie określenia jak „żabojady” czy „Francuziki”. Poza tym, nie widać, by nasz rząd głosił hasła przyjaźni do Francji. Choć to stare dzieje, nie bez wpływu na opinię pozostaje pamięć 1939 roku, kiedy to Francja nie udzieliła Polsce wojskowej pomocy zadeklarowanej w umowach gwarancyjnych. Jednak Polacy na ogół nie biorą pod uwagę tragicznych doświadczeń francuskich, także cierpień, które wpłynęły na ich postawę. Trzeba tu wspomnieć śmierć prawie półtora miliona młodych Francuzów poległych w bitwach Wielkiej Wojny 1914-1918, w tym pod Marną i Verdun. Także w 1940 roku szokiem była błyskawiczna klęska armii francuskiej, najpotężniejszej armii świata, w majowo-czerwcowej kampanii z Niemcami, a także szok moralny, wywołany zatopieniem przez Anglików, sojuszników, francuskiej floty pod Mers-el-Kebir, 3 lipca 1940 roku. Z kolei wizerunek Polski w oczach Francuzów bardzo ostatnio nadwerężyły rządy PiS. Wykształceni Francuzi dobrze znają sytuację w Polsce, „Le Monde” pozostaje chyba najlepszym i najobszerniejszym źródłem informacji zagranicznych w Europie.
Dziękuję za rozmowę.

Marek Ostrowski – ur. 1944 r. w Wilnie,  dziennikarz , z wykształcenia prawnik, komentator polityki zagranicznej w tygodniku „Polityka”, przez kilkanaście lat szef jego działu zagranicznego. Przed laty stały uczestnik popularnego programu „7 dni świat”. W latach 1979–1986 był korespondentem Polskiej Agencji Prasowej we Francji, w latach 1989–1991 w Genewie, a w latach 1991–1994 w Londynie. Po powrocie do kraju pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego Redakcji Zagranicznej Polskiej Agencji Prasowej. W 2000 roku otrzymał nagrodę Trójkąta Weimarskiego. W 2012 r. za przyczynienie się do lepszego poznania Francji w Polsce oraz wybitną działalność dziennikarską, został Kawalerem Francuskiego Orderu Legii Honorowej. Autor książek: „Co nas obchodzi świat. Ściągawka na czas chaosu” (2006), Teatr sprawiedliwości. Aktorzy i kulisy” ( 2015). Jego w wydana w ubiegłym roku książka „Francuski sen” ( 2019), to bogata, fascynująca i napisana błyskotliwym stylem opowieść-esej o Francji, tej dawnej i współczesnej, o jej kulturze i polityce, o ludziach i zjawiskach.

Francuzi się nie poddają

70 proc. Francuzów sprzeciwia się neoliberalnej reformie emerytur i żąda dymisji rządu.

29 stycznia po raz ósmy od początku strajków i demonstracji (tj. od 5 grudnia) setki tysięcy ludzi wyszły na ulice, by powstrzymać antyspołeczne szaleństwo Emmanuela Macrona. Manifestanci szukają nowych form protestu.

W Paryżu demonstrowało przeciw rządowi ok. 180 tys. ludzi ze wszystkich grup zawodowych, 75 tys. w Marsylii. W skali kraju liczba demonstrujących była niższa niż ostatnio, lecz sondaże wskazują wzrost ludowej determinacji. Odrzucenie „reform” neoliberalnego reżimu, których celem jest pauperyzacja klas pracujących, jest powszechne, zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Znaczna część kolejarzy po 50 dniach strajku i braku wypłat musiała wrócić do pracy, ale energetycy wyłączają prąd, rafinerie są blokowane, jak i część portów oraz dworców. Strajkują m.in. nauczyciele, adwokaci, personel szpitalny, służby oczyszczania miast i inne zawody.

Lewica (Nieuległa Francja) wniesie do parlamentu wniosek o wotum nieufności do rządu w związku z opinią Rady Stanu, która określiła projekt ustawy o emeryturach jako niekompletny i niespójny prawnie. Dziury w ustawie ma uzupełnić 29 dekretów rządowych, których treści nikt nie zna.
Znany jest za to cel „reformy”: przedłużenie okresu pracy, zmniejszenie emerytur i przekazanie części społecznych pieniędzy amerykańskim prywatnym holdingom finansowym, szczególnie koncernowi BlackRock. To część niszczenia francuskiego systemu socjalnego, prowadzonego przez klikę Macrona.

