„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. II)

150 lat temu, 26 marca 1871 r. proklamowano Komunę Paryską. By lepiej zrozumieć sens tego wydarzenia, należy spojrzeć nieco wstecz. Częściowo uczyniłem to w poprzednim odcinku niniejszego cyklu, przedstawiając między innymi wpływ międzynarodowego ruchu robotniczego na wydarzenia poprzedzające Komunę Paryską. Obecny rozpocznę od opisu sytuacji we Francji za panowania cesarza Napoleona III.

Był w dziejach tego kraju czas bardzo szybkiego rozwoju gospodarczego. Produkcja żelaza i stali wzrosła prawie trzykrotnie (z 320 tys. ton w 1852 r. do 904 tys. ton w 1869 r.). Ogólna ilość maszyn parowych w gospodarce francuskiej oraz ich moc zwiększyła się za czasów II Cesarstwa około 4 razy. Burzliwie rozwijał się transport. Linie kolejowe w 1870 r. liczyły 24 tys. kilometrów. Marynarka handlowa stała się drugą po angielskiej. Zwielokrotniła się produkcja tkanin bawełnianych, jedwabnych i wełnianych…
Postęp dało zauważyć się też w rolnictwie i gospodarce hodowlanej: wzrosły zbiory roślin przemysłowych, rozszerzył się nieco zasięg zasiewów, poprawiły się rasy bydła.
Przebudowywano i rozbudowywano duże miasta (w 1871 r. Paryż liczył ponad 1,8 mln mieszkańców, Lyon -320 tys.). Otrzymały one oświetlenie gazowe, wodociągi, kanalizacje, autobusy konne… W Paryżu wyburzono i przebudowano kilka dzielnic tworząc krąg Wielkich Bulwarów i szerokich alej. Miasto wzbogaciło się o tysiące nowych budowli, fortyfikacje, gmach wielkiej opery…
W całym kraju budowano nowe dworce, hale targowe, mosty, pałace i kościoły. Na tym rozkwicie życia gospodarczego dorobiła się olbrzymich majątków garstka kapitalistów, szczególnie dostawców materiałów budowlanych.
Jeszcze intensywniej następował proces koncentracji kapitału pieniężnego. Spekulacje stanowiły znamienną cechę ówczesnego życia gospodarczego. Właśnie wtedy powstały wielkie banki. „Giełda paryska stała się jednym z ośrodków, do którego w poszukiwaniu pożyczek zwracali się kapitaliści i przedstawiciele rządów wielu krajów europejskich, a nawet pozaeuropejskich”.
Za rządów Napoleona III dynamicznie rozwijały się interesy wielkiej burżuazji, znakomicie prosperowało bogate chłopstwo i duża części drobnych rolników. Znacznie zwiększyła się liczba robotników przemysłowych. W samym Paryżu w latach sześćdziesiątych XIX w. wzrost ten wyniósł 100 tys. osób (czyli tyle, ile obecnie liczy np. miasto Koszalin).
Napoleon III próbował kreować się na „cesarza robotników” nie uwzględniającego podziałów klasowych ani partyjnych. Uważając, że silna scentralizowana władza najlepiej może spełnić potrzeby ludu, niemal do zera sprowadził rolę instytucji przedstawicielskich. Składały się one z trzech organów: Ciała Prawodawczego, Senatu oraz Rady Państwa. Ciało Prawodawcze było wybierane przez ludność, ale pozbawione inicjatywy ustawodawczej. Senat mianował cesarz spośród wysokich dygnitarzy i duchowieństwa. Z tego samego kręgu wybierał on członków Rady Państwa, której zadaniem było opracowywanie ustaw na podstawie przedkładanych przez niego projektów.
Napoleon III rozpoczynając swe autorytarne rządy zniósł prawie wszystkie demokratyczne zdobycie rewolucji 1848 r. Z czasem jednak przywrócił powszechne prawo wyborcze (dla mężczyzn, którzy ukończyli 21 lat) w wyborach do Ciała Prawodawczego. Pragnąc jednak zapewnić większość miejsc w tym organie, kandydatom wysuwanym przez kierowany przez siebie rząd, wykorzystywał ogromny aparat policyjny, który wywierał nacisk na wyborców. Wiktor Hugo scharakteryzował dygnitarzy i policję czasu II Cesarstwa następująco: „Zdławili prawo, zamknęli usta wolności, zhańbili sztandary, tratują nogami lud i są niesłychanie szczęśliwi!”
Napoleon III uważając się za reprezentanta dążeń i woli całego narodu, niejednokrotnie przeprowadzał plebiscyty. Odbywały się one jednak z reguły w atmosferze brutalnego terroru policyjnego, korupcji i fałszerstw. Osiągając w ten sposób pożądane wyniki, Napoleon III utwierdzał się w przekonaniu, że społeczeństwo aprobuje jego politykę.
Tak bywało w czasach sukcesów, kiedy „lud francuski – jak informuje zapis w Wikipedii – uwielbiał go, jak żadnego monarchę przed nim”. Pod tym względem- przychodzi mi do głowy takie skojarzenie – poniekąd można go obecnie porównać do naszego Edwarda Gierka.
„Po roku 1860 – cytuję dalej zapis z Wikipedii – Napoleon III zliberalizował swój system rządzenia. Parlament otrzymał więcej uprawnień, m.in. prawo interpelacji (1867) i inicjatywy ustawodawczej (1869); debaty parlamentarne, dotychczas nieznane, były publikowane w Monitorze. W roku 1864 robotnicy otrzymali prawo tworzenia związków zawodowych. Ostatnie referendum ery Napoleona III w roku 1870 zatwierdziło – ponownie większością głosów – te wszystkie reformy”.
Warto też dodać, że cesarz Francuzów wspierał „zaaprobowane przez siebie stowarzyszenia robotnicze, które unikały strajków i przyjmowały w charakterze „członków honorowych” przedsiębiorców i księży. „Organizacje takie korzystały z pomocy rządowej i rozmaitych przywilejów”.
Nie zmienia to faktu, że za rządów Napoleona III prześladowane były rzeczywiście samodzielne organizacje proletariackie. Miały one o co walczyć. Robotnicy byli bowiem srodze wyzyskiwani. Dla przykładu, pozwolę sobie zacytować fragment tekstu z VI tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR: „Dzienny urobek górnika w przemyśle węglowym wynosił np. w 1851 r. 643 kg, a w 1869 r. – już 777 kg. Podobnie wyglądała sytuacja w innych gałęziach produkcji. Rząd pomógł przemysłowcom przedłużyć dzień pracy. W wielu gałęziach produkcji zniesiono wszelkie ograniczenia. Płace nominalne nieco wzrosły, ale jeszcze bardziej podniosły się ceny artykułów spożywczych, komorne, toteż płace realne pozostały niezmienione, a w niektórych okręgach i gałęziach przemysłu nawet spadły.
Na szczególnie okrutny wyzysk skazane były kobiety i dzieci. W departamencie Pas-de-Calais w kopalniach 10 letnie dzieci pracowały pod ziemią. Naoczni świadkowie twierdzili, że żyły one gorzej aniżeli niewolnicy. W sprawozdaniu komisji badającej warunki pracy dzieci czytamy, że pracując o 15-16 godzin dziennie, ledwie zarabiały na chleb. Duża część dzieci i młodzieży nie mogła uczęszczać do szkół.
Koronkarki, a były wśród nich i siedmioletnie dziewczynki, w warsztatach w okolicach Arras pracowały po 13 godzin i więcej w ciasnych i dusznych pomieszczeniach. Na skutek zabójczych warunków pracy wśród dzieci zatrudnionych w tej produkcji masowo szerzyły się choroby – gruźlica, skrzywienie kręgosłupa itp.
Demokratyczny publicysta Rochet nazywał mordercami towarzystwa kolejowe, które zmuszały robotników do pracy po 16-18 godzin na dobę. Szeroko w tym czasie stosowany system kar za każde naruszenie regulaminu fabrycznego prowadził do dodatkowych redukcji płac.
Wzrost wielkiej produkcji przyspieszał ruinę rzemieślników, sklepikarzy i innych grup drobnomieszczaństwa. Konkurencja przedsiębiorstw przemysłowych i powstałych właśnie wtedy domów towarowych pogorszyła sytuację warstw średnich, które stanowiły we Francji poważną część ludności”. (…) W tym samym czasie, kiedy w Paryżu „na Wielkich Bulwarach pojawiły się wspaniałe domy bogaczy (…) część świata pracy nadal gnieździła się w żałosnych ruderach”.
Pod koniec rządów Napoleona III – w tym miejscu pozwolę sobie ponownie posłużyć się cytatem z VI tomu Historii Powszechnej: „dochodziło do coraz groźniejszych wystąpień proletariatu. W 1869 r. prawie cały Basen Loary objęty był strajkiem górników, walczących o 8-godzinny dzień pracy. Wojsko strzelało do strajkujących. Na początku 1870 r. w fabrykach w Creusot wybuchł strajk, w którego stłumieniu również brało udział wojsko. Napoleon III stracił ostatecznie maskę cesarza robotników, w którą tak gorliwie się stroił. Po strajku w Creusot nastąpiły dalsze strajki w innych ośrodkach przemysłowych. W marcu znów porzucili pracę robotnicy w Creusot, w kwietniu strajkowali paryscy hutnicy. Ten strajk trwał ok. czterech miesięcy i cieszył się poparciem nie tylko proletariatu francuskiego, ale robotników innych krajów.
Robotnicy brali tez udział w ruchu republikańskim. W styczniu 1870 r. odbyła się w Paryżu 200-tysięczna demonstracja antyrządowa, która nieomal nie zamieniła się w powstanie. (…)
Władze (…) usiłowały powstrzymać fale rewolucyjną środkami zwykle w takich wypadkach stosowanymi: rozpętując nowa wojnę. Kołom rządzącym wydawało się, że zwycięska wojna umocni zachwiany system bonapartystowski, umożliwi stłumienie liberalnej opozycji i rozbicie ruchu robotniczego”.


