Co by było, gdybym nie wyjechał z Reims?

Od francuskiego wydania „Powrotu do Reims” Didiera Eribona minęła dekada. W polityce to prawdziwa epoka. Zarysowane przez autora zaniepokojenie odwrotem od haseł egalitaryzmu na rzecz nacjonalizmu w najbardziej obrzydliwej wersji, dziś jeszcze mocniej daje się we znaki. Wiele politycznych diagnoz dla uważnych obserwatorów lewicowych nowości wydawniczych może okazać się mało odkrywczych. Tym bardziej, że mogliśmy na bieżąco obserwować, jak wiele partii posługujących się inkluzywnym dla pracowników językiem traciło poparcie z najróżniejszych przyczyn.

Za to aspektem tej pozycji, któremu, jak przypuszczam, upływ czasu nie odbierze wartości, jest bardzo osobisty opis przeżyć homoseksualisty z klasy robotniczej. Co za tym idzie, refleksja nad tym, które brzemię społecznego wykluczenia zadecydowało o miejscu zajmowanym przez autora tu i teraz. Mimo nagromadzenia w publikacji nazwisk wielu intelektualistów jest to pozycja na tyle przystępna, że osoby bez skończonej socjologii nie muszą podchodzić do niej na palcach.
„Powrót do Reims” postawiłbym na półce pomiędzy „Pensjonatem pamięci” Judta, a „Szacunkiem w dobie nierówności” Senetta. Z obiema publikacjami łączy Eribona aspiracja do osadzenia własnego losu w historycznych i socjologicznych kontekstach, jak i autokrytycyzm wobec własnych życiowych wyborów. Kac Judta po rozczarowaniu marksistowskim syjonizmem jest podobny do rozczarowania, z którym styka się Eribon na paryskim uniwersytecie. Pracownicy socjalni opisani w książce Senetta traktowali dzieci z chicagowskiego getta z równą protekcjonalnością, jak katolickie organizacje charytatywne ubogich rodziców autora.
Książka stawia wiele pytań, które dziś zdają się oczywiste. Czy kwestia gejowska leży w obszarze trosk lewicy? Chciałoby się odpowiedzieć: tak, ale w momencie młodzieńczego zaangażowania Eribona w ruch trockistowski, jego własna formacja intelektualna nie była zainteresowana tym frontem walki. Czy da się być lewicowcem i rasistą? Chciałoby się z kolei odpowiedzieć: nie, ale zdaniem autora stykającego się na co dzień z jawnie antyimigranckimi zachowaniami, głosowanie na lewicę było głosowaniem przeciw części samego siebie, przejawiającej tego typu odruchy.
„Powrót do Reims” to portret klasy robotniczej sprzed kilku dekad bez pudru. Opisane akty przemocy, homofobii, rasizmu i seksizmu skutecznie odstraszyłoby wielu dzisiejszych lewicowych aktywistów. Z drugiej strony, nakreślenie nienormatywności struktur małżeńskich i rodzinnych skłoniłyby Ordo Iuris do przemyślenia na nowo kwestii podmiotu demoralizującego dzieci.
Książka przesiąknięta jest żalem, przeświadczeniem o niemożności odwrócenia dawnych wyborów, ale też przekonaniem, że właściwie niewiele brakowało do tego, żeby jej autor głosował wraz ze swoimi braćmi na Le Pen. Alternatywnym tytułem „Powrotu do Reims” mogłoby być „Co by było, gdybym nie wyjechał z Reims”. Czy jako heteroseksualista byłbym wystarczająco zdeterminowany, żeby opuścić rodzinne miasto? Czy podobnie jak kuzynka pracująca w urzędzie byłbym ucieleśnieniem awansu społecznego? Innym alternatywnym tytułem mogłoby być, „Czy mogę wybaczyć Reims”. Czy niewyobrażalnie ciężkie robotnicze życie rodziców usprawiedliwia ich okrucieństwo? Czy mogę odwrócić się od rodziców, skoro moja matka przez większość życia marzyła o osiągnięciu tego poziomu edukacji co ja?
W mojej ocenie punkt ciężkości pomiędzy zrozumieniem dla systemowych przyczyn przemocy, a własnej niezgody i podmiotowości jest postawiony w słusznym miejscu. Pada on tam, gdzie ten stawiany przez Bell Hooks w „Teorii feministycznej”. Przemoc domowa, ze względu na rasę czy płeć, jest w tych tekstach przedłużeniem przemocy doświadczanej w miejscu pracy. Opisy stykania się z bezwzględnością policji i „łowców gejów”, jak i pracowniczego poniżenia doświadczanego przez rodziców są najbardziej poruszającymi momentami książki. Nie sposób nie utożsamić się ze wspomnieniami wyczerpującej pracy samego autora usiłującego zarobić na studia. Droga do dzisiejszej rozpoznawalności była w większym stopniu zasługą szczęśliwego przypadku niż wiedzy, talentu i edukacji.
Za intelektualnych patronów Eribona można uznać Bourdieu, Foucaulta i Sartre’a wielokrotnie przywoływanych na kartach książki. Mimo że nazwisko ostatniego z nich nie pada w kontekście pojawiającego się w różnych kontekstach wstydu, spojrzenie pisarza na tę kwestię jest sartrowskie do szpiku kości. Wstyd jest uczuciem, które dla tego egzystencjalisty było nierozerwalnie z reakcją na spotkanie z innym. Dla autora życie homoseksualisty łączyło się z koniecznością tłumienia tożsamości chłopaka z robotniczej rodziny, a życie chłopaka z robotniczej rodziny szło w parze z milczeniem w kwestii własnego homoseksualizmu. W niedawnym wywiadzie francuski socjolog zdradził, że właśnie pracuje nad następną podobną pozycją, tym razem poświęconą w większym stopniu jego matce, dumnej ze swoich cygańskich korzeni Francuzce o poglądach antyimigranckich. Ciekawe, jak poradzi sobie z tym jakże odmiennym dylematem tożsamościowym.
Dider Eribon, „Powrót do Reims”, Wydawnictwo „Karakter”, Kraków 2019, str. 224, ISBN 978-83-66147-05-8.