Epickie sceny na ulicach Paryża rozegrały się 27 stycznia. Na manifestację do Paryża przybyli z całego kraju strajkujący strażacy, którzy demonstrowali w pełnym stroju bojowym. Doszło do licznych starć ulicznych z policją, było wielu rannych. Strażacy zaatakowali policyjną barykadę, która miała zastopować ich marsz. Oni również odrzucają skandaliczną reformę systemu emerytalnego, jak i neoliberalny autorytaryzm obecnego reżimu. Rząd nie ma zamiaru ustępować: liczy na ludzkie zmęczenie i policję, której „reforma” nie obejmie. Związki zawodowe zaplanowały na 6 lutego kolejny dzień ogólnokrajowych protestów.

Afrykański Adolf Hitler, czyli Sahel i wojna

O europejskich konsekwencjach napadu NATO na Libię w 2011 r. wszyscy chyba słyszeli: rozwój dżihadyzmu w tym kraju rozdartym wojną do dzisiaj i niebywały kryzys migracyjny, który, oprócz kaskady ludzkich dramatów, przyczynił się do kariery politycznej skrajnej prawicy a naszym kontynencie. Ale skuteczne zlikwidowanie państwa libijskiego przez Sojusz Północnoatlantycki przyniosło też tragiczne konsekwencje dla samej Afryki, szczególnie zachodniej. O tym mówi się dużo mniej.

