Kara za „kamizelki”

Prezydent Francji Emmanuel Macron pojechał na prowincję, do małej gminy Grand Bourgtheroulde w Normandii, by uroczyście rozpocząć debatę narodową na tematy wyznaczone przez rząd.

Prezydent nie wypowiada nazwy „żółtych kamizelek” (GJ) w żadnym wystąpieniu od początku kryzysu i nie chce ich widzieć: w dniu wizyty szefa państwa noszenie takich kamizelek kosztowało 135 euro mandatu. Policja fotografowała dokumenty osób zmierzających do wsi. Czy ONZ podejmie śledztwo przeciw nadużyciom represji policyjnych?

Organizacje ochrony praw człowieka protestują przeciw fotografowaniu dokumentów, w obawie powstania policyjnej kartoteki manifestantów antyrządowych. Powstała narodowa petycja do ONZ o wszczęcie śledztwa w sprawie brutalności policji. Wśród 93 osób ciężko ranionych przez policję większość (68) padła ofiarą wyrzutni kul plastikowo-gumowych. Policjanci celują głównie w głowy, 13 osób straciło oko. Na ulicach pojawiła się kampania plakatowa na ten temat: afisze prezentowały Macrona i członków rządu z ranami po LBD 40. Żaden ruch społeczny po wojnie nie przyniósł tyle ofiar (są i śmiertelne).

W tym kontekście prezydent Macron zachwalał w Grand Bourgtheroulde zalety debaty narodowej, którą ogłosił w reakcji na kryzys „żółtych kamizelek”. Zbuntowani uważają to jednak za ściemnianie polityczne, sposób na zyskanie na czasie, podczas gdy czas działać. Rząd zapewniał, że w czasie debaty będzie można mówić o wszystkim, oprócz kwestionowania dotychczasowych „reform” Macrona (w tym zniesienia podatku od wielkich fortun ISF), spraw europejskich, finansów państwa i orientacji polityki rządu. Tymczasem „żółte kamizelki” chcą głównie RIC i zmniejszenia cen artykułów pierwszej potrzeby.

Mimo policyjnej blokady, do wsi przedostało się ok. setki „żółtych kamizelek”, więcej zostało zatrzymanych po drodze, było nawet nakładanie kajdanek. „Nie przyjechaliśmy tu żeby chuliganić, tylko pokazać, że nie odpuścimy. Jeśli pojedzie do innej gminy, pojedziemy za nim ” – odgrażała się jedna z uczestniczek zakazanej manifestacji, 40–letnia Nadège. Od początku kryzysu Macron nie może pokazywać się spokojnie poza Pałacem Elizejskim, bo zbyt często docierają doń bezceremonialne krzyki manifestantów. Woli wizyty-niespodzianki, w gminach, które o to nie prosiły.
„ISF nie jest tabu ani totemem” – powiedział pojednawczo prezydent, ale dodał w przemówieniu, że „trzeba większej odpowiedzialności ludzi w trudnej sytuacji, bo są wśród nich porządni, ale i tacy, którzy się wygłupiają”. Takie określenie „żółtych kamizelek” nie wywołało entuzjazmu. Według krytyków, te słowa dowodzą braku świadomości społecznej prezydenta.

Wydarzenie roku

No powiedzcie mi, że zdarzyło się coś ważniejszego w tym roku, jeśli chodzi o wydarzenia społeczno-polityczne naszego kontynentu, czy nawet świata.

 

Zaczęło się od cen paliwa, by doprowadzić do zachwiania losem Francji, a pośrednio Unii. Zglobalizowana potęga na glinianych nogach neoliberalizmu zatacza się niczym Jean-Claude Juncker. Czy należy ograniczać usługi publiczne, jak każe Komisja Europejska? Dlaczego „zwijać państwo”, skoro koncerny międzynarodowe już nie chcą płacić podatków? Padają różne gorączkowe pytania, które mogą wysadzić w powietrze sklerotyczną demokrację przedstawicielską Francji.

„Ten kraj to nie start-up” – tłumaczył posłom z partii prezydenta Jean-Luc Mélenchon, lider francuskiej lewicy (LCI) – „Zdarzają mu się wielkie projekty i uczucia, nazywane rewolucjami. Nasz kraj przeżywa właśnie proces obywatelskiej rewolucji, w której postulaty socjalne krzyżują się z postulatami politycznymi. Jest to właściwe dla historii Francji, w każdej sytuacji porównywalnej z obecną.”

„Żółte kamizelki” (GJ) mogłyby być wydarzeniem roku ze względu na sam niebywały lans demokratycznego ubioru, który stał się nagle modny: w 22 krajach ludzie zaczęli w nim wychodzić na ulice. Można to porównać do francuskiego upowszechnienia spódniczek mini w latach 60. Proroczo zapowiadały wielki społeczno-polityczny przewrót, no i miały zasięg prawie globalny. W Polsce, ale i we Francji, niektórzy woleli przyrównywać ruch GJ do rewolucji 1905 r., przegranej, lecz zwiastującej prawdziwą dziejową bombę. Nie drodzy, nikt nie będzie czekał 12 lat, we Francji się gotuje.

Oglądałem zdjęcia z symbolicznego pogrzebu dziesięciu „żółtych kamizelek”, osób, które zginęły od początku protestów. Również te szeregi zdjęć pobitych, poranionych i okaleczonych przez policję ludzi. Policjanci używają kontrowersyjnych granatów GLI-F4, eksplodujących ładunkiem z gazem łzawiącym. To one przyniosły najwięcej ofiar, a są jeszcze gumowe kule i inne wynalazki. GJ mają już swoją martyrologię, internet przypomina wojenne i rewolucyjne piosenki, to tu, to tam buduje się symboliczne gilotyny. Na jednym z publicznych, symbolicznych sądów skazano prezydenta Macrona na śmierć przez ucięcie głowy toporem i wykonano wyrok na jego kukle. Może jest w tym coś z wudu, ale przede wszystkim zdradza gniew.

Prooligarchiczny rząd widzi w GJ krwawą tłuszczę analfabetów. Stanislas Guerini, szef partii prezydenckiej Macrona (LREM), oświadczył, że postulowane Referendum z Inicjatywy Obywatelskiej (RIC) doprowadzi do kary śmierci albo ucinania genitaliów przestępcom seksualnym, a Gilles Le Gendre – arystokrata paryski i szef grupy LREM w parlamencie – dodał, że reformy prezydenta i jego partii były po prostu „zbyt inteligentne, zbyt subtelne”, by populacja mogła je zrozumieć. Do tego wszystkie media powtórzyły zmienne detale skandalu w wagonie paryskiego metra, gdzie trzej podpici GJ śpiewali „Macron musi odejść” i kazali „spadać” starszej pani, gdy wytknęła im prawdopodobny antysemityzm. Jeden miał wtedy powiedzieć, że „też był w Auschwitz” i „się śmiał”. W walnięciu medialną maczugą antysemityzmu ma być coś ostatecznego, jak w rzuconym zaklęciu.

