Mafia polityczna i Libia

Nicolas Sarkozy, najbardziej jawnie proamerykański prezydent Francji, usłyszał w paryskiej prokuraturze czwarty, najcięższy zarzut w sprawie swych układów z pułkownikiem Kaddafim, przywódcą Libii, który sfinansował mu kampanię wyborczą w 2007 r. Ciekawa to sprawa, bo rzuca dodatkowe światło na powody zlikwidowania państwa libijskiego przez NATO w 2011 r. i zamordowanie samego Kaddafiego, do czego przyczyniły się francuskie służby specjalne.

Otóż do zarzutów o „korupcję pasywną” (tj. przyjmowanie łapówek), „defraudację libijskich funduszy publicznych” i „nielegalne finansowanie kampanii wyborczej” doszło oskarżenie o przynależność do „organizacji przestępczej”, czyli mafii. Rzecz jest bardziej niż prawdopodobna, bo sprawa libijska jest tylko jednym z odkrytych przestępstw i wielkich przekrętów Sarkozy’ego. Gdy np. prokuratura wyszła z podejrzeniami, że b. prezydent ze swymi ludźmi wyłudzili wielkie pieniądze od Liliane Bettencourt, 87-letniej właścicielki koncernu L’Oréal, zaczęli w tajemniczych okolicznościach ginąć świadkowie… jakbyśmy byli u Franka Underwooda.
W 2007 r. Sarkozy wygrał wybory prezydenckie, pokonując „socjalistkę” Ségolène Royal, żonę „socjalistycznego” neoliberała François Hollande’a, który zwyciężył w następnych wyborach (w 2012 r.) i wypromował neoliberalnego ekstremistę Emmanuela Macrona na obecną kadencję. Sarkozy wygrał, bo jego kampania wyborcza była najbogatsza, dystansująca finanse innych kandydatów o wiele długości. Kaddafi miał w 2007 r. dwa cele, jeśli chodzi o Francję, i zgodził się dać łapówki tamtejszym politykom, by je osiągnąć.
Jego pierwszym celem było zwolnienie z francuskiego więzienia swego szwagra Abdullaha Senussiego, b. szefa libijskich służ specjalnych, skazanego na dożywocie za jego rolę w zamachu na samolot pasażerski, w czasie wojny libijsko-czadyjskiej, w 1989 r. W samolocie z Paryża do Brazzaville przez N’Dżamenę zginęło wtedy 170 osób. Sarkozy obiecał Kaddafiemu skasowanie wyroku lub amnestię i dostał co najmniej 57 milionów euro na swoją kampanię wyborczą, co się łączyło z drugim celem Kaddafiego, zbliżeniem politycznym do Zachodu, ułożenie się z nim, by nie mieć już kłopotów.
Kaddafi był gotów za to płacić i zabezpieczył się dodatkowo, dając łapówkę 25 milionów euro na kampanię Ségolène Royal (według przepisów, na całość kampanii prezydenckiej we Francji, sztaby wydają maksymalnie 20 milionów, które nie mogą pochodzić z zagranicy). Postawił jednak więcej na dobrego, zwycięskiego konia, prosto ze stajni CIA. Nicolas Sarkozy, z szanowanej żydowskiej rodziny, został wychowany w Stanach przez Christine de Ganay, trzecią żonę swego ojca, która szybko potem wyszła za ambasadora Franka Wisnera Jr., syna założyciela służb specjalnych CIA/NATO, siatki Stay-behind Gladio.
Naturalnie Sarkozy okazywał miłość Kaddafiemu, gościł z honorami w Paryżu zaraz po zaprzysiężeniu, obiecywał „owocną współpracę” i bał się jednocześnie, czy Libijczycy go nie sypną albo będą szantażować. W tym czasie skupił się na pracy dla imperium, w 2009 r. ponownie, po dziesiątkach lat zawieszenia wprowadził Francję do NATO i po dwóch kolejnych latach zaproponował NATO inwazję na Libię, po przyklepaniu tego przez Waszyngton. Kaddafi został zabity, jak chciał, lecz przywódca Libii, który w Paryżu nie wahał się mówić, że w jego kraju jest więcej demokracji, niż we Francji, przed śmiercią kazał schować jakieś papiery, by potem zaczęły krążyć. Poza tym nie udało się zabić wszystkich świadków. Tak doszło do prokuratorskiego odkrycia, że Sarkozy to mafiozo. Dziś Sarkozy jest oficjalnym doradcą prezydenta Macrona, podobnie służącego amerykańskiej oligarchii.
Na ostatniej manifestacji personelu szpitalnego w Paryżu, przemawiała pielęgniarka: „Republika jest dziś dyktaturą rządzoną przez policyjną przemoc, podtrzymywaną przez medialne kłamstwa, która pogardza ludzką godnością. Ten garnek w końcu wybuchnie i Macronowie skończą jak Ceausescu”. To mało prawdopodobne, gdyż we Francji politycy w zasadzie nie idą do więzienia. Chyba, że coś rzeczywiście pęknie.

Francja, lewica i multikulturalizm

Czyn 25-latka z siekierą, który pomylił adresy, ale i tak ciężko ranił dwójkę dziennikarzy w Paryżu, odesłał wszystkich do kwestii tożsamościowych i stał się jeszcze jednym powodem, by zaatakować szefa francuskiej lewicy, lidera Nieuległej Francji (LFI) Jean-Luca Mélenchona, który miał niemalże doprowadzić do nowego zamachu na Charlie Hebdo. Jego winą jest „walka z islamofobią”, która miałaby być sprzeczna z laicyzmem państwa.