2 września 1870 r., nastąpił kres trwającego 18 lat II Cesarstwa Francuskiego. Stało się tak, w wyniku przegranej przez cesarza Napoleona III bitwy pod Sedanem i oddania się wraz armią, w której przebywał, do niewoli królowi Prus.
Wieść o tym wydarzeniu wywołała niemal powszechne oburzenie Francuzów. Chcieli nie tylko stawić opór podążającej w kierunku Paryża armii pruskiej, ale też natychmiastowego przywrócenia w kraju rządów republikańskich.
Burżuazyjni politycy próbowali opanować sytuację poprzez utworzenie rządu wyłonionego spośród swoich środowisk. Nie tego oczekiwał lud Paryża. 4 września robotnicy porzucili pracę i z przyłączającą się do nich ludnością tego miasta ruszyli tłumnie pod Pałac Burgundzki, gdzie przedstawiciele frakcji burżuazyjnych targowali się w sprawie składu koalicyjnego rządu tymczasowego, a wielu pośród nich nawoływali do rozpoczęcia natychmiastowych rokowań pokojowych z Prusakami. W tym miejscu warto zacytować barwny i żywy opis tych wydarzeń, dokonany przez Hipolita Prospera Oliwiera Lissagaraya, który będąc w tamtym czasie czynnym dziennikarzem, mógł być tych wydarzeń naocznym świadkiem, a nawet brać w nich aktywny udział:
„Paryż gromadzi się na ulicach. Liczni mieszczanie przypomnieli sobie, że są gwardią narodową, naciągnęli więc mundury, chwycili za karabiny i chcą przedostać się przez most Zgody. Żandarmi zdumieni widokiem tych czcigodnych mężów przepuszczają ich. Tłum idzie dalej i zajmuje Pałac Burbonów. O godzinie pierwszej, wbrew rozpaczliwym wysiłkom lewicy, lud wypełnia galerie. W odpowiedniej chwili. Deputowani, zajęci utworzeniem gabinetu, usiłują zagarnąć władzę. Lewica popiera te kombinację ze wszystkich sił, oburzając się, że śmie się mówić o Republice. Na galeriach rozlegają się okrzyki. Gambetta (przywódca partii republikańskiej – przyp. LF), mimo niesłychanych wysiłków i próśb, nie może nakłonić ludu, aby czekał na wynik narad. Wynik ten można przewidzieć zawczasu: będzie to komisja rządowa wyznaczona przez Zgromadzenie, prośba o pokój za wszelką cenę i – szczyt hańby – mniej lub bardziej parlamentarna monarchia. Nowa fala ludzka wyważa drzwi, wypełnia salę, wypiera lub zalewa deputowanych. Gambetta, wypchnięty na trybunę, musi proklamować detronizację cesarza. Lud idzie dalej woła: Republiki! Unosi z sobą deputowanych lewicy na Ratusz, aby tam proklamować Republikę.
Ratusz był już w rękach ludu. Na honorowym dziedzińcu walczą o lepsze sztandar trójkolorowy i sztandar czerwony, witany oklaskami przez jednych oklaskami, gwizdem przez drugich”.
Z ostatniego zdania wynika, że nie było jedności ideowej wśród ludności Paryża. Wykorzystali to burżuazyjni politycy wybierając spośród swego grona rząd, co z gorzką ironią skomentował Lissagaray następującymi słowy:
„Tak to dwunastu obywateli stało się władcami Francji. Obywatele ci uznali się za legalny rząd z woli ludu. Przyjęli wielką nazwę Rządu Obrony Narodowej. Pięciu z nich przyczyniło się do upadku Republiki w 1848 roku”.
W dalszym ciągu swojej narracji Lissagaray z ubolewaniem konstatował, iż błędem ludu Paryża było zaufanie względem nowych władz:
„Paryż bez wyjątku podporządkował się całkowicie owym deputowanym lewicy, zapomniał o ich niedawnych grzechach, uznał ich za większych o całą wielkość niebezpieczeństwa. Zdawało się, że na zagarnięcie władzy w takiej chwili może zdobyć się tylko geniusz.(…) Toteż, (…) gdy Trochu (tymczasowy prezydent III Republiki, a jednocześnie komendant Paryża – przyp. LF) dokonywał przeglądu gwardii narodowej, trzysta tysięcy ludzi ustawionych wzdłuż bulwarów, placu Zgody i Pol Elizejskich witało go z wielki m entuzjazmem.(…)
Tak Paryż złożył bez zastrzeżeń swe losy w ręce tej samej lewicy, wobec której musiałby użyć przemocy, aby móc dokonać rewolucji. Jego uniesienie nie trwało dłużej niż godzinę. Gdy obalono Cesarstwo, lud stolicy uznał, że wszystko się skończyło i abdykował ponownie. Na próżno przewidujący patrioci usiłowali wzmóc jego czujność; na próżno Blanqui pisał: Paryż jest w takim samym stopniu do zdobycia, jak my byliśmy niezwyciężeni; Paryż, zwodzony przez chełpliwą prasę, nie wie wcale, jak wielkie niebezpieczeństwo mu grozi; Paryż lekkomyślnie szafuje swym zaufaniem. A Paryż zaufał całkowicie swoim nowym władcom i z uporem zamykał oczy na wszystko. Tymczasem z każdym dniem mnożyły się oznaki niebezpieczeństwa. Cień zbliżał się, obrona zaś zamiast usunąć ze stolicy zbędnych ludzi, wpuściła dwieście tysięcy mieszkańców z okolicznych osiedli. Prace fortyfikacyjne nie posuwały się naprzód. Miast uzbroić całą ludność w łopaty (…) Trochu powierzył sypanie szańców zwykłym przedsiębiorcom, którzy nie mogli rzekomo znaleźć niezbędnych rąk do pracy. Nie zdążono jeszcze jak należy zlustrować (…) fortów południowych, gdy dziewiętnastego ukazuje się tam nieprzyjaciel i wymiata ze wzgórza oddział oszołomionych żuawów i żołnierzy, którzy nie chcieli się bić(…)
Trochu był zwolennikiem łagodnych środków (…) postanowił, że postara się, aby upadek [wielkiego miasta] był jak najmniej krwawy. Pozwalając więc nieprzyjacielowi zająć dogodne pozycje wokół Paryża Trochu zorganizował na pokaz parę potyczek”.
Generał Trochu jak i pozostali członkowie Rządu Obrony Narodowej, jak się niebawem okazało bardziej obawiali się uzbrojonego ludu niż wojsk pruskich. Zauważono to między innymi w rewolucyjnych redakcjach gazet i klubach, skąd płynęły – jak to relacjonuje Lissagaray – pytania następującej treści: „Co mają znaczyć te drobne wypady, których nigdy się nie kontynuuje? Dlaczego gwardia narodowa jest niedostatecznie uzbrojona, niezorganizowana, nie bierze udziału w akcjach? Czemu nie odlewa się nowych armat? Sześć tygodni, strawionych na czczej gadaninie i nieróbstwie, nie pozostawia już żadnych wątpliwości, co do nieudolności, jeżeli już nie złej woli ludzi z Rządu Obrony”.

Ponura francuska miłość

Nie tak często się zdarza, że jakaś książka wywołuje ciąg zaskakujących społecznych zdarzeń i konsekwencje, wśród których jest nawet śmierć. Na początku roku wyszła w Paryżu La familia grande napisana przez 45-letnią prawniczkę Camille Kouchner, rzecz o rodzinnych sekretach. Kazirodztwo, gejowskie gwałty – te ciche, wstydliwe zjawiska zostały wywleczone na publiczne światło i okazało się, że tag #Metoo jest daleko niewystarczający. Przemoc seksualna jest obecna w środowiskach elit polityczno-artystycznych tak samo, jak gdzie indziej.