Nie dla zakazu działania partii komunistycznej w Polsce

Prezydent Andrzej Duda odesłał wprowadzone „na szybko” przez Sejm poprawki do kodeksu karnego do Trybunału Konstytucyjnego. To jednak może okazać się tylko odroczeniem penalizacji głoszenia komunistycznej ideologii, posługiwania się komunistycznymi symbolami i zrównania komunizmu z faszyzmem. Zmiany wprowadzone do art. 256 kk były przedmiotem żywiołowych protestów ze strony zagranicznych partii komunistycznych. Poniżej za „Brzaskiem” publikujemy wspólne stanowisko francuskich organizacji komunistycznych.

Nasze organizacje komunistyczne zwracają się do władz Rzeczypospolitej Polskiej z wyrazem protestu przeciwko mnożącym się w Polsce działaniom antykomunistycznym, zmierzającym do kryminalizacji ideologii i użycia symboli komunistycznych, przejawiającym się w niszczeniu pomników ku czci radzieckich żołnierzy-wyzwolicieli, a w końcu zmierzającym do zakazania działalności Komunistycznej Partii Polski.
Zrównanie komunizmu z faszyzmem jest antyhistoryczną potwornością. Jak pokazują to dobitnie walki toczone w XX wieku, komunizm był pierwszym celem faszyzmu i jego głównym przeciwnikiem. Któż może negować wkład ZSRR, państwa komunistycznego, w wyzwolenie Polski i ofiarę 600 tys. żołnierzy Armii Czerwonej poległych na terenach Polski aby powstrzymać hitlerowskie ludobójstwo i odbudować niepodległość Polski?
Mimo to, władze polskie intensyfikują swoją antykomunistyczną kampanię, wspierane w jej prowadzeniu przez fakt, iż Unia Europejska uczyniła z antykomunizmu swoją oficjalną ideologię, prześladując redakcję czasopisma „Brzask” i zmierzając do delegalizacji Komunistycznej Partii Polski. Przypomnijmy, że prześladowania te, które rozpoczęły się dziesięć lat temu wraz z próbą wprowadzenia zakazu używania komunistycznej symboliki, zablokowaną przez Trybunał Konstytucyjny w 2011 r. w następstwie licznych protestów w kraju i za granicą. W lutym bieżącego roku, po trzech latach procesu przeciwko kierownictwu KPP i redakcji „Brzasku” zarzuty zostały oddalone (Nie zamyka to sprawy, gdyż prokuratura wystąpiła z wnioskiem apelacyjnym – przyp. red.).
Rząd polski, wprowadzając poprawkę do art. 25 kodeksu karnego, stara się zakazać propagowania ideologii komunistycznej, zrównując komunizm z faszyzmem przy użyciu falsyfikującego terminu „totalitaryzm”. Z naszego punktu widzenia jedyny „totalitaryzm”, który ma znaczenie, to ten, który utrwala dyktaturę klasy wyzyskiwaczy nad milionami pracowników, to kapitalizm!
Reakcyjne stanowisko rządu polskiego w stosunku do praw kobiet, w odniesieniu do imigracji, usiłowanie podporządkowania sobie wymiaru sprawiedliwości, ograniczanie wolności prasy są demaskowane regularnie przez międzynarodowy ruch komunistyczny. Nasi towarzysze z Komunistycznej Partii Polski prowadzą przeciwko tej polityce modelową walkę, wskazując na związki pomiędzy polskimi kapitalistami i Unią Europejską, Bronią odważnie pamięci po socjalistycznej przeszłości, o czasach gdy fabryki pracowały, gdy nie było bezrobocia ani nędzy, przeciwko fałszowaniu historii.Francuskie organizacje komunistyczne wyrażają całkowita solidarność i wsparcie dla komunistów polskich i domagają zaprzestania ich represjonowania.
Jesteśmy przekonani, że naród polski nie będzie dłużej tolerował zamachów na swobody demokratyczne, które wpisują się w reakcyjną politykę prowadzoną wbrew jego interesom.
Apelujemy do sił postępu, tak w Polsce, jak i w Europie, aby zwalczały antykomunistyczne prawa, które – jak to pokazuje historia – otwierają drogę do faszystowskiego barbarzyństwa.
Czerwiec 2019 r.

Francja przed referendum

Czy neoliberalizm da się pokonać drogą głosowania? Francuzi na różne sposoby kontestują „reformy” prezydenta Emmanuela Macrona, ale tego jeszcze nie było. Nigdy nie stosowane Referendum z inicjatywy dzielonej (RIP) ma być sposobem na odrzucenie polityki wielkich prywatyzacji, kojarzonej z wyprzedażą ostatniej domowej biżuterii. Trzeba zebrać prawie pięć milionów podpisów, kampania właśnie ruszyła.