Wszytko wskazuje, że młody Pakistańczyk postanowił w piątek ukarać Charlie Hebdo za ponowną publikację karykatur Mahometa z własnej inicjatywy, bez składania przysięgi organizacji typu Państwo Islamskie. Redakcja Charlie dawno się już przeniosła z miejsca pamiętnej masakry Al-Kaidy ze stycznia 2015 r. Po głowach dostali maczetą kobieta i mężczyzna, pracownicy sąsiedniej, małej agencji prasowej, którzy wyszli przed budynek na papierosa.
W Pakistanie bluźnierstwo traktuje się śmiertelnie poważnie. Po ponownym ukazaniu się karykatur Mahometa na początku września, doszło tam zresztą do manifestacji wrogich Francji: młody Hassan, od trzech lat na miejscu, bardzo słabo znający francuski, chciał pracować na budowach, lecz wziął się za obronę religii i czci współwyznawców. Policja aresztowała wszystkich jego współlokatorów z małego mieszkania socjalnego na przedmieściach, wypełnionego piętrowymi łóżkami. Dotarł do Francji z młodszym bratem, przez Turcję, gdzie pracowali w fabryce obuwia, potem przez Grecję i Włochy. Podawał się za nastolatka, by skorzystać z pomocy państwa.
Zacięci wrogowie imigracji i islamu mają trochę mętlik w głowie, bo za sprawcą ataku rzucił się w pościg 33-letni Jusef – Algierczyk i muzułmanin. Gonił za nim nawet w korytarzach metra. Policja uznała go oczywiście za podejrzanego, założyła mu kajdanki i trzymała w areszcie 12 godzin, zanim okazało się, że to dzięki niemu złapano Hassana. Jusef jest we Francji już 10 lat, ma nieuregulowany pobyt. Nikt mu nie podziękował. Wszystko to stało się, gdy Mélenchon okazał znaczną rezerwę co do pomysłu Charlie Hebdo.
Maszyna do przegrywania
Wcześniej trwała w mediach krytyczna debata nad linią polityczną Mélenchona, którą lewicowy kandydat na prezydenta ogłosił tydzień temu w przemówieniu-wykładzie O republice, historycznym, ale też jakby programowym. Robespierre i Hugo mogą stanowić rodzaj fundamentu ideowego, rewolucyjnego i humanistycznego, w działaniu na rzecz ubogich, ludzi bez przywilejów. Adwersarzom rzucił się jednak w oczy jedynie fragment tożsamościowy, o „kreolizacji” społeczeństwa Francji. Krytycy ogłosili, że oto Mélenchon włączył właśnie „maszynę do przegrywania”, o czym świadczy też jego „prawie antysemicki” wpis na Twitterze. Lewicowy przywódca jawnie tam dał znać, że nie uważa redakcji Charlie za świętych i jeszcze „zrobił skandal”.
Już właściwie nie wiadomo, co było większym skandalem: to, że Mélenchon pokazał na swoim koncie rysunek „anty-Charlie”, czy to, jak odpowiedział jednemu z krytyków. 69-letni kandydat lewicy udostępnił rysunek lewicowego pisma Regards, na którym b. znani redaktorzy i rysownicy tygodnika, którzy zginęli w zamachu z 2015 r., żalą się, że są „kochani przez durniów”, zupełnie jak na jednej z karykatur Mahometa, który narzekał na to samo. Pokazano tam przykłady znanych czytelników, z prawicy i „podrabianej lewicy”. Wielu tego nie zdzierżyło.
I oto, gdy pewien dość znany przedsiębiorca, obrońca czci redakcji Charlie, wyjechał do Mélenchona z zarzutem gwałcenia „wartości republikańskich”, ten odpowiedział „Nie jestem autorem rysunku. Likud robi z pana wariata”. Likud to ultranacjonalistyczna partia Benjamina Netanjahu, rządzącego w Izraelu. Co ma piernik do wiatraka? Padły komentarze, jakoby sugerowanie, że obrońcy tygodnika satyrycznego mają coś wspólnego z dalekim, prawicowym krajem, jest poniekąd antysemickie. I to w momencie, gdy trwa dyskusja o pozycji mniejszości etnicznych i francuskiego modelu społecznego…
Kreolizacja, wielokulturowość po francusku?
Najogólniej rzecz biorąc we Francji ścierają się dwie koncepcje traktowania mniejszości. Z jednej strony model anglosaski, czyli tolerowanie izolujących się grup etniczno-kulturowych, które uznają jednak podstawowe „wartości państwowe” („multi-kulti”), z drugiej francuski, uniwersalistyczny, który zakłada asymilację, pełne dostosowanie się polityczno-kulturowe imigrantów do zasad i obyczajów państwa, bez separowania się poszczególnych społeczności. Na celowniku prawicowej i lewicowej, laickiej krytyki republikańskiej znajduje się zazwyczaj model brytyjsko-amerykański, jako zarzewie konfliktów religijno-etnicznych: wielokulturowość byłaby niebezpiecznym rozdrobnieniem. Mélenchon poszedł tymczasem w poprzek obu podejściom – „Francja nie jest narodem etnicznym”.
Jest to idea w zasadzie czysto republikańska, jej uniwersalizm sięga Wielkiej Rewolucji. Francuzi to „społeczność prawna, jedyna, która ma prawo istnieć”. Termin „kreolizacja społeczeństwa” odwołuje się do języka i kultury Karaibów, w tym francuskich. „Nie trzeba się jej bać” – przekonywał Mélenchon. Cały ten koncept wziął od pisarza, poety i filozofa z Martyniki Édouarda Glissanta, zmarłego dziewięć lat temu. W 2005 r. Glissant tak definiował swój termin:
„Kreolizacja to wymieszanie sztuk lub języków, które daje coś nieoczekiwanego. To sposób ciągłego zmieniania się bez zatraty. To przestrzeń, gdzie rozproszenie pozwala się zebrać, gdzie szoki kulturowe, dysharmonia, nieporządek i interferencje stają się twórcze. To stworzenie kultury otwartej i skomplikowanej, która wstrząsa uniformizacją wielkich central medialnych i artystycznych. Pojawia się szybko w każdej dziedzinie, muzyce, sztukach plastycznych, literaturze i kinie.”
Kręcenie nosem
Prawicowi publicyści z Le Figaro wypominali „sprzeczności” Mélenchonowi, bo kiedyś odrzucał „islamofobię”: „Kontestuję ten termin. Mamy prawo nie lubić islamu tak samo, jak mamy prawo nie lubić katolicyzmu” – mówił, a jednak walczy z islamofobią! Kiedyś był normalnym antyklerykałem, a teraz „broni religii”. Czy to jest zgodne z laicyzmem Republiki? Znana publicystka prawicowa Elisabeth Lévy przypominała z miejsca, że Angela Merkel potępiła „multi-kulti” już 10 lat temu, że Lider LFI proponuje przebrany multikulturalizm, że jest „uległy wobec radykalnego islamizmu” (!) i zamiast potępiać domniemany separatyzm muzułmanów mówi o „separatyzmie bogatych”… „Czy Mélenchon nie jest islamistą?” – pyta nawet.
Zanim jednak prawica wyciągnęła swe armaty, zdegustowana, że „kreolizacja” porównuje białych Francuzów z losem nie białych, łącząc ich z populacjami byłych niewolników, pierwszy atak przyszedł z dość nieoczekiwanej strony. Reprezentantka francuskich Zielonych (EELV), wcześniej macronistka Isabelle Saporta, dziś żona kandydata partii na prezydenta Francji Yannicka Jadota, twierdziła nic nie rozumiejąc, że „kreolizacja” odsyła do kwestii narodowości, a potem ni w pięć ni w dziewięć, że Mélenchon „schlebia faszystom”, bo przecież jest przeciw europejskiej polityce pracowników delegowanych, pozwalającej pracodawcom wykorzystywać różnice w ochronie socjalnej różnych krajów i lepiej zarabiać, kosztem miejscowych pracowników.
Obrona Mélenchona
Gdy już jako islamista i faszysta przywódca LFI musiał ścierpieć filipikę przeciw kreolizacji Erica Zemmoura, francuskiego nacjonalisty i syjonisty, praktykującego syna algierskich Żydów, najpopularniejszego teraz telewizyjnego publicysty skrajnej prawicy narodowej we Francji, sięgnął po pióro. Dał odpowiedź krytykom w L’Obs, wyjaśniając, że kreolizacja nie jest żadnym projektem politycznym lewicy. Nie ma jej w programie, bo to tylko spontaniczny fakt społeczny, który łatwo zaobserwować. „Zaproponowałem jedynie brakujące ogniwo między uniwersalizmem, którego się domagam, a rzeczywistością, która mu przeczy.”
Mélenchon tłumaczy, że dla dominujących przejście od pojęcia uniwersalizmu do jego wprowadzenia w życie jest łatwa, bo to ich kultura i zwyczaje. Myślą, że to ta kultura jest praktyką uniwersalizmu i chcą od innych „asymilacji”. To dla nich naturalne. Natomiast miliony ludzi, którzy szanują prawa, ale od których wymaga się odrzucenia wszystkiego, co ich różni od kultury dominującej, widzą taki „uniwersalizm” inaczej. Żądanie od przybyłych „wysiłku integracji” podważa ich głęboką tożsamość. Ludzie z obsesją tożsamości, jak Zemmour, mogliby to zrozumieć.
Sami Francuzi przechodzą zresztą kreolizację: odniesienia do kultury anglosaskiej, które niegdyś były marginesem, widać teraz na fasadach sklepów, w słowniku internetu, programach telewizyjnych, modzie i muzyce. To najszersza we Francji forma kreolizacji. Społeczeństwo bardzo się zmieniło od 1958 r., gdy powstała konstytucja V Republiki, miesza się z ludźmi z Karaibów i Maghrebu, i powinno być społeczeństwem „podobnych w różnicach”. Potrzeba nowej konstytucji, VI Republiki, która obaliłaby obecną monarchię prezydencką i pozwoliła „zdefiniować się” ludowi na nowo.
Przed wyborami
Czy Mélenchon ma szanse zostać prezydentem w 2022 r.? W ostatnich wyborach zabrakło mu ponad pół miliona głosów, by dostać się do drugiej tury, choć był w ścisłej czołówce, wśród kandydatów oscylujących wokół 20 proc. Po trzech latach jego Nieuległa Francja zeszła na 6 proc. poparcia, by ostatnio się odbijać. Ludzie prezydenta grają na przyszłe starcie w drugiej turze między nim a Marine Le Pen ze Zjednoczenia Narodowego, co ma doprowadzić do zwycięstwa Macrona „z automatu”, jak w 2017.
Ale jego prezydencka partia (LREM) rozpada się. Przegrała z kretesem wrześniowe wybory uzupełniające do Zgromadzenia Narodowego i Senatu. W parlamencie straciła większość z powodu odejść, musi układać się z centrystami. Macron może nie wejść do drugiej tury i nawet zrezygnować z kandydowania. Lewica nie jest bez szans, choć jest systematycznie atakowana przez media.
Uporanie się z kwestiami tożsamościowymi nie pomoże Hassanowi z Pakistanu ani jego ofiarom, które nigdy już nie będą takie same, lecz takie podejście może zapobiec szerzeniu się rasizmu, prawicowej kultury wyższości, która na co dzień coraz mocniej zatruwa życie społeczne. Przepowiadanie, dążenie do jakiejś rasowej „wojny domowej” jest nie mniej niebezpieczne niż islamizm – próbuje przekonać Mélenchon. Ci, którzy chcą widzieć w jego ideach jakąś przyczynę ataku Hassana na Charlie Hebdo, oczywiście odrzucają tę tezę.

Wspólne rocznice

Stosunki dyplomatyczne między Polską a Wietnamem zostały nawiązane siedemdziesiąt lat temu, 4 lutego 1950 roku.
Polska była jednym z pierwszych państw, które odpowiedziały na apel Ho Chi Minha. Ówczesny przywódca Demokratycznej Republiki Wietnamu zwrócił się do świata o akceptację walczącego o niepodległość państwa. Powstałego pięć lat wcześniej.

