Macron straszy

Sobotnie manifestacje „żółtych kamizelek“ miały być „ultimatum“ dla prezydenta Emmanuela Macrona, zapowiadano wielkie demonstracje, ale prezydent to zlekceważył, pojechał sobie na weekendowe narty w Pireneje. Musiał przedwcześnie wracać, bo w Paryżu protest przybrał szczególnie gwałtowne oblicze. Ogłosił, że podejmie „silne decyzje“, które mają temu zaradzić. Wczoraj w stolicy Francji policja aresztowała pond 200 osób.

Wielu francuskich polityków krytykowało prezydenta, że wolał pojechać na narty, niż śledzić przebieg manifestacji na miejscu. Macron kazał jednak strzec pustego Pałacu Elizejskiego 12 kompaniom policji i wyjechał się zabawić, podczas gdy setki tysięcy ludzi w kraju domagało się jego dymisji.
Po przyśpieszonym powrocie ogłosił, że wszyscy, którzy wczoraj manifestowali, są „wspólnikami wandali“, którzy doprowadzili do pożarów i demolowania oraz plądrowania sklepów na Polach Elizejskich. „To już się nie nazywa manifestacją. Ci ludzie chcieli zniszczyć Republikę, mogli kogoś zabić“ – mówił zdenerwowany. „Wiele rzeczy zostało zrobionych od listopada [tj. od początku protestów „żółtych kamizelek“], ale dzień dzisiejszy pokazuje, że to za mało.“
Macron nie powiedział nic więcej na temat przyszłych „zdecydowanych środków“, lecz ich ogłoszenie nadchodzi jeszcze przed wejściem w życie bardzo kontrowersyjnej „ustawy przeciw chuliganom“ przegłosowanej przez jego partię, która miała być odpowiedzią na przemoc, która towarzyszy czasem manifestacjom „żółtych kamizelek“. Według krytyków, ustawa niesie ryzyko poważnego ograniczenia prawa do manifestacji, będzie ją badać Rada Konstytucyjna (odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego).
„Żółte kamizelki“ odpowiadają, że ministerstwo policji źle zarządzało podległymi oddziałami – nie interweniowaly one przeciw „chuliganom“, bo było ich za mało, a minister nie pozwolił użyć jednostek pilnujących opuszczonego Pałacu. „Wypaczenie autorytarne“ Macrona, krytykowane przez lewicę, może jeszcze zaostrzyć sytuację we Francji.

Wielka mobilizacja

Od początku buntu „żółtych kamizelek“ nie widziano takich tłumów w Paryżu i innych miastach. W ramach „konwergencji walk“ do protestujących dołączyli obrońcy klimatu. Na Polach Elizejskich od początku dochodziło do starć z policją. „Black bloc“ zaatakował luksusowe butiki i restauracje słynnej alei. Stanęły barykady, doszło do pożarów.

Wczoraj miała zakończyć się „debata narodowa“ zarządzona przez prezydenta Macrona w styczniu. Polegała ona przede wszystkim na transmitowanych w telewizji spotkaniach prezydenta z merami miejscowości różnych regionów kraju i wyglądała na kampanię jego partii (LREM) przed wyborami europejskimi. Rząd chce przedłużyć ją jeszcze o miesiąc, ale „żółte kamizelki“ chcą czynów, nie słów. Dzisiejsze manifestacje miały świadczyć o żywotności ruchu.
Postulaty są ciągle te same: podniesienie poziomu życia, wprowadzenie sprawiedliwości podatkowej (przywrócić podatki dla najbogatszych) i demokratyzacja kraju poprzez referenda RIC. Ludzie chcieliby też dymisji prezydenta Macrona i ministra policji Castanera, odpowiedzialnego za stosowanie nieproporcjonalnej przemocy wobec manifestantów. Śledztwo w tej sprawie podjął Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka. To już 18 „akt“ protestów, 18 tydzień od połowy listopada. Władze oczekują zadyszki tego ruchu, ale determinacja „żółtych kamizelek“ nie słabnie. Nie słabnie też przemoc „wandali” towarzyszących manifestacjom. W Paryżu od rana na ulice wyjechały wozy pancerne i ciężarówki policji. Na Polach Elizejskich wkrótce zapłonęły kioski z prasą. Młodzi, ubrani na czarno mężczyźni zdemolowali kilka sklepów znanych marek. Ten los podzieliła też słynna restauracja Fouquet’s, ulubione miejsce b. prezydenta Sarkozy’ego.
Tłum skandował „Rewolucja, rewolucja!“, „Kto sieje biedę, zbiera gniew“, „Koniec miesiąca, koniec świata – ta sama walka!“. Do podobnych manifestacji doszło we wszystkich miastach Francji.

Wyjdźcie z głupich traktatów

Lider francuskiej lewicy, ekosocjalista Jean-Luc Mélenchon, skrytykował tekst prezydenta Macrona o «odrodzeniu Unii Europejskiej» ogłoszony w europejskiej prasie. Mélenchon jest przewodniczącym grupy Nieuległej Francji (LFI) w Zgromadzeniu Narodowym, posłem Delty Rodanu (Marsylia). Autor książki o niemieckim ordoliberalizmie Śledź Bismarcka (niemiecka trucizna).

Sprawiedliwość społeczna i ambicja ekologiczna nakazują odejść od ordoliberalizmu bronionego przez Emmanuela Macrona w jego liście do Europejczyków.

