Powrót kamizelek

Po okresie wakacyjnym, gdy protesty „żółtych kamizelek” zadawały się wytracać moment, ostatnia sobota przyniosła radykalną zmianę. I nowy kontekst protestów – „kamizelki” połączyły się z obrońcami klimatu.

Nie zdążyła minąć 14:00, gdy policja ogłosiła aresztowanie ponad stu osób. Do pierwszych starć ludzi z policją doszło już na dworcu św. Łazarza, potem koło kościoła św. Marii Magdaleny. „Żółte kamizelki” postanowiły nie wkładać dziś kamizelek, więc policja atakowała każdą grupę ludzi. W końcu zapłonęły barykady, jest wielu aresztowanych i rannych.
Nielegalna manifestacja „żółtych kamizelek” z Pól Elizejskich, mimo represji i łapanek połączyła się z legalnym marszem na rzecz ratowania klimatu w Dzielnicy Łacińskiej, obok Ogrodu Luksemburskiego. Na bulwarze św. Michała manifestanci razem skandowali „Wszyscy nienawidzą policji!”, „Rewolucja!”, „Spadaj Macron!” lub „Spierdalajcie!” – do policji. Tłum zrobił się tak duży, że policji było trudniej dzielić pochód na części i każdą grupę rozpraszać oddzielnie. Po stronie manifestantów byli ubrani w swój kolor ludzie z Black bloc, którzy przeprowadzili mały, niszczycielski napad na budynek banku i okoliczne agencje handlu nieruchomościami.
Na Paryż rząd rzucił dziś 7, 5 tys. uzbrojonych policjantów, z wyrzutniami pocisków, działkami wodnymi i granatami z gazem. Ganiani po mieście manifestanci zgromadzili się na lewym brzegu rzeki : „Będzie goręcej niż na Kubie!” – skandowali nie tylko obrońcy klimatu. Na sztandarach „RIC” – domaganie się referendum z inicjatywy obywatelskiej i znowu skandowanie „A-anti-anti-capi-tali-sme!”, na przodzie napis „Klimat i sprawiedliwość społeczna!”.
„Jesteśmy tutaj!” – śpiewały „żółte kamizelki”, dla których to 45 tydzień protestów. Było bardzo ciepło, słonecznie, ale klimat psuł się od samego rana. Wysiadający na St. Lazare zostali przywitani gazem, pałowano grupki ludzi. Na lewym brzegu powstała barykada z płonących skuterów i motocykli. Poleciało trochę szyb, wybitych zalegającymi hulajnogami. Jest sporo strat materialnych. Po każdym ataku policji biegający w różne strony medics zajmowali się rannymi, szybko pojawiła się straż pożarna.
Mimo to manifestacja skierowała się do Bercy, ministerstwa finansów. Szły za nią oddziały policji obrzucane od czasu do czasu czym popadnie. Siedziba Banku Ludowego została cokolwiek pokiereszowana i otagowana napisem „Żaden bank nie jest ludowy”. Greenpeace uznał, że jest tak niebezpiecznie, że ogłosił rozwiązanie marszu, lecz nie bardzo został wysłuchany. Na początku przyszłego miesiąca będą z kolei manifestować policjanci, którzy „już nie mogą”.

Snowden nie dostanie azylu

W dzień światowej premiery książki znanego sygnalisty Edwarda Snowdena „Pamięć nieulotna” francuskie ministerstwo spraw zagranicznych dało do zrozumienia, że prośba Amerykanina o azyl polityczny nie zostanie rozpatrzona pozytywnie. Francuzi boją się zepsuć sobie stosunki z imperium amerykańskim. Tymczasem administracja Trumpa robi wszystko, by przeszkodzić sprzedaży jego książki, gdyż jej treść nie została zatwierdzona przez amerykańską bezpiekę.

