Zamykanie ust

Oficjalna wersja rządu francuskiego, już wcześniej podważana, mówiła, że francuska broń sprzedawana dyktaturom z Półwyspu Arabskiego nie służy do zabijania cywilów w Jemenie. Francuski wywiad oskarża trzech dziennikarzy o „ujawnienie tajemnicy wojskowej”, gdyż udowodnili, że to nieprawda. Francuska broń, podobnie jak amerykańska i brytyjska od początku służą agresji na Jemen, który przeżywa według ONZ „najgorszy kryzys humanitarny za świecie”.

Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) – dwa najbogatsze państwa arabskie od czterech lat atakują najuboższe państwo arabskie, z błogosławieństwem imperium amerykańskiego. Stoją na czele „sunnickiej koalicji”, która od marca 2015 r. próbuje zniewolić jemeńskich szyitów, broniących się w północno-zachodniej części kraju. W związku z niebywałą katastrofą, która dotknęła Jemen, niektóre państwa europejskie wstrzymały dostawy broni (jak Niemcy) lub twierdzą, że ich broń nie uczestniczy w wojnie, jak Francja.
Ujawnienie przez niektóre media nieoligarchiczne (we Francji tylko 5 proc. mediów nie należy do oligarchów) tajnej notatki dyrekcji wywiadu wojskowego, która oczywiście przeczy oficjalnym bajaniom rządu, spowodowało oskarżenie trzech dziennikarzy, dwóch z Disclose.ngo i jednego z publicznego radia France Inter, choć ich redakcje uznały, że ujawnienie prawdy „leży w interesie publicznym”. Zarówno francuskie okręty wojenne, jak artyleria i drony biorą udział w jemeńskiej masakrze.
Media oligarchiczne, w części należące do wielkich producentów broni, nigdy nie odważyłyby się przeprowadzić śledztwa w takiej sprawie. Ofensywa reżimu Macrona przeciw mediom i dziennikarzom niezależnym nabrała rozpędu w związku z protestami „żółtych kamizelek” – aresztowania i bicie reporterów podczas manifestacji nie odbiegają od standardów państwa totalitarnego. Francja odpowiedziała w tym miesiącu na zarzuty ONZ o stosowaniu nieproporcjonalnej siły twierdząc po prostu, że użycie takich środków jest „niezbędne”.

Manifestują mimo zakazów

Mimo krwawych represji reżimu Macrona, skierowania wojska przeciw manifestantom i zakazom manifestowania w licznych miastach, w „akcie XX” protestów „żółtych kamizelek” wzięły znów udział dziesiątki tysięcy ludzi. Pragnienie sprawiedliwości społecznej i demokracji było silniejsze, niż totalitarne zakazy.

W Awinionie, gdzie władze zadekretowały zakaz manifestowania sprzeciwu wobec neoliberalnej polityki Emmanuela Macrona i oligarchii, którą reprezentuje, ludzie skandowali „Nie dla dyktatury, mamy prawo manifestować, jesteśmy we Francji”. W „zakazanym” Bordeaux wielka manifestacja skończyła się starciami z policją, podobnie w Paryżu i kilku innych miejscowościach. Jak zwykle było dużo aresztowań, są kolejni ranni.
Na polecenie prezydenta prefektury wydały łącznie zakazy protestów w 27 miastach, ale we wszystkich i tak ludzie wyszli na ulice. Rząd zadekretował mandaty za uczestniczenie w nielegalnych manifestacjach (135 euro), ale policja z reguły nie mogła ich wlepiać z powodu dużej liczby protestujących.
W Montpellier kilku policjantów zostało rannych, gdy tłum przeciwstawił się policyjnej szarży. W Paryżu zakazem protestów objęto jedynie część miasta (Pola Elizejskie, wokół siedziby prezydenta, Plac Zgody, parlament), więc manifestacje wystartowały z czterech innych miejsc. Do starć z policją doszło na Placu Trocadero (naprzeciw Wieży Eiffla), gdy protestujący próbowali iść w kierunku Placu Gwiazdy i Pól Elizejskich.
Na transparentach królował postulat demokratyzacji kraju poprzez wprowadzenie referendów z inicjatywy obywatelskiej (RIC), domagano się dymisji Macrona i jego rządu oraz poprawy poziomu życia, sprawiedliwego podziału bogactw, które w tej chwili są wchłaniane przez bezkarną oligarchię. Ruch „żółtych kamizelek” nie słabnie, ciągle popiera go większość Francuzów.

Popis prezydenckiej arogancji

Wyjątkowym cynizmem popisał się francuski prezydent Emmanuel Macron, komentując sytuację, do jakiej doszło podczas XIX aktu protestów Żółtych Kamizelek w ostatnią sobotę. Mówił o 73-letniej aktywistce Geneviève Legay, która po demonstracji trafiła do szpitala z poważnym urazem czaszki.

