Niedziela na Głównym

Na spleen, frustrację i oddech nierówny – niedziela na Głównym. Wojciech Młynarski pisał te słowa proroczo, na długo zanim ukończono warszawski Dworzec Centralny. Niedziela na Centralnym to faktycznie było święto, zwłaszcza gdy opuszczało się Warszawę, a cóż dopiero, gdy do stolicy przyjeżdżał ubogi obywatel z prowincji, przy czym (prawie) każdy obywatel z prowincji był ubogi.

Sens Dimanche à Orly dotarł do mnie, gdy sam jako ubogi obywatel biednego kraju ze wschodu wylądowałem na Orly. Do dziś pamiętam te jumbojety we wszystkich barwach krajów arabskich oraz lśniącego bielą Concorda w barwach Air France. Był rok 1981. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłem centrum handlowe, tuż za miastem (niemal każdym). Przekonałem się także, że bretońskie wsie nie aż tak bardzo różnią się od polskich, tylko konie tam były bardziej mechaniczne. Francja nie kończyła się na Paryżu, a może nawet dopiero za Paryżem się zaczynała.

Po roku 1989 centra handlowe zaczęły powstawać także u nas, choć często lądowały w centrach miast. Warszawa zyskała Centrum na Dworcu Gdańskim oraz pozłacane Tarasy. Kraków dorobił się Galerii Krakowskiej w samym centrum, a nawet Galerii Kazimierz – i chyba na całe szczęście, bo DT Krakus pozostał już tylko cukiernio-restauracją (za to czynną w niedzielę), a w Sukiennicach szerzyła się postcepelia. I bursztyny prosto z Wieliczki, pardon – z morza. Można też było świętować nie tylko na Głównym, ale i na Centralnym, i we wszystkich Centrach i Galeriach.

Aż przyszło złe PiS i zakazało. To znaczy, wcześniej zniesiono przepis, że za pracę w dni wolne od pracy, a w szczególności w niedziele i święta, należy się dodatek do pensji. Może nie dotknęło to aktorów, którzy mieli poniedziałki wolne od pracy w teatrze i mogli wtedy chałturzyć w telewizji, filmie, reklamie… i reklamie.

Polacy lubią świętować, a najbardziej lubią świętować w galeriach, zwłaszcza w niedziele. Ściślej mówiąc, lubili, dopóki mogli. To zrozumiałe, gdy się pamięta, że przeciętny Polak przepracowuje najwięcej godzin w tygodniu oraz dni w roku w całej Europie. W sobotę odpoczywa przed niedzielą, w niedzielę odpoczywa w galeriach i centrach. A raczej odpoczywał, aż przyszło PiS i zakazało. To znaczy, zakazało odpoczynku (w niedziele) w galeriach i centrach i nakazało, tj. sugerowało, odpoczynek z rodziną lub w kościele, a najlepiej w kościele z rodziną. Przy okazji miały się rozwinąć jak ten rozmaryn sklepy lokalne – osiedlowe, wiejskie – tam gdzie za ladą mógł stanąć sam właściciel, oczywiście po mszy.

Efekty ograniczenia możliwości zakupów w niedzielę okazały się nie do końca zgodne z zamierzeniami. Wielkie sieci handlowe uruchomiły sobotnie promocje i klienci przestawili się z niedziel na soboty. Inne sieci zaczęły oferować usługi pocztowe i wykorzystywać furtkę w ustawie. Furtkę, której nie chciała wykorzystać Poczta Polska. Widział ktoś pocztę otwartą w niedzielę?

Małe sklepy natomiast jak padały, tak padają… Na ogólną liczbę 1800 placówek handlowych zamkniętych w ubiegłym roku, 1670 to małe sklepy. Zostaną nam tylko Żabki i Orleny (w Ruchu i bezruchu).

Jakoś nikt nie zauważa, że sklepy zatrudniają niewielką część osób świadczących pracę w niedziele i święta. Pracownikami cukierni, restauracji, pubów i hoteli nikt się nie przejmuje. Owszem, niektórzy z nich, tak jak aktorzy, w poniedziałki mają wolne. Ale czy oni nie potrzebują świątecznego życia rodzinnego i wizyty w kościele lub gdziekolwiek indziej? Ci, którzy mogą odpoczywać w święta, czasem muszą polegać na pracy innych. Postulaty rekompensaty finansowej, dodatków za pracę w niedziele i święta trafiają jednak w próżnię. Nie chcą ich wysłuchać ani rządzący, ani pracodawcy. Pracę w niedziele traktuje się jak służbę – ale nie Służbę przez duże „S”. Jest to służba przez bardzo małe „s”, jak praca służących, pokojówek, lokajów.

Może by jednak dopuścić pracę, usługi i handel w niedziele, a zarazem nie traktować pracujących jak służby, tylko jak pracowników, którym należy się słuszne i adekwatne wynagrodzenie? W końcu służą wszystkim pomocą. Dzięki nim możemy mieć światowe życie.

PS. A Sejmik Małopolski powinien zostać odwołany w referendum.

Marine Le Pen może nas jeszcze zaskoczyć

Jeżeli skrajna prawica liczyła na poważny przełom, to niewiele z tego wyszło. Wybory regionalne we Francji przyniosły zawód ruchowi prezydenta Macrona (LREM) i nie dały satysfakcji liderce Zjednoczenia Narodowego, kontrowersyjnej Marine Le Pen (chciała zwycięstwa w kilku regionach, po II turze została z niczym). Ale wysnuwanie głębszych konkluzji może być mylące: to starcie przyciągnęło głównie zwolenników starych partii (socjalistów i republikanów). W I turze padł rekord niskiej frekwencji – tylko 33.9 proc. Francuzi są zmęczeni polityką a samorząd to tylko rozgrzewka przed prawdziwą bitwą: wyborami prezydenckimi wiosną 2022. Tutaj Macron i Le Pen idą łeb w łeb.

Atmosfera debaty publicznej gęstnieje od dawna. Generałowie piszą listy, w których straszą wojną domową, wybuchają kolejne napięcia na linii państwo-muzułmanie, wychodzą na jaw skandale seksualne – ostatnio z udziałem pisarza Gabriela Matzneffa, którego pedofilskie przygody stanowiły tajemnicę poliszynela wśród literackiego establishmentu. Chwilę wcześniej ulicami miast wstrząsały kolejne, brutalne zamachy terrorystyczne i zamieszki żółtych kamizelek.
Emmanuel Macron szedł do wyborów z obietnicą gruntownej reformy gospodarki i odbudowy potęgi kraju. Minęły 4 lata a prezydent nie ma się czym pochwalić. Francuzi pozostają sceptyczni wobec reform o specyfice wolnorynkowej. Ostatnie badania wskazują na stosunek 36-42 proc. zwolenników do 54-62 proc. przeciwników urzędującego prezydenta. Jego poprzednik w Pałacu Elizejskim, socjalista Francois Holland obiecywał wielkie zmiany – tym razem w duchu egalitarnym. Skończyło się na plasterku w postaci super-podatku od najbogatszych (z którego potem się wycofał) zaś socjaliści zanotowali największy spadek w historii (aktualnie rząd dusz na lewicy sprawuje dość karykaturalny komunista Jean-Luc Melenchon). Najpierw kierowanie Francją sparzyło większych graczy, potem również cudownego chłopca Macrona. Generał Charles de Gaulle lubił mawiać, że nie jest łatwo rządzić krajem, który ma 246 gatunków sera.
Zarządzanie zbiorowymi emocjami spoczywa dziś w rękach Marine Le Pen. Zjednoczenie Narodowe (dawniej Front Narodowy) na czele której stoi, to skrajna prawica o dużej konsekwencji. W latach 70, gdy polityką familii zarządzał jej ojciec Jean Marie Le-Pen, była skupiskiem konserwatystów, nacjonalistów, kolonialnych nostalgików (chwilę wcześniej Francja opuściła Algierię), zwolenników rządów silnej ręki, a niekiedy również antysemitów z sentymentami do Państwa Vichy.
Nowe-stare Zjednoczenie Narodowe to antyimigrancka partia hybrydowa łącząca gospodarczy populizm z nacjonalizmem i autorytaryzmem. Do tego szczypta alterglobalizmu, protekcjonizmu i kapitalizmu – naturalnie w wydaniu francuskim. Nie ma już za to skrajnej homofobii czy oficjalnego odrzucenia Unii Europejskiej. W szeregach partii nie brakuje jednak zakamuflowanych sympatyków ultraprawicy, jak Philippe Vardon, sfilmowany niegdyś podczas śpiewania nazistowskich pieśni. W zapatrywaniach geopolitycznych ugrupowanie słynie ze związków z Rosją. W 2017 doszło do spotkania Le Pen-Putin. Szefowa prawicy poparła aneksję Krymu i sprzeciwiła się europejskim sankcjom wobec Rosji. Kilka lat wcześniej Front Narodowy otrzymał pożyczkę od Kremla w wysokości 9 mln euro. Le Pen nie ukrywa sympatii do Władimira Putina.
To, co łączy ZN z podobnymi formacjami z Węgier, Włoch czy Polski to koncepcja „wymiany elit”. Wedle tej idei dominujący establishment działa w interesie „innych” (kulturowo, gospodarczo, tożsamościowo). Tylko Zjednoczenie Narodowe jest ugrupowaniem rzeczywiście patriotycznym, walczącym o interes zwykłych ludzi.
Le Pen ma szansę, bo kordon sanitarny ugrupowań „republikańskich”, niegdyś szczelnie opleciony wokół twardej prawicy, już nie działa tak jak kiedyś. Dalsze wypadki mogą zależeć od rozwoju pandemii koronawirusa i odbudowy gospodarki (Francja ucierpiała mocniej niż inne kraje). Jeśli nastąpią kolejne kryzysy, Francuzi mogą zachcieć radykalnej zmiany: 42 proc. badanych nie uważa Zjednoczenia Narodowego za zagrożenie dla demokracji. Jednocześnie 58 proc. twierdzi, że demokracja we Francji nie działa. Te same badania z 2019 roku wskazują na jeden z wyższych w UE stopni nieufności wobec elit – 76 proc. Francuzów uważa, że nie działają w interesie obywateli. Do tego dochodzi wysokie bezrobocie wśród najmłodszych (19 proc.), niechęć do imigrantów i wzrost ubóstwa. Wystarczy jeszcze jakiś mały kryzys.
W świecie niedalekiej przyszłości znakomitego serialu „Years and Years” pojawia się populistyczna polityczka głosząca nienawistne i obrazoburcze hasła, sprzedawane pod płaszczykiem demokracji i odrzucenia polityki poprawności. Pomimo brytyjskiego kontekstu, jest zaskakująco podobna do Marine Le Pen. „Ona nie może tak mówić” – oburza się jeden z bohaterów. Ale reszta tylko wzrusza ramionami. Wyborcy są zbyt zajęci walką o przetrwanie w świecie umów śmieciowych, postpracy i alternatywnych faktów. Nic już na nikim nie robi wrażenia. Kandydatka skrajnej prawicy wygrywa wybory.