Napis „Precz z polityką francuską w Afryce” z portretem prezydenta Emmanuela Macrona jako Hitlera mógłby świadczyć, że były bankier jest tam znienawidzony bardziej nawet niż we Francji, lecz w krajach Sahelu nie robi się sondaży na ten temat. W każdym razie, na manifestacjach w Bamako, Niamej i Wagadugu od wielu miesięcy można przeczytać na transparentach rzeczy dość szokujące – że Francuzi popełniają „ludobójstwo w Sahelu”, albo że np.„Francja to terroryści” i wszędzie widać to „precz”.
Sahel jako pojęcie geograficzne jest szersze niż jego sens polityczny: konkretnie obejmuje pięć dawnych francuskich kolonii, które w ubiegłym wieku stały się półkoloniami – Mauretanię, Mali, Czad, Niger i Burkina Faso. Nazwy te niewiele Polakowi mówią, ale razem te kraje dają obszar sporo większy od Unii Europejskiej. W niecałe dwa lata po rozbiciu Libii przez NATO (z czołowym udziałem Francji), Paryż był zmuszony wysłać do Sahelu dodatkowe tysiące żołnierzy, bo kryminalny wyczyn NATO (110 tys. zabitych i zniszczenie niemal całej infrastruktury cywilnej) zdestabilizował cały region.
W Libii od razu zaczęła działać na całego Al-Kaida Maghrebu Islamskiego (AKMI), a gdy dżihadyści opróżnili pozbawione ochrony libijskie magazyny broni, zaczęli wraz z nią roznosić swe idee po całej Saharze i na południe od niej. Ale to właśnie francuscy żołnierze, wysłani nagle do „walki z terroryzmem”, są głównym celem nieprzychylnych napisów na transparentach.
Nowy zasięg dżihadu
Kraje Sahelu to czołówka światowego ubóstwa. W zasadzie wszystkie mają różne mineralne bogactwa pod ziemią, lecz nie mają środków, by je wydobywać. W takim Nigrze, gdzie bieda aż piszczy, Francuzi wydobywają w wielkich kopalniach np. uran, którym dzielą się z Amerykanami (pilnują go zresztą armie obu tych mocarstw), ale obywatelom Nigru niewiele to daje, jeśli odliczyć miejscowe władze, zwykle dobrze opłacone. Ale nie chodzi nawet o minerały. Francuska oligarchia jest tak przyzwyczajona do wyzysku Afryki, że traktuje ją jak swój ogródek. Francuski bank centralny kontroluje finanse aż 14 byłych kolonii w regionie – ich waluty zostały podpięte bezpośrednio pod euro, a tak silna waluta w tak ubogich krajach nie daje szans na rozwój.
Ludność Sahelu ciągle korzysta więc z pustynnego przemytu. Arabowie, Tuaregowie i pustynne plemiona nomadów przewożą z portów Maghrebu na drugą stronę Sahary wiele tanich towarów, ale przemycają też broń z Libii i wysyłają do Europy afrykańskich emigrantów oraz południowoamerykańską kokainę lądującą spokojnie w atlantyckich portach Afryki. Natowska likwidacja państwa w Libii była jak rozbicie banku – wzmogła ten przemyt do nigdy nie widzianych rozmiarów i pozwoliła świeżym, mocno uzbrojonym i zorganizowanym dżihadystom z Libii opanować tradycyjne szlaki handlowe na południe.
Właściwie, kiedy w Mali lądowały pierwsze dodatkowe jednostki francuskie, w styczniu 2013 r., na pustynnej północy kraju było tylko kilka obozowisk AKMI, kilka okupowanych przez nią miejscowości, ale im więcej Francuzów przybywało, tym bardziej rosła siła dżihadu. Po dwóch latach powstało Państwo Islamskie Wielkiej Sahary (PIWS), które dziś dzieli swe wpływy w Sahelu z Grupą Poparcia Islamu i Muzułmanów (GPIM), zależną od Al-Kaidy. Pustynna wojna nabrała tempa.
Początek niechęci
Francuska operacja, zwana z początku „Serval” (dziś „Barkhane” – „pustynna wydma”) miała trwać tylko 6 miesięcy.
W 2013 r. Francuzi szybko odbili miasteczka zajęte przez dżihadystów, co przyniosło im szacunek Malijczyków. Ale saharyjska pustynia to gigantyczny obszar, a z Libii ciągle nadchodziła broń i posiłki. Przemytnicze połączenie z Nigerią pozwoliło wzmocnić tamtejszych bojowników dżihadu z Boko Haram, ale przede wszystkim utrzymywało buntowników Sahelu. Francuzi wybrali sobie za sojuszników Tuaregów, saharyjskich przemytników „od zawsze”, dla których nowi przemytnicy-dżihadyści byli niepożądaną konkurencją handlową.
Problem w tym, że Francuzi, odbiwszy miejscowości północnego Mali, zabronili malijskiemu wojsku wrócić na te tereny. Inaczej mówiąc, stanęli po stronie Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu (NRWA), złożonego w znacznej części z byłych żołnierzy przywódcy Libii Muammara Kaddafiego. Azawad to nazwa środka Sahary i wymarzonego przez część Tuaregów własnego państwa. Miałoby sie ono znajdować właśnie w północnym Mali, jeśli na mapie przeciąć ten kraj w najwęższym miejscu. Oczywiście czarne, osiadłe ludy malijskie z południa nie chcą oddać pustynnej części swego kraju, tym bardziej, że pod piaskiem północy znajdują się nie eksploatowane złoża ropy. Podejrzewają, że chcą na ich położyć rękę francuskie koncerny, w zmowie z Tuaregami.
Pif-paf