Fotografie starszej kobiety, obalonej na ziemię, gdy policja rozpędzała zgromadzenie Żółtych Kamizelek w Nicei, obiegły w weekend media społecznościowe. Sprawą ciężkiego uszkodzenia ciała 73-letniej Geneviève Legay zajął się też prokurator, ale najprawdopodobniej nikt zarzutów nie usłyszy – śledczy skłaniają się ku uznaniu, że działania policjantów były prawidłowe, a uczestniczka manifestacji sama nieszczęśliwie uderzyła głową o beton.
Wcześniej podczas demonstracji Legay trzymała w dłoniach tęczową flagę z napisem „Pokój”. Uczestnicy protestu zgodnie twierdzą, że policja agresywnie rozpędzała Żółte Kamizelki, nie przejmując się, czy ktoś nie ucierpi.
Dziś do sprawy odniósł się Emmanuel Macron, który odwiedział Niceę razem z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem. Co prawda złożył 73-latce życzenia szybkiego powrotu do zdrowia (na łamach pisma „Nice-Matin”), ale nie omieszkał zasugerować, że sama jest sobie winna.
– Kiedy ktoś jest wrażliwy i ryzykuje uszczerbek na zdrowiu (…) to nie stawia się w takiej sytuacji – powiedział prezydent Francji o udziale kobiety w demonstracji. Jeszcze przed oficjalnym zamknięciem śledztwa stwierdził również, że Legay z pewnością nie została skrzywdzona przez policjantów, a jedynie znalazła się w ogarniętym paniką tłumie. Na koniec oznajmił, że porządek publiczny musi być respektowany zawsze i wszędzie, a aktywistce można życzyć nie tylko zdrowia, ale i tego, by „trochę zmądrzała”.
Reprezentująca Legay prawniczka Arié Alimi zapowiada, że złoży pozew przeciwko policjantom, którzy w sposób nieproporcjonalny interweniowali przeciwko starszej aktywistce. Twierdzi, że kobieta została celowo przewrócona na ziemię. Prawniczka wytknęła także Macronowi brak taktu – wszak osoba, której życzył „więcej rozsądku”, w tej chwili walczy o zdrowie i życie.
Także Jean-Luc Mélenchon, lider Nieuległej Francji, zasugerował Macronowi, by to raczej on uczył się od demonstrantki z Nicei, niż ją krytykował. – Ona walczy o dobro innych. A pan uderzył ją w imię czego? – napisał na Twitterze.
Na arogancki komentarz Macrona odpowiedziały również same Żółte Kamizelki. Starsze aktywistki i aktywiści umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia, podkreślając, że wiek nie przeszkadza im w walce o równość i lepsze jutro. Inni zwracają uwagę, że nikt nie sprawdza metryki np. członkom Rady Konstytucyjnej…
W ostatnim akcie protestów Żółtych Kamizelek ulicami Francji maszerowało, według szacunków aktywistów, ponad 126 tys. osób. Policja jest skłonna przyznać, że było ich 40 tys., jednak zaniżanie szacunków frekwencji na demonstracjach jest w tym wypadku praktyką powszechną.

Strzelać do żółtych!

Nadszedł dzień, w którym obowiązują nowe, obostrzone rozwiązania przeciwko ulicznym protestom, zaproponowane przez prezydenta Macrona.

I tak: zakazane są wszelkie zgromadzenia na Polach Elizejskich w Paryżu i okolicach Pałacu Prezydenckiego i siedziby Zgromadzenia Narodowego. Podobne ograniczenia wprowadziła policja innych większych miast m.in. Bordeaux, Metzu, Tuluzy, Nicei i Marsylii.
Po ostatnim, bardzo burzliwym weekendzie zmieniono władze policji paryskiej, na czele której stoi obecnie Didier Lalman. To do niego zwrócił się bezpośrednio minister spraw wewnętrznych Francji z apelem, by okazał „zero tolerancji” w stosunku do protestujących. Zapowiada to kolejne brutalne interwencje policji wobec rozgniewanych ludzi walczących o swoje prawa. Policja zapowiada użycie całego arsenału środków przeciwko demonstrującym: dronów, znaczenia farbą uczestników protestów w celu późniejszej ich identyfikacji, jeszcze więcej gładkolufowej broni strzelającej gumowymi kulami, które do tej pory okaleczyły już setki ludzi.
Do tego doszła decyzja Macrona o wyprowadzeniu na ulice oddziałów wojskowych. Chodzi o 7 tysięcy żołnierzy i oficerów, które od 2015 roku w Paryżu uczestniczą w operacji Sentinelle, skierowaną początkowo przeciwko terrorystom. Obecnie mogą używać siły przeciwko „Żółtym Kamizelkom”. I choć minister obrony Francji Florence Parly zapowiedziała, że wojsko będzie unikało kontaktu z manifestującymi, to obserwatorzy obawiają się, że będzie to niemożliwe, a skutki mogą być tragiczne.
Przewodniczący frakcji parlamentarnej „Republikanie” wezwał Macrona do zmiany tej „strasznej decyzji”, podobne wezwania opublikowali inni politycy, w tym były kandydat na prezydenta partii socjalistycznej Benoit Hamon, wcześniej lider Nieuległej Francji Jean-Luc Melenchon w swoim liście wskazał, że Macron zaczyna być niebezpieczny.
Obserwatorzy są zgodni w ocenie, że odwołanie się do armii świadczy o słabnącej pozycji Macrona i braku umiejętności porozumienia się ze społeczeństwem. I wszyscy w napięciu czekają na rozwój wypadków.