Jednak coś wisi w powietrzu, więc rząd dał podwyżki policjantom. Nie chce utrzymać porządku za pomocą porozumienia społecznego, lecz siły. Nie będzie podwyższać pielęgniarkom, czy nauczycielom, nie będzie o tym rozmawiać. „Prezydent bogatych” zbroi swą straż, by go ustrzegła przed rozeźlonymi ludźmi pragnącymi społecznej sprawiedliwości i uczestniczącej demokracji. Jak ta czerń śmie? Ten właśnie stosunek władzy do wydarzenia roku buduje determinację ludzi, którzy stoją na blokadach i planują kolejne „akty” protestów. Pomijani gromadnie powstali z gniewem. Nic ważniejszego się nie wydarzyło.

Kamizelki w Café Kryzys

23 grudnia w warszawskim Café Kryzys odbyło się spotkanie z mieszkającą we Francji działaczką Moniką Karbowską, która opowiedziała o protestach Żółtych Kamizelek – głównych postulatach ruchu oraz przebiegu protestów.

 

Żółte Kamizelki zrzeszają głównie ludzi pochodzących z małych miast i wsi, którzy sprzeciwili się podwyżce podatku oznaczającej wyższe ceny paliwa. Na skutek likwidacji transportu publicznego ludzie ci dojeżdżają do pracy samochodami. W wielu regionach Francji funkcjonowanie bez samochodu stało się niemożliwe. Koszty jego utrzymania stanowią ogromne obciążenie, zwłaszcza dla słabiej zarabiających.

Protesty Żółtych Kamizelek w Paryżu odbywają się na Polach Elizejskich, pomimo zakazu demonstrowania obowiązującego na tej reprezentacyjnej ulicy. Protesty trwają już od ponad miesiąca, od 18 listopada. Protestujący uczestniczą w nich po pracy i następuje rotacja demonstrujących. Początkową reakcją władz było zignorowanie ruchu. Później prezydent Macron i inni przedstawiciele jego partii odnosili się do kamizelek z pogardą. Jak powiedziała Karbowska, podczas starć widać było, że policja dostała pozwolenie na rozbicie protestów wszelkimi środkami. Od 8 grudnia w wyniku starć oraz wypadków zginęło we Francji już 9 osób. Nie spowodowało to żadnej reakcji ze strony Unii Europejskiej oraz protestów przeciwko „brakowi praworządności”.
Karbowska opowiedziała o tym, jak lokalne Żółte Kamizelki organizowały akcje odwiedzania w domach deputowanych partii rządzącej. Okazało się to skuteczne, ponieważ politycy przestali wypowiadać się przeciwko protestującym.

Większość z 42 postulatów przedstawionych przez Kamizelki ma lewicowy charakter, na przykład podwyższenie pensji minimalnej, zwiększenie progresji podatkowej, wstrzymanie prywatyzacji autostrad, czy eliminację bezdomności. Protesty mają charakter inny od strajków z poprzednich lat, ponieważ nie stoją za nimi związki zawodowe. Ruch Żółtych Kamizelek odrzucił partyjne afiliacje. Lewicowi deputowani pojawiają się na protestach, jednak bez partyjnych szyldów. Zagrożeniem jest infiltracja ze strony skrajnej prawicy. Prawica usiłuje kierować gniew społeczny przeciwko obcym, twierdząc, że protestujący są „prawdziwym narodem” i „prawdziwymi Francuzami”. Same Żółte Kamizelki starają się unikać skojarzeń z przekazami rasistowskimi i nacjonalistycznymi.

Odnosząc się do perspektyw ruchu Monika Karbowska stwierdziła, że możliwe jest ich czasowe wygaśnięcie i rozlanie się kolejnej fali w przyszłym roku.

Przeciw dekomunizacji Wywiad

Francuski dziennikarz i aktywista stowarzyszenia Les Amis d’Edward Gierek (Przyjaciele Edwarda Gierka), Jacques Kmieciak w rozmowie z „Dziennikiem Trybuna” opowiada o swojej książce, w której podsumowuje działania podejmowane we Francji przeciwko dekomunizacyjnej polityce polskiego rządu.

 

Jak zrodziła się idea napisania tego opracowania?

Zrodziła się ona z reakcji na zamiary Prawa i Sprawiedliwości, aby napisać historię Polski na na nowo, równocześnie ją zafałszowując. Od powrotu do władzy w 2015 r. opcji narodowo-katolickiej sytuującej się na skrajnej prawicy, zabrała się ona ze zdwojoną siłą za realizację czegoś, co określiła mianem „dekomunizacji”. Proces ten postępował od restauracji kapitalizmu w Polsce w 1990 r, ale w 2016 r. polski parlament przyjął ustawę mającą na celu wyparcie z przestrzeni publicznej wszelkie odniesienia do Polski Ludowej (1944-1989) i szeroko rozumianego postępowego ruchu robotniczego.

 

W jaki sposób się to dokonywało?

Najpierw poprzez zmiany nazw ulic czy innych obiektów noszących imiona bojowników o emancypację klasy pracującej i o socjalizm.

 

Jaka była na to reakcja we Francji?

Kampania przemianowywania ulic dotknęła szczególnie Polaków mieszkających na północnym-wschodzie, zwłaszcza w regionie Nord-Pas-de-Calais. W okresie międzywojennym trafiło tu wiele tysięcy robotników poszukujących tu pracy, a był to okres podnoszenia tego zagłębia górniczego z ruin po I wojnie światowej. Wciągali się do francuskiego ruchu związkowego, zwłaszcza w ramach CGTU, brali udział w strajkach. Wywodzący się z tego regionu działacze Partii Komunistycznej walczyli z faszyzmem w Hiszpanii w czasie wojny domowej, z nazistami podczas drugiej wojny światowej. Po wyzwoleniu Polska Ludowa uznała ich za bohaterów. Ich imionami nazywano ulice, place i instytucje publiczne. Szczególnie na Śląsku, gdzie trafiło ponad 60 tys. repatriowanych stąd Polaków, którzy włączyli się w proces odbudowy.

 

Kim byli bojownicy, którzy teraz trafili na polską „czarną listę”?

To ludzie tacy jak – na przykład – Burczykowscy. Rodzina zaangażowana w ruchu oporu w Pas-de-Calais. Ojciec po patriotycznym strajku górników w maju i czerwcu 1941 r. był deportowany do Niemiec, gdzie zginął. Jego trzej synowie zostali straceni przez nazistów w cytadeli w Arras. Albo Tomasz Rabiega, związkowiec z Douai, który odznaczył się w czasie strajków Frontu Ludowego. Bronisław Kania, działacz FTP, ścięty w 1943 r. w więzieniu w Cuincy, niedaleko Douai. Albo górnik Edward Gierek, deportowany z Francji po słynnym strajki w Leforest w sierpniu 1934 r. W 1970 r. został przywódcą polskich władz…

 

A zatem we Francji reakcja na „dekomunizację” nie dała na siebie czekać?