Uczniowie przypominają heroiczną młodość dawnych chińskich przywódców we Francji

Tysiące młodych Chińczyków o postępowych poglądach wyjechało do Francji w ramach ruchu Praca-Studia, zapoczątkowanego w 1919 roku. Pracowali w fabrykach w Paryżu, Lyonie i Montargis, aby opłacić studia. Niektórzy z nich zainteresowali się marksizmem i założyli jedną z pierwszych grup partii komunistycznych Chin we Francji.

Ruch Praca-Studia odegrał ważną rolę w historii i przyczynił się do powstania Komunistycznej Partii Chin w 1921 r. i Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 r., pozostawiając po sobie dziedzictwo, które nadal inspiruje młodsze pokolenia. Obecnie co roku ponad 10 tys. chińskich studentów wybiera naukę we Francji. Większość z nich jest dobrze przygotowana finansowo i językowo, w przeciwieństwie do ich poprzedników 100 lat temu. Wtedy większość chińskich studentów przybywających do Francji podróżowała drogą lądową i morską i stawiała czoła ogromnym wyzwaniom, w tym m.in. ubóstwu i barierom językowym.
Lea Pereira jest pod wrażeniem poważnych twarzy Zhou Enlai i Deng Xiaopinga, dwóch zmarłych chińskich przywódców, którzy sto lat temu pracowali i studiowali w jej rodzinnym mieście Montargis. „Byli zmotywowani silnym pragnieniem wyciągnięcia swojego kraju z biedy. Za każdym razem, gdy patrzę na ich portrety, wzruszają mnie ich twarze, czuję silne emocje, jakie musieli odczuwać” – powiedziała Pereira, uczennica Lycee en Foret w Montargis, około 100 km na południe od Paryża.
Pereira była jedną z ponad 40 francuskich i chińskich nastolatków, którzy w zeszłym miesiącu wzięli udział w wirtualnym programie edukacyjnym poświęconym temu szczególnemu rozdziałowi francusko-chińskich stosunków. Poznała program, w ramach którego tysiące młodych Chińczyków o postępowych poglądach pracowało i uczyło się we Francji sto lat temu. Nauczywszy się chińskiego jako drugiego lub trzeciego języka obcego, Pereira i jej koledzy ze szkoły przyjrzeli się temu szczególnemu okresowi historii poprzez filmy dokumentalne, biografię Denga Xiaopinga, wirtualną wizytę w lokalnym muzeum przyjaźni francusko-chińskiej i serię konferencji internetowych.
Był również czas na rozmowę z rówieśnikami w Chinach. 21 uczniów z liceum nr 1 w mieście Liuyang w centralnej chińskiej prowincji Hunan uczy się języka francuskiego na poziomie od początkującego do średnio zaawansowanego. Po krótkiej wymianie „nihao” i „bonjour”, nastolatki szybko zaczęły posługiwać się językami ojczystymi. Ich nauczyciele dobrowolnie zostali ich tłumaczami.
Inny uczeń, Flavien Gavoille powiedział, że był zdumiony pracowitością Denga Xiaopinga. „Deng pracował 10 godzin dziennie w fabryce w Montargis i zarabiał tylko jednego franka na godzinę. Mieszkał w szopie i oszczędzał każdy cent na naukę. Ciężko pracował pomimo biedy i trudnych warunków życia” – powiedział Gavoille. „Jego ciężka praca opłaciła się: odkrył, że marksizm jest jedynym wyjściem dla Chin”.
Deng był jednym z tysięcy postępowych młodych Chińczyków, którzy wyjechali do Francji w ramach Ruchu Praca-Studia, który rozpoczął się w 1919 roku. Pracowali w fabrykach w Paryżu, Lyonie i Montargis, aby opłacić studia. Niektórzy z nich zainteresowali się marksizmem i założyli jedną z pierwszych grup partii komunistycznych Chin we Francji. Ruch ten odegrał ważną rolę w historii i przyczynił się do powstania Komunistycznej Partii Chin w 1921 roku oraz Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku, pozostawiając po sobie dziedzictwo, które nadal inspiruje młodsze pokolenia.
Zeng Guoxiang z miasta Liuyang powiedział, że był pod wrażeniem Cai Hesena, jednego z założycieli Chińskiej Partii Komunistycznej. Aby poprawić swój francuski, Cai czytał lokalne gazety przy pomocy słownika w parku – aż park nie został zamknięty. „Poruszony jego wytrwałością, woźny parku zaproponował, że zostanie jego nauczycielem francuskiego” – powiedział Zeng.
Obecnie ponad 10 000 chińskich studentów decyduje się na naukę we Francji każdego roku. Większość z nich jest dobrze przygotowana finansowo i językowo, w przeciwieństwie do tych sprzed stu lat. Wtedy większość chińskich studentów przybywających do Francji podróżowała drogą lądową i morską i stawiała czoła ogromnym wyzwaniom, w tym m.in. ubóstwu i barierom językowym. „Mimo wszystko możemy się wiele nauczyć z tych wzorców do naśladowania z minionego wieku” – powiedział Wang Ziyan. „Ich zdolność do szybkiego przystosowania się do nowego środowiska, ich pasja do nauki, a co ważniejsze, ich patriotyzm i pasja do służenia swojemu krajowi tym, czego się nauczyli”. Ruch Praca i Studia odegrał również ważną rolę w historii stosunków chińsko-francuskich, powiedział Wang Peiwen, chiński nauczyciel w Lycee en Foret. „Musimy przekazać go nowemu pokoleniu, nie możemy o nim zapomnieć”.
W odpowiedzi na powtarzające się apele chińskich nauczycieli we Francji, francuskie Ministerstwo Edukacji Narodowej włączyło historię ruchu do programu nauczania chińskiego dla uczniów uczących się w liceach tego języka. „Wspólne badanie zbliżyło do siebie chińską i francuską młodzież i wypełniło lukę między młodszymi i starszymi pokoleniami” – powiedział Yu Peiyao, który uczy francuskiego w liceum nr 1 w Liuyang.
Kiedy Enzo Rouhaud podzielił się z rodzicami tym, czego nauczył się w szkole, z zaskoczeniem stwierdził, że niewiele wiedzą o tym, co wydarzyło się w ich rodzinnym mieście 100 lat temu. „Byli zdumieni historią, którą im opowiedziałem. Teraz wiedzą, że stosunki Francja-Chiny mają szczególne znaczenie i te więzi będą trwać” – powiedział.
Spośród 1600 młodych chińskich studentów przybywających do Francji w okresie od marca 1919 do grudnia 1920 roku, ponad 300 przybyło do Montargis, małego miasteczka znanego ze stosunkowo niskich kosztów utrzymania, a także otwartości i gościnności miejscowych, powiedział Jean-Louis Rizzo: emerytowany profesor historii z Paryskiego Instytutu Studiów Politycznych. Aby upamiętnić te wydarzenia, w Montargis plac przed głównym dworcem kolejowym został w 2014 r. nazwany imieniem Denga Xiaopinga, a w 2019 roku na placu odsłonięto wielki pomnik w stulecie ruchu. „Pomnik przedstawia młodych Chińczyków, którzy wyróżniając się jako najlepsi studenci ze swoich prowincji, przybyli do Francji, aby zbadać sposoby rozwoju swojego kraju” – powiedział Benoit Digeon, burmistrz Montargis, w wywiadzie dla Xinhua. „Inspirowali się komunizmem i pracowali nad utworzeniem partii komunistycznej w realiach chińskich”.
Obecnie około 100 młodych ludzi w Montargis uczy się chińskiego. Digeon ma nadzieję, że odwiedzą Chiny i wrócą do Francji z nowatorskimi pomysłami.
Baptiste Ducharme, 21-letni student Uniwersytetu w Orleanie, uczy się języka chińskiego od siedmiu lat. Po krótkiej trasie po Chinach w 2017 roku Ducharme planował w najbliższej przyszłości kontynuować naukę w Chinach.Urodzony w Montargis, obecnie pracuje jako stażysta w muzeum przyjaźni francusko-chińskiej, 300-letniej kamienicy, w której w latach dwudziestych mieszkało kilku chińskich studentów. „Jestem pod wielkim wrażeniem tego okresu w historii i jestem gotów odbyć własną podróż studyjną do Chin” – powiedział.