Macron straszy

Sobotnie manifestacje „żółtych kamizelek“ miały być „ultimatum“ dla prezydenta Emmanuela Macrona, zapowiadano wielkie demonstracje, ale prezydent to zlekceważył, pojechał sobie na weekendowe narty w Pireneje. Musiał przedwcześnie wracać, bo w Paryżu protest przybrał szczególnie gwałtowne oblicze. Ogłosił, że podejmie „silne decyzje“, które mają temu zaradzić. Wczoraj w stolicy Francji policja aresztowała pond 200 osób.

Wielu francuskich polityków krytykowało prezydenta, że wolał pojechać na narty, niż śledzić przebieg manifestacji na miejscu. Macron kazał jednak strzec pustego Pałacu Elizejskiego 12 kompaniom policji i wyjechał się zabawić, podczas gdy setki tysięcy ludzi w kraju domagało się jego dymisji.
Po przyśpieszonym powrocie ogłosił, że wszyscy, którzy wczoraj manifestowali, są „wspólnikami wandali“, którzy doprowadzili do pożarów i demolowania oraz plądrowania sklepów na Polach Elizejskich. „To już się nie nazywa manifestacją. Ci ludzie chcieli zniszczyć Republikę, mogli kogoś zabić“ – mówił zdenerwowany. „Wiele rzeczy zostało zrobionych od listopada [tj. od początku protestów „żółtych kamizelek“], ale dzień dzisiejszy pokazuje, że to za mało.“
Macron nie powiedział nic więcej na temat przyszłych „zdecydowanych środków“, lecz ich ogłoszenie nadchodzi jeszcze przed wejściem w życie bardzo kontrowersyjnej „ustawy przeciw chuliganom“ przegłosowanej przez jego partię, która miała być odpowiedzią na przemoc, która towarzyszy czasem manifestacjom „żółtych kamizelek“. Według krytyków, ustawa niesie ryzyko poważnego ograniczenia prawa do manifestacji, będzie ją badać Rada Konstytucyjna (odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego).
„Żółte kamizelki“ odpowiadają, że ministerstwo policji źle zarządzało podległymi oddziałami – nie interweniowaly one przeciw „chuliganom“, bo było ich za mało, a minister nie pozwolił użyć jednostek pilnujących opuszczonego Pałacu. „Wypaczenie autorytarne“ Macrona, krytykowane przez lewicę, może jeszcze zaostrzyć sytuację we Francji.

Wielka mobilizacja

Od początku buntu „żółtych kamizelek“ nie widziano takich tłumów w Paryżu i innych miastach. W ramach „konwergencji walk“ do protestujących dołączyli obrońcy klimatu. Na Polach Elizejskich od początku dochodziło do starć z policją. „Black bloc“ zaatakował luksusowe butiki i restauracje słynnej alei. Stanęły barykady, doszło do pożarów.

Wczoraj miała zakończyć się „debata narodowa“ zarządzona przez prezydenta Macrona w styczniu. Polegała ona przede wszystkim na transmitowanych w telewizji spotkaniach prezydenta z merami miejscowości różnych regionów kraju i wyglądała na kampanię jego partii (LREM) przed wyborami europejskimi. Rząd chce przedłużyć ją jeszcze o miesiąc, ale „żółte kamizelki“ chcą czynów, nie słów. Dzisiejsze manifestacje miały świadczyć o żywotności ruchu.
Postulaty są ciągle te same: podniesienie poziomu życia, wprowadzenie sprawiedliwości podatkowej (przywrócić podatki dla najbogatszych) i demokratyzacja kraju poprzez referenda RIC. Ludzie chcieliby też dymisji prezydenta Macrona i ministra policji Castanera, odpowiedzialnego za stosowanie nieproporcjonalnej przemocy wobec manifestantów. Śledztwo w tej sprawie podjął Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka. To już 18 „akt“ protestów, 18 tydzień od połowy listopada. Władze oczekują zadyszki tego ruchu, ale determinacja „żółtych kamizelek“ nie słabnie. Nie słabnie też przemoc „wandali” towarzyszących manifestacjom. W Paryżu od rana na ulice wyjechały wozy pancerne i ciężarówki policji. Na Polach Elizejskich wkrótce zapłonęły kioski z prasą. Młodzi, ubrani na czarno mężczyźni zdemolowali kilka sklepów znanych marek. Ten los podzieliła też słynna restauracja Fouquet’s, ulubione miejsce b. prezydenta Sarkozy’ego.
Tłum skandował „Rewolucja, rewolucja!“, „Kto sieje biedę, zbiera gniew“, „Koniec miesiąca, koniec świata – ta sama walka!“. Do podobnych manifestacji doszło we wszystkich miastach Francji.