„Seks to nasza wolność” – odpowiedziała kiedyś autorce La familia grande jej matka Évelyne Pisier, gdy zwróciła uwagę, że jej ojczym, dziś 70-letni Olivier Duhamel, smali cholewki do żony przyjaciela. Dostęp do seksu był obowiązkiem w tym środowisku, pod karą kpin. Matka pisarki, jej ciotka Marie-France Pisier i matczyna babka promowały feminizm, który ma się spełnić dzięki emancypacji seksualnej. Taka „wolność” stała się przymusem w tej lewicowej, dobrze sytuowanej paryskiej rodzinie, która kibicowała rewolucjom ludowym w Ameryce Łacińskiej.
Podobnie jak wielu lewicowców z 1968 r., Olivier Duhamel wylądował w końcu u „socjalistów” (w Partii Socjalistycznej), by jak oni przyjąć oligarchiczny neoliberalizm i tzw. realpolitik jako wyznaczniki działania społecznego. W tej sytuacji partia się rozpadła, a Duhamel od początku, jak np. Daniel Cohn-Bendit, poparł prezydenturę Emmanuela Macrona, doradzał mu nawet i regularnie spotykał się z jego żoną Brigitte. Może nie był Rasputinem, ale miał ogromne wpływy. Problem w tym, że kiedyś wieczorami naciskał klamkę do pokoju swego 13-letniego pasierba, brata bliźniaka Camille, zamykał drzwi i zostawał tam jakiś czas.
Fin de Siècle
Camille Kouchner i jej gwałcony brat to dzieci Bernarda Kouchnera, który politycznie też przeszedł drogę z lewicy prosto na prawicę, był nawet szefem francuskiej dyplomacji u Sarkozy’ego i rządził Kosowem w imieniu ONZ. Wielki zwolennik wojen humanitarnych wplątał się w interesy kosowskiej mafii, która handlowała ludzkimi organami, ale jakoś wyplątał się z oskarżeń. Duhamel przejął jego żonę z dziećmi. Wykładowca politologii na Science Po, czyli w prestiżowym Instytucie Studiów Politycznych, paryskiej „kuźni kadr” Republiki, stał na czele różnych stowarzyszeń i fundacji, był członkiem kilku rad nadzorczych, ale przede wszystkim był idealnie przytulony do władzy, jako szef klubu Siècle.
Paryski klub Siècle ma mniej więcej tylu członków, co parlament, a jego działalność polega na urządzaniu uroczystych kolacji raz na miesiąc, na których omawia się „tematy bieżące”. To prawie rodzaj obiadów czwartkowych, tyle, że ściśle politycznych. Siècle zawsze był mega-elitarnym klubem władzy – dziś np. należy doń 11 ministrów rządu Macrona. Duhamel miał pozycję tego, który „wyznacza królów” we francuskiej polityce, krążąc nad wszystkimi ministrami, radcami stanu, różnymi mandarynami politycznymi, szefami największych spółek giełdowych, generałami, bankierami oraz redaktorami naczelnymi największych mediów, którzy mieli członkostwo klubu. Nikt otwarcie nie mówił, że to Siècle wyznacza pewne trendy polityczne i decyzje państwa, ale to się wiedziało. Kiedy po ukazaniu się książki Duhamel musiał podać się do dymisji, klub niemal się rozpadł, w każdym razie stał się maksymalnie dyskretny.
Śmierć w basenie
Camille Kouchner opisuje rodzinę, która mogłaby wystąpić w powieści Houellebecqa. Wakacje w rajskim, prowansalskim domostwie, gdzie żyło się po nowemu, bez pruderii. Wszyscy łącznie z gośćmi musieli być nagusami, a Olivier Duhamel robił zdjęcia piersiom czy pośladkom dzieci i starszych, by je rozlepiać na ścianach. Starsi podrywają się przy małych, mali mają całować się z języczkiem… Camille zabrało trochę czasu, zanim zrozumiała, dlaczego źle się czuje. Pokazuje środowisko dysfunkcyjne, niezdrowe, nieodpowiednie dla dzieci i nastolatków, krzywdzące. No i kazirodztwo. Duhamel wykorzystywał brata Camille, a ich matka postanowiła milczeć.
Hałas zaczęła podnosić w końcu Marie-France, siostra ich matki. Pisała listy, kontaktowała się z dziennikarzami, ale wczesną jesienią 2017 r. znaleziono ją martwą na dnie jej przydomowego basenu. Czy Duhamel byłby zdolny do morderstwa? Można odnieść wrażenie, że Camille tego nie wyklucza. Z początku szef Siècle’u zapewniał, że po prostu zakochał się w chłopcu, ale brat autorki zaraz wniósł skargę do prokuratury, będzie sprawa, choć czyny są przedawnione. Prawdziwym kontekstem książki nie jest nawet kazirodztwo, ale bezwzględna dominacja, możliwa dzięki zaufaniu, zależności od kata i zależności afektywnej w ogóle. Tymczasem efektem ubocznym „skandalu Duhamela” stał się nieoczekiwany efekt domina.
Science Po
Szkoła ta znała już skandale: jej czcigodny dyrektor Richard Descoings w 2012 r. został znaleziony bez życia w swoim nowojorskim pokoju hotelowym, nagi, obrzygany i nawalony kokainą po dziurki w nosie. On również był z pokolenia lewicy, która zmieniła się w prawicę. Pojechał do USA na zaproszenie sekretarza generalnego ONZ, by wziąć udział w kolokwium na Uniwersytecie Columbia, ale wieczorem zamówił sobie dwie męskie prostytutki, żeby się rozerwać i serce nie wytrzymało. Mimo wszystko, najwyższe czynniki państwowe oddały mu hołdy jak trzeba, aż okazało się, że zmarły rektor zarządzał szkołą jak pięciolatek, powstały duże szkody i lepiej było o nim zapomnieć.
Gdy wszyscy już poznali treść książki Camille Kouchner, padło pytanie skąd się wzięła wieloletnia omerta, kto wiedział i nie powiedział? Tu znowu mamy dyrektora Science Po, czyli wysokiego urzędnika państwowego: Frédéric Mion musiał oddać klucze, bo wyszło, że wiedział co trzeba o jednym z wykładowców, a jednak nic nie zrobił. Mion to tuszował, bo Duhamel był jakby nad nim, ale teraz stał się pierwszą kostką domina. Posypały się i inne dymisje bliskich przyjaciół Duhamela: np. Élisabeth Guigou – „socjalistka”, która stała na czele parlamentarnej komisji ds. kazirodztwa i przemocy seksualnej wobec dzieci, czy prefekt regionu paryskiego, ciężki prawicowy seksista Marc Guillaume. Macron oczywiście wyraził oburzenie kazirodztwem i pedofilią, gdy z Science Po zaczęły nadchodzić informacje o protestach przeciw molestowaniu seksualnemu i nawet gwałtom, do których miało dochodzić na uczelni.
Dwa nurty
„Skandal Duhamela” zaczął nagle pączkować innymi aferami tego typu, z których kilka warto wspomnieć: wkrótce poleciał też inny macronista Dominique Boutonnat, szef francuskiego kina, producent, odpowiednik hollywoodzkiego Weinsteina, prezes Narodowego Ośrodka Kinematografii (CNC), który postawił wymóg zyskowności filmów. Nie za to poleciał, lecz z powodu podejrzenia gwałtów na swoim 22-letnim chrześniaku, podczas ostatnich wakacji w Grecji, gdy tamten wniósł skargę na fali poksiążkowego przebudzenia. 70-letni Richard Berry, jedna z legend francuskiego kina, oskarżony przez 45-letnią córkę Coline Berry-Rojtman o kazirodztwo w jej dzieciństwie. Albo 38-letni radny komunistyczny Paryża Maxime Cochard, który wraz ze swym partnerem miał zgwałcić 20-letniego chłopaka w jego akademiku pod Paryżem…
To, co stanowiło składniki skandalu – kazirodztwo i gejowskie gwałty – rozbiło się w dwa nurty społecznego oburzenia, które wyraziło się rychłym powstaniem tagów #MetooInceste i #MetooGay. Nimi oznaczono dziesiątki, setki i w końcu tysiące wyznań skrzywdzonych na zawsze ludzi. Skruszony rząd dał do zrozumienia, że wycofa się z pomysłu obniżenia wieku dojrzałości seksualnej do 13 lat, ma zostać jednak 15. W lutym okazało się, że 20-letni Guillaume T., który pierwszy wrzucił do sieci tag #MetooGay, był ofiarą Cocharda. Dwa tygodnie później znaleziono studenta powieszonego we własnym pokoju. Jak wszyscy, Cochard wszystkiemu zaprzecza.
Tylko nie QAnon
We Francji Kościół nie kojarzy się tak automatycznie z pedofilią jak w Polsce, bo też nie ma takiego znaczenia politycznego, jak u nas. Ludzie są raczej skłonni uważać, że jeśli oni i ich dzieci są dupczeni, to raczej przez elity, przez polityków i oligarchię. Ale taki pogląd ma w sobie coś z niebezpiecznego populizmu – alarmują podręczni komentatorzy, jak pochodzący z naszych stron prawicowy filozof Alain Finkielkraut, który w telewizji zawzięcie bronił Oliviera Duhamela, a wcześniej Romana Polańskiego. Francja chyba nie chce mieć na karku czegoś w rodzaju trumpowskiego QAnonu oskarżającego demokratyczne elity, w tym samego Joe Bidena, o zorganizowaną pedofilię? Chcecie wojska na ulicach, jak w Waszyngtonie? Wystarczy „żółtych kamizelek”!
Cały ten ruch ofiar stał się wrażliwy polityczne, aż po anegdoty: o molestowanie seksualne został oskarżony nawet podtatusiały François Asselineau, po którym autentycznie nikt się tego nie spodziewał. To 63-letni szef Ludowego Związku Republikańskiego (UPR), „partii Frexitu”. Dwóch byłych pracowników partii, w tym szef gabinetu szefa, oskarża go o „skradzione całusy”(!). Asselineau publicznie powiedział o swej biseksualności i uważa całą sprawę za intrygę polityczną. W tle takich doniesień sprawa gejowskich gwałtów nie przestaje jednak elektryzować, jakby to było nowe, dopiero odkryte tabu. Ma ono przed sobą dużą przyszłość.
Miłość Macrona
Sprawa Duhamela, nauczyciela Macrona z Science Po, pozostaje bardzo niewygodna dla obecnej władzy, bo przecież Brigitte poderwała Emmanuela, gdy miał 14 lat. Normalnie zajęłyby się tym służby socjalne, ale oboje pochodzili z wyższej burżuazji, ona już wtedy była żoną bankiera, i skandal przeszedł bokiem. Dziś jest trochę trudniej, bo skrzywdzeni, z opóźnieniem lub nie, zaczęli się odzywać, albo tylko świadkowie, jak Camille Kouchner. Władza i gwałt, władza i dominacja, władza i wyzysk – te tematy wróciły do publicznych debat szeroką falą, od grzecznych w telewizji, po niegrzeczne, bardzo polityczne w internecie.
We Francji sam szef policji, minister spraw wewnętrznych Gérald Darmanin ze skrajnej prawicy, ma na karku śledztwa ws. gwałtów z czasów, gdy jako prowincjonalny urzędnik przydzielał mieszkania w zamian za usługi seksualne. Feministki domagają się jego dymisji, ale prezydent Macron go kocha. Dlatego dużo pozostaje jeszcze do zrobienia w sprawach władzy i seksu.