Wojna domowa?

Polityczna burza, która wybuchła w Paryżu po publikacji pierwszego, kwietniowego listu otwartego emerytowanych generałów („przygotowują pucz!”), wzmogła się po ogłoszeniu drugiego, anonimowego listu „młodych oficerów”. Może warto wyjaśnić kontekst tych deklaracji, wróżących wojnę domową na podstawie pewnej społecznej diagnozy, która może śmiało kojarzyć się z pomysłami skrajnej prawicy, czy po prostu Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. Za rok we Francji dojdzie do wyborów prezydenckich, a język listów jest bez wątpienia wyborczy…

Pierwszy list – generałów-emerytów – dotarł do medialnej rzeczywistości 21 kwietnia, gdy wydrukował go prawicowy tygodnik Valeurs Actuelles („Obecne Wartości” – VA). Już sama data jest znacząca: to była 60 rocznica słynnego „puczu generałów”, dowodzących francuskimi wojskami kolonialnymi w Algierze, gdy prezydent gen. de Gaulle miał „zdradzić ojczyznę”, dążąc do zakończenia wojny i negocjując niepodległość Algierii. Były to czasy OAS – Organizacji Tajnej Armii, która nie zawahała się dokonać (nieudanego) zamachu na prezydenta.
To odniesienie historyczne, którego w samym liście nie było, stało się na tyle problematyczne, że kolejny list otwarty, również opublikowany w VA list „młodych oficerów”, który w pełni popierał emerytów, zawarł już jasno przeciwną aluzję do przeszłości. Powołano się mianowicie na „bunt generałów” z roku 1940, kiedy gen. de Gaulle z kolegami ogłosili w Londynie „Wolną Francję”, wbrew decyzji francuskiego parlamentu i ówczesnej lewicy, oddającej pełnię władzy marszałkowi Pétainowi z jego polityką kolaboracji. To tamten antyrządowy ruch części wojska miał stanowić historyczny wzorzec autorów listu z 10 maja.
Ten drugi list, anonimowy, bo wojskowym nie wolno publicznie prezentować stanowisk politycznych, powoływał się na patriotyzm podobnie jak pierwszy, tylko raźniej: „Jesteśmy z tych, których gazety nazwały „pokoleniem ognia”… Wspominają, że już walczyli w Afganistanie, Mali, czy Republice Środkowoafrykańskiej, by pokonać „islamizm”, podczas gdy obecne rządy „poddają mu się na naszej własnej ziemi”. Oba listy powtarzają – wypisz wymaluj – język najsłynniejszego teraz we Francji prawicowego publicysty, francuskiego nacjonalisty i jednocześnie syjonisty z rodziny pochodzącej z Algierii – Erica Zemmoura.
Dzięki stałej obecności Zemmoura w kanale telewizyjnym CNews, należącym do oligarchy, wielkiego miliardera i „króla Afryki” Vincenta Bolloré, kanał ten w tym miesiącu pokonał ostatecznie wszystkie inne, by stać się telewizją informacyjną nr 1 we Francji. Krytyka współczesnego antyrasizmu, „teorii dekolonialnych”, „hord z przedmieść nienawidzących Francji”, odnosząca się do arabsko-afrykańskiej masowej imigracji postkolonialnej od lat 60. ub. wieku (na wniosek oligarchii, która chciała „większej konkurencji na rynku pracy”) zawarta w listach wojskowych, to spis głównych tez Zemmoura, zwolennika „deportacji wszystkich muzułmanów”, skazanego już parokrotnie za rasizm.
Żaden z listów wojskowych przejętych „upadkiem Francji” nawet słowem nie wymienia partii Le Pen, która od wyborów z 2017 r. poszła bardziej w prawo (wówczas miała pomysły wręcz lewicowe, jeśli wyjąć krytykę imigracji), ale jej nawoływanie do „zrobienia porządku” na „utraconych terytoriach” we Francji czuć w nich z daleka. Według badań paryskiego Instytutu Badań Politycznych ogłoszonych w dniu publikacji drugiego listu, „minimum” 60 proc. wojskowych i policjantów zagłosuje w drugiej turze na Le Pen, jeśli jej przeciwnikiem będzie Macron. Jeśli chodzi o policjantów, ten odsetek wynosi aż 74 proc. Być może to odbicie ogólnej nienawiści do Macrona, ale o kwestiach społecznych oba listy wojskowych milczą, oprócz ujęcia się przez emerytów za krwawo spacyfikowanymi „żółtymi kamizelkami”, które domagały się choć trochę sprawiedliwości.
Po prostu lepiej mówić o imigracji jako winnej „upadku kraju” niż neoliberalnej, ekstremistycznej polityce Macrona i jego poprzednika, oszusta politycznego Hollande’a, który podawał się za „socjalistę”. W ciągu ostatnich 10 lat w Stanach najbogatsi wzbogacili się o 170 proc., w Niemczech o 175 proc., a we Francji o 439 proc. – rekord świata! Jednocześnie rósł obszar biedy, bezrobocia i prekariatu, by „przyśpieszenie neoliberalne” Macrona, który politycznie poluje na terenie Le Pen, mogło wylądować w formie jakiegoś para-faszyzmu.
I teraz bardzo wzmocniona oligarchia, ów zespół feudałów „właścicieli Francji”, nie ma problemu, by postawić na Le Pen, która zadba o nich raczej nie dużo gorzej niż Macron. Burza wywołana listami wojskowych minie, ale siewcy wiatru pozostaną aktywni.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. II)

150 lat temu, 26 marca 1871 r. proklamowano Komunę Paryską. By lepiej zrozumieć sens tego wydarzenia, należy spojrzeć nieco wstecz. Częściowo uczyniłem to w poprzednim odcinku niniejszego cyklu, przedstawiając między innymi wpływ międzynarodowego ruchu robotniczego na wydarzenia poprzedzające Komunę Paryską. Obecny rozpocznę od opisu sytuacji we Francji za panowania cesarza Napoleona III.