Francuski prezydent zwraca się do Europejczyków. Deszcz frazesów, potoki zużytych cytatów i rusofobicznej paranoi. Ale istnieje inne francuskie słowo. Powszechny interes ludzi na Starym Kontynencie zasługuje na coś więcej niż rozpłynięcie się w strategii gadaniny Emmanuela Macrona. W Europie czas mówić jedym prawdziwie międzynarodowym językiem, zdolnym zmotywować do wspólnego działania narody bardzo różne pod względem historii, języka i kultury. To język wspólnego dobra, którego należy bronić. Wspólnych planów życiowych. Praw socjalnych i usług publicznych. Trzeba je odbudować po trzydziestu latach grabieży «wolnej i uczciwej
konkurencji».
Wszystkim nam zagraża system produkcji i wymiany, który niszczy Ziemię i ludzi. Czy nie nadszedł najwyższy czas, by prowadzić politykę solidarności, która nas uratuje z postępującej katastrofy ekologicznej? Finansowe monstrum dosyć już się nażarło ze szkodą dla wszystkich prostych radości życia. Jeśli Europie potrzeba odrodzenia, niech to będzie odrodzenie suwerenności ludu, zwycięstwa oświecenia nad obskurantyzmem pięniędzy i religijnych namiętności. Gdyby Francja chciała być wszystkim użyteczna, zaproponowałaby herkulesową pracę, którą trzeba szybko wykonać.
Tak, narody europejskie mogą w 20 lat nauczyć się «zielonej reguły»: nie brać z przyrody więcej, niż ona może odrodzić. Możemy od razu zrezygnować ze stosowania pestycydów zabójczych dla bioróżnorodności. Potem wykorzenić biedę na kontynencie, zagwarantować każdemu przyzwoitą płacę, ograniczyć różnice między dochodami, by zahamować nieskończoną epidemię nierówności. Jesteśmy zdolni rozszerzyć prawa kobiet na całą Europę. Możemy zatrzymać rękę okradających fiskusa. Tysiąc miliardów euro rocznie znika poprzez nieodpowiedzialną działalność, zamiast służyć wspólnemu dobru.
Krótko mówiąc, możemy zacząć nową erę ludzkiej cywilizacji. To się da zrobić na najlepiej wykształconym i najbogatszym kontynencie. Jeśli uzna protekcjonizm negocjowany ze światem, uczyni z tak humanistycznych norm nową linię wspólnego horyzontu dla miliardów ludzi.
Coś jednak trzeba najpierw zrobić: wyjść z traktatów organizujących Unię Europejską. Nasza mizeria ekologiczno-socjalna jest konsekwencją zawartości tych traktatów. Zamroziły one całą politykię gospodarczą w absurdalnym dogmacie ordoliberalizmu i atlantyzmu, drogim rządowi prawicy i socjalistów Angeli Merkel. Organizują brak inwestycji w transformację ekologiczną, rozkład państwa socjalnego, oddają demokracje finansistom. Pomyślane, by zaoferować finansom wieczne święto, uniemożliwiają pomoc wzajemną i ludową solidarność.
W godzinę masowych społecznych cierpień i katastrofy ekologicznej narody europejskie mają dość władzy, która mówi jedno, a robi na odwrót. List Emmanuela Macrona jest tego przykładem. Domaga się on od Unii, by zrealizowała globalny cel redukcji stosowania pestycydów o połowę do 2025 r. Dlaczego więc odmówił uchwalenia planu wyjścia z glifosatu, jak wielokrotnie proponowali posłowie Nieuległej Francji (LFI)? Na początku kadencji mówił, że nie chce już układów wolnej wymiany, jeśli nie respektują umów COP21. Dlaczego zaakceptował później układy z Kanadą i potem Japonią? Czemu zgodził się zabronić parlamentom państwowym wypowiadania się na temat tych traktatów?
Domaga się «tarczy socjalnej gwarantującej to samo wynagrodzenie na tym samym miejscu pracy». To samo mówił w czasie rewizji dyrektywy o pracownikach delegowanych! System pozwala ciągle na dumping socjalny, składki socjalne płaci się w krajach ich pochodzenia. I kiedy LFI proponowała abolicję statusu pracowników delegowanych, bądź klauzulę najkorzystniejszego reżimu socjalnego dla nich, partyjne roboty partii prezydenckiej (LREM) głosowały przeciw.
Macron stał się niebezpieczny. Nie tylko dla manifestantów i swoich opozycjonistów politycznych. Jego antyrosyjska fobia każe mu zbliżać się do granicy wojny. Jej ryzyko pojawiło się w Europie wraz z ogłoszeniem przez Stany Zjednoczone instalacji w Polsce rakiet skierowanych w Rosję. Władimir Putin zapowiada odpowiedź. Należy jak najszybciej wyrwać się z tej eskalacji uniezależniając się od NATO. To sprzeczne z «Europą obrony», którą Macron i Merkel prezentują jako nowe europejskie marzenie.
Strach przed Rosjanami jest absurdalny! To nasi naturalni partnerzy. Jeśli demokracja jest zagrożona, to raczej przez tyranię finansjery i brutalne metody kierowania narodami. To one zamęczyły Grecję, doprowadziły do ścigania opozycji, jak w Polsce i na Węgrzech. I jak we Francji, gdzie problem naszej demokracji nie pochodzi z Moskwy, lecz z Paryża. Prezydent wprowadził zaciekłe represje przeciw 17-tygodniowej mobilizacji żółtych kamizelek. Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka ogłosił otwarcie śledztwa w sprawie policyjnej przemocy. Jest poruszony, bo mamy 12 zabitych, 2 tys. rannych, 22 pozbawionych oka, 5 ręki, 8. tys. zatrzymań i półtora tysiąca przyśpieszonych procesów.
Tyle żyć rozbitych, gdyż pragnęły swojej części słońca. Egzystencja jest nie do wytrzymania, więc Macron obłudnie ulega morderczej iluzji Europy-fortecy, która chroniłaby się przed uchodźcami utonięciami w Morzu Śródziemnym! Viktor Orban pochwalił list Macrona – to nie powinno zaniepokoić Francuzów? Przecież Macron deklarował walkę z polityką węgierskiego prezydenta? À rebours tym gwałtom, należy zaraz wprowadzić politykę przeciw źródłom przymusowych migracji: wojnom, zmianom klimatycznym, rabunkom gospodarczym.
Zmiana kierunku jest dla europejskich narodów nagląca. Angela Merkel i Emmanuel Macron wcielają stare, ponure i głupie recepty. Powiedzmy zresztą bez owijania w bawełnę: co nas obchodzi pseudo «para francusko-niemiecka», to pretensjonalne kondominium kontrolowane przez CDU. Upokarza ono pozostałe 26 krajów. Izoluje Francuzów od ich naturalnych krewnych z Południa. Odrodzenie, którego Europa potrzebuje, to wolność polityczna jej ludów. Jeśli Francja zechce być użyteczna do czegoś, niech prezentuje się jako partner, a nie nauczyciel.

Tłum Jerzy Szygiel (strajk.eu)

„Francuzi”

Europo umierasz, ale byłaś piękna.