Wyjdźcie z głupich traktatów

Lider francuskiej lewicy, ekosocjalista Jean-Luc Mélenchon, skrytykował tekst prezydenta Macrona o «odrodzeniu Unii Europejskiej» ogłoszony w europejskiej prasie. Mélenchon jest przewodniczącym grupy Nieuległej Francji (LFI) w Zgromadzeniu Narodowym, posłem Delty Rodanu (Marsylia). Autor książki o niemieckim ordoliberalizmie Śledź Bismarcka (niemiecka trucizna).

Sprawiedliwość społeczna i ambicja ekologiczna nakazują odejść od ordoliberalizmu bronionego przez Emmanuela Macrona w jego liście do Europejczyków.

Francuski prezydent zwraca się do Europejczyków. Deszcz frazesów, potoki zużytych cytatów i rusofobicznej paranoi. Ale istnieje inne francuskie słowo. Powszechny interes ludzi na Starym Kontynencie zasługuje na coś więcej niż rozpłynięcie się w strategii gadaniny Emmanuela Macrona. W Europie czas mówić jedym prawdziwie międzynarodowym językiem, zdolnym zmotywować do wspólnego działania narody bardzo różne pod względem historii, języka i kultury. To język wspólnego dobra, którego należy bronić. Wspólnych planów życiowych. Praw socjalnych i usług publicznych. Trzeba je odbudować po trzydziestu latach grabieży «wolnej i uczciwej
konkurencji».
Wszystkim nam zagraża system produkcji i wymiany, który niszczy Ziemię i ludzi. Czy nie nadszedł najwyższy czas, by prowadzić politykę solidarności, która nas uratuje z postępującej katastrofy ekologicznej? Finansowe monstrum dosyć już się nażarło ze szkodą dla wszystkich prostych radości życia. Jeśli Europie potrzeba odrodzenia, niech to będzie odrodzenie suwerenności ludu, zwycięstwa oświecenia nad obskurantyzmem pięniędzy i religijnych namiętności. Gdyby Francja chciała być wszystkim użyteczna, zaproponowałaby herkulesową pracę, którą trzeba szybko wykonać.
Tak, narody europejskie mogą w 20 lat nauczyć się «zielonej reguły»: nie brać z przyrody więcej, niż ona może odrodzić. Możemy od razu zrezygnować ze stosowania pestycydów zabójczych dla bioróżnorodności. Potem wykorzenić biedę na kontynencie, zagwarantować każdemu przyzwoitą płacę, ograniczyć różnice między dochodami, by zahamować nieskończoną epidemię nierówności. Jesteśmy zdolni rozszerzyć prawa kobiet na całą Europę. Możemy zatrzymać rękę okradających fiskusa. Tysiąc miliardów euro rocznie znika poprzez nieodpowiedzialną działalność, zamiast służyć wspólnemu dobru.
Krótko mówiąc, możemy zacząć nową erę ludzkiej cywilizacji. To się da zrobić na najlepiej wykształconym i najbogatszym kontynencie. Jeśli uzna protekcjonizm negocjowany ze światem, uczyni z tak humanistycznych norm nową linię wspólnego horyzontu dla miliardów ludzi.
Coś jednak trzeba najpierw zrobić: wyjść z traktatów organizujących Unię Europejską. Nasza mizeria ekologiczno-socjalna jest konsekwencją zawartości tych traktatów. Zamroziły one całą politykię gospodarczą w absurdalnym dogmacie ordoliberalizmu i atlantyzmu, drogim rządowi prawicy i socjalistów Angeli Merkel. Organizują brak inwestycji w transformację ekologiczną, rozkład państwa socjalnego, oddają demokracje finansistom. Pomyślane, by zaoferować finansom wieczne święto, uniemożliwiają pomoc wzajemną i ludową solidarność.