Tak. Bardzo szybko PCF, CGT, a także PRCF oraz Międzynarodowy Komitet Solidarności Klasowej (CISC) włączyły się do działąnia. Ich przedstawiciele we władzach również: Christian Pedowski, mer Sallaumines, skąd pochodzili Burczykowscy, Christian Musial, mer Leforest, którego honorowym obywatelem był Edward Gierek od 1972 r., kiedy to spotkał się z prezydentem Georgesem Pompidou. Do polskich władz trafiły listy z protestami. Z inicjatywy stowarzyszenia Les Amis d’Edward Gierek do polskiego ambasadora we Francji trafiła petycja, nazywana « Apelem 133 « . Podpisały go tacy wielcy weterani ruchu oporu, jak na przykład Léon Landini, przewodniczący dawnych członków FTP-MOI z regionu Rhône-Alpes… Ambasador nie zadał sobie trudu, żeby na ten apel odpowiedzieć. W lipcu 2017 r. Freddy Kaczmarek, mer Auby, podjął inicjatywę, aby nadać fragmentowi autostrady A21 imię Rabiegi i Kani. To bardzo symboliczne, bo tą właśnie trasą przyjeżdżają do Francji podróżujący z Polski. Rok później Freddy Kaczmarek nadał imię Edwarda Gierka ulicy w Douaisis.

 

Zastawienie tych wszystkich działań jest opisane w Pańskim opracowaniu?

Jak najbardziej. Chodzi o powstrzymanie rewizjonistycznych praktyk polskiego rządu. Ci, którzy chcą wymazać pamięć o polskich bojownikach sami na siebie kierują ogień krytyki i przywracają pamięć o nich. To dzięki nim też mamy okazję przypomnieć o Rabiedze. Albo o Józefie Kolorzu – członku Komitetu Centralnego Francuskiej Partii Komunistycznej i żołnierzu Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii, zamordowanym przez frankistów w 1938 roku…

 

Były przecież też i inne działania…

Tak. Na przykład, aby nie dopuścić do przemianowania ronda Edwarda Gierka w Sosnowcu. Bo Gierek cieszy się tu dużą popularnością, także za to, co robił w czasach, gdy był u władzy, czy ze względu na jego wkład w rozwój Śląska. Ale również protestujemy przeciwko demontażowi pomników Armii Czerwonej, która wybawiła Europę od nazizmu, przeciwko prześladowaniom Komunistycznej Partii Polski i jej kierownictwa, w których to sprawach od stycznia 2018 r. regularnie organizowane są demonstracje pod polską ambasadą – o tym także piszę w moim opracowaniu.

 

Jakie płyną z tych działań wnioski na przyszłość?

Tak, jak w mojej pracy, oddałbym głos filozofowi Georgesowi Gastaud. Pisze on: Antykomunizm to oficjalna przykrywka dla deonazizmu. W Polsce rasitowsko-klerykalna klika Kaczyńskiego, prześladuje KPP, metodycznie niszczy pomniki Polski Ludowej i toleruje haniebne parady sympatyków Hitlera na ulicach Warszawy. Ci, którzy protestują przeciw zamachom na wolność prasy, niezależność wymiaru sprawiedliwości, edukacji, prawa kobiet w Polsce, a nie wspominają o prześladowaniach komunistów są jak ci, którzy kiedyś cieszyli się z delegalizacji Niemieckiej Partii Komunistycznej w 1933 roku, a potem dołączyli do komunistów i związkowców w obozach koncentracyjnych.

 

Jacques Kmieciak – „Pologne – J’écris ton nom Liberté”, Éditions Nord Avril, str. 102, ISBN 9782367900988.

Akt V – spokojniejszy

Jeszcze raz wezwania rządu do powstrzymania się od manifestacji nie zrobiły wrażenia na zbuntowanych „żółtych kamizelkach”. Mobilizacja była mniejsza w Paryżu, gdzie znowu na ulice wyjechały wozy pancerne a policja używa gazów łzawiących i hukowych, by rozproszyć tłum na Polach Elizejskich i Placu Opery, jednak na prowincji blokady, przemarsze i demonstracje miały podobną skalę jak tydzień temu.

 

W sobotę rano niedaleko Placu Gwiazdy do „żółtych kamizelek” dołączyła artystka Deborah de Robertis, która zorganizowała performance wzięty początkowo za wystąpienie „Femenu”: pięć nieruchomych kobiet w symbolicznych strojach Marianny (symbolu Francji) stanęło z odsłoniętymi piersiami naprzeciw policji. Wkrótce manifestanci, których policja nie chciała wpuścić na jezdnię Pól, przełamali blokadę i rozwinęli transparenty. Żądania dymisji prezydenta, rozwiązania parlamentu i ustanowienia referendum z inicjatywy obywatelskiej (RIC) zniknęły jednak w chmurach gazu.

Policja zrobiła wszystko, by nie dopuścić manifestantów do stolicy – zablokowano autobusy, zatrzymywano ludzi na dworcach, na drogach wiodących do Paryża ustawiono blokady z przeszukiwaniem samochodów, co spowodowało ogromne korki. Po południu, ci którzy się jednak przedostali , stali się ofiarami ataków policji.

Poniedziałkowe przemówienie prezydenta Macrona raczej zdeterminowało ludzi, niż ich uspokoiło. „Ustępstwa” władzy są uważane za „rzucenie okruchów” lub „oszustwo”. Hasła „rząd = oligarchia”, „nie damy się przestraszyć”. „precz z dyktaturą”oraz domaganie się odwołania przywilejów dla najbogatszych dominują na manifestacjach w dużych miastach. W Nantes i Bordeaux trwają starcia manifestantów z policją, lecz gdzie indziej na ogół jest spokojniej. Ruch protestu zakorzenił się trwale na terytoriach wiejskich i w małych miasteczkach, gdzie powstają stałe struktury przygotowujące „rewolucję demokratyczną”.

W centrum postulatów „żółtych kamizelek”, oprócz demokratyzacji kraju, pozostaje wdrożenie innej, bardziej sprawiedliwej dystrybucji bogactw. Ludzie są zmęczeni tygodniami protestu, ale pozostają zmobilizowani. Szukają innych form protestu, zastanawiają się nad ponowną falą demonstracji w przyszłym roku.

 

Już tylko lewica

„Żółte kamizelki” mają teraz poparcie w zasadzie jedynie partii lewicowych, Nieuległej Francji i – z radykalnej lewicy – komunistów i NPA (Nowa Partia Antykaptalistyczna). Poniedziałkowe orędzie Macrona potwierdziło to, czego wielu się obawiało, że skrajnie neoliberalna linia polityczna rządu pozostanie konsekwentnie zachowana. Prezydent nie przemówił do „żółtych kamizelek”, tylko do klasy średniej, gotowej popierać władzę lub protestujących w zależności od okoliczności. Zwrócił się do tych, którzy do tej pory popierali protesty, ale mogą zmienić zdanie. Do tych, których ogłoszone „ustępstwa” nie dotyczą, ale którzy mogą sądzić, że dzięki nim „żółte kamizelki” dostały to, czego się domagały i że kontynuacja protestów jest nieuprawniona.