Projekt Edwarda Snowdena, któremu kończy się prawo pobytu w Rosji, by dostać azyl w „demokratycznej Francji”, rozwiał się dużo szybciej, niż się spodziewano. Francuski minister spraw zagranicznych Jean-Yves Le Drian udzielił wywiadu kanałowi telewizyjnemu Cnews, w którym jego odpowiedź była jednoznaczna: „Zwrócił się on o azyl u nas w 2013 r., jak w innych krajach. Wtedy Francja uznała, że nie byłoby to właściwe i nie widzę, by dziś coś się zmieniło z politycznego i prawnego punktu widzenia”.
Podobnie jak w wielu krajach (w tym w Polsce), we Francji ukazała się właśnie książka „sumienia internetu”, jak często określa się Snowdena, który ujawnił bezprawne działania podsłuchowe rządu amerykańskiego nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie. Administracja Trumpa zwróciła się do sądu, by pozbawić wydawcę Pamięci nieulotnej (Macmillan) całości zysków z jej sprzedaży tak, by żadne pieniądze nie trafiły ani do niego, ani do autora, lecz do kasy państwowej. Ma to być środek na powstrzymanie jej dystrybucji, jak też uniemożliwienie Snowdenowi przyszłego, publicznego wypowiadania się na tematy związane z CIA i NSA.
Jego adwokat argumentuje, że książka nie zawiera żadnych nowych rewelacji, lecz według CIA pozostaje „niebezpieczna”. Niezależnie od tego, co postanowi amerykański sąd cywilny, Amerykanie nie wykluczają podjęcia podobnych działań wobec wydawców w 20 krajach, w których książka się ukazała. Ma to się stać drogą poleceń z ambasad amerykańskich wydanych rządom lub – w razie konieczności – bezpośrednich działań prawnych przeciw wydawcom. Jak dotąd, wszystkie polecenia amerykańskie w sprawie sygnalisty były skrupulatnie przestrzegane przez państwa satelickie imperium.
Amerykański Departament Sprawiedliwości (DoJ) wydał komunikat, w którym obwieszcza, iż Edward Snowden, były pracownik Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, który ujawnił gigantyczny system inwigilacji obywateli USA przez służby wywiadowcze tego państwa, ma odpowiadać przed sądem w trybie pozwu cywilnego.
Według prawników DoJ, pozew cywilny jest ze wszech miar uzasadniony. Jako pracownik NSA Snowden podpisał umowy (zarówno z NSA jak i z CIA) zawierające specjalne klauzule dotyczące powierzania mu poufnych informacji. Jego książka ma być świadectwem złamania tych porozumień. Prawnicy DoJ argumentują także, iż Snowden powinien był przedłożyć treść książki do uzgodnienia z CIA i NSA. Amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości będzie też zabiegło o wstrzymanie publikacji, ale raczej na niewiele się to zda zważywszy, że pamiętniki te ukazały się jednocześnie w 20 krajach świata.
Przypomnijmy najważniejsze działania Edwarda Snowdena.
Ujawnił informacje o programie PRISM, dzięki któremu amerykańskie służby mogą masowo podsłuchiwać dowolne rozmowy prowadzone poprzez telefon czy komunikator internetowy. PRISM umożliwia też NSA przeglądanie poczty elektronicznej, daje dostęp do czatów i wideoczatów oraz informacji zamieszczonych w mediach społecznościowych. W programie PRISM biorą udział Microsoft (Hotmail), Google (Gmail), Yahoo!, Facebook, YouTube, Skype, AOL, Apple Inc. i Paltalk.
Snowden przekazał dziennikarzom kopię tajnego postanowienia sądu z 25 kwietnia 2013 r., zgodnie z którym jeden z głównych amerykańskich operatorów sieci telefonii komórkowej Verizon jest zobowiązany codziennie przekazywać NSA metadane dotyczące wszystkich rozmów, zarówno wewnątrzkrajowych, jak też i międzynarodowych, zawierające numery telefoniczne dzwoniącego i przyjmującego rozmowę, datę i godzinę oraz długość rozmowy jak również lokalizację, w której znajdowała się osoba dzwoniąca.
Opinia publiczna dowiedziała się, że służby Stanów Zjednoczonych szpiegowały instytucje Unii Europejskiej i ponad 30 czołowych polityków na świecie. Podsłuchiwany był m.in. telefon komórkowy kanclerz RFN Angeli Merkel.
Po ujawnieniu w 2013 r. informacji o inwigilacji prowadzonej przez NSA Snowden uciekł z kraju, został oskarżony w USA o szpiegostwo i schronił się w Rosji, gdzie uzyskał prawo pobytu.

Moskwa, Paryż, Berlin

„Macron wyciąga rękę do Moskwy” – komentuje francuska prasa roboczą wizytę prezydenta Federacji Rosyjskiej we Francji. Nie tak dawno niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas zasugerował, że obywatele Rosji powinni móc wjeżdżać do strefy Schengen bez wiz. W Warszawie natomiast wszelkie sygnały ocieplenia między zachodnioeuropejskimi stolicami a Moskwą przyjmowane są ze zgrozą. Próżno jednak szukać refleksji, że może czas zrewidować i polską politykę wschodnią.

Paryż i Moskwa muszą współpracować, aby zbliżyć stanowiska Rosji i Europy, pomimo różnic – takie przesłanie usłyszeli obecni na wspólnej konferencji prasowej prezydentów Emanuela Macrona i Władimira Putina w Forcie Brégançon. Rosja jest „europejska” i „należy odbudować system wzajemnego zaufania z nią” – to słowa prezydenta Francji, który jeszcze niedawno wskazywał na domniemany „rosyjski trop” ukryty za protestami „żółtych kamizelek”.
Rozmowa obu przywódców, odbywająca się – najwyraźniej nieprzypadkowo – na kilka dni przed szczytem G7 w Biarritz (odbędzie się on 24-26 sierpnia) dotyczyła całe spektrum tematów – od sprawy Iranu, poprzez Syrię i Libię po Ukrainę po sprawę wypowiedzianego przez Stany Zjednoczone traktatu zakazującego rakiet średniego i pośredniego zasięgu (INF) oraz konieczności przedłużenia traktatu o broniach strategicznych START 3 i problem militaryzacji okołoziemskiej przestrzeni kosmicznej. Rzecz jasna – nie sposób oczekiwać, że jedno spotkanie doprowadzi do pełnych uzgodnień we wszystkich tych sprawach, jednak jest to bez wątpienia kolejny sygnał świadczący o tym, że Europa jest znużona przedłużającą się izolacją Rosji, a prezydent Macron wyraźnie widzi dla siebie rolę postillon d’amour tego procesu. Po zakończeniu trwającego prawie 4 godziny spotkania odbywającego się za zamkniętymi prezydent Francji był jeszcze bardziej entuzjastyczny, oznajmiając, że Rosję „czeka europejska przyszłość”: „Jestem przekonany, że przyszłość Rosji jest całkowicie europejska. Wierzymy w taką Europę, która rozciąga się od Lizbony do Władywostoku” – napisał na Twitterze.
Istotnym sygnałem była też sugestia rysowania się stopniowego powrotu Rosji do G7, z której (wówczas G8) została wykluczona po aneksji Krymu – pojawiła się mianowicie sugestia, że grupa (wprawdzie bez formalnego zmieniania nazwy i ogłaszania rozszerzenia) mogłaby się właśnie spotkać w Rosji, która by wystąpiła w roli gospodarza.
Nie znaczy to, żeby nie pojawiły się w wypowiedziach zgrzyty – dotyczące porównań między protestami w Rosji w związku z wyborami samorządowymi a ruchem żółtych kamizelek”, ale nie ulega wątpliwości, że było to najcieplejsze spośród siedmiu spotkań jakie odbyli ze sobą Macron i Putin.
Prezydent Macron rozgrywa swoje zaangażowanie w zbliżenie europejsko-rosyjskie wykorzystując osłabienie dwu pozostałych głównych stolic europejskich – Londynu skoncentrowanego na brexicie i coraz mocniej okopującego się na pozycjach transatlantyckich i Berlina, ale nie można mu odmówić wyczucia chwili i rozpoznania potrzeb i zainteresowań – po obu stronach.
Wszystkie te sygnały coraz dobitniej świadczą, że pozycja Warszawy w Europie staje się coraz bardziej izolowana, a tezy wygłaszane przez polskich polityków o ciągłym zagrożeniu ze strony Moskwy brzmią coraz bardziej groteskowo.