Po siedmiu latach zbrojnej obecności Francuzów, jak i wojsk ONZ, w Mali, Nigrze i Burkina Faso nastroje antyfrancuskie sięgają szczytu. Do tego stopnia, że przypisuje się Francuzom już nie tylko kolonialne nadużycia (nie traktują miejscowych z przesadnym szacunkiem), ale nawet ciche popieranie dżihadystów. W dwóch pozostałych krajach Sahelu – Czadzie i Mauretanii – panuje relatywny spokój, lecz tam jest najmniej wojskowych. Ludzie na ogół nie mogą uwierzyć, że obecne w Mali i Nigrze armie (francuska i amerykańska) nie są w stanie pokonać ubogiego sahelskiego dżihadu, mimo gigantycznej przewagi technologicznej.
Jak wygląda typowa rzeź? Obie organizacje islamskie – PIWS i GPIM – działają identycznie: mianowicie chmara mężczyzn na wiekowych motorowerach, uzbrojona w polibijskie kałasznikowy, podjeżdża pod bazę lokalnego wojska w Nigrze, Mali lub Burkina Faso, wdziera się do środka i otwiera ogień. Do tej pory nie było przypadku, by regularne wojsko wygrało taką bitwę. Niby Francuzi i Amerykanie, którzy nigdy nie padają ofiarą takich ataków, szkolą lokalne armie, ale wojska te są jedynie symboliczne, zupełnie nieoperacyjne, salwujące się zazwyczaj ucieczką, jeśli to możliwe. Jeśli nie, po prostu giną. Zdarza się zresztą nierzadko, że nie mają ani broni, ani amunicji, a ćwiczą się wołając „pif-paf!”: celują w przestrzeń suchymi kijkami.
To przez Putina!
Na 13 stycznia, w siódmą rocznicę wysłania wojsk francuskich do Sahelu, prezydent Macron wezwał prezydentów pięciu państw do pirenejskiej miejscowości Pau, gdyż tam akurat jeździł na nartach. W przeddzień doszło do rutynowego ataku PIWS na bazę wojskową w Nigrze (89 zabitych żołnierzy, koło setki rannych). Ale Macron się zdenerwował, bo doszły doń słuchy, że nawet wśród władz krajów Sahelu rośnie niechęć do jego administracji, co jest przecież niedopuszczalne. Owszem, rządy francuskie są przyzwyczajone, że w ich półkoloniach ludność nie lubi władz popieranych przez Paryż, ale same te władze powinny być grzeczne. Zasugerował z miejsca czarnym prezydentom, że wie skąd się biorą antyfrancuskie nastroje w Sahelu: to przez knucie Putina!
Już w zeszłym roku zaskoczeni Francuzi dostrzegli, że na ich podwórku, w pogrążonej w nędzy Republice Środkowoafrykańskiej pojawili się Rosjanie. Nie, nie żadne wojsko: dyplomaci, doradcy, ekonomiści, którzy zaczęli składać miejscowym podejrzane propozycje rozwojowe. A teraz w stolicy Mali Bamako, w stolicy Nigru Niamej i w Wagadugu (Burkina Faso) na antyfrancuskich manifestacjach pojawiają się transparenty pochwalające współpracę z Rosją. Zdaniem Macrona manifestanci zostali opłaceni przez Rosjan.
I to jest jak najbardziej możliwe, ale grają tu co najmniej jeszcze dwa czynniki: z jednej strony ZSRR zostało zapamiętane jako kraj, który w ubiegłym wieku pomagał w próbach wyzwolenia się z kolonializmu, a z drugiej, Afryce imponuje decydująca rola Rosji w pokonaniu dżihadystów z Syrii, podczas gdy z Amerykanami i Francuzami „zaraza” w Sahelu rośnie, a w piasek wsiąkają potoki krwi.
Podpisać tu!
Macron podejrzewający ukrytą nielojalność „swoich” prezydentów postawił sprawę jasno: każdy ma podpisać oświadczenie, że pragnie obecności francuskiej armii, dodał zresztą, że dośle tam jeszcze trochę żołnierzy. Niektórzy drapali się w głowę, ale oczywiście podpisali. Nazywało się to „Szczyt G-5 Sahel”. Już sama nazwa wydała się wielu Afrykanom kpiną, bo co tu porównywać do G-7, czy G-20… Poza tym młody Macron sztorcował starszych wiekiem, co w Afryce nie uchodzi. Jego postawa właścicielska raczej nie poprawi antyfrancuskich nastrojów. W Pirenejach Macron na głównego wroga wyznaczył Państwo Islamskie Wielkiej Sahary, co przejęło niepokojem lokalnych polityków, gdyż może PIWSowi dostarczyć nowych zwolenników. Na wsiach owi dżihadyści już znajdują sympatię (w końcu atakują tylko wojsko) i zaczynają być nawet postrzegani jako klasyczna partyzantka antykolonialna.
Macron od początku kadencji stara się namówić inne kraje europejskie do wysłania swych żołnierzy do Sahelu strasząc, że tamtejsi islamiści będą robić zamachy w Europie. Ma z tym pewien problem, bo lata mijają a oni akurat nie dokonali żadnego. Ponadto w Europie znana jest już jednak niechęć miejscowych do wszelkich obcych wojsk. Na razie zgodzili się tylko Estończycy: wysłali do pomocy Francuzom 50 żołnierzy, chyba bez przekonania ulegając argumentom, że francuskie samoloty w ramach NATO chronią ich przed Rosją, która wtrąca się do afrykańskich spraw Paryża.
Lewicowy kandydat na przyszłego prezydenta Mali, popularny lekarz Umar Mariko po szczycie w Pau wezwał głośno francuskich żołnierzy do powrotu nad Sekwanę. „Jesteście manipulowani, nie strzeżecie tu pokoju, tylko rozpętujecie wojnę, służycie tylko francuskiemu kapitałowi i nikomu więcej!” Na razie jednak Macron postanowił pozostać we „francuskim Afganistanie”, jak nazywają miejscowi wojnę w Sahelu, z pewnym smutnym fatalizmem.