Jeśli wierzyć sondażom telefonicznym zrealizowanym po przemówieniu Macrona (ale przed zamachem), 69 proc. Francuzów ciągle popiera „żółte kamizelki”, ale 54 proc. chciałoby, by ruch protestu już zgasł. Byłby to spory sukces strategii marketingowej prezydenta w sytuacji, gdy zaoferował tak mało. Najbardziej spektakularne „ustępstwo” – podwyżka płacy minimalnej – jest pozorne. Owe 100 euro więcej nie będzie pochodziło od zatrudniaczy: to tylko państwowy zasiłek z podatków, który zostanie wypłacony wcześniej, zamiast jak przewidywano rozbity na trzy lata. Nie będzie liczył się więc do emerytury, za to dzięki niemu najsłabiej zarabiający pracownicy wpadną na pierwszy próg podatkowy… bardzo sprytne. Dzień wcześniej na wiosek rządu parlament przegłosował za to praktyczne uwolnienie najbogatszych od kolejnego podatku – „exit tax”, co im pomoże w ucieczkach podatkowych.

 

Widmo terroryzmu

Do tej pory „żółte kamizelki” były straszone atakami terrorystycznymi głównie z zagranicy. Anonimowe, izraelskie konto twitterowe należące do niejakiej „Rosanny” dwa razy już zapowiadało zamachy Państwa Islamskiego na francuskie manifestacje, co jednak nie robiło wrażenia, oprócz ogólnych przebąkiwań prorządowych komentatorów o „osłabieniu antyterrorystycznej czujności policji” z winy „kamizelek”, gdyż policja musiała koncentrować się na śledzeniu i konfrontacjach z nimi właśnie.

Pierwszymi na świecie, którzy opublikowali zaraz po strasburskim zamachu zdjęcie i dane podejrzanego Cherifa Chekatta, byli zresztą Izraelczycy (na 24 godziny przed francuską policją). „Rosanna” była spóźniona, dopiero trzecia, gdyż pierwszego tweeta z tymi danymi wrzucił Ronan Solomon z Tel-Awiwu, „niezależny analityk”, związany ściśle z wojskiem i rządem izraelskim. Gdy Solomon skasował swego tweeta, o 23.00 tego samego wieczora dane Chekatta opublikował BNL News, izraelski portal informacyjny w USA, „Rosanna” – trzy minuty później. Wszystkie trzy konta wyrażają na co dzień poglądy izraelskiej skrajnej prawicy.

 

Macron straszy

Chamska polityka klasowa Macrona, jego odmowa demokratyzacji francuskiego systemu politycznego i nieograniczone faworyzowanie oligarchii, wyraziła się w kilku dodatkowych słowach prezydenta o ochronie „głębokiej tożsamości narodu” i imigracji, którą należy „przemyśleć”. To stary numer: „nie miejcie pretensji do niesprawiedliwości systemu, tylko do migrantów”. Przy okazji potępiał przemoc i zapowiadał „surowe karanie” tych, którzy się do niej odwołują, ale oczywiście nie ma nic przeciw sprzedaży francuskiej broni Arabii Saudyjskiej, która od ponad trzech lat katuje Jemen. Jego straszenie manifestantów zostało podbite nazajutrz doniesieniami o „tajnym” wyposażeniu wozów pancernych, których minionej soboty użyto przeciw cywilom w Paryżu: były mianowicie zaopatrzone w broń chemiczną, działka strzelające proszkiem obezwładniającym, który po jednej salwie „kładzie wszystkich na terenie wielkości jednego-dwóch boisk piłkarskich”. Proszkiem tym w końcu nie strzelano, ale sugestia „żeby uważać” jest mocna.

Trzecim elementem straszenia, po imigrantach i sile policji, był zwielokrotniony dyskurs typu „może być gorzej”, gdyż oszczędności budżetowe są „niezbędne” ze względu na gigantyczny dług publiczny, sięgający 100 proc. PKB. Wiąże się z tym pewna ciekawostka. W 1973 r., kiedy dług Francji nie przekraczał 15 proc. PKB, postanowiono zmniejszyć dług poprzez przyjęcie tzw. ustawy Pompidou-Rothschilda, która odbierała francuskiemu bankowi centralnemu możliwość udzielania państwu bezprocentowych kredytów na rzecz banków prywatnych, które procenty oczywiście biorą (miało to „zdyscyplinować” branie kredytów). Prywatyzacja kreacji pieniądza została następnie wpisana do europejskiego traktatu z Maastricht i później Lizbońskiego mimo, że fatalne, odwrotne skutki tego posunięcia były już dobrze znane. Prezydent Pompidou był, podobnie jak Macron, dyrektorem w banku Rothschildów przed objęciem steru Francji.

 

Prezydent-zombie

Choć neoliberałowie przeszli do ofensywy, pozycja Macrona w społeczeństwie francuskim została bardzo osłabiona i nie wiadomo, co miałoby się zdarzyć, by prezydent zdołał to odwrócić. Oczywiście próbuje usunąć w cień cały głęboki, polityczny i socjologiczny wymiar konfliktu społecznego, zgnieść jego potencjalnie insurekcyjny charakter, by zredukować go do „100 euro i marsa”, jak nazywają jego propozycje „żółte kamizelki”, czyli do kilku pozornych posunięć ekonomicznych, ale to się na dłuższą metę nie uda. Setki tysięcy ludzi zapłaciło za tego rzuconego „marsa” tygodniami mobilizacji, staniem w deszcz i niepogodę na rondach i skrzyżowaniach, gdzie zrodziły się tysiące „struktur poziomych” domagających się poważnego traktowania.

Sklerotyczny profil demokracji przedstawicielskiej, tak łatwo poddającej się niewidzialnym wpływom, powinien według „żółtych” ustąpić – choć po części – zaletom demokracji bezpośredniej, trudniejszej do manipulacji. Na to Macron nie ma żadnej odpowiedzi, pragnie zakonserwowania przekupnego systemu, pomijając jednak to, co już ma miejsce: uderzający wzrost świadomości klasowej. „Żółte kamizelki” uważają się za suwerenny lud i prowadzą walkę „dołów” z „górą”. Identyfikują się z prowincjonalnymi „dołami”, by zbudować kraj bardziej sprawiedliwy, chcą uczestniczyć, a nie pozostawać na jakimś olbrzymim, lekceważonym marginesie. Straszenie i zbywanie w tej sytuacji nie są dobrą receptą na spokój.

 

Dzielić inaczej

Poza postulatami politycznymi, jak żądanie dymisji prezydenta, czy rozwiązanie parlamentu na rzecz Konstytuanty, ruch „żółtych kamizelek” domaga się takiego dzielenia bogactw, by zachować usługi publiczne i system socjalny ustanowiony po II wojnie światowej. Na przeszkodzie stoi nie tylko neoliberalny ekstremizm Macrona i podobnych, ale też polityka społeczno-gospodarcza Unii Europejskiej, dążąca do jak najszerszych prywatyzacji kosztem wszystkiego, co publiczne. Ten problem może się w obecnych warunkach tylko powiększać. Rozwiązanie paradoksu, że np. Francja nigdy nie była tak bogata, jak teraz, podczas gdy masy społeczne biednieją, może zostać rozwiązany demokratycznie lub gwałtownie, co tak czy inaczej zapowiada kolejne wstrząsy.