Bez plastiku

Frontalną walkę z plastikowymi śmieciami, których zalew sprawił, że Morze Śródziemne jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych akwenów na świecie, zapowiedziała członkini francuskiego rządu, wiceszefowa resortu ekologii, Brune Poirson. Cel szczytny, szkoda tylko, że Paryż zabiera się za zmiany zdecydowanie za późno.

Kilka tygodni temu pisaliśmy o zaangażowaniu państw kontynentu afrykańskiego w walkę z zaśmiecaniem oceanów i wód śródlądowych. W takich państwach jak Rwanda czy Kenia obostrzenia dotyczące elementów plastikowych obowiązują już od kilkunastu lat.
Francja, kraj, który w swojej kolonialnej i neokolonialnej historii wiele razy niosła ludom Czarnego Lądu „postęp” – czy to za pomocą karabinów, czy gospodarczego terroru, na polu walki ze śmieciową plagą jest w porównaniu z państwami Afryki zacofanym bantustanem. Rząd dopiero w tym roku na poważnie próbuje przeciwdziałać narastającemu problemowi, który objawia się koszmarnym zanieczyszczeniem wód Morza Śródziemnego, w tym kurortów turystycznych, tracących z tego powodu na atrakcyjności. Na trwogę biją też rybacy, których sieci są rwane przez plastiki, a ryby – coraz bardziej chore i rachityczne, na co wpływ mają nanocząsteczki pochodzące od plastikowych śmieci.
Do Morza Śródziemnego z terytorium Francji wpada, w zależności od źródeł, od 200 do 600 tys. ton odpadów. 75 proc. z nich to plastikowe torebki, opakowania, słomki do picia, kubki, talerze i sztućce jednorazowego użytku.„Sytuacja jest coraz bardziej niepokojąca” – ostrzega w wywiadzie dla radia France żeglarz Patrick Deixonne, założyciel organizacji pozarządowej „Siódmy Kontynent”.
Co zamierza zrobić rząd? Na razie wydał odezwę z dobrymi radami. Wskazówki w niej zamieszczone podzielić można na trzy rodzaje: uczulenie na problem, prewencja i oczyszczanie.Minister Poirson odwiedziła w poniedziałek kurort Sablettes w Seyne-sur-Mer w Prowansji. To właśnie tam skutki śmieciowego kryzysu są szczególnie widoczne. Po plaży walają się plastikowe odpady i niedopałki. Mieszkańcy w ramach spontanicznych akcji sprzątają tereny nadbrzeżne, jednak woda wyrzuca kolejne hałdy śmieci.
Poirson zapowiedziała, że do 2025 roku z francuskiej ziemi do morza nie trafi ani drobina plastiku. W taką deklaracje nie wierzą francuskie media, która zwracają uwagę, że działania rządu nie mają kompleksowego charakteru, a przypominają bardziej dobrożyczeniową akcje uświadamiania konsumentów.
Z niszczącymi wodną ekosferę odpadami, równie ślamazarnie walczy Unia Europejska. Zgodnie z przegłosowaną pod koniec 2018 roku rezolucją, od 2021 r. plastikowe przedmioty jednorazowe, takie jak talerze, sztućce, słomki i patyczki higieniczne, które stanowią w sumie ponad 70 proc. odpadów morskich, będą zakazane na terytorium UE, lecz dopiero od 2021 r.

Rosja przygania Francji

Rosjanie wezwali Francję do powstrzymania się od „dawania lekcji” w sprawie masowego aresztowania manifestantów na sobotnim proteście antyrządowym w Moskwie. Oskarżyli ją o używanie „wszystkich metod represyjnych” przeciw „żółtym kamizelkom” i o „skrajną obłudę”.

We wrześniu odbędą się w Rosji wybory lokalne. Niektórzy kandydaci opozycji zostali odrzuceni przez komisje wyborcze, co stało się powodem sobotniego protestu. Manifestacja nie została zgłoszona. Według jednej z organizacji pozarządowych, policja miała wtedy aresztować 1400 osób, liczba nie widziana od początku powrotu prezydenta Putina na Kreml w 2012 r.
W poniedziałek wieczorem francuskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało do „szybkiego uwolnienia” zatrzymanych i „wyraziło głęboką troskę” wobec tych wypadków. Wtedy już olbrzymia większość aresztowanych była od dawna w domu, gdyż zwalniano ludzi zaraz po sprawdzeniu tożsamości.
„I to mówi Francja, gdzie przez prawie rok dochodziło do prawdziwej walki policji z manifestantami!” – zareagowała Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Władze francuskie praktykowały na własnej populacji wszystkie rodzaje metod represyjnych: gazy łzawiące, działka wodne i masowe aresztowania” – przypominała. Dodała, że „manifestacje nie były dozwolone, a policja działała jakby to byli obcy okupanci, a nie Francuzi”.
Wczoraj rosyjskie sądy ogłosiły, że w sumie po manifestacji aresztowano tymczasowo ok. 60 osób, a 160 wlepiono mandaty. Znany opozycjonista Aleksej Nawalny został skazany na 30 dni aresztu za nawoływanie do niezgłoszonej manifestacji.