We wtorek 18 czerwca Benjamin Sonntag, dziennikarz, współzałożyciel portalu informatycznego Quadrature du net, włamał się do serwera ministerstwa spraw wewnętrznych i policzył podpisy: było ich ponad 125 tysięcy. Gdyby ludzie podpisywaliby się w tym tempie, wymagany próg ponad 4,7 miliona byłby osiągnięty w 40 dni. Głosować można jednak przez dziewięć miesięcy. Nie wszyscy reagują w tym samym tempie i sprawa nie jest jeszcze wygrana.
Ta informacja podniosła jednak morale niezwykłej, ponadpartyjnej koalicji politycznej, dzięki której mogło to ruszyć. Mieszczą się w niej ugrupowania ideowo sprzeczne, jak lewicowa Nieuległa Francja i prawicowi Republikanie lub Zieloni i Zjednoczenie Narodowe z komunistami. Cała opozycja wystąpiła przeciw partii prezydenckiej.
Wśród całej fali prywatyzacji odznaczają się paryskie lotniska (ADP), które miałyby pójść w prywatne ręce za ok. 9,5 miliardów euro. Jest to kura znosząca złote jaja francuskiemu budżetowi, podobnie zresztą jak inne przedsiębiorstwa przewidziane do sprzedaży: lotto czy tamy rzeczne. Ale to właśnie ADP wywołały bunt polityczny i pomysł narodowego referendum przeciw Macronowi. Prawnie to referendum przypomina zombie.
Głosowanie z przeszkodami
Nie należy mylić RIP z RIC – referendum z inicjatywy obywatelskiej, o które przez ostatnie pół roku ubiegają się „żółte kamizelki”. Władza odrzuciła RIC, gdyż istnieje RIP – referendum z inicjatywy dzielonej. To konstytucyjny wynalazek z czasów prezydentury Nicolasa Sarkozy’ego, tak pomyślany, by nigdy nie wszedł w życie. „Dzielonej”, bo zainicjować procedurę mogą tylko politycy-deputowani, nie zwykli obywatele. Jest w niej tyle przeszkód, że konieczność zebrania podpisów 10 proc. elektoratu, czyli tych milionów, nie wydaje się jeszcze taka trudna. Dzięki niezwykłemu połączeniu się opozycji, 248 posłów wniosło projekt ustawy, który ma ochronić ADP przed prywatyzacją, jako przedsiębiorstwo należące do „służby publicznej”.
Potem wszystkim zajmuje się Rada Konstytucyjna, śledzi procedurę i to ona orzeknie, czy zebrało się prawie pięć milionów poparcia dla tej ustawy. Głosowanie, bo jest to właściwie głosowanie, odbywa się przez internet. Serwery ministerstwa policji z początku się zakrztusiły, ale już wszystko podobno działa, oprócz ochrony danych. Kiedy Rada orzeknie, że poparcie zostało zebrane, parlament i senat będą miały pół roku na przegłosowanie proponowanego prawa, jego przyjęcie lub odrzucenie. Jeśli nie zdążą, dopiero prezydent ogłasza referendum. Wszystko to może zająć nawet dwa lata.
„Mój króliczku”
W konflikcie o ADP widać ludowy sprzeciw wobec bezduszności neoliberalizmu, taki, jaki ucieleśnia Macron. Nawet w ojczyźnie dzikiego neolibu – Stanach Zjednoczonych – zarządzanie portami lotniczymi pozostaje w gestii publicznej. Są zbyt strategiczne. Chodzi też o poczucie wspólnoty narodowej – tworzy je m. in. wspólne posiadanie czegoś. Tymczasem macronowska prywatyzacja wielkich lotnisk jak Orly i Roissy oraz innych w regionie stołecznym, niezbyt dobrze pachnie. Konflikty interesów, niejasne układy, wielkie pieniądze…
Taki Bernard Mourad, bankier, doradca Macrona w czasie kampanii prezydenckiej, człowiek, który organizował wpłaty miliarderów na wybór Emmanuela. Macron mówił do niego „Mój króliczku”, on odpowiadał „Moja kurko”, jak donosiła wścibska prasa. To jeden z najbliższych mu ludzi. I tenże Mourad wyłania się po raz drugi, ale już jako szef francuskiego oddziału Bank of America, który zaangażowano do obsługi prywatyzacji ADP. Są bez wątpienia tacy, którzy dobrze zarobią na tej transakcji, ale raczej nie Francuzi jako wspólnota. Macron prywatyzował już pomniejsze lotniska jako minister gospodarki u „socjalisty” prezydenta Hollande’a. W czasie kampanii prezydenckiej nie mówił o prywatyzacjach, by nie zrażać publiczności. Poza kampanią to był jego neoliberalny konik, od samego początku.
Pospolite ruszenie
„Co to za demokracja, kiedy przez pięć lat po głosowaniu rządzi się i decyduje za ludzi? Mają się nie wtrącać. Dla nas demokracja to działanie na rzecz wspólnego losu. Skoro pierwsze w naszej historii RIP na to pozwala, zajmijmy się lotniskami. Potem szkołami, lasami, pociągami, żłobkami i sądami. Więc kiedy prywatyzują ADP – odpowiadamy: referendum! Gdy niszczą pogotowie ratunkowe, odpowiadamy: referendum! Zachcą zamykać szkoły – chcemy referendum! Wszędzie, na zeszytach uczniów, na murach naszych miast, na stronach internetowych piszemy słowo referendum!” – poseł Nieuległej Francji François Ruffin nadał w parlamencie ton opozycyjnej koalicji. Nie chodzi nawet o lotniska, lecz coś szerszego, demokrację.
Dla wielu ekonomistów sprzedaż tak dochodowej spółki jak ADP jest absurdem gospodarczym. I taka argumentacja będzie pewnie przeważać podczas kampanii. Rządowi trudno wytłumaczyć, dlaczego to robi. Chodzi o posunięcie czysto ideologiczne („prywatne lepsze”), czy jest w tym jakiś ekonomiczny zamysł? Na razie wyjaśnia, że włoży uzyskane ze sprzedaży pieniądze do banku, nie będzie tego ruszał, a z procentów sfinansuje to i tamto. Perspektywa, że lotniska pójdą do banku wkurzyła jednak nawet tradycyjną prawicę. Kampania zachęcania ludzi do poparcia referendum będzie raczej głośna. Neoliberalna polityka Macrona ma coraz więcej wrogów.
Wspólne dobro
Za rozkrzyczanym tłumem Francuzów przeciwnych prywatyzacji czekają spokojnie przedstawiciele wielkich grup finansowych, które stać na kupno ADP. Są m. in. Amerykanie, Australijczycy, Arabia Saudyjska i rodzimy, prywatny koncern Vinci, który kupił już publiczne autostrady (ceny od razu poszły w górę). Podobno największe szanse ma fundusz Global Infrastructure Partners (GIP) z USA, ale Vinci czai się najbardziej, bo ma już osiem proc. ADP. Ma nie być żadnego faworytyzmu, jednak konkurenci do kury i jej złotych jaj z pewnością zdwoją czujność.
Dla francuskiej lewicy walka o referendum ma się przyczynić do zatrzymania logiki prywatyzacji Emmanuela Macrona. Jego cel to skończenie z przedsiębiorstwami publicznymi, z sektorami o ważnym znaczeniu gospodarczym, finansowym, społecznym, czy środowiskowym, które składają się na dobro publiczne. Prywatyzacyjny totalitaryzm Macrona przyniesie zyski jego przyjaciołom z finansowego szczytu, ale reszta zostanie na łasce banku. Lewica miała tu łatwy wybór: „wszystkie ręce na pokład”, trzeba z tym walczyć.
Każde dziecko
Po pierwszych dniach różnych awarii, platforma internetowa ministerstwa spraw wewnętrznych, która służy do wyrażania poparcia dla referendum, została ośmieszona przez Benjamina Sonntaga. Zza swojej klawiatury wszedł do środka i dosłownie rozglądał się na boki. Mógł mieć dane wszystkich głosujących, podał jedynie ich liczbę. Skromnie przyznał prasie, że „każdy dzieciak” mógłby się włamać do tych danych i z pogardą wypowiadał się w kwestiach technicznych: „Co do ergonomii i kodu tej platformy, to była zbyt stara już w 1999 r. Można uwierzyć, że rząd zrobił wszystko, by ludzie nie podpisywali, ale to się może obrócić przeciw niemu.”
Działanie Sonntaga to próba przełamania francuskiej ceremonialności: wymyślono, że liczbę poparć dla referendum będzie podawać Rada Konstytucyjna raz w miesiącu, kiedy ta liczba może być afiszowana w internecie na bieżąco. Włamał się na stronę policji w kilka dni po bardzo poważnym zapewnieniu ministra spraw wewnętrznych Castanera, że ma ona znakomite zabezpieczenia, które „uchronią przed wszelkim wyciekiem danych”. Okazało się to bajką dla dzieci. Tak czy inaczej, kampania zapowiada się jednak na ostrą, dorosłą, w żywotnych sprawach wspólnoty i demokracji.