Był w dziejach tego kraju czas bardzo szybkiego rozwoju gospodarczego. Produkcja żelaza i stali wzrosła prawie trzykrotnie (z 320 tys. ton w 1852 r. do 904 tys. ton w 1869 r.). Ogólna ilość maszyn parowych w gospodarce francuskiej oraz ich moc zwiększyła się za czasów II Cesarstwa około 4 razy. Burzliwie rozwijał się transport. Linie kolejowe w 1870 r. liczyły 24 tys. kilometrów. Marynarka handlowa stała się drugą po angielskiej. Zwielokrotniła się produkcja tkanin bawełnianych, jedwabnych i wełnianych…
Postęp dało zauważyć się też w rolnictwie i gospodarce hodowlanej: wzrosły zbiory roślin przemysłowych, rozszerzył się nieco zasięg zasiewów, poprawiły się rasy bydła.
Przebudowywano i rozbudowywano duże miasta (w 1871 r. Paryż liczył ponad 1,8 mln mieszkańców, Lyon -320 tys.). Otrzymały one oświetlenie gazowe, wodociągi, kanalizacje, autobusy konne… W Paryżu wyburzono i przebudowano kilka dzielnic tworząc krąg Wielkich Bulwarów i szerokich alej. Miasto wzbogaciło się o tysiące nowych budowli, fortyfikacje, gmach wielkiej opery…
W całym kraju budowano nowe dworce, hale targowe, mosty, pałace i kościoły. Na tym rozkwicie życia gospodarczego dorobiła się olbrzymich majątków garstka kapitalistów, szczególnie dostawców materiałów budowlanych.
Jeszcze intensywniej następował proces koncentracji kapitału pieniężnego. Spekulacje stanowiły znamienną cechę ówczesnego życia gospodarczego. Właśnie wtedy powstały wielkie banki. „Giełda paryska stała się jednym z ośrodków, do którego w poszukiwaniu pożyczek zwracali się kapitaliści i przedstawiciele rządów wielu krajów europejskich, a nawet pozaeuropejskich”.
Za rządów Napoleona III dynamicznie rozwijały się interesy wielkiej burżuazji, znakomicie prosperowało bogate chłopstwo i duża części drobnych rolników. Znacznie zwiększyła się liczba robotników przemysłowych. W samym Paryżu w latach sześćdziesiątych XIX w. wzrost ten wyniósł 100 tys. osób (czyli tyle, ile obecnie liczy np. miasto Koszalin).
Napoleon III próbował kreować się na „cesarza robotników” nie uwzględniającego podziałów klasowych ani partyjnych. Uważając, że silna scentralizowana władza najlepiej może spełnić potrzeby ludu, niemal do zera sprowadził rolę instytucji przedstawicielskich. Składały się one z trzech organów: Ciała Prawodawczego, Senatu oraz Rady Państwa. Ciało Prawodawcze było wybierane przez ludność, ale pozbawione inicjatywy ustawodawczej. Senat mianował cesarz spośród wysokich dygnitarzy i duchowieństwa. Z tego samego kręgu wybierał on członków Rady Państwa, której zadaniem było opracowywanie ustaw na podstawie przedkładanych przez niego projektów.
Napoleon III rozpoczynając swe autorytarne rządy zniósł prawie wszystkie demokratyczne zdobycie rewolucji 1848 r. Z czasem jednak przywrócił powszechne prawo wyborcze (dla mężczyzn, którzy ukończyli 21 lat) w wyborach do Ciała Prawodawczego. Pragnąc jednak zapewnić większość miejsc w tym organie, kandydatom wysuwanym przez kierowany przez siebie rząd, wykorzystywał ogromny aparat policyjny, który wywierał nacisk na wyborców. Wiktor Hugo scharakteryzował dygnitarzy i policję czasu II Cesarstwa następująco: „Zdławili prawo, zamknęli usta wolności, zhańbili sztandary, tratują nogami lud i są niesłychanie szczęśliwi!”
Napoleon III uważając się za reprezentanta dążeń i woli całego narodu, niejednokrotnie przeprowadzał plebiscyty. Odbywały się one jednak z reguły w atmosferze brutalnego terroru policyjnego, korupcji i fałszerstw. Osiągając w ten sposób pożądane wyniki, Napoleon III utwierdzał się w przekonaniu, że społeczeństwo aprobuje jego politykę.
Tak bywało w czasach sukcesów, kiedy „lud francuski – jak informuje zapis w Wikipedii – uwielbiał go, jak żadnego monarchę przed nim”. Pod tym względem- przychodzi mi do głowy takie skojarzenie – poniekąd można go obecnie porównać do naszego Edwarda Gierka.
„Po roku 1860 – cytuję dalej zapis z Wikipedii – Napoleon III zliberalizował swój system rządzenia. Parlament otrzymał więcej uprawnień, m.in. prawo interpelacji (1867) i inicjatywy ustawodawczej (1869); debaty parlamentarne, dotychczas nieznane, były publikowane w Monitorze. W roku 1864 robotnicy otrzymali prawo tworzenia związków zawodowych. Ostatnie referendum ery Napoleona III w roku 1870 zatwierdziło – ponownie większością głosów – te wszystkie reformy”.
Warto też dodać, że cesarz Francuzów wspierał „zaaprobowane przez siebie stowarzyszenia robotnicze, które unikały strajków i przyjmowały w charakterze „członków honorowych” przedsiębiorców i księży. „Organizacje takie korzystały z pomocy rządowej i rozmaitych przywilejów”.
Nie zmienia to faktu, że za rządów Napoleona III prześladowane były rzeczywiście samodzielne organizacje proletariackie. Miały one o co walczyć. Robotnicy byli bowiem srodze wyzyskiwani. Dla przykładu, pozwolę sobie zacytować fragment tekstu z VI tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR: „Dzienny urobek górnika w przemyśle węglowym wynosił np. w 1851 r. 643 kg, a w 1869 r. – już 777 kg. Podobnie wyglądała sytuacja w innych gałęziach produkcji. Rząd pomógł przemysłowcom przedłużyć dzień pracy. W wielu gałęziach produkcji zniesiono wszelkie ograniczenia. Płace nominalne nieco wzrosły, ale jeszcze bardziej podniosły się ceny artykułów spożywczych, komorne, toteż płace realne pozostały niezmienione, a w niektórych okręgach i gałęziach przemysłu nawet spadły.
Na szczególnie okrutny wyzysk skazane były kobiety i dzieci. W departamencie Pas-de-Calais w kopalniach 10 letnie dzieci pracowały pod ziemią. Naoczni świadkowie twierdzili, że żyły one gorzej aniżeli niewolnicy. W sprawozdaniu komisji badającej warunki pracy dzieci czytamy, że pracując o 15-16 godzin dziennie, ledwie zarabiały na chleb. Duża część dzieci i młodzieży nie mogła uczęszczać do szkół.
Koronkarki, a były wśród nich i siedmioletnie dziewczynki, w warsztatach w okolicach Arras pracowały po 13 godzin i więcej w ciasnych i dusznych pomieszczeniach. Na skutek zabójczych warunków pracy wśród dzieci zatrudnionych w tej produkcji masowo szerzyły się choroby – gruźlica, skrzywienie kręgosłupa itp.
Demokratyczny publicysta Rochet nazywał mordercami towarzystwa kolejowe, które zmuszały robotników do pracy po 16-18 godzin na dobę. Szeroko w tym czasie stosowany system kar za każde naruszenie regulaminu fabrycznego prowadził do dodatkowych redukcji płac.
Wzrost wielkiej produkcji przyspieszał ruinę rzemieślników, sklepikarzy i innych grup drobnomieszczaństwa. Konkurencja przedsiębiorstw przemysłowych i powstałych właśnie wtedy domów towarowych pogorszyła sytuację warstw średnich, które stanowiły we Francji poważną część ludności”. (…) W tym samym czasie, kiedy w Paryżu „na Wielkich Bulwarach pojawiły się wspaniałe domy bogaczy (…) część świata pracy nadal gnieździła się w żałosnych ruderach”.
Pod koniec rządów Napoleona III – w tym miejscu pozwolę sobie ponownie posłużyć się cytatem z VI tomu Historii Powszechnej: „dochodziło do coraz groźniejszych wystąpień proletariatu. W 1869 r. prawie cały Basen Loary objęty był strajkiem górników, walczących o 8-godzinny dzień pracy. Wojsko strzelało do strajkujących. Na początku 1870 r. w fabrykach w Creusot wybuchł strajk, w którego stłumieniu również brało udział wojsko. Napoleon III stracił ostatecznie maskę cesarza robotników, w którą tak gorliwie się stroił. Po strajku w Creusot nastąpiły dalsze strajki w innych ośrodkach przemysłowych. W marcu znów porzucili pracę robotnicy w Creusot, w kwietniu strajkowali paryscy hutnicy. Ten strajk trwał ok. czterech miesięcy i cieszył się poparciem nie tylko proletariatu francuskiego, ale robotników innych krajów.
Robotnicy brali tez udział w ruchu republikańskim. W styczniu 1870 r. odbyła się w Paryżu 200-tysięczna demonstracja antyrządowa, która nieomal nie zamieniła się w powstanie. (…)
Władze (…) usiłowały powstrzymać fale rewolucyjną środkami zwykle w takich wypadkach stosowanymi: rozpętując nowa wojnę. Kołom rządzącym wydawało się, że zwycięska wojna umocni zachwiany system bonapartystowski, umożliwi stłumienie liberalnej opozycji i rozbicie ruchu robotniczego”.