Kiedy je ogłaszano nie było ekip telewizyjnych i filmowych. Świadkowie zapamiętali, że Ho Chi Minh przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy, zebrany tam tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. W otoczeniu ministrów proklamowanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz grona amerykańskich oficerów.
„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Nawiązującej do Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących przed trybuną partyzantów nacjonalistycznego Viet Minhu. Armii, której samoloty przelatywały nad placem i trybuną oddając zebranym przyjacielskie pozdrowienia.
Zwłaszcza jej sojusznikowi Ho Chi Minhowi, liderowi Viet Minhu, ogłaszającego wtedy – 2 września 1945 roku – powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Proklamującemu niepodległość na wyrost, bo władza Ho Chi Minha długo w Hanoi się nie utrzymała. Tydzień później wkroczyły tam oddziały nacjonalistów Republiki Chińskiej, niechętnej niepodległemu Wietnamowi.
Wbrew  decyzji mocarstw
Chińczycy zajęli północne tereny Wietnamu, bo miesiąc wcześniej, podczas konferencji poczdamskiej, ówcześni przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, podzielili świat na sfery swych wpływów. Tam też zadecydowano o przyszłości Wietnam. Byłą XIX wieczną kolonię francuską, okupowaną od 1940 przez Japończyków, podzielono arbitralnie na dwie strefy. Północne tereny dostały w zarządzanie sojusznicze Chiny, rządzone wtedy przez nacjonalistę Czang Kai – szeka. Południe kraju przypadło Wielkiej Brytanii usadowionej w niedalekiej Birmie.
Ponieważ Londyn potrzebował poparcia Francji dla swej polityki w Niemczech, to oddał „swoje” południe Wietnamu generałowi de Gaulle. Ponieważ Czang Kai -szek ciągle potrzebował pieniędzy na wojnę domową z chińskimi komunistami, to odsprzedał przydzieloną mu północ Wietnamu, też Francuzom.
Ku zadowoleniu Ho Chi Minha, który wolał mieć za przeciwnika dalekiego, europejskiego okupanta niż wielkiego, azjatyckiego sąsiada. Wietnam zmagał się z chińskimi dominacjami i okupacjami ponad tysiąc lat. Z francuską ekspansją kolonialną tylko od stu.
Uzbrojona przez Amerykanów, bitna wietnamska partyzantka przyjęła Francuzów wrogo. Na tradycyjnie wojowniczej Północy kraju już po kilku miesiącach walk Francuzi kontrolowali jedynie miasta i najważniejsze szlaki komunikacyjne. Na pozostałych terenach toczyła się nieustanna wojna partyzancka. Na tradycyjnie biznesowym Południu, Francuzi wskrzesili przeszłość. W 1949 roku powołali tam marionetkowy rząd z powszechnie nieszanowanym cesarzem Bao Daiem. Playboyem, bohaterem towarzyskich kronik w europejskich bulwarowych gazetach.
Po ośmiu latach wyczerpującej wojny doborowa armia francuska przegrała z mistrzowską partyzantką Viet Minhu. Jej klęskę pieczętuje bitwa w dolinie Dien Bien Phu. Stała się ona wzorem dla antykolonialnych partyzantek na całym świecie.
Po Dein Bien Phu Francuzi myśleli o jednym. Jak honorowo wycofać się z azjatyckich Indochin. Z Wietnamu, ale też ze zbuntowanych Laosu i Kambodży. Spróbować ocalić dla Francji śródziemnomorskie kolonie, zachować zamorską Algierię. Dlatego podczas międzynarodowej konferencji pokojowej w Genewie w 1954 roku Francuzi godzili się na przedkładane im propozycje pokoju. Wydało się, że Wietnam już wtedy zostanie zjednoczony.
  Jednak pozostałe delegacje miały już inne cele. Wielka Brytania chciała zachować podział Wietnamu. Liczyła, że tak osłabiony nie będzie wzorem dla jej kolonii i azjatyckich sojuszników. Amerykanie, przestraszeni wojną koreańską i narastającą popularnością komunistycznej ideologii w Azji, postanowili w Wietnamie zastopować widmo komunizmu. Nie mieli wtedy jeszcze sprecyzowanego planu jak to uczynić. Osłabiony śmiercią Stalina Związek Radziecki grał dalej rolę mocarstwa, ale w czasie negocjacji scedował azjatyckie rozgrywki na sojusznicze wtedy Chiny.
Dzięki temu wracający do zasad cesarskiej polityki w tym regionie Pekin ograł wszystkich. Wsparł prawicowe rządy w odzyskujących niepodległość Kambodży i Laosie aby przywrócić tam swe dawne wpływy. Wsparł ideę utrzymania dwóch konkurencyjnych państw na terenie Wietnamu graniczących na linii 17 równoleżnika. By zachować rolę przyszłego arbitra. Wolą konferencji zjednoczenie Wietnamu nastąpić miało dopiero po przeprowadzeniu wolnych wyborów w obu prowincjach. Wyznaczono ich ostateczny termin. Lipiec 1956 roku.
  Aktywność chińska zmobilizowała Stany Zjednoczone. Amerykanie postanowili zablokować wolne wybory, bo prognozy były jednoznaczne. Niezwykle popularny Ho Chi Minh i jego nacjonalistyczny Viet Minh wygrałby je zdecydowania na Północy. I również na Południu, choć z gorszym wynikiem.
Od jesieni 1954 roku Amerykanie zaczynają zajmować miejsce ustępujących Francuzów na wietnamskim Południu. Współtworzą tam Republikę Wietnamu. Alternatywną wobec północnej, coraz bardziej socjalistycznej Demokratycznej Republiki Wietnamu. Szukają też wietnamskiego lidera, alternatywnego wobec Ho Chi Minha. Swego niedawnego sojusznika w wojnie z Japończykami.
Tragedia pomyłek
Stawiają na niepodległościowego działacza, wietnamskiego katolika Ngo Dinh Diema. Powszechnie wtedy poważanego. Warto przypomnieć, że w 1945 roku Ho Chi Minh tworząc pierwszy rząd niepodległego Wietnamu zaproponował w nim  udział Ngo Din Diemowi. Ale ten odmówił i wyjechał do USA gdzie nawiązał wiele korzystnych politycznych kontaktów.
W 1954 roku Ngo Dinh Diem nie odmówił. Został premierem pro amerykańskiego Wietnamu. Dzięki pomocy USA ożywił gospodarkę wietnamską. Obalił archaicznego cesarza, ubrał Wietnam w republikańskie, demokratyczne szaty. Podczas swej wizyty w USA w 1957 amerykańskie media uznały go za „jedną z największych postaci XX wieku”. Atrakcyjnego prozachodniego demokraty z wietnamską twarzą.
Niestety premier Ngo Dinh miał do użytku wewnętrznego drugą twarz. Katolickiego, nepotycznego inkwizytora. Choć za granicą deklarował przywiązanie do demokracji, to u siebie surowo zwalczał każdą opozycję polityczną. Dodatkowo rozniecił konflikty z silnymi na Północy sektami religijnymi i początkowo sprzyjającymi mu buddystami.
Swą liczną, pazerną rodziną obsadził najważniejsze stanowiska w państwie. Od ministra – szefa policji po kardynała wietnamskiego kościoła katolickiego. Wtedy w Sajgonie żartowano, że przed braćmi Ngo Dinh nie ma ucieczki. Kontrolują wszystko co jest na ziemi, i jeszcze dodatkowo niebo.
W listopadzie 1966 roku wspierany przez wywiad USA pucz południowo wietnamskich wojskowych obalił rząd Ngo Dinh Diema. Znienawidzonego premiera i jego brata, szefa policji Ngo Dinh Nhu, wietnamscy żołnierze odnaleźli w katolickim kościele w chińskiej dzielnicy Cholon stołecznego Sajgonu. Zabili ich bez wahania. Na wieść o tym mieszkańcy Sajgonu szaleli z radości.
Krótka była ta radość, bo był to początek późniejszych, kolejnych klik wojskowych. Miały one wspólne cechy. Gigantyczny ciąg do korupcji oraz brak woli walki z miejscowymi partyzantami i armią Północy. Amerykanie uporczywie prowadzili tę, z góry skazaną na przegraną, wojnę. Nie pomogły setki tysięcy ich żołnierzy zaangażowanych w walki. Nie pomogła „wietnamizacja” wojny, czyli opłacanie armii Południa aby walczyła z partyzantką i wojskiem Północy.
Wojna wietnamska kosztowała USA  ponad 60 tysięcy zabity, 313 tysięcy rannych, w tym ponad 150 tysięcy inwalidów. Wietnam Południowy stracił prawie 300 tysięcy zabitych żołnierzy. Straty Wietnamu Północnego, sumując żołnierzy, partyzantów i cywilów, szacuje się nawet na ponad milion zabitych.
Znów sojusz
„Cieszymy się, że znów jesteście” – takimi transparentami witano Amerykanów w Hanoi i Ho Chi Minh City, czyli dawnym Sajgonie. w 1995 roku. Kiedy między nawiązano stosunki dyplomatyczne i zniesiono amerykańskie embarga.
Wietnam po wprowadzeniu prorynkowych reform „doi moi” stał się kolejnym gospodarczym „azjatyckim tygrysem”. Światowym liderem w produkcji kawy, ryżu, przypraw. Atrakcyjnym miejscem dla inwestycji przemysłowych. Przede wszystkim japońskich, południowokoreańskich, singapurskich, ale też amerykańskich i europejskich. Dwadzieścia pięć lat po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Wietnam jest nadal ważnym sojusznikiem USA w regionie Pacyfiku.
Dlatego liczne amerykańskie delegacje państwowe składające wieńce w mauzoleum Ho Chi Minha w Hanoi. Wielu amerykańskich historyków i publicystów skłania się ku tezie, że to Ho Chi Minh mógł być tym „azjatyckim Tito”. Autentycznym przywódcą narodu, zachowującym niezależność polityczną od Moskwy i Pekinu. Strategicznym sojusznikiem USA. I  gdyby w 1954 roku Amerykanie nie odrzucili możliwości współpracy z Ho Chi Minhem, to nie musieliby się angażować w niepotrzebną wojnę. Nie musieliby też uciekać z Wietnamu pozostawiając swych sojuszników na łasce zwycięzców.
Wspólna rocznica
W tym roku Wietnam obchodzi 75 rocznicę powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu, odroczenia niepodległego wietnamskiego państwa. Świętują tą rocznicę także Wietnamczycy mieszkający w innych państwach, również w Polsce. Jednocześnie w Polsce Wietnamie obchodzimy siedemdziesiątą rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych.
Warto przypomnieć, że po uznaniu Demokratycznej Republiki Wietnamu, Polska uznała także Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego za jedyną suwerenną siłę polityczną Wietnamu Południowego. W 1966 roku w Warszawie powstało przedstawicielstwo NFWWP, przekształcone następnie w Ambasadę Republiki Wietnamu.
Wcześniej, bo 1954 roku, po zakończeniu działań wojennych i pokojowej konferencji genewskiej, do Hanoi przybył pierwszy polski ambasador nadzwyczajny i pełnomocny Tomasz Piętka. Złożył na ręce prezydenta Ho Chi Minha listy uwierzytelniające.
Zaangażowanie Polski  w tym regionie przyniosło nasz udział w Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli powołanej w efekcie konferencji genewskiej w 1954 i kolejnej Komisji powołanej na mocy pokojowych porozumień paryskich ze stycznia 1973 roku.
W ciągi siedemdziesięciu lat współpracy w Polsce zyskało wykształcenie ponad 10 tysięcy wietnamskich studentów i robotników wykwalifikowanych. Wielu z nich zajmowało i zajmuje ważne miejsce w środowiskach elit intelektualnych, administracyjnych i biznesowych w Wietnamie.
Wiele efektów tej współpracy ma dzisiaj charakter symboliczny. Jak Szkoła Średnia Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej w Hanoi, szpital w mieście Vinh w prowincji Nghe An, odrestaurowane przez polskich konserwatorów bezcenne zabytki w Hue, Hoi An i My Son. Pomnik najsłynniejszego polskiego konserwatora Kazimiera Kwiatkowskiego, zwanego w Wietnamie „Kazikiem”, znajdziemy w centrum prześlicznego Hoi An.
Dziś w Polsce mieszka około 30 tysięcy Wietnamczyków. Cieszą się powszechną sympatią i poważaniem Polaków. Ich wkład w polską kulturę i gospodarkę nadaje obu rocznica dodatkowej rangi.