Macron chce dialogu

Prezydent Francji wezwał do dialogu z Iranem, apelując równocześnie do Teheranu, aby nie zrywał porozumienia nuklearnego.

„Ubolewam nad decyzjami ogłoszonymi dzisiaj przez Iran, jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej podkreśla, że Iran respektuje zobowiązania i zdecydowanie zachęcamy do cierpliwej i odpowiedzialnej postawy” – powiedział Macron podczas konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.
Irańska Organizacja Energii Atomowej (AEOI) czeka, aż władze tego kraju zdecydują o kolejnym etapie redukcji zobowiązań Teheranu w ramach umowy jądrowej, powiedział przedstawiciel AEOI Bekhruz Kamalvandi. „Jeśli chodzi o drugi etap, czekamy na decyzję władz, Europa wciąż ma czas, wystarczająco dużo możliwości” – powiedział Kamalvandi w irańskiej telewizji. Jeśli Europa podejmie praktyczne kroki w celu ochrony interesów Iranu, sytuacja związana z wypełnieniem przez Iran zobowiązań wynikających z umowy nuklearnej powróci do normy – dodał. Wcześniej zapowiedział jednak, że w ciągu 10 dni Iran przekroczy limity zapasów nisko wzbogaconego uranu i ciężkiej wody ustalone w traktacie z 2015 r. zawartym z grupą P5+1 ((USA, Rosja, Chiny, Wielka Brytania, Francja i Niemcy). Ogłaszając 8 maja częściowe zawieszenie respektowania traktatu Iran dał jego pozostałym sygnatariuszom 60 dni na wypracowanie rozwiązania pozwalającego ominąć nałożone przez Waszyngton sankcje. Jeśli państwa członkowskie porozumienia nuklearnego nie zabezpieczą interesów Iranu w określonym czasie, Teheran zadeklarował gotowość do zawieszenia modernizacji reaktora w Araku, co było częścią porozumienia nuklearnego i odrzucenia ograniczeń na poziomie wzbogacania uranu.
O woli obrony porozumienia nuklearnego z Iranem i gotowości do zacieśnienia koordynacji współpracy z Iranem w ramach wielostronnych organizacji – zapewnił na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy prezydent Chin Xi Jinping.

Broń dla Saudów nie popłynie?

Zaledwie kilka tygodni po odmowie załadowania przez dokerów z Hawru dział dalekiego zasięgu Caesar na saudyjski statek „Bahri Yanbu”, który został też później zbojkotowany przez robotników włoskich z Genui, francuscy związkowcy odmówili ładowania amunicji do tych samych dział w porcie Marsylia-Fos. Ładunek, przeznaczony na użytek masakry w Jemenie, został wywieziony z portu samochodami ciężarowymi „w nieznanym kierunku”. Rząd kłamał w parlamencie, co skończyło się awanturą.