W początkowej sekwencji przedstawienia „Francuzi”, opartego na wątkach „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta pojawia się postać, której w tej wielotomowej powieści nie ma – kapitan Alfred Dreyfus. Być może to nazwisko jest gdzieś, w którymś z tomów wymienione, wątpię, nie pamiętam, choć nie wykluczam. By to sprawdzić, trzeba by jednak przebiec uważnym okiem wszystkie stronice siedmiu tomów Prousta. Jednak na pewno Dreyfus jako postać w nich nie występuje. Krzysztof Warlikowski wprowadza ją naocznie, we wcieleniu aktorskim Zygmunta Malanowicza, gdy w szarym mundurze, oschłym, zmęczonym, cichym głosem odczytuje coś w rodzaju notki służbowej o swojej sprawie.
Niełatwo było utrafić w Warszawie na blisko pięciogodzinny spektakl Warlikowskiego. Jego premiera miała miejsce jesienią 2015 roku w niemieckim Gladbeck, miasteczku Zagłębia Ruhry, którego scena (sala dawno zamkniętej kopalni) tworzyła istotnie odmienną przestrzeń w stosunku do warszawskiej, a następnie spektakl przeniósł się do ATM Studio w warszawskim Miedzeszynie. Zatem jego niedawne zaistnienie na scenie warszawskiego Teatru Nowego przy Madalińskiego mogło dokonać się dopiero w otwarciu nowej siedziby tej sceny i było poniekąd kolejnymi narodzinami tytułu. Zmieścić siedmiotomowy cykl Prousta nawet w czterech godzinach niepodobna, to próba wlania jeziora do butelki. Zatem stwierdzenie, że reżyser musiał dokonać więc chirurgicznego wręcz – i to na poziomie „chirurgii oka – wyboru wątków, z konieczności musi być truizmem do kwadratu. Zachowany jednak został porządek cyklu w tym sensie, że poszczególne sekwencji „oznaczono” wyświetleniem w tle tytułów poszczególnych tomów. Jednak nie tylko obszerność tekstu była tu problemem. Siedmioksiąg Prousta jest bowiem nade wszystko w swej materii ateatrlany, jeśli nie antyteatralny. Nie ma w nim konfliktowego dramatu postaw, nie ma wyodrębnionych antynomii, jest rozlewna narracja, niewiele mająca wspólnego z jakąkolwiek akcją, z teatralnym dzianiem się „tu i teraz”. Mogące nasunąć się skojarzenie ze sztukami Czechowa jest tu zwodnicze, jako że rosyjski dramaturg charakterystyczne dla nich „nie dzianie się” u samego początku konstruował na potrzeby sceny. „Dzianie się” (bo trudno je nazwać akcją dramatyczną) sceniczne „Francuzów” przypomina raczej powolne, bezobjawowe, melancholijne, leniwe „sączenie się” czasu i egzystencji. Jednak to, co dokonuje się na scenie ma za niewidzialne tło starą, kończącą się Francję, będącą, pars pro toto, obrazem schyłku całej „starej Europy”, tej z Paryża, Rzymu, Wiednia, Berlina, Petersburga czy nawet Warszawy. Bo „Francuzi” to elegia na znikanie owej „starej Europy”, na jej przemijanie, obserwowane na przykładzie elit, które ją tworzyły. Toteż co jakiś czas, w leniwie sączącą się „akcję sceniczną”, a raczej swobodne, amorficzne dialogi egzystencjalne, wdziera się jakiś akcent pochodzącego z zewnątrz źródła niepokoju: a to poprzez umundurowanie wojskowe jednego z uczestników salonu, a to przez nawiązanie do narastającego antysemityzmu. Wzmacnia tę atmosferę sącząca się nieustannie niepokojąca, piękna muzyka Jana Duszyńskiego i Pawła Mykietyna. O ile jednak ateatralny jest tekst Prousta, o tyle zawarta w nim sceneria francuskiego salonu arystokratycznego jest przez swoje anachroniczne piękno na wskroś teatralna. Uroda plastyczna tego procesu rozkładu jest uderzająca i przecież skądś już ją znamy – z prozy Tomasza Manna („Śmierć w Wenecji”), z filmów Luisa Bunuela ( „Viridiana”), Luchino Viscontiego („Zmierzch bogów”, „Ludwig” i „Śmierć w Wenecji” właśnie). „Francuzi” mówią o samotności umierającej klasy, o pamięci, o melancholii, o przemijaniu. Jest w nich fragment Europy skamieniałej jak Pompeje. To epitafium dla niej. Warlikowski jak gdyby chciał poprzez swoją autorskie odczytanie dzieła Prousta powiedzieć: musisz umrzeć Europo, bo nie ma w Tobie życia, ale piękna byłaś i niedościgniona w swym wyrafinowaniu. Tę Europę na scenie uosabiają zapatrzone w siebie pięknoduchy, ich egzaltacja, przeintelektualizowanie, wyuzdanie, ale i czar. Ten rozkład nęci magią salonów i ich obyczajów, strojów, elegancji, języka, manier, form bycia, których już nie ma, pociąga ich chore piękno, a ruchoma, szklana klatka w kształcie prostopadłościanu, właściwie jedyny element scenografii Małgorzaty Szczęśniak, zdaje się wyraża
dawne życie umierającej klasy – „pod kloszem”. Jest tu zasygnalizowana niekończąca się historia wymiany elit, przy czym dziś te obecne i te dopiero nadchodzące nowe elity nie są już tak piękne, bo nie wiadomo dlaczego, ale „przemija postać świata”, przemija uroda pewnej jego szczególnej postaci.
Jednak pokazać Prousta jako „naszego współczesnego” w aspekcie koncepcji przedstawienia to jedno, a tchnąć w widowisko krew teatralną, to drugie. Użył Warlikowski w tym celu wielu teatralnych środków. Sporo tu scenicznych konceptów: wspomniana szklana, ruchoma klatka, chodzenie przez dwójkę aktorów na puentach, jak w balecie (jakby metafora świata, kultury, która przy całej swej niedoskonałości starała się dążyć do najwyższych standardów), wyświetlane w tle sekwencje filmowe, maski, zwykłe rekwizyty. I rzecz jasna także aktorzy. W sporej liczbowo obsadzie wyróżniłbym kapitalną, także przez psychologiczne oddalenie od charakterystycznego dla niej stylu Maję Ostaszewską (Odeta), bardzo dobrego, oszczędniejszego w ekspresji niż zazwyczaj Mariusza Bonaszewskiego (Swann), wybornego Marka Kalitę (Błażej de Guermantes), zaskakującą Ewę Dałkowską (Księżna Parmy/Królowa Neapolu), Agatę Buzek (Rachela). Pozostali – na ogół bardzo dobrzy, ale jakby o ton słabsi. Nie sposób wystawiać, zwłaszcza tego rodzaju nieszablonowym inscenizacjom, cenzurek na szkolną modłę. Nie zdecydowałbym się powiedzieć, że to przedstawienie wspaniałe, a tym bardziej bliskie doskonałości, zwłaszcza jak na talent miary Warlikowskiego. Jest jednak niewątpliwie wybitne i bardzo nietuzinkowe, bardzo ważne w krajobrazie ostatnich kilku sezonów.