W godzinę masowych społecznych cierpień i katastrofy ekologicznej narody europejskie mają dość władzy, która mówi jedno, a robi na odwrót. List Emmanuela Macrona jest tego przykładem. Domaga się on od Unii, by zrealizowała globalny cel redukcji stosowania pestycydów o połowę do 2025 r. Dlaczego więc odmówił uchwalenia planu wyjścia z glifosatu, jak wielokrotnie proponowali posłowie Nieuległej Francji (LFI)? Na początku kadencji mówił, że nie chce już układów wolnej wymiany, jeśli nie respektują umów COP21. Dlaczego zaakceptował później układy z Kanadą i potem Japonią? Czemu zgodził się zabronić parlamentom państwowym wypowiadania się na temat tych traktatów?
Domaga się «tarczy socjalnej gwarantującej to samo wynagrodzenie na tym samym miejscu pracy». To samo mówił w czasie rewizji dyrektywy o pracownikach delegowanych! System pozwala ciągle na dumping socjalny, składki socjalne płaci się w krajach ich pochodzenia. I kiedy LFI proponowała abolicję statusu pracowników delegowanych, bądź klauzulę najkorzystniejszego reżimu socjalnego dla nich, partyjne roboty partii prezydenckiej (LREM) głosowały przeciw.
Macron stał się niebezpieczny. Nie tylko dla manifestantów i swoich opozycjonistów politycznych. Jego antyrosyjska fobia każe mu zbliżać się do granicy wojny. Jej ryzyko pojawiło się w Europie wraz z ogłoszeniem przez Stany Zjednoczone instalacji w Polsce rakiet skierowanych w Rosję. Władimir Putin zapowiada odpowiedź. Należy jak najszybciej wyrwać się z tej eskalacji uniezależniając się od NATO. To sprzeczne z «Europą obrony», którą Macron i Merkel prezentują jako nowe europejskie marzenie.
Strach przed Rosjanami jest absurdalny! To nasi naturalni partnerzy. Jeśli demokracja jest zagrożona, to raczej przez tyranię finansjery i brutalne metody kierowania narodami. To one zamęczyły Grecję, doprowadziły do ścigania opozycji, jak w Polsce i na Węgrzech. I jak we Francji, gdzie problem naszej demokracji nie pochodzi z Moskwy, lecz z Paryża. Prezydent wprowadził zaciekłe represje przeciw 17-tygodniowej mobilizacji żółtych kamizelek. Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka ogłosił otwarcie śledztwa w sprawie policyjnej przemocy. Jest poruszony, bo mamy 12 zabitych, 2 tys. rannych, 22 pozbawionych oka, 5 ręki, 8. tys. zatrzymań i półtora tysiąca przyśpieszonych procesów.
Tyle żyć rozbitych, gdyż pragnęły swojej części słońca. Egzystencja jest nie do wytrzymania, więc Macron obłudnie ulega morderczej iluzji Europy-fortecy, która chroniłaby się przed uchodźcami utonięciami w Morzu Śródziemnym! Viktor Orban pochwalił list Macrona – to nie powinno zaniepokoić Francuzów? Przecież Macron deklarował walkę z polityką węgierskiego prezydenta? À rebours tym gwałtom, należy zaraz wprowadzić politykę przeciw źródłom przymusowych migracji: wojnom, zmianom klimatycznym, rabunkom gospodarczym.
Zmiana kierunku jest dla europejskich narodów nagląca. Angela Merkel i Emmanuel Macron wcielają stare, ponure i głupie recepty. Powiedzmy zresztą bez owijania w bawełnę: co nas obchodzi pseudo «para francusko-niemiecka», to pretensjonalne kondominium kontrolowane przez CDU. Upokarza ono pozostałe 26 krajów. Izoluje Francuzów od ich naturalnych krewnych z Południa. Odrodzenie, którego Europa potrzebuje, to wolność polityczna jej ludów. Jeśli Francja zechce być użyteczna do czegoś, niech prezentuje się jako partner, a nie nauczyciel.