W mediach występują różni eksperci, którzy tłumaczą, że w sytuacji zagrożenia terrorystycznego nie należy niczego manifestować, tylko czekać na teoretyczne „uspokojenie”, a w obecnym przypadku na schwytanie podejrzanego. Wygląda to tak, jakby jeden człowiek sterroryzował całą Francję. Nieufność do rządu i mediów osiągnęła już ten poziom, że mało kto bierze to całkiem serio, ale ta wszechobecna propaganda być może zmusi niejednego do rezygnacji z jazdy do Paryża, czy domagania się uznania swych praw w miejscu zamieszkania bądź pracy. Jeśli strach zwycięży determinację, która wyziera z oświadczeń protestujących, to jednak nie na długo. Przyszły rok nie będzie rokiem spokoju.

Będzie „Akt V”

Prezydent Francji Emmanuel Macron wygłosił w końcu oczekiwane od tygodni orędzie telewizyjne oferując kilka środków, które według niego mogłyby jeśli nie zakończyć protesty, to przynajmniej podzielić „żółte kamizelki”. Przede wszystkim zagroził „surowymi karami” tym, którzy „atakują policję i żandarmów”. „Jego potępienie przemocy to narzekanie gwałciciela, że ofiara używa przemocy, by się bronić” – skomentował lewicowy ekonomista i politolog Etienne Chouard, który uważa, że bezprecedensowa przemoc ekonomiczna wprowadzona przez Macrona jest winna obecnej sytuacji społecznej Francji.

 

Oprócz kija pogróżek Macron użył marchewki w postaci ulżenia niektórym sektorom społeczeństwa. Od nowego roku ma działać „socjalno-gospodarczy stan wyjątkowy”. Płaca minimalna ma więc wzrosnąć o 100 euro, ale tak, „by nie kosztowało to zatrudniaczy ani jednego euro”, tj. będzie finansowana z podatków. Wprowadzona podwyżka podatków dla emerytów będzie anulowana dla tych, którzy dostają mniej niż 2000 euro, ale emerytury dalej – jak postanowił wcześniej – nie będą indeksowane według inflacji, czyli będą spadać. Do tego ogłosił defiskalizację godzin nadliczbowych i zwrócił się z prośbą do zatrudniaczy, by na początku roku wypłacili pracownikom jednorazową premię nadzwyczajną. Nie będzie to obowiązkowe.

Jean-Luc Mélenchon, lider lewicowej Nieuległej Francji (LFI), zwrócił uwagę, że znaczna część najsłabiej uposażonych nie skorzysta z żadnej obietnicy Macrona, jak bezrobotni oraz ci, którzy nie zarabiają nawet płacy minimalnej (szczególnie kobiety) lub tylko nieco więcej. Ponadto wszystkie „ustępstwa” Macrona mają zostać opłacone przez podatników i ubezpieczonych społecznie, czyli bynajmniej nie przez najbogatszych i wielkich właścicieli – podatek od wielkich fortun nie zostanie przywrócony, mimo, że należało to do głównych postulatów „żółtych kamizelek”. Akcjonariusze pozostaną chronieni, jak i wielcy zatrudniacze: dostaną 40 miliardów euro zniżek podatkowych, za co zapłaci ogół Francuzów.

Pierwsze reakcje „żółtych kamizelek” to satysfakcja z „pierwszych ustępstw rządu”, ale i wielkie rozczarowanie, ze względu na zupełne pominięcie przez prezydenta całego szeregu wysuwanych postulatów ekonomicznych i politycznych, jak np. kwestia referendów i uwzględnienie demokracji bezpośredniej. Brak przywrócenia podatków dla najbogatszych zostało przyjęte z wyraźnym oburzeniem. Dla wielu Macron pozostanie więc „prezydentem bogatych”, mimo, że pierwszy raz wydał się pokorniejszy. Nie było mowy o rozwiązaniu parlamentu, dziś zupełnie nie reprezentatywnego, nie wspominając o dymisji prezydenta. „Żółte kamizelki” będą dyskutować nad „ustępstwami” Macrona, lecz póki co mają zamiar kontynuować protesty i zapowiadają ich „Akt V” w najbliższą sobotę.

 

Uwstecznieni

Obywatele i obywatelki Francji, zamiast do kościołów (a, zapomniałam – pozamykali je) co sobotę i niedzielę nadziewają na grzbiety żółte kamizelki i maszerują głównymi ulicami, bulwarami swych miast, głośno przy tym krzycząc.

 

Od czasu do czasu podpalają też jakiś stojący samochód, przez co stają się nie tyle „manifestantami, świadomymi swych praw”, co – jak to kiedyś w Polsce – „chuliganami”, których – rzecz jasna – trzeba traktować tak jak na to „chuligani” zasługują. Bić pałką, polewać wodą, kopać i ciągnąć za włosy…
Normalność.
Poczytałam sobie jednak 21 – nie, nie, więcej ich tam, tych postulatów było…
Na czoło wybijają się żądania:
– podwyższenia płacy minimalnej (wszak większość zarabia tylko tyle, ile ta płaca wynosi);
– regulacji czynszów mieszkaniowych;
– pracy „na stałe”, a nie na „śmieciówkach”.
Reszta to dekoracyjne drobiazgi w rodzaju „zmiany progów podatkowych”.
Trudno mi Francuzów zrozumieć. Bieruta u nich nie było, komuniści – owszem, byli, ale żeby tak obywatelom w głowach zdążyli namącić?
Regulowane czynsze? I „mossakowscy” mają jeść od tego chlebek z dżemikiem?
Pensje w górę? A dlaczego, skoro dookoła tylu imigrantów, których przymusi się do roboty za połowę dotychczasowej pensji minimalnej?
No i stałość-pewność zatrudnienia. Wszak w Europie, do której zmierzamy, każdy robotnik, pędzący na rowerze do roboty ze skibkami z pasztetówą, ma nie mieć pewności, czy danego poranka jaka robota mu jeszcze w ręce wpadnie i czy czasem reszty dnia nie doczeka za bramą, jak to drzewiej bywało.
Ręce opadają.
Zatem pora na reedukację. I wysyłkę: Korwina-Mikke, T. Lisa i kilku innych. No, i Lecha Wałęsy, który w obliczu podobnie nieroztropnych żądań, radził:
– Pałować!
Jak to każdy przywódca związkowy miał w zwyczaju czynić, gdy zapomniał – czcząc stan robotniczy szampanem i krewetkami – skąd mu nogi wyrastają.
Słowem: w 1989 roku Francuzi nauczali nas „wolnego rynku”, a dziś – jakby odwrotnie.
Polak to się jednak szybko uczy. I od głupot, w rodzaju „regulowania czynszów”, będzie się trzymać z daleka. Bo lubi swój „czynszyk” w wysokości pensji minimalnej, lubi swą pensję minimalną, i nadal chce każdego dnia „konkurować”,”konkurować” i jeszcze raz „konkurować”.
Np. z Ukraińcami w „Amazonie”.