„Wierni naszej historii i wartościom pokoju, nasz związek zawodowy jest przeciwny wszystkim wojnom na naszym globie. Walczymy przeciw imperializmowi, przeciw destabilizacji wielu krajów, przeciw rabunkowi surowców, przeciw wszystkim tym geopolitycznym wojnom! Wojny te, powodując tragedie, napychają tylko kieszenie możnych. Robotnicy-dokerzy CGT Zatoki Fos nie załadują żadnej broni, żadnej amunicji na użytek jakiejkolwiek wojny. Port św. Ludwika, 28 maja 2019” – Ten komunikat marsylskich dokerów został bardzo dziwnie odczytany przez oligarchiczne media: „Związki zawodowe zaprzeczają, jakoby chodziło o załadunek broni”… lecz sprawa się wyjaśniła.
Wcześniej obowiązywała bajeczna wersja rządowa, według której na inny statek saudyjski – „Bahri Tabuk”, który przybił do portu pod Marsylią (Marseille-Fos) nie będzie ładowana żadna broń, żadna amunicja artyleryjska, lecz tylko cywilne generatory elektryczne Siemensa. Ale w parlamencie posłowie Nieuległej Francji i komuniści nie dawali spokoju minister obrony Florence Parly. Rozlegały się okrzyki „To kłamstwa, nie macie wstydu!”, interpelacje z informacjami organizacji pozarządowych i niezależnych dziennikarzy, których nie sposób było podważyć. W końcu Parly powiedziała, że „sprawdzi”, co mają ładować w Marsylii i dodała, że „transport broni nie byłby niczym dziwnym, gdyż Arabia Saudyjska jest naszym partnerem handlowym”.
W środę wieczorem, przyciśnięty w końcu przez media, szef francuskiej dyplomacji Jean-Yves Le Drian, powiedział coś niebywałego: „Tak, to brudna wojna, tak, trzeba ją skończyć, tak, Saudyjczycy i Zjednoczone Emiraty Arabskie powinni przestać, tak, trzeba być czujnym przy sprzedaży broni tym krajom”. To pierwsza taka ocena członka francuskiego rządu, wymuszona zresztą poprzez ujawnienie prawdy na temat francuskiego handlu bronią przez niezależnych dziennikarzy i strajkami robotniczymi. Kontenery z amunicją zostały z portu wywiezione.
Saudyjska tyrania wraz z proamerykańskimi dyktaturami naftowymi z Zatoki prowadzi barbarzyńską wojnę w Jemenie od ponad czterech lat. Jemen został w tym czasie doprowadzony do „najgorszej sytuacji humanitarnej na świecie”, jak ocenia ONZ. Zginęło dotąd – według źródeł lokalnych – ok. 200 tys. Jemeńczyków, w olbrzymiej większości cywilów. Najbiedniejszy kraj arabski jest zrujnowany.

Krew, łzy i ocet

Terror jako doświadczenie codzienności

Książkę Moniki Milewskiej „Ocet i łzy” omawiałem już na tych łamach, ale jest po temu ponowna okazja, bo ukazało się, co rzadkie w naszych czasach, drugie jej wydanie. A to dla każdej książki ważna rekomendacja, zwłaszcza dla studium, którego temat nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych.
Bibliografia publikacji poświęconych Wielkiej Rewolucji Francuskiej (dalej: WRF) jest ogromna i liczy setki tysięcy pozycji powstałych na całym świecie. Z tego powodu niewielki jest już sens pisania o WRF w trybie syntetycznego, uogólnionego wykładu o jej najważniejszych zdarzeniach. Takich syntez są już setki. Dziś w badaniach nad WRF klasyczni historycy są na planie dalszym. Pochylają się nad nią przedstawiciele innych dyscyplin humanistycznych: antropolodzy, psycholodzy, literaturoznawcy, językoznawcy, socjolodzy, prasoznawcy, znawcy obyczajów, mód, etc. Zwracają się oni już nie ku wielkim datom i wiekopomnym ustawom Legislatywy czy Konwentu, działalności rewolucyjnych obozów, klubów i frakcji, ku politycznym działaniom Komitetu Ocalenia Publicznego, personalnej czołówki WRF, etc. Pochylają się natomiast coraz niżej, ku poszczególnym zjawiskom, detalom, ku codzienności tamtych czasów, ku kolorytowi dnia codziennego.
Lata temu ukazała się znakomita praca Moniki Senkowskiej-Gluck, „Wyjść z rewolucji”, w której opisała ona m.in. obraz ulic i kamienic Paryża, obyczaje higieniczne, przemiany mody, handel itd. Obecny stan badań pozwoliłby zapewne na napisanie książki o żywności i codziennym menu różnych grup społecznych, o ich stanie zdrowotnym i o wielu tym podobnych zakresach tematycznych.
Monika Milewska, antropolożka kultury z Uniwersytetu Gdańskiego zajęła się Terrorem, lecz nie w aspekcie czysto politycznym, lecz jako fenomenem społecznym i kulturowym. Pokazała jego rolę jako rolę rewolucyjnego „sacrum”, jako codziennej w pewnym okresie formy zbiorowej „rozrywki”, „spektaklu”, rolę krwi (tej najbardziej fizycznie i konkretnie pojmowanej) w rewolucyjnych obrzędach i obyczajach, znaczenia nadawane narzędziu Terroru jakim była gilotyna, proces propagandowego maskowania Terroru, czyli nadawania rzezi znamion symbolicznych, metaforycznych, alegorycznych, kulturowych, ubieranie jej w najrozmaitsze przebrania, często nawiązujące do tradycji antycznych, greckich i rzymskich, uszlachetnianie i filozoficzne uzasadnianie Terroru.
Milewska opowiada też o cmentarzach za Terroru, o codziennym życiu pod groźbą śmierci, o problemie winy, kary i katharsis, a także o być może najbardziej makabrycznym aspekcie Terroru, jakim było wykorzystywanie ludzkich ciał do karmienia więźniów, aspekcie bardzo mało znanym.
Puentujący „Ocet i łzy” rozdział poświęcony jest fenomenowi zdumienia, jakie ogarnęło Francuzów po zakończeniu Terroru, zdumienia nad tym, do czego byli zdolni i ci, którzy Terrorem kierowali i ci, którzy wprowadzali go w życie, i ci, którzy miesiącami żyli jego nieustannym, przerażającym cieniu. Jedni bowiem przelewali krew cudzą, inni ją tracili, jeszcze inni opłakiwali straconych, a jeszcze inni, w tym samym czasie, często ze stoickim spokojem i z poczucia obywatelskiego obowiązku, zmywali ją przy użyciu octu. Znakomita lektura.