„Francuzi” – premiera 21 sierpnia – 3 października 2015 r., koprodukcja Nowego Teatru i Ruhrtriennale, Théâtre National de Chaillot (Paris), Comédie de Genève, Comédie de Clermont-Ferrand, la Filature (Mulhouse), le Parvis – Scène Nationale Tarbes Pyrénées. Reżyseria – Krzysztof Warlikowski, scenografia – Małgorzata Szczęśniak, muzyka – Peweł Mykietyn. W obsadzie spektaklu m.in. Maja Ostaszewska, Mariusz Bonaszewski, Agata Buzek, Magdalena Cielecka, Ewa Dałkowska, Jacek Poniedziałek, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Maria Łozińska, Maja Ostaszewska, Claude Bardouil, Bartosz Gelner, Wojciech Kalarus, Marek Kalita, Zygmunt Malanowicz, Piotr Polak, Maciej Stuhr.

Macron zmieni UE?

W przerwach od obserwowania jak organy jego państwa masakrują ludzi na ulicach, prezydent Francji uznał, że Europa potrzebuje jego porad dotyczących reformowania wspólnoty.

Macron wzywa do „renesansu” kontynentu. Chce dogłębnych zmian w Europie i, co ciekawe, rewizji traktatów. To wszystko miałoby się odbyć podczas specjalnie zwołanej europejskiej konferencji. Wynurzenia prezydenta Macrona przedrukowało jednocześnie 28 najważniejszych europejskich gazet.
Macron podkreślił, że Europa jeszcze nigdy nie była w takim niebezpieczeństwie od drugiej wojny światowej, ale jednocześnie zauważa, że jeszcze nigdy nie była tak potrzebna sama sobie jak teraz.
W opinii francuskiego przywódcy symbolem europejskiego kryzysu stał się Brexit, który, jak uważa Macron, udowodnił, że UE nie jest w stanie odpowiedzieć na oczekiwania ludzi, by ochronić ich przed globalnymi wstrząsami współczesnego świata. A zamykanie się przed tymi problemami poszczególnych krajów to „pułapka, która zagraża całości Europy”. Nie wolno pozwolić nacjonalistom wykorzystać gniew ludzi do swoich celów.
„Znajdujemy się w momencie, kiedy wszyscy razem musimy od nowa politycznie i kulturowo określić naszą cywilizację w zmieniającym się świecie”, napisał Macron. Uważa on też, że zagrożona jest demokracja europejska, ponieważ obserwuje się „próby niektórych mocarstw wpływania na każde głosowanie europejskie”. Aby temu zapobiec, Macron proponuje powołanie europejskiej agencji ds. obrony demokracji, która będzie walczyć z cyberatakami i manipulacjami. Nie wyjaśnił, kto i jak będzie określał, co agencja uzna za manipulację, a co nią nie będzie i czy to właśnie nie stanie się kolejną manipulacją. Wspomniał też o wspólnej polityce obronnej w porozumieniu z NATO.
Francuski prezydent proponuje też rewizję traktatu z Schengen i powołanie ogólnoeuropejskiej służby granicznej i stworzenie biura do spraw przyznawania
pobytu.
„Wszyscy, którzy zechcą uczestniczyć w tym projekcie, powinni wykonywać swoje zobowiązania dotyczące odpowiedzialności (dokładna kontrola graniczna) i solidarności (taka sama polityka przyznawania prawa pobytu, takie sama reguły przyjęcia i odmowy przyjęcia)” – uważa Macron.
W Europie, proponowanej przez francuskiego przywódcę, również Wielka Brytania miałaby swoje miejsce.
„Będą różnice zdań. Ale co lepsze – zastygła Europa czy Europa idąca naprzód, niechby nawet niekiedy z różną prędkością, ale otwarta dla wszystkich?” – pyta prezydent.
W pomysłach francuskiego polityka jest próba rozwiązania wszystkich problemów Francji, wciągnięcie Wielkiej Brytanii dla zrównoważenia rosnącej siły Niemiec i próba wprowadzenia Europy dwóch prędkości, by nie oglądać się na takie kraje jak Polska, i zamiar rozwiązania krytycznej własnej sytuacji wewnętrznej poprzez oskarżenie ich o poddawanie się nacjonalistycznym wpływom i wiele innych. Czy i jak Europa odpowie na wezwania reprezentanta neoliberalnej Europy, pokażą najbliższe dni.

Kamizelki ze związkami

W dniu, w którym prezydencka partia przegłosowała w parlamencie totalitarną ustawę przeciw manifestacjom publicznym, na ulice Paryża i innych miast Francji wyszły dziesiątki tysięcy ludzi, by domagać się demokratyzacji Francji i sprawiedliwości społecznej, przeciw neoliberalnemu, faszyzującemu szaleństwu oligarchii. Pierwszy raz związek zawodowy CGT oficjalnie wystąpił obok „żółtych kamizelek”.

Lewicowy postulat „konwergencji walk” (łączenia się różnych środowisk – związkowych i politycznych – na rzecz wspólnych interesów) realizował się dziś w całym kraju. Wspólne manifestacje związkowców, „żółtych kamizelek”, które dotąd traktowały związki raczej nieufnie, stowarzyszeń młodzieżowych i lewicowych partii politycznych odbyły się m.in. w Marsylii, Lyonie, Tuluzie, Caen, Strasburgu, Hawrze, Rennes, Clermont-Ferrand, Bordeaux i Nîmes.
W Paryżu 30-tysięczny tłum został zaatakowany przez policję, doszło do starć i przepychanek, podobnie w Bordeaux i kilku innych miastach, jednak na ogół protesty odbyły się w spokoju. Wszędzie podnoszono te same postulaty: dymisji Macrona, podniesienia najniższych płac, sprawiedliwości fiskalnej, wprowadzenia referendów RIC, obrony usług publicznych i przeciw ograniczaniu prawa do manifestacji.
Dziś szczególnie oburza ta ostatnia sprawa: neoliberalny reżim Macrona poszedł drogą kolaboranckiego reżimu Vichy, na którego czele stal marszałek Pétain: na podstawie decyzji administracyjnych będzie można zamykać wyznaczone przedtem osoby pod pretekstem „podejrzeń o zagrożenie dla porządku publicznego”. Protestował nawet deputowany, którego trudno posądzić o lewicowość – arystokrata Charles Amédée du Buisson de Courson: – Mój ojciec został wyznaczony i ścigany przez policję Vichy, nazwany terrorystą, podczas gdy był patriotą. (…) Ta ustawa jest szaleństwem. Nie wolno niszczyć wolności publicznych!
„Żółte kamizelki” szykują się do „Aktu 13” swych protestów w najbliższą sobotę. Można się spodziewać, że liczba uczestników wzrośnie . Postulaty „żółtych kamizelek” popiera znaczna większość Francuzów.
Solidarność z „żółtymi kamizelkami” demonstrowano również w Warszawie. „Dziś Paryż – jutro Warszawa!” – zabrzmiało we wtorkowy wieczór przed budynkiem francuskiej ambasady w stolicy Polski. Kilkadziesiąt osób, aktywistów i aktywistek, działaczy i działaczek związkowych symbolicznie przekazało wyrazy solidarności uczestnikom masowych protestów Żółtych Kamizelek. Była również mowa o ostatnich wydarzeniach w polskim ruchu pracowniczych – niestety, niewesołych.
Prowadzący zgromadzenie Jakub Grzegorczyk ze związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza na wstępie przypomniał, że Żółte Kamizelki to ruch, który powstał w odpowiedzi na antyspołeczne, neoliberalne reformy „demokratycznego” prezydenta Emmanuela Macrona. I nie tylko jego – „liberalny zwrot” we francuskiej polityce dokonał się ponad trzy dekady temu i systematycznie prowadzi do pauperyzacji społeczeństwa. Cięcia socjalne, prywatyzacja usług publicznych sprzyjają narastaniu nierówności i działają na korzyść wyłącznie najzamożniejszych.
Francuzi i Francuzki w końcu się przeciwko temu zbuntowali i nie tylko demonstrują na ulicach, ale i podejmują próby samoorganizowania się w lokalnych zgromadzeniach, oddolnych organizacjach – podkreślała działaczka mówiąca w imieniu Pracowniczej Demokracji, zaznaczając, że ruch rozwija się, chociaż ma do czynienia z represjami, bezpardonową policyjną przemocą. Tadek Zinowski, członek kolektywu Syrena, wskazał, że skala tej przemocy przeczy wizerunkowi Francji jako najstarszej europejskiej nowoczesnej republiki, wzorowego państwa laickiego i demokratycznego. Demokracja liberalna kończy się, gdy ludzie próbują sami się organizować, a nie tylko wybierać między partią bardziej liberalną i bardziej konserwatywną. Wtedy przeciwko nim kierowane są pałki policyjne – mówił Zinowski.