O twórcy Absurdystanu, nie tylko sanitarnego

Z pewnym gorzkim rozbawieniem da się właśnie obserwować niezwykłe przebudzenie europejskich mass mediów w kwestii rządów króla Ubu we Francji, tj. neoliberalnego ekstremisty Emmanuela Macrona.

Opóźnienie tych mediów jest olbrzymie, gdyż szaleństwo neoliberalne długo im nie przeszkadzało. Dopiero po latach niespotykanego autorytaryzmu, wielu ofiar i nieszczęść, powodem do przebudzenia stały się, teraz sławne na cały kontynent, wyjątkowo represyjne środki antyepidemiczne, które poza swą groteską, niczego nie dają. Macronowska idolatria policyjnych represji przechyliła szalę.
Zaczęło się od artykułu w niemieckim Die Zeit. Tekst „Autorytarny Absurdystan” z 12 listopada oprócz analizy politycznych wpływów francuskiej oligarchii i paryskiej „arystokracji” urzędniczej, na których Macron oparł swe żałosne rządy, przynosi wiele anegdot ilustrujących chaos i niewiarygodną chucpę zarządzania „wojny z epidemią”. Na przykład, by wyjść z ogólnego aresztu domowego przewidzianego lockdownem, Francuzi muszą mieć odpowiednie zaświadczenia, choćby chodziło o wyprowadzenie psa, czy zaprowadzenie dziecka do szkoły.
Na początku tego miesiąca szef Macronistanu (jak go nazywają w ojczyźnie) wygłosił przemówienie telewizyjne, w którym usprawiedliwiał godzinę policyjną i powszechny areszt domowy wymyślonymi liczbami: straszył, że w połowie miesiąca 9 tys. łóżek reanimacji będzie zajętych przez pacjentów z covidem, a wkrótce umrze na tę chorobę 400 000 ludzi (!). Konsekwencją tych typowych fałszywych proroctw na rzecz Wielkiego Strachu był zupełnie niespodziewany bunt mediów rządowych (d. publicznych). W końcu wyciągnęły one dowody, że ani godzina policyjna, ani lockdown z aresztem nie miały najmniejszego wpływu na spadek „przypadków” i zachorowań na covid.
Kilka elementów: szczyt liczby „przypadków” (tj. pozytywnych testów na obecność koronawirusa u zdrowych i chorych) przypadł na 2 listopada – potem liczby zaczęły gwałtownie spadać. 2 listopada to był zaledwie 4 dzień ogólnego aresztu domowego: daleko za wcześnie, by mógł zadziałać, jeśli to w ogóle działa. Co do godziny policyjnej, która sparaliżowała wiele miast łącznie ze stolicą, mogła wydawać się owocna, gdyż początek „szczytowania” liczby „przypadków” – 27 października – przypadł 10 dnia po wprowadzeniu tego obostrzenia. Problem: w miastach, w których godziny nie wprowadzono, początek szczytu przypadł tego samego dnia.
Mało tego, według uznanej już naukowej metody badania nagromadzenia wirusów w ściekach spływających z łazienek, spadek nieuchronnie zapowiadający obniżenie liczby „przypadków” i hospitalizacji zaczął się 17 października, tj. w dniu wprowadzenia godziny policyjnej. Obecnie królują dwie hipotezy, które mogłyby to wyjaśnić: jedna to prostu naturalny cykl życia tego typu wirusów i druga, o której nie warto mówić, gdyż na razie otacza ją zbyt silne tabu medialno-polityczno-społeczne typu pierwotnego (wg antropologii).
Jednak już nie problem, czy Macron, strasząc współobywateli wiedział, czy nie wiedział (co byłoby kompromitacją), jak się sprawy przedstawiają, przestraszył europejskie i nawet amerykańskie media, lecz ogólniejsza kwestia postępującej faszyzacji władzy. Partia Macrona, poparta przez Zjednoczenie Narodowe Le Pen, przepchnęła przez parlament przepisy praktycznie uniemożliwiające oskarżenia niezwykle brutalnej francuskiej policji o jawne przestępstwa. Środkiem do tego jest zagrożony więzieniem zakaz publikowania zdjęć i filmów policjantów, na podstawie których można ich zidentyfikować, co jest dozwolone np. w Chinach, Rosji czy innych krajach dyżurnie uchodzących za represyjne.
Skandaliczna, macronowska ustawa o „globalnym bezpieczeństwie” wywołała mocno spóźnione, nagłe przebudzenie liberalnych mediów, które można podziwiać z opadłą szczęką. Lawina artykułów, od Washington Post, Politico czy New York Times , poprzez Guardiana, El Pais, Handelsblatt i całą masę mniej wpływowych gazet z innych krajów, spada na ciężko doświadczoną Francję i jej oszalałego prezydenta. Potrzeba więc było epidemii, by wreszcie zwrócić uwagę na to, co dzieje się pośrodku Europy. Może po prostu Absurdystan jest większy, niż się uważa?

Mafia polityczna i Libia

Nicolas Sarkozy, najbardziej jawnie proamerykański prezydent Francji, usłyszał w paryskiej prokuraturze czwarty, najcięższy zarzut w sprawie swych układów z pułkownikiem Kaddafim, przywódcą Libii, który sfinansował mu kampanię wyborczą w 2007 r. Ciekawa to sprawa, bo rzuca dodatkowe światło na powody zlikwidowania państwa libijskiego przez NATO w 2011 r. i zamordowanie samego Kaddafiego, do czego przyczyniły się francuskie służby specjalne.