Amerykańska pułapka

Było wiele pułapek w tej historii, ale ta sprzed sześciu lat została zastawiona na nowojorskim lotnisku JFK przez FBI, zaraz przy wyjściu z samolotu. Lecący długo z Azji Frédéric Pierucci znalazł się nagle pod skrzydłami czekoladowego orła, który symbolizuje amerykański Departament Sprawiedliwości (DoJ). Gdy Pierucci wylądował w lochu specjalnego więzienia, Emmanuel Macron był od roku zajęty losem Alstomu, dla którego Pierucci pracował. Czy szukał transakcji, które sfinansują mu wybory prezydenckie? Rok później, już jako minister gospodarki, sprzedał najcenniejszą część koncernu Alstom Amerykanom, którzy dla pewności przetrzymywali Pierucciego jako zakładnika.

Pierwszego wieczora przewieziono Pierucciego do więzienia specjalnego Wyatt w stanie Rhode Island, gdzie czekał na niego prokurator federalny David Novick, by przedstawić mu wizję 125 lat więzienia. Złagodził ją propozycją szpiegowania dla Stanów Zjednoczonych, w roli „wtyczki” w Alstomie. Novick wyjaśniał, że DoJ szuka haków na szefa Alstomu Patricka Krona, więc Pietrucci mógłby się przydać. Ku jego zaskoczeniu, Francuz odmówił, licząc na szybką pomoc swego koncernu, która zresztą nigdy nie nadeszła. Nie wiedział, że Amerykanie byli na tropie Alstomu już od czterech lat: zamierzali go przejąć.
Pierucci nie był na szczycie Alstomu, ale niedaleko: kierował kontynentalnymi oddziałami przedsiębiorstwa, zajmował się kontraktami z różnymi państwami. Mieszkał z rodziną w Singapurze. Dowiedział się, że został zatrzymany w USA za wspólnictwo w korupcji w Indonezji, 10 lat wcześniej. Dwóch indonezyjskich deputowanych zeznało na prośbę Amerykanów, że były próby przekupstwa ze strony Alstomu. Dlaczego zajmują się tym Amerykanie? Bo mają słynne prawo – FCPA – ustawę o przeciwdziałaniu korupcji na świecie z 1977 r., która w 1998 r. stała się wszech-terytorialna. USA przyznały sobie prawo ścigania korupcji na całym świecie, jeśli w grę wchodzą dolary lub korzystanie z amerykańskiej technologii (np. wysłanie maila). To im pozwala skuteczniej prowadzić wojnę gospodarczą i doić sojuszników.
Cztery litery
FCPA to jedno z głównych narzędzi amerykańskiej pułapki. Pierucci oficjalnie właściwie nie zawinił korupcją, ale tym, że nie zawiadomił DoJ, kiedy mógł o niej wiedzieć. Taki planetarny obowiązek nałożyły jednostronnie Stany Zjednoczone, a dość im łatwo ścigać cudzoziemców za niezrobienie czegoś, czego wymaga od nich amerykańskie prawo. W FCPA jest tyle pułapek, że można posadzić każdego, kto zostanie wyznaczony na winnego. To upraszcza sprawę.
Gdy Pierucci poznawał w więzieniu towarzystwo seryjnych morderców i bossów mafii, Macron był już w centralnym kręgu władzy, u boku prezydenta Hollande’a. Od razu wtedy zamówił raport na temat Alstomu w amerykańskiej firmie poradnictwa strategicznego A.T. Kearney, za 300 tys. euro. Macron przez lata pracy w Banku Rothschild przeprowadził właściwie tylko jedną wielką transakcję, ale między koncernami – Nestlé i Pfizerem, dzięki czemu został milionerem i udziałowcem banku. Uznał, że ma doświadczenie.
DoJenie na całego
Alstom był gigantycznym przedsiębiorstwem przemysłu ciężkiego z dwiema głównymi specjalizacjami: transportu i energetyki. Dziś nikt nie wie, dlaczego właściwie został wystawiony na sprzedaż. Dobrze zarabiał, miał zamówień na 10 lat i przede wszystkim strategiczne znaczenie dla krajowej gospodarki (i nawet obronności). To łakomy kąsek, szczególnie jego gałąź energetyczna, dająca firmie trzy czwarte dochodu. Amerykański koncern General Electric (GE) i niemiecki Siemens bardzo się nią zainteresowały. Amerykanie szybko odesłali Niemców do domu. Na przeszkodzie stał jeszcze Arnaud Montebourg, minister gospodarki, który w czymś się połapał, nie chciał dać zgody na transakcję. Pierucci siedział już ponad rok bez szansy na wyjście, gdy prezydent Hollande usunął Montebourga i mianował na jego miejsce Macrona (2014). Ten szybko zgodził się na sprzedaż Alstomu Amerykanom tłumacząc: „Francja to nie Wenezuela, mamy wolność gospodarczą”. Dwa dni później DoJ wypuścił Pierucciego z więzienia, warunkowo.
Odcięty od świata dyrektor, pragnąc pojąć, w jakie tryby się dostał, zaczął studiować amerykańskie prawo, aż zrozumiał jak jest wykorzystywane do wasalizacji i rabowania obcych państw i przedsiębiorstw, jak DoJ współpracuje z GE (i innymi amerykańskimi olbrzymami) w osiągnięciu imperialnego celu. Amerykanie ściągają regularny haracz z wielkich firm europejskich wykorzystując światowy zasięg swych praw i dominującą pozycję. Ma to formę kar finansowych wymierzanych z „czterech liter” lub na podstawie ustaw o sankcjach i embargach. Te ostatnie uroczyście ogłaszają, że jakieś państwo jest biznesowo trędowate, więc każdy, kto zechce się doń zbliżać, czy z nim handlować, dostanie po nosie. Wielkie firmy z Europy potulnie płacą Stanom Zjednoczonym wielomiliardowe „mandaty”, inaczej zostałyby wyrzucone z tamtejszego rynku. Alstom został przejęty, a i tak musiał zapłacić.
Zdrada
Po sprzedaży GE swego energetycznego skrzydła (za ponad 12 miliardów dolarów), Alstom musiał zapłacić Amerykanom prawie 800 milionów dolarów za wyplątanie się z indonezyjskiej historii korupcyjnej. W powojennej kapitalistycznej Europie długo utrzymywała się charakterystyczna moralność: korupcja była zabroniona, ale nie wobec obcokrajowców. Francuskie przedsiębiorstwa jeszcze do 2000 r. mogły sobie odliczać od podatku łapówki dawane zagranicą. Unia to zmieniła, ale pewne obyczaje pozostały. USA są tak silne politycznie, że nie muszą nikogo przekupywać, wystarczy pogrozić palcem w razie oporu, ale w Europie po staremu daje się w wyciągniętą, niewidzialną łapę rynku, by interesy lepiej szły.