Akt XII

„Akt 12” cotygodniowych, sobotnich manifestacji „żółtych kamizelek” poświęcono ofiarom policji – rannym i zabitym w czasie manifestacji antyrządowych. Tysiące lekko, setki ciężko rannych, dziesiątki na zawsze okaleczonych z powodu strzelania przez policję kauczukowymi kulami: ten bilans podnoszony przez uczestników dzisiejszego Wielkiego Marszu Rannych nie powstrzymał policji przed kolejnymi atakami na manifestantów. Są kolejni aresztowani i ranni.

Rada Stanu (odpowiednik polskiego Naczelnego Sądu Administracyjnego) odrzuciła pozwy o zakaz używania przez policję strzelb LBD, które powodują śmierć i ciężkie rany manifestantów, jak też granatów hukowo-rozpryskowych i innych, eksplodujących niebezpiecznymi środkami chemicznymi. Około południa w sobotę w Paryżu ruszyła manifestacja, na której czele znaleźli się ranni na wózkach, o kulach, osoby, które straciły oko. Protestujące tłumy spotkały się na Placu Republiki, na którym po oficjalnym zakończeniu demonstracji uczestnicy zostali zaatakowani przez policję. Starcia trwały kilka godzin.

W innych miastach siły bezpieczeństwa używały granatów z gazem łzawiącym i działek wodnych przeciw demonstrantom jeszcze w trakcie marszów. Do starć doszło m.in. w Starsburgu, Tuluzie, Bordeaux, Marsyli, Lyonie, Caen, Morlaix i Valence. Z kolei tam, gdzie manifestantów nie atakowano, nie doszło do żadnych incydentów. Poza kwestią policyjnej przemocy główne postulaty „żółtych kamizelek” nie zmieniły się: podniesienie poziomu życia najmniej zarabiających, demokratyzacja kraju poprzez wprowadzenie referendów RIC i dymisja neoliberalnego prezydenta Macrona.

Manifestantów szczególnie oburza celowanie przez policjantów w głowy. 4-centymetrowe plastikowo-kauczukowe kule nie tylko trwale oślepiają, ale też powodują złamania kości czaszki, co w efekcie kończy się komplikacjami neurologicznymi. Ten rodzaj brutalnych represji – potępionych w tym tygodniu przez Radę Europy – ma na celu zniechęcenie „żółtych kamizelek” do protestów, lecz pozostaje nieskuteczny – ludzie nie dali się zastraszyć, mobilizacja protestujących nie słabnie. Jak poprzednio, kolejne osoby z ranami głowy odwieziono do szpitali. „Żółte kamizelki” planują teraz strajk generalny, do którego miałoby dojść, jeśli dołączą doń związki zawodowe. Według ostatnich sondaży, między 69 a 76 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

W ubiegłym tygodniu władze przeforsowały przyjęcie ustawę dającą specjalne uprawnienia administracji. Przedstawiciele rządu (prefekci) będą mogli decydować – na podstawie własnej decyzji administracyjnej – kto może brać udział w manifestacjach. Ustawa skierowana jest wyraźnie przeciw „żółtym kamizelkom”, przewiduje pozbawienie prawa do uczestnictwa w manifestacjach osób, które władza będzie podejrzewać o „szczególne zagrożenie dla porządku publicznego”. Opozycja nazywa to „wypaczeniem autorytarnym”.

Francuski minister spraw wewnętrznych w rządzie prezydenta Macrona Christophe Castaner przepchnął przez parlament – dzięki głosom większościowej partii prezydenckiej (LREM) – ustawę, który budzi bardzo żywe protesty na lewicy, wśród części prawicy i nawet wśród niektórych deputowanych LREM. Ustawa jest wzorowana na możliwości wprowadzenia takich zakazów na stadionach piłkarskich, z tym, że tu ustawa dotyka bezpośrednio wolności podstawowych.

Przed przewidzianymi manifestacjami osoby „podejrzane” (choćby nigdy nie zostały skazane) będą musiały zgłaszać się na komisariaty. Gdyby jednak zechciały manifestować, grozi im więzienie i słone mandaty (nawet do 15 tys. euro). Wszystkie będą wpisane na listę osób poszukiwanych tak, by policjanci mogli od razu, dzięki połączeniom elektronicznym, wiedzieć z kim mają do czynienia.
Jeszcze na sali obrad centrowy deputowany Charles de Courson nazwał ustawę „czystym, antydemokratycznym szaleństwem”: „To jakaś kompletna dewiacja! Wróciliśmy do czasów Vichy! Obudźcie się koledzy! Za czasów Vichy, jeśli bylibyście „podejrzani” przez urzędnika o należenie do ruchu oporu poszlibyście siedzieć. (…) Zobaczycie, kiedy będzie jeszcze inny rząd – skrajnej prawicy, a wy będziecie w opozycji!”.