Rząd chce wymanewrować związki

Po ponad miesiącu historycznej mobilizacji francuskiego świata pracy francuski rząd udaje, że chce negocjować i iść na ustępstwa. Całej reformy emerytalnej, oddającej utrzymanie starszych obywateli w ręce kaprysów rynku, nie cofnie, ale jest gotów rozmawiać o tym, by pełne prawa do emerytury były jednak nabywane w 62. roku życia, a nie w 64.

9 i 11 stycznia były kolejnymi dniami imponującej mobilizacji pracowników i młodzieży. Wezwanie central związkowych do demonstrowania spotkało się z odzewem w całym kraju.
– Demonstrowano w 275 miastach, łącznie na ulice wyszło 1,7 mln pracowników i młodzieży, a wspólne stanowisko było takie samo, jak od początku strajku: rząd ma wycofać się z całej reformy emerytalnej! – mówi Portalowi Strajk Benoit Lahouze, działacz antykapitalistycznej lewicy i redaktor pisma „Informations Ouvrieres” o demonstracjach 9 stycznia. – Związki zawodowe zrzeszające funkcjonariuszy publicznych odmówiły podjęcia negocjacji z rządem. We wtorek przywódcy najważniejszych central udali się na negocjacje z rządem, ale następnie prasa ujawniła, że projekt ustawy o emeryturach wpłynął już do Rady Państwa, co jest pierwszym krokiem przed jego przyjęciem. To dowód, że Macron nie chce negocjować naprawdę, chociaż strajk ma poparcie 60 proc. społeczeństwa.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych utrzymuje, że 9 stycznia na ulice wyszło jedynie 452 tys. ludzi, z czego 21 tys. w Paryżu. Tymczasem centrala związkowa CGT zliczyła aż 150 tys. demonstrantów i demonstrantek w samej stolicy. Według aktywistów z kolektywu „Informations Ouvrieres” szczególnie imponujące marsze przeszły również przez Marsylię i Tuluzę (ponad 100 tys. protestujących), Bordeaux (70 tys.), Hawr (35 tys.) czy Rouen (30 tys.). Ciągle strajkują wszystkie wielkie francuskie rafinerie, historyczne rozmiary przybrał strajk adwokatów, zaostrza się sprzeciw środowiska akademickiego, gdzie nie tylko protestują akademicy i studenci, ale też zawiesiły pracę liczne pisma naukowe. Strajkom i manifestacjom towarzyszą zgromadzenia ogólne (assemblées générales) protestujących z danego sektora czy zakładu pracy, gdzie zapadają decyzje na temat dalszej taktyki działania, kontynuowania protestu i jego metod. 11 stycznia na kolejny dzień walki przybyło 500 tys. oburzonych obywateli według szacunków związkowych i 150 tys. według MSW oraz przychylnych rządowi mediów, które od początku starają się bagatelizować strajk.
Najnowszy gest rządu, który w podpisanym przez premiera liście otwartym zadeklarował, że prawa emerytalne mogłyby jednak być nabywane po ukończeniu 62 lat, również obliczony jest raczej na uśpienie strajkujących i zasianie podziałów wśród związkowców. Prezydent chciałby przede wszystkim przeciągnąć na swoją stronę bardziej ugodowe centrale na czele z CFDT, które przed grudniem 2019 r. podchodziły bardziej spolegliwie do jego neoliberalnej polityki. Nawet jeśli teraz to nie one nadają ton protestom ulicznym, bo Francuzi mają agresywnego kapitalizmu stanowczo dość. Philippe Martinez z CGT zarzucił Macronowi, że nie słucha głosu społeczeństwa, a gdyby chciał naprawdę zagwarantować wyższe emerytury, co obiecuje, to działałby raczej w kierunku stymulowania wzrostu płac.
Tymczasem liderzy CFDT wyrazili radość z powodu „gotowości rządu do ustępstw”, chociaż w rzeczywistości Macron i jego rząd nie cofnęli się na krok: nawet w liście do związków, w którym zapisano rzekome „ustępstwo”, zapisano również, że dalsze decyzje w sprawie finansowania systemu emerytalnego państwo podejmie po dalszych analizach problemu do końca kwietnia. Tym samym zastrzega sobie, by za jakiś czas, gdy mobilizacja spadnie, znowu ogłosić, że „nic nie da się zrobić” i konieczne są antyspołeczne rozwiązania, a będzie już po pierwszym czytaniu projektu w parlamencie.

We Francji końca protestów nie widać

Francuzi przeżyli „czarny poniedziałek”: nie kursowa pociągi, nie jeździło metro, większość szkół była zamknięta na głucho, strajkowały szpitale itd.: piąty dzień strajku generalnego to wigilia przewidzianych manifestacji ulicznych przeciw neoliberalnej „reformie” francuskiego systemu emerytalnego, która ma zrekompensować straty budżetowe spowodowane szeregiem olbrzymich prezentów fiskalnych na rzecz oligarchii i najbogatszych, którym służy szef państwa.