Gorzka opowieść persko-francuska Recenzja

Nie jestem drzewem i nie mam korzeni – to dla mnie najważniejsze i najbardziej dobitne oraz buntownicze zdanie z powieści (a raczej osobistej, autobiograficznej opowieści, bo nie ma tu typowej fikcyjnej akcji) Maryam Madjidi, zatytułowanej „Lalka i Marks”, a jednocześnie zdanie, które, choć wypowiedziane w odruchu irytacji przez narratorkę-bohaterkę, pozostaje w radykalnej sprzeczności z jej rzeczywistym doświadczeniem. Bowiem urodzona w Teheranie (rocznik 1980) Iranka, przez lata zamieszkała, a zatem w znacznym stopniu uformowana kulturowo w Paryżu, dramatycznie boryka się z syndromem zakorzenienia w kulturze irańskiej (perskiej), który nie pozwala jej stać się bez reszty Francuzką. Urodzona w Teheranie, we wczesnym dzieciństwie, w wieku sześciu lat, emigruje z rodzicami komunistami (stąd Marks w tytule) do Francji, do Paryża, po latach wraca do Iranu, potem ponownie przenosi się do Paryża – jej życie to miotanie się między ojczyzną a emigracją. Bohaterka ma nawet problemy z jedzeniem croissantów, których nienawidzi jako synonimu obcości i tęskni za irańskimi potrawami z ryżu. Ma problemy z uwewnętrznieniem i zaakceptowaniem francuskiego modusu życia. Z Iranu ucieka jako z piekła społeczno-politycznego (lakoniczne, ale sugestywne obrazy okrutnych represji w wydaniu tamtejszego reżimu), z Paryża – bo to kwintesencja cywilizacji z gruntu jej obcej, bo „Iran z jego językiem jest w niej”. Chciałaby do Paryża, ale z „swoimi zmarłymi”, by strawestować tytuł eseju Marii Janion, podejmującymi przecież kwestię strukturalnie pokrewną, nie pozbawioną pewnych analogii, choć z innego, polskiego punktu widzenia. Powieść Madjidi kończy się niejednoznacznie, nie ma tu żadnego happy endu. W końcowej scenie wiozący ją teherański taksówkarz, dowiedziawszy się, że pasażerka dorastała we Francji, mówi: „Życie w Iranie to piekło. Lepiej być na wygnaniu niż gnić tutaj. Lepiej cierpieć we Francji niż w Iranie. Niech mi pani wierzy”. Jednak bohaterka jest zachwycona, upojona tym, że taksówkarz cytuje jej wiersz perskiego poety Hafeza. I wtedy, uwięziona w ogromnym korku, owiana smrodem spalin, doznaje uczucia irracjonalnego szczęścia. W planie realistycznym, w planie doświadczenia bohaterki, w planie bezpośrednich wniosków wypływających z tej lektury, reaguję, jako czytelnik, nie bez irytacji na ten syndrom „rozdartej sosny”. Pachnie mi to niezrównoważeniem emocjonalnym, przewrażliwieniem, histerią, a uwaga teherańskiego taksówkarza wydaje mi się z tej sytuacji głosem praktycznego rozsądku. Tak, wiem, rozumiem marzenie bohaterki o ojczyźnie wolnej i demokratycznej, nie o piekle na ziemi, marzenie o tym, by mogła jeść potrawy z ryżu, pić herbatę i czytać irańską poezję pod niebem kraju nie rządzonego przez fanatycznych i okrutnych ajatollahów, rozumiem jej kłopoty z tożsamością, ale jest, jak jest: trzeba się zdecydować, skoro ma się – przecież nie wszystkim Irańczykom dostępny – luksus możliwości wyboru. Tak, to prawda, że także we Francji doświadcza bohaterka lekceważenia i akcentów pogardy, choćby ze strony paryskiego barmana pogardliwie sarkającego na deklarowaną przez bohaterkę „francuskość”. To inne lekceważenie i pogarda niż to, doświadczanie w ojczyźnie z tego tylko powodu, że jest kobietą i ma waginę. Ta frustracja paryska, choć boli wrażliwą kobietę, jest jednak w kategorii „light”, podczas gdy w Iranie ma do czynienia z opresją hardcorową, groźną, prawdziwie niebezpieczną, ani trochę nie na żarty. Dlatego lekturze „Lalki i Marksa”, w planie bezpośredniego odbioru jej przesłania, towarzyszyło mi nie tyle współczucie, ile zaciekawienie i irytacja. Jednak poza planem ludzkim jest w tej opowieści jest także plan czysto literacki. „Lalka i Marks” została nagrodzona prestiżową Nagrodą Goncourtów w 2017 roku w kategorii „Pierwsza powieść”. W jej kulturowym tle są „Listy perskie” Monteskiusza, jeden z wyrazów historycznej francuskiej fascynacji perskim w tym przypadku Orientem. To także opowieść o tęsknocie i nostalgii, o zmaganiu się w sercu i umyśle bohaterki dwóch języków, perskiego i francuskiego i o poszukiwaniu przez nią języka własnego, który byłby nie do końca tylko francuskim i nie do końca tylko irańskim. Może poszukuje języka francuskiego w brzmieniu, a perskiego w duchu, czyli swojego własnego, indywidualnego języka? Ale czy taki język w ogóle jest możliwy? Póki co, czytelnik otrzymuje kunsztownie napisaną – jednak w języku francuskim! – i naprawdę zajmującą, mającą w sobie przy tym coś z poematu prozą, opowieść o rozdarciu między kulturami, między językami, między własnym piekłem a cudzym rajem, każdym na swój sposób dobrym i na swój sposób niedobrym. Jeśli jednak odnieść się do dylematów i „mąk dusznych” pisarki z zastosowaniem czysto literackiego kryterium, to można by skonkludować, że ostatecznie zwycięża niej Francja, a co najmniej jest to remis ze wskazaniem. Bo przecież „Lalka i Marks” nie przejdzie do historii literatury perskiej, lecz francuskiej. A nagrodzona autorka będzie następczynią Balzaca i Flauberta, a nie Hafeza.

 

Maryam Madjidi – „Lalka i Marks”, przekł. Magdalena Pluta, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 220, ISBN 978-83-06-03512-4.

Na ulicach Francji

Protesty przeciw „prezydentowi bogatych” Emmanuelowi Macronowi i jego ekstremistycznej polityce neoliberalnej objęły w sobotę wszystkie regiony Francji. Bezprecedensowa mobilizacja policji i masowe aresztowania nie przeszkodziły „żółtym kamizelkom” przeprowadzić „Aktu IV” swych protestów. W Paryżu policji wyposażonej w wozy pancerne udało się po godz. 18 „oczyścić” Pola Elizejskie z manifestantów. Dłużej trwały starcia wokół barykad w północnej części miasta i na Placu Republiki. Według przecieków z partii Macrona, milczący od tygodni prezydent ma na początku tygodnia wygłosić w końcu przemówienie do narodu i ogłosić przy tej okazji „znaczące” ustępstwa wobec ruchu „żółtych kamizelek”, by uratować swą władzę.

 

Macron do tego stopnia nie rozumie o co chodzi żółtym kamizelkom, że wydał decyzję anulującą dodatkową akcyzę na paliwa samochodowe myśląc, że to uspokoi ludzi. Być może, gdyby to zrobił na początku listopada, mógłby na krótką metę powstrzymać protesty, lecz dzisiaj postulaty „żółtych kamizelek” wyrażają pragnienie radykalnej zmiany jego obłędnej, antyspołecznej polityki, co manifestantom wydaje się niemożliwe bez dymisji Macrona.