Jeśli miał na myśli Zjednoczenie Narodowe (dawny Front Narodowy) Marine Le Pen, to podobnie jak Partia Socjalistyczna, komuniści i lewicowa Nieuległa Francja jest ono całkowicie przeciwne nowej ustawie. „To LREM jest skrajną prawicą” – mówili deputowani o „okolicznościowym prawie” skierowanym przeciw „żółtym kamizelkom”, manifestującym mimo krwawych represji reżimu Macrona. Prezydent obawia się szczególnie postulatu demokratyzacji kraju, referendów RIC. Nowa ustawa po przejściu przez Senat ma zostać definitywnie przyjęta 5 lutego.

Na ten sam dzień zaplanowane jest również przejście rewolty „żółtych kamizelek” do następnego etapu. Teraz nie będą to jedynie manifestacje uliczne i blokady, ale również strajk generalny.

Jako pierwsza wezwała do strajku branżowa gałąź energetyki i górnictwa centrali CGT (Confédération Générale du Travail). Stanowiło to przełom, gdyż do tego momentu francuski ruch związkowy raczej dystansował się od „żółtych kamizelek”. Teraz się to zmienia. Do akcji strajkowej nawołują także radykalni przywódcy protestów – Eric Drouet i Maxime Nicolle. „Trzeba, aby wszyscy, którzy popierają nasze działania, przyłączyli się do strajku, gdyż jedyną rzeczą, jaka zmusi rząd do ustępstw bez przemocy jest działanie na struktury gospodarcze” – powiedziała Nicolle.

Twarde jądro Unii?

„To zdrada! Emmanuel Macron sprzedaje nasz kraj, niweczy jego suwerenność. Niszczy wszystko, co zrobił gen. de Gaulle dla wielkości Francji” – mówiła w telewizji oburzona Marine Le Pen, szefowa Zjednoczenia Narodowego. Z kolei na lewicy Jean-Luc Mélenchon z Nieuległej Francji podkreśla „szkodliwość” traktatu o współpracy francusko-niemieckiej, który został właśnie podpisany w Akwizgranie (Aachen, Aix-la-Chapelle), dawnej stolicy imperium cesarza Karola Wielkiego. Jak daleko posunie się integracja?

Słowo „integracja” jest podstawowe dla tej sprawy, bo w poprzednim, historycznym traktacie, również podpisanym 22 stycznia (tyle, że w 1963 r., w Pałacu Elizejskim, między prezydentem de Gaullem a kanclerzem Adenauerem), takiego słowa nie było. Dziś występuje w tytule traktatu: „o współpracy i integracji”. Takiego „zacieśnienia stosunków” jeszcze nie było. Oprócz wielu problemów związanych z samym tekstem naprzód wysunęły się dwie wątpliwości: po pierwsze, tekst traktatu został udostępniony w internecie dopiero kilka dni temu, z pominięciem parlamentu i bez żadnych konsultacji politycznych, co kolejny raz stawia pod znakiem zapytania francuską demokrację. Po drugie, powstało wrażenie, że Niemcy „wykiwali Francję”, podobnie jak 56 lat temu.

Tak naprawdę w 1963 r. generała de Gaulle’a wykiwali Amerykanie, gdyż wtedy bardzo bezpośrednio wpływali na politykę niemiecką. Na czym to polegało? Głównym celem dawnego przywódcy Francji było oddalenie Zachodnich Niemiec (i reszty krajów ówczesnej Szóstki) od ich amerykańskiego protektora. De Gaulle marzył o Europie niezależnej od Amerykanów i jednocześnie Związku Radzieckiego, francuski arsenał nuklearny miał zastąpić „amerykański parasol”. Dlatego traktat nawet nie wspominał o Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, NATO czy GATT (dzisiaj to Światowa Organizacja Handlu – WTO).

Co z tego jednak, skoro Amerykanie czuwali? Pół roku później niemiecki Bundestag ratyfikował traktat, ale z dopisaną przez Waszyngton preambułą, która mówiła o „ścisłym stowarzyszeniu USA i Europy”, projekcie „przyjęcia Wielkiej Brytanii”, obronie w „ramach NATO” i obniżce europejskich ceł wobec USA i Brytyjczyków „w ramach GATT”. Generał się wściekł: „Niemieccy politycy martwią się, że niewystarczająco płaszczą się przed Anglosasami! Zachowują się jak świnie!”, ale mleko już się rozlało. Imperium amerykańskie sprawowało w Europie władzę nie do przebicia, próby jakiejś emancypacji nigdy nie mogły wypalić. De Gaulle mógł jedynie wycofać Francję z działań NATO, co zresztą zrobił (pozostając „martwym członkiem”). Dziś, w czasach trzeszczącej w posadach Unii, są jeszcze inne problemy.

Czyja integracja?

Zwykło się mówić, że Francja i Niemcy stanowią „rdzeń Unii Europejskiej”, choć przecież we wszystkich bodaj krajach Unii powtarza się równie często, że to „Niemcy rządzą”, poprzez swą dość duszącą i raczej bezwzględną dominację ekonomiczną, zapewnioną przez wprowadzenie euro. Niemcy wyśmiali inicjatywę Macrona, by wprowadzić oddzielny budżet strefy euro, prezydent Francji musiał też zgodzić się (co już nie stanowiło dlań problemu), by unijne układy o wolnym handlu wchodziły w życie bez zgody parlamentów krajowych. Cóż, demokracja w Unii to w końcu tylko pobożne życzenie. Teraz prezentuje nowy traktat jako wzór europejskiej integracji, podczas gdy jest to co najwyżej integracja „rdzenia”, bez oglądania się na innych. Jest tu oczywiście mowa o NATO, do którego Francja wróciła 10 lat temu, ale jednocześnie oba państwa zawierają oddzielny sojusz zbrojny, angażujący francuskie siły atomowe w razie czyjejś agresji na Niemcy.

Mało tego, oba państwa dają sobie prawo wspólnej, „stabilizacyjnej” interwencji zbrojnej w „krajach trzecich”, bez najmniejszego wspomnienia o rezolucjach ONZ, które mogą się na to zgodzić lub nie. Powstanie za to ekskluzywna Francusko-Niemiecka Rada Obrony i Bezpieczeństwa. Co do ONZ, Francuzi zobowiązali się do wprowadzenia nowego priorytetu swej dyplomacji: mają walczyć o uczynienie z Niemiec członka stałego Rady Bezpieczeństwa (z prawem weta), a póki co, „ściśle koordynować” swe działania w ONZ. Inaczej mówiąc, Francja będzie dzielić się swoim prawem weta z Niemcami, co – jak narzekają niezadowoleni – pozbawi ją znacznej części suwerenności. Powiedzmy, że obietnica ubiegania się o stałe członkostwo Niemiec nic Francuzów nie kosztowała, bo rezultat zależy też od innych. Jednak zbliżenie obu krajów idzie dużo dalej.