Wiadomością dnia we Francji nie był nawet tak szeroki strajk, tylko los człowieka, którego prezydent Emmanuel Macron wyznaczył do przeprowadzenia „reformy” systemu emerytalnego. Dziś cała opozycja domaga się dymisji Wysokiego Komisarza ds. Emerytur Jean-Paula Delevoye’a, gdyż okazało się, że zataił jedno ze swych licznych stanowisk, członka rady nadzorczej prywatnego ośrodka szkoleniowego dla dyrekcji wielkich prywatnych koncernów ubezpieczeniowych, które będą pierwszym beneficjentem zaproponowanej przez niego „reformy”.
Delevoye natychmiast zrezygnował ze stanowiska u finansistów, ale opozycja oczekuje przede wszystkim jego dymisji z funkcji Wysokiego Komisarza, gdyż konflikt interesów jest rażący. „Reforma” Macrona ma być odejściem od systemu opartego na repartycji (tj. solidarności międzypokoleniowej) na rzecz indywidualnego systemu „punktowego” z dodatkiem kapitalizacji, tj, przeznaczenia części wielkich społecznych funduszy emerytalnych prywatnym bankom i holdingom finansowym, które mają nimi obracać. Według symulacji ekonomicznych, emerytury spadną w ten sposób o nawet 25 proc., a wiek przejścia na emeryturę może sięgnąć w niektórych wypadkach 75 lat.
Dla blisko 70 proc. Francuzów oznacza to „skok na kasę” zorganizowany przez wielki kapitał. Odrzucenie „reformy” jest na tyle powszechne, że rząd, choć ciągle upiera się przy swoim, nagle zmienił język. O ile wcześniej mówił, że zmiany w systemie emerytalnym trzeba wprowadzić „natychmiast”, teraz twierdzi, że „jest dużo czasu” i że pewne poprawki są „możliwe”. Nie ma się do czego śpieszyć tym bardziej, że francuski emerytalny system solidarnościowy jest na plusie. Ludzie chcą jednak całkowitego odwołania „reformy” i oto idzie walka.

 

Francja przeciw Macronowi

Czwartek 5 grudnia pozostanie historyczny: półtora miliona ludzi wyszło na ulice, by sprzeciwić się neoliberalnemu szaleństwu i jego „reformom”, których celem jest zniszczenie dobrze działającego systemu socjalnego. Masowej mobilizacji nie przeszkodziło propagandowe bombardowanie oligarchicznych mediów, ani straszenie policją: ludzie mają dość jawnego faworyzowania najbogatszych i finansowej oligarchii.

Chyba najbardziej uderzającym obrazem wczorajszych manifestacji i strajku generalnego byli strażacy idący na czele wielkiego paryskiego pochodu. Gdy drogę zablokowała policja, unieśli ręce i parli naprzód: żandarmeria i policja nie odważyły się strzelać plastykowymi kulami ani szarżować- musiały się wycofać. „Brawo strażacy!”, „Strażacy z nami!”- skandował tłum manifestantów – otoczyły ich oklaski i podziękowania. Nie wszystko poszło tego dnia tak łatwo, ale poczucie siły i determinacji wspólnoty manifestantów wygrało: ludzie demonstrowali w ponad 250 miejscowościach, od wielkich miast po małe miasteczka.
W Paryżu, gdzie szło ok. ćwierć miliona manifestantów, policja nie mogąc atakować z przodu obrzucała manifestację granatami gazowymi z boków, z ulic przecinających trasę pochodu. Pierwszą szarżę podjęła przeciw demonstrantom, którzy szli za transparentem „Marks albo zdychaj!” (to gra słów: nazwisko filozofa jest podobne do francuskiego słowa „idź”, „maszeruj”). To tu, na Placu Republiki doszło do pierwszych starć, które na różnych odcinkach towarzyszyły później manifestacji aż po Plac Narodowy. Był to jednak margines, w porównaniu z wielkością kilkukilometrowego pochodu. Owszem, policja znowu strzelała ludziom w głowy (dziesiątki rannych, jedna dziewczyna straciła oko), ale strach został tego dnia pokonany.

Nareszcie „konwergencja”