Monika Milewska – „Ocet i łzy. Terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej jako doświadczenie traumatyczne”, Wydawnictwo Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2018, str. 299, ISBN 978-83-944912-1-5.

Zjazd nacjonalistów

Wiec europejskich nacjonalistów w Mediolanie. Otwarty atak na papieża Franciszka.

W sobotę 18 maja odbył się w Mediolanie wiec europejskich nacjonalistów – pod hasłem „Najpierw Włochy! Zdrowy rozsądek w Europie”. Na placu w pobliżu mediolańskiej katedry zgromadziło się kilka tysięcy osób, pomimo złej pogody. W wiecu kończącym kampanię partii Salviniego do Parlamentu Europejskiego udział wzięli przedstawiciele partii polityczni z Bułgarii (Wola), Słowacji (Jesteśmy Rodziną), Republiki Czeskiej (Wolność i Demokracja Bezpośrednia), Estonii (Estońska Konserwatywna Partia Ludowa), Belgii (Interes Flamandzki), Holandii (Partia Wolności), Danii (Duńska Partia Ludowa), Finlandii (Prawdziwi Finowie), Niemiec (Alternatywa dla Niemiec), Austrii (Wolnościowa Partia Austrii), Francji (Zjednoczenie Narodowe). Gwiazdami byli oczywiście Matteo Salvini, Marine Le Pen, Jörg Meuthen, Geert Wilders.
Na wiecu w Mediolanie zabrakło Viktora Orbán, który nie chce dołączyć do ugrupowania ENF (Europa Narodów i Wolności) w europejskim parlamencie, ale woli pozostać w EPP (Europejskiej Partii Ludowej). To duże rozczarowanie dla Matteo Salviniego. Nie było też Nigela Farage’u i jego Partii Brexitu, ale jego miejsce przy stole nacjonalistów nie jest przesądzone.
Przede wszystkim jednak na wiecu Salviniego nie było przedstawicieli żadnej polskiej partii. Pomimo wizyty lidera włoskiej Ligi w Polsce i dużego zainteresowania okazanego mu przez Kaczyńskiego, nie wygląda na to, aby PiS chciał się przyłączyć do „pokojowej rewolucji” Marine Le Pen.

Gotowy oddać życie za Włochy

Matteo Salvini w swoim porywającym przemówieniu przyrzekł, że jest gotowy oddać życie za Włochy. Retoryka i hasła, które padły na wiecu w Mediolanie – brzmią dla nas znajomo, gdyż słyszymy je już od kilku lat. „Kto zaprzecza żydowsko-chrześcijańskim korzeniom Europy, jest zdrajcą”, „Tylko Europa oparta na wartościach chrześcijańskich i rodzinnych”. „To jest ważny moment historyczny, aby wyzwolić Europę spod nielegalnej okupacji Brukseli, panującej przez wiele lat. Kto zdradził Europę, marzenie jej ojców założycieli, de Gaulle’a i De Gasperiego? Merkel, Macron, Soros, Junckers zbudowali Europę banków i niekontrolowanej imigracji”.
„Wybory europejskie są referendum między życiem a śmiercią, między przeszłością a przyszłością, wolną Europą a państwem islamskim opartym na strachu” – mówił na wiecu Salvini i obiecywał, że będzie prowadził bezwzględną walkę z imigracją i jego partia zrobi to w Parlamencie Europejskim po wyborach. Obiecał również, że obniży we Włoszech podatki do 15 proc. i podniesie kraj gospodarczo oraz moralnie, tak aby Włosi mogli być znowu dumni.
„My nie jesteśmy ekstremistami, ale prowadzimy politykę zdrowego rozsądku” – mówił sekretarz Ligi – „Ekstremiści to ci, którzy rządzili Europą przez ostatnie dwadzieścia lat”.

Atak na papieża Franciszka

Salvini przeciwstawił się również otwarcie Franciszkowi, podając najpierw jako pozytywne przykłady Jana Pawła II i Benedykta XVI: „Dzięki działaniom rządu odpowiedziałem faktami, a nie słowami. Mówię to również do papieża Franciszka, który powiedział dzisiaj: „musimy zapobiegać śmierci na Morzu Śródziemnym”. Rząd wyeliminował już prawie całkowicie zgony na Morzu Śródziemnym dzięki zamkniętym portom”. Tym słowom towarzyszyły aplauzy dla lidera Ligi i gwizdy pod adresem Bergoglia.
„Powierzamy się opiece świętych tej Europy: św. Benedyktowi z Nursji, św. Brygidzie ze Szwecji, św. Katarzynie ze Sieny, świętym Cyrylowi i Metodemu, św. Teresie Błogosławionej od Krzyża. Polegamy na nich. I powierzamy im przeznaczenie, przyszłość, pokój i dobrobyt naszych narodów.” – tak lider Ligi, wicepremier i szef włoskiego MSW – kończył swoje przemówienie na placu pod katedrą mediolańską, podczas wiecu „Najpierw Włochy! Zdrowy rozsądek w Europie”. Później wyjął różaniec i całując go dodał: „Osobiście zawierzam Włochy, moje i wasze życie niepokalanemu sercu Maryi, które – jak jestem pewny – doprowadzi nas do zwycięstwa, ponieważ to Włochy, ten plac, ta Europa są symbolem matek, ojców, mężczyzn i kobiet, którzy z uśmiechem, z odwagą, z determinacją chcą pokojowego współistnienia, okazują szacunek, ale proszą o szacunek.” – a później dodał – „Najpierw zignorowali nas, potem śmiali się z nas, a potem walczyli z nami i 26 maja wygrywamy”.
Marine Le Pen przemawiając w Mediolanie powiedziała: „Chcemy żyć w naszych krajach takimi, jakimi jesteśmy. We Francji jako Francuzi, we Włoszech jako Włosi… Dzisiaj podpisujemy akt założycielski europejskiej pokojowej rewolucji… 26 maja oddamy władzę ludziom. Nasz projekt to współpraca w Europie między wolnymi suwerennymi narodami, w Europie, która szanuje państwa… Naszym zadaniem jest teraz określić przyszłość Europy razem. Będzie to rewolucja zdrowego rozsądku w Europie”.
Manifestacja zakończyła się wspólnym selfie Salviniego i Le Pen.