Otóż do zarzutów o „korupcję pasywną” (tj. przyjmowanie łapówek), „defraudację libijskich funduszy publicznych” i „nielegalne finansowanie kampanii wyborczej” doszło oskarżenie o przynależność do „organizacji przestępczej”, czyli mafii. Rzecz jest bardziej niż prawdopodobna, bo sprawa libijska jest tylko jednym z odkrytych przestępstw i wielkich przekrętów Sarkozy’ego. Gdy np. prokuratura wyszła z podejrzeniami, że b. prezydent ze swymi ludźmi wyłudzili wielkie pieniądze od Liliane Bettencourt, 87-letniej właścicielki koncernu L’Oréal, zaczęli w tajemniczych okolicznościach ginąć świadkowie… jakbyśmy byli u Franka Underwooda.
W 2007 r. Sarkozy wygrał wybory prezydenckie, pokonując „socjalistkę” Ségolène Royal, żonę „socjalistycznego” neoliberała François Hollande’a, który zwyciężył w następnych wyborach (w 2012 r.) i wypromował neoliberalnego ekstremistę Emmanuela Macrona na obecną kadencję. Sarkozy wygrał, bo jego kampania wyborcza była najbogatsza, dystansująca finanse innych kandydatów o wiele długości. Kaddafi miał w 2007 r. dwa cele, jeśli chodzi o Francję, i zgodził się dać łapówki tamtejszym politykom, by je osiągnąć.
Jego pierwszym celem było zwolnienie z francuskiego więzienia swego szwagra Abdullaha Senussiego, b. szefa libijskich służ specjalnych, skazanego na dożywocie za jego rolę w zamachu na samolot pasażerski, w czasie wojny libijsko-czadyjskiej, w 1989 r. W samolocie z Paryża do Brazzaville przez N’Dżamenę zginęło wtedy 170 osób. Sarkozy obiecał Kaddafiemu skasowanie wyroku lub amnestię i dostał co najmniej 57 milionów euro na swoją kampanię wyborczą, co się łączyło z drugim celem Kaddafiego, zbliżeniem politycznym do Zachodu, ułożenie się z nim, by nie mieć już kłopotów.
Kaddafi był gotów za to płacić i zabezpieczył się dodatkowo, dając łapówkę 25 milionów euro na kampanię Ségolène Royal (według przepisów, na całość kampanii prezydenckiej we Francji, sztaby wydają maksymalnie 20 milionów, które nie mogą pochodzić z zagranicy). Postawił jednak więcej na dobrego, zwycięskiego konia, prosto ze stajni CIA. Nicolas Sarkozy, z szanowanej żydowskiej rodziny, został wychowany w Stanach przez Christine de Ganay, trzecią żonę swego ojca, która szybko potem wyszła za ambasadora Franka Wisnera Jr., syna założyciela służb specjalnych CIA/NATO, siatki Stay-behind Gladio.
Naturalnie Sarkozy okazywał miłość Kaddafiemu, gościł z honorami w Paryżu zaraz po zaprzysiężeniu, obiecywał „owocną współpracę” i bał się jednocześnie, czy Libijczycy go nie sypną albo będą szantażować. W tym czasie skupił się na pracy dla imperium, w 2009 r. ponownie, po dziesiątkach lat zawieszenia wprowadził Francję do NATO i po dwóch kolejnych latach zaproponował NATO inwazję na Libię, po przyklepaniu tego przez Waszyngton. Kaddafi został zabity, jak chciał, lecz przywódca Libii, który w Paryżu nie wahał się mówić, że w jego kraju jest więcej demokracji, niż we Francji, przed śmiercią kazał schować jakieś papiery, by potem zaczęły krążyć. Poza tym nie udało się zabić wszystkich świadków. Tak doszło do prokuratorskiego odkrycia, że Sarkozy to mafiozo. Dziś Sarkozy jest oficjalnym doradcą prezydenta Macrona, podobnie służącego amerykańskiej oligarchii.
Na ostatniej manifestacji personelu szpitalnego w Paryżu, przemawiała pielęgniarka: „Republika jest dziś dyktaturą rządzoną przez policyjną przemoc, podtrzymywaną przez medialne kłamstwa, która pogardza ludzką godnością. Ten garnek w końcu wybuchnie i Macronowie skończą jak Ceausescu”. To mało prawdopodobne, gdyż we Francji politycy w zasadzie nie idą do więzienia. Chyba, że coś rzeczywiście pęknie.

Francja, lewica i multikulturalizm

Czyn 25-latka z siekierą, który pomylił adresy, ale i tak ciężko ranił dwójkę dziennikarzy w Paryżu, odesłał wszystkich do kwestii tożsamościowych i stał się jeszcze jednym powodem, by zaatakować szefa francuskiej lewicy, lidera Nieuległej Francji (LFI) Jean-Luca Mélenchona, który miał niemalże doprowadzić do nowego zamachu na Charlie Hebdo. Jego winą jest „walka z islamofobią”, która miałaby być sprzeczna z laicyzmem państwa.