Francja zwraca czaszki

W Algierii pogrzebano uroczyście czaszki 24 bojowników o niepodległość kraju z XIX w. Do tej pory stanowiły część kolekcji paryskiego Muzeum Narodowego Historii Naturalnej. Na początku kolonizacji Algierii (1830) francuscy żołnierze masowo ucinali głowy swoim przeciwnikom, pierwszym powstańcom, bez posługiwania się gilotyną. Algieria oczekuje, że Francja przeprosi za kolonizację.

To prezydent Macron zdecydował, by zwrócić resztki Algierczyków, trzy lata temu, gdy ogłosił w Algierze, że kolonizacja to „zbrodnia przeciw ludzkości”, z czym nie zgadza się Izrael. We Francji to skrytykowano, z obaw o żądanie odszkodowań. Ale Algierii zależy na przeprosinach: bywało, że Francuzi zachowywali się w tym kraju jak dzicz. Wielkie masakry, tortury, obywatelstwo tylko dla białych i Żydów. Na dzisiejszym pogrzebie mieszkańcy Algieru byli bardzo wzruszeni.
Tamtejszy prezydent Abdelmadżid Tebbun powiedział mediom: „Dostaliśmy już pół-przeprosiny. Trzeba zrobić jeszcze jeden krok. Tego sobie życzymy.” Przywódca algierski urodził się w roku wielkiej rzezi dokonanej przez Francuzów 8 maja 1945 r., w dniu zwycięstwa w II wojnie światowej. Protesty antykolonialne zduszono poprzez zabicie ok. 30 tys. mieszkańców miast północno-wschodniej części kraju. Algierska wojna wyzwoleńcza (1954-1962) znowu przyniosła cierpienia i śmierć. Kraj był francuską własnością przez 132 lata, zanim wybił się na niepodległość.
Kobiety wyraźnie płakały przy trumnach pochowanych wkrótce w ziemi wielkiego, stołecznego cmentarza El-Alia, w kwaterze „męczenników Rewolucji Algierskiej”. W styczniu 2018 r. rząd algierski oficjalnie zwrócił się o zwrot czaszek i archiwów z epoki kolonialnej. Sprawy polityki historycznej są przyczyną algiersko-francuskich sporów dyplomatycznych. Prezydent Macron na razie nie wyrywa się z przeprosinami, czeka, nie zrobił prezentu na dzisiejsze algierskie święto narodowe.

Wzrost bezrobocia w Europie – Airbus zwalnia 15 tysięcy ludzi

Do lata przyszłego roku europejski Airbus pozbędzie się co najmniej 15 tysięcy stanowisk pracy w związku z kryzysem epidemicznym, który pociągnął za sobą bezprecedensowy od II wojny światowej spadek zamówień na samoloty pasażerskie i towarowe. To tylko jeden z sektorów dotkniętych masowymi zwolnieniami. Niestety, zapowiada się sporo innych tego typu masowych likwidacji miejsc pracy.

Znaczne ograniczenie produkcji Airbusa pociągnie za sobą również liczne zwolnienia wśród zewnętrznych dostawców i podwykonawców, na razie trudne do policzenia. Wczorajsze ogłoszenie redukcji zatrudnienia wywołało szok wśród pracowników i współpracowników firmy. Ludzie spodziewali się jakichś zwolnień, lecz nie w takiej skali. W Niemczech na bezrobocie pójdzie ponad 5 tys. osób, podobnie we Francji. W Wielkiej Brytanii 1700 pracowników pożegna się z Airbusem, prawie tysiąc w Hiszpanii i 1300 w innych krajach. Rozmiar „szkód pobocznych”, tj. zwolnień w przedsiębiorstwach współpracujących z firmą, może być jeszcze większy.
Wielki producent samolotów ma zamiar jakoś ograniczyć fatalne skutki tych redukcji. Twierdzi, że chce wykorzystać „wszystkie dostępne środki ochrony pracowników”, tzn. stosować np. przejścia na wcześniejsze emerytury, wypłacać odszkodowania itp., lecz będzie to wszystko przedmiotem negocjacji ze związkami zawodowymi, które już zapowiadają walkę najpierw o ograniczenie liczby zwolnień, a potem o ich szczegółowe warunki. Część wojskowa produkcji Airbusa jest mniej dotknięta kryzysem, lecz i tu ponad 2,6 tys. miejsc pracy zostanie zlikwidowanych.
We Francji z fabrykami Airbusa współpracuje blisko 800 przedsiębiorstw zatrudniających 86 tys. ludzi i bardzo podobnie wygląda to w Niemczech, nie licząc tysięcy drobnych podwykonawców. „Fala uderzeniowa” tak wielkich redukcji w Airbusie wyjdzie z pewnością poza sektor lotniczy, bo wiele przedsiębiorstw pracuje równocześnie dla innych branż, również dotkniętych dużymi problemami. Skala bezrobocia wywołanego epidemią i walką z nią na naszym kontynencie będzie znana tak naprawdę dopiero jesienią. Plan pomocowy Unii może niestety być niewystarczający, by powstrzymać kryzys.

Śmieszny kraj Francja

François Fillon, premier w trzech gabinetach, polityk zasłużony i z pewnością z koneksjami, został skazany na 5 lat więzienia za to, że zatrudniał swoją żonę jako asystentkę i płacił jej nieproporcjonalnie dużo.