Francuska lewica, szczególnie Nieuległa Francja, od kilku lat próbuje doprowadzić do regularnej „konwergencji walk”, tj. skupienia różnorodnych grup zawodowych i społecznych, często o rozbieżnych interesach (np. feministki i kolejarze) przeciw neoliberalnej władzy Emmanuela Macrona i jego pro-oligarchicznej ekipy rządzącej. Razem z pracownikami protestują studenci i świat nauki: Francuska Biblioteka Narodowa (czyli jedna z największych bibliotek świata) jest dzisiaj czynna, ale wielu pracowników kontynuuje strajk. Część czytelni otworzyła się z opóźnieniem i zamknie się wcześniej, niż zwykle, z powodu braku personelu. Zamówienia czytelnicze są poważnie opóźnione, a w części w ogóle nie realizowane. W ogromnym budynku przy Rue de Tolbiac widoczne są flagi central związkowych.
Tę pracę polityczną ułatwił poniekąd sam Macron, gdyż zaatakował wszystkich, którzy znajdują się poniżej grupy, której zapewnia nieustające powodzenie: według różnych sondaży, jego „reformę” emerytalną jednoznacznie odrzuca od 62 do 70 proc. społeczeństwa. To przeciw temu społecznemu skandalowi, tak uparcie forsowanemu przez rząd, wszystkie bodaj grupy społeczne, oprócz bogaczy i naiwnych (wierzących jeszcze w „skapywanie bogactw”), wyszły wczoraj na ulice i zamierzają wkrótce znowu wyjść (w najbliższy wtorek), by zmusić oligarchów do poskromienia apetytu na publiczne pieniądze.
W ciągu dwóch pierwszych lat swoich rządów Macron bezprecedensowo rozszerzył przywileje oligarchii, lecz naczelna neoliberalna zasada organizowania przepływu bogactw ze społecznych dołów do materialnej góry wymaga kolejnych działań. „Reforma” systemu emerytalnego ma oczywiście na celu powszechne zmniejszenie emerytur i przedłużenie okresu pracy, bo prezenty fiskalne, którymi rząd obdarzył najbogatszych i korporacje, naturalnie zmniejszają budżet. Macron i klasa, której służy, chce wygrać walkę klas poprzez niszczenie wszystkiego, co wspólnotowe. Stanowi to rdzeń ideologii neoliberalnej: atomizacja i prekaryzacja społeczeństwa jest niezbędna dla zorganizowania owego przepływu pieniędzy z dołu w górę, tak samo jak maksymalna prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Macron chce prywatyzować państwowe kury znoszące złote jaja, jak porty lotnicze, tamy rzeczne, czy nawet lotto, bo wszystko, co publiczne jest wrogiem neoliberalnej skrajnej prawicy, którą reprezentuje. Ten kapitalistyczny ekstremizm odbija się oczywiście na zwykłych ludziach – do realnej „konwergencji walk” musiało dojść wcześniej czy później.

Atak propagandowy

Francuska telewizja publiczna niewiele różni się od naszej – tak samo propaguje ideologię rządową, choć robi to nieco subtelniej, a reszta telewizji należących do miliarderów naturalnie jej sekunduje, gdyż chodzi o olbrzymie pieniądze, które da się wyrwać z systemu socjalnego dla najbogatszych prywaciarzy. W ciągu ostatnich lat francuskie media straciły jednak wiarygodność, bo kończą się koncepty propagandowe, dzięki którym udawało się usypiać większość ludzi. W „skapywanie bogactw” ze społecznej materialnej góry w dół wierzą już tylko naprawdę niezorientowani. Reformę emerytalną próbuje się więc „sprzedać” używając języka wręcz lewicowego: nowy system ma być więc „egalitarny”, „znoszący przywileje” itp., lecz w to ściemnianie nie sposób uwierzyć – rząd popełnił sporo komunikacyjnych pomyłek, co było widać wczoraj na ulicach.
Powiększanie obszaru prekaryzacji, społecznego ubożenia i prawdziwej biedy przyśpieszyło już za czasów poprzedniego prezydenta, neoliberalnego „socjalisty” Hollande’a, lecz Macron, z jego ambicją powrotu do stosunków społecznych z XIX w., zostanie zapamiętany jako rekordzista. Owszem, przybywa milionerów i miliarderów, lecz upadają kolejne usługi publiczne, jak ochrona zdrowia, czy edukacja, nie mówiąc o milionach ludzi, których bezpośrednio dotyka neoliberalne przekierowanie redystrybucji bogactw. W tej sytuacji walka z kapitalistyczną dyktaturą doprowadzoną do absurdu przestaje być podatna na jakąkolwiek oligarchiczną propagandę, nawet tę najbardziej pomysłową i najlepiej opłaconą.

Do końca?

strajki i manifestacje były wielkim frekwencyjnym sukcesem, ale czy uda się doprowadzić do odwołania przez rząd zapowiadanej „reformy”? Deklaracje „walki do końca” płyną ze wszystkich środowisk, pracowników ze sfery budżetowej i prywatnej, związków zawodowych, organizacji i stowarzyszeń społecznych, lecz wcześniej rządowi udało się już po części złamać ruch „żółtych kamizelek”, dzięki brutalnej pracy policji i żandarmerii, masowym aresztowaniom i krwawym represjom. Dziś Francja pozostaje transportowo sparaliżowana, więc premier Edouard Philippe zapowiada „poprawki” w projekcie „reformy”.
Nie wygląda jednak na to, by jakieś poprawki mogły zadowolić ów szeroki nurt społecznego protestu, do którego doprowadziły głęboko niesprawiedliwe „reformy” Macrona. Ludzie widzą, że neoliberalne pozbawianie przedsiębiorstw ich funkcji społecznych, „uwalnianie” ich od jakiejkolwiek wspólnotowej odpowiedzialności prowadzi na manowce. Wczoraj strajkowała część policji – jeśli stanie po stronie zwykłych ludzi, zwycięstwo wcale nie jest wykluczone.