„Akt IV” protestów zaznaczyły liczne starcia demonstrantów z policją, m.in. w Bordeaux, Marsylii, Nantes , Lyonie, Lille, Tuluzie, Grenoble, St. Etienne i dziesiątkach innych miejsc, jednak większość dzisiejszych manifestacji i blokad we Francji przebiegła stosunkowo spokojnie. W Paryżu starcia skończyły się dopiero późną nocą. Na wielkim Placu Republiki, wypełnionym niemal w całości przez manifestantów, policja próbuje bezowocnie rozproszyć tłum. Zatrzymano już ponad 1500 osób, jednak ta rekordowa liczba może jeszcze wzrosnąć.

Francja była sparaliżowana czwartą sobotę z rzędu. Powszechne odrzucenie obecnego prezydenta i brak jego odpowiedzi politycznej na postulaty protestujących, skłoniło lewicową Nieuległą Francję do domagania się jak najszybszego rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, najlepiej do Konstytuanty, która mogłaby zmienić instytucje V Republiki i odebrać prezydentowi jego monarchiczną władzę. W sytuacji, gdy to stanowisko zajmuje ktoś tak niedojrzały i nieodpowiedzialny jak Emmanuel Macron, sytuacja kraju zmienia się w społeczną katastrofę.

Francuzi domagają się poprawy poziomu życia najmniej zarabiających i powstrzymania polityki niszczenia francuskiego systemu socjalnego, sprawiedliwości fiskalnej i znacznych reform, które zdemokratyzowałyby obecny system polityczny.

Co było do przewidzenia, władze francuskie postanowiły także do obrony przeciwko „żółtym kamizelkom” wykorzystać sprawdzony pomysł przypisywania ich działań inspiracji rosyjskiej. Sekretariat Generalny ds. Obrony i Bezpieczeństwa (SGDSN) twierdzi, że dzieje się to za pomocą fałszywych kont na Twitterze, kontrolowanych – oczywiście! – przez rosyjskie służby specjalne. Za pomocą szerzenia zmanipulowanych informacji mają one podgrzewać atmosferę konfrontacji.

Kamizelki i lewica

Walka o przełom.

 

„Co mówią Francuzi, których spotkałem? Że Macron musi teraz odejść. Że musi odjechać samochodem, motocyklem, na koniu, na hulajnodze, śmigłowcem, byle jak, ale musi odejść zanim sprawi, że nasz kraj oszaleje z wściekłości, musi odejść , by przywrócić pokój społeczny i zgodę narodową” – mówił popularny poseł lewicowej Nieuległej Francji (LFI) François Ruffin, po dwudniowym objeździe blokad i wieców „żółtych kamizelek” w swoim okręgu wyborczym. I właśnie ten postulat numer 1 protestujących wydaje się nie do spełnienia. Ludowy bunt nie traci więc rozpędu a francuska radykalna lewica przestała się wahać i popiera go w całej jego różnorodności.

Ruffin stanął przed Pałacem Elizejskim, by „zdać sprawozdanie ze stanu ducha moich współobywateli: gniew zmienił się we wściekłość”. „Pycha prezydenta Republiki, jego głuchota, upór, brak ustępstw, są maszyną produkującą nienawiść” – mówił swym lekko załamującym się głosem do dziennikarzy i przechodniów. „Przemoc do niczego nie prowadzi, ale to on swoją arogancją rozdziera Francję, to on chce tu ognia i krwi” – mówił. A co mówią ludzie? – zapytali dziennikarze. „Skończy jak Kennedy”, „Jak go spotkam, trudno, pójdę potem do więzienia”, „Widzi pan ten nagrobek, jak dla niego” – to są słowa pracowników tymczasowych, spokojnych emerytów, zwykłych mieszkańców”.

Emmanuel Macron, po powrocie z Buenos Aires, gdzie uczestniczył w szczycie G-20, postanowił obejrzeć stan Łuku Triumfalnego, który co nieco ucierpiał na skutek sobotnich zamieszek w stolicy, o skali porównywalnej do tych z 1968 r. Był ranek, na obrzeżu Placu Gwiazdy prawie nie było pieszych, ale i tak do jego uszu dotarł krzyk „Macron do dymisji!” skandowany przez przypadkowych przechodniów, którzy dostrzegli go zza szczelnej obstawy. Wtedy pojechał do koszar CRS (oddziały specjalne policji, mniej więcej odpowiednik b. ZOMO), by dziękować za „dzielną postawę” podczas starć z tłumem i obiecać im nadzwyczajne premie finansowe. Gdy wczoraj udał się po cichu do prefektury Górnej Loary podpalonej w sobotę przez manifestantów, część policjantów musiała powiadomić mieszkańców, gdyż w trakcie wyjścia z budynku oprócz tradycyjnych „Macron do dymisji” i „Przyjdziemy po ciebie!” rozległy się głośno mocno wulgarne obelgi.

 

Ostrożność radykalnej lewicy

Macrona trafił wielki bumerang, którym rzucał w ludzi od początku swej kadencji. Tak bezczelnie radykalnego przesuwania dochodów z dołu do góry nie dokonał żaden poprzedni prezydent, choć byli wśród nich neoliberałowie. Miliardy, które dzięki jego pomysłom podatkowym popłynęły do prywatnych kieszeni jego sponsorów – miliarderów, wszelkiej maści finansistów i rentierów – chciał odebrać uderzając w miliony najsłabiej uposażonych, tych, którzy każdego miesiąca nie mogą związać końca z końcem. Ten neoliberalny ekstremizm podbity regularnie wyrażaną pogardą dla ubogich prowincjuszy („ludzie, którzy są niczym”) kończy się „gorącą jesienią”, którą zapowiadali nie tylko liczni socjologowie, ale i parlamentarna Nieuległa Francja oraz inne partie lewicy.

Trzeba przyznać, że pozaparlamentarne partie i stowarzyszenia lewicowe z początku podeszły do ruchu „żółtych kamizelek” dość nieufnie, jakby nie wierzyły własnym oczom. Jak dziś próbują się usprawiedliwiać aktywiści np. z ATTAC-u (Obywatelskiej Inicjatywy Opodatkowania Obrotu Kapitałowego), niektórzy dali się kolejny raz nabrać prorządowym mediom, które klasyfikowały ruch jako „skrajnie prawicowy” i „populistyczny” w nadziei, że przez porównanie do partii Marine Le Pen (Zjednoczenia Narodowego – RN) ludzie przez pewien automatyzm polityczny będą skłonni opowiedzieć się raczej za Macronem, jak w czasie drugiej tury zeszłorocznych wyborów prezydenckich. Dziś zarówno Attac, jak i Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA), która połapała się jednak wcześniej, w pełni popierają „żółte kamizelki” i ich decyzję kontynuacji protestów, mimo wczorajszych, pozornych ustępstw Macrona. Zwyciężyła prosta konstatacja: lewica nie może stać z boku w walce o elementarną sprawiedliwość społeczną.

 

„Żółte kamizelki” – lewicowe, czy prawicowe?