2 września 1870 r., nastąpił kres trwającego 18 lat II Cesarstwa Francuskiego. Stało się tak, w wyniku przegranej przez cesarza Napoleona III bitwy pod Sedanem i oddania się wraz armią, w której przebywał, do niewoli królowi Prus.
Wieść o tym wydarzeniu wywołała niemal powszechne oburzenie Francuzów. Chcieli nie tylko stawić opór podążającej w kierunku Paryża armii pruskiej, ale też natychmiastowego przywrócenia w kraju rządów republikańskich.
Burżuazyjni politycy próbowali opanować sytuację poprzez utworzenie rządu wyłonionego spośród swoich środowisk. Nie tego oczekiwał lud Paryża. 4 września robotnicy porzucili pracę i z przyłączającą się do nich ludnością tego miasta ruszyli tłumnie pod Pałac Burgundzki, gdzie przedstawiciele frakcji burżuazyjnych targowali się w sprawie składu koalicyjnego rządu tymczasowego, a wielu pośród nich nawoływali do rozpoczęcia natychmiastowych rokowań pokojowych z Prusakami. W tym miejscu warto zacytować barwny i żywy opis tych wydarzeń, dokonany przez Hipolita Prospera Oliwiera Lissagaraya, który będąc w tamtym czasie czynnym dziennikarzem, mógł być tych wydarzeń naocznym świadkiem, a nawet brać w nich aktywny udział:
„Paryż gromadzi się na ulicach. Liczni mieszczanie przypomnieli sobie, że są gwardią narodową, naciągnęli więc mundury, chwycili za karabiny i chcą przedostać się przez most Zgody. Żandarmi zdumieni widokiem tych czcigodnych mężów przepuszczają ich. Tłum idzie dalej i zajmuje Pałac Burbonów. O godzinie pierwszej, wbrew rozpaczliwym wysiłkom lewicy, lud wypełnia galerie. W odpowiedniej chwili. Deputowani, zajęci utworzeniem gabinetu, usiłują zagarnąć władzę. Lewica popiera te kombinację ze wszystkich sił, oburzając się, że śmie się mówić o Republice. Na galeriach rozlegają się okrzyki. Gambetta (przywódca partii republikańskiej – przyp. LF), mimo niesłychanych wysiłków i próśb, nie może nakłonić ludu, aby czekał na wynik narad. Wynik ten można przewidzieć zawczasu: będzie to komisja rządowa wyznaczona przez Zgromadzenie, prośba o pokój za wszelką cenę i – szczyt hańby – mniej lub bardziej parlamentarna monarchia. Nowa fala ludzka wyważa drzwi, wypełnia salę, wypiera lub zalewa deputowanych. Gambetta, wypchnięty na trybunę, musi proklamować detronizację cesarza. Lud idzie dalej woła: Republiki! Unosi z sobą deputowanych lewicy na Ratusz, aby tam proklamować Republikę.
Ratusz był już w rękach ludu. Na honorowym dziedzińcu walczą o lepsze sztandar trójkolorowy i sztandar czerwony, witany oklaskami przez jednych oklaskami, gwizdem przez drugich”.
Z ostatniego zdania wynika, że nie było jedności ideowej wśród ludności Paryża. Wykorzystali to burżuazyjni politycy wybierając spośród swego grona rząd, co z gorzką ironią skomentował Lissagaray następującymi słowy:
„Tak to dwunastu obywateli stało się władcami Francji. Obywatele ci uznali się za legalny rząd z woli ludu. Przyjęli wielką nazwę Rządu Obrony Narodowej. Pięciu z nich przyczyniło się do upadku Republiki w 1848 roku”.
W dalszym ciągu swojej narracji Lissagaray z ubolewaniem konstatował, iż błędem ludu Paryża było zaufanie względem nowych władz:
„Paryż bez wyjątku podporządkował się całkowicie owym deputowanym lewicy, zapomniał o ich niedawnych grzechach, uznał ich za większych o całą wielkość niebezpieczeństwa. Zdawało się, że na zagarnięcie władzy w takiej chwili może zdobyć się tylko geniusz.(…) Toteż, (…) gdy Trochu (tymczasowy prezydent III Republiki, a jednocześnie komendant Paryża – przyp. LF) dokonywał przeglądu gwardii narodowej, trzysta tysięcy ludzi ustawionych wzdłuż bulwarów, placu Zgody i Pol Elizejskich witało go z wielki m entuzjazmem.(…)
Tak Paryż złożył bez zastrzeżeń swe losy w ręce tej samej lewicy, wobec której musiałby użyć przemocy, aby móc dokonać rewolucji. Jego uniesienie nie trwało dłużej niż godzinę. Gdy obalono Cesarstwo, lud stolicy uznał, że wszystko się skończyło i abdykował ponownie. Na próżno przewidujący patrioci usiłowali wzmóc jego czujność; na próżno Blanqui pisał: Paryż jest w takim samym stopniu do zdobycia, jak my byliśmy niezwyciężeni; Paryż, zwodzony przez chełpliwą prasę, nie wie wcale, jak wielkie niebezpieczeństwo mu grozi; Paryż lekkomyślnie szafuje swym zaufaniem. A Paryż zaufał całkowicie swoim nowym władcom i z uporem zamykał oczy na wszystko. Tymczasem z każdym dniem mnożyły się oznaki niebezpieczeństwa. Cień zbliżał się, obrona zaś zamiast usunąć ze stolicy zbędnych ludzi, wpuściła dwieście tysięcy mieszkańców z okolicznych osiedli. Prace fortyfikacyjne nie posuwały się naprzód. Miast uzbroić całą ludność w łopaty (…) Trochu powierzył sypanie szańców zwykłym przedsiębiorcom, którzy nie mogli rzekomo znaleźć niezbędnych rąk do pracy. Nie zdążono jeszcze jak należy zlustrować (…) fortów południowych, gdy dziewiętnastego ukazuje się tam nieprzyjaciel i wymiata ze wzgórza oddział oszołomionych żuawów i żołnierzy, którzy nie chcieli się bić(…)
Trochu był zwolennikiem łagodnych środków (…) postanowił, że postara się, aby upadek [wielkiego miasta] był jak najmniej krwawy. Pozwalając więc nieprzyjacielowi zająć dogodne pozycje wokół Paryża Trochu zorganizował na pokaz parę potyczek”.
Generał Trochu jak i pozostali członkowie Rządu Obrony Narodowej, jak się niebawem okazało bardziej obawiali się uzbrojonego ludu niż wojsk pruskich. Zauważono to między innymi w rewolucyjnych redakcjach gazet i klubach, skąd płynęły – jak to relacjonuje Lissagaray – pytania następującej treści: „Co mają znaczyć te drobne wypady, których nigdy się nie kontynuuje? Dlaczego gwardia narodowa jest niedostatecznie uzbrojona, niezorganizowana, nie bierze udziału w akcjach? Czemu nie odlewa się nowych armat? Sześć tygodni, strawionych na czczej gadaninie i nieróbstwie, nie pozostawia już żadnych wątpliwości, co do nieudolności, jeżeli już nie złej woli ludzi z Rządu Obrony”.

Ponura francuska miłość

Nie tak często się zdarza, że jakaś książka wywołuje ciąg zaskakujących społecznych zdarzeń i konsekwencje, wśród których jest nawet śmierć. Na początku roku wyszła w Paryżu La familia grande napisana przez 45-letnią prawniczkę Camille Kouchner, rzecz o rodzinnych sekretach. Kazirodztwo, gejowskie gwałty – te ciche, wstydliwe zjawiska zostały wywleczone na publiczne światło i okazało się, że tag #Metoo jest daleko niewystarczający. Przemoc seksualna jest obecna w środowiskach elit polityczno-artystycznych tak samo, jak gdzie indziej.