Penelope Fillon została zatrudniona przez swojego męża jako asystentka w latach 1998-2013. Przez ten czas pobierała wysokie uposażenie, którego suma wyniosła 831,4 tysiąca euro. Skandal odkryła i upubliczniła znana satyryczna gazeta francuska „Le Canard enchaîné”. Pozbawił on wówczas Fillona szans na fotel prezydenta Francji, choć w rankingach prowadził.
Paryski sąd, który badał sprawę uznał, że były premier jest winny fikcyjnego zatrudnienia i sprzeniewierzył państwowe pieniądze (asystentka była opłacana z budżetu państwa) i skazał Fillona na 5 lat więzienia w tym trzy w zawieszeniu. Oznacza to, że były premier musi spędzić za kratami dwa lata. Wyrok nie jest prawomocny, adwokat Fillona natychmiast wniósł apelacje, zatem były premier nie musi od razu iść za kraty. Poza tym orzeczono zakaz pełnienia funkcji publicznych na 10 lat. Penelope Fillon dostała trzy lata w zawieszeniu. Dodatkowo oboje musza zapłacić grzywnę w wysokości 375 tysięcy euro. Trzeci oskarżony, Marc Joulaud, został skazany na dwa lata w zawieszeniu i 20 tysięcy euro grzywny. Sąd uznał, że zapłata dla pani Fillon była „nieproporcjonalna do wykonywanej pracy” oraz że była przyjęta na bezwartościowe stanowisko”.
W zasięgu skandalu znaleźli się także dwaj synowie byłego premiera, którzy również jakoby wykonywali usługi prawnicze dla Fillona, gdy był senatorem.
I pomyśleć, że gdyby zatrudnianie pociotków, żon i krewnych było w Polsce traktowane jak we Francji, to nasz kraj nagle przestałby pracować

Francja jako marzenie

Z perspektywy polskiego poziomu życia mówienie o kryzysie we Francji, jest jak mówienie w PRL o kryzysie kapitalizmu na Zachodzie. Kpiarze w Polsce odpowiadali na to: „Kapitalizm umiera, ale jaka to piękna śmierć”. Daj nam boże w Polsce taki kryzys – z Markiem Ostrowskim, publicystą tygodnika „Polityka”, byłym korespondentem Polskiej Agencji Prasowej w Paryżu, Genewie i Londynie, autorem książki „Francuski sen” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Znawcy Francji, komuś, kto pracował w niej jako dziennikarz i korespondent przez prawie siedem lat, nie ma sensu zadawać pytania, dlaczego napisał tę książkę. Wypada natomiast wypytać go, jak widzi dzisiejszą Francję. Jaka ona jest?
Na pewno, mimo swego ogromnego potencjału, nie należy już do pierwszego szeregu potęg, możnych tego świata. Zajmuje miejsce w drugim, a pod pewnymi względami nawet w trzecim szeregu. Oczywiście Francja jest krajem bogatym, zwłaszcza tym bogactwem, które zgromadziła przez wieki rozwoju. Natomiast niewątpliwie cierpi jej rewolucyjne marzenie związane z dewizą Republiki „Liberté, Egalité, Fraternité” – wolność, równość braterstwo. Zawsze mi imponowało, a nawet czasem wzruszało to, że w całej Francji, także w małych miasteczkach i wioskach na szkołach, urzędach, nawet koszarach strażackich widnieje ta dewiza. I choć praktyczna jej realizacja pozostawia często bardzo wiele do życzenia, to jest w tym coś pięknego, jakieś marzenie o wielkiej, sprawiedliwej Francji. Tak czy inaczej, redystrybucja dochodu narodowego jest największa w Europie. Funkcjonuje też podatek – ostatnio trochę okrojony – od wielkich fortun, którego nie ma w innych krajach.
Od ponad roku trwa we Francji silne napięcie, pełzający kryzys polityczny, w tym protest „żółtych kamizelek”. Na przestrzeni ostatnich lat ukazało się kilka głośnych książek, m.in. „Le suicie français” („Francuskie samobójstwo”) Ericka Zemmoura czy „La France qui tombe” („Francja, która upada”) Nicolasa Bavereza. Już same tytuły są alarmistyczne, a nawet apokaliptyczne. Czy podziela Pan, a przynajmniej przyjmuje do wiadomości te diagnozy ?
Rzeczywiście, była cała seria głośnych książek wskazujących na głęboki pesymizm elit. Jednak obserwator zagraniczny jest tarapatach, bo gdy porówna praktyczne życie we Francji z tym, co ma w swoim kraju – to widzi, że Francji daleko do upadku. Francja ostatnio odnotowała wzrost gospodarczy, nawet w porównaniu z Niemcami, poza tym ma duże zasoby. Z perspektywy polskiego poziomu życia mówienie o kryzysie we Francji, jest jak mówienie w PRL o kryzysie kapitalizmu na Zachodzie. Kpiarze w Polsce odpowiadali na to: „Kapitalizm umiera, ale jaka to piękna śmierć”. Daj nam boże w Polsce taki kryzys. Widzę nie tyle upadek, co narodziny nowego społeczeństwa. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Francja radykalnie zmieniła się społecznie. Stała się bardzo zróżnicowana i podzielona, niczym archipelag odmiennych wysepek. „Archipelag” to w tym przypadku termin użyty przez analityka politycznego Jerome’a Fourqueta, który przedstawił rozliczne nowe linie podziałów społeczeństwa – linie pokoleniowe, ideologiczne, etnokulturowe, w dostępie do kultury i edukacji. Za jedną z najważniejszych zmian uważa się dziś zanik tradycji katolickich, prędkość z jaką ewoluowały poglądy większości społeczeństwa na takie sprawy jak przerywanie ciąży czy związki jednopłciowe albo na traktowanie zwierząt. Fourquet twierdzi, że wielowiekowa matryca judeo-chrześcijańska, już i tak osłabiona, zniknie zapewne na przestrzeni jednego pokolenia.
A co z ostrymi przestrogami przed inwazją radykalnego, agresywnego islamizmu we Francji? Przyznam, że od czasu masakry w Paryżu 13 listopada 2015 roku, nie jestem już tak totalnie wyluzowany jak kiedyś, gdy siedzę na tarasie paryskiej kawiarni…
Co do radykalnego islamizmu, to jestem po tej stronie sporu, która nie podziela apokaliptycznych prognoz. Ogromna większość spośród tych ponad sześciu milionów muzułmanów (szacunki liczbowe są tu różne), którzy mieszkają we Francji, to lojalni obywatele Francji. Liczba muzułmanów zatrudnionych we francuskich służbach państwowych, w tym mundurowych, lojalnych wobec Republiki, znacząco przewyższa liczbę radykalnych islamistów. Nie widzę więc akurat tu zagrożenia dla Francji. Zagrożenia, które jej dotyczą, dzieli ona z całym światem – to zagrożenie klimatyczne. Istnieje natomiast nie problem religijny, lecz społeczny, przypomniany ostatnio przez film „Nędznicy” – młodzież z zaniedbanych blokowisk, która nie widzi przed sobą nadziei na wykształcenie i dobrą pracę.
O Francji mówi się czasem jako o „monarchii republikańskiej”, w związku z bardzo silną pozycją prezydenta. Czy Francuzi chcieliby zmienić ustrój swojego państwa, chcieliby zakończenia V Republiki, nowej konstytucji?
Nie widzę w nich takiego imperatywu. Mam wrażenie, że większość Francuzów jest przywiązana do obecnego ustroju, m.in. z uwagi na …przywiązanie do francuskiej, monumentalnej celebry. Ten kto nigdy nie widział żadnej oficjalnej uroczystości francuskiej, ten nie może sobie wyobrazić jakie to wywiera wrażenie. Zaraz na początku pracy we Francji uczestniczyłem w pogrzebie pisarza, Romaina Gary’ego na dziedzińcu paryskiego Pałacu Inwalidów. Zebrani pod filarami żałobnicy widzieli z oddali samotną, nakrytą sztandarem trumnę pośrodku ogromnego pustego dziedzińca. To świadoma inscenizacja teatralna, w której wyraża się godność Francji. Francuzi to kochają i nie chcą się tego wyzbywać. Ścięli po Rewolucji swojego króla, ale z pietyzmem zachowują budowle, które wznieśli jego przodkowie i następcy. Francja jest republiką, ale przejęła spadek po monarchii i ludzie nie widzą w tym niczego nadzwyczajnego.
O obecnym prezydencie Francji, Emmanuelu Macron mówi się tam nieraz ironicznie jako o „Jowiszu”. Jak Pan widzi jego przyszłość, biorąc pod uwagę, że w trzy bez mała lata po wygranej wyborczej mocno stracił na popularności?
We Francji to niemal reguła, że prezydent dochodzi do władzy na fali entuzjazmu, po czym szybko traci na popularności i jest atakowany. Dotyczyło to poprzedników Macrona, z de Gaulle’m na czele. Macron podjął się bardzo trudnego zadania zmiany systemu emerytalnego we Francji, a raczej systemów, bo jest ich kilkadziesiąt; prawie każda branża, czy profesja ma swój odrębny system. Nie wiem, czy wygra tę grę, w której związki zawodowe, bardzo silne we Francji, stawiają bardzo silny opór, ale zmiana systemu emerytalnego we Francji jest niezbędna. Niezbędna jest też korekta tego typu kapitalizmu, który potęguje nierówności. To nie przypadek, że właśnie we Francji powstało dzieło ekonomisty Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”. Warto z niego zapamiętać co najmniej jedno stwierdzenie: że na dłuższą metę nie może przetrwać system ekonomiczny, w którym szybciej rosną zyski z kapitału niż zyski z pracy. To przecież chore.
Czy wyobrażalne jest dla Pana wygranie wyborów prezydenckich przez Marine Le Pen?
Przyznam, że bardzo długo uważałem, iż Front Narodowy (dziś pod nazwą Zgrupowanie Narodowe) i osobiście pani Le Pen może uzyskać w wyborach najwyżej 20 procent głosów i koniec. Biorąc pod uwagę obecne nastroje we Francji straciłem tę pewność. Doszło przecież do kompletnej rozsypki politycznej wielkich zasłużonych partii: Potężna niegdyś francuska Partia Socjalistyczna, dziś ma poparcie ledwo przekraczające 6 procent, nie mniej potężna kiedyś Francuska Partia Komunistyczna praktycznie nie istnieje. Osłabli neogauliści czy Republikanie.
Czy ma jeszcze znaczenie we francuskim życiu społecznym i politycznym ten tradycyjny grunt wykształcenia racjonalistycznego, kartezjańskiego, opartego na dziedzictwie Oświecenia?
Niestety, Francja i Francuzi także podlegają wpływom szaleństwa obecnego świata, więc coraz mniej w tym zachowaniu racjonalności. Postawa Francuzów, narodu tradycyjnie bardzo rozsądnego, wobec prób reformy emerytalnej, ich zaciętość w oporze przeciw niej, jest jednym z przejawów tej zmiany. W jednym Francuzi się nie zmieniają. W swoich namiętnościach kulinarnych. Tematem rozmów towarzyskich pozostaje jedzenie. Potrafią mówić o tym godzinami. Byłem świadkiem wielu takich rozmów i obserwowałem sytuacje, w których mój gospodarz projektował najbliższy posiłek w sposób niemal poetycki, opierając menu obiadu czy kolacji na otaczającym krajobrazie i kolorycie nieba w danym momencie. To jest w świecie unikalne.
Co Panu imponuje we Francuzach?
Zdolność do błyskawicznej, masowej mobilizacji społecznej. W Polsce jest niezwykłe i zdarza się bardzo rzadko, gdy na ulice wyjdzie w demonstracji kilkadziesiąt tysięcy osób. Zazwyczaj jest to kilkaset osób lub, rzadziej, kilka tysięcy uczestników. Najlepszy argument: na ulice Paryża, w proteście przeciw wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego w 1981 roku, wyszło, niemal tego samego dnia, ponad trzysta tysięcy osób. Podkreślam: nie w swojej sprawie krajowej, nie o podwyżkę cen czy emerytury, lecz w proteście wobec niesprawiedliwości w obcym, odległym w końcu kraju. W maju 1968 roku w manifestacji poparcia dla de Gaulle’a wzięło w Paryżu udział ponad milion osób, podobnie jak w 1972 roku, w marszu na rzecz zniesienia zakazu aborcji, a za prezydentury François Mitterranda, w obronie szkół prywatnych wyszło na ulice miast ponad dwa miliony osób. To siła społeczeństwa obywatelskiego, o jakiej w Polsce możemy tylko pomarzyć.
Francja w oczywisty sposób kojarzy się z wielką kulturą, w tym literaturą, teatrem, filmem, malarstwem, architekturą. Dziś to promieniowanie kultury francuskiej bardzo się zmniejszyło. Trudno wskazać naprawdę wielkich pisarzy, reżyserów czy malarzy francuskich. Czy widzi Pan szanse na odwojowanie przez Francję tej pozycji?
Jasne, że Francja kiedyś panowała, definiowała sztukę życia. Najlepszy dowód, że nawet w rywalizującej z nią o panowanie nad światem Anglii – do dziś stosuje się termin francuski „savoir vivre”. Ale najważniejszym wehikułem kultury jest język, a panowania angielskiego nie da się odwrócić. Więc palmę pierwszeństwa w kulturze popularnej dzierżą dziś kraje anglosaskie. Mimo, że Francja broni się przed amerykanizacją, to pewnych procesów nie jest w stanie zatrzymać. Współczesna kultura anglosaska i w ogóle dzisiejszy świat odznacza się dążeniem do uproszczeń, a kulturę francuską charakteryzowało wyrafinowanie i precyzja, znamienna także dla języka francuskiego. Tylko starsze pokolenie pamięta na przykład dawną potęgę francuskiej piosenki, którą nadawano obficie w Polskim Radiu w okresie PRL. Edith Piaf, Mireille Mathieu, Charles Aznavour, Jacques Brel i inni towarzyszyli nam niemal na co dzień. To stare dzieje, mój „Francuski sen” rozpoczął się od lektur, od fascynacji „Małym Księciem” de Saint-Exupery’ego, „Nędznikami” Wiktora Hugo czy „Trzema muszkieterami” Dumasa-Ojca.
Jak dziś ocenia Pan stosunek Polaków do Francuzów?
Pamięć o Wielkiej Emigracji to już prehistoria. Po bardzo dawnym uwielbieniu, pojawił się chłód, nawet niechęci, kpiny. Ciągle funkcjonują w Polsce takie określenia jak „żabojady” czy „Francuziki”. Poza tym, nie widać, by nasz rząd głosił hasła przyjaźni do Francji. Choć to stare dzieje, nie bez wpływu na opinię pozostaje pamięć 1939 roku, kiedy to Francja nie udzieliła Polsce wojskowej pomocy zadeklarowanej w umowach gwarancyjnych. Jednak Polacy na ogół nie biorą pod uwagę tragicznych doświadczeń francuskich, także cierpień, które wpłynęły na ich postawę. Trzeba tu wspomnieć śmierć prawie półtora miliona młodych Francuzów poległych w bitwach Wielkiej Wojny 1914-1918, w tym pod Marną i Verdun. Także w 1940 roku szokiem była błyskawiczna klęska armii francuskiej, najpotężniejszej armii świata, w majowo-czerwcowej kampanii z Niemcami, a także szok moralny, wywołany zatopieniem przez Anglików, sojuszników, francuskiej floty pod Mers-el-Kebir, 3 lipca 1940 roku. Z kolei wizerunek Polski w oczach Francuzów bardzo ostatnio nadwerężyły rządy PiS. Wykształceni Francuzi dobrze znają sytuację w Polsce, „Le Monde” pozostaje chyba najlepszym i najobszerniejszym źródłem informacji zagranicznych w Europie.
Dziękuję za rozmowę.