Wszytko wskazuje, że młody Pakistańczyk postanowił w piątek ukarać Charlie Hebdo za ponowną publikację karykatur Mahometa z własnej inicjatywy, bez składania przysięgi organizacji typu Państwo Islamskie. Redakcja Charlie dawno się już przeniosła z miejsca pamiętnej masakry Al-Kaidy ze stycznia 2015 r. Po głowach dostali maczetą kobieta i mężczyzna, pracownicy sąsiedniej, małej agencji prasowej, którzy wyszli przed budynek na papierosa.
W Pakistanie bluźnierstwo traktuje się śmiertelnie poważnie. Po ponownym ukazaniu się karykatur Mahometa na początku września, doszło tam zresztą do manifestacji wrogich Francji: młody Hassan, od trzech lat na miejscu, bardzo słabo znający francuski, chciał pracować na budowach, lecz wziął się za obronę religii i czci współwyznawców. Policja aresztowała wszystkich jego współlokatorów z małego mieszkania socjalnego na przedmieściach, wypełnionego piętrowymi łóżkami. Dotarł do Francji z młodszym bratem, przez Turcję, gdzie pracowali w fabryce obuwia, potem przez Grecję i Włochy. Podawał się za nastolatka, by skorzystać z pomocy państwa.
Zacięci wrogowie imigracji i islamu mają trochę mętlik w głowie, bo za sprawcą ataku rzucił się w pościg 33-letni Jusef – Algierczyk i muzułmanin. Gonił za nim nawet w korytarzach metra. Policja uznała go oczywiście za podejrzanego, założyła mu kajdanki i trzymała w areszcie 12 godzin, zanim okazało się, że to dzięki niemu złapano Hassana. Jusef jest we Francji już 10 lat, ma nieuregulowany pobyt. Nikt mu nie podziękował. Wszystko to stało się, gdy Mélenchon okazał znaczną rezerwę co do pomysłu Charlie Hebdo.
Maszyna do przegrywania
Wcześniej trwała w mediach krytyczna debata nad linią polityczną Mélenchona, którą lewicowy kandydat na prezydenta ogłosił tydzień temu w przemówieniu-wykładzie O republice, historycznym, ale też jakby programowym. Robespierre i Hugo mogą stanowić rodzaj fundamentu ideowego, rewolucyjnego i humanistycznego, w działaniu na rzecz ubogich, ludzi bez przywilejów. Adwersarzom rzucił się jednak w oczy jedynie fragment tożsamościowy, o „kreolizacji” społeczeństwa Francji. Krytycy ogłosili, że oto Mélenchon włączył właśnie „maszynę do przegrywania”, o czym świadczy też jego „prawie antysemicki” wpis na Twitterze. Lewicowy przywódca jawnie tam dał znać, że nie uważa redakcji Charlie za świętych i jeszcze „zrobił skandal”.
Już właściwie nie wiadomo, co było większym skandalem: to, że Mélenchon pokazał na swoim koncie rysunek „anty-Charlie”, czy to, jak odpowiedział jednemu z krytyków. 69-letni kandydat lewicy udostępnił rysunek lewicowego pisma Regards, na którym b. znani redaktorzy i rysownicy tygodnika, którzy zginęli w zamachu z 2015 r., żalą się, że są „kochani przez durniów”, zupełnie jak na jednej z karykatur Mahometa, który narzekał na to samo. Pokazano tam przykłady znanych czytelników, z prawicy i „podrabianej lewicy”. Wielu tego nie zdzierżyło.
I oto, gdy pewien dość znany przedsiębiorca, obrońca czci redakcji Charlie, wyjechał do Mélenchona z zarzutem gwałcenia „wartości republikańskich”, ten odpowiedział „Nie jestem autorem rysunku. Likud robi z pana wariata”. Likud to ultranacjonalistyczna partia Benjamina Netanjahu, rządzącego w Izraelu. Co ma piernik do wiatraka? Padły komentarze, jakoby sugerowanie, że obrońcy tygodnika satyrycznego mają coś wspólnego z dalekim, prawicowym krajem, jest poniekąd antysemickie. I to w momencie, gdy trwa dyskusja o pozycji mniejszości etnicznych i francuskiego modelu społecznego…
Kreolizacja, wielokulturowość po francusku?
Najogólniej rzecz biorąc we Francji ścierają się dwie koncepcje traktowania mniejszości. Z jednej strony model anglosaski, czyli tolerowanie izolujących się grup etniczno-kulturowych, które uznają jednak podstawowe „wartości państwowe” („multi-kulti”), z drugiej francuski, uniwersalistyczny, który zakłada asymilację, pełne dostosowanie się polityczno-kulturowe imigrantów do zasad i obyczajów państwa, bez separowania się poszczególnych społeczności. Na celowniku prawicowej i lewicowej, laickiej krytyki republikańskiej znajduje się zazwyczaj model brytyjsko-amerykański, jako zarzewie konfliktów religijno-etnicznych: wielokulturowość byłaby niebezpiecznym rozdrobnieniem. Mélenchon poszedł tymczasem w poprzek obu podejściom – „Francja nie jest narodem etnicznym”.
Jest to idea w zasadzie czysto republikańska, jej uniwersalizm sięga Wielkiej Rewolucji. Francuzi to „społeczność prawna, jedyna, która ma prawo istnieć”. Termin „kreolizacja społeczeństwa” odwołuje się do języka i kultury Karaibów, w tym francuskich. „Nie trzeba się jej bać” – przekonywał Mélenchon. Cały ten koncept wziął od pisarza, poety i filozofa z Martyniki Édouarda Glissanta, zmarłego dziewięć lat temu. W 2005 r. Glissant tak definiował swój termin:
„Kreolizacja to wymieszanie sztuk lub języków, które daje coś nieoczekiwanego. To sposób ciągłego zmieniania się bez zatraty. To przestrzeń, gdzie rozproszenie pozwala się zebrać, gdzie szoki kulturowe, dysharmonia, nieporządek i interferencje stają się twórcze. To stworzenie kultury otwartej i skomplikowanej, która wstrząsa uniformizacją wielkich central medialnych i artystycznych. Pojawia się szybko w każdej dziedzinie, muzyce, sztukach plastycznych, literaturze i kinie.”
Kręcenie nosem
Prawicowi publicyści z Le Figaro wypominali „sprzeczności” Mélenchonowi, bo kiedyś odrzucał „islamofobię”: „Kontestuję ten termin. Mamy prawo nie lubić islamu tak samo, jak mamy prawo nie lubić katolicyzmu” – mówił, a jednak walczy z islamofobią! Kiedyś był normalnym antyklerykałem, a teraz „broni religii”. Czy to jest zgodne z laicyzmem Republiki? Znana publicystka prawicowa Elisabeth Lévy przypominała z miejsca, że Angela Merkel potępiła „multi-kulti” już 10 lat temu, że Lider LFI proponuje przebrany multikulturalizm, że jest „uległy wobec radykalnego islamizmu” (!) i zamiast potępiać domniemany separatyzm muzułmanów mówi o „separatyzmie bogatych”… „Czy Mélenchon nie jest islamistą?” – pyta nawet.
Zanim jednak prawica wyciągnęła swe armaty, zdegustowana, że „kreolizacja” porównuje białych Francuzów z losem nie białych, łącząc ich z populacjami byłych niewolników, pierwszy atak przyszedł z dość nieoczekiwanej strony. Reprezentantka francuskich Zielonych (EELV), wcześniej macronistka Isabelle Saporta, dziś żona kandydata partii na prezydenta Francji Yannicka Jadota, twierdziła nic nie rozumiejąc, że „kreolizacja” odsyła do kwestii narodowości, a potem ni w pięć ni w dziewięć, że Mélenchon „schlebia faszystom”, bo przecież jest przeciw europejskiej polityce pracowników delegowanych, pozwalającej pracodawcom wykorzystywać różnice w ochronie socjalnej różnych krajów i lepiej zarabiać, kosztem miejscowych pracowników.
Obrona Mélenchona
Gdy już jako islamista i faszysta przywódca LFI musiał ścierpieć filipikę przeciw kreolizacji Erica Zemmoura, francuskiego nacjonalisty i syjonisty, praktykującego syna algierskich Żydów, najpopularniejszego teraz telewizyjnego publicysty skrajnej prawicy narodowej we Francji, sięgnął po pióro. Dał odpowiedź krytykom w L’Obs, wyjaśniając, że kreolizacja nie jest żadnym projektem politycznym lewicy. Nie ma jej w programie, bo to tylko spontaniczny fakt społeczny, który łatwo zaobserwować. „Zaproponowałem jedynie brakujące ogniwo między uniwersalizmem, którego się domagam, a rzeczywistością, która mu przeczy.”
Mélenchon tłumaczy, że dla dominujących przejście od pojęcia uniwersalizmu do jego wprowadzenia w życie jest łatwa, bo to ich kultura i zwyczaje. Myślą, że to ta kultura jest praktyką uniwersalizmu i chcą od innych „asymilacji”. To dla nich naturalne. Natomiast miliony ludzi, którzy szanują prawa, ale od których wymaga się odrzucenia wszystkiego, co ich różni od kultury dominującej, widzą taki „uniwersalizm” inaczej. Żądanie od przybyłych „wysiłku integracji” podważa ich głęboką tożsamość. Ludzie z obsesją tożsamości, jak Zemmour, mogliby to zrozumieć.
Sami Francuzi przechodzą zresztą kreolizację: odniesienia do kultury anglosaskiej, które niegdyś były marginesem, widać teraz na fasadach sklepów, w słowniku internetu, programach telewizyjnych, modzie i muzyce. To najszersza we Francji forma kreolizacji. Społeczeństwo bardzo się zmieniło od 1958 r., gdy powstała konstytucja V Republiki, miesza się z ludźmi z Karaibów i Maghrebu, i powinno być społeczeństwem „podobnych w różnicach”. Potrzeba nowej konstytucji, VI Republiki, która obaliłaby obecną monarchię prezydencką i pozwoliła „zdefiniować się” ludowi na nowo.
Przed wyborami
Czy Mélenchon ma szanse zostać prezydentem w 2022 r.? W ostatnich wyborach zabrakło mu ponad pół miliona głosów, by dostać się do drugiej tury, choć był w ścisłej czołówce, wśród kandydatów oscylujących wokół 20 proc. Po trzech latach jego Nieuległa Francja zeszła na 6 proc. poparcia, by ostatnio się odbijać. Ludzie prezydenta grają na przyszłe starcie w drugiej turze między nim a Marine Le Pen ze Zjednoczenia Narodowego, co ma doprowadzić do zwycięstwa Macrona „z automatu”, jak w 2017.
Ale jego prezydencka partia (LREM) rozpada się. Przegrała z kretesem wrześniowe wybory uzupełniające do Zgromadzenia Narodowego i Senatu. W parlamencie straciła większość z powodu odejść, musi układać się z centrystami. Macron może nie wejść do drugiej tury i nawet zrezygnować z kandydowania. Lewica nie jest bez szans, choć jest systematycznie atakowana przez media.
Uporanie się z kwestiami tożsamościowymi nie pomoże Hassanowi z Pakistanu ani jego ofiarom, które nigdy już nie będą takie same, lecz takie podejście może zapobiec szerzeniu się rasizmu, prawicowej kultury wyższości, która na co dzień coraz mocniej zatruwa życie społeczne. Przepowiadanie, dążenie do jakiejś rasowej „wojny domowej” jest nie mniej niebezpieczne niż islamizm – próbuje przekonać Mélenchon. Ci, którzy chcą widzieć w jego ideach jakąś przyczynę ataku Hassana na Charlie Hebdo, oczywiście odrzucają tę tezę.

Wspólne rocznice

Stosunki dyplomatyczne między Polską a Wietnamem zostały nawiązane siedemdziesiąt lat temu, 4 lutego 1950 roku.
Polska była jednym z pierwszych państw, które odpowiedziały na apel Ho Chi Minha. Ówczesny przywódca Demokratycznej Republiki Wietnamu zwrócił się do świata o akceptację walczącego o niepodległość państwa. Powstałego pięć lat wcześniej.