„Seks to nasza wolność” – odpowiedziała kiedyś autorce La familia grande jej matka Évelyne Pisier, gdy zwróciła uwagę, że jej ojczym, dziś 70-letni Olivier Duhamel, smali cholewki do żony przyjaciela. Dostęp do seksu był obowiązkiem w tym środowisku, pod karą kpin. Matka pisarki, jej ciotka Marie-France Pisier i matczyna babka promowały feminizm, który ma się spełnić dzięki emancypacji seksualnej. Taka „wolność” stała się przymusem w tej lewicowej, dobrze sytuowanej paryskiej rodzinie, która kibicowała rewolucjom ludowym w Ameryce Łacińskiej.
Podobnie jak wielu lewicowców z 1968 r., Olivier Duhamel wylądował w końcu u „socjalistów” (w Partii Socjalistycznej), by jak oni przyjąć oligarchiczny neoliberalizm i tzw. realpolitik jako wyznaczniki działania społecznego. W tej sytuacji partia się rozpadła, a Duhamel od początku, jak np. Daniel Cohn-Bendit, poparł prezydenturę Emmanuela Macrona, doradzał mu nawet i regularnie spotykał się z jego żoną Brigitte. Może nie był Rasputinem, ale miał ogromne wpływy. Problem w tym, że kiedyś wieczorami naciskał klamkę do pokoju swego 13-letniego pasierba, brata bliźniaka Camille, zamykał drzwi i zostawał tam jakiś czas.
Fin de Siècle
Camille Kouchner i jej gwałcony brat to dzieci Bernarda Kouchnera, który politycznie też przeszedł drogę z lewicy prosto na prawicę, był nawet szefem francuskiej dyplomacji u Sarkozy’ego i rządził Kosowem w imieniu ONZ. Wielki zwolennik wojen humanitarnych wplątał się w interesy kosowskiej mafii, która handlowała ludzkimi organami, ale jakoś wyplątał się z oskarżeń. Duhamel przejął jego żonę z dziećmi. Wykładowca politologii na Science Po, czyli w prestiżowym Instytucie Studiów Politycznych, paryskiej „kuźni kadr” Republiki, stał na czele różnych stowarzyszeń i fundacji, był członkiem kilku rad nadzorczych, ale przede wszystkim był idealnie przytulony do władzy, jako szef klubu Siècle.
Paryski klub Siècle ma mniej więcej tylu członków, co parlament, a jego działalność polega na urządzaniu uroczystych kolacji raz na miesiąc, na których omawia się „tematy bieżące”. To prawie rodzaj obiadów czwartkowych, tyle, że ściśle politycznych. Siècle zawsze był mega-elitarnym klubem władzy – dziś np. należy doń 11 ministrów rządu Macrona. Duhamel miał pozycję tego, który „wyznacza królów” we francuskiej polityce, krążąc nad wszystkimi ministrami, radcami stanu, różnymi mandarynami politycznymi, szefami największych spółek giełdowych, generałami, bankierami oraz redaktorami naczelnymi największych mediów, którzy mieli członkostwo klubu. Nikt otwarcie nie mówił, że to Siècle wyznacza pewne trendy polityczne i decyzje państwa, ale to się wiedziało. Kiedy po ukazaniu się książki Duhamel musiał podać się do dymisji, klub niemal się rozpadł, w każdym razie stał się maksymalnie dyskretny.
Śmierć w basenie
Camille Kouchner opisuje rodzinę, która mogłaby wystąpić w powieści Houellebecqa. Wakacje w rajskim, prowansalskim domostwie, gdzie żyło się po nowemu, bez pruderii. Wszyscy łącznie z gośćmi musieli być nagusami, a Olivier Duhamel robił zdjęcia piersiom czy pośladkom dzieci i starszych, by je rozlepiać na ścianach. Starsi podrywają się przy małych, mali mają całować się z języczkiem… Camille zabrało trochę czasu, zanim zrozumiała, dlaczego źle się czuje. Pokazuje środowisko dysfunkcyjne, niezdrowe, nieodpowiednie dla dzieci i nastolatków, krzywdzące. No i kazirodztwo. Duhamel wykorzystywał brata Camille, a ich matka postanowiła milczeć.
Hałas zaczęła podnosić w końcu Marie-France, siostra ich matki. Pisała listy, kontaktowała się z dziennikarzami, ale wczesną jesienią 2017 r. znaleziono ją martwą na dnie jej przydomowego basenu. Czy Duhamel byłby zdolny do morderstwa? Można odnieść wrażenie, że Camille tego nie wyklucza. Z początku szef Siècle’u zapewniał, że po prostu zakochał się w chłopcu, ale brat autorki zaraz wniósł skargę do prokuratury, będzie sprawa, choć czyny są przedawnione. Prawdziwym kontekstem książki nie jest nawet kazirodztwo, ale bezwzględna dominacja, możliwa dzięki zaufaniu, zależności od kata i zależności afektywnej w ogóle. Tymczasem efektem ubocznym „skandalu Duhamela” stał się nieoczekiwany efekt domina.
Science Po
Szkoła ta znała już skandale: jej czcigodny dyrektor Richard Descoings w 2012 r. został znaleziony bez życia w swoim nowojorskim pokoju hotelowym, nagi, obrzygany i nawalony kokainą po dziurki w nosie. On również był z pokolenia lewicy, która zmieniła się w prawicę. Pojechał do USA na zaproszenie sekretarza generalnego ONZ, by wziąć udział w kolokwium na Uniwersytecie Columbia, ale wieczorem zamówił sobie dwie męskie prostytutki, żeby się rozerwać i serce nie wytrzymało. Mimo wszystko, najwyższe czynniki państwowe oddały mu hołdy jak trzeba, aż okazało się, że zmarły rektor zarządzał szkołą jak pięciolatek, powstały duże szkody i lepiej było o nim zapomnieć.
Gdy wszyscy już poznali treść książki Camille Kouchner, padło pytanie skąd się wzięła wieloletnia omerta, kto wiedział i nie powiedział? Tu znowu mamy dyrektora Science Po, czyli wysokiego urzędnika państwowego: Frédéric Mion musiał oddać klucze, bo wyszło, że wiedział co trzeba o jednym z wykładowców, a jednak nic nie zrobił. Mion to tuszował, bo Duhamel był jakby nad nim, ale teraz stał się pierwszą kostką domina. Posypały się i inne dymisje bliskich przyjaciół Duhamela: np. Élisabeth Guigou – „socjalistka”, która stała na czele parlamentarnej komisji ds. kazirodztwa i przemocy seksualnej wobec dzieci, czy prefekt regionu paryskiego, ciężki prawicowy seksista Marc Guillaume. Macron oczywiście wyraził oburzenie kazirodztwem i pedofilią, gdy z Science Po zaczęły nadchodzić informacje o protestach przeciw molestowaniu seksualnemu i nawet gwałtom, do których miało dochodzić na uczelni.
Dwa nurty
„Skandal Duhamela” zaczął nagle pączkować innymi aferami tego typu, z których kilka warto wspomnieć: wkrótce poleciał też inny macronista Dominique Boutonnat, szef francuskiego kina, producent, odpowiednik hollywoodzkiego Weinsteina, prezes Narodowego Ośrodka Kinematografii (CNC), który postawił wymóg zyskowności filmów. Nie za to poleciał, lecz z powodu podejrzenia gwałtów na swoim 22-letnim chrześniaku, podczas ostatnich wakacji w Grecji, gdy tamten wniósł skargę na fali poksiążkowego przebudzenia. 70-letni Richard Berry, jedna z legend francuskiego kina, oskarżony przez 45-letnią córkę Coline Berry-Rojtman o kazirodztwo w jej dzieciństwie. Albo 38-letni radny komunistyczny Paryża Maxime Cochard, który wraz ze swym partnerem miał zgwałcić 20-letniego chłopaka w jego akademiku pod Paryżem…
To, co stanowiło składniki skandalu – kazirodztwo i gejowskie gwałty – rozbiło się w dwa nurty społecznego oburzenia, które wyraziło się rychłym powstaniem tagów #MetooInceste i #MetooGay. Nimi oznaczono dziesiątki, setki i w końcu tysiące wyznań skrzywdzonych na zawsze ludzi. Skruszony rząd dał do zrozumienia, że wycofa się z pomysłu obniżenia wieku dojrzałości seksualnej do 13 lat, ma zostać jednak 15. W lutym okazało się, że 20-letni Guillaume T., który pierwszy wrzucił do sieci tag #MetooGay, był ofiarą Cocharda. Dwa tygodnie później znaleziono studenta powieszonego we własnym pokoju. Jak wszyscy, Cochard wszystkiemu zaprzecza.
Tylko nie QAnon
We Francji Kościół nie kojarzy się tak automatycznie z pedofilią jak w Polsce, bo też nie ma takiego znaczenia politycznego, jak u nas. Ludzie są raczej skłonni uważać, że jeśli oni i ich dzieci są dupczeni, to raczej przez elity, przez polityków i oligarchię. Ale taki pogląd ma w sobie coś z niebezpiecznego populizmu – alarmują podręczni komentatorzy, jak pochodzący z naszych stron prawicowy filozof Alain Finkielkraut, który w telewizji zawzięcie bronił Oliviera Duhamela, a wcześniej Romana Polańskiego. Francja chyba nie chce mieć na karku czegoś w rodzaju trumpowskiego QAnonu oskarżającego demokratyczne elity, w tym samego Joe Bidena, o zorganizowaną pedofilię? Chcecie wojska na ulicach, jak w Waszyngtonie? Wystarczy „żółtych kamizelek”!
Cały ten ruch ofiar stał się wrażliwy polityczne, aż po anegdoty: o molestowanie seksualne został oskarżony nawet podtatusiały François Asselineau, po którym autentycznie nikt się tego nie spodziewał. To 63-letni szef Ludowego Związku Republikańskiego (UPR), „partii Frexitu”. Dwóch byłych pracowników partii, w tym szef gabinetu szefa, oskarża go o „skradzione całusy”(!). Asselineau publicznie powiedział o swej biseksualności i uważa całą sprawę za intrygę polityczną. W tle takich doniesień sprawa gejowskich gwałtów nie przestaje jednak elektryzować, jakby to było nowe, dopiero odkryte tabu. Ma ono przed sobą dużą przyszłość.
Miłość Macrona
Sprawa Duhamela, nauczyciela Macrona z Science Po, pozostaje bardzo niewygodna dla obecnej władzy, bo przecież Brigitte poderwała Emmanuela, gdy miał 14 lat. Normalnie zajęłyby się tym służby socjalne, ale oboje pochodzili z wyższej burżuazji, ona już wtedy była żoną bankiera, i skandal przeszedł bokiem. Dziś jest trochę trudniej, bo skrzywdzeni, z opóźnieniem lub nie, zaczęli się odzywać, albo tylko świadkowie, jak Camille Kouchner. Władza i gwałt, władza i dominacja, władza i wyzysk – te tematy wróciły do publicznych debat szeroką falą, od grzecznych w telewizji, po niegrzeczne, bardzo polityczne w internecie.
We Francji sam szef policji, minister spraw wewnętrznych Gérald Darmanin ze skrajnej prawicy, ma na karku śledztwa ws. gwałtów z czasów, gdy jako prowincjonalny urzędnik przydzielał mieszkania w zamian za usługi seksualne. Feministki domagają się jego dymisji, ale prezydent Macron go kocha. Dlatego dużo pozostaje jeszcze do zrobienia w sprawach władzy i seksu.

O twórcy Absurdystanu, nie tylko sanitarnego

Z pewnym gorzkim rozbawieniem da się właśnie obserwować niezwykłe przebudzenie europejskich mass mediów w kwestii rządów króla Ubu we Francji, tj. neoliberalnego ekstremisty Emmanuela Macrona.

Opóźnienie tych mediów jest olbrzymie, gdyż szaleństwo neoliberalne długo im nie przeszkadzało. Dopiero po latach niespotykanego autorytaryzmu, wielu ofiar i nieszczęść, powodem do przebudzenia stały się, teraz sławne na cały kontynent, wyjątkowo represyjne środki antyepidemiczne, które poza swą groteską, niczego nie dają. Macronowska idolatria policyjnych represji przechyliła szalę.
Zaczęło się od artykułu w niemieckim Die Zeit. Tekst „Autorytarny Absurdystan” z 12 listopada oprócz analizy politycznych wpływów francuskiej oligarchii i paryskiej „arystokracji” urzędniczej, na których Macron oparł swe żałosne rządy, przynosi wiele anegdot ilustrujących chaos i niewiarygodną chucpę zarządzania „wojny z epidemią”. Na przykład, by wyjść z ogólnego aresztu domowego przewidzianego lockdownem, Francuzi muszą mieć odpowiednie zaświadczenia, choćby chodziło o wyprowadzenie psa, czy zaprowadzenie dziecka do szkoły.
Na początku tego miesiąca szef Macronistanu (jak go nazywają w ojczyźnie) wygłosił przemówienie telewizyjne, w którym usprawiedliwiał godzinę policyjną i powszechny areszt domowy wymyślonymi liczbami: straszył, że w połowie miesiąca 9 tys. łóżek reanimacji będzie zajętych przez pacjentów z covidem, a wkrótce umrze na tę chorobę 400 000 ludzi (!). Konsekwencją tych typowych fałszywych proroctw na rzecz Wielkiego Strachu był zupełnie niespodziewany bunt mediów rządowych (d. publicznych). W końcu wyciągnęły one dowody, że ani godzina policyjna, ani lockdown z aresztem nie miały najmniejszego wpływu na spadek „przypadków” i zachorowań na covid.
Kilka elementów: szczyt liczby „przypadków” (tj. pozytywnych testów na obecność koronawirusa u zdrowych i chorych) przypadł na 2 listopada – potem liczby zaczęły gwałtownie spadać. 2 listopada to był zaledwie 4 dzień ogólnego aresztu domowego: daleko za wcześnie, by mógł zadziałać, jeśli to w ogóle działa. Co do godziny policyjnej, która sparaliżowała wiele miast łącznie ze stolicą, mogła wydawać się owocna, gdyż początek „szczytowania” liczby „przypadków” – 27 października – przypadł 10 dnia po wprowadzeniu tego obostrzenia. Problem: w miastach, w których godziny nie wprowadzono, początek szczytu przypadł tego samego dnia.
Mało tego, według uznanej już naukowej metody badania nagromadzenia wirusów w ściekach spływających z łazienek, spadek nieuchronnie zapowiadający obniżenie liczby „przypadków” i hospitalizacji zaczął się 17 października, tj. w dniu wprowadzenia godziny policyjnej. Obecnie królują dwie hipotezy, które mogłyby to wyjaśnić: jedna to prostu naturalny cykl życia tego typu wirusów i druga, o której nie warto mówić, gdyż na razie otacza ją zbyt silne tabu medialno-polityczno-społeczne typu pierwotnego (wg antropologii).
Jednak już nie problem, czy Macron, strasząc współobywateli wiedział, czy nie wiedział (co byłoby kompromitacją), jak się sprawy przedstawiają, przestraszył europejskie i nawet amerykańskie media, lecz ogólniejsza kwestia postępującej faszyzacji władzy. Partia Macrona, poparta przez Zjednoczenie Narodowe Le Pen, przepchnęła przez parlament przepisy praktycznie uniemożliwiające oskarżenia niezwykle brutalnej francuskiej policji o jawne przestępstwa. Środkiem do tego jest zagrożony więzieniem zakaz publikowania zdjęć i filmów policjantów, na podstawie których można ich zidentyfikować, co jest dozwolone np. w Chinach, Rosji czy innych krajach dyżurnie uchodzących za represyjne.
Skandaliczna, macronowska ustawa o „globalnym bezpieczeństwie” wywołała mocno spóźnione, nagłe przebudzenie liberalnych mediów, które można podziwiać z opadłą szczęką. Lawina artykułów, od Washington Post, Politico czy New York Times , poprzez Guardiana, El Pais, Handelsblatt i całą masę mniej wpływowych gazet z innych krajów, spada na ciężko doświadczoną Francję i jej oszalałego prezydenta. Potrzeba więc było epidemii, by wreszcie zwrócić uwagę na to, co dzieje się pośrodku Europy. Może po prostu Absurdystan jest większy, niż się uważa?