Reakcja Watykanu i włoskiego Kościoła

Watykan i oficjalny włoski Kościół zareagował jednogłośnie. Salviniego skrytykowały katolickie media: Civiltà Cattolica, Famiglia Cristiana, Avvenire.
„Nie wzywaj imienia Pana Boga nadaremnie” – ostrzegł Antonio Spadaro, dyrektor Civiltà Cattolica w swoim poście na Facebooku – „Różańce i krucyfiksy są wykorzystywane jako symbole polityczne, ale w odwrotny sposób w porównaniu z przeszłością: dawniej było wskazane oddać Bogu to, co należało do Cezara. Teraz Cezar zabiera i dzierży w rękach to, co należy do Boga”. Famiglia Cristiana nie przebierała w słowach: „Podczas gdy Matteo Salvini pokazywał Ewangelię jak amulet i oddawał się Niepokalanemu Sercu Maryi, kolejny statek z rozbitkami dostał zakaz wpłynięcia do portu w Lampedusie, a ONZ potępiło nas za łamanie praw człowieka. Sekretarz Ligi używa symboli religijnych jak fetyszy. Czego jeszcze trzeba aby wzbudzić oburzenie chrześcijan. Najbardziej twarde stanowisko zabrał Watykan, poprzez usta kardynała sekretarza stanu Pietro Parolina: „Wierzę, że polityka partyjna dzieli, ale Bóg należy do wszystkich” – szef dyplomacji watykańskiej ostrzegł: „Przywłaszczanie sobie Boga jest zawsze bardzo niebezpieczne”. Biskup Mazzara del Vallo „skomunikował” Salviniego: „Kto mówi takie rzeczy, nie może uważać się za chrześcijanina”.
Reakcja Kościoła nie zrobiła na Salvinim żadnego wrażenia – „Piszą do mnie z UE, piszą z ONZ, że łamię prawa człowieka, piszą też jacyś kardynałowie… Ja mówię jedno i grzecznie: bez mojego pozwolenia nikt do Włoch nie wchodzi”.

Salvini nadal ma przewagę

Nie tylko Kościół protestuje przeciwko Salviniemu. Już od pewnego czasu na jego wiecach, oprócz zwolenników zaczęli pojawiać się również kontestatorzy. Najpierw zapanowała moda na fałszywych wielbicieli, którzy udając, że chcą sobie zrobić z nim selfie, żartowali z niego. Później przeciwnicy lidera Ligi zaczęli wywieszać z balkonów prześcieradła z kontestującymi hasłami. Niektóre z nich były tak niewybredne i obraźliwe, że kosztowały autorów oskarżenie o zniesławienie. Podczas manifestacji nacjonalistów w Mediolanie, na jednym z balkonów wychodzących na plac pojawił się nagle człowiek przebrany za Zorro i wywiesił ponad pięciometrowy baner z napisem po włosku i angielsku: „Bądźmy ludzcy”. Akcja trwała kila minut, gdyż interweniowała policja.
Ze względu na wielotygodniowe kłótnie przedwyborcze pomiędzy koalicjantami rządowymi, Ligą i Ruchem Pięciu Gwiazd, obie partie straciły na tym. Liga prawie 6 punktów.
Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że Liga i jej lider nadal cieszą się zaufaniem większości Włochów. Ostatnie przedwyborcze sondaże wyglądały następująco: Liga 32,4 proc., Ruch Pięciu Gwiazd 22,3 proc., Partia Demokratyczna 21,1 proc., Naprzód Włochy – 9,2 proc, Bracia Włoscy – 5 procent..

Zamykanie ust

Oficjalna wersja rządu francuskiego, już wcześniej podważana, mówiła, że francuska broń sprzedawana dyktaturom z Półwyspu Arabskiego nie służy do zabijania cywilów w Jemenie. Francuski wywiad oskarża trzech dziennikarzy o „ujawnienie tajemnicy wojskowej”, gdyż udowodnili, że to nieprawda. Francuska broń, podobnie jak amerykańska i brytyjska od początku służą agresji na Jemen, który przeżywa według ONZ „najgorszy kryzys humanitarny za świecie”.

Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) – dwa najbogatsze państwa arabskie od czterech lat atakują najuboższe państwo arabskie, z błogosławieństwem imperium amerykańskiego. Stoją na czele „sunnickiej koalicji”, która od marca 2015 r. próbuje zniewolić jemeńskich szyitów, broniących się w północno-zachodniej części kraju. W związku z niebywałą katastrofą, która dotknęła Jemen, niektóre państwa europejskie wstrzymały dostawy broni (jak Niemcy) lub twierdzą, że ich broń nie uczestniczy w wojnie, jak Francja.
Ujawnienie przez niektóre media nieoligarchiczne (we Francji tylko 5 proc. mediów nie należy do oligarchów) tajnej notatki dyrekcji wywiadu wojskowego, która oczywiście przeczy oficjalnym bajaniom rządu, spowodowało oskarżenie trzech dziennikarzy, dwóch z Disclose.ngo i jednego z publicznego radia France Inter, choć ich redakcje uznały, że ujawnienie prawdy „leży w interesie publicznym”. Zarówno francuskie okręty wojenne, jak artyleria i drony biorą udział w jemeńskiej masakrze.
Media oligarchiczne, w części należące do wielkich producentów broni, nigdy nie odważyłyby się przeprowadzić śledztwa w takiej sprawie. Ofensywa reżimu Macrona przeciw mediom i dziennikarzom niezależnym nabrała rozpędu w związku z protestami „żółtych kamizelek” – aresztowania i bicie reporterów podczas manifestacji nie odbiegają od standardów państwa totalitarnego. Francja odpowiedziała w tym miesiącu na zarzuty ONZ o stosowaniu nieproporcjonalnej siły twierdząc po prostu, że użycie takich środków jest „niezbędne”.