Pierucci nie mógł pogodzić się ze sprzedażą Alstomu USA. Skontaktował się z byłym szefem działu śledczego Radio France, cenionym dziennikarzem l’Obsa Matthieu Aronem. To General Electric konserwuje teraz turbiny Alstomu dla francuskich okrętów podwodnych, dla lotniskowca Charles de Gaulle i w cywilnych elektrowniach atomowych. Wystarczy w razie jakiejś politycznej sprzeczki, że Amerykanie nie zechcą zajmować się turbinami i sieciami elektrycznymi, a trzy czwarte Francji zostanie pozbawione prądu. Utracie suwerenności towarzyszy utrata niezależności energetycznej. Ale Macron był zachwycony. W 2015 r. pojechał do Belfort, gdzie robotnicy byli bardzo zaniepokojeni, spodziewali się masowych zwolnień.
„Nasz amerykański partner stworzy tu tysiąc dodatkowych miejsc pracy!” – prezydent Macron w czapce Alstomu przekonywał, że będzie na odwrót, jeśli chodzi o obawy pracownicze, wszystko zakwitnie dzięki niemu i GE. W tym czasie Pierucci, zagrożony procesem ze 125 latami więzienia w roli głównej, uległ amerykańskiej prokuraturze i dobrowolnie poddał się karze – DoJ wygrywa w ten sposób 98,5 proc. spraw. Został za to natychmiast wyrzucony z pracy, ale mógł liczyć na krótsze siedzenie. Skazano go łącznie na 30 miesięcy, więc musiał wrócić do Ameryki, by odsiedzieć jeszcze rok. Kiedy ostatecznie wychodził na wolność, GE ogłosił, że zwalnia (na początek) ponad tysiąc osób z Belfort. Amerykanie zrobili tę przyjemność Macronowi, że zgodzili się poczekać z tym komunikatem, aż odbędą się wybory europejskie. Dotarł do ludzi dwa dni po głosowaniu.
Właściwy wybór
Jak się wydaje, Amerykanie zechcieli kupić Alstom, bo koncern nawiązywał relacje z Chinami i Rosją. USA nie chciały kolejnego transferu technologii do Chin, a z Francuzami dobrze im szło: w 2014 r. BNP Paribas został zmuszony do zapłacenia Amerykanom „mandatu” w astronomicznej wysokości dziewięciu miliardów dolarów, po oskarżeniu o naruszenie jednostronnego, amerykańskiego embarga nałożonego na Iran i Kubę. Francuzi nie mogli tego przełknąć, w parlamencie powstała specjalna komisja do wyświetlenia okoliczności sprzedaży Alstomu. Na jej czele stanął Olivier Marleix, poseł Republikanów (prawica liberalna), by dojść, że sprzedaż Alstomu łączy się zarówno z zakładnikiem Pieruccim, jak i wyborem Emmanuela Macrona (prawica neoliberalna) na prezydenta w 2017 r. Marleix przekonuje, że część pieniędzy z transakcji poszła na fundusz wyborczy Macrona i zapewnienie przychylności administracji i mediów.
Kilka dni temu śledztwo w tej sprawie zwykła prokuratura przekazała specjalnej prokuraturze finansowej. Jej szefa ma wkrótce zatwierdzić Macron. Marleix nazywa ten przekręt „paktem korupcyjnym”, który „całkowicie” zdeformował demokrację. W Belfort w czerwcu manifestowało przeciw GE i Macronowi 10 tysięcy ludzi, z ugrupowaniami od Nowej Partii Antykapitalistycznej po liberalną prawicę. Na początku roku Pierucci z Aronem wydali książkę Amerykańska pułapka, szybko przełożoną na angielski, na temat jankeskich metod wojny gospodarczej. Brytyjska BBC zwróciła uwagę, że książkę pilnie czytał i chwalił Ren Zhengfei, big-szef Huawei, chińskiego producenta telefonów, przeciw któremu działają Amerykanie. Zapewniają sobie hegemonię lub osłabiają konkurencję instrumentalizując własny wymiar sprawiedliwości, ściśle w tym wypadku poddany polityce rządu.
Cienie na ścianie
W Paryżu, w październiku zeszłego roku, kiedy książka powstawała, jacyś do dziś nie znalezieni ludzie włamali się do mieszkania Arona, by wynieść wyłącznie komputery, dokumenty i notatki. Nic cennego nie zginęło, bo ktoś interesował się tylko zapisanymi informacjami. Sekrety sprawy Alstomu mogą być przyczyną poważnych kłopotów nie tylko dla Macrona, może być wielu podejrzanych. Amerykanie prowadzą szerokie interesy, doją DoJem głównie Niemców i Francuzów, ale są i inni. Miliardy dolarów przechodzą z rąk do rąk i następuje wtedy mityczne skapywanie do prywatnych kieszeni wielu osób.
W ciągu dwóch lat rządów Macrona Francja przechodzi rewolucję neoliberalną: nigdzie na świecie nie przybywa tylu milionerów (i wyżej) w takim tempie, jak dziś we Francji, dzięki „reformom” prezydenta. Jednocześnie zwiększają się obszary biedy, trwa burzenie systemu socjalnego, wszystkiego, co należy do wspólnoty. Macron służy wyłącznie swojej klasie społecznej. Prawie 40 proc. Francuzów myśli o rewolucji, jako lekarstwie na tę niesprawiedliwość. Dyrektor IFOP, znanego instytutu badania opinii publicznej, był zdziwiony: „nigdzie w Europie nie ma takiego radykalizmu”. Afera Alstomu i amerykańskiej pułapki wróci pewnie jesienią, gdy ludzie znów wyjdą na ulice.