Mafia polityczna i Libia

Nicolas Sarkozy, najbardziej jawnie proamerykański prezydent Francji, usłyszał w paryskiej prokuraturze czwarty, najcięższy zarzut w sprawie swych układów z pułkownikiem Kaddafim, przywódcą Libii, który sfinansował mu kampanię wyborczą w 2007 r. Ciekawa to sprawa, bo rzuca dodatkowe światło na powody zlikwidowania państwa libijskiego przez NATO w 2011 r. i zamordowanie samego Kaddafiego, do czego przyczyniły się francuskie służby specjalne.

Otóż do zarzutów o „korupcję pasywną” (tj. przyjmowanie łapówek), „defraudację libijskich funduszy publicznych” i „nielegalne finansowanie kampanii wyborczej” doszło oskarżenie o przynależność do „organizacji przestępczej”, czyli mafii. Rzecz jest bardziej niż prawdopodobna, bo sprawa libijska jest tylko jednym z odkrytych przestępstw i wielkich przekrętów Sarkozy’ego. Gdy np. prokuratura wyszła z podejrzeniami, że b. prezydent ze swymi ludźmi wyłudzili wielkie pieniądze od Liliane Bettencourt, 87-letniej właścicielki koncernu L’Oréal, zaczęli w tajemniczych okolicznościach ginąć świadkowie… jakbyśmy byli u Franka Underwooda.
W 2007 r. Sarkozy wygrał wybory prezydenckie, pokonując „socjalistkę” Ségolène Royal, żonę „socjalistycznego” neoliberała François Hollande’a, który zwyciężył w następnych wyborach (w 2012 r.) i wypromował neoliberalnego ekstremistę Emmanuela Macrona na obecną kadencję. Sarkozy wygrał, bo jego kampania wyborcza była najbogatsza, dystansująca finanse innych kandydatów o wiele długości. Kaddafi miał w 2007 r. dwa cele, jeśli chodzi o Francję, i zgodził się dać łapówki tamtejszym politykom, by je osiągnąć.
Jego pierwszym celem było zwolnienie z francuskiego więzienia swego szwagra Abdullaha Senussiego, b. szefa libijskich służ specjalnych, skazanego na dożywocie za jego rolę w zamachu na samolot pasażerski, w czasie wojny libijsko-czadyjskiej, w 1989 r. W samolocie z Paryża do Brazzaville przez N’Dżamenę zginęło wtedy 170 osób. Sarkozy obiecał Kaddafiemu skasowanie wyroku lub amnestię i dostał co najmniej 57 milionów euro na swoją kampanię wyborczą, co się łączyło z drugim celem Kaddafiego, zbliżeniem politycznym do Zachodu, ułożenie się z nim, by nie mieć już kłopotów.
Kaddafi był gotów za to płacić i zabezpieczył się dodatkowo, dając łapówkę 25 milionów euro na kampanię Ségolène Royal (według przepisów, na całość kampanii prezydenckiej we Francji, sztaby wydają maksymalnie 20 milionów, które nie mogą pochodzić z zagranicy). Postawił jednak więcej na dobrego, zwycięskiego konia, prosto ze stajni CIA. Nicolas Sarkozy, z szanowanej żydowskiej rodziny, został wychowany w Stanach przez Christine de Ganay, trzecią żonę swego ojca, która szybko potem wyszła za ambasadora Franka Wisnera Jr., syna założyciela służb specjalnych CIA/NATO, siatki Stay-behind Gladio.
Naturalnie Sarkozy okazywał miłość Kaddafiemu, gościł z honorami w Paryżu zaraz po zaprzysiężeniu, obiecywał „owocną współpracę” i bał się jednocześnie, czy Libijczycy go nie sypną albo będą szantażować. W tym czasie skupił się na pracy dla imperium, w 2009 r. ponownie, po dziesiątkach lat zawieszenia wprowadził Francję do NATO i po dwóch kolejnych latach zaproponował NATO inwazję na Libię, po przyklepaniu tego przez Waszyngton. Kaddafi został zabity, jak chciał, lecz przywódca Libii, który w Paryżu nie wahał się mówić, że w jego kraju jest więcej demokracji, niż we Francji, przed śmiercią kazał schować jakieś papiery, by potem zaczęły krążyć. Poza tym nie udało się zabić wszystkich świadków. Tak doszło do prokuratorskiego odkrycia, że Sarkozy to mafiozo. Dziś Sarkozy jest oficjalnym doradcą prezydenta Macrona, podobnie służącego amerykańskiej oligarchii.
Na ostatniej manifestacji personelu szpitalnego w Paryżu, przemawiała pielęgniarka: „Republika jest dziś dyktaturą rządzoną przez policyjną przemoc, podtrzymywaną przez medialne kłamstwa, która pogardza ludzką godnością. Ten garnek w końcu wybuchnie i Macronowie skończą jak Ceausescu”. To mało prawdopodobne, gdyż we Francji politycy w zasadzie nie idą do więzienia. Chyba, że coś rzeczywiście pęknie.

Francja, lewica i multikulturalizm

Czyn 25-latka z siekierą, który pomylił adresy, ale i tak ciężko ranił dwójkę dziennikarzy w Paryżu, odesłał wszystkich do kwestii tożsamościowych i stał się jeszcze jednym powodem, by zaatakować szefa francuskiej lewicy, lidera Nieuległej Francji (LFI) Jean-Luca Mélenchona, który miał niemalże doprowadzić do nowego zamachu na Charlie Hebdo. Jego winą jest „walka z islamofobią”, która miałaby być sprzeczna z laicyzmem państwa.