Marek Ostrowski – ur. 1944 r. w Wilnie,  dziennikarz , z wykształcenia prawnik, komentator polityki zagranicznej w tygodniku „Polityka”, przez kilkanaście lat szef jego działu zagranicznego. Przed laty stały uczestnik popularnego programu „7 dni świat”. W latach 1979–1986 był korespondentem Polskiej Agencji Prasowej we Francji, w latach 1989–1991 w Genewie, a w latach 1991–1994 w Londynie. Po powrocie do kraju pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego Redakcji Zagranicznej Polskiej Agencji Prasowej. W 2000 roku otrzymał nagrodę Trójkąta Weimarskiego. W 2012 r. za przyczynienie się do lepszego poznania Francji w Polsce oraz wybitną działalność dziennikarską, został Kawalerem Francuskiego Orderu Legii Honorowej. Autor książek: „Co nas obchodzi świat. Ściągawka na czas chaosu” (2006), Teatr sprawiedliwości. Aktorzy i kulisy” ( 2015). Jego w wydana w ubiegłym roku książka „Francuski sen” ( 2019), to bogata, fascynująca i napisana błyskotliwym stylem opowieść-esej o Francji, tej dawnej i współczesnej, o jej kulturze i polityce, o ludziach i zjawiskach.

Francuzi się nie poddają

70 proc. Francuzów sprzeciwia się neoliberalnej reformie emerytur i żąda dymisji rządu.

29 stycznia po raz ósmy od początku strajków i demonstracji (tj. od 5 grudnia) setki tysięcy ludzi wyszły na ulice, by powstrzymać antyspołeczne szaleństwo Emmanuela Macrona. Manifestanci szukają nowych form protestu.

W Paryżu demonstrowało przeciw rządowi ok. 180 tys. ludzi ze wszystkich grup zawodowych, 75 tys. w Marsylii. W skali kraju liczba demonstrujących była niższa niż ostatnio, lecz sondaże wskazują wzrost ludowej determinacji. Odrzucenie „reform” neoliberalnego reżimu, których celem jest pauperyzacja klas pracujących, jest powszechne, zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Znaczna część kolejarzy po 50 dniach strajku i braku wypłat musiała wrócić do pracy, ale energetycy wyłączają prąd, rafinerie są blokowane, jak i część portów oraz dworców. Strajkują m.in. nauczyciele, adwokaci, personel szpitalny, służby oczyszczania miast i inne zawody.