Judasz z Hitlerem

Francuzi dowiedzieliby się o nowym traktacie pewnie dopiero dzisiaj, gdyby nie hałas, którego narobił jeden z francuskich eurodeputowanych na 10 dni przed podpisaniem. Bernard Monot z partii „socjalnych gaullistów” Powstań Francjo (DLF), niczym Rejtan rozdarł symboliczną koszulę nagrywając wideo, które szybko obiegło francuski internet: „Pan Macron, niczym Judasz, oddaje Alzację i Lotaryngię obcej potędze!”. Były tam i inne mocne słowa: „Macron chce zgnieść naród francuski, którego nienawidzi, to jego nowy pucz przeciw Francji! (…) Ten traktat pozwoli całkiem zniszczyć prawo pracy, system ochrony socjalnej i obronę narodową”. Tweet z tą przemową został w końcu skasowany, gdyż autorowi groziły konsekwencje karne. Ale dzięki niemu kilka dni później opublikowano tekst traktatu, a prorządowe media zaczęły grupowo zapewniać, że Alzacja i Lotaryngia pozostaną we Francji, dzięki czemu wszyscy mogli dowiedzieć się o tajemniczym układzie.
Prawicowe media internetowe jak Riposte Laïque i tak nie wahały się pisać „Macron realizuje marzenie Hitlera o Francji podległej Niemcom”. Kwestia Alzacji i Lotaryngii, regionów, które dla Francuzów były mniej więcej tym, czym dla Polaków był Śląsk, jest w traktacie dość niejasna. Mają tam powstać dwujęzyczne „euro-dystrykty”, rządzące się nieco innymi prawami, niż reszta francuskich terytoriów. Formalnie rzeczywiście pozostaną francuskie, jednak ich status będzie cokolwiek „mieszany”. Wszystko to w imię integracji i „ułatwień dla ludności”, ale zapewnienia mediów nie usunęły nieufności ani z prawa, ani z lewa.

Utrwalanie ustroju

Jean-Luc Mélenchon, który kilka lat temu wydał niezbyt pochlebną książkę o Niemczech, zwraca uwagę, że traktat utrwala ideologię neoliberalną jako obowiązującą. „Powołuje on do życia francusko-niemiecką radę gospodarczą, która ma koordynować politykę ekonomiczną obu krajów. Jej cel jest precyzyjny : nie jest nim postęp społeczny, czy transformacja ekologiczna, lecz konkurencyjność” – pisze na swoim blogu. Zalecenia tej rady można łatwo przewidzieć: „mniej usług publicznych, gra na obniżanie płac i nagonka na bezrobotnych”. Według niego, traktat oznacza osłabienie niepodległości i suwerenności kraju połączone z cofnięciem się socjalnym i ekologicznym (na życzenie Niemiec w traktacie brak kwestii węglowej).

Dzięki „harmonizacji legislacji dla biznesu” ma powstać jednolita francusko-niemiecka strefa ekonomiczna, zaskakująca unia w Unii, gigant polityczno-gospodarczy, wobec którego inne państwa będą jak karły. Oprócz gospodarczej, wspólna ma być polityka zagraniczna, fiskalna, obronna, do tego stopnia, że zostanie powołana do życia wspólna rada ministrów i nawet parlament – w zasadzie tylko „do spraw harmonizacji”, lecz ministrowie niemieccy będą mogli uczestniczyć w zwykłych posiedzeniach francuskiego rządu i odwrotnie. Jeśli Macron chciał na stałe podpiąć Francję pod niemiecką dominację na kontynencie, to zdaniem jego przeciwników robi to kosztem nie tylko Francji, ale i reszty wspólnoty europejskiej.

Wzmocnienie, czy rozpad

O ile ponad pół wieku temu gen. de Gaulle widział w Wielkiej Brytanii „agenta amerykańskiego, który narobi tylko burdelu” w planowanej wspólnocie, dziś komentatorzy zwracają uwagę, że Niemcy ciągle pozostają w ścisłej zależności politycznej, dyplomatycznej i militarnej od USA, więc i Francja pogłębi swą podległość. Dzieje się to w momencie, gdy kanclerz Angela Merkel jest już na wylocie, a Emmanuel Macron zupełnie zawiódł nadzieje „odnowiciela Unii”. Doszło do tego, że we Włoszech, czy w Hiszpanii, spekulują nad sensem nowego traktatu: ma on jakoś umacniać UE, czy też odwrotnie – został zawarty na wypadek jej rozpadu?

Lewicę martwi przede wszystkim kontynuacja polityki neoliberalnej tworzącej w obu krajach rosnące nierówności i stale powiększające się obszary niedostatku: we Francji już 9 milionów ludzi żyje poniżej progu biedy, a w Niemczech prawie 13 milionów. Francuski kryzys demokratyczny „żółtych kamizelek” nadaje temu społeczny kontekst protestu o nieprzewidywalnym na razie rezultacie. Media zaprzeczają, jakoby integracja obu krajów znaczyła utworzenie jednego państwa bądź szkodziła demokracji, ale widoczna, odgórna tendencja polityczna niepokoi zbyt wielu ludzi, by mogła przejść całkiem bezboleśnie. To się okaże przy okazji zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, który choć właściwie o niczym nie decyduje, może wzmocnić tych, którzy taki model integracji odrzucają.

Kara za „kamizelki”

Prezydent Francji Emmanuel Macron pojechał na prowincję, do małej gminy Grand Bourgtheroulde w Normandii, by uroczyście rozpocząć debatę narodową na tematy wyznaczone przez rząd.

Prezydent nie wypowiada nazwy „żółtych kamizelek” (GJ) w żadnym wystąpieniu od początku kryzysu i nie chce ich widzieć: w dniu wizyty szefa państwa noszenie takich kamizelek kosztowało 135 euro mandatu. Policja fotografowała dokumenty osób zmierzających do wsi. Czy ONZ podejmie śledztwo przeciw nadużyciom represji policyjnych?

Organizacje ochrony praw człowieka protestują przeciw fotografowaniu dokumentów, w obawie powstania policyjnej kartoteki manifestantów antyrządowych. Powstała narodowa petycja do ONZ o wszczęcie śledztwa w sprawie brutalności policji. Wśród 93 osób ciężko ranionych przez policję większość (68) padła ofiarą wyrzutni kul plastikowo-gumowych. Policjanci celują głównie w głowy, 13 osób straciło oko. Na ulicach pojawiła się kampania plakatowa na ten temat: afisze prezentowały Macrona i członków rządu z ranami po LBD 40. Żaden ruch społeczny po wojnie nie przyniósł tyle ofiar (są i śmiertelne).