Wszytko wskazuje, że młody Pakistańczyk postanowił w piątek ukarać Charlie Hebdo za ponowną publikację karykatur Mahometa z własnej inicjatywy, bez składania przysięgi organizacji typu Państwo Islamskie. Redakcja Charlie dawno się już przeniosła z miejsca pamiętnej masakry Al-Kaidy ze stycznia 2015 r. Po głowach dostali maczetą kobieta i mężczyzna, pracownicy sąsiedniej, małej agencji prasowej, którzy wyszli przed budynek na papierosa.
W Pakistanie bluźnierstwo traktuje się śmiertelnie poważnie. Po ponownym ukazaniu się karykatur Mahometa na początku września, doszło tam zresztą do manifestacji wrogich Francji: młody Hassan, od trzech lat na miejscu, bardzo słabo znający francuski, chciał pracować na budowach, lecz wziął się za obronę religii i czci współwyznawców. Policja aresztowała wszystkich jego współlokatorów z małego mieszkania socjalnego na przedmieściach, wypełnionego piętrowymi łóżkami. Dotarł do Francji z młodszym bratem, przez Turcję, gdzie pracowali w fabryce obuwia, potem przez Grecję i Włochy. Podawał się za nastolatka, by skorzystać z pomocy państwa.
Zacięci wrogowie imigracji i islamu mają trochę mętlik w głowie, bo za sprawcą ataku rzucił się w pościg 33-letni Jusef – Algierczyk i muzułmanin. Gonił za nim nawet w korytarzach metra. Policja uznała go oczywiście za podejrzanego, założyła mu kajdanki i trzymała w areszcie 12 godzin, zanim okazało się, że to dzięki niemu złapano Hassana. Jusef jest we Francji już 10 lat, ma nieuregulowany pobyt. Nikt mu nie podziękował. Wszystko to stało się, gdy Mélenchon okazał znaczną rezerwę co do pomysłu Charlie Hebdo.
Maszyna do przegrywania
Wcześniej trwała w mediach krytyczna debata nad linią polityczną Mélenchona, którą lewicowy kandydat na prezydenta ogłosił tydzień temu w przemówieniu-wykładzie O republice, historycznym, ale też jakby programowym. Robespierre i Hugo mogą stanowić rodzaj fundamentu ideowego, rewolucyjnego i humanistycznego, w działaniu na rzecz ubogich, ludzi bez przywilejów. Adwersarzom rzucił się jednak w oczy jedynie fragment tożsamościowy, o „kreolizacji” społeczeństwa Francji. Krytycy ogłosili, że oto Mélenchon włączył właśnie „maszynę do przegrywania”, o czym świadczy też jego „prawie antysemicki” wpis na Twitterze. Lewicowy przywódca jawnie tam dał znać, że nie uważa redakcji Charlie za świętych i jeszcze „zrobił skandal”.
Już właściwie nie wiadomo, co było większym skandalem: to, że Mélenchon pokazał na swoim koncie rysunek „anty-Charlie”, czy to, jak odpowiedział jednemu z krytyków. 69-letni kandydat lewicy udostępnił rysunek lewicowego pisma Regards, na którym b. znani redaktorzy i rysownicy tygodnika, którzy zginęli w zamachu z 2015 r., żalą się, że są „kochani przez durniów”, zupełnie jak na jednej z karykatur Mahometa, który narzekał na to samo. Pokazano tam przykłady znanych czytelników, z prawicy i „podrabianej lewicy”. Wielu tego nie zdzierżyło.
I oto, gdy pewien dość znany przedsiębiorca, obrońca czci redakcji Charlie, wyjechał do Mélenchona z zarzutem gwałcenia „wartości republikańskich”, ten odpowiedział „Nie jestem autorem rysunku. Likud robi z pana wariata”. Likud to ultranacjonalistyczna partia Benjamina Netanjahu, rządzącego w Izraelu. Co ma piernik do wiatraka? Padły komentarze, jakoby sugerowanie, że obrońcy tygodnika satyrycznego mają coś wspólnego z dalekim, prawicowym krajem, jest poniekąd antysemickie. I to w momencie, gdy trwa dyskusja o pozycji mniejszości etnicznych i francuskiego modelu społecznego…
Kreolizacja, wielokulturowość po francusku?
Najogólniej rzecz biorąc we Francji ścierają się dwie koncepcje traktowania mniejszości. Z jednej strony model anglosaski, czyli tolerowanie izolujących się grup etniczno-kulturowych, które uznają jednak podstawowe „wartości państwowe” („multi-kulti”), z drugiej francuski, uniwersalistyczny, który zakłada asymilację, pełne dostosowanie się polityczno-kulturowe imigrantów do zasad i obyczajów państwa, bez separowania się poszczególnych społeczności. Na celowniku prawicowej i lewicowej, laickiej krytyki republikańskiej znajduje się zazwyczaj model brytyjsko-amerykański, jako zarzewie konfliktów religijno-etnicznych: wielokulturowość byłaby niebezpiecznym rozdrobnieniem. Mélenchon poszedł tymczasem w poprzek obu podejściom – „Francja nie jest narodem etnicznym”.
Jest to idea w zasadzie czysto republikańska, jej uniwersalizm sięga Wielkiej Rewolucji. Francuzi to „społeczność prawna, jedyna, która ma prawo istnieć”. Termin „kreolizacja społeczeństwa” odwołuje się do języka i kultury Karaibów, w tym francuskich. „Nie trzeba się jej bać” – przekonywał Mélenchon. Cały ten koncept wziął od pisarza, poety i filozofa z Martyniki Édouarda Glissanta, zmarłego dziewięć lat temu. W 2005 r. Glissant tak definiował swój termin:
„Kreolizacja to wymieszanie sztuk lub języków, które daje coś nieoczekiwanego. To sposób ciągłego zmieniania się bez zatraty. To przestrzeń, gdzie rozproszenie pozwala się zebrać, gdzie szoki kulturowe, dysharmonia, nieporządek i interferencje stają się twórcze. To stworzenie kultury otwartej i skomplikowanej, która wstrząsa uniformizacją wielkich central medialnych i artystycznych. Pojawia się szybko w każdej dziedzinie, muzyce, sztukach plastycznych, literaturze i kinie.”
Kręcenie nosem
Prawicowi publicyści z Le Figaro wypominali „sprzeczności” Mélenchonowi, bo kiedyś odrzucał „islamofobię”: „Kontestuję ten termin. Mamy prawo nie lubić islamu tak samo, jak mamy prawo nie lubić katolicyzmu” – mówił, a jednak walczy z islamofobią! Kiedyś był normalnym antyklerykałem, a teraz „broni religii”. Czy to jest zgodne z laicyzmem Republiki? Znana publicystka prawicowa Elisabeth Lévy przypominała z miejsca, że Angela Merkel potępiła „multi-kulti” już 10 lat temu, że Lider LFI proponuje przebrany multikulturalizm, że jest „uległy wobec radykalnego islamizmu” (!) i zamiast potępiać domniemany separatyzm muzułmanów mówi o „separatyzmie bogatych”… „Czy Mélenchon nie jest islamistą?” – pyta nawet.
Zanim jednak prawica wyciągnęła swe armaty, zdegustowana, że „kreolizacja” porównuje białych Francuzów z losem nie białych, łącząc ich z populacjami byłych niewolników, pierwszy atak przyszedł z dość nieoczekiwanej strony. Reprezentantka francuskich Zielonych (EELV), wcześniej macronistka Isabelle Saporta, dziś żona kandydata partii na prezydenta Francji Yannicka Jadota, twierdziła nic nie rozumiejąc, że „kreolizacja” odsyła do kwestii narodowości, a potem ni w pięć ni w dziewięć, że Mélenchon „schlebia faszystom”, bo przecież jest przeciw europejskiej polityce pracowników delegowanych, pozwalającej pracodawcom wykorzystywać różnice w ochronie socjalnej różnych krajów i lepiej zarabiać, kosztem miejscowych pracowników.
Obrona Mélenchona
Gdy już jako islamista i faszysta przywódca LFI musiał ścierpieć filipikę przeciw kreolizacji Erica Zemmoura, francuskiego nacjonalisty i syjonisty, praktykującego syna algierskich Żydów, najpopularniejszego teraz telewizyjnego publicysty skrajnej prawicy narodowej we Francji, sięgnął po pióro. Dał odpowiedź krytykom w L’Obs, wyjaśniając, że kreolizacja nie jest żadnym projektem politycznym lewicy. Nie ma jej w programie, bo to tylko spontaniczny fakt społeczny, który łatwo zaobserwować. „Zaproponowałem jedynie brakujące ogniwo między uniwersalizmem, którego się domagam, a rzeczywistością, która mu przeczy.”
Mélenchon tłumaczy, że dla dominujących przejście od pojęcia uniwersalizmu do jego wprowadzenia w życie jest łatwa, bo to ich kultura i zwyczaje. Myślą, że to ta kultura jest praktyką uniwersalizmu i chcą od innych „asymilacji”. To dla nich naturalne. Natomiast miliony ludzi, którzy szanują prawa, ale od których wymaga się odrzucenia wszystkiego, co ich różni od kultury dominującej, widzą taki „uniwersalizm” inaczej. Żądanie od przybyłych „wysiłku integracji” podważa ich głęboką tożsamość. Ludzie z obsesją tożsamości, jak Zemmour, mogliby to zrozumieć.
Sami Francuzi przechodzą zresztą kreolizację: odniesienia do kultury anglosaskiej, które niegdyś były marginesem, widać teraz na fasadach sklepów, w słowniku internetu, programach telewizyjnych, modzie i muzyce. To najszersza we Francji forma kreolizacji. Społeczeństwo bardzo się zmieniło od 1958 r., gdy powstała konstytucja V Republiki, miesza się z ludźmi z Karaibów i Maghrebu, i powinno być społeczeństwem „podobnych w różnicach”. Potrzeba nowej konstytucji, VI Republiki, która obaliłaby obecną monarchię prezydencką i pozwoliła „zdefiniować się” ludowi na nowo.
Przed wyborami
Czy Mélenchon ma szanse zostać prezydentem w 2022 r.? W ostatnich wyborach zabrakło mu ponad pół miliona głosów, by dostać się do drugiej tury, choć był w ścisłej czołówce, wśród kandydatów oscylujących wokół 20 proc. Po trzech latach jego Nieuległa Francja zeszła na 6 proc. poparcia, by ostatnio się odbijać. Ludzie prezydenta grają na przyszłe starcie w drugiej turze między nim a Marine Le Pen ze Zjednoczenia Narodowego, co ma doprowadzić do zwycięstwa Macrona „z automatu”, jak w 2017.
Ale jego prezydencka partia (LREM) rozpada się. Przegrała z kretesem wrześniowe wybory uzupełniające do Zgromadzenia Narodowego i Senatu. W parlamencie straciła większość z powodu odejść, musi układać się z centrystami. Macron może nie wejść do drugiej tury i nawet zrezygnować z kandydowania. Lewica nie jest bez szans, choć jest systematycznie atakowana przez media.
Uporanie się z kwestiami tożsamościowymi nie pomoże Hassanowi z Pakistanu ani jego ofiarom, które nigdy już nie będą takie same, lecz takie podejście może zapobiec szerzeniu się rasizmu, prawicowej kultury wyższości, która na co dzień coraz mocniej zatruwa życie społeczne. Przepowiadanie, dążenie do jakiejś rasowej „wojny domowej” jest nie mniej niebezpieczne niż islamizm – próbuje przekonać Mélenchon. Ci, którzy chcą widzieć w jego ideach jakąś przyczynę ataku Hassana na Charlie Hebdo, oczywiście odrzucają tę tezę.