Lewica (Nieuległa Francja) wniesie do parlamentu wniosek o wotum nieufności do rządu w związku z opinią Rady Stanu, która określiła projekt ustawy o emeryturach jako niekompletny i niespójny prawnie. Dziury w ustawie ma uzupełnić 29 dekretów rządowych, których treści nikt nie zna.
Znany jest za to cel „reformy”: przedłużenie okresu pracy, zmniejszenie emerytur i przekazanie części społecznych pieniędzy amerykańskim prywatnym holdingom finansowym, szczególnie koncernowi BlackRock. To część niszczenia francuskiego systemu socjalnego, prowadzonego przez klikę Macrona.

Epickie sceny na ulicach Paryża rozegrały się 27 stycznia. Na manifestację do Paryża przybyli z całego kraju strajkujący strażacy, którzy demonstrowali w pełnym stroju bojowym. Doszło do licznych starć ulicznych z policją, było wielu rannych. Strażacy zaatakowali policyjną barykadę, która miała zastopować ich marsz. Oni również odrzucają skandaliczną reformę systemu emerytalnego, jak i neoliberalny autorytaryzm obecnego reżimu. Rząd nie ma zamiaru ustępować: liczy na ludzkie zmęczenie i policję, której „reforma” nie obejmie. Związki zawodowe zaplanowały na 6 lutego kolejny dzień ogólnokrajowych protestów.

Afrykański Adolf Hitler, czyli Sahel i wojna

O europejskich konsekwencjach napadu NATO na Libię w 2011 r. wszyscy chyba słyszeli: rozwój dżihadyzmu w tym kraju rozdartym wojną do dzisiaj i niebywały kryzys migracyjny, który, oprócz kaskady ludzkich dramatów, przyczynił się do kariery politycznej skrajnej prawicy a naszym kontynencie. Ale skuteczne zlikwidowanie państwa libijskiego przez Sojusz Północnoatlantycki przyniosło też tragiczne konsekwencje dla samej Afryki, szczególnie zachodniej. O tym mówi się dużo mniej.

Napis „Precz z polityką francuską w Afryce” z portretem prezydenta Emmanuela Macrona jako Hitlera mógłby świadczyć, że były bankier jest tam znienawidzony bardziej nawet niż we Francji, lecz w krajach Sahelu nie robi się sondaży na ten temat. W każdym razie, na manifestacjach w Bamako, Niamej i Wagadugu od wielu miesięcy można przeczytać na transparentach rzeczy dość szokujące – że Francuzi popełniają „ludobójstwo w Sahelu”, albo że np.„Francja to terroryści” i wszędzie widać to „precz”.
Sahel jako pojęcie geograficzne jest szersze niż jego sens polityczny: konkretnie obejmuje pięć dawnych francuskich kolonii, które w ubiegłym wieku stały się półkoloniami – Mauretanię, Mali, Czad, Niger i Burkina Faso. Nazwy te niewiele Polakowi mówią, ale razem te kraje dają obszar sporo większy od Unii Europejskiej. W niecałe dwa lata po rozbiciu Libii przez NATO (z czołowym udziałem Francji), Paryż był zmuszony wysłać do Sahelu dodatkowe tysiące żołnierzy, bo kryminalny wyczyn NATO (110 tys. zabitych i zniszczenie niemal całej infrastruktury cywilnej) zdestabilizował cały region.
W Libii od razu zaczęła działać na całego Al-Kaida Maghrebu Islamskiego (AKMI), a gdy dżihadyści opróżnili pozbawione ochrony libijskie magazyny broni, zaczęli wraz z nią roznosić swe idee po całej Saharze i na południe od niej. Ale to właśnie francuscy żołnierze, wysłani nagle do „walki z terroryzmem”, są głównym celem nieprzychylnych napisów na transparentach.
Nowy zasięg dżihadu
Kraje Sahelu to czołówka światowego ubóstwa. W zasadzie wszystkie mają różne mineralne bogactwa pod ziemią, lecz nie mają środków, by je wydobywać. W takim Nigrze, gdzie bieda aż piszczy, Francuzi wydobywają w wielkich kopalniach np. uran, którym dzielą się z Amerykanami (pilnują go zresztą armie obu tych mocarstw), ale obywatelom Nigru niewiele to daje, jeśli odliczyć miejscowe władze, zwykle dobrze opłacone. Ale nie chodzi nawet o minerały. Francuska oligarchia jest tak przyzwyczajona do wyzysku Afryki, że traktuje ją jak swój ogródek. Francuski bank centralny kontroluje finanse aż 14 byłych kolonii w regionie – ich waluty zostały podpięte bezpośrednio pod euro, a tak silna waluta w tak ubogich krajach nie daje szans na rozwój.
Ludność Sahelu ciągle korzysta więc z pustynnego przemytu. Arabowie, Tuaregowie i pustynne plemiona nomadów przewożą z portów Maghrebu na drugą stronę Sahary wiele tanich towarów, ale przemycają też broń z Libii i wysyłają do Europy afrykańskich emigrantów oraz południowoamerykańską kokainę lądującą spokojnie w atlantyckich portach Afryki. Natowska likwidacja państwa w Libii była jak rozbicie banku – wzmogła ten przemyt do nigdy nie widzianych rozmiarów i pozwoliła świeżym, mocno uzbrojonym i zorganizowanym dżihadystom z Libii opanować tradycyjne szlaki handlowe na południe.
Właściwie, kiedy w Mali lądowały pierwsze dodatkowe jednostki francuskie, w styczniu 2013 r., na pustynnej północy kraju było tylko kilka obozowisk AKMI, kilka okupowanych przez nią miejscowości, ale im więcej Francuzów przybywało, tym bardziej rosła siła dżihadu. Po dwóch latach powstało Państwo Islamskie Wielkiej Sahary (PIWS), które dziś dzieli swe wpływy w Sahelu z Grupą Poparcia Islamu i Muzułmanów (GPIM), zależną od Al-Kaidy. Pustynna wojna nabrała tempa.
Początek niechęci
Francuska operacja, zwana z początku „Serval” (dziś „Barkhane” – „pustynna wydma”) miała trwać tylko 6 miesięcy.
W 2013 r. Francuzi szybko odbili miasteczka zajęte przez dżihadystów, co przyniosło im szacunek Malijczyków. Ale saharyjska pustynia to gigantyczny obszar, a z Libii ciągle nadchodziła broń i posiłki. Przemytnicze połączenie z Nigerią pozwoliło wzmocnić tamtejszych bojowników dżihadu z Boko Haram, ale przede wszystkim utrzymywało buntowników Sahelu. Francuzi wybrali sobie za sojuszników Tuaregów, saharyjskich przemytników „od zawsze”, dla których nowi przemytnicy-dżihadyści byli niepożądaną konkurencją handlową.
Problem w tym, że Francuzi, odbiwszy miejscowości północnego Mali, zabronili malijskiemu wojsku wrócić na te tereny. Inaczej mówiąc, stanęli po stronie Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu (NRWA), złożonego w znacznej części z byłych żołnierzy przywódcy Libii Muammara Kaddafiego. Azawad to nazwa środka Sahary i wymarzonego przez część Tuaregów własnego państwa. Miałoby sie ono znajdować właśnie w północnym Mali, jeśli na mapie przeciąć ten kraj w najwęższym miejscu. Oczywiście czarne, osiadłe ludy malijskie z południa nie chcą oddać pustynnej części swego kraju, tym bardziej, że pod piaskiem północy znajdują się nie eksploatowane złoża ropy. Podejrzewają, że chcą na ich położyć rękę francuskie koncerny, w zmowie z Tuaregami.
Pif-paf
Po siedmiu latach zbrojnej obecności Francuzów, jak i wojsk ONZ, w Mali, Nigrze i Burkina Faso nastroje antyfrancuskie sięgają szczytu. Do tego stopnia, że przypisuje się Francuzom już nie tylko kolonialne nadużycia (nie traktują miejscowych z przesadnym szacunkiem), ale nawet ciche popieranie dżihadystów. W dwóch pozostałych krajach Sahelu – Czadzie i Mauretanii – panuje relatywny spokój, lecz tam jest najmniej wojskowych. Ludzie na ogół nie mogą uwierzyć, że obecne w Mali i Nigrze armie (francuska i amerykańska) nie są w stanie pokonać ubogiego sahelskiego dżihadu, mimo gigantycznej przewagi technologicznej.
Jak wygląda typowa rzeź? Obie organizacje islamskie – PIWS i GPIM – działają identycznie: mianowicie chmara mężczyzn na wiekowych motorowerach, uzbrojona w polibijskie kałasznikowy, podjeżdża pod bazę lokalnego wojska w Nigrze, Mali lub Burkina Faso, wdziera się do środka i otwiera ogień. Do tej pory nie było przypadku, by regularne wojsko wygrało taką bitwę. Niby Francuzi i Amerykanie, którzy nigdy nie padają ofiarą takich ataków, szkolą lokalne armie, ale wojska te są jedynie symboliczne, zupełnie nieoperacyjne, salwujące się zazwyczaj ucieczką, jeśli to możliwe. Jeśli nie, po prostu giną. Zdarza się zresztą nierzadko, że nie mają ani broni, ani amunicji, a ćwiczą się wołając „pif-paf!”: celują w przestrzeń suchymi kijkami.
To przez Putina!
Na 13 stycznia, w siódmą rocznicę wysłania wojsk francuskich do Sahelu, prezydent Macron wezwał prezydentów pięciu państw do pirenejskiej miejscowości Pau, gdyż tam akurat jeździł na nartach. W przeddzień doszło do rutynowego ataku PIWS na bazę wojskową w Nigrze (89 zabitych żołnierzy, koło setki rannych). Ale Macron się zdenerwował, bo doszły doń słuchy, że nawet wśród władz krajów Sahelu rośnie niechęć do jego administracji, co jest przecież niedopuszczalne. Owszem, rządy francuskie są przyzwyczajone, że w ich półkoloniach ludność nie lubi władz popieranych przez Paryż, ale same te władze powinny być grzeczne. Zasugerował z miejsca czarnym prezydentom, że wie skąd się biorą antyfrancuskie nastroje w Sahelu: to przez knucie Putina!
Już w zeszłym roku zaskoczeni Francuzi dostrzegli, że na ich podwórku, w pogrążonej w nędzy Republice Środkowoafrykańskiej pojawili się Rosjanie. Nie, nie żadne wojsko: dyplomaci, doradcy, ekonomiści, którzy zaczęli składać miejscowym podejrzane propozycje rozwojowe. A teraz w stolicy Mali Bamako, w stolicy Nigru Niamej i w Wagadugu (Burkina Faso) na antyfrancuskich manifestacjach pojawiają się transparenty pochwalające współpracę z Rosją. Zdaniem Macrona manifestanci zostali opłaceni przez Rosjan.
I to jest jak najbardziej możliwe, ale grają tu co najmniej jeszcze dwa czynniki: z jednej strony ZSRR zostało zapamiętane jako kraj, który w ubiegłym wieku pomagał w próbach wyzwolenia się z kolonializmu, a z drugiej, Afryce imponuje decydująca rola Rosji w pokonaniu dżihadystów z Syrii, podczas gdy z Amerykanami i Francuzami „zaraza” w Sahelu rośnie, a w piasek wsiąkają potoki krwi.
Podpisać tu!
Macron podejrzewający ukrytą nielojalność „swoich” prezydentów postawił sprawę jasno: każdy ma podpisać oświadczenie, że pragnie obecności francuskiej armii, dodał zresztą, że dośle tam jeszcze trochę żołnierzy. Niektórzy drapali się w głowę, ale oczywiście podpisali. Nazywało się to „Szczyt G-5 Sahel”. Już sama nazwa wydała się wielu Afrykanom kpiną, bo co tu porównywać do G-7, czy G-20… Poza tym młody Macron sztorcował starszych wiekiem, co w Afryce nie uchodzi. Jego postawa właścicielska raczej nie poprawi antyfrancuskich nastrojów. W Pirenejach Macron na głównego wroga wyznaczył Państwo Islamskie Wielkiej Sahary, co przejęło niepokojem lokalnych polityków, gdyż może PIWSowi dostarczyć nowych zwolenników. Na wsiach owi dżihadyści już znajdują sympatię (w końcu atakują tylko wojsko) i zaczynają być nawet postrzegani jako klasyczna partyzantka antykolonialna.
Macron od początku kadencji stara się namówić inne kraje europejskie do wysłania swych żołnierzy do Sahelu strasząc, że tamtejsi islamiści będą robić zamachy w Europie. Ma z tym pewien problem, bo lata mijają a oni akurat nie dokonali żadnego. Ponadto w Europie znana jest już jednak niechęć miejscowych do wszelkich obcych wojsk. Na razie zgodzili się tylko Estończycy: wysłali do pomocy Francuzom 50 żołnierzy, chyba bez przekonania ulegając argumentom, że francuskie samoloty w ramach NATO chronią ich przed Rosją, która wtrąca się do afrykańskich spraw Paryża.
Lewicowy kandydat na przyszłego prezydenta Mali, popularny lekarz Umar Mariko po szczycie w Pau wezwał głośno francuskich żołnierzy do powrotu nad Sekwanę. „Jesteście manipulowani, nie strzeżecie tu pokoju, tylko rozpętujecie wojnę, służycie tylko francuskiemu kapitałowi i nikomu więcej!” Na razie jednak Macron postanowił pozostać we „francuskim Afganistanie”, jak nazywają miejscowi wojnę w Sahelu, z pewnym smutnym fatalizmem.