Kiedy je ogłaszano nie było ekip telewizyjnych i filmowych. Świadkowie zapamiętali, że Ho Chi Minh przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy, zebrany tam tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. W otoczeniu ministrów proklamowanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz grona amerykańskich oficerów.
„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Nawiązującej do Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących przed trybuną partyzantów nacjonalistycznego Viet Minhu. Armii, której samoloty przelatywały nad placem i trybuną oddając zebranym przyjacielskie pozdrowienia.
Zwłaszcza jej sojusznikowi Ho Chi Minhowi, liderowi Viet Minhu, ogłaszającego wtedy – 2 września 1945 roku – powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Proklamującemu niepodległość na wyrost, bo władza Ho Chi Minha długo w Hanoi się nie utrzymała. Tydzień później wkroczyły tam oddziały nacjonalistów Republiki Chińskiej, niechętnej niepodległemu Wietnamowi.
Wbrew  decyzji mocarstw
Chińczycy zajęli północne tereny Wietnamu, bo miesiąc wcześniej, podczas konferencji poczdamskiej, ówcześni przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, podzielili świat na sfery swych wpływów. Tam też zadecydowano o przyszłości Wietnam. Byłą XIX wieczną kolonię francuską, okupowaną od 1940 przez Japończyków, podzielono arbitralnie na dwie strefy. Północne tereny dostały w zarządzanie sojusznicze Chiny, rządzone wtedy przez nacjonalistę Czang Kai – szeka. Południe kraju przypadło Wielkiej Brytanii usadowionej w niedalekiej Birmie.
Ponieważ Londyn potrzebował poparcia Francji dla swej polityki w Niemczech, to oddał „swoje” południe Wietnamu generałowi de Gaulle. Ponieważ Czang Kai -szek ciągle potrzebował pieniędzy na wojnę domową z chińskimi komunistami, to odsprzedał przydzieloną mu północ Wietnamu, też Francuzom.
Ku zadowoleniu Ho Chi Minha, który wolał mieć za przeciwnika dalekiego, europejskiego okupanta niż wielkiego, azjatyckiego sąsiada. Wietnam zmagał się z chińskimi dominacjami i okupacjami ponad tysiąc lat. Z francuską ekspansją kolonialną tylko od stu.
Uzbrojona przez Amerykanów, bitna wietnamska partyzantka przyjęła Francuzów wrogo. Na tradycyjnie wojowniczej Północy kraju już po kilku miesiącach walk Francuzi kontrolowali jedynie miasta i najważniejsze szlaki komunikacyjne. Na pozostałych terenach toczyła się nieustanna wojna partyzancka. Na tradycyjnie biznesowym Południu, Francuzi wskrzesili przeszłość. W 1949 roku powołali tam marionetkowy rząd z powszechnie nieszanowanym cesarzem Bao Daiem. Playboyem, bohaterem towarzyskich kronik w europejskich bulwarowych gazetach.
Po ośmiu latach wyczerpującej wojny doborowa armia francuska przegrała z mistrzowską partyzantką Viet Minhu. Jej klęskę pieczętuje bitwa w dolinie Dien Bien Phu. Stała się ona wzorem dla antykolonialnych partyzantek na całym świecie.
Po Dein Bien Phu Francuzi myśleli o jednym. Jak honorowo wycofać się z azjatyckich Indochin. Z Wietnamu, ale też ze zbuntowanych Laosu i Kambodży. Spróbować ocalić dla Francji śródziemnomorskie kolonie, zachować zamorską Algierię. Dlatego podczas międzynarodowej konferencji pokojowej w Genewie w 1954 roku Francuzi godzili się na przedkładane im propozycje pokoju. Wydało się, że Wietnam już wtedy zostanie zjednoczony.
  Jednak pozostałe delegacje miały już inne cele. Wielka Brytania chciała zachować podział Wietnamu. Liczyła, że tak osłabiony nie będzie wzorem dla jej kolonii i azjatyckich sojuszników. Amerykanie, przestraszeni wojną koreańską i narastającą popularnością komunistycznej ideologii w Azji, postanowili w Wietnamie zastopować widmo komunizmu. Nie mieli wtedy jeszcze sprecyzowanego planu jak to uczynić. Osłabiony śmiercią Stalina Związek Radziecki grał dalej rolę mocarstwa, ale w czasie negocjacji scedował azjatyckie rozgrywki na sojusznicze wtedy Chiny.
Dzięki temu wracający do zasad cesarskiej polityki w tym regionie Pekin ograł wszystkich. Wsparł prawicowe rządy w odzyskujących niepodległość Kambodży i Laosie aby przywrócić tam swe dawne wpływy. Wsparł ideę utrzymania dwóch konkurencyjnych państw na terenie Wietnamu graniczących na linii 17 równoleżnika. By zachować rolę przyszłego arbitra. Wolą konferencji zjednoczenie Wietnamu nastąpić miało dopiero po przeprowadzeniu wolnych wyborów w obu prowincjach. Wyznaczono ich ostateczny termin. Lipiec 1956 roku.
  Aktywność chińska zmobilizowała Stany Zjednoczone. Amerykanie postanowili zablokować wolne wybory, bo prognozy były jednoznaczne. Niezwykle popularny Ho Chi Minh i jego nacjonalistyczny Viet Minh wygrałby je zdecydowania na Północy. I również na Południu, choć z gorszym wynikiem.
Od jesieni 1954 roku Amerykanie zaczynają zajmować miejsce ustępujących Francuzów na wietnamskim Południu. Współtworzą tam Republikę Wietnamu. Alternatywną wobec północnej, coraz bardziej socjalistycznej Demokratycznej Republiki Wietnamu. Szukają też wietnamskiego lidera, alternatywnego wobec Ho Chi Minha. Swego niedawnego sojusznika w wojnie z Japończykami.
Tragedia pomyłek
Stawiają na niepodległościowego działacza, wietnamskiego katolika Ngo Dinh Diema. Powszechnie wtedy poważanego. Warto przypomnieć, że w 1945 roku Ho Chi Minh tworząc pierwszy rząd niepodległego Wietnamu zaproponował w nim  udział Ngo Din Diemowi. Ale ten odmówił i wyjechał do USA gdzie nawiązał wiele korzystnych politycznych kontaktów.
W 1954 roku Ngo Dinh Diem nie odmówił. Został premierem pro amerykańskiego Wietnamu. Dzięki pomocy USA ożywił gospodarkę wietnamską. Obalił archaicznego cesarza, ubrał Wietnam w republikańskie, demokratyczne szaty. Podczas swej wizyty w USA w 1957 amerykańskie media uznały go za „jedną z największych postaci XX wieku”. Atrakcyjnego prozachodniego demokraty z wietnamską twarzą.
Niestety premier Ngo Dinh miał do użytku wewnętrznego drugą twarz. Katolickiego, nepotycznego inkwizytora. Choć za granicą deklarował przywiązanie do demokracji, to u siebie surowo zwalczał każdą opozycję polityczną. Dodatkowo rozniecił konflikty z silnymi na Północy sektami religijnymi i początkowo sprzyjającymi mu buddystami.
Swą liczną, pazerną rodziną obsadził najważniejsze stanowiska w państwie. Od ministra – szefa policji po kardynała wietnamskiego kościoła katolickiego. Wtedy w Sajgonie żartowano, że przed braćmi Ngo Dinh nie ma ucieczki. Kontrolują wszystko co jest na ziemi, i jeszcze dodatkowo niebo.
W listopadzie 1966 roku wspierany przez wywiad USA pucz południowo wietnamskich wojskowych obalił rząd Ngo Dinh Diema. Znienawidzonego premiera i jego brata, szefa policji Ngo Dinh Nhu, wietnamscy żołnierze odnaleźli w katolickim kościele w chińskiej dzielnicy Cholon stołecznego Sajgonu. Zabili ich bez wahania. Na wieść o tym mieszkańcy Sajgonu szaleli z radości.
Krótka była ta radość, bo był to początek późniejszych, kolejnych klik wojskowych. Miały one wspólne cechy. Gigantyczny ciąg do korupcji oraz brak woli walki z miejscowymi partyzantami i armią Północy. Amerykanie uporczywie prowadzili tę, z góry skazaną na przegraną, wojnę. Nie pomogły setki tysięcy ich żołnierzy zaangażowanych w walki. Nie pomogła „wietnamizacja” wojny, czyli opłacanie armii Południa aby walczyła z partyzantką i wojskiem Północy.
Wojna wietnamska kosztowała USA  ponad 60 tysięcy zabity, 313 tysięcy rannych, w tym ponad 150 tysięcy inwalidów. Wietnam Południowy stracił prawie 300 tysięcy zabitych żołnierzy. Straty Wietnamu Północnego, sumując żołnierzy, partyzantów i cywilów, szacuje się nawet na ponad milion zabitych.
Znów sojusz
„Cieszymy się, że znów jesteście” – takimi transparentami witano Amerykanów w Hanoi i Ho Chi Minh City, czyli dawnym Sajgonie. w 1995 roku. Kiedy między nawiązano stosunki dyplomatyczne i zniesiono amerykańskie embarga.
Wietnam po wprowadzeniu prorynkowych reform „doi moi” stał się kolejnym gospodarczym „azjatyckim tygrysem”. Światowym liderem w produkcji kawy, ryżu, przypraw. Atrakcyjnym miejscem dla inwestycji przemysłowych. Przede wszystkim japońskich, południowokoreańskich, singapurskich, ale też amerykańskich i europejskich. Dwadzieścia pięć lat po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Wietnam jest nadal ważnym sojusznikiem USA w regionie Pacyfiku.
Dlatego liczne amerykańskie delegacje państwowe składające wieńce w mauzoleum Ho Chi Minha w Hanoi. Wielu amerykańskich historyków i publicystów skłania się ku tezie, że to Ho Chi Minh mógł być tym „azjatyckim Tito”. Autentycznym przywódcą narodu, zachowującym niezależność polityczną od Moskwy i Pekinu. Strategicznym sojusznikiem USA. I  gdyby w 1954 roku Amerykanie nie odrzucili możliwości współpracy z Ho Chi Minhem, to nie musieliby się angażować w niepotrzebną wojnę. Nie musieliby też uciekać z Wietnamu pozostawiając swych sojuszników na łasce zwycięzców.
Wspólna rocznica
W tym roku Wietnam obchodzi 75 rocznicę powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu, odroczenia niepodległego wietnamskiego państwa. Świętują tą rocznicę także Wietnamczycy mieszkający w innych państwach, również w Polsce. Jednocześnie w Polsce Wietnamie obchodzimy siedemdziesiątą rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych.
Warto przypomnieć, że po uznaniu Demokratycznej Republiki Wietnamu, Polska uznała także Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego za jedyną suwerenną siłę polityczną Wietnamu Południowego. W 1966 roku w Warszawie powstało przedstawicielstwo NFWWP, przekształcone następnie w Ambasadę Republiki Wietnamu.
Wcześniej, bo 1954 roku, po zakończeniu działań wojennych i pokojowej konferencji genewskiej, do Hanoi przybył pierwszy polski ambasador nadzwyczajny i pełnomocny Tomasz Piętka. Złożył na ręce prezydenta Ho Chi Minha listy uwierzytelniające.
Zaangażowanie Polski  w tym regionie przyniosło nasz udział w Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli powołanej w efekcie konferencji genewskiej w 1954 i kolejnej Komisji powołanej na mocy pokojowych porozumień paryskich ze stycznia 1973 roku.
W ciągi siedemdziesięciu lat współpracy w Polsce zyskało wykształcenie ponad 10 tysięcy wietnamskich studentów i robotników wykwalifikowanych. Wielu z nich zajmowało i zajmuje ważne miejsce w środowiskach elit intelektualnych, administracyjnych i biznesowych w Wietnamie.
Wiele efektów tej współpracy ma dzisiaj charakter symboliczny. Jak Szkoła Średnia Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej w Hanoi, szpital w mieście Vinh w prowincji Nghe An, odrestaurowane przez polskich konserwatorów bezcenne zabytki w Hue, Hoi An i My Son. Pomnik najsłynniejszego polskiego konserwatora Kazimiera Kwiatkowskiego, zwanego w Wietnamie „Kazikiem”, znajdziemy w centrum prześlicznego Hoi An.
Dziś w Polsce mieszka około 30 tysięcy Wietnamczyków. Cieszą się powszechną sympatią i poważaniem Polaków. Ich wkład w polską kulturę i gospodarkę nadaje obu rocznica dodatkowej rangi.