Francja ma dość Macrona

Jeśli ktoś wybiera się do Francji w grudniu, powinien wiedzieć, że jego pobyt może być mocno skomplikowany. Prezydent Emmanuel Macron ma przeciw sobie większość społeczeństwa, które od 5 grudnia zamierza zatrzymać kraj, by uchronić się przed jego kolejną neoliberalną „reformą” – tym razem emerytur.

Sprytni spece od komunikacji poradzili rządowi, by prezentował swój pomysł jako wręcz lewicowy, podjęty w imię sprawiedliwości społecznej, równości męsko-damskiej i walki z przywilejami. Ale ludzie już zrozumieli, że kiedy neoliberałowie ładnie mówią, lepiej pilnować portfela.
Już na początku roku oligarchiczne media zaczęły mówić o „przywilejach emerytalnych” różnych grup zawodowych; potem harmonijnie przejęli ten język politycy rządzącej partii Macrona. Chodzi o specjalne emerytury dla ciężkich i odpowiedzialnych zawodów, zdobyte w walce pracowniczej. Przewidują one z reguły nieco wcześniejsze odejście z pracy i trochę wyższe wypłaty. Zamiast tego ludzie Macrona proponują jednolity system powszechny, uzależniający wysokość emerytury od liczby zdobytych punktów, których wartość może być modyfikowana. Chodzi oczywiście o powszechne zmniejszenie wypłat, by usprawnić przepływ bogactw z dołu do oligarchicznej góry.
Beneficjenci specjalnych emerytur, w tym np. kolejarze, stanowią niecałe trzy proc. emerytów, ale reforma ma objąć wszystkich. Z symulacji przeprowadzonych przez różne ogranizmy naukowe wynika, że najwięcej stracą kobiety, jeśli miały dzieci, ale właściwie wszyscy będą poszkodowani, oprócz najbogatszych. Stąd sprzeciw wobec projektu, który można nazwać ogólnospołecznym, bo wyliczanie różnych grup, które mają zamiar wziąć udział w manifestacjach i strajku generalnym, trochę trwa.
Pierwsze zaczęły protestować związki zawodowe kolejarzy: od 5 grudnia stanie paryskie metro a dalekobieżne pociągi będą wielką rzadkością. Na lotniskach dużo lepiej nie będzie: 11 związków zawodowych Air France wzywa do strajku. Strajkować będą też pocztowcy i ochrona zdrowia, szczególnie pogotowia ratunkowe. To samo z branżą energetyczną – chce nawet wyłączyć prąd w budynkach rządowych. Do nich dołączą jeszcze studenci, nauczyciele, adwokaci, kierowcy autobusów i furgonetek, taksówkarze, rolnicy, emeryci, część administracji i przede wszystkim ogół „żółtych kamizelek”. Wisienka na torcie: nawet policjanci mają zamiar protestować, co szczególnie niepokoi reżim macronistów. Neoliberalny ekstremizm prezydenta doprowadził już do tylu niepokojów, że ten zapowiadający się nie wygląda wyjątkowo, a jednak Macron odwołał wszystkie wizyty zagraniczne, a ludzie zaczynają robić zapasy. Cała opozycja parlamentarna – oprócz Republikanów z klasycznej prawicy – wzywa do walki: komuniści, „socjaliści”, lewicowa Nieuległa Francja i populistyczne Zjednoczenie Narodowe. „Żółte kamizelki” są zdeterminowane blokować co się da, dopóki rząd nie odwoła swego projektu. Według ostatnich sondaży, ponad 60 proc. Francuzów popiera ruch protestu.
Wygląda na to, że neoliberałowie już ponieśli porażkę: ich strategia publicznego ściemniania, dotąd tak skuteczna, przestała funkcjonować. Ostatnie konsultacje rządu ze związkowcami nic nie dały, ludzie nie mają zamiaru być dalej oszukiwani przez politycznych spryciarzy służących tylko jednej, najbogatszej klasie społecznej. Jeśli więc wybieracie się nad Sekwanę w grudniu, musicie uzbroić się w cierpliwość.