Rząd chce wymanewrować związki

Po ponad miesiącu historycznej mobilizacji francuskiego świata pracy francuski rząd udaje, że chce negocjować i iść na ustępstwa. Całej reformy emerytalnej, oddającej utrzymanie starszych obywateli w ręce kaprysów rynku, nie cofnie, ale jest gotów rozmawiać o tym, by pełne prawa do emerytury były jednak nabywane w 62. roku życia, a nie w 64.

9 i 11 stycznia były kolejnymi dniami imponującej mobilizacji pracowników i młodzieży. Wezwanie central związkowych do demonstrowania spotkało się z odzewem w całym kraju.
– Demonstrowano w 275 miastach, łącznie na ulice wyszło 1,7 mln pracowników i młodzieży, a wspólne stanowisko było takie samo, jak od początku strajku: rząd ma wycofać się z całej reformy emerytalnej! – mówi Portalowi Strajk Benoit Lahouze, działacz antykapitalistycznej lewicy i redaktor pisma „Informations Ouvrieres” o demonstracjach 9 stycznia. – Związki zawodowe zrzeszające funkcjonariuszy publicznych odmówiły podjęcia negocjacji z rządem. We wtorek przywódcy najważniejszych central udali się na negocjacje z rządem, ale następnie prasa ujawniła, że projekt ustawy o emeryturach wpłynął już do Rady Państwa, co jest pierwszym krokiem przed jego przyjęciem. To dowód, że Macron nie chce negocjować naprawdę, chociaż strajk ma poparcie 60 proc. społeczeństwa.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych utrzymuje, że 9 stycznia na ulice wyszło jedynie 452 tys. ludzi, z czego 21 tys. w Paryżu. Tymczasem centrala związkowa CGT zliczyła aż 150 tys. demonstrantów i demonstrantek w samej stolicy. Według aktywistów z kolektywu „Informations Ouvrieres” szczególnie imponujące marsze przeszły również przez Marsylię i Tuluzę (ponad 100 tys. protestujących), Bordeaux (70 tys.), Hawr (35 tys.) czy Rouen (30 tys.). Ciągle strajkują wszystkie wielkie francuskie rafinerie, historyczne rozmiary przybrał strajk adwokatów, zaostrza się sprzeciw środowiska akademickiego, gdzie nie tylko protestują akademicy i studenci, ale też zawiesiły pracę liczne pisma naukowe. Strajkom i manifestacjom towarzyszą zgromadzenia ogólne (assemblées générales) protestujących z danego sektora czy zakładu pracy, gdzie zapadają decyzje na temat dalszej taktyki działania, kontynuowania protestu i jego metod. 11 stycznia na kolejny dzień walki przybyło 500 tys. oburzonych obywateli według szacunków związkowych i 150 tys. według MSW oraz przychylnych rządowi mediów, które od początku starają się bagatelizować strajk.
Najnowszy gest rządu, który w podpisanym przez premiera liście otwartym zadeklarował, że prawa emerytalne mogłyby jednak być nabywane po ukończeniu 62 lat, również obliczony jest raczej na uśpienie strajkujących i zasianie podziałów wśród związkowców. Prezydent chciałby przede wszystkim przeciągnąć na swoją stronę bardziej ugodowe centrale na czele z CFDT, które przed grudniem 2019 r. podchodziły bardziej spolegliwie do jego neoliberalnej polityki. Nawet jeśli teraz to nie one nadają ton protestom ulicznym, bo Francuzi mają agresywnego kapitalizmu stanowczo dość. Philippe Martinez z CGT zarzucił Macronowi, że nie słucha głosu społeczeństwa, a gdyby chciał naprawdę zagwarantować wyższe emerytury, co obiecuje, to działałby raczej w kierunku stymulowania wzrostu płac.
Tymczasem liderzy CFDT wyrazili radość z powodu „gotowości rządu do ustępstw”, chociaż w rzeczywistości Macron i jego rząd nie cofnęli się na krok: nawet w liście do związków, w którym zapisano rzekome „ustępstwo”, zapisano również, że dalsze decyzje w sprawie finansowania systemu emerytalnego państwo podejmie po dalszych analizach problemu do końca kwietnia. Tym samym zastrzega sobie, by za jakiś czas, gdy mobilizacja spadnie, znowu ogłosić, że „nic nie da się zrobić” i konieczne są antyspołeczne rozwiązania, a będzie już po pierwszym czytaniu projektu w parlamencie.