Francja zwraca czaszki

W Algierii pogrzebano uroczyście czaszki 24 bojowników o niepodległość kraju z XIX w. Do tej pory stanowiły część kolekcji paryskiego Muzeum Narodowego Historii Naturalnej. Na początku kolonizacji Algierii (1830) francuscy żołnierze masowo ucinali głowy swoim przeciwnikom, pierwszym powstańcom, bez posługiwania się gilotyną. Algieria oczekuje, że Francja przeprosi za kolonizację.

To prezydent Macron zdecydował, by zwrócić resztki Algierczyków, trzy lata temu, gdy ogłosił w Algierze, że kolonizacja to „zbrodnia przeciw ludzkości”, z czym nie zgadza się Izrael. We Francji to skrytykowano, z obaw o żądanie odszkodowań. Ale Algierii zależy na przeprosinach: bywało, że Francuzi zachowywali się w tym kraju jak dzicz. Wielkie masakry, tortury, obywatelstwo tylko dla białych i Żydów. Na dzisiejszym pogrzebie mieszkańcy Algieru byli bardzo wzruszeni.
Tamtejszy prezydent Abdelmadżid Tebbun powiedział mediom: „Dostaliśmy już pół-przeprosiny. Trzeba zrobić jeszcze jeden krok. Tego sobie życzymy.” Przywódca algierski urodził się w roku wielkiej rzezi dokonanej przez Francuzów 8 maja 1945 r., w dniu zwycięstwa w II wojnie światowej. Protesty antykolonialne zduszono poprzez zabicie ok. 30 tys. mieszkańców miast północno-wschodniej części kraju. Algierska wojna wyzwoleńcza (1954-1962) znowu przyniosła cierpienia i śmierć. Kraj był francuską własnością przez 132 lata, zanim wybił się na niepodległość.
Kobiety wyraźnie płakały przy trumnach pochowanych wkrótce w ziemi wielkiego, stołecznego cmentarza El-Alia, w kwaterze „męczenników Rewolucji Algierskiej”. W styczniu 2018 r. rząd algierski oficjalnie zwrócił się o zwrot czaszek i archiwów z epoki kolonialnej. Sprawy polityki historycznej są przyczyną algiersko-francuskich sporów dyplomatycznych. Prezydent Macron na razie nie wyrywa się z przeprosinami, czeka, nie zrobił prezentu na dzisiejsze algierskie święto narodowe.

Wzrost bezrobocia w Europie – Airbus zwalnia 15 tysięcy ludzi

Do lata przyszłego roku europejski Airbus pozbędzie się co najmniej 15 tysięcy stanowisk pracy w związku z kryzysem epidemicznym, który pociągnął za sobą bezprecedensowy od II wojny światowej spadek zamówień na samoloty pasażerskie i towarowe. To tylko jeden z sektorów dotkniętych masowymi zwolnieniami. Niestety, zapowiada się sporo innych tego typu masowych likwidacji miejsc pracy.

Znaczne ograniczenie produkcji Airbusa pociągnie za sobą również liczne zwolnienia wśród zewnętrznych dostawców i podwykonawców, na razie trudne do policzenia. Wczorajsze ogłoszenie redukcji zatrudnienia wywołało szok wśród pracowników i współpracowników firmy. Ludzie spodziewali się jakichś zwolnień, lecz nie w takiej skali. W Niemczech na bezrobocie pójdzie ponad 5 tys. osób, podobnie we Francji. W Wielkiej Brytanii 1700 pracowników pożegna się z Airbusem, prawie tysiąc w Hiszpanii i 1300 w innych krajach. Rozmiar „szkód pobocznych”, tj. zwolnień w przedsiębiorstwach współpracujących z firmą, może być jeszcze większy.
Wielki producent samolotów ma zamiar jakoś ograniczyć fatalne skutki tych redukcji. Twierdzi, że chce wykorzystać „wszystkie dostępne środki ochrony pracowników”, tzn. stosować np. przejścia na wcześniejsze emerytury, wypłacać odszkodowania itp., lecz będzie to wszystko przedmiotem negocjacji ze związkami zawodowymi, które już zapowiadają walkę najpierw o ograniczenie liczby zwolnień, a potem o ich szczegółowe warunki. Część wojskowa produkcji Airbusa jest mniej dotknięta kryzysem, lecz i tu ponad 2,6 tys. miejsc pracy zostanie zlikwidowanych.
We Francji z fabrykami Airbusa współpracuje blisko 800 przedsiębiorstw zatrudniających 86 tys. ludzi i bardzo podobnie wygląda to w Niemczech, nie licząc tysięcy drobnych podwykonawców. „Fala uderzeniowa” tak wielkich redukcji w Airbusie wyjdzie z pewnością poza sektor lotniczy, bo wiele przedsiębiorstw pracuje równocześnie dla innych branż, również dotkniętych dużymi problemami. Skala bezrobocia wywołanego epidemią i walką z nią na naszym kontynencie będzie znana tak naprawdę dopiero jesienią. Plan pomocowy Unii może niestety być niewystarczający, by powstrzymać kryzys.

Śmieszny kraj Francja

François Fillon, premier w trzech gabinetach, polityk zasłużony i z pewnością z koneksjami, został skazany na 5 lat więzienia za to, że zatrudniał swoją żonę jako asystentkę i płacił jej nieproporcjonalnie dużo.

Penelope Fillon została zatrudniona przez swojego męża jako asystentka w latach 1998-2013. Przez ten czas pobierała wysokie uposażenie, którego suma wyniosła 831,4 tysiąca euro. Skandal odkryła i upubliczniła znana satyryczna gazeta francuska „Le Canard enchaîné”. Pozbawił on wówczas Fillona szans na fotel prezydenta Francji, choć w rankingach prowadził.
Paryski sąd, który badał sprawę uznał, że były premier jest winny fikcyjnego zatrudnienia i sprzeniewierzył państwowe pieniądze (asystentka była opłacana z budżetu państwa) i skazał Fillona na 5 lat więzienia w tym trzy w zawieszeniu. Oznacza to, że były premier musi spędzić za kratami dwa lata. Wyrok nie jest prawomocny, adwokat Fillona natychmiast wniósł apelacje, zatem były premier nie musi od razu iść za kraty. Poza tym orzeczono zakaz pełnienia funkcji publicznych na 10 lat. Penelope Fillon dostała trzy lata w zawieszeniu. Dodatkowo oboje musza zapłacić grzywnę w wysokości 375 tysięcy euro. Trzeci oskarżony, Marc Joulaud, został skazany na dwa lata w zawieszeniu i 20 tysięcy euro grzywny. Sąd uznał, że zapłata dla pani Fillon była „nieproporcjonalna do wykonywanej pracy” oraz że była przyjęta na bezwartościowe stanowisko”.
W zasięgu skandalu znaleźli się także dwaj synowie byłego premiera, którzy również jakoby wykonywali usługi prawnicze dla Fillona, gdy był senatorem.
I pomyśleć, że gdyby zatrudnianie pociotków, żon i krewnych było w Polsce traktowane jak we Francji, to nasz kraj nagle przestałby pracować