Głupota Macrona?

Amerykański prezydent wystąpił w obronie GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple) – czołowych amerykańskich koncernów technologii internetowych, które Francja próbuje opodatkować. GAFA i inne amerykańskie giganty stosują ucieczki podatkowe na wielką skalę – w Europie właściwie nie płacą nic. Francja jest pierwszym krajem, który chce to zmienić. Trump już mówi o „wojnie”.

„Tylko my mamy prawo nakładać podatki na amerykańskie przedsiębiorstwa” – kłamał amerykański prezydent, zapowiadając „odpowiedź na głupotę Macrona”. Cło na francuskie wina, sprzedające się w Ameryce bardzo dobrze, zapewne mocno wzrośnie. „Wino amerykańskie jest dużo lepsze niż francuskie” – ogłosił Trump, który nie pije alkoholu.
W tym miesiącu francuski parlament przyjął ostatecznie ustawę o opodatkowaniu francuskiej działalności GAFA. Jest to prawo pionierskie, gdyż do tej pory w Europie te koncerny unikały podatków, wykorzystując strach tubylców przed imperium. Amerykanie uważają, że płacenie podatków zagranicą to „dyskryminacja”. Rzecznik Białego Domu Judd Deere zapowiedział, że „administracja nie pozostanie z założonymi rękami, nie będzie tolerować dyskryminacji przedsiębiorstw amerykańskich”.
Francuski podatek nie będzie liczony od zysku, zazwyczaj konsolidowanego w oficjalnych rajach podatkowych, jak Irlandia, tylko od obrotu (3 proc.) we Francji, dopóki OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) nie skoordynuje wprowadzenia nowych reguł pobierania takich podatków dla wszystkich członków organizacji. Francuski podatek GAFA ma obowiązywać wstecznie, od 1 stycznia bieżącego roku. Zapłacą go firmy, których obroty na świecie wynoszą ponad 750 milionów euro, a we Francji dwadzieścia pięć milionów.
Ekonomiczny doradca Trumpa Larry Kudlow nazwał decyzję Francji „grubym, bardzo grubym błędem”. Ameryka nie jest zadowolona, ale Francuzi na razie nie miękną, zapowiadają wprowadzenie w życie ustawy.

Francuska sałatka

Nie jest to jednak książka o kulinariach.