W tak szerokim ruchu protestu są oczywiście obecne wszystkie poglądy polityczne, ale nie da się tak szybko podać wiarygodnego składu politycznego protestujących, bo na razie robi się klasyczne sondaże na tysiącosobowych grupach, które rozbijają się o pewną prawidłowość: prawie nikt nie chce się dziś przyznać, że głosował na Macrona w wyborach prezydenckich, więc podaje nazwiska innych kandydatów. Łatwiej o określenie składu socjalnego: jeśli wierzyć tym pośpiesznym sondażom, 55 proc. to robotnicy, a reszta to tzw. niższa klasa średnia (jak urzędnicy, nauczyciele, pracownicy nie-fizyczni), bezrobotni i emeryci, większość z prowincji, wsi i małych miasteczek, skąd polityka neoliberalna wyrzuciła kolej, poczty, szkoły i szpitale. Coraz więcej płacić na państwo, które się zewsząd wycofuje – to nie jest idea, która mogła im się spodobać.

Trudność określenia wyraźnego profilu politycznego „żółtych kamizelek” porównuje się do trudności wyłonienia przez nie jakichś reprezentantów, którzy mogliby negocjować z rządem, ale to jednak różne dziedziny. To drugie wynika z bardzo widocznego braku zaufania do demokracji pośredniej (przedstawicielskiej). Poszczególne wiece, grupy blokujące, powstałe sejmiki obywatelskie odrzucają ideę wyboru lub nawet losowania przedstawicieli, którzy „decydowaliby za nas”. Do tej pory nie ma więc żadnych regionalnych ani krajowych reprezentantów, a jedynie kilkunastu zmieniających się „rzeczników”, do występowania w mediach, by przedstawiać uchwalone postulaty lub sytuację mieszkańców.

Mnożą się odezwy jak ta przykładowa powyżej sprzed kilku dni, z typowego, 6-tysięcznego miasteczka we wschodniej Francji, gdzie mieszkańcy ułożyli tekst i wyznaczyli tych, którzy go odczytali. To wezwanie to tworzenia stałych „domów ludowych” niezbędnych do wspólnego radzenia, porozumiewania się i koordynacji na zasadzie równości wszystkich obywateli. „Nie pozwólmy, by ktoś nami kierował, nie dajmy się podzielić!”. „Wzywamy do tworzenia komitetów ludowych, które funkcjonowałyby jako stałe sejmiki. Miejsc, gdzie słowo się wyzwala, gdzie można się wyrazić i wzajemnie sobie pomóc. Jeśli potrzeba delegatów, to jedynie z każdego komitetu ludowego żółtych kamizelek, gdzie pozostają blisko słowa ludowego, z mandatem odwoływalnym i zmieniającym się, w pełnej jawności i z zaufaniem.” Niektórzy rozpoznają w takich apelach „skręt anarchistyczny” lub „model szwajcarski”, który robi „zaskakującą” furorę.

W każdym razie model ten nie przeszkadza koordynacji: po niemal trzech tygodniach udało się stworzyć powszechnie akceptowaną, krajową listę postulatów, z której „wreszcie” można odczytać profil polityczny ruchu. Jakby nie patrzeć, jest on lewicowy. Na liście postulatów można znaleźć kilkadziesiąt poprawek lub projektów ustaw, które wnosili w parlamencie Nieuległa Francja, komuniści i nawet „socjaliści” (pozostała w parlamencie resztka rządzącej do niedawna Partii Socjalistycznej). Wszystkie je oczywiście odrzuciła większość partii prezydenckiej (LREM), ale oto wróciły „od dołu”. Przywrócenie podatku od wielkich fortun, którego domagała się LFI, stało się tak silnym życzeniem „żółtych kamizelek”, że nawet partia Marine Le Pen i gaullistowscy Republikanie musieli je z pewnym ociąganiem poprzeć, nie chcąc wypaść na „niesprawiedliwych” w oczach wyborców.

 

Rewolucja?

Każdy, kto uważnie czytał programową książkę Emmanuela Macrona Rewolucja (zrobiła ona wrażenie na Robercie Biedroniu), mógł zauważyć, że klasy ludowe nie zajęły w niej w żadnego miejsca. Być może wtedy nie wynikało to jeszcze z pogardy, lecz zwykłej ślepoty klasowej milionera z wyższej burżuazji. Widzieć „rewolucję” w uberyzacji i uśmieciowieniu zatrudnienia, okraszoną sloganami o „start-upach” i abstrakcyjnej „nowoczesności”, która prawa pracownicze cofała do XIX w., mogli jedynie publicyści oligarchicznych mediów.

Jeśli jest w kadencji Macrona coś rewolucyjnego, to ów społeczny ruch, którego postulaty polityczne napędzają prezydenckiej administracji takiego stracha. Symbolem pragnienia zmiany stał się zamiar „pójścia po niego”, do Pałacu Elizejskiego. To się odnosi do deklaracji prezydenta, który po ujawnieniu jego prób stworzenia policji politycznej krzyczał histerycznie „niech przyjdą po mnie!”, arogancko pewien swej „nienaruszalnej” pozycji. Rzeczywiście we francuskim systemie politycznym instytucjonalne obalenie go jest praktycznie niemożliwe i dlatego lewica parlamentarna nawołuje do rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, by go pozbawić szkodliwej większości wybranej na fali jego wyboru, która dziś przegrałaby z kretesem. Lewica bardziej radykalna, ta która uważa, że „przemiana ekologiczna w kapitalizmie jest niemożliwa” pójdzie w najbliższą sobotę „do Pałacu” wraz z „żółtymi kamizelkami”.

 

Determinacja i solidarność

Celem ogłoszonych przez rząd „ustępstw” było przede wszystkim uniknięcie kolejnej soboty zamieszek w Paryżu i reszcie kraju, ale analiza komunikatów „żółtych kamizelek” wskazuje, że determinacja protestujących ani trochę nie osłabła. Wprost przeciwnie: do ruchu dołączają uczniowie, studenci, kierowcy ciężarówek, pielęgniarki i kolejne sektory społeczne. Żaden tłum nie zostanie dopuszczony do Pałacu Elizejskiego, ale sprawy zaszły już tak daleko, rachunek społecznych krzywd tak narósł, że nawet gdyby rządowi udało się stłumić bunt, niedługo się odrodzi, może w gwałtowniejszej formie. Francuzi chcą więcej sprawiedliwości, a nie turbo-kapitalizmu tworzącego społeczne przepaści.

Oczywiście walkę o „rząd dusz” protestujących prowadzi też prawica, w tym ugrupowanie Marine Le Pen, jednak żaden z jej ksenofobicznych postulatów nie został zatwierdzony. Jaki ostateczny kształt przybierze fronda „żółtych kamizelek” zależy nie tylko od postanowień rządu, czy prób przejmowania jej przez prawicę, ale i od pracy społecznej ludzi lewicy, którzy jak na razie spisują się całkiem dobrze: jeżdżą wysłuchiwać ludzi, radzić, wspierać, pomagać. Nikt w zasadzie nie chce przemocy, jednak ciągle wisi ona w powietrzu. Według dzisiejszych sondaży, 78 proc. obywateli uważa „ustępstwa” rządowe za niewystarczające. Historyczny czas, który przeżywa właśnie Francja wcześniej, czy później, odbije się na reszcie naszego kontynentu.