Tłum Jerzy Szygiel (strajk.eu)

„Francuzi”

Europo umierasz, ale byłaś piękna.

W początkowej sekwencji przedstawienia „Francuzi”, opartego na wątkach „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta pojawia się postać, której w tej wielotomowej powieści nie ma – kapitan Alfred Dreyfus. Być może to nazwisko jest gdzieś, w którymś z tomów wymienione, wątpię, nie pamiętam, choć nie wykluczam. By to sprawdzić, trzeba by jednak przebiec uważnym okiem wszystkie stronice siedmiu tomów Prousta. Jednak na pewno Dreyfus jako postać w nich nie występuje. Krzysztof Warlikowski wprowadza ją naocznie, we wcieleniu aktorskim Zygmunta Malanowicza, gdy w szarym mundurze, oschłym, zmęczonym, cichym głosem odczytuje coś w rodzaju notki służbowej o swojej sprawie.
Niełatwo było utrafić w Warszawie na blisko pięciogodzinny spektakl Warlikowskiego. Jego premiera miała miejsce jesienią 2015 roku w niemieckim Gladbeck, miasteczku Zagłębia Ruhry, którego scena (sala dawno zamkniętej kopalni) tworzyła istotnie odmienną przestrzeń w stosunku do warszawskiej, a następnie spektakl przeniósł się do ATM Studio w warszawskim Miedzeszynie. Zatem jego niedawne zaistnienie na scenie warszawskiego Teatru Nowego przy Madalińskiego mogło dokonać się dopiero w otwarciu nowej siedziby tej sceny i było poniekąd kolejnymi narodzinami tytułu. Zmieścić siedmiotomowy cykl Prousta nawet w czterech godzinach niepodobna, to próba wlania jeziora do butelki. Zatem stwierdzenie, że reżyser musiał dokonać więc chirurgicznego wręcz – i to na poziomie „chirurgii oka – wyboru wątków, z konieczności musi być truizmem do kwadratu. Zachowany jednak został porządek cyklu w tym sensie, że poszczególne sekwencji „oznaczono” wyświetleniem w tle tytułów poszczególnych tomów. Jednak nie tylko obszerność tekstu była tu problemem. Siedmioksiąg Prousta jest bowiem nade wszystko w swej materii ateatrlany, jeśli nie antyteatralny. Nie ma w nim konfliktowego dramatu postaw, nie ma wyodrębnionych antynomii, jest rozlewna narracja, niewiele mająca wspólnego z jakąkolwiek akcją, z teatralnym dzianiem się „tu i teraz”. Mogące nasunąć się skojarzenie ze sztukami Czechowa jest tu zwodnicze, jako że rosyjski dramaturg charakterystyczne dla nich „nie dzianie się” u samego początku konstruował na potrzeby sceny. „Dzianie się” (bo trudno je nazwać akcją dramatyczną) sceniczne „Francuzów” przypomina raczej powolne, bezobjawowe, melancholijne, leniwe „sączenie się” czasu i egzystencji. Jednak to, co dokonuje się na scenie ma za niewidzialne tło starą, kończącą się Francję, będącą, pars pro toto, obrazem schyłku całej „starej Europy”, tej z Paryża, Rzymu, Wiednia, Berlina, Petersburga czy nawet Warszawy. Bo „Francuzi” to elegia na znikanie owej „starej Europy”, na jej przemijanie, obserwowane na przykładzie elit, które ją tworzyły. Toteż co jakiś czas, w leniwie sączącą się „akcję sceniczną”, a raczej swobodne, amorficzne dialogi egzystencjalne, wdziera się jakiś akcent pochodzącego z zewnątrz źródła niepokoju: a to poprzez umundurowanie wojskowe jednego z uczestników salonu, a to przez nawiązanie do narastającego antysemityzmu. Wzmacnia tę atmosferę sącząca się nieustannie niepokojąca, piękna muzyka Jana Duszyńskiego i Pawła Mykietyna. O ile jednak ateatralny jest tekst Prousta, o tyle zawarta w nim sceneria francuskiego salonu arystokratycznego jest przez swoje anachroniczne piękno na wskroś teatralna. Uroda plastyczna tego procesu rozkładu jest uderzająca i przecież skądś już ją znamy – z prozy Tomasza Manna („Śmierć w Wenecji”), z filmów Luisa Bunuela ( „Viridiana”), Luchino Viscontiego („Zmierzch bogów”, „Ludwig” i „Śmierć w Wenecji” właśnie). „Francuzi” mówią o samotności umierającej klasy, o pamięci, o melancholii, o przemijaniu. Jest w nich fragment Europy skamieniałej jak Pompeje. To epitafium dla niej. Warlikowski jak gdyby chciał poprzez swoją autorskie odczytanie dzieła Prousta powiedzieć: musisz umrzeć Europo, bo nie ma w Tobie życia, ale piękna byłaś i niedościgniona w swym wyrafinowaniu. Tę Europę na scenie uosabiają zapatrzone w siebie pięknoduchy, ich egzaltacja, przeintelektualizowanie, wyuzdanie, ale i czar. Ten rozkład nęci magią salonów i ich obyczajów, strojów, elegancji, języka, manier, form bycia, których już nie ma, pociąga ich chore piękno, a ruchoma, szklana klatka w kształcie prostopadłościanu, właściwie jedyny element scenografii Małgorzaty Szczęśniak, zdaje się wyraża
dawne życie umierającej klasy – „pod kloszem”. Jest tu zasygnalizowana niekończąca się historia wymiany elit, przy czym dziś te obecne i te dopiero nadchodzące nowe elity nie są już tak piękne, bo nie wiadomo dlaczego, ale „przemija postać świata”, przemija uroda pewnej jego szczególnej postaci.
Jednak pokazać Prousta jako „naszego współczesnego” w aspekcie koncepcji przedstawienia to jedno, a tchnąć w widowisko krew teatralną, to drugie. Użył Warlikowski w tym celu wielu teatralnych środków. Sporo tu scenicznych konceptów: wspomniana szklana, ruchoma klatka, chodzenie przez dwójkę aktorów na puentach, jak w balecie (jakby metafora świata, kultury, która przy całej swej niedoskonałości starała się dążyć do najwyższych standardów), wyświetlane w tle sekwencje filmowe, maski, zwykłe rekwizyty. I rzecz jasna także aktorzy. W sporej liczbowo obsadzie wyróżniłbym kapitalną, także przez psychologiczne oddalenie od charakterystycznego dla niej stylu Maję Ostaszewską (Odeta), bardzo dobrego, oszczędniejszego w ekspresji niż zazwyczaj Mariusza Bonaszewskiego (Swann), wybornego Marka Kalitę (Błażej de Guermantes), zaskakującą Ewę Dałkowską (Księżna Parmy/Królowa Neapolu), Agatę Buzek (Rachela). Pozostali – na ogół bardzo dobrzy, ale jakby o ton słabsi. Nie sposób wystawiać, zwłaszcza tego rodzaju nieszablonowym inscenizacjom, cenzurek na szkolną modłę. Nie zdecydowałbym się powiedzieć, że to przedstawienie wspaniałe, a tym bardziej bliskie doskonałości, zwłaszcza jak na talent miary Warlikowskiego. Jest jednak niewątpliwie wybitne i bardzo nietuzinkowe, bardzo ważne w krajobrazie ostatnich kilku sezonów.