Francja przez co najmniej kilkanaście ostatnich lat była w Polsce niemodna i nawet legendarny Paryż przestał na lata elektryzować polską wyobraźnię. Jednak zawirowania polityczne obecnych czasów, kryzys imigracyjny, islamistyczne zamachy terrorystyczne 2015 roku, fiasko trzech kolejnych prezydentur, z którymi wiązano nadzieję na odrodzenie Francji (Sarkozy, Hollande i Macron), a od ponad ośmiu miesięcy protest „żółtych kamizelek”, spowodowały renesans zainteresowania tym krajem.
Krytyczna refleksja nad Francją także w tym kraju nabrała w ostatnich latach rumieńców. Głośne książki: „Dusza Francji” Maxa Gallo, „Francja, która upada” Nicolasa Baverez, „Kiedy Francja się obudzi” Pascala Lamy, „Francuska tajemnica” Hervé Le Brasa i Emmanuela Todta czy skrajnie pesymistyczny esej Erica Zemmour „Samobójstwo francuskie”, stały się przedmiotem namiętnych sporów. Z polskiej strony zapotrzebowaniu na refleksję nad Francją wyszedł Marek Ostrowskich swoim „Francuskim snem”.
Wieloletni korespondent we Francji i wyborny znawca tego kraju nie zagłębiał się w aż tak głębokie mroki jaźni francuskiej, bo w końcu Francuzem nie jest, za to świetnie przybliżył polskiemu czytelnikowi kluczowe problemy tego kraju, w formie lekkiej i przyjemnej w lekturze, a zatem jakby francuskim sposobem. Jest to może nie bigos (antyteza kuchni francuskiej), ale – powiedzmy – francuska sałatka składająca się z licznych ingrediencji, z poważnych rozważań publicystycznych, analitycznych dotyczących francuskiej rzeczywistości w jej najważniejszych aspektach – imigracja, islamski terroryzm, gospodarka, edukacja, tożsamość, zagadnienia podziałów klasowych, laicyzm, podział na Paryż i prowincję, ale przetykanych anegdotami, retrospekcjami historycznymi od czasów Francji galijskiej po de Gaulle’a.
Szczególnie dużo miejsca poświęcił Ostrowski trzem ostatnim prezydentom Francji, czyli Sarkozy’emu, Hollande’wi i aktualnemu Macronowi, a sięgnął tematycznie aż po temat najświeższy i nadal aktualny – protest „żółtych kamizelek”. Nie pominął też ważnego aspektu życia francuskiego, jak zagadnienia natury miłosnej. Zwrócił też m.in. uwagę na to, że mimo pewnej amerykanizacji i tabloidyzacji, jakim podlega także kultura francuska, jest to społeczeństwo, którym „snobizm wykształcenia i zdobycia kultury wyższej obejmuje większe niż gdzie indziej rzesze społeczeństwa” i że trudno o odpowiednik tego zjawiska w innych krajach”. Od siebie dodam, że także bardzo wybitnie trudno w Polsce, w Polsce, gdzie moda czy choćby tylko snobizm na intelektualizm pojawiła się na krótko jedynie w pewnym okresie PRL.
Książka Ostrowskiego skierowana jest raczej nie do czytelnika specjalizującego się w problematyce francuskiej, lecz stanowi formę przybliżenia jej czytelnikowi dopiero nią zainteresowanemu, ale to jej walor, tym bardziej, że opowiada o Francji nie za pomocą banalnych do bólu stereotypów turystycznych (wieża Eiffla, Luwr, kulinaria), ale podejmuje zagadnienia istotne. Ciekawie przy tym zwraca uwagę Ostrowski na kwestię imigracyjną w aspekcie doświadczeń historycznych Francji.
Otóż imigracji afrykańsko-azjatyckiej do Francji, przy wszystkich jej poważnych i niebezpiecznych konsekwencjach nie sposób traktować w tym kraju bez kontekstu historycznego. Zarówno bowiem w I jak i II wojnie światowej ogromną daninę krwi złożyli francuscy żołnierze pochodzenia afrykańskiego głównie, z kolonii, czarnoskórzy i śniadzi, i to w Afryce, w Kongo, w Brazzaville, a nie w Londynie czy Waszyngtonie generał de Gaulle założył najważniejszy sztab swojej walki.
W jednym nie w pełni zgadzam się z Ostrowskim: gdy mocno bagatelizuje skalę niebezpieczeństwa muzułmańskiego we Francji, uważając, że alarmistyczne ostrzeżenia są przesadne, na wyrost. Co do mnie nie byłbym tak spokojny. Przy przyroście naturalnym społeczności muzułmańskiej we Francji i szybkiej dynamice przemian społecznych, ciągle relatywnie niewielki jej procent demograficzny w stosunku do rdzennej ludności francuskiej może szybciej niż nam się zdaje doprowadzić do tego, o czym w formie dystopii opowiada Houellebecq w swojej głośnej powieści „Uległość”.
Ostrowski jest w tym kandydowskim optymizmie i dozie nonszalancji nader francuski, ale ja nie potrafię się wyzbyć obaw, że może nadejść czas, przy spełnieniu pewnych warunków, gdy dotychczasowa mniejszość muzułmańska stanie się polityczną większością i narzuci swoje reakcyjne, antyludzkie i antykobiece prawa ojczyźnie wolności, równości i braterstwa, ojczyźnie lewicy. Nie lekceważyłbym tej groźby.
Oby Francuzi nie obudzili się z „francuskiego snu” w rzeczywistości, o której dziś nie chcą myśleć, od której odwracają wzrok i której nie chcą się nawet obawiać. Już dziś nie są do końca gospodarzami we własnym kraju. Wystarczy wybrać się choćby do wschodnich dzielnic Paryża, by się o tym przekonać.

Marek Ostrowski – „Francuski sen”, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2019, str. 232, ISBN 978-83-8002-7978.

Podejrzany EM

Paryska prokuratura przekazała specjalnej prokuraturze finansowej (PNF) śledztwo w sprawie sprzedaży przez Emmanuela Macrona, jako jeszcze ministra gospodarki, całej energetycznej części francuskiego giganta Alstom Amerykanom z General Electric. Według zarzutów, podejrzana sprzedaż za 12 miliardów łączyła się bezpośrednio z nielegalnym finansowaniem kampanii prezydenckiej obecnego szefa państwa.

W tej sytuacji wszyscy skupili uwagę na stanowisku szefa PNF, które jest akurat puste: wybór tego urzędnika zależy od Macrona. Do prokuratury zaniósł to Olivier Marleix (Republikanie, prawica), który stał wcześniej na czele parlamentarnej komisji do wyświetlenia dziwnych okoliczności sprzedaży Alstomu, przedsiębiorstwa, które uważa się za strategiczne. Komisja pochyliła się nad innymi wyprzedażami ważnych przedsiębiorstw Amerykanom, przy których Macron maczał palce.
Kontrakt był wyjątkowy: honoraria pochłonęły 10 proc. umowy, podczas gdy zwyczajowo to 1-2 proc. Te wielkie pieniądze popłynęły do grup lobbingowych, pijarowych, banków inwestycyjnych. Pozwoliły też zmontować odpowiednią operację medialną na rzecz Macrona, wcześniej bankiera, i udawać legalne finansowanie jego kampanii. Szef PNF może temu ukręcić szyję, jeśli zechce. Problemem jest wydana w tym roku książka byłego wysokiego dyrektora w Alstomie Frédérica Pierucciego Amerykańska pułapka, która ujawnia mechanizmy wojny gospodarczej prowadzonej przez Stany Zjednoczone przeciw reszcie świata i traktowanie przez nie sojuszników.
Pierucci przesiedział ponad dwa lata w amerykańskim więzieniu specjalnym. Był jednym z zakładników francuskich w USA, gdy te chciały wspomóc pomyślny dla nich przebieg transakcji General Electric. Zrobili to, choć Macron im sprzyjał. Pierucci wyszedł na wolność w kilka dni po przesądzeniu sprzedaży na rzecz Amerykanów, a nie Siemensa, który też chciał kupić energetyczną część Alstomu. Sens sprzedaży jest mocno wątpliwy dla Marleixa: oddaje Amerykanom decyzję wyłączenia central atomowych Francji, gdyż Alstom obsługuje tam część niezbędnych urządzeń. To nie pierwszy cień, który pada na kadencję Macrona.

Co by było, gdybym nie wyjechał z Reims?