W tym kontekście prezydent Macron zachwalał w Grand Bourgtheroulde zalety debaty narodowej, którą ogłosił w reakcji na kryzys „żółtych kamizelek”. Zbuntowani uważają to jednak za ściemnianie polityczne, sposób na zyskanie na czasie, podczas gdy czas działać. Rząd zapewniał, że w czasie debaty będzie można mówić o wszystkim, oprócz kwestionowania dotychczasowych „reform” Macrona (w tym zniesienia podatku od wielkich fortun ISF), spraw europejskich, finansów państwa i orientacji polityki rządu. Tymczasem „żółte kamizelki” chcą głównie RIC i zmniejszenia cen artykułów pierwszej potrzeby.

Mimo policyjnej blokady, do wsi przedostało się ok. setki „żółtych kamizelek”, więcej zostało zatrzymanych po drodze, było nawet nakładanie kajdanek. „Nie przyjechaliśmy tu żeby chuliganić, tylko pokazać, że nie odpuścimy. Jeśli pojedzie do innej gminy, pojedziemy za nim ” – odgrażała się jedna z uczestniczek zakazanej manifestacji, 40–letnia Nadège. Od początku kryzysu Macron nie może pokazywać się spokojnie poza Pałacem Elizejskim, bo zbyt często docierają doń bezceremonialne krzyki manifestantów. Woli wizyty-niespodzianki, w gminach, które o to nie prosiły.
„ISF nie jest tabu ani totemem” – powiedział pojednawczo prezydent, ale dodał w przemówieniu, że „trzeba większej odpowiedzialności ludzi w trudnej sytuacji, bo są wśród nich porządni, ale i tacy, którzy się wygłupiają”. Takie określenie „żółtych kamizelek” nie wywołało entuzjazmu. Według krytyków, te słowa dowodzą braku świadomości społecznej prezydenta.

Wydarzenie roku

No powiedzcie mi, że zdarzyło się coś ważniejszego w tym roku, jeśli chodzi o wydarzenia społeczno-polityczne naszego kontynentu, czy nawet świata.

 

Zaczęło się od cen paliwa, by doprowadzić do zachwiania losem Francji, a pośrednio Unii. Zglobalizowana potęga na glinianych nogach neoliberalizmu zatacza się niczym Jean-Claude Juncker. Czy należy ograniczać usługi publiczne, jak każe Komisja Europejska? Dlaczego „zwijać państwo”, skoro koncerny międzynarodowe już nie chcą płacić podatków? Padają różne gorączkowe pytania, które mogą wysadzić w powietrze sklerotyczną demokrację przedstawicielską Francji.

„Ten kraj to nie start-up” – tłumaczył posłom z partii prezydenta Jean-Luc Mélenchon, lider francuskiej lewicy (LCI) – „Zdarzają mu się wielkie projekty i uczucia, nazywane rewolucjami. Nasz kraj przeżywa właśnie proces obywatelskiej rewolucji, w której postulaty socjalne krzyżują się z postulatami politycznymi. Jest to właściwe dla historii Francji, w każdej sytuacji porównywalnej z obecną.”

„Żółte kamizelki” (GJ) mogłyby być wydarzeniem roku ze względu na sam niebywały lans demokratycznego ubioru, który stał się nagle modny: w 22 krajach ludzie zaczęli w nim wychodzić na ulice. Można to porównać do francuskiego upowszechnienia spódniczek mini w latach 60. Proroczo zapowiadały wielki społeczno-polityczny przewrót, no i miały zasięg prawie globalny. W Polsce, ale i we Francji, niektórzy woleli przyrównywać ruch GJ do rewolucji 1905 r., przegranej, lecz zwiastującej prawdziwą dziejową bombę. Nie drodzy, nikt nie będzie czekał 12 lat, we Francji się gotuje.

Oglądałem zdjęcia z symbolicznego pogrzebu dziesięciu „żółtych kamizelek”, osób, które zginęły od początku protestów. Również te szeregi zdjęć pobitych, poranionych i okaleczonych przez policję ludzi. Policjanci używają kontrowersyjnych granatów GLI-F4, eksplodujących ładunkiem z gazem łzawiącym. To one przyniosły najwięcej ofiar, a są jeszcze gumowe kule i inne wynalazki. GJ mają już swoją martyrologię, internet przypomina wojenne i rewolucyjne piosenki, to tu, to tam buduje się symboliczne gilotyny. Na jednym z publicznych, symbolicznych sądów skazano prezydenta Macrona na śmierć przez ucięcie głowy toporem i wykonano wyrok na jego kukle. Może jest w tym coś z wudu, ale przede wszystkim zdradza gniew.

Prooligarchiczny rząd widzi w GJ krwawą tłuszczę analfabetów. Stanislas Guerini, szef partii prezydenckiej Macrona (LREM), oświadczył, że postulowane Referendum z Inicjatywy Obywatelskiej (RIC) doprowadzi do kary śmierci albo ucinania genitaliów przestępcom seksualnym, a Gilles Le Gendre – arystokrata paryski i szef grupy LREM w parlamencie – dodał, że reformy prezydenta i jego partii były po prostu „zbyt inteligentne, zbyt subtelne”, by populacja mogła je zrozumieć. Do tego wszystkie media powtórzyły zmienne detale skandalu w wagonie paryskiego metra, gdzie trzej podpici GJ śpiewali „Macron musi odejść” i kazali „spadać” starszej pani, gdy wytknęła im prawdopodobny antysemityzm. Jeden miał wtedy powiedzieć, że „też był w Auschwitz” i „się śmiał”. W walnięciu medialną maczugą antysemityzmu ma być coś ostatecznego, jak w rzuconym zaklęciu.

Jednak coś wisi w powietrzu, więc rząd dał podwyżki policjantom. Nie chce utrzymać porządku za pomocą porozumienia społecznego, lecz siły. Nie będzie podwyższać pielęgniarkom, czy nauczycielom, nie będzie o tym rozmawiać. „Prezydent bogatych” zbroi swą straż, by go ustrzegła przed rozeźlonymi ludźmi pragnącymi społecznej sprawiedliwości i uczestniczącej demokracji. Jak ta czerń śmie? Ten właśnie stosunek władzy do wydarzenia roku buduje determinację ludzi, którzy stoją na blokadach i planują kolejne „akty” protestów. Pomijani gromadnie powstali z gniewem. Nic ważniejszego się nie wydarzyło.