„Francuzi” – premiera 21 sierpnia – 3 października 2015 r., koprodukcja Nowego Teatru i Ruhrtriennale, Théâtre National de Chaillot (Paris), Comédie de Genève, Comédie de Clermont-Ferrand, la Filature (Mulhouse), le Parvis – Scène Nationale Tarbes Pyrénées. Reżyseria – Krzysztof Warlikowski, scenografia – Małgorzata Szczęśniak, muzyka – Peweł Mykietyn. W obsadzie spektaklu m.in. Maja Ostaszewska, Mariusz Bonaszewski, Agata Buzek, Magdalena Cielecka, Ewa Dałkowska, Jacek Poniedziałek, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Maria Łozińska, Maja Ostaszewska, Claude Bardouil, Bartosz Gelner, Wojciech Kalarus, Marek Kalita, Zygmunt Malanowicz, Piotr Polak, Maciej Stuhr.

Macron zmieni UE?

W przerwach od obserwowania jak organy jego państwa masakrują ludzi na ulicach, prezydent Francji uznał, że Europa potrzebuje jego porad dotyczących reformowania wspólnoty.

Macron wzywa do „renesansu” kontynentu. Chce dogłębnych zmian w Europie i, co ciekawe, rewizji traktatów. To wszystko miałoby się odbyć podczas specjalnie zwołanej europejskiej konferencji. Wynurzenia prezydenta Macrona przedrukowało jednocześnie 28 najważniejszych europejskich gazet.
Macron podkreślił, że Europa jeszcze nigdy nie była w takim niebezpieczeństwie od drugiej wojny światowej, ale jednocześnie zauważa, że jeszcze nigdy nie była tak potrzebna sama sobie jak teraz.
W opinii francuskiego przywódcy symbolem europejskiego kryzysu stał się Brexit, który, jak uważa Macron, udowodnił, że UE nie jest w stanie odpowiedzieć na oczekiwania ludzi, by ochronić ich przed globalnymi wstrząsami współczesnego świata. A zamykanie się przed tymi problemami poszczególnych krajów to „pułapka, która zagraża całości Europy”. Nie wolno pozwolić nacjonalistom wykorzystać gniew ludzi do swoich celów.
„Znajdujemy się w momencie, kiedy wszyscy razem musimy od nowa politycznie i kulturowo określić naszą cywilizację w zmieniającym się świecie”, napisał Macron. Uważa on też, że zagrożona jest demokracja europejska, ponieważ obserwuje się „próby niektórych mocarstw wpływania na każde głosowanie europejskie”. Aby temu zapobiec, Macron proponuje powołanie europejskiej agencji ds. obrony demokracji, która będzie walczyć z cyberatakami i manipulacjami. Nie wyjaśnił, kto i jak będzie określał, co agencja uzna za manipulację, a co nią nie będzie i czy to właśnie nie stanie się kolejną manipulacją. Wspomniał też o wspólnej polityce obronnej w porozumieniu z NATO.
Francuski prezydent proponuje też rewizję traktatu z Schengen i powołanie ogólnoeuropejskiej służby granicznej i stworzenie biura do spraw przyznawania
pobytu.
„Wszyscy, którzy zechcą uczestniczyć w tym projekcie, powinni wykonywać swoje zobowiązania dotyczące odpowiedzialności (dokładna kontrola graniczna) i solidarności (taka sama polityka przyznawania prawa pobytu, takie sama reguły przyjęcia i odmowy przyjęcia)” – uważa Macron.
W Europie, proponowanej przez francuskiego przywódcę, również Wielka Brytania miałaby swoje miejsce.
„Będą różnice zdań. Ale co lepsze – zastygła Europa czy Europa idąca naprzód, niechby nawet niekiedy z różną prędkością, ale otwarta dla wszystkich?” – pyta prezydent.
W pomysłach francuskiego polityka jest próba rozwiązania wszystkich problemów Francji, wciągnięcie Wielkiej Brytanii dla zrównoważenia rosnącej siły Niemiec i próba wprowadzenia Europy dwóch prędkości, by nie oglądać się na takie kraje jak Polska, i zamiar rozwiązania krytycznej własnej sytuacji wewnętrznej poprzez oskarżenie ich o poddawanie się nacjonalistycznym wpływom i wiele innych. Czy i jak Europa odpowie na wezwania reprezentanta neoliberalnej Europy, pokażą najbliższe dni.