Od francuskiego wydania „Powrotu do Reims” Didiera Eribona minęła dekada. W polityce to prawdziwa epoka. Zarysowane przez autora zaniepokojenie odwrotem od haseł egalitaryzmu na rzecz nacjonalizmu w najbardziej obrzydliwej wersji, dziś jeszcze mocniej daje się we znaki. Wiele politycznych diagnoz dla uważnych obserwatorów lewicowych nowości wydawniczych może okazać się mało odkrywczych. Tym bardziej, że mogliśmy na bieżąco obserwować, jak wiele partii posługujących się inkluzywnym dla pracowników językiem traciło poparcie z najróżniejszych przyczyn.

Za to aspektem tej pozycji, któremu, jak przypuszczam, upływ czasu nie odbierze wartości, jest bardzo osobisty opis przeżyć homoseksualisty z klasy robotniczej. Co za tym idzie, refleksja nad tym, które brzemię społecznego wykluczenia zadecydowało o miejscu zajmowanym przez autora tu i teraz. Mimo nagromadzenia w publikacji nazwisk wielu intelektualistów jest to pozycja na tyle przystępna, że osoby bez skończonej socjologii nie muszą podchodzić do niej na palcach.
„Powrót do Reims” postawiłbym na półce pomiędzy „Pensjonatem pamięci” Judta, a „Szacunkiem w dobie nierówności” Senetta. Z obiema publikacjami łączy Eribona aspiracja do osadzenia własnego losu w historycznych i socjologicznych kontekstach, jak i autokrytycyzm wobec własnych życiowych wyborów. Kac Judta po rozczarowaniu marksistowskim syjonizmem jest podobny do rozczarowania, z którym styka się Eribon na paryskim uniwersytecie. Pracownicy socjalni opisani w książce Senetta traktowali dzieci z chicagowskiego getta z równą protekcjonalnością, jak katolickie organizacje charytatywne ubogich rodziców autora.
Książka stawia wiele pytań, które dziś zdają się oczywiste. Czy kwestia gejowska leży w obszarze trosk lewicy? Chciałoby się odpowiedzieć: tak, ale w momencie młodzieńczego zaangażowania Eribona w ruch trockistowski, jego własna formacja intelektualna nie była zainteresowana tym frontem walki. Czy da się być lewicowcem i rasistą? Chciałoby się z kolei odpowiedzieć: nie, ale zdaniem autora stykającego się na co dzień z jawnie antyimigranckimi zachowaniami, głosowanie na lewicę było głosowaniem przeciw części samego siebie, przejawiającej tego typu odruchy.
„Powrót do Reims” to portret klasy robotniczej sprzed kilku dekad bez pudru. Opisane akty przemocy, homofobii, rasizmu i seksizmu skutecznie odstraszyłoby wielu dzisiejszych lewicowych aktywistów. Z drugiej strony, nakreślenie nienormatywności struktur małżeńskich i rodzinnych skłoniłyby Ordo Iuris do przemyślenia na nowo kwestii podmiotu demoralizującego dzieci.
Książka przesiąknięta jest żalem, przeświadczeniem o niemożności odwrócenia dawnych wyborów, ale też przekonaniem, że właściwie niewiele brakowało do tego, żeby jej autor głosował wraz ze swoimi braćmi na Le Pen. Alternatywnym tytułem „Powrotu do Reims” mogłoby być „Co by było, gdybym nie wyjechał z Reims”. Czy jako heteroseksualista byłbym wystarczająco zdeterminowany, żeby opuścić rodzinne miasto? Czy podobnie jak kuzynka pracująca w urzędzie byłbym ucieleśnieniem awansu społecznego? Innym alternatywnym tytułem mogłoby być, „Czy mogę wybaczyć Reims”. Czy niewyobrażalnie ciężkie robotnicze życie rodziców usprawiedliwia ich okrucieństwo? Czy mogę odwrócić się od rodziców, skoro moja matka przez większość życia marzyła o osiągnięciu tego poziomu edukacji co ja?
W mojej ocenie punkt ciężkości pomiędzy zrozumieniem dla systemowych przyczyn przemocy, a własnej niezgody i podmiotowości jest postawiony w słusznym miejscu. Pada on tam, gdzie ten stawiany przez Bell Hooks w „Teorii feministycznej”. Przemoc domowa, ze względu na rasę czy płeć, jest w tych tekstach przedłużeniem przemocy doświadczanej w miejscu pracy. Opisy stykania się z bezwzględnością policji i „łowców gejów”, jak i pracowniczego poniżenia doświadczanego przez rodziców są najbardziej poruszającymi momentami książki. Nie sposób nie utożsamić się ze wspomnieniami wyczerpującej pracy samego autora usiłującego zarobić na studia. Droga do dzisiejszej rozpoznawalności była w większym stopniu zasługą szczęśliwego przypadku niż wiedzy, talentu i edukacji.
Za intelektualnych patronów Eribona można uznać Bourdieu, Foucaulta i Sartre’a wielokrotnie przywoływanych na kartach książki. Mimo że nazwisko ostatniego z nich nie pada w kontekście pojawiającego się w różnych kontekstach wstydu, spojrzenie pisarza na tę kwestię jest sartrowskie do szpiku kości. Wstyd jest uczuciem, które dla tego egzystencjalisty było nierozerwalnie z reakcją na spotkanie z innym. Dla autora życie homoseksualisty łączyło się z koniecznością tłumienia tożsamości chłopaka z robotniczej rodziny, a życie chłopaka z robotniczej rodziny szło w parze z milczeniem w kwestii własnego homoseksualizmu. W niedawnym wywiadzie francuski socjolog zdradził, że właśnie pracuje nad następną podobną pozycją, tym razem poświęconą w większym stopniu jego matce, dumnej ze swoich cygańskich korzeni Francuzce o poglądach antyimigranckich. Ciekawe, jak poradzi sobie z tym jakże odmiennym dylematem tożsamościowym.
Dider Eribon, „Powrót do Reims”, Wydawnictwo „Karakter”, Kraków 2019, str. 224, ISBN 978-83-66147-05-8.