Manifestują mimo zakazów

Mimo krwawych represji reżimu Macrona, skierowania wojska przeciw manifestantom i zakazom manifestowania w licznych miastach, w „akcie XX” protestów „żółtych kamizelek” wzięły znów udział dziesiątki tysięcy ludzi. Pragnienie sprawiedliwości społecznej i demokracji było silniejsze, niż totalitarne zakazy.

W Awinionie, gdzie władze zadekretowały zakaz manifestowania sprzeciwu wobec neoliberalnej polityki Emmanuela Macrona i oligarchii, którą reprezentuje, ludzie skandowali „Nie dla dyktatury, mamy prawo manifestować, jesteśmy we Francji”. W „zakazanym” Bordeaux wielka manifestacja skończyła się starciami z policją, podobnie w Paryżu i kilku innych miejscowościach. Jak zwykle było dużo aresztowań, są kolejni ranni.
Na polecenie prezydenta prefektury wydały łącznie zakazy protestów w 27 miastach, ale we wszystkich i tak ludzie wyszli na ulice. Rząd zadekretował mandaty za uczestniczenie w nielegalnych manifestacjach (135 euro), ale policja z reguły nie mogła ich wlepiać z powodu dużej liczby protestujących.
W Montpellier kilku policjantów zostało rannych, gdy tłum przeciwstawił się policyjnej szarży. W Paryżu zakazem protestów objęto jedynie część miasta (Pola Elizejskie, wokół siedziby prezydenta, Plac Zgody, parlament), więc manifestacje wystartowały z czterech innych miejsc. Do starć z policją doszło na Placu Trocadero (naprzeciw Wieży Eiffla), gdy protestujący próbowali iść w kierunku Placu Gwiazdy i Pól Elizejskich.
Na transparentach królował postulat demokratyzacji kraju poprzez wprowadzenie referendów z inicjatywy obywatelskiej (RIC), domagano się dymisji Macrona i jego rządu oraz poprawy poziomu życia, sprawiedliwego podziału bogactw, które w tej chwili są wchłaniane przez bezkarną oligarchię. Ruch „żółtych kamizelek” nie słabnie, ciągle popiera go większość Francuzów.

Popis prezydenckiej arogancji

Wyjątkowym cynizmem popisał się francuski prezydent Emmanuel Macron, komentując sytuację, do jakiej doszło podczas XIX aktu protestów Żółtych Kamizelek w ostatnią sobotę. Mówił o 73-letniej aktywistce Geneviève Legay, która po demonstracji trafiła do szpitala z poważnym urazem czaszki.

Fotografie starszej kobiety, obalonej na ziemię, gdy policja rozpędzała zgromadzenie Żółtych Kamizelek w Nicei, obiegły w weekend media społecznościowe. Sprawą ciężkiego uszkodzenia ciała 73-letniej Geneviève Legay zajął się też prokurator, ale najprawdopodobniej nikt zarzutów nie usłyszy – śledczy skłaniają się ku uznaniu, że działania policjantów były prawidłowe, a uczestniczka manifestacji sama nieszczęśliwie uderzyła głową o beton.
Wcześniej podczas demonstracji Legay trzymała w dłoniach tęczową flagę z napisem „Pokój”. Uczestnicy protestu zgodnie twierdzą, że policja agresywnie rozpędzała Żółte Kamizelki, nie przejmując się, czy ktoś nie ucierpi.
Dziś do sprawy odniósł się Emmanuel Macron, który odwiedział Niceę razem z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem. Co prawda złożył 73-latce życzenia szybkiego powrotu do zdrowia (na łamach pisma „Nice-Matin”), ale nie omieszkał zasugerować, że sama jest sobie winna.
– Kiedy ktoś jest wrażliwy i ryzykuje uszczerbek na zdrowiu (…) to nie stawia się w takiej sytuacji – powiedział prezydent Francji o udziale kobiety w demonstracji. Jeszcze przed oficjalnym zamknięciem śledztwa stwierdził również, że Legay z pewnością nie została skrzywdzona przez policjantów, a jedynie znalazła się w ogarniętym paniką tłumie. Na koniec oznajmił, że porządek publiczny musi być respektowany zawsze i wszędzie, a aktywistce można życzyć nie tylko zdrowia, ale i tego, by „trochę zmądrzała”.
Reprezentująca Legay prawniczka Arié Alimi zapowiada, że złoży pozew przeciwko policjantom, którzy w sposób nieproporcjonalny interweniowali przeciwko starszej aktywistce. Twierdzi, że kobieta została celowo przewrócona na ziemię. Prawniczka wytknęła także Macronowi brak taktu – wszak osoba, której życzył „więcej rozsądku”, w tej chwili walczy o zdrowie i życie.
Także Jean-Luc Mélenchon, lider Nieuległej Francji, zasugerował Macronowi, by to raczej on uczył się od demonstrantki z Nicei, niż ją krytykował. – Ona walczy o dobro innych. A pan uderzył ją w imię czego? – napisał na Twitterze.
Na arogancki komentarz Macrona odpowiedziały również same Żółte Kamizelki. Starsze aktywistki i aktywiści umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia, podkreślając, że wiek nie przeszkadza im w walce o równość i lepsze jutro. Inni zwracają uwagę, że nikt nie sprawdza metryki np. członkom Rady Konstytucyjnej…
W ostatnim akcie protestów Żółtych Kamizelek ulicami Francji maszerowało, według szacunków aktywistów, ponad 126 tys. osób. Policja jest skłonna przyznać, że było ich 40 tys., jednak zaniżanie szacunków frekwencji na demonstracjach jest w tym wypadku praktyką powszechną.