Kamizelki ze związkami

W dniu, w którym prezydencka partia przegłosowała w parlamencie totalitarną ustawę przeciw manifestacjom publicznym, na ulice Paryża i innych miast Francji wyszły dziesiątki tysięcy ludzi, by domagać się demokratyzacji Francji i sprawiedliwości społecznej, przeciw neoliberalnemu, faszyzującemu szaleństwu oligarchii. Pierwszy raz związek zawodowy CGT oficjalnie wystąpił obok „żółtych kamizelek”.

Lewicowy postulat „konwergencji walk” (łączenia się różnych środowisk – związkowych i politycznych – na rzecz wspólnych interesów) realizował się dziś w całym kraju. Wspólne manifestacje związkowców, „żółtych kamizelek”, które dotąd traktowały związki raczej nieufnie, stowarzyszeń młodzieżowych i lewicowych partii politycznych odbyły się m.in. w Marsylii, Lyonie, Tuluzie, Caen, Strasburgu, Hawrze, Rennes, Clermont-Ferrand, Bordeaux i Nîmes.
W Paryżu 30-tysięczny tłum został zaatakowany przez policję, doszło do starć i przepychanek, podobnie w Bordeaux i kilku innych miastach, jednak na ogół protesty odbyły się w spokoju. Wszędzie podnoszono te same postulaty: dymisji Macrona, podniesienia najniższych płac, sprawiedliwości fiskalnej, wprowadzenia referendów RIC, obrony usług publicznych i przeciw ograniczaniu prawa do manifestacji.
Dziś szczególnie oburza ta ostatnia sprawa: neoliberalny reżim Macrona poszedł drogą kolaboranckiego reżimu Vichy, na którego czele stal marszałek Pétain: na podstawie decyzji administracyjnych będzie można zamykać wyznaczone przedtem osoby pod pretekstem „podejrzeń o zagrożenie dla porządku publicznego”. Protestował nawet deputowany, którego trudno posądzić o lewicowość – arystokrata Charles Amédée du Buisson de Courson: – Mój ojciec został wyznaczony i ścigany przez policję Vichy, nazwany terrorystą, podczas gdy był patriotą. (…) Ta ustawa jest szaleństwem. Nie wolno niszczyć wolności publicznych!
„Żółte kamizelki” szykują się do „Aktu 13” swych protestów w najbliższą sobotę. Można się spodziewać, że liczba uczestników wzrośnie . Postulaty „żółtych kamizelek” popiera znaczna większość Francuzów.
Solidarność z „żółtymi kamizelkami” demonstrowano również w Warszawie. „Dziś Paryż – jutro Warszawa!” – zabrzmiało we wtorkowy wieczór przed budynkiem francuskiej ambasady w stolicy Polski. Kilkadziesiąt osób, aktywistów i aktywistek, działaczy i działaczek związkowych symbolicznie przekazało wyrazy solidarności uczestnikom masowych protestów Żółtych Kamizelek. Była również mowa o ostatnich wydarzeniach w polskim ruchu pracowniczych – niestety, niewesołych.
Prowadzący zgromadzenie Jakub Grzegorczyk ze związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza na wstępie przypomniał, że Żółte Kamizelki to ruch, który powstał w odpowiedzi na antyspołeczne, neoliberalne reformy „demokratycznego” prezydenta Emmanuela Macrona. I nie tylko jego – „liberalny zwrot” we francuskiej polityce dokonał się ponad trzy dekady temu i systematycznie prowadzi do pauperyzacji społeczeństwa. Cięcia socjalne, prywatyzacja usług publicznych sprzyjają narastaniu nierówności i działają na korzyść wyłącznie najzamożniejszych.
Francuzi i Francuzki w końcu się przeciwko temu zbuntowali i nie tylko demonstrują na ulicach, ale i podejmują próby samoorganizowania się w lokalnych zgromadzeniach, oddolnych organizacjach – podkreślała działaczka mówiąca w imieniu Pracowniczej Demokracji, zaznaczając, że ruch rozwija się, chociaż ma do czynienia z represjami, bezpardonową policyjną przemocą. Tadek Zinowski, członek kolektywu Syrena, wskazał, że skala tej przemocy przeczy wizerunkowi Francji jako najstarszej europejskiej nowoczesnej republiki, wzorowego państwa laickiego i demokratycznego. Demokracja liberalna kończy się, gdy ludzie próbują sami się organizować, a nie tylko wybierać między partią bardziej liberalną i bardziej konserwatywną. Wtedy przeciwko nim kierowane są pałki policyjne – mówił Zinowski.